Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 8 i 9 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 8 i 9
A A A
Od autora: Proszę Was, szanowni Czytelnicy o uwagi. Czy ten suplement do nauki powojennej historii Polski spełnia Wasze oczekiwania?
Proszę o krytykę, no i o wytyknie usterek.

Miłego czytadła, Kj
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

Rozdział 8  Wejść w łaski ubeków

 

    Po zaaresztowaniu i długo ciągnących się przesłuchaniach na UB w Domu Śląskim, Alicję Kędziołek, vel Złotą Alę przewieziono do więzienia Św. Michała na ulicę Senatorską 3. 

W samochodzie więźniarce razem z Alą przyjechała odziana w czarny kostiumowy uniform SS Niemka - była szefowa centrali telefonicznej przy esesmańskich koszarach na ulicy Rajskiej. Nowe pensjonariuszki wzbudziły zainteresowanie zarówno więźniów jak i służby więziennej.

Już w czasie przesłuchań na UB Złota Ala dowiedziała się, że nie ma szans wywinąć się od stryczka. O zbrodniczej roli jaką odgrywała w Auschwitz, więźniowie dowiedzieli się od klawisza, którego brata zamordowali w Oświęcimiu Niemcy.

    Kończył się marzec 1946 roku, robiło się coraz cieplej. Złota Ala wraz z esesmanką i jedenastoma kobietami odbywały przechadzkę na świeżym powietrzu, gdy na spacerniaku usłyszano krzyk z okna jednej z najwyższych cel dawnego klasztoru zamienionego na więzienie.

    - Ta blondyna, to oświęcimska kapo!

    Ala stanęła jak sparaliżowana, po czym ruszyła udając, że wywrzeszczane słowa nie dotyczą jej osoby.

    - Ty! Morderczyni! Nie udawaj niewiniątka! – dalej pokrzykiwał ktoś z okratowanego okna trzeciego piętra.

    Kobiety na spacerniaku stanęły i zaczęły się sobie przyglądać.

    - To ta – prostytutka o budowie atletki wskazała na przerażoną Alę. – Pod celą masz wpierdol, pięknisiu – dodała groźnym tonem.   

 

    Zamiana słów w czyn rozpoczęła się, po krótkim zmaganiu, do którego doszło już w celi. Prostytutka, początkowo zaskoczona bokserskimi ciosami zadanymi przez oświęcimską kapo, przez moment była zamroczona. Jednak otrząsnęła się jak pies strzepujący z sierści wodę i zaatakowała Złotą Alę bodąc ją głową w brzuch. Tak udało jej się przedrzeć do półdystansu i rozpocząć zapasy w czym okazała się lepsza. Wywróciła i przygniotła obfitym cielskiem kochankę Jurka Wołczeckiego, wypracowując wygodną pozycję do zadawania ciosów.

    - Ziabij tom eśeśmańśką kulwe! – krzyknęła wychudzona złodziejka pozbawiona zębów.

    Ala zaczęła tracić przytomność już po pierwszych otrzymanych ciosach, które teraz rozbłyskiwały jej w głowie niczym eksplodujące granaty.

    - Jeszcze dam jej trochę po ryju, a potem kurwę uduszę – na chwilę dysząca prostytutka obróciła się w stronę bezzębnej złodziejki, nie przestając miarowo grzmocić Złotej Ali po twarzy i głowie.

   

     Jeszcze parę chwil i oświęcimska kapo niechybnie wyzionęłaby ducha, gdyby nie przechodzący korytarzem klawisz. W więzieniu mówiono na niego „ruski amant”, bowiem znane były jego niewybredne metody wykorzystywania co ładniejszych więźniarek. Właśnie zainteresowany był celą, w której siedziała ponętna oświęcimska kapo. Snuł już plan jak w nocy wywabić ją z celi, dać jej posmakować dobrej kiełbasy, spoić wódką, po czym jeśli będzie stawiała opór, to przyłożyć parę razy i zmusić do zdjęcia majtek. Zanim zaglądnął do środka przez judasz, zdziwił się docierającym z celi odgłosem przypominającym ubijanie tłuczkiem schabowych kotletów. 

    - Kurwa mać! – krzyknął patrząc przez wizjer.

    Nerwowo otworzył celę i zepchnął ze świeżo przybyłej więźniarki mocarną prostytutkę dokonującą samosądu. Zmasakrowaną Złotą Alę przeniósł  z pomocą kolegi na oddział szpitalny, gdzie po trzech dniach odzyskała przytomność.

   Gdy po raz pierwszy dotknęła swojej zwykle wypielęgnowanej twarzy, przez moment wydało się jej, że dotknęła fragmentu obcego ciała, przypominającego krągłość miękkiego pośladka. Doznała szoku, gdy pielęgniarka podała jej lusterko.

    - To nie moze być. Gdzie, kurwa, moja uroda? – zasepleniła, bo usunięto jej korzeń po złamanym przez prostytutkę zębie.

    Ala miała jeszcze zawroty głowy dwa dnia od powrotu do przytomności. W trosce o jej zdrowie, zdecydowano się przeprowadzić ją do innej niż poprzednio celi. Korytarzami o łukowych sklepieniach sufitu konwojowała ją młoda strażniczka i gdy weszły na drugie piętro z naprzeciwka nadeszli dwaj funkcjonariusze służby więziennej. Zalatywało od nich wódką. Chwytając strażniczkę za przedramię, zatrzymał ją ten przezywany „ruskim amantem”.

    - Zaczekaj no Iruchna. To ta z Oświęcimia, co ją uratowałem? – zapytał klawisz z trudem rozpoznając siną i obrzękłą twarz Ali. – No widzisz hitlerowskie ścierwo – zwrócił się do przestępczyni, przed pobiciem wyróżniającej się urodą spośród innych więźniarek. – Jeszcze parę dni temu miałem na ciebie chrapkę, a teraz? Z takim oszpeconym szamotem nie zechce cię wyruchać nawet pies z kulawą nogą.

    - Czego się czepiasz? Przecież ma na czym siedzieć i czym oddychać – odezwał się drugi klawisz, lubieżnie wodząc wzrokiem po biuście, biodrach i nogach ledwo potrafiącej ustać Ali. – Nie musisz jej od razu „ten tego” w obitą buziuchnę. 

