Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdział 9 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdział 9
A A A
Od autora: Proszę Was, szanowni Czytelnicy o uwagi. Czy ten suplement do nauki powojennej historii Polski spełnia Wasze oczekiwania?
Proszę o krytykę, no i o wytyknie usterek.

Miłego czytadła, Kj
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

 

 

Rozdział 9  Złapać cherubinka  

 

    Po odjeździe bryczki z ogniowcami, Jurek zaprosił Walentino na wódkę. Kolega zgodził się na poczęstunek, jednak namówił fundatora, aby alkohol spożywać w Bazarze Polskim – knajpie leżącej naprzeciw Morskiego Oka.

    - Co to za figo-fago? Ten typek z ładną tancerką, któremu groziłeś w Morskim Oku – zapytał Wołczecki.

    - Zabiję gnoja. To porucznik AK Wilk.

    - Wilk? Wilk?… poczekaj… gdzieś się z nim zetknąłem – wytężał pamięć Jurek. 

    - Jeszcze trzy dni temu ta blondyneczka jadła mi z ręki. Nie wiem, co ona widzi w tym cherubinku. Przecież rżnąłem ją na wszystkie sposoby świata – nienawistnie syczał Walentino. – Połasił się na moją własność.    

    - Jak mi pomożesz, to mogę załatwić tego uwodziciela. Przypomniałem sobie skąd go pamiętam.

    - Chcesz mnie namówić na współpracę z UB? – Walentino spojrzał podejrzliwie na kolegę. – Miałbym wspomagać was? Skurwysynów, co zniewalają Polskę dla Moskwy?

    Wołczecki spuścił głowę i przez parę sekund sprawiał wrażenie zakłopotanego, przypominał złodzieja złapanego za rękę w czasie dokonywania kradzieży.

    - Też czuję do nich odrazę, chociaż skłamałbym, nie do wszystkich – powiedział nie patrząc rozmówcy w oczy. – Musiałem się układać z komunistami. Ogień i ci co chcieliby powrotu przedwojennej Polski wydali na mnie wyrok śmierci. Szczęśliwie, te pachołki Moskwy potrzebują pomocy, żeby niszczyć zbrojne podziemie AK. Wedle akowców zapracowałem na kulę w łeb albo szubienicę – podniósł oczy na dawnego kompana z celi.

    - Nie tłumacz się, też mam z ogniowcami na pieńku. Należałem do nich, ale od pewnego czasu ich nienawidzę – zaznaczył Walentino.

    - Zastanów się – pewniejszym głosem powiedział Jurek Wołczecki – Ogień na razie jest mocny, ale on z komunistami nie wygra.  Żeby go zlikwidować, przyjechał do Krakowa pociąg z pułkiem gwardyjskim NKWD. Ty wiesz jaka to potęga? Stalin teraz rządzi Polską i prędzej czy później „Króla Podhala” skrócą o głowę. Jak mi pomożesz złapać go przed nimi, to tylko kiwnę palcem i będę mógł ci załatwić wszystko. Będziesz chciał, proszę bardzo, możesz zostać dyrektorem hotelu i restauracji. Choćby tej naprzeciwko – pokazał palcem werandę restauracji Morskiego Oka. – Ci dwaj ciecie, co cię dzisiaj znieważyli, będą mogli zmywać w sraczu podłogę i czyścić kible, a akowiec - cherubinek będzie z kulą w głowie wąchał od spodu kwiatki. Będziesz rżnął wszystkie najpiękniejsze góraleczki i jak zechcesz, to może wielkodusznie zamoczysz rogala w cipie niewiernej blond tancerki.  

    Walentino zdecydowanym ruchem przechylił do ust pięćdziesiątkę czyściochy. Spojrzał na Wołczeckiego spod oka. Jego stężała i skupiona twarz zdradzała, że w jego mózgu dokonuje się analiza złożonej przez kumpla propozycji. 

    - Fajnie nawijasz, ale pomysł żeby złapać Ognia… i to teraz, kiedy jest tu jedyną władzą, brzmi, jakbyś planował wyprawę na księżyc.

    - Poczekaj.

