Szepty Edenu - Szuwar
A A A
Od autora: Na sam pomysł napisania utworu wpadłem, kiedy ukończyłem grę Silent Hill 2. Pomimo kultu, jakim cieszyła się ta produkcja, nie mogłem obejść się wrażeniu, że napisane do niej dialogi są potworne i jeszcze gorzej zagrane. Chciałem stworzyć coś, co będzie takim Cichym Wzgórzem, ale z rozmowami, których dla odmiany dałoby się słuchać. Z racji renomy gry, porzuciłem pomysł, ale ten nie pozwalał spać mi po nocach. W końcu, kiedy ukończyłem kolejny w życiu survival-horror - The Evil Within, wiedziałem, jak moja powieść powinna wyglądać. I tak, miast uczyć się do matury, pisałem horror, który z reguły był zlepkiem innych, zawczasu uznanych tworów.

Od początku chciałem, żeby mój utwór był jednym wielkim hołdem dla twórczości Zdzisława Beksińskiego. Uważam, że w tej kwestii odniosłem sukces. Jeśli zatem znasz jakieś jego obrazy, może nawet je cenisz - jest szansa, że one ożyją na stronicach poniższego dzieła.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Szepty Edenu

 

„Mówicie o mnie, że szalona, że szalona!

Mówicie o mnie, ja to samo krzyczę o nas!

I swoim krzykiem przez powietrze drążę drogę,

Po której wszyscy inni iść w milczeniu mogą...

Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy!

A! Ktoś chwyta, woła - stój!

Lecz wiem, że już nadchodzi czas

Gdy będzie musiał każdy z was

Uznać ten krzyk, ten krzyk, ten krzyk z mych niemych ust

Za swój!!!”

Jacek Kaczmarski, Krzyk, fragmenty

 

Pogoda za oknem pozostawiała wiele do życzenia. Niebo było niemalże całkowicie zachmurzone, a spomiędzy zamkniętego okna dało się wyczuć dusznotę dzisiejszego dnia. Cała zieleń, która rysowała się na trawniku, zdawała się być pokryta cieniem, jakby oblały ją popioły. Nie padało, ale od dłuższego czasu zapowiadało się na mocną ulewę. W taką pogodę nawet ruch na drodze przedstawiał się dość marnie. Ludzie albo porozjeżdżali się rankiem do pracy, albo woleli pozostać w ciepłych łóżkach, przez co po raz pierwszy od nie wiadomo jakiego czasu ulica nieopodal jego domu pozostawała niezwykle cicha, prawie jakby się przeprowadził na inne osiedle. Żadnych ciężarówek, tirów, samochodów, rowerzystów – pustka. Nawiedzała go tylko cisza.

Słońca dzisiejszego dnia było tyle co nic, więc i w domu też mało go zagościło. Jednak nikt nie zapalił światła w żadnym z pokoi. Jedyny obecny w budynku domownik godził się na przebywanie w półciemnościach. Ten stan mu nie wadził. Albo nie miał siły, żeby przed sobą przyznać, że jest inaczej i coś z tym zrobić – wychodziło na jedno. Nie wiedzieć czemu od jakiegoś czasu nie miał chęci nawet powstać i ciągle czuł się wyczerpany.

Siedział na sofie w pokoju gościnnym i wgapiał się pustym wzrokiem przed siebie. W omylnym wrażeniu można było uznać, iż wpatrywał się w wyłączony telewizor, odrobinę przykryty kurzem. Jednak jego oczy skierowane były nieco niżej, na szafkę tuż pod czarnym ekranem. Znajdowało się tam zdjęcie z jego rodziną. W uwiecznionym wydarzeniu cała ich trójka była bardzo szczęśliwa. „Piękna i radosna rodzina Kruków” – jak głosił markerowy napis w kącie zdjęcia. Litery dało się co prawda wytrzeć, ale żaden z rodziców nie chciał tego zrobić, bowiem autorem tego zdania pozostawało ich jedyne dziecko. Mężczyzna wpatrywał się w uśmiechnięte twarze swoich dziewczyn, nie mogąc oderwać od nich oczu. Obserwował piękną blondynkę w ciemnoszarych ciuchach, ale z za dużymi kolorowymi okularami – z jej jedyną oznaką indywidualności, jak sama twierdziła. Kobieta trzymała w dłoniach tacę z dużym tortem. To była Magda, najwspanialsza żona, jaką cudem udało mu się znaleźć. Obok niej stała mała ciemnowłosa dziewczynka w czerwonych spodenkach. Jej imię wypisane było na torcie – „6 lat Ani”. Wtedy ich oczko w głowie nie miało dwóch ząbków, ale mimo to szczerzyło się na potęgę.

A po prawej ich stronie stał on, Józef. Trzymał rękę na ramieniu swojej żony i uśmiechał się razem z nimi. Co prawda jego uśmiech w porównaniu do pozostałych wydawał się ledwie dostrzegalny, ale on już taki był – większość emocji nigdy nie mogła wyjść z niego, a raczej tkwiła głęboko wewnątrz. Chyba odruchowo je skrywał, nawet te dobre. Sam zapomniał dlaczego, ale mama, kiedy jeszcze żyła, powiedziała mu, że od zawsze taki był. Nie widział więc w tym problemu; tak przedstawiała się jego natura.

Zdjęcie miało już trzy lata, a on do dziś pamiętał całe urodziny córki, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Zaprosili dużo dzieci. Anna – na szczęście – bardziej wdała się w jego żonę niżeli w niego; miała wielu przyjaciół i była aż nader towarzyska. Dzieci rozniosły im prawie cały dom. Po imprezie było dużo sprzątania; zarówno on jak i jego żona pozbywali się śladów po zabawie przez dwa długie dni. Mimo to wspominał to bardzo dobrze. Pamiętał żonę, która uśmiechała się, pomagając mu zmywać podłogę. Pamiętał córkę, która bez narzekania zgodziła się umyć szybę po zaschniętych plamach kremu z ciastka. Józef podejrzewał, że to właśnie jej wypadło ono z ręki, ale nie miał serca, żeby ją oskarżyć – tak czy siak, sprzątnęła wszystko na błysk. I najważniejsze – pamiętał, jak wymęczeni byli, kiedy cały dom lśnił. W nagrodę za ciężką pracę obejrzeli wspólnie jakiś film, który zażyczyła sobie zobaczyć największa znawczyni kina – wówczas sześciolatka, pomimo młodego wieku bardzo bystra. Wybrała japońską animację od studia Ghibli, bodajże „Ruchomy zamek Hauru” albo „Księżniczkę Mononoke”; nie był w stanie dokładnie określić, ale pamiętał, że to były jej ulubione filmy i przy każdej możliwej okazji zawsze wybierała spomiędzy tych dwóch. On w jej wieku katował rodziców „Parkiem Jurajskim”, więc doskonale rozumiał swoje dziecko. Dodatkowo – sam jej te filmy polecił; musiał wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Obejrzeli wtedy cały ten film któryś raz z rzędu, ale to nic. Byli wtedy naprawdę szczęśliwi…

Z nostalgią wspominał tamte czasy. Już nie mógł się doczekać, kiedy Magda i Ania wrócą do domu; chciał je ponownie uściskać – od tak, z racji tego, że po prostu są. Rankiem zawiózł je do centrum handlowego, gdzie te potrafiły pałętać się godzinami. On nie był do tego taki chętny, więc jego damy miłościwie pozwoliły mu przeczekać ten czas w domu. Miał jedynie wypatrywać telefonu od żony, a w następstwie tego po nie pojechać.

Dlatego nie pił. Na stoliku przed nim stało jedno piwo, po które musiał sięgnąć jakiś czas temu. Nie kusiło go strasznie, nie był zbytnio fanem alkoholi, ale raz na kilka miesięcy pozwalał sobie na jedną puszkę, może dwie. Teraz jednak nie mógł choćby skosztować; jeszcze miał dziś coś do załatwienia. Nie kojarzył nawet, kiedy w ogóle wyjął to przed sobą z lodówki.

W chwili, gdy podwiózł dziewczyny i wrócił, zdał sobie sprawę, że ich piesek zniknął z domu. Nie wiedział, jak to się stało – może ktoś z nich nie upilnował mikrusa i ten wybiegł niezauważenie? Nawet nie będzie zgadywał, bo opcji było wiele. Teraz dodatkowo musiał powiedzieć dziewczynom, że ich shih tzu uciekł. Magda wybierała tego psa, tak jakoś zawsze wolała te mniejsze gatunki – może czuła się z takimi bezpieczniej? Nie obawiała się ich? Obie na starcie pokochały kocie rozmiary psiaka i jego krzywy pysk. Jedynie Józef zauważał, że pies wymagał ciągłej uwagi i cały czas jęczał, kiedy się o nim zapominało, ale mimo wszystko też go lubił. Na swój sposób. A teraz zwierzak uciekł i coś mu podpowiadało, że więcej nie wróci. Ania będzie zdruzgotana, uznał, niepokojąc się w duchu. Chciała nauczyć go siadać na zawołanie…

Lenił się w ciszy i półmroku, nie mając siły nawet na sięgnięcie po pilota. Był strasznie ospały. To przez pogodę, jak przypuszczał.

Wszystko zmieniło się, kiedy wydłużającą się ciszę przerwał telefon brzęczący z jego kieszeni. Mężczyzna sięgnął po niego i odebrał. To była Magda. Powiedziała mu, żeby czym prędzej pojechał po nie pod centrum handlowe i się rozłączyła. Mówiła w dość zimny sposób, co w jej przypadku było nieczęste. Józef z miejsca uznał, że jego żona była nie w humorze, dlatego się nie ociągał. Z niespotykaną szybkością nabrał sił, jakby wybudził się z marazmu, i jak najszybciej udał się do samochodu.

Wyjeżdżając, jak zwykle czekał go przystanek położony tuż za ogrodzeniem jego działki. Zwrócił uwagę na zygzak wymalowany na drodze przed nim. Poczuł się jeszcze bardziej zmieszany, niż był w domu. Mieszkał tu całe życie, ale dopiero teraz to zauważył – nie chciał nawet zgadywać, czy to było tu za jego lat dziecinnych, czy to raczej nowy twór; po jakości samej farby nie sposób było tego określić.

Za domem sąsiada przez lata trwała niezachwianie niewielka kapliczka, stara i od dawna nieużywana. Trawa, która znajdowała się za jej niewielką barierką, rosła niemalże do samego krzyża. Figurka Matki Boskiej uległa zniszczeniu, lecz jej osoba ciągle pozostawała odsłonięta. Jego sąsiad zawsze – przynajmniej w minimalnym stopniu – dbał o to miejsce. Nawet kiedy przyszło mu kosić swój trawnik, zajmował się także miejscem wokół kapliczki. Józefa zawsze dziwiło takie zachowanie, lecz go nie potępiał – wręcz przeciwnie, podziwiał. Sam również był wierzący i te symbole coś dla niego znaczyły; z własnej woli zabierał nawet rodzinę do kościoła co niedzielę. Dwa ostatnie tygodnie były wyjątkiem, ale… No tak, nie potrafił znaleźć wymówki.

Wjechał w głąb osiedla, obserwując drogę i rozmyślając.

Wszystko stało się trochę niespodziewanie. Józef był przekonany, że Magda z córką będą siedziały w mieście jeszcze przynajmniej kilka godzin. Zawsze długo im to schodziło. Tym razem jednak wszystko działo się bardzo szybko. Zadzwoniła nagle, powiedziała, żeby przyjechał wcześniej, niż było planowane i bez słowa wytłumaczenia rozłączyła się. Józef niemalże wybiegł z domu, jedynie narzucił na swoje mało wyjściowe ciuchy jeansową kurtkę i wziął kluczyki. Nawet nie pamiętał, czy zamknął drzwi…

Takie sytuacje już mu się zdarzały, przecież zmiana planów to na dobrą sprawę nic dziwnego, ale tym razem coś było inaczej i nie do końca był w stanie powiedzieć co. Zdawał sobie sprawę tylko z tego, że – choć bardzo lubił jeździć samochodem – ten rajd był dla niego niemiłosiernie męczący.

Jak to zwykle – zbył wszelkie dyskomforty i niepokoje, i skupił się na prowadzeniu. Ani się obejrzał, a wyjechał z osiedla i zatrzymał się przy zatłoczonym rondzie. Stamtąd można było obrać trzy zjazdy – prawy prowadził do Zamościa lub Chełma, środkowy i najkrótszy zmierzał do jego rodzinnego miasta, a lewym dojeżdżało się do obwodnicy – ta mijała całą pobliską miejscowość i rozjeżdżała się dopiero na jej końcu – tak się składa pod samym centrum handlowym; dalej pruła do Lublina, ale go to obecnie nie interesowało. On obrał tę trzecią opcję i szybko trafił w miejsce docelowe. Dotarł na ogromny parking i wypatrzył wolną przestrzeń, którą szybko zajął. Miał w czym wybierać, gdyż dziś w galerii nie było dużo osób. Gdyby miał strzelać, powiedziałby, że samochody, które widzi, należą w większości do pracowników, a tych klientów jest jak na lekarstwo.

Kiedy placówka była jeszcze w budowie, Józef miał mniej więcej czternaście lat. Jego ojciec twierdził wtedy, że to centrum handlowe jest za duże dla tak małego i biednego miasta. Ludzie będą tam przychodzić i oglądać, jak twierdził, ale na tym to wszystko się skończy. Jeśli już coś kupią, to tylko w ramach wyjątku. Po latach, kiedy tata zmarł na raka płuc, Józef uważał tak samo. Niech ciągle przeplatające się tam nowe i plajtujące sklepy będą dowodem na to, że obaj panowie się nie mylili.

Napisał do żony, że już jest i czeka w północnej części parkingu. Magda doskonale wiedziała, jak wyglądał ich samochód, więc dokładne nakreślanie jego położenia było zbędne. Od ostatniego incydentu z pewnym młodym kierowcą ich pojazd wzbogacił się o wielką, charakterystyczną szramę.

Czekał i czekał, a żona z Anią się nie zjawiały. Po jakichś 20 minutach w samochodzie było mu tak duszno, że musiał wysiąść. Na zewnątrz otworzył przednie drzwi, aby wpuścić trochę powietrza i oparł się tuż obok, o okno. Po drugich dwudziestu minutach zaczął wlepiać wzrok w asfalt.

Kiedy jego oczy zmęczył widok czerni, zaczął przyglądać się otoczeniu. Dokładnie się rozglądając, zdał sobie sprawę, że na całym parkingu jest sam. Może pogoda nie zachwycała, ale nie spodziewał się, że nie będzie śmiałków chętnych do przemarszu; takowi znajdują się prawie zawsze. Widać trafił mu się wyjątek. Kiedy wyjeżdżał, wydawało mu się, że zobaczy chociaż kilku przechodniów. Ale nie dostrzegł żywej duszy, a czym dłużej czekał, tym ten stan się przedłużał.

Samo centrum handlowe było ogromne, miało co najmniej trzy piętra. Znajdowało się w nim dużo okien, które ukazywały, co dzieje się w środku. Jednak one schodziły na boczny plan, pierwsze skrzypce grały tu ogromne reklamy, rozmieszczone gdzie się dało. Prócz nich było też mnóstwo kolorowych napisów. Niektóre świeciły. Dla Józefa taka ilość to była stanowcza przesada. Jakby miał to do czegoś przyrównywać, to idealnym przykładem byłaby potrawa, którą ktoś przesolił, przepieprzył i – ogólnie rzecz ujmując – dodał za dużo przypraw. Jak się można domyślić, efekt byłby bardzo niestrawny. Takie też było to miejsce.

Spojrzał na zegarek w telefonie. Czekał już prawie godzinę. Jego żonie zdarzało się zasiedzieć w sklepach, ale miała na tyle przyzwoitości, żeby nie kazać mu na siebie czekać. Co się zmieniło? Zaczęło go to trochę niepokoić. Zadzwonił do niej. „Abonent jest czasowo niedostępny…” – to była jedyna odpowiedź. Zaczął więc pisać wiadomość. Był lekko poirytowany, zatem nie obyło się bez niecenzuralnych słów.

Stawiając ostatnie znaki, usłyszał głos, bardzo dobrze mu znany.

- Tato, tato!

To była Ania. Nigdy nie pomyliłby głosu swojej córki. Rozejrzał się po okolicy. Choć słyszał ją bardzo dobrze, nigdzie jej nie widział.

- Dlaczego odwracasz się do mnie plecami – głos się nasilił. – Nie widzisz mnie?

- Gdzie się schowałaś? – zapytał, obracając się w każdą stronę.

-Tutaj! Tutaj! Tutaj! Tutaj! Tutaj! Tuuuutaaaj!

W trakcie salwy zdradzającej pozycję, Józef zrozumiał, że głos dobiega od strony jego samochodu. Jakby z… bagażnika? Nie, co za głupota! Kiedy miałaby się tam schować. Zatem co…

Nagle spod podejrzanego miejsca wyłoniła się niewielka, czarna istota. Z początku myślał, że to kot, lecz kiedy to coś odwróciło się w jego stronę, szybko zmienił zdanie. Niewielki stwór przypominał człowieka stąpającego na czworaka. Jego tułów był czarny i cały owłosiony, kontrastował tym samym z bladą i gołą skórą rąk i nóg. Głowa natomiast była najbardziej niepokojąca – ktoś obwiązał ją bandażami i na środku wymalował czerwoną plamę.

Widok istoty przyprawił Józefa o niemały szok.

- Nie umiesz szukać – oznajmił stwór głosem Ani. – Zepsułeś mi zabawę. Chociaż pokaż, że umiesz biegać!

Z tymi słowy istota zaczęła bardzo szybko człapać w stronę centrum handlowego. Zdezorientowany Józef, nie wiedząc do końca, co się dzieje, szybko pobiegł za nią. Próbował ją złapać, lecz nigdy nie był wprawnym biegaczem, a na dodatek nie zdarzyło mu się ćwiczyć od zakończenia studiów. Stwór bardzo zręcznie unikał jego rąk. Dodatkowym utrudnieniem było to, iż potwór malał co kilka kroków. Po chwili między nimi urósł średni dystans, który przez następne sekundy miał się pogłębiać.

Kiedy dziwna istota dobiegła do wejścia, była już nieco mniejsza. Szybko zniknęła za automatycznie otwieranymi drzwiami. Józef wbiegł zaraz po niej.

- Gdzie to jest? – zawołał, licząc, że ktoś z nielicznych obecnych mu odpowie. – Widzieliście, jak przebiegło?

Najbliżej znajdujący się ludzie albo przeszli obojętnie z nietęgimi grymasami na twarzach, albo łaskawie wydobyli z siebie: „Nic nie widziałem” i zrobili to samo co ci pierwsi.

Józef zaczął rozglądać się po otoczeniu. Spoglądał na przeróżne sklepy i przyglądał się najdrobniejszym szczegółom. Dokładnie kontemplował okoliczne ławki, śmietniki, stoiska, czy widoczne półki sklepowe. Zachowywał się jak myśliwy, ale w tym zestawieniu był bardzo nie na miejscu. Nie zastał w okolicy niczego, co odbiegałoby od normy. Zaczął więc iść. Przeszedł prawie cały główny hol, tracąc powoli nadzieję, że dowie się, dlaczego to coś mówiło głosem jego córki.

- Znowu nie znalazłeś – usłyszał znajomy głos.

Spojrzał na bok, dosłownie dwa kroki od siebie. Dziwna istota siedziała na śmietniku i obserwowała czerwoną kropką oczy Józefa. Znowu była nieco mniejsza.

Nie tracąc okazji, mężczyzna rzucił się na stwora. Przewrócił śmietnik, wyrzucając z niego papiery z wierzchu na podłogę. Jednak istota mu umknęła. Jakby w jednej sekundzie wstała i ruszyła do ucieczki. Miała niezwykle płynne ruchy, zdawała się przemieszczać po okolicy niczym cień.

- Chodź – zawołała do niego tuż przed skrzyżowaniem. – Bawimy się dalej!

I zniknęła w sąsiednim korytarzu.

Ludzie wokół zaczęli dziwnie spoglądać na Józefa, widząc w nim jedynie wandala. Ten, już porządnie zdenerwowany, wybuchnął na nich:

- Naprawdę niczego nie widzieliście?! Przecież przed chwilą tu było!

Na ten krzyk zgromadzeni jedynie odsunęli się o krok. Józef wiedział, że lada chwila zjawi się ochrona. Dlatego na nią nie czekał. Czym prędzej ruszył w pogoń. Wbiegł w boczny korytarz. Od niego również wychodziło mnóstwo sklepów. Tym razem jednak ich nie przeglądał; od razu zauważył stwora – czekał na niego na ławce, mniej więcej na środku drogi. Jeśli na początku przypominał kota, to teraz bardziej adekwatnym porównaniem byłaby mysz.

- Szybciej – zawołał, machając ręką. – Jesteś za wolny!

I Józef ruszył dalej, biegł i biegł, jeszcze skręcając kilka razy. Miał pecha, że przestał ćwiczyć; teraz tego żałował.

W końcu jednak, kiedy już opadał z sił, istota skręciła do jednego ze sklepów. Mężczyzna wbiegł tuż za nią. W środku odkrył, że znalazł się w odzieżowym. Wokół widział pełno różnokolorowych ciuchów.

- W czym mogę pomóc? – zapytała ekspedientka.

- Wbiegł tutaj… – wydyszał z siebie – dziwny stworek z głową obwiniętą bandażami?

- Słucham?

- Może przyuważyła pani chociaż czarną plamkę?

Dziewczyna dziwnie na niego spojrzała, ale odpowiedziała po chwili:

- Nie przypominam sobie.

- No tak – żachnął się. – Wy niczego nie widzicie!

Zbył ją ręką. Było to wielce nietaktownie z jego strony, ale na tamtą chwilę nie miał nawet sił, żeby o tym pomyśleć. Zaczął szukać potwora, przeglądając ubrania i zrzucając niektóre z półek albo wieszaków. Swoim zachowaniem szybko zwrócił na siebie uwagę wszystkich obecnych.

- Co pan robi?! – podeszła do niego druga ekspedientka. – Bo wezwę ochronę.

- A wzywaj sobie. Pewnie szukają mnie od kilku minut.

I szukał dalej. Wyglądał dość niepokojąco, ale stracił nerwy i nie miał nawet chwili, żeby porządnie odsapnąć.

- Zimno, zimno, zimno. Zimniej! – usłyszał głos córki. Dobiegał spod przymierzalni. Józef skierował tam swój wzrok. – Ciepło!

Istota stała tuż pod drzwiami; jej wzrost sprawiał, że była ledwie widoczna. Józef ruszył w jej stronę. Stwór nie pozostawał mu dłużny – skurczył się już do takiego stopnia, że bez problemu przecisnął się pod drzwiami. Mężczyzna szybko ruszył w jego ślady. Stanął przed przymierzalnią. Stamtąd istota już nie mogła mu uciec. Wziął głęboki oddech, żeby nie zrobić czegoś głupiego; uspokoił się, ścisnął klamkę i otworzył.

Zdziwienie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że drzwi nie prowadzą do zamkniętego pomieszczenia. Na starcie Józefa przywitał zimny powiew wiatru, pomieszany z ziarenkami piasku. Jednak nie dało się dostrzec, co znajdowało się w środku; od drzwi biła jedynie ciemność.

- Co tu się…

Odwrócił się do wcześniej obecnych ludzi, lecz wszyscy nagle zniknęli. Sklep opustoszał, a obecni jakby zapadli się pod ziemię. Wyszedł z odzieżowego i spojrzał na inne sklepy – pustka. Wydawało się, że w tej chwili jest jedyną istotą na całym świecie.

Ponownie zwrócił się w stronę niepokojących drzwi.

- Na co czekasz? – usłyszał głos córki z ziejącej czerni.

Większej zachęty nie potrzebował. Choć był porządnie wystraszony, postawił pierwszą stopę za nieznanym. Poczuł, że jego but ląduje w czymś miękkim. Postawił jeszcze kilka kroków i znalazł się w kompletnie innym miejscu, ciemnym i niesłychanie zimnym. Minęła chwila, zanim odkrył, że właśnie zawitał na pustynie. Na horyzoncie nie widział niczego konkretnego; z cieni wyglądały jedynie liczne i wijące się w dal góry piasku. Z jego ust zaczęła wylatywać biała para.

Widząc ten dziwny obraz, pomyślał, że lepiej byłoby odpuścić pościg; nawet zwrócił się w stronę wyjścia… lecz drzwi już nie było. Ze wszystkich stron otaczały go jedynie piaski.

- Cha, Cha – usłyszał istotę z głosem jego córki. – Wpadłeś w moją pułapkę. Wygrałam!

- Co? – zapytał zdezorientowany mężczyzna.

- U ciebie może i jesteś silniejszy, ale tu ja jestem górą!

- Gdzie jest „tu”?

- Wszędzie. I nigdzie!

Wtedy wiatr nagle zaczął się wzmagać, piach wleciał Józefowi do oczu i ust. Mężczyzna zaczął pluć, a potem trzeć całą twarz. Przymknął powieki i ponownie się rozejrzał.

- Dlaczego tu jestem? – zalał stwora salwą pytań. – Dlaczego mówisz głosem mojej córki? Co jej zrobiłaś? Co z moją żoną? Gdzie jesteś, do cholery?!

W odpowiedzi usłyszał śmiech. Kilka sekund później z piasku, może z sześć kroków od niego, wyłonił się człekokształtny stwór z czerwoną plamą w miejscu twarzy. Wzrostem znowu przypominał kota.

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy – wyrzekł, otrzepując się z piasku. – Już nie potrzebujesz niczego wiedzieć. Teraz jesteś mój!

Po tym słowach stwór odwrócił się do niego plecami i zaczął uciekać. Tym razem Józef wiedział, że był zbyt zmęczony na bieg. Udał się więc powolnym krokiem w tym samym kierunku co on. Stwór biegł tak szybko, że w krótkim odstępie czasu zniknął mu z oczu. W takich ciemnościach nie było się czemu dziwić. Mężczyzna liczył jednak, że to coś nie zmieni kierunku i będzie podążać prosto. W przeciwnym razie zgubiłby to na zawsze. Nawet nie myślał, co mogłoby się stać w takim wypadku. Najprawdopodobniej tylko stwór wiedział, jak dojść… dla odmiany – gdzieś.

Marsz bardzo mu się dłużył. Jeśli wcześniej był cały ciepły i spocony, to teraz przemarzał. Jego pot zaczął chyba powoli zamieniać się w lód, gdyż mróz jego ciuchów sprawiał mu ból. Przez chwilę miał nawet głupi pomysł, żeby się rozebrać. Oczywiście tego nie zrobił – to byłoby samobójstwo.

Kolejnym nieszczęściem, które go spotkało, okazało się być zgubienie telefonu. Nie mógł nawet powiedzieć, jak ten w ogóle wypadł z kieszeni. Wcześniej nigdy niczego nie zgubił. Zdawało się, że komórce samej zachciało się zniknąć albo… coś ją wyciągnęło.

Nie wiedział po jak długim czasie, ale w końcu coś ujrzał. Z oddali pośród czerni wyłoniła się mała czerwona plamka. Czym szedł dalej, tym ona się rozrastała i nabierała innych odcieni – żółci oraz oranżu.  Nie zauważył nawet, kiedy wszedł na wydeptaną ścieżkę. Możliwe też, że po prostu jej nie dostrzegł pośród cieni. W każdym razie idąc przez nią, natrafił na drewniany znak. „Tu kiedyś było miasto” – tak głosił wyryty na nim napis. Nie była to zachęta do kontynuowania marszu właśnie w tamtą stronę, ale nie widział innej perspektywy. To albo zamarznięcie na pustyni – słowem: nie miał wyboru.

Gdy zbliżał się do trzykolorowej plamy, w końcu zrozumiał, czym ona była. Na odpowiedniej odległości zaczęła się dwoić i troić, dzielić na wszystkie strony i chaotycznie się poruszać. Ani Józef się obejrzał, a znalazł się w płonącym mieście. Nie było to jednak normalne miasto. Ciągle widoczne części budynków zdradzały, że owo miejsce zostało opuszczone bardzo dawno temu. Niektóre domy zdawały się walić i to bez pomocy ognia. Wszystkie widoczne ścieżki nie były wybrukowanie; piach leciał z nich w każdą stronę, jakby nieudolnie udając złociste mgły.

Józef wiedział, że natrafił na miasto duchów.

Ogień sprawiał, że nie czuł wcześniejszego mrozu. A było go doprawdy mnóstwo; wszędzie dychały płomienie. Spomiędzy zniszczonych ruder i domostw na ulice wylewał się dym. Chaos w tym miejscu sprawiał, że ledwo co dało się dostrzec. Każda piaskowa ścieżka, na którą by nie spojrzeć, w dalszej perspektywie skrywała swoją zawartość w ogniu i dymie.  Dodatkową robotę odwalał wiatr, który gnał to wszystko na przeróżne strony, zawężając pole widzenia.

- Jak ja się w to wpakowałem? – zastanawiał się Józef, patrząc na znikające w ogniu miasto.

W głowie dopadło go zwątpienie; nie wiedział, czy powinien zawrócić. Nie chciał pakować się w ogień, wolał już oddać się w opiekę mrozów pustyni. Wystarczy tylko, że przetrwa tam do dnia, potem już będzie gorąco… Ale gdzie miałby wtedy pójść? Błąkać się po piaskach aż do następnej nocy? Nie, tego nie zrobi. Może po drugiej stornie miasta znajdzie jakąś drogę, która prowadzi do miejsca, gdzie ktoś mu pomoże?

Ruszył w stronę ogni. Czym głębiej wchodził w ścieżkę, tym bardziej ona się rozjaśniała. Trochę dusił go dym z pomieszczeń, ale starał się nie zwracać na to uwagi i przejść przez miasto jak najszybciej. Idąc, na drodze natrafiał na przeróżne rzeczy. Raz prawie przewrócił się przez starą szafę, do której brakowało lewych drzwiczek, za innym razem nadepnął na zniszczoną zabawkę dla dzieci – rozprutego niedźwiadka z klapniętym uchem, później znalazł krzesło bez nóg, na ścieżce zauważył stare i zardzewiałe sztućce… tego było mnóstwo, jakby ludzie przed opuszczeniem tej miejscowości bardzo się spieszyli i zostawiali co popadnie. Resztą zajął się czas.

Ale kto i dlaczego to podpalił? Po krótkim namyśle odrzucił udział człowieka. Bardziej skłaniał się do winy sił natury. Bo przecież słońce mogło nagrzać lustro lub inny przedmiot, a wtedy niewielki płomyk zrobiłby resztę… Ale czy pożar trwałby cały dzień i ciągnął się do nocy? Trudno ocenić, czy to aż tak duże miasto; z daleka nie zwrócił na to uwagi, nie wiedział nawet, czy fajczyła się całość. Jeśli jednak pożar wybuchłby w nocy, winne nie mogły być promienie słońca. I wrócił do pierwszego spostrzeżenia, gdyż w takim wypadku najbardziej prawdopodobnym odpowiedzialnym byłby człowiek. Chyba że to… ma coś wspólnego z tym czymś, co porwało jego córkę…

Nie chciał o tym teraz myśleć, skupił się na przejściu. Chował usta w jednej z dłoni i kaszląc, szedł w nieznane.

