Ciemna energia - AntoniGrycuk
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Ciemna energia
A A A
Od autora: To moje pierwsze opowiadanie sf. Moja domeną jest tematyka psychologiczna, więc nie zdziwię się, jeśli to mi nie wyszło za bardzo.

Zaczęło się to we wrześniu dwa tysiące dziewiętnastego roku. Na początku Adam Borkowski nie był pewien, ale po kilku tygodniach dowody go przekonały. Wszystko, co się wydarzało, zdawało się przemawiać za tym. Może to zaczęło się dużo wcześniej, ale było niezauważalne? W końcu mało prawdopodobne, aby pokryło się czasowo z jego odkryciem. Tak czy inaczej, stało się początkiem. Początkiem końca.

 

Z moich dotychczasowych obliczeń wynika, że wszyscy przede mną się mylili. O ile wyniki badań są poprawne, to zawartość ciemnej energii we wszechświecie, a przynajmniej w obrębie Układu Słonecznego jest o wiele mniejsza. To dziwne, bo jeszcze kilka lat temu liczyłem to samo i wychodziło mi zupełnie co innego. Jakie mogą być przyczyny tych niedokładności? Złe obliczenia? Mało prawdopodobne, bo sprawdzałem już kilkakrotnie. Więc co? Zmiany tejże zawartości? Czym to mogłoby być spowodowane? „Ulatnianiem się” ciemnej energii wraz z rozszerzaniem kosmosu? W końcu Układ Słoneczny pozostaje praktycznie niezmienny, jeśli chodzi o wielkość, a wszechświat się rozszerza, więc być może jest tak, że wraz z ekspansją kosmosu maleje stężenie ciemnej energii. Ale czy to w ogóle możliwe? Jak dotąd nikomu nie udało się ustalić, czym w ogóle ona jest. Niby z obliczeń wiemy, iż jest jej wielokrotnie więcej, niż energii mierzalnej, ale na dobrą sprawę jest równie zagadkowa co ciemna materia. Jej istnienia również jeszcze nie udało się potwierdzić empirycznie, tylko matematycznie. Może ciemna energia przemienia się w coś innego, czego też nie możemy zmierzyć? Albo anihilowała? Chyba że rządzi się własnymi prawami. A jeśli tak, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć niczego. Ani tego, czy tempo jej „znikania” zwolni, przyspieszy, czy może przestanie „znikać”. A co to mogłoby oznaczać dla nas? Chyba niewiele. Ale nie znając ani jej struktury, ani natury, błądzimy po omacku. A co jeśli się okaże, że bez niej nie istniałaby materia, jaką znamy? Może to jakaś, dotychczas niemierzalna jej część? W końcu tak wiele pytań dotyczących materii zostaje bez odpowiedzi. Albo taka była do niedawna. Przykładem jest choćby bozon Higgsa. Już w połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku postulowano, że musi istnieć. Pierwsza jego obserwacja nastąpiła dopiero w dwudziestym pierwszym wieku, a potwierdzono, że to faktycznie on zaledwie kilka lat temu. Tak, jak w przypadku ciemnej energii – obliczono, że ta istnieje, a na jej zaobserwowanie musimy czekać. Tyle tylko, że w przypadku bozonu Higgsa to prostsza sprawa, gdyż było wiadomo, iż odpowiada za masę materii. A o ciemnej energii nie wiemy praktycznie nic.

W każdym razie odkładam to do jutra, skonsultuje się z profesorem Sztyckim, może on zauważy coś więcej w moich obliczeniach.

Borkowski, 3 września 2019.