    Teraz swoją pięćdziesiątkę przełknął Wołczecki. Chuchnął, i wypił parę łyków gazowanej wody.

    - Pochodzisz jak Ogień z Waksmundu, nie możesz, nie znać jego rodziny i sąsiadów – rozpoczął prezentować uknute pomysły na osaczenie „Króla Podhala”, te same którymi udało się przekonać majora UB Franciszka Szlachcica.

    Jeszcze wysłuchując wywodów Jurka, bacznie obserwujący go Walentino, zaczął kręcić głową z dezaprobatą.

    - Nie podobają mi się twoje pomysły. Miałbym pomóc porwać żonę z dziećmi któregoś z przybocznych Ognia? Potem go szantażować? To skomplikowane i co tu gadać, moim zdaniem ten plan jest do dupy.

    - Masz lepszy pomysł?

    Walentino zwrócił głowę w stronę Morskiego Oka. Zaczął pukać palcem w stolik i patrząc na rozświetlone restauracyjne okna lokalu, w którym dokonywał zuchwałych kradzieży, wziął parę głębokich oddechów. Podobnie jak kolega przed chwilą, wskazujący palec skierował na lokal, w którym odbywał się dancing.

    - Ta blond tancerka, kiedy jeszcze była ze mną, opowiadała mi o rodzinie tego cherubinka, porucznika Wilka. Przyjaźniły się ich rodziny, znają się od dawna. Jego matka to zasłużona działaczka. Nazywa się Stefania Kruk – konspiracyjny pseudonim – Teściowa. Jeszcze za Niemca współtworzyła akowską partyzantkę. Teraz  znowu działa w AK, ma wielkie wpływy na Podhalu. U Ognia jest kimś w rodzaju… Chmm, jakby go określić, powiedzmy Metternicha na dworach cesarzy austrowęgierskich.

   - No, no, no. To ciekawe, widzę, że masz niemałą wiedzę. Ale mów jaśniej, kto to był ten Metternich?

    - Szara eminencja, kanclerz, minister bez teki, a faktycznie to pod jego dyktando cesarze, rządzili Europą.

    - To co, chciałbyś pomóc zaaresztować Teściową?

    - Nic by to nie dało. Moglibyście ją ciąć na plasterki i solić, a nic z niej nie wydusicie. Torturowało ją już gestapo i jej nie złamali – prawił Walentino mentorskim głosem dyrektora poprawczaka.

    - Powiedz wreszcie, kurwa, jaki jest twój pomysł?

    - Teraz słuchaj uważnie: ona ma piętę achillesową.

    - Jaką?

    - Synalek. Ten pierdolony cherubinek, co odbił mi dupę, zasraniec porucznik Wilk. Widziałem jak mamusia patrzyła na syneczka, wtedy, kiedy moja ex dziwka podeszła do ich stolika się przywitać. Teściowa obserwowała ją spode łba, gapiła się jak na bandytkę, która chce jej zrabować skarb. Wystraszyła się, że lalunia zakręci dupą, a jej cudowny syneczek zamiast z księżniczką, ożeni się z kurwą.

    - Wiesz? – ożywił się Wołczecki – szanowałem cię za inteligencję, zresztą domyślałem się, że musisz mieć coś w głowie, skoro potrafiłeś brylować w wyższych sferach. Teraz coś mi podpowiada, że twój pomysł będzie najlepszy. 

    - Chyba się domyślasz jaka jest moja propozycja.

    - Jaka?

    - Musimy porwać jej synalka, porucznika Wilka i dostarczyć chuja jak na tacy do krakowskiej bezpieki, a jego mamusia, niezłomna bojowniczka polskiego podziemia, żeby ratować synalka zrobi wszystko. To, że dopuści się zdrady to drobiazg, ona podpali świat, sprzeda Polskę, a wystawienie wam Ognia będzie dla niej tyle warte co pozbycie się gówna z muszli, pociągnięciem za łańcuszek spłuczki. Wszystko dla ukochanego synusia.  

 

***

   

    Nazajutrz, po nocy przespanej w pokoju wynajmowanym przez Walentino, w pensjonacie, Jurek zaproponował zjedzenie śniadania na Gubałówce.