    - Idziemy – pociągnęła młoda strażniczka ofiarę brutalnej prostytutki. – Świnie się ochlały i tylko jedno w chamskich głowach – dorzuciła jakby do siebie.

    - Wsadź sej miedzy drzwi a framuge – warknęła Ala, odwracając się do klawiszy.

    - Oj Irusiu, Irusiu, buntujesz nam nasz skromny harem. Nieładnie, nieładnie. Zamiast się dąsać wypiłabyś z kolegami wódeczkę.  

    - Jeszcze czego… i może potem dała dupy? – odpowiedziała  głośno strażniczka.

    Konwojowana więźniarka przyglądała się prowadzącej ją kobiecie.

    - Muse przyznać, że pani, pani Ireno, mimo tego parszywego munduru jest piękną kobietą – wygłosiła komplement.

 

***

 

    Do przebiegłości, czyli uknucia błyskotliwych pomysłów, jak zaplątywać pajęczynę, by móc omotać Ognia, Sprytnemu potrzebne było szczęście. Przedtem, dzieląc się planami z majorem Pachcicem, ożywiony kawą pobudzającą szybsze generowanie cwaniackich forteli, zawieszał na chwilę głos. Przeżywał chwile zwątpień i w tych krótkich momentach docierały do niego ponure przypuszczenia, że jego pomysły są zbyt ryzykowne i ich realizację może przypłacić życiem. Nie chciał jednak, by siedzący przed nim zwierzchnik pomyślał, że są niewykonalne, więc ponawiał temat. Przystojny ubek w stopniu majora, uosabiał ostatnią nadzieję, która mogła dać szansę na uratowanie kochanki przed stryczkiem. Mimo, że rozmówca był przedstawicielem pogardzanej w duchu władzy, zdecydowanie go polubił. Zdawał sobie sprawę, że nikt inny, a właśnie ten facet, którego oczy połyskiwały iskrami odwagi, był też ryzykantem przekonanym o sensowności jego propozycji. Jurek miał prawie pewność, gdyby plany się powiodły z pomocą majora Pachcica, mógłby wyciągnąć Złotą Alę na wolność.

 

 

    Do Nowego Targu nie pojechał zaproponowanym mu przez majora willysem. Wolał nie zwracać na siebie uwagi.. Wiedząc, że mogą go obserwować ludzie donoszący Ogniowi, wybrał pociąg.

    Rodzinę złodzieja Walentino – noszącego nazwisko Czereśniak – we wsi Waksmund znało wielu.

 

    - Taki elegant i zadaje się z tymi łapciuchami? – zdziwiła się sprzedawczyni w sklepie winno cukierniczym, który Jurek Wołczecki zamierzał złupić wraz ze swoją bandą w Boże Ciało minionego roku. – Dobrze pan idziesz, to ten dom pod lasem. Tylko nie radziłabym panu tam wchodzić. Ony od pary dni już piją, wtedy przeważnie leją się nożami. Od takich to lepiej z daleka.

    - Dziękuję za radę. Jeszcze poproszę o pół literka.

    „Wyglądam na jakiegoś maminsynka? Czy co”?– pomyślał Sprytny dochodząc do zaniedbanej rudery.

    Gdy zbliżył się do progu domu, nagle zgrzytnęły otwierające się wrota.

    - Coś ty za jeden? Szukasz frajerze guza? – ryknął przygarbiony typ z tygodniowym zarostem i przekrwionymi oczami, który pojawił się w rozwartym wejściu, skąd wydobywał się odór zgnilizny i alkoholu.

    „ Musiał mnie widzieć jak szedłem od strony sklepu.”.

    - Mieszka tu Waldek Czereśniak? Walentino? – dorzucił Jurek ksywkę, widząc, że pijak się zawahał. – Garowałem z nim pod celą[1], na Montelupich, był moim waflem[2].

    - To było dawno. Skąd mogę wiedzieć, czy teraz nie jesteś kurwą i nie kapujesz?

    - Za takie słowa należy się w baniak – nienawistnie warknął Jurek, jakby chcąc nagle uderzyć, lecz się opanował.

    Jego reakcja musiała wzbudzić respekt pijusa, bo wprawdzie zgiął nogi w przyczajeniu, lecz patrzył na przybysza z ciekawością.

    - Odpuszczę ci, bo mnie nie znasz – zmienił Jurek ton na pojednawczy. – Przynieś jakieś szkło – wyciągnął zza pazuchy butelkę, uderzył w dno i flaszka wypluła korek.

    - Nie ma szkła, potłuczone. Daj łyka, bo się rozlecę.

   Teraz Wołczecki zobaczył, że przygarbiony gospodarz z rękawa wysunął duży rzeźnicki nóż i odłożył na parapecie okna. Kiedy sięgał po butelkę, jego dłoń trzęsła się jakby dostał silnego ataku febry.

 

   Z powrotem na kolejowy dworzec do Nowego Targu, dojechał okazją w szoferce ciężarówki wiozącej długie pnie ściętych świerków. Już w pociągu, gdy dojeżdżał o zmroku do Zakopanego, poczuł nieznośne suszenie w gardle i lekki ból głowy. Dokuczał kac po wypitej wódce. „Zbawiłaby mnie butelka piwa” – chciał już wstąpić do dworcowej restauracji. „Nie, napiję się już w Morskim Oku” – postanowił ruszając w stronę Krupówek. Tam miał urzędować „najsłynniejszy z naszej złodziejskiej rodziny” – jak go określił nieogolony rozmówca z którym opróżnił flaszkę – starszy brat Walentino. W znanej z opowieści restauracji z hotelem odbywał się dancing. Grał zaskakująco dobry kwartet jazzowy, wprawiając Jurka Wołczeckiego w osłupienie. Aranżowane na jazzową rytmikę znane argentyńskie tango Besame Mucho swą ekspresją wywołało w Jurku dreszcze. Poczuł się jak dawno temu we Lwowie, gdy z wytwornie ubranym przyjacielem ze szkoły złodziejskiej, weszli na dancing do hotelu Georges. „Zupełnie jak przed wojną, miałem wtedy jakieś szesnaście lat – niespodziewanie ogarnęła go sentymentalna refleksja – Boże, już tak długo nie żyje Jasny Lolo” – przypomniał sobie noszącego znakomicie na nim leżące garnitury przyjaciela - lwowskiego złodzieja.