 

Następnego dnia Borkowski wchodził po schodach na pierwsze piętro, gdzie miał swój gabinet profesor Sztycki. Nagle usłyszał za plecami huk pękającego szkła. Zupełnie jakby ktoś zrzucił z dużej wysokości szybę. Natychmiast odwrócił głowę i zobaczył jeszcze przemieszczające się odłamki po podłodze. Szyba frontowa się stłukła. Kilka metrów od niej stała młoda dziewczyna, złapała się za ramię, po chwili skuliła i z daleka widać było, że zacisnęła z bólu powieki. Zawrócił, szybkim krokiem do niej zszedł i z bliska dostrzegł wbity w ramię kawałek szkła. Nie wiele myśląc, ściągnął krawat i założył jej powyżej rany, silnie zaciskając. Następnie dwoma palcami chwycił odłamek i wyciągnął. Dziewczyna pisnęła i dopiero teraz spojrzała mu w oczy. Takiego wyrazu twarzy nie widział już dawno – było to połączenie strachu, wstrętu i bólu.

Nic ci nie jest? – spytał po wszystkim.

Nie wiem, co się stało... – sylabizowała. – To nie moja wina, ja nic nie zrobiłam.

Wiem, że to nie ty. A co widziałaś? Ktoś czymś rzucił?

Czekałam tutaj na mojego promotora, zobaczyłam, że szyba zaczyna się trząść i po chwili wybuchła – podniosła nieco głos.

Sama? – zdziwił się.

Czy to trzęsienie ziemi?

Nie, nic się nie dzieje. Mówisz, że pękła tak bez niczego? – dorównał jej wysokim tonem.

Przysięgam, to nie ja, ona sama wystrzeliła. – Dziewczyna zakryła dłońmi twarz i słychać było, jak zaczyna płakać.

Nikt nie mówi, że to ty, ale może czegoś nie zauważyłaś?

Nie wiem – bełkotała, łkając.

Dopiero teraz dotarło do niego, że trzeba zadzwonić na pogotowie, bo, jak zauważył, byli w holu sami. Wyciągnął telefon, połączył się z numerem alarmowym i poprosił o jak najszybszy przyjazd. Ale stojąc obok niej, miał okazję się jej przyjrzeć. I dostrzegł, że to ta sama dziewczyna, na którą zwrócił uwagę kilkanaście dni temu w autobusie. I co chyba ważniejsze, ona też nie pozostawała obojętna. Ale wtedy był tłok, nie mógł za bardzo podejść, a poza tym za chwilę wysiadał. Ale teraz? Miał ją uwiązaną. I to dosłownie. Krawatem. Czego więcej trzeba było do zacieśnienia znajomości?

Pogotowie już jedzie. Nie martw się, będzie dobrze – stwierdził z lekkim uśmiechem.

Bardzo dziękuję. Co ja bym bez pana zrobiła...

A może jak wyjdziesz ze szpitala, umówimy się na kawę? Wiem, że w tej sytuacji to dość odważna propozycja, ale pomyślałem, że skoro krwotok zatamowany i mamy trochę czasu... – zawiesił głos i nie spuszczał jej z oczu.

Ona podniosła głowę, spojrzała nieśmiało mu w twarz, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale milczała.

Będziesz mogła mi oddać krawat, bo to prezent od mamy i nie chcę się z nim rozstawać na zawsze – ciągnął.

Ale cały we krwi – stwierdziła po tym, jak zerknęła na ramię.

To upierz go najpierw dobrze. – Jeszcze szerzej się uśmiechnął.

Dziewczyna w końcu się zgodziła, wymienili się numerami telefonów i kilka minut później podjechała karetka. On chwilę postał w miejscu, wokół zebrało się sporo ludzi i patrzyli na jego nieco zakrwawioną prawą dłoń. W końcu ruszył po schodach na górę. Po tym, jak obmył się w toalecie, poszedł do profesora Sztyckiego. Pewnie ten już uznał, że go nie będzie, bo spóźniony był prawie pół godziny. Otworzył drzwi, a tamten siedział nad jakimiś papierami.

Dzień dobry, panie profesorze, przepraszam za spóźnienie, ale na dole był wypadek i musiałem pomóc.

Cześć, Adam, nic się nie stało, mam co robić. – Profesor pokazał wzrokiem stosy kartek przed sobą. – A czemu chciałeś mnie widzieć?