    - Pamiętasz, jak pod celą czytaliśmy w Kurierze Krakowskim, że szwajcarska firma uruchamia kolejkę górską na Gubałówkę.  Jeszcze nigdy taką nie jechałem, a na szczycie jest podobno nowoczesna knajpa.

    Był słoneczny maj i po latach hitlerowskiej okupacji Zakopane ponownie jak przed wojną gościło tłumy turystów. Niemieckie władze zabraniały Polakom wjazdu do stolicy Tatr. Do Zakopanego można było się dostać jedynie po okazaniu wystawionej przez hitlerowców przepustki. Inna sprawa, że przepustki te rutynowo fałszowało polskie podziemie. Lecz dopiero teraz w czasie wiosny 1946 roku ponownie ożyły dawne szlaki turystyczne. Zjeżdżali się sfrustrowani z powodu pozabieranych im majątków ziemianie. Rozpoznawano znanych przedwojennych aktorów i literatów.

    

    Szastanie resortowymi pieniędzmi, przydzielonymi Jurkowi z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, rozpoczęli od zjedzenia jajecznicy na boczku i od zamówienia oryginalnej butelki szkockiej whisky. Już po trzecim kieliszku Walentino wyznał koledze dlaczego nienawidzi Ogniowców.

    - Nie mogę się przez nich pokazać w Nowym Targu. Tym od Ognia tego nie wybaczę. Podhale to jak mała wiocha, tu w Zakopcu też już wśród znajomków wiedzą i niektórzy mają satysfakcję, że mnie tak poniżyli. Oskarżyli mnie o kradzież publicznego mienia i rozbój w biały dzień. Powiedz sam, czy zostawiona przez gestapo limuzyna Opel Kapitan była czyjąś własnością? Może nie postawiliby mi takiego zarzutu, gdybym nie popił i nie usiadł za kierownicą. Jechałem za szybko i o mało nie zrobiłem garażu z dupy burmistrzowej. Wychodziła z córkami z kościoła i wlazła mi pod maskę. W ostatnim momencie skręciłem i staranowałem kiosk z dewocjonaliami. Sprzedająca różańce katechetka przewróciła się ze swoją budą. Jak wyczołgała się ze łbem obwieszonym medalikami i wstążeczkami od szkaplerzy, zaczęła wrzeszczeć, że diabeł – pokazała na mnie – chciał ją żywcem wepchnąć do piekła.  Doznała szoku, a ogniowcy odstawili ze mną cyrk pod publiczkę… Już wolałbym odkiwać rok kryminału – z goryczą wspomniał Walentino. – Ściągnęli mi publicznie gacie i dostałem dwadzieścia pięć wyciorem na gołą dupę. Tego tym skurwysynom nie popuszczę. 

    Z dalszej rozmowy wynikało, że towarzysz z więziennej celi miał nie małą wiedzę nie tylko o Ogniu i jego ludziach. Ku zaskoczeniu kolegi z którym pił whisky powiedział, że znał osobiście Złotą Alę, słyszał też o łączącym ją z Jurkiem uczuciu, także wiedział o jej oświęcimskich zbrodniach. Nie podzielał wiary kolegi w możliwość uwolnienia Ali od stryczka, nie mniej wyraźnie miał ochotę na akcję przeciwko Ogniowi i jego ludziom. Jeszcze bardziej zapalił się  do działania, kiedy zobaczył Jurka portfel wypchany dolarami i dwu tysięcznym plikiem banknotów w stuzłotowych nominałach.

      - Zrobimy tak… – powiedział mrużąc w zamyśleniu oczy, jego twarz wydawała się skupiona  jakby był generałem przygotowującym frontową operację. – Nie… zaraz, poczekaj… - najwyraźniej zmienił element swoich planów. – Tak, tu odpowiednia będzie Liliana. Najlepsze są proste środki – upajał się Walentino własnym wizjonerstwem.

    - Co ty pierdolisz? Jaka znowu Liliana? – tracił cierpliwość Wołczecki.  

