Demony Niecnego Algitieri - Szuwar
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Demony Niecnego Algitieri
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Demony Niecnego Algitieri

 

Prolog I

Dziewczyna, której nie kochano

Anna Gaudette większość swojego życia przesiedziała w jednym miejscu. Była to wielka villa, jedna z pięciu, o których wiedziała z papierów ojca. Znajdowała się w Vinesse, niewielkiej mieścinie pół dnia drogi od stolicy całego kraju. Ojciec zawsze jej powtarzał, że to najlepsze umiejscowienie posiadłości, jakie mógł znaleźć; mawiał, że jest jednocześnie daleko od nieprzychylnych ludzi i blisko cywilizacji – w takim miejscu pozostaje jedynie się cieszyć.

Jednak bystry kupiec Vincenzo nigdy nie zagrzewał tam zbyt dużo czasu, a że przeważnie zawsze zabierał ze sobą syna Pietro, którego szkolił na swojego następcę, Anna przez większość czasu pozostawała pod nadzorem, w nierozłącznej asyście dwóch strażników nasłanych przez Audivero, człowieka, który wydawał rozkazy wszystkim w posiadłości i dbał, żeby ta nie obrastała kurzem. Przyznać mu trzeba, radził sobie z tym świetnie, w końcu niegdyś był dowódcą całego regimentu, ale… to wiązało się z tym, że nie miał ręki do dzieci. Co by nie powiedzieć, zastępował Annie ojca, a wydawał jej tylko polecenia i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Nie był złym człowiekiem, ale… Dziewczyna nie mogła się do niego przekonać, zawsze zmywała mu się z drogi, nie chcąc otrzymać nagany.

Skoro w nim nie znalazła przyjaciela, to spróbował dogadać się ze swoją i tak już nierozłączną asystą. Tych znaleźć nie było trudno; strażnicy towarzyszyli jej niemalże na każdym kroku, zostając za drzwiami jedynie wtedy, kiedy ta wchodziła do jakiegoś pokoju – i to tylko w samej posiadłości! Na zewnątrz, przemieszczając się po pięknym Vinesse, była skazana na ich towarzystwo także w budynkach, zwłaszcza tam strażnicy zachowywali czujność, doszukując się w każdym mijającym ich człowieku nikczemnika. Ta nadgorliwość nie przerodziła się jednak w chęć rozmowy; ich twarze zawsze obdarowywały ją lodowatym spojrzeniem, a niekiedy nawet pogardą, tak silną, że dziewczyna zaprzestawała wszelkich prób i zamykała się w sobie.

Nie wiedząc, co z tym fantem począć, udała się do Audivero. Chciała, żeby ten zaproponował strażnikom rozpoczęcie rozmowy z dziewczynką; prosiła, żeby zarekomendował jej osobę jako ciekawą do poznania. On jednak nie uważał tego za dobry pomysł, co spokojnie oznajmił krótkim stwierdzeniem:

- Twój ojciec nie za gadanie im płaci – I temat był ostatecznie zakończony.

Tam więc również dziewczyna nie odniosła żadnych sukcesów, a jej asysta sprawiała, że nikt z okolicy nie chciał się z nią zapoznać, toteż szybko doszła do wniosku, że spacery dla samego chodzenia nie mają sensu – zamknęła się we własnej posiadłości, wychodząc jedynie raz na jakiś czas na słońce do ogrodu. Audivero zaznaczał kilkukrotnie, że jeśli dziewczyna czuje się zbyt samotna, zatrudni kogoś do zabawy z nią, ale ta uważała taki czyn za absurdalny – nie takiej przyjaźni oczekiwała.

- Do trzech razy sztuka – wyszeptała porzekadło znane we wszystkich ludzkich królestwach i zabrała się do rozmów ze służkami. Ku jej rozczarowaniu te pytały jedynie, czy „panienka” czegoś nie potrzebuje, a kiedy ta zaprzeczała, kobiety grzecznie się oddalały. Próby rozmowy okazały się jałowe, ale i tutaj dziewczynka przez długi czas nie dawała za wygraną. Ostatecznie skończyło się to tak, że jedna ze służących zaproponowała w końcu, że przyprowadzi swoją córeczkę do zabawy z Anną, ale Audivero nie pozwolił na taką samowole.

- Jeszcze chłopski dzieciak panienkę wszami zarazi – oznajmił zbyt ostro jak dla dziecka. – Jak mówiłem, mogę zatrudnić odpowiednie osoby…

- Nie kupisz mi przyjaciół! – ryknęła wściekła dziewczynka, po czym od razu udała się do pokoju. Za ten wyskok jeden dzień obeszła się bez kolacji.

 W samotności udało jej się znaleźć przyjaciół, nie namacalnych, ale w jej wyobraźni równie prawdziwych. Dziewczyna odkryła w sobie pasję do czytania. Zagłębiała się w każdej powieści napotkanej w ogromnym zbiorze ojca, a jej bogata wyobraźnia robiła resztę. Tak, mogłoby się wydawać, smutne i nudne dni mijały Annie niezwykle przyjemnie, przepełnione przygodą, prawdziwą miłością, zdradą i intrygami. Zawsze towarzyszyła jej przy tym ekscytacja z poznawania nowych bohaterów i ich losów… jednak nigdy nie wyzbyła się tego nieprzyjemnego uczucia, które towarzyszyło jej, kiedy dochodziła do ostatnich stron.

Ciągle była szarą i nudną sobą, która większość swojego życia przesiedziała w kilku pokojach. Zawsze uzmysławiała to sobie, kiedy jej „przygoda” się kończyła. Wtedy była smutna, nawet jeśli zakończenie było szczęśliwe. Wiedziała, że życie na zewnątrz nie jest takie jak w księgach, ale jednak… chciała samodzielnie się o tym przekonać. Nie miała tu na myśli jakichś wielkich wyczynów, wystarczyłaby jej choć odrobina swobody, wolności, przyjaźni… miłości. Czegokolwiek, co pozwoliłoby jej poczuć się kimś wartościowym, dla odmiany potrzebnym.

Niestety miast prawdziwego życia otrzymała od losu wiecznie zajętego ojca i brata, o których wiedziała znacznie mniej niż tutejsza służba, a już na pewno mniej niż Audivero – w końcu to od niego czerpała informacje o sytuacji ich rodziny oraz o samym charakterach jej członków. Co do osobowości person jej rodu nie dawała  opiekunowi domu wiary, gdyż ten nie był zbyt dobry w odczytywaniu ludzi; Anna w jego oczach wydawała się zbyt zamknięta w sobie i z nikim nie próbowała nawiązać kontaktu, co dziewczynę bawiło, gdyż uważała, że było odwrotnie.

Tak czy siak, jej brat w jego słowach był śmiałym i odważnym chłopcem, chcącym poznać świat, który dziewczyna mogła odkrywać jedynie z książek. Z kilku spotkań z nim, które udało jej się odbyć, wynikało także, że był nieco arogancki i zdarzało mu się zadzierać nosa. Nie ukrywała, jak bardzo zazdrościła mu tego, że to właśnie on ciągle przebywał z ojcem i że to właśnie jego wybrano na „spadkobiercę”. Dziewczyna czuła się gorsza, a co za tym idzie – jej niechęć do Pietro również była silna. I rosła z każdym dniem zmarnowanym w ogromnej,  acz pustej posiadłości.

O ojcu nie dowiedziała się niczego odkrywczego, każdy, kogo o niego zapytała, nawet Audivero, odpowiadał jednako z regułką, którą dziewczyna sama ułożyła: „Myśliciel ze smykałką do interesu. Powiadam panience, wspaniały człowiek. Wspaniały”. Pod tymi pochlebstwami, które wynikały najprawdopodobniej z lęku o pracę, nie dopatrzyła się niczego konkretnego. Vincenzo pozostawał dla niej równie tajemniczy jak czarny charakter powieści, z tą różnicą, że ten drugi zawsze przedstawiał się na końcu i objaśniał swoje motywacje. Ojca, jak uważała, miała już nigdy nie poznać…

Kiedyś zakradła się do gabinetu Vincenza, który podczas jego nieobecności stał zamknięty. Ukradła Audivero kluczyk i, zanim ten zdążył się połapać o jego zniknięciu, zasiadła przed biurkiem ojca i czytała wszystkie papiery, które wpadły jej w ręce. W większości były to potwierdzenia transakcji i listy od osób zainteresowanych kupnem towarów, których nazw Anna nawet nie kojarzyła. Nie dowiedziała się niczego konkretnego, prócz tego, że Vincenzo miał jeszcze kilka domów. Zastanawiała się wtedy, czy w każdym z nich znajdowały się też inne rodziny, którym może poświęcał więcej czasu, a ją z jakichś przyczyn uznał za czarną owcę.

Nauczyciele wpoili jej na pamięć ogładę i zasady, jakimi rządziło się Equarskie Królestwo – najważniejszą w prowadzeniu się szanowanych rodzin była monogamia. Większą familię mogła więc odrzucić na starcie. Podczas burzy myśli do głowy przyszedł jej inny, bardziej prawdopodobny powód. Może to przez to, co spotkało mamę... – zastanawiała się, dochodząc do strasznych wniosków, jak dorosła. – Może ja po prostu mu o niej przypominam? Ta myśl zabolała ją jednak tak bardzo, że straciła wszelkie chęci do przeglądania papierów. Odstawiła wszystko na miejsce i uciekła. Klucz odłożyła jak najbardziej wprawiony złodziej; nikt nigdy nie zapytał o jej wizytę w tamtym miejscu. Nikt nigdy nie poznał powodu, przez który zamknęła się w sobie jeszcze bardziej.

Przez najbliższe lata ojciec odwiedzał ją raz czy dwa w roku z bratem, obdarowywując córkę jakimiś nic niewartymi ozdóbkami, które służki zawsze nakazywały jej założyć następnego dnia po ich przyjeździe, „żeby nie urazić pana ojca”. Dziewczyna nie rozumiała, kiedy ojciec stał się dla niej „panem”, ale nie podobała się jej ta sytuacja. Vincenzo zjawiał się na kilka dni, powiedział do niej raptem garść słów jak do dziecka, aby przeprosić za nieobecność dał kilka błyskotek, po czym znowu znikał. Przez okres jego pobytu dla dziewczyny był raczej nieobecny; zauważyła nawet, że okazuje on więcej względów młodym służkom niż własnej córce. Ale Anna im nie zazdrościła, ojciec był względem tamtych dziewczyn bardzo nachalny, a te zdawały się nic z tym nie robić... Nie mogły nic z tym zrobić, liczyły jedynie, że to szybko się skończy.

Każda następna wizyta ojca „do służek, nie do niej” sprawiała tylko, że jeszcze bardziej go znienawidziła. Im starsza była, tym bardziej ten praktycznie obcy mężczyzna ją odrażał. Po kilkunastu latach nieustannego czytania Anna coraz bardziej nabierała charakteru i zaczynała posiadać jakieś zdanie na każdy temat. Wtedy człowiek, którego praktycznie nie znała, zaczął wydawać się w jej oczach jednym z łajdaków, przed którymi zawsze chronili ją jego ludzie. Co za ironia! – Przez ostatnie lata poznała znaczenie tego słowa.

Bardziej wyrozumiały był w stosunku do niej o dwa lata starszy brat, który „wypluwał” w jej stronę znacznie więcej słów i to na jakiś konkretniejszy temat. A jadaczka w ogóle mu się nie zamykała! Zaznajamiał ją ze wszystkim, co zdążył poznać, opowiadał o „swoich przygodach” i ludziach, których na kupieckim szlaku polubił. On się przechwalał – jak uważała dziewczyna. Tak naprawdę nie rozmawiał z nią, tylko prowadził monolog, robiąc z Anny swoją jedyną słuchaczkę. Oczywiście nie zadawał siostrze zbyt wiele pytań, bądź po prostu nie dopuszczał jej do głosu, „bo przecież jest zamknięta w sobie”. W takich sytuacjach dziewczyna przy pierwszej okazji odchodziła od ledwo znanego sobie brata i uciekała do swojej samotni – biblioteki – płacząc skrycie po kątach.

Kiedyś próbowała znaleźć pocieszenie w religii. W chwilach smutku modliła się do Stwórcy, błagając o choćby nikłą poprawę losu. Ten jednak nie chciał jej usłuchać. Po długich miesiącach uznała, że Zegarmistrza bawi jej sytuacja. W końcu potrafił być równie współczujący, co nikczemny – mówiła sobie. Nie widząc w tym więcej sensu, przestała się modlić i żywić do jakiejkolwiek boskiej istoty swoje roszczenia.

- Gdyby tylko mama żyła… – mówiła sobie zawsze, kiedy czuła się beznadziejnie.

W jej oczach całe szczęście, jakie czekało na nią w życiu, odebrała śmierć tej praktycznie zapomnianej przez nią kobiety. Owa dama zmarła niespodziewanie, kiedy Anna miała trzy lata. Kiedy odbyła dziesiąte urodziny, nikt w dalszym ciągu nie podawał jej przyczyny zgonu matki, przez którą całe życie zaczęło jej się walić, zanim dobrze się zaczęło. Czy zmarła na chorobę czy przez ludzką niegodziwość? – to było najbardziej dręczące ją pytanie. – Bo przecież nie ze starości! Matka była kolejną osobą z rodziny, którą obdarzyła nienawiścią, chociaż jej również tak naprawdę nie miała okazji poznać.

Zdawało się, że cała rodzina ją opuściła, porzuciła „w najlepszym miejscu do życia”, żeby ta dotrwała do swoich ostatnich dni w samotności. I wszystko wskazywało na to, że tak właśnie się stanie. Mijały długie miesiące spędzone na nauce i czytaniu książek, a jej los nie ulegał żadnej poprawie. Wręcz się pogorszyło. Po kilkunastu latach jej sylwetka zaczęła się zmieniać, urosły jej piersi, a na dodatek rozpoczęły się bóle… zawsze idące w parze z zakrwawioną bielizną. Służki mówiły, że to normalne i że będzie musiała do tego przywyknąć, co dodatkowo ją tylko irytowało, ale podobno złość w tym okresie to również normalność.

Od tamtego czasu zdarzyło jej się kilkukrotnie zamknąć pokój na klucz i stanąć nago przed lustrem. Nie z powodów narcystycznych, nie uważała się nawet za na tyle ładną, żeby się podziwiać – po prostu obserwowała zmiany, które w jej ciele zachodziły, a o których po pierwszej miesiączce dużo czytała. Obserwowała swoje smukłe ciało, nabierające z roku na rok kształtów oraz wypuklenia na klatce piersiowej, które ostatecznie urosły za małe, żeby miała się czym pochwalić i za duże, żeby wypadało na nie narzekać.

W trakcie tych nielicznych oględzin zdała sobie sprawę jak bardzo bladą skórę posiadała. Nie była tak biała jak u malavari, humanoidalnych istot znanych z maści czystego mleka, ale wystarczyło, żeby dziewczyna popadła w kompleksy. Dodatkowo dołował ją fakt, że posiadała niezwykle ciemne i bujne włosy, które kontrastowały z jasnością jej skóry. Wstydziła się tego i bardzo tego w sobie nie lubiła – nie miała ani w pełni jasnej karnacji, ani ciemnej. Była mieszanką tych obu, przez co w swoich oczach wydawała się komiczna. A skoro już o ślepiach mowa, tutaj również znalazła coś, do czego mogła się przyczepić. Jej oczy były błękitne, co w jej przypadku powinno czynić ją wyjątkową, lecz posiadała tak nieintensywny odcień, że czasami mogła uznać się za niemrawą już za samo spojrzenie.

Służki, które pomagały jej się kąpać, wielokrotnie powtarzały, że „panienka” ma ciało godne królewny i niejeden mężczyzna odwraca się za nią z nieczystymi myślami w głowie. W takim razie dobrze, że praktycznie nie wychodzę z domu – myślała wtedy dziewczyna. Wiedziała, że te słowa były kłamstwem, miłym pochlebstwem, które otrzymywała od ludzi, którzy chcieli jej się podlizać. Rozumiała, że te łgarstwa miały taką samą wartość jak zapewnienia wszystkich wokół o wspaniałości jej ojca. Przez słowa służek zbrzydły jej kąpiele, które wcześniej były dla niej wielce odprężające. Mogłaby zakazać dziewkom cokolwiek mówić, ale wtedy te najprawdopodobniej obchodziłby się z nią znacznie bardziej szorstko, doprowadzając do niewielkich zadrapań na jej i tak „brzydkiej” skórze. Jedynym logicznym rozwiązaniem wydawało się samodzielne mycie, ale na to Audivero nie pozwolił, „bo szlachciance nie wypada”.

Po kąpieli zawsze starannie czesano jej włosy, które niegdyś sobie ceniła. Robiono to dwa razy dziennie – po umyciu i rano. W tym drugim przypadku zawsze ją potem przystrajano w niewygodne suknie i zakładano jej w uszy kolczyki, których osobiście nie znosiła. Musiała o siebie dbać, tak jakby ktoś miał ją oglądać albo odwiedzić – to praktycznie się nie zdarzało, ale nie ona wybierała, czy ma stać się ozdobą domu. Ktoś zdecydował za nią. Nie miała nawet złudzeń, że był to ktoś inny niż jej ojciec.

W każdym razie postanowiła od tamtego czasu dokonać w swoim wyglądzie jakiejś zmiany. Początkowo chciała skrócić włosy, ale Audivero stanowczo jej tego zabronił. Anna, nie dając za wygraną, nakazała służkom, żeby te zawsze rano plotły jej na głowie długi warkocz. Po krótkim przetestowaniu fryzury uznała, że ta najbardziej do niej pasowała. A przynajmniej była najlepsza z tych, które zrobić sobie mogła. Przywykła do niej w odstępie kilku dni. Poprosiła nawet, żeby nauczono ją pleść warkocz samodzielnie, co niezwłocznie się stało – choć nigdy nie mogła tej umiejętności wykorzystać, „bo nie wypadało”.

Przez następne lata czekała ją wielka nuda. Nawet Vincenzo i Pietro zaprzestali wizyt w przepięknej villi, która stała się dla niej więzieniem. Drzwi zawsze pozostawały otwarte, a ona w każdej chwili miała możliwość ucieczki. Rozważała to wielokrotnie, lecz nigdy ostatecznie się na to nie zdecydowała. Nie ze strachu, tego wyzbyła się po ukończeniu czternastego roku życia. O braku próby bardziej decydowało to, że układała za dużo planów i rozważała różne możliwości. Poznała szczegółową mapę okolicy na pamięć i spokojnie mogłaby trafić do balwierza mającego swój lokal dziesięć mil od jej domu. Miała mnóstwo zamierzeń, ale nigdy tak naprawdę się na to nie odważyła. Zamierzała ukraść pieniądze ojca i jakoś się z nich utrzymać, ale… coś w jej wnętrzu zawsze ją powstrzymywało. Był to ten sam głos, który nawiedzał ją po przeczytaniu każdej książki, ten sam, który uzmysławiał ją o tym, jak bardzo bezwartościową i nieporadną osobą była.

Anna miała w zwyczaju z uwagą obserwować najbliższe otoczenie. Wiedziała, że podczas swojego życia towarzyszyło jej dwunastu różnych strażników. Podsłuchała nawet ich imiona, bo ci przecież sami by się nie przedstawili. Dostrzegła, że zniknęła jedna ze służek – jak udało jej się ustalić, kobieta zaszła w ciążę, a Audivero wyrzucił ją, nie chcąc czekać na jej „powrót do właściwego stanu”. Ponoć miał na jej miejsce dużo chętnych, ale jak na razie żadna nowa kobieta w villi się nie pojawiła. Sam opiekun domu musiał mieć przez te lata dużo problemów, gdyż jego głowa z każdym rokiem posiadała coraz mniej włosów. Audivero, chcąc coś z tym zrobić, na początku zaczesywał resztki kudłów, nieudolnie ukrywając ubytek. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak źle to wyglądało, zaczął nosić duże kapelusze, sprawiając wrażenie pirata. Nie był to jednak łotr z żadnej znanej Annie powieści – ten był brzydki i niesłychanie kościsty.

Dziewczyna nauczyła się obserwować, uważała się za bardzo spostrzegawczą, ale w obecnych okolicznościach nie używała tej nabytej cechy charakteru do czegokolwiek innego niż podglądania pracowników domu.

Lata mijały, a ona ciągle tkwiła z nosem w książkach, spędzając w bibliotece większość sowich dni. Z trwogą wyczekiwała chwili, w której przeczytałaby wszystkie znajdujące się w zbiorze Vincenza książki. Pewnie zaczęłabym od początku – myślała, nie będąc z tego faktu zbyt zadowoloną.

Przez zamknięcie uważała, że jej skóra stała się jeszcze bardziej biała. Nakazała zdjąć z biblioteki wszystkie ciemne zasłony, których nigdy zresztą nie lubiła, ale to nie rozwiązało problemu. Od tamtego czasu częściej czytała coś w ogrodzie, czy to na ławce, czy na kocu – było to bardzo przyjemne nowe doświadczenie. Chociaż należało do tego wybrać spokojną pogodę, w przeciwnym razie wiatr bardzo był kontent przewracać kartki za nią.

Zaczęła wtedy doceniać piękno przyrody, której nigdy wcześniej jakoś szczególnie nie ceniła. Nigdy nie interesowała się kwiatami do takiego stopnia, żeby spamiętywać ich nazwy, ale rozumiała, jak wiele wysiłku musiał poświęcić ojciec, żeby je tu sprowadzić. A było ich mnóstwo, we wszystkich kolorach tęczy, z przeróżnymi kombinacjami. Wszystko starannie ułożono przez służbę, która odwalała tu największą i najbardziej wyczerpującą część pracy – dbała, żeby po następnej zimie wszystko powróciło na właściwe miejsce oraz żeby nie pogniło w wiosnę i lato.  To, w porównaniu do działań ojca, wydaje się prawdziwy trud. Ciekawe, czy Vincenzo przyozdobił swój dom, „bo tak wypadało”, czy dlatego, żeby uszczęśliwić mamę… – ponownie powróciła do przemyśleń, których chciała uniknąć.

Szybko opróżniła umysł, starając się ponownie zagłębić w niezwykłych przygodach kolejnej powieści. Tym razem czytała o nieustraszonym rycerzu Lopezie z Del Catio, który jak na razie dostał rozkaz obrony Najwyższego Sędziego na wrogich terenach. Dziewczyna przypuszczała, że nie skończy się to dla szlachetnego wojownika pomyślnie, ale mimo wszystko chciała przyjemnie się zaskoczyć…

Wracając do  poprzedniego tematu, Anna od jakiegoś czasu przestała nazywać ojca ojcem, a zaczęła używać jego imienia. Nie robiła tego z braku szacunku, początkowo zaczęła używać tej formy bez własnej wiedzy; to był odruch, którym okazywała, jak bardzo obco czuła się, przypominając sobie o tym człowieku, o tym samym, który porzucił ją, kiedy nie była mu potrzebna. W pierwszych tygodniach w obecności Audivero się poprawiała, lecz później przestała to robić – nie nadążyła z naprostowywaniem samej siebie.

Mając piętnaście lat, dziwiła się, że ten zimny, znienawidzony przez nią mężczyzna nie zorganizował ślubu, żeby się jej jakoś pozbyć. Nie uważała, że Vincenzo znalazłby jej partnera takiego, jakiego ona by sobie wybrała, lecz zaakceptowałaby wszystko, żeby wyrwać się ze swojego więzienia. Uważała, że męża – jakim szpetnym człowiekiem by nie był – obdarzyłaby uczuciem, gdyby tylko okazał jej choć odrobinę życzliwości i zainteresowania. Z trwogą odkryła, że wyczekiwała tego, jak ktoś w końcu przeczyta jej list od ojca, w którym ten nakaże jej poślubić kogoś tam skądś tam. Akceptowała wszystko, chociaż nie chciała nawet myśleć o obowiązkach małżeńskich, jakie będzie musiała spełniać.

Tak czy siak, wyczekiwała nakazu. Nakazu, który nigdy nie przybył; Vincenzo raczył zapomnieć nawet o swojej córce. Nie miała złudzeń, że był na tyle zajęty, żeby nie móc zjawić się raz na ten rok – nie przybył, bo nie chciał tego zrobić. Podobnie jej brat. Pewnie nie miał już się czym przechwalać – uznała w złości.

Bywały dnie, w których chciała się zapaść pod ziemię. Miała dość samej siebie. Niektórzy ludzie cierpią na przesyt obecności innych i aby temu zaradzić, izolują się na jakiś czas. Ona jednak nie mogła uciec od własnej osoby, co dodatkowo potęgowało jej frustrację. Takie napady nie zdarzały się często. Pamiętała, że miały one miejsce dokładnie trzy razy w całym jej długim życiu, co biorąc pod uwagę okoliczności, wyglądało na świetny wynik.

Jej sytuacja wywróciła się do góry nogami, kiedy dotrwała do szesnastego roku życia. Wtedy do ich domu dostarczono list, którego autorem był jej brat. Audivero ponoć spalił papier zaraz po odczytaniu jego treści, a dziewczynie nie udało się usłyszeć żadnych plotek z tym związanych. Miast tego od tamtego czasu zauważyła w domu wiele zmian. Służący zaczęli stopniowo odchodzić, przy okazji rozkradając co popadnie z domu. Ogrodnicy wyrywali kwiaty, kucharki wynosiły utensylia kuchenne, a każdy, kogo więcej miała już nie ujrzeć, starał się zabrać jakiś mebel bądź odzież, która wyglądała na wartościową. Kobiety, które przez tyle lat czesały jej włosy, bez najmniejszych wyrzutów sumienia rozkradły wszystkie kosztowności, które przywiózł jej ojciec. Niektóre nawet na pożegnanie rzuciły jej gniewne spojrzenie, jeszcze inne zechciały ją uderzyć – co nie obeszło jej jakoś szczególnie; i tak te kobiety były dla niej obce, a i mocno uderzać nie umiały. Nawet jej strażnicy po jakimś czasie się ulotnili.

Przez te wszystkie lata Anna zdążyła przywyknąć, że w jej własnym domu każdy traktuje ją jak lalkę, więc i zbytnio się nie wychylała. Widząc pierwsze kradzieże, uznała, że Audivero akceptuje je, dopuszczając do takiej samowoli. Zmniejszona liczba służby spowodowała dodatkowo, że miała nieco więcej swobody, której w tym wieku tak naprawdę nie potrafiła wykorzystać; nie nacieszyła się nią ani trochę. W dalszym ciągu siedziała w samotności, gdyż innego losu sobie już nawet nie wyobrażała.

Zastanawiała się całymi dniami, jaką genezę miał obecny stanu rezydencji. Była prawie pewna, że list od Pietro zawierał informacje o zgonie jej ojca. Nie obeszłaby jej ta wieść jakoś szczególnie, ale bardzo chciała poznać prawdę, jak straszna by ona nie była. W końcu, nie mogąc wytrzymać niewiedzy, wparowała do pokoju, gdzie urzędował opiekun domu, i wyskoczyła na niego, żądając wyjaśnień.

Wyłysiały mężczyzna siedział przy oknie, spoglądając pustym spojrzeniem w dal. W dłoni dzierżył do połowy opróżnioną butelkę alkoholu, a jego kapelusz, którego wcześniej praktycznie nie zdejmował, leżał na dywanie, jakby porzucony. Audivero miał na twarzy kilkudniowy zarost, co wskazywało na to, że nie wychodził z pokoju już od jakiegoś czasu – co by się zgadzało; Anna przez ostatnie dni go nie widziała. Gdyby go nie znała, pomyliłaby jego osobę z jednym z pijaków znanych jej z różnych powieści. Wiedziała jednak, że powód picia przez mężczyznę przedstawiał się aż nadto klarownie – chodziło o ten list, który cisnął w ognie, nie pozwalając, żeby dziewczyna mogła go znaleźć.

Audivero, widząc praktycznie wbiegającą do jego pokoju Annę, ledwo co się przejął. Słysząc, jak ona krzyczy, powolnie uniósł ku niej wzrok.

- Czego chcesz? – zapytał z ponurą miną, uciszając ją jednocześnie.

- Jak to co? – rozzłościła się jeszcze bardziej. – Nie widzisz, co się dzieje? Służba się panoszy, rozkradając cały dom! Dlaczego nikt nie chce mi powiedzieć, co się stało?

- Nie tego chciałaś? – odrzekł opiekun domu, po tym jak wychylił solidny łyk trunku. – Już nie ma za tobą straży. Jesteś wolna. Jeść jak na razie też masz co… Więc dlaczego jęczysz?

- Jak na razie?! Co to miało znaczyć? Powiedz mi, o czym pisał Pietro w liście! Chodzi o ojca, prawda? On nie żyje?

- Żeby tylko – żachnął się. – Człowiek tak podłego charakteru jak on nie mógłby pozwolić sobie na proste zejście z tego świata. On musiał pierwej zniszczyć życie wszystkim, którzy go otaczali. Pech chciał, że w tym nielicznym gronie byłem także i ja. – Napił się znowu.

- Nie rozumiem – dociekała Anna.

Mężczyzna wstał i podszedł do swojego biurka.

- Pamiętasz, jak kiedyś włamałaś się do gabinetu ojca? – zaszokował ją tym pytaniem. – Wtedy, kiedy myślałaś, że niczego nie zauważyłem?

Dziewczyna kiwnęła niepewnie głową. Całe życie była przekonana, że nikt nigdy się o tym nie dowiedział.

- Widziałaś mnóstwo papierzysk, nie? – kontynuował Audivero. – Wątpię, czy wtedy ci one coś mówiły, ale… to były akty własności i wszelakie potwierdzenia zakupu towarów. Cały dobytek tego rodu zapisany w masie śmieci… Cały majątek, który twój ojciec tak łatwo przetrwonił.

- Ale że w tak krótkim odstępie czasu?

- Zajrzyj tam znowu. – Wyciągnął z szuflady klucz do gabinetu ojca i rzucił jej pod nogi. – Śmiało! Przekonaj się! Idź tam, a zobaczysz puste szuflady! Wszystko musiałem odesłać twojemu bratu. Wszystko trzeba było oddać.

- Ale dlaczego?! – krzyknęła agresywnie.

- Bo on wszystko przegrał! – odrzekł jeszcze głośniej Audivero. – Vincenzo grał w te pierdolone karty i w jedną noc wszystko przetrwonił. Przez te lata wcześniej jakoś udawało nam się go upilnować, najpierw mnie, później Pietro, ale… Wystarczyła chwila nieuwagi. Twój brat poszedł spać, a ten piernik się wymknął, żeby przepieprzyć wszystko… Zabawne, że serce odmówiło mu posłuszeństwa już następnego dnia. Nie dziwie się, że twoja matka wolała się zabić, niż dłużej z nim żyć…

- Co?!

- Miałem ci nie mówić… – Złapał się za głowę, po czym machnął ręką. – Nieważne. I tak wszystko szlag trafił.

Dziewczyna została w jednej chwili przytłoczona ilością informacji, w głowie miała mętlik. Nie wiedziała, co teraz powinna zrobić ani jak zareagować na ten nadmiar szczerości. Zawsze wcześniej myślała, że tego właśnie chciała, ale jednocześnie odwykła od prawdy i przyzwyczaiła się do życia w bańce, w której bez jej zgody ją zamknięto. Teraz każda jej cząstka podpowiadała, że powinna wrócić do tego, do czego się przyzwyczaiła. Wiedziała jednak, że to niemożliwe. Tragiczna informacja o rodzicach, których praktycznie nie znała, nie wywołała u niej aż takiego wielkiego szoku. Na tyle na ile mogła, uspokoiła się i zaczęła rozmyślać nad swoją dalszą sytuacją.

W głowie nagromadziło jej się znowu mnóstwo pomysłów, ale żaden z nich nie wydawał się na tę chwilę sensowny. Opróżniła myśli i spróbowała wpaść na coś pomocnego. Do głowy przyszedł jej wtedy nie tyle plan, co osoba. Osoba, o której losie rada byłaby usłyszeć.

- A co z Pietro? – zapytała Audivero. – Żyje?

- Najprawdopodobniej – odpowiedział mężczyzna oschle. – Jeśli bandyci nie poderżną mu gardła w drodze powrotnej, możesz się go tutaj spodziewać. Przywiezie resztkę waszego dobytku. Wraca z „wielkiego świata” z podkulonym ogonem… Psia mać…

Anna pierwszy raz usłyszała tak dużo przekleństw. Nie była tym niekulturalnym językiem jakoś szczególnie urażona, ale to dla niej kolejna nowa sytuacja. Nawet jako dziecko, przechadzając się po mieście, nie natrafiła na tego typu słowa. Poznała je dopiero z książek, ale usłyszeć na żywo… to było zupełnie inne doświadczenie.

Opiekun domu wychylił ostatni łyk z butelki, po czym rzucił ją w kąt, dołączając do sterty stłuczonego szkła w tamtym miejscu.

- Ja już mam dosyć, Anno – wyznał jej, prostując się i obdarowywując ją śmiertelnie poważnym spojrzeniem.

Dziewczyna nie wiedziała, co ma mu na to odpowiedzieć, a zwykłe „będzie dobrze” wydawało jej się bardzo nie na miejscu. Miała mały kontakt z ludźmi, ale mimo to wiedziała, że nakazanie rozchmurzenia się osobie przygnębionej ma skutek odwrotny do zamierzonego. W takim razie jak powinna go pocieszyć? Tego z książek nie mogła się nauczyć. Dlatego milczała.

Audivero po chwili uśmiechnął się do niej ponuro, widząc bezradność rysującą się na jej twarzy.

- Służba ucieka, bo nie mam jej dłużej z czego płacić – wytłumaczył dziewczynie. – Kradną, bo uważają, że im się należy. Nie mam już zdrowia do walki, więc mogę tylko patrzeć… I się napić. A i to nie koniec! Orsissów ciągle ubywa. Ani się obejrzeć, a ten dom całkowicie opustoszeje. Jedzenie też się kończy, a nie mam za co go kupić. To, co mamy w beczkach, starczy nam najwyżej do niedzieli. Robię wszystko, żeby ten tłusty kucharzyna odszedł jako ostatni, przynajmniej żeby wysiedział do końca tego tygodnia, ale… wydaje mi się, że on już zaplanował ucieczkę. I to znacznie wcześnie, niż bym tego chciał…

- Dlaczego mówisz mi to wszystko?

Mężczyzna otworzył usta, chcąc wydobyć z siebie jakieś słowa, ale raptownie się powstrzymał.

- Klucz – wskazał ponownie na przedmiot rzucony pod jej stopy. – Zrób, co mówiłem! Idź do tego gabinetu. Jeśli dobrze poszukasz, powinnaś znaleźć jakąś niewielką kwotę. To twój spadek, należy ci się! Gratulacje, ojciec o tobie pomyślał! – Rozłożył ręce, jakby oznajmiał nie wiadomo jak ważną sprawę. – A teraz won. Chcę zostać sam. – Sięgnął po kolejną flaszkę schowaną w biurku.

Dla niego rozmowa była wyraźnie zakończona, lecz Anna miała jeszcze mnóstwo pytań. Pierwszy raz ktoś był wobec niej szczery, pierwszy raz ktoś powiedział jej, co naprawdę myśli i jasno przedstawił sytuację, w jakiej się znalazła. Mimo tego… ona nie wiedziała, co tak naprawdę powinna zrobić. Chciała, żeby uważano ją za dorosłą, ale teraz jak nigdy wcześniej czuła się jak dziecko, którego nikt nie nauczył jak żyć, a które teraz wrzucono w wir dojrzałości.

Nie mogła zdobyć się nawet na schylenie się po przedmiot tuż pod jej niewygodnymi butami. Stała jak słup, całkowicie oszołomiona.

- Co tu jeszcze robisz? – zdenerwował się Audivero, kiedy po solidnym hauście trunku ciągle miał przed oczami przerażoną dziewkę. – Wynocha, mówię! Nie chcę już oglądać żadnego ryja Gaudette’ów, rozumiesz?! – Chwycił za pierwszy lepszy przedmiot spośród sterty śmieci na biurku i rzucił go w stronę dziewczyny.

Zaatakowana zrobiła unik, choć nie zdążyła przyjrzeć się, czym tak naprawdę miała dostać. Nie czekając na kolejny akt szału, szybko schyliła się po klucz, zgarnęła go trzęsącą się dłonią, po czym zostawiła opiekuna domu samego sobie, pozwoliła mu pogrążać się w jego własnych smutkach i żalach. Nie chcę go więcej widzieć – uznała rozzłoszczona jego zachowaniem. – Patrzył na mnie, jakby chciał mnie zabić…

Anna nieświadomie zapoznała się właśnie z tematem generalizacji, charakterystycznym dla wszystkich grup społecznych w Equarze. W tym wypadku chodziło o Audivero, który znienawidził nie tylko samego odpowiedzialnego swojego nieszczęścia, ale również jego rodzinę. Dziewczyna, która mu nigdy w życiu nic nie zrobiła, została przez niego zaatakowana za grzechy jej ojca. Tego samego, którego praktycznie nie znała. Nie rozumiała, dlaczego opiekun domu mówił z pogardą o wszystkich z rodu Gaudette, skoro jedynym, który tak naprawdę mu podpadł, był Vincenzo. To nie miało dla niej sensu… Ale ludzie nie zawsze zachowują się racjonalnie – zdziwiła się, że po zaznajomieniu się z taką ilością cudzych losów ją to w dalszym ciągu zastanawiało. Widać przeczytać to nie to samo co poznać.

Bolało ją, że osoba, która w jakimś stopniu zastępowała jej ojca, potraktowała ją jak chustę, którą w dowolnej chwili można wyrzucić, odstawić na bok i w razie czego wyżyć się za niepowodzenia.

W dziewczynie wezbrało się na płacz. Nie miała odwagi wejść do biura ojca, jak nakazał jej Audivero. Miast tego pobiegła do swojej komnaty i przepłakała większą część dnia.

Kiedy się uspokoiła, zobaczyła w oknie, że słońce już zachodzi, rzucając swoje ostatnie na dziś promyki na opustoszałe morze kwiatów w jej ogrodzie. Widok mimo wszystko był piękny… ale nie uspokoił jej ani trochę.

W końcu z oczu Anny przestały lecieć łzy. Nie znaczyło to, że humor jej się poprawił; dalej pozostawała smutna. Ciągle zbierało się jej na płacz, ale z niewiadomych przyczyn coś ją powstrzymywało. Ostatecznie uznała, że w jej ślepiach skończyła się woda. A i płakać więcej nie ma sensu – powiedziała sobie, wycierając lekko zaczerwienione oczy.  

Wyszła ze swojego pokoju i zaczęła przechadzać się po rezydencji. Zobaczyła wtedy nikłą ilość służby. Mężczyźni i kobiety obrzucali ją nieprzychylnymi spojrzeniami i oddalali się. Niektórzy jeszcze pracowali, inni najprawdopodobniej kończyli się pakować – przy okazji przetrząsając dom w celu znalezienia czegoś cennego. Anna zrozumiała, że dla tych ludzi miejsce, w którym dorastała, więzienie, którego tak nienawidziła, zamieniło się w kopalnie skarbów, a oni sami rozpoczęli wyścig szczurów o jak najcenniejsze zdobycze. Wszystko wyglądało tak, jakby właściciele umarli, a dziewczyna była duchem uwięzionym w rezydencji, którego istnienie nie miało znaczenia. Żałowała, że nie miała choć cząstki mocy zjaw, żeby pogonić tych ludzi. Z drugiej strony trochę ich rozumiała – nie dostali zasłużonej pensji…

Skończyło się na tym, że nie wiedziała, czy ma ich jednoznacznie potępić, czy usprawiedliwić.

Idąc, z daleka zobaczyła Audivero kroczącego po głównym korytarzu. Mężczyzna miał na sobie strój podróżny, koszulę, na nią nałożoną kolczugę, a na to zgrabnie wyszyty wams. Do pasa posiadał przytroczony miecz, a z pleców zwisał mu niewielkich gabarytów tobołek. Po chodzie Anna zrozumiała, że dalej pozostawał pijany, lecz nie powstrzymało go to przed dokładnym ogoleniem zarówno głowy jak i brody. Jego stan był zapewne przyczyną tego, że na ogolonych miejscach znajdowało się kilka strupów. Wygląda jak nowonarodzony – pomyślała w pierwszej chwili Anna. – Dlaczego dopiero teraz się na to zdecydował… Zaraz, gdzie on idzie?

Dziewczyna pobiegła do niego najszybciej jak mogła, co w obecnej sukni i butach było dla niej sporym wysiłkiem. Pijany mężczyzna nie szedł jednak tak szybko, żeby umknąć; udało jej się go złapać. Audivero lekko się uśmiechnął, zauważywszy nadbiegającą Annę, lecz jego spojrzenie zdradzało, że wolałby jej już nigdy więcej nie zobaczyć.

- Gdzie idziesz? – naskoczyła na niego dziewczyna.

Mężczyzna dalej szedł pijanym krokiem, więc Anna była zmuszona podążyć za nim w stronę głównego wejścia.

- Byle dalej stąd – odpowiedział w końcu, widząc, że dziewka nie daje za wygraną.

- Dlaczego?

Opiekun domu wskazał jedyną wolną ręką na otaczające ich pomieszczenia.

- Wyobraź sobie, że lada dzień z tego wszystkiego ostaną się tylko upiorne pamiątki – rzekł.

- Jestem pewna, że mój brat wszystko naprawi…

- Tutaj nie ma co naprawiać. To waląca się wieża, z której trzeba czym prędzej uciekać, zanim kamień zmiażdży cię podczas upadku. Podziwiam twoją naiwność, dziecko, ale wasz ród przestał istnieć. Nie zdziwiłbym się, jakby twój brat oddał cię jakiemuś rybakowi, żeby samemu mieć co żreć.

On najzwyczajniej w świecie tchórzy – uznała dziewczyna. Chciała mu wygarnąć wszystko, co przez całe życie o nim myślała, pragnęła uzmysłowić mu, jak bardzo zdążyła go znienawidzić i dlaczego „była zamknięta w sobie” przez te wszystkie lata. Chciała to zrobić jak nigdy wcześniej… lecz ugryzła się w język. Uznała, że nie na żale teraz pora. Miast tego spróbowała wzbudzić w nim poczucie winy.

- I zamierzasz teraz po tylu latach nas opuścić? – zaczęła ostrożnie. – Wystarczył jeden kryzys, a ty już uciekasz? To chcesz po sobie zostawić? Miano tchórza i gorzkie wspomnienia po swoim imieniu?

Mężczyzna zatrzymał się, a w jego oczach nabrzmiała wściekłość. Zdjął z pleców tobołek i pokazał go dziewczynie.

- Widzisz? – krzyknął jej w twarz. – To wszystko, co za pół mojego życia zostawił mi twój ojciec. Dużo? Powiedz, kurwa, dużo?!

Wystraszona wrzaskiem dziewczyna zaprzeczyła, kiwając głową na boki.

- No właśnie! – Audivero uspokoił się, biorąc głęboki oddech. – Zostawił mi tylko tyle… A może chociaż tyle? Nie wiem, co ten sukinsyn zrobiłby ze mną, gdyby pożył jeszcze te pięć lat.

Założył bagaż za plecy i ponownie zaczął iść. Nie spoglądał nawet na dziewczynę, która kroczyła dwa kroki za nim, z opuszczoną głową. Wyraźnie nie wiedziała, co powinna rzec, lecz go jej rozterki mało obchodziły; podjął już decyzję i nie zamierzał cofać się ani o krok.

W ciszy prowadzony przez Annę dotarł w końcu do drzwi, które od kilku dni niemalże cały czas stały otwarte na oścież, jakby były przygotowane do tego, że w każdej chwili ktoś mógłby przez nie wyjść i nigdy więcej nie powrócić.

Kimś takim obecnie był Audivero, któremu alkohol pomógł znaleźć śmiałość do wykonania jednego, możliwe nawet, że najważniejszego od kilkudziesięciu lat kroku.

- Dlaczego zostawiasz mnie samą? – wydobyła w końcu z siebie dziewczyna, kiedy on miał już przestąpić progi domu. – Zastępowałeś mi ojca…

Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w jej stronę

- Większość swojego życia poświęciłem komuś innemu – wytłumaczył smutnej panience. – Czy to w armii, czy to pod rozkazami twojego ojca. Wszystko, co zrobiłem, poszło na konto kogoś innego. Ja nic tak naprawdę nie dostałem… Ale z tym już koniec!  Teraz zamierzam robić wszystko dla siebie, mniejsza jak, najważniejsze jest to, że nie poświęcę żadnym ludziom ani dnia więcej ze swojego życia. Zmarnowałem ich wystarczająco dużo.

- Co ja mam robić? – pytała załamana, licząc, że dostanie kolejną jasną odpowiedź, tym jednak razem mniej przytłaczającą.

- Czekaj na brata. Powinien zjawić się lada dzień. Jeśli nie… –  zbliżył się do niej, ściszając głos. – Znajdź pieniądze, o których ci mówiłem. Tylko nie trzymaj ich na widoku. Służba przez najbliższe dni jeszcze tu zostanie, ale nie łudź się, że w czymś ci pomogą – będą kraść co się da. Lepiej się im nie napatoczyć… Tak czy siak,  użyj wyobraźni. Zawsze miałaś jej więcej ode mnie.

- Błagam – złapała go za dłoń. – Nie zostawiaj mnie. Boję się. Naprawdę się boję.

Mężczyzna uśmiechnął się do niej zimno, po czym ucałował ją w czoło.

- Nie toleruję sprzeciwów, pamiętasz? – rzekł jej na pożegnanie. – Myślałem, że chociaż tego zdążyłem cię nauczyć…

Z tymi słowy zabrał jej swoją dłoń, po czym udał się w swoim kierunku, w nieznane – jak uznała dziewczyna. Obserwowała go z wewnętrznej strony drzwi, nie spuszczając zeń oka, aż ten nie zniknął na wąskiej ścieżce, całkowicie rozmazany przez ostatnie promyki zachodzącego słońca. Stała w tamtym miejscu jeszcze przez jakiś czas, nie mogąc zebrać myśli. W końcu jednak ktoś jej pomógł – jakiś mężczyzna, którego twarzy nawet nie kojarzyła, odepchnął ją i wyszedł, zabierając ze sobą srebrną tacę. Siła, z jaką ją przetrącił, wystarczyła, żeby zwalić Annę na podłogę. Szlachcianka nie miała chęci wstać; zwinęła się w kłębek i płakała tam przez jakiś czas – widać dodatkowy zapas wody w jej oczach się znalazł.  

Kiedy w końcu trochę się opamiętała, było już ciemno, a od rozpostartych drzwi wiało zimno. Mozolnie się podniosła, jakby od niechcenia, a następnie zamknęła wejście – ostatecznie żegnając w ten sposób Audivero oraz całą nienawiść, jaką do niego żywiła.

Nie chodziło o to, że nie miała do niego żalu – po prostu nie widziała sensu gniewać się na człowieka, który dobrowolnie zniknął z jej życia, nie chciała gorzko go wspominać ani rozpamiętywać przeszłości jak co starsi bohaterowie książek. Pragnęła być ponad to… a Audivero na tę chwilę wydawał jej się jedyną osobą, której z całej rodziny mogłaby wybaczyć.

Cały dzień płaczu bardzo ją zmęczył. Zdała sobie sprawę, że emocjonalnie ten czas był równie ciężki jak przenoszenie gór. Padła na łóżko w swojej komnacie i myślała, że zaśnie w kilka chwil. Tak się jednak nie stało – przynajmniej pół nocy nie zmrużyła oka, słysząc niepokojące dźwięki dobiegające z korytarza i sąsiednich pokoi. Przy pierwszych zbliżających się krokach zamknęła drzwi na klucz, ale mimo to ciągle obawiała się o swoje życie – trwożyła się, że ludzie wedrą się do komnaty i zrobią jej coś złego.

Kiedy była już cała spocona, kiedy od nieprzyjemnych myśli jej głowa zaczęła boleć – udało jej się jakoś zasnąć.

Następny dzień był inny niż wszystkie do jakich przywykła – od samego ranka nie przywitała jej służba, nikt jej nawet nie obudził, zapewne spała do południa. W dalszym ciągu była jednak zmęczona. Ale musiała zorganizować się sama. Najpierw uczesała włosy i zrobiła sobie warkocz, którego pleść wcześniej nauczyły ją służki. Jak już to załatwiła, udała się do pokoju brata w samej bieliźnie i cienkiej, przewiewnej koszuli nocnej. Na miejscu zastała wielki nieporządek i masę porozrzucanego… wszystkiego, ale to, czego tam szukała, było na swoim miejscu.

Większość szykownych ubrań, jakie Pietro posiadał, została rozkradziona, albo wydarto z nich bogato wyglądające części, niszcząc przy tym całość. Tak czy siak, Annę obchodziły zwykłe ubrania, których nikt nawet nie ruszył. W pokoju znajdowały się tylko stroje sprzed kilku lat, czyli ostatniej wizyty wówczas szesnastoletniego chłopaka, bardzo wysokiego i postawnego. Spodnie, które znalazła, były na nią za duże – musiała dopomóc sobie starym, lekko zniszczonym paskiem. Prócz tego pod spodnie włożyła koszulę – co sprawiło, że wyglądała na bardziej do niej dopasowaną – a na nią założyła kubrak czternastolatka, który Pietro zakładał do jazdy konnej, a który na nią pasował idealnie. Cóż… trochę cisnął w miejscu piersi, ale nie dla kobiet był zrobiony, więc chyba wszystko pozostawało jak należy…  Sięgnęła jeszcze po buty i rękawice myśliwskie, po czym była już gotowa. Po raz pierwszy odkąd pamiętam mam na sobie tak wygodne ubrania – musiała przyznać. – Jeśli przyjdzie mi tutaj umrzeć, przynajmniej nie będę nabierała ostatnich oddechów w gorsecie.

Sprawę odzieży miała już załatwioną. Teraz przyszła kolej na jedzenie. Anna udała się do kuchni, chcąc sprawdzić, co też kucharz dla niej przygotował. Na miejscu nikogo jednak nie zastała – w pomieszczeniu panowała taka cisza, że aż zdawała się piszczeć. Dziewczyna uznała, że kucharz musiał uciec wcześniej, niż się zobowiązał. Chyba nawet Audivero nie przewidziałby, że zrobi to tak szybko – zaśmiała się w nieszczęściu.

Przeczesując kuchnię, odkryła, że przedwcześnie zbiegły mężczyzna zabrał ze sobą nie tylko własną osobę, ale również trochę zawartości beczek z zakonserwowaną żywnością. Opiekun domu powiedział jej, że jedzenia powinno starczyć do końca tygodnia – mniej więcej wtedy miał też zniknąć kucharz – ale po kradzieży – biorąc pod uwagę jej wieczny brak apetytu – starczy najwyżej na trzy dni. I to tylko jak zmusi się do jedzenia czosnku, którego z całego serca nienawidziła.

Zawsze pozostawała też inna możliwość – nikt nic nie ukradł, a jedzenia naprawdę było tak mało – przecież Audivero, zwłaszcza po pijanemu, nie stawał się nieomylny… A i mógł mnie okłamać – uznała po chwili.

 Bez zbędnego narzekania zabrała co nieco z resztek i zjadła kromkę chleba posmarowaną odrobiną masła i lekko nadgnite jabłko.

Po śniadaniu jakiś czas przechadzała się po rezydencji, oglądając jak ostatni przedstawiciele służby rozkradają dom. Przy okazji uzmysłowiła sobie, że Audivero nie tylko w sprawie uciekającego kucharza miał rację – rezydencja opustoszała, a wszystkie pokoje zostały starannie przeczesane i porozkradano w nich to, co cenne.

Oglądając ten potworny widok, dziewczyna zaczęła żałować, że nie udała się za opiekunem domu. Początkowo mężczyzna pewnie byłby temu nieprzychylny, ale w końcu musiałby zaakceptować jej obecność – przecież w pewnym sensie ją wychowywał, jakieś poczucie przyzwoitości by się w nim odezwało… ale to pozostawały tylko domysły dziewczyny. Możliwe, że sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej, a Audivero – nie wytrzymałby jej natręctwa i w szale poderżnął jej gardło – pozbyłby się problemu za jednym cięciem. Nie mogła odrzucić i takiej możliwości. Anna była marzycielką i przez swoje dotychczasowe życie mimowolnie wyidealizowała sobie rzeczywistość… Ale z tym już koniec – zarzekała się. – Teraz będę patrzeć na świat trzeźwo! I na pewno nigdy więcej nie będę płakać z bezradności!

Udanie się za opiekunem domu mogłoby okazać się bardzo niebezpieczne, poza tym… nigdy tak naprawdę go nie lubiła. Teraz zaczęła myśleć o nim pozytywnie, bo był  pozostałością po czasach, kiedy niczym nie musiała się przejmować. Czytała o tym z powieści, możliwe nawet, że jeszcze kiedyś będzie wspominać swoje dzieciństwo dobrze, a Audivero w jej oczach okaże się świetnym zastępcą ojca… Nie wierzyła w to, ale bohaterowie utworów również na początku nie wyobrażali sobie takiego obrotu spraw.

Tak czy siak, nie żałowała, że została. Z dwóch możliwych osób, z którymi wyobrażałaby sobie dalszą drogę, Pietro wydawał się tym lepszym wyborem. Na pewno z nich dwóch był przyjemniejszy do towarzystwa, nie dotknięty starczą zgorzkniałością, a i ojciec czegoś go przez tyle lat o zawodzie musiał nauczyć. Jeśli pokazałby Annie co ta ma robić,  mogłaby mu pomóc wyjść z rodzinnego kryzysu. I zniosłabym wszystko – mówiła sobie. – Nawet jeśli co chwilę zagadywałby mnie tymi swoim przechwałkami.

I tak wypatrywała mężczyzny, którego wyglądu nawet nie kojarzyła. W głowie przypominała sobie przez ten czas brata i imaginowała, jak mógł się zmienić. Jej bujna wyobraźnia dodawała mu kilka blizn, przy okazji wymyślając im długie genezy. Ostateczny obraz brata, jaki udało jej się ułożyć, został jednak przez nią całkowicie odrzucony. Przez nadmiar wolego czasu sprawiła raczej, że wyglądał jak łowca przygód albo rycerz, niźli młodzik szkolący się na kupca. Równie dobrze może teraz być strasznie gruby – zakończyła pracę wyobraźni, uznając, że jej przypuszczenia nie mają w tej kwestii żadnego sensu.

Reszta dnia minęła jej stosunkowo spokojnie. Przeczesywała rezydencję, spoglądając w każdej możliwej chwili w okna i wypatrując przyjazdu Pietro. Po drodze napotkała kilku byłych służących, którzy ciągle poszukiwali „należnej zapłaty”. Mężczyźni spoglądali na nią pustym wzrokiem, jakby ignorując jej obecność. Dziewczyna wolała to od spojrzeń, które żądały jej krwi. Mimo to, kiedy dotarła do swojego pokoju, z miejsca zamknęła drzwi na klucz.  W środku okazało się, że ktoś zrobił porządek także z jej szafą, która obecnie leżała wywrócona na ziemi z drzwiczkami niemalże wyrwanymi z zawiasów. Zawartość walała się na całej podłodze – w większości nie zdatna do użytku. I dobrze – w ogóle się tym nie przejęła. – Nigdy więcej nie będę chodzić w czymś tak niewygodnym!

Położyła się i przez długi czas usiłowała zasnąć. Ciągle obecne naokoło hałasy nie pomagały jej się uspokoić, ale w końcu nawet i do nich się przyzwyczaiła. Tego dnia po raz pierwszy od szesnastu lat przysnęła bez zażycia kąpieli.

Następnego dnia wczorajsze odgłosy zmusiły ją do przeszukania całości rezydencji w poszukiwaniu czegoś do obrony. Miecza, toporka, sztyletu… czegokolwiek, z czym w dłoniach czułaby się bezpieczniej. Niestety w tak dużym domu schowanie choćby sztuki broni pod jakąś szufladą graniczyło z cudem – zezłościła się, kiedy połowa dnia minęła jej na bezowocnym przeszukiwaniu. Po dłuższym namyśle jednak, uznała, że – znowu! – pozostawała druga opcja: broń przecież jest cenna, a co za tym idzie – służba mogła ją rozkraść. Moi strażnicy w końcu tak ze swoimi mieczami zrobili – przypomniała sobie. – A to przecież Audivero wyciągnął ich z rynsztoka, jak raczył mawiać, i przyodział w odpowiedni do pracy rynsztunek. Zabrali go, „bo im się należał”.

Niezależnie od przyczyny jej trudy okazały się bezowocne.

W końcu, przechodząc przed gabinetem ojca, przypomniała sobie, co powiedział jej Audivero. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni klucz, z którym od czasu otrzymania go się nie rozstawała, i otworzyła drzwi. Szybko przez nie przeszła i zamknęła od wewnątrz, nie życząc sobie nieproszonych gości.

Gabinet pozostawał nieskazitelnie czysty – obecnie wydawał się być najbardziej uporządkowanym miejscem w rezydencji. Nikt nie położył tutaj swoich brudnych łap – pomyślała, przypominając sobie pokryte piachem twarze mężczyzn, którzy minęli ją jakiś czas temu na korytarzu. Wszystko wyglądało niemalże identycznie jak wtedy, kiedy Anna była tam pierwszy raz; dokładnie tak zapamiętała to miejsce, z dużymi i ciemnymi meblami oraz niepokojąco małą dawką światła. Jedyną różnicą był brak wszechobecnych papierów, o którym zawczasu uprzedził ją Audivero.

Dziewczyna przeszukiwała przez jakiś czas masę obecnych w pomieszczeniu półek i szafek, których jedyną zawartością był kurz. Początkowo myślała, że opiekun domu jednak się pomylił i Vincenzo żadnego „spadku” dla córki nie zostawił. Później jednak zaczęła szukać bardziej… szczegółowo. Znając liczne książki, postanowiła zdjąć portret pana domu, który wisiał tuż nad biurkiem. Jej ojciec musiał lubić klasykę, gdyż w tamtym miejscu znajdowała się skrytka. Nie mogła otworzyć jej bez klucza, ale na szczęście ten, który posiadała, pasował również tam. Otworzyła ciężkie drzwiczki i zobaczyła w środku niewielki mieszek ze średnimi orsissami oraz krótki miecz schowany w pochwie. Zapewne tak według ojca przygotowuje się na czarną godzinę – myślała. – Można z tym uciekać…  ale i popełnić samobójstwo…

Miecz zabrała od razu i przytroczyła do pasa – po całym dniu poszukiwań cieszyła się, że znalazła to, czego szukała, w miejscu, gdzie się tego nawet nie spodziewała.

Pieniądze – jak potrzebne jej teraz by nie były – odłożyła jeszcze raz do skrytki i ponownie ukryła. Uznała, że dopóki po domu kręcą się podejrzani osobnicy, nie ma po co dawać im powodu do zainteresowania się jej osobą. Wiedziała, że pieniądze będą najbezpieczniejsze w tym miejscu. Zabrałaby je, gdyby już miała uciekać, a ona przecież czekała na brata. Kiedy ten się zjawi, wtedy ogołoci ten „skarbiec”. Ale do tego czasu lepiej nie wystawiać chciwości byłej służby na próbę.

Wymknęła się z gabinetu, zamknęła drzwi na kluczyk tak szybko jak mogła i, jakby nigdy nic się nie stało, udała się na dalszy marsz po umierającej rezydencji.

Kolejne dni były dla niej niezwykle ciężkie. Co prawda na ich przestrzeni dom całkowicie opustoszał, a podczas nocy nie słyszała wokół żadnego harmidru, ale… Jedzenie się kończyło, a Pietro się nie zjawiał. Jadła bardzo mało, a za każdym kolejnym posiłkiem starała się dodatkowo ograniczać porcję, jednocześnie pilnując się, żeby się nie zagłodzić. Jak całe życie pozostawała raczej niejadkiem, tak obecnie czuła, że mogłaby zjeść tyle, ile zawsze wcinał przed nią Audivero – cały talerz i jeszcze dokładkę albo dwie!

Minęły dwa dni, a w beczkach ostał się rarytas, który zachowała na koniec – zasolony łosoś, którego sam widok sprawiał, że ślinka jej ciekła. Trzeciego dnia, odpuściła sobie śniadanie, nie chciała marnować ryby, lecz kiedy dotrwała do południa, nie mogła więcej wytrzymać. Napaliła w piecyku i usmażyła rybę, lekko przypiekając – robiła to może piąty raz w życiu, więc brak wprawy nie powinien nikogo dziwić. Cudem i tak już było to, że na przestrzeni ostatnich dni nauczyła się rozpalać ogień. Tym razem książki na coś się jej przydały. Metoda na dwa pocierane kamienie nadała się idealnie. A i o same kamienie nie było trudno – w ogrodzie obłożono nimi niegdyś wszystkie kwieciste kopce.

Anna zjadła wszystko za pierwszym razem. Wiedziała, że powinna zostawić coś na później, ale nie mogła się powstrzymać – przez ostatnie dni była naprawdę głodna. Musiała w końcu porządnie się odżywić. I nie żałowała, że to zrobiła. Jednocześnie wiedziała, że opróżniła tym samym resztki zapasów. Teraz pozostaje tylko udać się do miasta po więcej – oznajmiła niepewnie. – Po raz pierwszy od… ilu? Dziesięciu lat?

Nie chciała wychodzić z domu. I nie chodziło tutaj tylko o strach albo o to, że minie się z Pietro. Nie, w tym kryło się coś więcej niż lęk. Bała się zgubić, wpaść w ręce nikczemnych ludzi, zarazić się od trędowatych chorobą, zostać zaatakowana przez dzikie zwierzęta – obawiała się wszystkiego. To, co kiedyś ją fascynowało, dzisiaj zdawało się tylko straszakiem, który skutecznie trzymał ją w rezydencji. Wiedziała jednak, że to pozostałość po jej poprzednim życiu, tym, które dobiegło końca wraz ze śmiercią Vincenzo. Obiecała sobie, że pokona wszystkie przeciwności. Chciała pomóc bratu w odbudowaniu potęgi rodziny – nie mogła wahać się przy tak błahych czynnościach. Dlatego postanowiła dzisiaj udać się do miasta w celu uzupełnienia zapasów. Tuż po obiedzie się na to zdecydowała…

Obecnie zachodziło słońce, a ona ciągle stała przed drzwiami i zbierała się na odwagę. Zabrała już sakiewkę z pieniędzmi, nawet wiedziała, gdzie znajdzie potrzebne towary – ciągle znała na pamięć mapę okolicy. Pozostawało tylko wyjść.

- Musisz w końcu to zrobić – powtarzała sobie. – Szybko, zanim się ściemni… Idiotka, w takim tempie sklepy będą zamknięte…

W końcu, przekonując się przez długi czas, udało jej się postawić pierwszy krok na ziemi, tuż za progiem domu. Był to jeszcze teren rezydencji, ale to pozostawała najtrudniejsza część i w końcu miała ją za sobą. Reszta zdawała się być już tylko formalnością…

Szybko zawróciła, chowając się za drzwiami i ściskając rękojeść krótkiego miecza. Zaczęła intensywnie oddychać, a jej twarz zrobiła się biała jak mleko. Znowu natrafiła na kolejne trudności. Tym razem jednak nie stanowiła ich ona sama.

Tuż przed głównym wejściem na teren posesji, zauważyła trzech bardzo paskudnych i jeszcze bardziej podejrzanie wyglądających typów. Lekko się wychyliła, chcąc przyjrzeć się im dokładniej. Jeden z nich miał wyłupane oko, drugi uśmiechał się cały czas, choć posiadał może jeden ząb, a trzeci… jego twarz przypominała Annie konia. Dziewczyna spoglądała na trójkę nieproszonych gości zza drzwi, tak, żeby ci jej nie zauważyli. Sparaliżował ją strach; chciała uciec, ale miała wrażenie, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa.

Ludzie, którzy właśnie zmierzali prosto do jej domu – prosto na spotkanie z nią – wyglądali jak typowi opryszkowie z powieści. Stereotypy jak wiadomo mylą, ale tym razem nie wydawało jej się, że źle ich oceniła. Nikt z dobrymi zamiarami nie idzie do obcego domu z bronią na wierzchu! – panikowała, chowając się tuż przed drzwiami.

Jej stres rósł z każdą chwilą. Zajął ją tak bardzo, że nie zdała sobie nawet sprawy, kiedy bandyci zbliżyli się tak blisko, że usłyszała ich kroki, a później same głosy. Z tej krótkiej rozmowy dowiedziała się, czegóż ci tutaj szukali.

- Mówię wam, na pewno coś zostało – przekonywał jeden.

- Jesteś pewny tak jak ostatnio? – zapytał drugi, wyraźnie niezadowolony. – Może od razu zawrócimy? Będzie szybciej…

- Daj spokój! Tym razem na pewno się obłowimy. Rozmawiałem ze sługą…

- …Który wcześniej obrobił ten dom z koleżkami – dodał trzeci. – Myślisz, że mówiłby ci o nim, gdyby, kurwa, coś zostało? Dlaczego my w ogóle z tobą idziemy?

- Bo podświadomie się ze mną zgadzacie – nie ustępował pierwszy. – I zaraz się o tym przekonacie! Jeszcze będziecie mnie przepraszać.

Po tych słowach jeden z nich postawił stopę na progu domu. Mniej więcej w tym samym czasie Anna zamachnęła się mieczem na oślep. W coś trafiła, bo usłyszała krzyk jednego z mężczyzn.

- Kurwa!!! – Ryk był bardzo przeciągły.

- Ja pierdolę! – wrzasnął drugi odruchowo. – Duchy!

Kiedy sytuacja jednak się uspokoiła, wszyscy zrozumieli, co się stało. Anna, nieznana mężczyznom kobieta, widocznie szlachetnie urodzona, zaatakowała jednego z nich, ucinając kawałek ucha i zostawiając bliznę na połowie policzka. Rana była jednak zbyt nieumiejętnie zadana, żeby spowodować konkretne szkody. Oszpeciła brzydala o końskiej twarzy, co wydało się małą stratą, ale zaatakowany człek – co winno być oczywiste – nie patrzył na to w ten sposób. W jego oczach płoną wściekły ogień skierowany na sprawczynię tego nieszczęścia.