    Szybko otrząsnął się ze wspomnień. Przybył tu z ryzykowną misją. Walentino – słynny doliniarz i farmazon[3] – nie kłamał. Sądząc po twarzach i stylu ubierania się, klientela w Morskim Oku nie wyglądała na hołotę, której było coraz więcej w krakowskich restauracjach i kawiarniach. Schodzący się do Morskiego Oka ludzie mieli inteligentne twarze i szykowne ubrania. Jego uwagę zwróciła efektowna blondynka, ze znakomitym wyczuciem rytmu wyginająca na parkiecie ciało obciśnięte srebrzącą się sukienką. Jej partnerem, wokół którego wykonywała pół piruety, był zgrabny o lalkowatej urodzie młodzieniec w angielskim battledresie. Jurek wykupił bilet wstępu i poprosił o posadzenie go przy narożnym stoliku, skąd mógł obserwować całą restaurację. Z prawej strony mieścił się szereg okien werandy, z których widział ludzi wstępujących po schodkach do restauracji.

    Jeśli mógł myśleć o tak potrzebnym łucie szczęścia, aby wcielać w życie pomysły snute przy ubeku Pachcicu, to łaskawość losu spotkała go po szybkim opróżnieniu kufla grzanego piwa. Rozchodzące się po ciele ciepło oraz zaspokojenie nieznośnego pragnienia, poprawiło mu samopoczucie. Zobaczył mężczyznę energicznie pokonującego schody. Coś go tknęło. Za moment przy wejściu rozległo się szurgotanie nóg.

Jurek poderwał się z krzesła. Nie chciał wierzyć oczom. „To on”! Do środka restauracji usiłował wejść Walentino. Miał siniaka pod lewym okiem i wprawdzie ubrany był w drogi garnitur, jego rozpięta pozbawiona krawata koszula wyglądała na wymiętą, a włosy były zmierzwione.

    - No nie… mam nadzieję, że nie wpuszczą tego wariata, znowu będzie chciał się bić – usłyszał Jurek głos brunetki z sąsiedniego stolika.

    - My tu nie potrzebujemy awanturników! Pan tu nie wejdzie! Ja to panu udowodnię – podniósł głos jeden z dwóch cerberów sprzedających bilety na dancing. Złapał usiłującego wejść za rękę.

    Poderwał się drugi cerber i chwycił Walentino za drugie ramię.

    - Pan jest pod wpływem alkoholu. Nie wpuszczamy osobników w stanie nietrzeźwym. Panno Krysiu! Panno Krysiu! – krzyczał dancingowy bileter do kelnerki oddalającej się w stronę bufetu. – Proszę zadzwonić po milicję.

   - Już dzwonię – przyspieszyła kroki dziewczyna w ludowym góralskim stroju. 

   - Jesteście robactwem, małymi insektami. Nie macie pojęcia kim jestem, wy nędzne kreatury, niegodne wyczyścić mi butów – oburzał się Walentino.

   - Zaraz pojedziesz na komisariat – tam już chyba wiedzą, kim jesteś. Będziesz śpiewał baranim głosem. 

    „Muszę mu pomóc” – z krzesła poderwał się Jurek Wołczecki.

Wbił palec w niezaszytą do końca wewnętrzną część kieszeni marynarki, gdzie pod warstwą podszewki ukrył legitymację oficera UB i po rozpruciu słabiutkiego szwu wyrwał ją ruszając w stronę szarpiących się mężczyzn.

    - Komenda Wojewódzka, Urząd Bezpieczeństwa! – ryknął na cerberów. – Proszę go puścić – machnął im przed oczami dokumentem opatrzonym własnym zdjęciem. – Aresztuję go – dodał chwytając przedwojennego towarzysza z celi za przegub nadgarstka i zaczął go pulsacyjnie zaciskać.

Walentino, mimo że lekko pod gazem, natychmiast rozpoznał Wołczeckiego.

    - Czereśniak, idziemy. Tylko bez kawałów – warknął Jurek puszczając do kolegi dyskretnie oko. – Samochód stoi za rogiem.

    Cerberzy się odsunęli z ogłupiałymi wyrazami twarzy.

    - A ty!... – krzyknął Walentino w stronę parkietu. – Jeszcze będziesz mnie błagał o litość i łaskę!

    - Możesz mi skoczyć na wacka – odkrzyknął przystojny młodzieniec w brytyjskiej bluzie, tańczący z blond pięknością.

    Jurek zdziwił się. Teraz zauważył, że partner seksownej tancerki, poniżej wojskowej bluzy opatrzonej na naramienniku naszywką Poland, ma przypiętą do pasa płócienną kaburę wraz z oficerskim rewolwerem Smith – Wesson.  

 

    Chwilę później dawni współlokatorzy celi przeskoczyli ulicę Krupówki i skręcili w zaułek między murowane domy. Walentino przystanął i przez parę sekund nasłuchiwał zbliżającej się bryczki. Pociągnął Jurka za rękaw.

    - Chodź tu do cienia. Te skurwysyny jadą po mnie.

    - No, jakby nie ja, twój stary wafel, to by cię zgarnęli – powiedział wypełniający ubecką misję Wołczecki i ruszył za kolegą.

    Stukot kopyt kłusujących koni i turkot nadjeżdżającego powozu był coraz bliższy.

    - Poszczęściło to się tobie – przyciszonym głosem odezwał się Walentino, gdy znaleźli się w półmroku. – Popatrz – wskazał ruchem głowy przejeżdżającą w oświetleniu ulicznej lampy dorożkę.

    W bryczce siedzieli dwaj rośli górale uzbrojeni w sowieckie automaty, a trzeci, powożący końmi, w poprzek kurtki miał przewieszoną, połyskującą iskrami złocistych łusek, taśmę amunicji.

    - Co to za jedni? Milicjanci?

    - Milicjanci, milicjanci, ale nie ci co myślisz. To ludzie Ognia. Masz waflu więcej szczęścia niż rozumu. Jakby dopadli tajniaka z UB… i to jeszcze z komendy wojewódzkiej, to od razu kulka w łeb albo pętelka na grubej gałęzi.