    - Teraz posłuchaj uważnie. Znam koleżankę blond tancerki, ma na imię Liliana, ona w głębi duszy nienawidzi tej dziwki cherubinka, zawsze jej wszystkiego zazdrościła, kiedyś o mnie rywalizowały – napomknął jakby od niechcenia. – Dasz jej, powiedzmy dziesięć dolarów, żeby sobie sprawiła efektowną szmatę i mogła wyeksponować nie mniej zgrabną dupę od tancerki. Walutę dostanie po wyproszeniu dziwki Wilka na zewnątrz Morskiego Oka. Kolejne dwie inwestycje, to zakup w szpitalu, oczywiście na lewo, buteleczki z eterem oraz opłacenie Waldychy. Waldycha to mój człowiek – zbir o nieprawdopodobnej mocy, on wykręca podkowy jakby były z podgrzanego wosku. Pierwszy tamponik nasączony eterem przyłoży do usteczek tancerki. Potem Liliana wróci po cherubinka i powie, że koleżanka na dworze zasłabła. Wyciągnie porucznika Wilka za ciemny winkiel, tam gdzie chowaliśmy się przed ogniowcami, co jechali po mnie bryczką i pokaże leżącą przyjaciółkę. Wtedy Waldycha przyciśnie mu do ust i nosa kolejny eterowy kompresik. Cherubinka zapakujemy do bryczki i przesyłka dla krakowskich ubeków jest nasza. Cóż, potem opłacisz półciężarówkę z trumną, a opakowany w sosnowe deski poruczniczek przejedzie się do krakowskiej komendy. 

   

 

    Po osuszeniu butelki kosztownego trunku i zjeździe kolejką z Gubałówki koledzy z celi byli w znakomitym nastroju. Plan porwania cherubinka jeszcze raz omówiony przez Walentino wydawał się logiczny i sensowny.

    - Kiedyś robiłem podobną akcję na synalka bogatych ziemian, wtedy chodziło o okup, poszło jak z płatka – chełpił się Walentino, chcąc utwierdzić Jurka w przekonaniu o niezawodności zaplanowanej akcji.

    Przechodzili przed szeregiem kramów, przy których górale sprzedawali oszczypki, kierpce, dziecinne ciupagi, kożuchy i błamy, gdy rozległ się ostrzegawczy gwizd. Ktoś szarpnął Walentino i wciągnął go za budę z kożuchami.

    - Ty idź dalej i nie rozglądaj się. Szuka was milicja – warknął mężczyzna, którego usta szpeciła blizna po uderzeniu nożem, zupełnie jakby ktoś dokonał chirurgicznego zabiegu, aby rozszerzyć mu uśmiech.

    Na potwierdzenie jego słów zza straganów wyłonił się patrol dwóch żołnierzy z których jeden podtrzymywał przewieszone przez kark niemieckie empi 40 - szmajser, a drugi, niósł zawieszony na ramieniu karabin z lunetą.

    „Ogniowcy”! – przeszedł Jurkowi przez plecy dreszcz. „Szukają mnie. Sam w Morskim Oku przedstawiłem się jako funkcjonariusz z wojewódzkiej UBP”.

    Ten z karabinem zatrzymał wzrok na Jurku. Przez parę sekund trwał wzrokowy pojedynek. Jurek pierwszy spuścił oczy, po czym pochylił się i przykucnął. Niby poprawiając sznurowadło podniósł fragment nogawki, by móc szybkim ruchem wyrwać umocowany poniżej łydki mini rewolwer.

    „Po dwa pociski na każdego, powinny wystarczyć” – szybko skalkulował dyskretnie odsłaniając fragment płóciennej kabury.

    Ku jego zaskoczeniu ogniowcy, przeszli z obojętnymi minami…     

 

***

 

    Kłopoty zaczęły się, kiedy koledzy wytrzeźwieli i nazajutrz przystąpili do realizacji planu uknutego w alkoholowych oparach na Gubałówce. Liliany – koleżanki tancerki – nie zastali pod adresem, gdzie dotąd zamieszkiwała. Sąsiadka powiedziała, że opuściła Zakopane i pojechała na ziemie odzyskane. Z mieszkającym blisko ściany drzew Nędzowskiego Boru, kompletnie pijanym Waldychą nie można było nawiązać kontaktu. Mamrotał coś niezrozumiale pod nosem, a w izbie za ścianą ujadały rozwścieczone psy. Waldycha zdradzał objawy delirium tremens, co potwierdził nagle rzucając się na Jurka Wołczeckiego i krzycząc, że musi go zabić. Walentino uratował duszonego kolegę rozbijając na głowie mocarza butlę z resztką samogonu.