- Ty podstępna kurwo! – Na starcie uderzył Annę z pełną siłą, sprawiając, że ta upadła i wypuściła miecz z dłoni. – Widzisz? – zwrócił się do jednego ze swoich druhów. – Masz ci swoje duchy. Babsztyl w spodniach! Bardziej pokracznej zjawy chyba nie widziałem.

- Może i dziwadło – zgodził się ten bezzęby. – Ale dupę ma ładną. Weź, pokaż więcej!

- Ona mnie oszpeciła!

- To i się na niej odegrasz! Domiszcze przeszukamy później, najpierw trza pozbyć się rezydentów…. I przy okazji się nieco zabawić. – Wysunął w stronę leżącej dziewki dłoń, lecz ta nie miała zamiaru od tak się poddać. Pozbawiona broni, nie widząc lepszego wyjścia, ugryzła brzydala niczym agresywny pies.

- Aaaa! – jęknął z bólu ugryziony, po czym uderzył Annę. – Prawie mi odgryzła palca… Widzisz? Teraz i ja muszę się na niej odegrać!

Trzeci mężczyzna, jednooki, przyglądał się całemu wydarzeniu z zainteresowaniem, jakby był świadkiem najwyborniejszego widowiska. Nie w głowie mu było interweniować; nie wyglądał na takiego, który pomógłby damie w potrzebie – przypominał raczej jeden z powodów jej nieszczęścia.

Dwaj mężczyźni zaczęli dobierać się do spodni dziewczyny, usiłowali zdjąć jej pas, co ta z całych sił im utrudniała – wyrywała się i wierzgała, jak to tylko było możliwe.

- Trzymaj ją mocniej – wrzeszczał na drugiego jeden.

- Nie da się – odszczekiwał jego kompan. – Suka zbyt się stawia!

Anna robiła co mogła, wiedziała, jednak, że znalazła się w beznadziejnej sytuacji. Zdawała sobie sprawę z tego, że duet mężczyzn w końcu nad nią zagóruje i ta będzie musiała się poddać, dać im wszystko, czego chcieli. To było oczywiste, że po fakcie poderżną jej gardło. Siliła się, żeby ich powstrzymać. I z każdą następną chwilą coraz bardziej im ulegała.

- Taka jesteś? – wnerwił się w końcu mężczyzna o końskiej twarzy. – Jak nie dasz po dobroci, to będę niedobry! – Wyciągnął sztylet zza pleców, po czym zaczął bawić się nim na twarzy dziewczyny. Po chwili zwrócił się do jednookiego towarzysza, widza, jak skwitowała go Anna: – Które oko ci wyłupali? Nie stój jak słup, do ciebie mówię. Gadaj, które panowie szlachta ci odebrali?

- Lewę – odpowiedział z lekkim opóźnieniem zapytany. – Ale co…

Zanim zdążył dokończyć, opryszek o końskiej twarzy zatopił koniec sztyletu w jednym oku dziewczyny. Kobieta zawyła przeraźliwie, po raz pierwszy będąc narażoną na takie spazmy bólu, nie straciła jednak przytomności. Jęczała, nie mogąc powstrzymać się od wydobywania z siebie głosu. Ale wierzgać zaprzestała. Wtedy jeden z mężczyzn ściągnął jej pas i odrzucił gdzieś w dal.

- Kretynie – rzekł ten jednooki. – Nie to lewo! Nigdy mi się nie przyglądałeś?

- Nie – zgodził się ten drugi. – Za szpetny na to jesteś! Teraz cicho, jestem zajęty!

Najzwyklejsze okrucieństwo, którego bandyta się dopuścił, tłumaczył sobie upośledzoną wersją sprawiedliwości, w której odegrać się za krzywdy można było na każdym przedstawicielu szlachty. Każdy przecie odpowiada za czyny większości – takie było jego rozumowanie. I przez nie Anna znowu otrzymała karę za grzechy kogoś innego. Tym jednak razem pamiątkę po tym zachowa do końca życia. Dobrze, że ono już długo nie potrwa – uznała poddana.  

Była przekonana, że to już koniec, że zaraz przyjdzie jej poznać najokrutniejsze doświadczenie, jakie może przejść kobieta, a tuż po tym umrze bez otrzymania sprawiedliwości. Może to i dobrze? – przemknęła jej przez głowę myśl. – I tak nikt tak naprawdę mnie nie chciał.

Ojciec do końca przed nią uciekał. Matka wolała odebrać sobie życie. Audivero kilka dni temu pokazał, ile ona dla niego znaczyła, a Pietro… jeśli jeszcze żyje, najprawdopodobniej jest teraz gdzieś daleko, starając się znowu wzbogacić. Wszyscy o niej zapomnieli. Tak – powiedziała sobie. – Dobrze się stało. Niech zdycha ta głupia dziewucha, której nigdy tak naprawdę nie kochano!

Anna zamknęła oczy, widząc, że pozbawiony ucha człek próbuje ściągnąć jej spodnie.

Jednak zamiast dźwięku, który towarzyszy darciu wełny, usłyszała inny, znacznie bardziej nieprzyjemny odgłos, który zdawał się jej na obecną chwilę wybawieniem. Jej uszu doszedł kojący szelest wydobywającej się klingi, który przeistoczył się w dźwięk nabijanego mięsa. Człek, który wcześniej próbował zdjąć jej spodnie, odwrócił się, chcąc zobaczyć, co się dzieje. Wytrzeszczył oczy i zaraz brzmienie nabijanego mięsa się powtórzyło. W następnej chwili bandyta o końskiej twarzy wykrwawiał się na podłodze, tuż pod stopami Anny.

Dziewczyna zobaczyła, co się stało. Przed sobą miała dwa ciała, oba bezwiednie leżące na ziemi i sączące duże ilości krwi. Nad nimi stał jej wybawca. Mężczyzna był bardzo młody, posiadał ciemne włosy – lecz jaśniejsze od tych kobiety – związane w kucyk. Na twarzy rysował mu się niedbały zarost, który jednak dodawał mu uroku. Posiadał niezwykle intensywny kolor niebieskich oczu. Był wysoki i… piękny, jak bohater epickiej powieści. Choć jego ubiór nie wskazywał na rycerza czy bohatera. Wyglądał raczej jak uzbrojony podróżny lub… kupiec!

W tej chwili zdała sobie sprawę, z kim miała przyjemność. Gdyby to była inna sytuacja, zaczerwieniłaby się ze wstydu, przepraszała, że pomyliła go z kimś innym. Nie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażała: nie miał blizn, choć jego lico wydawało się szorstkie, a z oczu biła pewność siebie. Nie był też gruby, ramiona miał szerokie i zdawał się przynajmniej o półtorej głowy od niej wyższy. Jej wyobrażenia rysowały się nieco inaczej… jednak cieszyła się, że miała przed sobą Pietro. Jej brat wiedział, kiedy zjawić się w odpowiedniej chwili.

Jedyny pozostały przy życiu, bezzębny opryszek, zaatakował Pietro swoim toporem. Lecz jej brat szybko zrobił unik i odciął rękę, która podniosła na niego broń. Okaleczony mężczyzna ryknął z bólu i padł na podłogę. W następnej chwili, leżąc, zaczął oddalać się od Pietro, błagając przy okazji o życie.

- Ja… ja… nie chciałem – jęczał. – Panie, okaż litość! To nie ja ją okaleczyłem! Nawet nie chciałem jej ruszyć. Ja nie…

Jej brat jednak nie miał zamiaru go słuchać – wbił ostrze w jego gardziel, jednocześnie kończąc jego paplaninę jak i życie.

W następnej chwili Pietro zwrócił się ku niej, spiesząc na ratunek. Na starcie wyciągnął z jednej ze swoich sakw ręcznie dzierganą chustę i przyłożył ją do oka… to znaczy: do miejsca po oku Anny.

- Boli! – oddaliła się dziewczyna, kiedy poczuła ścisk.

- No to sama zaciskaj. – Mężczyzna oddał jej zawartość swojej dłoni i udał się w stronę wyjścia. – Zrób to tak, żebyś mogła wytrzymać ból i jednocześnie nie za lekko, żebyś nie krwawiła.

- Jak mam nie krwawić? – dziwiła się dziewczyna, po raz pierwszy widząc przed sobą tyle wylanej juchy. Jakby usilnie nie ściskała tej rany, i tak było jej coraz więcej. W kilka chwil chusta z bieli zmieniła barwę na czerwień.

Kiedy ona była zajęta obserwowaniem własnego ubytku krwi, jej brat po coś się udał. Najprawdopodobniej poszedł do powozu, którym tutaj przybył. Przy odrobinie szczęścia posiadał coś, co pomogłoby uśmierzyć jej ból. Jakieś lekarstwo, które może przywiózł z odległej krainy….

Nie miała teraz ani chęci, ani wyobraźni do wymyślania czegokolwiek. Zdawało jej się, że wraz z krwią wyciekają kawałki jej mózgu. Czuła się otępiała.

Przez co nie zauważyła brata ponownie wbiegającego do pomieszczenia, z bandażem i czystą chustą w jednej dłoni oraz niewielką butelką – zapewne jakiegoś leku – w drugiej.

- Napij się – nakazał jej, podając wywar.

- Co to jest? – zapytała zaciekawiona.

- Wódka – odrzekł jej brat. – I to bardzo mocna. Weź solidny łyk. Przyda ci się.

- Dlaczego?

- Po prostu pij.

Dziewczyna wykonała polecenie, choć obawiała się dalszych poczynań brata. Kiedy skończyła, zakręciło jej się w głowie, a gardło potwornie ją zapiekło; przez chwilę myślała nawet, że będzie rzygać, lecz nic takiego się nie stało.

Kiedy oddaliła butelkę od ust, Pietro szybko jej ją zabrał, po czym trzymając ją w pogotowiu, oznajmił:

- Muszę zobaczyć twoją ranę.

Anna powolnie opuściła czerwoną chustę i pozwoliła bratu, żeby przejrzał resztki jej oka.

- Miałaś szczęście – odrzekł po krótkich oględzinach Pietro. – Rana nie była głęboka… Tyle co straciłaś oko. Nawet nie trzeba szyć… Wystarczy… No tak. To będzie nieprzyjemne.

- Co takie…

Jej brat szybko chlusną jej resztką trunku po ranie, sprawiając jej przy tym nieziemski ból. Dziewczyna odepchnęła go raptownie i zwinęła się w kłębek, krzycząc przy tym niewyobrażalnie.

- Dlaczego to zrobiłeś?! – wrzeszczała.

- Musiałem oczyścić ranę, żeby nie wdało się zakażenie… Trzeba było to zrobić, bo inaczej mogłaś umrzeć.  Wiem, co robię, zaufaj mi. Teraz wystarczy…

- Nie! Nic więcej! Mam dosyć!

- Posłuchaj… – nie ustępował mężczyzna. – Jeśli teraz nie opatrzę rany, będę musiał odkazić ją jeszcze raz, rozumiesz? Pozwól mi dokończyć, a potem już jedyną osobą, która dotknie twoje ślepie, będzie lekarz, dobrze?

Początkowo nieufna dziewczyna, w końcu mozolnie się podniosła, mając coraz większe zakręty w głowie. Jej brat szybko przyłożył do pozostałości jej oka czystą chustę, złożoną w niewielki kwadracik, a następnie zaczął umocowywać ją za pomocą bandaża. Starał się być ostrożny, więc trochę to potrwało.

- Myślałam, że mnie zostawiłeś – przerwała milczenie Anna.

- Rad jestem, że się myliłaś – odrzekł Pietro, kończąc kolejne okrążenie bandażem. – Czy ja się nie mylę, że to moje ubrania?

- Mogę wytłumaczyć się później? – odrzekła dziewczyna.

- Jak najbardziej. – Jednym okiem dostrzegła lekki uśmiech na jego twarzy. – Nawet ci pasuje.

- Co się działo przez ten czas, kiedy cię nie było…

- O tym też porozmawiamy później – nie zaproponował, a orzekł. – No, skończone. Teraz powinnaś odpocząć.

- Nie jestem zmęczona – nie zgodziła się Anna, choć po prawdzie ledwo nie zwaliła się na podłogę. – Nawet słońce nie zdążyło zajść, a ja…

- Ale lada chwila zajdzie – Podał jej pasek od spodni. – A ty wystarczająco dzisiaj wycierpiałaś. Rana powoli będzie się goić, bylebyś jej nie zruszyła.

Na twarz dziewczyny wstąpił grymas niezadowolenia, z miejsca przypomniała sobie Audivero, którego jej brat w obecnej chwili najprawdopodobniej starał się zastąpić. Rozpamiętała także to, że nigdy tak naprawdę Pietro nie znała ani tym bardziej nie lubiła.

Mimo to poddała mu się całkowicie, kiedy wziął ją na ręce i zaniósł do jej pokoju. Wiedziała, że ona sama nie miała na to sił, a on… co by nie powiedzieć, była mu niezmiernie wdzięczna, a obecnie w jej oczach… to znaczy: w jej oku zdawał się być niczym bohater.

Będę musiała przywyknąć do pojedynczej formy oka – pomyślała rozżalona.

- Pamiętasz, gdzie to jest? – zaciekawiła się dziewczyna, widząc jak jej brat przemierza korytarz, jakby wiedząc, co robi.

- Oczywiście – odrzekł Pietro. – To w końcu mój dom. Trochę… inny, ale ciągle mój.

 Mężczyzna dotarł do jej pokoju i położył dziewczynę na łoże, oglądając przy okazji dokonane w pomieszczeniu zniszczenia. Po wszystkim okrył siostrę kołdrą i udał się w stronę wyjścia.

- Pietro? – zatrzymała go Anna.

- Tak?

- Dziękuję za ratunek… I za to, że o mnie nie zapomniałeś.

- Jakże bym mógł? – szczerze się zdziwił. – W końcu jesteśmy rodziną. Musimy sobie pomagać, nie? Pamiętasz te nudne gatki ojca, że mamy tylko siebie na świecie i tak dalej? Co by o nim nie powiedzieć, tu miał rację… No nic, śpij dobrze. Od jutra będzie już tylko lepiej – z tymi słowy ją zostawił.

Tej nocy po raz pierwszy od kilku dni Annie udało się zasnąć błyskawicznie. Nie ze względu na to, że była wielce wyczerpana – choć była – powód przedstawiał się inaczej. Po raz pierwszy, odkąd zawaliło się znane jej życie, znalazła coś, czego szukała – obietnicę poprawy.

 

Prolog II

Ku chwale rodu Gaudette!

 

Pietro nareszcie wrócił do domu. Powinien się cieszyć, że w końcu mu się udało. A jednak wszystko było nie tak. Na starcie przywitał go potworny widok; gdyby zjawił się choć chwilę później, jego siostra mogłaby już nie żyć. Nawet nie wyobrażał sobie, co ta biedna dziewczyna musiała w tej chwili przechodzić. Przynajmniej dobrze, że zasnęła – powiedział sobie.

On jednak nie mógł pozwolić sobie na odpoczynek. Musiał… posprzątać po nieproszonych gościach. I tak, miast odsypiać więcej jak tydzień podróży, kopał duży dół w ogrodzie, w którym kiedyś było pełno kolorów, a który obecnie wyglądał nie lepiej od opustoszałego cmentarzyska. Trupy zaraz też będą – rozbawił się, ocierając twarz z potu.

Słońce zdążyło zajść, kiedy wlekł ciała pod jeden z kopców. Żeby cokolwiek widzieć, musiał znaleźć lampę – to zadanie zajęło mu kupę czasu, gdyż nic nie ostało się tak, jak zapamiętał. Odnalazł poszukiwaną rzuconą gdzieś w kącie. Była nieco stłuczona, ale knot miała długi i zdatny do zapalenia, więc zrobił z niej użytek i położył tuż przed jednym ze zwłok.

Kiedy grób był już gotowy, Pietro wrzucił do niego całą trójkę ciał. I teraz znowu je zakopać – zirytował się, ponownie chwytając za łopatę. – Może zostanę grabarzem?

Zażartował, ale po prawdzie – nie miał żadnego pomysłu. Tyle lat męczył się z ojcem, tyle lat robił wszystko, żeby powstrzymywać jego wypady, ale ostatecznie wystarczyła chwila nieuwagi, żeby wszystko zaprzepaścić. Podczas ostatnich wypraw to właśnie on, nie Vincenzo, załatwiał wszystkie interesy. Ten drugi może na początku był pomocny, ale kiedy P zrozumiał, na czym jego zawód polega, ojciec zaczął mu wadzić.

Mężczyzna, którego pół życia podziwiał, przy bliższym poznaniu okazał się zwykłym, dręczonym własnymi słabościami, czasami obrzydliwym, typkiem. Bywały dnie, że Pietro mógł powiedzieć, iż ojciec zdawał się normalny. Innym jednak razem ten potrafił zaprzepaścić dobry interes z błahych powodów – bo sprzedawca się nie spodobał, bo jego żona patrzyła krzywo i tak dalej. Vincenzo miewał też w zwyczaju marnować pieniądze, jak nie na hazard, to na kobiety. Swoim życiem sprawił, że jego syn – niegdyś zapatrzony w niego jak w obrazek – nie mógł na pogrzebie uronić nawet łzy. A próbowałem – myślał rozgoryczony. – Ale jedyne, co staruszek po sobie zostawił, to niechęć. Znacznie bardziej chciało mi się napluć na trumnę niż oddać mu szacunek.

Pietro był wtedy bardzo wzburzony, lecz nie można go za to obwiniać. Vincenzo przegrał wszystko, a następnego dnia umarł na zawał, przytłoczony nadmiarem skutków własnej głupoty. Jego syn musiał w całości pokryć koszty pogrzebu. Tylko że nie miał z czego. Nieroztropnemu kupcowi poszczęściło się jednak, że jego spadkobierca miał łeb na karku i potrafił wykombinować coś z niczego. Załatwienie każdego, nawet małego orsissa to była męczarnia – przypominał sobie Pietro. – Musiałem godzić się na najgorsze interesy, mało opłacalne i z ludźmi, którzy narazili się niejednemu Sędziemu… Ale zrobił to dla ojca.  Na pożegnanie – za to, że ten nauczył go wszystkiego, co potrzebne do pracy w zawodzie.

Droga powrotna z drugiego końca Equaru była długa i męcząca, prawie tak bardzo jak załatwianie z domu wszystkich papierów i aktów własności, które musiał oddać dłużnikom. Przez to jego pobyt w wielkim mieście dodatkowo się przedłużył, choć nie miał przy sobie ani grosza. Zarobić wtedy na utrzymanie było trudno, ale ponownie łapał się wszelkiej możliwej opcji i jakoś wyżył do końca wizyty. Poznał wtedy wielu nieprzyjemnych ludzi. I najprawdopodobniej złamał kilkakrotnie prawo. Liczył, że nie będzie to miało dla niego żadnych konsekwencji w przyszłości… Na pewno – powtarzał sobie. – Nigdy z nikim prócz pracodawców nie rozmawiałem, więc nie ma bata, że ktokolwiek by mnie zapamiętał.

Kiedy wszystko załatwił, uregulował długi ojca, musiał jeszcze wywalczyć – odkupić – jedyny liczący się dla niego dom. To również zrobił, łapiąc się absurdalnie niebezpiecznych zadań. Musiał nawet przejechać z pełnym towarem przez Szlak Złodziei…

Najważniejsze, że już po wszystkim – pocieszył się, klepiąc łopatą świeżo zakopany grób. – Zrobiłem, co musiałem. Teraz muszę zacząć myśleć nad tym, co dalej.

Nie miał zamiaru więcej handlować z przestępcami, ani tym bardziej brać nieopłacalnych zleceń. Z drugiej strony – renoma jego rodu upadła, a on zmienił się w zwykłego handalrzynę, bez jakichkolwiek przywilejów. Niewykluczone, że na początku i w jego sytuacji ciemne interesy pozostawały jedyną opcją…

Będzie miał dużo do przemyślenia. Ale na obecną chwilę powinien skupić się na posprzątaniu. Z ciałami już się uporał. Pozostawało jeszcze zmyć to, co z nich wyciekło. Mopa, którego znalezienie okazało się bezskuteczne, zastąpił rozdartymi szmatami, które kiedyś były jego ubraniami – zebrał ze swojego pokoju tyle, ile zdołał unieść w dłoniach, i po kolei tarł każdym zniszczonym strojem o podłoge, sprawiając, że ten nasiąkał krwią.

Ostatecznie ślady po plamach się ostały, lecz pomieszczenie wydawało się względnie czyste. Ale wraz z tym narodził się nowy problem – sterta śmieci przesiąknięta świeżą juchą. Mężczyzna, coraz bardziej zmęczony pracą w nocy, postanowił załatwić to szybko: wyniósł wszystko na podwórek, złożył w kupę, oblał wódką i podpalił. Już przenosząc ciała, ubrudził się krwią, lecz po targaniu szmat, jego niegdyś biała koszula w całości zmieniła barwę. Z wamsem było podobnie – przez czerwień herb Gaudette stał się niewidoczny. Jabłka nabitego na strzałę na zielonym polu nie można było się dopatrzeć – na całości dominował jeden odcień.

Nie miał ani chęci, ani siły na przyglądanie się na żarzące się ognie. Upewnił się, że płomień się nie rozniesie, po czym udał się do powozu, ciągle czekającego z koniem i całą zawartością przy drodze. Otworzył bramę, po czym zajechał do stajni. Odpiął wierzchowca i zamknął go w jednej z zagród. Zwierz natychmiastowo oswoił się z nowym miejscem i zaczął objadać się owsem z koryta, który stanowił jedną z niewielu rzeczy ostałych w rezydencji.  Z samego powozu Pietro wyjął tylko czyste ubrania, bieliznę i dwa mieszki średnich orsissów – te, jak wiadomo, lepiej było trzymać przy sobie.

Udał się do swojej starej komnaty, jak zdążył wcześniej zobaczyć – niemalże całkowicie zniszczonej. Ale przynajmniej łóżko było całe – pocieszyła go ta myśl. – Więcej mi nie trzeba.

Mężczyzna nie raczył rzucać słów na wiatr – kiedy tylko znalazł się w pomieszczeniu, niemalże natychmiast wskoczył do łóżka, odrzucając na boki zawartość swoich rąk. W następnej chwili już spał.

Choć tej nocy nie było mu dane odpocząć długo, to jakby tego było mało – obudził się bardzo wcześnie.  Nie wiedział dlaczego, spróbował się poprawić, ale wyszło na to, że na marne leżał dalej z zamkniętymi oczami, czując się jeszcze bardziej zmęczonym i nie zasypiając nawet na chwilę. W końcu, będąc złym na samego siebie za tę pobudkę, wstał. Zdał sobie wtedy sprawę z tego, że nie przebrał się w czyste ubrania, przez co na nim i na całej pościeli widniały różnej wielkości plamy koloru rdzy. Chcąc naprawić ten błąd, natychmiast się przebrał. Założył tę samą wersję stroju, tyle że czystą, nieskalaną krwią podrzędnych oprychów.

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo był zmęczony; odrzucił na boki, od tak, dwa mieszki złota, które pozostawały jego jedynym zabezpieczeniem na przyszłość, w otwartym pomieszczeniu. Wcześniej też zostawił je na dość długi czas na niestrzeżonym powozie, jedynie czasem zerkając na szlak. W tym aspekcie znowu musiał się poprawić, wiedział, że powinien ukryć pieniądze. Najlepiej w miejscu, o którym inni nie mają nawet pojęcia. Bajzel w jego pokoju raczej skutecznie uniemożliwił mu znalezienie dobrej skrytki, ale nie tylko jeden pokój miał do dyspozycji. Do głowy przyszła mu skrytka w gabinecie ojca. Wystarczy tylko, że pójdzie do Audivero po kluczyk…

O Cholera! – zdziwił się, że wcześniej go to nie obeszło. Opiekun domu zniknął, zostawiając jego siostrę na pastwę losu. Z korespondencji z nim wynikało, że był wściekły poczynaniami Vincenzo, ale Pietro nigdy nie pomyślał, że popchnie go to do ucieczki razem z tłumem. Musiał naprawdę nas znienawidzić… – uznał, czując do niego żal i jednocześnie rozumiejąc go. – Ale jak go znam, stawiam, że potrzebował obalić nie jedną flaszkę, żeby się na to odważyć.

Audivero nie był aż tak ważnym członkiem ich służby, żeby jego zniknięcie go jakoś obeszło. Był starym przyjacielem rodu, ale jak widać, mało go to obchodziło. Dlaczego zatem mnie miałoby obchodzić bardziej? – zadał sobie retoryczne pytanie, kończąc temat.

Bardziej interesował go klucz. Możliwe, że ten człek nie dopilnował się i zabrał go ze sobą – przyjmując oczywiście wersję, że był pijany. Co za tym idzie, aby dostać się do gabinetu ojca, Pietro musiałby wywarzyć drzwi… Tak czy siak, to pomieszczenie na obecną chwilę jest poza moim zasięgiem – skwitował. Pieniądze musiał ukryć w innym miejscu, a ponieważ nie chciało mu się paradować z nimi po opuszczonym domu – schował je pod poduszką.

Spojrzał przez okno i ujrzał wschodzące słońce. Wstał bardzo wcześnie – znacznie wcześniej niż zamierzał, ale skoro nie udało mu się więcej pospać, postanowił porozglądać się po rezydencji. Chciał wiedzieć, jak ta się zmieniła. To, co zobaczył, nie przerosło jego oczekiwań. Nastawił się, że ujrzy mniej więcej podobny widok, jaki miał we własnej komnacie, i się bynajmniej nie rozczarował. Chyba w każdym pokoju do jakiego zajrzał, przeszukano, ile się dało i wykradziono to, co wydawało się cenne. A wszystko inne trzeba było rozpieprzyć – pomyślał z goryczą, uznając służbę, z którą wychowywała się jego siostra, za bandę imbecylów.

Ciekawe, co z nią? – zainteresował się, przypominając sobie wczorajszy stan Anny. – Pewnie przez długie lata nie będzie mogła dojść do siebie po tym, co ją spotkało. Dla kobiet, które znał, uroda była priorytetem; wątpił, że jego siostra będzie wyjątkiem. Najprawdopodobniej kiedy wstanie, będzie co chwilę spoglądała w lustro i dotykała bandaży, nie mogąc się pogodzić z oszpeceniem…

Nie wiem, czy będę w stanie jej pomóc – przyznał szczerze przed sobą. – Ale kiedy przyjdzie co do czego, zrobię co w mojej mocy.

Udał się do kuchni, licząc, że znajdzie tam coś do przegryzienia. Kiedy jednak zastał na miejscu tylko opróżnione beczki i jeden talerz z obgryzionym do kości łososiem, poszedł do powozu, w którym zachowały się ostatki jedzenia na drogę. Wyciągnął od razu całość, w której wkład wchodził chleb oraz zupa w dużym słoju, i zaniósł do kuchni, wiedząc, że Anna również będzie głodna. Nalał sobie potrawki do jednej z misek, którą podniósł z podłogi, znalazł w jednej z szafek łyżkę, po czym, przygotowany do posiłku, zaczął w końcu jeść. Jednak szło mu to dość opornie, gdyż nie mógł przestać myśleć o swojej biednej siostrze. Współczuł jej tego, co się stało. Wiedział też, że nie będzie mógł przywrócić jej oka. Nie patrząc na to, jak żyła, to ciągle młoda dziewczyna – nie mógł o tym zapomnieć. – Pewnie kiedy wstanie, będzie przeżywała katusze, możliwe nawet że zacznie wrzeszczeć albo coś zniszczy…

Kiedy on pogrążał się w myślach, kiedy rozważał ciężki los swojej siostry, zastanawiał się, jak bardzo ta jest załamana, ona rozwiała wszystkie jego wątpliwości i przemyślenia – starła je w niwecz, pojawiając się w drzwiach z szerokim uśmiechem, który nieudawanie pojawił się na widok Pietro.

- Witaj, bracie! – przywitała go radosna, jakby nigdy nic wczoraj się nie stało.

Ciągle miała na sobie męski strój, tym jednak razem z inną koszulą w zestawie – ta była beżowa; chyba najbardziej znienawidzona swego czasu przez Pietro. Zapewne przez ostatnie dni kobieta z jego szafy opróżniła coś więcej niż jeden komplet. Do pasa miała przytroczony miecz, którego Pietro wczorajszego dnia nawet nie ruszył – kobieta musiała w pierwszej kolejności udać się po niego. Jej włosy zdawały się być starannie związane – pewno rozwiązała warkocz z wczoraj i zrobiła go ponownie.

- Witaj… – Mężczyzna nie mógł ukryć swojej dezorientacji. Jego siostra praktycznie samym nastawieniem pokazała mu, jak bardzo różniła się od wszystkich panien, które udało mu się poznać w szerokim świecie… Albo po prostu dobrze udawała; tego typu osoby również mu przedstawiano.  – Przepraszam, ale… nie uważasz, że to za szybko? Nie powinnaś teraz odpoczywać? Planowałem zanieść ci coś do pokoju…

- Straciłam oko, nie nogi – odrzekła, jakby oszpecona twarz w ogóle jej nie ruszała. – Poza tym stan tego domu nie pozwala nawet na chwilę zapomnieć, że czeka nas mnóstwo pracy. Uznałam, że czym szybciej wszystko obgadamy, tym lepiej.

- Tak... 

- Przejdźmy zatem do rzeczy. Na początku chciałbym cię zapytać…

- Skoro tu jesteś, może wpierw coś zjesz? – zaproponował jej, nie chcąc poruszać tematu przyszłości tego rodu, która, nie ma co ukrywać, nie rysowała się w kolorowych barwach.

Nie powinienem jej teraz dodatkowo dołować – uznał mężczyzna. – Nieważne, jak bardzo będzie się uśmiechała, na pewno w środku się w niej gotuje. Nie wiem, jak blisko jest załamania, ale nie mogę pomóc jej się poddać…

Zjedli zatem śniadanie, do którego smaku Pietro zdążył przywyknąć, lecz Anna… powiedzmy, że próbowała tego „rarytasu” pierwszy raz w życiu. I bynajmniej nie była nim zachwycona.

- Ależ to jest okropne – oznajmiła, wypluwając zawartość ust na podłogę. – Co to w ogóle jest?

- Zupa z korzenia savenasse i  mięsa trolta.

Drzewa savenesse rosły na terenie niemalże całego Equaru. Łatwo było je rozróżnić, gdyż kora je obrastająca posiadała barwę popiołu. To odmiana charakterystyczna dla terenów podgórskich, które z kolei stanowiły większość królestwa. Mawiano, iż kraj zaczyna się na ziemi, a kończy na szczycie świata – tutejsi zwali go  Krańcem Wiary, lecz dla większości kontynentu bardziej rozpoznawalną nazwą pozostawał Nimir. Część gór, która należała do Equaru, była jedną z największych dum tego narodu. A specyfika szarych drzew savenesse w połączeniu z mięsem dzikopodobnego zwierza – trolta, dawała specyfik o potwornym smaku i równie potwornej wytrzymałości.

Zupa stanowiła zaledwie jedno z wielu dań, które zabierali ze sobą w podróż Equarczycy, ale to – jakby okropnie nie smakowało – było charakterystyczne tylko dla tej części świata. Cała reszta nie miała nawet składników na upichcenie czegoś takiego. Między innymi dlatego podróżni z innych krain musieli zatrzymywać się znacznie częściej, ciągle uzupełniając zapasy.

- To ta, która wytrzymuje bez zakonserwowania długie tygodnie? – zaciekawiła się Anna. – Czytałam, że nie jest najlepsza, ale żeby aż tak ohydna?

- Ohydna, bo sama w sobie jest konserwą – zauważył Pietro. – A podróżne jedzenie przeważnie nie smakuje, taki minus podróżowania. Zawsze można polować, ale specyfika mojego zawodu na to nie pozwala; zbyt dużo zmarnowanego czasu… Jak byłem na szlaku, ojciec kazał mi się do tej potrawki przyzwyczaić. Z miejsca się zgodziłem; chciałem być posłuszny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że staruszek wymagał niemożliwego. Bo jak można do tego przywyknąć? Po prostu uczysz się wpychać to na siłę do ust, a naukę uznajesz za skończoną, kiedy przestajesz rzygać. 

- W książkach zawsze ujmowali to jakoś… zgrabniej – zaśmiała się dziewczyna. – Ale rozumiem, że to mieli na myśli.

Choć danie wyraźnie jej nie smakowało, widząc jedzącego Pietro, zmusiła się do posiłku.

- Cóż, najprawdopodobniej – zgodził się jej brat. – Ale któż może wiedzieć o co rozchodzi się artystom? Może i uznali zupę za coś wybornego? Bo przecież narodowa potrawa, nie można wybrzydzać, taka tradycja regionu, ble, ble, ble… Pozostaje się cieszyć, że nie jestem jednym z nich.

- No tak, jesteś kupcem. – Anna uznała ten moment za wygodne przejście do sedna.  – To, co chciałam ci powiedzieć…

- Najpierw opróżnij miskę – przerwał jej, zwracając się jak do dziecka.

Na twarz Anny wstąpił grymas niezadowolenia, ale zjadła wszystko bez następnej skargi. Z każdym nabraniem kolejnej łyżki, jej ciało zdawało się cierpieć, jakby dotykało ognia. Wyglądała jak młodociany niejadek, którym zresztą podobno była. Przynajmniej kierując się słowami Audivero. Choć one nie pomogły mu wcześniej nawiązać z nią kontaktu, zawsze zawierzał obserwacjom opiekuna domu. I nie wiem, czy nie popełniłem tym samym ogromnego błędu… – zastanawiał się teraz.

Kiedy obie miski zostały już wyczyszczone, a ich dna odbijały się od światła wpuszczanego przez okna, Anna – po cichym czekaniu, aż Pietro skończy posiłek – wróciła do tematu.

- Ile pieniędzy nam zostało? – nie owijała w bawełnę.

- Niewiele – wyznał jej brat. – Z tego, co udało mi się sprzedać, co zachować, ostatecznie ostały się dwie sakiewki. To będzie dwadzieścia pięć średnich orsissów, jeśli dobrze pamiętam. Starczy na życie na przynajmniej miesiąc. Ale muszę wykombinować, gdzie miałbym je schować. Mógłbym w gabinecie ojca, ale klucz pewnie zniknął na zawsze razem z Audivero…

- Mam go przy sobie – zaszokowała mężczyznę jego siostra, po czym wyjęła pożądany przedmiot z kieszeni. – Proszę. W skrytce za portretem znajdziesz jeszcze jedną sakwę, nie więcej jak dwanaście średnich orsissów.

Pietro przyjął klucz.

- Dziękuję – powiedział.

- Mamy około trzydziestu średnich orsissów, żadnego zajęcia, ani źródła przychodu – kontynuowała jego siostra. – Miast tego posiadamy za duży dom, którego nie jesteśmy w stanie utrzymać i ogród, w którym pochowałeś wczorajszych… gości, co dodatkowo obniża jego wartość.

- Skąd…

- Widziałam świeży grób. Nie zapamiętałeś tak dobrze domu, jak ci się wydawało, bo pochowałeś ich prawie że przed moim oknem…

- Przepraszam, po ciemku straciłem orientację. Nie chciałem ci dokładać cierpień…

- Mniejsza z tym. Chcę pomóc odbudować nasz ród…

- Sugerujesz, że mam cię wydać za jakiegoś bogatego paniczyka? Przepraszam, ale obecnie to chyba niemożliwe. W posagu mógłbym co najmniej oddać zrujnowaną posiadłość, ale wątpię…

- Mówię ci, że możemy zostać wspólnikami – przerwała mu, jakby nie chcąc słyszeć o ślubie. – Ty i ja.

Pietro nie miał zamiaru być dla niej niemiły, lecz jej entuzjazm niezmiernie go rozbawił. Zaśmiał się, ale żeby się powstrzymać, schował usta w dłoni.

- Audivero dobrze cię opisał – uznał, porzucając wcześniejsze przypuszczenia. – Masz głowę pełną pomysłów…

- To pozwól mi…

- … Ale życie to nie jest kolejna powieść – spoważniał. – Anno, wczoraj prawie że nie straciłaś życia. Rozumiem, że dawno się nie widzieliśmy i chcesz wykazać mi, jak bardzo wydoroślałaś i jak dużo wiesz, ale…

- Chociaż ty potraktuj mnie poważnie. – Wpiła jedyne oko w jego twarz, a z jego błękitu po raz pierwszy, odkąd ją pamiętał, zastał tam pewność siebie. – Wczoraj prawie mnie zgwałcili i zostałam trwale oszpecona. Trudno żebym po tym dalej udawała, że jestem posłusznym dzieckiem, nie sądzisz?

Pietro głośno westchnął.

- Niech będzie – rzekł w końcu. – Potraktuję cię jak potencjalnego wspólnika.

- Dzięku… – zaczęła, lecz nie pozwolono jej dokończyć.

- Powiedz mi zatem, potencjalny wspólniku, co masz mi do zaoferowania?

- Ja…

- Masz jakieś znajomości?

- Nie – musiała przyznać.

- Towar, który mógłbym z zyskiem sprzedać?

- Też nie – również się nie popisała.

- O pieniądze nie będę nawet pytał – zakończył rozmowę kwalifikacyjną Pietro. Nie trudno się domyślić, że dziewczyna ją oblała. – Siostra, zrozum, nie będę pakował się w coś tylko dlatego, bo ci się…

- Jak miałam cokolwiek osiągnąć, skoro nigdy tak naprawdę nie pozwolono mi samodzielnie wyjść z domu! – wyrzuciła z siebie, w końcu tracąc panowanie nad sobą. – Ty się uczyłeś, ty nabierałeś doświadczenia… a ja siedziałam w tym budynku i co najwyżej poznawałam to co ty z książek. Nie mogłam inaczej, ale… Błagam, daj mi chociaż szansę. Pomóż na początku, wytłumacz mi to, co kiedyś tobie ojciec, a obiecuję, że nie będę kulką u nogi.

- Nie mogę…

- Czy nie chcesz? – Wstała i udała się w stronę wyjścia.

- To, że nałożysz męski strój, nie znaczy, że zmienisz się w mężczyznę – powiedział jej na pożegnanie.

- A co to ma do rzeczy? – odurzyła się.

- Widzisz…

- Nie mam zamiaru być żoną rybaka! – krzyknęła przed drzwiami, po czym wybiegła z pomieszczenia.

Pietro nie miał pojęcia, o co jej chodziło, ale rozumiał, że dziewczyna się na niego obraziła. Jak znał kobiety, przeczuwał, że ich dwójkę czekają teraz ciche dni. W sumie to i dobrze – pomyślał wtedy. – Przynajmniej będę miał spokój, żeby pomyśleć.

I tak przez najbliższe dni jego siostra dobitnie udowodniła mu, jak bardzo się mylił. Mało, jej osoba sprawiła nawet, że zaczął wątpić w całą swoją wiedzę dotyczącą płci pięknej.

Miało być cicho – powtarzał sobie, podczas gdy Anna przy każdej możliwej okazji wracała do drażliwego tematu i usiłowała go przekonać o swojej przydatności. Mówiła, że jest pojętną uczennicą, powoływała się na swoich nauczycieli, a nawet na Audivero, któremu przez większość czasu była posłuszna, także podczas dojrzewania.  Przekonywała, ile to książek nie poznała, oraz opowiadała o najbliższej okolicy, którą znała od deski do deski – chciała tym uzmysłowić mu, jak dobrze mogłaby radzić sobie z mapą. Mówiła, że szkolono ją na damę, ale ona poznawała także sztuki typowo męskie; czytała trochę o kowalstwie czy o polityce. Bardzo chciała także poznać podstawy szermierki, co dla Pietro było już kompletnie absurdalne.

Kobieta jednak wyciągnęła coś z ich pierwszej rozmowy; zrezygnowała z pozycji rozzłoszczonego dziecka, któremu ktoś nie dał zabawki; w ogóle nie oburzała się, kiedy Pietro za każdym kolejnym razem ją odrzucał. Dla niej był to po prostu znak, że spróbuje znowu – najlepiej za chwilę. Nie zachowywała się jak gówniarz, co nie znaczy, że nie była denerwująca – i na pewno zdawała sobie z tego sprawę. Taki był zapewne jej cel: doprowadzić brata wszelkimi możliwymi sposobami, jakie znała, do zgody. Nie widziała jednak, na jak bardzo upartego człowieka trafiła. A i ja nie wiedziałem, jak bardzo zawziętą miałem siostrę – pomyślał Pietro, przypominając sobie później tę sytuację.

Po dwóch dniach jedzenie, które przywiózł ze sobą mężczyzna, skończyło się. Trzeba było udać się do miasta. Z racji tego, że dziewczyna nie odpuszczała go ani na krok, zdecydowała od razu, że potowarzyszy mu w tej „podróży”, jak sama określiła. Niby nic w tym dziwnego nie było, ale dopiero, kiedy przyszło postawić pierwsze kroki poza rezydencję, kupiec zrozumiał, jakie problemy miała jego siostra. Anna bała się wyjść z domu. Wychodząc poza ogrodzenie posiadłości, nie potrafiła ukryć, jak bardzo się lękała. Wyglądała jak szczeniak, którego ktoś dopiero co zabrał od cyca matki i przekazał w obce ręce. Dla niej wyraźnie to była nowa sytuacja. Po raz pierwszy, odkąd pamiętał, zaczął zastanawiać się, co tak naprawdę działo się z jego siostrą, jak bardzo zamknęła się w sobie i jak mocno przyzwyczaiła się do izolacji.

I ty chcesz pojechać dalej w świat? – prawie powiedział jej to w twarz; szczęściem w ostatniej chwili się powstrzymał. Ma się rozumieć, jej nie wyśmiewał; podał jej dłoń i zachęcił do dalszego wyjścia. Po krótkim spacerku ze rękę, kiedy kobieta nabrała śmiałości, zaczęła kroczyć po szlaku sama.

W mieście również wydawała się przestraszona, jej oczy niemalże cały czas pozostawały wytrzeszczone jak u kmieci, którzy zobaczyli kuglarskie sztuczki. Jego siostra jednak więcej się nie cofała ani nie wahała. Była tuż za nim i posłusznie wykonywała polecenia. Ograniczało się to do prostego „nie oddalaj się zbytnio”, ale dla niej było to coś wielkiego. Jeśli naprawdę chciałaby założyć ze mną spółkę – myślał, widząc ją zafascynowaną i jednocześnie przestraszoną rozgardiaszem na targu – musiałbym uczyć ją wszystkiego, praktycznie od zera…

Nie wiedział, czemu się nad tym zastanawiał. Przez chwilę w jego głowie narodziły się myśli, które zdawały się być przychylne tej opcji, jakby naprawdę miał rozważać takie szaleństwo. Pietro szybko jednak zabił te brednie, licząc, że w końcu uda mu się wykombinować coś sensowniejszego.

Kiedy wrócili do domu z workami pełnymi jadła, kobieta, co powinno być oczywiste, zaczęła zasypywać go gradem słów. Z miejsca przyznała, że to był jej pierwszy wypad na miasto od przynajmniej dziesięciu lat. Dodała także, że nie w takim tłumie ludzi czuła się bardzo niekomfortowo, a krzyk i zgiełk na rynku doprowadziły ją do bólu głowy. Pietro raczył jej w następstwie powiedzieć, że w takiej atmosferze odbywa się większość kupieckich targów, a ona wyraźnie się do tego nie nadaje. Nic nie dały jego słowa, gdyż dziewczyna zbyła to wszystko krótkim:

- Przyzwyczaję się.

I tak jego kolejna próba przemówienia siostrze do rozumu spełzła na niczym. Powoli zaczynał tracić do niej cierpliwość. Musiał coś wymyślić, a ona jak na razie tylko mu wadziła. Wpadł nawet na pomysł, żeby odesłać ją do jakichś swoich przyjaciół albo oddać takowym rezydencję włącznie z dziewczyną jako opiekunką domu. Pomysł wydawał się sensowny, tylko że… Wszyscy druhowie, których Pietro posiadał, stanowili jedną wielką niewiadomą, a wysyłając do nich jakikolwiek list, ryzykowałby tylko, że ci mogliby mu jeszcze zaszkodzić. Wszyscy wiedzą, jak szybko roznoszą się plotki – powiedział, porzucając pomysł. – A ja nie chciałbym, żeby po przedstawieniu się obcym ludziom, ci dodawali mi jakiś nieprzyjemny pseudonim. Pietro Zrujnowany, Pietro Przegrany… Nie, nie pozwolę na to; w zawodzie to byłoby jak wilczy bilet.

Dni szybko mijały na ciągłej gadaninie Anny, której o dziwo nie kończyły się tematy. Cokolwiek przez te lata robiła, trochę się dowiedziała. Wystarczająco, żeby teraz paplać jak przekupka – irytował się Pietro. Kiedyś, aby nawiązać z nią temat, jeszcze jako chłopiec usiłował mówić co popadnie, chciał, żeby ta w końcu dodała coś od siebie – ona wtedy przeważnie uciekała, zostawiając go samego. Dziś oddałby wszystko, żeby ta sytuacja się powtórzyła.

Przez to, co wyczyniała kobieta, nie udało mu się wpaść na nic sensownego – a przynajmniej jej osobą sobie to tłumaczył. Nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, jak wyjść z kryzysu. Samemu może by sobie jakoś poradził, ale on miał jeszcze jedną, bardzo uprzykrzającą się dziewczynę na karku. A i o wielkiej villi nie można zapomnieć. Trzeba było coś z nią zrobić, bo w końcu się zawali.

- …A dom można sprzedać – wyłapał jedno ze słów dziewczyny, kiedy przemieszczali się korytarzem.

- Powtórz – nakazał jej.

- Mówię, żebyśmy sprzedali dom i wyjechali szukać pracy w większym mieście.

Pietro już wielokrotnie rozważał taką opcję, ale nie wydała mu się atrakcyjna. Za duże ryzyko, za mało możliwości – to były jego ostateczne wnioski. – Po roku skończylibyśmy w rynsztoku.

- Myślałem o tym – przyznał jej. – Jak w ogóle to widzisz? Miałbym sprzedać budynek prawie za bezcen i zabrać cię ze sobą, nie wiedząc, co tak naprawdę robię?

- No tak! – dziewczyna podniosła głos. – O tym cały czas ci mówię! Nie wiem, dlaczego ty wcześniej tego nie zaproponowałeś.

- Nie zabrałbym cię stąd. To byłoby dla ciebie nie…

- Daj spokój! – żachnęła się. – Całe życie przesiedziałam w tym domu. Może bałam się go opuścić, ale… To jest więzienie! Nic mnie tutaj nie trzyma, wyjedźmy stąd i spróbujmy szczęścia gdzie indziej! Nie wiem, co cię przed tym powstrzymuje, nie wiem, dlaczego się mnie obawiasz, ale ja naprawdę nie będę kulą u nogi… A przynajmniej nie, jeśli w końcu zaczniesz mnie czegoś uczyć!

Pietro aż się zatrzymał. Nie chodziło o to, że jego siostra wymyśliła jakiś wielce wyszukany argument, bo nie wymyśliła, ale w jednym miała rację. Trwanie w tym domiszczu nie miało sensu, a on z jakichś przyczyn ciągle w nim tkwił. Czyżby to dlatego, że… bał się ponownie zaryzykować? Nie chciał sprzedawać rezydencji ani jej opuścić, bo wiedział, że w takim wypadku nie miałby już do czego wracać. Lękał się ponownie przegrać…. A uważałem, że to Anna zachowuje się jak dziecko… – zrozumiał w końcu. – Wygląda na to, że oboje jesteśmy bardzo niedojrzałym rodzeństwem. Teraz jasno widział, że wracając do domu, stał się poddanym, niezdolnym do działania człowiekiem. Zrozumiał, dlaczego nie wpadł na żaden pomysł – on po prostu tego nie chciał.

- Masz rację – wypowiedział w końcu słowa, które w jej głowie odbijały się jeszcze długi czas. – Od początku to wiedziałem, ale… ale… Bałem się. Nie chcę znowu tego zaczynać, Anno. Wiem, że czeka mnie znowu to samo, co ostatnio.

- Tym razem będzie inaczej – zapewniła go.

- Skąd możesz wiedzieć?

- Bo nie jestem naszym ojcem. Pomogę ci, nie będziesz z tym sam.

Pietro stał przed nią i obserwował jej rozpromienioną i pełną nadziei twarz. Jeszcze nigdy nie poznał kogoś takiego. Najprawdopodobniej była to najmniej znająca życie dorosła osoba, jaką widział na oczy. Najprawdopodobniej nie potrafiła w ogóle rozmawiać z ludźmi; nie będzie w stanie wytrzymać presji. Mimo to… przekonała go i swoim niekończącym się gadaniem pomogła mu dojść do sedna problemu, który on za wszelką cenę starał się ukryć.

Zrozumiała, że miała przed sobą złamanego człowieka, przepełnionego lękiem przed ponowną porażką. Wiedziała, że raz przegrał… i mimo tego chciała udać się z nim ponownie w świat, który porządnie go przetrącił. Uznała, że był godzien do powierzenia mu swojego życia. Zawierzyła mu tak bardzo… Więc on może powinien zaufać jej?

- Pewnie będę tego żałował, ale… – wydobył w końcu z siebie. – Nie mówię, że się zgadzam na żaden układ czy coś… Ale nie możemy tu zostać. Nie mogę więcej tu tkwić ani tym bardziej zostawić cię samą. Załatwię, co konieczne, i wyjedziemy jak najszybciej.

Dziewczyna nie dostała dokładnie tego, czego oczekiwała, lecz pierwszy raz udało jej się kogoś do czegokolwiek przekonać, nakłonić do swojego zdania. Dla niej była to tylko pierwsza zwycięska walka, którą udało jej się zgrabnie stoczyć. Wiedziała, że to nie koniec tej wojny – nie miała zamiaru się poddać, tak jak bohaterowie utworów, na których się wychowała. Byle tylko bohatersko nie umrzeć po drodze – zaśmiała się.

Wezbrało się w niej aż tyle szczęścia, że  z jej oczu zaczęły cieknąć łzy. Po raz pierwszy w życiu płakała z radości, ciesząc się, że w końcu coś osiągnęła. Z miejsca przytuliła brata, tak mocno, jak tylko mogła.

On wtedy ponownie zwrócił uwagę na jej bandaż. Przez całe zamieszanie z przekonywaniem go nie udało im się tak naprawdę o tym porozmawiać. Dziewczyna, nieważne jak dobrze to ukrywała, na pewno cierpiała, a on nie wypytał nawet jak się z tym czuje… Ale to nic – uznał wtedy. – Kiedy będzie gotowa, sama zacznie temat. Wtedy chętnie jej wysłucham. Bo czego się nie robi dla rodziny.

Choć Pietro zgodził się na wyjazd, choć zrozumiał w końcu swoje problemy, to nie był w stanie od razu wyzbyć się wszystkich obaw. A ponieważ miał udać się do Vinesse i sprzedać posiadłość, definitywnie decydując się na ponowne starcie z siłami, które nie tak dawno temu pociągnęły go na dno, opóźniał to, jak tylko mógł.

Następnego dnia po ich rozmowie Anna zaczęła tłuc w drzwi jego komnaty, z miejsca stawiając go na nogi. Nie sugerowała wtedy, a żądała, żeby ten czym prędzej udał się do miasta. On jednak ciągle przed oczami miał poprzednią porażkę, dlatego uspokoił dziewczynę i powiedział, że uda się tam po śniadaniu. Kiedy zaś to dobiegło końca, pokłócił się z nią. Jego czołowym argumentem było to, że ta nawet nie wiedziała, jak sprzedać nieruchomość i nie powinna się odzywać. Kobieta zaczerwieniła się ze złości, gdyż wiedziała, że jej brat miał rację i na dzisiejszy dzień nie powiedziała już nic. Pietro chociaż chwilę miał spokój.

Wszystko jednak zaczęło się od nowa wraz z następnym porankiem. Anna, można było odnieść wrażenie, podczas wczorajszego milczenia zbierała siły, przygotowując bratu najbardziej ganiące go pogadanki.

Tym razem znalazła go w kuchni, gdzie oboje przyszli coś zjeść. Dziś nawet przywitanie zastąpiła pytaniem:

- Kiedy pójdziesz w końcu sprzedać ten dom?

On tym razem obrał inną strategię. Rozumiał, że nie ma sensu usiłować przegadać oczytaną osobę, tym bardziej oczytaną kobietę, ot postanowił odpowiadać tylko wymijającymi zdaniami, przemilczając ważniejsze sprawy.

- Wkrótce – tak raczył odrzekać na każde jej kolejne pytanie na ten temat.

Dziewczyna zawsze wtedy robiła się czerwona i podnosiła głos. Szczęściem – Pietro był ze zgiełkiem bardzo zaznajomiony i jakiekolwiek hałasy jakoś strasznie mu nie wadziły. Wszystkie wrzaski kobiety spływały po nim jak po kaczce, co dodatkowo ją wpieniało. Przez ostatnie dni z cichej myszki Anna zamieniła się w miejskiego krzykacza – uznał ze śmiechem zabarwionym lekkim poirytowaniem.

Nie chodziło o to, że  nie chciał w końcu zacząć ponownie zarabiać; widział, ile orsissów przyszło mu ostatnim razem wydać – musiał w końcu się zebrać, ale… To było równie mocne uczucie jak to, które zniechęcało Annę do wyjścia, w końcu powinna to zrozumieć, bo poniekąd była w podobnej sytuacji…

Co ja plotę? – zirytował się własną niemocą. – Muszę jak najszybciej zacząć działać, a nie szukać wymówek. Jak tak dalej pójdzie, obudzę się nagle i zobaczę, że zostałem w opuszczonym domu bez pieniędzy z dwoma gębami do wykarmienia.

Pomimo tego, że nic w jego wnętrzu się nie zmieniło, pomimo tego, że ciągle czuł, iż w środku aż się w nim gotuje – postanowił następnego dnia udać się do Vinesse i sprzedać dom jak i całą posiadłość. Wiedział nawet, do kogo powinien się udać.

Pamiętał, że stary Carlos Viggo zawsze łasił się na tę konkretną rezydencję – nie raz ojciec otrzymywał od niego listy, w których ten prosił o rękę Anny, licząc na otrzymanie solidnego posagu. „A to w końcu jeden dom” – tak zawsze przekonywał, co powinno wchodzić w jego skład. Vincenzo nigdy nie chciał mu oddać ani córki, ani czegokolwiek innego – uważał go za chama, a jego nazwisko niejednokrotnie przeklinał. Nigdy jednak nie powiedział, jaka była tego przyczyna, ale od Audivero Pietro dowiedział się, że w grę wchodziła zawiść z dzieciństwa. W połączeniu z wieczną zgryzotą ojca młody kupiec uwierzył, że ten dalej mógł trzymać urazę. 

Tak czy siak, marzenie Carlosa Viggo w końcu miało się spełnić; Pietro Gaudette zaplanował przyjście od tak do jego domu w centrum miasta i zaproponowanie jakże korzystnego – przynajmniej dla tego drugiego – interesu. Kupiec wiedział, że ze względu na stan rezydencji będzie musiał sprzedać wszystko po znacznie obniżonych cenach, ale mniejsza z tym – liczył tylko, że ostatecznie pozbędzie się tego budynku i wyruszy dalej… Zmusi się, żeby udać się w szeroki świat… Znowu…

Mam tylko nadzieję, że dziadowi się nie zmarło – zaniepokoił się, przypominając sobie podeszły wiek Viggo. – Kiedy ostatni raz go widziałem, wyglądał, jakby jedną nogą był już w grobie… Z drugiej strony – on zawsze sprawiał takie wrażenie.

Kiedy kolejnego dnia, jeszcze przed śniadaniem, Pietro oznajmił siostrze, że udaje się sprzedać posiadłość, ta rzuciła mu się z radości na szyję i wyskoczyła z podziękowaniami.

- Idę natychmiast – mówił jej, wyrywając się z uścisku. – Jeśli teraz zostanę choć chwilę dłużej, znowu przez cały dzień nie zbiorę się na wyjście.

Dziewczyna z miejsca zrozumiała, o co mu chodziło, i grzecznie odprowadziła pod drzwi. Kiedy już się rozstali, stała pod wejściem i obserwowała mężczyznę oddalającego się do miasta.

I pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu bała się wyjść z domu – rozbawił się Pietro. – Zabawne, że ta sama dziewczyna przez następne dni przekonywała mnie, że mam problem ze swoim życiem… Ten świat jest popierdolony.

Choć od tamtej wizyty w Vinesse, jego siostrze nie zdarzyło się udać ponownie do ludzi, młody kupiec nie był w stanie nie zauważyć, jak bardzo dziewczyna się starała, ile zmian w niej zachodziło… albo przynajmniej jak dobrze potrafiła robić dobrą minę do złej gry, udając, że dojrzewa.

Pietro wiedział, że tak czy siak kiedy Anna uda się na szlak, zetknie się z sytuacjami znacznie przerastającymi jej możliwości – do niektórych rzeczy najzwyczajniej w świecie nie można przywyknąć albo zawczasu się z nimi oswoić. To będzie dla niej zetknięcie z zimną rzeczywistością. Przekona się, jakie naprawdę jest życie. Ale skoro tego chce… Albo przynajmniej tak myśli – chyba wszystko jest w porządku, nie? – zapytał sam siebie, nie wiedząc, czy postępuje w stosunku do niej właściwie. – A może…

Potrząsnął głową, wyrzucając niepotrzebne myśli. Przecież nie miał zamiaru wdrażać siostrę we wszystkie swoje interesy – jechała z nim, bo nie było innego wyjścia, a podczas podróży będzie raczej gościem, pasażerem, niż samym wspólnikiem. Jakiekolwiek obawy były w stosunku do niej zbędę, a to, że Pietro nagle zaczął się nad nimi zastanawiać, było najzwyklejszą reakcją obronną jego umysłu, który dalej lękał się zrobienia następnego kroku…

Mężczyzna poprzysiągł sobie, iż nie będzie więcej szukał wymówek i miał zamiar dotrzymać danego samemu sobie słowa. Postanowił zabrać dziewczynę, nie dlatego, że zamierzał ją w cokolwiek wtajemniczać, ale dlatego, że nie miał gdzie ją odesłać. Nikt z rodziny się nie ostał, a nie chciał błagać starych znajomych o przygarnięcie dorosłej dziewczyny. Opcja ślubu – ze względu na brak sensownego posagu – również pozostawała dalekim marzeniem; początkowo Pietro rozważał oddanie domu, lecz ten w obecnym stanie zostałby przyjęty co najwyżej jako zniewaga…. Tak, mężczyzna nie miał innej opcji, nie powinien teraz zamartwiać się na zapas.

Do miasta dotarł stosunkowo szybko, dosłownie nawet się nie obejrzał, a był już na miejscu – przekonał się o tym, słysząc ludzkie głosy nadbiegające z naprzeciwka. Choć Vinesse nie było wielkie i mieszkało w nim może z dwanaście tysięcy ludzi, to dzisiejszego popołudnia centrum wypełniło się ciżbą, jakby zebrane na festyn lub egzekucję. Pietro nie miał problemu z tłumami, zdążył przywyknąć do chaosu towarzyszącemu życiu miast i nauczył się w nim odnaleźć. Dzisiaj nawet nie musiał uważać na kieszonkowców – nie wziął ze sobą żadnej sakiewki, a jedynym, co trzymał w ręku, był akt własności domu. Złodzieje – ponieważ z reguły nie potrafią czytać – nie zainteresują się kawałkiem papieru. Dla nich to tylko bezwartościowy śmieć, którym mogliby co najwyżej podetrzeć sobie dupy. Ale musieliby uważać, żeby się nie zaciąć – pomyślał Pietro. – To już za duże ryzyko, żeby opłacało się kraść.

Dlatego przemieszczał się po cienkich uliczkach, nie zważając na nic. Nie ściskał nawet rękojeści miecza – czuł się bezpiecznie, jakby był z ochroną. W dość niespiesznym tempie, z lekkim uśmiechem na twarzy spowodowanym piękną pogodą, dotarł w końcu do domu potencjalnego nabywcy posiadłości.

Budynek mieścił się tuż obok bardzo charakterystycznego sklepu krawieckiego, którego barwa niemalże w całości pozostawała malinowa. Kolor wyróżniał to skromne miejsce od szarej, kremowej lub rudej reszty, a za nim znajdował się drugi dziw – dom znacznie większy od pozostałych. Carlos Viggo, jako szlachcić, który nigdy nie musiał pracować, a wszelkie wysokie stanowiska w mieście przyszły mu z racji samego urodzenia, zawsze lubił ekstrawagancję. Radością napawał go fakt, kiedy uzmysławiał innym, że posiada coś, czego ci nigdy mieć nie będą. Dlatego właśnie zawsze pragną rezydencji Gaudette’ów, która jego zdaniem była mu przeznaczona „z woli samego Stwórcy”.

Był oślizgłym typkiem, tak jak zawsze mówił Pietro ojciec, jednocześnie przy każdym spotkaniu z nim starzec potrafił przybrać maskę uprzejmości. Słuchając go, można było odnieść wrażenie, że rozmawia się z najbardziej uprzejmym człowiekiem w cały Equarze.

Takim odczuciem właśnie starał się obdarzyć młodego kupca stary Carlos Viggo. Szlachcic przyjął Pietro w wielkiej sali, która przypominała stołówkę. Mężczyzna nie raczył nawet odgonić wszystkich obecnych, jakby wiedząc, że młody kupiec przyszedł się korzyć. Viggo chciał wykorzystać ten fakt, pokazując swoim „przyjaciołom”, jak on to nie jest wspaniały i wielki, że nawet dawni wrogowie w końcu zginają przed nim kolana.

Miał pecha, że Pietro nie zwiodła ani na chwilę jego udawana charyzma, a osoby postronne były mu całkiem na rękę – przynajmniej nie zabiłby go bez świadków. Mężczyzna z miejsca zapamiętał ich twarze, oglądając przy tym herby na wamsach, a co za tym idzie, kojarząc także nazwiska.

Starzec zapraszał do domu tylko najbliżej mieszkających szlachciców, i to tylko tych młodych, żeby samemu oszukiwać swój wiek. Ci ciągle przy nim trwali, gdyż ten spraszał do swojego domu – na oko – przynajmniej połowę co ładniejszych prostytutek z całego miasta.  

Carlos Viggo zaczął od długiej pogadanki, która miała na celu obrażenie ojca Pietro. Młody mężczyzna jednak nie dał rozmówcy satysfakcji i tą ckliwą i zapewne w całości zmyśloną historyjką się nie przejął. Słuchał mało uważnie, nawet nie licząc, że choć połowa z tego była prawdziwa. Kiedy będzie wracał do domu, ta bajka w całości wyleci mu z głowy.

Pietro, nie widząc lepszego zajęcia, zaczął zastanawiać się, co takiego naprawdę stało się, że jego ojciec – może o ponad dwadzieścia lat starszy od Viggo – wszedł z nim w konflikt. Co się stało? Dorosły facet swego czasu kradł dzieciakowi zabawki?  A może gówniarz odbił temu starszemu kobietę? Tą zagadkę niestety dwaj mężczyźni zabiorą do grobu – jeden zawczasu się tym zajął, a drugi… cóż, wygląda, jakby był blisko.

- Twój ojciec – kończył przemówienie Carlos Viggo – zawsze miał złe serce, powiadam ci, i wszystkim zgromadzonym! To go zabiło, drogi chłopcze. Zgryzota doprowadziła do śmierci… Ale ja ciągle trwam. Stwórca, jak powiadają kapłani, będzie trzymał dobrych ludzi przy życiu jak najdłużej.

- Daruj, panie – podjął Pietro. – Ale nie sądzę, żeby charakter miał wpływ na długość życia.

W przeciwnym razie zdechłbyś w dzieciństwie – pomyślał młody kupiec, zapewne jak i połowa gości tego domu.

- Bzdury pleciesz – oczywiście nie zgodził się starzec. – Rozumiem, że ojciec nie nauczył cię ogłady, ale powinieneś wiedzieć, że nie wolno zaprzeczać słowom kapłanów, mój drogi. Bacz na słowa, bo w przeciwnym razie możesz spodziewać się Inkwizycji!

- Nikt nie spodziewa się świętej Inkwizycji – podjął Pietro. – Bo nikt nie wie na kogo padają ich wyroki. Wystarczy, żeby wieśniak mył się raz w tygodniu, a ni chybi o czary go oskarżą. Ale oboje wiemy, że nas to nie dotyczy, mój panie. Wiem z doświadczenia, że na szlakach takich jak my nawet nie przesłuchują. Oczywiście, jeśli nasze herby widnieją w ich księgach zakonnych.

- Cóż to za mądrości, chłopcze? Zapominasz, że to ja jestem Ławnikiem, nie ty. „Moją rzeczą jest szerzyć światłość wśród nieświadomych umysłów” – zacytował świętą księgę; Pietro nawet nie wiedział którą.

W świecie prawo stanowiło jeden z czynników, który świadczył o potędze państwa. Królestwo posiadające niezawisłe sądy i silnie egzekwujące wyroki uważało się za godne naśladowania. Equar stworzył własny system, nie tylko sądownictwa, ale i władzy – ściśle powiązanej z tym pierwszym czynnikiem.

