Cztery ściany absurdu # 14 - Felicjanna
Proza » Przygodowe » Cztery ściany absurdu # 14
A A A

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Rozdział VII - Pierwszy kontakt pierwszego stopnia

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

 

James jednak nie wszedł. Uprzedził go milczący, poważny mężczyzna, na którego widok śmiałego wtargnięcia, sekretarz nie śmiał zareagować, wycofując się w milczeniu na bok. W chwilę po jego wejściu, pokazała się w luce uchylonych drzwi siwa głowa Brixtona.

— Porozmawiamy jutro — oznajmił chłopcu. — Przyjdź w południe. — I tyle go James widział.

— Spraw pan sobie także jakieś porządne ubranie — doradził mu na odchodnym sekretarz.

>>><><<<

Zasoby posiadał nietęgie, gdyż do wypłaty udziałów z korsarskiej wyprawy, potrzebna była zgoda Królowej, ale wystarczające dla wynajęcia jakiegoś pokoiku i z tą myślą zatrzymał pierwszą nadjeżdżającą taryfę.

Poprosił o wskazanie lokalu cichego, niezbyt drogiego i z dobrym jedzeniem, na co otrzymał odpowiedź, że jest jeden spełniający oczekiwania, o ile nie jest się powracającym z rejsu marynarzem.

James spojrzał na swój marynarski worek i zniszczoną, malutką walizeczkę, a kierowca wskazał mijany właśnie lumpex.

>>><><<<

Po kilkunastu minutach, niemal na chybił trafił wybierając kilka, jego zdaniem, najbardziej odpowiednich ubrań, obładowany reklamówkami wrócił w jednym z nich do wozu. Kierowca się nie odezwał, uznał więc, że nie miał zastrzeżeń i wkrótce wóz zatrzymał się przy pensjonacie "Mała Różyczka". I nie czekał, czy Jamesowi uda się załatwić nocleg, odjechał zaraz po wyładowaniu klienta bagażu.

Kobieta była na równi zniesmaczona jak zaskoczona widokiem wchodzącego. I nawet nie starała się tego ukryć. James jednak nie wycofał się. Pomyślał, że leżący na uboczu lokal może potrzebować gości. Nawet takich, którzy jednak z morza wrócili. A patrząc na kobietę, postanowił być przy tym pewny siebie, a nawet bezczelny.

— James Tager — przedstawił się własnym nazwiskiem, dalej dodając już nieprawdziwie: — Jestem właścicielem ziemskim i przyjechałem tu w interesach. Polecono mi... — Szerokim gestem omiótł lokal i właścicielkę.

Popatrzyła na niego jeszcze z niechęcią, ale wyraźnie rozbawiona.

— W których rejonach kraju nosi się w ten sposób? — Wskazała przede wszystkim, trzymany przez niego w ręku, idiotyczny kapelusik.

Włożył go na głowę.

— W każdym — oznajmił. — Sąsiedzi uważają mnie za dziwaka.

Nie uwierzyła mu, ale jego przypuszczenie okazało się prawdziwe. Pensjonat nie miał obłożenia.

— Gotówka, czy karta? — zapytała.

James wyciągnął z sakiewki kilka monet i położył na ladzie.

— Za tydzień pobytu — poinformował.

— To za dużo — zaprotestowała.

— Plus wyżywienie i trochę wina. I... — Spojrzał kobiecie głęboko w oczy. — Być może, pobyt zostanie przedłużony...

— To porządny dom! — oświadczyła sucho. — A nie... jakaś tawerna...!

— Wiem — przyznał grzecznie. — W przeciwnym wypadku by mnie tutaj nie było. Lubię miejsca, gdzie diabeł mógłby sobie popracować...

Wzbudził w niej wyraźny niepokój. Na tyle, że uznała dalszą dyskusję za zbyt niebezpieczną. Zdjęła ze ściany jeden z kluczy i wymijając go, poszła przodem, nie wysilając się nawet na zaproszenie.