    - Uciekajmy! – pomógł wstać półprzytomnemu Jurkowi.

    Trzymający się za krwawiącą głowę Waldycha zatoczył się pod ścianę i zdjął z niej wielką siekierę. Na szczęście był na tyle zamroczony bimbrem oraz roztrzaskaną na ciemieniu butlą, że wydając groźne pomruki zbierał w sobie siły, dając gościom czas na opuszczenie walącego się domostwa i rozpoczęcie ucieczki. Lecz nie był to koniec kłopotów. Odbiegli kilkadziesiąt metrów w stronę Doliny Kościeliskiej, gdy usłyszeli pogoń. To szczekały grubym basem psy Waldychy. Jurek okazał się lepszym biegaczem i zobaczył jak dwa ciemne od brudu czworonożne potwory dopadają Walentino. Bez wahania przyklęknął i wyszarpnął spod nogawki mini rewolwer. Jeden z psów puścił rozdzierane spodnie i zamiast wbić zęby w udo kolegi ruszył na Jurka. Pierwszy strzał w rozwartą z wyszczerzonymi zębami paszczę spowodował przejmujący skowyt ciężko rannego zwierzęcia. Nierasowy podobny do bernardyna skomlący olbrzym uderzając z rozpędu nogi Wołczeckiego omal go nie wywrócił. Teraz Jurek poczuł smród, chyba nigdy nie kąpanego, wijącego się z bólu psa. „Boże, ten drugi zagryzie Walentino”! – przeraził się.  Na trawę runął ciągnięty zębami za kołnierz marynarki kolega. Zasłonił się przed pierwszym ukąszeniem w twarz blokując dostęp przedramieniem, lecz w tym momencie ryknął z bólu, bowiem kły prawie zgruchotały mu rękę, a pies szarpnął kończyną ofiary, żeby ponownie zaatakować twarz. Pierwszy strzał w obronie kolegi mierzony prawie z przyłożenia do psiej głowy jedynie zdarł z niej smugę futra. Pies puścił rękę Walentino. Rozległ się strzał następny, tym razem lufę mini rewolweru Jurek włożył w ucho zwierzęcia.

 

***

 

    „Wyglądam jak dęty frajer – jak jakiś porąbany hrabia? Konny jeździec?” – Jurek ledwo poznał siebie w lustrze toalety krakowskiego dworca głównego. Na nosie uwierały go ciemne okulary podobne do tych noszonych przez przedwojennych automobilistów. Głowę miał okrytą tyrolskim kapelusikiem, a czerwoną wiatrówkę uzupełniały spodnie hajdawery i lśniące oficerki. „Szkoda, że jeszcze nie zachęcił mnie do trzymania berła” – miał ochotę parsknąć śmiechem. Był jednak koledze wdzięczny. Walentino kupując na zakopiańskim targu za resortowe pieniądze udziwnioną garderobę, myślał przede wszystkim, by wygląd Jurka odbiegał od rysopisu poszukiwanego przez Ogniowców ubeka.

    - Ekscentryczny wygląd będzie dobrym kamuflażem – zapewnił przebierającego się w pensjonacie kolegę. – Teraz w Tatrach widuje się wielu arystokratów, którym odbija palma, jak z dnia na dzień komuniści robią z nich żebraków.

    „Walentino miał rację” – Jurek przypomniał sobie uzbrojony patrol żołnierzy Ognia na zakopiańskiej  kolejowej stacji. Stał wówczas w kolejce do kasy biletowej i przez chwilę myślał, że zamierzają go legitymować, tymczasem jeden z nich powiedział coś do drugiego i wybuchli głośnym rechotem. 