O ile w innych państwach rządzili lordowie, czy możnowładcy – to w Equarze przedstawiało się to ździebko inaczej. Kraj podzielony było na tak zwane tribunaty, a w każdym z nich władzę posiadał Sędzia – ów wyniosły człek nie tylko rządził na włościach, ale także pracował w sądzie, szafując wyrokami podług woli. Jedyną osobą, przed którą tak naprawdę odpowiadał, był, jak się można domyślić, król. Tyle że Equar i w tym aspekcie pozostawał oryginalny, gdyż tutejszy władca tak naprawdę nie był królem; tytuł miał inny. Według starej tradycji winno się zwać go Pierwszym Sędzią lub Najwyższym Sędzią – on również prócz posiadania władzy, sprawował urząd sędziego w stolicy – jemu dostawały się najważniejsze rozprawy, szczególnie jeśli chodziło o najwyżej postawione osobistości. Miał nawet prawo oskarżyć Inkwizytora czy biskupa, co dla pozostałych było niemożliwe. Królem zaczęto nazywać go niedawno, kiedy stosunki handlowe z innymi krajami znacznie się poprawiły, a do Equaru zaczęły docierać informacje z wielkiego świta. Wtedy prócz zwyczajowej nazwy, idąc z duchem czasu, zaczęto nazywać equarskiego władykę królem. Prawo tego nie zabraniało, lecz w jego obecności lub któregoś z Sędziów należało używać właściwego tytułu.

Sędziowie urzędowali jednak w stolicach tribunatów, a i oni posiadali wielu pomocników – tak zwanych Ławników, którzy w razie potrzeby zastępowali ich na rozprawach. Z czasem ten zawód awansował i dorobił się wielkiej renomy. Samym Ławnikom powierzono pojedyncze miasta, w których mieli sprawować władzę, baczyć nad tym, żeby był spokój i żeby wszyscy się nie pozabijali – w praktyce oznaczało to nieograniczoną władzę na całym powierzonym terenie. W zależności od wielkości miasta – tychże „strażników” mogło być wielu, a same włości mogły być podzielone pomiędzy wpływy różnych osobistości. Vinesse było jednak mały miastem, a Ławnik, który w nim urzędował, był jeden. I tak się składa Pietro miał go właśnie przed sobą.

- Nie przyszedłem tu na wykłady – oznajmił mu oschle. – Kupujesz czy nie?

Carlos Viggo spojrzał na niego krzywo, ale ostatecznie powstrzymał się od dalszego moralizowania. Miast tego nakazał krótko:

- Dawaj ten papier!

- Najpierw zapłać – Tyle ile mówiłem. Trzysta dużych orsissów i całość jest twoja.

- Trzysta  za kawał ruiny?! – żachnął się starzec. – Chyba wyceniłeś dom przed śmiercią ojca, chłopcze.

Pietro odwrócił się w stronę wyjścia.

- Jak nie chcesz, to nie – oznajmił, idąc do drzwi. – Znajdę innych chętnych.

- Czekaj! – powstrzymał go Viggo, uciszając przy okazji wszystkich zgromadzonych. – Mogę… – wyjąkał, zmieniając ton na bardziej ugodowy. – Mogę zapłacić dwieście pięćdziesiąt. Ale to moje ostatnie słowo!

- Niech będzie, ale robię to tylko dlatego, że nie mam wyjścia. – Młody kupiec odwrócił się na pięcie i podszedł do nabywcy rezydencji, chcąc uścisnąć mu dłoń. Ten jednak przed tym wolał otrzymać akt własności i zawczasu wyciągną po niego swoje ręce. – Nie tak szybko – ostudził jego zapędy Pietro. – Zabieraj te łapy!

Posiadłość w obecnym stanie była warta może ze sto dwadzieścia dużych orsissów, i to tylko przy pozytywnych założeniach. Pietro od razu podał dużo bardziej zawyżoną cenę, wiedząc, że każda druga oferta Viggo i tak będzie przerastała wartość domu… a przynajmniej tak mu się wydawało. Zaryzykował, wiedząc, że nie ma nic do stracenia. I udało mu się wynegocjować ponad dwukrotnie więcej, niż się należało. Teraz tylko tego nie spieprzyć – powiedział sobie.

- Jak śmiesz?! – oburzył się Ławnik. – Wiesz, z kim masz do czynienia?!

- Najpierw zapłać – nie ustępował Pietro. – Równa wymiana albo…

- Dobra, dobra! Już bez takich. Poczekaj w kącie – wskazał mu rzeczony. – Ja za ten czas przygotuję kwotę i niezbędne papiery…

- To drugie sobie odpuść – przerwał mu kupiec. – Tylko zmarnujesz czas. Każdy uwierzy ci, że sprzedałem walący się budynek. Na pewno przed nikim nie będziesz musiał się tłumaczyć. Tym bardziej nie znajdzie się taki, który osądzi, że zagarnąłeś posiadłość nielegalnie.

Carlos Viggo zmarszczył czoło, lecz uznał takie wytłumaczenie za dobre. Była to wielce głupia decyzja z jego strony – to pozostawało furtkę dla rodu Gaudette, żeby walczyć w sądzie o rezydencję, oczywiście wtedy, kiedy się już odkują. Dodatkowym plusem dla młodego kupca było też to, że czekał znacznie mniej. Jak wiadomo najdłuższą częścią transakcji jest sporządzanie odpowiednich papierów i biurokracja. Szczęściem Viggo był na tyle głupi, żeby to wszystko pominąć, a jego jedyne zadanie ograniczyło się do zwołania sług i poczekania, aż ci zbiorą odpowiednią kwotę. Dziwne, że ufał im na tyle, żeby powierzyć tak dużą ilość dużych orsissów – niepokoił się Pietro, nie chcąc, żeby jego pieniądze wyparowały gdzieś wraz z dwójką wymoczków.

Jego obawy jednak się nie sprawdziły, a cała kwota bardzo szybko znalazła się w pomieszczeniu.

- Należne – powiedział Ławnik, rzucając mu worek z pieniędzmi. – Dawaj, co moje! – Wyrwał mu z dłoni papier. – A teraz do widzenia! Macie się wynieść z mojej posiadłości do końca dnia! Dosyć nieszczęść spadło na tamtą ziemię z winy rodu Gaudette! – zakończył, zwracając się w stronę przyglądającej się wszystkiemu publiki.

Uradowany ze świetnego interesu Pietro przekazał pozdrowienia Carlosowi Viggo i czym prędzej wyszedł z tamtego przepełnionego zawiścią i nieszczerością miejsca. Nigdy więcej nie postawię stopy na progu tamtego domu – powtarzał sobie. – Przeklęty Viggo…

Zaśmiał się, zdając sobie sprawę z tego, że powtórzył słowa ojca.

Mając cenny worek już nie był taki beztroski podczas marszu. Na starcie upewnił się, że nikt z domu Ławnika nie poszedł za nim. Kiedy to już miał za sobą, wybierał tylko szersze uliczki, jednocześnie zważając, żeby nie wchodzić w większe tłumy, trzymając się raczej na uboczu, jak odrzutek. Nie ściskał także pieniędzy jak zdobyczy – tym samym dawałby jasno do zrozumienia, że jest co okradać. Miast tego dzierżył pieniądze przerzucone za plecy jak worek kartofli. Kiedy zbyt szybko szedł, monety zderzały się o siebie, powodując wyraźny dźwięk, więc Pietro obrał takie tempo, aby głos był jak najmniej odczuwalny – jakby naprawdę miał worek z kilkoma kartoflami.

Nie spiesząc się, przemierzał rozmaite uliczki, a ludzie nie zwracali na niego uwagi, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak cenny był jego bagaż. Mężczyzna trochę się spocił, do końca zachowując zasadę ograniczonego zaufania.

Na ścieżkę prowadzącą do domu wszedł z niemałą ulgą. Piach, który zastąpił wykładany kamień, był dla niego niezwykle przyjemnym widokiem, a i stopy po nim jakoś przyjemniej się poruszały. Teraz pozostawało tylko wrócić do Anny, wpakować ją w powóz i wyjechać… – zrozumiał Pietro, tracąc całą radość, która wcześniej go owładnęła.

Zdał sobie sprawę z tego, że właśnie spalił za sobą wszystkie mosty. Po tym, co jakiś czas temu zrobił, nie pozostawało już żadnej ścieżki odwrotu. Musiał ponownie zmierzyć się z tym, co go niesamowicie upokorzyło, czego potwornie się bał… Raz kozie śmierć – powtarzał sobie, starając się uspokoić myśli. – Poradzę sobie. Zawsze jakoś sobie radziłem…

Z powodu przytłoczenia nieprzyjemnymi przypuszczeniami nie zwrócił nawet uwagi, kiedy już nie jego rezydencja pojawiła się na horyzoncie. Wraz z każdym jego krokiem rosła, aby ostatecznie przybrać monstrualne kształty.

Zdziwił się niesłychanie, kiedy przed drogą zobaczył powóz oraz konia niezgrabnie miotającego się po piachu.

- Nie w las – przekonywała zwierza Anna usiłująca nim kierować. – Mały, jedźże prosto – nakazała, nieodpowiednio ściskając lejce.

- Podnosisz je, unosząc mu łeb w górę – oznajmił jej Pietro. – Dla konia to znak, żeby się zatrzymać. Kiedy znowu luzujesz, każesz mu jechać w lewo.

- Prawe oko straciłam, ale kierunki jeszcze mi się nie pomieszały – rozzłościła się dziewczyna. – To z nim jest coś nie tak.

Mężczyzna lekko się uśmiechnął.

- Dlaczego w ogóle go zaprzęgłaś? – Spojrzał na pasy wiążące wierzchowca z powozem. Dziewczyna zapięła i pozwiązywała je dostatecznie mocno, żeby być w stanie wyjechać bez problemu… ale jeśli miałaby udać się gdzieś dalej, najprawdopodobniej zwierz odczepiłby się i zostawił ją samą z powozem na środku drogi. – Nie mówiłem, żebyś na mnie czekała?

Mężczyzna podszedł do konia i po kolei zaczął poprawiać zapięcia. Uznał wtedy, że na pierwszy rzut oka wszystko pozostawało w jak najlepszym porządku… Anna podczas zaprzęgania najprawdopodobniej kierowała się powierzchowną wiedzą, może podręcznikową. Ale to nie to samo co praktyka. Niektóre więzy okazały się zbyt poluzowane lub za mocno spięte, co Pietro szybko poprawił.

Jego siostra, widząc poczynania brata, zrobiła kwaśną minę, ale słowa na ten temat nie wypowiedziała.

- Nie – odrzekła. – Tak naprawdę nie dałeś mi żadnych instrukcji.

- To dlaczego uznałaś, że masz cokolwiek zrobić?

- Wydawało mi się, że szybciej będzie odebrać cię pod miastem – wyznała. – Nie chciałam czekać bezczynnie!

- A powinnaś – mruczał pod nosem Pietro.

Anna udała, że tego nie usłyszała i mówiła dalej.

- Zabrałam to, co niezbędne – oznajmiła. – Zawinęłam całe jedzenie ze spiżarni, zabrałam pieniądze, które ukryłeś za portretem, ubrania, twoje i moje… to znaczy, tylko twoje, ale rozumiesz.

- Na pewno nie pomyliłaś moich ciuchów z tymi ze starszych czasów? Nie chciałbym pakować się w za małe koszule…

- Na pewno – zapewniła. – Brałam tylko te, które nie były podarte i wydawały się na mnie znacznie za duże. Zresztą, co ci będę mówić. Idź i sprawdź – zakończyła, podając mu klucz do skrzyni.

Mężczyzna nie omieszkał zobaczyć, co też to jego siostra nawyczyniała. Ku jego zdziwieniu dziewczyna prawidłowo wszystko przygotowała. Wpakowała swoją podróżną skrzynię, której nigdy wcześniej nie użyła, zgrabnie ją wciskając obok tej malutkiej Pietro. W tym pierwszym przypadku zamek stanowiłby nie lada zagwozdkę dla tych, którzy zamierzaliby otworzyć go bez klucza – coś takiego na pewno nie stanowiłoby balastu, którego należałoby się pozbyć. Dziewczyna zabrała ze sobą wszystko co niezbędne. W środku  spakowała nawet ciuchy, które przed kilkoma dniami przywiózł jej brat; wybrała dokładnie te, które ten nie tak dawno temu ze swojego małego bagażu wypakowywał. Spakowała również jedzenie, a w tym mięso, które najprawdopodobniej zacznie gnić już jutro – on by sobie to odpuścił i tak jakąś część trzeba będzie wyrzucić, a przy najbliższym postoju kupi się zupę z korzenia savenasse i mięsa trolta, ale… dziewczyna miała prawo do takiego wyboru. Kiedy śpiąc w powozie, poczuje smród, zrozumie, dlaczego popełniła błąd.

Mając przed sobą tak szczelną skrytkę, bez wytchnienia wpakował do niej worek z pieniędzmi, który trzymał całą drogę na plecach, a który strasznie go uwierał. Zamknął skrzynie, a kluczyk schował do swojej najbardziej skrytej kieszeni w spodniach.

- Gratulacje – przyznał siostrze, kiedy wyszedł z powozu. – Wszystko zrobiłaś jak trzeba.

- Dzięk…

- A teraz spadaj – nakazał jej.

- Słucham?

- Do powozu. Nie umiesz jeździć, a na dodatek nie wiesz, gdzie miałabyś się udać.

- A ty wiesz? – nie zgodziła się. – Mógłbyś mnie trochę pouczyć…

- Nie czas na kłótnie. Złaź stamtąd.

Dziewczyna lekko się oburzyła, po czym mozolnie podniosła się z miejsca woźnicy, minęła się z bratem, rzucając mu pełne goryczy spojrzenie i ostatecznie – teatralnie wręcz – rozgościła się na tyłach powozu.

Pietro pomyślał wtedy, że dziewczyna będzie sprawiać problemy, ale nie wypowiedział ani słowa. Rozsiadł się na wcześniej zajmowanym przez kobietę miejscu i spojrzał na drogę, która napawała go trwogą jak nigdy przedtem. Zwykła ścieżka w jego oczach zaczęła narastać do demonicznej rangi, prowadząc prosto w otchłanie piekła.

Mężczyzna głośno przełkną ślinę.

W głowie rysowało mu się mnóstwo możliwości, przypominał sobie mapę i rozważał, gdzie w miarę szybko – niekoniecznie bezpiecznie – można się dorobić. W grę wchodziły tylko większe miasta, ale tam trzeba by angażować się w całkowicie wyjęte spod prawa interesy. Pietro Gaudette nie chciał narażać siebie i siostry na gniew Sędziów. Pragnął załatwić wszystko… Pół legalnie! – wpadł w końcu na pomysł.

Podrabianie glejtów w celu swobodnego przemieszczania się przez granicę to norma. Dobrze wyprodukowana kopia jest nie do odróżnienia przez straże graniczne, a niekiedy i przez biegłych. Wystarczy taką sobie załatwić i można swobodnie handlować towarami z ludźmi z różnych zakątków świata, kupując ich towary znacznie taniej i sprzedawać po zwyczajowych cenach w samym Equarze. Nie musieliby nawet rozprowadzać przedmiotów nie wiadomo gdzie – szlaki przygraniczne pozostawały obwite w ogromne, przepełnione potencjalnymi klientami miasta. Od południowych rubieży zaczynając – mogliby odwiedzić Elavero, Tenez, Albio – przez środek – Rinnę i Santanę – na północnym Amebari kończąc. Zawsze można też zatrzymywać się w mniejszych miejscowościach. Dzięki ci, Zegarmistrzu, za przeludnienie – pozostawało skwitować.

- Dlaczego ciągle stoimy? – zainteresowała się dziewczyna. – Dalej nie masz żadnego pomysłu?

- Właśnie go znalazłem – przyznał jej, skręcając powozem w stronę przeciwną do Vinesse. – To będzie daleka droga…

- Ale gdzie? – zapytała podekscytowana.

- Do Gulivero.

- Coś więcej? – odrzekła, irytując się z powodu własnej niewiedzy.

- To taka mieścina mniej więcej w centrum kraju. Mam tam jednego znajomego. Potrafi jak nikt podrabiać papiery.

- Ale po co nam podróbki?

- Jedziemy za granicę – powiedział jej, sprawiając, że ta rozpromieniała w jednej chwili. – A legalne pozwolenia zdobyłbym w najlepszym wypadku za rok. A i czas na glejcie pewno byłby ograniczony…

- Dobra, rozumiem.

- Chciałaś może kiedyś zobaczyć Novamossę albo Dannfart?

- Jeszcze pytasz – Jej oczy zaszkliły się od radości. – Nigdy nawet nie śniłam, że kiedykolwiek będę miała okazję przekroczyć granicę. To jak spełnienie marzeń.

- No to w drogę! – rzekł, po czym, nie ukrywając uśmiechu, zawrócił ponownie do rezydencji, momentalnie dezorientując tym dziewczynę.

- Co ty robisz? – mówiła Anna ledwie słyszalnym głosem. – Przecież… Ale mieliśmy…

- To tylko na chwilę – uspokoił ją brat. – Nie mam zamiaru wyruszać, zanim nie zjem ostatni raz porządnego śniadania przy naszym starym jak świat stole.

Kobieta nie odpowiedziała nic, lecz jej twarz nie potrafiła ukryć ulgi, słysząc te słowa. Wiadomym było, iż spodziewała się czegoś innego – nieco bardziej dla niej przygnębiającego. I może miała racje? – zaśmiał się Pietro. – W końcu specjalnie dla niej przygotowałem kanapki z czosnkiem.

- Tylko nie to! – skrzywiła się dziewczyna, mając przed sobą pełny talerz. – Wiesz, nie mówiłam ci, ale ja jestem już po śniadaniu… Nie mogę się opychać, bo…

- Kilka kanapek więcej nie zrobi ci różnicy – przekonywał ją. – Ile tam ich masz? Raptem cztery? Nie pożałujesz, czosnek jest bardzo zdrowy.

- Ale i obrzydliwy…

- Bez wybrzydzania. Na drodze będziesz zajadała się tylko zupą, która tak bardzo wcześniej ci smakowała. Uwierz, zatęsknisz za smakiem tych kanapek.

Anna spojrzała na swoją porcję, zastanawiając się, jak właściwie się w to wpakowała. Nie była pocieszona, ale – chyba żeby znowu mu coś udowodnić – zjadła wszystko, biorąc jak największe kęsy i starając się jak najmniej przed połknięciem je zgryźć. Widać stanowiło to dla niej zadanie równe ciężkiej pracy w polu, gdyż po fakcie głośno odetchnęła, jakby zmęczona morderczym zadaniem.

- Już? – zapytała, kiedy wstali od stołu.

Pietro jednak miał coś jeszcze do powiedzenia.

- Najpierw musimy coś przedyskutować – oznajmił ze śmiertelną powagą w głosie.

Dziewczyna z uwagą wyczekiwała kontynuacji.

- Jedziesz ze mną na moich zasadach – wyrzekł jej brat, prawie jakby prawił kazanie w świątyni. – I masz być mi całkowicie posłuszna. W przeciwnym razie, choćbym miał poruszyć niebo i ziemię, znajdę sposób, żeby znaleźć ci inne „więzienie”, czy jak to będziesz nazywać. Akceptujesz ten warunek? To jest – będziesz wykonywać moje polecenia?

Anna niepewnie kiwnęła głową, szczerze będąc przekonaną, iż nie sprawi bratu kłopotów – zależało jej na samodzielności, a nie na sabotowaniu działań Pietro.

- Dobrze, zatem ruszajmy – odrzekł młody kupiec, nie do końca będąc przekonanym samym gestem. Musiał mu jednak on wystarczyć, gdyż szybko podszedł pod drzwi i ustąpił siostrze miejsca. – Panie przodem.

Następne dnie spędzili niemalże w całości podróżując. Anna, choć początkowo z podziwem spoglądała na mijaną przez nich okolicę, szybko przyzwyczaiła się do widoku lasów, gór w oddali i pól, których ujrzała na pęczki. Po dniu uśmiech zniknął z jej twarzy, a przyglądała się na krajobrazy tylko dlatego, bo nie widziała niczego ciekawszego przed sobą – ot po prostu, żeby zabić czas. Tak powoli ulatniała się z niej wcześniej niezmierzona chęć przygody. Przez kolejne dni, będąc skazaną na monotonię bycia na szlaku, szybko zraziła się do tego wszystkiego, chciała zatrzymać się gdzieś na dłużej i odpocząć.

Jednak bratu o tym nie powiedziała; znosiła wszelkie trudności dzielnie, nie składając ani słowa skargi. Mimo wszystko nie była zbyt dobra w udawaniu – Pietro dość szybko ją przejrzał i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo rozczarowała ją codzienność podróży. Sam oczywiście nie rozpoczynał tematu – było cicho, a kłótnia wydawała się ostatnim, czego na tę chwilę potrzebował.

Choć ta kwestia pozostawała zabroniona, nie znaczy, że nie rozmawiali. Anna nie niepokoiła swojego brata podczas jazdy, uważała, że nie powinna go rozpraszać. Była to oczywista nieprawda, gdyż większość dróg w Equarze zawsze przedstawiała się bardzo zadbanie i w miarę bezpiecznie. Ścieżki dodatkowo były na tyle szerokie, żeby nie musiał zbytnio podczas jazdy manewrować, nawet wymijając się z innymi jeźdźcami. Ale nie chciałem wyprowadzać jej z błędu – przyznał przed sobą. – Wolałem chociaż wtedy mieć spokój. Gadali ze sobą podczas postojów. I to dużo. Kiedy zachodziło słońce, kiedy zjeżdżali na pobocze, skrywając się pod lasami i kiedy ognisko było już dobrze rozpalone – Anna i Pietro rozprawiali do późnej nocy, po trochu nadrabiając wszystkie stracone lata.

Mężczyzna sprawił wtedy, że jego zamknięta na ludzi siostra stopniowo otwierała się przed nim, mówiąc o wszystkim, co odczuwała podczas pobytu w rezydencji. Wyznała mu także, jak bardzo nienawidziła ojca, Audivero, całą służbę… oraz jego samego. Wszyscy w jej oczach ją opuścili i unikali, kiedy tylko mogli.  Pietro z kolei nawet nie pomyślał, że dziewczyna mogła czuć się aż tak samotna – on, gdyby nic się od niego nie wymagało, najprawdopodobniej żyłby tak jako ona. Albo podobnie – uznał, przypominając sobie dziewczyny, które ujrzał w domu Carlosa Viggo. – Mniejsza z tym…

- Naprawdę nigdy nie pomyślałem, że mogło ci to wadzić – przyznał jej, kiedy siedzieli przy ognisku. – Z ojcem nigdy nawet o tobie nie rozmawialiśmy…

- No właśnie – odrzekła z wyrzutem.

- Przykro mi, jeśli musiałaś przez nas cierpieć… Choć trochę na to za późno… Przepraszam. W imieniu zarówno swoim, jak i ojca.

Dziewczyna schowała twarz w kolanach, jakby chcąc uciec od odpowiedzi. Może jeszcze się zastanawia, czy ma mi wybaczyć? – zadawał sobie pytanie. Niezależnie od jej wyboru życzył jej tego, żeby okazała się zupełnie inną osobą niż ich ojciec, żeby nie chowała uraz z dzieciństwa przez całe życie.

- Czy Vincenzo był naprawdę aż tak złym człowiekiem, jak powiedział Audivero? – nagle wydobyła z siebie Anna.

- Nie wiem, co dokładnie mówił – zaczął powolnie Pietro. – Ale wydaje mi się, że akurat on potrafił dobrze go określić. Ojciec był… cholera, nie wiem, jak powinienem go opisać. Jednego dnia potrafił być w porządku, a jeszcze kiedy indziej zachowywał się jak skończony drań… Nawet jeśli bardzo gardziłaś swoim życiem, gwarantuję ci, że z nim u boku moje by cię również nie zadowoliło.

- A… – lekko się zaczerwieniła. – Dlaczego Vincenzo nie znalazł mi męża? Wiem, że to teraz się wydaje głupie, ale miałam dużo czasu na myślenie i długo się nad tym głowiłam. Przecież dzisiaj, w takim wieku…

- Powinnaś już wychowywać dzieci? – dokończył za nią. – Wydaje mi się, że to też by ci się nie uśmiechało. Zresztą… był taki człek, nazywał się Carlos Viggo; ojciec go nienawidził. Co jakiś czas wysyłał do nas list. Chciał cię poślubić i otrzymać dom w posagu. Ojca zawsze tak to wpieniało, że zapewne za każdym razem, kiedy rozważał kwestię twojego zamążpójścia, czerwienił się, przypominając sobie tego człowieka i zapominał o sprawie. Nigdy pewnie na spokojnie tego nie rozważył.

- „Pewnie”?

- Mówiłem, nie rozmawialiśmy o tobie. Ojciec jak już rozprawiał mi o zawodzie albo wygadywał rzeczy, których nawet nie chciałem słuchać. Trudno opisać nasze relacje, ale… Nie potrafię ci tego wyjaśnić. Jednego dnia chciałem zabić go we śnie, a innego podziwiałem. Strasznie to popieprzone…

- Ale taki jest świat – dodała dziewczyna. – A… czy… nie myślałeś, żeby zacząć wszystko od początku?

- A co my robimy?

Jego siostra zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

- Miałam na myśli to, że… –  ściszyła głos. – Że „od zera”. Rozumiesz, sam.

- Pytasz, po co po ciebie w ogóle wróciłem?

- Jakby nie patrzeć, jestem tylko problemem…

Twarz kobiety ciągle pozostawała skryta za jej kolanami; ciągle bała się kontaktu. Pietro nie wiedział, jak powinien postępować z osobami jej pokroju, ale rozmawiać z ludźmi potrafił. I odpowiedział jej dokładnie to, co usłyszałby od niego każdy inny mówiący te same głupoty.

- Masz rację – przyznał Annie, siląc się jak to tylko było możliwe, żeby się nie uśmiechnąć. – Ciągle uważam, że powinienem wtedy zawrócić…

Ona, słysząc to, z miejsca podniosła głowę i przenikliwie mu się przyjrzała. Drwina była tak wyraźna, więc nawet się nie zmartwiła – po prostu odwzajemniła uśmiech. Jej jednak wydawał się bardziej niemrawy… – uznał, po czym szybko zmienił zdanie. – Nieśmiały; to może było właściwsze słowo.

- Świnia – zwyzywała brata. – Chciałam, żebyś odpowiedział szczerze.

- Przecież mówię.

- Wielka świnia! – oburzyła się.

Będąc już zmęczoną obecną rozmową, powstała i udała się do powozu, żeby zasnąć. Mimo zbyt emocjonalnej reakcji nie miała bratu żartów za złe, ale jednocześnie oczekiwała w tym temacie szczerej odpowiedzi. Co by nie powiedzieć – poczuła się rozczarowana.

Nie wiedzieć czemu dziewczyna wolała spać w zamkniętych pomieszczeniach niż pod gołym niebem. Chociaż było ciepło, a ogień rozpalili tylko dlatego, żeby odstraszyć dzikie zwierzęta. Widać przyzwyczajenie robi swoje. Może z tego samego powodu ja, kiedy tylko mam okazję, sypiam przed gwiazdami? – zaciekawił się tym zagadnieniem.

– Jak nie chcesz, to nie mów – rzuciła kobieta na pożegnanie. – Na dzisiaj już wystarczy… Jestem zmęczona.

- Czekaj – zatrzymał ją.

- Coś jeszcze?

- Kiedy wczoraj spałaś… napisałem list. Do mojego przyjaciela ze stolicy. Nazywa się Malredo Diaz. Pytając, łatwo znajdziesz go w mieście bez problemów; jest wpływowym człowiekiem i każdy powinien go znać. – Wyciągnął kopertę z rzeczonym i podał go Annie. – Jeśli coś mi się stanie… udaj się do niego. Powinien o ciebie zadbać. Ma u mnie dług. Nie uśmiecha mi się wymagać od niego czegokolwiek, ale… To jest ostateczność, rozumiesz?

Kobieta wyraźnie nie zrozumiała

- Nie chcę tego świstka – oznajmiła.

- Posłuchaj, to nie jest żart…

- A i ja jestem śmiertelnie poważna. Nie chcę tego listu, bo wiem, że tobie nic się nie stanie.

- Tego nikt nie może wiedzieć.

- Tak samo nikt nie wie, czy świat następnego dnia się nie skończy. Ale czy to jest powód, żeby przestać żyć?

- Nie praw mi teraz mądrości z książek…

- Jesteś jedyną osobą zdolną odbudować ten ród. Masz ważniejsze rzeczy na głowie, niż zastanawianie się nad opcjami, które nie powinny cię interesować – z tymi słowy zniknęła w powozie.

- Ty cholero… – powiedział Pietro, kiedy został sam. – I weź dogadaj się z babami…

Nie wiedzieć czemu, zaczął się śmiać. Nie głośno jak szaleniec, ale raczej cicho i przyjemnie. Nie wiedział, co jest powodem tego przypływu radości, ale z jakichś przyczyn uwierzył swojej siostrze. Miała rację i należało jej to przyznać – powinien się skupić na jednym, a nie oczekiwać drugiego. To była podstawa dobrego interesu – pewność siebie. A ostatnimi czasy jego przeważnie przestraszona siostra, posiadała jej więcej od niego. Powinien coś z tym zrobić.

Zbliżył kopertę do ognia, żeby sobie coś udowodnić i… szybko ponownie schował ją za wams. Wtedy zrozumiał to, czego się spodziewał. Jakkolwiek by się nie starał, nie mógł powiedzieć, że miał choć odrobinę optymizmu swojej siostry.

 

Rozdział I

Samotny jeździec Algitieri

 

Pogoda przy zachodniej granicy Equaru była piękna o tej porze roku. Zieleń przyrody aż raziła w oczy, prócz tego na polach i łąkach rosły gdzie popadnie kwiaty, również bijące swoim kolorem po ślepiach. Wszystko, na co by nie spojrzeć, sprawiało wrażenie niewinności i dobra. Człowiek, który przemierzałby szlak, oglądając tak cudowne obrazy, musiałby być szczęśliwy, a jego serce napawałoby się nadzieją na lepsze jutro.

Ale nie w jego wypadku.

Pośród całego piękna i jasności, na żółtej drodze wyróżniał się samotny jeździec. Jego czarna jak noc klacz kroczyła po piachu, rzucając cień na pobliską trawę. Zdawała się mieć już swoje lata; na jej ciele odznaczały się pamiątki po licznych bitwach. Pozbawiono ją ucha i jednego oka. Ktoś, kto zobaczyłby tę biedną istotę, dziwiłby się, że w ogóle jest w stanie się poruszać. Ale ten osobnik nie wiedziałby najważniejszego – nie rozumiał, jak wiele szczęścia miał ten koń. Bowiem nikt, kto przebywał w otoczeniu Niecnego Algitieri, nie cieszył się długim życiem, bez wyjątków. Blizny, które odznaczały się na ciele zwierzęcia, świadczył o jego żelaznej wytrwałości i niezachwianej sile przetrwania. Był on najprawdopodobniej jednym z najbardziej zahartowanych w życiu stworzeń, jakie chodziły po ziemi. Ale to mógł stwierdzić tylko ktoś, kto poznał jego jeźdźca.

Ten siedział na wyraźnie wiekowym siodle, sprawiając wrażenie znudzonego. Lekko się garbił, a swoją aparycją sprawiał wrażenie podrzędnego bandyty ze szlaku. Jednak patrząc mu w oczy, można było dostrzec coś, czego żaden z oprychów nigdy sobą nie reprezentował – pewną głębie. W spojrzeniu Niecnego Algitieri kryła się pustka; sprawiał on wrażenie człowieka, któremu dane było poznać odpowiedź na pytanie o sens istnienia oraz o życie po śmierci. Mężczyzna wyraźnie dawał do zrozumienia, że to, co odkrył, go nie usatysfakcjonowało – rozczarowanie nigdy nie znikało z jego lica. Gdyby ktoś go nie znał, mógłby stwierdzić, iż ów człek jest bliski samobójstwa – sprawiał wrażenie pozbawionego radości bardziej niż umierający starzec. To było jednak złudne wrażenie, gdyż Algitieri przeżywał wszystko – wojny, klęski głodowe, burdy, pościgi Inkwizycji – co by to nie było, zawsze uchodził cały, a o odebraniu sobie życia nigdy nawet nie pomyślał. Wola przetrwania była w nim równie silna jak w jego wierzchowcu.

Mężczyzna miał krótko ścięte rzadkie włosy; niezwykle ciemne, nawet jak na Equarczyka. Posiadał kilkudniowy zarost, który jednak nie zawitał na jego twarzy dość licznie – policzki pozostawały niemalże gołe, a wąs nie stykał się z brodą; Stwórca nie obdarzył go tam zbyt hojnie. Choć ciągle podróżował, jego skóra pozostawała bardzo blada, jakby nie imało się jej słońce. Miał ciało trzydziestokilkuletniego człowieka, lecz wcześniej wspomniane cechy postarzały jego oblicze o przynajmniej kilka lat. Przeważnie omylnie zakładano, że ma na karku czterdziestkę. On jednak nigdy nie wyprowadzał ludzi z błędu – mówił tylko, kiedy musiał, a rozgadywanie się nie było jego sposobem na radzenie sobie z bólem, który zdawał się być nierozłącznym elementem jego egzystencji.

Nikt tak naprawdę nie wiedział, co kryło się w umyśle Niecnego Algitieri. Każdy jednak rozumiał, że na swój pseudonim musiał sobie zapracować. A to, że przy każdym przedstawieniu się go używał, tylko dodatkowo świadczyło, że mężczyzna był dumny z tego, co w życiu zrobił… Chociaż to nie musiała być prawda, a jedynie błędne wrażenie. Możliwe nawet, że ten tajemniczy człek wewnątrz brzydził się samym sobą. Nikt nie potrafił zaprzeczyć ani potwierdzić żadnej z tych opcji – nikt nie był przyjacielem Niecnego Algitieri. Nie było także chętnych na to stanowisko.

Strój mężczyzny niemalże w całości był czarny – spodnie, koszula, wams z wyraźnie wydartym herbem, najprawdopodobniej kradziony, spodnie, a nawet buty – wszystko, co z nim związane, zalatywało cieniem. Nawet same oczy Niecnego Algitieri lśniły w słońcu od mroku. Nie trudno się dziwić, że taki osobnik nie pasował do otaczającej go okolicy. Jeździec wyglądał jak smuga na czystym szkle, jak mucha, która kala swoją obecnością piękny obraz. Zdawało się, że wszystko, do czego zbliża się ów nikczemnik, blaknie, ustępując mrocznej aurze enigmatycznej persony.

Ale cóż takiego zrobił Algitieri, aby zasłużyć sobie na swoje miano? – nasuwało się pytanie. Trudno jednak było znaleźć takich, którzy byliby w stanie na nie odpowiedzieć. On bowiem nikomu się nie zwierzał, a o jego poczynaniach mogli w większości zaświadczyć tylko martwi. Szlak śmierci niemalże nierozłącznie towarzyszył mu, jakby pędząc za jego klaczą. Szczęśliwi ci, którym udało się ujść z życiem i opowiedzieć o tym, że poznali Niecnego Algitieri.  

Nie chodziło tu o klątwę ani o żadne sardoniczne moce, które popychały go do zbrodni. To raczej było kwestią tego, iż zawsze tam, gdzie pojawiał się mężczyzna w czerni, dochodziło do tragedii. W mniejszych wioskach zdarzało się, iż chłopi zwali Algitieriego Dullahanem, jeźdźcem śmierci, który podążał po świecie targany żądzą mordu. Strach sprawiał nawet, iż uznawali, że mężczyzna pozbawiony jest głowy, jak głoszą podania o tych istotach. Przestraszeni kmiecie nigdy nie chcieli, żeby rzekomy Dullahan się u nich zatrzymywał. Jak przecież wiadomo, za każdym razem, kiedy jeździec bez głowy robił postój, musiał umrzeć człowiek.

Algitieri przestał już może być człowiekiem – a przynajmniej w takim znaczeniu jak większość ludzi, ale nigdy nie uznałby się za istotę, w której istnienie nawet nie wierzył. Strach miejscowych był mu często na rękę – wykorzystywał go, żeby dostać za darmo pajdę chleba lub coś do picia. Nie raz zdarzało mu się chwytać okazję i ukraść niezbędne do życia produkty. Zawsze jednak był w stanie znaleźć ku temu wyjaśnienie, które pozwalało mu spać spokojnie – nawet ze świadomością, że przez jego występek z głodu zginęło jakieś dziecko.

Musiał przemierzać szlak tuż przy zachodniej granicy. Od dwóch lat niezmiennie pędził po całej jej powierzchni, zaglądając od miasta do miasta, szukając po drodze dorywczej roboty i wyżywienia, ale i… pewnego mężczyzny. Opis, który zawsze podawał, nigdy nie pozwolił mu jednak na znalezienie poszukiwanego. „Wysoki, ciemnooki brunet bez cech szczególnych” – tak zawsze go przedstawiał. – „Ponoć na nazwisko ma de Borgia, ale imienia nie znam”. Nie trudno się dziwić, że w państwie, w którym większość ludzi posiadała ciemne włosy i piwne oczy, nie dało się od tak znaleźć człeka, o którym tak naprawdę się nic nie wiedziało. A i nazwisko, które stanowiło jego jedyną poszlakę, musiało być fałszywe, gdyż w księgach heraldycznych, które Algitieri przejrzał, nie widniał żaden ród de Borgiów. Algitieri zdawał sobie sprawę, jak bardzo żmudne były jego poszukiwania, jak bardzo nikłe były szanse powodzenia. Mimo to nie ustępował, jak beznadziejnie by to się nie przedstawiało. Wiedział bowiem, co robi. Jego motywy pozostawały jednak tajemnicą, której nigdy nikomu nie zdradził.

Obecnie opuścił Elavero, jedno z większych skupisk ludzi, jakie postawiono przy granicy, daleko na południu. Miasto stanowiło solidną twierdzę, która w razie wojny miała zatrzymać wrogie wojska, zanim Pierwszy Sędzia zgromadziłby armię do kontrataku. W czasie pokoju jednak warownia zmieniała się w jeden z ważniejszych przystanków kupieckich szlaków – nie tylko dla Equarczyków, ale i dla prawie wszystkich Seraphitów, a nawet kilku nacji mowedańskich – tych, których imion prawie zawsze nie dało się wymówić. Podczas przejazdu przez miasto zauważył mnóstwo ludzi i słyszał wiele głosów. Jednak żaden nie był tym, którego poszukiwał.

Od czasu do czasu Niecny Algitieri musiał znaleźć sobie pracę, gdyż z czegoś żyć trzeba– tutaj nie był wyjątkiem – a kiedy nie nadarzała się okazja na kradzież oraz jako że chciał kontynuować przeszukiwanie granicy, podejmował się zadań związanych z podróżą. Głównie bronił karawan kupieckich przed bandytami, których zawsze było pełno, ale zdarzało się także, że brał nieco bardziej… przystające jego pseudonimowi roboty. Tak było też ostatnim razem –  uśmiercił na zlecenie człowieka, którego dzień po zabójstwie imienia nawet nie kojarzył, a w Elavero był, aby odebrać nagrodę. Z tak dużej kwoty średnich orsissów, jaką w łatwy sposób zarobił, mógł sfinansować swoją wieczną podróż na kolejne dwa tygodnie, nie musząc nikogo okradać ani – co jeszcze lepsze – nie będąc zmuszonym do przejmowania się kimkolwiek.  

Przemierzając szlak, natrafiał na wiele karawan kupieckich i pojedynczych osób, zarówno na koniach jak i pieszych. Wszyscy patrzyli na niego z wielką nieufnością, w pogotowiu zachowując swoje miecze, kusze i wszelkie inne ostre przedmioty – ludzie dosłownie potrafili wziąć w dłonie co popadnie. Po dziś dzień pamiętał, jak dostrzegł kiedyś w dłoniach żony kupca nożyczki, które ta ściskała, jakby licząc, że mogłaby zrobić mu tym krzywdę. Rozbawiło go to wielce – prawie współczuł jej tak ogromnej naiwności.

Niecny Algitieri niemalże zawsze zagadywał mijających go ludzi – nie ze względów towarzyskich – ta kwestia go nie interesowała; nawet się nie witał. Z miejsca pytał ich, czy aby nie słyszeli o mężczyźnie o nazwisku de Borgia oraz nakreślał jego wygląd. Kiedy odpowiedź była negatywna, ten niemalże natychmiastowo oddalał się, unikając przy tym konfliktu, ale nie zachowując się zbyt taktownie. Sprawiał wtedy wrażenie płatnego mordercy, który tracił już cierpliwość, poszukując swojej ofiary. Nie myślał jednak, że ktoś, kto nawet by poszukiwaną przez niego osobę znał, zełgałby mu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie okłamałby człowieka z takim spojrzeniem, jakim obdarzał ludzi Niecny Algitieri.

Dzisiejszego ranek różnił się od poprzednich – specjalnie wstał wcześniej i opuścił miasto, aby sprawdzić szlak. O tej porze przeważnie nie natrafiał na przejezdnych. W tym czasie mało kto odważyłby się na przejazd, obawiając się bandytów. Ale de Borgia zaliczał się do ludzi odważnych – przypomniał sobie Algitieri. – Równie dobrze może chcieć uciec rankiem, unikając obcych spojrzeń. To by odpowiadało jego sytuacji…

Zawsze budził się wcześnie, lecz dopiero dzisiaj – motywowany brakiem skutków wcześniejszych poszukiwań – postanowił wstawać tuż przed słońcem, jeśli tylko siły mu na to pozwolą, i gnać, licząc, że w końcu natrafi na jakieś wskazówki. Fanatyzm jego działań był jasny nawet dla niego samego, ale mu osobiście to nie wadziło. Uznał, że dopóki będzie żył, poświęci każdą wolną chwilę na poszukiwanie człowieka, który przedstawił mu się fałszywym nazwiskiem de Borgia.

Droga przed nim, którą znał już na pamięć, zniżyła się. Algitieri zwolnił konia, nie chcąc, aby ten się przewrócił, i jechał dalej, udając się w las, który z każdym kolejnym krokiem klaczy stawał się coraz gęstszy.

Postanowił obrać dzisiaj najkrótszą na północ i jednocześnie najrzadziej uczęszczaną trasę, słynącą z małego bezpieczeństwa i częstych napadów. Za drzewami, które obecnie mijał, bardzo lubili skrywać się rabusie chcący zarobić na wyżywienie swoich dzieci. Algitieriemu jednak nie byli oni straszni. Niech zaatakują – mówił sobie – a zrobię z ich gówniarzy sieroty.

O dziwo jednak obecny poranek nie zapowiadał jakiegokolwiek zamieszania.

Wymęczona życiem klacz powolnie kroczyła po wyznaczonej trasie, jakby odpoczywając w spokoju i harmonii otoczenia.

W końcu natrafili na miejsce, gdzie konary i liście zakrywały drogę przed słońcem; znaleźli się w centrum lasu. Był to dość pokaźny fragment szlaku, w którym Algitieri mógł ukryć się przed nieprzyjemnymi promieniami i dusznotą poranka. 

Żeby jeszcze tylko było spokojnie – pomyślał, słysząc krzyki dobiegające z najbliższego skrzyżowania. Nie mógł ujrzeć sytuacji, gdyż tą zakrywały zielone drzewa. Najprawdopodobniej kiedy przekroczy tamten skręt, jego spokojny poranek dobrowolnie zniknie, ustępując wydarzeniu o wątpliwym poziomie bezpieczeństwa.  Jednak nie zawrócił. Nie paliło mu się pomagać atakowanym czy zgrywać bohatera, nie takie były jego zamiary. Pragnął dowiedzieć się, czy w którejś ze stron nie krył się mężczyzna o nazwisku de Borgia.

Czym szybciej się zbliżał, tym rozpoznawał najbardziej dające się we znaki głosy. Najgłośniejszym z nich była kobieta. Typowe – skwitował. – Zawsze krzyczą, zanim bandyci je zgwałcą. Szczęście, że w trakcie przestają.

Skręcił przy najbliższym skrzyżowaniu, a wtedy jego oczom ukazał się wielki powóz, o dziwo ciągle w całości. Towary, które na nim rozłożono, również przedstawiały się jako nietknięte. Ale to szybko miało się zmienić, gdyż parę przejezdnych obległo z tuzin bandytów. Na powozie stała dziewka o ładnej buźce, która wymachiwała jak głupia krótkim mieczem. Nie unosiła rzęs nad prawym ślepiem, co dało Algitieriemu jasno do zrozumienia, że wewnątrz kryła się tam tylko szpetna blizna. Na głowie miała stary hełm przypominający żelazną czapkę, a spod niego wydobywały się potworne krzyki, sączące się z ust kobiety niczym najgorętsza smoła. Jęczy gorzej niż palona na stosie– powiedział sobie, plując na ziemię.

- Ratunku – wrzeszczała, dostrzegając zbliżającego się nieznajomego. – Ratunku! Bandyci!

Jedynym, który otwarcie walczył z oprychami, był młody mężczyzna, bardzo opalony i barczysty. Miał sylwetkę atlety, jakby całe życie pracował czy też raczej spędził na szlaku. Robił, co mógł, żeby ogarnąć sytuację, ale wyraźnie ona przerastało jego możliwości. Wie, jak posługiwać się mieczem w przeciwieństwie do tej idiotki na powozie, ale każdy, nawet najlepszy szermierz, będzie dupa, kiedy wrogów kupa – sprawdzało się stare jak świat porzekadło.

Młodemu mężczyźnie udało się powalić jednego, lecz Algitieri nie przewidywał mu dużych szans na zwycięstwo. Po jednym trupie wyglądał na bardzo zmęczonego, a przed sobą miał jeszcze przynajmniej dwunastu, którzy czyhali na jego dobytek.

W zbiegowisku warzyło się życie dwójki podróżników – jak łatwo dało się ustalić. Najprawdopodobniej jakiegoś trzeciorzędnego handlarzyny i jego małej kurewki – stwierdził. – Tyle jeśli chodzi o wstępne oględziny.

Należało teraz przejść do części, która go interesowała.

- Ej, wy! – zawołał Niecny Algitieri.

Kilku mężczyzna z bandy zwróciło się ku niemu, unosząc także swoje ostrza. Jeździec, widząc to, jedynie lekko się uśmiechnął.

- Schowajcie broń – powiedział do nich. – Nie mnie, a tamtych okradacie.

Bandyci spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc, co ten miał na myśli.

- Nie zamierzam im pomagać – oświecił  ich Algitieri. – Skupcie się na powozie.

Mężczyźni nie uwierzyli jego słowom i ciągle zbliżali się do zabliźnionej klaczy.

- Idioci – skwitował jeździec, po czym zwrócił się do reszty bandy. – Hej, wy! Tak, do was mówię! Czy któryś z was słyszał może nazwisko de Borgia? Kojarzycie kogoś, kto się tak przestawił?

Cały zgiełk na szlaku ucichł, a wszyscy zgromadzeniu odwrócili się w stronę krzyczącego mężczyzny na koniu, który sprawiał wrażenie ułomnego, jakby nie dostrzegał, co właśnie się na jego oczach działo. Nawet atakowani opuścili bronie, nie do końca wiedząc, co się dzieję. A przynajmniej ta dziewka – zauważył Algitieri. – Jest przestraszona jak zając.

Zgromadzeni obdarzyli dziwnego jeźdźca spojrzeniem, które dało mu jasno do zrozumienia, że wspomniane miano słyszą pierwszy raz.

- My nie mamy żadnych nazwisk – zauważył jeden z bandy. – Teraz spieprzaj, zanim do nich dołączysz.

Algitieri spojrzał swoim pustym spojrzeniem po wszystkich członkach szajki, a kiedy się upewnił, że nikt nie wbije mu ostrza w plecy, kiwnął głową i zaczął wymijać zgiełk. Myślał, że to była kolejna daremna rozmowa, którą niechętnie musiał odbyć, a która kompletnie nic mu nie dała. Chciał opuścić tych ludzi, których żywoty kompletnie go nie interesowały. Przyspieszył konia i…

- Czekaj, panie! – zawołała niespodziewanie kobieta na powozie, jakby dopiero teraz odzyskując głos. – Kojarzę to nazwisko!

Niecny Algitieri zatrzymał klacz i wytrzeszczył oczy, bacznie przyglądając się kobiecie. Jej twarz była tak zszokowana, że nie potrafił jednoznacznie określić, czy kłamie, czy wie o czym mówi. Musiał zatem wybrać, co dalej powinien zrobić. A decyzję podjął błyskawicznie.

Zawrócił wierzchowca i zbliżył się do wymachujących przeróżnymi broniami bandytów. Jego zachowanie bardzo im się nie spodobało; uznali, że podszedł za blisko. Jeden z nich zamachnął się na niego toporem, lecz Algitieri był szybszy – zdzielił go kopniakiem w twarz, łamiąc mu nos we wszystkich możliwych miejscach. Oszołomiony mężczyzna rzucił broń i upadł na ziemię, nie do końca kontaktując, ci się dzieje.

- Zmiana planów, panowie – oznajmił im posępny jeździec. – Jednak ich nie tkniecie. Ten kupczyk i jego kurewka są pod moją ochroną!

- A co ty samojeden możesz zrobić? – ryknął pierwszy z brzegu oprych, zauważając, że do pasa jeźdźca przypięto jedynie dwie pochwy z niezbyt okazałymi sztyletami.

Algitieri zbliżył się do ciekawskiego.

- Wypierdalać – wyrzekł w jego stronę, szpetnie się uśmiechając. – Zanim się rozmyślę.

Grupa miała dosyć słuchania człowieka, którego groźby – mając ku temu solidne powody – uznała za bez pokrycia. Algitieri padł ofiarą liczniejszego przeciwnika – obronił się raz, drugi, ale za trzecim razem został uderzony pałką w żołądek, a w efekcie spadł z konia. Nawet nie zdążył dobyć swoich lichych ostrzy. Czterej mężczyźni z bandy rzucili się na niego, uderzając co popadnie – bili i kopali leżącego bez opamiętania, sprawiając, iż z tego szybko zaczęła wyciekać krew. Uderzali w brzuch, kopali w nogi – jeden nawet usiadł, aby skuteczniej walić w głowę przeciwnika pięściami. Twarz mężczyzny szybko zrobiła się czerwona od juchy. Reszta bandy zajmowała się pozostałą dwójką; wyglądało na to, że jeździec jednak przecenił swoje możliwości…

Wtedy spomiędzy zakrwawionych ust Niecnego Algitieri wydobył się głośny śmiech, jakby przeczący całej obecnej sytuacji. Był tak doniosły i raptowny, iż dwójka z jego oprawców oddaliła się o krok. Jeździec, który przybył znikąd, odkrył przed obcymi ludźmi swoje drugie, nieco bardziej szalone oblicze.

- Chyba wystarczy – uspokoił się, muskając językiem własną krew.

Tuż potem stało się coś dziwnego, niemożliwego do pojęcia dla prostych umysłów, jakie bez wątpienia posiadała cała bandycka zgraja. Krew, która zdążyła wycieknąć z ciała Algitieriego, zaczęła się ruszać, nie w naturalny sposób, cieknąc w dół, ale… pięła się ku górze, jakby poruszana niewiadomą siłą. To w oczach bogobojnych prostaczków przedstawiałoby się jak cud… lecz prawda była znacznie bardziej przyziemna i przede wszystkim – niebezpieczna do wygłaszania na prawo i lewo bez narażenia się Inkwizycji.

- Magia! – zauważyli jednogłośnie bandyci.

- Szarlatan – dodał jeden z nich.

- Diabeł! – wrzasnął jeszcze inny.

 Jednak dopiero trzeci trafił, z kim miał do czynienia.

 - Czarnoksiężnik! – ryknął człek klęczący przed twarzą mężczyzny.

To były jego ostatnie słowa, gdyż lina, którą utworzyła krew Algitieriego, raptownie zaatakowała jego osobę, przebijając krtań i wylewając dużą zawartość juchy, którą w sobie posiadał. Jednak czerwień nie poleciała wprost na twarz parającego się magią, nie – ten za pomocą ręki, zdawał się nakierowywać ją na boczny tor. Farba poleciała dokładnie tam, gdzie ją prowadził. A było to miejsce nad jego dłonią – krew szybko zamknęła się w określonym kształcie.

W następnej chwili Algitieri powstał, a jucha, która lewitowała nad jego dłonią, przybrała postać podobną do glinianej kulki. Szybko pomógł sobie drugą ręką, przykładając ją od góry, sprawiając tym samym, iż krew poczęła zmieniać formę na średniej wielkości dysk. Robił to wszystko z dokładnością wprawionego krawca, jakby nauczył się prządź swoje „płótno” już bardzo dawno temu. Jego ruchy wydawały się wręcz idealne, doprowadzone do perfekcji.

Człowiek parający się magią tworzył w swoim rzemiośle, nie zwracając uwagi na kogokolwiek, nie obawiając się ingerencji.

A i na takową się nie zapowiadało. Wszyscy bandyci stali jak wryci – w kompletny szok wprowadziła ich już enigmatyczna śmierć druha, a fakt, że jego juchą operował tajemniczy mężczyzna, tylko dodatkowo wprawiała ich w osłupienie. Nawet podróżni, których z założenia Algitieri chronił, nie wiedzieli, jak powinni na to zareagować. Nikt z nich najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie widział pokazu prawdziwej sztuki magicznej. Jedyne, co teraz czuli, to strach przed nieznanym – okropieństwem, które od lat wszyscy w ich otoczeniu potępiali.

Odkąd czary zostały uznane za wyczyny demonów, władze świątynne wszystkich wierzących w Stwórcę królestw powołały do życia tak zwaną Świętą Inkwizycję, która w rzeczywistości była prywatną armią wysoko postawionych urzędników kapłańskich. W każdej świątyni rozgłaszano, iż powstała ona, aby walczyć z zarazą, jaką szerzy magia i czarnoksięstwo, lecz prawdziwy powód był zgoła inny, jak poprzednio – znacznie bardziej przyziemny.

Arcybiskupi i kardynałowie uznali, iż zakony magiczne urosły w siłę, odbierając im część wpływów. Aby temu zaradzić, wykorzystali wszelkie swoje autorytety i pod pretekstem walki ze złem zorganizowali wewnętrzną krucjatę przeciwko magom. Pomoc uzyskali u większości szanowanych władców i taktyków ówczesnego świata – każdy chciał okryć swe imię chwałą przeciwko wrogom Zegarmistrza.

Tyle chwalebnych haseł, tyle wzniosłych idei… a wszystko ograniczało się do najzwyklejszych mordów. Najpierw siłą przejęto wszystkie siedziby zakonne, nie mając litości nawet dla nieletnich kadetów, dopiero wprawiających się w magicznym rzemiośle. Następnie wydano dekret, który nakazywał wszystkim matkom wydanie dzieci, u których odkryto magiczny potencjał. Tak Inkwizytorzy z dumą wbijali miecze nawet do kołysek; nic nie mogło powstrzymać ich rządzy krwi.

Do walki przeciwko „nieludzkim pomiotom” przyłączali się wszyscy, nawet ci, którzy przed wyjęciem magów spod prawa nic do nich nie mieli – prowadzili z nimi normalne rozmowy czy nawet handlowali. Większość uległa fali, która niczym klęska głodu nawiedzała kolejne kraje, niszcząc w nich magiczny potencjał.

Utworzenie Inkwizycji uznaje się za początek kolejnej epoki – zwanej Erą Oświecenia. Nowopowstała potęga zastąpiła miejsca wcześniej okupowane przez czarnoksiężników w niespełna rok, a dwa lata potem większość ludzi obdarzona magiczną mocą – w najlepszym wypadku – leżała zakopana w ziemi. Zadanie, które powierzono Inkwizytorom zostało wykonane…

Co nie znaczy, iż ta „chwalebna” organizacja od tamtej pory poprzestała istnieć, w żadnym wypadku. Ona miała się dobrze, oddzieliła się od wpływów kapłaństwa, a wszyscy Inkwizytorzy wykorzystywali swoje kompetencje, aby pod pretekstem uprawiania magii, pętać ludzi, posyłać na stos, bądź najzwyczajniej w świecie konfiskować ich majątki. Nietrudno się domyślić, iż takie działania spowodowały chaos we wszystkich wierzących królestwach, ale – żeby uniknąć buntów możnych – podpisano swoiste traktaty, które zabraniały Inkwizytorom podporządkowywać sobie szlachtę i tym bardziej ich o cokolwiek oskarżać. W praktyce to niekiedy zawodziło, lecz przeważnie była armia urzędników kościelnych nie wchodziła ze świecką władzą w konflikt – obie grupy współegzystowały, niekiedy wykorzystując niższe stany.

Po dziesięciu latach od wybicia zakonów, resztka ocalałych magów dalej ukrywała się w przeróżnych zakątkach świata, przeważnie chowając swoje umiejętności przed oczami innych. 

O paraniu się czarami nie mówiło się dobrze w żadnym domu, a społeczeństwa za burdy i okrucieństwa, których dopuszczała się Inkwizycja, obarczały winą właśnie czarnoksiężników – stanowili oni swoistego kozła ofiarnego, na którego winę zwalić wręcz wypadało. Nie trudno się zatem dziwić, że Algitieri wywołał wśród obecnych niemałą sensację.

Krwawy dysk w dłoniach mężczyzny niespodziewanie wyrwał się spod jego rąk i poleciał, jakby przezeń kierowany, w stronę bandytów, którzy wcześniej go pobili. W następnej chwili figura z juchy ścięła im wszystkim głowy, niczym najbardziej wyostrzony katowski topór.

Kiedy rozłączone od kręgosłupa łby upadły już na złoty piach, barwiąc go czerwienią, to, co ich zabiło, legło razem z nimi, zmieniając się z powrotem  w najzwyklejszą i w żadnym razie nieruchliwą kałużę juchy.

- Wystarczy? – zapytał resztę bandytów Algitieri, dotykając się po ranach na twarzy.   

Nikt nie odpowiedział, lecz kiedy czarnoksiężnik ponownie uniósł dłoń, cała szajka rzuciła broń, zeszczała się w spodnie i popędziła w przeciwną stronę, zostawiając kupiecką parkę z całym ich dobytkiem w spokoju. Algitieri nie miał złudzeń, że mężczyźni nie pójdą złożyć skargi na to, co się stało, do najbliższego Inkwizytorium. Będę czekał – nie wystraszyła go ta ewentualność. Nie pierwszy raz ktoś by go ścigał.

Kiedy kurz po bandytach opadł, a na ścieżce ostała się tylko ich trójka, Algitieri zwrócił ku obcym swój wzrok. Ci, patrząc w jego ciemne oczy, momentalnie się wystraszyli, ich ciała przeszył dreszcz; wyraźnie rozważali opcję ucieczki za oprychami. Spojrzeli po sobie, a potem skupili się na tajemniczym magu, trzymając bronie w gotowości.

- Dziękuję za pomoc – wydobył z siebie niepewnie kupiec, podchodząc do wybawcy.

Ten jednak minął go, lekko szturchając i skierował się w stronę kobiety. Jego potworne spojrzenie zdawało się przeszywać ją od środka, co wprawiło zainteresowaną w bardzo nieprzyjemny stan – czuła się, jakby właśnie wylądowała na przesłuchaniu z Inkwizytorem, oskarżona o najgorsze z bluźnierstw. Nie wiedzieć czemu wyglądała na winną i wyraźnie nie potrafiła wyzbyć się tego poczucia. Algitieri chciał wiedzieć, jaka była tego przyczyna. Na samą myśl, że mógł zostać oszukany i że dał sobie obić twarz bez potrzeby, krew w jego żyłach zawrzała. Liczył jednak, że niepewność dziewczyny wynika tylko i wyłącznie z lęku, jaki do niego żywiła. Oczekiwał, że kobieta nie popchnie go do przekroczenia jego granic…

Jedyne oko dziewki mimowolnie skierowało się ku stopom, lecz Algitieriego to nie zraziło – przywyknął, że ludzie traktowali go z przerażeniem i zawoalowaną pogardą. Lubił to; wiedział, że tylko te uczucia są szczere. Był w końcu człowiekiem, który otwarcie przyznawał się do nienawiści, jaką darzył cały świat.

- Gadaj – nakazał kurwie kupczyka. – Gdzie ostatnio widziałaś de Borgię?

Dziewczyna głośno westchnęła, zapominając języka w gębie. Wydobyła z siebie jeden syk, później go cofnęła, chcąc wyrzec jeszcze coś innego. Ostatecznie nie powiedziała nic. Algitieri uznał, że należało jej w tym pomóc.

- Mów! – wrzasnął najgłośniej jak potrafił. – Wcześniej nie miałaś z tym problemu!

- Ja… – wyjąkała – Ja… nie wiem, panie… Powiedziałam to, żeby…

Mężczyzna, zdając sobie sprawę, że został oszukany, momentalnie wpadł we wściekłość. Nie lubił być wykorzystywany – tutaj zapewne nie był wyjątkiem.

- W dupie mam, co ci się uwidziało, szmato! – przerwał, zaciskając dłoń na jej gardle.

Kobieta starała się mu wyrwać, lecz nie miała nawet w połowie tyle siły co on. Miecz wypadł jej z dłoni, a ona sama uniosła się nad ziemię. Z każdą chwilą coraz bardziej brakło jej powietrza.

- Nie! – wrzasnął kupiec, powolnie zbliżając się do maga. Ciągle na uwadze miał jego umiejętności, więc nie starał się wykonywać gwałtownych ruchów, opuścił broń, a ręce miał stale  na widoku. – Ona nie miała innego wyjścia. Potrzebowaliśmy pomocy. Nie wiedziała, że…

- Że naraża się pierdolonemu odmieńcowi?! – Jego dłoń ścisnęła jej krtań jeszcze mocniej. – I co, kupczyno, opłaciło się ryzykować? Nie umiałeś utrzymać jej na wodzy, to teraz niech cierpi!

- Błagam, panie! – Mężczyzna upadł na kolana, a jego twarz zalała się łzami. – Nie mam nikogo więcej na świecie…

Algitieriego przeszył niesłychany dotąd bodziec; poczuł coś, co w odmętach jego osobowości powinno zginąć dawno temu, porzucone na pewną zagładę. Odżyły w nim uczucia, o których nigdy więcej nie chciał pamiętać. Też kiedyś miał na świecie kogoś bliskiego, ten ktoś też był dla niego ważny… Pamiętał, jak się czuł, kiedy widział, jak…

Poluzował ścisk, a wtedy dziewczyna poleciała na ziemię, głośno nabierając powietrza w płuca.

- Dziękuję, panie – rzekł kupiec, podbiegając do kobiety. Od razu objął ją i upewnił się, że nie będzie miała dalszych problemów z oddychaniem.

- Zamknij, kurwa, ryj – wnerwił się Algitieri, odwracając od nich wzrok. – Nie chcę nigdy więcej was oglądać. Zabieraj tę swoją dziwkę i znikaj. Pierdoleni oszuści…

Czarnoksiężnik podszedł pod swoją klacz i czym prędzej jej dosiadł. Chwycił za lejce. Chciał już pognać przed siebie, zapominając o tym niezwykle emocjonalnym „przedstawieniu”, lecz wtedy ta sama kobieta, która wcześniej zrobiła mu masę nadziei, wydobyła w końcu z siebie jakieś słowa. Jak to w przypadku panien jej pokroju bywa – musiała odpyskować.

- Nie jestem jego dziwką – rzekła, ciągle głośno dysząc. – To mój brat, ośle! Jest lepszym człowiekiem ode mnie, bo w przeciwieństwie do niego, ja nie potrafię odpowiedzieć uprzejmością na chamstwo!

Algitieri odwrócił ku niej wzrok i zmarszczył brwi. Jej brat już spieszył z przeprosinami, lecz ta nie dała mu nawet dojść do głosu.

- Pomogłeś ludziom w potrzebie – kontynuowała. – Daruj, że zmusiłam cię do dokonania tak strasznego czynu. Daruj, że uważałam cię za lepszego człowieka! Dlaczego zawsze za odrobinę ludzkiej przyzwoitości uważacie, że się wam coś należy? Dlaczego nikt z was nie pomyśli chociaż raz, że poza czubkiem własnego nosa jest coś więcej?

- Nas? – uśmiechnął się lekko. – Znaczy?

- Skurwysynów! – powiedziała z taką pasją, jakby to słowo wyszło przez jej usta pierwszy raz. – Od początku tej podróży widuję tylko tobie podobnych. Ale ileż można?! Nie będę jak mój brat. Nie podziękuję ci za pomoc, bo nawet nie chciałeś jej udzielić. Jesteś zwykłą kupą… gówna, która nigdy nie zrobiła niczego bezinteresownie. Życzę ci śmierci, potworze!

Jej brat wytrzeszczył oczy, a na jego twarzy rysował się strach o ich dalsze istnienie. Nie musiał jednak się bać. Algitieri nie zamierzał ich zabić; wiedział kim był, a dziewczyna trafnie to ujęła. Za prawdę nie mógł jej ukarać ani nie miał powodu do wściekłości. Wręcz przeciwnie – to gorące przemówienie sprawiło, że zdążył ochłonąć.  

- Witamy na szlaku – rzekł do kobiety, lekko się kłaniając. – Ktoś powinien powiedzieć ci to już dawno temu, siostro kupca. – Zwrócił się do mężczyzny. – Tak jak mówiłem. Nie wchodźcie mi więcej w drogę. Bywajcie.

- Jak się nazywasz? – nie ustępowała dziewczyna.

- A do czego ci to potrzebne? – zaciekawił się Algitieri, nie odwracając do niej wzroku.

- Chcę znać imię człowieka, którego będę przeklinać we śnie.

- Skończ już, głupia! – skarcił ją kupiec.

Jeździec przyspieszył konia.

- Wołają na mnie Niecny Algitieri – krzyknął na pożegnanie. – Życzę udanych koszmarów.

 Algitieri ponownie wrócił do swojej rutyny, na pusty szlak, który od dwóch lat przeszło mu przemierzać bez większych skutków. Znowu zamienił się w niepasujący fragment otoczenia, który psuł odbiór całości.  Ale mu to nie wadziło – przywyknął do tego, że jest sam. Powtarzał sobie, iż winien zrobić wszystko, żeby ten stan jak najdłużej utrzymać. W końcu takim jak on nie przystało zostawać długo w towarzystwie.