W końcu udało mu się dojść do średniej wielkości placu. Naprzeciwko niego wyrastała ogromna ściana dymu, z której jedynymi widocznymi punktami były okna plujące ogniem. Samo miejsce otaczał gęsty piach, z gdzieniegdzie porozrzucanymi niedopałkami lub kawałkami drewna. Na środku Józef dostrzegł stolik, którego nogi były bardzo nieproporcjonalne, w dodatku zniszczone przez czas – jakby wcześniej obgryzły je korniki. Całość musiała kiedyś być pomalowana na czarno, lecz teraz farba się odrywała, odsłaniając naturalny kolor drewna – sprawiało to wrażenie, jakby ktoś zanurzył ten mebel w smole.

Ciągle się rozglądając, raptownie się zatrzymał; usłyszał bardzo energiczne człapanie po ziemi. Kiedy kroki były już bardzo bliskie, zdawały się bębnić mu w uszach. W końcu z przeciwnej dróżki wyłoniła się istota, od której wszystko się zaczęło. Teraz jej wzrost był zgoła równy człowieczemu, choć stwór dalej stał tylko na czworaka. Jego sierść zdawała się teraz znacznie bujniejsza, czarniejsza; ogień sprawiał, że w niektórych miejscach wydawała się lśnić.

- Gdzie jest moja rodzina?! – wyskoczył do niej Józef. Stwór takiej wielkości bardzo go przerażał, zwłaszcza kiedy spoglądał na jego długie, ostro zakończone łapy, jednak nie chciał dać po sobie tego poznać. Mniej więcej mu to wyszło. – Co zrobiłaś mojej córce?

Stwór milczał.

- Gdzie ona jest? Mów!

Tym razem stwór trochę się oddalił i zaczął powoli okrążać Józefa. Mężczyzna nie dał rady ukryć niepokoju na swojej twarzy.

- Mówiłam – zaczął powoli potwór. – Nie ty tutaj dyktujesz warunki. To jest mój świat.

- Gdzie moja córka?

- Należy do mnie. Nie masz prawa mi jej odebrać.

- Dlaczego masz jej głos?!

- Bo był mi potrzebny, żeby cię tu ściągnąć.

- Nie rozumiem… Co ja ci zrobiłem?

- Mnie? Nic. Dla mnie – dużo.

- Co?

Bestia już spieszyła z wyjaśnieniami, lecz wtedy coś w krtani jej przeszkodziło; zaczęła się dławić i kaszleć. Józef dostrzegł białą maź, która wycieka z miejsca jej ust. Sprawa była na tyle poważna, że stwór aż runął na piach. Nie planował jednak się udusić; aby się uratować, jedną ze swoich dłoni włożył między bandaże i zagłębiał się powoli, aż wszedł po łokieć. Następnie jednym szybkim ruchem wyciągnął z ust przedmiot, który go dławił. Był cały pokryty breją, lecz istota, trzymając to za pomocą dwóch ostrych palców, wytrzepała zbędną papkę zamaszystymi ruchami.

To, co się ukazało, wprawiło Józefa w osłupienie. Potwór trzymał nagie i całkowicie brudne dziecko. Dziecko, które mężczyzna dobrze znał.

- Aniu! – krzyknął zrozpaczony ojciec. – Co to ci zrobiło?

Dziewczynka jednak nie powiedziała nic, jej usta zakrywał śluz. Patrzyła na niego żywymi oczami, które energicznie mrugały, lecz jej ciało przypominało kukłę. I tak też przez istotę była traktowana; trzymała ją dwoma palcami za głowę niczym lalkę.

- Zostaw ją – rozkazał stworowi Józef.

Stwór nie kwapił się do spełnienia tego polecenia; czerwona plama spojrzała w oczy mężczyzny, po czym całość pokiwała przecząco głową. Sekundę później potwór ruszył w przeciwną stronę. Bez jednej ręki zajętej trzymaniem dziecka dalej pozostawał bardzo szybki.  W kilka chwil zniknął w chmurze dymu i ognia. Józef czym prędzej ruszył za nim. Nie był jednak nawet w połowie tak szybki jak to coś. Mimo tego biegł bez strachu. Wykrzykiwał panicznie imię córki, licząc, że ta mu odpowie. Nadaremnie. Miast tego, kiedy gnał, nagle usłyszał w oddali bardzo głośne kruszenie się wielu miejsc na raz. Od razu zrozumiał, że jakiś budynek się wali. Nie zwrócił jednak na to zbyt dużej uwagi. Przejął się tym dopiero, kiedy odkrył, iż zniszczony apartamentowiec całkowicie zagrodził drogę, uniemożliwiając mu dalszy pościg.

- Nie! Nie! Nie!!! – wrzeszczał, tłukąc w żarzące się, rozwalone drewno i kamienie.

W swojej wściekłości uderzał tak mocno i bez opamiętania, że nie zauważył, kiedy poparzył sobie prawą pięść. Ból przyszedł, kiedy się trochę uspokoił. Zdał sobie sprawę z tego, że potrzebny mu opatrunek. I coś na przemycie rany…

Nie to było jednak priorytetem, chciał odzyskać córkę – tylko to się liczyło. To coś miało jego dziecko, zapewne także i żonę. Chciał nawet spróbować przejść po budynku, ale wiedział, że ogień był ciągle za duży.

W końcu, niechętnie, wrócił do punktu wyjścia. Na placu ciągle był niewielki stoliczek. Józef podszedł do niego. Na blacie znajdował się stary nożyk. Była to licha broń, lecz jeśli stwór osiągnął rozmiary ludzkie, zawsze to coś. Chwycił ostrze i schował do kieszeni. Rozejrzał się jeszcze raz po okolicy i nie znalazłszy niczego, skierował się w stronę drogi obok tej zagrodzonej.

Wtedy coś usłyszał. To były najdziwniejsze oddechy, jakie kiedykolwiek przeszły przez jego uszy – zdawało się, że osoba oddychająca była nałogowym palaczem z bardzo mocną chrypką. W dodatku, kiedy wdechy były głębsze, razem z nimi wydobywał się cichy pisk, jak u astmatyka. Te dźwięki nie zapowiadały niczego dobrego.

Z dymu wyłoniła się postać, wyszła z jednej z uliczek. Z początku Józef wziął ją za człowieka. Po sylwetce poznał w niej mężczyznę. Uznał, że dobrze się złożyło – przynajmniej nie będzie sam. Podszedł do niego, wybiegając z pytaniami. I to był jego błąd, bowiem to, co wyszło z nieznanego, nie było człowiekiem. A przynajmniej nie obecnie.

Kiedyś ów mężczyzna najprawdopodobniej wyglądał normalnie… lecz na tę chwilę jego ciało stanowiło grube kości, na których ostały się kawały zgniłego i wysuszonego mięsa. Jedno oko zwisało z oczodołu jakby ze sznurka. Drugie było żółte i napuchnięte.  Szczęka z kolei została oderwana, zgnilec posiadał tylko górną, lekko naderwaną część. Rekompensował to sobie długim, sięgającym niemalże do obojczyka jęzorem.

Skoro Józef wyszedł mu na przywitanie i on nie pozostał dłużny. Uniósł swe martwe ręce i zaatakował mężczyznę. Ten zdążył odskoczyć, lecz na jego policzku została niewielka blizna. Aby za nią zadośćuczynić, rzucił się na umarlaka z nożem. Wbijał w resztkę mięsa ostrze tyle razy, ile się dało. Jednak z wnętrza nie ściekała nawet krew. Dziury albo były puste, albo wylewały się z nich odrobiny pyłu.

Stwór zdawał się pozwalać na dziurawienie swego ciała, jakby chciał udowodnić swojemu przeciwnikowi, że ten przegrał już na starcie. Kiedy to okazał, zacisnął swoje ręce na barkach mężczyzny i uniósł swój ogromny jęzor, żeby zatopić go w…

Józef nie chciał tego wiedzieć; wyrwał się zgnilcowi, jadąc nożem po rękach stwora. Atak był tak agresywny, że jedna kończyna została na jego jeansowej kurtce. Chwycił ją i – kiedy ta spróbowała wydłubać mu oczy – odrzucił gdzieś w ognie.

Józefowi niespieszno było ponownie zbliżać się do potwora; biegiem się od niego oddalił. Zgnilec z kolei, choć potrafił szybko ruszać rękami, jego nogi zdawały się bardzo powolne, szedł z żółwim tempem. To działało na korzyść mężczyzny; szybko zwinął się z placu i wszedł w ścieżkę najbliższą do tej ze ślepym zaułkiem. Po drodze szukał jakiejś dróżki, która pozwoliłaby mu kontynuować pościg za porywaczem jego córki. Droga mu się dłużyła, lecz na taki skrót nie natrafiał. A raczej – dwie takowe opcje może i były, lecz zniszczone budynki je zagrodziły. Jakby wszystko zmówiło się przeciwko niemu! Już zaczynał tracić nadzieję…

A wtedy z oparów wyłoniła się czysta droga. Z radością podbiegł pod nią i wyszedł zza rogu… w który niemalże od razu z powrotem wskoczył. Bowiem na interesującym go przejściu czyhały dwa humanoidalne zgnilce. Nie przyjrzał się im, ale wiedział, że czegoś szukają. Zapewne sprowadziło je tu wcześniejsze wykrzykiwanie imienia Ani przez cały pościg. Tamtego pierwszego pewnie też… Głupi on! Sam sprowadził na siebie to przekleństwo. Jednocześnie miał sporo szczęścia, że jego wyskok ze skrzyżowania nie zwrócił na niego uwagi.

Przystanął przy jednym z płonących budynków, tuż przed skrzyżowaniem i przez chwilę starał się uspokoić nerwy. Choć jak na razie jakoś sobie poradził, to wcale nie znaczy, że ta sytuacja spływała po nim jak po kaczce. Prawda była taka, że już ledwo to wytrzymywał.

Z zawodu był pisarzem, spod jego ręki wyszło kilka całkiem nieźle poczytnych książek – co w skali ogólnego czytelnictwa czyni go praktycznie nieznanym – a co za tym idzie, większość czasu spędzał w domu, pracował tam. Mimo niezwykłych rzeczy, które musiał wymyślać, to była bardzo monotonna praca. Raz na jakiś czas jeździł do jakiegoś studia w Warszawie, Krakowie, Lublinie czy jeszcze gdzie indziej na średnio ciekawy wywiad lub na spotkanie z fanami; jednorazowo udał się z rodziną na wakacje za granicę, zdarzało mu się odwiedzać rodziców, teściów, rzadziej przyjaciół… ale w ogólnym rozrachunku jego życie było bardzo spokojne. To, co się teraz działo, było ponad jego siły. Przeżył jednego dnia więcej, niż za całego trzydziestokilkuletniego życia.

Zamknął oczy i oddychał. Uspokajał myśli, nie robił tego często, ale przeważnie w sytuacjach podbramkowych to zawsze pomagało. Tak miało stać się i tym razem…

Niestety znowu coś nie poszło po jego myśli. Poczuł nagle dotknięcie palców. Tak się wystraszył, że odskoczył, upadając na drogę i nabierając piachu w usta. Leżąc, usłyszał chrypki oddech. Nie potrzebował więcej; wypluł, co niepożądane, wstał i znowu dobył noża.

Tym, co mu przeszkodziło, był kolejny zgnilec, którzy wyszedł z płonącego budynku. Ten osobnik kiedyś musiał być kobietą, zdradzała to smukła sylwetka i resztka lewej piersi.  Miał nawet parę oczu. Tym razem całkiem czarnych. Swoim pojawieniem się przestraszył Józefa znacznie bardziej niż jego poprzednik. Resztka mięsa, która znajdowała się na nim, płonęła. Wysuszona słońcem pustyni skóra nawet nie skwierczała, jedynie powolnie fajczyła się niczym tona papieru.

Przestraszony mężczyzna rzucił się na płonącego zgnilca i zaczął go panicznie atakować nożem. Stwór nic sobie z tego nie robił; zaczął się wyrywać. Podczas przepychanki Józef przypadkowo, w akcie desperacji wrzucił go w towarzystwo największych pobliskich płomieni, w okno budynku, z którego umarlak wyszedł. Wtedy niepłonąca resztka ciała zgnilca stanęła w ogniach, a sam potwór zaczął wymachiwać rękami w każdą stronę, a jego oddech się nasilał. Kiedy panika nieumarłego ustawała, Józef zdążył pomyśleć, że to już koniec, że na tę chwilę ma spokój.

Mylił się i to bardzo. Monstrum nagle wydało z siebie najbardziej przerażający wrzask, jaki mężczyzna w życiu usłyszał. Głos był tak donośny i trwał na tyle długo, że mogła usłyszeć go cała najbliższa okolica. Umierający dawał znać reszcie, gdzie mogą znaleźć coś ciekawego. W tym wypadku – ciągle świeże ludzkie mięso.

Józef, momentalnie się opamiętując, wyjrzał zza rogu i spojrzał na pozostałą dwójkę zgnilców. Ostatnie tchnienie wcześniej spalonego potwora w jakiś trudny do scharakteryzowania sposób zmieniło jego pobratymców. A przynajmniej tych, którzy usłyszeli krzyk. Mężczyzna widział to na przykładzie tych monstrów, które miał przed sobą. Ręce i nogi owych indywiduów poczerwieniały, włącznie z oczami – które akurat posiadali. Nawet zaczęli mrugać. Jakby wrzask umierającego wzbudził w nich odrobinę życia.

Stwory momentalnie skierowały wzrok w stronę Józefa. Od razu go zauważyły. Kolejnym czynnikiem, który zmieniał się przez ostatnie tchnienie, była szybkość. Teraz zgnilce ruszały się z prędkością wyćwiczonego biegacza. Wykorzystały tę umiejętność podczas łowów. Wszystko stało się tak szybko, monstra zbliżyły się do Józefa zanim ten zdążył wybrać drogę ucieczki. Jeden z nich na przywitanie zaatakował swój cel, lecz wtedy ten wyrwał mu się i wrzucił go w ogień. Niestety za mały, żeby stwór sfajczył się w kilka chwil.

Mężczyzna nie czekał aż potwór się podniesie; wyminął drugiego i zaczął uciekać. W panice chciał pobiec prosto, ale przy samym skrzyżowaniu przywitały go cztery nowe zgnilce. Miały czerwone kończyny i rubinowe oczy. Jednego przywitał kopniakiem, zwalając z nóg, i skręcił na skrzyżowaniu na ścieżkę, którą od początku planował obrać. Biegł, ale wiedział, że stwory są szybsze. Z raz czy dwa odwrócił się, patrząc, w jakiej znalazł się sytuacji. Z nieukrytą paniką odkrył, że do grupy ścigającej go dołączyły jeszcze trzy potwory. Może nie zauważył ich na początku, może dołączyły później, nie chciał wiedzieć. Jednak mimochodem zdał sobie sprawę z tego, że na obławę zebrały się wszystkie umarlaki, które znajdowały się w okolicy i które usłyszały ostatnie tchnienie pobratymca.

Choć znajdował się w mieście duchów, nie wszystkim mieszkańcom udało się opuścić miasto. Niektórzy zostali w nim na całą wieczność. Zawodowa ciekawość pytała dlaczego. Instynkt przetrwania pozwolił jednak, aby Józef zostawił tę ciekawostkę wiecznie nierozwiązaną.

Nie zdążył przebiec do kolejnego skrzyżowania, zanim nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie dotarł do zawalonego budynku, przy którym poparzył rękę; nie widział go nawet. Zmęczony, zaczął wypatrywać kryjówki. Rozglądał się po najbliższych budynkach, wypatrując choćby takiego, który miałby solidne drzwi.

I w końcu na taki natrafił. A to mało powiedziane! Blok miał kształt wielkiej bryły, bez okien i z grubymi ścianami. Przypomniał raczej sejf niż dom mieszkalny… czy cokolwiek, czym to było. Drzwi pancerne budynku były uchylone, od środka wiała ciemność. Józef nie wypatrzył, żeby wyciekał stamtąd dym; miał nadzieję, że nie zastanie tam ognia…

Nie miał teraz czasu na wybrzydzanie. Wbiegł do „sejfu” jak najszybciej i zaczął zamykać wejście za pomocą stalowego pokrętła, przypominającego ster statku. To było trudne zadanie – zwarzywszy na fakt, że musiał przyciągać do siebie pancerne drzwi –  ale ciągle zbilżająca się chmara zgnilców dodawała mu siły. Grupa potworów zderzyła się z nim, kiedy już prawie dopiął swego. Jeden z nich próbował wcisnąć się w za ciasne już przejście, ale Józef, ciągle trzymając właz, kopnął go, a wtedy ten poleciał na resztę. Połowa z nich zwaliła się na ziemię, lecz pozostali próbowali przecisnąć swoje dłonie, żeby dorwać się do Józefa. Dziura była już tak mała, że ledwie udało im się wcisnąć kościste palce.

W końcu drzwi zamknęły się wraz z dźwiękiem łamanych i spadających na ziemię kości palców, a wtedy pomieszczenie zostało całkowicie pozbawione światła. Józef Kruk znajdował się w ciemnym, kompletnie nieznanym miejscu. Nie wiedział, co dalej pocznie. Ale to nic. Na obecną chwilę liczyło się jedno – przeżył.

 

*

 

- Znalezienie się w tak ciemnym i zamkniętym miejscu musiało być dla ciebie przerażające.

- Cała ta sytuacja była przerażająca – odpowiedział Józef nieco ostrzej, niż zamierzał. – Wszystko w tym cholernym mieście było martwe. Jakby tego było mało – strupiali mieszkańcy ganiali za mną, chcąc rozerwać mi gardło. Tamta ciemna puszka, w porównaniu do tego z wcześniej, była wybawieniem! Nigdy nie czułem się tak bezpiecznie jak w niej!

- Rozumiem – zapewnił spokojnie jego rozmówca.

- Gówno rozumiesz. Sam nie wiem, czy to w ogóle da się pojąć!

- Mimo wszystko będę próbował. Nie pierwszy raz się widzimy, więc powiem ci, że ta opowieść może być kluczem do rozwiązania twojego problemu. Bardzo chętnie wysłucham jej dalszego ciągu. W sumie była ciekawa.

- Ciekawa?! – Józef nie mógł powstrzymać zdenerwowania. – Nigdy w życiu nie byłem tak przestraszony!

- Nie mówię, że jest ci łatwo. Zdaję sobie sprawę z tego, przez co przechodzisz.

- Jak możesz zdawać sobie z tego sprawę, skoro chcesz, żebym to jeszcze rozpamiętywał? Ja mam tego dosyć. Nie będę tego kontynuował, rozumiesz?!

Po tych słowach udał się w stronę wyjścia.

- W razie gdybyś zmienił zdanie – rzekł ten drugi do odchodzącego mężczyzny – zawsze możesz do mnie przyjść. Choćby z samego rana.

- Nie licz na to – zapewnił go, trzaskając drzwiami. – Nigdy więcej nie będę o tym rozmawiał!

 

*

 

W pomieszczeniu panował całkowity mrok. Od strony drzwi było słychać odgłosy ciągle dobijających się zgnilców. Józef wiedział, że nigdy nie przebiją pancernych drzwi. Postanowił, że zaczeka, aż stwory się rozejdą, aż dziwna właściwość wywołana krzykiem przestanie działać i się znudzą.

I tak stał w ciemnicy przez długi czas. Nie mógł powiedzieć dokładnie ile, bo telefon z jedynym zegarkiem, jaki posiadał, stracił. Gnił w mroku, możliwe, że nawet przez długie godziny. Ale uderzenia nie ustawały; ciągle słyszał wrzaski podjudzonych potworów. Wiedział, że zwierzęta potrafią kilkadziesiąt godzin przesiedzieć pod drzewem, czekając aż ich ofiara spadnie. Takim rozumowaniem zapewne kierowały się nieumarłe istoty; mózgi musiały już porządnie im zsechnąć, skoro liczyły, że przebiją się przez ścianę z kamienia samymi palcami.

Nie chcąc więcej czekać, Józef postanowił rozejrzeć się po pomieszczeniu. Przy czym słowo „rozejrzeć się” nie było najbardziej adekwatnym do tego, co zrobił. Stawiał powolne kroki z wyciągniętymi rękami, wypatrując czegokolwiek. Podczas przeszukiwania zdał sobie sprawę z tego, że budynek ciągnie się znacznie dalej, niż początkowo sądził. Sejfowa placówka wiła się niczym długi korytarz. Choć mężczyzna rękami nie natrafił na nic, po chwili zdał sobie sprawę z tego, że stąpa po jakichś papierach. Podjął jeden z nich i obmacał go jak najdokładniej. To była jakaś gazeta. Takowe rozmieszczono na całej podłodze, jakby ktoś szykował się do malowania ścian. Od tej pory Józefowi towarzyszył dźwięk gniecionego papieru.

Budynek, w którym się znajdował, wcześniej wydawał się niewielki, przypominał sześcienną bryłę; Józef nawet był przekonany, że widział zakończenia bocznych ścian. Najwyraźniej jednak coś mu się pomyliło. A dowód na to nasuwał się sam – maszerował po czarnym pomieszczeniu, a ono zdawało się nie mieć końca.

Nagle spomiędzy odgłosów palców na kamieniu wyłonił się inny, znacznie mocniejszy hałas. Mężczyzna przeraził się momentalnie, gdyż był to ten sam dźwięk, który towarzyszył zamykanemu wejściu. Odwrócił się momentalnie. Drzwi jakby same zaczęły się otwierać. Wraz z dymem do środka wlało się światło. Potworów – choć jeszcze sekundę wcześniej się dobijały – nie było, jakby się rozpłynęły.

Przejście rozpostarło się na tyle mocno, iż rozjaśniło całe pomieszczenie. Józef w końcu zrozumiał, dlaczego na podłodze rozłożono gazety. Ktoś naprawdę przyszykował się do malowania. Tyle że nie farbami. Z wszystkich ścian skapywała krew. Nawet nie zdążyła jeszcze wsiąknąć, była mokra i świeża. W niektórych miejscach walały się fragmenty mięsa, w którym mężczyzna rozpoznał ludzkie szczątki. Ten widok wystraszył go tak bardzo, że zaczęły plątać mu się nogi; w końcu, automatycznie posuwając się ciągle w głąb, poślizną się na jednej z gazet. Jak się okazało, wpadł do jakiejś dziury. Nie mógł jednak ocenić tego, ile dokładnie spadał – kiedy się przewrócił, uderzył głową w róg i stracił przytomność.

Jak już się ocknął, był cały obolały. Co nie powinno nikogo dziwić – najbardziej czuł głowę. Musiał zaryć mocno, gdyż kiedy obmacał pokrzywdzony punkt, na palcach pozostała krew. Choć nie była to zbyt przyjemna sytuacja – Józef cieszył się, że obyło się bez większych szwanków.

Dotykając powoli miejsca, na którym się znajdował, natrafił na coś mokrego. Jego poparzona dłoń wylądowała w czymś zimnym.  W takiej sytuacji dla jego rany to było wybawienie. A przynajmniej Józef na początku tak sądził. Zmienił zdanie, kiedy ocknął się na tyle, żeby zrozumieć, że jego ręka spoczywała w strumyku nieczystości. Wszędzie w nim walały się najróżniejsze brudy: cuchnące mięso, zgniłe jedzenie, stare papiery, opakowania po czymkolwiek się da – ogółem każde śmieci. Niektóre kupy brudów były tak wielkie, że aż zaczęły tworzyć małe wysepki, które trwały niezachwianie w tej cuchnącej rzece. Właśnie jedna z takich lepianek spowodowała, że Józef po upadku nie wylądował w wodzie. Ta swoją drogą była tak zanieczyszczona, że przypominała lejącą się benzynę.

Znajdował się w jakimś kanale. Całość była w miarę oświetlona; nie widział źródeł światła, ale wiedział, że wystają z góry. Niektóre mrugały. Spojrzał w sufit, próbując wypatrzyć ciemny kwadrat, z którego zapewne zleciał. Niestety w miejscu swojego upadku niczego takiego nie zastał. Nie dostrzegł dziury, jakby takowa znikła albo w ogóle jej nie było.

- Co się stało? – to było jedyne, co ciskało mu się na usta.

Początkowo próbował jakoś to sobie wytłumaczyć, ale – zważając na to, co zdążył wcześniej przeżyć – uznał, że to nie ma sensu. Dopóki nie opuści tego miejsca, powinien raczej zacząć się przyzwyczajać do dziwnych i niepojętych dla jego rozumu rzeczy i okropieństw. Branie tego na logikę byłoby tylko stratą czasu; i tak nie doszedłby do żadnych wniosków. Po co więc męczyć umysł na zapas?

Powinien teraz skupić się na wyjściu. Choć znajdował się w beznadziejnej sytuacji, nie zaprzestał żywić nadzieję na odzyskanie rodziny. Musi czym prędzej się stąd wydostać i znaleźć potwora, od którego wszystko się zaczęło.

Teraz jednak przed sobą miał dwie drogi – prosto albo do tyłu. Losowo wybrał tę pierwszą opcję i zaczął iść przed siebie. Z początku skakał po „wysepkach”, lecz kiedy częstotliwość występowania takowych zmalała, wskoczył w wodę. Sięgała mu do kolan, więc nie było tak źle. Co nie zmieni faktu, że jego ubranie jeszcze przed biegiem w galerii handlowej było brudne.

Idąc, kontemplował klaustrofobiczne tunele. Ściany zostały wykonane z bardzo solidnego materiału, nie mógł powiedzieć jakiego. Dla niego wyglądały na kamienne, ale z jego trafnością – mógłby to być nawet tytan.

Kiedy przeszedł przez zakręt, odkrył, że skrywa on dwie dodatkowe drogi. Nie wiedział, w którą powinien się udać, więc szedł jak na początku – prosto. Nie doprowadziło go to do wyjścia; kontynuował marsz, który zdawał się nie mieć końca. Potem napotkał kolejne zakręty. Nie wiedział, co począć, ale w końcu zdecydował się na skręt w lewo. Od tego momentu rozwidlenia dróg zaczęły jawić się częściej. Szybko taka sytuacja się powtórzyła; wybierał dalszy kierunek marszu, nie wiedząc do końca, jakim kryterium się kieruje. Wykonał jeszcze kilka skrętów, zaraz potem podwoił ich ilość. Po dość długim czasie zdał sobie sprawę z tego, że wylądował w labiryncie. Zaczął nawet tracić nadzieję na wyjście. Zwolnił, a jego głowa skierowała wzrok na brudną wodę, w której znikały jego nogi. Prawie się poddał…

Lecz wtedy usłyszał bardzo energiczne przebijanie się przez nieczystości. Coś przemieszczało się bardzo szybko, zruszając niezachwialność wody. Biegło z korytarza, który znajdował się kilka kroków od miejsca położenie Józefa. Jeśli teraz to coś nie skręci w jego stronę, zapewne się minął. Mężczyźnie taka opcja odpowiadała, nie spieszyło mu się na kolejną walkę; miał już wystarczająco kłopotów.

Dźwięk stawał się coraz głośniejszy, coś się zbliżało. Józef odwrotnie proporcjonalnie do siły hałasu, dodatkowo zwalniał tempa. Już liczył, że stwór przebiegnie przed jego oczami i zaraz zniknie w drugim korytarzu. Istota w końcu wybiegła, na kilka sekund ukazując się Józefowi, po czym zniknęła za prawym skrzyżowaniem.

A mężczyzna ruszył za nią. Bowiem w chwili spotkania rozpoznał w tym czymś człowieka. Licząc, że tym razem się nie pomylił i nie skończy się to walką, biegł mu na spotkanie.

- Czekaj! – krzyczał do osobnika kilkadziesiąt kroków przed nim. – Czekaj! Chcę z tobą porozmawiać!

Głos był na tyle donośny, że pojawiło się echo. Na ten dźwięk osobnik przed nim momentalnie się odwrócił. To był mężczyzna, mniej więcej tego samego wzrostu co Józef. Wydawał się być na niego wściekły. Ale „normalny”, nie zgniły i bez zwisającego oka. Co najbardziej z tego było zadziwiające – panowie się znali. I to dobrze.

Mężczyźni zbliżyli się do siebie, wtedy wypowiedzieli swoje imiona niemalże jednocześnie.

- Piotrek?!

- Józef?! Co ty tu, do cholery, robisz?

- Mógłbym cię zapytać o to samo.

- Ukrywam się.

- Przed czym? I jak tu w ogóle trafiłeś?

- Ja… Zwróciłeś jego uwagę; zaraz tu będzie. Nie mam teraz czasu na wyjaśnienia. Chcesz pogadać, to chodź.

Bez zbędnych pytań ruszyli. Józef, podążając tuż za swoim przyjacielem, dostrzegł, że był on przyszykowany jak do podróży po tropikach. Miał długie, grube spodnie moro, czerwoną koszulkę, a na to nałożony wojskowy plecak z zaczepioną latarką. Dostrzegł w nim nóż i wystającą strzelbę. Skąd on niby wytrzasną strzelbę? Przecież nawet nie potrafił strzelać. Widzieli się może z miesiąc temu, a teraz zdawał się był inną osobą. Piotrek, którego znał, nigdy nie nałożyłby na siebie takiego stroju. I nader wszystko – nie targałby ze sobą tylu rzeczy; nie nosił dużych plecaków, bolały go w nich plecy. Ten Piotr tutaj wyglądał jak doświadczony wojskowy. Co się z nim stało?

Józef i Piotr znali się od podstawówki, a po gimnazjum nawet poszli razem do tego samego liceum. Potem ich ścieżki nieco się rozeszły, ale średnio raz na miesiąc, dwa się widzieli. On studiował w Lublinie, a Piotrek w Krakowie, więc zdarzało im się przyjeżdżać do siebie i pokazywać miasto. Jak na ironię, po otrzymaniu tytułu magistra obaj wrócili do swojej rodzinnej miejscowości. Józef pisał powieści w domu, a jego druh… cóż, łapał się każdej pracy, która się nadarzyła. W ostatnim miesiącu mówił coś o robocie w sklepie, jeśli dobrze pamiętał. Obaj panowie uważali się za najlepszych przyjaciół; ufali sobie. Ich spotkania ograniczały się do narzekania na życie przy piwie, ale czasem zdarzało im się też spotykać w domach, dajmy na to – żeby pograć na konsoli. Jak na dorosłych, jak na ludzi z lekkimi tendencjami aspołecznymi – kontakt mieli dobry. A przynajmniej Józef wcześniej tak uważał. Teraz zaczął w to wątpić.

- Poczekaj – zawołał do kolegi.

- Jeszcze nie – Piotrek ukrócił wszelkie rozmowy. – Tutaj nie jesteśmy bezpieczni. Musimy się najpierw ukryć.

Więcej nie pytał, nie chciał sprawiać wrażenia denerwującego jak rozpieszczone dziecko. Nie chciał dodawać Piotrowi problemów. Doskonale widział, że jego przyjaciel był przerażony. Przed czymkolwiek uciekał – musiało to być bardzo niebezpieczne.

Szli w milczeniu.