     Nazajutrz czuł ulgę, udało się wymknąć z polowania prowadzonego na siebie przez ogniowców, do Krakowa wrócił cały. Męczyła go jednak perspektywa złożenia meldunku majorowi Szlachcicowi? „Przepiłem prawie tysiąc złotych i z tego nic konkretnego nie wynikło. Przecież nie będę go namawiał, żeby do Zakopanego wjechać ruskimi czołgami, rozwalić z dział Morskie Oko i aresztować porucznika Wilka”? – wściekał się na siebie idąc Karmelicką w stronę ulicy Pomorskiej, gdzie mieściła się siedziba Komendy Wojewódzkiej Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

    Major Szlachcic z uwagą wysłuchał szczegółowej relacji Jurka z zakopiańskiej eskapady i nieudanych przygotowań do porwania porucznika Wilka.

    - Pomysł aresztowania syna Teściowej jest bardzo dobry. Ale to tylko słowa – ubek nieufnie spojrzał na Jurka…

 

[1] Siedziałem z nim w jednej celi.

[2] Wafel – zaprzyjaźniony więzień, z którym dzieli się smakołyki z paczek.

[3] Przestępca elokwentny, potrafiący omamić ofiarę sugestywną narracją.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 10.04.2018 14:03 · Czytań: 156 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 10.04.2018 15:07
Hej, Kazjuno,

Jak już pisałem, to proza akcji. Ktoś zauważył, że napisana niemal jak scenariusz. I to mi się podoba. Owszem są książki inaczej skonstruowane, ale tamte mają inny cel. Więc Twoje pisanie mi się podoba, choć to nie do końca mój styl.
A teraz o wadach:
Cytat:
Jak mi po­mo­żesz, to mogę ci pomóc za­ła­twić tego uwo­dzi­cie­la.

Nie podoba mi się to zdanie. owszem, mógł ktoś tak mówić. powtarzając słowa, ale, jak to mi powiedziała pewna kobieta, sztuka to nie wierne odwzorowanie rzeczywistości - jeśli by tak było, mielibyśmy do czynienia z kiczem (tak, jak w przypadku malarstwa) - sztuka to pokazanie rzeczywistości nieco inaczej - czasem piękniej, czasem brzydziej, a czasem prawie nierozpoznawalnie. W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia trzy razy z tym samym słowem, nieco inaczej przytoczonym. Zobacz po-możesz, mogę, po-móc. Uważam, że to zdanie jest okropne, nawet jak na wypowiedź. Moim skromnym zdaniem powinieneś nieco je upiększyć.
Cytat:
Nie tłu­macz się, też mam z ogniow­ca­mi na pień­ku.

Tu nie wiem, ale czy jesteś pewien, że słowo "ogniowcami" piszemy małą literą? Zresztą było też słowo "akowcami" pisane tak samo.
Cytat:
tam gdzie cho­wa­li­śmy się przed ogni owca­mi

Tu jest zbędna spacja.
Cytat:
wark­nął męż­czy­zna, któ­re­go twarz za­wie­ra­ła przy ustach bli­znę, jakby ktoś do­ko­nał za­bie­gu ma­ją­ce­go roz­sze­rzyć mu uśmiech.

Nie podoba mi się słowo "zawierała". A może to moje zdanie stricte subiektywne? Zastanów się.
Cytat:
miał ocho­tę par­sk­nąć z sie­bie śmie­chem.

Parskąć Z SIEBIE? To też mi nie pasuje. Ja wyrzuciłbym "z siebie". ps. Dopiero po długim czasie skumałem, o co w tym chodziło. Jest ok :)
Cytat:
żeby do Za­ko­pa­ne­go wje­chać ru­ski­mi czoł­ga­mi, roz­wa­lić z dział czoł­go­wych Mor­skie Oko

Dwa razy czołg/czołgowych. Wyrzuciłbym drugie.

Aha, i powtórzyłeś rozdział ósmy. Dbaj, aby się nie powtarzały.