 

*

 

- Co za bufon – zauważyła Anna Gaudette, kiedy tajemniczy czarnoksiężnik zniknął im z oczu.

Jeździec przy pierwszej możliwej okazji zjechał z głównej drogi i obrał boczną ścieżkę, odbijającą w lewo, bardziej w stronę granicy z Dannfartem. Zrobił to tak nagle i perfidnie, jakby… jakby… Chciał uniknąć ponownego spotkania z nami – ustaliła dziewczyna.

- Możliwe – przyznał jej brat. – Ale to najbardziej przyzwoity bufon, którego spotkaliśmy od początku całej naszej podróży.

Na twarz kobiety wstąpił grymas zdziwienia. Przyjrzała się jedynym okiem Pietro, nie wiedząc, czy ten aby się z niej nie zgrywał. Wybrał kiepski moment – uznała zawczasu.

- Czy my spotkaliśmy tego samego człowieka? – spróbowała wyjaśnić nieporozumienie.

- Nie zabił cię, chociaż dałaś mu ku temu wszelkie możliwe powody – przypomniał jej ciągle lekko poddenerwowany. – Myślisz, że ilu na jego miejscu zachowałoby się tak samo? Ludzie jego pokroju nie mają w zwyczaju przyjmować krytyki. A ty go najzwyczajniej w świecie obrażałaś – za coś takiego tacy jak on udowodniają, że śmierć nie jest najgorszym, co mogłoby cię spotkać.

- Dalej cię nie rozumiem. – Zdjęła hełm, który od początku bitwy ją uwierał. – W dziwny sposób oceniasz ludzi, braciszku. Zaczynam się o ciebie martwić.

- Dziękuję, siostrzyczko – odgryzł jej się. – Ja przynajmniej dożyję sędziwego wieku.

Nie potrafiła na to odpowiedzieć, naburmuszyła się  więc tylko i zmarszczyła czoło jak dziecko, któremu zabrakło słów.

- Nie podejmuj więcej decyzji bez mojej zgody, rozumiesz? – zmienił ton Pietro, nabierając grobowej powagi. – Na szlaku nigdy nie wiesz, na kogo trafisz. Następnym razem siedź cicho i zdaj się na mnie.

- Następnym razem?!– uniosła się. – Gdyby nie ja w tej chwili leżelibyśmy na ziemi zamiast tych tam! Udało mi się pozbyć problemu, który ty wywołałeś. Nie muszę przecież mówić, czyja to wina, że w ogóle wyjechaliśmy tak wcześnie. To był genialny pomysł jegomościa Pietro, który, cytuję, „wiedział co robi”. Nie mogliśmy wystartować trochę później, któż mógł coś podejrzewać… Chociaż nie, nie mogę sobie odpuścić – od początku mówiłam, że to zły pomysł! Ale czy ktoś mnie słuchał? Przecież ja nie mam nic do gadania. Ja… – Jej wzrok przykuła obecność trzech pozbawionych głów truposzy i jednego, z którego dosłownie wyciśnięto krew. Oglądała pejzaż, który tak sprawnie ozdobił ich „wybawiciel”, choć było to mocno przesadzone określenie. Bardziej pasowałoby „niedoszły oprawca, który przez pomyłkę działał na ich korzyść”. Sam widok tego, co zrobił, sama myśl o nim sprawiła, iż Annie odechciało się kłócić. W tym człowieku było coś mrocznego, i nie o samą magię się rozchodziło. Nie potrafiła tego opisać… patrząc w jego oczy, miało się wrażenie, iż spogląda się na samą Śmierć; jakby przeżył kilka żyć, o których można by spisać niejedną, grubą jak cegła biografię…

Pietro z najszczerszą przyjemnością obserwował jak z jego siostry ubywają wszelkie chęci do krzyku; pozwolił jej chwilę ochłonąć, mając na uwadze spokój, który podczas podróży bardzo cenił, a którego nie pragną jeszcze przed minięciem granicy stracić. Dlatego w ciszy obejrzał towary leżące na wozie i sprawdził, czy któryś z nich nie został aby uszkodzony. Szczęściem napawał go fakt, że całość przedstawiała się tak, jakby nigdy żaden napad nie miał miejsca.

Kiedy uznał, że już czas, nakazał siostrze zajęcie miejsca w powozie, a sam rozsiadł się na siedzeniu kierowcy, chwytając za lejce.

- Na co czekasz? – ponaglił ją.

Ta ciągle w głowie miała obraz oschłego mężczyzny, który tak haniebnie ją potraktował, tego, który niemalże ją udusił. Niecny Algitieri – takie paskudne imię przyszło nosić tej szpetnej istocie, która zapewne tylko z pozoru przypominała człowieka. Każda służka opowiadała jej o tym, jak destrukcyjni przez ostatnie lata byli magowie oraz ile zniszczeń dokonali w walce z obrońcami wiary. W powieściach i dramatach – o ile w ogóle się pojawiali – też zawsze byli przedstawiani jako czarne charaktery, i to takie, których nie dało się lubić! Ten typ był taki sam jak oni. Nie wyobrażała sobie nawet, że którakolwiek kobieta mogła urodzić go i z dumą tytułować się matką…

Z drugiej strony Anna sama zagrała mu na nerwach, wykorzystując go, aby uratować życie. Spodziewała się, że ów osobnik był podrzędnym oprychem, który często rzucał słowa na wiatr, ale… sytuacja bardzo ją przerosła. Gdyby Pietro jej nie bronił, najprawdopodobniej załamałaby się i grzecznie pozwoliła się udusić…

Miał prawo się zdenerwować – uznała, znowu nie wiedząc, czy powinna kogoś potępić czy usprawiedliwić. Zaczęła w końcu dochodzić do wniosku, że nie można było tego zrobić jednoznacznie z nikim, gdyż w każdym tkwią motywacje, które można różnorako oceniać. Nie ukrywała także, że ten tok myślenia sprawiał jej wielki zawód i doprowadził do mętliku w głowie – Dlaczego ja nie mogę się w końcu na coś zdecydować!

- Jak tak dalej pójdzie, zanim odejdziesz, ciała zaczną gnić – mówił do niej brat. – Sadzaj tu swoje dupsko i ruszamy! Czym szybciej będziemy na miejscu, tym szybciej nasze sakiewki się napełnią.

Dziewczyna podniosła swój krótki miecz z ziemi i umieściła go w pochwie przytroczonej do pasa.

- Ty zawsze tylko o pieniądzach – odrzekła ironicznie, żeby półżartem wytłumaczyć swoje rozkojarzenie. – Przecież to nie jest najważniejsze…

- Ale jednak to za nie będziemy mogli zamówić do jedzenia coś, co dla odmiany nie spowoduje u jaśnie panienki wymiotów. Przepraszam, że o tym pomyślałem. Rozumiem, że już przywykłaś do twojej kochanej zupki?

Dziewczynę przeszedł nieprzyjemny dreszcz na samą myśl o tym, że dzisiaj znowu będzie musiała wpakować w siebie kolejną miskę.

Wsiadła do powozu, wiedząc, że jej zachowanie zaczyna być irytujące. Nie chciała tego, ale czasem wszystko działo się samo – jakby bez jej woli; słowa wyciekały z jej ust, chociaż ona chciała powiedzieć coś innego albo mówiła to, co zamierzała, w takich słowach, że sens jej wypowiedzi ulegał kompletnemu zniekształceniu. Strasznie ją to denerwowało, ale nic z tym nie mogła zrobić – nie da się od tak nawrócić swoich umiejętności konwersacyjnych na właściwe tory, zwłaszcza po tylu latach „rozmów” jedynie z bohaterami książek. Poszczęściło jej się jednak, że młody Gaudette pozostawał względnie cierpliwym rozmówcą i znosił jej „humorki”.

Pietro wyruszył, a wtedy drzewa zaczęły migać jej przed oczami. Szybko siedzenie, na które była skazana, zaczęło znowu dawać się jej we znaki – miała wrażenie, że musi wstać, ale to wiązało się z dużym ryzykiem upadku. Choć pośladki ją uwierały, musiała się od tego powstrzymać. Odkąd jej brat oficjalnie powiedział, że nie będzie zważał na jej prośby „rozprostowania nóg na najbliższym zakręcie”, Anna miała dość duży problem podczas wysiadania po całym dniu jazdy, kiedy pierwszy raz mogła postawić buty na ziemi – czuła się wtedy jak babcia zżerana reumatyzmem. Pietro zawsze jednak powtarzał jej to samo, co mu ojciec. „To czasowe” – zbywał temat krótko. – „Przyzwyczaisz się”.

Jej wyobrażenie przygody z rzeczywistością miało niewiele wspólnego…

- „Witaj na szlaku”, co? – powiedziała sobie, przeglądając w dłoniach hełm, który Pietro kazał jej zakładać zawsze, kiedy sytuacja robiła się napięta. Kupił go raptem tydzień temu, a ona już zdążyła go znienawidzić.

- Mówiłaś coś? – zapytał zajęty jazdą mężczyzna.

- Tylko że nigdy więcej nie założę na głowę tego szkaradztwa – oznajmiła mu dumnie. – Moje włosy w tym się topią.

- To je zetnij – odrzekł całkowicie szczerze. – Nie będzie problemu z codziennym wiązaniem warkocza… Tak jak ustalaliśmy wcześniej: jedziesz na moich zasadach i jesteś posłuszna albo zawracamy korzyć się przed moimi znajomymi. Proszę, nie zmuszaj mnie do powrotu…

- Już sobie daruj te ciągłe groźby! Straszysz mnie tak za każdym razem, kiedy choć odrobinę przestaję zachowywać się jak twój wierny piesek. Nie lubisz jak gryzę, co?

- W twoim przypadku raczej narzekałbym na szczekanie. Szarpać to ty za bardzo nie umiesz. I to nie są groźby. Ja po prostu przypominam ci, co obiecałaś mi na początku podróży.

- Mam wrażenie, że od tego czasu minęła wieczność – wyznała. – W takim czasie wszystkie przysięgi ulegają przedawnieniu.

Choć dziewczyna mocno przesadzała, to w podróży byli już od wielu tygodni, sami nie potrafili już nawet zliczyć ilu. Wyprawa im się dłużyła, a każdy dzień wydawał się taki sam. Zwłaszcza dla niej. Pietro w nic jej nie wtajemniczał. Kiedy dotarli do tej miejscowości w centrum Equaru – tej, której nazwa wyleciała jej z głowy – jej brat zostawił ją w powozie, a sam poszedł spotkać się z przyjacielem. Powóz umieścił na poboczach miasta – mówił, że to spokojna dzielnica ze względu na położenie Inkwizytorium kilka kroków dalej. Ponoć żadnej krzywdy dziewczyna spodziewać się tam nie mogła, tylko nakazał jej trzymanie herbu na widoku.

Udał się z samego rana, a wrócił, kiedy słońce zachodziło. Anna planowała, żeby w czasie jego nieobecności porozglądać się po mieście, ale jej wcześniejsze życie stanowczo tego odradziło – poza tym brat jej zakazał. W końcu zdecydowała się przesiedzieć ten czas w pustym powozie, patrząc z daleka na przechodniów, z których perspektywy musiała wyglądać na czającego się bandytę. Widziała mnóstwo twarzy, ale mniej więcej podczas południa wszyscy zaczęli zlewać się jej w jedno. Później rozróżniała tylko płcie. A na koniec nawet na to przestała zwracać uwagę, gapiąc się bardziej na stopy przechodniów niż na ich lica. Strasznie źle to wspominała, zwłaszcza wtedy, kiedy brat po samym powrocie oznajmił, że to był bardzo udany dzień. Jak dla kogo?! – prawie mu wtedy wygarnęła. Cudem udało jej się powstrzymać niezmożoną chęć rozpoczęcia kłótni.

Kiedy mogli w końcu rozpocząć plan Pietro, który zakładał udanie się za granicę, podróż przez sam Equar okazała się prawdziwą męczarnią. Kraj był piękny i wielki, na każdym skrzyżowaniu można było podziwiać piękno przyrody, a nawet złocistość pól, które również biły majestatycznością; na całym krajobrazie z daleka majaczyły góry, których ogrom potrafił zapierać dech w piersiach. Ale nie zmieni to faktu, że… Nic mi po widokach, jak nie mam nawet siły na podziwianie! – narzekała. – A za duża ilość wrażeń sprawia, że wszystko potrafi zbrzydnąć; staje się bardziej pospolite.

Kobieta nie była przyzwyczajona do takiego życia, a jej towarzysz tylko takie znał – to musiało doprowadzić do konfliktów. Mężczyzna w ogóle nie rozumiał, że Anna nie była nawet w połowie tak zahartowana w podróżach jak on. Kiedy starała mu się to uzmysłowić, ten zbywał wszystko krótkim: „najciężej jest na początku” i wracał do swoich zajęć. A najgorsze było to, że nie zrobił niczego, o co go prosiłam – żaliła się sama sobie. – Jestem raczej bagażem niż wspólnikiem. Za każdym razem, kiedy on musi coś obgadać, oczywiście ja mam czekać albo za drzwiami, albo w powozie. Bo przecież inaczej nie można!

Przez ten czas dziewczyna robiła wszystko, żeby mu się przypodobać, chciała pokazać, że mogłaby odciążyć go chociaż z niektórych obowiązków. Usiłowała rozpalić ognisko, karmić konia, nawet proponowała, że rozejrzy się po mieście, w którym akurat się zatrzymali – wszystkie próby Pietro z pasją wprawionego stratega sabotował. Jej życie przez najbliższy okres przypominało nieudany poradnik przejęcia inicjatywy w zespole. Ktokolwiek napisał jej historię, chciała mu wygarnąć, jak bardzo nieudolnym pisarzem był. Gdyby to było rzeczywiste, wyrwałaby temu nieudacznemu twórcy pióro i poprawiła swoją opowieść, najlepiej od samego urodzenia… Szkoda tylko, że to niemożliwe – uśmiechnęła się gorzko. – Dlaczego nie mogę żyć w baśni? Albo nawet w tragikomedii, nie jestem wybredna.

Na szlaku kompletnie zapomniała o swoim… ubytku w prawym oku. Po pewnym czasie rana po prostu przestała ją boleć. Brat regularnie zmieniał jej bandaże, więc i o tym nie musiała myśleć. Po czasie nawet opatrunek nie był jej potrzebny – Pietro zaproponował w zastępstwie czarną opaskę, ale jej się ona nie uśmiechała; wyglądałaby komicznie, już wolała zostawić wszystko na widoku – jej brwi i tak nie mrugają, chowając nieprzyjemną zawartość. Można powiedzieć, że problem rozwiązał się sam – to była jedyna rzecz, którą pomyślała na temat swojego oszpecenia od chwili incydentu. A przynajmniej z całych sił wmawiała sobie, że taka jest prawda.

Zanim jeszcze weszli w posiadanie glejtu granicznego, Anna przyznała się bratu, że ubrania, które dla siebie wzięła od początku są niedopasowane i zaczyna ją to irytować. Pragnęła udać się do jakiegoś krawca, żeby ten uszył coś pod nią. Oczywiście nie suknię z gorsetem, a raczej strój bardziej dla kobiety podróżnika.

- Pewno byłby zdziwiony niecodzienną propozycją, ale nie wydaje mi się, że robiły problemy – przekonywała wtedy Anna. – A ja naprawdę byłabym wdzięczna za ciuchy bardziej pode mnie. Czy to byłby kłopot?

Wiedziała, że w takim wypadku musieliby odroczyć podróż i pozostać w jednym mieście na co najmniej kilka dni, czekając na uszycie całości. Rozumiała, że to nie było w interesie brata, mimo tego liczyła, iż ten zrobi dla niej wyjątek. Przyjemnie się zaskoczyła, kiedy on, nie szukając wymówek, z miejsca odpowiedział jej:

- Przy najbliższym postoju rozejrzę się za krawcem.

I tak minęło bardzo wiele postoi, a Pietro nigdy nie wspomniał o żadnym przybytku, do którego mogliby zajrzeć na przymiarkę. Nie uważała nawet, że zrobił to z czystej złośliwości, czy celowo unikał tematu – po prostu wyleciało mu to z głowy; najwyraźniej słuchał jej wtedy półuchem. Tak czy siak, ona więcej o tym nie wspominała, nie chcąc wyjść na nachalną – zdążyła nawet przywyknąć do za dużych ubrań, które nie spadają z niej tylko dzięki maksymalnie dopiętemu pasowi. Wybrała to niż wzięcie sprawy we własne ręce. Można powiedzieć, że poszła na łatwiznę. Albo znowu stchórzyła…

Wiedziała, że jest niesamodzielna, zdawała sobie też sprawę z tego, jak mało na dobrą metę potrafiła. Ale, do cholery, jak miałabym się czegokolwiek nauczyć? – wpieniła się. – Nikt przecież od początku nie chce mi nic wyjaśnić. Ciągle pakują mnie w ramy dziecka, a kiedy usiłuję się z nich wyrwać, w nagrodę otrzymuję tylko naganę… Jak tak dalej pójdzie, do końca życia będę zagubiona. Rozumiała, że to, co jest jej praktycznie obce, normalne – nieszlacheckie – dzieci potrafią, odkąd nauczyły się chodzić. Ona, choć podobno miała lepsze warunki, czuła się, jakby błądziła we mgle, zazdroszcząc umiejętności „tym gorszym”.

- Kiedy uda mi się odkuć, nie będziesz więcej musiała się męczyć – podjął jej brat. – Mogę ci to zagwarantować.

- Dlaczego? – zaciekawiła się. – Kupisz wygodniejsze siedzenia?

- Nie, kupię dom. Niekoniecznie taki duży jak nasz rodzinny, ale przynajmniej będzie nasz. Zostawię cię tam jako…

- Więźnia? – przerwała mu. – Naprawdę po tym wszystkim, co przeszliśmy, po tym koszmarze, który spotkał nas oboje, po całej tej podróży… ty ciągle chcesz zrobić mi to, co ojciec?

- A cóż w tym było takiego złego? Oddalenie się od niego to najlepsze, co mógł ci dać, zrozum. Skończ już z tym twoim narzekaniem, jak było ci źle, bo mam już tego dosyć. Całe tygodnie tego słucham, a tak naprawdę oboje nie mieliśmy lekko… Skup się na tym, co masz.

- Co takiego mam, drogi bracie? Wytłumacz mi, bo chyba nie wiem. Yyy… To będzie… niewygodne siedzenie, które jest także moim łóżkiem, brat niedotrzymujący słowa, obrzydliwe jedzenie, które staram się ze wszystkich sił zjadać i… To by było na tyle!

- Jak o mnie powiedziałaś? – zaciekawił się, jednocześnie gwałtownie skręcając. – Kiedy niby nie dotrzymałem słowa? Słucham, nie wiem, w którym punkcie? Miałem cię zabrać na szlak. Powiedz, gdzie teraz jesteś?

- Chodzi o to, że…

- Naprawdę liczyłaś, że przez ten czas przekonasz mnie, że nadajesz się do spółki? Teraz masz mi za złe, że się nie wykazałaś? Obwiniasz mnie za swoje błędy?

Anna zagryzła wargę, powstrzymując słowa, których skutków nie chciała ujrzeć. Przez chwilę milczała, pozwalając bratu skupić się na ścieżce. Miała problem z powiedzeniem tego, co powinno zostać powiedziane, nie wiedziała nawet od czego zacząć. Masa myśli, które miała w głowie, sprawiła, że nie mogła sama ze sobą wytrzymać.

Z jej oka same zaczęły cieknąć łzy. Od opuszczenia rezydencji, jej się to nie zdarzyło, przysięgała nawet, że więcej się to nie powtórzy. Dziś jednak poczuła się tak samo beznadziejnie jak wtedy, i znowu nie mogła sobie z tym poradzić. Przygniotła ją siła własnej niemocy. Dlaczego ja muszę być taka słaba? – zastanawiała się, bezskutecznie usiłując ukryć płacz w dłoniach. – Dlaczego nie potrafię walczyć o swoje?

- Dlaczego… – wydobyła w końcu z siebie.

- Co? – zapytał zbyt agresywnie jej brat, ciągle zdenerwowany wcześniejszą kłótnią.

- Dlaczego ja muszę być tak bezwartościowa? – rzekła ze łzami w oczach. – Czy tak zostanie już do końca życia? Będę tylko wymagającym nieprzerwanej opieki śmieciem?

Pietro kątem oka dostrzegł, że dziewczyna wyciera mokre ślepie. Zrozumiał, że powiedział kilka słów za dużo. Widząc to, cała złość, jaką w sobie miał, ulotniła się momentalnie.

Głośno westchnął, dokładnie przemyślając swoje następne słowa.

- Nie jesteś bezwartościowa – zagadał do niej, ciągle patrząc na drogę. – Nie dla mnie… Posłuchaj, wiele kobiet, naprawdę wiele, jeśli nie wszystkie, mogą sobie jedynie pomarzyć o tym, co ty dostałaś na starcie. Nienawidziłaś tego, rozumiem… I nie jesteś w tym osamotniona. Najprawdopodobniej większość ludzi na świecie czuje to samo, zwłaszcza w naszym wieku… Niczym się tutaj nie różnisz od reszty. Uważasz się za gorszą, frustrujesz się, kiedy nie robisz tego co ja… Ale kto powiedział, że musisz? Cała ta akcja, to życie w drodze, praca, jest po to, żebyś nie musiała znosić tego co znoszę ja; chciałbym dla ciebie czegoś lepszego.

- Ale…

- Uwierz mi – nie pozwolił sobie przerwać. – Jeśli kiedyś uznam, że to, co dla ciebie robię, to za mało – z radością wynajmę ci nauczyciela szermierki. A jak nie starczy mi monet, to sam nim zostanę. Ale do tej chwili, proszę, nie zachowuj się jak dziecko, które ciągle trzeba uciszać. Kilka kursów, a wszystko znowu zacznie wracać do normy. Naprawdę, nie ma potrzeby, żebyś musiała się zmieniać.

Zrobił przerwę i przyjrzał się drodze. Dziewczyna nic mu nie odpowiedziała, jednak jego uspokajający ton sprawił, iż płacz ustąpił. Nie zauważyła nawet kiedy łzy przestały cieknąć z jej oka.

- A właśnie! – ożywił się Pietro.

- Tak? – odrzekła cicho Anna.

- Widziałaś na szlaku trochę ludzi, nie?

- No tak – przyznała niepewnie.

- Powiedz mi, ile z kobiet, które przeszły ci drogę, nosiło spodnie?

- Niewiele.

- I wiesz, co to znaczy?

Kobieta zamieniła się w słuch.

- Nie wszystkie muszą udawać mężczyzn – oświecił ją. – To całe pieprzenie o tym, jak to ty mało potrafisz, niewiele umiesz… A prawda jest taka, że twoje wychowanie nie różniło się bardzo od innych szlachetnie urodzonych panien. Powiedziałbym nawet, że na ich tle wypadasz ponad przeciętnie.

- Doceniam, że próbujesz mnie pocieszyć, ale…

- Jesteś chyba jedyną osobą, która wykorzystała nadmiar wolnego czasu na czytanie. Uważasz to za nic, ale jestem pewny, że jesteś przez to znacznie mądrzejsza ode mnie… Wróć, jesteś teraz mądrzejsza, niż ja kiedykolwiek będę. I nie wstydzę się tego. Ja się znam na zarabianiu pieniędzy, ty masz duszę artystki, interesujesz się kulturą. Po prostu zostaliśmy do czegoś innego stworzeni, nie próbujmy wchodzić w nieswoje światy, bo po fakcie zdamy sobie sprawę, że więcej sobie zaszkodziliśmy, niżli pomogliśmy.

Przez całą tę rozmowę, Anna nawet nie zauważyła, kiedy wyjechali z lasu. Jak spojrzała za powóz, drzewa jedynie majaczyły w oddali, uginając się pod potęgą gór. Główny szlak, którym niestrudzenie się kierowali, był niemalże całkowicie pusty o tej porze dnia. Nie licząc dwóch, trzech powozów, które szybko zniknęły im z oczu – szlak powiewał pustkami. Słońce zdążyło wstać już jakiś czas temu, jednak większość ludzi nie mogła się pochwalić tym samym.

Zamieszanie, które przed chwilą miało miejsce,  magiczne dziwy, które wyczyniał Niecny Algitieri, cała ta śmiertelnie niebezpieczna sytuacja – wszystko to wydawało się dalekim wspomnieniem, które kiedyś miało miejsce, ale obecnie mało kto to pamiętał.

Zanim zostali napadnięci, Anna i Pietro podróżowali z Elavero, pędząc do kolejnego większego miasta, którego nazwa znowu wyleciała jej z głowy. Mieli sprzedać tam jakiemuś kupcowi kolorowe sukna i trochę porcelany. Szczegółów nie znała, bo przecież nikt jej nie wtajemniczył, ale z tego, co zrozumiała z zaistniałej sytuacji, za jak najszybszą dostawę, handlarz ponoć miał zaoferować zawyżoną kwotę. Zachłanność mojego brata prawie kosztowała nas życia – pomyślała. Odradzała tak wczesny wyjazd, wolała pojechać, kiedy na szlaku będzie znacznie więcej ludzi. Oczywiście nie miała w tej kwestii głosu, co o mały włos nie skończyło się tragicznie. A jeszcze teraz wyjdzie, że ten wczesny wypad nam się opłaci – rozbawiła się. – Jakby nigdy nic.

Jej brat, choć planował dorobić się na handlu z zagranicznymi kupcami, uznał, iż po drodze powinni przyjmować wszystkie zlecenia, jakie nie będą wydłużać im podróży do Novamossy. W tym celu zatrzymywał się w każdej mieścinie i udawał się na krótkie rozeznanie. Przeważnie wracał z jakimiś towarami, zazwyczaj kupionymi po okazyjnych cenach. Następnie sprzedawał je dwukrotnie albo nawet trzykrotnie drożej w najbliższym mieście – w tych większych ceny dochodziły nawet do pięciokrotnej wartości towaru – konsumenci byli obeznani z kosztorysem interesujących ich rzeczy mniej więcej w takim samym stopniu jak Anna, najbardziej ogarnięta ze wszystkich; nie skumaliby się na czas, że przepłacają pod żadnym warunkiem – to było ponad ich możliwości.

- To, co się stało w tamtym lesie – zaczął jej brat – nie może się powtórzyć. Już wcześniej o tym myślałem, ale teraz jestem przekonany, że nie powinniśmy więcej jechać sami. Ojciec zawsze był zbyt skąpy, żeby odliczać procent zarobku ochroniarzom i uważał, że jeden uzbrojony kompan wystarczy, ale nie powinienem powielać jego błędów. Co prawda z nim u boku problem z bandytami mieliśmy chyba z raz, ale…  Jak dzisiaj o tym myślę, szlak wydawał mi się wtedy jakiś bezpieczniejszy…

- Chcesz wynająć nam kogoś do towarzystwa?

- Do obrony, dziewczyno – poprawił ją. – Nie szukamy tutaj znajomości. Kiedy się zatrzymamy, będę musiał zniknąć na dłuższą chwilę po kogoś, kto nas nie okradnie i jednocześnie w razie potrzeby pomacha za nas mieczem. Będzie trudno znaleźć takie połączenie, ale nie mamy innego wyjścia.

- Znajdź kogoś miłego. Niech nie będzie burakiem.

- Nie oczekuj cudów… W każdym razie – ja nie o tym. Chciałem ci powiedzieć, że mogę wrócić późno. Najpierw będę musiał zawieść te towary, a potem jeszcze rozeznać się po karczmach… Sam wszystkiego w ręce nie wezmę, więc powóz pojedzie ze mną. A co do ciebie… cholera, może znajdę ci pokój w jakiejś tawernie? Tak jak ostatnio?

- Poważnie? – oburzyła się dziewczyna. – Mówisz, że to zajmie dużo czasu, a chcesz jeszcze go marnować na szukanie mi jakiejś tymczasowej klatki?

- Nie zaczynaj…

- Zabierz mnie ze sobą – nie zaproponowała, a nakazała. – I po problemie. Bezpieczniej przecież będzie mi z tobą niż… sam nawet nie wiesz gdzie. Nie rzucaj sobie na siłę kłód pod nogi i zrób, co ci mówię.

Pietro na ułamek chwili się do niej odwrócił. Obdarzył ją posępnym spojrzeniem, głośno westchnął, aby okazać niezadowolenie, po czym niechętnie kiwnął głową.

Do końca drogi więcej nawet na nią nie spojrzał.

 

*

 

- Na pewno nie widzieliście nikogo takiego? – dopytywał Niecny Algitieri, rozmawiając z przejezdnym kupcem i jego synem.

- Może i widziałem – jego starszy rozmówca porozumiewał się biegle w auretti, lecz mówił z wyraźnym mowedańskim akcentem. – Ale nawet jeśli był to ten wasz de Borgo, nie wiedziałbym tego. Mogę, panie, orzec, ilu blondynów i rudzielców żem uwidział podczas podróży, ale żeby brunetów? Tutaj każdy taki! Mniej lub bardziej…

Kupiec, choć miał swoje lata na karku, nie wydawał się być przestraszony osobą jeźdźca; nie trzymał miecza w pogotowiu, nie myśląc nawet, że przyjdzie mu z nim walczyć. Algitieri zdziwił się tym faktem, gdyż ostatnim, czego oczekiwałby od cudzoziemców na szlaku, byłaby ufność względem tutejszych. Kimkolwiek był ten człowiek, miał wiele szczęścia, że udało mu się dotrwać do takiego wieku – uznał, spoglądając na jego zapełnioną zmarszczkami twarz.

Algitieri pragnął już opuścić jasnowłosych kupców, powoli zaczął wymijać powóz, kiedy zza pleców niespodziewanie usłyszał głos młodzieńca.

- Skąd u waszmościa tak obity pysk? – zapytał, a akcent w brzmieniu każdego słowa sprawił, iż zrozumienie przekazu stało się nie lada wyzwaniem. Najprawdopodobniej był jeszcze na etapie nauki języka, a „pysk” w stosunku do obcego człowieka z bronią dodatkowo świadczył o tym, że pobierał nauki u niewłaściwych ludzi.

Jeździec momentalnie się odwrócił, a wtedy kupiec z miejsca zaczął przepraszać za syna.

- Daruj mu, panie – mówił, uderzając go po głowie. – Jeszcze uczy się języka. Nie chciał…

- Wszystko przez kobietę – odpowiedział Algitieri chłopcu. – Nigdy nie daj się im podejść, bo skończysz jak ja.

- Czy na szlaku są bandyci? – poszedł za ciosem młokos.

- Już nie – odpowiedział mu ze śmiertelną powagą w głosie i równie oschłym spojrzeniem. – Ale radzę patrzeć pod koła, młody kupcze, bo możecie natrafić na niemałą przeszkodę.

Obaj mężczyźni na powozie zostali zamurowani tą informacją; nie wiedzieli, jak powinni się zachować, jak odpowiedzieć. Siedzieli jak wryci, patrząc przed siebie, w gęsty las na horyzoncie. Wcześniej wesołe miny zrzedły im, ustępując konsternacji i zmieszaniu.

Tak też zostawił ich Algitieri. Zwyczajowo nie pożegnał się i udał w przeciwną stronę – do granicy z Dannfartem.

Mowedańscy kupcy szybko okazali się jedynymi, którzy przemieszczali się obraną przez niego ścieżką; po drodze nie natknął się na nikogo więcej. Jego klacz przemieszczała się po pustej przestrzeni, rozsypując piach za sobą. Algitieri rozglądał się po okolicy, przeglądał każde napotkane krzaki, pojedyncze drzewa, nawet cienie – interesowało go wszystko, za czym mógłby czyhać człowiek. Jednak i tym razem nic nie wskazywało na to, że de Borgia skrywał się za gałęziami bądź przemieszczał po polach, aby przemknąć przez granicę niezauważonym. Wszystko zapowiadało się na to, iż był to kolejny bezowocny dzień poszukiwań. Jedyne, co dzisiaj osiągnąłem, to danie obicia sobie twarzy – wpienił się tą myślą. – Kurwa, dlaczego ja muszę być taki naiwny? Ta gówniara wykiwała mnie jak pierwszego lepszego frajera… Ona mnie wydymała!

Ciągle zdenerwowany dziewką, z winy której przez najbliższe dni jego twarz będzie przypominała obite jabłko, dotarł na koniec Equaru.

Na każdej ze ścieżek granicznych czekała banda legalnie działających przestępców, zwanych z woli Pierwszego Sędziego strażą graniczną. Ci – przynajmniej z założenia – mieli za zadanie pobierać drobny podatek od ludzi wkraczających na tereny Equaru i pilnować, aby nie wyjechał z nich ktoś, kto nie posiadał do tego uprawnienia – tak zwanego glejtu, papierzyska z pieczęcią bardzo łatwą do podrobienia. W praktyce jednak przez granice bez uiszczenia opłaty dla państwa mógł przemknąć każdy, kto nie miał ze sobą dużego bagażu i kto nie chciał czekać na wyrobienie dokumentu – wystarczyło przejść przez pola bądź lasy, których było pełno w każdym z ludzkich królestw. Żeby pozbyć się takich wypadów, należałoby postawić wokół całych granic mury, jednak żaden z monarchów ówczesnego świata się na to nie zdecydował – każdy rozumiał, jak kruche są granice i jak szybko ulegają zmianom; nikt nie chciał budować umocnień, które później służyłyby wrogim nacjom.

Straż, jak się można domyślić, nie urządzała rajdów w celu wyłapywania nielegalnych imigrantów, gdyż – choć mieli taki obowiązek – nikt nie sprawdzał, czy go egzekwowali. Wystarczyło przytaknąć, kiedy ktoś wyżej rangą od nich przemierzał granicę i mieli spokój. „Spokój” znaczył tutaj dowolność w ustalaniu wielkości myta i całkowitą swobodę w zabieraniu jakiejś części tego dla siebie. Jeśli wpłacali coś do skarbu państwa, nikt nie przyglądał się, jaka kwota została rozkradziona. Urzędnicy ustalili im normę, którą ci musieli spełniać, a wtedy nikt nie składał im zażaleń.

Droga, którą przemieszczał się Niecny Algitieri, nie była główną, toteż nie posiadała wielkiego regimentu straży, tym bardziej jakiegoś porządnego budynku dla nich. W pewnym momencie na szlaku przed nim pojawiła się trójka odzianych w zbroję mężczyzn. Stali w pełnych zbrojach, chowając się pod pojedynczym drzewem, które możliwe nawet, że sami lata temu zasadzili, właśnie w takim celu. Ciała klawiszy pozostawały niemalże całkowicie skryte pod pancerzami, lecz na zdjęcie hełmów mogli sobie pozwolić; ich twarze dawały do zrozumienia, jak bardzo uwierało ich całe to żelastwo w lecie – co do jednego pot lał się z nich jak z wodospadów. Pełne zbroje w pełnym słońcu – nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Ktoś tu nie za dobrze kombinuje. Jedyną rzeczą, która rozróżniała ich od najzwyklejszych rzezimieszków, był czarny niedźwiedź pomiędzy piersiami – herb Equaru; noszenie go, bez zgody uprzywilejowanych Ławników lub samych Sędziów groziło śmiercią – toteż nikt nie był kontent narażać się dla najzwyklejszego napadu; nikt nie posiadał go wyrytego na zbroi bez przyczyny.

Algitieri chciał zawrócić, lecz jego obecność została szybko zauważona – jeden ze strażników odszedł spod cienia, założył żelazny hełm na głowę i ręką nakazał mu zbliżyć się do siebie. Pozostała dwójka w tym samym czasie uniosła nań swoje łuki, a strzały szybko znalazły się napięte na cięciwach – ich ostrza wycelowane było prosto w jeźdźca. Ten, widząc to, nie mógł pozwolić sobie na zawrócenie, gdyż zbyt gwałtownymi ruchami narażałby się wtedy na ostrzał – on pewno wyszedłby z tego cało, ale nie ręczyłby o stan swojej klaczy. Nie chciał przejść reszty drogi pieszo, więc zbliżył się do klawisza i chciał mu przekazać, iż zawraca.

Straż często wykorzystywała swoje przywileje, zwłaszcza ci z mniejszych ścieżek. Jeśli ktoś im podpadł, mogli go spokojnie ukatrupić i usprawiedliwić to tym, że się stawiał – nie mieliby z tym problemu ani żadnych konsekwencji; byle tylko nie zabijać szlachty, a będzie spokój. A jeśli już padłoby na cudzoziemca albo nieludzia – nikt nawet nie zacząłby tematu. Czasem zdarzało się im też zabijać nazbyt gorliwych tylko po to, żeby okraść ciała. Algitieri nie chciał  stać się ich potencjalnym celem.  

Już dwa lata użerał się z im podobnymi, wiedział, jak powinien się zachowywać, żeby się nie narażać. Zdążył poznać wielu strażników; ci zmieniali się często, a i łatwo zapominali twarze, przez co ustalenie z nimi czegokolwiek graniczyło z cudem. Tą drogą przejeżdżał raptem kilka razy – nie był w stanie określić, jak bardzo porypani mogą być tutejsi klawisze i jak bardzo łasi są na pieniądze. Liczył jednak, że – tak jak w większości przypadków – oleją go i zostawią samemu sobie; zmieniając kierunek, prawa przecież nie złamał, nie mają do czego się przyczepić.

- Witajcie, panie! – zawołał doń strażnik, głaszcząc jego klacz. Zrobił to zbyt pewnie i nazbyt zuchwale; zaniepokoił tym jeźdźca.  – Dość wczesna to pora na przejazd do Dannfartu. Sprawy rodzinne czy może służbowe?

Ten chuj podszedł zdecydowanie za blisko – zirytował się, ledwo powstrzymując dobycie sztyletu.

- Ani te, ani te – odrzekł Algitieri, siląc się na spokój. – Przyjechałem tutaj, bo szukam pewnego człowieka. Nie znalazłem go, więc pozwolicie, że zawrócę…

- Pozwolimy – Strażnik nagle zacisnął lejce klaczy w swojej grubej rękawicy i przyciągnął jeźdźca bliżej otworu na oczy w swoim „wiadrze”. – Ale powiedzcie pierwej, o kogo się rozchodzi. Kogo pan szukasz?

Jeździec spojrzał po spoconych twarzach dwójki z napiętymi łukami, a następnie na cień, który krył się za hełmem ich towarzysza. Sytuacja zrobiła się napięta; Cała trójka zdawała się coś o nim wiedzieć. Nie był jednak w stanie określić co i jak bardzo wpłynie to na dalszy rozwój wydarzeń. Ale nie zaatakował. Zachowanie zimnej krwi nie stanowiło dla niego problemu.

- De Borgia – odrzekł w końcu Algitieri, bacznie przyglądając się ruchom strażników. – Widzieliście go może? Wysoki brunet bez cech szczególnych.

- To ten – krzyknął niespodziewanie jeden z łuczników. – To o nim nam wcześniej mówili.

- Słyszeliście o de Borgii? – zaciekawił się Algitieri.

- Nie – zaprzeczył strażnik ściskający jego lejce. – O tobie. I o tym, co jednemu z nas zrobiłeś.

- Coś wam się pomyliło. Nie wchodzę w konflikt ze strażą, Inkwizytorami, protegowanymi Sędziów, czy kimkolwiek innym, kto ma czarnego niedźwiedzia na mundurze czy służbowej zbroi – zablefował, przypominając sobie co najmniej dwie sprzeczki z każdym z wymienionych.

- Nasz wtedy nie był na służbie – zawołał drugi mężczyzna z łukiem. – Jako cywil na szlaku się pałętał. Wtedyście go, panie, zatrzymali. Do dziś śni mu się to po nocach, a co niedzielę dziękuje Zegarmistrzowi, żeś go wtedy bardziej nie poharatał.

Algitieriemu wyraźnie sytuacja była nieznana. Jeśli nawet miała miejsce, dawno o niej zapomniał. Na szlaku działy i dzieją się różne rzeczy, rzadko kiedy są one przyjemne. Żeby przeżyć, podróżni muszą chwytać się różnych desek ratunku, niekoniecznie jednoznacznych moralnie – wszystko zależy od tego, na kogo się trafi. I on nie był tutaj wyjątkiem. Jeśli dotkliwie zranił jakiegoś strażnika, na pewno nie był tym, który wszystko zainicjował. Ale tym tutaj to raczej za jedno – uznał, próbując rozgryźć ich spocone twarze. – Pewnie musiałem zrobić to bez użycia magii, bo w przeciwnym razie nie mieliby odwagi w ogóle o mnie zapytać. Kurwa, ale się wkopałem. I to bez własnej wiedzy. Przedstawiałem się wszystkim, nie podając nawet swojego imienia. Tylko czekać, aż mnie samego zaczną nazywać Algitieri de Borgia! Ja pierdolę, zostanę szlachcicem.

- Obcięliście mu rękę, panie – dodał ten w hełmie. – Stracił przez to robotę. Pozbawiliście go jedynego źródła dochodu. Daruj, ale nie puszczamy krzywdy naszych płazem.

- Jeśli chcecie mnie zabić, chociaż pozwólcie, że zejdę z konia…

- To nie będzie konieczne – Stalowa ręka poluzowała lejce. – Wystarczy nam… małe zadośćuczynienie. Dla naszego kompana, oczywiście.

- Oczywiście – Nieprzekonany sięgnął po sakiewkę otrzymaną za wcześniejsze zlecenie. – Ile chcecie?

- Nie licz, tylko daj całość.

- Chyba żartujesz – oburzył się Algitieri. – To moje jedyne źródło utrzymania na najbliższe dwa tygodnie.

- I chociaż przez ten czas ułatwi to życie naszego kalekiego kompana.

- Nie łżyj! Przecież i tak nigdy nie zobaczy tych pieniędzy!

- Zarzucasz nam kłamstwo?

Łucznicy w jednej chwili wycelowali w głowę Niecnego Algitieri. Choć posiadał umiejętności, które z niejednej opresji go wybawiły, w tej konkretnej sytuacji nie widział innej opcji, jak poddać się woli strażników. Mógłby z łatwością ich zabić – to prawda. Ale śmierć mundurowych oznaczała kłopoty, z nią zawsze wiązały się restrykcje, które utrudniłby mu przejazd przez szlak. Zwłaszcza jeśli mówimy o całej grupie przypisanej do jednej drogi.  Możliwe nawet, że zaczęliby się tu kręcić Inkwizytorzy – uznał, szybko przeanalizowując sytuację. – Ci nie odpuściliby, zanim nie znaleźliby winnych… Albo przynajmniej tych, którzy nie byliby w stanie znaleźć dobrej wymówki czy przedstawić pleców na szlacheckich dworach. Lepiej stracić pieniądze i utrudnić sobie życie na najbliższe dni, niż zrobić to na całe miesiące.

- Ależ skąd – odrzekł mężczyzna na celowniku. – Po prostu… Zapomnijmy o nieporozumieniach.

Rzucił odzianemu w żelastwo mężczyźnie całą sakwę. Ten złapał ją, momentalnie puszczając lejce, jakby cała zawiść upłynęła spod jego hełmu, ustępując myślom, które zawczasu wydawały uzyskane orsissy.

- Pozdrówcie kompana – pożegnał się z nimi Algitieri, zawracając konia. Wiedział, że wspomniany kaleka najprawdopodobniej nie otrzyma nawet połowy ze zdobytej przez strażników kwoty, a ci przy następnym spotkaniu znowu zażądają dla niego „zadośćuczynienia”. Od tego czasu będę uważał, żeby nie zbliżać się zbytnio do postojów granicznych – wyciągnął wniosek, który właśnie kosztował go pokaźną ilość monet.

Strażnicy nie zwracali więcej na niego uwagi; podeszli do siebie i, nawet tego nie ukrywając, poczęli rozdzielać między siebie uzyskane pieniądze. Algitieriego aż uderzyło to, z jaką łatwością udawali, iż działają w imieniu kompana, a następnie tak szybko rozkradli „to, co mu się należało”.

Od rzezi zakonów minęło przeszło jedenaście lat, wszelkie walki się skończyły. Mimo tego wszechobecne patrole Inkwizycji nie pozwoliły ludziom zapomnieć o tym koszmarze; dużo z nich ciągle zachowywało się jak zwierzęta, jakby ciągle obowiązywały tylko najpospolitsze, prymitywne prawa. A społeczeństwo brało z nich przykład. Co jakiś czas wypadałoby wrócić do zasad panujących podczas pokoju – uznał w toku myśli. – Ale chyba nie jestem odpowiednią osobą do prawienia im morałów…

Drzewo, za którym skrywali się klawisze, szybko zniknęło za jego plecami.

Spotkałem dzisiaj bandytów – zaśmiał się Algitieri, rozmyślając nad obecnym dniem – ale koniec końców to państwowi mnie okradli. Co za ironia, kurwa jego mać. Poeta by tego tak sprawnie nie wymyślił.

Jechał, mając przy sobie może z siedem małych orsissów pochowanych po ubraniu. Nie trzymał tego na czarną godzinę, po prostu wsadził kiedyś po kieszeniach i zapomniał. Teraz, w niezbyt przyjemnych okolicznościach, przyszło mu się opamiętać. Tyle, ile miał, starczyłoby co najwyżej na kufel piwa i to też niezbyt dobrego. Nie pomyliłby się ten, kto uznałby, że Niecny Algitieri ostał się kompletnie spłukany. Jeszcze dziś rano nie miał powodu do zmartwień przez najbliższe tygodnie, teraz jednak w głowie rozważał jedno zagadnienie. To, które – zważywszy na okoliczności – wskoczyło na numer jeden na liście jego priorytetów. No… może numer dwa, ale jednak – od niego musiał uzależnić dalsze działania.

- Gdzie, do cholery, mogę zarobić? – zastanawiał się na głos. – Od dwóch lat nie miałem tak gównianego dnia…

W pierwszej chwili pomyślał, żeby udać się z powrotem do Elavero i szukać podobnego zlecenia, czy innej szemranej roboty. Później jednak pomyślał, że dwa zabójstwa czy pokrewne szachrajstwo w tak krótkim odstępie czasu to dla niego zbyt duże ryzyko – nie chciał zwracać na siebie uwagi ludzi Ławników czy tamtejszej Inkwizycji; przecież dlatego miał teraz problem z pieniędzmi. Wracając po nielegalne zajęcie, całe jego wcześniejsze zachowanie nie miałoby sensu… Równie dobrze mogę wrócić do tych strażników i jednak ich pozabijać – zdał sobie sprawę z własnej głupoty.

Jeśli liczył teraz na sensowny zarobek, powinien skupić się na pospolitym dla osób jego pokroju zajęciu – trzeba by ochraniać kupców. A szukając tego typu roboty, wystarczyło zatrzymać się w którejkolwiek mieścinie przy granicy. Zawsze znalazłby się jakiś handlarz, który zapłaciłby za ochronę do samego końca Equaru czy okolic. Znalazłby  pracę w Elavero, na pewno, ale… to samo zajęcie, a może nawet lepiej płatne, może wyszukać nieopodal.

- Gdzie jest najbliższa miejscowość? – znowu pomyślał na głos. W samotności dość często mu się to zdarzało.

Pierwsza do głowy przyszła mu niewielka wieś, której nazwa nigdy go nie interesowała. Nie powinien brać tego przystanku na poważnie, gdyż tamtejsi niejednokrotnie utożsamiali go z demonem – mniejsza, że mieli rację – z ich opiniami nikt przy zdrowych zmysłach go nie najmie; a na dodatek mało który handlarz też tam się zatrzymywał – chłopi bardzo niechętnie podchodzili do obcych. Tę opcję odrzucił na starcie. Prócz tego, przypominając sobie ścieżkę, z której nie zszedł od dwóch lat, miał jeszcze inną możliwość – średniej wielkości mieścinę, w której często zatrzymywali się kupcy. Z miejsca obrał ją sobie za cel.

- Jazda! – popędził konia, narzucając mu potworne tempo.

Nie chcąc ponownie wjeżdżać do lasu, przy najbliższej okazji skręcił na pola, skracając sobie nieznacznie drogę. Klacz przemknęła przez uprawy, tratując, co jej się napatoczyło. Zostawiła za sobą niezbyt pokaźny szlak, który jednak rolnicy rozpoznają bez problemu. Będą wyklinać bezimiennego jeźdźca, który zlekceważył ich pracę. Możliwe nawet, że pójdą z tym na skargę, a wtedy jakiś Ławnik znowu zrzuci wszystko na dzikie zwierzęta albo uzna – całkiem słusznie – że jego ludzie nie mają jak znaleźć sprawców. Tak czy siak, oleje sprawę. Wszystko skończy się na tym, iż chłopi będą narzekać na swój ciężki żywot, a Niecny Algitieri dotrze wcześniej do wyznaczonego celu.

Główny szlak, jak mówiła sama nazwa, charakteryzował się tym, iż stanowił najważniejszy przejazd pomiędzy granicznymi miastami. Toteż nietrudno było natrafić tam na przejezdnych. Algitieri zatrzymywał się przy każdym, krzycząc na starcie jedno, dobrze sobie znane nazwisko. Wszyscy, którym rzucił je w twarz, wystraszyli się, lecz zaraz po uspokojeniu się zaprzeczali, iż kogoś takiego widzieli.

Z racji tego, że dzień zdążył już się zacząć, a wraz z nim ludzie wrócili do swoich codziennych spraw – na drodze samotny jeździec natrafiał na coraz to innych podróżników z wszystkich ludzkich krain i nie tylko. Ich różowe skóry były w wielu przypadkach mocno opalone, jeszcze inni zdawali się bladzi niczym same trupy. Natrafił nawet na osobnika malavari, białego jak dzisiejsze chmury, z równie jasną rodziną. Przedstawiciele tej rasy rzadko kiedy posiadali ciemne włosy, ci też nie byli wyjątkami – wszystkie kudły całej familii miały barwę srebra, choć żaden z nich nie wydawał się podstarzały; ojciec jako najstarszy wyglądał na trzydziestolatka.

Ktokolwiek by go nie mijał, jakkolwiek dziwnie by nie mówił i skąd pochodził – Niecny Algitieri zatrzymywał się przy wszystkich. Odpowiedzi, jakie otrzymywał, były z goła te same, nikt nie słyszał o człowieku nazwiskiem de Borgia. Różniły się tylko sposoby, w jakich się o tym dowiadywał. Jedni zachowywali się – o dziwo – w miarę kulturalnie, reagując uprzejmością na jego nietakt. Inni, znacznie liczniejsi, okazywali na zmianę – strach i agresje. Algitieri potrafił jednak zakończyć wszystko, zanim dochodziło do rękoczynów. To znaczy – akurat dzisiaj mu się to udało; wcześniejsza sprawa z pozbawionym ręki strażnikiem świadczyła, że różnie z tym bywało. Choć w przypadku malavari niemalże doszło do walki. Nieludź, już z racji samej swojej osoby, był znacznie bardziej nieufny od innych i wszystko traktował jako potencjalne opresyjne zachowanie względem własnej osoby – pewno spodziewał się kpin, może kradzieży. Wydawał się mocno przewrażliwiony na punkcie swojej skóry, o której w jakże krótkiej rozmowie ciągle przypominał. Zdenerwował Algitieriego niemiłosiernie, lecz nie posiadał informacji go interesujących, jego rodzina to samo – jeździec po prostu ich minął, zapominając o całej sprawie.

Niestety, przepytując wszystkich po kolei, droga bardzo mu się wydłużyła.  Zamiast jechać ciągłą linią, nie zatrzymując się, on kilkukrotnie robił postoje, tłumacząc coraz to innym ludziom, jakiej osoby poszukuje. Stracił na tym kupę czasu, gdyż przejezdni – całkiem słusznie rozumując – nie podchodzili do niego z ufnością. Nie potrafili zawierzyć człowiekowi, który patrzył się na nich jak znudzony życiem wiekowy wampir.

Wieś, w której tak wielce go nie lubiano, była po drodze do jego celu; chcąc, nie chcąc – musiał o nią zahaczyć. Nie zdecydował się jednak na minięcie jej; nie pragnął zmarnować więcej czasu. Najkrótszą ścieżkę uzyskał, przejeżdżając przez centrum. Jego całkowicie ubraną w czerń osobę na starcie przywitały nieprzyjemne, lekko przerażone spojrzenia. Mknął, mijając pobliskie chaty, a ludzie z każdą chwilą jego obecności wnerwiali się, patrząc jak  mroczny jeździec przemieszczał się od tak, bezkarnie, po ich ziemi. Mężczyźni, kobiety i dzieci zatrzymywali się, odrywali od swoich zajęć i przyglądali się temu zjawisku, które już wielokrotnie przemknęło między ich domostwami.

Niecny Algitieri nawet nie zatrzymywał się, żeby wypytać tutejszych chłopów o de Borgię – ci niejednokrotnie dali mu do zrozumienia, że nie powiedzą mu nic albo wybełkoczą wszystko, co ten będzie pragną usłyszeć; najczęściej będą to same brednie. Ich słowa, o ile w ogóle by otworzyli do niego usta, nie miały w jego oczach znaczenia. Nie krył też tego, że uważał ich za głupich; niejednokrotnie z łatwością kradł tutaj jedzenie dla siebie i konia, nawet nie zwracając czyjejkolwiek uwagi.

To była jedna z tych miejscowości, gdzie większość mieszkańców przedstawiała strasznie negatywnie nastawienie do innych. Ktoś głupi mógłby pomyśleć, że winna temu jest najzwyklejsza ludzka zgryzota i lęk przed nieznanym, ładnie by w sumie to brzmiało... Ale ten ktoś nie wziąłby pod uwagę najoczywistszych faktów – samej historii tej wsi. Tutejsi chłopi wiele wycierpieli z rąk Inkwizytorów z Elavero, którzy przy każdej nadarzającej się okazji ogołacali ich zapasy. Oczywiście „na chwałę Stwórcy”, lecz bez setek mieczy, jak Niecny Algitieri stawiał, nie byliby w stanie odebrać choćby źdźbła zboża. Bezbronna ludność musiała ustąpić zbiorów pobliskiemu Inkwizytorium, samemu skazując się na głód. Słudzy Zegarmistrza, pomimo jawnego łamania praw boskich, nie przejmowali się losem niższych rangą od siebie; rajdy do tej wsi są organizowane przynajmniej raz do roku już od kilkunastu lat. A razem z każdym rokiem ubywa rąk do pracy – dzieci i dorośli umierają z wygłodzenia albo jeśli mają więcej rozumu, zawczasu uciekają jak najdalej stąd.

Niecny Algitieri dowiedział się tego przy swojej pierwszej wizycie tutaj od przestraszonego chłopa, który wziął go za rzezimieszka. Tak się kmieć wystraszył, że prawie narobił w spodnie, kiedy się do niego odezwałem – przypomniał sobie. – To chyba był jedyny z tutejszych, który tak otwarcie ze mną rozmawiał… Ale teraz to nieważne. Kmieć umarł ostatniej zimy, zagłodził się, oddając swoje racje żywnościowe dzieciom. Na nic mu się to poświęcenie nie zdało – uśmiechnął się gorzko Niecny Algitieri. – Z tego, co wiem, tamci gówniarze pomarli wkrótce po nim. Jego żona była najinteligentniejsza z rodziny – porzuciła dziatwę zaraz po śmierci męża i uciekła... albo zjadły ją wilki.

Dalszą część losów tej familii wyciągnął niemalże siłą od ludzi, którzy zajęli ich dom; ponoć to byli jacyś bliscy krewni, ale w pokrewieństwo nie wnikał.

Algitieri żałował śmierci chłopa, gdyż od tamtego czasu ludzie stamtąd uznali go za prawdziwego jeźdźca śmierci, który przy każdym zatrzymaniu się musi odebrać ludzkie życie. Łagodnie mówiąc, po tym nie rozmawiali z nim zbyt chętnie, gdyż nikt nie chciał skończyć jak tamta rodzina…

Smutna była to opowieść, nie można zaprzeczyć. Ale właśnie takie przez ostatnie lata można było usłyszeć na porządku dziennym, tak wyglądała rzeczywistość. Ponoć po śmierci magów wszystko miało ulec poprawie – takie hasła głoszono we wszystkich świątyniach; w końcu to czarnoksiężnicy jako jedyni porządnym ludziom utrudniali życie, i to z czystej zawiści, co łatwo dało się z niedzielnych kazań wywnioskować. Dlatego też ci wzorowi obywatele ten problem ukrócili. Lecz kiedy zabrakło czarodziejów, kiedy w końcu człowiecze społeczeństwa winny zdać sobie sprawę z własnej głupoty i najzwyczajniejszego okrucieństwa, ludzie ponownie uzmysłowili wszystkim znanym bogom, że nie są w stanie wyciągać lekcji nawet z najoczywistszych spraw. Nikt nie zauważył, że uporządkowany system działań magów zamieniono na chaotyczną i często zbrodniczą machinę Inkwizytorską. Odwrócono wzrok, kiedy na miejsce dawnym magicznych bibliotek postawiono Inkwizytorskie katownie. Nikt nawet się nie zająknął, kiedy jego sąsiada niesłusznie oskarżono o czary i zamęczono na Madejowym łożu. 

We wszystkich ludzkich królestwach po dziś dzień można było usłyszeć o tym, jak okrutni byli czarodzieje i jak wielkie zniszczenie towarzyszyło czarnoksięskim działaniom. Obelgi na ich temat lały się licznie niczym odpady w większych miastach. Nikogo nie obchodziła prawda; Inkwizytorzy po dziś dzień cieszyli się wielkim uznaniem jako obrońcy wiary i samego Stwórcy. Prawdę pogrzebano, gdyż wraz z nią umarł inny, równie nieprzyjemny fakt – człowiek mógł zapomnieć, jakim bydlęciem potrafił się stać, wyładowując własną frustrację.

I znowu sprawdziło się stare jak świat, bardzo mądre porzekadło. Za każdym razem, kiedy wszyscy znani bogowie ustalali, iż człowiek doszedł do szczytu własnej ignorancji, ten zawsze ich zaskakiwał, udowadniał, że może osiągnąć więcej. Bowiem końca ludzkiej głupoty doszukać się nie można.  

 

*

 

Choć dzień Anny i Pietro Gaudette’ów zaczął się niesłychanie wcześnie i bardzo dynamicznie się zmieniał, obdarzając ich mnóstwem – często niechcianych – doświadczeń, tempo podróży uspokoiło się po spotkaniu czarnoksiężnika potrafiącego panować nad krwią. Ten przedstawił się im, ale Pietro jego imię wyleciało z głowy. Pamiętam tylko, że używał pseudonimu – mówił sobie młody kupiec. – Tak, prawił, że jest niecny…

Po śmierci tamtych bandytów wszystko poszło według planu… No, prawie wszystko – pomyślał z goryczą.

Udało im się spokojnie przejechać przez główny szlak, zwłaszcza jak zaroiło się na nim od przejezdnych. Później wjechali do niewielkiej wsi, która na mapach widniała pod nazwą Fergalli – tamtejsi patrzyli na nich krzywo, z nieukrytą wrogością. W ich woli ewidentnie było to, żeby obcy jak najszybciej opuścili ich ziemię. Sama atmosfera zdawała się tam grobowa – przypominał sobie. – Nawet Anna mówiła, że to miejsce wydaje się być wyciągnięte rodem z powieści grozy.

Dobrze, że szybko stamtąd wyjechali. Mieli jak najszybciej dostarczyć towary, a próba zarobienia na chłopach nigdy nie kończyła się dobrze. Tego nauczył go ojciec. „Kmiecie rzadko kiedy mają choćby małe orsissy, które mogą wydać – jak raczył mawiać. – A swoich towarów nigdy nie sprzedają przyjezdnym kupcom, te zawsze opychają w miastach sami. Uważają wtedy, że dali się mniej oszukać”. Pietro usłuchał rady nauczyciela, a to, że nigdy nie zatrzymali się na dłużej w jakiejkolwiek wsi, sprawiło, iż nie wątpił w jego słowa. Z chłopami handlowali tylko na targach, ale wszelkich zleceń od nich unikali jak ognia, obawiając się, że ich kontrahenci mogą okazać się niewypłacalni. Pietro w tej konkretnej sprawie zamierzał utrzymać zwyczaj ojca.

Ale ta wieś to jeszcze nic – powiedział sobie po chwili. – Tamtejsi nie chcieli u siebie gości, nie byli w tym pierwsi i nie ostatni. Problemy zaczęły się, kiedy dojechali do miasta, w którym mieli dostarczyć towar.

Mury na horyzoncie zobaczyli jeszcze przed południem. Anna, widząc ogrom budowli, okazała jej wielkie zainteresowanie, chyba pierwszy raz od początkowych dni podróży. Ale raczej to nie wiązało się z samymi obwarowaniami, których uświadczyła wiele w innych miastach, ale raczej cieszyła się przez to, iż będzie to kolejny, jeden z nielicznych razów, kiedy naprawdę będzie mogła pochodzić pomiędzy ludźmi. Strach, który towarzyszył jej jeszcze w Vinesse, zdawał się być już tylko wspomnieniem. Zastąpiła go ciekawość, która niestety za każdym razem ścierała się z szarą rzeczywistością i umierała w zarodku. Pietro wiedział, że tak też okaże się i tym razem, lecz jak zwykle nie niszczył jej złudzeń – nie miał do tego serca. Cieszył się, że dziewczyna przynajmniej jakoś się zmienia. Dorasta, można wręcz powiedzieć.

Miasto nazywało się Harracollum. W auretti był to kuksaniec językowy, którego śmieszność ograniczała się do reakcji ludzi, którym za pierwszym razem nie udało się wypowiedzieć tego poprawnie. Pytając przechodniów, Pietro szybko dowiedział się, jaka była geneza tego nazewnictwa. Otóż pewien król, który przemierzał granicę – jego imię pozostaje nieznane, nie wiadomo nawet, czy ów monarcha panował w Equarze, czy był cudzoziemcem – zatrzymał się w tym miejscu. Wówczas to była wieś licząca może z dwunastu mieszkańców; nikt z nich nie spieszył się z wyborem nazwy. Tajemniczy władyka, za namową tutejszych, rozwiązał ten problem; wszyscy uznali, iż koronowana głowa zrobi to lepiej, mniejsza, że nikt nawet nie zapytał go o imię.  Poproszony wymyślił nazwę, którą uznał za dobrą, lecz w jej poprawnym wymówieniu przeszkodziło mu przeziębienie. Kichnął w chwili wygłaszania, a wtedy planowane miano zostało zniekształcone. Jednak właśnie takie spodobało się wówczas grupie osadników. I przez kolejne ery ostało się do dziś. Nawet jeśli nie kryje się za nim już wieś, a ciągle rozwijające się obwarowane miasto.

Mieszkańcy lubią opowiadać tę historię; Pietro szybko się o tym przekonał. Może w natłoku patetycznych, poważnych, a przez to i smutnych opowieści ta, jako kompletnie inna, wydaje im się atrakcyjna? – mógł jedynie się zastanawiać.

Na początku mieli znaleźć człeka, który zamówił posiadane przez nich towary. Młody kupiec odkupił je od pierwszego kontrahenta, widząc w tym świetny interes. Sprzedający zarzekał się, iż znalezienie nabywcy nie stanowi kłopotu a i ten nie będzie robił im problemów z powodu nieoczekiwanej zmiany wspólnika. Pietro, choć powinien być bardziej podejrzliwy, owładnięty manią szybkiego zarobku, poszedł na ten układ. Towar wyglądał świetnie, a i tamten osobnik sprawiał wrażenie godnego zaufania. Nie powiedział siostrze szczegółów, gdyż wiedział, że ta będzie psioczyć na niego jeszcze bardziej; bez tego potrafiła być wystarczająco nazbyt irytująca.

Nabywca ponoć nazywał się Maccacio i każdy w mieście winien kojarzyć go i jego sklep. Jednak na miejscu nikt zapytany nie słyszał o takowym, a przy dalszych odpytywaniach odchodził, wyraźnie nie chcąc mieć z pytającymi do czynienia.

Mężczyzna podjeżdżał tak do ludzi jeszcze przez jakiś czas, a reakcje się mniej więcej pokrywały; każdy zarzekał się, że nic nie słyszał. Przez chwilę Pietro pomyślał, że dał się oszukać, lecz towar, który miał w powozie, pozostawał najwyższej jakości – coś tu się nie zgadzało, jakby człek, który sprzedał mu te cacka, zataił przed nim najważniejsze fakty. Kim był ten Maccacio, skoro wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nic nie wie? – właśnie odpowiedział sobie sam.

- To jakiś przestępca – wyszeptał na głos.

- Jeszcze raz? – zaciekawiła się Anna. – Nie dosłyszałam.

- Nic, nic – uspokoił ją, choć sam był bardzo zmieszany. – Mówiłem, że w nocy może padać.

- Dlaczego? Przecież niebo jest prawie że bezchmurne…

- To przeczucie. A teraz nie zadawaj więcej pytań. Muszę pomyśleć.

Dziewczynę nie zdziwiło takie zachowanie brata, przywykła do tego, że się ją ucisza, dlatego też zrobiła to, co należało – po prostu się zamknęła i rozsiadła na swoim zwyczajowym niewygodnym miejscu, obserwując zamyślonego mężczyznę.

Dla Pietro był to twardy orzech do zgryzienia. Wpakował się w interesy z jakimiś nieciekawymi ludźmi, czego od początku starał się uniknąć i co do dzisiejszego ranka mu się udawało. Tak samo jak w przypadku ojca – ganił sam siebie. – Wystarczyła chwila nieuwagi, żeby wszystko spierdolić. Dlaczego ja znowu brnę w to bagno?