    - Słyszałem, że Ogień opanował prawie całe Podhale, ale za wyjątkiem Zakopanego i Szczawnicy.

    - To źle słyszałeś. Zakopane jest w jego łapach.

 

 

Rozdział 9  Złapać cherubinka  

 

    Po odjeździe bryczki z ogniowcami, Jurek zaprosił Walentino na wódkę. Kolega zgodził się na poczęstunek, jednak namówił fundatora, aby alkohol spożywać w Bazarze Polskim – knajpie leżącej naprzeciw Morskiego Oka.

    - Co to za figo-fago? Ten typek z ładną tancerką, któremu groziłeś w Morskim Oku – zapytał Wołczecki.

    - Zabiję gnoja. To porucznik AK Wilk.

    - Wilk? Wilk?… poczekaj… gdzieś się z nim zetknąłem – wytężał pamięć Jurek. 

    - Jeszcze trzy dni temu ta blondyneczka jadła mi z ręki. Nie wiem, co ona widzi w tym cherubinku. Przecież rżnąłem ją na wszystkie sposoby świata – nienawistnie syczał Walentino. – Połasił się na moją własność.    

    - Jak mi pomożesz, to mogę załatwić tego uwodziciela. Przypomniałem sobie skąd go pamiętam.

    - Chcesz mnie namówić na współpracę z UB? – Walentino spojrzał podejrzliwie na kolegę. – Miałbym wspomagać was? Skurwysynów, co zniewalają Polskę dla Moskwy?

    Wołczecki spuścił głowę i przez parę sekund sprawiał wrażenie zakłopotanego, przypominał złodzieja złapanego za rękę w czasie dokonywania kradzieży.

    - Też czuję do nich odrazę, chociaż skłamałbym, nie do wszystkich – powiedział nie patrząc rozmówcy w oczy. – Musiałem się układać z komunistami. Ogień i ci co chcieliby powrotu przedwojennej Polski wydali na mnie wyrok śmierci. Szczęśliwie, te pachołki Moskwy potrzebują pomocy, żeby niszczyć zbrojne podziemie AK. Wedle akowców zapracowałem na kulę w łeb albo szubienicę – podniósł oczy na dawnego kompana z celi.

    - Nie tłumacz się, też mam z ogniowcami na pieńku. Należałem do nich, ale od pewnego czasu ich nienawidzę – zaznaczył Walentino.

    - Zastanów się – pewniejszym głosem powiedział Jurek Wołczecki – Ogień na razie jest mocny, ale on z komunistami nie wygra.  Żeby go zlikwidować, przyjechał do Krakowa pociąg z pułkiem gwardyjskim NKWD. Ty wiesz jaka to potęga? Stalin teraz rządzi Polską i prędzej czy później „Króla Podhala” skrócą o głowę. Jak mi pomożesz złapać go przed nimi, to tylko kiwnę palcem i będę mógł ci załatwić wszystko. Będziesz chciał, proszę bardzo, możesz zostać dyrektorem hotelu i restauracji. Choćby tej naprzeciwko – pokazał palcem werandę restauracji Morskiego Oka. – Ci dwaj ciecie, co cię dzisiaj znieważyli, będą mogli zmywać w sraczu podłogę i czyścić kible, a akowiec - cherubinek będzie z kulą w głowie wąchał od spodu kwiatki. Będziesz rżnął wszystkie najpiękniejsze góraleczki i jak zechcesz, to może wielkodusznie zamoczysz rogala w cipie niewiernej blond tancerki.  

    Walentino zdecydowanym ruchem przechylił do ust pięćdziesiątkę czyściochy. Spojrzał na Wołczeckiego spod oka. Jego stężała i skupiona twarz zdradzała, że w jego mózgu dokonuje się analiza złożonej przez kumpla propozycji. 

    - Fajnie nawijasz, ale pomysł żeby złapać Ognia… i to teraz, kiedy jest tu jedyną władzą, brzmi, jakbyś planował wyprawę na księżyc.

    - Poczekaj.

    Teraz swoją pięćdziesiątkę przełknął Wołczecki. Chuchnął, i wypił parę łyków gazowanej wody.

    - Pochodzisz jak Ogień z Waksmundu, nie możesz, nie znać jego rodziny i sąsiadów – rozpoczął prezentować uknute pomysły na osaczenie „Króla Podhala”, te same którymi udało się przekonać majora UB Franciszka Szlachcica.

    Jeszcze wysłuchując wywodów Jurka, bacznie obserwujący go Walentino, zaczął kręcić głową z dezaprobatą.

    - Nie podobają mi się twoje pomysły. Miałbym pomóc porwać żonę z dziećmi któregoś z przybocznych Ognia? Potem go szantażować? To skomplikowane i co tu gadać, moim zdaniem ten plan jest do dupy.

    - Masz lepszy pomysł?

    Walentino zwrócił głowę w stronę Morskiego Oka. Zaczął pukać palcem w stolik i patrząc na rozświetlone restauracyjne okna lokalu, w którym dokonywał zuchwałych kradzieży, wziął parę głębokich oddechów. Podobnie jak kolega przed chwilą, wskazujący palec skierował na lokal, w którym odbywał się dancing.

    - Ta blond tancerka, kiedy jeszcze była ze mną, opowiadała mi o rodzinie tego cherubinka, porucznika Wilka. Przyjaźniły się ich rodziny, znają się od dawna. Jego matka to zasłużona działaczka. Nazywa się Stefania Kruk – konspiracyjny pseudonim – Teściowa. Jeszcze za Niemca współtworzyła akowską partyzantkę. Teraz  znowu działa w AK, ma wielkie wpływy na Podhalu. U Ognia jest kimś w rodzaju… Chmm, jakby go określić, powiedzmy Metternicha na dworach cesarzy austrowęgierskich.

   - No, no, no. To ciekawe, widzę, że masz niemałą wiedzę. Ale mów jaśniej, kto to był ten Metternich?

    - Szara eminencja, kanclerz, minister bez teki, a faktycznie to pod jego dyktando cesarze, rządzili Europą.

    - To co, chciałbyś pomóc zaaresztować Teściową?