To chyba tyle.
Pozdrawiam
Kazjuno dnia 10.04.2018 18:22
Jak zwykle serdecznie Ci Antosiu dziękuję.
Na razie nie mogę usiąść przy tekście, zrobię to później.
Oczywiście naniosę poprawki i odniosę się do Twoich uwag.
Serdecznie pozdrawiam, Kj

Wreszcie naniosłem poprawki na zauważone przez Ciebie błędy.
Podziwiam Twoje bystre oko, bo sam musiałem się naszukać swoich błędów.
Bardzo też mi miło, że mimo tak odległych tematycznie dla Ciebie tematów, masz cierpliwość czytać moje rozdziały i pomagasz w ich udoskonalaniu.

Pozdrawiam, Kj
Ania_Basnik dnia 13.04.2018 21:51 Ocena: Bardzo dobre
nie mogłam czytać o tej przemocy wobec piesków, rozumiem, że tak musiało stać się. Ale za to inne fragmenty były przyjemniejsze. Jest ciekawie, dobrze sie czyta i jak już pisałam wcześniej - gotowy scenariusz filmowy
Kazjuno dnia 13.04.2018 23:48
Ech, droga Aniu!
Psy to ja też bardzo lubię, chociaż przygody z nimi widywałem różne. Nie zawsze były osobiste. Raz jednak, mój skądinąd wojowniczy (ś.p.) husky Bojcio rozpoczął nierówny bój z bulterierem. Szczęśliwie właścicielka psa mordercy pozwoliła mi kopać centkowanego mocarza, który już Bojcia zagryzał. Jakimś cudem udało mi się uratować swojego czworonoga. Potem go zszywałem i leczyłem prawie śmiertelną ranę.
Więc pisząc o zwyrodnialcach, śmierdzących bernardynowatych potężnych kundlach z domieszkami diablich genów, miałem na myśli psa centkarza, którego cudem razem z jego właścicielką, udało się spacyfikować. Zresztą dowiedziałem się, że po kolejnych morderczych wybrykach centkarza, właścicielka z bólem serca zdecydowała się go uśpić.
Tyle tytułem psiego dramatu.

Jestem Ci bardzo wdzięczny za wpis. Dzięki Tobie czuję się pokrzepiony na duchu, bo tekst spadł jednak do gorszej kategorii.
Dziękuję też Aniu za bardzo dobrą ocenę.

Serdecznie pozdrawiam, Kj

PS. Właściwie to we wstępie powinienem przeprosić czytelników za pomyłkowe powtórzenie ósmego rozdziału.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
kamyczek
22/07/2018 15:02
Witaj, Wiolinie, w życiu jak to w życiu, bywa różnie - są… »
kamyczek
22/07/2018 14:46
- to się cieszę :) - ja też, pod każdą postacią. -… »
Kazjuno
22/07/2018 14:10
Serdeczne dzięki Carvedilol za czytanie i wyrażenie opinii.… »
Ekszyn Dupacycki
22/07/2018 14:03
Zachęciłaś, a chyba o to chodzi w recenzji. Nabędę :) »
Blastovitch
22/07/2018 14:02
Witam. Wysyłając to opowiadanie, miałem świadomość, że… »
Gatsby
22/07/2018 13:21
Rozumiem Darconie! Oto dowód na to jak ciężko zmieniać… »
Miladora
22/07/2018 13:18
Bardzo dziękuję, Kamyczku i Lilah, za przypomnienie tego… »
ajw
22/07/2018 13:04
Jak zwykle inteligentnie i emocjonalnie :) »
ajw
22/07/2018 13:02
W takim razie cieszę się bardzo :) »
ajw
22/07/2018 13:00
Wszystko cacy, jedynie ta jedynka i dwójka trochę drażni.… »
AntoniGrycuk
22/07/2018 12:32
Dzięki wielkie za czytanie i opinię. Ten tekst miał być… »
Lilah
22/07/2018 12:02
Rosnę z dumy, ajw. Serdeczności :) »
Lilah
22/07/2018 12:00
Uwielbiam ogórki, a tym samym i Twój wiersz, kamyczku. Nie… »
Carvedilol
22/07/2018 11:54
Kazjuno Przeczytałem ten fragment bez znajomości całości.… »
Kazjuno
22/07/2018 11:43
Tekst znacznie bardziej logiczny od poprzedniego "Życie… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:aspoerm
Wspierają nas