Nie miało znaczenia to, czy towar był zdobyty legalnie, a jedynie miał należeć do człeka z przestępczego półświatka, czy też został skradziony dla tegoż samego. Młody kupiec nie obawiał się, że ktoś pociągnie go do odpowiedzialności za rabunek, którego zresztą nie dokonał, gdyż nikogo nie obchodziło, skąd kupiec brał swoje towary ani z kim wchodził w układy, żeby je załatwić. Liczyła się sama jakość. Kwesta legalności dotyczyła wyłącznie sprzedaży i posiadania ziemi; to pozostawało domeną głównie szlachty, nie kupców – w przeważającej liczbie mieszczan. Gdyby ktoś naprawdę chciał egzekwować tych przedstawicieli cechu, którzy wchodzą w interesy ze złodziejami i przemytnikami, mało kto z tego zawodu by się ostał. Nie w odpowiedzialności był problem. Chodziło o samego człowieka, z którym miał handlować. Pietro nie wiedział, czy powinien kontynuować poszukiwania i dogadać się z łotrem, czy też raczej udać się z towarem na targ, a wtedy może sprzedałby część z tego, co miał. W kilka dni zapewne pozbyłby się całości, ale… to znacznie wydłużyłoby ich podróż. Z drugiej strony nie narażałby się wtedy na spotkanie z tym Maccacio, nikt w końcu nie wiedział, iż Pietro Gaudette miał załatwić dowóz za kogoś innego. A ten, który sprzedał mu te sukna i porcelany, musiał to zrobić z jakiegoś powodu. Może się bał, że drugi nie dotrzyma umowy…

Po tylu latach wnikliwego obserwowania ludzkich reakcji, prób rozgryzienia drugiej osoby, wypatrywania wszelkich objaw kłamstwa – Pietro w końcu dał się podejść człowiekowi, który od początku wydawał mu się godzien zaufania. Nawet jego ton wydawał się być przyjazny i nieskalany łgarstwem, a tym bardziej nie sprawiał wrażenia takiego, który zataja najważniejsze fakty. Widać świetnie był w sztuce mówienia nieprawdy wyszkolony; młodemu kupcowi przez myśl nawet nie przeszło, iż osoba, której tamten mężczyzna miał dowieźć towar, mogła być przestępcą. Tym bardziej dziwi mnie, że od tak postanowił z niego zakpić – starał się rozgryźć tę sytuację. – Z drugiej strony to tylko sukna i kilka zestawów do herbaty. Z tak błahego powodu nie można zrobić komuś krzywdy… Co ja gadam, zginąć można za znacznie mniej… Ale jednak potrzebujemy pieniędzy. Powinienem mimo wszystko zaryzykować. Chociaż… Kurwa, jestem w kropce!

- Panie – zawołał do niego ktoś na ulicy. – Jak masz stać tym powozem, to chociaż zejdź z głównej drogi. Ludziom ruch utrudniasz!

Pietro nie odpowiedział, ale otrząsnął się z zamyślenia momentalnie. W następnej chwili, widząc twarze poddenerwowanych przechodniów i kilku woźniców w oddali, ruszył z miejsca, gnając po przepełnionych ciżbą uliczkach. Jechał, do końca nie wiedząc gdzie i po co. Mimochodem postanowił kontynuować poszukiwania. Zaglądając do każdej nowej dzielnicy, pytał kilku ludzi o Maccacio, a kiedy za entym razem nie dostawał odpowiedzi, mknął dalej, licząc, że w którejś części miasta ktoś nie będzie udawał, że nic nie wie. I tak odwiedził dzielnicę kupców z rodowodem seraphickim – gdzie swoją drogą napotkał mnóstwo ciekawych sklepów, do których nie miał czasu nawet zajrzeć – kilka osiedli,  biedniejszych lub odwrotnie – nikt, kto miał dom niedaleko, nie chciał mieć z nim do czynienia po usłyszeniu imienia poszukiwanego – jedną okolicę, w której większość ludzi dla bezpieczeństwa trzymała bronie na wierzchu oraz sam główny rynek, gdzie znajdował się targ, ratusz i świątynia Zegarmistrza.

Na poszukiwaniach czas szybko zleciał do południa.

Jego siostra, siedząca cicho jak myszka na tyłach, przyglądała się mu z uwagą. Przez cały ten czas. Nie wyrzekła ani słowa, lecz jej twarz zdawała się w kółko patrzeć na niego z wyższością, mówiąc: „Wiedziałam, że to się tak skończy”. Za każdym razem, kiedy Pietro zerkał do niej, napotykał ten górujący nad nim wzrok. Z początku go ignorował, ale po czasie nie mógł tego zdzierżyć, jakby jedno ślepie dziewczyny sprawiało mu ból.

- Zawaliłem, przyznaję – powiedział w końcu do siostry. – Od czasu śmierci ojca i tego, co musiałem robić potem, mam problem z przenikliwością, to też prawda. Nie potrafię tak jak wcześniej odczytywać zamiarów ludzi. Straciłem większość pewności siebie i nie wiem, co robię. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Ale skoro to już dla ciebie jasne, to przestań patrzeć się na mnie tym pierdolonym wzrokiem jak na niewolnika!

Anna nie powiedziała nic, jedynie skierowała oko na deski powozu. Nie wydawała się smutna, zawiedziona, czy zdenerwowana. Pietro nie potrafił określić jej emocji, nie wiedział, jak się poczuła, kiedy na nią nawrzeszczał. A że nie miał zamiaru przepraszać – pozostawił ten fakt bez wyjaśnień.

Zdążyli zwiedzić przynajmniej połowę miasta, kiedy w końcu zapytany przechodzień w jednej z mieszkalnych dzielnic, jakby nigdy nic uśmiechnął się i wskazał palcem budynek znajdujący się kilka kroków od nich, po czym rzekł:

- Tam takiego znajdziecie – I zniknął w pobliskiej uliczce, nie wdając się w szczegóły.

Pietro spojrzał na wskazane miejsce i to, co zobaczył, wielce go zdziwiło. Po kimś, kto ma ludzi, którzy sprowadzają mu bibeloty i przedmioty codziennego użytku, spodziewałby się bogatej villi czy chociaż dużego domu. Ten, który pokazał mu rozweselony człek, był bardziej niż pospolity. Kupiec podjechał powozem pod niego, wysiadł i stanął pod drzwiami. Oglądał najzwyklejszy dom z cegieł, którego stan pozostawiał wiele do życzenia – nie będąc wyjątkiem w szeregu pozostałych. Nawet kruszec, z którego został wybudowany, nie stanowił wyjątku na tej ulicy. Przestępca, którego lokum przedstawiało się w takim stanie, byłby zmuszony walczyć o każdy grosz. Ale takowi wysyłają ludzi co najwyżej na napady na pobliskich szlakach czy w ciemnych uliczkach. Ten tutaj mógł sobie pozwolić na zdobycie – albo nawet kradzież – czegoś, co w gruncie rzeczy znajdowało się w innym mieście; żaden podrzędny rabuś nie mógł sobie na coś takiego pozwolić. Coś tu się bardzo nie zgadzało. Z jednej strony tamten człek z rana mógł odejść, bo wiedział, że jego szef jest niewypłacalny, ale w takim razie… po co oddawał mu te towary przez pośrednika? Chciał, żeby ten za niego stracił życie?

Niespodziewanie zza pleców pochłoniętego w myślach Pietro wyłoniła się szczupła dłoń. Sprawiła, że wrócił na ziemię, lecz nie zdążył powstrzymać jej przed zapukaniem. Anna zdążyła uderzyć kołatką przynajmniej kilkadziesiąt razy, zanim on pochwycił jej dłoń.

- Pozwoliłem ci? – zwrócił się do siostry z wyrzutem.

- Nie chciałam, żebyśmy marnowali więcej czasu – wyjaśniła, lekko się pesząc. – Załatw to szybko. Jestem tuż za tobą.

Możliwe, że dziewczyna miała w sobie znacznie więcej odwagi od niego, jednak szkoda, że zawsze, żeby ją w sobie odkryć, musiała stać za plecami kogoś większego. A największym nieszczęściem dla mnie jest też to, że to zawsze muszę być ja – wyżalił się sam sobie. – Zaraz się dowiem, czy przez to zginę…

Nie musieli długo czekać na odzew; szybko drzwi roztworzyły się, a w ich wnętrzu ukazała się stara, bardzo zgarbiona kobieta. Miała ogromny nos, który zajmował większość jej twarzy. Otworzyła usta, a wtedy ich oczom ukazał się jeden, niezwykle żółty ząb.

- Czego? – zapytała, patrząc z ukosa.

- Czy dotarliśmy do domu niejakiego Maccacio? – odrzekł Pietro Gaudette.

Kobieta w jednej chwili zmarszczyła czoło, a w następnej zatrzasnęła drzwi. Młody kupiec nawet nie zdążył wyciągnąć w jej stronę ręki ani poprosić o wysłuchanie. Teraz nie wiedział, czy nie trafił, czy po prostu ten cały bandyta nie życzył sobie w tej chwili gości…

Ciekawe, że jedną z jego służek musiała być stara babka – zastanawiał się dalej. – To raczej niespotykane u bogatych przestępców, organizujących napady do sąsiednich miast; oni przeważnie stawiają na młodsze, najlepiej przyjemne dla oka. Tego pewnie nawet na takie nie stać; wziął tą, która za miesiąc pracy żądała najmniej i nie wybrzydzał… Tylko skoro nie miałby pieniędzy na własnych ludzi, skąd miałby je mieć na te wszystkie przedmioty, które są w powozie? Czyżby na zakończenie wymiany planowany był nagły zgon dostawców? Może naprawdę gość, który odsprzedał mi towar, się o tym połapał i jak najszybciej pozbył się problemu? Jeśli tak… Cholera, miałem szczęście, że ta babka mnie olała.

Głośno westchnął, a następnie udał się pod swój powóz.

No nic – uznał. – Sprzedam trochę dzisiaj, a resztę w następnym mieście. Nie będę zostawał na kilka dni.

- Chodź, Anno – nakazał siostrze. – Nie chcą nas tutaj.

 Równolegle z zakończeniem wypowiadania tych słów drzwi tajemniczego domu ponownie się roztworzyły, a wtedy trójce oczu Gaudette’ów ukazał się młody mężczyzna. Ów człek stanął na progu i oparł się o ścianę. Z jego twarzy biła śmiałość, cały czas lekko się uśmiechał, sprawiając wrażenie aroganckiego. Posiadał jasną karnację, ale nie wyglądał na obcokrajowca. Jego długie blond włosy opadały na twarz. Miał bardzo mocną szczękę, co dodatkowo uwydatniał starannie zgolony zarost. Na oko miał osiemnaście lat, choć mógł być nieco starszy – w każdym razie wyglądał na młodszego od Pietro, ale starszego od Anny. Sprawiał wrażenie kogoś, kto pragnie oszukać swój status – jego strój przedstawiał go jako pełnej krwi szlachcica, choć na wamsie nie można było dopatrzeć się herbu; krawiec nawet nie zrobił na niego miejsca.

- Ponoć mnie szukacie – wydobył z siebie, pośrednio potwierdzając swoją tożsamość. W następnej chwili zaczął dokładnie oglądać rodzeństwo oraz powóz, przed którym stali. Po krótkich oględzinach był w stanie kontynuować rozmowę. – Bardzo mnie zaciekawiliście… – przyznał, patrząc młodemu kupcowi w twarz. – Nie was miałem się spodziewać, czyż nie?

- Nie, panie, ale to ponoć nie miał być problem.

- Racja, nie jest, tylko… – lekko się skrzywił. – Co stało się z Fernandezem? Tym człowiekiem, którego zastąpiliście? Czy on…

- Mówił coś, że uda się w głąb kraju – przypomniał sobie Pietro. – Ale szczegółów nie zdradził.

Maccacio bardzo gorzko uśmiechnął się na te słowa.

- Nikogo nie można być pewnym w dzisiejszych czasach – oznajmił. – Dobrze, że chociaż mój stary druh miał wystarczająco honoru, żeby nie okradać mnie na pożegnanie… Mówi się trudno. Znacie moje imię, ale ja waszych nie, państwo…?

- Gaudette. Nazywam się Pietro, a to moja siostra – Anna.

Blondwłosy tajemniczy mężczyzna podszedł do dziewczyny, po czym ucałował ją w dłoń, odbarowywując piękne lico panienki szczerym uśmiechem, który ona szybko odwzajemniła. W jednej chwili cała niepewność zniknęła z jej twarzy, ustępując lekkiej głupawce. Szybko wyszła zza pleców brata, pewnie stając przed człekiem, który wydał jej się szlachetny niczym bohaterowie epickich poematów. Nie ma wątpliwości, że ocenia go błędnie – należało skwitować. – Jak ona jeszcze mało wie…

- Zapraszam do mnie – rzekł blondyn, przepuszczając ich przez drzwi. – Nie martwcie się o powóz, zaraz zwołam swoich, żeby zajęli się towarem. Poinformuję ich, co mają z niego zabrać, więc nie musicie się martwić, że coś ukradną. To ludzie godni zaufania. Bardziej niż Fernandez, mogę za to ręczyć; nie sprawiają takich… nieporozumień jak on.

- Pan wybaczy, ale… – Pietro zatrzymał już idącą siostrę, która uległa urokowi człowieka, o którym nic nie wiedziała. Była młoda, ale do tego czasu powinna już zrozumieć, że… Jeszcze będzie miała dużo czasu, żeby wydorośleć. – Wolałbym uwinąć się z tym jak najszybciej i ruszyć dalej. Mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia, a… pozostaje jeszcze kwestia pieniędzy.

- To na ile umówiliście się z moim niesfornym człowiekiem?

- Na podwójną stawkę.

Mniejsza, że tylko w wypadku dostawy o wczesnej porze – pomyślał. – Jakby nie patrzeć, południe to jeszcze ranek. Niektórzy dopiero wtedy wstają.

- Zgoda – powiedział Maccacio bez namysłu. – Ale jeśli wypijecie ze mną herbatę.

Nie podoba mi się to – stwierdził przed samym sobą młody kupiec.

- Pan wybaczy, ale po drodze zostaliśmy napadnięci – spróbował się wykręcić. – Należy nam się więcej bez żadnych…

- Gdybym chciał waszej śmierci, nie wyszedłbym osobiście – przerwał mu blondwłosy bandyta. – Poza tym… jak można by zabić tak piękną osóbkę, jaką bez wątpienia jest pana siostra. Zaufałem wam w sprawie mojego człowieka i oczekuję tego samego. Gardząc moimi szczerymi intencjami, dacie mi do zrozumienia, że wasze słowa w sprawie mego druha jednak… mijają się z prawdą.

Skurwysyn – Pietro określił go w myślach.

- Nie mieliśmy takiego zamiaru – jednak na głos rzekł coś innego. – Zatem napijemy się z przyjemnością. Prawda, Anno?

Dziewczyna kiwnęła głową, nie mogąc oderwać wzroku od blondwłosego mężczyzny. W jakiekolwiek dyskusji na nią raczej nie mam co liczyć – uznał jej brat. – Ten cały Maccacio rozpyla wokół siebie aurę godną sławetnego rycerza. Anna całe życie o takich czytała, ale po raz pierwszy widzi kogoś, kto się tak zachowuje. Szkoda tylko, że to zakłamany przestępca… i że ona nie zwraca na to uwagi!

Dom bandyty wewnątrz niczym nie zaskoczył. Całość prezentowała się bardzo zwyczajnie, jak u przeciętnych przedstawicieli tutejszej społeczności. W budynku jedyną służącą była wcześniej ukazana staruszka, której spojrzenie dalej przedstawiało się wielce nieprzyjemnie. Wyglądała raczej na babcie niż na kogoś, kto jest najęty do pracy.

- Darujcie mojej gospodyni – rzekł Maccacio, kiedy ją minęli. – To poczciwa kobieta, ale nazbyt nie lubi obcych. Czasami jest opryskliwa także dla moich ludzi. Wybaczam jej wszystko, bo w Harracollum nie ma drugiej kobiety, która potrafi tak smakowicie gotować.

 Zawędrowali do salonu, który okazał się znacznie większy niż można by przypuszczać. Wewnątrz znajdowało się kilka stołów i jeszcze więcej siedzeń. Gdzieniegdzie rozmieszczono także fotele ze skórami wilków. Na miejscu Maccacio przywitała grupka mężczyzn, jego podwładnych, jak ocenił Pietro. Ludzie, którzy z założenia powinni być na każde skinienie swojego szefa, siedzieli błogo, gadali, śmiali się i popijali – o dziwo! – tylko herbatę. Kiedy zobaczyli swojego przywódcę, obdarzyli go uśmiechami i zaprosili do siebie jak najzwyklejszego druha. Ten grzecznie odmówił i poprosił ich o zabranie towaru z powozu, co ci niezwłocznie uczynili. Ich rozmowa przypominała raczej towarzyską pogawędkę niż stosunki w przestępczej organizacji. Gdziekolwiek teraz jestem, wszystko przedstawia się zbyt idealnie – uznał Pietro. – Coś tu jest bardzo nie tak. Pijmy tę cholerną herbatę i uciekajmy stąd czym prędzej.

Rodzeństwo rozsiadło się obok siebie na krzesłach, a Maccacio z kolei wybrał wygodniejsze miejsce – rozwalił się na fotelu, kładąc jednego buta na stole. Na jednym z talerzy zobaczył kawałek sernika – chwycił go niezwłocznie i pochłonął w kilku kęsach, brudząc sobie ręce. Palce wytarł o wams, lecz tłuszcz, który na nich pozostał,  wyraźnie dawał mu się we znaki; nie lubił uczucia brudu na dłoniach. W jego przypadku to naprawdę dziwne – skwitował Pietro.

Pan domu poprosił swoją gospodynię o przyniesienie im herbaty, co ta niezwłodznie załatwiła. Ten napój musiał lać się w tym budynku dość licznie, gdyż kubki przyniosła od razu. Mężczyzna musiał przyznać, że smakowała wybornie, zwłaszcza w porównaniu z wodą, do której przywyknął przez czas podróży.

- Co was sprowadza do naszego miasta? – zaczął rozmowę herszt bandy.

- To, co wszystkich mnie podobnych – odrzekł młody kupiec. – Interesy.

- Nie jesteś jedynym, który chce dorobić się przy granicy. Ten pomysł ostatnimi laty staje się wręcz modny. I przez to mało komu się udaje. Co najwyżej starcza im na utrzymanie rodzin. Mało kto staje się bogaczem.

- Jestem dobrej myśli.

- Jak każdy, kto zapuszcza się tu w poszukiwaniu lepszego życia – uśmiechnął się, przyglądając Annie. – A my co możemy powiedzieć? Żyjemy swoim życiem, widząc na targu coraz to innych kupców. Jedni znikają po dniu, inni siedzą tu trochę dłużej… ale koniec końców nietutejsi zawsze odchodzą.

- Jeśli się boisz, że zamierzam kraść pracę twoim kupieckim druhom…

- Skądże! Twój brat, moja piękna, jest nazbyt podejrzliwy. Ja powiedziałem tylko fakt; on, jak wiadomo, sam w sobie nie musi niczego oznaczać. Jednak z jakichś przyczyn ludzie często, słysząc prawdę, czują się urażeni.

- Mówisz, panie – odezwała się Anna – bardzo dwuznacznie. Stąd błędne przeświadczenie.

- Dziękuję, że tak zgrabnie to ujęłaś. Postaram się poprawić. Choć w moim zawodzie to nie będzie łatwe. – Napił się z filiżanki.

- Dlaczego właśnie herbata? – kontynuowała dziewczyna. – Jeśli, oczywiście, wolno spytać?

Blondwłosy mężczyzna uśmiechnął się w jej stronę, sprawiając wrażenie zakochanego młokosa.

- Nie lubię, jak ktoś pije alkohol przed moimi oczami – wyjaśnił jej. – Stąd też w moim domu nie ma ani gąsiorka samogonu. On tylko tępi zmysły.

- Dlatego twoi ludzie muszą upijać się po kątach – stwierdził Pietro Gaudette.

Maccacio głośno się zaśmiał.

- Pewnie tak – odrzekł, kiedy już się uspokoił. – Ale tego zabronić im nie mogę.

Nastała niezręczna cisza, która tym razem zaczęła się dłużyć. Cała trójka czekała, mogło by się wydawać, na dalszy ruch któregoś z nich. Sączyli po cichu napój z filiżanek, jednak przez obecną sytuację mało któremu z nich chciało się pić. Anna cały czas przypatrywała się młodemu mężczyźnie, widząc w nim nieskazitelnego śmiałka, Pietro bacznie obserwował otoczenie, wypatrując ludzi chcących poderżnąć im gardła, a pan domu z kolei wydawał się być nieobecny; to była tylko poza, jednak świetnie ją odgrywał.

W pewnym momencie milecznie zdawało się nieznośnie do takiego stopnia, iż Pietro postanowił popuścić wodzę swojej ciekawości.

- Po co to wszystko? – wypowiedział w stronę Maccacio.

- Słucham? – dociekał zainteresowany. – Masz na myśli to, że lubię napić się z nieznajomymi?

- Nie. Chodzi mi o te sukna i porcelanę. Skoro już dostarczyłem ten kradziony towar…

- Skąd takie przypuszczenie? – uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Ja nic nie ukradłem.

- No tak… Skoro już gadamy, może powiesz po co ci to wszystko? Rozglądam się po twoim domu i nie wiedzę, żeby brakowało ci naczyń? A sukna? Samemu chcesz szyć ubrania dla swoich ludzi? Sądząc po ilości – dla trzydziestu chłopa?

- Nie, ale przekażę sukna osobom, które to potrafią. Później będą mogli sprzedać stroje i sobie dorobić. A porcelana… ona też zawsze komuś się przyda.

- Uważasz, że w to uwierzę?

- Prawdę mówiąc: nie – przyznał bez ogródek pan domu. – Zdziwiłbym się, jakbyś rozumiał. Jestem jedną z niewielu osób, które są w stanie to pojąć.

- Co pojąć? Rzekomą zabawę w zbawcę świata?

Maccacio lekko się uśmiechną, po czym wyprostował na fotelu.   

- W prostocie siła – wyrzekł bardzo poważnie, jakby było to zawołanie szlacheckie, którego jako nieszlachcic mieć nie mógł. – Nie każdy z nas może sobie pozwolić na szafirowy naszyjnik, ale każdy musi mieć do czego nalać potrawkę, a w zimie wypadałoby mieć coś, czym można okryć sobie dupę. Kupcy potrzebują towarów, którymi mogą handlować, krawcy sukna, w którym mogą szyć. A każdy z nich musi jeść. To najbardziej podstawowe z ludzkich potrzeb. A ja je wykorzystuję. Jestem trochę jak bankier, choć nie oczekuję, że moje wysiłki się zwrócą. Przynajmniej nie w pieniądzach. Dzięki mnie ludzie, którzy dawno popadliby w niełaskę, trwają nadal i utrzymują swoje rodziny.

- I do czego ten altruistyczny pogląd miałby ci niby służyć?

- Obecnie? – wzruszył ramionami. – Do niczego. Ale kiedyś… Powiedzmy, że może o mnie usłyszysz.

- Uściślij – dociekał Pietro. – Oczywiście jeśli to nie tajne?

- Nie jestem szlachcicem – zaczął Maccacio. – To chyba widać. Bez urodzenia nie mogę zostać nawet Ławnikiem. O Sędzim nie ma co wspominać. Żaden szlachcic mnie nie wybierze, nigdy… Ale to nie szlachta stanowi większość. Oni mogą żyć w swoich kołach wzajemnej adoracji, ale ja… ja żyję wśród ludzi, jestem jednym z nich i dzielę z nimi ich smutki.

- Chcesz zostać jakimś królem uciśnionych?

- Świetna nazwa! – przyznał, wyrywając się z fotela. – Może kiedyś ją wykorzystam.

- Wątpię – stwierdził, nie wiedząc, czy dobrze robi.

- Dlaczego?

- Chcesz rządzić, ale w takim razie dlaczego, skoro jesteś taki nieskazitelny, twoi poddani się ciebie boją? Jak tutaj jechaliśmy, ludzie byli wystraszeni, słysząc twoje imię. O czymś nie wiesz albo się oszukujesz, „królu”.

- Zakładam, że nic o mnie nie powiedzieli, prawda? – zwrócił się do dziewki. Ta przytaknęła. – No właśnie. Wiesz dlaczego, młody kupcze? Nie lękali się mnie, a o mnie. Jestem tutaj kochany. Widocznie wyglądałeś w ich oczach podejrzanie, jakbyś chciał mi coś zrobić. Cóż mogę na to poradzić? To tak jak z zazdrosnymi kobietami. Trochę słodkie, ale niekoniecznie dobre dla interesów.

- Naprawdę w to wierzysz?

- Wierzę, że pomagam ludziom. I wiem, że mam u nich posłuch.

W trakcie tej nieprzyjemnej rozmowy, cała herbata, jaką Anna i Pietro mieli w filiżankach, zdążyła ubyć. Dziewczyna nie powiedziała tego, ale wyglądała tak, jakby chciała spędzić z blondwłosym bandytą więcej czasu. Dobrze, że ja decydowałem za nas oboje – pomyślał jej brat, który nie chciał zostawać w tym domu, z tym zakłamanym człowiekiem ani chwili dłużej.

- My tu rozprawiamy, a herbata już się skończyła. – orzekł, patrząc „Królowi Uciśnionych” w oczy. – Dotrzymałem swojej części umowy. Widziałem, że twoi ludzie przechodzili przez korytarz; zapewne zdążyli uporać się z towarami. Pozostaje teraz kwestia zapłaty.

Maccacio od niechcenia zawołał swojego człowieka i nakazał mu przynieść dwie pełne sakwy monet. Jeden z jego oprychów pojawił się dość szybko, a małe orsissy, które przyniósł, przedstawiały się aż nader hojnie; skóra, z której wykonano mieszki, była napięta i to mocno – całość wypełniono po brzegi. Monety szybko przeszły w ręce Pietro, który niezwłocznie dopiął je do pasa i udał się do wyjścia, chwytając siostrę za rękę.

- Bywaj, panie – oznajmił chłodno przed progiem.

- Bywajcie – powtórzyła za nim jego siostra, bardziej ciepło i niewinnie.  

- A może do zobaczenia? – odrzekł im arogancko herszt bandy. – W końcu kto wie?

Pietro odwrócił się w jego stronę, obdarowywując go wrogim spojrzeniem.

- Moi ludzie odprowadzą was do wyjścia – dodał Maccacio na pożegnanie, ostatni raz ukazując przed nimi swój uśmieszek.

Kiedy Pietro i Anna Gaudette ponownie znaleźli się na swoim wozie, ten starszy głośno westchnął, a następnie niezwłocznie ruszył, chcąc czym prędzej oddalić się od domu przestępczej szajki.

- Co to było tam w środku? – odezwał się niespodziewanie do siostry.

- Nie rozumiem? – odrzekła zapytana.

- Zachowywałaś się jak w transie. Cały czas robiłaś do niego maślane oczka.

Anna lekko się zaczerwieniła, choć on nie mógł tego zobaczyć, skupiając się na drodze.

- Przepraszam – odpowiedziała, nie wiedząc do końca, co tak naprawdę powinna rzec. – Wydał mi się… czarujący.

- Wszyscy, którzy chcą władzy, tacy się wydają – skarcił ją nieco bardziej agresywnie, niż zamierzał. – Ale to tylko pozory. Tacy jak on wykorzystują każdą ludzką słabostkę. Bez wahania zabiliby człowieka, jeśli im by się to opłacało. Tamten blondynek z nienaganną twarzyczką był znacznie gorszy od maga ze szlaku, ale ty tego nawet nie zauważyłaś.   

- Przecież powiedziałam, że przepraszam!

- Co mi po twoich przeprosinach? – uniósł się jeszcze bardziej. – Chcę, żebyś to zrozumiała, a nie gadała, co chcę usłyszeć. Straciłaś głowę, a nawet nie zauważyłaś, z kim masz do czynienia. Chcesz być jak te wszystkie babki, które oddały się furiatom, a potem narzekały przez całe życie, jak strasznego chłopa miały?

- Co?

- Patrz, kurwa, trochę bardziej krytycznie na ładnych ludzi! To wszystko, o co cię proszę.

Nie usłyszał odpowiedzi, lecz zdawał sobie sprawę z tego, że Anna weźmie sobie jego słowa do serca. Albo przynajmniej długo się nad nimi zastanowi – dumał. – Tacy jak ona chyba mają w zwyczaju dokładne analizowanie słów…

Słońce nad domami świeciło mocno, a ludzie na drodze przedstawiali się dość licznie, rozmawiając między sobą czy po prostu przechadzając po mieście. Pietro musiał jechać dość wolno, niekiedy się zatrzymując, aby przeczekać, aż piesi utorują mu drogę. Tym jednak razem nie czuł się sfrustrowany, jak podczas poszukiwania Maccacio. Teraz nie miał żadnego stresu, a wszelkie inne niedogodności wydawały się błahe; spływały po nim jak po kaczce.

Wiedział, że na dzisiaj muszą zrobić tylko jedno, a potem, jeszcze zanim słońce zajdzie, udadzą się z powrotem na szlak. To nie zajmie długo – mówił sobie, a każde kolejne słowo wydawało się być dla niego ukojeniem. – Najemnych opryszków można w końcu znaleźć w każdej karczmie.

 

*

 

- Wierzysz w złe fatum? – zapytał karczmarz za szynkwasem, widząc swojego posępnego klienta samotnie siedzącego przy pustym kuflu.

- Pytasz mnie, czy jestem idiotą? – odrzekł z przekąsem Niecny Algitieri, po czym zaczął oglądać zgromadzonych.

Wszystkie karczmy w Harracollum późnym popołudniem pękały w szwach. Ludzie złazili się po pracy, a czasami i w trakcie, żeby pogadać, popić, ale przede wszystkim – poznać kogoś. To ostatnie było zamiarem głównie obcych, nietutejszych, którzy przejeżdżali przez miasto, a po drodze pragnęli znaleźć najemników do swojej świty. Właśnie na takich ludziach żerował Niecny Algitieri. Zawsze zabierał się z nimi, biorąc nawet i minimalne stawki – jeśli to było konieczne – przez co miał orsissy na dalsze życie i mógł przemierzać szlak. Zawsze jednak zawczasu uprzedzał, że może chronić krótkotrwałych pracodawców, ale jedynie na przygranicznych drogach, nie miał zamiaru opuścić ich ani w głąb kraju, ani dalej w świat. Ci zazwyczaj godzili się na takie warunki, ale zdarzało się, iż przez to był zmuszony szukać nieco dłużej.

Tak też było tym razem. Niecny Algitieri zdążył już odwiedzić pięć karczm, w których natrafił na potencjalnych zainteresowanych jego usługami, lecz ci potrzebowali eskorty tuż pod same dannfarckie albo novamossoskie miasta. On nie mógł zgodzić się na takie warunki; przez najbliższe lata wybił sobie z głowy opuszczanie granicy. Powtarzał sobie, iż znajdzie de Borgię właśnie na tutejszych szlakach, a na szczęście gdzie indziej nie będzie liczył, bowiem Niecny Algitieri w swoich oczach przedstawiał się jako najbardziej pechowy człowiek na świecie. Nie z racji tego, że ciągle wpakowywał się w kłopoty – jego nieszczęściem było to, że zawsze uchodził z nich cało.

- Widzę cię tu regularnie raz w miesiącu, może dwa, ale nigdy tak naprawdę nie zauważyłem, żebyś nie był sam czy nie szukał roboty – nie ustępował wysoki karczmarz. – Odpoczywasz też czasem, co? Ty… jak ty się w ogóle nazywasz?

- Niecny Algitieri – odrzekł, ciągle gapiąc się na rozbawiony tłum. – I nie zwykłem odzywać się, kiedy nie mam takiej potrzeby.

Rzucił na ladę pięć małych orsissów, a następnie udał się do jedynego samotnego stolika, który udało mu się wypatrzeć; ten zdawał się czekać na niego w kącie, będąc do połowy przykryty cieniem.

- Jeśli ktoś zapyta cię o śmiałków do roboty, czekam tam – oznajmił karczmarzowi i udał się do wypatrzonego miejsca.

Rozsiadł się, praktycznie kładąc się na krześle, po czym zmrużył oczy.

Cały ten hałas, radość, śmiechy i zlepiające się w dziwne papki słowa – to nie było dla niego. Powiedzieć, że trochę tutaj nie pasował, wydawało się wręcz najłagodniejszym określeniem, jakiego można było użyć.

Niecny Algitieri się nie bawił. Zawsze tak było – nie znał innego życia. Za każdym razem, kiedy ludzie, z którymi chwilowo przebywał, coś świętowali, on zmywał się w cień, robiąc raczej za nieprzyjemną ozdobę otoczenia, niż uczestnika czegokolwiek. Jego tymczasowe drużyny rzadko kiedy go gdzieś zapraszały – wiedziano, że aura dekadencji, którą otaczał się samotny jeździec potrafiła zabić nawet najlepszą imprezę. A i niewyparzony język zainteresowanego w tym pomagał.

- Czuję się jak mag na zjeździe Inkwizytorów – oznajmił szeptem, starając się uspokoić myśli.

Kiedy w jego otoczeniu panował zbyt duży rozgardiasz, on miał wrażenie, że w środku go rozsadza, jakby cała jego osoba powtarzała mu, że musi stąd jak najszybciej uciekać. Tak było i tym razem, lecz musiał się powstrzymać od wyjścia. Zawitał dziś do wszystkich karczm, które były oblegane przez kupców i przejezdnych. W innych szukać szczęścia nie powinien, bo i wiedział, że go nie znajdzie. Zasiadł więc pośród tych wesołych ludzi, którymi z całego serca gardził, i wyczekiwał, kiedy ktoś nowy, potrzebujący pomocy się zjawi.

Oby szybko – pomyślał. – Bo jeśli przyjdzie mi tu czekać dłużej, chyba kogoś zabiję, żeby uciszyć towarzystwo.

 

*

 

Pietro Gaudette nie miał dzisiaj szczęścia. Już z samego rana pech deptał mu po piętach. Wyruszył na szlak, żeby zostać napadniętym, a najlepsze z tego było to, iż udał się tak wcześnie, aby dostarczyć towar bandycie, który uważał się za obrońcę uciśnionych. Przypomniało mu się ciągłe życie w stresie, którego doświadczył po śmierci ojca…

To jednak nie był koniec jego problemów. Po napadzie w lesie zdecydował, iż znajdzie sobie i siostrze ochroniarza, który będzie eskortował ich duet do granicy z Novamossą. Sam pomysł wydawał się prosty i w założeniach łatwy do osiągnięcia… mimo to ci, którzy zgłosili się do tej pracy, nie wzbudzili ani w młodym kupcu, ani w jego siostrze zaufania. Sprawiali raczej wrażenie takich, którzy ukradliby im posiadane sakwy wypełnione orsissami i uciekli jak najszybciej.

Pietro z Anną zaglądali do pobliskich karczm, które znane były z tego, iż czekali tam ludzie gotowi do pracy – wszelkiego rodzaju najemnicy a także mało honorowi watażkowie, gotowi wyrządzić za odpowiednią sumę każdą niegodziwość.

W pierwszym przybytku zapytali się o eskortę najgłośniej mówiących ludzi. Oni, ledwie trzymający się na nogach, słysząc obiecaną kwotę, podskoczyli wręcz z radości i zgodzili się na zawołanie. Jednak nie przekonali potencjalnych pracodawców o swoich czystych intencjach; niektórzy wyglądali, jakby już po wyjściu kupca i jego siostry z karczmy zamierzali udać się za nimi i odebrać wyrzeczoną kwotę bez konieczności zarobienia jej. Pietro mimo wszystko nie wierzył samym oczom, więc popytał karczmarza i niektórych bywalców, czy coś o tych, którzy się zgłosili, wiedzą. Opinie były niemalże całkowicie jednoznaczne – wszyscy z wymienionych przynajmniej raz weszli w konflikt z kupcem, z którym przyszło im pracować, i nie wystawili sobie dobrej rekomendacji na przyszłość; większość siedziała w tej karczmie, chociaż nikt nie zatrudnił ich od dobrych kilku lat – sam właściciel nie wiedział, skąd brali pieniądze na jego alkohole, ale nie interesowało go to aż tak bardzo, żeby zapytać.

Nikt nie podawał szczegółów, ale młody kupiec ich nie potrzebował. Upewnił się, że nikt nie wyjdzie za nimi z budynku, po czym rodzeństwo szybko opuściło karczmę, odebrali powóz i udali się do następnej. Pietro po drodze zatrzymywał przechodniów i wypytywał o takowe przybytki, w których często zatrzymują się kupcy. Szybko wskazano mu kilka, niekoniecznie najbliżej się znajdujących. Mężczyzna nie zapamiętał ich nazw, ale niezwłocznie ruszył do następnej z nich.

Przybytek znajdował się we wcześniej odwiedzonej dzielnicy, gdzie zatrzymywali się seraphiccy handlarze. Jak szybko się okazało, tutejsi zrobili co w ich mocy, aby jak najlepiej uprzyjemnić czas pobytu cudzoziemcom – w dzielnicy znajdowały się dwie, całkiem pokaźnej wielkości karczmy. Aby je zauważyć, wystarczyło wjechać w głąb tymczasowo wynajętych lokali kupieckich. Budynki, które służyły celom towarzyskim, można było rozpoznać z łatwością – nad każdym z nich widniał ogromny kielich, z którego piwo wylewało się gromko. Pietro zatrzymał konia, przywiązał go do miejsca do tego przeznaczonego, pomógł Annie wysiąść, po czym oboje udali się do jednej z nich, której szyld głosił – „Twoje szczęście”. Oby ta nazwa okazała się prorocza – powiedział sobie młody kupiec.

Wewnątrz przywitał ich rozgardiasz i masa obcych twarzy; wszyscy zgromadzeni śmiali się, gestykulowali rękami, chcąc dodać swoim wypowiedziom ekspresji, pili, w nielicznym gronie grali w karty albo – obdarzeni śmiałością od alkoholu – zaczęli tańczyć.

Seraphitów można było łatwo rozróżnić – w większości ich nacja posiadała różne odcienie jasnych włosów; podobnie jak Mowedanie, których jednak nie można się było dopatrzeć. Obcokrajowcy, korzystając z każdej wolnej okazji, bawili się najlepiej, jak tylko mogli – jak pozwalało im zdrowie. Każdemu z nich towarzyszyło przynajmniej dwóch kompanów, a niekiedy także i panienki. Ci jednak nie wyglądali, jakby szukali zajęcia ani tym bardziej kogoś do ochrony. Byli tak pijani, że rozmowa z nimi najprawdopodobniej nie miałaby sensu.

Ta druga, równie liczna grupa składała się w większości z ciemnowłosych Equarczyków. Tutejsi, równie szczęśliwi jak obcy, pili we własnych gronach, nie zwracając zbytnio uwagi na cudzoziemców; obie grupy wyraźnie nie pałały do siebie sympatią. Nie przeszkodziło to jednak nielicznym żywić nadzieję na to, iż mogą ze sobą współpracować. Pietro Gaudette liczył, że znajdzie się jakiś chętny do pracy, który wsadził dumę do kieszeni i jednak przybył tu w poszukiwaniu zajęcia u Seraphitów. Dodatkowo ucieszyłby się faktem, gdyby najął go rodowity Equarczyk; Pietro planował znaleźć kogoś takiego – nie unoszącego się pychą i skorego do ustępstw rodaka, który za w miarę rozsądną cenę eskortowałby ich do granicy.

Można powiedzieć, że jeden ochroniarz to mało, lecz oni nie mogli sobie pozwolić w obecnej sytuacji finansowej na więcej. Choćby jeden dodatkowy miecz zawsze robi różnicę. Poza tym – jak pamiętał młody kupiec – ojciec nigdy nie wynajął w tym celu nikogo. Sami sobie radziliśmy; jestem przyzwyczajony do ewentualnego starcia w duecie. Mniejsza, że napadnięto nas wtedy tylko raz, a i w pobliżu zaraz zjawiła się Inkwizycja, która szybko wybawiła nas z opresji… oczywiście za drobnym datkiem na świętą sprawę… Jeden to dość, przynajmniej na początek.

Nie zwlekając, Pietro tym razem nie wdawał się w rozmowy z pijanymi najemnikami, a podszedł do niezwykle rosłego karczmarza, który stał z uśmiechniętą buźką za szynkwasem, obserwując głupotę znajdujących się w jego przybytku tłumów.

- W czym mogę służyć? – zagadał do nich wielkolud, kiedy się zbliżyli.

- Szukamy kogoś do ochrony na szlaku – wyjaśnił Pietro. – Czy ma pan może informację, który z dzisiaj obecnych nadawałby się najbardziej?

- Tego nie sposób powiedzieć – przyznał od razu. – Tutaj każdy ma reputację przeciętnego bandyty… Ale wiem, który najbardziej na to zajęcie liczy. Siedzi tutaj już kawał czasu; męczy się niemiłosiernie, ale ciągle trwa. Wygląda, jakby zaraz miał wybuchnąć…

Pietro obejrzał się w stronę, w  którą wzrok zwrócił właściciel przybytku, lecz dość pokaźny tłum nie pozwolił mu wyłapać konkretnej osoby. Liczył zatem na szybkie przedstawienie rzeczonego człeka albo chociaż na wskazanie go, jednak tak się nie stało. Karczmarz odwrócił się do nich plecami i sięgnął po jeden z kufli, który niezwłocznie zaczął czyścić za pomocą białej ścierki.

- Można wiedzieć, o kogo się rozchodzi? – dociekał młody kupiec. – Bylibyśmy wdzięczni, jeśli poznalibyśmy tego…

- Zanim w ogóle zdecydujecie się do tego typa podejść – odrzekł w końcu, jakby nie chciał tego robić – powinniście wiedzieć, że… Cóż, to nie jest człek, którego można nazwać normalnym.

- W jakim znaczeniu? – zaciekawiła się Anna.

- W każdym – zawyrokował karczmarz. – Wydaje się wyciągnięty z życia; to odludek, w dodatku niegadatliwy, a jak już coś odpowie, to zawsze opryskliwie. Nigdy się go szczególnie nie czepiałem, ale jeśli mam wam go polecić… musicie wiedzieć, na co się piszecie. Powiem to, co wszystkim – z nim to nie będzie przyjemna podróż.

Pietro spojrzał na Annę, dokładnie starając się wyczytać emocje, jakie kryły się w jej oku. Dziewczyna wyglądała na bardzo zmieszaną. Trochę zdawała się przestraszona, ale jednocześnie nie mogła ukryć zaintrygowania; jakby przedstawiono jej antagonistę średnio ciekawej powieści, który z jakiejś nieznanej przyczyn ją interesował.

- Który to? – wydobył z siebie młody kupiec. – Chociaż spróbuję zamienić z nim słowo.

- Ja was ostrzegałem – odrzekł karczmarz, unosząc ręce. – Tam, siedzi sam w kącie.

Rodzeństwo skierowało się w stronę wskazanego miejsca. Tajemniczy mężczyzna siedział rozwalony na krześle. Jego pozycja sprawiała wrażenie skazańca, który jest właśnie poddawany torturom, jakby całym sobą nie chciał tu być. Odział się całkowicie na czarno, lecz przed ujrzeniem go w pełnej okazałości przeszkadzał cień, który zakrywał jego twarz. On osobiście nie widział w tym problemu i tak trwał, sprawiając z tej perspektywy wrażenie człowieka pozbawionego głowy lub samych ciuchów na uszkodzonym manekinie.

- Ten strój wygląda znajomo… – zauważyła Anna, lecz Pietro nie odniósł takiego wrażenia. – Ta czerń…

Zbliżyli się do enigmatycznej persony, a wtedy Pietro, będąc lekko zmieszanym, zagadał niepewnie.

- Przepraszam? – powiedział, jakby budząc siedzącego człeka z nieprzyjemnego snu.

Mężczyzna w czerni lekko się otrząsnął, po czym ukazał im swoje oblicze. Młodzi Gaudette’owie ujrzeli wtedy twarz, którą doskonale z wcześniejszego wydarzenia pamiętali, a której – pod jego groźbą! – nigdy więcej mieli nie oglądać.

- Niecny Algitieri – wyszeptała z trwogą dziewczyna.

- Czego… –  Siedzący człek spojrzał na twarze, które przerwały jego spokój. Rozpoznał ich momentalnie; nawet nie krył złości, którą spowodowało ponowne ich widzenie. Szpetny grymas, który pojawił się na jego licu, przyprawiłby o zmieszanie niejednego wprawionego w boju rycerza. – Wy…

- D-daruj, panie – zająkał się młody kupiec. – Nie przeszkadzamy.

Pietro chwycił siostrę za rękę tak mocno, jak tylko potrafił, a potem czym prędzej, lękając się o dalsze bezpieczeństwo, popędził z dziewczyną do wyjścia.

- Czekajcie! – wołał do nich Niecny Algitieri, co dodatkowo sprawiło, iż rodzeństwo przyspieszyło. – Czekajcie, mówię!

Pietro i Anna przemieszczali się pomiędzy stolikami, mijając szczęśliwych i pogodnych ludzi, nieświadomych tego, z jak potwornym człowiekiem obok się znajdowali. W ogóle nie wiedzieli, jaki bies siedział między nimi. Karczmarz mówił, że mag powoli tracił cierpliwość – przypomniał sobie Pietro, kiedy mijali szynkwas. – Strach pomyśleć, co się stanie, kiedy rzeczywiście do tego dojdzie. Nie możemy wtedy tu być!

- Co się stało? – przeleciały im przez uszy słowa karczmarza, który wydawał się wyraźnie zaniepokojony tak gwałtowną ucieczką tej dwójki od wskazanego człowieka.

- Czekajcie – wrzeszczał czarnoksiężnik, ale jego słowa nikły w tutejszym rozgardiaszu.

Mogłoby się wydawać, że dotarcie do drzwi trwało wieki; niesłychanie im się to dłużyło, a strach zdawał się rozciągać i tak dość duże pomieszczenie. W chwili ściśnięcia klamki, Pietro poczuł niesłychaną ulgę, jakby właśnie zszedł ze stromej góry. A kiedy on i jego siostra znajdowali się już po drugiej stronie, oboje byli wręcz wniebowzięci. Wiedzieli, że uciekają właśnie przed śmiercią, która zaciska swoje łapy na ich gardłach.

Nie czekając, aż czarnoksiężnik uda się za nimi w pogoń, poszli czym prędzej po powóz, który zostawili w miejscu do tego przeznaczonym, tuż obok karczmy. Z racji tego, że przybytek z wielkim kuflem nad sobą był raczej dla kupców, miejsce do przywiązania koni było proporcjonalnie większe – handlarze musieli mieć gdzie przechować swoje powozy. Ale nie są też idiotami, nie zostawiliby drogocennych wierzchowców i równie wartościowych towarów bez ochrony. Dlatego na wyznaczonym obszarze krążyło kilku strażników – wynajętych przez samych Ławników – od których należało odebrać pieczątkę, która nie schodziła z ręki na najbliższe dwa dni. Miała fioletowy kolor, a w tym konkretnym przypadku układała się w zapętlonego węża. Wzory były różne, a w każdym equarskim mieście dominował inny kolor, a na inny postój przeznaczono odmienny, wyróżniający się znak. Ta nieszkodliwa dla skóry substancja ostała się jako jedna z niewielu pozostałości po magach, lecz mało kto miał odwagę wspominać ten fakt, nie narażając się przy tym pobożnej Inkwizycji.

Zostawiając powóz pod opieką siódemki uzbrojonych po zęby strażników z czarnymi niedźwiedziami na piersiach, Pietro nie odczuwał wielkiego poirytowania; ot przysługa, za którą trzeba uiścić racjonalną opłatę przy podjeździe i przy odbiorze. Teraz, kiedy pragnął jak najszybciej uciec, konieczność pokazania strażnikowi dłoni, aby nie zostać uznanym za złodzieja, i zapłaty nie pomagały mu. Choć trwało to tylko chwilę, dla niego było to o ten czas za dużo. Miał zapłacić raptem średniego orsissa, ale wyciągnięcie go przedstawiało się tak ciężko jak kopanie w ziemi i doszukiwanie się złota.

- Dziękuję – oznajmił strażnik, zabierając monetę. Przeważnie podchodził ten, który zapamiętał twarze zapieczątkowanych. Ochroniarze mieli za zadanie spamiętywać, co do kogo należy. To sprawiało, że ludzie nie zabierali nie swoich powozów czy koni, niekoniecznie przez przypadek. Przeważnie to się sprawdzało, a i sama fucha była dobrze płatna. Rzadko kiedy coś tak naprawdę się działo; z reguły zachowywano szacunek do cudzej własności; nie ukrywajmy, że głównie przez uzbrojenie strażników. – Pieczątka jest bez zarzutu. Możecie odebrać powóz. – Wskazał rzeczony, po czym odszedł do reszty kolegów na służbie.  

Anna nad wyraz szybko znalazła się na swoim miejscu, tym razem nie zważając na dyskomfort siedzenia, a Pietro jak nigdy przedtem złapał za lejce. Nawet koń zdawał się pędzić jakoś szybciej, sprawiając wrażenie zdenerwowanego. Może udziela mu się nasz strach? – w natłoku myśli wyrwało mu się spostrzeżenie.  

Oboje przypuszczali, że to będzie koniec ich problemów, że udało im się zażegnać kryzysową sytuację. Wystarczyło pojechać jak najdalej, zapominając o całym zajściu. A poza tym jest środek dnia – przekonywał się Pietro. – Nie dopadnie nas na oczach tych wszystkich ludzi. W ich przekonaniu nic więcej nie miało zajść. Jednak przeliczyli się. I to bardzo.

Niespodziewanie, pojawiając się jakby znikąd, czarnoksiążnik znalazł się na drodze przed nimi, płosząc konia. Zwierz zatrzymał się i uniósł przednie kopyta, jakby chcąc odstraszyć potwora, którego miał przed sobą.

- Stójcie, do cholery! – rozkazał Niecny Algitieri, a wtedy nawet wierzchowiec zdawał się ucichnąć.

Powietrze w jednej chwili zrobiło się gęste i ciężkie. Pietro i Anna byli niesłychanie przerażeni. Zastanawiali się, czego może chcieć od nich mag, lecz nie przeczuwali niczego dobrego. On, nie radząc sobie z sytuacją, czuł, jak pot wstępuje mu na twarz, a ona z kolei zaczęła trząść się ze strachu, jakby przemarznięta do kości.

Z każdym korkiem czarnoksiężnika ku nim, ich serca biły szybciej. A kiedy ten był tuż przed nimi, zdawało się, że wszystko wokół ucichło. Idący ludzie, wcześniej mocno gadatliwi, stracili nagle swoje głosy, a miejskie hałasy znikły w próżni. Wszystko zdawało się ciche do czasu, aż Niecny Algitieri wydobył z siebie głos.

- Dostaliście próbkę moich umiejętności – oznajmił, obdarowywując ich spojrzeniem swoich potwornych oczu. – Chyba nie muszę pokazywać więcej…

Anna i Pietro spojrzeli na niego z przerażeniem, obawiając się śmierci w następstwie jego słów. Dziewczyna zamknęła oczy, spodziewając się dziwów, które doprowadzą ją do bólu na setki możliwych sposobów. Jednak nic z rzeczy, które jej kreatywny umysł zdążył wymyśleć, nie spełniło się. Na szczęście.

- To jak? – kontynuował Niecny Algitieri. – Zatrudnicie mnie?

Całe napięcie, które towarzyszyło od początku ich rozmowy, od czasu, kiedy Algitieri wszedł im w drogę, nagle ulotniło się, jakby umieszczono je w bańce, która właśnie pękła. Gaudette’owie nie mogli uwierzyć, w to, co się stało. Byli zdezorientowani sytuacją, nie wiedząc, jakie intencje mogły kryć się za słowami czarnoksięskiej kreatury, o której tyle złego zdążyli się dowiedzieć, nie tylko z książek, ale i z ludzkich słów. Jego motywy pozostawały dla nich tajemnicą. Nikt nie mógł zgadnąć, co kryło się w głowie Niecnego Algitieri…

Jednak w tym konkretnym przypadku nie było się nad czym zastanawiać – mag powiedział dokładnie to, co chciał i na co liczył. Najbardziej dziwiła jego prostolinijność, gdyż jeszcze dzisiejszego ranka nie chciał widzieć rodzeństwa więcej na oczy. Szczęśliwie dla nich – a może odwrotnie – sytuacja się zmieniła.

- P-proszę? – wydobył z siebie Pietro.

- Pytam – powtórzył swoją prośbę czarnoksiężnik – czy zatrudnicie mnie do ochrony na szlaku. Po to do mnie podeszliście, tak? Mi pasuje. Pensja nie stanowi problemu, byle bym coś dostał.

W takiej sytuacji, z takim człowiekiem przed sobą, choć bardzo się tego nie chciało, można było wydobyć z siebie tylko jedno, bardzo gorzkie zdanie. Pietro Gaudette chciałyby, aby jego treść była przeciwna. Niestety, kiedy otworzył usta, nie potrafił powiedzieć nic innego niż:

- Witaj w drużynie.

 

*

 

Dowództwo garnizonu elaverskiego Inkwizytorium stanowiło niezwykle trudne i nieprzyjemne zadanie. Człowiek, który się go podejmował, musiał liczyć się z tym, iż będzie zmuszony robić wiele nikczemności, niekiedy niszcząc życia niewinnym ludziom. Inkwizycja bowiem rządziła się swoimi prawami i potrzebowała przetrwać, nawet za wszelką cenę. Przywódca był obarczany trudnymi, wątpliwymi moralnie dylematami, które zawsze musiał rozstrzygać na korzyść swojej chwalebnej organizacji. To sprawiało, że ten mężczyzna – chcąc, nie chcąc – stawał się w pewnym sensie nikczemnym potworem. Wszystko jednak działo się ku chwale Stwórcy, więc ten osobnik nie mógł narzekać, a jedynie cieszyć się, iż po śmierci zostanie za wszystkie swoje działania sprawiedliwie osądzony.

Takim człowiekiem był właśnie Alfonso de la Fuego, któremu Zegarmistrz powierzył rolę kierownika Inkwizytorium w Elavero. On, jako pokorny sługa, mógł jedynie podporządkować się Jego woli i pracować najciężej jak potrafił.

I robił to, najgorliwiej jak umiał. Stosy na elaverskim rynku paliły się często, a tutejsze katownie zawsze były bogate w grzeszników spowinowaconych z magami. Po jedenastu latach od zakończenia tyranii zwolenników Złego ci nikczemnicy dalej stąpają po tej ziemi – pomyślał z goryczą Alfonso de la Fuego. – Wolą moją i moich braci jest, żeby ich wszystkich posłać w niebyt. Inkwizycja nie ustąpi, dopóki choćby jeden z nich będzie pałętał się po ludzkich królestwach.

Każdy czarnoksiężnik czy szubrawiec, który odważy się podnieść rękę przeciw sługom bożym, niech będzie pewny, że mu tę rękę Inkwizycja odrąbie – jak mawiano w tutejszej placówce. Od początku jej działania, nie znalazł się śmiałek, który zakwestionował słuszność tej chwalebnej organizacji. Nikt tego nie zrobił, bo jasnym było, iż jej walka jest słuszna – podług słów de la Fuego.

Dowódca elaverskiego Inkwizytorium siedział przy swoim biurku w gabinecie i rozważał wszystko, co do tej pory udało im się zgromadzić.

Choć wszędzie głoszono, iż wszelkie zawartości twierdz magów spalono z dymem – nie była to do końca prawda; ludzi okłamano, aby nie doprowadzić do wybuchu paniki. Wszystkich, u których wykryto potencjał magiczny, wymordowano, lecz tego, co ci nikczemnicy po sobie zostawili, nie spalono. Wszystkie pisma, stare księgi, które znaleziono w tutejszej cytadeli, zachowano i niezwłocznie rozpoczęto nad nimi studia. Wcześniej czarnoksiężnicy starannie ukrywali swoje sekrety, teraz jednak, po tylu setkach lat tyranii czarów i magii, kiedy te umiejętności znikają ze znanego im świata, tajemnice tej zakazanej sztuki rozjaśniają się.

A wiedza na ich temat pomoże Inkwizycji wyłapać wszystkich, którzy się nimi parają – myślał Inkwizytor.

Wyjrzał przez oko, a wtedy zobaczył ogromny sztandar z tarczą zegara przebitą mieczem na białym polu. Godzina, którą wskazywał, to północ – ta, w której narodził się czas.  Inkwizycja obrała sobie za symbol właśnie ten znak, wcześniej używany przez Wiarę Wojującą, zapomniany jeszcze dwanaście lat temu przez niemalże wszystkich. Ideały, które przyświecały ich przodkom, pokrywały się z tymi, które miała Inkwizycja – toteż przebite ostrzem tarcze były wszechobecne w codzienności Inkwizytorów – na sztandarach, na ubraniach, na zbrojach – ta szlachetna organizacja szczyciła się nimi wszędzie; każdy, kto widział Inkwizytora, wiedział, z kim miał do czynienia.

A kolorem, który nierozłącznie towarzyszył ich ludziom, była biel – symbol honoru, który każdy Inkwizytor winien sobą reprezentować. Białe tuniki, białe buty, koszule – nawet zbroje usiłowano rozjaśniać, co w efekcie sprawiło, iż ichnie napierśniki przedstawiały się jako najczystsze spośród wszystkich, jakie kiedykolwiek posiadali szlachetni rycerze. Co prawda nie udało im się uzyskać pożądanego efektu, lecz szarość ich pancerzy wydawała się… szlachetniejsza.

Obecnie na placu niegdyś magowskiej twierdzy ćwiczyli rekruci, lecz Alfonso de la Fuego zapamiętał inaczej to miejsce, bardziej chaotycznie i krwawo. Brał udział w ataku na tą cytadelę, jeszcze kiedy była pod władaniem niegodziwych magów. Znajdowała się na wzgórzu, znad którego doskonale było widać całe Elavero, więc odbicie tej placówki było nie lada wyzwaniem. Z pomocą Stwórcy jednak dopięli swego. Ludzie z miasta przyłączali się do nich wtedy i atakowali czarnoksiężników wszystkim, co posiadali, nawet widłami czy widelcami. To były bardzo niespokojne czasy… – zawyrokował dowódca elaverskiej Inkwizycji. 

Pamiętał, że wykazał się podczas szturmu wielkim męstwem, prowadząc atak na tamtejszych kadetów, ćwiczących na tym samym placu, na który obecnie przyszło mu patrzeć. Jeden z młodocianych wrogów, władający ogniem, zostawił mu wtedy wielką bliznę idącą przez całą lewą rękę. Do dziś miał przed oczami twarze chłopców, których wraz ze swymi braćmi posłał w niebyt. Nieraz budził się przez to w środku nocy, a niekiedy ciągle miał wrażenie, że słyszy ich krzyki… Lecz nie mógł z tego powodu narzekać. Działał ku chwale Zegarmistrza, a jego czyny zostaną mu wynagrodzone w raju.

Miał grubo ponad czterdzieści lat, wywodził się ze średnio zamożnego rodu, lecz to nie stanowiło dla Inkwizycji żadnego problemu, aby awansować. Ta chwalebna organizacja była wolna od ludzkich uprzedzeń; mógł się do niej zapisać każdy, bez względu na wiek czy stan i tak samo każdy mógł osiągnąć w niej wysoki status. Przykładem jest tutaj sam obecny Wielki Mistrz, który wywodził się z warstwy mieszczańskiej, a z dumą służą mu szlachcice z bardzo wpływowych rodzin.

Inkwizycja była także organizacją ponadpaństwową, nie liczyła się w niej narodowość. Walczyli dla wiary, nie dla doczesnych dobrodziejstw. Niech za ten przykład posłużą tutejsi Inkwizytorzy, z pochodzenia Equarczycy. Ci sami, tak samo jak on, odpowiadają bezpośrednio przed  Wielkim Mistrzem, który urodził się w Marclandach, kraju seraphickim, którego granica z Equarem szła przez góry.

To właśnie dzięki niemu wyrwaliśmy się spod władzy kapłanów i mogliśmy bez ograniczeń skupić się na wykonywaniu woli Boga – myślał, przypominając sobie dzień, w którym powiedziano mu, iż Wielki Mistrz poróżnił się z papieżem. Wtedy wątpił w słuszność tego działania, lecz później zrozumiał, jak wielkie możliwości się za tym kryły.

Niespodziewanie, jago przemyślenia przerwało pukanie.

- Wejść – polecił niezwłocznie.

Szybko do gabinetu wparował ubrany w jasną zbroję Inkwizytor. Na jego napierśniku wyryto tarczę zegara przebitą mieczem. Młody mężczyzna wyraźnie miał do dowódcy jakąś sprawę, z którą niezwłocznie chciał się podzielić.

- Mów – rozkazał Alfonso de la Fuego.

- Zawitała do nas grupa mieszczan – zaczął niepewnie. – Była niemiłosiernie przerażona…

- Z czym do mnie przychodzisz? – skarcił swojego podwładnego. – Poślij ich do świątyni, niech tam szukają swojego obrońcy. Nie jesteśmy najemnikami, żeby chronić każdego, kto będzie tego chciał.

- Nie o to chodzi, mój panie – młodzik lekko się speszył. – To… ci ludzie przyznali się, że napadli dzisiejszego ranka kupca w lesie nie tak daleko stąd.

- I byli tacy głupi, żeby przyjść z tym do nas? Zaciekawiłeś mnie, chłopcze. Powiedz, co takiego stało się, że raczyli przyznać się do zbrodni przed samym Inkwizytorem? Sumienie ich ruszyło?

- Twierdzą, że podczas napadu kupcowi pomógł mężczyzna, który podobno wyciągnął krew z jednego z ich przyjaciół, a następnie przemienił ją w węża – wyjaśnił młody Inkwizytor. – Później tenże wąż zamienił się w kulę, a następnie w okrągłe, katowskie ostrze, które pozbawiło życia ich przyjaciół. Tak dokładnie to opisali. Początkowo myślałem, że to brednie, ale… Panie, oni są szczerze przerażeni.

To była bujda na resorach. Inkwizycja posiadała papiery dotyczące umiejętności magicznych. Z pierwszej ręki dowiadywali się, co potrafią i czego nie mogą zrobić czarnoksiężnicy. A przemiana materii nie leżała w ich mocy. Magowie potrafili zrobić coś z niczego, lecz nie byli w stanie zmienić jednej rzeczy w drugą. Kamień nie mógł zmienić się w kaczkę, a i odwrotnie było to bardzo trudne do osiągnięcia. Magowie najlepiej radzili sobie w przemianie rzeczy tylko do siebie podobnych. Stąd zmiany ludzi w ropuchy – w końcu jedno i drugie jest żywym stworzeniem. Potrafili także oszukać czas, odmłodzić się, upiększyć, sprawić, że zgniłe jedzenie stawało się jadalne. Mimo wszystko w zakonach stawiano sobie surowe prawa, a wiele zaklęć było zakazanych. Nie można na przykład usiłować wskrzesić człowieka, bądź spróbować stworzyć go z innych przedmiotów… Tak czy siak, niemożliwe było coś takiego jak zmiana krwi bezpośrednio w inną, kompletnie różną rzecz. Z tego, co wiedzieli, w tym wypadku możliwym okazywała się co najwyżej przemiana w wodę lub wino…

Słowa ludzi, którzy zawitali do Inkwizycji, były oczywistym kłamstwem. Zapewne ktoś z nich wpadł na genialny pomysł zabicia swoich druhów i rozkradnięcia ich zwłok. Liczyli, że wszystko im się upiecze, ale żeby mieć pewność, udali się z jakąś wymyśloną historyjką do Inkwizycji, niech ona przekaże żonom zabitych, co się stało, niech na barkach Inkwizytorów wypłakują się młode wdowy i kuszą ich swoim wdziękiem.

- Ci ludzie… – zaciekawił się Alfonso de la Fuego. – Dalej tu są?

- Tak – odpowiedział młody Inkwizytor. – Zatrzymałem ich, bo przyznali się do napaści. Przyszedłem do pana, bo nie mam prawa samemu decydować o ich losie, a mój przełożony jest… nieobecny.

- Cieszy mnie twoja gorliwość w wykonywaniu obowiązków – odrzekł jego dowódca, puszczając mimo uszu uwagę o nieobecnym Inkwizytorze, z którym zapewne przyjdzie mu jeszcze zamienić kilka słów. – Dobrze zrobiłeś. Nie uważam jednak, żeby tak żałosnymi istotami ludzkimi zaprzątać głowę Ławnikom. To przestępcy, niech otrzymają to, na co całe życie pracowali.

- Czyli? – dociekał młodzik.

- Oddaj ich katu. Powiedz, że ma dowolność w wybraniu metody uśmiercenia, ale głowy każ mu odciąć i nabić na pale przed murami cytadeli.

- Rozkaz, panie!

Młody mężczyzna ukłonił się swojemu dowódcy, po czym wyszedł z gabinetu, zostawiając starszego Inkwizytora swoim własnym przemyśleniom.

Głowy bandy opryszków, którzy mieli czelność kłamać w żywe oczy Inkwizycji, jeszcze przed końcem dnia zostały nabite na pale, a ich przerażone miny stanowiły przestrogę dla wszystkich innych, którzy będą chcieli drwić z tej chwalebnej organizacji. Biada wszystkim, którzy nie pojmują woli Boga!

 

Rozdział II

Oko w oko z potworem

 

- Nie ociągaj się – zawołał ich niecodzienny ochroniarz, przyspieszając swoją klacz. – Jak tak dalej pójdzie, znikną nam z oczu.

Z Harracollum wyjechali całą trójką jakiś czas po pozyskaniu Niecnego Algitieri jako towarzysza, lecz Anna i Pietro do tej pory nie mogli się otrząsnąć; ciągle niedowierzali, iż tak potworny człek, który jeszcze rankiem życzył im śmierci, miał za zadanie bronić ich przed bandytami. Obecność jego mrocznej osoby tuż za ich powozem nie dawała im spokoju, zupełnie jakby podążał za nimi agresywny wilk. Nie sposób powiedzieć, czy w razie potrzeby rzuci się na wroga, czy na nas – myślała Anna, oglądając się co chwilę na szpetną twarz czarodzieja. Robiła to dyskretnie, aby nie wzbudzić jego uwagi ani tym bardziej złości. Skrycie lampiła się na niego cały czas, starając się rozgryźć jego zamiary. Nie miała jednak odwagi spróbować z nim porozmawiać. Jeszcze by mnie ugryzł! – skwitowała.