    - Nic by to nie dało. Moglibyście ją ciąć na plasterki i solić, a nic z niej nie wydusicie. Torturowało ją już gestapo i jej nie złamali – prawił Walentino mentorskim głosem dyrektora poprawczaka.

    - Powiedz wreszcie, kurwa, jaki jest twój pomysł?

    - Teraz słuchaj uważnie: ona ma piętę achillesową.

    - Jaką?

    - Synalek. Ten pierdolony cherubinek, co odbił mi dupę, zasraniec porucznik Wilk. Widziałem jak mamusia patrzyła na syneczka, wtedy, kiedy moja ex dziwka podeszła do ich stolika się przywitać. Teściowa obserwowała ją spode łba, gapiła się jak na bandytkę, która chce jej zrabować skarb. Wystraszyła się, że lalunia zakręci dupą, a jej cudowny syneczek zamiast z księżniczką, ożeni się z kurwą.

    - Wiesz? – ożywił się Wołczecki – szanowałem cię za inteligencję, zresztą domyślałem się, że musisz mieć coś w głowie, skoro potrafiłeś brylować w wyższych sferach. Teraz coś mi podpowiada, że twój pomysł będzie najlepszy. 

    - Chyba się domyślasz jaka jest moja propozycja.

    - Jaka?

    - Musimy porwać jej synalka, porucznika Wilka i dostarczyć chuja jak na tacy do krakowskiej bezpieki, a jego mamusia, niezłomna bojowniczka polskiego podziemia, żeby ratować synalka zrobi wszystko. To, że dopuści się zdrady to drobiazg, ona podpali świat, sprzeda Polskę, a wystawienie wam Ognia będzie dla niej tyle warte co pozbycie się gówna z muszli, pociągnięciem za łańcuszek spłuczki. Wszystko dla ukochanego synusia.  

 

***

   

    Nazajutrz, po nocy przespanej w pokoju wynajmowanym przez Walentino, w pensjonacie, Jurek zaproponował zjedzenie śniadania na Gubałówce.

    - Pamiętasz, jak pod celą czytaliśmy w Kurierze Krakowskim, że szwajcarska firma uruchamia kolejkę górską na Gubałówkę.  Jeszcze nigdy taką nie jechałem, a na szczycie jest podobno nowoczesna knajpa.

    Był słoneczny maj i po latach hitlerowskiej okupacji Zakopane ponownie jak przed wojną gościło tłumy turystów. Niemieckie władze zabraniały Polakom wjazdu do stolicy Tatr. Do Zakopanego można było się dostać jedynie po okazaniu wystawionej przez hitlerowców przepustki. Inna sprawa, że przepustki te rutynowo fałszowało polskie podziemie. Lecz dopiero teraz w czasie wiosny 1946 roku ponownie ożyły dawne szlaki turystyczne. Zjeżdżali się sfrustrowani z powodu pozabieranych im majątków ziemianie. Rozpoznawano znanych przedwojennych aktorów i literatów.

    

    Szastanie resortowymi pieniędzmi, przydzielonymi Jurkowi z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, rozpoczęli od zjedzenia jajecznicy na boczku i od zamówienia oryginalnej butelki szkockiej whisky. Już po trzecim kieliszku Walentino wyznał koledze dlaczego nienawidzi Ogniowców.

    - Nie mogę się przez nich pokazać w Nowym Targu. Tym od Ognia tego nie wybaczę. Podhale to jak mała wiocha, tu w Zakopcu też już wśród znajomków wiedzą i niektórzy mają satysfakcję, że mnie tak poniżyli. Oskarżyli mnie o kradzież publicznego mienia i rozbój w biały dzień. Powiedz sam, czy zostawiona przez gestapo limuzyna Opel Kapitan była czyjąś własnością? Może nie postawiliby mi takiego zarzutu, gdybym nie popił i nie usiadł za kierownicą. Jechałem za szybko i o mało nie zrobiłem garażu z dupy burmistrzowej. Wychodziła z córkami z kościoła i wlazła mi pod maskę. W ostatnim momencie skręciłem i staranowałem kiosk z dewocjonaliami. Sprzedająca różańce katechetka przewróciła się ze swoją budą. Jak wyczołgała się ze łbem obwieszonym medalikami i wstążeczkami od szkaplerzy, zaczęła wrzeszczeć, że diabeł – pokazała na mnie – chciał ją żywcem wepchnąć do piekła.  Doznała szoku, a ogniowcy odstawili ze mną cyrk pod publiczkę… Już wolałbym odkiwać rok kryminału – z goryczą wspomniał Walentino. – Ściągnęli mi publicznie gacie i dostałem dwadzieścia pięć wyciorem na gołą dupę. Tego tym skurwysynom nie popuszczę. 

    Z dalszej rozmowy wynikało, że towarzysz z więziennej celi miał nie małą wiedzę nie tylko o Ogniu i jego ludziach. Ku zaskoczeniu kolegi z którym pił whisky powiedział, że znał osobiście Złotą Alę, słyszał też o łączącym ją z Jurkiem uczuciu, także wiedział o jej oświęcimskich zbrodniach. Nie podzielał wiary kolegi w możliwość uwolnienia Ali od stryczka, nie mniej wyraźnie miał ochotę na akcję przeciwko Ogniowi i jego ludziom. Jeszcze bardziej zapalił się  do działania, kiedy zobaczył Jurka portfel wypchany dolarami i dwu tysięcznym plikiem banknotów w stuzłotowych nominałach.

      - Zrobimy tak… – powiedział mrużąc w zamyśleniu oczy, jego twarz wydawała się skupiona  jakby był generałem przygotowującym frontową operację. – Nie… zaraz, poczekaj… - najwyraźniej zmienił element swoich planów. – Tak, tu odpowiednia będzie Liliana. Najlepsze są proste środki – upajał się Walentino własnym wizjonerstwem.

    - Co ty pierdolisz? Jaka znowu Liliana? – tracił cierpliwość Wołczecki.  