Ja w sprawie obliczeń ilości ciemnej energii. Nie wiem, czy.... – Adam chciał kontynuować, ale tamten to przerwał:

Ten temat jest mi prawie zupełnie obcy. Ale pokaż, co tam masz.

Borkowski wyciągnął z torby zawieszonej na ramieniu plik kartek i ruchem dość powolnym położył przed profesorem. Ten drugi obejrzał to wnikliwie, pokiwał głową i skwitował:

Nie wiem za bardzo, o co chodzi, więc streść mi.

No więc, z moich obliczeń wynika, że ciemnej energii jest coraz mniej. A w zasadzie jej zagęszczenie jest mniejsze...

I co z tego może wynikać? – przerwał Sztycki.

To, że tak naprawdę nie wiemy, co może to za sobą pociągnąć, skoro nawet nie zdajemy sobie sprawy, czym ona jest.

To prawda, nic o niej nie wiemy. A może to wytwór matematyków i fizyków teoretycznych?

Ale ona odpowiada za przyspieszanie rozszerzania się wszechświata – jęknął Adam.

A jak się mylą?

Coś musi powodować to przyspieszanie – Borkowski podniósł nieznacznie głos.

Jednak ja ci w tym nie pomogę. Dla mnie to ty jesteś ekspertem, bo zawsze się tym interesowałeś.

A jest ktoś, kto może mi pomóc?

Chyba nie. – Profesor niedbale pokręcił głową.

Kilka minut później Borkowski wyszedł od profesora ze zwieszoną głową. Jego obliczenia stanęły w miejscu. Co więcej, chyba będzie zmuszony włożyć je do szuflady i czekać na lepsze czasy. Tyle było dobrego z tego dnia, że wziął od Joli (bo tak miała na imię okaleczona dziewczyna) numer telefonu. Poszedł do swojego gabinetu i zajął się tematem własnej pracy doktorskiej.

 

Za kilka dni umówił się z Jolą w kawiarni. Jak zdążył się zorientować, był od niej o sześć lat starszy. Ale nawet gdyby miała więcej wiosen, jemu by to nie przeszkadzało. Była ucieleśnieniem jego upodobań. Szczegółem wyróżniającym ją z tłumu, była twarz wyglądająca na posągową – dostojna, z wyrazem i pełna powagi. Nigdy nie spieszyło mu się do zawarcia związku, a tym bardziej do żeniaczki, bo niemal całkowicie pochłaniały go studia fizyki, ale w tym wypadku poczuł to coś i gdzieś w głębi wiedział, że to właściwa dziewczyna. Nawet idąc do kawiarni, zastanowił się, czy przypadkiem uroda nie przesłoniła mu analitycznego umysłu, ale machnął ręką, uśmiechnął się do siebie w duchu i rzekł cicho: przecież łania nie może być smoczycą. Spędził tam z nią niemal dwie godziny, a potem odwiózł taksówką do domu i umówił się za kilka dni.

Temat ciemnej energii odsunął na drugi plan, bo miał do napisania pracę doktorską w ciągu najbliższych czterech miesięcy. Czasami tylko kładąc się do łóżka, zastanawiał się, o co w tych obliczeniach chodzi. Któregoś dnia, siedząc w kuchni przy stole, przypomniał sobie swoją pracę magisterską na temat zarządzania energią elektryczną w sieciach przesyłowych. W sumie powinien się tym zajmować ktoś, kto kończy wydział elektryczny, ale on podszedł do tematu jeszcze głębiej i dokonał skomplikowanych wyliczeń ilości energii traconej przez zmiany temperatury. Pamięta rozmowę z jednym z doktorów starających się o habilitację; był to mężczyzna w wieku niespełna czterdziestu lat, więc dość młody jak na ten tytuł. Rozmowa dotyczyła energetycznych linii przesyłowych i facet stwierdził, że uziemienie powinno być „brane” z elektrowni. Adam uśmiechnął się w duchu i rzekł: a ja widziałem linie przesyłowe i z reguły są tam cztery przewody: trzy odizolowane odpowiedzialne za fazy i jeden elektrycznie połączony ze słupami, a tym samym z ziemią. (W domyśle było, że żadnego uziemienia z elektrowni nie ma.) Doktor spochmurniał, bo dotarło do niego, jaką głupotę palnął. I wtedy Borkowski pomyślał, że sam tytuł jeszcze o niczym nie świadczy. Można go mieć w jakiejś dziedzinie, a w innych być przysłowiową „nogą”. I teraz, po rozmowie z profesorem Sztyckim jego przekonanie się umacniało. Tyle że Sztycki nie starał się udawać mądrzejszego, niż był w rzeczywistości. I chyba dlatego był dla Adama niemal mentorem. Ale nie wiedział nic na temat ciemnej energii, nie był w stanie pomóc. Więc Adam sam musiał do wszystkiego dojść. Lecz jak to zrobić, skoro najtęższe umysły nie zauważały tego, co on. Czyżby w heurystyczny sposób wpadł na ten trop? Może jest tak, iż wszyscy uznali, że nie da się nic więcej na ten temat zrozumieć? A on sam tego nie wiedział. W końcu Einstein powiedział: wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajdzie się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi.