Zanim wyjechali z miasta, musieli odczekać chwilę, aż najęty przez nich mężczyzna wrócił po swoją klacz. Bezpośrednio po jego zatrudnieniu mag otrzymał zaliczkę; rozeszli się i umówili pod główną bramą. Gaudette’owie nie mieli czekać długo… Niestety Niecny Algitieri solidnie się opóźnił, a przy ponownym przywitaniu nie raczył nawet poinformować ich o powodzie tegoż występku; po prostu przejechał im drogę, nawet się nie zatrzymując i rzucając im zaledwie jedno słowo:

- Ruszajmy.

Choć początkowo prowadził, jego obdarzona mnogą ilością blizn klacz ustąpiła pierwszeństwa powozowi przy pierwszym rozwidleniu dróg. Niecny Algitieri usłyszał od nich, do którego kraju mieli się udać, lecz mimo to zatrzymał konia i czekał na dalszy ruch Pietro. Ten, ciągle lekko speszony spojrzeniem czarnoksiężnika, skręcił na północ, a wtedy mag popędził za nim. Od tamtej pory trzymał się na uboczu, jakby bojąc się zbliżyć bardziej. Co jakiś czas zatrzymywał się przy mijających go podróżnych i zadawał szybkie pytanie o niejakiego de Borgię. Ci odpowiadali, że poszukiwanego mężczyzny nie widzieli, a wtedy ten oddalał się, zajmując swoje miejsce za powozem.

Jechali przez niemalże prosty szlak, aż słońce zaczęło powoli zachodzić. Niecny Algitieri proponował na początku zatrzymacie się w Harracollum na noc, gdyż wiedział, że w drodze na północ podczas dzisiejszego dnia do innego miasta nie dojadą. Pietro się na to nie zgodził i wyjaśnił, że zależy mu na czasie. Ku zdziwieniu rodzeństwa czarnoksiężnik nie oponował, tylko wzruszył ramionami i popędził po konia. Widać był przyzwyczajony do spania na ziemi.

Niespodziewanie wcześniej milczący czarny jeździec zjednał się z nimi i zwrócił się do młodego kupca.

- Jaki właściwie macie plan? – zapytał ponurym tonem. – Mówiliście coś o Novamossie, ale wiecie, które drogi dokładnie obierzecie? Najkrótsze? Dłuższe?

Pietro spojrzał na ochroniarza z zawodową podejrzliwością. Jednak nie ona, a najzwyklejszy strach sprawił, iż się zawahał.

- Planuję zahaczyć o każde większe miasto i przyjąć każde opłacalne zlecenie – wyjaśnił w końcu.

- Czyli dłuższe, dobra. – Westchnął, spoglądając na swoją jednooką klacz. – Kiedy będzie trzeba, wyprzedzę was i pokieruje na najbezpieczniejsze ścieżki.

- Znasz tutejsze drogi? – zaciekawiła się dziewczyna.

Niecny Algitieri spojrzał na nią z nieukrywaną wrogością.

- Tak – odpowiedział jednak spokojnie. –Z reguły jak się często gdzieś jest, to i zapamiętuje się trasy. Nie odgadłaś niczego nowego.  

- Masz ku temu jakieś powody? W sensie, że ciągle jesteś na szlaku?

- Jak każdy – odrzekł natychmiast, nie wdając się w szczegóły. – Głupie pytanie, dziewczyno.

- Coś więcej? – nie ustępowała ciekawska.

Ochroniarz najwyraźniej nie był łaskawy do zwierzeń, gdyż zwolnił klacz i ponownie zaszył się na tyłach. Teraz Anna wiedziała, dlaczego podróżował właśnie tam – chciał uniknąć rozmów, nieprzyjemnych pytań… Albo po prostu mnie nie lubi – przeszło jej przez głowę. – W sumie ma ku temu kilka powodów.

Dziewczyna, z natury nieśmiała, ale również przyjacielska, zechciała naprawić trochę relację z tym tajemniczym mężczyzną. W końcu teraz podróżujemy razem – powtarzała sobie. – Nie możemy skakać sobie do gardeł. Źle zaczęliśmy, ale skoro już się nagodziło, musimy chociaż na tyle sobie zaufać, żeby przez najbliższe dni nie sypiać z nożem w ręku.

I tak też odczekała swoje, pozwalając całej kompanii podziwiać powoli udające się na odpoczynek słońce na pobliskich polach, nie widząc śladu po deszczu, które wcześniej przewidział jej brat. Kiedy uznała moment za stosowny – odwróciła się na tyły i otwarcie zwróciła się do człowieka, który sam twierdził, iż był niecny.

- Mogę cię o coś zapytać? – wydobyła z siebie, patrząc na niego swoim lekko przestraszonym okiem.

- Nie – odrzekł krótko jeździec.

Jednak ona nie miała zamiaru się poddać. Wiedziała, że jeśli mają się polubić, choć odrobinę, to powinna go trochę poznać. A że jedyne, co o nim wiedziała, to jego magiczne umiejętności, toteż zapragnęła usłyszeć nieco więcej faktów na ten temat. W końcu, skoro musiał się z tym ukrywać, zapewne potrzebował raz na jakiś czas się komuś wygadać, żeby poczuć się lepiej – wychodziła z tego założenia. – Każdy potrzebuje kogoś, z kim może być sobą…

- Jak ci się udało to zrobić? – zapytała bez zgody. – To z krwią w tamtym lesie? Jaki to rodzaj magii?

- Po co prosisz o pozwolenie, skoro i tak to, kurwa, zrobisz? – wnerwił się.

- Nie ładnie odpowiadać pytaniem na pytanie.

- Poważnie? – wytrzeszczył teatralnie oczy. – Jakoś mam to w dupie. Możesz się na mnie obrazić. W sumie będzie mi to na rękę.

- Ty tak ciągle? – zmieniła temat po chwili. – Mam wrażenie, że zachowujesz się jak zraniony dziki pies. Warczysz na wszystkich, jak najszybciej ich od siebie odpychając. Mniejsza, że niektórzy chcieliby ci pomóc. Dlaczego jesteś taki gniewny?

Mężczyzna wymusił szpetny uśmiech.

- To akurat proste – powiedział. – Od początku nie chcę, żebyś się do mnie odzywała, kłamliwa gówniaro!

- Anno – zaciekawił się sytuacją Pietro, obawiając się o siostrę. – Zbliż się do mnie! Daj naszemu ochroniarzowi spokój!

Kobieta, choć niezbyt tym faktem zadowolona, odpuściła, mając przeciwko sobie dwóch uzbrojonych mężczyzn, którzy odnosili się do niej, jakby chcieli ją rozszarpać. Wróciła na swoje miejsce i przyglądała się otoczeniu. Widziała, jak pola zanikają, ustępując momentalnie gęstemu lasowi, w którym przyszło im się zatrzymać.

Niecny Algitieri, chyba nie chcąc ich dłużej oglądać, zgłosił się do zbierania chrustu i szybko się oddalił. Podczas jego nieobecności, brat zrobił jej reprymendę. Mówił, że nie powinna denerwować tego człowieka, zwłaszcza po tym, co o jego umiejętnościach wiedzieli.

- Przez jakiś czas będzie z nami – przemawiał jej do rozsądku – ale to nie znaczy, że jest jednym z nas. To bandyta, chyba nie powinnaś mieć co do tego wątpliwości. W dodatku para się magią. Tak niebezpieczna osoba przy nas to gwarancja bezpieczeństwa ze strony zbójów… ale przy okazji znacznie większe ryzyko dla nas.

- Ale ja tylko chciałam…

- Nie przerywaj – zgasił ją. – Jeśli dotrzyma umowy, na pewno dobrze zrobiliśmy, biorąc go ze sobą. Ale do tego czasu! Błagam, nie dawaj mu powodu do zabicia nas, nie próbuj nawiązać z nim kontaktu, nie przymilaj się, nie poszukuj ciekawych opowieści o jego rzemiośle… Po prostu zostaw go w spokoju, niech zrobi swoje i zniknie, kiedy przyjdzie czas. Rozumiesz?

Chyba nie mam zbyt wiele do gadania – pomyślała. – Też mi niespodzianka…

- Tak – odrzekła z ponurą miną.

- Dobrze… Jeszcze jedno. – Wskazał jej krótki miecz, który miała przypięty do pasa. – Jak będziesz zasypiała, trzymaj go w pogotowiu. Mag może i dostał zaliczkę, ale takim jak on nigdy nie wolno ufać.

Z tymi słowy ją zostawił, oddalając się na stronę.

Dziewczyna była rozżalona, gdyż wiedziała, że to, co chciała osiągnąć, nie miało niczego złego na celu. Pragnęła, żeby ich podróż wyglądała inaczej od tego, jak się poznali. Uważała, że tak grobowa i jednocześnie napięta atmosfera bardzo niekorzystnie wpłynie na całą ich grupkę. Jednak była jedyną, która miała takie zdanie. Nawet Niecny Algitieri, wyrzucając chrust na piach, ją w tym uzmysłowił, rzucając jej wrogie spojrzenie. Chociaż w jego wypadku to mogło być normalne – uznała po chwili. – Tak robią wszystkie dzikie zwierzęta. Dostała naganę za dobre chęci i za to, że nie chciała podchodzić do członków własnej drużyny jak do wrogów. Pomimo wcześniejszej waśni, uznała, że mogą jeszcze się dogadać i w miarę spokojnie przebyć razem drogę do granicy. Jednak tylko jej ten pomysł przyszedł go głowy. Tamci dwaj traktują mnie jak głupszą – zdenerwowała się – ale to oni chcą podróżować ze sobą, trzymając miecz na gardle oponenta! Po co coś z tym robić? Może do Novamossy jakoś dotrwamy?!

Choć chciała tego uniknąć, choć miała ułożony niezbyt złożony plan, nie udało jej się zażegnać tego, czego wcześniej się obawiała. Tej nocy rodzeństwo Gaudette’ów zasypiało, ściskając bronie w dłoniach. Pietro, przyzwyczajony do takich warunków od dziecka, usnął pod gwiazdami niemalże natychmiast. Annie wiercącej się na powozie nie przyszło to tak łatwo. Do spania zawsze rozpuszczała włosy, które przeważnie opadały jej na twarz. Tym jednak razem nie pozwoliła, żeby cokolwiek przysłoniła jej oko. W mroku bacznie obserwowała otoczenie, które rozjaśniało światło ogniska wcześniej rozpalonego przez ich ochroniarza. Ten, chyba wiedząc, co jego pracodawcy o nim myślą, położył się pod jednym z drzew, dalej od płomieni, ciągle trzymając się swojej roli nieudomowionego psa. Cień całkowicie go pochłaniał, lecz dziewczyna wiedziała, że on gdzieś tam jest.

- Pamiętaj, że miałaś śnić o mnie koszmary – zwrócił się do niej Algitieri z czerni, przypominając jej wcześniejsze słowa. Zauważył, że nie mogła spać, więc chyba zapragnął upewnić się, że dziewczyna nie zmruży dzisiaj oka. Drwił z niej, co do tego nie było wątpliwości. Anna wiedziała, z jakiego rodzaju człowiekiem miała do czynienia.

Rozumiała także, iż jeśli zechce jej coś zrobić, ona nawet nie spostrzeże się, kiedy ten zacznie działać. Ta myśl sprawiała, że bała się przymrużyć jedyne oko. Obserwowała nieruchomą czerń, wypatrując w niej wiadomej śmierci, aż w końcu, chyba z wyczerpania, zasnęła, wtulając się w zimną broń jak w pluszaka. Nie sprawdziło się wcześniejsze przeczucie jej brata – dzisiejszej nocy również nie padało.

Następnego dnia Anna obudziła się później od pozostałych, którzy udali się gdzieś w swoje strony. Korzystając z okazji, zabrała się za zmienianie ubrań na czyste, nieco inne w odcieniach, acz podobne. Kiedy tylko rozebrała się do stanika i majtek, bacznie obserwowała każdą stronę, wstydząc się wariantu, że ktoś mógłby teraz ją zobaczyć. Tak się jednak nie stało – przebieranka przebiegła w miarę sprawinie, a dziewczyna miała powody, żeby się sprężać. Odłożyła brudne ubrania na bok, tam, gdzie nakazał jej Pietro. Ten zawsze, kiedy sterta robiła się wystarczająco duża, znikał z nią w najbliższej mieścinie i wracał z mokrymi albo na wpół wysuszonymi. Nie raz Annie przyszło zakładać na tyłek mokre spodnie, ale nie narzekała. To są uroki podróży – jak uparcie sobie powtarzała.

Ciągle zaspana, obejrzała wszechobecny las. Choć wczoraj cień nie pozwolił jej tego zauważyć, w tym miejscu aż roiło się od szarych drzew savenasse. Kiedy już się rozbudziła, dotknęła kory jednego z nich, chyba pierwszy raz w życiu; wcześniej, nawet jeśli je widziała, Pietro nie raczył specjalnie dla niej się zatrzymać. W dotyku te drzewa nie różniły się niczym od zwyczajnych, to samo ich ciemne liście, wyglądające, jakby ktoś pokrył je popiołem. Całość przedstawiała się tak samo jak reszta, z tą różnicą, że te Stwórca raczył inaczej pomalować. Korzenie zapewne też były równie twarde, a miękły dopiero we wrzątku z mięsem trolta, sprawiając, że substancja gęstniała i stawała się jadalna przez długie tygodnie. Była długotrwała, ale na tym kończyły się jej zalety – pomyślała z goryczą, zdając sobie sprawę, że lada moment czeka ją śniadanie.

Kiedy oddaliła się od savenasse i ponownie zbliżyła do miejsca, w którym spała, zaczęła zastanawiać się, gdzie podziała się reszta ferajny; wokół nie było żywej duszy. Jej brat gdzieś zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Dziki Pies też się wymknął, zapewne chadzając swoimi ścieżkami. Została sama, narażona na wszystkie niebezpieczeństwa znanego jej świata. Nie ukrywała, że ta świadomość lekko ją przytłoczyła.

- Jest tu kto? – zawołała, nie kryjąc zmieszania. – Pietro? Pietro?!  

- Nie drzyj się, dziewczyno – usłyszała niespodziewanie zza pleców. – Skrzykniesz wszystkich bandytów z okolicy.

Anna odskoczyła, momentalnie odwracając się za siebie. Przed sobą miała Niecnego Algitieri w pełnej krasie, który wcześniej musiał chyba kryć się za drzewami, specjalnie, żeby ta nie mogła go zauważyć. Zjawił się znikąd, jakby… W sumie u niego wszystko pozostawało możliwe, więc nie zamierzała nawet zgadywać. Jej wyobraźnia mogłaby pracować cały dzień, a i tak była pewna, że nie zbliżyłaby się choćby odrobinę do rozwiązania zagadki.

- Nie uśmiecha mi się znowu dać się dla ciebie pobić – oznajmił jej zimnym tonem.

- Gdzie jest mój brat? – zapytała, widząc, że mężczyzna chce się od niej oddalić.

Czarnoksiężnik, ciągle jedną stopą pragnąc odejść, jedynie wzruszył ramionami, po czym rozejrzał się po okolicy.

- Chuj go wie – skwitował po wszystkim. – Pewnie poszedł się wysrać. Raczej nie robiłby tego przed delikatnym nosem panienki, bo jeszcze przerwałby jej sen. Nie mógłby popełnić takiej niegodziwości, prawda? Cieszę się, że się zgadzamy, teraz pozwolisz, że…

- A ty? – rzuciła ledwie słyszalnie do mężczyzny, który wyraźnie usiłował się jej wymknąć.

- Co tam szepczesz? – Rzucił jej znudzone spojrzenie. – Jeśli masz się do mnie odzywać, to tylko wtedy, kiedy musisz; krótko, pewnie i bez zbędnego pierdolenia.

- Gdzie byłeś? – wysiliła się na pozory odwagi. Aby dodać sobie powagi, nawet się wyprostowała.

Niecny Algitieri przez chwilę milczał, chyba zastanawiając się, czy powinien kontynuować tę rozmowę, jak w ostatnim przypadku – wtedy, kiedy usunął się na tyły. I chyba dochodzi do podobnych wniosków – uznała w chwili, gdy czarnoksiężnik oddalił się od niej o krok. Potem jednak ten ją zaskoczył i zbliżył się ponownie. Chyba zrozumiał, że jeśli mi nie powie, mogę zrobić się podejrzliwa – wydawało jej się, że chociaż ten jeden raz go rozgryzła. – Zwłaszcza, że zniknął gdzieś w lesie, w którym sam zaznaczył, że mogą czyhać bandyci. Jestem od niego głupsza, oczywiście, ale takie szczegóły to nawet ja mogę połączyć i żaden imbecyl nie będzie mi oponował. Jeśli chce, żebym nie pomyślała, że próbuje nas wykiwać, musi się wygadać.

Wpiła w niego swoje jedyne oko i oczekiwała dalszej reakcji.

- Polowałem – odrzekł krótko z takim tonem, jakby mówienie o sobie sprawiało mu wewnętrzny ból.

- Nie widzę, żebyś coś znalazł – oznajmiła, oglądając jego puste dłonie. – Nie trafiłeś na żadnego zająca?

Ten przewrócił oczami, dając jej do zrozumienia, że nie jest zadowolony z jej zainteresowania.

- Nawet go nie szukałem – zdziwił ją tymi słowami. – Próbowałem wytropić człowieka. Wiesz, tego samego, o którym przecież słyszałaś. Widzisz, ile udało mu się znaleźć – wskazał lekko ubrudzone ręce. – Świeżo ściętej głowy tu nie ma. Koniec przesłuchania?

- O co ci chodzi?

- Mnie? – okazał szczere zdziwienie. – To ty mi cały czas trujesz dupę.  Najpierw kłamiesz mi w żywe oczy, przez co mój obrzydliwy pysk wygląda jak wygląda. Całkiem słusznie nazywasz mnie skurwysynem, zarzekając się, że będziesz mnie przeklinać. A kiedy twój pierdolony braciszek mnie zatrudnia, nagle chcesz się zakumplować!

- Wiem, że nie za dobrze zaczęliśmy – przyznała, dokładnie dobierając słowa – ale to nie znaczy, że powinniśmy tak to zostawić. Teraz podróżujemy razem, więc wypadałoby…

- Spierdalaj – skwitował jednym słowem.

Dziewczyna starała się otworzyć przed nim serce, spróbować pójść na szczerość, łagodnie, z gracją, może trochę ugodowo, uznając jego rację. On nawet na to nie pozwolił, a całość skwitował jednym, prostym i jakże wulgarnym wyrazem. Nie dziwota, że Anna, słysząc tak szczere chamstwo, wytrzeszczyła oczy. Została całkowicie zbita z tropu i nie wiedziała, co dalej powinna powiedzieć.

Niecny Algitieri przedstawiał się jako przypadek rannego zwierzęcia, które nie tylko nie może, ale i nie chce zostać uratowane. Logicznym było, że jedynym, co można dla niego zrobić, jest skrócenie jego cierpień. Z korzyścią dla niego, ale i dla wszystkich innych istot. Tylko któż byłby na tyle odważny, żeby podjąć się tak arcytrudnego zadania? Kto w ogóle chciałby mieć z nim cokolwiek do czynienia?

- Słucham? – wydobyła z siebie, jakby wymagając od niego poprawy.

- Mam was pilnować, nie musimy być przyjaciółmi – czarnoksiężnik trwał przy swoim. – Daruj sobie te banały o zgranym zespole, przyjaźni i wzajemnym szacunku. Twój brat mi płaci, to cały szacunek, którego od niego wymagam. Jestem tu i jeszcze cię nie zabiłem, więc honoruję swoją część umowy. Nie licz na więcej, nie będę pamiątką z twojego albumu, a na starość nie będziesz wspominała mnie, „wspaniałego człowieka”, jakim po czasie okazał się ten pies, tak strasznie z początku ujadający. Nie zostanę częścią twojego życia; kiedy tylko zrobię swoje, zniknę i codziennie będę liczył, że więcej tego twojego cyklopiego ryja nie zobaczę.

Po tych słowach opuścił ją i udał się oporządzać swoją również jednooką klacz.

Anna jeszcze nigdy wcześniej nie została tak dotkliwie obrażona; brat rujnował wszelkie jej starania samodzielności, ale dopiero przy Niecnym Algitieri mogła poczuć, jak okrutny był świat. Przez chwilę myślała, że ten człek – bądź, co bądź wyglądem do niej podobny; z jasną skórą i bardzo ciemnymi włosami – może okazać się kimś, z kim idzie się dogadać. Ta złuda jednak prysła, posypała się niczym piach rozrzucony na wietrze. Młoda panna Gaudette zechciała wrócić do swojego starego więzienia, do którego przywykła. Zechciała wrócić do swoich książek, które tak ukochała. Pragnęła znowu spotkać bohaterów, którzy tak grzecznie i z czułością jej się przedstawili. A już na pewno – chciała sprawić, żeby Niecny Algitieri, od którego nie mogła oderwać wzroku, stał się tylko gorzką pamiątką przeszłości, która zniknie niczym senna mara.

Niech by go dopadła Inkwizycja – przeklęła maga w myślach dziewczyna. – Może Pietro miał rację z tą rezydencją? Zostanie w jednym miejscu nie byłoby znowu taką złą opcją… Zabiorę się za wszystko, żeby tylko nie oglądać więcej takich śmieci jak ten tutaj.

Rozmyślała nad swoim dalszym losem, po raz pierwszy pozytywnie nastawiając się do planów, które sprezentował jej brat. Zastanawiała się nad tym, czy rzeczywiście ponowne zostanie w „więzieniu bez krat” byłoby takim okropnym rozwiązaniem?

Nie wiedząc, co ze sobą dalej począć, wróciła do swojej rutyny i zaczęła jak co dzień splatać swój warkocz. Robiła to, dokładnie obserwując poczynania Niecnego Algitieri, który nie krył swojej dumy; stroszył się jak paw. Wiedział, że jest obserwowany. Z nieukrywaną przyjemnością okazał dziewczynie, że jej wściekłość go bawi; śmiał się niczym imp. Po raz pierwszy okazał jej szczery, niewymuszony uśmiech. Widać takim jak on radość może przyprawić tylko nienawiść i ludzkie przerażenie.

 

*

 

Szara kora savenasse bardzo silnie trzymała się drzewa, znacznie mocniej niż w innych odmianach. Aby ją wyrwać należało użyć do tego wytrzymałego noża – praca z nim przypominała trochę obdzieranie zabitego zwierza ze skóry, tylko w tym wypadku przedmiot głównej uwagi twardo trzymał się ziemi, a i kora nie była nawet w połowie tak gładka jak strupiały odyniec.

Tym bardziej Pietro Gaudette poczuł się zdziwiony, kiedy idąc przez gąszcz savenasse, zauważył, iż większość szarych drzew została pozbawiona ochrony w dolnej części. Ich pnie uwydatniały całkowicie nagie wnętrza, z mnogą ilością przeróżnych zadrapań na sobie. Gołym okiem dostrzegalne było, że nie mógł zrobić tego człowiek.

Wycinki specyficznych drzew urządzano często, głównie ze względu na ich właściwości w pewnej paskudnej zupie, ale Equarczycy powstrzymywali się od szerszej eskalacji przyrody – zawsze ścinali tyle, żeby roczny spadek savenasse w królestwie wychodził na zero. Ubytek szybko niwelowano, sadząc w pustych miejscach. Nie niszczono także kory i nie dopuszczano się dewastacji – nikt nie chciał marnować czegoś, co przynosiło rocznie miliardowe zyski. Zabawne, że tak cenne drzewa można było odnaleźć podczas zwykłego spaceru w niczyim lesie. Pomimo częstotliwości zasiedlenia, savenasse dalej trzymały się na rynku nieźle, a ich wartość raczej rosła.

- Jedynym, co mogłoby dokonać takich zniszczeń, była natura – powiedziała sobie młody kupiec. – Nawet nie chcę wiedzieć, w jakiej postaci.

Przyspieszył kroku, pragnąc jak najprędzej wrócić do siostry i do powozu. Nie uśmiecha mi się walka z jakimś szkaradztwem, które dla zabawy niszczy otoczenie – powtarzał sobie, jeszcze żwawiej stawiając kolejne kroki. Był już bliski biegu.

Nie dość, że nie wiedział, gdzie się znajduje, to na dodatek las zdawał się nie mieć końca niczym labirynt. Ostatecznie Pietro zmarnował czas, wałęsając się tutaj bez celu.

Powód, w jakim udał się w ogóle na ten spacer, przedstawiał się bardzo trywialnie. Kiedy otworzył oczy, przed sobą miał śpiącą siostrę, ale ochroniarza wypatrzeć w oddali nie mógł. Z początku myślał, że ten poszedł się odlać, ale kiedy czekanie na niego się dłużyło, Pietro zaczął nabierać podejrzeń. Nawet nie chciał myśleć, co mógłby wykombinować ten stwór, jakich strasznych sztuczek mógłby na nich użyć. Może kupiec mu płacił, ale nie jest to równoznaczne z zaufaniem. Jako że Anna spała jak kamień, ściskając miecz jak dziecko poduszkę, on udał się na poszukiwania niesfornego ochroniarza, który pozwolił sobie na przechadzkę, nie uzgadniając niczego z nim. Chciał go za to skarcić – ewentualnie poznać przyczynę jego nieobecności, jak niecna by ona nie była – ale czym dalej w las się zapuszczał, tym miał co do tego coraz więcej wątpliwości. Bo jak niby miałbym go ganić? – zadał sobie głupie pytanie. – On mnie może zabić tak jak ja mrówkę. Nie po to Inkwizycja ostrzega wszystkich przed czarnoksiężnikami, żebym teraz od tak lekceważył jednego z nich… Wpakowałem się jeszcze jak nigdy przedtem. Jeśli ktoś odkryje, że miałem kiedyś coś wspólnego z magami, skończę w żelaznej dziewicy i nikt nie będzie słuchał moich wyjaśnień!

- Jestem idiotą – oznajmił przed sobą, oglądając tak różne i jednocześnie trudne do rozróżnienia drzewa; jedne szare, drugie brązowe. – Trzeba było siedzieć w Vinesse i próbować żyć tam. Może jakąś trzeciorzędną pracę bym znalazł…  I przynajmniej nie miałbym do czynienia z czarnoksiężnikiem.

Jeśli teraz ten potwór pojawi się w obozie przed nim, Anna utknie z nim sam na sam. Dziewczyna miała straszny temperament i nie wiedziała, kiedy powstrzymać się od mówienia. Pietro nie chciał wiedzieć, co mogłoby się stać, gdyby do czegoś takiego doszło. Denerwował się, żałując, że ma tak ślimacze tempo. Przynajmniej dobrze, że wracam – pomyślał pozytywnie.

Najprawdopodobniej dalej błąkałby się po tym sporym lesie, nie wiedząc nawet, gdzie się znajduje, gdyby nie zobaczył tych zniszczonych drzew. Kora, która została ogołocona, kompletnie zniknęła, jakby zwierz ją zabrał. Pietro nie był w stanie określić, jak dawno to się stało, ale wiedział jedno – nie mógł sobie pozwolić na spotkanie ze sprawcą tych zniszczeń. Zawrócił momentalnie, zostawiając okaleczone savenasse za sobą.

- Ciekawe, jak wyglądało to zwierzę? – zastanawiał się, przypominając sobie podrapane pnie. – Może jakiś niedźwiedź? Tylko po co by mu to było? Gniazda raczej sobie nie zrobi, a nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Podczas przemarszu, niespodziewanie leśną ciszę przerwał bardzo dosadny dźwięk. Jego źródło wybiegało raptem pięć drzew przed Pietro. Ten, słysząc odgłosy gniecionej kory, odwrócił się momentalnie. A w chwili, kiedy doszło do niego potworne sapanie, na jego czoło wstąpił zimny pot.

Samotne w tej okolicy drzewo savenasse oblegał dziwaczny potwór, którego młody kupiec miał nieprzyjemność widzieć pierwszy raz w życiu. Bestia zarówno kształtem ciała, jak i jego wielkością przypominała szympansa. Większość sierści miała ciemnej maści, lecz wyjątkiem tego były plecy – tam barwa kudłów przedstawiała się jak świeża trwa. Na brzuchu oraz od pośladków aż do końca ud potwór nie posiadał włosów; w tamtych miejscach widniała jedynie kremowa, napuchnięta skóra. Przednie kończyny stwora były nieco dłuższe od tych tylnych – obie zakończono dłońmi o trzech niezwykle grubych i ostrych szponach. Obrzydliwa istota stała na tylnych nogach, podpierając się o szare drzewo. Za pomocą pyska, który w całości zajmował dziób, odrywała korę i się nią zajadała. Pietro dostrzegł, że w środku paszczy znajdowały się dodatkowe zęby przystosowane do zgniatania twardego posiłku.

Kupcowi poszczęściło się, że stwór go nie zauważył. Nakierował się do jak najdalszego okrążenia bydlaka i ruszył. Z każdym przebytym krokiem drzewa zmieniały jego pole widzenia na potwora. Wyglądało ta tak, jakby co chwilę zamykał i otwierał oczy, dostrzegając zmiany obrazu. Nie ukrywał, że w tym wypadku, było to dużo bardziej nieprzyjemne niż normalnie. Ale bestia przynajmniej mnie nie dostrzega – pocieszał się. – Nie wygląda, ale to chyba roślinożerca…

Wtedy, krocząc pomiędzy drzewami, młody Gaudette poznał kolejny urok spacerowania po lesie. Wcześniej nawet nie zwrócił na to uwagi, lecz teraz sytuacja uległa gwałtownym zmianom.

W tym miejscu nie sposób chodzić, nie wzbudzając hałasu, nie łamiąc nawet jednego leżącego na drodze patyka – czy po prostu nie zwracając na siebie uwagi. Nieliczni potrafią przemieszczać się tutaj niezauważenie, a on wiedział na pewno, że nie był jednym z nich.

W pewnej chwili pod swoim butem usłyszał co najmniej tuzin dających o sobie znać gałązek, liści, czy Stwórca raczy wiedzieć czego jeszcze. Nieważne, co zniekształciło się pod jego stopą – liczy się to, co ten nieznaczny dźwięk wywołał. Powiedzieć, że wilka z lasu, byłoby w tym wypadku pobożnym życzeniem.

Wcześniej zajęty korą savenasse potwór przerwał posiłek i skierował swoje nad wyraz wielkie, mogłoby się wydawać – świecące żółte oczyska w stronę młodego kupca. Początkowo bestia skamieniała; puściła drzewo, stanęła na czworaka i zaczęła wpatrywać się w człowieka kilka kroków od niej. W następnej chwili podniosła się, chwilowo stając na dwóch nogach, jakby upodabniając się do nieproszonego gościa. Wydawała się zaciekawiona…

Jednak to nie wystarczyło, żeby mogła się pohamować. Z paszczy potwora wydobył się przeraźliwy ryk, który sam w sobie zachęcił nogi mężczyzny do ucieczki. Pietro ruszył w stronę obozu, słysząc, iż człapie za nim nieznany stwór. Choć ubywało mu sił, starał się gnać coraz szybciej. Potwór jednak nie wydawał się odpuszczać; kupiec niemalże czuł jego oddech na karku. Stwór gnał niestrudzenie, las stanowił dla niego naturalne środowisko, które znał na wylot. Przemieszczał się między drzewami, jakby miał przed sobą niezasiane pola. Pietro jednak nie mógł tego o sobie powiedzieć – bieg w tak zagęszczonym miejscu stanowił dla niego nie lada wyzwanie. Opadał z sił, a szybkość poruszania utrudniała mu reakcję na ominięcie przeszkody i widzenie w ogóle – wydawało mu się, że czeka go śmierć. Że ten jeden raz przedobrzył i zaprowadził się tym samym do grobu. Wyczekiwał, aż w końcu uderzy się o jakieś drzewo i upadnie albo się potknie – stwór na pewno nie pozwoliłby mu już wstać.

Z trudem nabierał oddech, coraz bardziej panikując. Ani Niecnego Algitieri, ani swojego powozu w oddali nie dostrzegał, a czuł, że lada moment nogi odmówią mu posłuszeństwa.

Wtedy przypomniał sobie o mieczu, który ciążył przy pasie jak zawsze podczas gwałtownych ruchów. Nie widział dalszego sensu w bieganiu, broni jednak zawsze mógł użyć.

Niespodziewanie odskoczył za pobliskie drzewo, dobywając ostrza. W następnej chwili zamachnął się, wychodząc zza osłony. Stwór nie zdążył wykonać uniku, miecz zaatakował jego kremowy brzuch. O dziwo – stal nie zrobiła mu żadnej krzywdy; bestia zdawała się mieć skórę z kamienia.  

Potwór nie pozwolił na ponowny atak i wytrącił mu broń z ręki. W następnej chwili zamachnął się swoją trójpalcą łapą. Pazury przebiły wams kupca oraz koszulę, dobijając się do samego mięsa. Jedne szybkie cięcie zostawiło mężczyźnie ogromną ranę, z której momentalnie zaczęła cieknąć krew.

Ból, co może wydawać się niespotykane, dodał mu jednak sił. Przynajmniej na tyle, żeby kopnąć obrzydliwy pysk napastnika. Ten zaczął obracać głową, czując się oszołomiony. Pietro wykorzystał tę okazję, chwycił swoją broń i zaatakował ponownie. Tym razem wycelował ostrzę w jego sierść – tam udało mu się przebić. Stwór krzyknął przeraźliwie, odrzucając mężczyznę od siebie na pobliskie drzewo. Pietro splunął juchą, po czym przyjrzał się sytuacji. Miecz utkwił w ciele szkaradztwa, lecz ono – pomimo całego bólu – nie wydawało się umierać. Krwawiło nie tylko z rany, ale i z paszczy – jak dla Pietro odniosło tak poważną ranę, żeby spokojnie umrzeć. Niestety to tak nie uważało i ruszyło na kupca z pełną siłą.

Mężczyzna, nie mając innego wyjścia, zaczął znowu uciekać. Tym razem dokładnie nasłuchiwał, czy potwór aby nie wywrócił się z następnym krokiem albo czy zrezygnował z pościgu. Tak się jednak nie stało – bestia wydawała się cholernie wytrzymała, a rana zdawała się dla niej jak ukłucie.

Nie wiedział, jak długo przed nią uciekał ani ile jeszcze będzie to trwało, lecz w końcu w oddali zauważył coś więcej niż drzewa. Dostrzegł swój powóz, konie, a później resztki ogniska. Anna, widząc go z oddali, biegnącego z nieproszonym gościem, zeskoczyła z powozu i zaczęła krzyczeć na całe gardło:

- Algitieri – wołała. – Algitieri, chodź tutaj! On potrzebuje pomocy!

Czarnoksiężnik nie odpowiedział, lecz szybko wyszedł zza powozu, wyraźnie lekko poirytowany. Kiedy ujrzał młodego kupca, nie potrzebował dalszego wyjaśniania sytuacji; pobiegł w stronę potwora, nie dobywając nawet jednego ze swoich sztyletów.

Pietro zastanawiał się, jak mag chce to rozegrać, ale mimo nadbiegających posiłków się nie zatrzymał.

Ochroniarz szybko zbliżył się do pracodawcy. Zanim się minęli i stanęli twarzą w twarz, Algitieri, jakby w jednej chwili, dziwnie zamachnął się ręką w miejscu rany kupca. Wtedy krew Pietro wystrzeliła z klaty, niczym strzała i poleciała w miejsce tuż nad dłonią czarnoksiężnika.  

Oszołomiony kradzieżą własnej juchy kupiec, wiedząc, że mag stanie potworowi na drodze, zatrzymał się i obserwował zajście. Widział Algitieriego, który pędzi z krwią przypominającą włócznie z pełnym impetem na potwora. Stworowi nie sprawiało różnicy, kto padnie jego ofiarą – nie ustępował szarży. Obaj osobnicy – na pewno nie ludzie – pędzili do siebie, wiedząc, że za chwilę jeden z nich pożegna się z życiem. Atmosfera zrobiła się napięta, a całej akcji towarzyszyło mocne walenie serca Pietro, przypominające wręcz dudnienie bębnów wojennych.

Wszystko stało się jakby w mniej niż uderzenie serca. Potwór i Algitieri zbliżyli się do siebie. Ten pierwszy zamachnął się pazurami, próbując zaatakować gardło maga. Drugi jednak na to nie pozwolił – włócznia, która lewitowała nad jego dłonią, niespodziewanie za pomocą jednego ruchu ręki została wprawiona w ruch i z pełną szybkością wbiła się tuż pod wielkim dziobem poczwary.

Stwór zakrztusił się krwią, ale spróbował się jeszcze zamachnąć. Nic jednak z tego nie wyszło. Pokołysał się, nie mogąc utrzymać własnego ciała, po czym runął na ziemię. Wraz z jego życiem, zniknęła także włócznia, która wróciła do swojego właściwego stanu i zmieszała się z wyciekającą krwią istoty.

Gaudette’owie byli w szoku. Zarówno Pietro jak i Anna musieli przetrawić to, co się właśnie stało. Stali, obserwując w milczeniu, jak Niecny Algitieri klęka przed ubitym zwierzem i wyciąga z niego miecz Pietro.

- Następnym razem tak łatwo go nie oddaj – skarcił młodego kupca mag, podając mu jego ostrze całkowicie umazane krwią. – A teraz zaszyj tę ranę, bo zaraz zemrzesz. Trup mi nie zapłaci.

Pietro otrząsnął się, słysząc jego słowa; przyjął miecz, po czym zaczął czyścić klingę o i tak brudną koszulę.

- Gdzie, do cholery, byłeś? – wyrzucił swojemu pracownikowi, przypominając sobie, od czego to wszystko się zaczęło.

- Przecież nie będę łaził za tobą cały czas. Jak wsiąkniesz w lesie, zamiast cię szukać, uznam, że umarłeś i odjadę. Zaliczkę dostałem.

- Nie  kiedy napadł mnie potwór – machnął ręką w stronę trupa. – Rano, kurwa. Obudziłem się, a ty gdzieś…

- Polowałem – przerwał mu, uciekając wzrokiem do Anny. – Już mówiłem o tym twojej siostrze. Możesz ją popytać. Jestem pewny, że przekaże ci moje słowa… Cóż, może nie tak dokładnie, nie mała?

Dziewczyna kiwnęła głową, jakby z przymusu.

- Nie znikaj tak więcej, bo… – podjął młody kupiec.

- Jeśli nie podoba ci się to, jak działam, możesz mnie zwolnić – przypomniał mu, wymuszając szpetny uśmiech. – Jak mówiłem: zaliczkę dostałem, nie będę was winił. Wyjdę z układu stratny, ale wy… znowu zostalibyście na szlaku sami. A gdyby nie ja już ten tutaj zabiłaby przynajmniej jedno z was.

Pietro zaklął, gdyż nie mógł nie zgodzić się z jego argumentami.

- Wiedziałem, że się rozumiemy – rzekł Niecny Algitieri. – Teraz idźże w końcu zaszyć tę ranę, bo naprawdę się wykrwawisz.

 Anna od razu zaproponowała bratu pomoc, lecz ten jej podziękował, a następnie sam udał się do powozu w poszukiwaniu szwów i alkoholu na przemycie rany. Wiedział, gdzie co miał, więc uwinął się z tym szybko. Zabrał jeszcze tylko ubrania na zmianę i zaczął zszywać paskudną bliznę na słońcu, oglądając przy okazji trupa zwierza. Przy zabitym ciągle stał czarnoksiężnik, do którego zaraz przypałętała się także ciekawska dziewczyna. Pietro, ciągle korzystając z igły, przy okazji wsłuchał się w ich rozmowę.

- Wiesz, co to jest? – zapytała kobieta, tak niepewnie, jakby nie wiedziała, czy powinna w ogóle się do niego odzywać.

- Abonne – odrzekł mag, dotykając sierści potwora. – Wszystkożerny stwór, który nazbyt ukochał sobie wpierdalanie kory savenasse. Spójrz na ten dziób; wygląda jak złączone łopaty. Tak stworzyła go natura tylko po to, żeby łatwiej ogołacać drzewa. Te stwory zżarły niejednego, który próbował się dorobić na korzeniach szaraków, ale skąpił na ochronę. Twój brat miał szczęście, że potrafił tak szybko spierdalać.

No tak – pomyślał Pietro. – Przecież tyle razy słyszałem, jak ludzie na targach się na nie skarżą. Dziwne, że nigdy nie chciało mi się zapytać, jak te szkaradztwa w ogóle wyglądają. Szkoda, że dowiedziałem się w ten sposób… Zostanie duża blizna…

- Miałeś kiedyś z takimi styczność? – zapytała Anna czarnoksiężnika.

- Przed chwilą – odrzekł złośliwie mag.

- Wiesz, o co mi chodziło.

- Kupcy korzenni prawie w każdej mieścinie szukają frajerów, którzy będą im robić za żywe tarcze w razie, gdyby abonne im się napatoczył. Nie raz byłem jednym z tych, co się zgłosili.

- Dlaczego?

- A dlaczego nie? – żachnął się. – Zapomniałaś, o czym rozmawialiśmy chwilę temu? Zamiast gadać, lepiej rozpal ognisko.

- Po co? – zdziwiła się, nie wiedząc, czy aby z niej nie drwi. – Przecież jest dzień.

- Ale zanim pojedziemy, jeszcze mamy w chuj czasu – oznajmił mężczyzna, dobywając jednego ze swych sztyletów; tego z zieloną rękojeścią. – A mięso abonne jest przepyszne i szkoda je marnować dla trupojadów.

Anna, nie wiedząc, czy powinna usłuchać, odnalazła wzorkiem twarz brata, szukając u niego aprobaty – bądź przeciwnie. Pietro z kolei wiedział, że tak czy siak czekało ich śniadanie, a jeśli jego siostra raz na jakiś czas zjadłaby coś innego niż ta okropna zupa, będzie to tylko z korzyścią dla niej. On też bardzo chętnie urozmaici sobie jadłospis – nigdy nie skosztował mięsa potwora.

Kiwnął siostrze głową na znak zgody, a ta szybko popędziła pozbierać coś na rozpałkę i wszystkim się zajęła. Prawie zapomniałem, że umie wzniecać ogień – powiedział sobie jej brat, oglądając ją biegającą po okolicy i zbierającą co popadnie na chrust. – A i biega szybko… Mogło by się wydawać, że minęły wieki, odkąd widziałem ją w sukni. Już nawet nie jestem w stanie wyobrazić jej sobie w niczym innymi niż w tych moich starych łachach.

Zwrócił uwagę na czarnoksiężnika. Ten, wywijając w potworze ostrzem, powoli kroił jego ciało. Oskórował duży płat bestii, położył go na bok, a następnie na nim, jak na tacy, kład powoli każdy wycięty kawał świeżego mięsa. Pietro dziwił się, dlaczego nie użył do tego magii i sam pobrudził sobie ręce, lecz nie miał ani chęci, ani odwagi, żeby go o to zapytać. Mimo wszystko, uwinąwszy się ze szwami i czystym odzieniem, podszedł do niego.

- Tylko niczego nie nadepcz – zwrócił mu uwagę Algitieri, kiedy ten stanął tuż przed nim. – Z odrobiny piachu jeszcze wytrzepię, ale jak całe uświnisz, będzie do wyrzucenia.

- Twój sztylet wchodzi w skórę tego czegoś jak w masło – zauważył, obserwując pracę ochroniarza. – Jest magiczny?

- Sentymentalny – naprostował czarnoksiężnik. – Ale to zwykły kawał żelastwa. Dlaczego pytasz?

- Jak uderzyłem w to coś pierwszy raz, goła skóra wydawała się twarda jak stal. Myślałem, że to jakieś czary. Po ataku stawiałem, że tam umrę… Naprawdę wydawała się nie do przebicia.

- Bo jest – Odkroił następny kawałek. – Wszystkie nieowłosione części ciała abonne są równie twarde jak jego dziób.  Ale z czarami nie ma to nic wspólnego. Zresztą, jakbyś potrzebował ich do zranienia tego czegoś, nie wbiłbyś temu miecza w plecy. Adrenalina ci podskoczyła i przestałeś myśleć, to wszystko.

- Racja… Przez chwilę wydawało mi się, że mój miecz jest magiczny.

Algitieriego rozbawiła jego wypowiedź. Pietro nie spodziewał się, że człowiek o tak ponurym spojrzeniu będzie w stanie śmiać się z głupoty nieuświadomionego pospólstwa, do którego niemagiczny kupiec się zaliczał. 

- Takie miecze prawie że wyginęły, i to długo zanim jeszcze pojawiła się Inkwizycja – wytłumaczył Algitieri, chyba natchnięty chwilową chęcią do rozmowy. – Co najwyżej możesz je spotkać w bajkach dla dzieci. Ale tylko w tych starszych. W nowych nie ostała się  magia…

- Każdy czarownik ma wiedzę na ten temat? – zaciekawił się Pietro Gaudette.

- Powiedzmy, że już trochę żyję na świecie.

- Ile? – dociekał. – Trzydzieści? Czterdzieści lat?

- A na ile wyglądam? – odrzekł wymijająco mag. – Tylko tak można określić wiek, nie?

- Nawet jak zgadnę, to mi nie odpowiesz, prawda?

- Szybko się uczysz. – Odrzucił na skórę kolejny kawał mięsa. – I tak razem z tamtą dziewuchą wiecie o mnie więcej niż wszyscy moi byli pracodawcy razem wzięci.

- Nie lubisz mojej siostry, co? – zapytał, spoglądając na Annę układającą ognisko.

- Nie – przyznał natychmiastowo. – Ale to nic osobistego. Ciebie też nie lubię. Inni ludzie tak jakoś mnie wkurwiają.

- Szczere – przyznał młody Gaudette – ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Mogę liczyć, że nie zrobisz mojej siostrze krzywdy, nieważne, jak bardzo będzie uprzykrzać ci się przez ten czas?

- Zabić jej nie zabiję, tego możesz być pewny – nie obiecał, a stwierdził. – Nie będę ci mówił, ile osób pozbawiłem życia, ale z tych, na których pierwszy podniosłem broń, nie mając zlecenia, zapamiętałem raptem garść. Te przypadki były bardzo… osobiste. Twoja siostra nie będzie jednym z nich, nie ma takiej możliwości ani predyspozycji.

Cokolwiek to znaczy… – pomyślał młody kupiec. – Ale musi mi to wystarczyć.

Pietro już zamierzał go opuścić, lecz wtedy obudziła się w nim ciekawość. Chciał dowiedzieć się, ileż było zabójstw, które warte były zapamiętania przez Niecnego Algitieri. Patrząc na maga, można było odnieść wrażenie, że uśmiercenie człowieka to dla niego nic, a same ofiary zlewają mu się w nieprzejrzyste twarze, niemożliwe do spamiętania. Ktoś, kogo dalej kojarzył z tej długiej listy, musiał nieźle zaleźć mu za skórę. Kupiec pragnął poznać tę liczbę. Teraz pozostawało pytanie, czy mag skłonny byłby ją zdradzić.

- Jeśli można – zaczął niepewnie Pietro. – Ile takich przypadków było?

Niecny Algitieri przerwał wycinanie mięsa martwiaka i przez chwilę wpatrywał się w nie, jakby w myślach był w zupełnie innymi miejscu. Wspominał przeszłość, co do tego nie było wątpliwości. Pytanie kupca obudziło w nim coś, co ten dawno chciał zostawić za sobą. Podobnie jak podczas ich pierwszego spotkania, kiedy mag usiłował zabić Annę, ale po kilku słowach jej brata się powstrzymał. Jakiekolwiek demony dręczyły jego duszę, blizny pozostawały nadal świeże. 

Czarnoksiężnik wyraźnie nie wiedział, czy odpowiedzieć. Zapowiadało się na to, że jednak będzie milczał. Pietro odwrócił się i zaczął już iść, spodziewając się, że nie usłyszy od niego nic więcej.

- Trzy – zaskoczył go Algitieri, ponownie zagłębiając ostrze w potworze. – Ale więcej na ten temat ode mnie nie usłyszysz.

Pietro odwrócił się w jego stronę, będąc zszokowanym, że w ogóle mag zdobył się na zabranie głosu. Przez chwilę stał w miejscu, nie wiedząc, czy rzucić mu jakiś komentarz, czy po prostu skwitować to milczeniem. Z tego niezdecydowania wyrwała go dopiero siostra, która wbiegła między nich i krzyknęła na całe gardło:

- Ognisko gotowe!

 

*

 

- To było pyszne – orzekła dziewka po zjedzeniu kawałka mięsa, które sama na patyku podgrzała. Jak dla Niecnego Algitieri było ono zbyt spieczone, ale ona najwyraźniej preferowała ten stan. – Chociaż brakowało przypraw.

- Gdzie ci tutaj znaleźć przyprawy? – zaśmiał się jej brat, który skończył posiłek dawno przed nią, a obecnie oporządzał konia.

- No, w lesie przecież nie ma nic – żachnęła się kobieta. – Nawet mogłam nazbierać grzybów. Zawsze to coś, ale oczywiście ty nie mogłeś mi pozwolić.

- Z twoim doświadczeniem pewnie potrułabyś nas wszystkich – odgryzł się kupiec. – A poza tym… nigdy nie wiadomo, co jeszcze czyha w lesie.

Mag siedział między nimi, kończąc obgryzać solidny płat abonne’a. O dziwo, tępo jedzenia miał podobne do kobiety. Nie uśmiechało mu się siedzieć ani z nią, ani z nim długo przed ogniskiem, ale dla przepysznego mięsa się poświęcił. W końcu jedyne, co musiał wytrzymać, to pierdolenie młodego rodzeństwa o niczym. No tak – irytował się. – To nic trudnego…

Anna, jak zwała się ta jednooka poczwara, nie mogła ustosunkować się do drugiego argumentu brata, który nawet jej wydawał się racjonalny, ale nie znaczy to, że nie miała zamiaru dalej się wykłócać. Zainteresowała się zatem jego wcześniejszym zażaleniem. Wszystko, żeby wkurwić przed południem – Algitieri wymyślił jej motto.

- Czytałam o grzybach – odrzekła arogancko dziewczyna. – Wiem, które można jeść, a które nie. Jeśli miałabym cię otruć, zrobiłabym to celowo.

- Tym bardziej nie tknąłbym tego, co byś przyniosła – zarzekał się, podchodząc pod teraz już słabnące ognisko. – No, wszystko gotowe do drogi. Jeśli już jesteście pełni, sugeruję, żeby się powoli zbierać.

Algitieri powstał, wycierając tłuste dłonie o ciemny wams. Ukrywał to, ale niezmiernie cieszył się, wiedząc, że będzie mógł odpocząć od gadania pracodawców. Nareszcie – chciał krzyknąć.

Kupiec odwrócił się i skierował do powozu.

- Czekajcie – powstrzymała ich dziewka.

Co, kurwa, znowu?! – wnerwił się mag na ociągającą się kobietę.

- Jak chcesz się odlać czy wysrać, możesz zrobić to w krzakach bez informowania nas o tym – nie powstrzymał się od komentarza. – Przecież i tak braciszek cię nie zostawi…

- Nie o to chodzi – wskazała palcem żar. – Trzeba to ugasić.

Młody Gaudette spojrzał na dogorywające płomienie, po czym wyprostował się i oznajmił:

- Pójdę po wodę. Poczekajcie…

Zanim jednak ktoś w ogóle zdążył się oddalić, Algitieri ubiegł wszystkich; podszedł do ognia, wyciągnął swoją męskość i odlał się na czerwony chrust.

- Co ty robisz?! – dziewczyna zasłoniła oko dłonią, a na jej twarz wstąpił rumieniec.

- To przedwieczna metoda gaszenia ognia. – wyjaśnił, kończąc dzieła. – Prędzej czas się zatrzyma, niż ona wyjdzie z użytku.

Zawiązał sznurówki na spodniach, wytarł dłonie o pośladki, a następnie zbliżył się do Anny.

- Zadowolona? – zapytał ją. – Odechciało mi się lać, a i się nie pali. Dwie pieczenie na jednym ogniu! Możemy już jechać?

Jej brat jedynie obserwował całą sytuację. Usiłował ukryć rozbawienie, lecz usta mu to utrudniały. W pewnym momencie po prostu nie wytrzymał i zaśmiał się gromko.

- Ciebie to śmieszy?! – oburzyła się cyklopka. – Nie widziałeś, co on zrobił?

- Widziałem – przyznał, ocierając twarz. – I przypomniało mi się, ile razy zrobiliśmy tak z ojcem… He, he… no nic, pakuj się na powóz.

Cała trójka szybko przygotowała się do wyjazdu. Mag koniem zajął się zaraz po kłótni z dziewczyną, a Pietro oporządził powóz po posiłku, więc bez zbędnych przeszkód wyruszyli w dalszą drogę.

Kiedy na szlaku nie natrafiali na nikogo, Niecny Algitieri trzymał się na uboczu, przemieszczając się powoli i w milczeniu. Jego obecność, choć mało dokuczliwa, zapewne bardzo dawała się dwójce Gaudette’ów we znaki.  Czuli się niepewnie, jakby znajdowali się obok dzikiego zwierza, który w każdej chwili mógł ugryźć. Czarny jeździec doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, jak reagowali na niego ludzie, oceniając już po samym wyglądzie. Rozumiał, z jakim dystansem powinien do nich podchodzić. W tym przypadku miało być tak samo…

Jednak ta robota była kompletnie inna od reszty jego zleceń. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś, kto go najmował, wiedział o jego zdolnościach. Przeważnie, nawet w gorących sytuacjach, Algitieri nie używał magii – to był ostateczny środek obrony; nawet podczas zgodzenia się na zabójstwo nie pomagał sobie czarami. Musiał ukrywać to, kim naprawdę był. Wszystko z bardzo prostego powodu – nie wiedział, jak zareagują osoby postronne. Nigdy nie dało się określić, czy nie doniosą na niego najbliższemu Ławnikowi albo pobliskiemu garnizonowi Inkwizycji.

Wczoraj w lesie słowa dziewki  poruszyły nim do takiego stopnia, że stracił głowę i zadziałał tak, jakby nikogo wokół nie było, jakby miał po prostu zabić wszystkich świadków. Naważyłem wtedy bardzo gorzkiego piwa – rozważał tę sprawę dzień po wszystkim. – Po rozstaniu z tą dwójką nie sądziłem, że będę musiał je wypić w ten sposób. Już bardziej spodziewałbym się spotkania z kolejnym Inkwizytorem… Z kolejnym, którego musiałbym ukatrupić…

Przeciętny mag, co powinno być wiadome, nieczęsto narażał się na podróż z ludźmi, który wiedzą o jego umiejętnościach. Nawet jeśli komuś ufał, oddalał się przez lęk, iż sprowadzi na niego Inkwizycję. Magia nigdy nie cieszyła się aprobatą wśród społeczeństwa, ale dopiero w ciągu ostatnich lat stała się prawdziwym piętnem, które skazywało na życie w odosobnieniu. Człowiek pokarany przez Stwórcę – czy też raczej Złego – potencjałem magicznym został bezwarunkowo skazany na życie na wygnaniu. Zawsze mógł olać widmo śmierci, które zwisało mu nad głową, i korzystać z mocy. Jeśli by mu się poszczęściło, przetrwałby rok, zanim ktoś uprzejmy by na niego doniósł. Zdechłby na torturach, przyznając się do wszystkich niegodziwości, o które został oskarżony.

Niecny Algitieri przedstawiał się jednak jako oryginalny przypadek. Nie ufał nikomu, a swoje umiejętności zawsze ukrywał, nawet przed pojawieniem się Inkwizycji. Wiązało się to z tym, że podchodził do wszystkich ludzi z podejrzliwością i uznawał ich zawczasu za wrogów.

Dlatego nie mógł od tak odpuścić swoim nowym pracodawcom. Zapłacili mu, ale to w gruncie rzeczy nic nie znaczyło – nie raz ludzie, którzy wydawali się bardzo uczciwi, go wystawiali. Powinien brać pod uwagę, że kupiec i jego siostra mogli dojść do wniosku, że bardziej opłaci im się wydanie maga władzom. Tylko że to oznaczałoby koniec także dla nich – rozważał tę opcję. – Przecież przyznaliby się, że podróżowali z czarnoksiężnikiem. Z czegoś takiego nie można się wykręcić… Chociaż kto wie? W końcu to szlachta, ich nie dotyczą prawa zwykłych ludzi.

Natrafienie na regiment Inkwizytorów było tylko kwestią czasu. Przy granicy znajdowały się dwie niegdyś magiczne cytadele – jedna na południe w Elavero, druga na północy w Amebari – obecnie przerobione na Inkwizytoria. To, czy spotkaliby przedstawicieli tej organizacji, nie pozostawiało wątpliwości; można było jedynie zadawać pytanie, kiedy to nastąpi. Go ciekawiło natomiast, jak w spotkaniu z ludźmi z przebitymi tarczami zegara na piersiach zachowaliby się Gaudette’owie. W zależności od tego ich i – co ważniejsze! – jego wyprawa pozostawała pod znakiem zapytania.

Czarnoksiężnik nastawił ucha i słuchał, co też jego pracodawcy mają do powiedzenia. Początkowo ci nie byli skorzy do rozmów, lecz w końcu kupiec postanowił zabrać głos. Zrobił to cicho, chyba licząc, że wynajęty przez niego ochroniarz nie usłyszy. Ten jednak zrozumiał wszystkie szepty, całą rozmowę od początku do końca. Dzięki temu jego obawy nieco zmalały; ich gadanina nie stanowiła czegoś, czym można by się przejmować. Kupiec wypytywał cyklopkę o jej wcześniejszą rozmowę z magiem. Wszystko tyczyło się tego, iż kobieta powinna siedzieć cicho, a jednak ciągle mówiła nieproszona. Ponownie błagał ją, żeby ta nie męczyła obcego, a następnie zaczął ją wypytywać o tego człowieka, którego Algitieri szukał.

Mniej więcej w tym momencie przestał podsłuchiwać. Ci ludzie nie mieli zamiaru nigdzie go wydać – przynajmniej nie w tym momencie. Na obecną chwilę byli tak tym wszystkim zdezorientowani, że nie wybiegali zbytnio w przyszłość. Mag pozostawał dla nich tajemnicą, którą obecnie usiłowali rozgryźć. Żadne wrogie plany w ich głowach jak na razie się nie zrodziły. Jeszcze mam spokój – odetchnął z ulgą. – Pytanie, jak zachowają się, kiedy naprzeciwko nas pojawi się cały regiment Inkwizycji… 

Ostatecznie postanowił, że będzie miał ich na oku, od czasu do czasu wsłuchując się w ich rozmowy. Nie znaczy to jednak, że zamierzał zrezygnować ze swojego głównego zadania – dostrzegając pierwszych przejezdnych, nie czekał dłużej na tyłach, a wyprzedził powóz i zaczął prowadzić swoje dochodzenie. Co stało się już normą, nikt nie powiedział mu czegoś konkretnego o de Borgii. Mimo wszystko on nie ustępował; zatrzymywał wszystkich, którzy mu się napatoczyli. Z racji tego, iż pozostawał jednoosobową eskortą, uwijał się z nimi szybciej, popędzał  i tak zdezorientowanych rozmówców.

Tak właśnie działał, kiedy kogoś chronił. Jego rutyna nie ulegała znacznej zmianie, z tą różnicą, że się sprężał, nie chcąc zdenerwować pracodawców. Przeważnie nie robiono mu z tego powodu problemów, byleby się nazbyt nie oddalał. Gaudette’owie nie stanowili tutaj wyjątku. A nawet jeśli – nie mieli odwagi tego powiedzieć.

Droga, którą przyszło im jechać, była długa i szeroka. Gdzieniegdzie piach zebrał się dość licznie, przez co konie niemalże się wywróciły. Naokoło mieli nieskończone polany, pola i sporadycznie się pojawiające drzewa. Przydarzyły się nawet pojedyncze i odizolowane od reszty świata chaty, których właściciele nie ukrywali, jak bardzo zależni byli od tutejszej przyrody. Nie zdarzyło się jednak, żeby nie udzielili czarnoksiężnikowi informacji – wszyscy jednako zapewnili go, że o poszukiwanym mężczyźnie nigdy nie słyszeli.

Co do pracy maga – nie musiał wysilać się za wiele. Prawdą jest, że na szlakach często dochodziło do napaści, okradano przejezdnych, niekiedy mordując. Mimo tego można było wsiąść na konia i spokojnie przejechać całą drogę od Elavero do Amebari. Tak naprawdę nigdy nie było wiadomo, kiedy ktoś ubzdura sobie zaatakować akurat ciebie. Toteż Niecny Algitieri jakoś szczególnie nie uważał na ludzi wokół. Nie interesował się także tymi, których ochraniał. Jego polowanie nigdy nie schodziło z listy nadrzędnych celów, zawsze liczył się tylko de Borgia, człowiek, którego życie musiał ukrócić.

W miejscu, w którym droga dzieliła się na dwie, Algitieri, tak jak mówił, zbliżył się do powozu i nakierował ich na prawą stronę, zanim kupiec zdążył sięgnąć po mapę. Z początku woźnica wyraźnie nie wiedział, jaką w ogóle to robi różnicę, w końcu druga ścieżka dalej pozostawała widoczna… później jednak zobaczył, że dystans między nimi rośnie. W końcu drogi stały się tak dalekie, iż pomiędzy nimi pojawił się las. Kierunek, na który naprowadził ich czarny jeździec, zaczął mocno skręcać na wschód. Po jakimś czasie znowu się naprostował, jednocześnie zawężając drogę.

Mag został zmuszony jechać blisko powozu, mimochodem wsłuchując się w rozmowę rodzeństwa.

- Gdybyśmy pojechali tamtą droga, skończylibyśmy w… – rzekła dziewczyna, przeglądając mapę.

- Zadupiu – dokończył za nią mag, który znał te ścieżki lepiej od kawałka papieru w jej dłoniach. Liczył, że po tym nietakcie kobieta się zamknie.

– Ale byłoby krócej do Novamossy… – mimo wszystko dalej mówiła. – Jedziemy teraz do Tenez, prawda?

- Prawda – odrzekł jej brat. – Tam powinienem znaleźć trochę towaru. W Harracollum tak jakoś… nie miałem do tego głowy.

- Czytałam, że to miasto słynie ze wspaniałych ogrodów. Czy coś się w tej kwestii zmieniło?

- Mówiłem ci, byłem tutaj tylko raz jako dziecko. Ojciec wolał nie opuszczać centrum kraju… Zrobił jednorazowy wyjątek. Zresztą, dał się wtedy orżnąć i więcej tego nie powtórzył.

- Naprawdę niczego nie pamiętasz? – dociekała zaciekawiona.

- Nieszczególnie interesowała mnie przyroda. Bardziej architektura, ale o niej też za wiele ci nie powiem.

- Spróbuj, dla mnie. Opowiedz mi o tym, co zapamiętałeś. Może w trakcie przypomnisz sobie, jak wyglądały te ogrody.

- Czekaj, czekaj… – usiłował spełnić jej prośbę.

- Ogrody zajmują znaczną część miasta, łącząc się z targiem w centrum – odpowiedział za niego Niecny Algitieri, żeby dziewka w końcu się zamknęła. – Zielska jest tam tyle, że można poczuć się jak w jakiejś pierdolonej wsi. Tylko gównem tak nie zalatuje. A i srać pod drzewa nie można. Tamtejsi Sędziowie od wieków bardzo szanują przyrodę. Z obecnym jest nie inaczej, a jeśli ktoś nie dopilnuje psa przy jego ludziach, może mieć problemy. O dziwo, pies zawsze spadnie na cztery łapy… Gorzej z właścicielem…

- Chcę tam pójść – oznajmiła na cały głos, niwecząc wysiłki Algitieriego. – Muszę zobaczyć, jak to wygląda.

- To chyba nie jest… – zaczął jej brat.

- Teraz mamy przecież ochroniarza – nie dała się zagadać. – Możesz pójść sam jak zawsze. Ja przejdę się po centrum z kimś, kto na pewno mnie przypilnuje. Nie zgubię się, bo przecież Algitieri zna miasto. Słyszałeś, z jaką pasją mówił, nawet jak na niego. Pewnie marzy mu się, żeby znowu poprzechadzać się po tych ogrodowych uliczkach.

Tak, kurwa, właśnie taki był mój cel – irytował się czarnoksiężnik. – Nie mogłaś się po prostu zamknąć jak ten pies, który przestaje ujadać, kiedy go nakarmić?

Kupiec przez chwilę milczał, co jeźdźcowi dało do zrozumienia, że nie bierze prośby tej idiotki na poważnie. Zapowiadało się na to, że mag mógł pozostać spokojny; nie będzie robił za przydupasa jednookiej laleczki… Niestety mylił się, gdyż Pietro rozwiał jego nadzieję, otwierając usta.

- Niech będzie – przystał na ten układ.

- Co, do chuja?! – ryknął Niecny Algitieri, lekko zdezorientowany faktem, iż miałby robić za ochroniarza rozpieszczonej dziewczynki. – Przecież…

- …Za to ci płacę, czyż nie? – pierwszy raz mu przerwał, stanowczo i z pewnością w głosie. – Popilnujesz mojej siostry, przy okazji pokazując jej co nieco miasta. Czy to będzie jakiś problem?

Niecny Algitieri zwolnił klacz, chcąc oddalić się od powozu.

- Nie – szeptał nie tyle do nich, co do siebie. – Bardzo jestem kontent. Poważnie. Zawsze chciałem robić za pierdolonego przewodnika…

Szczęściem dla niego – droga do celu była jeszcze daleka.

 

*

 

Dziwne znamiona na twarzy maga zaświeciły, kiedy użył swojej mocy. Z jego ręki zaczął ciec potężny strumień, który uderzył w dwóch najbliższych Inkwizytorów. Ci, przygnieceni potęgą czarnej magii, odlecieli na drugi koniec karczmy, przy okazji niszcząc dwa stoły. W tym starciu ich udział dobiegł końca.