>>><><<<

Pomieszczenie go nie zainteresowało. Wiedział bez sprawdzania, że jest czyściutkie. Wszedł, rzucił bagaże na łóżko, zdjął kretyński kapelusik i przyjrzał się uważniej gospodyni. Trzydzieści dwa-trzydzieści pięć lat, wdowie, brązowo-szaro-nijakie barwy sukni, dumne, ładne oblicze i mnóstwo starannie upiętych, ciemnych włosów. Lekka na wspomnienie. Tutaj jedynie, w workowatym, zapiętym pod brodą stroju, nijak nie można było rozeznać się w jej kształtach. Ale nie badając wnikliwiej, wywołał w kobiecie kolejną, spotęgowaną falę zaniepokojenia. Diabeł od niechcenia rozpoczynał swą pracę.

Lekko zaczerwieniona, niczego nie mogąc wyczytać z jego twarzy, wpatrywała się w niego z wyraźną dezaprobatą. Za wszelką cenę pragnąc ukryć nieadekwatne do sytuacji zawstydzenie.

— Świetny pokój — uratował ją. — Zanim poproszę o kolację i dużo spokojnego, nieprzerywanego niczym snu, chciałbym porządnie się umyć?

— Łazienka jest tutaj. — Wskazała drzwi obok komody.

— Macie tu kąpielową?

— Nie! — Oczy kobiety pociemniały od gniewu. — Będzie pan musiał poradzić sobie sam!

>>><><<<

Stawił się przed czasem i został przyjęty z marszu. Lord wstał zza biurka na jego widok.

— Jak wrażenia z wyprawy? Morze się spodobało? — zapytał. W gabinecie znajdowała się także kobieta. Stała przy oknie, patrząc przez nie gdzieś w dal.

— Witaj, lordzie kanclerzu. Miło cię widzieć w dobrym zdrowiu. — James się ukłonił. Kobieta zareagowała gwałtownie.

— Czy on sobie z ciebie kpi, lordzie...?! — zapytała. Ni w gniewie, ni w zdumieniu, ni w rozbawieniu.

— Nie śmiałbym, Najjaśniejsza Pani! — zapewnił z ukłonem James, rozpoznając Władczynię. W sierocińcu słuchał jej koronacyjnego orędzia i głos nie był bardzo zmieniony przez głośniki radia. — Lubię lorda kanclerza i to dzięki niemu, jak mniemam, odbyłem morską wyprawę. Nie narzekam — odpowiedział Brixtonowi. — Sporo się wydarzyło, chociaż nie jako Tagerowi...

— Sądzisz, że lord o tym nie wie...? — prychnęła Królowa. James pomyślał o Dracenie, ale pomylił się.

— Opisano „Pana masztowego (oboje dostojników zaśmiało się) Madera". Nie było innego osiemnastolatka o twoim wyglądzie na „Kunta-Kinte” — oświadczył lord. — Tak naprawdę, nie było żadnego innego. — Bomba Jamesa nie wybuchła. — Ale to miło, że nie starałeś się czegokolwiek ukryć. I nie sądziłem, że wyszkolenie majora zaszło tak daleko... — Lord najwyraźniej chciał usiąść. Królowa tymczasem pasła oczy postawnym młodzieńcem.

„I tylko to ubranie” — wzdrygnęła się, westchnęła i przemaszerowała przez gabinet, z wdziękiem opadając na kanapę.

Pięć miesięcy wcześniej, zaraz po pogrzebie majora Five'a, doszło między lordem a Jamesem do kłótni. Brixton zjawił się w sierocińcu z oświadczeniem, że ten już zakończył w nim pobyt i do czasu ujawnienia testamentu zmarłego, co miało nastąpić w dniu osiemnastych urodzin jego podopiecznego, zamieszka na wsi, u majora siostry. James stanął okoniem.

— Nigdzie się stąd nie ruszam. Mam robotę — oznajmił.

Lord się zaśmiał, co mu się rzadko zdarzało, ale chłopak stwierdził, że albo zostanie, albo ucieknie i nie pozwoli sobą manipulować.

— Nie zostaniesz tutaj!

— A to dlaczego? — zdziwił się James. — I co pan tutaj robi, lordzie kanclerzu? Jest pan moim krewnym?

— Nie.

— Nie? A może jednak? Jakiś dziadziuś, siódma woda? Może stara ciotka...?

— Nie, Jamesie Tager! — Lord pochylił się do niego. — Zapewniam cię, że nie jestem twoją ciotką!

— W takim razie, nigdzie z panem nie idę.