    - Teraz posłuchaj uważnie. Znam koleżankę blond tancerki, ma na imię Liliana, ona w głębi duszy nienawidzi tej dziwki cherubinka, zawsze jej wszystkiego zazdrościła, kiedyś o mnie rywalizowały – napomknął jakby od niechcenia. – Dasz jej, powiedzmy dziesięć dolarów, żeby sobie sprawiła efektowną szmatę i mogła wyeksponować nie mniej zgrabną dupę od tancerki. Walutę dostanie po wyproszeniu dziwki Wilka na zewnątrz Morskiego Oka. Kolejne dwie inwestycje, to zakup w szpitalu, oczywiście na lewo, buteleczki z eterem oraz opłacenie Waldychy. Waldycha to mój człowiek – zbir o nieprawdopodobnej mocy, on wykręca podkowy jakby były z podgrzanego wosku. Pierwszy tamponik nasączony eterem przyłoży do usteczek tancerki. Potem Liliana wróci po cherubinka i powie, że koleżanka na dworze zasłabła. Wyciągnie porucznika Wilka za ciemny winkiel, tam gdzie chowaliśmy się przed ogniowcami, co jechali po mnie bryczką i pokaże leżącą przyjaciółkę. Wtedy Waldycha przyciśnie mu do ust i nosa kolejny eterowy kompresik. Cherubinka zapakujemy do bryczki i przesyłka dla krakowskich ubeków jest nasza. Cóż, potem opłacisz półciężarówkę z trumną, a opakowany w sosnowe deski poruczniczek przejedzie się do krakowskiej komendy. 

   

 

    Po osuszeniu butelki kosztownego trunku i zjeździe kolejką z Gubałówki koledzy z celi byli w znakomitym nastroju. Plan porwania cherubinka jeszcze raz omówiony przez Walentino wydawał się logiczny i sensowny.

    - Kiedyś robiłem podobną akcję na synalka bogatych ziemian, wtedy chodziło o okup, poszło jak z płatka – chełpił się Walentino, chcąc utwierdzić Jurka w przekonaniu o niezawodności zaplanowanej akcji.

    Przechodzili przed szeregiem kramów, przy których górale sprzedawali oszczypki, kierpce, dziecinne ciupagi, kożuchy i błamy, gdy rozległ się ostrzegawczy gwizd. Ktoś szarpnął Walentino i wciągnął go za budę z kożuchami.

    - Ty idź dalej i nie rozglądaj się. Szuka was milicja – warknął mężczyzna, którego usta szpeciła blizna po uderzeniu nożem, zupełnie jakby ktoś dokonał chirurgicznego zabiegu, aby rozszerzyć mu uśmiech.

    Na potwierdzenie jego słów zza straganów wyłonił się patrol dwóch żołnierzy z których jeden podtrzymywał przewieszone przez kark niemieckie empi 40 - szmajser, a drugi, niósł zawieszony na ramieniu karabin z lunetą.

    „Ogniowcy”! – przeszedł Jurkowi przez plecy dreszcz. „Szukają mnie. Sam w Morskim Oku przedstawiłem się jako funkcjonariusz z wojewódzkiej UBP”.

    Ten z karabinem zatrzymał wzrok na Jurku. Przez parę sekund trwał wzrokowy pojedynek. Jurek pierwszy spuścił oczy, po czym pochylił się i przykucnął. Niby poprawiając sznurowadło podniósł fragment nogawki, by móc szybkim ruchem wyrwać umocowany poniżej łydki mini rewolwer.

    „Po dwa pociski na każdego, powinny wystarczyć” – szybko skalkulował dyskretnie odsłaniając fragment płóciennej kabury.

    Ku jego zaskoczeniu ogniowcy, przeszli z obojętnymi minami…     

 

***

 

    Kłopoty zaczęły się, kiedy koledzy wytrzeźwieli i nazajutrz przystąpili do realizacji planu uknutego w alkoholowych oparach na Gubałówce. Liliany – koleżanki tancerki – nie zastali pod adresem, gdzie dotąd zamieszkiwała. Sąsiadka powiedziała, że opuściła Zakopane i pojechała na ziemie odzyskane. Z mieszkającym blisko ściany drzew Nędzowskiego Boru, kompletnie pijanym Waldychą nie można było nawiązać kontaktu. Mamrotał coś niezrozumiale pod nosem, a w izbie za ścianą ujadały rozwścieczone psy. Waldycha zdradzał objawy delirium tremens, co potwierdził nagle rzucając się na Jurka Wołczeckiego i krzycząc, że musi go zabić. Walentino uratował duszonego kolegę rozbijając na głowie mocarza butlę z resztką samogonu.

    - Uciekajmy! – pomógł wstać półprzytomnemu Jurkowi.

    Trzymający się za krwawiącą głowę Waldycha zatoczył się pod ścianę i zdjął z niej wielką siekierę. Na szczęście był na tyle zamroczony bimbrem oraz roztrzaskaną na ciemieniu butlą, że wydając groźne pomruki zbierał w sobie siły, dając gościom czas na opuszczenie walącego się domostwa i rozpoczęcie ucieczki. Lecz nie był to koniec kłopotów. Odbiegli kilkadziesiąt metrów w stronę Doliny Kościeliskiej, gdy usłyszeli pogoń. To szczekały grubym basem psy Waldychy. Jurek okazał się lepszym biegaczem i zobaczył jak dwa ciemne od brudu czworonożne potwory dopadają Walentino. Bez wahania przyklęknął i wyszarpnął spod nogawki mini rewolwer. Jeden z psów puścił rozdzierane spodnie i zamiast wbić zęby w udo kolegi ruszył na Jurka. Pierwszy strzał w rozwartą z wyszczerzonymi zębami paszczę spowodował przejmujący skowyt ciężko rannego zwierzęcia. Nierasowy podobny do bernardyna skomlący olbrzym uderzając z rozpędu nogi Wołczeckiego omal go nie wywrócił. Teraz Jurek poczuł smród, chyba nigdy nie kąpanego, wijącego się z bólu psa. „Boże, ten drugi zagryzie Walentino”! – przeraził się.  Na trawę runął ciągnięty zębami za kołnierz marynarki kolega. Zasłonił się przed pierwszym ukąszeniem w twarz blokując dostęp przedramieniem, lecz w tym momencie ryknął z bólu, bowiem kły prawie zgruchotały mu rękę, a pies szarpnął kończyną ofiary, żeby ponownie zaatakować twarz. Pierwszy strzał w obronie kolegi mierzony prawie z przyłożenia do psiej głowy jedynie zdarł z niej smugę futra. Pies puścił rękę Walentino. Rozległ się strzał następny, tym razem lufę mini rewolweru Jurek włożył w ucho zwierzęcia.