Na nogach ostało się trzech ludzi – dwóch całkowicie opancerzonych mężczyzn z przebitą tarczą zegara na piersi oraz czarnoksiężnik, którego domeną niezaprzeczalnie była woda. Jego potencjał magiczny uwydatniał się na twarzy; znamion, które przypominały tatuaże, nie potrafił dłużej ukrywać. Inkwizytorzy dopadli go, kiedy ten jakby nigdy nic zajadał się posiłkiem. Wcześniej nosił maskę, która odsłaniała tylko usta, lecz sprawny łowca nie tak zakamuflowaną zwierzynę potrafił wytropić.

Jednak ten, który go znalazł, obecnie leżał na podłodze. Jego chwila sławy przeminęła. Teraz moja kolej – pomyślał młody Cesare, ściskając miecz i tarczę. Był Inkwizytorem, nie mógł pozwolić sobie na strach czy zwątpienie.

Razem ze swoim kompanem Augusto Nadalli ruszyli na potwora, który usiłował uciec przed sprawiedliwością. Jak jednak wiadomo, tacy jak on zrobią wszystko, żeby wymknąć się śmierci. Wcześniej odwlekali nawet starość, więc ucieczka przed Inkwizycją wydawała się dla nich naturalnym odruchem. Ten bezimienny mag z „tatuażami” na twarzy zaczął wyczarowywać wodę. Za chwilę nad jego rękami zaświecił nieokreślony kształt, który ten obracał we wszystkie strony. Trzymał w ten sposób na dystans napastników.

- Zostawcie mnie – krzyczał, jednocześnie rozglądając się za drogą ucieczki. – Nikomu nic nie zrobiłem! To wy siejecie zamęt!

Wszyscy, którzy wcześniej byli obecni w karczmie, albo pouciekali, albo schowali się pod stoły. Tak czy siak, nikt nie potwierdził jego słów – rozbawił się Cesare. – Jego los jest przesądzony.

Inkwizytorzy nie dali magowi więcej czasu. Powolne zmniejszanie odległości między nimi byłoby błędem, daniem mu więcej czasu, więc opancerzeni mężczyźni ruszyli we dwójkę jak najszybciej. Obaj zasłonili się tarczami z wiadomym znakiem, a następnie zaszarżowali na tę magiczną poczwarę. Ta zareagowała i w jednej chwili sprawiła, że woda, którą się bawiła, zmieniła się w lód. W następnej chwili ich cel cisnął ostrzem prosto na nich. Włócznia poleciała w stronę jednego z nadbiegających Inkwizytorów i przebiła się przez pancerz w samym środku znaku organizacji, zwalając człowieka w nim zakutego na podłogę. Ten drugi jednak nie przejął się tym i parł naprzód. Tym razem mag nie zdołał wyczarować drugiej sopli.

Mężczyzna w bieli uderzył czarnoksiężnika za pomocą tarczy. Zaatakowany pomiot upadł, tracąc przynajmniej połowę zębów.

- Błagam – jęczał, chwytając się ostatniej deski ratunku. – Nie chcę umierać!

Inkwizytor nie miał jednak litości dla wrogów organizacji; uniósł miecz i zaczął siekać czarnoksiężnika, aż z jego głowy ostały się dwa brzydkie płaty, a krew w nich zawarta znalazła się na bieli inkwizytorskiej tuniki i rozjaśnianym napierśniku.

Cała akcja dobiegła końca. Wszyscy zaczęli powoli wychodzić spod stołów, bądź przestawali chować się po kątach. Sam karczmarz powstał i szybko się załamał, widząc to, co stało się z jego lokalem. Miał przed sobą przynajmniej cztery zniszczone stoły i kilka połamanych zydlów. To było krótkie, ale wyniszczające starcie. Frustracją napawał mężczyznę fakt,  że nic z tym nie będzie mógł zrobić, gdyż wszystko przebiegało zgodnie z prawem.

Wcześniej uderzonym Inkwizytorom z drugiego końca sali pomogli wstać ludzie, a wtedy ci zbliżyli się do zwycięskiego przyjaciela. Cała trójka, zanim w ogóle cokolwiek powiedziała, założyła tarczę na plecy, wsadziła miecze do pochew, a na koniec zdjęła hełmy. Kolejno – najpierw swoją twarz ukazał rudowłosy Frangillo, później krzywozębny Lopez Maccari, a na końcu on, czempion dzisiejszego starcia – Cesare z Amebari.  Jego długie ciemne włosy wydobyły się spod żelastwa i całe mokre momentalnie posklejały się z twarzą.

- Gdzie Augusto? – zapytał rudzielec.

- Upadł gdzieś tam – wskazał im pogromca maga.

- Żyje? – Podszedł do młodego Nadalli Frangillo. Krew, która lała się z napierśnika jak z fontanny, stanowiła wystarczającą odpowiedź. Inkwizytor nie ruszał się, a mina, którą po sobie zostawił, świadczyła, że opuścił ten świat w niemałym szoku. – Cholera, nadział go jak na szaszłyk. Młody zginął na miejscu…

- Kolejnego mniej – oznajmił ze smutkiem Lopez Maccari, który osobiście wytropił wodnego czarnoksiężnika. – Przynajmniej nie zginął na darmo. Cesare, udało ci się go pomścić. – Poklepał długowłosego bruneta po ramieniu.

Dla Cesare ten niewielki gest przedstawiał się jako wielkie wyróżnienie. Był nie tylko obiecującym młodym Inkwizytorem, ale także gorliwym zapaleńcem organizacji. Nigdy nie miał odwagi się do tego przyznać, lecz Inkwizycja była dla niego wszystkim, ona, nie Stwórca, w którego wiarę stracił dawno temu. Robił, co robił, dla dobra swoich druhów i ludzi, którzy dali mu dom nad głową.

Pamiętał, jak wyglądało jego życie, przed znalezieniem się w Inkwizytorium. Wcześniej był nikim. Pochodził z biednej rodziny z plebsu, a na dodatek przyszedł na świat jako drugie dziecko, zabijając własną matkę. Do dziś pamiętał, że przez lata ojciec utrzymywał go i jego brata, odstępując im posiłki. Przez dość długi okres czasu jakoś udało im się przeżyć – wtedy jeszcze zawdzięczał swoje życie Stwórcy, uważał, że to on go chronił. Oczywiście to nie mogło się dobrze skończyć, jego wiara została wystawiona na próbę.  Jego brat zginął po pobiciu przez jakiegoś mieszczucha, gdyż nie było orsissów na medyka. Leżał z dużą gorączką i sinikami, a pewnego ranka po prostu nie otworzył oczu. Potem zostawił go także ojciec, ten, który tyle poświęcił dla rodziny, oraz ten, który na końcu zagłodził się, żeby jego ostatni syn przeżył. Do dziś mam przed oczami, jak umierał – zawsze przy tym wspomnieniu leciała mu łza. – Tuliłem go, kiedy wydał ostatnie tchnienie… Wtedy zdałem sobie sprawę, że Zegarmistrz albo nie istnieje… albo jest potworem.

Wszystko zwiastowało, że go też czeka los reszty rodziny. Czasami udawało mu się coś użebrać czy ukraść, ale większość czasu latał głodny. Było lato, lecz wiedział, że wraz z jego końcem tak czy siak przyjdzie śmierć. Nie miał pomysłu co dalej począć, co ze sobą zrobić. Pałętał się po Amebari bez celu, podziwiając ludzi, którzy mieli lepsze życie od niego. Ci sami, zawsze kiedy go uwidzieli, obdarowywali wychudzonego dzieciaka odrazą i odganiali jak nieproszonego psa. Tak było zawsze…

Do czasu wielgachnego mężczyzny w lśniącej zbroi, który przyłapał go na kradzieży. Pamiętał ten dzień tak dobrze jak śmierć ojca. Chciał zwędzić z targu największy chleb, jaki wypatrzył. Dobrze się do tego przygotował; wybrał drogę ucieczki i odpowiedni czas. Z samego rana, kiedy piekarz dopiero rozkładał towary, Cesare zabrał się do dzieła. Chwycił za pieczywo i jak najszybciej popędził przed siebie. Pamiętał krzyki okradanego mężczyzny, lecz wtedy się nie przejął. Realnie zaczął się bać, kiedy za jego cienką rękę złapała ogromna i żelazna rękawica. Słońce zakrywało jego twarz – przypomniał sobie tamtego poczciwego człowieka. – Wyglądał jak prawdziwe monstrum.

Ów wielkolud zaprowadził złodzieja do piekarza, oddał chleb, a następnie zaciągnął dzieciaka za sobą, twierdząc, iż go ukarze. Cesare wiedział, że za kradzież ucina się jednego palca; pamiętał ojca, który w jednej dłoni miał tylko trzy. Na tamtą chwilę chciałem poprosić Inkwizytora, żeby od razu mnie zabił – dzisiaj rozbawiała go ta myśl. – Tym bardziej zdziwiony byłem, kiedy tamten człek zaciągnął mnie w róg i pochwalił.  Na początku nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy i trzymałem wzrok przy dziurawych butach…

- Zrobiłeś to niezwykle szybko – olbrzym wyrzekł dokładnie te słowa. – Marnujesz umiejętności, którymi obdarzył cię Stwórca. Gdyby cię podszkolić, zostałbyś biegłym szermierzem.

- Nie mam pieniędzy… – wyszeptał wówczas dwunastoletni dzieciak.

- Nie rozumiesz, młody – zdziwił go tymi słowy. – Służba Zegarmistrzowi to więcej niż doczesne przyjemności. To walka o leprze życie, nie tylko tu, ale i po śmierci.

Nie wierzę w Pana – prawie wtedy wypalił. Szczęściem udało mu się zamienić to na:

- Nie rozumiem pana…

- Chcesz zdechnąć w tym rynsztoku? – zadał mu bardzo poważne pytanie. – Czy odważysz się odmienić swoje życie, chłopcze? No? Nie ma się co zastanawiać. Inkwizycja cię potrzebuje!

Wtedy spojrzałem na tę przyjemną i uśmiechniętą twarz nieco przygrubego brodacza – oddawał się wspomnieniom. – Po raz pierwszy od śmierci ojca ktoś patrzył ma mnie w ten sposób. Widząc ten wzrok, nie mogłem opowiedzieć nic innego niż:

- Chcę służyć swojemu Bogu.

Olbrzym nie rzucał słów na wiatr; zabrał go do cytadeli, porozmawiał z kilkoma ludźmi i w ten łatwy sposób załatwił Cesare nowe życie. Chłopak dostał czyste ubrania, które stale prano, broń do nauki oraz obietnicę awansu, jeśli będzie się starał. Wstąpił wtedy w szeregi licznych kadetów, którzy byli w tamtym miejscu z różnych pobudek. Wiedziano, kto skąd pochodził oraz jakie miał korzenie, jednak nie stanowiło to większego znaczenia. Po raz pierwszy w życiu Cesare znalazł tam przyjaciół; rozmawiał z biedakami, bogaczami, synami wpływowych mieszczan, szlachcicami oraz byłymi przestępcami jak równy z równym. Uczył się pisać, czytać, walczyć, a przede wszystkim – pracować dla przełożonych. Trening był ciężki, a i musiał wszystko poznawać od podstaw. Ale było warto – myślał dzisiaj, prostując się w pancerzu Inkwizytora. – Ci ludzie dali mi wszystko… Nawet jeśli musiałem przez nich codziennie się modlić. Nie był to wielki trud. Robiłem to bez skargi, czekając, aż wybaczę Zegarmistrzowi to, co zrobił mojej rodzinie. Z czasem zacząłem nawet wierzyć w słowa innych Inkwizytorów, że oni zginęli, żebym mógł znaleźć się tutaj. Z pomocą moich braci, jestem pewny, że kiedyś wybaczę Stwórcy…

Niestety ci pobożni ludzie mieli także wrogów. Inkwizycja nienawidziła wszelkich sztuk magicznych, każdy o tym wiedział. Tępiła czarnoksięstwo i nie dopuszczała do szerzenia się tej choroby, która trawiła te ziemie przez stulecia. Wtedy w młodym Cesare urosła chęć do zniszczenia tych, których nienawidzili jego wybawców. Ćwiczył jeszcze ciężej, żeby jak najwyżej piąć się po szczeblach kariery, która jeszcze niedawno wydawała się dla niego niemożliwa.

Podczas jego treningu wielokrotnie usiłował dowiedzieć się, kim był człowiek, który go w to wszystko wciągnął. Jedyne, co udało mu się ustalić, to to, że ów osobnik był Inkwizytorem z Elavero. Z dwa razy nawet odwiedził cytadele w Amebari, lecz Cesare nie udało się go spotkać; tamten ciągle otoczony był przez grupę starszych chłopcu rangą i młody dosłownie nie mógł się wtrącać. Później, ciągle nie dając przełożonym spokoju, ci, nie podając imienia, wyznali mu, że ten wspaniały człowiek zginął z ręki jakiegoś maga na szlaku. Wtedy jeszcze bardziej wzrosła w nim wściekłość do magów, których postanowił tępić do końca swoich dni.

W pięć lat udało mu się osiągnąć tytuł Inkwizytora i dostać do grupy łowców Lopeza Maccari. Było to doprawdy nie lada osiągnięcie, a i sama drużyna składała się ze wspaniałych osób. U ich boku mogę umrzeć z dumą – mówił całkowicie szczerze. Jego brać była sporo starsza od niego; najbardziej zbliżony wiekiem był teraz już nieżywy Augusto, który miał dwadzieścia dwa lata. Frangillo dochodził do trzydziestki. Najstarszy natomiast pozostawał Lopez jako trzydziestodwulatek. Cesare, mimo siedemnastu lat na karku, czuł się z nimi dobrze. Nikt nie dokuczał mu ze względu na młodą twarz.

Dziś był wyjątkowy dzień – chłopak ukatrupił pierwszego z magów, których poprzysiągł wytępić. Miał siedemnaście lat, a zabił wyszkolonego czarnoksiężnika. Był dumy, ale nie mógł świętować. Stracił przyjaciela.

- Panowie – zwołał podwładnych Lopez Maccari – pomóżcie mi go zanieść na siodło.

I tak cała trójka chwyciła za ciało poległego Augusto Nadalli i poniosła je przez zgromadzonych do wyjścia. Opuścili karczmę „pod Kapciem Skrzata”, a następnie umieścili trupa na jego koniu, sadzając go tak, jakby żył.

- Ktoś musi zaprowadzić go do świątyni – oznajmił dowódca zespołu. – Trzeba odprawić ceremonię i go pochować. Cesare, ty mu towarzyszyłeś do końca. Zaprowadź jego ciało do domu Pana. My zajmiemy się truchłem maga. Trzeba je spalić.

Spopielanie zwłok zapobiegało nie tylko rozwojom wszelakich chorób, ale przede wszystkim – dawało pełne bezpieczeństwo, iż czarnoksiężnik nie powróci do życia. W Inkwizytoriach ciągle zgłębiano pisma magiczne, lecz do czasu rozszyfrowania ich zagadek musieli zakładać, że wskrzeszenie jest możliwe. Przez te lata co prawda zdążyli znaleźć wzmianki o tym, iż była to zakazana praktyka, lecz nigdzie jak na razie nie pisało, że niemożliwa. Do tego czasu musieli zachować czujność.

- Masz pieniądze dla kapłanów? – dopytał Frangillo. – Głupio, jeśli musiałbyś się wracać…

- To nie będzie problem. – Młody Inkwizytor pożegnał się z przyjaciółmi, chwycił za lejce klaczy zabitego kompana i zaczął ją prowadzić. – Zajmijcie się moim koniem!

- Na nas jak na Wielkim Mistrzu – rudzielec wykrzyczał jedno z inkwizytorskich przysłów. – Sprężaj się, młody!

Szybko oddalił się od towarzyszy, którzy ponownie wrócili do karczmy. Pewnie zostaną zmuszeni do długiej rozmowy z właścicielem przybytku. Już im współczuł. Go czekała tylko rozmowa z chciwymi klechami.  

Powolnie podążał w miarę prostą drogą, a wszyscy obecni schodzili mu z drogi, jakby ustępując poległemu miejsca na ostatniej jeździe. Łatwo było domyślić się, iż Inkwizytor nie żył; lód ciągle tkwił w jego piersi. Niektóre matki, widząc go, chowały dzieci. Choć miasto było pełne, Cesare mógł kroczyć spokojnie, bez obawy o tłumy. I nie chodziło tu tylko o to, iż wszyscy mieli respekt do przebitej tarczy zegara. Trup, choć na świecie ścielił się gęsto, dobity przez maga, zawsze robił wrażenie. A zwłaszcza jeśli zabitym był Inkwizytor. Trupy tych wzbudzały ogólne zainteresowanie. Cesare nie wiedział dlaczego, a kiedy pytał, nikt nie udzielał mu szczerej odpowiedzi.

On nigdy jednak nie wykorzystywał swojego statusu, żeby dręczyć niewinnych. Nie zmuszał ludzi do mówienia prawdy. Nigdy tego nie robił. Tylko jeśli chodziło o magów, zmieniał swoje nastawienie. Ci przecież, jak powszechnie wiadomo, nie są nawet ludźmi.

Jednak jedyny ostały się w mieście mag znajdował się w karczmie chwilę drogi stąd. Martwy. Dumą napawał fakt, że to on był tym, który pozbawił go życia. To pierwszy z wielu – mówił sobie, spoglądając na minę zmarłego druha. Zdał sobie wtedy sprawę, że ten ciągle ma otwarte oczy. Zatrzymał się przy pobliskim drzewie, żeby naprawić ten fakt. Szybko zbliżył się do twarzy zmarłego i opuścił jego powieki, jakby zarzucając ostatnią kurtynę.

- Do zobaczenia w lepszym miejscu – wyszeptał, lekko się uśmiechając. – Oczywiście jeśli ono naprawdę istnieje…

Niespodziewanie, zanim w ogóle zdążył się ruszyć, jego drogę zatarasowała piękna kobieta. Stanęła naprzeciwko zwierza, przyglądając się na jego jeźdźca. Skórę miała jasną, a widok trupa z soplem w piersi sprawił, że dodatkowo zbielała. Wcześniejszy uśmiech z jej twarzy szybko zniknął, ustępując miejsca konsternacji. Co ciekawe – widok żywego Inkwizytora dziwił ją równie mocno.

- Czy coś się stało, panienko? – zapytał Cesare, dając jej do zrozumienia, żeby usunęła się z drogi. – Potrzebujesz pomocy Inkwizytora?

Dopiero teraz zauważył, iż jedno oko dziewki ciągle pozostawało zamknięte. Musiała w życiu wiele wycierpieć. Przez głowę przeszła mu nawet myśl, iż mogła znać zabitego. Z tego, co młody Inkwizytor wiedział, Nadalli lubił kobiety, łagodnie mówiąc, pokrzywdzone przez los. Wielokrotnie przyznawał się do tego, że blizny go pociągały, choć sam takowych nie miał… A pierwsza, którą zdobył, okazała się tą ostatnią – należało skwitować.

- Nie – piękna osóbka rozwiała jego podejrzenia, wyraźnie nie kojarząc Augusto. – Ja… po prostu… To znaczy… Bo…

- To niecodzienny widok. – Podszedł do niej mężczyzna w sile wieku, w całości ubrany na czarno i lekko zgarbiony. Jego wzrok sprawiał wrażenie, jakby był świadkiem niejednej nikczemności, która dokonała się na świecie. Jednak ton jego wypowiedzi pozostawał całkowicie spokojny. – Dziewka wcześniej nie widziała trupa. Przyszła tutaj, żeby popodziwiać tenezańskie ogrody, a zobaczyła coś, czego na pewno się nie spodziewała. Inkwizytor rozumie, dla rozpieszczonej panienki to… no, wrażenie pamiętliwe do końca życia.

I sprawa wyjaśniona – powiedział sobie Cesare. – Żeby dostać się do świątyni musiałem przejechać przez centrum miasta i mimochodem także przez tutejsze ogrody. Koniec końców to zwykła pomyłka.

Przez chwilę on i mężczyzna z obitą twarzą spojrzeli sobie w oczy. Zarówno jeden jak i drugi był w stanie dostrzec nienawiść oponenta, którą obaj skrzętnie starali się ukryć. Żaden z nich nie wiedział, w kogo skierowana była ich agresja, ale jej obecność stanowiła niezaprzeczalny fakt. Przez tą skrywaną zawiść wydawali się podobni i zarazem wrodzy dla siebie; niechęć do tego drugiego nie znikała z ich spojrzeń. Zderzający się wzrok przypominał w tym przypadku zbliżenie się potwora i jego ofiary. Tylko nie można było orzec kto jest którym. Jeden bezsprzecznie udawał groźniejszego niż w rzeczywistości był, ale drugi… pozostawał zagadką.

- A pan jest dla panienki…?

- Ochroniarz. – Człek w czerni szybko podszedł do młodej kobiety, chwycił ją za bark i odsunął, puszczając Inkwizytora. – Panience zachciało się podróży po wielkim świecie, stąd te pokraczne ciuchy i moja niepocieszna morda. Jej brat strasznie ją rozpieszcza, jeśli mogę wyrazić opinię. Może być Inkwizytor pewny, że ze mną nie stanie jej się krzywda; bogacz wiele mi za to płaci.

- Czy mogę… – niespodziewanie zabrała głos kobieta. – Co stało się temu człowiekowi?

Klacz zasłoniła mu zarówno piękną pannę jak i jej starszego kompana.

- Mag go dopadł – odrzekł natychmiast. – Ale proszę się nie martwić. Tamten czarodziej już nigdy więcej nikomu nie wyrządzi krzywdy.

- I Stwórcy niech będą dzięki – oznajmił całemu światu ochroniarz, rozumiejąc sens tych słów. – Jednego pomiota, który kala te ziemie, mniej.

- Daruj, panie – zaciekawił się Cesare, zastanawiając się, czy ich nienawiść nie jest aby skierowana do tych samych osobników – ale to jest częste zawołanie Inkwizytorów… Czy pan aby…

- Miałem swego czasu przyjaciół, Inkwizytorze. Nie tak dawno temu walczyliśmy po jednej stronie. Z nich tylko ja, niezaprzysiężony najemnik, się ostałem. Nie pan jeden nienawidzi magów. Mi o nich zawsze przypominają liczne blizny…

- Wybacz w takim razie, że posypałem sól na twe rany, panie – poprawił się Inkwizytor, uznając człeka przed sobą za przyjaciela organizacji. – Będę już się zbierał.

Dziewczyna milczała. Ten, który miał ją strzec, również nie wyglądał, jakby zapragnął powspominać z obcym człowiekiem stare czasy. Inkwizytor zrozumiał ich intencje; ukłonił się lekko i opuścił tę dwójkę. Nie byli na tyle podejrzani, żeby zechciał ich zatrzymać, ale wydali się na tyle specyficzni, żeby po chwili nie wylecieli mu z głowy. Był pewny, iż jeśli jeszcze ujrzy któreś z nich na mieście, twarz pozna momentalnie.

Przebył wyznaczone do przechadzek ścieżki, minął liczne drzewa i kwiaty i znalazł się tuż przed świątynią. Normalnym, nieuprzywilejowanym ludziom, nawet szlachcie, nie wolno było przemierzać tutejszych ogrodów z koniem. Inkwizycja, co powinno być do tej pory wiadome, cieszyła się jednak szerszymi względami u władz każdego możliwego miasta. Gdyby Cesare nie miał na sobie zbroi, najprawdopodobniej zostałby zgarnięty przez ludzi tutejszych Ławników czy nawet tych od samego Sędziego – ci drudzy pewnie wykastrowaliby go za złamanie prawa. Szczęście, że jestem Inkwizytorem – powiedział sobie, stając przed wrotami świątyni.

Budynek był ogromny, a całość zwieńczała gigantyczna kolumna na szczycie, gdzie znajdowała się stalowa tarcza zegara z dwiema wskazówkami pokazującymi porę dnia. Był to najważniejszy znak ich wiary, który z czasem wyparł wszystkie pozostałe. Kapłani zawsze dbali, żeby strzałki wskazywały właściwy czas, lecz po prawdzie – mało kto z tych, co to widzieli, rozumiał te znaki. Wiedziano, jakie skrzyżowania oznaczają południe, jakie noc czy ranek – na tym kończyła się ich wiedza, a i to w zupełności wystarczało.

Cała budowla została wykonana w kształcie okręgu, aby przypominać symbol ich wiary. Wszelkie świątynie budowano mniej więcej na tym samym planie; co najwyżej ścigano się, w której da się więcej ozdób i która będzie miała wyższe wieże. Do najważniejszego budynku dobudowywano niekiedy prostokątne dormitoria mieszkalne dla mnichów, lecz miało to miejsce tylko w przypadku bardziej okazalszych opactw. Niestety to tenezańskie nie robiło wielkiego wrażenia – tutejsi Sędziowie od wieków woleli trwać bliżej duchów lasu niż swojego Boga. Przyroda zdawała się nigdy nie opuszczać tego miasta. Oczywiście Cesare ich za to nie potępiał. Gorzej patrzyła na to jego organizacja…

Postąpił kroku i wszedł do niezbyt okazałej, acz szerokiej sali. Zobaczył tam wiele ław i krzeseł, które podczas kazań zapełniały się wiernymi. Teraz jednak obecnych było raptem kilku kapłanów. Wszyscy odziali się w brązowe sutanny, a fryzury ostrzygli z łysym jajem na czubku głowy. Cesare ta fryzura śmieszyła, pewnie jak wszystkich wokół, lecz nikt nie mógł otwarcie tego przyznać, nie narażając się na ekskomunikę. To była prosta droga na stos; każdy człek unikał tego typu problemów i powstrzymywał się od i tak zbędnego komentarza.

Inkwizytor zrobił niemałe zamieszanie, wchodząc razem z koniem i ciepłym trupem nań umieszczonym. Szybko podszedł do niego jeden z kapłanów. Widząc zabitego, z miejsca zrozumiał, o co chodzi, i nakazał udać się za budynek, pod stajnie klasztorne. Ten udał się tam jak najszybciej, nie chcąc sprawiać problemów.

Tutejsza świątynia nie miała dobudówek mieszkalnych, a całość mieściła się w zakresie okręgu; stajnie w tym zestawieniu również nie robiły wielkiego wrażenia. On mógł dobrze się im przyjrzeć, gdyż chwilę poczekał, zanim zjawił się tutejszy przeor i zaczął obgadywać sprawę. Z początku wydawał się oburzony tak nietaktownym wjazdem zwierzęcia do Domu Bożego, lecz kiedy Cesare podał mu pierwsze średnie orsissy, wszystkie problemy wydały się mało znaczące. A przy opłacaniu pogrzebu w ogóle znikły. Dziesiątka dodatkowych małych monet sprawiła nawet, iż ceremonia została przyspieszona do dzisiejszego wieczora, choć wcześniej podobno nie było ku temu możliwości.  Dobrze, że na ludzką chciwość zawsze można było liczyć – skwitował.

Oddał ciało Augusto Nadalli grupie mnichów, a następnie opuścił klasztor. Zabrał konia poległego, aby szybciej zjednać się z kompanami. Dosiadł zakrwawionego siodła i popędził jak najprędzej. Musiał powiedzieć reszcie, żeby dzisiaj nie organizowali wypadów do pobliskich karczm czy tawern – oczywiście w razie, gdyby ci nie mieli ich jeszcze dosyć.

Dzisiejszy wieczór wszyscy spędzą na pogrzebie.

 

*

 

- Jak ty to zrobiłeś? – zapytała Anna Gaudette, kiedy upewniła się, że Inkwizytor zniknął z pola ich widzenia. – Zachowałeś ten cały spokój, potrafiłeś rozmawiać z tym człowiekiem, jakby nigdy nic, jednocześnie wiedząc, że może cię w majestacie prawa ukatrupić? To było… niesamowite!

Odkąd niespodziewany gość przeszył im drogę, zeszli z głównego placu, nie chcąc więcej narażać się na tego typu spotkania. Jej ochroniarz uznał, że dziewczyna tak źle udaje, nie umie kłamać i zachowywać spokoju, że nie ma co liczyć na dalsze szczęście. Anna wiedziała, że złapanie jej z nim było równoznaczne z przyznaniem się do pomagania magom i prowadziło prosto na stos – więc nie oponowała, kiedy ten wydał jej polecenie. W końcu „bogacz wiele mu za jej bezpieczeństwo płaci”. Nie powinna składać zażaleń, zwłaszcza że mężczyzna w czerni zgodził się na starcie robić za minimalną stawkę.

- Nie podniecaj się tak – usiłował ją uspokoić Niecny Algitieri. – Ja jestem do tego przyzwyczajony, ty zaraz z tych emocji zesrasz się w gacie. Chwilę pooddychaj, czy co tam masz w zwyczaju, i nie zwracaj na nas zbędnej uwagi, dobra? Jeśli przyjdzie co do czego, zawsze najpierw będę ratował siebie.

- Trochę to się kłóci z twoim zawodem – odrzekła. – Przecież płaci ci się za ochronę.

- Co nie znaczy, że jeśli będę musiał wybierać między tobą a sobą, to mam wybrać ciebie. Jeśli umrzesz, zniknę z miasta, mijając się z twoim bratem. Kupczyk nigdy nie dowiedziałby się, co stało się z tą rozwydrzoną babą, która męczyła go przez całą podróż. Pewnie nie pomyślałby nawet, że zginęła na torturach z ręki młodego Inkwizytora…

Przemieszczali się boczną uliczką, obserwując tutejsze domy i ludzi w oddali – to znaczy w jej przypadku; on raczej miał to wszystko w głębokim poważaniu, a cudza obecność zdawała mu się wręcz ciążyć. Dziewczyna jednak przeżywała to wyjście jak nigdy dotąd.

Ogrody, które chwile wcześniej oglądała, były niezwykle piękne. Sam rynek był znacznie mniejszy, ustępując zieleni, a niekiedy targowiska wystawiano pod drzewami w celu uniknięcia słońca. Gdzieniegdzie rozmieszczono ławki, na których można było się wyciszyć. Anna podziwiała urok tego miejsca, myśląc, że mogłaby zostać tam już na zawsze. Drzewa, krzewy i kwiaty, znacznie inne, pospolitsze w porównaniu z tymi w domu, dawały jej chwilę wytchnienia. Chętnie poczytałabym tak książkę – myślała wtedy, siadając na jednej z ławeczek. – Byłoby pewnie znacznie lepiej niż w rodzinnym ogrodzie. Nawet odgłosy ludzi, którzy znajdowali się na rynku nieopodal, nie dawały jej się we znaki, a wręcz zdawały się niknąć pod naporem piękna i tutejszej harmonii.

Przyjemny nastrój udzielał się dziewczynie, która chyba pierwszy raz swobodnie mogła pochodzić po jakimkolwiek mieście. Cóż, nie była sama, ale tym razem osobnik, który dotrzymywał jej towarzystwa, nie wydawał się nawet udawać, że robi za niańkę. Niestety jej ochroniarz nie sprawiał wrażenia zadowolonego. Od czasu do czasu rzucał jej jakąś nieprzyjemną uwagę, a trochę rzadziej mówił o tym, co w miejscu, które mijali, się kiedyś wydarzyło. Przeważnie jego opowieści były mroczne i nieprzyjemne, a jedynym ich celem, mogłoby się wydawać, pozostawało zniechęcenie dziewki do dalszego zwiedzania. „Wszystko tutaj jest marne – jakby chciał jej powiedzieć. – Chodź już do swojego brata i jedziemy dalej”. Jednak jego… buractwo nie udzieliło jej się nawet na chwilę; była zbyt szczęśliwa, żeby cokolwiek mogło zniszczyć jej nastrój – nawet jeśli chodziło o tego wstrętnego Dzikiego Psa, który sam twierdził, iż jest niecny.

- A co do Inkwizycji… – przypomniała sobie kobieta. – Czy ty… naprawdę znałeś jakiegoś Inkwizytora? To był blef? Jeśli tak, to skąd kojarzyłeś to… jak on powiedział… motto? Nie, czekaj… hasło!

- Nie kłamałem – przyznał mag od razu, choć niechętnie. – Znałem wielu Inkwizytorów… Wszystkich posłałem do piachu. Słowa, które usłyszałaś, były chętnie przezeń powtarzane. Mówili je czasami, kiedy myśleli, że już mnie mają. Przeważnie potem urywałem im głowy.

Dziewczyna aż wzdrygnęła się, wyobrażając sobie tę sytuację. Wiedziała, że „urywać głowy” w jego przypadku jest wyrażeniem dosłownym. I zapewne bardzo krwawym.

- Ciężko ci tak ciągle się ukrywać? – zapytała. – Ze świadomością, że wszyscy czyhają na twoje życie? Ja chyba bym się poddała…

- Szczęście zatem, że nie musisz się tym przejmować – odrzekł stanowczo. – Już chyba o tym rozmawialiśmy, nie? Śmieszne, że już drugi raz muszę ci to przypominać. Nie chcesz wiedzieć, co się stanie, kiedy uznam, że to się robi irytujące…

- A ty znowu straszysz – odpyskowała. – Bynajmniej nie drugi raz. I tak, to już się robi irytujące. Zważywszy, że ja tylko usiłuję rozmawiać. Nie mam nic złego na myśli…

- Dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło, wiesz?

- W takim razie mogę się tam udać, trudno. Stwórca od początku się mną nie interesował; chyba nigdy nie wysłuchał moich modłów. Nie będę żyła, zważając na uczucia kogoś, kto sam się mnie wyparł. Może już przy urodzeniu skazał mnie na potępienie? Kto go wie? Każdy kapłan tak mówił, ale ładniejszymi słowy.

- Ja pierdolę – zaklął Niecny Algitieri. – Ile razy mam cię jeszcze straszyć, żebyś dała mi spokój?

- A ile zamierzasz z nami zostać? – lekko się uśmiechnęła.

- To nie jest powód do żartów, cyklopko! Twój brat bez problemów rozumie, kiedy mówię „odpierdol się” i wie, co w takiej sytuacji ma zrobić. Tylko ty wydajesz się jakaś niedorozwinięta, jakbyś nie rozumiała znaczenia najprostszych określeń. Nie dajesz mi spokoju, bo chcesz, żebym cię douczył? Źle trafiłaś, kurwa jego mać!

Dziewczyna naburmuszyła się, słysząc to przezwisko, spojrzała gniewnie jedynym okiem w stronę ochroniarza, po czym oznajmiła:

- Cham.

I pobiegła kilka kroków przed niego, mając zdecydowanie dosyć tego jednostronnego towarzystwa. Mag, nieważne, ile ludzi wokół niego się kręciło, cały czas wydawał się być sam. Ale nie z przymusu – izolował się z własnej woli. Dziewczyna nie potrafiła tego zrozumieć. Samotność doskwierała jej od dzieciństwa, bardzo jej ciążyła i wyryła się negatywnie na jej psychice. Ten tutaj najprawdopodobniej ucieszyłby się, gdyby żył jak ja wcześniej – uznała. – Pewno całe życie przeleżałby na wygodnym łóżku i nigdy nie zapragnąłby niczego więcej. Tak czy siak, ten człek był potworny, a ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Mimo to, nie wiedzieć czemu, ciągle starała się nawiązać z nimi kontakt.

Dlaczego ja ciągle próbuję przekonać się do ludzi? – karciła samą siebie. – To najgorszy człowiek na świecie, a ja, głupia, doszukuję się w nim choć odrobiny dobra. Co ze mną jest nie tak? Już ten Inkwizytor wyglądał na uprzejmiejszego od niego. Co ja plotę, wszyscy tak wyglądają! Ten brodacz, o tam, babka z dzieckiem, tłusty handlarz obok, grupa pijaków zza rogu… Nawet wcześniejszy trup z soplem w piersi… Czekaj, czekaj! Chyba wpadłam na pomysł.

Znowu postanowiła spróbować. Z książek nauczyła się, że w każdym tkwi choć odrobina dobra, nawet jeśli jest niewielka i zduszona w zarodku, wiedziała, że w Dzikim Psie także. I z jakiś przyczyn obrała sobie za cel wyciągnięcie jej na wierzch. A skoro nie mogła spróbować normalnie, postanowiła w inny, nieco bardziej haniebny, ale odpowiadający jego postaci sposób – wzbudzając litość i obserwując jego słabość.

Odwróciła się do człowieka, który zdążył już nacieszyć się myślą, że nie musi z nią rozmawiać. Wielce zasmucił się faktem, kiedy wyłapał jedno oko dziewczyny zmierzające ku niemu.

- A ten mag? – zaczęła Anna ściszonym głosem, gdyż akurat mijali ich ludzie. – Ten, o którym wspomniał Inkwizytor? Nie było ci go szkoda? Przecież był taki sam jak ty…

Niecny Algitieri uśmiechnął się jak gremlin, znowu na siłę i bardzo nieprzyjemnie. Przez chwilę milczał, usiłując pozbierać się po wyraźnej głupocie, którą dostrzegł w jej słowach. Następnie zabrał głos, tłumacząc dziewce wszystko jak ułomnemu.

- Pamiętasz sopla, który znajdował się w ciele martwego Inkwizytora? – podjął. – Bez wątpienia stworzył go mag. Nie ma się co oszukiwać, że to nie była przyczyna śmierci… Czarodziej, który potrafił takie dziwy, bez wątpienia władał wodą. Myślisz, że w razie spotkania nie chciałby potraktować tym samym mnie?

- No tak – przyznała bez namysłu. – Przecież jesteście po tej samej stronie…

- Naprawdę mało wiesz o świecie – oznajmił jej czarnoksiężnik, oddając się pochmurnemu stanowi i garbiąc lekko plecy. – Ale ja nie chcę cię uświadamiać. Zobaczyłaś swoje piękne ogrody, zrobiłem to, o co prosił mnie twój brat. Wracajmy do niego.

Umówili się, iż spotkają się pod północną bramą wyjściową – tą mniejszą, co nie znaczy, że mniej obleganą – zanim zajdzie słońce, bez podawania dokładniejszej pory; Pietro tak czy siak po dopięciu swoich spraw miał na nich czekać. Bez wiedzy dziewczyny, mag musiał ją tamże prowadzić, gdyż po swoich kończących słowach nie nakazał jej zmiany kierunku – po prostu szedł niespiesznym krokiem przed siebie.

Zdążyli dziś obejść większość miasta, chyba wszystkie pomniki przyrody i przede wszystkim – każde możliwe ciekawostki i urokliwe widoki. Dzień szybko minął. Najpierw sprawa Pietro i potwora, który go gonił, później śniadanie w pełnym słońcu, droga do Tenez… a potem długie zwiedzanie. Prędko dobili do południa, a obecnie dziewczyna nie wiedziała, ile czasu słońce jeszcze będzie świeciło. Ciągle znajdowało się na szczycie, lecz nie wątpiła, że nie potrwa to tak długo, jakby jeszcze chciała. Pewnie znowu zajdzie, zanim się obejrzę – skwitowała z opuszczoną głową. – A potem miecz w dłonie i dobranoc…

Cisza, która nastała po słowach maga, była bardzo ciężka. Można powiedzieć, że urosło między nimi wrogie napięcie. Dziewczyna bała się po tym cokolwiek rzec, gdyż obawiała się, iż ochroniarz mógłby zmienić się w oprawcę. Nie wiedziała dlaczego, w końcu jego ostatnia wypowiedź nie różniła się niczym innym od reszty; była tak samo opryskliwa, nieuprzejma, obraźliwa i udowadniająca, że wszyscy prócz niego są idiotami. Mimo to uznała, że wyczerpała całą cierpliwość, jaką czarnoksiężnik do niej na dzisiaj posiadał. Nie wiedziała, czy powinna przekraczać tę cienką granicę, za którą w końcu nie wiedziała, co się znajduje. Bała się spojrzeć nieznanemu w oczy, jednak coś nieustannie ciągnęło ją za język. Z trudem się powstrzymywała.

Miast na gadaniu skupiła się na ostatnich słowach Dzikiego Psa i zastanawiała się, co mógł mieć na myśli. Sugerował, że inny mag nie byłby dla niego przyjacielem. Tylko dlaczego? Niekoniecznie musieliby się bratać, ale przecież mieli razem „trochę” więcej wspólnego niż reszta. Zatem o co mogło mu chodzić? – zadawała sobie pytanie. – Dlaczego czarnoksiężnik ze specjalnością wody miałby zachowywać się agresywnie do tego, który maczał palce w… no tak, w czym? Władanie krwią jest odmianą jakiej magii? W powieściach czy dramatach sprzed Ery Oświecenia są wspominki o czterech różnych żywiołach i przynajmniej dwóch pochodnych z każdego, ale… o czarnoksięstwie krwi nigdy nie słyszała. Muszę się go zapytać – postawiła sobie arcytrudne zadanie.

Podbiegła do Niecnego Algitieri i złapała go za wams. Ten szybko, wręcz agresywnie się do niej odwrócił, obrzucając ją wzrokiem spragnionego krwi wilka.

- Jaką… – zdążyła wyszeptać dziewczyna.

Nie zdołała jednak dokończyć, gdyż zza rogu wybiegł nieznany jej mężczyzna o wielkich gabarytach. Podbiegł momentalnie do maga i uderzył go z pełną siłą od tyłu.

Pięść poleciała Algitieriemu prosto w tył głowy, zwalając go z nóg. Dziewczyna początkowo pozostała zdezorientowana i nie potrafiła na to zareagować; obserwowała jak siłacz w bogatym stroju siada na leżącym mężczyźnie i zaczyna tłuc go w i tak poobijaną twarz. Mag próbował się bronić, lecz ataki wyraźnie wściekłego napastnika występowały zbyt szybko i zbyt agresywnie, żeby mógł w ogóle unieść dłoń. Dał się bić do chwili, aż osiłek się nie uspokoił.

- Złodziej Algitieri! – wysapał, wycierając dłonie z krwi o jego czarny wams. – Wiedziałem, że to ty. W piekle być cię poznał. A ty poznajesz mnie, co? Hę?! Spójrz na mnie, jak do ciebie mówię! – Uderzył go z liścia, rozbryzgując krew po swojej białej koszuli. – Tak łatwo odlecieć ci nie pozwolę.

- Santiago de Nolla, he, he – Czarnoksiężnik zapluł się krwią. – Ciebie nie da się zapomnieć, obrzydliwa mordo…

- Moja przynajmniej jest w całości.

- W tym wypadku nie wiem czy wyjdzie ci to na plus. – Za tę uwagę dostał ponownie. Jego mina dała jednak do zrozumienia, że było warto.

Kimkolwiek był ten przedstawiony z nazwiska szlachcic, Niecny Algitieri zdążył uświadomić go, dlaczego posiadał swój pseudonim; gwałtowna reakcja tego drugiego świadczyła o tym, iż nie było to przyjemne przedstawienie. Nie trzeba było wiele główkować, żeby dojść do wniosku, iż zawiść obu mężczyzn do siebie ciągle pozostawała silna.

- To ty, przyznaj się! – kontynuował de Nolla. – Cały rok na to czekałem. Wiedziałem, że prędzej czy później znowu spotkam cię na tych obesranych uliczkach. Teraz gadaj! To ty podpierdoliłeś naszyjnik mojej żony, prawda? Wiem, że to ty, nie było innej możliwości!

- Baba cię zdradza i oddaje błyskotki kolesiowi, który ją rypie – odrzekł arogancko Niecny Algitieri. – Też mi nowość. Głupi jesteś, skoro przez rok nie odkryłeś kto to.

- Ty mały kurwiu… – Ścisnął go za gardło. – Myślisz, że dam ci się tak łatwo spławić? Wiesz, ile razy wyobrażałem sobie, że wpadasz w moje ręce?

- Chyba łapy – nie przestawał żartować. – Ni chybi niedźwiedzie.

Annę Gaudette dziwiło, że mag daje się ponownie obić. Nie rozumiała, dlaczego bierze na siebie ten cały ból. Przecież może bardzo łatwo ściągnąć tego człowieka z siebie i jakby nigdy nic odejść. Teraz będzie kurował swoją twarz przez przynajmniej miesiąc – a na dodatek dryblas złamał mu nos. Dlaczego nic z tym nie robi… Może oczekuje pomocy? – zastanowiła się, starając się go rozgryźć. – Że niby… liczy na mnie?!

Santiago de Nolla uniósł pięść w celu ponownego uderzenia. Jednak opuścił ją powoli i tak samo rozluźnił dłonie. Powodem tego było bardzo nieprzyjemne, zimne uczucie na szyi – poczuł ostrą stal dotykającą skóry. Dziewczyna, wcześniej kompletnie ignorowana przez napastnika, dobyła broni i zrobiła z niej użytek. Stanowiło to swoistego rodzaju przedstawienie, choć nie musiała podawać nazwiska. W ogóle nic nie musiała. To mężczyzna z gardłem pod ostrzem winien robić wszystko, co ta rozkazała. On bardzo wyraźnie to rozumiał; ochłonął w jednej chwili.

- K-kim jesteś? – spróbował odwrócić się w jej stronę de Nolla. – Czego chce…

- Nie ruszaj się, bo ubiję! – krzyknęła nader agresywnie jak na siebie, lekko zacinając napastnika. Z nadmiaru emocji miecz prawie wypadł jej z dłoni. Szczęściem szlachcic tego nie zauważył.  – Odejdź, panie!

- Nie wiesz, z kim masz do czynienia, kobieto – ostrzegał ją, wstając z Algitieriego. – Nie wiesz, ile mogę. Jedno moje słowo, a skończycie pocięci w rynsztoku i nikt nigdy się o was nie upomni!

- Nie wątpię – odrzekła, ciągle trzymając przed nim miecz. Kiedy wstał, nie mogła dłużej trzymać go przy szyi, więc zdecydowała się na wielki punkt między łopadkami. Mężczyzna, jeśli planował ją obezwładnić, zaprzestał snucia planów, kiedy czarnoksiężnik otrząsną się i dobył sztyletu. – A teraz…. S-spieprzszaj!

Szlachcić, widząc, że w tym starciu pozostaje przegranym, zaczął powoli się oddalać.

- To nie koniec, złodzieju – zarzekał się Santiago de Nolla. – Nawet nie zdążysz ujrzeć bramy, a Tenez zostanie twoim grobem! Jeszcze dzisiaj ty i ta twoja kurwa skończycie w zbiorowej mogile, obiecuję wam to!

Po tych słowach uciekł, szybko znikając w jednej z uliczek. Po jego odejściu Anna chciała dowiedzieć się, o co w ogóle chodziło. Otworzyła nawet usta, żeby zadać pytanie. Niestety Niecny Algitieri musiał powiedzieć swoje jako pierwszy.

- Po co mi pomagałaś? – kompletnie zbił ją z tropu. – Naprawdę jesteś aż tak głupia?

Dziewczyna wytrzeszczyła oko.

- Żartujesz? – oburzyła się. – Ocaliłam ci życie!

- Sam bym sobie poradził. – Splunął krwią na bruk i zaczął powoli i ostrożnie wycierać twarz.

- Rzeczywiście, tak to wyglądało – żachnęła się dziewka. – Nawet z twarzy widać!

-Teraz tamten typ będzie szukał zarówno mnie jak i ciebie. Po co w ogóle coś robiłaś? Trzeba było na mnie czekać albo uznać, że umrę i mnie zostawić! Czy to takie trudne? Czy choć raz nie mogłabyś zachować się jak normalna osoba i udać, że niczego nie widzisz?

- Gdzie tu normalność?!

- Nie wiem, zapytaj większości!

Dziewczyna oddaliła się i spróbowała ułożyć sobie wszystko w głowie. Stała do niego odwrócona tyłem i głośno oddychała, chyba licząc, że może to w czymś pomóc. Ale nie pomogło – ciągle pozostawiała niesamowicie wkurzona. Bała się, że jeśli znowu zbliży się do swojego ochroniarza, ponownie skończy się na kłótni. Chciała tego uniknąć – co by nie powiedzieć, do wrzasków nie była przyzwyczajona ani nie czuła się na mocy, żeby kogoś przekrzykiwać.

Niecny Algitieri zdawał się rozumieć, że dziewczyna potrzebuje czasu. Nawet jej nie pospieszył, co zwarzywszy na wcześniejszą groźbę – miałoby sens. Niestety ogromna pięść de Nolli otępiła zmysły nikczemnego czarnoksiężnika do tego stopnia, że ten ciągle stał w bezruchu i próbował jakoś się oporządzić, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Normalnie zrobiły to podczas marszu do bramy, lecz na tę chwilę nie potrafił skupić się na dwóch czynnościach na raz; ciągle kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że w każdej chwili może upaść.

- Mówił, że ukradłeś naszyjnik jego żonie – oznajmiła w końcu dziewczyna, ciągle stojąc do mężczyzny plecami.

- A ja napomknąłem, że jego wybranka ma utrzymanka – dodał mag. – Cieszę się, że słuchałaś.

- To prawda?

- Tak, jestem pewny, że usłyszałaś całość – nie ustępował z drwinami.

- Wiesz, że nie o to pytam!

Odwróciła się w jego stronę, a wtedy ujrzała nieco wyczyszczoną twarz, która została dwukrotnie pobita na przestrzeni dwóch dni. Powiedzieć, że wyglądał strasznie, byłoby bardzo łagodnym określeniem sytuacji. Miał złamany nos, pod jednym okiem rysowała się szarobura poświata, a drugie lekko napuchło. Na policzkach uwydatniały się czerwonawe rysy, a usta rozcięły się w kilku miejscach. Wyglądał, jakby wrócił z wojny, choć takowej od lat nie było… Albo z tortur – obecnie magom bardziej bliska była ta opcja. Doprawdy jakkolwiek strasznym człowiekiem byłby Niecny Algitieri, jego życie przedstawiało się bardzo ciężko. Pytanie, czy sobie na to zasłużył – zastanawiała się kobieta.

- Ukradłem tamten naszyjnik – przyznał czarnoksiężnik, rozwiewając jej wątpliwości. – Później sprzedałem go w Albio. Tak czy siak, zostałem oszukany. Klejnot na nim wyglądał na prawdziwy szafir. U jubilera dowiedziałem się jednak, że to zwykła podróba i zarobiłem raptem niepełny mieszek monet. Tamten szubrawiec skąpił nawet na własną żonę. Nie zdziwiłbym się, gdyby ona naprawdę miała kogoś na boku.

- Broniłam cię… – mówiła dziewka z nieobecnym wzrokiem.

- Choć nie powinnaś.

- Broniłam cię, a teraz dowiaduję się, że pomogłam rabusiowi! Wiesz, w jakim świetle mnie to stawia? Tamten człowiek miał prawo być wkurzony. To ty jesteś tym złym w tej historii!

- Ale zrobiłaś odkrycie. – Niecny Algitieri udał zdziwienie. – Bo przecież na starcie mówiłem, że jestem szlachetny jak rycerz!

Kłócili się jeszcze chwilę, nawzajem obrzucając obelgami. Nie zdali sobie nawet sprawy z tego, kiedy zaczęli iść do bramy na spotkanie z Pietro. Anna chciała opowiedzieć o całym zajściu bratu, lecz wiedziała, że tego pewnie to nie zdziwi – każdy spodziewał się najgorszego po Niecnym Algitieri. Wieść o jego zbrodni nie byłaby wielkim odkryciem.

Zbliżali się do umówionego miejsca, ciągle nie mogąc znieść się nawzajem. Po krzykach i obelgach przestali się odzywać i przemieszczali się w milczeniu. Ciszę między nimi przerywali jedynie ludzie, którzy ich co jakiś czas mijali. Z daleka już dostrzegali, że młoda kobieta miała focha na swojego towarzysza, a tego z kolei mało to obchodziło – najstarszy konflikt na świecie załatwiony; nawet obita twarz wydawała się przy nim błahostką.

Wtedy, pomiędzy mnóstwem myśli, Anna Gaudette zastanowiła się nad wcześniejszą groźbą. Pamiętała uciekającego szlachcica i zastanawiała się, czy ten będzie w stanie po tym wszystkim ich wytropić, czy to była raczej tylko czcza gadanina. Liczyła na to drugie, ale…

- Myślisz, że mówił prawdę? – zapytała czarnoksiężnika, który przecież ogromnego mężczyznę znał lepiej. – Dałby radę nas znaleźć?

- Szliśmy w stronę północnej bramy – odpowiedział po chwili Niecny Algitieri, choć sprawiło mu to wielki zawód; wolałby zostawić ciszę między nimi nietkniętą. – Umie kojarzyć fakty. Jeśli będzie chciał nas dorwać, wystarczy, że rozstawi ludzi na drodze. Pytanie, czy będzie w stanie zrobić to, zanim uda nam się stąd wyjechać. To już zależy od tego, co zmieniło się przez ten czas, kiedy widziałem go ten rok temu…

- Pocieszyłeś mnie. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak bezpieczna…

- Ponoć sarkazm to oznaka dobrego humoru – zastawił pułapkę.

- Kto tak powiedział? – a ona w nią wpadła.

- Jakiś idiota, zanim go zabiłem. Imię wyleciało mi z głowy.

- Nie pomagasz!

- Wiem – uśmiechnął się, po raz drugi bez wymuszenia.

Chciało mu się w takich chwilach z niej drwić. Dupek – należało skwitować. Dziewczyna w jednej chwili zapragnęła go uderzyć. I bardzo musiała wysilić się, żeby tego nie zrobić; reputacja, jaką posiadał mag, była głównym argumentem przeciw agresji.

- Czy ten de Nolla jest na tyle wpływowy, jak mówił? Zna kogoś z miejskich władz?

- Nie wiem – przyznał ze spokojem. – Ale stawiałbym, że łgał. Tutejszego Sędziego i trójkę Ławników na pewno nie ma wśród przyjaciół. To bogacz, ale majątek zdobył… w bardzo nieelegancki sposób. Gdyby władze wiedziały, nigdy nie przymknęłyby na to oka. Nie te z Tenez.

- Dlatego go znasz? – wyciągnęła łatwe wnioski. – Zadajesz się z każdym, kto ma swoje za uszami, tak? Co ty w ogóle dla niego robiłeś?

- Coś, czego nie wypada mówić w obecności Sędziego – odrzekł wymijająco.

Dziewczyna ledwo powstrzymała krzyk wściekłości.

- Ależ ja cię nienawidzę – skwitowała całą rozmowę, mając zdecydowanie dosyć persony obok. – A znam cię raptem dwa dni.

- W ogóle mnie, gówniaro, nie znasz – poprawił ją. – Nawet tak nie myśl. Moi znajomi, jeśli w ogóle mogę kogoś tak określić, trzymają się ode mnie z daleka. Ty tylko wiesz, jak się nazywam. To nie jest osiągnięcie.

- Mów, co chcesz – żachnęła się. – Ja już nie chcę cię słuchać.

- Nareszcie – wrzasnął z nieukrywaną radością. – Zwycięstwo! W końcu będzie cicho!

Przemieszczali się po żywym mieście w ciszy, oboje zdając sobie sprawę, że w końcu udało im się dojść do porozumienia, nakreślić ich wzajemne relacje i ukrócić niepotrzebne uwagi. Niecny Algitieri nie ukrywał, że go to radowało – na jego twarzy, jeśli bardzo dobrze się przyjrzeć, dostrzegalny był malutki uśmieszek. Bardzo arogancki, co powinno być wiadome. Dziewczyna, uważna obserwatorka, dodatkowo wychodziła z siebie, obserwując kilka kroków dalej dumnego nikczemnika. Naprawdę chciałabym go uderzyć – myślała z niezbyt przystającym do damy pokracznym grymasem na twarzy. – Jeszcze tylko kilka dni. Ani się obejrzeć, a się pożegnamy…

Niestety, jak to zwykle bywa, będąc zajętą złością, kompletnie zignorowała swoją wcześniejszą bolączkę – groźba de Nolli wypadła jej z głowy. Przykro przypomniała sobie o niej, kiedy – nawet jeszcze nie widząc bramy w oddali – napotkali na drodze przeszkodę.

Z początku ona nie skojarzyła faktów, lecz Niecny Algitieri pozostał bardziej czujny. Zbliżył się do obrażonej, kiedy człek w długim płaszczu wybiegł niespodziewanie zza ich pleców i zbliżył się do grupki mężczyzn, która stała przy jednym z domów. Wyszeptał jakieś słowa do jednego z nich, a wtedy cała banda zaciekawiła się dwójką przechodniów. Anna naliczyła ich siedmiu. Każdy był uzbrojony, a ich spojrzenia nie zdradzały dobrych zamiarów.

Bandyci szybko zajęli im drogę niczym zawalona kłoda. Pech chciał, że znajdowali się w niezwykle ciasnej uliczce. Nie trzeba było długo czekać, żeby dziewczyna poczuła zwiększone napięcie. Szybko zrobiło jej się duszno. Siłą powstrzymała trzęsące się ze strachu dłonie. Mam rękawice, a zachowuję się, jakbym dopiero co wyskoczyła naga z wody – skarciła sama siebie. – Nie możesz tak więcej, głupia. Nie w takich sytuacjach.

- Kurwa – zaklął czarnoksiężnik ledwie słyszalnie. – Znaleźli nas.  

Grupa dobyła broni – w większości mieczy, lecz jeden, dwukrotnie grubszy, całkowicie łysy i goły od pasa w górę, posiadał maczugę naszpikowaną kolcami. Niecny Algitieri również sięgnął po sztylet z zieloną rękojeścią, niemalże wywołując śmiech wszystkich obecnych. On jednak pozostawał całkowicie poważny, to oni nie byli świadomi tego, z kim zadarli. Anna to rozumiała, ale obecna postawa Dzikiego Psa z zaledwie jednym nożykiem w ręku i rąbiącego dziwne wygibasy  nie sprawiała wrażenia człowieka, który potrafi jednym ruchem ściąć trzy głowy. Jego poobijana twarz dodatkowo potęgowała uczucie komizmu tej sytuacji. Bandyci, patrząc na niego, czuli się, jakby obserwowali komedię na scenie. Oby to był wasz ostatni występ, śmiecie – życzyła im.

- Witajcie – odezwał się niespodziewanie jeden z nich. Wyraźnie chciało mu się śmiać, patrząc na tak licho uzbrojonego człowieka. – Przepraszam, ale muszę się upewnić. Mój przyjaciel powiedział, że naraziliście się mojemu szefowi. Ponoć ten kazał się wami zająć… ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. To wy weszliście w konflikt z de Nollą? Tym samym Santiago de Nollą, zwanym Kolosem z Tenez? Powiedz, panie, że to pomyłka…

Nie powiedział. Cisza, która nastąpiła potem, wystarczyła im jako potwierdzenie.

- Puścicie dziewczynę? – zapytał Niecny Algitieri, ścierając z napięcia milczenie. – Nic de Nolli nie zrobiła.

- On twierdził inaczej – przyznał wesoły bandyta. – Tak przynajmniej gadał mój przyjaciel. Tevari, powiedz, że kłamiesz?

- Jak mówiłem – zezłościł się ten w płaszczu – kazał przynieść głowę tego obitego, a dziewkę przytargać żywą, co by chuci mogła naszym chłopakom ulżyć. Wpadł jak szalony do naszej nory, zaczął na nas wrzeszczeć i wyrzucił wszystkich na ulicę. „Znajdźcie ich – tak ryczał. – Jeśli trzeba, postawcie na nogi całe miasto”.

- A zapowiadało się na taki spokojny dzień… – skwitował oprych. – Myślałem, żeby wysłać jednego z chłopaków po trochę samogonu, a tu ci niespodzianka, trzeba pracować…

- Słyszałaś? – mag zwrócił się do dziewczyny. – Dlatego miałaś mi nie pomagać.

- Starczy – wtrącił łysy dryblas. Z tonu jego głosu łatwo dało się wyczytać, że nie był obdarzony inteligencją. – Koniec gadania, bierzemy się za nich! Baba jest moja. Mniejsza, że jednooka. Przymknę swoje, będzie jak znalazł.

Grubas z miejsca ją obrzydził, jeszcze bardziej niż początkowo. Słysząc jego słowa aż przypomniała sobie tych, co… kiedyś odebrali jej prawe ślepie. Nie było to, łagodnie mówiąc, przyjemne wspomnienie.

- Uciekaj, głupia – rozkazał jej Niecny Algitieri.

- Gdzie?

- Byle dalej stąd – ponaglił, wyraźnie zdenerwowany. – Już, kurwa!

Banda z mieczami zaczęła się do nich zbliżać, nie szybko, a powoli, ciągle będąc przekonania, że nie ma potrzeby zbytnio się wysilać; w końcu to wariat z lichym ostrzem, w dodatku zawczasu pobity.

- Wyjmij drugi sztylet – odrzekła w zastępstwie Anna, ciągle stojąc w miejscu. – Z jednym sobie nie poradzisz!

- Spieprzaj!

Mężczyzna miał wyraźne opory przed wydobyciem drugiego ostrza. Może zardzewiało w środku? Może było zniszczone? Równie dobrze przyczyną tego mogło również być jakieś zaklęcie, które urwałoby mu dłoń w chwili wyjścia broni na światło dzienne. Nie miała czasu ani sposobności, żeby się nad tym zastanawiać. Nie teraz.

- Weź mój miecz! – Rzuciła mu pod nogi, jednocześnie rwąc się do ucieczki.

Biegła w stronę, z której przyszli. Tak szybko, jak tylko nogi jej na to pozwoliły. Odwracając się co chwilę, obserwowała, jak na jej ochroniarza nacierają bandyci. Była świadkiem sceny, kiedy Niecnego Algitieri zaatakował potężniejszy wróg. Wyglądało to, jakby dogorywającym szerszeniem zainteresowała się horda wygłodniałych mrówek. Horda, która zamierzała dzisiaj najeść się do syta. Wszystko przedstawiało się tak, jakby miała dopiąć swego…

Anna skręciła w boczną uliczkę, tracąc całą akcję z oczu.  Przedstawienie dobiegło końca.

 

*

 

Na uliczce zrobiło się niesłychanie cicho. Dziewczyna zaczęła uciekać w przeciwną stronę, a bandyci stopniowo zbliżali się do niego całą chmarą. Ludzie, którzy jeszcze chwilę temu zmierzali w tę stronę, jakby nigdy nic zawrócili i zrobili, co mogli, aby zapomnieć o całym zajściu. Szkoda, że ja nie mogę zrobić tak samo – pomyślał Niecny Algitieri, ściskając sztylet w jednej i miecz w drugiej dłoni. Był zdany tylko na siebie. Z drugiej strony zdążył do tego przywyknąć. 

- Chodźcie, skurwysyny! – wrzasnął, przybierając pozycję.

Wtedy bandyci go zaatakowali. Pierwszą szarżą natarli na niego we trójkę. To działo się jakby w mniej niż jednej chwili, trwało krócej od mrugnięcia oka. Jeden oprych rzucił się na maga z mieczem w stronę piersi. Czarnoksiężnik bronią dziewczyny odbił jego ostrze, które wylądowało tuż nad barkiem ciemnego wamsu. Jednocześnie z tym ruchem zbiegła się obrona prawej nogi, która miała zostać przebita przez innego napastnika. Algitieri wykorzystał do tego sztylet i podciął łapy temu, który się napatoczył. Wtedy, nie tracąc trzeciego z uwagi, zrobił obrót, dezorientując wcześniejszą dwójkę i jednocześnie broniąc się przed tym trzecim, który chciał nadziać go od tyłu.

Przyszła kolej na kontratak – chwycił byka za rogi. Poderżnął gardło temu, który chciał zrobić z niego pieczeń na rożen i odwrócił się do pozostałej dwójki. Ci, zdenerwowani śmiercią kompana, już wymierzyli w niego swoje ostrza. On nie był w stanie się obronić… więc odskoczył w stronę uprzednio zabitego. Prawie potknął się o ciało, lecz udało mu się utrzymać równowagę.

Ciągle pozostawał skupiony na dwójce najbliżej niego i pozostałej czwórce… Gdzie się podział olbrzym?! – z trwogą zauważył ubytek. Wtedy poczuł smród, potworny odór człowieka, który najwyraźniej miał niemały problem z nadmierną działalnością swoich gruczołów potowych. Zaszedł mnie od tyłu – zrozumiał Niecny Algitieri. Grubas podczas jego nieuwagi wcisnął się w boczną uliczkę i spokojnie go zaskoczył. Gdyby nie nazbyt dosadny zapach, najprawdopodobniej jego plan teraz by się powiódł.

 Czarnoksiężnik odskoczył w lewo. Wtedy w jego poprzednie miejsce uderzyła kolczasta maczuga. Zanim jednak zdążyła unieść się ponownie, Algitieri wziął sobie za cel ręce, które ją dzierżyły. Ciął szybko i precyzyjnie – pozbawił tłuściocha przynajmniej połowy palców. Broń upadła na bruk, nie mając więcej solidnej podpory. Razem z nią runęły owłosione paluchy, rozbryzgując krew po butach ich właściciela i tego, który go okaleczył.

O dziwo zraniony nie zareagował otępieniem, nie pozwolił Algitieriemu na kolejny ruch. Złapał go z całej siły w swoje łapy, ściskając jak tylko się da masywnymi mięśniami. Z daleka mogłoby się wydawać, że człowiek w czerni jest ściskany jak najlepszy druh. Jednak w tym przypadku – celem „czułości” było połamanie kości.

- Przez ciebie pani uciekła – skarżył się łysol o niezbyt okazałej inteligencji. – Ona miała być moja! Wiesz, ile teraz trzeba będzie się męczyć, żeby ją znaleźć?!

Ostrza wypadły z dłoni maga, a uderzenia z pięści rozchodziły się po oceanie tłuszczu, powodując znaczne, acz mało szkodliwe sztormy – w tym wypadku cały ból zniwelowała potworna ilość cielska; temu gigantowi obce pewnie były nawet ukąszenia ślepaków. Mięśnie grubasa coraz bardziej ściskały jego kości, a on jedyne, co mógł zrobić, to pokracznie wymachiwać rękami.