Po jakimś czasie ścieżka zaczęła się zaniżać, a poziom brudnej wody rósł. Piotr jednak się nie zatrzymywał. Choć Józef miał wątpliwości, podążał za nim. W końcu podłoga zrobiła się tak stroma, że ułatwiła im stracenie równowagi. Nurt zrobił resztę. Mężczyzn poniosła woda. To, w czym się znaleźli, przypominało wodospad. Jego przyjaciel dobrze znał to miejsce, ale on sam był tym porządnie przestraszony. Kiedy wylądowali w zlewisku, coś z dołu zaczęło przyciągać ich do siebie. Józef, czując to, zaczął panikować i wymachiwać agresywnie rękami. Szybko jednak został wybawiony – Piotr podpłynął do niego, chwycił go pod ramię i wyciągnął na jakiś stały grunt.

Kiedy Józef wypluł resztkę wody z ust, zobaczył, że znalazł się na średniej wielkości platformie, przypominającej duży talerz. Na boku leżało mnóstwo poharatanych worków na śmieci. Były pełne. To, co z nich wystawało, dawno zgniło, nabrało włosów i – co najbardziej istotne – zaczęło potwornie cuchnąć. Nie chciał kontemplować tego, co się tam dokładnie znajdowało, więc spojrzał na miejsce, w którym przed chwilą pływał. Wyglądało to jak wielki lej, który był przedziurawiony od dołu. Nieczystości spływały gdzieś dalej, lecz ciągle wpływające brudy z góry zapewniały zapełnienie jeziorka. Ciekawe skąd te śmieci zlatywały? Tego raczej też nigdy się nie dowie…

Piotrek, nie marnując czasu, wyciągnął z plecaka większą latarkę i wręczył ją Józefowi.

- Masz – powiedział. – Tam, gdzie idziemy, zasilanie dawno szlag trafił… Dobra, chodź.

Wskazał jedyne wejście, z którego wylewała się gęsta czerń. Piotr bez zbędnych strachów włączył latarkę przymocowaną do plecaka i wszedł do ciasnego korytarza. Józef, już mniej pewny siebie, zrobił to samo. Pomieszczenie zdawało się przypominać część opuszczonego domu, jakby ktoś dawno temu przeniósł się do podziemi. Od głównego korytarza wychodziło mnóstwo pokoi. Migały one Józefowi, kiedy machał latarką, przeglądając okolicę. Choć specjalnie się na nich nie skupiał, w niektórych dostrzegł stare i poniszczone meble.

W końcu korytarz zaczął się rozchodzić. Piotr poprowadził go w jedną ze stron. Szli jeszcze przez chwilę, aż w końcu skręcili do jednego z pokoi. Kiedy znaleźli się w środku, Piotr zamknął drzwi i odetchnął z ulgą. Na starcie rzucił swój plecak na stare łóżko i otworzył znajdującą się tam dawno niedziałającą lodówkę. Wyciągnął z niej jakąś puszkę, otwieracz znalazł w szafce bez drzwiczek, rozciął pojemnik i zaczął jeść podejrzanie wyglądającego łososia.

- Chcesz? – zaproponował Józefowi z pełnymi ustami. – Dawno przeterminowane, ale tutaj nie można wybrzydzać.

- Podziękuję.

Przez chwilę milczał i kontemplował niewielki pokój. Wydawało się, że kiedyś mieszkała tutaj rodzina z małym dzieckiem – zdjęcie całej trójki, choć lekko uszkodzone, stało na obdartej komodzie. Twarze rodziców były do połowy niewidoczne, ale uśmiechnięte dziecko pozostało nienaruszone. Dziecięce łóżeczko, choć straciło swoją barwę, zachowało się najlepiej spośród obecnych mebli. Na podłodze walały się nawet ubrania. W rogu stała rozpruta walizka, również pełna. Widać wcześniejsi właściciele opuszczali swoje mieszkanie w pośpiechu, jakby… przed czymś uciekali.

- Piotrek? – zagadał do przyjaciela.

- Zmieniłeś zdanie? – Wyciągnął puszkę w jego stronę.

Ten ponownie odmówił.

- Co ty tutaj właściwie robisz? – zapytał.

- Już powiedziałem – odrzekł, nie przerywając posiłku. – Ukrywam się.

- Przed czym?

- Przed nim. Już któryś raz z rzędu mnie łapał, ale zawsze jakoś udawało mi się oswobodzić. Chwilowo. Nigdy nie mogłem się go do końca pozbyć. Zawsze znowu mnie odnajdywał, nieważne, co zrobiłem i jak bardzo się starałem. Mimo tego cięgle próbuję uciec. Ciągle uciekam… To będzie już kilkanaście lat.

- Kilkanaście lat?! Przecież widzieliśmy się miesiąc temu.

- Co nie znaczy, że byłem od tego uwolniony.

- Dlaczego nic mi nie mówiłeś?

- To jest rzecz, o której w towarzystwie nie warto wspominać. Lepiej to było przemilczeć i udawać, że wszystko jest w porządku.

- Co ty gadasz? Może bym ci jakoś pomógł…

- Sam ledwo daję sobie radę, a jeszcze miałbym pakować w to ciebie?

- Dlaczego…

- Nie chcę więcej o tym rozmawiać, dobra? Powiedz lepiej, jak się tutaj znalazłeś – Jadł tak łapczywie, że aż się zadławił. Pomógł sobie za pomocą kilku uderzeń w klatkę piersiową i dalej kontynuował posiłek. – No?

Nawet podczas jedzenia zachowywał się inaczej, nie jak stary Piotrek – powoli i nieco fajtłapowato – ale raczej bardziej męski, dojrzalszy, wprawiony w życiu żołnierz, któremu niestraszne byłby żadne przeciwności. Z takim arsenałem od razu skojarzył mu się z członkami GROMu.

- Spadłem, nie wiem do końca jak – wyznał Józef. – Wcześniej znajdowałem się w jakimś płonącym mieście. Widziałeś je może?

- Pierwsze słyszę. Ale wierzę na słowo. Nie takie rzeczy zdążyłem tu zobaczyć.

 - A ty? Jak się tu znalazłeś?

- Wyszedłem z pokoju do łazienki. Po drugiej stronie był labirynt. Chciałem się wrócić, ale…

- Nie dało się – dokończył za niego pisarz.

- Dokładnie… I tak tu tkwię, mieszkając co jakiś czas w innym pokoju. Swoją drogą jest ich tutaj nieskończoność. Jacyś ludzie żyli tu kiedyś chyba tysiącami. Jak w kolonii mrówek. Nie liche miejsce sobie wybrali, nie sądzisz?

- Widziałeś kogoś innego, prócz mnie? Może potomków tych, którzy stąd uciekli?

- Czy potomków to nie wiem, ale ludzi widziałem. Nie nawiążesz z nimi kontaktu.

- Zmienili się w truposzy?

- Co? Za dużo przesiadujesz nad tymi twoimi książkami; powoli chyba zaczynasz tracić rozum. Ci ludzie… Oni… Dopadł ich on. Nie byli w stanie wyrwać się z jego łap.

- Czym, do cholery, jest on?

- Demonem, ma się rozumieć. Myślałem, że to oczywiste. – Sięgnął łyżką do puszki, ta zderzyła się z metalem. – Puste – oznajmił, po czym odłożył rzeczoną na bok. – Znalazłeś się tu w jakimś konkretnym celu?

- Skąd ten pomysł?

- A czy ktoś mógłby wylądować w takim miejscu bez powodu?

Z taką logiką nie było się co kłócić. Tylko czym zawinił Józef, w jego stylu życia nie było niczego co nawet pozwalałoby mu na nikczemności: nie zdradziłby żony, bo nawet nie miał za bardzo z kim, nigdy nie miał za dużo śmiałości, nie zabił człowiek – pamiętałby coś takiego – nawet nie dał nigdy klapsa dziecku! Więc co było przyczyną? Czym zgrzeszył? Coś go dręczyło?

- Szukam Magdy i Ani – odpowiedział po chwili, zostawiając za sobą wcześniejsze przemyślenia. – Miałem odebrać je z miasta i tak jakoś skończyłem tutaj.

- Zgubiłeś je czy…

- Nie wiem. Ale najprawdopodobniej zostały porwane.

Józef pomimo swojego stylu życia znalazł sobie wybrankę i dziękował za to Bogu w każdą niedzielę. Piotr jednak nie miał tyle szczęścia. O ile zawsze w liceum powtarzali, że oboje zostaną starymi kawalerami, bo takimi osobnikami żadna rozsądna kobieta nie może się zainteresować, o tyle Józef przeżył niesamowite zaskoczenie… Piotr tylko utwierdził się w przekonaniu o swojej marności. Nigdy tego nie przyznawał, ale samotność bardzo go dręczyła. Józef nigdy nie zapytał, czy ten miał w ogóle kiedyś kobietę. Nie miał odwagi tego wyciągać – nie, gdyż on miał rodzinę, należał do „tych szczęśliwych”. Razem nigdy nie rozmawiali dużo o Magdzie i Ani. Jeśli już się zdarzało, Piotr z każdym usłyszanym słowem o jego szczęściu zawsze odpowiadał, że cieszy się z nim, ale… w jego oczach dostrzegalne było coś innego. Mężczyzna to ukrywał, ale w jego oczach dało się wypatrzeć nieskończone wręcz pokłady zazdrości.

Teraz jednak wydawał się oczyszczony z tego uczucia. Jego spojrzenie przedstawiało się prawie tak jak w gimnazjum – kiedy jeszcze był mniej przygnębiony i przytłoczony życiem, a i miał marzenia o karierze wziętego prawnika w wielkim mieście.

- Grubo – przyznał Piotr. – Pomógłbym ci, gdybym mógł się od niego uwolnić. Chociaż… Nawet to by nic nie zmieniło.

- Nie rozumiem?

- Stąd nie ma wyjścia.

Na tym rozmowa się skończyła. Ostatnie zdanie, wypowiedziane przez jego przyjaciela, towarzyszyło Józefowi przez ostatnich kilka godzin. Nie wiedział, co teraz pocznie. Piotr siedział w tym labiryncie znacznie dłużej od niego; jeśli ten komandos nie znalazł wyjścia, to jakie on miał szanse? Ta cała podróż od początku przedstawiała się bardzo dołująco, ale dopiero teraz został podstawiony pod ścianą i był w kropce. W głowie dręczyło go pytanie, co stanie się z jego rodziną? Nie chciał zostawiać dziewczyn na pastwę potwora.

Piotr nie podzielał jego dekadentyzmu; za pomocą nici i igły znalezionej w rozprutej walizce zaszył ranę głowy małomównego przyjaciela, po czym rozłożył się swobodnie na łóżku i odpoczywał po ciężkim dniu. Możliwe nawet, że przysnął.

Obaj panowie byli przekonani, że dalej będzie spokojnie; nic nie miało się wydarzyć. Lecz jak to zwykle bywa – nie wszystko da się przewidzieć. Nagle mężczyzn postawił na nogi porządny huk drzwi kilka pomieszczeń dalej od nich. Wyraźnie słychać było, że zostały one wysadzone z kopniaka.

Strzelba błyskawicznie znalazła się w rękach Piotra, plecak również wrócił na swoje miejsce.

- Znalazł mnie – oznajmił do przyjaciela, po czym wyszedł z pokoju.

Józef ruszył za nim, oświetlając co się da, żeby zobaczyć jak najwięcej. Mężczyzn prowadził dziwny głos, przypominający szeptanie do ucha. Doprowadził on ich cztery pokoje dalej. Tamtejsze drzwi były wyrwane z zawiasów. Józef ucieszył się, myśląc, że dołączy do nich kolejny zagubiony, ale jego przyjaciel ostudził te zapędy; nakazał mu ciszę, przytulił się do ściany i lekko wyjrzał za drzwi. To, co zobaczył, bardzo mu się nie spodobało.

Następne wydarzenia działy się w odstępie kilku sekund. I doprowadziły Józefa do kompletnego zdezorientowania.

Piotr wskoczył do pokoju, oddając strzały. Dodatkowym szokiem było to, że kiedy wystrzelił za pierwszym razem, zaatakowany runął na podłogę i zaczął lamentować. W tych jękach wyraźny był głos mężczyzny.

- Nie, błagam! – biadolił. – Przestań! Przestań!

To jednak było nic dla Piotra. Następny strzał pozbawił życia nieszczęśnika.

Józef od razu wbiegł do pomieszczenia.

- Zabiłeś człowie… – chciał powiedzieć. Szybko jednak powstrzymał się od głosu, kiedy zobaczył zabitego. – Co to jest?

Trup był człowiekiem – brodaczem w dobrej kondycji, lekko łysiejącym, pozbawionym bluzki. I tutaj kończyło się wszystko, co było w nim normalne. Bowiem na jego plecach znajdowała się dziwna czarna narośl, która zniekształcała jego ciało. Liczne macki czarnego potwora wbijały się w ludzkie ciało, utwardzając swoją pozycję. Wychodziły one z dużej ludzkiej twarzy, pozbawionej oczu i zębów, przypominającej smutną maskę. Z narośli wyrastała jedna niewielka główka pozbawiona oczu, lecz z dużą paszczą. Teraz leżała koło twarzy nieszczęśnika. A skoro już w tym miejscu jesteśmy – nie można pominąć dziwnych, ciemnych jak smoła żył wychodzących od ucha i wijących się przez całą twarz martwego.

- To jego sługa – wytłumaczył Piotr. – Już kilka razy prawie zrobił ze mnie coś takiego. On zawsze wbija w swoją ofiarę część siebie; to jest jak pasożyt. Bardzo powolnie wchodzi w skórę, sprawiając niewyobrażalny ból. Jakby tego było mało – wskazał główkę przy twarzy – to cały czas szepcze ci do ucha najgorsze słowa na twój temat. Z początku tego nie słuchasz, później udajesz, że nie słuchałeś… ale potem zaczynasz się przejmować, chłonąć te głupoty jak własne myśli. Ani się obejrzysz, nie będziesz w stanie przez to wytrzymać z samym sobą, stracisz chęci do życia. A najprzyjemniejszą myślą, jaka cię nawiedzi, będzie chęć popełnienia samobójstwa.

- Ale dlaczego go zastrzeliłeś? Może dało się go jeszcze uratować?

- Nie wiem, czy w tym stadium komukolwiek można jeszcze pomóc. Wiem natomiast, że człowiek w takim stanie jest strasznie agresywny i nie zawaha się przed zaatakowaniem cię. Jedyne, co możesz zrobić, to zaatakować pierwszy.

Twarz nieszczęśnika napawała tylko dodatkowymi wątpliwościami.

- Pytałeś mnie o innych ludzi – kontynuował jego przyjaciel. – Oto i oni. To są dawni mieszkańcy. Tyle z nich zostało. Każdy napotkany będzie miał pasożyta wszczepionego w skórę. Tak ich wszystkich załatwił… Ja nie chcę tak skończyć. – Sięgnął do plecaka. Wyciągnął z niego pistolet, po czym podał go przyjacielowi. – A ty?

Józef przez chwilę się zawahał.

- On nigdy nie jest sam – przekonywał Piotr. – Musisz przygotować się na najgorsze. Takich jak ten trup spotkamy więcej. Chłopie, za długo sobie z nim radzę, żeby teraz skończyć jak ten tutaj! Jesteś ze mną?

 Przyjęcie pistoletu było jasnym potwierdzeniem. Józef broń w ręku trzymał pierwszy raz. Było to dla niego całkowicie nowe uczucie. Bez żalu musiał stwierdzić, że go nie polubi.

- Skąd u ciebie tyle gnatów? – zapytał.

- Przetrwałem tutaj kilka bardzo długich dni. Nawet sobie nie wyobrażasz, co znalazłem.

I ruszyli. Piotr szedł pierwszy, a Józef za nim. Obaj trzymali się bardzo blisko siebie, w pogotowiu mieli broń.

- Tak w ogóle – zaciekawił się Józef – ile ten pistolet ma nabojów?

- Tyle ile mój.

- Czyli?

- Za mało. Ty masz tam chyba z cztery pociski. Staraj się strzelać celnie i tylko w ostateczności.

- Ja pierwszy raz mam broń w ręku!

- To przekonasz się, czy masz wrodzony talent.

Nie było to pocieszeniem, ale Józef tym razem się nie zdziwił, po prostu przyjął to do wiadomości i kontynuował marsz.

Przemieszczali się przez ciemne korytarze, mijając dziesiątki opuszczonych pokoi, w których ostały się jedynie upiorne pamiątki po wcześniejszych mieszkańcach. Wszystko wydawało się tutaj takie spokojne, ciche… martwe. Nieskończoność brudnych i tak samo wyglądających ścian sprawiała, że mężczyźni czuli się maluczcy. Zdawali się przytłoczeni, jak szczury wpuszczone do labiryntu, liczące na szczęśliwe zakończenie tego piekła i uzyskanie nagrody. Mężczyzn od gryzoni odróżniało w tej sytuacji to, że nie spodziewali się na końcu tej pułapki ujrzeć ser.

Usłyszeli szepty. To były dwa różne głosy. Jeden – kobiecy – dochodził z pokoju obok, a drugi – należący do mężczyzny – wydobywał się z końca korytarza. Panowie się schylili i przeszli po cichu przed pomieszczeniem z pierwszym zarażonym. Żaden nie rzucił w jej stronę światła; z pokoju ziała ciemność. Ale obaj dobrze wiedzieli, co ten mrok skrywał. Przyspieszyli kroku i udali się na spotkanie z drugim potworem. Piotr przywitał go za pomocą strzelby. Siła wystrzału zwaliła nieszczęśnika na podłogę, a wtedy dwaj mężczyźni przebiegli.

- A jakby tak zabijać samego pasożyta? – zapytał Józef. – Może nie musisz…

- On zawsze się odradza – wytłumaczył Piotr. – Możesz ucinać szepczącą główkę, przebijać smutną maskę, próbować odciąć macki, ale to i tak się zregeneruje. Chcesz to zabić, musisz dobić i człowieka.

Nie miał więcej pytań.

Kiedy obu panom marsz zaczął się dłużyć i kiedy od dłuższego czasu nie słyszeli już żadnych szeptów, Piotr zaczął rozważać opcję, czy aby nie warto się tu zatrzymać. Intuicja podpowiadała mu jednak, że jeszcze nie czas. Dlatego dalej błądzili po labiryncie korytarzy.

Nic się jednak nie działo. Nie usłyszeli szeptów ani żadnych podejrzanych odgłosów. W końcu obaj zostali przekonani, że zdążyli umknąć przed pościgiem.  Zatrzymali się, aby trochę odsapnąć.

- Chyba już wystarczy – uznał Piotr. –  Zachciewa ci się na wizytę, a on przez to omal mnie nie dopada. Umiesz zapewnić wrażenia, Józef, oj, umiesz… Dobrze, że go zgubiliśmy.

- Najlepsze jest to, że to wszystko dzieje się przez przypadek.

- Jak długo tu jestem, tak zdążyłem dowiedzieć się, ze tutaj nie ma przypadków. Też się o tym przekonasz. Później.

- Sugerujesz, że coś kazało nam się spotkać?

- Możliwe. Mam tylko nadzieję, że to nie on cię przysłał, żeby mnie dopaść – uśmiechnął się, dając do zrozumienia, że nie bierze tej opcji na poważnie. – Chodź. Musimy znaleźć miejsce na nocleg.

Zaczęli poszukiwać kryjówki. Józef obejrzał kilka pokoi, ale to Piotr orzekł, który nada się najbardziej. Znalazł im pomieszczenie z dwoma łóżkami. Oba były ciut za małe jak na nich, ale żaden nie wybrzydzał. Piotr odłożył swój sprzęt na bok, Józef wyjął nóż z kieszeni oraz pistolet ze spodni i schował je pod poduszkę. Leżeli przez chwile w ciszy i w ciemności, aż w końcu dłoń Józefa zaczęła go uwierać. Znowu poparzenie dało o sobie znać.

- Piotrek – zagadał do przyjaciela – masz coś na oparzenia?

- Nie. Raczej na ogień tutaj nie natrafiam. A co?

- Tłukłem w rozżarzone ruiny. Trochę podsmażyłem dłoń.

- Pokaż… – Włączył latarkę przekazaną Józefowi. – Rzeczywiście nie za fajnie. Zdążyła ci napuchnąć. Chciałbym ci pomóc, ale nie mam żadnej maści... Może ci to chociaż opatrzyć? Przynajmniej będziesz miał jakąś ochronę przed zakażeniem. O ile już jej nie zakaziłeś.

- Wszystko będzie lepsze od niczego.

Jego dłoń została opatrzona. Nic raczej to nie dało, ale przynajmniej nie musiał jej oglądać.

Mężczyźni znowu rozłożyli się na swoich łóżkach. Odpoczynek był tak przyjemny, że postanowili ponownie zgasić latarki i poleżeć w ciemności. Chyba nawet udało im się zdrzemnąć.

Niestety Józefa obudziły krople wody, które spadły mu na twarz. Z początku zbył ten fakt, ale potem ta czynność kilkukrotnie się powtórzyła. Aż zaczęło go to denerwować.

- Ale tu jest mokro – zauważył do przyjaciela.

- Co? – rozbudził się Piotr.

- W tym pokoju jest strasznie wilgotno. Woda leci z sufitu.

Jego przyjaciel nie odpowiedział, ale szybko zerwał się z łóżka, zapalając latarkę na plecaku.

Światłem przejechał po wszystkich ścianach. Każda była tak mokra, jakby ktoś wcześniej oblał je wiadrem. Nie było na niej jednak normalnej wody, ta była czarna i przypominała tą ze ścieków.

- Nie! Nie! Nie! – wrzeszczał Piotr, kompletnie spanikowany. – Nie! Nie! Przecież mu uciekliśmy! Uciekliśmy…

- Co się stało?

- To on. To on…

Choć jego przyjaciel jeszcze chwilę temu wydawał się bardzo pewny siebie i odważny, to w starciu ze swoim prześladowcą kompletnie tracił te cechy. Zdawał się przerażony i całkowicie załamany. Jego wcześniejsza postawa znikła, ustępując zupełnie odwrotnej. Zachowywał się, jakby… jakby… sama „jego” obecność doprowadzała go do marazmu.

Nagle ściany zaczęły pękać, jakby woda je ścisnęła.

- Uciekamy – rzucił Józef, zabierając nóż oraz pistolet i włączając latarkę.

Piotr wtedy się otrząsnął. Natychmiastowo założył plecak i z kopa otworzył drzwi. Skręcił w lewo i biegł czym prędzej. Józef był tuż za nim.

- Szybciej – powtarzał pod nosem jego przyjaciel. – Szybciej. Szybciej! Nie poddam się po tylu latach!

Józef poświecił latarką za siebie. Zobaczył, że woda w błyskawicznym tempie zalewała i załamywała ściany, gnając w ich stronę. Nie potrzebował więcej, odwrócił się i przyspieszył.

Mężczyźni biegli najszybciej jak mogli. Jednak za wolno. W końcu woda ich dogoniła. Józef przekonał się o tym, kiedy wodne ramię, które wyłoniło się znikąd, raptownie odrzuciło go na bok. Uderzenie było tak mocne, że mężczyzna nie mógł się po tym otrząsnąć. Upuścił broń. Jedynie ściskał w dłoni latarkę, obserwując całe zajście. Leżał, kompletnie bezsilny.

Zaraz po Józefie przyszła kolej na Piotra. Ten raptownie się zatrzymał, sięgnął po strzelbę i zaczął strzelać w wodę. Jak można się domyślić – nic to nie dało. W kilka chwil ilość wody zaczęła narastać, ze ścian wylewało jej się coraz więcej. Do samej dłoni, dołączała się reszta ciała. To, co się nalało, uformowało się w maziowatą, czarną formę niezwykle szerokiego olbrzyma, z którego skapywała woda i brud. Na głowie nie miał oczu ani nosa, z dolnej części ziała jedynie paszcza, a  z niej wyrastały ostre jak noże kły.

Bestia powoli zbliżała się do Piotra. Ten ciągle nie ustępował, częstował ją pociskami, aż do wyczerpania amunicji, co zgodnie z tym, co wcześniej powiedział, nastąpiło szybko. Odrzucił więc broń na bok i sięgnął po nóż. Stwór jednak był szybszy – wyszarpał z mężczyzny plecak i rzucił go za siebie.

Kiedy Piotr był już bezbronny, potwór chwycił go masywnymi łapami i zaczął uciekać.

- Józef – krzyczał porwany. – To twoja wina! Ty go na mnie sprowadziłeś! Ratuj mnie teraz! Ratuj!!! Błagam, nie chcę skończyć jak tamci!

Z tymi słowy oboje zniknęli w ciemności.

Józef spróbował wstać, lecz mu się to nie udało.

Oświetlał latarką okolicę. Wszędzie było niesłychanie cicho, nigdzie nie było widać żywej duży. W ogóle mało co było widać.

- Znowu zostałem sam – szepną do siebie, po czym zemdlał.

 

*

 

- To wszystko? – zapytał jego rozmówca.

Józef kiwnął głową.

- Mam już tego serdecznie dość – oznajmił.

- Rozumiem.

- I co? Tyle? Żadnego komentarza? Myślałem, że to u ciebie norma.

- Jak widać nie zawsze. Na początku zaznaczyłeś, że mam nie odnosić się do naszego ostatniego pożegnania, to i tego nie robię. Co do reszty chyba komentarz jest zbędny.

- A co z…

- Cieszę się, że spotkałeś przyjaciela, jeśli o to ci chodzi. We dwójkę zawsze raźniej niż samemu. Chociaż przez chwilę… Mówiłeś, że od kiedy się znacie?

- Od podstawówki.

- Podstawówka… – zamyślił się – najlepszy okres mojego życia. Dobrze sobie tam radziłeś?

- Byłem niewidoczny, nikomu nie wadziłem. Wątpię, żeby ktokolwiek po ukończeniu szkoły zaprzątał sobie mną głowę. Pewnie już po roku o mnie zapomnieli.

- Przesadzasz.

- Każdy, komu to powiedziałem, zareagował dokładnie jak ty. Wszyscy nawet nie wiecie, jak bardzo się mylicie. Tylko ktoś w mojej sytuacji, zrozumie, jak gorzko-szczere były te słowa.

Ten drugi spojrzał na niego przenikliwie, lecz nie usiłował go przekonać; pomyślał tylko on raczy wiedzieć co, po czym poddał się przeszywającej ciszy. Jednak jak to w jego przypadku bywa, nie pozwolił jej się rozgościć.

- A Piotr? – zadał niespodziewane pytanie. – On też trzymał się na uboczu?

- On miał gorzej. Nie potrafił dogadać się z ludźmi, praktycznie nie miał znajomych. Reszta uważała go za dziwaka, śmieli się z niego aż do końca gimnazjum.

- Jak rozumiem, ty nie?         

- No tak. Tylko on oprócz mnie lubił czytać książki. I tylko z nim tak naprawdę mogłem się wtedy dogadać. Później zresztą nie było lepiej. W liceum praktycznie trzymaliśmy się tylko we dwóch.

- Ciekawe – przyznał jego rozmówca. – Bardzo ciekawe.          

 

*

 

Kiedy się ocknął, momentalnie zrozumiał, że jest w ruchu. Ale to nie on szedł. Coś nim ciągnęło. Coś, co szeptało. Ostrożnie otworzył jedno oko. Nie miał już latarki, lecz z sufitu błyskało lekkie światło, które pomogło mu zobaczyć porywaczy. Obaj byli mężczyznami, każdy trzymał go za jedną nogę. Ten pierwszy miał znacznie większą od pozostałych ogromną narośl na plecach, przez co sprawiał wrażenie garbusa. Ponadto jeden jego bark był niemalże dwukrotnie wyżej położony od drugiego. Mimo tego potrafił sięgnąć dłonią za siebie i coś chwycić, jakby pasożyt połamał mu kości. Ten drugi był łysy, a czerń na jego plecach była dwukrotnie mniejsza, nawet główka zdawała się szeptać ciszej od tej drugiej. Józef dostrzegł także, że pozbawiony włosów osobnik drugą ręką targał plecak Piotra, z włożoną w środku strzelbą. Mógłby teraz po nią sięgnąć i pozbyć się porywaczy… gdyby ona miała jakieś naboje. Tak musiał wymyślić coś innego.

Jego przyjaciel trochę powiedział mu o tych istotach, ale po prawdzie – ta wiedza ograniczała się tylko do tego, że są agresywne. Nie mógł określić, co zrobią z wyrywającą się ofiarą. Może nawet zabiją ją na miejscu i zjedzą? Trudno było przecież stwierdzić, czy interesuje ich ludzkie mięso. Przez cały czas przyrównywał ich do osób myślących, ale wątpił, czy jeszcze mają z nimi cokolwiek wspólnego.

Przyglądał się tym dwóm z zainteresowaniem. Jak się okazało, potrafili oni mówić, ale tylko krótkimi zdaniami. Nie zabierali głosu zbyt często. Każdy wyraz zdawał się przysparzać im duży ból. Jeśli mówili, to w ostateczności. A podczas tych rozmów raczej dukali jakieś pojedyncze wyrazy, które razem nie miały żadnego sensu. Niektóre były także źle wypowiedziane, zniekształcone.

Zanim zdążył na coś wpaść, zobaczył, że dwaj mężczyźni ciągnął go do dużego pomieszczenia z wyrwanymi drzwiami. Kiedy przez nie weszli, Józef odkrył, że korytarz się skończył. Zmrużył oczy, aby nie wzbudzić podejrzeń i czekał na ruch porywaczy. Ci z kolei pociągnęli go jeszcze przez chwilę pomiędzy dużymi stołami, a następnie rzucili brutalnie na jeden z nich. Plecak Piotrka wylądował tuż obok.

Pomieszczenie również było oświetlone. Nie wszystkie światła się jarzyły, niektóre nawet zgasły, ale całość była w miarę widoczna. Pomogło to dostrzec Józefowi kolejnego zarażonego. Klęczał on przy jednym z krzeseł i dziwnie się kręcił. Chwilę później stało się jasne dlaczego. Kiedy jego dwaj kompani zbliżyli się do niego na odległość kilkunastu kroków, ten odwrócił się do nich, warcząc jak pies. Na twarzy miał krew. A człowiek, którego właśnie zjadał, leżał tuż pod nim. Dwójka na tak agresywne przywitanie, zatrzymała się i odwarknęła. W następnej sekundzie cała trójka zaczęła się gryźć. Najprawdopodobniej bili się o jedzenie…

Ale Józef nie chciał więcej tego obserwować; założył plecak przyjaciela i pobiegł jak najszybciej w przeciwną stronę do walczących. Wiedział, że porywacze go usłyszeli; jego ucieczkę oznajmili głośnym krzykiem, możliwe nawet, że było to słowo, które kiedyś znaczyło „ucieka”. Nie odwracał się za siebie.

Pomieszczenie bardzo mu się dłużyło. Wszędzie roiło się od długich stołów, obok nich umieszczono krzesła lub ławki.  Gdzieniegdzie leżały rozrzucone stare, nierzadko stłuczone talerze. Kiedyś może znajdowało się w nich jakieś jedzenie, ale to zapewne zostało szybko zjedzone przez okoliczne szczury… i może przez samych zainfekowanych? Przeszywając to miejsce, zdał sobie sprawę, że znalazł się w ogromnej stołówce. Kiedyś musiało tu jadać mnóstwo ludzi. Dziś ostał się po nich tylko kurz.

Ciągle nie patrzył za siebie, ale wiedział, że ma ogon; słyszał zmierzające ku niemu szepty. Kiedy biegł wolniej, dźwięki się nasilały. Wtedy przyspieszał, a one nieproporcjonalnie cichły.