Kilka dni później oglądał wieczorem wiadomości i jedna informacja przykuła jego uwagę. Jakiś dom w Szczytnie się zawalił. Całe szczęście ofiar nie było. Od razu przyszła mu do głowy eksplodująca szyba na uczelni. „Czy te dwa zdarzenia mogą mieć ze sobą jakiś związek?” – pomyślał przez chwilę. Dwa dni później zajrzał do internetu i doczytał się, że specjaliści nie są w stanie znaleźć przyczyn tego zawalenia.

 

W niespełna miesiąc po pierwszej randce Jola przyszła do niego na noc. I wtedy powiedział jej, że jeśli chce, to może u niego pomieszkać kilka dni. Ona jednak wyszła rano razem z nim, wróciła do siebie, a ponownie przyjechała na noc dwa dni później. I kolejnego ranka została aż do dnia następnego. Oboje byli młodzi, ona miała dwadzieścia cztery lata, on trzydzieści, więc nadal buzowały w nich młodzieńcze uczucia. Któregoś dnia, jadąc na uczelnię po upojnej nocy, pomyślał, że przed Jolą nie był z żadną kobietą przez prawie pięć lat. Nawet jego przyjaciel wielokrotnie się tym martwił. Ale on, pochłonięty karierą, nie myślał na ten temat. Lecz teraz, gdy poczuł to coś, nie wyobrażał sobie życia w pojedynkę. Nie to, że mógłby przez to zaniedbywać studia. Co to, to nie. Raczej było to tak, że Jola i uczelnia nawzajem się uzupełniały.

Kilkanaście dni później usłyszał o kolejnym dziwnym wypadku. W nowym mieszkalnym bloku gdzieś na pomorzu zaczęły się pojawiać nietypowe pęknięcia. I znów inspektorzy budowlani nie mogli się dopatrzyć przyczyn. Ponownie sięgnął do internetu, ale i tym razem nie znalazł tam wyjaśnienia.

W ciągu następnych dni wracał do domu coraz bardziej przemęczony. Było to o tyle dziwne, że uczucie do Joli powinno go uskrzydlać. Szczególnie zwracał uwagę na zmęczenie nóg i lekki ból kręgosłupa. W sumie zawsze na niego narzekał, ale teraz jakby bardziej. Czyżby wiek robił swoje? A może zaczynał chorować i jeszcze o tym nie wiedział?

Po miesiącu od pierwszej wspólnej nocy Jola się wprowadziła na jakiś czas, dbała o dom, robiła mu jedzenie, a nawet zaciekawiła się, czy może jakoś pomóc z pracą doktorską. Któregoś razu przyszła do domu i spytała:

Czy uważasz, że jestem szczupła?

Tak, nawet mogłabyś przytyć kilka kilo – odrzekł z szerokim uśmiechem.

Bo dzisiaj postanowiłam się zważyć i wyszło, że jestem grubsza o całe pięć kilogramów, a tego ani nie widzę, ani nie czuję.