 

***

 

    „Wyglądam jak dęty frajer – jak jakiś porąbany hrabia? Konny jeździec?” – Jurek ledwo poznał siebie w lustrze toalety krakowskiego dworca głównego. Na nosie uwierały go ciemne okulary podobne do tych noszonych przez przedwojennych automobilistów. Głowę miał okrytą tyrolskim kapelusikiem, a czerwoną wiatrówkę uzupełniały spodnie hajdawery i lśniące oficerki. „Szkoda, że jeszcze nie zachęcił mnie do trzymania berła” – miał ochotę parsknąć śmiechem. Był jednak koledze wdzięczny. Walentino kupując na zakopiańskim targu za resortowe pieniądze udziwnioną garderobę, myślał przede wszystkim, by wygląd Jurka odbiegał od rysopisu poszukiwanego przez Ogniowców ubeka.

    - Ekscentryczny wygląd będzie dobrym kamuflażem – zapewnił przebierającego się w pensjonacie kolegę. – Teraz w Tatrach widuje się wielu arystokratów, którym odbija palma, jak z dnia na dzień komuniści robią z nich żebraków.

    „Walentino miał rację” – Jurek przypomniał sobie uzbrojony patrol żołnierzy Ognia na zakopiańskiej  kolejowej stacji. Stał wówczas w kolejce do kasy biletowej i przez chwilę myślał, że zamierzają go legitymować, tymczasem jeden z nich powiedział coś do drugiego i wybuchli głośnym rechotem. 

     Nazajutrz czuł ulgę, udało się wymknąć z polowania prowadzonego na siebie przez ogniowców, do Krakowa wrócił cały. Męczyła go jednak perspektywa złożenia meldunku majorowi Szlachcicowi? „Przepiłem prawie tysiąc złotych i z tego nic konkretnego nie wynikło. Przecież nie będę go namawiał, żeby do Zakopanego wjechać ruskimi czołgami, rozwalić z dział Morskie Oko i aresztować porucznika Wilka”? – wściekał się na siebie idąc Karmelicką w stronę ulicy Pomorskiej, gdzie mieściła się siedziba Komendy Wojewódzkiej Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

    Major Szlachcic z uwagą wysłuchał szczegółowej relacji Jurka z zakopiańskiej eskapady i nieudanych przygotowań do porwania porucznika Wilka.

    - Pomysł aresztowania syna Teściowej jest bardzo dobry. Ale to tylko słowa – ubek nieufnie spojrzał na Jurka…

 

[1] Siedziałem z nim w jednej celi.

[2] Wafel – zaprzyjaźniony więzień, z którym dzieli się smakołyki z paczek.

[3] Przestępca elokwentny, potrafiący omamić ofiarę sugestywną narracją.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 10.04.2018 14:03 · Czytań: 104 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 10.04.2018 15:07
Hej, Kazjuno,

Jak już pisałem, to proza akcji. Ktoś zauważył, że napisana niemal jak scenariusz. I to mi się podoba. Owszem są książki inaczej skonstruowane, ale tamte mają inny cel. Więc Twoje pisanie mi się podoba, choć to nie do końca mój styl.
A teraz o wadach:
Cytat:
Jak mi po­mo­żesz, to mogę ci pomóc za­ła­twić tego uwo­dzi­cie­la.

Nie podoba mi się to zdanie. owszem, mógł ktoś tak mówić. powtarzając słowa, ale, jak to mi powiedziała pewna kobieta, sztuka to nie wierne odwzorowanie rzeczywistości - jeśli by tak było, mielibyśmy do czynienia z kiczem (tak, jak w przypadku malarstwa) - sztuka to pokazanie rzeczywistości nieco inaczej - czasem piękniej, czasem brzydziej, a czasem prawie nierozpoznawalnie. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia trzy razy z tym samym słowem, nieco inaczej przytoczonym. Zobacz po-możesz, mogę, po-móc. Uważam, że to zdanie jest okropne, nawet jak na wypowiedź. Moim skromnym zdaniem powinieneś nieco je upiększyć.
Cytat:
Nie tłu­macz się, też mam z ogniow­ca­mi na pień­ku.

Tu nie wiem, ale czy jesteś pewien, że słowo "ogniowcami" piszemy małą literą? Zresztą było też słowo "akowcami" pisane tak samo.
Cytat:
tam gdzie cho­wa­li­śmy się przed ogni owca­mi

Tu jest zbędna spacja.
Cytat:
wark­nął męż­czy­zna, któ­re­go twarz za­wie­ra­ła przy ustach bli­znę, jakby ktoś do­ko­nał za­bie­gu ma­ją­ce­go roz­sze­rzyć mu uśmiech.

Nie podoba mi się słowo "zawierała". A może to moje zdanie stricte subiektywne? Zastanów się.
Cytat:
miał ocho­tę par­sk­nąć z sie­bie śmie­chem.

Parskąć Z SIEBIE? To też mi nie pasuje. Ja wyrzuciłbym "z siebie". ps. Dopiero po długim czasie skumałem, o co w tym chodziło. Jest ok :)
Cytat:
żeby do Za­ko­pa­ne­go wje­chać ru­ski­mi czoł­ga­mi, roz­wa­lić z dział czoł­go­wych Mor­skie Oko

Dwa razy czołg/czołgowych. Wyrzuciłbym drugie.

Aha, i powtórzyłeś rozdział ósmy. Dbaj, aby się nie powtarzały.

To chyba tyle.
Pozdrawiam
Kazjuno dnia 10.04.2018 18:22
Jak zwykle serdecznie Ci Antosiu dziękuję.
Na razie nie mogę usiąść przy tekście, zrobię to później.
Oczywiście naniosę poprawki i odniosę się do Twoich uwag.
Serdecznie pozdrawiam, Kj

Wreszcie naniosłem poprawki na zauważone przez Ciebie błędy.
Podziwiam Twoje bystre oko, bo sam musiałem się naszukać swoich błędów.
Bardzo też mi miło, że mimo tak odległych tematycznie dla Ciebie tematów, masz cierpliwość czytać moje rozdziały i pomagasz w ich udoskonalaniu.