W końcu dotarł do blatu. Kiedyś serwowano tam posiłki, dziś to miejsce było zawalone górami śmieci. Zgniłe jedzenie, puste puszki, papiery, worki, talerze – można tam było znaleźć wszystko. On nie miał jednak czasu na poszukiwania. Wypatrzył między rupieciami puste miejsce i przeskoczył na drugą stronę. Skulił się najbardziej jak to było możliwe i przytulił do szafek. Nie musiał długo czekać, aż szepty zamieniły się w pełnoprawne głosy. Jeden z potworów podszedł do niego tak blisko, że aż słyszał jego oddech; był tuż nad nim. Gdyby stwór zauważył mężczyznę, z łatwością mógłby go wytaszczyć na drugą stronę i zrobić to samo, co stało się z tamtym nieszczęśnikiem z wcześniej.

To jednak nie nastąpiło. Zarażony nawet nie spojrzał w dół; wrócił do reszty i razem uznali, że Józef pobiegł w inną stronę i w taką też się udali.

Kiedy szepty ucichły, mężczyzna udał się do najbliższego wyjścia. Ostrożnie i bezszelestnie otworzył podwójne drzwi ze zbitą szybką i znalazł się w kuchni. Na starcie przywitała go duża liczba metalowych półek, kilka kuchenek, lodówek i sterta szafek. Całość dzieliła pomieszczenie na kilka małych korytarzy. W odróżnieniu od pozostałości tego, co zdążył w tych podziemiach zobaczyć, to miejsce zachowało względny porządek; mając na uwadze śmieci za drzwiami, połasił się o stwierdzenie, że było tu czysto, jakby ktoś wcześniej wyrzucił wszystkie brudy przed stołówkę, żeby inni mogli je rozkradać, a w miejscu swojej pracy zachował nienaganną czystość. Oczywiście, po tak długim czasie meble i urządzenia okrył kurz, ale to najmniejszy grzech, jaki można było tutaj popełnić.

Wtedy dostrzegł więcej. Na drugim końcu pomieszczenia, tuż za jedną z szafek coś wystawało. Migoczące światło pomogło dostrzec mu dłoń. A raczej to, co z niej zostało. Widząc, że ona się nie rusza, udał się w jej stronę. Martwą osobą okazał się kucharz, potencjalny właściciel przybytku. W chwili śmierci nosił na sobie fartuch. Na twarzy ktoś położył mu biały ręcznik, który następnie przebił bardzo silnym cięciem maczetą. Broń ciągle tkwiła na miejscu. Czas położył na niej swoje łapy, ale zdawała się sprawna. Józef postanowił ją zabrać. Ścisnął i przytrzymał ręcznik, a następnie jednym zamaszystym ruchem wyjął ostrze. Wtedy trup upadł, a jego twarz ukazała się mężczyźnie. Jak się okazało, nie został zabity z bestialskich powodów, to był raczej akt łaski. Jego oblicze w miejscu policzka powoli zajmował teraz już martwy pasożyt. Widać te potwory mogą atakować nie tylko plecy. Kucharz zapewne nie chciał skończyć w ten sposób i poprosił kogoś o… przysługę.

Od starcia z prześladowcą Piotra Józef stracił jeden pistolet, a w tym miejscu każda dodatkowa broń była na wagę złota. Zamachnął się kilka razy nowym znaleziskiem. Maczeta dobrze mu leżała. Nie wiedział jeszcze, czy jest dobrze naostrzona, ale pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne. To ostrze jest większe od… No właśnie! Sprawdził zawartość swojej kieszeni. Przed atakiem bestii, która porwała jego przyjaciela, miał w tamtym miejscu nóż pochodzący z płonącego miasta. Chciał wiedzieć, czy ten stan się nie zmienił. Wystająca rękojeść położyła kres jego obawom. Skoro ma plecak, nie powinien trzymać ostrza w tak niestabilnej kryjówce. Chciał zdjąć przenośny magazyn broni Piotra i sprawdzić, jakież to jeszcze rzeczy udało mu się zgromadzić.

Jednak zanim w ogóle uniósł dłoń. Podwójne drzwi skrzypnęły. Józef mechanicznie schylił się i skrył za szafką.  Wyjrzał lekko, w miarę możliwości tak, żeby potencjalny przybysz go nie zauważył. Ostrożność się opłaciła. Po kuchni rozglądał się właśnie garbaty zarażony. Chyba musiał uznać swojego towarzysza za niedokładnego i ponownie udać się tutaj. Że też czasem zdarza im się myśleć!

Tak czy siak, stwór rozejrzał się najdokładniej jak potrafił, a kiedy zobaczył leżące ciało kucharza, ryknął, jakby odkrył wielkie znalezisko. Niestety ruszył w jego stronę. Józef, ciągle się ukrywając, wszedł w korytarz obok. Potwór szybko dotarł do miejsca, gdzie leżał trup. Nie wybrzydzając, zabrał się za jedzenie. Pochłonęło ono go tak, jakby nie miał nic w ustach przynajmniej przez tydzień.

Józef chciał niepostrzeżenie uciec, lecz drzwi, idące gdzieś dalej, stwór miał praktycznie na wyciągnięcie ręki, a mężczyzna do stołówki nie zamierzał się wracać. Ścisnął więc maczetę w ręku i zaszedł potwora od tyłu. Piotrek mówił, że trzeba zabić ludzkiego nosiciela, w przeciwnym razie to nic nie da. Jednak mężczyzna nie miał dużego doświadczenia w zabijaniu, zaatakował więc, jakby ciął siekierą drewno, w pierwszy lepszy punkt, licząc, że uzyska pożądany efekt. Broń głęboko wbiła się w garb pasożyta, sprawiając, że nosiciel głośno jęknął.  Zanim Józef zdążył wyjąć ostrze, żeby zaatakować znowu, garbus raptownie się odwrócił i zaczął go dusić. Zacisnął łapy bardzo mocno. Mężczyzna jednak nie chciał tak łatwo dać za wygraną, zaczął wyrywać się na wszystkie strony oraz kopać potwora po twarzy.  Kiedy to nic nie dało, wyjął z kieszonki wcześniej przypomniany nóż i wymierzył go w oko nosiciela. Ostrze nie było na tyle długie, żeby dotrzeć do mózgu, lecz Józef pomógł mu uderzeniem pięści. Wtedy broń aż po rękojeść zanurzyła się w głowie potwora, który z miejsca puścił duszonego i zaczął panicznie rzucać się na wszystkie strony; uderzał w półki i wyrywał szafki.

Wykorzystując tę chwilę nieuwagi, Józef wyciągnął strzelbę bez naboi i zaczął nią naparzać rannego. Stwór niemalże raz go drasnął, ale mężczyzna był dla niego zbyt szybki; tłukł tam mocno, że nosiciel ciężko osunął się na ziemię. Wściekły Józef przestał jednak uderzać dopiero wtedy, kiedy połowę łba potwora oblała krew. Dokładnie w tym momencie „szeptacz” ucichł.

Nie tracąc czasu i spodziewając się lada chwila pozostałej dwójki, wyciągnął z zabitego swoje bronie – przy nożu przyprawiło go to o duży dyskomfort – wrzucił je do plecaka, a następnie udał się do wyjścia z kuchni. Po drugiej stronie ciemnych drzwi znajdował się korytarz. Jednak inny niż poprzednie – znacznie szerszy, umeblowany, a co najważniejsze – oświetlony.

I znowu zaczęło się błądzenie. Korytarz zdawał się wić bez końca, co jakiś czas dzielił się na trzy lub dwa; wychodziła od niego nieskończoność pokoi – również opuszczonych. Niektóre drzwi były zamknięte, a on nie miał zamiaru przeglądać ich wszystkich. Skręcał losowo, chodził na tyle długo, żeby zgubić przypuszczalny pościg. To miejsce było kontynuacją labiryntu, po którym błądził jego przyjaciel, tym jednak razem przedstawiał się on znacznie przyjemniej, mniej ponuro. Józef, przeszedłszy już dobrych kilka minut, zaczął zastanawiać się, dlaczego Piotr ukrywał się w mroku, skoro mógł robić to samo tutaj, w lepszych warunkach. Zupełnie jakby nie potrafił znaleźć tego miejsca. Nie widział światła? Na to pytanie Józef również nie znalazł odpowiedzi.

Kiedy zaszedł już wystarczająco daleko, aby nie przejmować się towarzyszami garbusa, zatrzymał się i obejrzał plecak Piotra. Na starcie zobaczył, że przyczepiona do ramiączka latarka miała lekko zbite szkiełko, lecz nie przejmował się tym zbytnio – po sprawdzeniu wyszło, że działa, a to było najważniejsze. Rozpiął wojskową torbę i obejrzał zawartość. Prócz jego noża i maczety znajdowała się tutaj również nienaładowana strzelba, kilka naboi do pistoletu, który Józefowi wypadł z ręki przed omdleniem, cztery paluszki baterii do latarki, jeden bandaż oraz trzy puszki z zapewne przeterminowaną fasolką. Choć plecak wydawał się duży, to jego zawartość okazała się bardzo rozczarowująca. Mężczyzna nie miał żadnej możliwości skorzystania z broni palnej, w razie sytuacji podbramkowej ostał się mu jedynie oręż, który sam znalazł. Z tą wiedzą nie pozostawało nic innego jak zakląć, nałożyć plecak i iść dalej.

Po kilku minutach przemieszczania się po korytarzu niestety usłyszał szepty. Zwolnił i zaczął się skradać. Przeglądał bardzo dokładnie pokoje, nasłuchując źródła dźwięku. Odgłosy dobiegały z jednego pomieszczenia. Światło w środku pozwoliło ujrzeć Józefowi zarażonego. To była kobieta. Z ręki wyrastała jej ogromna czerń zwieńczona smutną maską, a z kolei z niej wychodziła główka wijąca się na szyi i zbliżająca do ucha – wpajała do głowy biedaczki najgorsze kłamstwa, niszczyła ją wewnętrznie. Józef chciał ją minąć, lecz wtedy ona wydobyła z siebie bardzo nieprzyjemny, acz zrozumiały głos.

- Przestań – błagała. – Dosyć już! Błagam!

Mężczyzna ponownie skierował na nią wzrok. Nie ma co ukrywać – wystraszył się bardzo, już myślał, że został przez nią zauważony. Poszczęściło mu się, że to był krzyk rozpaczy. Patrząc na nią, dostrzegł, że już nie wytrzymywała. Aby to okazać, ścisnęła się za głowę tak mocno, że jej paznokcie przebiły skórę i po czole zaczęła cieknąć krew. Kobieta nie ulżyła jednak w swoich cierpieniach; szeptacz nie przestawał nadawać.

Choć Józef bardzo jej współczuł, wiedział, że nic nie może zdziałać. Nie przyglądał się cierpiącej, odwrócił się i szedł dalej.

W końcu na korytarzu napotkał wyróżniające się drzwi. Były nie tylko większe od pozostałych, ale również żelazne – w przeciwieństwie do drewnianej reszty – i ozdobione dziwnymi, nieczytelnymi znakami. Coś podpowiadało mu, że powinien tam wejść. Po chwili zastanowienia ścisnął klamkę i pociągnął. Drzwi były ciężkie, musiał się wysilić, aby je otworzyć, a na dodatek dół jechał podłogę, wydając nieprzyjemny pisk. Jednak nie zniechęcił się, dobrnął do końca i wszedł do wyróżniającego się pomieszczenia. Znalazł się w pustym pokoju, z którego odchodziła farba, ukazując zniszczone kamienie. Jedyną ozdobę stanowiły drzwi prowadzące dalej. Tam też się udał. Kolejna lokacja była zgoła ta sama, z jednym wyjątkiem – miejsce jednej ściany zastąpiły czarne kraty. Z pomiędzy nich Józef dostrzegł płynące nieczystości; znowu zbliżył się do ścieków. Brudy leciały z góry, więc miał pewność, że z tamtego miejsca wróciłby alternatywną drogą do punktu wyjścia.

Dlatego skupił się na mijaniu pokoi. Każdy kolejny korytarz począwszy od tego miał już zakracony bok, spomiędzy którego przepływały zgniłe jedzenie i woda barwy smoły. Józef zignorował ten widok.

Po krótkim czasie jego marsz zatrzymała ciągle świeża czarna woda widoczna na ziemi. Do głowy przyszedł mu prześladowca Piotrka. Przestraszył się tak, że chciał zawrócić i udać, że niczego nie zobaczył, ale… musiał pomóc przyjacielowi. Nie wiedział jak, ale zdawał sobie sprawę, że powinien – w końcu ta cała sytuacja poniekąd stała się z jego winy. Gdyby nie on, Piotr dalej błądziłby w ciemnościach.

Józef udał się za mokrym szlakiem. Demon podążał cały czas prosto, praktycznie przechodził z korytarza na korytarz, jakby trzymając się blisko krat. Drzwi każdego pokoju, który minął, były wyrwane z zawiasów, w niektórych nawet odpadła część ściany. Z wszystkich górnych progów – jeśli nie zostały zmiażdżone – skapywała brudna woda. W końcu stwór na coś się zdecydował, skręcił w ścieki. W miejscu, w którym maszkara przeszła, kraty zostały rozerwane. Dziura była na tyle duża, że Józef spokojnie przez nią przeszedł. Choć tego nie chciał – znowu zamoczył się w brudach. Kilka kroków od niego ściana była zadrapana, jakby przez niedźwiedzia. To wskazywało, że bestia musiała piąć się w górę. Tam też się udał. Przemierzał ścieki, nie wiedząc do końca, czy idzie we właściwą stronę. Jeśli stwór zostawił po sobie ślad, żeby go zmylić, a sam udał się w przeciwną stronę, to Józef najprawdopodobniej nigdy więcej nie zobaczy Piotra. Jeśli jednak monstrum nie chciało go oszukać, to… zostawiło po sobie ślad, bo się go spodziewało. I dawało znać, że oczekuje jego wizyty. Obie opcje nie napawały entuzjazmem.

Tak czy siak, szedł dalej. Mijał nieczystości, co jakiś czas schodząc z drogi większym śmieciom. Ścieżka była tak mało stroma, że nurt był słaby, a wszystko zlatywało na dół bardzo powoli. Droga zdawała się nie mieć końca, nie natrafiał nawet na przyległe korytarze. Szedł prosto, a ta wędrówka zmierzała donikąd. Po czasie stracił czucie w nogach, ciągle zamoczonych w zimnej wodzie aż po kolana. Był zmęczony, chciałby zamknąć oczy i zasnąć. Prawie położył się w wodzie…

To było działanie demona! On tu był. Wydzierał z Józefa jego siły, nie wiedział jak ani gdzie w ogóle on jest, ale… Woda! To coś składało się z wody.

- Chodź do mnie – zawołał Józef, nie wiedząc do końca, co miałby z tym stworem począć. – Śmiało, pokaż się! Oddawaj mojego przyjaciela!!!

Jego słowa odbijały się echem po tunelu, przechodząc do jego najdalszych zakamarków. Ale nie otrzymał reakcji.

- Nie masz odwagi? – mimo to kontynuował. – Chcesz mnie najpierw pozbawić sił! Jesteś aż takim tchórzem? To niby ciebie bał się Piotr?!

Uderzył zabandażowaną ręką w wodę, która rozbryznęła się po ścianach. Już nie miał sił nawet zawracać, nie wiedział, co począć dalej. Strasznie chciało mu się spać…

Mniej więcej w miejscu, w które uderzył, coś zabulgotało. Józef raptownie otrząsnął się z otępienia i odskoczył; wstrzymał oddech i czekał. Spomiędzy czarnej wody wyłoniła się maska. Znajdował się na niej szeroki uśmiech. Nie był to jednak najnowszy model; farba dawno zeszła i ustąpiła bieli. Przez oko aż po policzek rysowała się poważna rysa. Mężczyzna pomyślał, że to przypadek, że stwór nie ma z tym nic wspólnego, a maska wyleciała spośród setek śmieci. Przyjrzał się radosnej, nieruchomej twarzy. Wtedy ona – niespodziewanie – zrównała się wzrokiem z Józefem. Woda uniosła ją, jakby nadając bezcielesnej twarzy nowego właściciela.

Jednak ów osobnik szybko zaczął przekształcać się w swoją bardziej demoniczną wersję: barki poszerzyły się niemal dwukrotnie, a wzrost skoczył w górę. To wyglądało trochę, jakby ze ścieków nagle wyłoniła się ściana czerni. Ściana, która zaczęła się ruszać. Pod maską nagle, z nicości pojawił się prawdziwy pysk potwora. Zęby z niego wystające były ostre jak żyletki.

Paszcza szybko się rozwarła i wydała z siebie głośny ryk w stronę Józefa. Mężczyzna zwalił się na nogi. Stwór nie potrzebował więcej; wskoczył w wodę, a wtedy jej poziom raptownie wzrósł. Kanał się zapełnił, nurt nabrał siły i Józef został przez niego porwany. Leciał w dół, agresywnie ciągnięty w nieznane. Powoli się dusił.

Z wybawieniem przyszedł mu koniec tunelu. Wtedy Józef wleciał do jakiegoś zlewiska. Woda miała w nim barwę ropy, spomiędzy niej nie dało się niczego dostrzec. Nie tracąc okazji, mężczyzna wypłynął na wierzch i zaczął nabierać powietrza. Znajdował się na prawdziwym morzu, końce pomieszczenia znikały za horyzontem. Lecz pomimo tego to miejsce było ciche; demon chwilowo dał mu spokój. Nie miał zamiaru więcej podawać mu się na tacy, chciał znaleźć stały grunt. Zaczął się rozglądać. W oddali dostrzegł ciemny punkt, wystający powyżej powierzchni wody. Popłynął w tamtą stronę. Zbliżając się, odkrył, że zmierza do miejsca pełnego klatek, kontenerów i dużych, metalowych bloków połączonych ze sobą korytarzami. Wszystko zespolono za pomocą zardzewiałych już rur. Każde przejście było ogrodzone niewielkim płotem, który z założenia miał chronić przed wpadnięciem do wody. Teraz jednak był uszkodzony, niektóre jego części dawno porwała woda. Właśnie przez taki uszczerbek Józef postawił tam swoje stopy. Odkrył wtedy, że podłoga jest wykonana z powykręcanych krat, które przypominały o sobie przy każdym kroku. Wszystko wyglądało jak dziwaczny model miasta położonego na morzu. Tylko że ktoś wyraźnie zaprzestał dalszej budowy, uznał swój pomysł za nietrafiony i go porzucił.

Józef znalazł się na długim korytarzu, oddzielającym niewielką klatkę od całej reszty konstrukcji. Nie ociągając się, ruszył w stronę, gdzie było więcej kryjówek. Podczas jego marszu nagle z wody wyłoniła się duża fala, przypominająca płetwę rekina. Szybko przeszła do ataku, rozrywając szlak, którym miał przejść Józef. Ten, widząc, że miejsce, na którym się znajduje, oddziela się od reszty, zaczął biec. W punkcie, który zmasakrowała bestia, nie pozostało już nic, konstrukcję całkowicie zniszczono. Józef przeskoczył przez ten ubytek i bez większych problemów dotarł do „miasta”.

Swobodą nie cieszył się jednak długo. Woda wzrosła obok jednej z furtek i wypluła na pobliską kratę demona. Na jego twarzy ciągle widniała wesoła maska, jednak Józef wiedział, że ten wyraz twarzy był zdradziecki. Stwór zaczął przemierzać uliczki i przeszukiwać najbliższe bloki i klatki. Mężczyzna, dostrzegłszy to z oddali, przywarł do ściany jednego kontenera i czekał. Nie wiedział, co miał zrobić. Co jakiś czas spoglądał, jak daleko znajduje się od prześladowcy. Kiedy ten był już wystarczająco blisko, Józef w końcu wykonał ruch. Przeszedł za kilka pobliskich klatek. Stwór musiał myśleć podobnie, bo też udał się w tym kierunku. Jednak nie znalazł swojego celu, ten, aby uniknąć wykrycia, schował się w pobliskim kontenerze. Przykleił się do ściany sąsiedniej wejściu, która była najbardziej przyciemniona i czekał aż monstrum odejdzie. Stwór co prawda uderzył kontener pazurami, ale kiedy nie usłyszał krzyku przerażenia w środku, uznał, że w tamtym miejscu niczego nie ma i udał się dalej. Józef z kolei sam dziwił się sobie, że był w stanie zachować spokój i – co najważniejsze – schować usta w dłoniach. Widać zdążył się od początku tego koszmaru czegoś nauczyć.

Znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Może próbować uciekać bez końca, ale prędzej czy później wpadnie. On nie jest Piotrkiem, nie zachowuje się jak komandos, który poradzi sobie z każdym problemem. Co on w ogóle sobie myślał? Szedł na spotkanie ze śmiertelnie niebezpiecznym porywaczem przyjaciela bez skutecznej na niego broni i bez żadnego planu. Jeszcze raz – co on sobie, do cholery, myślał?! Może demon miałby oddać mu Piotrka od tak, z grzeczności?! A może liczył, że przed starciem znajdzie Piotra i ten coś wymyśli?!

Józef chciał pomóc, ale na dłuższą metę nie zrobił niczego dobrego, od początku tylko pogarszał sytuację swojego druha. Gdyby go tu nie było, ten dalej ukrywałby się w ciemnościach. Mała to pociecha, ale przynajmniej nie znalazłby się w łapskach potwora. Józef tylko wpakowywał go w coraz to gorsze tarapaty…

A teraz sam znalazł się w podobnych. Nie miał broni palnej, planu, odwagi – niczego, co wydawałoby się przydatne. Siedział w ciemnym i pustym kontenerze, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Był pisarzem, miał wyobraźnie, ale tym razem ona raczej dodawała strachu, niż cokolwiek podpowiadała. W jego głowie rysowały się setki scenariuszy. W każdym umierał bolesną śmiercią na przeróżne sposoby.

Chcąc uciec od czarnych myśli, zaczął kontemplować pomieszczenie. Ściany kontenera był lekko zardzewiałe, na lewym boku znajdowały się niewielkie dziurki, które wpuszczały odrobinę światła. To właśnie przez te promyki Józef dostrzegł zwłoki. Martwy mężczyzna miał zmasakrowane ciało. Pod ręką posiadał uszkodzoną strzelbę. Obok niego znajdowały się kolorowe opakowania. To była amunicja. Józef, korzystając z okazji, naładował swoją broń – nie wiedział w ogóle, od czego ma zacząć, ale sytuacja obudziła w nim niezwykle uzdolnioną wersję samouka. Nie wiedział jak to robi, nie rozumiał do końca, co robi, ale mu się to udawało, jak w jakimś filmie, jakby dostał super mocy – w tym wypadku od tak poznał tajniki broni. Nie miał pojęcia, co się dzieje, ale pierwszy raz mu to odpowiadało.  Resztę pudełeczek wrzucił do plecaka. Przy dalszych oględzinach trupa odkrył, że przy pasie umarlak chował pistolet. Tutaj również chwilę zajęło mu odkrycie, jak wyciąga się magazynek. Kiedy był już za tym, sprawdził, że w środku są zaledwie dwa naboje.

Tak wzbogacił się o przyzwoity – oczywiście jak na tutejsze warunki – magazyn amunicji. Liczył tylko, że skończy lepiej niż poprzedni właściciel.

Schował pistolet przy pasie, a strzelbę zostawił w dłoniach. Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Stwór musiał odejść gdzieś dalej, bo nie było go w okolicy. Józef powoli wyszedł i zaczął przemierzać zakracone drużki. Wyglądał za każdy zakręt, aby upewnić się, że nie wpadnie na potwora. Tego jednak nigdzie nie było. Mężczyzna powoli zaczął przyzwyczajać się do tego stanu rzeczy, żywił nadzieję, że bestia się znudziła. Potem jednak, za entym razem, kiedy wychylił się za róg, jego oczom ukazała się uśmiechnięta maska. Z wrażenia upadł na kraty, lecz szybko się otrząsnął – zaczął uciekać. Nie odwracał się za siebie, jednak wiedział, że bestia za nim podąża. Uderzenia jej stóp były za mocne dla podłoża i zostawiały po sobie dziury. Józef słyszał pluski rozbryzgiwanej wody. Niepokoił się, kiedy te dźwięki wybuchały bliżej niego.

Skręcał w przeróżne korytarze, licząc, że uda mu się zgubić pościg. Ciągle jednak słyszał za sobą odgłosy. Mało – te ciągle się nasilały. Tym bardziej zdziwił się, kiedy w jednej sekundzie wszystko ucichło. Józef jednak się nie zatrzymywał, pędził na złamanie karku. Wiedział, że stwór najprawdopodobniej się z nim droczy; lubił pogrywać na ludzkich nerwach, aż z tych pozostawały strzępy. Pamiątki tego można zobaczyć wszędzie w labiryncie. Każdy zarażony stanowił niezbity dowód.

Mijając podobne do siebie klatki i kontenery, w końcu dotarł do miejsca, które wyróżniało się na tle reszty. Budynek, który mu się ukazał, był kilkakrotnie większy od pozostałych bloków, zachował kolor wanilii, choć ze ścian wylewała się rdza. Jedyne wejście do niego stanowiły niewielkie drzwi umieszczone na środku. Aby się do nich dostać, trzeba było wejść przez nikłej sterylności schody. Józef chciał się tam udać, lecz wtedy stwór wyprzedził go – pojawił się znikąd w formie fali, przepłynął przez stopnie i ponownie okazał swoją pełną postać tuż pod drzwiami. Ostatnim elementem, który ukazał się w jego obliczu, była maska, która wypłynęła tuż nad obrzydliwą paszczą. Potwór głośno ryknął, aby ogłosić wszem i wobec swoje zwycięstwo, chciał pokazać Józefowi, kto tu jest górą.

Tuż po tym zaczął mozolnie człapać w stronę wystraszonego mężczyzny, szedł bardzo powoli, a z jego ciała w trakcie wypadały nieczystości. Józef, nie ukrywając, spanikował, nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Umysł podpowiadał mu to samo, co wcześniej w takiej sytuacji zrobił jego przyjaciel. Na te chwilę nie znalazł lepszego rozwiązania. Oddał więc pierwszy strzał. Kula miała wlecieć w brzuch stwora, lecz ten zasłonił się ręką. Wtedy pocisk wbił się w nią, a następnie poleciał na podłoże, w kraty, by ostatecznie zniknąć w bezkresnej, mrocznej wodzie.

Józefa to jednak nie zniechęciło, strzelił jeszcze kilka razy. Demon w tym czasie coraz bardziej zbliżał się do niego, przyjmując kolejne pociski w dłonie. Dlaczego tym razem nie pozwalał zranić się w żołądek? Jakby tam coś ukrywał. Coś, co dodawało mu sił. Brud jednak zasłaniał ten monstrualny „akumulator”, nie dało się go dostrzec. To stanowiło dla mężczyzny aspirację, aby celować właśnie tam. Ale stres robił swoje, kilka razy zdarzyło mu się chybić. Atakował go tak zażarcie, praktycznie bez przerwy, że aż magazynek opustoszał. Czym prędzej wtedy zdjął plecak z ramion i zaczął wyszukiwać w nim nabojów. Blisko znajdujący się potwór był dla niego motywacją, żeby się sprężać. Przy okazji sprawiał, że trzęsły mu się dłonie – przez to upuścił pierwszy pocisk. Jednak w następnej próbie mu się udało. Załadował strzelbę na ostatni strzał. Zamknął oczy, wiedząc, że potwór jest już prawie na wyciągnięcie ręki, wymierzył i wystrzelił. Ku jego zdziwieniu – stwór wtedy ryknął.

Józef otworzył oczy i odkrył, że broń do strzału uniósł nieco za wysoko. Pocisk wbił się w maskę. Tworzywo, z jakiego została wykonana, sprawiło, że nabój odbił się, ale zdążył poszerzyć znajdującą się nań rysę. I to do takiego stopnia, że fragment maski uleciał na kraty, a bestię z jakichś przyczyn bardzo to dotknęło; oddaliła się o kilka kroków.

Szok stał się jeszcze większy, kiedy spod opadającego odłamka ukazał się fragment ludzkiej twarzy. Niebieskie oko, które spojrzało wtedy na niego, pozostanie mu w głowie już do końca życia. Z miejsca rozpoznał człowieka, który krył się po drugiej stronie.

- Józef – zawołał Piotr. Jego głos lekko tłumiła pozostała część maski, ale na szczęście był wystarczająco zrozumiały. – Rzuć w to coś broń!

- Co?!

- Broń – powtórzył jego przyjaciel. – Zaufaj mi!

Józef nie potrzebował więcej. Wyciągnął jedyną naładowaną broń, jaką w tej chwili miał spod pasa i cisnął ją w stwora. Ten nie pozostał mu dłużny, zaczął się oddalać. Jednak jego rozmiary zrobiły z niego łatwy cel.

Kiedy pistolet wleciał w brudy, monstrum zaczęło rzucać się na wszystkie strony. W pewnym momencie uderzyło Józefa tak mocno, że ten poleciał bardzo boleśnie na kraty. Sam demon z kolei miotał się, zmierzając w stronę wejścia do dużego pomieszczenia.

Z ciemności potwora wyłoniła się nieuzbrojona ręka – zrzucając tym samym maskę – chwilę później głowa, a zaraz po niej broń w drugiej dłoni. To był Piotr. Na jego plecach, dłoni, a nawet fragmencie głowy wałęsały się ślady pasożytów. Teraz to stało się jasne – maszkara, która cały ten czas go ścigała, była niczym innym jak jego własnym przekleństwem.

Piotr spojrzał jeszcze na Józefa i lekko się do niego uśmiechnął.

- Przepraszam – powiedział. – Mam dość uciekania. Nie mam już siły…

Po tych słowach wymierzył pistolet w głowę.

- Nie! – krzyknął Józef, biegnąc w stronę bestii i przyjaciela. Schody zdawały mu się dłużyć. Mimo tego liczył, że zdąży. – Czekaj! Nie!!!!

Był jednak za wolny. Dźwięk strzału przeszył jego głowę. Przez najbliższe sekundy zatrzymał się, będąc zbyt oszołomionym, żeby kontaktować, co właśnie się stało. Potem przyszło opamiętanie, a zaraz po tym smutek i rozpacz.

Mózg Piotra rozbryzgnął się na pobliskiej ścianie. Stwór, w chwili śmierci swojego nosiciela, zaczął głośno ryczeć, jego ciało przestało przypominać jakikolwiek kształt i powoli ulatywało. Był to tak chaotyczny proces, że jedna część wody zmieniła się w ostrze i zraniła  dłoń między bandażami nadbiegającego Józefa. Ten jednak nie przejął się tym zbytnio. Właśnie stracił najlepszego przyjaciela, miał większe problemy.

Rozwścieczony demon w ostatnim zrywie wparował z pełnym impetem do dużego budynku, otwierając drzwi na oścież. Zabrała ze sobą ciało Piotrka.

Józef stanął dokładnie pod upuszczoną maską. Przez chwilę oglądał jej puste oko i nieszczery uśmiech. Ale do głowy nie przyszła mu żadna myśl. Wszystko wydawało się puste, nic niewarte. Czuł bezsens tego wszystkiego.