Może waga była popsuta?

Chyba tak, bo ponownie się zważyłam na innej i wszystko w porządku. Ale wiesz, takie rzeczy niepokoją kobietę.

Nie przejmuj się, to na pewno waga.

Bo ta, co pokazała więcej to taka nowoczesna, elektroniczna. – Pokiwała głową.

A ta druga? – Poruszył się.

Stara, jeszcze z odważnikami.

Nie przejmuj się, ja bym raczej stawiał, że jeśli któraś może wskazywać źle to ta pierwsza. – Zmarszczył brwi.

Jutro idę na wizytę do ginekologa, może tam będą mieli wagę? – zapytała retorycznie.

Dla mnie możesz przytyć. – Podszedł, przytulił ją i ucałował w usta.

Następnego dnia okazało się, że waga u lekarza też wskazuje normalnie i ponownie była ona klasyczna z odważnikami. Aż kupił do domu elektroniczną. Ale na niej było więcej. Po tej informacji zaczął się zastanawiać, jak to się dzieje, że te z odważnikami pokazują mniej. Jaka jest różnica w wykonywaniu pomiaru? Ta starodawna porównuje ciężary, a elektroniczna mierzy nacisk. I zaczął o tym myśleć. A co jeśli ma to związek z jego obliczeniami sprzed dwóch miesięcy? Jeśli faktycznie ilość ciemnej energii maleje, a jest ona odpowiedzialna za „rozpychanie” materii, czego skutkiem jest przyspieszanie rozszerzania się wszechświata, to przyciąganie grawitacyjne bierze górę i przedmioty są coraz cięższe. Bo ciemna energia, „rozpychając” materię, zmniejszała jej prawdziwą masę. Więc waga odważnikowa nie wykazałaby różnicy, bo po obu stronach szali są ciężary. Natomiast tam, gdzie mierzony jest nacisk, czyli w wadze elektronicznej, będzie widoczna różnica. Ale aż taka? Całe pięć kilogramów przy masie pięćdziesięciu? To znaczy, że jeśli ciemnej energii nadal będzie ubywać... Jednak machnął na to ręką i uznał, że jego wnioski są zbyt dalekosiężne. Po raz kolejny obliczenia sprzed dwóch miesięcy poszły w odstawkę. W sumie miał ochotę o tym z kimś pogadać, szczególnie z Jolą albo ze Sztyckim, ale doszedł do wniosku, że jeśli jest coś na rzeczy, nie warto tym nikogo martwić.

Dwa tygodnie później Jola wprowadziła się na stałe. Dość szybko, bo przecież znali się niespełna trzy miesiące. Ich domowa waga wskazywała już, że oboje są ciężsi o prawie dwadzieścia procent. Śmiejąc się przy tym, tłumaczył, że takie gówno teraz sprzedają, lecz doskonale wiedział, co to oznacza. Oboje wracali z pracy coraz bardziej zmęczeni, z bolącymi nogami i kręgosłupami. Któregoś dnia, gdy Jola połączyła logicznie zmiany w wadze i te dolegliwości, on stwierdził, że pewnie to wpływ pory roku, bo przecież jest grudzień. W końcu schował wagę tak, aby jej nie używała i codziennie powtarzał, że jest piękna, szczupła i mogłaby dorzucić kilka kilo. Ale w połowie tego miesiąca w wiadomościach pojawiły się pierwsze doniesienia o „dziwnych” zachowaniach wag elektronicznych na całym świecie. Snuto przeróżne hipotezy – od takich, że to wpływ promieniowania kosmicznego, po takie, iż to koniec świata i zaraz Chrystus zstąpi z nieba. Po raz kolejny rozważał, czy podzielić się z kimś swoim odkryciem, ale tego zaniechał, bo wiedział, że i tak tego nie zatrzyma, a jeśli ludzie nie zdają sobie sprawy, co ich czeka, żyją spokojniej. Powoli godził się z tym, co nieuniknione. I wtedy pomyślał, że chyba z tego powodu zgodził się, aby Jola tak szybko się wprowadziła. W końcu zbliżał się...