— To się jeszcze okaże! — zagroził wówczas lord.

Odpowiedziała mu kpina.

— Bo co? Zamknie mnie pan w Tower...?!

James wygrał, a tak mu się przynajmniej wydawało. Miał jednak wyrzuty sumienia, gdyż nie dostrzegł w Brixtonie wszechobecnej u szlachty, wrodzonej pychy, a za to zwyczajną troskę. Dlatego, kiedy przybył Dracen, już nie protestował przeciwko planom wobec siebie, ale natury przekornej się nie wyzbył.

— Pan, lordzie, nie wierzył mi, gdy mówiłem, że jestem najpilniejszym z uczniów.

— Pyskate piraciątko — orzekła miękko Królowa. — Niech siada. — Wskazała mu krzesełko pod ścianą, a potem miejsce na nie, pomiędzy nią a lordem. James się zastosował, Brixton mógł także usiąść. — I niech raczy wyjaśnić, dlaczego będąc dyplomowanym mym zbójem, wrócił z całonocnej wyprawy jedynie z podwiązką...? — Jeszcze nie zakończyła mówić, gdy porwał ją śmiech, na widok widocznego, nawet pomimo opalenizny, zawstydzenia. Tym jednak rumieniec był w nikłej części. James właśnie rozmyślał nad ucięciem drugiej głowy w swym życiu, choć w tym wypadku miała to być głowa współkorsarza.

— Przywlokłem także więźnia, Wasza Wysokość — oznajmił, trochę nazbyt ostro, nawet dla niego samego. Szybko postarał się więc o złagodzenie tonu. — Dzięki niemu przypłynęliśmy szybko i z pokaźnym ładunkiem srebra.

— Tak, srebra — zgodziła się lekceważąco Królowa. — Czemu, nie złota?

— I szmaragdów — dodał James wymijająco.

— Z których część dostały jakieś flądry!

— Branki były pomocne.

— A bez szmaragdów by nie były?

— Zapewne — zgodził się James. — Ale postawa kapitana Dracena, chociaż nie w stylu pirackim, przynosi efekty dla skarbca Anglii i nie naraża Jej u wrogów na szkalowanie.

— No, no! — Władczyni wstała gwałtownie, twardym gestem nakazując, pozostanie mężczyznom na miejscach. Nie posłuchali. — Pan masztowy urósł do rangi rzecznika prasowego?!

— Nie ośmielam się...

— Nie mam co na siebie włożyć na dzisiejszy bal — oznajmiła, siadając. Oni pozostali na nogach. — Z biżuterii...

— Nie miała niczego, co byłoby odpowiednie dla Waszej Wysokości — próbował tłumaczyć się James, z miejsca wiedząc, że popełnia błąd.

— Tobie oceniać, co jest odpowiednie dla królowej...?!

Zapadło milczenie, ale Królowa czekała na odpowiedź i jak James pomyślał, doskonale się przy tym bawiła. Powiedzieć coś musiał, lecz chociaż rezolutny, przy tej, zaledwie o rok od siebie starszej dziewczynie, zaczynał elokwencję tracić.

— Przywieźliśmy pięć naszyjników. Są...

— Barachło.

— Kobieta pomogła mi, pozwoliła się ukryć, pożyczyła konie. Nie wypadało jej okradać, ale przyznaję, że nawet o tym nie pomyślałem.

— Co z ciebie za korsarz?!

— I tak, jedynym co widziałem, był cieniutki łańcuszek! — wybuchnął.

Tym razem wstała powoli.

— Najjaśniejsza Pani... — próbował interweniować lord.

Zbyła go machnięciem ręki, podchodząc wolno do Jamesa. Była niewiele niższa, ale zapewne dzięki butom na bardzo wysokim obcasie, gdyż nie mówiono o wzroście Władczyni, dochodzącym do sześciu stóp.

— Uważasz, że jestem próżna? To, o mnie wiesz...?! — zapytała złowrogo.

— Wiem, że masz piękne oczy — palnął. Rozległ się odgłos siarczystego uderzenia. — Najjaśniejsza Pani — dokończył z ukłonem, nie ważąc się na rozcieranie piekącego policzka. Królowa za to rozcierała sobie dłoń.

Na kanapę wróciła uspokojona.