Po chwili spojrzał na wejście, z którego świeciło mocne światło. Bez wahania ani strachu wszedł do pomieszczenia. Jak się okazało znalazł się w czystej, mogłoby się wydawać, nowej łazience. Na ścianach ułożono błyszczące, białe płytki. To samo na podłodze. Całe pomieszczenie jarzyło się od promieni, choć nie dało się dostrzec ich źródła. W środku było prawie pusto, jedyną znajdującą się w niej rzeczą – umieszczoną dokładnie w centrum – była wanna. Woda znajdująca się w niej przybrała barwę krwi. Czerwień wylewała się na podłogę, sprawiając, że biel nikła.

W samej wannie leżał Piotr. Był nagi. Otwory po wstrzale znikły, tak samo jak jego ubrania, ale krew, która wymieszała się z wodą, wyleciała z jego rąk, które leżały na poręczach; miał tam szerokie blizny. Nie wytrzymał. Nie mógł więcej kontynuować ucieczki – Józef to wiedział. Mimo tego był na niego zły za to, że ten go zostawił. Dodatkowo rozzłościł go fakt, że na twarzy martwego przyjaciela widniał uśmiech.

- Wstawaj! – Józef spróbował podnieść go z wanny. Kiedy żałośnie zaprzeczał oczywistemu, z jego oczu wartko ciekły łzy. – Musisz pójść do lekarza. Zszyją ci ręce, będziesz jak nowy. No chodź! Nie mogę ciągnąć cię sam!

To jednak na nic się nie zdało. Mężczyzna był już zimny.

 

*

 

- To musiało być dla ciebie trudne, kiedy go takim zastałeś.

Józef zaklął.

- Nawet sobie nie wyobrażasz – odpowiedział po chwili. – Znałem go od dziecka. Jedna głupia decyzja, krótka chwila i już. Nie ma człowieka. Radź sobie bez niego. Najlepiej jeszcze jakbyś zapomniał… Ale ja tak nie potrafiłem. Ta sytuacja była dla mnie cholernie trudna. A przecież nie mogłem od tak przestać funkcjonować. Jestem ojcem i mężem. Musiałem  pomóc rodzinie. Nie wiedziałem, czy uda mi się normalnie iść po tym koszmarze. Życie wydawało mi się strasznie męczące, bez perspektyw. Dodatkowo przed oczami już widziałem, jak będą męczyć mnie w redakcji, kiedy to wszystko się skończy. W głowie słyszałem te telefony, kłótnie i naciskanie, żebym w końcu im coś zdał. Ale to na nic – wiedziałem, że minie jeszcze dużo czasu, nim będę mógł napisać coś sensownego. To wszystko mnie przerastało. Czułem się taki pusty…

- Ale sobie z tym jakoś poradziłeś? – zapytał ten drugi. – Twoja żona mówiła o tobie w samych superlatywach. Nie wierzę, że od tak zostawiłbyś ją z tym wszystkim samą.

- Moja żona? – zdziwił się, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi. – Nie mówiłeś, że ją znasz. Nie widziałem jej od dobrych kilku tygodni. Powiedz, gdzie ona jest?

- Dziwne, że jeszcze z nią nie rozmawiałeś – okazał szczere zdziwienie. – Pewnie nie miała czasu. Poczekaj, lada dzień się zjawi.

- Kiedy, do cholery? – rozzłościł się. – Chcę ją w końcu zobaczyć! Nie wiem nawet, jak ma się nasze dziecko! Powiedz, gdzie ona jest. Muszę zobaczyć je obie!

- Z takim nastrojem możesz co najmniej skończyć na komendzie. Albo jeszcze gorzej. Zrobisz coś głupiego…

- Co, kurwa?! – oburzył się Józef. – Sugerujesz, że mógłbym zrobić krzywdę moim dziewczynom?!

- A mógłbyś? – zapytał całkowicie poważnie.

- Albo nie jesteś ani mężem, ani ojcem, albo…

- Jestem i jednym, i drugim.

- To jeszcze gorzej! To znaczy, że jesteś po prostu chory – z tymi słowy wyszedł.

 

*

 

Światło się nasilało. Po kilku sekundach zaczęło go oślepiać i razić. Po chwili nieprzyjemne uczucie zmieniło się w ból. Aż puścił zwłoki przyjaciela, które z pluskiem runęły do wanny, i schował twarz w dłoniach. Cierpienie jednak nie ustawało. Wydawało mu się nawet, że promienie rażą jego skórę.

Zaraz jednak ta męczarnia dobiegła końca. Miał wrażenie, że odleciał, a następnie momentalnie wrócił na ziemię. Ściślej – na papier. Znowu znajdował się w miejscu, z którego spadł do kanałów. Było ciemno, więc włączył latarkę na plecaku, która pozwoliła mu obejrzeć pomieszczenie. Krew na ścianach zdążyła wyschnąć, a ludzkie mięso zniknęło. Józef, ciągle niemogący poradzić sobie ze śmiercią Piotra, rozgrzebał gazety wokół siebie, aby zobaczyć właz, dziurę, czy cokolwiek, przez co znalazł się w labiryncie. Jak się okazało, na podłodze było miejsce, które kiedyś mogło stanowić przejście, lecz obecnie zostało w całości zamurowane. Dodatkowo kamienie i zaprawa, za pomocą których je zakryto, zdawały się być już wiekowe, jakby umieszczono je tam dawno temu.

To wyglądało, jakby coś teleportowało go nie tylko z miejsca na miejsce, ale i w inny czas. Z drugiej strony zza otwartych drzwi wiała ciemność, co z kolei równie dobrze mogło wskazywać, że nie minął nawet dzień. Nie potrafił określić, ile już siedział w tym piekle i jak to miejsce w ogóle funkcjonuje. Zdawało mu się, że głupieje – rozważał wszystkie, nawet najgłupsze opcje. Czym więcej to zgłębiał, tym mniej sensu w tym widział…

Dlatego też pozostawił te wątpliwości. Przecież miał przywyknąć do tego, że jeszcze wiele rzeczy nie będzie w stanie pojąć. I z góry należało też się przygotować na wiele innych dziwactw i koszmarów. Nie szukanie w tym sensu winno być jego głównym problemem. Stracił już przyjaciela. Nie mógł dopuścić, żeby podobny los spotkał jego rodzinę. Mając to na uwadze, powstał i ruszył w stronę ciemnych, ciągle roztwartych drzwi.

Na zewnątrz przywitał go pełny mrok. Pożar się skończył. Ogień wypalił to, co miał, i zniknął.  Było zimno jak wcześniej na pustyni. Jedynym pocieszeniem dla Józefa było to, że jego ciuchy w jakiś dziwny sposób wyschły – dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Choć ślady po grzebaniu w kanałach ostały się wyraźnie.

Latarka pomogła mu dojrzeć fragmenty tego, co ostało się z miasta. Płomienie zajęły się wszystkim, co się dało. Ze znikających w dymach, dużych budowli ostały się jedynie zgliszcza i zarysy dawnej świetności. Niektóre budynki wyglądały jak dotknięte wojną. Inne, choć bardzo zniszczone, zachowały większość swoich pięter. Były też takie, z których ostały się same popioły. Teraz miasto zaczęło przypominać mu zniszczoną popowstaniową Warszawę, zupełnie jakby obraz z czarno-białych zdjęć przeniósł się do obecnego świata. Pamiętał, kiedy jako dzieciak oglądał zniszczenia stolicy, jakich dopuścili się Niemcy. Wtedy to przedstawiało się jako przeszłość, coś nierzeczywistego czy odległego. Jego umysł nie był w stanie tego pojąć. Dopiero po tylu latach, dziś, jako ponad trzydziestoletni mężczyzna, z ruinami przed sobą, zdołał zrozumieć skalę tamtych zniszczeń.

Nie widział nigdzie zgnilców, które wcześniej go ścigały. Możliwe, że wszystkie nieumarłe istoty po prostu spłonęły… ale nie chciał zostawać tutaj na tyle długo, żeby się o tym przekonywać.

Udał się tam, gdzie przed ucieczką zmierzał. Liczył, że tym razem nic mu nie przeszkodzi, choć przemierzał ciemne uliczki ze strachem, a w każdym miejscu rozświetlonym przez latarkę spodziewał się wyskakujących znikąd potworów. Mimo tego, że panował mocny mróz, pocił się jak podczas letnich popołudni.

W krótkim odstępie czasu dotarł do punktu, w którym przerwał pościg. Budynek, który wcześniej skutecznie go zatrzymał, obecnie nie byłby w stanie powstrzymać nikogo. Na to, co się ostało, można by spokojnie wejść, zejść i biec dalej. Szkoda, że wtedy nie miał takiej możliwości. Poparzona ręka pod bandażem ciągle mu o tym przypominała.

Ruszył w przeciwną stronę, licząc, że znajdzie jakiś ślad potwora, który porwał mu córkę. Czym bardziej w głąb zgliszczy się zapuszczał, tym nasilał się jego stres. Z histeryczną wręcz zażyłością przemierzał uliczki, obawiając się maszkar wyskakujących z nicości. Jak był młody, bał się ciemności; nie lubił wychodzić po zmroku. Obecnie odczuwał nawrót tej fobii. Nic do niego nie podeszło, nic się nie poruszyło, ale sama świadomość, że mogło być inaczej, demonizowała całe otoczenie.

To, co spotkał po raptem kilku minutach marszu, przeszło jego najśmielsze oczekiwania.

Na jednym ze skrzyżowań latarka oświetliła powolnie człapiącego humanoidalnego stwora z bujnie owłosionym, czarnym tułowiem i zabandażowaną głową. Niestety nie było z nim Ani.  Nagłe ukazanie go przez światło niemalże przyprawiło Józefa o zawał; podskoczył i krzyknął, dając bestii znać o swoim istnieniu. Ta z kolei z miejsca wyczuła intruza, odwróciła się ku niemu i zaczęła przypatrywać się czerwoną plamą jego obliczu.

- Ty! – zawołał zrozpaczony ojciec. – Gdzie moja rodzina?!

Stwór jednak nie powiedział nic.  Józef powtórzył więc swoje pytanie i ponownie niczego się nie dowiedział. Za trzecim razem dobył maczety.

- Gadaj! – wrzasnął z morderczą determinacją w oczach.

Stwora jednak to nie wzruszyło; jeszcze przez kilka chwil kontemplował twarz mężczyzny, a następnie odwrócił swoją czerwień na bok i udał się w tamtejszą uliczkę. Józef, co powinno być oczywiste, ruszył za nim. Jako że ich maksymalna prędkość bardzo się różniła, potwór szybko zniknął z jego pola widzenia; zmieszał się z cieniem.

Józef jednak nie porzucił pościgu. Szukał w każdym zakamarku, oglądał wszystkie napotkane uliczki. Nawet zachodził do resztek nie do końca sterylnych budynków. Przeszukał przynajmniej kilkadziesiąt. Zwracał uwagę na najdrobniejsze szczegóły, każdy ruch stanowiłby dla niego wskazówkę. Jednak mężczyzna natykał się tylko na gruzy. Prócz jego własnych kroków nic nie wydało nawet dźwięku.

Powoli zaczynał się męczyć, gdy nagle przypadkowo oświetlone miejsce ukazało coś żywego. Pokraczna czarna plama momentalnie odskoczyła i zaczęła uciekać. Józef nie zdążył ocenić, czy to było to, czego szukał, ale z braku lepszych śladów – biegł bez opamiętania. Oświetlając okolice naprzeciwko siebie, widział pędzącą istotę. Niestety ta poruszała się zbyt chaotycznie i zbyt wtapiała się w otoczenie zgliszczy, żeby mógł ustalić, czy to była jego bestia. Jednak jej szybki bieg pozwolił mu wydać osąd, że trafił w dziesiątkę.

Bliżej nieokreślony stwór wbiegł w ciasną uliczkę, znikając Józefowi z oczu. Ten popędził za nim, lecz zatrzymał się, obserwując niespodziewanie jaśniejącą przestrzeń. Wszystko powoli odkrywało się za  pomocą żółtawych, niepokojących promieni. Mężczyzna obejrzał się w górę, zobaczył wtedy, że niebo rozjaśniło się w kolorach żółci, oranżu oraz czerwieni – jakby płonęło. Wszystkie te barwy poruszały się chaotycznie, walcząc o dominację.

Skutkiem tej nagłej zmiany pogody było to, że usłyszał odgłosy poruszania się po okolicznych zgliszczach. Wszystko jednak w środku było czarne, więc nie dostrzegł zagrożenia. Przestraszył się na tyle mocno, że przyspieszył i udał się za wcześniej ściganym potworem w róg.

Z daleka uderzył go wtedy bardzo nietypowy obraz. Wielki na kilka pięter statek wbijał się w dwa ogromne wieżowce, bardzo powoli torując się przez nie. Jego obudowa nie wyglądała na normalną, zdawała się być wykonana z kości połączonych ze sobą więzami przypominającymi nerwy. Całość miała barwę ciemnego brązu. Z niewielkich okienek wyrywających się z boków ziała ciemność. Kadłub był zarezerwowany dla ogromnej czaszki. Była ona pozbawiona szczęki, a ten ubytek zakrywała błękitna peleryna, odsłonięta jednak, by pokazywać drugą, mniejszą ozdobę – karykaturalną człowieczą główkę. Jej twarz zdawała się nie mieć wyrazu; była pusta niczym twarz umarłego.

Okręt bardzo powolnie parł do przodu, rozcinał piaski, płynąc po nich jak po wodzie. Z każdym jego ruchem, dwa budynki zaczynały się walić – wyglądało na to, że kiedy statek „odpłynie”, zniszczone apartamenty runął z pełnym impetem na ziemię.

Ten widok nie napawał Józefa pozytywnymi myślami; chciał zawrócić, lecz dostrzegł w oddali ciemną i ruchomą plamę. To był jego cel. Udał się za nim. Ten jednak skrył się za ogromem statku. Mimo tego mężczyzna zmierzał tam nadal. Zbliżając się do obiektu, odkrył, że ten w dolnej części, tam, gdzie styka się z piaskiem, posiada dziwne wybrzuszenie, jakby pryszcz. Za tym zniknęła ruchoma czerń. Stanął przed wybrzuszeniem na odległość dziesięciu metrów, aby dokładniej mu się przyjrzeć. Odkrył, że owym pryszczem okazała się być wielka na długość człowieka głowa. Nie była samą czaszką, miała skórę – ta okazała się jednak żółta i chrapowata. W miejscu oczu znajdowały się jedynie niebieskie kropki. Twarz była pozbawiona nosa. Jej usta ostały się zamknięte, lecz kiedy Józef dłużej je kontemplował, rozdziawiły się, ukazując objęte niemalże w całości próchnicą, czarne zęby. Zawartość paszczy zakrywał cień. Po chwili z jej wnętrza wyłonił się niebywale spłaszczony, ciemnoczerwony jęzor. Przypominał raczej dywan, niż właściwą część ciała.  Józef nie mógł obejść się wrażeniu, że jakaś siła właśnie zapraszała go w tamto miejsce…

I to był wystarczający powód, żeby zawrócić. Szukał tutaj potwora, ale go nie zastał. Powinien teraz zająć się znalezieniem...

Odwrócił się, a wtedy jego oczom ukazał się stwór z zabandażowaną głową i czerwoną plamą w miejscu twarzy. Stał przed nim ze spokojem, jakby na coś czekając.

- Oddawaj moją… – zaczął agresywnie Józef.

Stwór jednak mu przerwał; w jednej chwili podniósł dłoń i przyłożył jeden palec do plamy.  Uciszał go.

Potem uniósł tajemniczą głowę i przyglądał się ogromnemu statkowi. Wypatrywał czegoś.

- O co ci… – mężczyzna chciał zapytać.

Ponownie jednak nie dokończył. Tym razem przerwał mu głośny dźwięk, wyraźnie wydobywający się z okrętu. Przypominał odgłos bojowego rogu, ale było w nim jeszcze coś niepokojącego, złowrogiego.

To musiał być jakiś zew, gdyż potwór przed Józefem podskoczył bardzo szybko i zaczął wspinać się na szczyt okrętu. Mężczyzna chciał wyjąć z plecaka strzelbę i go powstrzymać, lecz wtedy coś pokrzyżowało jego zamierzenia. Ściślej – kiedy bestia się uniosła, tuż za nią ukazała się monstrualnych wielkości grupa. Składała się z dziwacznych pokrak. Ich skóra co do jednego była czarna jak węgiel, a kości wyraźnie odznaczały się na ciałach. Wszystkie te istoty były wielce nieproporcjonalne w budowie, niektóre potrafiły mieć duże tułowia, ale małe nóżki, inne odwrotnie; znalazły się też takie z małymi głowami, z kolei ci za nimi posiadali je trzykrotnie większe – kombinacji było mnóstwo, choć wszystkie istoty nie przewyższały wzrostem człowieka. Niektóre nawet nie przypominały ludzi – w tłumie pędziły też potwory przywodzące na myśl bardziej gigantyczne pająki lub wygłodzone wilki.

Tłum zdawał się być wściekły, spragniony krwi i… pędził z pełną parą nie tyle na Józefa, co na ogromną głowę tuż za nim. Mężczyzna chciał zejść im z drogi. Niestety nie zdążył. Fala potworów szybko zderzyła się z nim. Pobliskie stworki chwyciły go czym się dało i za co się dało – poniosły go ze sobą. Zmierzały w głąb paszczy chropowatej twarzy.

- Nie! – wyrywał im się Józef. – Puszczajcie!

Te były jednak za silne. Mimo mniejszego wzrostu nie ustępowały w sile dorosłemu mężczyźnie.

Ale on nie przestawał; szarpał się, jak tylko mógł. W końcu jeden ze stworów musiał poczuć się dotknięty – uderzył Józefa w głowę, sprawiając, że ten stracił przytomność.

Ostatnim wspomnieniem, jakie utrwaliło się w głowie Józefa po tym zdarzeniu, była fala potworów wpychających się ze wszystkich stron do ciemnej paszczy.

Pobudka znowu przyprawiła go o ból głowy – chyba powinien powoli do tego przywykać. Oczywiście u niego przejawiało się to tylko dodatkowym zdenerwowaniem.

Stwory nie zjadły go ani nie uszkodziły. Nie miał zamiaru im z tego powodu dziękować. Wręcz wątpił w ich hojność. Możliwe, że te uznały go za martwego i porzuciły jak psy, na później, jednak zapominając, gdzie dokładnie ukryły zdobycz.

Powstał bardzo powoli. Znajdował się w całkowicie ciemnym pomieszczeniu. Zapalił latarkę na ramiączku plecaka. Wtedy jego oczom ukazało się wnętrze olbrzymiego statku. Pomieszczenie, w którym się znajdował, wyglądało na bardzo zaniedbane; kurz walał się wszędzie, a na ścianach pająki rozmieściły swoje bujne sieci. W centrum pokoju znajdował się duży stół. Był cały poobdzierany, a w rogu ktoś wyrył na nim napis. Czas zdążył utrudnić jego odczytanie, lecz Józefowi się to udało. „Strzeż się!!! Kapitan już nie jest człowiekiem” – nic mu to nie mówiło, ale uznał ostrzeżenie za wystarczająco przekonywujące, aby unikać owego dowódcy okrętu. Jeśli takowy jeszcze błąka się w tutejszych korytarzach; w tym świecie nie można było niczego wykluczyć.

Wyglądało na to, że znalazł się w miejscu, gdzie po pracy spotykała się załoga, choć od wielu lat nikt nie wypowiedział tu żadnego słowa. Jakiekolwiek siły zabrały się za to miejsce, musiały być obeznane z tymi, które sprowadziły przekleństwo na Piotra. Dobrze, że chociaż pomieszczenie było opuszczone…

Wróć! Kiedy szedł w stronę wyjścia, coś mignęło mu w świetle. Coś ciemnego. Zapewne był to jeden z tych stworów, które zapewniły mu ten rejs. Józef nie chciał kontemplować tej pokracznej i zniekształconej istoty; ta bardzo bała się światła i schodziła mu z drogi. Uznał zatem, że nie powinni sobie przeszkadzać.

Poszedł do drzwi, licząc, że potwór schowa się gdzieś w kącie, ale – co powinno już być dla niego oczywiste! – tak się nie stało. Ostrze, które wbiło się w jego triceps, nadeszło z tyłu, z ciemności. Józef chwycił kończynę, która go zaatakowała i odwrócił się w stronę zamachowca. Okazał się on być czarnym i kościstym człowiekopodobnym stworem. Jego ręce i nogi były cienkie jak średniej wielkości gałęzie, w obu przypadkach zamiast stóp i dłoni znajdowały się kolce. Jeden tkwił teraz w ciele mężczyzny. Stwór, oświetlony, zaczął wydawać odgłos przywodzący na myśl gwizdek. Czarna skóra istoty pod wpływem latarki zaczęła się smażyć, a z opalanych fragmentów wylatywała okropnie cuchnąca para. Bestia, ma się rozumieć, strasznie się wyrywała i nieumiejętnie wymierzała ostrze drugiej ręki w swój cel.

Zaatakowany mężczyzna, chcąc pozbyć się natręta, dobył z plecaka wystającą maczetę i ciął kończynę, która tkwiła w jego tricepsie. Z racji tego, że była cienka, odrąbał ją za pierwszym razem.

Kiedy oderwał się od potwora czym prędzej wybiegł z pomieszczenia. W biegu wyrwał ciągle toczący zapach spalenizny kolec, a następnie skupił się na ucieczce. Trwał tak przez jakiś czas, po czym zatrzymał się plecami do ściany, dokładnie oświetlając swoją okolicę. Po upewnieniu się, że jest sam, opatrzył ranę. Miał szczęście, że nie zdecydował się wcześniej na zmianę bandażu poparzonej dłoni – w przeciwnym razie musiałby przyzwyczaić się do wyciekającej nieco wyżej krwi.

Wyglądało na to, że znalazł się w bardzo szerokim korytarzu. Jego stylistyka przypominała stary statek, może z okresu średniowiecza. Chciał ustalić, na które piętro zaciągnęły go te dziwadła. I jak stąd wyjść. Nie mógł jednak zrobić tego, będąc przyklejonym do ściany. Tak więc powolnym krokiem, ściskając maczetę w ręku, udał się w lewo. W marszu słyszał odgłosy wydawane przez istoty. Kiedy dźwięk był zbyt blisko, oświetlał jego źródło, a wtedy stwór zmieniał kierunek. Nic na razie go nie zaatakowało, co nie znaczy, że nie czuł czyjegoś oddechu na karku; odwracał się albo machnął maczetą  za sobą co jakiś czas.

Doszedł do końca statku. Odkrył wtedy, że znajduje się na najniższej części pokładu – stwory nie zaciągnęły go daleko.

W miejscu, do którego zawitał, znajdowało się wiele skrzyń, dużych i małych,  a ich wygląd kompletnie nie pasował do otoczenia – ustylizowano je na współczesne, nawet oznaczono je już zacierającymi się numerami. Z jednych zachowały się strzępy, były pozbawione ściany lub dwóch, a stan drugich z kolei był nienaganny, zupełnie jakby… statek ciągle dostarczał nowe. Józefa zjadła ciekawość; schował maczetę, wyjął nuż i przy jego pomocy otworzył mniejszą nieuszkodzoną skrzynkę. Jej zawartość, co tu dużo mówić, była bardzo przyziemna – całość, nie licząc siana, została wypełniona butelkami. Wszystkie były pełne. Józef otworzył jedną i odkrył, że spróbował wódki. Niezbyt dobrej, ale zapewne taniej. Nie miał zamiaru się zapijać – w tym miejscu to byłoby jak wypisanie sobie na czole „łatwa zdobycz” – więc zajrzał pod świeży bandaż, oblał ranę odrobiną, po czym odłożył butelkę na swoje miejsce.

Dobył maczety i zaczął się rozglądać po większych pudłach. Te, jeśli nie były puste, zawierały mniej więcej to samo co ich mniejsze wersje. Znalazł mnóstwo wódki, ale także piwa, wina, trochę Burbona, kapkę tequili oraz inne alkohole, których nazwy nic mu nie mówiły – nigdy nie miał się za konesera.

Nie znalazł niczego pożytecznego. Chciał odejść, kiedy nagle dostrzegł, że coś poruszyło się w dziurze ogromnej skrzyni. Józef nagle odskoczył i uniósł broń, myśląc, że będzie zmuszony zabić agresywną istotę. Powstrzymał jednak atak, kiedy to coś przemówiło.

- Ty – szeptał męski głos. – Chodź. Szybko. Zanim się zjawi.

- Kim jesteś?

- Chodźże!

Józef schował maczetę i wszedł przez ubytek do ogromnej skrzyni, trzykrotnie mniejszej od kontenera, ale i tak robiącej wrażenie. Nie znał do końca powodów swojego działania, takie zachowanie – jakby nie patrzeć – zdawało się głupie, ale przemawiający do niego osobnik był… człowiekiem. A Józef od niedawna bardzo cieszył się z towarzystwa takowych.

Mężczyzna, który go zwabił, odziany był w stary i zniszczony strój marynarski, również nie mający nic wspólnego ze średniowieczem. Na jego głowie znajdowała się błękitna czapka. Broda zwisała mu aż po klatkę piersiową. Światło latarki unaoczniało brud na całym jego ciele oraz to, że mężczyzna był ślepy – w miejscu oczu świeciły się tylko białe plamy. Nie był bardzo stary, jednak jego prezencja sprawiała, że się taki wydawał.

Kiedy światło rozświetliło jego oblicze, szybko się zasłonił, podobnie jak tamte stwory. Oczywiście różnica była taka, że ludzka skóra się od tego nie smażyła. Ale stary żeglarz odwykł od „luksusu”, jakim było światło.

- Zgaś to – powiedział, machając ręką. – Czuję, że świecisz mi po twarzy; to cholernie nieprzyjemne uczucie. Tutaj latarki przynoszą tylko kłopoty.

Zapewne ten wycieńczony przez los mężczyzna żył tutaj jak kret. Jego zarost wskazywał, że nie robił tego od kilku dni; to musiały być lata. Podczas nich stracił nie tylko wzrok, ale i kapkę zdrowego rozsądku, sam ton jego głosu wskazywał na łagodne objawy choroby psychicznej.

- Muszę coś widzieć – nie zgodził się Józef.

- Ja też kiedyś musiałem! Ale to przekonanie słabnie razem ze wzrokiem. No, dalej. Zgaś je, zanim przyciągniesz uwagę… czegoś niebezpiecznego.

Józef po namyśle zgasił latarkę i kontynuował dialog, nie widząc niezbyt przyjemnej dla oka twarzy swojego rozmówcy.

- Jak udało ci się ukrywać przed stworami przez tyle czasu? – zapytał. – I to jako ślepiec?

- Stwory włażą tutaj tylko, kiedy statek się zatrzymuje albo zwalnia. Nie robi tego aż tak często, choć trudno powiedzieć, jakie będą jego postoje; bywa nieobliczalny. Tak czy siak, kapitan przeważnie pozbywa się wszystkich maszkar w przeciągu dwóch, może trzech dni. Jak nie on, to same znikają. Nie wiem jak, nie pytaj.  Przez tę kapkę dni kapitan jest zajęty, tylko to się liczy. Wtedy – choć potworów jest najwięcej – dla nas jest najlepiej. Później chowamy się tylko przed nim.

Józefowi w głowie zamajaczył wyryty na stole w sali załogi napis.

- Czym teraz jest kapitan? – zaciekawił się.

- Nie chcesz wiedzieć – odpowiedział po chwili żeglarz. – Jeden z naszych też kiedyś się nad tym zastanawiał. Ciekawość zżerała go tak bardzo, że aż zebrał się i wybrał na poszukiwania.

- I?

- I nie wrócił, żeby komukolwiek zdać raport.

Mężczyzna sięgnął po coś szklanego, co omyłkowo uderzył o drewnianą ścianę. Mowa oczywiście o butelce jakiegoś alkoholu. Józef słyszał, jak brodacz wlewał go w siebie.

- Ostał się tu ktoś prócz ciebie?

- Na pewno – przyznał żeglarz. – Nie od dzisiaj tu żyjemy. Ale nie radzę ich szukać. W większości postradali rozumy i teraz zachowują się jak dzikie zwierzęta. Ostatnio spotkałem Stacha. Chłop odgryzł mi lewe ucho. Czasem jeszcze obmacuję to miejsce, myśląc, że coś tam zastanę… Cholera, jak jeszcześmy zaczynali tę całą naszą podróż, Stach wydawał się najlepszym z całej tej załogi parszywców; chyba jako jedyny przed snem modlił się. Nie tylko za siebie, ale i za wszystkich na pokładzie! Jak ta podróż go skurwiła… W sumie nas wszystkich…

- Dlaczego nie uciekliście?

- Twarz pojawia się i znika w różnych miejscach na statku. Trudno ją złapać, a innego wyjścia nie ma, kapitan o to zadbał.

- Chodzi ci o tą żółtą głowę z niebieskimi oczami?

- Nie wiem, czy ma oczy i jaki ma kolor. Jeśli dobrze pamiętam, od wewnątrz widać tylko wypuklenia w kształcie twarzy i otwierającą się paszczę. Ale po co o tym gadać? Szukając, tylko zmarnujesz czas. Różnie się pokazuje, nie wiadomo jak, kiedy ani dlaczego. Czasami nawet pojawia się na trzecim, czy czwartym piętrze, ale jak stamtąd chcesz uciec, to tylko do nieba! Jeszcze możesz skakać z górnego pokładu, ale rezultat byłby ten sam. Innych opcji nie ma, jak mówiłem.

- A okna?

- Tutaj ich nie znajdziesz. Jak chcesz skakać to najbliżej z piętra nad nami. Za daleko, żeby przeżyć.

- Czyli co? Poddaliście się? I tylko tutaj gnijecie?

- Uważaj na słowa. Odnaleźć się tutaj jest cholernie ciężko. Znajdowanie jedzenia to udręka. Nigdzie nie można zasnąć bez obawy o własne życie… Co tu dużo mówić, statek jest ogromny. A po całej jego powierzchni przemieszcza się kapitan, szukając swojej załogi. Zostałeś nowym rekrutem, powinieneś się uczyć.

- Zamierzam jak najszybciej stąd uciec.

- Jakbym siebie słyszał. Zamiast bawić się w marzyciela, to… Włączże na chwilę to światło.

Tak też zrobił. Zobaczył wtedy w dłoni mężczyzny ściśniętą butelkę wódki. Ta wędrowała do Józefa.

- To jest najlepsza ucieczka – przekonywał żeglarz. – Nic lepszego nie będzie. Pij!

- Nie chcę.

- Pij!!!

Mężczyzna dosłownie rzucił się na Józefa, odnajdując jego usta i usiłując przelać w niego zawartość butelki.

- Puszczaj mnie! – krzyknął pisarz.

- Tylko od tego nie zwariujesz – nie ustępował. – Inni poszaleli, ale ja jestem normalny! Ja ci pomogę! Od razu o wszystkim zapomnisz!

Józef poniewczasie zdał sobie sprawę, że na tym statku nikt, kto się ostał, nie mógł być do końca normalny. A już na pewno nie ktoś, kto ukrywał się w wielkiej skrzyni i starał się za pomocą wódki zapomnieć o strachu. Mężczyzna usiłował wyrwać się oszołomowi, ale nie był w stanie. Lichy wygląd napastnika nie zdradzał jego siły, a wręcz ją zakrywał. Ten brodacz był znacznie silniejszy od pisarza tylko czasami wychodzącego z domu.