Pod koniec grudnia światem wstrząsnęła przerażająca wiadomość – dwa budynki w różnych częściach kuli ziemskiej się zawaliły: Empire State w Nowym Jorku i Burdż Chalifa w Dubaju. Na początku trąbiono, że to atak Państwa Islamskiego. Dokładnie sprawdzono gruzowiska i nie stwierdzono ani śladów materiałów wybuchowych, ani nic, co by świadczyło o zamachu. Ktoś wysnuł hipotezę, że zburzyli je kosmici, używając jakichś niewidzialnych promieni lub innych fal. Panika wybuchła na całym świecie. Potem to samo stało się z kolejnymi drapaczami chmur. Waliły się jeden po drugim. Nawet w tych niższych pękały ściany. Ludzie masowo zaczęli uciekać z miast w mniej zaludnione okolice, na ulicach zapanował chaos, kradzieże, gwałty, morderstwa. W Stanach do miast wkroczyło wojsko i gwardia narodowa, ale nie udało im się zaprowadzić porządku. Podobnie było na całym świecie. W Polsce było inaczej. Nagle okazało się, że ogromna większość społeczeństwa jest bardzo wierząca i brakowało miejsca w kościołach. Wprowadzono więcej mszy, a kolejki do konfesjonałów ciągnęły się w nieskończoność. Ludzie na ulicach i w biurach biadolili o końcu świata albo że Bóg wreszcie zaczyna robić porządek. Papierz wygłosił orędzie, w którym prosił wiernych o spokój, opanowanie i niezłomną wiarę. Podobnie postąpiły głowy prawie wszystkich państw. Andrzej Duda mówił w telewizji przez prawie dwie godziny i było to transmitowane przez wszystkie stacje naraz. Nawet królowa angielska zabrała głos, co było rzadkością. Jedynie Abu Bakr al-Baghdadi, uważany za głowę Państwa Islamskiego, gniewnie ogłosił, że to, co się dzieje, to kara Allaha na niewiernych. I w rejonach, gdzie byli islamscy ekstremiści, zapanowała radość i święto.

Ale niestety nie trwało to długo. Kilka tygodni później największy meczet w Mekce, Al-Masdżid al-Haram również się zawalił. A razem z nim Bazylika św. Piotra w Watykanie. Zniszczeń było coraz więcej. Waliły się coraz to nowe budynki, zapadały tunele, kopalnie, pękały mosty. W ciągu następnych dni wiadomości podawały o pniach drzew łamiących się pod ciężarem konarów i zabijających ludzi, o ludziach, którzy lądowali w szpitalach z urazem kręgosłupa z niewiadomych przyczyn, wreszcie o pękających jezdniach, chodnikach i walących się skałach. Już wiedział, co się święci, ale nadal nikomu nic nie mówił. Zrezygnował z pracy na studiach, siedział w domu z Jolą i coraz bardziej cierpiał z powodu zmęczenia i bolącego kręgosłupa. Zniszczenia na świecie były coraz większe i destrukcja przyspieszała. Nie było ucieczki. Jak się domyślił, ciemna energia „wyparowywała” z coraz większą prędkością, a wraz z tym ciężar wszystkiego rósł. Już się pogodził...