Pozdrawiam, Kj
Ania_Basnik dnia 13.04.2018 21:51 Ocena: Bardzo dobre
nie mogłam czytać o tej przemocy wobec piesków, rozumiem, że tak musiało stać się. Ale za to inne fragmenty były przyjemniejsze. Jest ciekawie, dobrze sie czyta i jak już pisałam wcześniej - gotowy scenariusz filmowy
Kazjuno dnia 13.04.2018 23:48
Ech, droga Aniu!
Psy to ja też bardzo lubię, chociaż przygody z nimi widywałem różne. Nie zawsze były osobiste. Raz jednak, mój skądinąd wojowniczy (ś.p.) husky Bojcio rozpoczął nierówny bój z bulterierem. Szczęśliwie właścicielka psa mordercy pozwoliła mi kopać centkowanego mocarza, który już Bojcia zagryzał. Jakimś cudem udało mi się uratować swojego czworonoga. Potem go zszywałem i leczyłem prawie śmiertelną ranę.
Więc pisząc o zwyrodnialcach, śmierdzących bernardynowatych potężnych kundlach z domieszkami diablich genów, miałem na myśli psa centkarza, którego cudem razem z jego właścicielką, udało się spacyfikować. Zresztą dowiedziałem się, że po kolejnych morderczych wybrykach centkarza, właścicielka z bólem serca zdecydowała się go uśpić.
Tyle tytułem psiego dramatu.

Jestem Ci bardzo wdzięczny za wpis. Dzięki Tobie czuję się pokrzepiony na duchu, bo tekst spadł jednak do gorszej kategorii.
Dziękuję też Aniu za bardzo dobrą ocenę.

Serdecznie pozdrawiam, Kj

PS. Właściwie to we wstępie powinienem przeprosić czytelników za pomyłkowe powtórzenie ósmego rozdziału.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ajw
24/04/2018 23:04
Może zamiast "przychodzą", które jest w… »
ajw
24/04/2018 22:59
I ja oczy postawiłam w słup, bo zupełnie nie spodziewałam… »
Darcon
24/04/2018 22:42
Celna uwaga, Retro. :) Wprowadziłem małą zmianę. »
Gramofon
24/04/2018 21:34
Ja kompletnie tego by ona była silna w tekście nie… »
purpur
24/04/2018 21:24
Hmmm... A ja kompletnie nie zgadzam się z przedmówcami :p»
retro
24/04/2018 21:21
Decand, zmotywowałeś mnie. Uwzględnię Twoje sugestie.… »
retro
24/04/2018 21:13
Bardzo metafizyczny kawałek. Sielankowy. Czekamy na więcej… »
Decand
24/04/2018 21:13
Decnad twierdzi, że Darcon napisał wszystko co mógł odnośnie… »
retro
24/04/2018 21:07
Gramofon, to jest silna kobieta, a one nie targają się na… »
Gramofon
24/04/2018 21:05
Poprawne, płynne i takie tam, jako część większej całości… »
retro
24/04/2018 20:58
Decand, dziękuję. Na pewno skorzystam z Twoich uwag. Tylko… »
retro
24/04/2018 20:54
Ciekawie poprowadzony utwór. Chyba powinieneś wrzucić… »
Decand
24/04/2018 20:52
Zakończenie perfidnie zabiło ten twór literacki. Trochę jak… »
retro
24/04/2018 20:45
Czytałam jakiś czas temu. Zakręcony artystycznie kawałek. :)»
retro
24/04/2018 20:42
Bardzo ciekawie poprowadziłeś tekst, który jest spokojny,… »
ShoutBox
  • Decand
  • 24/04/2018 22:39
  • Solucja wydaje się bardzo prosta - nie bądź poetą, nie czytaj poezji z Internetu, nie miej raka.
  • jskslg
  • 24/04/2018 22:21
  • Ja wole sprawdzać te z góry, bo zazwyczaj są po prostu przyjemniejsze do czytania i nie dostaje raka od jakichś Mickiewiczow wannabe
  • mike17
  • 24/04/2018 21:27
  • Właśnie dlatego, że jest na górnej to ciągnie do komentowania. W dół raczej mnie nie ciągnie, acz jak wspomniałem dolna obfituje w dobre teksty. Jak widać nie ma reguł, półki raczą tym samym.
  • Decand
  • 24/04/2018 21:19
  • Ale upraszczanie tego tematu też nie ma sensu. Nie będzie nigdy skonkretyzowanej odpowiedzi na pytanie "Dlaczego?". Sprawa subiektywna, niestety. Ostatecznie trzeba brać się do roboty w komentowaniu.
  • Decand
  • 24/04/2018 21:18
  • Tendencja wydaje się prosta - skoro tekst jest na górnej półce to po co miałbym go komentować? Nas, z natury, ciągnie bardziej do rzeczy gorszych niż do lepszych. Podbicie ego i te sprawy.
  • mike17
  • 24/04/2018 21:16
  • To, dlaczego nie rozumiesz to już twoja sprawa, ale jest jak piszę. Zastanawia mnie fenomen dolnej półki. I czemu te utwory jakoś się bronią. Na górnej są "tuzy", których nikt nie nie czyta.
  • purpur
  • 24/04/2018 21:07
  • Nie do końca rozumiem dlaczego łączysz "półki" z ilością komentarzy? Nie za bardzo widzę związek...
  • mike17
  • 24/04/2018 19:09
  • Zawsze mnie zastanawia, dlaczego tak wiele utworów z górnej półki prozy ma ZERO komentarzy. A te z dolnej hulają w najlepsze :)
  • Zola111
  • 24/04/2018 18:41
  • Piszcie wiersze do Zaśrodkowania. Czekamy.
  • purpur
  • 24/04/2018 18:31
  • Nie powiedziałbym, że półki to fikcja. Szczere mówiąc uważam je za świetny pomysł! Natomiast to nie one decydują o ilości komentarzy, które otrzymujemy... Ale o tym już wspominałem...
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:Gioffrese9h
Wspierają nas