Butelka była prawie pełna. Józef przestawał już nadążać z wypijaniem, czuł, że zaraz się udławi. O to chodziło temu szaleńcowi; usiłował go ukatrupić. Tylko dlaczego patyczkował się z wcześniejszą rozmową? W jej trakcie podjął decyzję o dokonaniu mordu? Tego nikt nie mógł powiedzieć.

Wariat chciał pozbawić go życia. I dopiąłby swego. Gdyby nie monstrualna dłoń, która wyłoniła się zza pleców szaleńca, niszcząc górną część skrzyni. Druga, równie długa ręka chwyciła oszołoma za kark i porwała go. Ten szybko uniósł się nad swoją niedoszłą ofiarą i zniknął z pola widzenia latarki. Józef jednak słyszał, jak mężczyzna krzyczy, błagając o litość. Odpowiedzią na jego kwilenia był odgłos łamania kości – najprawdopodobniej skręcono mu kark. Wtedy też wrzaski ustały.

Jakiekolwiek odgłosy ciągnięcia trupa zanikły bardzo szybko, ustępując niezmąconej ciszy. Józef ciągle leżał na zimnej podłodze i wpatrywał się w sufit. Obok niego leżała butelka sącząca napój. Mężczyzna przez chwilę był zbyt oszołomiony tym, co się stało, żeby wstać.

Czas jednak się dłużył, a on w końcu usłyszał coś zbliżającego się w jego stronę. Logiczne więc, że czym prędzej podniósł się na nogi i udał się w odwrotnym kierunku. Aby dodać sobie pewności, w dłoni ściskał maczetę.

Szedł przez ciemny korytarz przez jakiś czas, aż w końcu dotarł do schodów. Były wyraźnie zadrapane, jakby jakiś stwór przechodził tędy bardzo dużo razy. Napis oznajmujący, na które piętro się udaje, był kompletnie zniszczony i nieczytelny. Ciekawe, czy to w tę stronę udała się istota, która porwała wariata sprzed chwili? Jeśli tak, to Józef szedł jej na spotkanie. Liczył, że jednak dla odmiany tym razem mu się poszczęści.

Na piętrze otoczenie uległo całkowitej zmianie. Oświetlając korytarz latarką dostrzegł, że znalazł się najprawdopodobniej na części statku przeznaczonej dla pasażerów. To miejsce wyglądało jak wyciągnięte rodem ze starego parowca. Oczywiście w wersji dawno porzuconej i zniszczonej. Pokoje, których drzwi były uchylone, wyglądały, jakby miało tam miejsce trzęsienie ziemi. Wszystko było w nich porozrzucane, pewnie dlatego że… ktoś czegoś tam szukał – to najprawdopodobniej sprawka załogi.

Zbliżając się do ścian, odkrył, że tam również ostały się pamiątki po przemarszu kapitana. Czymkolwiek on teraz był, jego kończyny musiały rzucać się na wszystkie strony jak ciało padalca chcącego wykaraskać się z tarapatów. Tym jednak razem gad miał pazury potrafiące przebić stal. Tapeta na ścianach przynajmniej w połowie schodziła. Miejsca, w których całość się ostała, były niekiedy ozdobione; ostało się kilka obrazów. Józef jednak nie wierzył, że ktokolwiek mógłby zaczepić coś tak szkaradnego w miejscu, gdzie winni być pasażerowie. Na płótnach namalowano straszne okropieństwa, które… były mężczyźnie dobrze znane. Stwór z zabandażowaną głową czmychający przez miasto, żółta głowa, do której wlewają się potwory, czy nawet wielki statek. Widząc to, poczuł się strasznie nieswojo. Zupełnie jakby ktoś przeżył to wszystko przed nim i namalował po tym te obrzydlistwa, aby pozbyć się niechcianych wspomnień.

Niektóre obrazy były mu obce, przedstawiały ludzi, jednak nie w realistyczny sposób; byli oni albo całkowicie zdeformowani, albo ucharakteryzowani na gnijące trupy. To wszystko nadawało temu i tak dość upiornemu miejscu dodatkowego elementu przerażenia. Przerażenia, które udzieliło się Józefowi już po kilku minutach marszu.

Kiedy wszystko wydawało się spokojne, kiedy zaczął myśleć, że na tym piętrze jest całkowicie bezpiecznie, coś przeszyło ciszę. Dwa czarne stwory wbiegły na pole oświetlenia latarki. Jeden miał malutką głowę, a z kolei ręce drugiego na myśl przywodziły te należące do Tyranozaura. Na starcie zaczęły się przypalać, lecz nie był to dla nich problem; wyraźnie przed czymś uciekały i miały ważniejsze rzeczy na głowie. Józefa to zdziwiło, lecz nie miał zamiaru zawracać – chciał odnaleźć stwora, który porwał jego rodzinę.

I się na tym przejechał. Zanim zdążył ochłonąć po ostatnim „przywitaniu” z dwójką niemilców, szybko naszedł go kolejny. Ten miał bardzo szerokie barki i pędził niezwykle szybko. Praktycznie w ogóle nie przestraszył się świtała. Wbiegł w Józefa, przewracając go na podłogę. Latarka wtedy zamrugała. Mężczyzna już zaczynał się bać, że zostanie bez światła, ale na szczęście wszystko wróciło do swojego pierwotnego stanu.

Józef podniósł się na nogi. Następne kroki stawiał z sercem w gardle. Bał się tak, że aż maczeta w jego ręku zaczęła mu drgać.

Szybko przekonał się, co takiego wystraszyło potwory o smolistych skórach.

Coś czarnego przeszyło jego pole widzenia tak szybko, że nawet nie uchwycił kształtu. Zapewne był to kolejny czarny stwór. Wyleciał z pokoju, wywarzając drzwi i uderzył z pełnym impetem w boczną ścianę, zostawiając wypuklenie. W jednej sekundzie Józef skierował na niego światło i dostrzegł, że ten już niedomaga. W drugiej zobaczył, co go wyrzuciło.

Ogromna bestia o barwie indygo wyszła z pokoju. Jej chód był koślawy i przypominał wygibasy pijanego mężczyzny. Całe jej ciało poskręcano na przeróżne strony, w tym szyję. Ręce były nienaturalnie dłuższe od krótkich nóżek; z jednej nawet wystawała kość. Pysk potwora przypominał nieco ten krokodyla. Jednak szczęki monstra zdawały się szersze, mocniejsze i grubsze. Jego żółte zęby, całe oblepione w śluzie, błyszczały w świetle latarki. Miał dwie pary oczu, jedne większe od drugich. Na poskręcanej klatce piersiowej znajdowały się nierównomiernie rozłożone cztery niewielkie otwory.

Tyle właśnie zostało z kapitana.

Demon wyraźnie nie dostrzegł Józefa, jedynie zaczął przemieszczać się w stronę swojej wcześniejszej ofiary. Światło nie robiło na nim wrażenia, najprawdopodobniej był bardziej ślepy niż jego załogant.

Oszołomiony mężczyzna przyglądał się całemu zajściu z uwagą, jakby oglądał makabryczny występ teatralny.

Dowódca statku w końcu doszedł do czarnej istoty, chwycił ją swoimi długimi dłońmi, a następnie zaczął skręcać jej nogi. To była dla tego mniejszego straszliwa tortura; przeraźliwie wrzeszczał, kiedy kapitan bardzo dokładnie łamał mu kości w wielu różnych miejscach. Kiedy kat skończył, uniósł czarnego za dłoń, a następnie z otworów na jego brzuchu wyleciał szarobrązowy kwas, który przyprawił ciemnego stwora o dodatkowy krzyk. Smolista poczwara wyzionęła ducha sekundę potem.

Wariat coś o tym wspominał – potwory wchodziły na statek przy każdym postoju. Kapitan, obrońca i czyściciel, tępił to robactwo. Najwyraźniej w bardzo brutalny sposób.

Więcej Józef nie potrzebował. Zaczął przeraźliwie biec. Jako iż nie planował powrotów, minął się z kapitanem i jak najszybciej biegł przed siebie. Potwór wtedy usłyszał jego kroki, nawet się odwrócił i wymierzył w człowieka swoje łapy. Nie zdołał jednak go dosięgnąć, jedynie wymierzył cięcie w ścianę.

Józef szybko dobiegł do końca korytarza i za pomocą podrapanych schodów wszedł na kolejne piętro. Tutaj również zdarto napis, który miał informować o położeniu.

Wyżej wszystko przedstawiało się podobnie jak poprzednio. To było drugie piętro przeznaczone dla pasażerów. Józef nie kontemplował tym razem otoczenia, ominął po drodze dwa czarne potwory i w końcu wbiegł do jakiegoś pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi i tarasując je krzesłem, które znajdowało się w środku.

Położył się na łóżku i zaczął wtulać się w materac. Zdziwiło go trochę, że nie było na nim ani obok niego żadnej pościeli, ale nie żeby jakoś strasznie mu to ciążyło. Maczetę umieścił tuż obok, to samo z plecakiem i przez chwilę próbował wmówić sobie, że czuje się dobrze. Jednak nie potrafił się długo okłamywać. Rozciągnął się i usiadł. Ocierając twarz z potu, dostrzegł na stoliku nocnym palącą się świecę. Zbliżył się do niej i zobaczył, że ktoś położył nieopodal scyzoryk. Sięgnął po niego.

- Nie ruszaj – usłyszał kobiecy głos.

W tej samej chwili w jego oczy zaczęła świecić inna latarka. Dziewczyna, której twarzy nie mógł zobaczyć, w jednej dłoni dzierżyła światło, a w drugiej pistolet… wycelowany w Józefa.

- Bo zastrzelę cię na miejscu – zapewniła.

 

*

 

- Milczysz – zauważył słusznie jego rozmówca. – Na dzisiaj to wszystko?

- Tak – przyznał niepewnie Józef.

- Rozumiem. No nic, chyba możesz iść.

- Daj spokój.

- Słucham?

- Teraz będziesz się na mnie dąsał za ostatni raz? Już przepraszałem…

- Nie jestem na ciebie zły – machnął ręką. – Większość szczerych rozmów kończy się kłótniami z ogromnym natężeniem przekleństw, obelg i bluzgów. Zdążyłem już do tego przywyknąć.

- Ale zachowujesz się jak obrażona nastolatka – poskarżył się Józef Kruk. – Udajesz, że słuchasz, ale wygląda to, jakbyś miał to gdzieś. Cały czas tylko coś tam…

- Wcześniej spisywałem twoje słowa po tym, jak wyszedłeś – wytłumaczył. – Ale moje notatki zdają się być… sprzeczne. To i robię je od razu, żeby nic nie pomylić. Komentarzy, których z zamiłowaniem wypatrujesz, też dzisiaj nie przygotowałem.

- Kiepska z ciebie pomoc. I ty na starcie zaznaczałeś, że jesteś moim przyjacielem?

- Ależ jestem! – Ten drugi podniósł wzrok z papierzysk – Nawet nie wiesz, ile kartek zapisałem, szukając dla ciebie jakiegoś rozwiązania. Kto inny zrobiłby to wszystko, jeśli nie przyjaciel?

- Jakoś marnie ci to idzie, „przyjacielu”. Czuję się coraz gorzej.  A i tej historii nie widać końca… Mógłbyś chociaż pokazać mi te notatki?

- Nie – odpowiedział zbyt szybko, żeby nie wzbudzić podejrzeń Józefa. – Później.

- Dlaczego?

- Sam powiedziałeś. Historii nie widać końca… Co ci powie jej fragment?

- Ty to jednak zły człowiek jesteś.

Jego rozmówca tylko się uśmiechnął

- Do widzenia – dodał, wskazując ręką wyjście.

Na twarz Józefa wstąpił grymas niezadowolenia, ale usłuchał. Był zbyt zmęczony na kłótnie.

 

*

 

- Czekaj, czekaj – mówił Józef, unosząc dłonie w geście poddania. – Nie zrobię ci krzywdy.

- To na pewno – odpowiedziała pyszałkowato dziewczyna. –  Powinieneś się bać, że będzie odwrotnie.

- Nie zabijaj mnie, proszę. Ja chcę tylko odzyskać żonę i córkę. Nikomu nic nie zrobiłem i nie zamierzam!

- Masz rodzinę? – w jej głosie pojawiło się zawahanie. – Ci ze statku wyglądają, jakby całe życie byli sami. Nie jesteś tym od „kapitana”?

- Nie, nie.  Nie mam nawet munduru. To jeansowa kurtka, przecież widać!

- Ale jesteś tak brudny jak ci marynarze.

- Bo pływałem w ściekach.

- Co?

- To długa historia i wątpię, że chciałabyś jej wysłuchać – Józef powoli opuścił ręce. – Mogłabyś przestać we mnie celować?

Dziewczyna nie zrobiła nic.

- Wyglądam ci na wariata? – próbował ją przekonać.

- Ten z wczoraj też nie wyglądał. A może się przebrałeś, żeby uśpić czujność potencjalnych ofiar?

- Niemiałbym nawet czasu, żeby na spokojnie coś takiego wykombinować. Jestem nowy, jak powiedział brodaty psychopata, którego niedawno spotkałem. Wyglądał na szurniętego, ale i tak dałem mu się podejść… Sam fakt, że ci to mówię, działa na moją korzyść.

Ciągle się powstrzymywała. Wtedy mężczyźnie do głowy przyszedł genialny pomysł. Wariat z wcześniej mówił o  trudnym zdobywaniu żywności, a w plecaku Piotrka znajdowały się dwie puszki fasoli, przeterminowane, ale nikt nie będzie tu wybrzydzał. Może dziewczyna jest głodna…

- Mam jedzenie. – podjął. – Chciałabyś…

- Przekonałeś mnie – przerwała kobieta, opuszczając broń. – Dawaj.

Józef wyjął z plecaka puszkę, a wtedy dziewczyna wyrwała mu ją z dłoni. Musiała być głodna. I to bardzo. Schowała broń w kaburze umieszczonej przy pasie i zaczęła uderzać paznokciami o metalowe wieko opakowania.

- Masz czym to otworzyć? – zapytała.

- Twój scyzoryk… – wskazał na przedmiot przy świecy.

- No tak! – Zabrała go, wyciągnęła ostrze i zaczęła otwierać puszkę. – Ty nie będziesz jadł? – zaciekawiła się, będąc już za połową.

No właśnie. Józef tak był zajęty ciągłym uciekaniem, że nie zwrócił uwagi na swój głód. Jak teraz o tym pomyślał, to nawet przeterminowana fasolka wydała mu się kuszącą opcją. Wyciągnął drugą puszkę i zaczął ją otwierać starym nożykiem z płonącego miasta.

Dziewczyna w tym czasie zaczęła jeść. Nie szukała w pomieszczeniu sztućców, delektowała się każdym kęsem, pomagając sobie rękami jak dziecko.

Józef w końcu mógł się jej przyjrzeć. Musiał przyznać, że była całkiem ładna. Nie miała więcej niż dwadzieścia jeden lat. Jej ciemne i krótko ścięte włosy w świetle latarki zdawały się błyszczeć, to samo błękitne oczy. Była lekko spocona, jakby przed chwilą biegała – co tutaj nie powinno nikogo dziwić. Nosiła krótką, białą bluzkę bez rękawów, która uwydatniała jej zdrową sylwetkę i płaski brzuch. Spomiędzy ramiączek wystawał jaskrawy stanik. Sam dekolt nie był widoczny. Niżej dziewczyna miała na sobie jeansowe spodnie. Jedna nogawka była przedziurawiona. Najbardziej wyróżniającą się cechą jej ubioru okazały się różowe skarpetki, schowane w czarnych tenisówkach.

- Na co się gapisz? – oburzyła się z pełnymi ustami.

- Ostatnio zaczynam cieszyć się, jak widzę normalnych, zdrowych na umyśle ludzi – odpowiedział Józef. – Gapię się, żeby uwierzyć w moje szczęście. Chyba możesz mi to wybaczyć?

- Masz gadane jak mój ostatni chłopak – zauważyła. – Dobrze, że nie poszłam z nim do łóżka. Był walnięty.

Józef otworzył puszkę i zaczął jeść. Też pomagał sobie dłońmi. Choć był to najprawdopodobniej najgorszy posiłek, jaki miał w ustach, to smakował nieziemsko, jak najbardziej wykwintna potrawa.

- Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć – przyznał po chwili, szukając daty ważności na puszce. – To obraza czy obelga? Chyba zdążyłem się trochę postarzeć.

- Mam do ciebie mówić dziadku?

- Wolałbym nie – lekko się uśmiechnął. – Nazywam się Józef Kruk. A ty?

- Jak oficjalnie – odrzekła po przełknięciu sporego kęsa. – Jestem Patrycja. Nazwiska nie lubię, więc pozwolisz, że je sobie daruję, dobra?

Józef miał dawno za sobą okres lubienia i nielubienia swojego nazwiska. Jako dorosły miał ważniejsze problemy od takich błahostek. Dziewczyna musiała być bardzo niedojrzała. Może nawet ciągle przechodziła okres buntu? Z kimś takim nie było sensu dyskutować – jedynie pokiwał głową na znak zgody.

Po poznaniu swoich imion ucichli i skupili się na jedzeniu.

- Jak tu trafiłaś? – Józef przerwał ciszę, kiedy oboje zdążyli się najeść i wytrzeć palce o jakąś podartą ścierkę, którą znaleźli pośród śmieci.

- To nudna i dosyć przyziemna historia – ostrzegła. – Nic ciekawego.

- Niech ja to ocenię. Dawaj.

Dziewczyna przez chwilę milczała, ale zaraz potem się przemogła.

- Wszystko zaczęło się od tego, że mój teraz już były chłopak wywiózł mnie gdzieś daleko – podjęła. – Nie wiem dokładnie gdzie, ale musiało to być wystarczająco opuszczone miejsce, żeby nabrał odwagi i zaczął się do mnie dobierać. Ten jeden raz, kiedy akurat nie miałam na to ochoty, on musiał w końcu się namyślić!  Jak powiedziałam, że nie chcę, to ten dupek nie przyjął tego do wiadomości i się na mnie rzucił. Udało mi się wyrwać i uciec z samochodu. Pobiegłam w las. Chciałam się ukryć, ale nie miałam gdzie; wokół były tylko drzewa. Głos tego gwałciciela był coraz bliżej, a ja nie chciałam, żeby mnie znalazł. Wtedy uderzyłam w coś ciemnego i dużego. Później wyszło, że to statek. Idąc wzdłuż niego, zobaczyłam jakąś dziwną twarz, otwartą na oścież. Nie chciałam tam wchodzić, ale mój były był coraz bliżej i… no i się wpakowałam. Chciałam przeczekać, ale twarz nie dość, że się zamknęła, to jeszcze zniknęła.

- Wszyscy, których tutaj spotykam albo się ukrywają, albo uciekają – zauważył mężczyzna. – To zaczyna robić się niepokojące.

- Mama zawsze mówiła mi, że w swoim życiu będę zbliżała się do ludzi, z którymi mam coś wspólnego. Podobny styl życia, zachowanie, upodobania, czy cokolwiek innego, co będzie nas do siebie ciągnęło. Coś w tym jest, nie sądzisz?

Czy Józef uciekał? Aby uratować życie – jak najbardziej, ale że od początku? Raczej kierował się dobrem rodziny niż strachem… Nie, stwierdzenie dziewczyny w stosunku do niego nie miało sensu, ale żeby nie obrażać mądrości jej matki, nie powiedział jej o tym; zmienił temat.

- Widziałaś ją potem? Tę głowę?

- Tak – powstała i sięgnęła pod łóżko. – Dlatego tu jestem. Raptem wczoraj wbiegłam do tego pokoju i tu była. – Wyciągnęła krótkie wiązadło, złożone może z dwóch pościeli. – Było za wysoko, żeby skoczyć, dlatego zaczęłam biegać po pokojach i zbierać prześcieradła. Zrobiłam z nich tę prowizoryczną linę. Przywiązałam ją do łóżka i chciałam uciec. Ledwie zdążyłam rzucić ją na zewnątrz ust, a wtedy to cholerstwo się zamknęło. – Wskazała rozdartą część – Dosłownie odgryzło resztę!

- I siedzisz tutaj od wczoraj? W tym miejscu ile to w ogóle czasu?

Dziewczyna nie zrozumiała drugiego pytania, brzmiało, jak wypowiedziane przez wariata, więc ustosunkowała się tylko do pierwszego. Jednocześnie zaczęła nabierać podejrzeń.

- Jestem zmęczona – oznajmiła. – I załamana. Tyle czekałam, aż nadarzy się okazja, w końcu się udało i wszystko poszło się… Szkoda gadać. Można powiedzieć, że spadłeś mi prosto z nieba. Ocaliłeś mnie od śmierci głodowej… chociaż nie wiem, czy to dobrze. Będę męczyć się dłużej.

- Poddałaś się jak cała załoga?

- Do niech mnie nie porównuj! – oburzyła się. – Ja zanim oszaleję, strzelę sobie w głowę.

- Tylko nie w głowę! – podniósł głos niespodziewanie Józef, unosząc ręce. Ten wybuch był niepokojący nie tylko dla Patrycji, ale też i dla niego.

Dziewczyna znowu sięgnęła po broń.

- Mówiłeś, że jesteś normalny! – Wycelowała. – Precz z łapami! Od początku zachowujesz się jak tamci. Najpierw pozwalasz mi się wygadać, a potem będziesz chciał mnie udusić!

- Spokojnie, spokojnie – odsunął się od niej o krok. – To dalej ja. Ten sam, w pełni władz umysłowych! Po prostu… ostatnio mój przyjaciel zginął w ten sposób… Palną sobie w łeb na moich oczach…

- Rozumiem – Broń znowu znalazła się w kaburze. – Współczuję straty.

- Tak w ogóle skąd masz tę spluwę? – zapytał po chwili.

- A ty? Skąd wziąłeś swój magazyn?

- Większość zebrałem, ale sam plecak i strzelba należą… należały do mojego przyjaciela.

- Też okradłam zwłoki.

- To nie było do końca tak… Nie we wszystkich przypadkach.

- Nie tłumacz się. Na tym pokładzie pewnie nawet kanibalizm nie jest niczym złym. A okradanie umarłych to nie grzech, im nic już się nie przyda.

- Polskie prawo karne mówi na ten temat coś innego. Wiem, kułem je przez pięć lat.

- I tutaj ci się przydało? – odpowiedziała z przekąsem.

- Słusznie – nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Jesteś wygadana, co?

- Powiedziałabym, że to raczej niewyparzony język. Wspomniałeś coś o rodzinie…

- Tak, o żonie i córce. Zostały porwane.

- Przez kogo?

- Przez co. Też dokładnie nie wiem, ale porywacz powinien teraz być na tym statku. Muszę go znaleźć i wyciągnąć z niego informacje.

- Przynajmniej masz co robić.

- Ciekawy tok myślenia – jej słowa nieco go uraziły. – Osobiście wolałbym, żebym moja rodzina czekała teraz w bezpiecznym domu i dajmy na to, jadła kolację. Już mniejsza ze mną, przynajmniej nie zamartwiałbym się o nich.

- Przepraszam – odrzekła. – Nie to chciałam powiedzieć. Chodziło mi o to, że jest coś, co zabrania ci położyć się na tym łóżku i po prostu leżeć do śmierci.

Przez chwilę zapanowała cisza. Józef zastanawiał się, co powinien odpowiedzieć. Dziewczynie wyraźnie udzielał się schopenhauerowski nastrój; może nie powinien się dziwić – w tej scenerii o to było nietrudno.

Patrycja wydawała się nieokrzesana, pyskata i najprawdopodobniej gdyby był w jej wieku, nawet by jej nie polubił, ale… obecnie jedyne, co do niej czuł, to współczucie. Chciał jej pomóc.

- Nie wiem, czy pójdę w bezpieczne miejsce, czy odwrotnie – zaczął. – Ale tutaj śmierć można znaleźć wszędzie, dlatego…

- Jak chcesz coś powiedzieć, to krótko, bez zbędnych grzeczności.

- Pójdziesz ze mną? Nie gwarantuję bezpieczeństwa, ale lepiej spróbować gdzieś dotrzeć, niż gnić w łóżku. A jeśli mamy zginąć, to lepiej we dwoje niż pojedynczo.

- W przekonywaniu to ty jesteś kiepski – musiała przyznać. – Dobrze, że nie przywykłam do dobrych układów, bo bym się nie zgodziła.

- To idziemy? – Powstał.

- Tak szybko? – zdziwiła się. – A to nie jest ten moment, w którym opowiadasz mi jakąś ckliwą historyjkę z dzieciństwa, żeby mnie poderwać? Dobra, dobra, już tak na mnie nie patrz, „dziadku”, to był tylko żart. Już wstaję.

Wyszli z pokoju i ruszyli dalej, na wyższe piętra w poszukiwaniu porywacza. Z dwoma latarkami ich pole widzenia się powiększyło, dzięki temu mogli dostrzec więcej humanoidalnych pokrak przemierzających pokład. Na tymi piętrze było ich więcej niż na poprzednich, jakby po przekroczeniu paszczy pięły się w górę. Ciekawe, jaki był tego powód?

Nagle na statku miało miejsce niewielkie trzęsienie ziemi, które prawie zerwało ich z nóg. Towarzyszył temu przeraźliwy dźwięk walącego się kamienia i szkła, dobrze słyszalny nawet wewnątrz. To były zapewne wieżowce – statek w końcu utorował sobie przejście i ruszył z pełną parą – co dało się odczuć. Przyspieszenie było momentalne.

- Ciekawe co to? – zaciekawiła się kobieta.

- Resztki spalonego miasta – odparł odruchowo Józef, choć wiedział, że ta zapewne nie zrozumie.

- Byliśmy w jakimś mieście? Szkoda, że…

- Jedynymi mieszkańcami były nieumarłe potwory – ostudził jej zapędy.

Dziewczyna nie drążyła więcej tematu, jedynie podążała za nim w ciszy.

Józef z Patrycją szybko doszli do końca korytarza. Tutejszy był krótszy od tego z dołu i nie kończył się schodami, a wielkimi podwójnymi drzwiami w zdobionych ramach. Ma się rozumieć – były już nieco zniszczone, a przy otwieraniu okazały się skrzypieć.

Po drugiej stronie ujrzeli ogromną salę balową. Wyglądała, jakby odbyło się na niej pod rząd przynajmniej sto imprez, bez przerw i bez sprzątania pomiędzy nimi. Wszędzie walały się rozwalone stoły, żywność z nich dawno zdążyła zgnić i przykleić się do podłogi. Sam blat był zniszczony, nie tylko od zadrapań kapitana, ale również przez rozmaite pęknięcia. Ściany, choć kiedyś pomalowane na różne kolory, dziś blakły i powoli zdawały się zlewać w jeden odcień.

Przemierzając to pobojowisko, odkryli wielki, kryształowy żyrandol, który runął z sufitu. Jego ozdoby zbiły się i rozmieściły na różnych odległościach. Choć sam przedmiot naturalnie winien być przezroczysty, to ten pozostawał do połowy czerwony – przyozdobiono go krwią. Tuż przed nim leżało ciało, które posłużyło za źródło nowego odcienia. Nieszczęśnik był marynarzem. Miał ogromną szramę ciągnącą się przez szyję, plecy i kończącą przed pośladkami – aby z tej dziury skraść wnętrzności, połamano mu wpierw wszystkie żebra. Jego śmierć nie mogła nastąpić dano temu, nie żył najdłużej od kilkunastu minut – ciągle pozostawał ciepły.

- Sprawdź, czy ma coś przydatnego – nakazała Patrycja. – Mój ostatni chował gnata.

Ten jednak nic nie posiadał, jedynie w kieszeni Józef znalazł dwa banknoty – bezwartościowe w tym miejscu – oraz zegarek – zepsuty. Nawet gdyby działał, mężczyzna wątpił, czy jakikolwiek przyrząd mierzący czas byłby w stanie ogarnąć zmienną czasoprzestrzeń.

Zostawili trupa w spokoju.

W dalszej części sali odkryli duże podwyższenie, do którego wejścia należałoby dopatrywać się w schodach. Należałoby, gdyż te, duże i kręcone, zawaliły się w dolnej części i przejście nimi było niemożliwe. Tamto miejsce, co powinno być oczywiste, prowadziło na następne piętro. Na szczęście nie okazała się to jedyna droga – pod schodami znajdowały się również drzwi, zapewne przeznaczone dla pracowników statku. Tam też skierowali się Józef z Patrycją.

Wtedy usłyszeli głośne tąpnięcie. Raptownie się zatrzymali i sięgnęli po swoje bronie. Dźwięk dobiegł z góry. Płyta nad nimi, ta, do której nie mieli dostępu, została oświetlona, jakby lampa nad nią nagle otrzymała zasilanie. Przestraszona dwójka przyjrzała się tamtemu miejscu z zaciekawieniem. I trwogą.

Na płycie znajdowały się dwie postacie. Jedną był potwór, który sprowadził tutaj Józefa. Tym razem urósł dwukrotnie większy i spokojnie sięgałby do głowy wysokiego człowieka – oczywiście, na czworaka. Nawet jego owłosienie zdawało się dłuższe i gęstsze. Klaskał on, jakby zachęcając do zabawy drugą postać – małą dziewczynkę. Miała ciemne włosy, starannie uczesane i związane błękitną kokardką. Na sobie nosiła skromną granatową sukienkę. Buciki były tego samego koloru. Jedyną jasną rzeczą w jej ubiorze stanowiły długie skarpetki i jasne rękawiczki. Dziewczynka stała odwrócona tyłem do Józefa i grała w klasy, nie wydając żadnego dźwięku. Mężczyzna rozpoznał ją do razu.

- Aniu – krzyknął. – Aniu, to ja! Tata! Odwróć się do mnie!

- Cicho, głupi – skarciła go Patrycja. – Nie widzisz… To jest ten twój porywacz?!

Czerwona plama stwora, teraz dwukrotnie szersza, skierowała się w stronę mężczyzny i jego towarzyszki, a klaskanie ustało. W następnej chwili potwór powstał i stanął przy barierce, jakby obserwując przedstawienie, czekając na jego dalszy ciąg.

- Zaraz skoczy – lamentowała kobieta. – Musimy uciekać. Szybko. Co stoisz?

- Nie zaatakuje nas – powiedział Józef, kompletnie nie przekonując dziewczyny. – Gdyby chciał mnie zabić, dawno byłbym martwy. – Ponownie zwrócił się do córki: – Aniu, pokaż mi się!

Dziewczynka w końcu stanęła koło potwora i mocno chwyciła balustradę. Wtedy ukazała swojemu ojcu twarz. Wyjaśniło się wszystko. Józef już wiedział, dlaczego nie mogła nic powiedzieć – miała zaszyte usta. To bydle użyło do tego czerwonej nici, wyróżniającej się na tle zimnych kolorów.

- Ty bydlaku – wrzasnął wściekły ojciec. – Coś ty jej zrobił! Zabiję cię za to, słyszysz?!

Stwora te zapewnienia przyprawiły o śmiech, przypominający raczej charkot; wysilał się, ale nic innego nie wyszło spod jego bandaży. Zupełnie, jakby bez człowieka w sobie nie potrafił wydawać samodzielnych dźwięków. I to zapewne była prawda, ten stwór nigdy nie przemawiał bezpośrednio, zawsze kierował głosami innych, porozumiewał się i działał z ich pomocą.