I któregoś dnia, gdy Jola pojechała do rodziców, poczuł silne trzęsienie pod stopami. To trzęsienie ziemi! A przecież mieszkał w Polsce i tu normalnie nie mogło być mowy o takim! Zaczęły spadać z półek książki, z szafek kuchennych kubki, a dźwięk temu towarzyszący przypominał ryk dzikiej bestii. Rzuciło go na ścianę, zaczął odpadać tynk, a za oknem widział walący się budynek. I trzęsienie nie ustępowało. Było coraz silniejsze. A wraz z nim rozpadały się kolejne domy. Tylko jego blok jeszcze się trzymał. Padł na podłogę, zaczął się czołgać do wyjścia, gdy tuż za nim runął sufit. Wyczołgał się ostatkiem sił przed budynek i zobaczył jedno wielkie gruzowisko. Zabudowania praktycznie nie istniały, ulica była popękana, a drzewa powalone. Usłyszał za sobą kolejny huk. Użył resztki sił i odpełzł jak najdalej. Jego blok się zawalił. Nie istniało już nic. I nagle poczuł, że jego ciało jest rozszarpywane potężną siłą grawitacji. Ból był nie do zniesienia. Chciał się podnieść, ale nie był w stanie. Ważył kilkaset kilogramów. Kątem oka obserwował coś, co już w żadnej mierze nie przypominało świata. Poczuł, że chodnik pod nim się wgniata, a jego kości są miażdżone, jakby postawili na nim słonia. Z ucha znajdującego się na dole zaczęła płynąć krew, w głowie rósł coraz większy szum, a przed oczyma miał już prawie idealnie czarną plamę. I nagle wszystko zgasło... Nie było już świata, jaki znamy. Nie było nawet jego...

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 12.04.2018 18:04 · Czytań: 80 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
Miazga dnia 19.04.2018 11:48
Wreszcie przeczytałąm. Masz tu materiał na bestsellera. Tylko to wszystko rozplanowac, rozlożyc na sceny, więcej pokazywać w kadrze, mniej gadać o tym, co sie wydarza poza kadrem. I historia filmowa jak znalazł. Do tego wątek miłosny, a jakby tak koniec zmienić, że bohater uratuje świat, to chłopie! Spielberg z Wachowskimi będa sie bili o prawa do sfilmowania. Nie zanudzaj tylko czytelnika drobiazgowym opisem działania i własciwości czarnej materii. Wplec to w jakis dialog ze wspólpracownikiem na przykład. I niech bohater mu tłumaczy jak przysłowiowemu debilowi. Chyba dobrze żeby miał bohater tez taką grupę wsparcia w postaci naukowców... To może wypalić, serio mówię. Także nie poddawaj się i walcz z materią, może niekoniecznie ciemną, ale pisarską na pewno :-)
AntoniGrycuk dnia 19.04.2018 13:58
Hej, Miazgo,

Przemyślę to, choć musiałbym się nauczyć pisać nieco inaczej, niż umiem w tej chwili. A może na to czas?
Mówisz Spielberg i inni - chyba mnie przekonałaś :) Biorę się, ale na razie nie wyobrażam sobie, jak można by ocalić świat przed czymś takim. Ale od czego jest wyobraźnia i fantazja :)
Dzięki za czytanie i opinię.