— Jestem z was zadowolona — przemówiła dostojnie. — Dracen ma swój tytuł, a czego chcesz ty?

James chciał odpowiedzieć, że świętego spokoju, ale rozległo się pukanie do bocznych drzwi, które otworzyły się bez zaproszenia. Wszedł przez nie mężczyzna widziany przez niego w przeddzień, w towarzystwie dwóch kobiet, wyglądających na dwórki.

— Zmarła pani Malen — oświadczył lord Jamesowi. — Zobaczymy się jutro.

— A tak, ladacznica — orzekła Królowa lekceważąco. — Gdybyś nie wiedział...

Nawet lord, nawykły do jej humorów, wzdrygnął się na to okrucieństwo.

James się ukłonił i odszedł. Już w drzwiach zatrzymał się jednak.

— Wiem, że zmarła nazywała się naprawdę Markiza Lilyian de Boncour — oznajmił ze smutkiem. — I nie była ladacznicą. Ona pokochała...

— Gówniarz! Debil! Bękart! Znawca kobiet się znalazł! — usłyszał. — Jesteś w niełasce!

James odwrócił się do Królowej. Składając ostatni ukłon, dyskretnie na nią spojrzał. Wyglądała na zadowoloną, pomimo gniewnego, pełnego zaskoczenia, marszczenia czoła. Przyłapała jego oczy.

— Wynocha!!! — wysyczała.

>>><><<<

Cdn.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Felicjanna · dnia 12.04.2018 18:08 · Czytań: 82 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
kamyczek
16/12/2018 22:22
- najważniejsze, to nie dać się zwariować. A wiersz?… »
Marek Adam Grabowski
16/12/2018 22:19
Dzięki. U ciebie jest to indywidualna opowieść chaty. U mnie… »
kamyczek
16/12/2018 22:17
Zgadzam się z przedmówcami, tak, to bardzo dobry wiersz,… »
kamyczek
16/12/2018 22:12
Ciekawą treść osadziłeś w ramach ajw. I refleksja: czasu… »
faith
16/12/2018 22:02
Arkady, Ananke, dziękuję za te słowa pod adresem wiersza. To… »
MP642
16/12/2018 21:48
No przecież pisałem już, że to, że jest złudzenie… »
Zola111
16/12/2018 21:47
Kamysiu, tak. Wyłuskałaś moją myśl i pięknie ja… »
kamyczek
16/12/2018 21:43
Piękna liryka, Zolu, podoba mi się klimat, jaki stworzyłaś w… »
Zola111
16/12/2018 21:28
Czytelniku, dziękuję bardzo za "z… »
allaska
16/12/2018 21:23
Ananke dziękuję :) »
allaska
16/12/2018 21:22
Arkady, cieszy mnie Twoja obecność. Pozdrawiam »
Arkady
16/12/2018 20:51
Znakomicie poprowadzony wiersz. Tak, masz rację, każdy ma… »
Arkady
16/12/2018 20:46
Ciekawy pomysł. Może świat byłby wtedy lepszy... Podoba mi… »
Arkady
16/12/2018 20:39
Odebrałem ten wiersz jak zły sen, jak obraz o koszmarze co… »
czytelnik
16/12/2018 20:34
Z przyjemnością czytam. Chciałoby się powiedzieć: jak kocha… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 17/12/2018 00:53
  • dodatek111: zgłoś się do ajw na pw.
  • Esy Floresy
  • 17/12/2018 00:19
  • No widzisz... dasz radę :)
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:42
  • Z moich obliczeń wynika, że 3000 znaków bez spacji to – średnio – półtorej strony A4.
  • Esy Floresy
  • 16/12/2018 23:40
  • :) Mamy nadzieję, że przyciągnie rzeszę entuzjastów.
  • Vanillivi
  • 16/12/2018 23:28
  • Fajny temat, moje klimaty
  • Esy Floresy
  • 16/12/2018 23:17
  • Zmierz się, to się przekonasz, czy nie Twoja. ;)
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:14
  • Baśń to jednak nie jest moja domena. Wolę chyba surrealizm.
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:11
  • Hehe, lubię Cię za ten komentarz. :)
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:08
  • 31 marca to odległa data zakończenia.
Ostatnio widziani
Gości online:7
Najnowszy:CQzyizyd
Wspierają nas