Józef jeszcze nigdy wcześniej nie był tak zdenerwowany. Okaleczono jego dziecko, chciał zabić sprawcę tej zbrodni; dobył strzelby. Wymierzył w potwora, a wtedy… jego cel zasłoniła dziewczynka. Stanęła na linii strzału, broniąc bestii jak najlepszego przyjaciela.

- Zejdź, najdroższa – rozkazał jej. – Uwolnię cię od niego!

Ona jednak nie usłuchała, jedynie powoli cofała się w stronę potwora, aż zderzyła się z jego bujną sierścią. Ta z kolei zaczęła błąkać się po całym jej ciele. Z każdą chwilą oplątywało ją coraz więcej ciemnych włosów. Ani Józef się obejrzał, jego córka zniknęła w ciemnym gąszczu.

- Oddawaj ją! – rozkazał.

- Ciszej – skarciła go Patrycja. – Cały statek cię usłyszy.

Stwór musiał uznać, że widowisko dobiegło końca, gdyż powoli udał się w stronę wyjścia. Józef chciał do niego strzelić, ale bał się, że skrzywdzi tym samym swoją córkę; żeby go nie kusiło – schował broń do plecaka. Z chwilą, kiedy monstrum się odwróciło, zza jego pleców wybiegły dwie pokraczne i ciemne istoty. Kiedy potwór zniknął za drzwiami, ci mniejsi rzucili się z przepaści na schodach do Józefa i Patrycji. Przypieczętowali tym samym swój los – wściekły mężczyzna dobył maczety i przywitał ich stalą. Jednemu odrąbał głowę, z kolei drugiego czekał gorszy koniec – najpierw stracił ręce, później prawą, zniekształconą nogę, a kiedy leżał bezradnie, Józef zaczął wyładowywać na nim całą swoją negatywną energię. Masakrował ciało, nawet kiedy ubyło z niego życie.

Całemu zdarzeniu przyglądała się Patrycja, jednak nie przerwała amoku, jedynie się przyglądała, myśląc, że mimo wszystko dobrze wybrała – z nim na pewno łatwo nie zginie. Upewniła się w tym, kiedy za jej plecami pojawił się zarośnięty blondyn w obdartym mundurze. Z miejsca zaczął się ślinić, chyba biorąc dziewczynę za smakowity kąsek, lecz kiedy słabnącym wzrokiem dojrzał ignorującego go, wymachującego maczetą mężczyznę, stracił apetyt – ostrożnie uniósł ręce w górę w geście poddania i powoli zaczął się oddalać. Szybko zniknął w mroku. Oto pierwsze rezultaty naszej znajomości, jak uznała Patrycja.

Kiedy negatywne emocje uleciały, a zwłoki potwora były kompletnie zmasakrowane, Józef przerwał. Wskazał ręką górę i oznajmił:

- Muszę się tam dostać.

Nie mówił tego do dziewczyny, chciał raczej wyznaczyć sobie jasny i prosty cel. Sam nie znał do końca przyczyn, dlaczego musiał powiedzieć to na głos. W każdym razie poczuł się dzięki temu lepiej, a w jego ciele ponownie wezbrała siła do dalszej drogi.

- Świetnie – dziewczyna złapała go za ramię, po czym go nakierowała. – Jedyne drzwi, które mogą ci pomóc, są tam. Idziemy?

- Nie zmieniłaś zdania?

- Raczej się w nim upewniłam. Poganiałeś mnie, a teraz ty się wleczesz. No, jazda!

Udali się do drzwi pod platformą. Józef wcześniej się im nie przyjrzał, ale teraz odkrył, że nie były drewniane jak większość – te wykonano ze złota. To na pewno nie farba, bo takowa dawno by zeszła. Drzwi składały się z prawdziwego szlachetnego kruszcu.

Po drugiej stronie znajdowała się kuchnia, w której kiedyś przygotowywano dania dla licznych szych i znanych osobistości. Dziś walały się tutaj tylko zbite naczynia, przypalone patelnie, dziurawe baniaki, rondle i inne kuchenne utensylia, przeważnie niezdatne do użytku. Całość była znacznie większa od tej, którą Józef widział w labiryncie pod kanałami. Tylko że tutaj nie było światła. Dobitnie przekonali się o wadach ciemności, gdy przed Patrycją nagle wyłoniła się góra talerzy. Oczywiście kobieta je zbiła, wywołując w całym pomieszczeniu duży hałas. Tak ją to przestraszyło, że aż zwaliła się z nóg. Przez ułamek chwili spodziewała się, że natrafiła na smolistego potwora. Albo gorzej – na samego kapitana.

Józef pomógł jej wstać i ruszyli dalej. Tym razem obyło się bez większych wpadek, ale stłuczone talerze, które coś deptało i nie było to żadne z nich, napędzało stracha – jakby znajdowali się w leżu drapieżników. Udało się przejść całe pomieszczenie do wyjścia bez niechcianych spotkań.

Mieli lekki problem z otworzeniem drzwi. Józef rozwiązał go za pomocą mocnego pchnięcia. Jak się okazało – przejście zatarasował bardzo gruby czarny stwór. Nie był martwy, żył i miał się dobrze, ale jego budowa sprawiała, że raz przewrócony nie mógł już się podnieść. Machał małymi rączkami na każdą stronę, próbując za coś złapać. Mężczyzna go kopnął, żeby ten nie sprawiał problemów, i zostawił samemu sobie.

Po drugiej stronie przywitał ich kolejny upiorny korytarz. Tym razem na ścianach gdzieniegdzie ostały się białe płytki. Większość jednak leżała na ziemi, nieodwracalnie stłuczona. Szli przez niego około trzech minut, a następnie dotarli do przymocowanej do ściany drabiny. Latarka nie sięgała tak daleko, żeby pokazać, gdzie prowadzi, ale inne opcje stanowiły pokoje, w których walała się spleśniała żywność. Udali się w górę bez zbędnych wątpliwości. Józef cieszył się, że idzie na piętro – nie mógł się doczekać, aż znajdzie córkę.

Dotarli do niewielkiego pomieszczenia, z którego z łatwością wyszli na korytarz. Tam też odkryli, że piętro, na którym się znaleźli, stanowiło centrum gier i rozrywki na statku. Nie tylko dla dzieci – pokoje z placami zabaw stanowiły mniejszość. Najwięcej było miejsc, gdzie kwitł hazard. Tam zapewne masa ludzie przegrała mnóstwo pieniędzy. Niektórym może i udało się coś wygrać, ale nie ukrywajmy – był to odsetek mieszczący się w granicach matematycznego błędu. Ta część statku jawiła się jako całkowicie współczesna, ze wszystkimi dobrami technologii i obecną stylistyką. Większość maszyn stała w ciemności, zakurzona, obdarta z obrazków, gdzieniegdzie kompletnie zniszczona. Idąc dalej, odkryli nawet pomieszczenie niegdyś zakryte ciemnymi kurtynami. Obecnie te były podarte i odsłaniały zawartość, ale kiedyś miały zasłaniać tańczące przed resztą gości skąpo odziane panie.

Miejsce, które z reguły powinno świecić masami kolorów, sprawiać wrażenie szybkości i dobitnie ukazywać wyzysk ludzkich słabostek, zdawało się bezbarwne i ponure, a jedyną refleksję o życiu, jaką można było stąd wyciągnąć, było to, że dla niektórych dobiegło ono już końca.

W trakcie marszu Patrycja poprosiła o zwolnienie tępa. Kilka kroków dalej w ogóle się zatrzymała. Wyciągnęła z kieszeni niewielkie opakowanie leków, wyjęła jeden – pigułka była cała czerwona – i go połknęła. Prześwitująca zawartość opakowania dała do zrozumienia Józefowi, że jej zapas już się wyczerpuje. Nie wiedział, jak bardzo poważny to będzie dla niej problem. Postanowił więc zapytać.

- Czy to coś poważnego?

- Spodziewasz się, że za jakiś czas zacznę pluć krwią czy coś? – uśmiechnęła się. Józef wiedział, ze dziewczyna robi dobrą minę do złej gry. – To nic poważnego.

- Co ci właściwie jest? – dociekał.

- Nie wiem – przyznała bez ogródek. – Zaczęłam się dziwnie czuć tutaj. Może z dwa dni przed tym, jak cię poznałam. Trudno powiedzieć, czy to w ogóle coś normalnego, czy… no wiesz, „tutejszego”.

- Skąd masz leki?

- Co to, przesłuchanie? – miała dość pytań. – Dziewczyna na twoich oczach zasłabła, a ty musisz jeszcze ją męczyć? Jak ta twoja żona z tobą wytrzymuje…

- Nie chciałem cię urazić.

- Ale uraziłeś.

- Przepraszam, dobra? Naprawdę nie zamierzałem.

- Niech będzie.

Tym oto sposobem Patrycja wykaraskała się od składania wyjaśnień. Józef nie drążył więcej tematu, ale strasznie się nim ciekawił. Zastanawiał się, co takiego ona zażyła. Po krótkim czasie zainteresował się jeszcze bardziej, gdyż dziewczyna po zażyciu pigułki stała się jak nowonarodzona. Podejrzewał, że gdyby go nie było, to teraz urządziłaby sobie mały maraton.

Szli przez opustoszałe stoiska, mijając popsute maszyny. Tutaj również pałętały się pokraczne potwory. Było ich jeszcze więcej niż poprzednio. Przy każdym przywitaniu ich smolista skóra przypalała się w chwili zwrócenia na nich światła. Oczywiście zawsze odskakiwały. Co nie zmienia faktu, że krążyły wokół dwójki ludzi, wyczekując szansy na atak. Józef z Patrycją czuli się, jakby zamknięto ich w klatce, a następnie wsadzono do wody pełnej rekinów. Aby dodać sobie odwagi, mieli broń w pogotowiu.

Przy kolejnym mijanym pomieszczeniu, dziewczyna westchnęła, jakby zauważyła coś niepokojącego. Zatrzymała się i spojrzała na szyld.

- Chodźmy tam – krzyknęła, po czym zniknęła we wskazanym miejscu.

Józef oświetlił napis. Spodziewał się zobaczyć coś wzniosłego, patetycznego, co mogło przywołać Patrycji jakieś wspomnienia. Niestety się rozczarował. Postąpił pierwsze kroki i zaraz za nią wszedł do baru.

Wejście nie miało drzwi. Zapewne kiedyś stali tam ochroniarze, lecz obecnie można było przemieszczać się swobodnie. Na starcie przywitały go ciemne stoły. Z niektórych walały się porozrzucane serwetki, zbite szklanki czy kufle, a przy innych leżały przewrócone krzesła. Mimo tego miejsce wyglądało na w miarę czyste, co stanowiło nie lada zagwozdkę – ze wszystkich lokacji, w których powinno się spodziewać pobojowiska ta przeważnie znajdowała się na szczycie listy. A tu takie zaskoczenie…

Jednak nie. Józef, wchodząc w głąb sali, odkrył, że przy barze stoły zostały zmasakrowane. Pięć pod rząd wyglądało, jakby przeszło pomiędzy nimi tornado. Nie było nawet sensu się łudzić, że to nie sprawka kapitana.

- Co się tak guzdrasz? – zawołała dziewczyna, świecąc latarką spod barku. – Bo wypije sama!

Józef w końcu dotarł do niej i przysiadł tuż po drugiej stronie. Z jego perspektywy dziewczyna wyglądała teraz jak barmanka szukająca ostatniej butelki czegokolwiek, co się ostało.

- Myślałem, że naprawdę coś zobaczyłaś albo że coś się stało – wyznał jej. – Całe szczęście, że po prostu zachciało ci się napić… Masz coś w ogóle?

- Zaraz, zaraz! Tutaj musi coś być…

Po chwili wyłoniła się spod barku, oznajmiając radosną nowinę. W ręku dzierżyła butelkę wódki. Była do połowy pusta, ale dla Patrycji okazała się to nie lada gratka. Sięgnęła po dwa kieliszki i nalała, rozlewając odrobinę.

- Na zdrowie – powiedziała, unosząc kieliszek.

- Ja podziękuję – odrzekł Józef. – Od ostatniej kłótni z żoną piję tylko piwo. I to naprawdę rzadko.

- Pozwolisz damie pić samej?

- Chyba tak.

- No weź! Widzisz tu gdzieś swoją żonę? Ja jej nie powiem, możesz być tego pewien.

- Już dzisiaj piłem – bronił się, przypominając sobie wcześniejszy łyk kilka pięter niżej. – Nie powinienem więcej…

- Sam chlałeś? Tak to możesz, a ze mną niby nie?

Nie chciał tego ciągnąć – przewrócił oczami i na raz wypił wszystko. Dziewczyna zrobiła to samo i od razu stała się jeszcze bardziej zadowolona.

Józef zaczął podejrzewać, że chociaż częściowy skład jej leku stanowiły narkotyki. W przeciwnym razie nie wbiegłaby od tak do baru, na statku przepełnionym niebezpieczeństwami. Dodatkowym argumentem za było to, że wcześniejsze miejsca, gdzie można było się napić, przed zażyciem pigułki skrupulatnie zbywała. Coś może było na rzeczy. Chociaż… właściwie jej nie znał, skąd mógł wiedzieć co?

- Więc… – uśmiechnęła się do niego. – Następna kolejka?

Jego mina mówiła jasno, że nie był chętny.

- Wolno ci w ogóle pić po lekach? – zaciekawił się poniewczasie.

- Po tych tak. Dawaj! Na następną nóżkę, czy jakoś tak.

- Chodźmy stąd – nakazał. – Jak to się skończy, gwarantuję, że postawię ci tyle, ile zapragniesz. Zgoda?

- Będę cię trzymała za słowo. Dobra, nie będę robić sce…

Nagle spod lady wyłoniła się ogromna ręka. Chwyciła Patrycję i uniosła ją w górę. Dziewczyna zaczęła panicznie krzyczeć.

- Pomocy – wrzeszczała. – Pomocy!!!

Zaraz wyłoniła się reszta ciała potwora. Kapitan stanął przed Józefem w pełnej okazałości. Najprawdopodobniej zaszedł ich z racji tego, że było ciemno, a kiedy się zbliżył, skrył się pod stołami. Bestia okazała Józefowi swoje ogromne kły, a następnie odepchnęła go drugą ręką. Ten odleciał na jeden ze stołów, kompletnie niszcząc mebel. Radząc sobie z bólem pleców, powstał i dobył strzelby.  Jak się okazało, ta nie miała pocisków. Teraz to do niego dotarło – od starcia z prześladowcą Piotra nosił nieuzupełnioną broń! Już miał użyć jej kilka razy, a ona cały czas pozostawała pusta; kompletnie wyleciało mu z głowy. Był na siebie zły, lecz nie miał czasu na roztrząsanie tego. Szybko sięgnął do plecaka i napełnił ją dwoma. Powoli nabierał w tym wprawy. Wycelował. I wystrzelił.

Pocisk spotkał demona, kiedy ten kierował się w stronę wyjścia. Jego łapy latały we wszystkie strony, co dodatkowo denerwowało Patrycję – lękała się uderzenia spowodowanego nieprzewidywalnością ruchów porywacza. Robiło jej się też niedobrze, o czym bardzo głośno informowała Józefa. Kiedy kapitan oberwał, jego zdeformowane ciało zgięło się w pół, a trzymana dziewczyna zleciała na blat. Jęknęła przy tym, ale nie bawiła się w damulkę – szybko udała się za plecy Józefa i wycelowała w potwora ze swojego gnata.

Mężczyzna strzelił znowu. Tym razem trafił w pysk, który wykonał obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni. Wyglądało, jakby kręgosłup demona nie wytrzymał, lecz on pomimo ran w dolnej szczęce wyglądał na całkowicie zdrowego. Szybko rzucił się na Józefa, zanim ten zdążył wyjąć naboje. Od rozszarpania pisarza powstrzymała go Patrycja, która wystrzeliła na oślep. Nie wiedziała, gdzie trafiła, ale jej się to udało. Stwór odsunął się na dwa kroki, dając im szansę do oddalenia się. A oni z niej skorzystali. Przez następne dwie minuty, które zdawały się trwać wieczność, bawili się z potworem, uciekając od stolika do stolika. Kapitan niszczył te, przy których przechodził. Szybko całe otoczenie zamieniło się w pobojowisko.

Kiedy Józef zdążył pomyśleć, że jednak tutaj zginął, poczuł wiatr na swojej twarzy. Odwrócił się i spostrzegł okno. Z miejsca przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Liczył tylko, że dobrze ocenił gabaryty zarówno demona jak i „wyjścia”.

- Daj mi pistolet – rozkazał Patrycji. – Masz mój plecak i naładuj strzelbę. Tyle ile się da, rozumiesz?

Dziewczyna usłuchała i bez słowa skargi wzięła się do roboty. Okazała się być dobrze zaznajomiona i z tą odmianą broni.

Józef przy pomocy małego gnata zaczął strzelać w potwora; chciał go zająć i odciągnąć od Patrycji. I udało mu się to. Kapitan zignorował dziewczynę i zaczął bronić się przed pociskami. Józef strzelał cały czas, niestety amunicja szybko się skończyła.

- Maczeta – zawołał Józef do i tak już zajętej Patrycji.

Dziewczyna odłożyła strzelbę i sięgnęła po pożądaną przez mężczyznę broń.

- Rzuć!

 Tak też zrobiła. Maczeta poleciała na fragment krzesła. Józef szybko jej dobył i wrócił do starcia z potworem. Raczej unikał obrażeń, niż je zadawał, trzymał się na wystarczającą odległość i kiedy dostrzegał okazję, ciął bestię po łapach. Grał na czas, więc chyba sprawował się świetnie. Niestety taka nieprzewidywalność ruchów stwora sprawiła, że otrzymał kilka zadrapań. Te obrażenia przypominały raczej rany odniesione podczas nauki jazdy na rowerze – Józef z ich winy nie rozpaczał. Najbardziej ucierpiała jego kurtka – zarobiła kilka niewyleczalnych blizn.

Z chaosu potyczki wyrwały go zbawcze wręcz słowa kobiety:

- Gotowe!

Józef podbiegł do niej, chwytając broń. Demon również się tam udał – i to był jego błąd; zbliżył się do okna. Ułatwił pisarzowi wprowadzenie jego planu w życie. Mężczyzna zaczął strzelać w potwora, a ten z każdym strzałem podchodził do otworu. W stosunkowo szybkim czasie znalazł się przy samej krawędzi.

Następny pocisk poleciał w brzuch bestii, zarazem zrywając ją z nóg. Kapitan poniewczasie odkrył, że dał się podejść. Głośno ryknął i spróbował sobie pomóc, wbijając pazury w ścianę. Wszystko stało się jednak za szybko, żeby mógł chwycić się wystarczająco mocno. Wyleciał sekundę po tym.

W jednej chwili wszystko ucichło. Odgłosy walki, dźwięk stąpania po połamanym drewnie, szczęki maczety, wrzaski potwora, jęki mężczyzny – wszystko. Zapanowała cisza, którą burzył jedynie mocny wiatr.

Pozostała w barze dwójka stała w milczeniu, jedynie głośno dysząc. Patrycja spoglądała na Józefa z podziwem i skrytym pożądaniem w oczach. Ten również przez chwilę przypatrywał się jej, jednak beznamiętnie i bez jakiejkolwiek empatii – jego spojrzenie wydawało się puste i nieobecne. Spojrzał w magazynek, odkrywając, że wpakował całość w demona. W następnej chwili zbliżył się do okna. Rozejrzał się i miał pewność – kapitan opuścił statek.

 

*

 

- Musiałeś czuć się jak prawdziwy bohater – odrzekł jego rozmówca, kiedy zapisał ostatnie zdanie. – To przecież nie byle co. Zabiłeś potwora i uratowałeś młodą dziewczynę. Prawie jak w bajce.

- Tyle że – naprostował Józef – dziewczyna nie była księżniczką, a mi daleko do rycerza.

- Ale ci to nie przeszkadzało – nie zapytał, a stwierdził.

- Skąd niby ten wniosek?

- To było słychać, kiedy o tym mówiłeś. Czułem dumę w twoim głosie.

-Niech ci będzie – musiał przyznać Józef. – Może odrobinę… Ale i tak nie mogłem spocząć na laurach. Ten stwór z zabandażowaną głową ciągle miał moją…

- No tak – przerwał mu. – Wróćmy jeszcze do tej dziewczyny, jak jej było… Patrycja, tak?

- Tak. Ale nazwiska mi nie podała.

- Powiedz, pociągała cię fizycznie?

Józef przez pewien czas milczał.

- Mówiłeś, że znasz moją żonę – stwierdził w końcu. – To jakiś test od niej? Nigdy nie chciałem jej zdradzić i tego nie zrobiłem. Możesz jej to powiedzieć, jeśli…

- Nie rozmawiałem z nią od dłuższego czasu. Po prostu pytam. Z ciekawości.

Pisarz przyglądał się twarzy swojego rozmówcy, wypatrując na niej czegokolwiek, co świadczyłoby o ty, że ten kłamał. Nawet jeśli to robił, był zbyt dobrze zaprawiony w tej dziedzinie – jego twarz w ogóle niczym się nie zdradziła.

- Nie była w moim typie – wyznał Józef. – Już od liceum nie podobały mi się takie kobiety. Sprawiała wrażenie wszystkiego, czego nie mogłem w swoich partnerkach znieść. Od zarozumiałości poczynając. Jestem pewny, że po czasie okazałoby się, że za nic miałaby moje starania i tylko by mnie ganiła, nieważne, co bym zrobił. Spotykanie się z takim typem kobiet zawsze prowadziło do problemów.

- Nie o charakter pytałem. Czy była atrakcyjna jako kobieta? Podobało ci się jej ciało?

- Kurwa, dlaczego ty zadajesz takie chore pytania?!

- A dlaczego unikasz na nie odpowiedzi?

- Powiedziałem! – Józef podniósł głos. – Nie myślałem o niej w ten sposób. Nie wiedziałem, co się stało z moją żoną, a ty się pytasz, czy rozważałem zdradę? Wiesz, jak to brzmi?!

- Nie, oświeć mnie – odpowiedział jego rozmówca, siląc się na arogancję.

Józef chciał znowu mu wygarnąć, powiedzieć wszystko, co o nim myśli, obrazić i zwyzywać… ale potem się uspokoił, wziął głęboki wdech i przemyślał swoje zachowanie.

Ostatni okres był dla niego ciężki, nie ma co ukrywać. Ale prawda jest taka, że tylko ten człowiek przed nim starał się pomóc rozwikłać jego problem. Każdy inny dawno by już to zostawił i więcej nawet nie wspomniał o kimś takim jak Józef Kruk. Tak, winien mu szacunek, nie należało w tej sytuacji się unosić.

- Patrycja mi się nie podobała – odpowiedział, odpuszczając cały swój wcześniejszy wywód. – Nie żebym uważał ją za brzydką; wspomniałem, że było odwrotnie, ale… Jakoś szczególnie mnie nie oczarowała. W tłumie nie zwróciłbym nawet na nią uwagi.  Po prostu nie mój gust; zawsze oglądałem się za blondynkami. Zadowolony?

Jego rozmówca tylko lekko się uśmiechnął i zaraz znowu wrócił do swoich zapisków.

 

*

 

- To było… – wzdychała Patrycja. – To było… niesamowite.

- I cholernie niebezpieczne – dodał Józef. – Dobrze, że żyjemy.

- Bez niego łatwiej będzie znaleźć ruchome wyjście – cieszyła się. – Naprawdę spadłeś mi z nieba! Czekaj, to trzeba opić, może się coś jeszcze ostało.

- Daruj sobie. To miejsce jest w ruinie. – ostudził jej zapędy, ciągle wpatrując się w ciemność. – Swoją drogą skąd tak dobrze znasz się na broniach? Też nauczyłaś się tu, na „przyśpieszonym kursie”?

- Mój ojciec jest myśliwym – wyjaśniła. – I zarazem wielkim pasjonatem. Prócz tych legalnych zwiózł kilka gnatów zza wschodniej granicy. Miałby problemy, gdyby ktoś się dowiedział, ale nie mógł się powstrzymać. Ta jego pasja mimowolnie przeszła na mnie. Jak byłam mniejsza, strzelałam do puszek.

- Ale się złożyło – spojrzał na nią. – Muszę po tym wszystkim pogratulować twojemu ojcu praktycznego hobby.

- Nie składaj tylu obietnic, bo wylecą ci z głowy. Zapamiętaj tylko, że musisz ze mną gdzieś wyjść.

-  Co?

- Mówiłeś, że zabierzesz mnie na…

- A no tak, pamiętam – machnął ręką. – Dobra, chodźmy.

Po przejściu dwóch kroków zatrzymał się jednak.

- Tym razem nie zapomnę – rzekł, zdejmując plecak. – Trzeba naładować strzelbę… Cholera, zostało jedno opakowanie… z trzema nabojami!

Zaklął, po czym w ciszy zrobił, co powiedział. Dziewczyna posłusznie milczała, jedynie przyglądając się mu. Mężczyźnie wydawała się jakaś dziwna, odmieniona. Przypominała nieco niesforne dziecko, które po otrzymaniu porządnego klapsa zrobiło się wielce pocieszne i grzeczne. Ciekawił się, co kryło się za zmianą dziewczyny…

Tłumacząc jego oczywistą niewiedzę, można powiedzieć, że myślał o czymś innym, niż maślane oczy kobiety zmierzające ku niemu.

Zaimponował jej już na początku, ale to uczucie ewoluowało wraz z kolejnymi jego czynami, aby przerodzić się w pożądanie. To było ulotne i nietrwałe uczucie, to pewniak – jednak dziewczyna nie mogła się od niego uwolnić.

- Zrobione – oznajmił Józef, dając tym samym znak do wymarszu.

Założył plecak i ruszyli. Mężczyznę dziwiło to, że po drodze nie natknęli się na ogromnego potwora, który porwał jego córkę. Tak duży stwór powinien mieć sporo problemów z ukryciem się… a jednak. Wokół dostrzegalne były tylko smoliste humanoidy, a ogromny porywacz jakby zapadł się pod ziemię. Józef już powoli nie wytrzymywał – chciał odzyskać dziecko. Ponadto nie wiedział, gdzie jest jego żona. Co to coś jej zrobiło? Do głowy przychodziło mu mnóstwo różnych myśli; żadna nie napawała optymizmem.

Postawili w tym potwornym miejscu jeszcze kilka kroków, aż w końcu przez głowę Józefa przeszedł dobrze mu znany głos.

- Słyszysz to? – zapytał.

- Co? – Patrycja nie miała pojęcia, o czym mówił. – Masz na myśli potwory?

- Nie – odpowiedział nieco bardziej agresywnie, niż chciał. – To śmiech. Na pewno, tak zawsze śmiała się Ania. Wszędzie rozpoznam jej głos. Ona jest gdzieś niedaleko…

- Nic nie słycha… Gdzie biegniesz? Czekaj!

Jednak Józef nie myślał rozsądnie; zostawił Patrycję za sobą i jak najszybciej udał się za źródłem dźwięku, który tylko jemu było dane słyszeć. Przeszył część korytarza, kierując się częstotliwością śmiechu. Ta z kolei wskazywała na pomieszczenia. Roztrzęsiony ojciec szybko znalazł właściwe; kopniakiem otworzył drzwi i dostał się do jednego z mniejszych pokoi na piętrze, zwykłej, zdemolowanej przebieralni. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniało jej nic, lecz potem dostrzegł niezbyt mocne czerwone światło, wyciekające z szafy. A wraz z nim śmiech dziecka. Mężczyzna otworzył z pełną siłą drzwi. W środku zastał oddzielne miejsce o bliżej nieokreślonej wielkości. Miał pewność – trafił na przejście między wymiarami. Nie widział w nim prawie niczego. Źródłem światła była wielka latarnia, która rozświetlała najbliższą okolicę – jedyną widoczną przestrzeń. Ukazywała fragment chodnika i… czekające przy ulicy dziecko. Anię. Ubraną jak podczas ostatniego spotkania, w granatową sukienkę. Stała w milczeniu, z zaszytymi ustami, lecz mimo to jej śmiech rozbrzmiewał głośno.

Józef, nie tyle co nie przeczuwając pułapki, ale raczej zbywając jej istnienie na boczny plan, udał się do córki. Przejście przez portal było płynne. W jednej chwili znajdował się w jednym z setek pokoi monstrualnego statku, a w kolejnej był już na jakiejś ulicy. Z miejsca przywitał go mocny wiatr. Dokuczał mu on tym bardziej, że jego kurtka od ostatniego starcia zyskała kilka „korytarzy”, którymi zimno mogło przemieszczać się swobodnie. Choć wcześniej latarnia zdawała się być blisko, to teraz się oddaliła. Józef miał do przejścia sporą część drogi. Latarka oświetlała mu najbliższą okolicę. Nie przejmował się tym, że szedł po ulicy, a nie po chodniku – mrok nie wskazywał na duży ruch.

Biegł do dziecka, z każdą chwilą przyspieszając. Niestety droga, którą pokonał, nie zbliżała go do celu. Wręcz odwrotnie – latarnia zdawała się maleć, a jej światło gasnąć.

- Aniu – krzyknął. – Chodź do mnie!

Dziewczynka stała niewzruszenie, a jej śmiech rozbrzmiewał w oddali. Zdawało się, że usiłuje powiedzieć coś ojcu, jednak czerwona nić skutecznie to utrudniała. Wszystko wskazywało na to, że dziecko z każdą próbą przemówienia odczuwało ból. Jej ojca dodatkowo trwożył ten widok.

- Nie wysilaj się – powiedział w galopie, głośno dysząc. – Jeśli to cię boli, nie próbuj! Pomogę ci!

Ania pokiwała przecząco głową. Józef nie wiedział, czy dziewczynka nie chce ratunku, czy nie wierzy, że jest on możliwy. Nie zdziwiłby się, gdyby potwór wmówił jej, że prawdziwa jest ta druga opcja. On jednak musiał przekonać ją, że jest inaczej.

Nagle latarnia się zatrzymała, jakby w końcu przystanęła, przestała uciekać. Zbliżała się i rosła z każdym krokiem Józefa, a jej światło nasilało się. W kilka chwil jakaś siła pozwoliła mężczyźnie, aby ten zjednał się z córką. W momencie zbliżenia się do niej śmiech ustał, ale on nie zwracał na to zbyt dużej uwagi. Kiedy po tym całym koszmarze mógł ją zobaczyć, popłakał się ze szczęścia. Uścisnął ją, niedowierzając, że w końcu mu się udało. Myślał, że teraz już będzie dobrze.

Dziewczynka nie podzielała jednak entuzjazmu ojca. Wyrwała się z jego objęć i ku własnemu cierpieniu zaczęła wydobywać z siebie dźwięki, które winny być słowami. Nić jednak zabraniała im wydostać się na wierzch. Józef postanowił coś z tym zrobić.

- Czekaj – powiedział, zdejmując plecak. – Rozetnę te szwy.

Dziewczynka zaczęła panicznie kiwać głową, nie pozwalając ojcu nawet dotknąć suwaka. W następnej chwili wskazała mu palcem za jego plecy. Ten momentalnie się odwrócił. Latarnia oświetliła zabandażowaną głowę potwora, czerwona plama – zważywszy na światło – rozrosła się na połowę bieli. Prócz głowy dostrzegalny był także fragment tułowia oraz łapy. Łapy nastające na Józefa.