Pozdrawiam
Miazga dnia 19.04.2018 14:44
Wierz mi, ze wszystko się da :-) Moze odkrycie jakiejś jasniejszej strony materii? :-) Detonacja i neutralizacja? Oczywiście w ostatnim momencie. Ogranicza nas tylko wyobraźnia :-) Uwierz w Adama Borkowskiego. To naukowiec i nie wierzę, ze siedział i spokojnie czekał na koniec świata, nie próbując nic zrobić. Chocby jakiś malutki eksperymencik, jakieś zebranko z kolegami i burza mózgów...
A co do pisania, to jedno nie wyklucza drugiego. Można wstawiac takie kawałki jak te o reakcjach ludzi w róznych częściach świata, tak różnych bo i kultury i światopoglądy różne, ale można to wrzucic w środek akcji, żeby podnieść temperature i podkręcić emocje.
Tak teraz pomyslałam, ze Borkowski powinien miec nawet jakieś alter ego, kogos, kto siedziałby obojętnie i czekał, ba, nawet przeszkadzał w pracy. Dobry byłby taki antagonista... A moze na koniec okazałby sie sprawca całego zagrożenia? Typowy czarny charakter.
Kurde, fantazja mnie poniosla, a to znak, ze tekst ma potencjał :-) Juz się zamykam.
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ajw
24/04/2018 23:04
Może zamiast "przychodzą", które jest w… »
ajw
24/04/2018 22:59
I ja oczy postawiłam w słup, bo zupełnie nie spodziewałam… »
Darcon
24/04/2018 22:42
Celna uwaga, Retro. :) Wprowadziłem małą zmianę. »
Gramofon
24/04/2018 21:34
Ja kompletnie tego by ona była silna w tekście nie… »
purpur
24/04/2018 21:24
Hmmm... A ja kompletnie nie zgadzam się z przedmówcami :p»
retro
24/04/2018 21:21
Decand, zmotywowałeś mnie. Uwzględnię Twoje sugestie.… »
retro
24/04/2018 21:13
Bardzo metafizyczny kawałek. Sielankowy. Czekamy na więcej… »
Decand
24/04/2018 21:13
Decnad twierdzi, że Darcon napisał wszystko co mógł odnośnie… »
retro
24/04/2018 21:07
Gramofon, to jest silna kobieta, a one nie targają się na… »
Gramofon
24/04/2018 21:05
Poprawne, płynne i takie tam, jako część większej całości… »
retro
24/04/2018 20:58
Decand, dziękuję. Na pewno skorzystam z Twoich uwag. Tylko… »
retro
24/04/2018 20:54
Ciekawie poprowadzony utwór. Chyba powinieneś wrzucić… »
Decand
24/04/2018 20:52
Zakończenie perfidnie zabiło ten twór literacki. Trochę jak… »
retro
24/04/2018 20:45
Czytałam jakiś czas temu. Zakręcony artystycznie kawałek. :)»
retro
24/04/2018 20:42
Bardzo ciekawie poprowadziłeś tekst, który jest spokojny,… »
ShoutBox
  • Decand
  • 24/04/2018 22:39
  • Solucja wydaje się bardzo prosta - nie bądź poetą, nie czytaj poezji z Internetu, nie miej raka.
  • jskslg
  • 24/04/2018 22:21
  • Ja wole sprawdzać te z góry, bo zazwyczaj są po prostu przyjemniejsze do czytania i nie dostaje raka od jakichś Mickiewiczow wannabe
  • mike17
  • 24/04/2018 21:27
  • Właśnie dlatego, że jest na górnej to ciągnie do komentowania. W dół raczej mnie nie ciągnie, acz jak wspomniałem dolna obfituje w dobre teksty. Jak widać nie ma reguł, półki raczą tym samym.
  • Decand
  • 24/04/2018 21:19
  • Ale upraszczanie tego tematu też nie ma sensu. Nie będzie nigdy skonkretyzowanej odpowiedzi na pytanie "Dlaczego?". Sprawa subiektywna, niestety. Ostatecznie trzeba brać się do roboty w komentowaniu.
  • Decand
  • 24/04/2018 21:18
  • Tendencja wydaje się prosta - skoro tekst jest na górnej półce to po co miałbym go komentować? Nas, z natury, ciągnie bardziej do rzeczy gorszych niż do lepszych. Podbicie ego i te sprawy.
  • mike17
  • 24/04/2018 21:16
  • To, dlaczego nie rozumiesz to już twoja sprawa, ale jest jak piszę. Zastanawia mnie fenomen dolnej półki. I czemu te utwory jakoś się bronią. Na górnej są "tuzy", których nikt nie nie czyta.
  • purpur
  • 24/04/2018 21:07
  • Nie do końca rozumiem dlaczego łączysz "półki" z ilością komentarzy? Nie za bardzo widzę związek...
  • mike17
  • 24/04/2018 19:09
  • Zawsze mnie zastanawia, dlaczego tak wiele utworów z górnej półki prozy ma ZERO komentarzy. A te z dolnej hulają w najlepsze :)
  • Zola111
  • 24/04/2018 18:41
  • Piszcie wiersze do Zaśrodkowania. Czekamy.
  • purpur
  • 24/04/2018 18:31
  • Nie powiedziałbym, że półki to fikcja. Szczere mówiąc uważam je za świetny pomysł! Natomiast to nie one decydują o ilości komentarzy, które otrzymujemy... Ale o tym już wspominałem...
Ostatnio widziani
Gości online:25
Najnowszy:Gioffrese9h
Wspierają nas