I wtedy wszystko do niego dotarło. Jego córka nie mogła nawet mówić, a co dopiero wydobywać z siebie śmiechu. Ależ on był głupi! Zaślepiła go miłość. Od samego początku pozwalał stworowi wprowadzić się w pułapkę. Józef to przeczuwał, ale i tak dał się podejść jak dziecko.

Czas zdawał się mu zwalniać, jakby sama Śmierć dawała mu czas na przemyślenie własnego życia. Ten jednak tylko przyglądał się sytuacji, w której się znalazł. Duże łapy bestii zbliżały się nieubłaganie. W następnej chwili poczuł pchnięcie na klatce piersiowej. Sekundę później wyleciał na ulicę.

Kiedy zdążył powstać, niespodziewanie dostrzegł dwa światła, znacznie mocniejsze od jego latarki i od latarni. Samochód pojawił się znikąd i pędził na niego z pełną siłą. Józef nie miał nawet czasu na wykonanie ruchu ręką, zatem na ucieczkę nie było najmniejszej szansy. Wiedział, że zaraz umrze. Po jego policzku pociekła ostatnia łza, zamknął oczy i…

Poczuł, że coś z pełnym impetem w niego wleciało. Lecz nie był to zimny metal. Wtulała się w niego miękka skóra. Jej ciepło zdało mu się niezwykle przyjemne, zwłaszcza, porównując do poprzedniej możliwości. W następnej sekundzie przestał czuć zimno. Zrozumiał, że coś go odepchnęło, ratując go ze śmiertelnych objęć samochodu. Ciągle ściskając go, wybawiciel poleciał z nim gdzieś, gdzie nie ma mrozu. Józef bał się przez chwilę zobaczyć, co się stało. Lecz nie mógł dłużej tak trwać – otworzył oczy. Jak się okazało – znowu tkwił w jednym z pomieszczeń upiornego statku. A na nim leżała Patrycja. Ściskała go tak mocno, jakby miała go udusić.

- Rozum ci odjęło? – karciła go. – Aż tak bardzo chcesz umrzeć?

Józef ściągnął ją z siebie, spojrzał ze zdziwieniem, aby w następnej sekundzie całkowicie ją zignorować i rzucić się ponownie w głąb szafy. Niestety teraz znajdowały się w niej jedynie podarte ubrania i pajęczyny. Przejście zniknęło. A wraz z nim Ania.

- Ona tam była – przekonywał się mężczyzna, myśląc, że zaczyna tracić zmysły. – Przytuliłem ją. Przez chwilę myślałem, że to… Nieważne…

- Jeszcze nie koniec – dziewczyna położyła dłoń na jego ramieniu. Musiał przyznać, że jej dotyk podniósł go na duchu. – Tamta maszkara zwodzi cię sztuczkami, odwracając uwagę od tego, co najważniejsze.

- Czyli?

- Od początku idziesz za nią, robisz z siebie jej marionetkę. Zanim się spotkaliśmy też tak było, prawda?

Józef powoli pokiwał głową.

- No właśnie – kontynuowała kobieta. – Ona się tobą bawi. Nie chcę dać ci spokoju, więc nie musisz sam jej się podkładać. Zrób jej na przekór. Spraw, żeby to ona cię ścigała, ale na twoich zasadach. A tutaj ich nie ustalisz. Najpierw musimy stąd uciec.

- Jak? Wiesz może, gdzie teraz pojawi się ta cholerna głowa? A może mamy iść na pokład?

- Czemu nie? – zawyrokowała po chwili dziewczyna, nie wiedząc do końca, dlaczego to mówi. – Kapitana już nie ma, a kto wie, może na górze przywiązano łodzie ratunkowe. Jeśli z ich pomocą zeskoczymy, może uda nam się…

- To tak nie działa. Rozbijemy się, a nasze ciała będą smażyć się na piaskach pustyni.

- Czyli musimy się wrócić i szukać na dole. Nic prostszego, potwory nie powinny sprawiać nam większych problemów. Nie marudź, chodźmy… Swoją drogą – co to się stało, od naszego pierwszego spotkania minęło raptem kilkadziesiąt minut, a my już zdążyliśmy zamienić się rolami.

- Kto by pomyślał – musiał jej przyznać.

I ruszyli w stronę dolnego pokładu. Szli dość szybko, lecz korytarz wydawał im się dłużyć. Józef, przeglądając wcześniej mijane pomieszczenia, za drugim przemarszem spotkał wiele nowych przybytków, zupełnie jakby ich ilość wzrosła, a korytarz dłużył się w nieskończoność… ale to mogło być tylko wrażenie spowodowane tym, że mężczyzna nie zapamiętał idealnie wszystkich pokoi. Na to też liczył, choć po prawdzie – tutaj niczego nie mógł być pewnym.

Szli w milczeniu, w ogóle nie rozmawiając. Cisza była tak gęsta, że zdawała się ciążyć. Co jakiś czas nastawały na nią dźwięki potworów, lecz te szybko znikały w ogromie statku. Myśleli, że taki „spokój” już się utrzyma. Niestety coś postanowiło go ukrócić. W pewnej chwili z nicości wydobył się tajemniczy głos. Wił on się echem po całości korytarza i przechodził do jego najgłębszych zakamarków.

- Józef! – znikąd wydobywał się dźwięk. – Józef, dlaczego mi to robisz? Czy zrobiłam coś nie tak? Przestań, zachowujesz się jak ostatni bydlak!

Głos po raz pierwszy nie należał do córki mężczyzny, lecz do jego żony. Magda mówiła z największą czułością i smutkiem w głosie. Jakby chciała przekonać go do zmiany zachowania i za coś skarcić. Józef nie miał w ogóle pojęcia, o co mogło chodzić, ale przypominał sobie kilka poważnych kłótni, które właśnie w takim tonie się odbywały. Nie było ich dużo, ale wystarczająco, żeby zapamiętał rozgoryczenie w słowach żony do końca życia.

- Słyszysz to? – zapytał Patrycji, nie wiedząc, czy zaczyna mu odbijać.

- A co ona ma do tego? – oburzył się głos żony. – To sprawa naszej rodziny. Ona nie jest jej częścią!

- Głośno i wyraźnie – zapewniła dziewczyna. – Staraj się nie zwracać na to uwagi. Pamiętaj, to nie twoja żona. To potwór, który przed chwilą usiłował cię zabić.

- Jak śmiesz, szmato – głos Magdy nabierał wściekłości. – Niszczysz moje małżeństwo!

Józef zagryzł szczękę i spojrzał na Patrycję.

- To nie ona – zapewniła go. – To tylko…

- Czy było nam tak źle – mówiła Magda. – Powiedz? Czego mi brakowało? W czym ona jest ode mnie lepsza?

- Tylko tania sztuczka, Józefie, tylko tania sztuczka – uspokajała go Patrycja.

- Już nie wystarczy to, co ostatnio robiłeś? – kontynuował głos. – Mogłam znieść to, że nie wracasz po nocach. Ostatnio wiele się działo, byłeś przybity, rozumiem. Chciałeś to wszystko odreagować. Udawałam nawet, że nie widzę poukrywanych butelek. Odwracałam wzrok, kiedy krzyczałeś na Anię, sama grzecznie przyjmowałam to, co jaśniepan miał do powiedzenia.

Józef przez cały czas wydobywania się głosu żony, nie mógł wyzbyć się uczucia, że zachowuje się jak ostatni łajdak. Czymkolwiek były te sztuczki, wywoływały w nim najgorsze emocje. Przedstawiały mu nierzeczywiste sytuacje, zmieniając go w zupełnie innego człowieka, potwora – można wręcz powiedzieć.

- Ale nie mogę więcej na to patrzeć – zarzekało się monstrum poprzez słowa Magdy. – Kiedy uderzyłeś naszą córkę, nie miałam więcej zamiaru…

Z każdym słowem wypowiedzianym przez jego żonę coraz mniej radził sobie z emocjami. Oskarżano go o rzeczy, których ten nigdy nie zrobił, a nawet o nich nigdy nie pomyślał. W końcu nie mógł ich słuchać, nie wytrzymał tych oszczerstw i wybuchnął.

- Dosyć tych kłamstw, kobieto!

Nie wiedział, dlaczego zwrócił się do potwora w ten sposób. Może z racji samego tonu, może chodziło o postać, w którą stwór się wcielał – nieważne. Liczyło się tylko to, że po jego rozkazie krzyki kobiety ustały… by w następnej sekundzie powrócić z potrojoną siłą. Tym jednak razem głos Magdy nie wypowiadał konkretnych słów – po prostu wrzeszczał wniebogłosy. I było to na tyle uciążliwe, że aż przerwało marsz. Józef i Patrycja zatrzymali się, chowając przed hałasem uszy. Nic to nie dawało, stwór był zbyt donośny, żeby od tak go zignorować.

W następnej chwili z ciemnego korytarza wybiegła agresywna ciemność. Okazał się nią potwór, przez którego wszystko się zaczęło. Agresywnie wbiegł na ludzi, zwalając ich z nóg. Chwycił oszołomionych i zaczął gdzieś ciągnąć. Patrycja w czasie tej akcji upuściła latarkę, lecz ta Józefa ostała się na miejscu, więc widzieli, że przemieszczają się bardzo szybkim tempem po korytarzu – mijane pomieszczenia dosłownie im migały. Stwór z jakiegoś powodu ciągnął ich na kolejne piętro, w stronę przeciwną do ich kierunku. W szybkim czasie znalazł się na wzniesieniu, kilka sekund potem otworzył duże drzwi, przypominające wręcz wrota. Za ich drugą stroną przerażonym porwanym ukazały się deski pokładu.

Pora dnia wróciła do swojego pierwotnego stanu. Ciągle panowała noc, ale dało się wypatrzeć pojedyncze fragmenty statku. Bez latarki widok przypominał ten u osób posiadających kurzą ślepotę. Co nie zmieni faktu, że był znacznie lepszy od tego, co spotkało Józefa podczas przemieszczania się po zgliszczach miasta; jakby za kilka godzin miał rozpocząć się dzień.

Sam pokład był niezwykle długi i miał wiele masztów. Po połowie powierzchni leżały rozmieszczone kamienie, niektóre wbite i przedziurawiające pokład, inne małe i nieszkodliwe dla drewna. Wszędzie walał się kurz, nie tylko z zawalonych apartamentowców. Mniej więcej na środku deski się zaniżały, robiąc niewielki uszczerbek, do którego ze wszystkich stron umieszczono schody. Zapewne znalazł on się tam tylko i wyłącznie dlatego, żeby na jego końcu umieścić pokój kapitański oraz żeby ster znajdował się na podwyższeniu. Była to zapewne wina kiepskiej widoczności, ale koniec tego miejsca zdawał się niknąć w oddali. Gdzieniegdzie na krańcach pokładu rozmieszczono barierki, ale ich budowa była bardzo nieregularna, zupełnie jakby ktoś pozwolił na zachowanie bezpieczeństwa w jednej części, a kompletnie zignorował tę sprawę w drugiej. Chociaż powód mógł być znacznie inny, prostszy i przyziemniejszy. Mianowicie: kapitan sam, podczas swojego codziennego przemarszu, pozbył się ochron, przypadkowo niszcząc je nieposkromionymi łapami.

Bestia z czerwoną plamą w miejscu twarzy wyrzuciła porwaną wcześniej dwójkę na pokład, a sama w następnej chwili wróciła za drzwi, zamykając je z pełnym impetem.

Józef od razu powstał i chciał otworzyć wrota, lecz było to niemożliwe – stwór albo je zatrzasnął, albo stał w tej chwili za nimi, trzymając od środka. Mężczyzna chciał zakląć z pełną siłą swojego głosu, lecz tym razem wyprzedziła go dziewczyna. Również podeszła pod wejście i zaczęła mocno je tłuc.

- Otwieraj to – rozkazywała. – Już, bo cię… Bo jak nie…

Nie miała przygotowanej groźby na taką ewentualność, a nie chciała rzucać słów na wiatr, więc powstrzymała się. Zmarszczyła czoło i zaczęła przyglądać się Józefowi, szukając w nim słowa wsparcia, zdawała się wracać do stanu z początku ich znajomości.

- Co teraz? – zapytała ze łzami majaczącymi w oczach. – Nie będziemy mogli stąd wyjść, tutaj jest tylko… Cholera, nic tu nie ma! Nawet tych pierdolonych łodzi ratunkowych! – Spojrzała po kieszeniach, upewniając się, że ciągle miała swój scyzoryk i pistolet w kaburze. Chociaż te się jej ostały.

- Niekoniecznie – odrzekł po chwili Józef.

- Jak to? – niedowierzała Patrycja. – Widzisz coś?

- Spójrz – wskazał na zaniżenie. – Tam powinien znajdować się pokój kapitański. Nie wiem, na jakich zasadach zbudowano ten statek, ale pokład przypomina taki rodem z filmów o piratach. Daję głowę, że pod sterem znajduje się kajuta kapitańska. Może będzie tam coś ciekawego?

- O ile nie znajduje się tam kolejne tajemnicze przejście, dla odmiany prowadzące w jakieś normalne miejsce, to wątpię, żeby…

- Idziemy – przerwał jej. – Lepsze to niż nic.

- Ale… Nieważne. Prowadź. Teraz mamy tylko jedną latarkę, więc i tak nie mam nic do gadania. Mogę trzymać się tuż za tobą?

- Tylko jeśli coś na nas wyskoczy, to ty nie skacz na mnie.

Doszli do zaniżenia, a następnie wkroczyli na schody. Na dolnej części pokład był równy, choć czym bliżej steru się zbliżali, tym więcej pamiątek po kapitanie można było dostrzec. Zadrapania i rysy na deskach wydawały się najliczniejsze na całym statku właśnie w tym miejscu; potwór najczęściej musiał przebywać tutaj. Na podłodze znajdowały się nawet dziury, które powstały, kiedy drewno nie wytrzymało za dużej ilości uderzeń. Wszystkie razem z Patrycją zgrabnie ominęli.

Szybko zaczął majaczyć im ster, a pod nim umieszczono niewielkie wejście. Nie posiadało ono drzwi, a drewno otaczające ciemny otwór było kompletnie zmasakrowane; ślady po pazurach ostały się wszędzie. Wchodząc tam, mieli wrażenie, że udają się do siedliska niedźwiedzia lub innego agresywnego zwierzęcia.

I mniej więcej zawartość takiego miejsca tam znaleźli. Na starcie przywitał ich dywan w strzępach, a zaraz po nim to, co ostało się z biurka. Pierze z poduszek i kołdry rozrzucono po całym pomieszczeniu, na resztkach łóżka walały się kawałki pościeli. Choć „łóżko” nie było najlepszym określeniem, jakiego powinno się użyć. Znacznie trafniejsze było określenie „legowisko”. Stwór musiał sypiać w tym miejscu, co do tego nie było wątpliwości, same ściany noszą blizny po jego nieprzyjemnych pobudkach. Na podłodze walało się mnóstwo rzeczy, przeważnie niezdatnych do użytku. Mowa o różnych papierach, zbitych szklankach, kawałkach ciuchów, mebli…

W rogu pomieszczenia, tuż za legowiskiem znajdowało się ciało marynarza, zapewne będące jedzeniem zostawionym na później. Stan zwłok tylko potwierdzał tę teorię; żeglarza pozbawiono połowy wnętrzności, dłoni oraz fragmentu uda. Grymas na twarzy świadczył o tym, że ucztę rozpoczęto za jego życia.

- Tak jak przewidywałam – powiedziała dziewczyna. – Niczego przydatnego tu nie ma.

Józef chciał przyznać jej rację, ale się wstrzymał. Zaczął przeglądać otoczenie, mając nadzieję, że znajdzie chociaż jeden pocisk, coś do jedzenia, czy cokolwiek przydatnego. Niestety na nic takiego się nie natknął. Po chwili poszukiwań odkrył, że jedna z szuflad, zapewne rozłączona od biurka, skrywa dziennik. Pierwsze strony były wyrwane, ale dalsza część się ostała. Choć powinny znajdować się dokładne daty, kapitan zapisywał tylko dni. Liczby opisywały początek podróży, ale stan kartek świadczył, o tym, że statek płynie od bardzo długiego czasu. Nie zainteresował się pierwszymi ocalałymi stronami, przeszedł od razu do ostatnich. Nie wiedzieć czemu zaczął czytać je na głos:

 

Dzień 15, wtorek

Nie wiem, co się ze mną dzieję. Powoli przestaję się poznawać. Pokłóciłem się dzisiaj z moim podwładnym, chociaż wiedziałem, że to on ma rację. Nie mam pojęcia dlaczego, po prostu chciałem to zrobić. Powoli się zmieniam, to wszystko przez to… chcę z tym skończyć, ale tak jakoś… dni mi się bez tego dłużą. Nie trzeba dużo, odrobina sprawia, że staję się szczęśliwszy. To tylko chwilowe trudności. Jestem pewny, że będzie dobrze.

Dzień 16, środa

Muszę z tym skończyć. Już w ogóle nie mogę dogadać się z załogą. Gdyby to był statek piracki, wiem, że nie pobyłbym już długo kapitanem. Połowa tych cholernych tchórzy oznajmiła mi, że wysiada w najbliższym porcie, bo nie wytrzyma ze mną ani dnia dłużej. Zapewniałem ich, że moje zachowanie się poprawi, ale to było na nic, podjęli już decyzję… Muszę z tym skończyć… ale jak, do cholery, mam bez tego to przetrwać?

Dzień 17, czwartek

Zbliżamy się do celu podróży. Cholera, nie wiem co zrobić. Oni mnie zostawią. Miałem przestać, ale nie potrafię, coraz częściej z tego korzystam i staję się szczęśliwszy… i jednocześnie coraz bardziej nieobliczalny. Dzisiaj prawie pobiłem jednego z pasażerów. Gdyby nie mój załogant najprawdopodobniej wyrzuciłbym go za burtę. Już mam dosyć! Oni tylko mnie obwiniają, krzyczą i obrażają, nawet nie kryjąc się z tym po kątach. Czuję się na tym pokładzie jak kot zmuszony przebywać z psami. Nie mogę nic z tym zrobić, chociaż próbuję… A TO jest moim jedynym wyjściem…

Dzień 18, piątek

Zrobiłem to, zrobiłem! Nie zatrzymałem się w porcie, tylko płynąłem dalej. Nie mogę pozwolić, żeby oni mnie opuścili. Nie chcę zostać sam. Są na mnie źli, wszyscy, także pasażerowie. Nie powinienem się dziwić. Nie muszą mi wybaczać.  Jestem tak szczęśliwy, że…

 

Następne kartki zostały wyrwane, a ostatnie zachowane wpisy nie były potraktowane z taką pieczołowitością, jak poprzednie. Nawet charakter pisma uległ zmianie; był bardziej nijaki i chaotyczny, jakby praworęczny kapitan starał się pisać lewą ręką.

 

Oni się buntują… Chcą uciekać… Coś się we mnie zmieniło – tak mi mówią.  A ja nie widzę różnicy… Chciałbym się dla nich poprawić, ale… Kłamię, nie potrzebuję tego. To oni bredzą, że mam się zmienić, ale mi podoba się tak jak jest. Oni i tak muszą ze mną zostać, zadbałem o wszystko… Nie będę niczego zmieniał… nie będę się dla nikogo zmieniał…

 

Ostatnie słowa zostały zapisane niemalże nieczytelnie, ale z pojedynczych liter Józef wyłapał sens zdania.

 

POMOCY… NIE MOGĘ PRZESTAĆ… NIE CHCĘ TAKI BYĆ… POMOCY… POMO…

 

- Co się z nim właściwie stało? – zadała pytanie dziewczyna, wcześniej słuchająca z uwagą słów mężczyzny. – Nie napisał, nie?

- Na pewno nie było to nic dobrego – wyrzekł oczywistość Józef. – Trudno… nie znaleźliśmy tu nic przydatnego. Wracajmy.

 Wyszli z legowiska potwora. Na starcie wystraszyło ich raptowne roztworzenie się poprzednio zamkniętych drzwi, jakby stwór wcześniej je trzymający znudził się i puścił. Z ciemnych wrót wyłoniły się jeszcze ciemniejsze potwory, poskręcane i zniekształcone. Było ich przynajmniej z dziesięć. Zaczęły biec jak szalone, przepychając się między sobą. Przez pewien czas fala, którą utworzyli, zmierzała ku Józefowi i Patrycji. Mężczyzna tak się tym faktem przejął, że dobył maczety. Nie była mu jednak potrzebna – stwory skręciły raptownie w bok, biegnąc prosto w przepaść. Ani się Józef obejrzał, wszystkie wyskoczyły z pokładu.

Taki był ich cel od samego początku. Dostali się na statek i uparcie pięli się po kolejnych piętrach, zważając na niebezpiecznego kapitana i inne trudności, tylko po to, żeby… żeby… popełnić samobójstwo. Pędzili ku własnej zgubie, co tu dużo mówić. Tylko czy oni robili to celowo, świadome ze swojej decyzji, czy też kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, gdzie prowadzi ich podróż?

Nie znał na to odpowiedzi, ale z jakiegoś powodu los tych poczwar wydał mu się pokrewny. Chociaż… nie do końca o to chodziło, nie miał z nimi nic wspólnego; w grę wchodziło raczej współczucie, nic więcej. To ono ponownie dawało o sobie znać, zupełnie jak w przypadku kobiety zarażonej przez demona. W tym wypadku również nic nie mógł na to poradzić.

Kiedy tłum potworów spotkał już swoje przeznaczenie, oni pobiegli w stronę drzwi. Kompletnie zmieniły się ich nastroje, na twarzach pojawiły się uśmiechy. Teraz pozostaje tylko zejść na dolny pokład i wyczekiwać pojawiającej się główki. Wydawało im się, że jakoś znajdą wyjście z tego statku, byli pozytywniej myśli…

Ich humory popsuł jednak niespodziewany, wyłaniający się z nicości za pokładem, głośny ryk. Strach momentalnie nimi owładnął, sparaliżował ruchy. Ten dźwięk był im dobrze znany. Józef zwrócił latarkę w stronę źródła hałasu, a wtedy ich oczom ukazała się poskręcana ręka, z której wychodziła kość. Wbiła swoje pazury w deski pokładu i powoli wciągała resztę ciała.

Nie potrzebowali widzieć więcej, ruszyli w stronę wrót.

Kapitan w jakiś sposób przeżył upadek, czy też raczej złapał się za kościstą ścianę i zaczął się po niej wspinać. Miał nieziemskie szczęście… które jednocześnie było wielkim pechem dla wszystkich innych żywych istot na statku.

Józef i Patrycja nie chcieli ponownie spotkać tego osobnika, planowali udać się na najniższe piętro i przeszukiwać je do czasu, aż nie znajdą wyjścia. Wszystko wskazywało na to, że uda im się ziścić ich zamierzenia… Coś jednak nie poszło po ich myśli. Choć kapitan zdawał się piąć powoli, zrobił to szybciej, niż można by przypuszczać. Kiedy myśleli, że uda im się zniknąć w zakamarkach statku, ten niespodziewanie złapał Patrycję za kostkę i jednym, silnym ciosem cisnął ją w nicość. Dziewczyna przy tym głośno krzyczała, ale jej głos szybko zaniknął w dole. Jedyną rzeczą, która się po niej ostała, był scyzoryk, który wyleciał z jej kieszeni na deski pokładu.

Pojawiła się w życiu Józefa tak szybko i nagle, i w takim też stylu z niego zniknęła.

Mężczyzna był wściekły; zdążył ją polubić. Niestety kobieta skończyła podobnie jak jego przyjaciel. Nie z własnej woli, ale jaka to była dla niego różnica? Odeszła i już więcej jej nie spotka. To bolało go najbardziej.

Stwór i Józef spojrzeli na siebie. Kapitan wystawiał własne kły, chcąc za wszelką cenę okazać je mężczyźnie. Planował go wystraszyć, lecz nie dopiął swego. Wściekłość pisarza sprawiła, że nie docierało do niego żadne inne uczycie. Dostrzegł jednak, że bestia z jakiegoś powodu nie ma władzy w drugiej ręce.

- Czy wszyscy, których tutaj spotkam, będą musieli umrzeć?! – wykrzyczał mu w pysk.

 W następnej chwili ścisnął maczetę i zaczął atakować potwora. Ten obronił każdy cios, zyskując jedynie niewielkie obrażenia na ręce, a następnie przeszedł do kontrataku. A był on raptowny i niespodziewany jak jego ruchy. Zamiast usiłować wymierzyć potężne i kończące ciosy, złapał jedyną sprawną dłonią za pierś Józefa i mocno ścisnął na niej swoje pazury. Te z kolei przebiły bluzkę i weszły w ciało. Z pięciu miejsc na klacie mężczyzny uleciała krew, co Józef oznajmił głośnym wrzaskiem.

Ból stał się jeszcze większy, kiedy bestia uniosła go w górę. Ten wyczyn jak zwycięstwo oznajmiła głośnym rykiem. W następnej chwili z otworów na jej ciele wyciekła szarobrązowa ciecz, która oblała Józefa. Substancja nie zabiła go, jak czarnego stwora z wcześniej, lecz wywołała w jego organizmie dziwne zmiany. Mężczyzna zaczął czuć się strasznie nieswojo, nie dość, że płyn potwornie cuchnął, to jeszcze sprawiał, że zaczęło kręcić mu się w głowie. Ruchy dłońmi zdawały mu się ciążyć, o nogach nie wspominając. Upuścił maczetę; palce odmówiły mu posłuszeństwa. Obraz się rozmywał. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością, przestawał rozumieć, co się dzieje.

Kiedy udało mu się otrząsnąć, zdał sobie sprawę, że potwór ciągle unosi go nad ziemią. W następnej chwili zrozumiał, że zmierza ku krańcowi pokładu.

Mimo potwornego cierpienia i oblania substancją, Józef zdobył się na próbę oswobodzenia. Wiedział, że nie da rady sięgnąć do plecaka po nóż, więc pozostawała mu walka wręcz. Zaczął uderzać dłońmi w każdą część ciała potwora, na którą akurat trafił. Uderzał przeważnie w głowę, ale zdarzyło się kilkukrotnie także w rękę. Te ataki były jednak słabe i nie wywołały na potworze żadnej reakcji, pewnie nawet tego nie poczuł.

Paniczne próby ratunku nic nie pomagały. Kapitan szybko doszedł do krańca statku, a następnie mocno się zamachnął i cisnął ledwie kontaktującym Józefem w przepaść. Mężczyzna wyleciał z pokładu, nawet nie mogąc zdobyć się na krzyk.

 

*

 

- Jak to? – zdziwił się jego rozmówca. – Zginąłeś?

- Spadłem – naprostował Józef. – Na tę chwilę nie mogę powiedzieć nic więcej.

- W takim razie czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg – odrzekł, choć emocje na jego twarzy na to nie wskazywały; wręcz wydawał się znudzony, jakby oglądał któryś raz z rzędu ten sam film. Pisarz poczuł się tym lekceważącym grymasem lekko dotknięty, lecz nie wyrzekł ani słowa skargi. – Mniejsza, że ta twoja historia przestaje powoli mieć sens…

- Wątpię, czy od początku go miała.

- Zdziwisz się, ale jedynym w niej zgrzytem jest dzisiejsze zakończenie.

- Doprawdy? Pokaż mi, co tam nabazgrałeś. Wtedy może coś się objaśni.

- Już ci tłumaczyłem, dlaczego tego nie zrobię. Powiedz mi lepiej, co czułeś, kiedy straciłeś towarzyszkę.

Józef przewrócił oczami, nie chcąc zbytnio kontynuować tematu dziewczyny.

- Złość – odpowiedział jednak.

- Coś więcej?

- Nie było niczego więcej. Powoli zaczynałem ją lubić, ale… To już nieważne. Zostawiła mnie, tak samo jak Piotr… Nie tak samo, ale… Cholera, wiesz, o czym mówię! Znowu zostałem w tamtym piekle sam. I byłem tym faktem załamany.

- Poczułeś stratę – uznał jego rozmówca. – Tak samo jak w przypadku swojego przyjaciela. Go znałeś przez lata, ją tylko przez chwilę… Jesteś pewny, że nie kłamałeś ostatnim razem?

- Tak, kurwa, jestem pewny – powiedział ostrzej, niż zamierzał. – Możemy zostawić ten temat?

- Ja nic nie mówię. – Wraz z tymi słowami uniósł dłonie w geście poddania i przyjaźnie się uśmiechnął.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Szuwar · dnia 10.04.2018 21:44 · Czytań: 62 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Greg Malecha
21/04/2018 07:20
introwerko, nie musisz się wstydzić, ja też się nie wstydzę… »
AntoniGrycuk
20/04/2018 23:33
Ciężko mi się wypowiedzieć, bo to w końcu dla dzieci i… »
introwerka
20/04/2018 23:18
Może i widać, w pewnej takiej naiwności/postulatywności… »
Zola111
20/04/2018 22:30
Pięknie jest: Krótko, refleksyjnie, metaforycznie. I bardzo… »
Zola111
20/04/2018 22:25
Juvenilia Introwerki! Brawo, Poetko. Wrażliwość, niezależnie… »
Kazjuno
20/04/2018 22:11
Mam w Łodzi kuzynkę - jest wykładowcą na tamtejszej ASP i… »
Greg Malecha
20/04/2018 22:08
widać w tym wierszu wiek autorki, dobrze że dodałaś ile… »
Darcon
20/04/2018 20:18
Jako poetycki laik, nie znam się, ale się wypowiem. :)»
introwerka
20/04/2018 19:52
ja tu widzę wyraz skromności poety, ale po takich… »
faith
20/04/2018 19:52
Kazjuno, masz oczywiście rację, że przesłanie wiersza jest… »
introwerka
20/04/2018 19:39
Wiolinie, dziękuję serdecznie za zaglądnięcie i ciepłe… »
Bernierdh
20/04/2018 19:39
Pięknie dziękuję :) »
alos
20/04/2018 16:39
A mi się ten wiersz skojarzył z Che Guevarą i… »
Dobra Cobra
20/04/2018 16:36
W poszukiwaniu rozpoznawalnego stylu pomocne jest ciągłe… »
alos
20/04/2018 16:35
Dzięki bardzo. Generalnie rezygnuję już raczej ze stawiania… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 18/04/2018 00:24
  • jak tam ramy nowego Zaśrodkowania? Podobają się?
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:24
  • Mój nick to introwerka ;)
  • Szysza
  • 17/04/2018 11:21
  • introwertka, dziękuję bardzo.
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:08
  • Szyszo, wchodzisz w panel "Moje artykuły" pod napisem "Witaj [Twój nick]" po prawej stronie, tam przy każdym artykule masz opcje " Edytuj / Usuń".
  • Szysza
  • 17/04/2018 10:40
  • kochani jak usuwa się zamieszczony tekst?
  • Zola111
  • 16/04/2018 23:33
  • jskslg - nie! Pojedyncze frazy, zazwyczaj pointę, jednak całych własnych wierszy - nie. Innych autorów - owszem, i to wiele.
  • jskslg
  • 16/04/2018 22:32
  • pamiętacie na pamięć wasze teksty?
  • ajw
  • 16/04/2018 14:03
  • Rzeczywiście, brzmi prawie jak Jaromir :)
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:Baccoucheaq2n
Wspierają nas