- Wykończ go, Gaurez! – domagała się reszta bandy. – Skończ z nim i idziemy po tę twoją damulkę!

Olbrzym, słysząc ostatnie słowo, chyba zdwoił swoje siły trzykrotnie, gdyż Algitieri poczuł, że nie może oddychać. Wtedy, głównie z powodu nieludzkiej wręcz woli przetrwania, do głowy maga wpadł bardzo nieprzyjemny pomysł – ostatnia deska ratunku, jaka mu pozostała. Zbliżył się ustami do ciała dusiciela – tak się składa cyca, którego mogłaby mu pozazdrościć niejedna dziewoja, i zacisnął na nim swoje zęby, tak mocno, jak to było możliwe. Mając jego mięcho w ustach, czuł smród spoconej skóry, a także smak krwi, kiedy wgryzł się głębiej. Przeciwnik jęknął, rozluźniając nieco ręce i zezwalając na nabranie oddechu. Mag, zdecydował się pójść za ciosem i zaczął wyszarpywać kawał ludzkiego ciała niczym zdziczały pies. Aby uskutecznić swoje zadanie, kilkukrotnie pogryzł zawartość ust jak kolacje, żeby sprawnie dobrać się do reszty. Gdyby dać mu jeszcze chwilę, odgryzłby całość…

Jednak grubas cenił sobie swoje ciało. Zanim kompletnie stracił cyca, odrzucił od siebie Niecnego Algitieri i uderzył nim z całej siły o pobliską ścianę. W następstwie zaczął macać się po ledwo trzymającej się piersi, licząc, że może naprawić ją od tak.

- Boli – ryczał. – Kurwa, jak boli! Coś ty mi…

Nie zdążył dokończyć. Mag był szybszy – podniósł krótki miecz z bruku i zatopił ostrze prosto w jego ustach; jednym sprawnym ruchem wsadził je tam aż po rękojeść. Z otwartej paszczy łysola zaczęła cieknąć na zmianę krew i ślina. Tłuścioch zabulgotał upiornie, wytrzeszczył oczy jak przestraszony kot i ciężko runął na bruk, sprawiając, że fałdy tłuszczu falowały przez chwilę niczym niespokojne morze. Algitieri wykorzystał moment osłupienia, aby podnieść swój sztylet – na obecną chwilę musiał uznać, że miecz został stracony.  

Pozostała piątka wytrzeszczyła gęby ze zdziwienia i niemalże jednogłośnie wrzasnęła:

- Gaurez!

W następnej chwili ruszyła grupą na zabójcę przyjaciela. Tym razem poszli na całego. Przestali traktować go jak bezbronnego dzieciaka – zaatakowali jednakowo. Algitieri odbił jedno ostrze, drugie, trzecie ledwo go drasnęło w bark, czwarte nieco dotkliwiej w bok, ale sobie poradził. Z piątym nie było już tak różowo; Algitieriemu nie starczyło rąk do obrony i nóg do rozdawania kopniaków. Jeden z przeciwników zatopił swoje ostrze w jego brzuchu. Z miejsca mag poczuł, jak w środku palą mu się bebechy, a spazmy bólu uderzają z każdą chwilą coraz mocniej i mocniej. To było tak uciążliwe, że nie mógł dłużej utrzymać się na nogach; runął na kolana, a w głowie kręciło mu się, jakby wcześniej porządnie się napił.

Nie mogę umrzeć – powiedział sobie, łapiąc dłonią za otwartą ranę. Wtedy krew zaczęła wyciekać spomiędzy jego palców. – Nie, póki go jeszcze nie dorwałem… On tam jeszcze gdzieś jest… To ja go przeżyje, a nie odwrotnie!

- Myślisz, że jak złapiesz, to przestanie krwawić, głąbie? – zadrwił z niego jeden z oprychów. – Panowie, miecze w górę!

Ostrza runęły na maga, lecz wtedy szybko się zatrzymały, a ich właściciele odskoczyli o krok, zdezorientowani całą sytuacją. Dłoń, która uciskała dziurę w żołądku Algitieriego, niespodziewanie zaczęła świecić krwistą czerwienią. Nie wierzę, że robię to w środku miasta – myślał mag, lecz po prawdzie nie widział innego wyjścia. – To moje pieprzone szczęście…

Za pomocą mocy Algitieri mógł robić wiele rzeczy, między innymi władać krwią, ale także wpływać z jej pomocą na stan wewnętrzny ciała. Obecnie powstrzymał krwotok i „naprawiał się”. Ponownie splótł to, co zostało rozerwane, i był jak nowy. Trwało to chwilę, ale on miał wrażenie, że to była wieczność.

W normalnych warunkach nie praktykował tej umiejętności, choć wydawała się bardzo przydatna. I, nie ma co się oszukiwać, była. Lecz koszty, jakie należało ponieść, mu się nie kalkulowały. Podczas leczenia magią czuł się, jakby smażył swoje wnętrzności od środka, a ból stawał się jeszcze większy, niż podczas otrzymywania samej rany. Jeśli spróbowałby w ten sposób pomóc umierającemu, najprawdopodobniej by go zabił. Tym jednak razem musiał to zrobić. To albo śmierć – wybór był prosty.

- Kurwa! – wrzasnął nie wytrzymując więcej. Szczęściem to był już koniec, a z miejsca leczenia ostała się jedynie kolejna do kolekcji blizna, zadymiona niczym świeża pieczeń.

Splunął krwią, dając wrogom znać, że to, co robi, sprawiło mu nieziemski ból. Kiedy czerwień wyciekała z jego ust, podobnie jak wcześniej grubasowi, wysilił się na uśmiech. Grymas, jakim udało mu się utworzyć, można bez wątpienia nazwać przejawem najczystszego szaleństwa.

Jucha pomogła wyrwać się bandytom z otępienia. W końcu przypomnieli sobie, po co w ogóle to wszystko się zaczęło. I że osoba przed nimi dalej pozostawała śmiertelna.

- To czaroksiężnik, chłopaki – zauważył ten sam, który chwilę wcześniej nie mógł uwierzyć, iż ten mężczyzna mógł zagrozić Santiago de Nolli. – Szybko, zabić go, zanim nas spopieli!

Nie władam ogniem, idioci – prawie wyrwało mu się z ust. Wstrzymał się, gdyż słowa były zbędne.

Ostrza ponownie zbliżyły się do skóry maga, lecz bandyci stracili już swoją szansę. Gdyby wtedy się nie zawahali, nie przestraszyli magii – Niecny Algitieri najprawomocniej by już nie żył. Teraz rolę się odwróciły.

Krew, która nadleciała znikąd niczym dziki ptak, okrążyła bandę i zbiła wszystkie bronie z tropu. Opryszkowie oddalili się, nie wiedząc, co za czerwone dziwadło, co za szkaradztwo się nimi bawiło. Rozglądali się między sobą, patrząc, czy który aby nie ma jakiegoś potwora za plecami. Jednak tym, który miał go na zbyciu – i bardzo chętnie użyczyłby tym gentlemanom tutaj – był Niecny Algitieri.

Bandyci usłyszeli potężny dźwięk, jakby olbrzym zerwał się na nogi. Jeden krok, drugi, trzeci – coś się zbliżało. Minęła chwila, zanim doszło do nich to, co mieli przed oczami. Za plecami czarnoksiężnika stał Gaurez, kroczył pokracznie w ich stronę z zimną stalą w pysku. Ciągle lała się z niego krew, a oczy wyraźnie świadczyły o tym, że nie żyje. Jednak się ruszał… „Chowaniec” – mówiły ich przerażone twarze. Nie mieli jednak racji. Sztuka polegała na tym, iż Algitieri wprawił za pomocą krwi grubasa jego ciało w ruch i teraz poruszał nim niczym władca marionetek. Kiedyś, jako mało doświadczony mag, musiał bardzo komicznie poruszać dłońmi, żeby nie stracić kontroli nad truchłem. Szczęściem lata treningu miał już za sobą, a obecnie mógł kierować kukiełką jedną ręką, nieznacznymi ruchami palców, które nie wzbudzały podejrzeń ani uwagi.

Nogi bandytów odmówiły im posłuszeństwa, kiedy trup Gaureza zbliżał się do nich. Nie mogli także się ruszyć, kiedy ten zmierzył się z nimi wzrokiem. Nie uciekli, gdy mag zerwał opasłe cielsko ze swoich sznurków, zwalając je na dwóch z nich. Ci pod ciężarem umarlaka nie mogli się ruszyć. Albo nie chcieli wstawać – wszystko jedno, i tak im nie odpuści.

Pozostałą trójką zajął się natychmiast. Plama krwi, która zdążyła wyciec z Gaureza, raptownie zaatakowała niczym krokodyl wyłaniający się z wody. Krew niczym włócznia w dłoniach wprawionego wojownika zaszarżowała i po kolei załatwiła każdego z nich. Pierwszy dostał w serce, drugi w mózg, a trzeci i w to i w to. Truchła runęły na ziemię, ale tym razem jucha, która pozbawiła ich życia, nie upadła – wyczekiwała dalszych rozkazów swojego pana. Ten, podszedł powolnym krokiem pod leżących pod sadłem bandytów i spojrzał na obu z nich.

- Ty wydajesz się inteligentniejszy – wskazał jednego, a wtedy krew wprawiła się w ruch i natychmiastowo zabiła tego drugiego. Dopiero wtedy mag pozwolił jej zmienić się w swój prawidłowy stan. – Musisz przekazać wiadomość de Nolli. Będziesz w stanie ją zapamiętać?

Przerażony chłopak pokiwał histerycznie głową.

- Świetnie. – Spomiędzy obitej twarzy Algitieriego wyłonił się paskudny uśmiech. – Powiedz mu, że… – Zakręciło mu się w głowie od wcześniejszego leczenia. Jednak nie mógł teraz upaść. Bandyta wykorzystałby to bez wątpienia i znalazł dodatkowe siły na zwalenie z siebie tłuściocha. Mag z trudem musiał utrzymać się na nogach. – Że ukradłem tamten naszyjnik. Powiedz mu, że jest chuj, bo nawet żonie nie kupił prawdziwego. Niech wie, że mnie nie można od tak oszukiwać. Wziąłem to, co ten powinien mi dać od początku, jasne? Trzeba było mi wtedy zapłacić za robotę. Powtórz mu to… A! Jeszcze jedno! Niech wie, że… to, co dostałem z naszyjnika i tak nie wystarczyło na pokrycie tego, co mi wisiał! Niech wie, że kiedyś wrócę po resztę!  Zapamiętałeś?

- Tak – przytaknął. Najprawdopodobniej w tej chwili przyznałyby się nawet do bycia wszystkowidzącym krukiem z trzema oczami, ale mag musiał mu w tej sprawie zawierzyć.

- No! Ale jeszcze nie próbuj się wygrzebać. Zrobisz to, kiedy zniknę. – Odwrócił się do niego tyłem, wytarł swój sztylet o i tak brudny wams, włożył go do pochwy, i skierował się w stronę przeciwną do północnej bramy. – Bywaj, i módl się, żebyśmy się więcej nie spotkali. Muszę znaleźć tę cholerną…

Postąpił kroku. Zdawało mu się, że traci równowagę. To był skutek uboczny leczenia za pomocą magii. Przynajmniej tej, jaką posiadał. Jak każdy mag miał swoje limity i właśnie odrobinę je przekroczył. W przypadku tej sztuki „odrobinę” wystarczyłoby, żeby zabić. Szczęściem – czy też raczej pechem – on zawsze wychodził z tego cało. Teraz nie było inaczej. Czuł się cholernie słaby, tracił siły, a na dodatek wydawało mu się, że zaraz upadnie.

Spróbował się otrząsnąć, co mało dało, ale mimo tego wiedział, że nie może tu lec. Musiał wytrzymać przynajmniej do najbliższego skrzyżowania. Złapał się za głowę i spróbował pójść dalej. Jeszcze dwa kroki i stracił równowagę. Upadał…

- Kurwa – jakże głęboko skwitował całe zajście.

Poczuł, że ktoś nagle go złapał. Wyraźnie ten osobnik był słabszy od niego, ledwo sobie radził z ciężarem ciała, ale mimo to mu pomagał. Algitieri, choć obecnie mało spostrzegawczy, uniósł wzrok. Kolejno ujrzał – płaski brzuch, średniej wielkości biust skryty za męskim ubraniem, niezbyt okazałą rękę, ładną twarz, a na końcu – wiecznie zamknięte oko.

- Miałaś uciekać – rzucił jej, tym razem bez złości czy żalu. Wydawał się nawet szczęśliwy faktem, że dziewczyna jest z nim… albo że nie upadł, łamiąc ponownie nos tym razem na bruku. Bardziej to drugie.

- I uciekałam – odrzekła Anna Gaudette, czy jak tam tej cyklopce było. – Pytałam o pomoc, kogo się dało. Nawet tych, co nie mieli mieczy. Patrzyli na mnie jak na wariatkę i tyle. W końcu dałam spokój, uznałam, że minęło tyle czasu, że już po wszystkim. Przełknęłam ślinę i stwierdziłam, że pójdę zobaczyć, co się stało. Chciałam wiedzieć, czy Pietro będzie musiał załatwić nam nowego ochroniarza.  

- Głupia. Trzeba było nie ryzykować i okrężną drogą dostać się do brata…

- Nie ma za co.

Kobieta z przerażeniem spojrzała na trupy, które walały się za nią. Nie ukrywała, że osoba, której pomagała ustać, napawała ją strachem. Choć nie chciała tego okazać, bała się przeraźliwie. Twarzą potrafiła to ukryć, ale nie oczami. Mimo wszystko – nie zważając na ostatnią kłótnię i cały lęk, jaki ją dręczył – wróciła. Ona jest naprawdę głupia – pozostawało mu jedynie zawyrokować..

- Ile widziałaś? – zmienił temat, wyraźnie nie chcąc kontynuować rozmowy, która zmierzała donikąd. Każde następne słowo tylko utwierdziłoby dziewczynę w jej wyborze i raczej nic by tego nie zmieniło.

- Tylko ostatnią rozmowę – odpowiedziała powoli, a w jej głosie była jakaś nikła oznaka szacunku, jakim zaczęła darzyć jego osobę. – Nie mówiłeś, że okradłeś tamtego człowieka, bo cię oszukał.

- Nie pytałaś.

- Zrobiłeś dla niego…

- To, czego nie wypada mówić Sędziemu.

- No tak… – Wytrzeszczyła nagle oko. – A gdzie mój miecz? Nie zniszczyli go, prawda? Przyzwyczaiłam się do jego ciężkości. Muszę go odzyskać. Oprzyj się o ten budynek, ja go poszukam. Jest gdzieś tutaj na pobojowisku, nie? Nie wyrzuciłeś go w niebo?

- Aż tak źle to nie jest! – Nie potrafił ukryć rozbawienia na obitej twarzy.

Dziewczyna nie wiedziała, o co mu chodziło, ale na starcie miała złe przeczucia. Zdążyła już się nauczyć, że nic normalnego nie mogło rozbawić Niecnego Algitieri.

 

*

 

Pietro Gaudette cierpliwie czekał na powozie przed bramą. Obok niego stała klacz Niecnego Algitieri, którą to otrzymał na przechowanie. „Ja mam przypilnować cyklopa, to i ty to zrób” – rzucił mu mag, dając jednocześnie do zrumienia, że koń ma nie mieć ani jednej blizny więcej. Twarz mężczyzny zdawała się sprawiać wrażenie, jakby ten wcześniej dokładnie je policzył. Dodatkowy zwierz do opieki sprawił kupcowi trochę problemu, ale ostatecznie i tak skończyło się na tym, że przez większość czasu przesiedział razem z drugim i powozem na jakimś parkingu, strzeżony przez opancerzoną straż. W sumie lepiej, że klacz została ze mną – uznał, kiedy załatwiał swoje sprawy. – Przynajmniej wiem, że Algitieri nie ucieknie i nie zostawi mojej siostry na pastwę losu. Wszystkiego można spodziewać się po człowieku, który sam twierdzi, że jest niecny, nie? Tak przynajmniej mam pewność, że dziewczyna wróci cała.

Przed bramą mijały go setki osób – obcych, zimnych twarzy, które szybko zapamiętywał i które równie szybko wylatywały mu z głowy. Zerkał też na budynki. W jednym z nich, na piętrze, wyraźnie dało się usłyszeć odgłosy dobiegające z wewnątrz – jakaś kobieta okazywała swoją miłość mężczyźnie. Uczucie musiało być doprawdy gorliwe, gdyż ryczała jak zarzynany wieprz. Trzy domy dalej, pod ceglaną ścianą dziwny typek o szpetnej twarzyczce rozmawiał z dwójką młodzików mniej więcej w wieku kupca. Ci wyraźnie byli przerażeni jego obecnością, ale coś kazało im pozostać razem z nim. Najprawdopodobniej był to strach, ale Pietro nie powinien ich oceniać – w lesie z abonne również stracił panowanie nad sobą; gdyby nie mag, pewnie by teraz nie żył…

Trudno się dziwić, że świeża rana ciągle mu doskwierała. Podczas całego dnia odczuwał nieprzyjemne kłucie, niekiedy kręciło mu się w głowie, ale nie na tyle, żeby stracił równowagę – po prostu musiał zwolnić. Raz zdarzyło się, że przystaną, ale na tym kończyły się utrudnienia.

O cholera! – zdziwił się, kiedy zauważył, że spośród dwóch młodzików jeden zaczął uciekać jak najdalej przed dziwnym osobnikiem. – Chyba jesteśmy podobni…

Może się wydawać dziwne, że młody mężczyzna, wcześniej niezainteresowany innymi, wgapiał się w nich jak najzwyklejszy podglądacz. Ale miał ku temu dobrą wymówkę. Muszę coś robić, kiedy oni się spóźniają! – był już z tego powodu bliski wściekłości. Wiedział, co to znaczy spóźniać się, rozumiał, że czasem tak się po prostu dzieje – czarnoksiężnik wczorajszego dnia zrobił to samo – ale po siostrze się tego nie spodziewał. Wyrolowała go, jak… on ją przez cały okres podróży. To była gorzka myśl, ale kupiec chyba dopiero teraz zrozumiał frustrację, jaką posiadała w sobie dziewczyna.

Co nie znaczy, że miał zamiar zmieniać ich układ, co to, to nie! Postanowił w zastępstwie być dla siostry nieco bardziej… wyrozumiały. W granicach rozsądku, oczywiście. Nie będzie przecież zezwalał jej na wszystkie młodzieńcze głupoty, które ludzie w jej wieku na okrągło popełniają. Pozwoliłem jej pozwiedzać miasto w towarzystwie… najniebezpieczniejszego człowieka, jakiego poznałem – mówił sobie. – Jeśli to nie jest oznaka swobody, to nie wymyślę nic lepszego.

Miał teraz dużo czasu na myślenie, zwłaszcza że nic innego mu na dzisiaj nie zostało. Na powozie znajdowało się pełno przeróżnych towarów: talerzy, płótna, trochę ksiąg, a nawet kilka mieczy – wszystko miał dostarczyć w Albio osobom wcześniej mu przedstawionym. Tym razem upewnił się, iż wskazani nie mają nic wspólnego z bandytyzmem. Kupcy, z którymi robił interesy, byli zdziwieni jego pytaniami, ale odpowiedzieli – wszyscy oczekujący byli stuprocentowymi rzemieślnikami; krawcy, zielarze, sprzedawcy, niekiedy nawet kowale chcący urozmaicić swój sklepik o dzieła innych mistrzów – każdy z nich mógł poszczycić się legalną działalnością.  Pietro przyjął ich słowa z niemałą ulgą, przy okazji zdając sobie z czegoś sprawę.

Bardzo dawno temu był na targu w celu przehandlowania czegokolwiek. W centrum miasta – jeśli w ogóle w nim bywał – to tylko jako klient, nie sprzedawca. Jego praca w ciągu ostatnich miesięcy zmieniła się raczej w rolę dostawcy. „Kupiec odstawiony od swojego stoiska zaczyna z czasem usychać – powtarzał mu zawsze ojciec. – Dowóz dowozem, ale przynajmniej raz w tygodniu trzeba wyłożyć towary i wsłuchać się w piękno harmidru miasta. Wtedy tacy jak my mogą poczuć, że żyją”. Wygląda na to, tatku, że jestem takim samym trupem jak ty – podwinął mu się w głowie niesmaczny żart, za który szybko sam się skarcił. Mniejsza, czy stary Vincenzo miał rację, Pietro zmienił styl swojej pracy. Wiedział, że jeśli przyjdzie im wyjechać za granicę, to zrezygnuje z miana dostawcy a zostanie… przemytnikiem! A po czymś takim, jak uważała większość, trudno będzie odpuścić adrenalinę z zakazanego biznesu i ponownie wrócić na – mogłoby się wydawać – nudne i szare stoisko. Dobrze, że on nie był tego typu człowiekiem, a natłok wrażeń, go raczej przytłaczał, niż pasjonował.

Pamiętał to, kiedy zarabiał na pogrzeb ojca i na życie w Tybenet. Wtedy zrozumiał, że życie pełne wrażeń – szlachetnego bandyty, jak zapewne powiedziałaby Anna – nie było dla niego. Naprawdę, nie oszukiwał w tym względzie samego siebie. Jedyne, na czym mu zależało, to właśnie nudna i przeciętna niewielka sieć sklepów w stolicy i okolicach. Tak, żeby nie musiał martwić się o pieniądze, ale żeby nie miał ich na tyle dużo, żeby ktoś niegodziwy się nim zainteresował. W jego przypadku mogą to się wydawać dziwne zachcianki, zwłaszcza że do niedawna był bardzo bogaty, ale… nie pragnął jakoś szczególnie fortuny. Życie, do jakiego przywyknął, nie pozwoliłoby mu cieszyć się z królewskich wygód, tak jak miała w zwyczaju jego siostra. Zawsze, kiedy wracał do domu w Vinesse, dusił się tam. Tak – przyznał przed sobą. – Kiedy się odkuję, nie będę jak ojciec gnał po bogactwa, ale odpuszczę i zaszyję się w jednym miejscu. Chyba już odpowiedni czas, żeby znaleźć sobie żonę… I Annie męża…

On tu wybiega bez sensu w przyszłość, nie wiedząc nawet, co przyniesie jutro, a ich ciągle ni widu, ni słychu.

Siedział tak jeszcze jakiś czas, obserwując słońce, które powoli zaczynało schodzić z nieba. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie zostać tu na noc – irytował się. – Nie będziemy przecież zbierać chrustu po ciemku! Był już bliski zrywania sobie włosów z głowy… kiedy na ścieżce wypatrzył ubranego w czerń człeka, całkowicie wyróżniającego się z wesołego i przepełnionego życiem tłumu. Nie dość, że wydawał się ponury jak sama Śmierć, to jeszcze nie był w stanie sam ustać. Anna podtrzymywała go, wyciskając z siebie siódme poty. Pietro, widząc poobijanego ochroniarz, nie mógł powstrzymać słów, które same wyszły mu z ust:

- Co się, kurwa, stało?!

Powtórzył to pytanie, już odpuściwszy przekleństwo, kiedy spóźniona dwójka wypatrzyła jego wielki powóz z tłumu i podeszła doń z nietęgimi minami. A przynajmniej w przypadku dziewczyny – poprawił swoje spostrzeżenie kupiec. – Spomiędzy blizn i opuchnięć tego drugiego mało co da się dojrzeć.

- Potknąłem się – wydobył z siebie mag, chyba licząc, że Pietro to rozbawi. Nie rozbawiło. – Straszna niezdara ze mnie, co mam więcej powiedzieć?

- Przecież krew na tobie jest jeszcze świeża, myślisz, że nie zauważę? Czy ty masz złamany nos? A to blizny po ostrzu?!

- Bardzo mocno wyryłem w ziemię – trwał przy swoim.

Kupiec zwrócił się ku siostrze.

- Co się z wami działo? – zapytał ją, wiedząc, że ta nie będzie mu łgać.

Ta z kolei najpierw spojrzała w potworne oczy Niecnego Algitieri, jakby uzgadniając z nim wersję wydarzeń, a następnie oznajmiła krótko:

- Było tak jak powiedział – skłamała bratu w żywe oczy po raz pierwszy od początku podróży. Co jeszcze dziwniejsze, wzięła stronę czarnoksiężnika. – Ale tak się składa, że upadł na kilka osób. Ci nie byli tak wyrozumiali i… widzisz efekty.

Młody Gaudette, zdając sobie sprawę, że nie dowie się od nich niczego więcej, schował twarz w dłoniach, jakby zażenowany, po czym zmierzał do zakończenia tematu ze śmiertelną powagą w głosie:

- Ale nie mamy się czego obawiać, tak?

Anna spojrzała na maga, a ten z kolei pokręcił głową za ich dwójkę. Kupiec nie uwierzył im, co winno być oczywiste, ale nie widział, żeby dało się zrobić z tym coś więcej.

- Dobra – rzekł w końcu, po czym przeszedł do następnej sprawy: – Mieliśmy jechać, ale wiecie, wydaje mi się, że lepiej będzie zostać na noc w mieście i…

- Nie! – przerwali mu oboje.  Mag z mroczną powagą w głosie, a Anna jak rozpieszczone dziecko; nawet lekko podskoczyła.

- Powinniśmy jechać – przekonywała jego siostra. – Najlepiej od razu.

- Popieram – dorzucił mag. – Szkoda marnować czasu. Sam przecież mówiłeś, że ci na nim zależy. Tutaj… nic dobrego nas nie czeka.

Kiedy Pietro Gaudette zostawiał siostrę z tym osobnikiem, ten wyglądał, jakby chciał zrobić jej krzywdę. Z jego oczu wyraźnie dostrzegalna była żądza mordu. Teraz sprawiał wrażenie, jakby ją zaspokoił, napił krwi, czy co tam innego magowie mają w zwyczaju. Dziewczyna żyła, więc nie powinno go to zastanawiać, ale… Skąd u nich ta nagła jedność? – zachodził w głowę, stojąc przed tymi kompletnie różnymi ludźmi, z czego jeden był całkowicie niereformowalnym samotnikiem i ponurakiem. – Co stało się w tym mieście?

- Co mnie ominęło? – pozostawało jedynie zapytać.

Dwójka spojrzała na siebie, nie mogąc znaleźć prostej odpowiedzi. Ostatecznie Pietro nie dowiedział się tego w ogóle, ale – pod naporem pozostałych – jeszcze tego samego dnia wyruszył w dalszą drogę.

 

*

 

Santiago de Nolla wściekły przemierzał uliczki Tenez, miasta, którego uważał się za nieoficjalnego pana. Nie była to oczywiście prawda, ale dla niego nie miało to znaczenia – był zdania, że skoro ma pieniądze, to może pozwolić sobie na wszystko. Ludzie będą w stanie zrobić dla niego cokolwiek ten zechce; najładniejsze kobiety oddadzą się na zawołanie, mężczyźni będą się wydurniać i zamęczać w jego imieniu, a dzieci – jeśli najdzie go ochota – będą robiły mu za podnóżek przy stole.

Uważał się za człowieka interesu. Pochodził ze średnio zamożnej szlachty, mimo to sam znacznie powiększył rodzinny majątek; niekoniecznie legalnie, ale nie miało to żadnego znaczenia – on w tym mieście był siłą, a tutejszy Sędzia i jego trzej przydupasy nawet nie mieli pojęcia o jego istnieniu – de Nolla już dokładnie o to zadbał.

Jego życie, z jakiej strony by nie spojrzeć, było usłane różami. Jak mniemał – całkowicie zasłużenie. Brał to, czego chciał, nie zważając zbytnio na konsekwencje. I przez większość czasu nigdy nie musiał się czymkolwiek martwić. Przynajmniej do spotkania z Niecnym Algitieri – na samą myśl o tym złodzieju czerwieniała mu twarz.

Cały rok ten nikczemnik śnił mu się po nocach. Zawsze śmiał się w twarz de Nolli, krzycząc, że był jedynym, któremu udało się okraść wielkiego przedsiębiorcę. Duma, którą Santiago miał większą niż mury tego miasta, nie dawała mu spokoju. Każdą wolną chwilę poświęcał na myśl o zemście i zastanawianie się, co z tym złodziejem zrobi, kiedy ten wpadnie w jego łapy. Niestety gdy w końcu nastał ten upragniony dzień, wszystko zniszczyła ta smarkula!

Ale on się nie poddał. Od razu pobiegł do najbliższej rudery, w której żyli jego ludzie, i nakazał im, aby odnaleźli złodzieja. Podał im informacje, że ów osobnik zmierzał w stronę północnej bramy – więc kopnął wszystkich w rzycie, żeby ci biegli szybciej – a na dodatek nakazał dostarczyć dziewkę, która podróżowała z rabusiem, żywą. Najpierw ja się z nią zabawię, a potem oddam ją temu motłochowi – myślał wtedy, przypominając sobie, że tamta kobieta mimo braku oka była całkiem znośna.

Niestety znowu wszystko nie poszło po jego myśli. Najpierw jego przyjemny spacerek pokrzyżował całkowicie zakrwawiony człek, a następnie podszedł do niego. De Nolla chciał pogonić brudasa, ale ten szybko wytłumaczył, o co się rozchodziło.

- Znaleźliśmy tego… tego złodzieja, panie – powiedział z przerażeniem w oczach.

To był jeszcze dzieciak; nie miał więcej jak siedemnaście lat. Krew, którą był oblany, świadczyła o niezłej jatce, która nie tak dawno temu miała miejsce. Dodatkowo chłopak kulał na prawą nogę, jakby ta wcześniej została przygnieciona. Wyglądał, jakby powrócił z wojny.

Młodzik szybko zaczął streszczać szefowi całe zajście, co ten przyjął z niemałą wściekłością. De Nolla, słuchając tego wszystkiego, miał wrażenie, że sam Zegarmistrz raczył z niego zakpić.

 Grupa, która natknęła się na tego złodzieja Algitieri, nie dała rady go pokonać, co dało się wydedukować na starcie. Mam za słabych ludzi – z początku myślał Santiago, później jednak zrozumiał, że jego banda stanęła naprzeciwko wroga, który od samego początku oszukiwał.

- To był pierdolony mag? – zszokował się, słysząc relacje. – Zatrudniałem do roboty cholernego odmieńca?!

- Tak, panie… – potwierdził niepotrzebnie chłopak. – Tylko ja przetrwałem.

- Po krwi na tobie idzie to wiedzieć, młody. Powiedz lepiej, gdzie ostatnio widziałeś tego nikczemnika? Akurat słyszałem, że inkwizytorscy łowcy są w mieście. Po tym popierdoleńcu nie będzie co zbierać. No, gadaj!

- Daruj, panie, ale… on… najprawdopodobniej już opuścił miasto. Udał się z tą panienką prosto do północnej bramy… Ona… jest tak samo potworna jak on! Najpierw wyciągnęła miecz z martwego Gaureza, a potem wytarła go o szorty trupa, jakby nigdy nic. To było tak kurewsko straszne. Kiedy to robiła, ten czarodziej śmiał się do rozpuku i pilnował mnie, żebym leżał nieruchomo. Ja… zeszczałem się w gacie, trząsłem jak cholera, ale nawet nie podniosłem dłoni!

- Kurwa mać! – ryknął podjudzony de Nolla, nie znajdując innych słów będących w stanie streścić jego emocje.

- To nie wszystko, panie. Mam dla pana wiadomość. W sensie, od złodzieja… maga-złodzieja.

- Mów!

I Santiago de Nolla usłyszał całą wypowiedź odmieńca, młodzik powtórzył ją bardzo dokładnie. Nawet obraził swojego szefa, zakrywając się tym, iż jedynie cytował. Prawdą jednak było, że nie miał do tego niedźwiedzia szacunku i wypowiadanie tych słów sprawiło mu poniekąd przyjemność. De Nolla przypominał zgorzkniałą babę, która ukochała sobie darcie mordy na innych. Nikt z jego ludzi go nie lubił, ale każdy z nich brał od niego orsissy. Do takiego oto zeszmacenia życie zmusiło „porządnych” ludzi.

- Ten skurwiel ze mnie zadrwił! – Twarz szefa poczerwieniała niczym dorodny pomidor. Ten widok dla chłopaka wydawał się komiczny. – Może jeszcze nie jest za późno. Nawet jeśli opuścili miasto, nie znaczy, że nie są wyjęci spod prawa. Znajdź tych Inkwizytorów, młody. Popytaj ludzi i znajdź ich jak najszybciej. Niech wiedzą, że północną bramą uciekł dziś mag i jego nierządnica.

- Tak, panie!

I zakrwawiony chłopak pobiegł czym prędzej. Kulał, więc nie był tak szybki, ale to nie miało wielkiego znaczenia. Grunt, że udał się na poszukiwania rzekomych łowców magów. Szukać musiał naprawdę długo, gdyż – jak łatwo się domyślić – ludzie nie potrafili zawierzyć człowiekowi z juchą na rękach… i na całym ciele. W dodatku młodzik miał plamę po moczu na spodniach. Łagodnie mówiąc, nie wzbudzał sympatii. Tak więc gnał kolejno do następnych przechodniów i starał się czegoś dowiedzieć. Zmęczył się przy tym niemiłosiernie.

Ale de Nollę to nie obchodziło. On wydawał polecenia i na tym ograniczyły się jego zainteresowania. Szedł podjudzony jeszcze przez długi czas, bezskutecznie starając się uspokoić.

Kiedy tak maszerował, stracił orientację. Tym bardziej ucieszył się, gdy wrócił pod swój wielki dom. Zdziwił się jednak, widząc tuż przed drzwiami jednego ochroniarza. Twarz mężczyzny wydawała się de Nolli obca, a on nie zatrudniał do strzeżenia domu jakichś pierwszych lepszych obdartusów z ulicy. Na dodatek ochroniarz powinien stać po drugiej stronie zamkniętych drzwi, nie rzucając na budynek podejrzeń. A z nim miał być jeszcze drugi! – obcy człek doprowadził go do szewskiej pasji. Tego było zbyt wiele. Santiago de Nolla zbliżył się do niego, chcąc przegnać go jak najdalej stąd. Nie pamiętał, czy kogoś takiego zatrudniał, ale nie miało to większego znaczenia; już postanowił. Niech smrodzi gdzie indziej – dumał. – Tacy tylko niszczą odbiór mojego domu!

Zanim jednak z jego ust wyleciało jedno słowo, tajemniczy strażnik zabrał głos jako pierwszy.

- Czy mam przyjemność z panem de Nollą? – zapytał uprzejmnie.

- A żebyś wiedział, ty…

Nie słuchając obelg, mężczyzna otworzył drzwi.

- Zapraszam – wyrzekł, a następnie nie powiedział już nic.

Santiago próbował go wyrzucić, zarzekał się, że ten nie dostanie ani złamanego grosza, ale na nim nie robiło to wrażenia. Zupełnie, jakby płacił mu ktoś inny – oburzał się Santiago. – Doprawdy, to miasto zaczyna rodzić samych półmózgów.  Nie widząc innej opcji, wszedł do własnego domu. Na stracie poczuł się dość dziwnie, widząc masę obcych ludzi rozmawiających z jego podwładnymi. Zarówno jedni jak i drudzy patrzyli na niego z pełną pogardą w oczach. Pożałują tego – podbudowywał się na duchu, choć tak naprawdę miał coraz większe obawy. Mężczyźni wyraźnie nakierowywali go na jego gabinet, gdzie ten niezwłocznie się udał. Był bliski spanikowania, kiedy na miejscu zobaczył grupkę ludzi, otoczonych kupami złota: małymi, średnimi i dużymi orsissami. Prócz tego gdzieniegdzie znajdowała się sterta papierów, które zawsze wypełniał za de Nollę ktoś inny – on sam nie miał do tego ani chęci, ani głowy. Kto im to wszystko udostępnił?! – bał się zapytać.

Kiedy wszedł do pomieszczenia, zamknięto za nim z drugiej strony drzwi i zostawiono go samego z grupką obcych mężczyzn. W tym jednego, który wyróżniał się w tłumie – mowa o blondynie o uśmiechniętej twarzy. Ten posiadał strój szlachecki, lecz herbu na nim nie dało się doszukać. Jasnowłosy wydawał się być przywódcą pozostałych w gabinecie. A może nawet wszystkich obcych obecnych w domu? – to było bardziej prawdopodobne.

- Nie dość, że podróż nam się dłużyła, to jeszcze kazałeś nam tyle na siebie czekać? – zażartował blondyn. – Co z tobą, de Nolla? Głos ci odebrało? Ponoć jesteś największą szychą w mieście?

- Ja… ja… – zająkał się zapytany. – Co wy, do cholery, robicie w moim domu? Dlaczego twoi ludzie rozmawiają z moimi? Kto wam pozwolił ruszać moje pieniądze? I skąd wiecie, kim jestem?!

- Tak jak mówili – zauważył jeden z bandy. – Przyjemny jak rozdrażniony zwierz.

- Ty już więcej nie masz tutaj ludzi – dodał drugi. – Wszyscy w tym domu pracują dla Maccacio. Zostałeś sam.

Santiago w jednej chwili poczuł się jak bezbronne dziecko, za które nigdy nie chciał uchodzić. Przez głowę ciągle przelatywały mu słowa: „Zostałeś sam”. Czuł się bezmocny, a jego mięśnie w starciu z całą bandą byłyby bezsilne. Spanikował, lecz zrobił, co w jego mocy, aby to ukryć. Mniej więcej mu się to udało. A przynajmniej na razie.

- Wspomniałeś o pieniądzach – zauważył pośrednio przedstawiony Maccacio. – Spieszę z odpowiedzią. To wszystko, co tu widzisz, pójdzie na szczytne cele. Rozumiesz, na wyższą sprawę, za piękne wartości i tak dalej.

- Co zamierzacie z nimi zrobić? – zapytał de Nolla, a jego głos zaczął się załamywać.

- Teraz? – Blondyn wzruszył ramionami. – Nic. Co teraz mielibyśmy zdziałać? Będziemy wyczekiwać… lepszej okazji. A kiedy ta się nadarzy, pozbędziemy się panów i sług. Zlikwidujemy system, który od wieków dusił naszych przodków. Zrzucimy szlachtę z piedestałów i wprowadzimy nowe porządki. Żeby każdy człowiek był równy!

- C-chcecie się b-buntować?

- Buntować? Skądże, to dobre dla nieposłusznych i rozwydrzonych paniczyków. – Maccacio machnął ręką. – Ja tutaj mówię o rewolucji!

Wtedy Santiago de Nolla nie wytrzymał; padł na kolana, domyślając się, że dla takiego celu jego umiejętności nie będą potrzebne, że w ogóle on nie będzie potrzebny. Złapał za spodnie blondyna i zaczął ze łzami w oczach błagać go o łaskę. Był wtedy doprawdy żałosny, a pozostali nie potrafili ukryć rozbawienia całą sceną.

- Błagam – ryczał, plując śliną na podłogę. – Zrobię wszystko! Nie zabijajcie mnie! Bierzcie, pieniądze, dom, moją kobietę, ale… Na Zegarmistrza, nie róbcie mi krzywdy!

Skutek tego kajania był jasny, lecz tylko nieliczni znali prawdę. Cała reszta Tenez i świata – jeśli go to w ogóle obeszło? – dowiedziała się nazajutrz, iż niejaki Santiago de Nolla, bogaty, acz mało wybijający się z tłumu szlachcić powiesił się wczorajszego dnia we własnym gabinecie. Z samego rana jego ciało odnaleźli ludzie, których ten wynajmował. Ponoć na miejscu zdarzenia zjawił się sam Sędzia. Znalezione papiery świadczyły o tym, iż samobójca miał liczne długi i najzwyczajniej w świecie stchórzył. Jego skarbiec był pusty i nie posiadał na sobie żadnych śladów włamania, co przemawiało za tą teorią.

To była prawda. Jakakolwiek inna wersja wydarzeń nie miała znaczenia, ludzie kupli tę pierwszą. De Nollę jako tego, który odebrał sobie życie, nie można było pochować z resztą zmarłych, nie narażając ich na potępienie; nie zezwolono na umieszczenie go na cmentarzu czy w katakumbach. Dlatego jego ciało zostało rozczłonkowane i spalone, aby zmyć grzech samobójstwa. Tydzień po śmierci „nieformalnego pana miasta” nikt nawet nie pamiętał jego imienia.

Jako że ów szlachcić nie miał żadnych krewnych, a jego żona zniknęła bez śladu w dniu śmierci męża – dom wystawiono na aukcję, z której zysk miał wzbogacić skarbiec miasta. Ku początkowemu zdziwieniu wszystkich posiadłość kupił handlarz z przynajmniej o połowę mniejszego Harracollum. Nie ma co ukrywać, iż ów mężczyzna wzbudził w Tenez ogólną sensację. Dodatkowo zjednał sobie ludzi, kiedy okazał wszystkim swój wspaniały charakter i gorliwą wiarę w Stwórcę oraz dobroczynność. Od początku jego wprowadzenia się, każdy mieszczanin, biedny i bogaty, zapałał sympatią do blondwłosego Maccacio. „Pierwszy Sędzia może być dumny z tak wspaniałych poddanych” – jak przyjmie się niedługo o nim mówić.

 

*

 

Nie wybiegając jednak w przyszłość, należałoby wspomnieć jedno z pozoru mało znaczące, acz arcyważne zdarzenie. Zdarzenie, które zapoczątkuje serię licznych bardziej rozbudowanych poczynań, a w efekcie zmieni tor, po którym toczyło się życie Cesare z Amebari.

W świątyni było niemalże całkowicie pusto. Nikt nie wiedział co prawda o pogrzebie Inkwizytora Augusto Nadalli, ale nawet jeśli byłoby to ogłoszone tydzień wcześniej, Cesare nie miał złudzeń, że nikt nie przyszedłby pożegnać człowieka, który oddał życie za swoje ideały, który zginął, żeby chronić ludzi. Ci – niespodzianka! – zawsze przedstawiali się bardzo niewdzięcznie, a żywiąc w ich stronę jakiekolwiek nadzieje, można było bardzo się rozczarować. Tę lekcję Cesare pojął jeszcze jako chłopiec, pałętając się po Amebari bez wyraźnego celu. Toteż nie dziwiło go, że prócz kilku młodych mnichów sprzątających salę, nikt nie interesował się tym niedługo bezimiennym trupem wewnątrz budynku. Przynajmniej jest cicho – pocieszał się młody Inkwizytor. – Każda taka uroczystość powinna tak wyglądać. Szkoda, że nie udało mi się pochować tak ojca… Pewnie jego truchło zjadły bezdomne psy…

Spojrzał na ciało swojego druha, które kapłani dokładnie obmyli, ponownie założyli czystą, acz przebitą zbroję i umieścili na głównym podniesieniu sali, blisko ambony – leżał w trumnie, a ta musiała być otwarta do końca obrzędu. Na zniżeniu, tuż obok stali wszyscy pozostali Inkwizytorzy z grupy Nadalliego. Patrzyli się na zmarłego pustymi wzrokami, zapewne rozważając tematy związane ze śmiercią, może przemijaniem. Cesare bardzo ciekawiło, jakież to wnioski wyciągnęła pozostała dwójka, gdyż on… nie widział w tej śmierci niczego. Ona po prostu się stała. Żałował Augusto, nienawidził maga, który zakończył jego życie, ale wewnątrz czuł pustkę, która nie chciała się zapełnić. Pragnął pochłonąć kilka przemyśleń starszych Inkwizytorów. Jeśli obecnie przemieszczały się w jego umyśle jakieś uczucia, on nie potrafił ich nazwać. Czy to kara za to, że powątpiewam w ciebie, Boże? – zadał pytanie Stwórcy; w końcu był w miejscu do tego przeznaczonym.  Ten jednak – jak zwykł robić – milczał.

Skoro wszystkie świątynie to domy Pana, to skąd mam wiedzieć, w którym On akurat jest? – zirytował się. Chciał spotkać Zegarmistrza, szczerze z nim porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego jego rodzina musiała umrzeć, dlaczego zostanie Inkwizytorem miało tak wielką cenę. Dlaczego Augusto musiał dzisiaj odejść? – dodał do swojej listy kolejne pytanie. – On szczerze w ciebie wierzył, a ja powątpiewam. Mimo to to mnie uchroniłeś od złego. Czy ty się mną bawisz? Czy to ma jakiś głębszy sens? To moja kara? Odpowiedz mi!

Czym bardziej chciał porozmawiać z Wszechmocnym, czym bardziej zastanawiał się, ileż rzeczy pragnął z nim przedyskutować, tym mocniej się rozczarowywał. Przecież ja w ciebie nie wierzę – powiedział sobie, kiedy razem z resztą grupy modlił się o łaskę dla zmarłego. – Po co ciągle usiłuje z tobą gadać? W Inkwizytorium mogli nauczyć go ogłady i skutecznego kłamstwa; pojął wtedy wiele, ale… Boga pośród wierzących nie odnalazł. Miast tego ciągle śnił twarz ojca, którą dotykał swoimi małymi rączkami, kiedy ten umierał. Ciągle w głowie miał obraz trupa, nie Stwórcy. Dzisiejszej nocy zapewne przyjdzie mu zmierzyć się z kolejnym koszmarem – przebitym soplem przyjacielem, którego śmierć zdawała się od początku zbędna i bez sensu. Dlaczego on musiał odejść? – zapytał jeszcze raz, a kiedy znowu nie otrzymał odpowiedzi, przeżegnał się wraz z pozostałymi.

Modlitwy w ich religii odprawiano głośno i hucznie, prawie zawsze ze śpiewami – wyjątkiem były właśnie pogrzeby, choć niekiedy ponure pieśni okazywały się wręcz wskazane. Choć ta świątynia nie była najlepszym przedstawicielem ichniego przepychu, to wciąż dało się z niej wyczuć bogactwo i wszechobecne piękno. Wszędzie porozstawiano obrazy religijne, posągi aniołków i świętych czy pozłacane zegary – wszystko wykonane przez artystów ledwo wiążących koniec z końcem. Same stroje mnichów do obrzędów wydawały się lśnić bielą i zielenią, a znaki ich wiary wyryte na sutannach wykonano z najprawdziwszego metalu.

Aby poprawnie się przeżegnać, trzeba było wykonać nad głową znak koła – w domyśle tarczy zegara. Znaczyło to, iż oddawaliśmy się pod opiekę Boga i czasu, który w swojej mądrości nam zesłał – tak myśleć nauczyli go starsi Inkwizytorzy, zawsze tak też powtarzał zapytany… Chciał tak myśleć, jednak czas w jego oczach wydawał się potworem, który wszystkich prędzej czy później porwie w swoje łapy i uśmierci, bez wyjątków, bez jakiejkolwiek sprawiedliwości.

Modły i cytowanie Świętych Tekstów przez kapłana na ambonie dobiegało już końca. Niedługo mówca dzisiejszej ceremonii skrzyknie grabarza i jego pomocników. Wtedy ci udadzą się na cmentarz, zaraz obok. Ciało Augusto Nadalli spocznie w ziemi, na wyróżnionym miejscu, razem z poprzednimi Sędziami i Ławnikami. Wszystko dzięki jego inkwizytorskim przywilejom.

Niestety nie każdy po śmierci mógł sobie pozwolić na pochówek w miejskiej ziemi; pod nią znajdowały się katakumby, w których masowo grzebano ludzi, przeważnie nie w grobach, tylko wrzucano ciała do dużych szczelin pod Tenez. Każde miasto posiadało jakąś wersję swoich podziemi, nieraz kopano je latami, aż dotarło się do ogromnych jaskiń w głębi lub tworzono wielkie doły i tam też wrzucano zwłoki. Trzeba było uważać, żeby wchodząc w mrok, samemu nie spaść na stosy kości i mniej lub bardziej rozłożonych ciał. W zależności od miejsca mogło być tam głęboko i płytko; tylko nieliczni znali jakiekolwiek katakumby na pamięć, a nawet jeśli – nie chwalili się tym. To były zbiorowe mogiły, które potrafiły spędzić wiele snów z powiek. Tam lądowała tak zwana przeciętna większość mieszczan, rodziny zmarłych nie składały zażaleń, nie mogły – brakowało im pieniędzy na pochówki w ziemi, toteż katakumby okazywały się dla nich jedynym zaakceptowanym przez wiarę pochówkiem; tylko tak ich bliscy mieli możliwość sprawiedliwego osądu po śmierci. Oczywiście za takie coś też należało się uiścić opłatę mnichom, za to i za kilka słów na ambonie. Ale to już była znacznie mniejsza kwota, na którą prawie każdy mógł sobie pozwolić. Prawie – pomyślał z goryczą były żebrak z Amebari.

Z racji gnijącego mięsa w katakumbach zawsze roiło się od jakichś trupojadów; czy to ghuli czy czegoś większego – nie przeszkadzało to grabarzowi w pełnieniu swoich obowiązków, pieniądze były ważniejsze zarówno dla niego jak i dla pobliskiej świątyni. Co by nie powiedzieć, to był niebezpieczny zawód, ale sam zainteresowany nie wydawał się mieć innej perspektywy. Z takim myśleniem dużo chętnych się zgłaszało. A i dobrze, bo często nowy grabarz był potrzebny. Nieraz zdarzało się, że facet wchodził w podziemia i nigdy więcej nie wrócił. Jak błagałem o pieniądze pod świątynią w Amebari, myślałem, że grabarz jest nowy co miesiąc – przypominał sobie. – Ojciec mówił, że przesadzam, ale ja pamiętałem wszystkich… Oni zawsze patrzyli na mnie jak na śmiecia… Śmiecia, którym zresztą byłem.

Niespodziewanie ceremonię przerwał wbiegający do świątyni mężczyzna. Wydawał się wyczerpany, ledwo łapał powietrze. Ceremonia prawie się zakończyła, a mu zachciało się akurat teraz spowiadać – zirytował się w pierwszej chwili Cesare. Wejście chłopaka sprawiło, iż kapłan zaniemówił, a zaschnięta krew, którą tamten na sobie posiadał, przestraszyła młodych mnichów, tych sprzątających. Rzeczywiście, dużo tej juchy… – należało przyznać.

- Nie widzisz, że trwa pogrzeb? – rzekł do zdyszanego Lopez Maccari. Jego mina dawała do zrozumienia, że był bliski wyrzucenia obdartusa z budynku. Cesare podziwiał go, że pomimo takich uczuć się powstrzymywał. On by tak nie potrafił. Szczęście, że był bardziej zmieszany tym wszystkim i nie żywił mocniejszych emocji… Chociaż dla niego to tragedia, przynajmniej nie doszło do bójki w świątyni. – Masz sprawę do mnichów, przyjdź później!

- Pany… – wydyszał chłopak, którego strój prawie w całości pokrywała zaschnięta jucha. Lekko kulał na jedną nogę, jednak nie na tyle mocno, żeby musiał przestać biegać. – Ja… Ja…

- Jak coś zrobiłeś, to do Ławnika się z głoś, nie tu – przerwał mu dowódca łowców. – Teraz wyjdź. Trwa pogrzeb.

- Ja do was – wysilił się, opadając na kolana. – Mag… mag… musicie wiedzieć, pany… Mag uciekł północną bramą!

- Skąd wiesz, że to czarodziej? – zaciekawił się  rudowłosy Frangillo. – Czarował przed tobą?

- Kumpli mi zajebał!

- Uważa, jak mówi w domu bożym! – oburzył się kapłan z ambony.

- Rozgromił nas jak kot zgraje myszek – poprawił się pod naporem nieprzychylnych spojrzeń. – Zmasakrowane trupy ciągle leżą w wąskiej uliczce. Nie wierzycie, pany? Patrzcie na mnie! Krew, krew i więcej krwi, o!

Inkwizytorzy spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, co z tym fantem winni zrobić.

Niewtajemniczeni z reguły mieli małe pojęcie o pracy inkwizytorskiego łowcy. Nie wiedzieli, iż on nie może od tak rozpocząć pościgu za jednym magiem czy samą plotką o jego istnieniu. Nie, za tym czyhała machina urzędników, która zezwalała na pogoń lub nie. Wszystko ustalano na podstawie relacji i dostarczanych poszlak. Samowola łowców była karana; przeważnie dostawał przywódca drużyny, tracąc stopień.

Jeśli jednak mag sam zaatakował, bądź drużyna napotkała go w trakcie przeznaczonego zlecenia… Cóż, nikt nie składał zażaleń. Nie mogli działać na własną rękę, gdyż utrzymywali się z pieniędzy całego Inkwizytorium. Jeśli wszystko stało się po drodze, ani mały orsiss więcej nie został wydany – to nawet się chwaliło. To mógł być taki przypadek – myślał Cesare. – Z północnej bramy wyjeżdżało się tylko na północ, jak sama nazwa wskazuje. Może spotkalibyśmy czarnoksiężnika podczas powrotu do Amebari? To byłby już mój drugi…

- Jak was pokonał? – zapytał Lopez, kompletnie ignorując pogrzeb. – Jaka to była magia?

- Nie wiem, panie. Wszędzie była krew, myślelim, że to jaki potwór, ale… Nie mam pojęcia. On podniósł nawet trupa i przez chwilę ten się poruszał. Magia, powiadam wam.

- Opis jak z makabrycznej bajki dla dzieci – przywódca grupy schował twarz w dłoniach. Po chwili ponownie uniósł swoje pewne spojrzenie. – Pokażesz nam, gdzie to się stało?

Chłopak pokiwał głową, choć nie był zbyt rozentuzjazmowany na samą myśl o tym.

- A co z pogrzebem? – wtrącił się Cesare, kiedy pozostali chcieli się oddalić. – Przecież Augusto…

- Racja – zamyślił się jego przełożony. – Zrobimy tak: Frangillo pójdzie ze mną i zobaczymy, co tam się właściwie stało. Ty, tak jak ostatnio, zostaniesz z Nadallim do końca.

Ale to ja powinienem zabijać magów – agresywny głos chciał wyrwać się z jego wnętrza. – Powinniśmy zostać tutaj wszyscy, a wrócić do pracy dopiero po pogrzebie! Ciała nie uciekną, a my polować bez zgody i tak nie możemy…

Ale… – tylko tyle udało mu się powiedzieć.

- To rozkaz – przerwał Lopez, a następnie zwrócił się do rudzielca: – Idziemy. Ty, chłopcze, prowadź.

- Tak jest, panie! – Pokulał do drzwi.

I tak Augusto Nadalli został niemalże całkowicie sam, w towarzystwie obcych kapłanów i zaledwie jednego druha. Żył zawsze otoczony przyjaciółmi i dobrocią innych. Skończył jednak zabity przez plugawego odmieńca, a jego drużyna tuż po śmierci odwróciła się od niego, zostawiła za sobą jak zużyty but. Nawet Cesare, który pomimo obecności, myślami był gdzie indziej. Skoro tak sprawy się potoczyły, żałował, że to nie Frangillo był tym, który musiał zostać. Nie zwrócił zbytnio uwagi, kiedy grabarz i jego pomocnicy zamknęli trumnę, zabrali ciało i udali się na bok świątyni, na cmentarz. Młody Inkwizytor towarzyszył im cały czas, jednak nawet nie krył swojej nieuwagi; jego oczy leciały ciągle za miejscem, gdzie zniknęli jego druhowie. Chciał wiedzieć, z kim przyjdzie im walczyć następnym razem.

Kiedy obserwował jak pomocnicy grabarza zakopują drewnianą, niezbyt ładną trumnę, w końcu zrozumiał, że pustka, o której wcześniej mówił, zniknęła. Zapełniła ją najmocniejsza nienawiść, nie do martwych, ale do żywych. Ona całkowicie go zajęła. Mag, o którym nic nie wiedział, zawczasu stał się jego celem. Szkoda by było, gdybyśmy minęli się po drodze – liczył, iż nie tak ta historia się potoczy.

Ale żeby wiedzieć cokolwiek więcej, będzie musiał poczekać na relacje pozostałej dwójki. Zatem czekał. Czekał, aż wszystko dobiegło końca, a Augusto Nadalli spoczął w ziemi. Cesare nie wyrzekł żadnych ostatnich słów – ani przed grobem, ani w świątyni. Nie wierzył, że ten mógł cokolwiek usłyszeć…

Martwy spoczął razem ze elitą tutejszego miasta. Nie miał z nimi nic wspólnego, pierwszy raz też odwiedzał Tenez, ale wkomponował się idealnie. Po pogrzebie nikt nigdy nie zapyta, kim dokładnie była ta osoba; po pogrzebie – kiedy za miesiąc stawi się w miejscu grzebania kamienną tablicę nagrobną z imieniem – nikt nie będzie kojarzył trzeciorzędnego potomka czwartorzędnego rodu. Nikt nigdy nie położy tam kwiatów. Grób szybko zaroście, a sam napis zostanie pokryty mchem i będzie nieczytelny.

Kiedy słońce zdążyło już zajść, młody Inkwizytor ponownie zjednał się z drużyną w gospodzie, w której się tymczasowo zatrzymali. Dowiedział się wtedy wszystkiego, z uwagą wysłuchał opisu miejsca jatki. Chciał to zobaczyć, ale ponoć Lopez nakazał wezwać ludzi Ławnika, żeby posprzątali bałagan. Tak czy siak, to, co usłyszał, bardzo go zainteresowało. Nie sposób określić, jakie moce dokładnie posiadał sprawca; nikt z Inkwizytorów nie uczył o czymś takim, co ci zobaczyli w tamtej uliczce; ani relacja oszołomionego zajściem chłopaka nic im nie mówiła. Wszystko wyglądało tak, jakby mag, który dokonał mordu, nie był użytkownikiem żadnego z czterech żywiołów. Zapowiadało się na kompletną nowość – wyjątkowego zwyrodnialca.

Ta myśl towarzyszyła Cesare z Amebari przez całą noc, a także większość ranka, kiedy ci wyruszyli w drogę powrotną do ichniego Inkwizytorium.

 

Rozdział III

Nieszczęście pod Czterolistną Koniczynką

 

Pietro Gaudette głośno ziewną, witając dzisiejszy dzień. Wczoraj wyruszyli dość późno, a kiedy słońce kompletnie zniknęło z ich oczu, znajdowali się na pustym szlaku. Postanowili nieco zjechać z drogi i zatrzymać się na poboczu. Nazbieranie chrustu na polu było niemożliwe, więc musieli obejść się bez ognia. Uznali, że najbezpieczniej będzie przywiązać konie do pobliskiego zwalonego dębu i zasnąć w powozie. Kupiec zaprosił wtedy Niecnego Algitieri do nich – sam się sobie dziwił, ale wypalił, można powiedzieć, odruchowo. „Będzie bezpieczniej” – tak mu tłumaczył, choć całym sercem był przeciwny temu pomysłowi. Kiedy usłyszał, że mag spędzi noc w siodle, przyjął to z niemałą ulgą.

- Nie raz tak zasypiałem – zapewnił wówczas czarnoksiężnik. – Mną będziesz musiał się przejmować tylko, jeśli mi nie zapłacisz.  

Pietro mógł jedynie wzruszyć ramionami, gdyż gbur natychmiastowo się oddalił. Podobało mu się takie rozwiązanie, więc daleki był od przekonywania go; i tak spali z ostrzami w pogotowiu, a jeszcze z nim obok… nikt nie zmrużyłby oka. Dobrze, że ograniczyliśmy się do tej pierwszej opcji – uznał, rozciągając się.

Anna ciągle spała, zawsze miała w zwyczaju robić to najdłużej. Bywały dnie, że otwierała samotne ślepie dopiero w południe. On jednak nigdy jej nie budził, nie widział w tym celu. Tak było też i tym razem. Cicho wyśliznął się z powozu i stanął twardo na trawie. Zmrużył oczy przez wschodzące słońce i postąpił kroku. Nie zaszedł daleko – coś jakby wyrosło z ziemi, coś czego on w nocy nie zauważył, jakby kłoda, która przecież znajdowała się z innej strony. Przewrócił się przez to, lądując twarzą na piachu. Szczęście, że nie złamał sobie nosa, tak jak to „zdarzyło się” Niecnemu Algitieri.

Pietro wczoraj nie dowiedział się niczego konkretnego o zajściu, którego świadectwem były liczne szramy. Pozostała dwójka nie chciała go wtajemniczyć, a i on szybko stracił do tego zapał; koniec końców mag przedstawiał się jako osoba, którą… można o wiele oskarżyć – najprawdopodobniej była to sprawka jego charakteru, ale kupiec potrafiłby bez mrugnięcia okiem uwierzyć, że ktoś mógł chcieć zrobić mu krzywdę. Miast zamęczać człowieka, którego nawet nie chciał znać, zaproponował mu nastawienie nosa, tak od niechcenia – to nie wymagało dużej ilości słów, choć czarnoksiężnik klął przy tym jak szewc. Najpierw zgodził się niechętnie, a potem wyrywał się jak dziecko. Dobrze, że mam już to za sobą – myślał, wypluwając piach z ust. – Patrzył wtedy na mnie tak, jakby chciał mnie zabić…

Mężczyzna zwrócił się w stronę tego, co zwaliło go z nóg. Ku jego zdziwieniu ta „rzecz” się poruszyła. Miała na sobie dużo brudu i kilka ździebeł trawy, a jednak to dopiero stopy kupca sprawiły, że się obudziła.

- Co jest? – zruszył się Niecny Algitieri, wycierając twarz dłońmi. – Dlaczego mnie… kurwa, leżę na ziemi?

- Mówiłeś, że będziesz spał w siodle – Pietro powstał, widząc klacz maga kilka kroków dalej. – I że często to robiłeś…

- Często zdarzało mi się też spadać. – Również stanął na nogi, otrzepując brudne ubrania. – Strasznie się wiercę, co sprawia, że budzę się kilka kroków dalej, niż zasypiałem. Zdążyłem przywyknąć, ale… – Złapał się za szyję. – Po tym tak boli kręgosłup.

- Mogłeś spać z nami – wrócił do sprawy, która od początku wydawała mu się nieprzyjemna.

- Tak, tak – szczęściem Algitieri zbył ją ponownie. – Jakoś nie żałuję.

Od wczoraj Pietro bacznie obserwował, jak ewoluowała relacja maga i jego siostry. Z niemałą ulgą ujrzał, że  mało co uległo zmianie. Ani się do siebie nie zbliżyli, ani nie wyglądali na takich, którzy mieliby się pozabijać. Przynajmniej na razie. Po wczorajszym zwiedzaniu napotkał jedną pomniejszą różnicę – Anna przestała być aż tak uciążliwa w stosunku do czarnoksiężnika jak wcześniej. Mówiła do niego, niekiedy nawet długimi zdaniami, ale znacznie łatwiej odstępowała, kiedy ten nie chciał odpowiadać. Mężczyzna najprawdopodobniej uzmysłowił jej, że dalsze męczenie go nie będzie miało sensu. Musieli sobie dużo wyjaśnić. Szkoda, że mnie w nic nie wtajemniczono – pomyślał z irytacją.

Pamiętał, kiedy podczas wczorajszej kolacji cała trójka jadła zimną zupę z savenasse i mięsa trolta. Spożywali posiłek w ciszy, aż nagle Anna wypaliła do maga:

- Dlaczego nie chciałeś wyjąć sztyletu z czarną rękojeścią? – Cokolwiek miała na myśli, Pietro zaniepokoił się, że w grę wchodziła broń.

- Nie jest mój – zbył krótko Niecny Algitieri, wyraźnie nie chcąc gadać na ten temat.

Później dziewczyna nie dowiedziała się niczego konkretnego, gdyż każde następne pytanie czarnoksiężnik zbywał jakże treściwym:

- Chuj ci to tego.

Anna, jak już Pietro powyżej zauważył, nie była tak natarczywa – po nie otrzymaniu kilku odpowiedzi po prostu odpuściła i udała się w swoją stronę.

Po ostatnim posiłku, kiedy już powoli szykowali się do snu, Algitieri niespodziewanie zagadał do kupca. Wydawał się bardzo wyczerpany, jakby zdobywał się na nie wiadomo jak ciężki wyczyn. Powód jednak był błahy, i to bardzo. Mag rzucił mu trzy małe orsissy i skierował nań swoje niecne spojrzenie, wyraźnie mając jakąś sprawę.

- Masz jeszcze nić i igły? – zapytał jak przegrany po pojedynku. – Muszę pozszywać rany.

- Te, których doznałeś podczas upadku?

Kiwnął głową, jakby chcąc ograniczyć ich rozmowę do minimum. „Szybko, szybko – zdawały się mówić się jego ślepia. – Dawaj”.

Kupiec wyciągnął ze swojej małej skrzyni resztę nici, nawet nie odcinając fragmentu, pamiętając rany swojego ochroniarza, dał mu całość, zabierając nieadekwatną kwotę trzech małych orsissów do sakwy. Potem obserwował do zaśnięcia, jak Niecny Algitieri najpierw zszywał rany, a następnie swoje ubrudzone w jusze ciuchy, mając za światło jedynie liche możliwości lampy, którą młody Gaudette wygrzebał z powozu. Dzisiaj mógł stwierdzić, że mag posiadał także umiejętności opanowane do perfekcji przez kobiety, gdyż jego strój pozszywany czarną nicią sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie zaznał ubytku.

Pomimo ich niecodziennego przywitania, Pietro Gaudette nie miał czarnoksiężnikowi nic ważnego do powiedzenia; przeprosił za „pobudkę”, oddalił się od niego i zajął się codziennymi potrzebami z zakosztowaniem obrzydliwej zupy włącznie. Nie zajęło mu to długo, sam się sobie dziwił, iż dzisiaj wszystko poszło tak gładko, nawet posiłek zdawał się bardziej… zjadliwy. Czyżby to kwestia świetnie zapowiadającej się pogody? – dziwił się sam sobie.

W tym samym czasie Niecny Algitieri zrobił mniej więcej to samo, oczywiście wszystko oddzielnie, chadzając własnymi ścieżkami. Dobrze, że tutaj nie ma lasu, w który mógłby wsiąknąć – podbudował się kupiec, zostawiając go samemu sobie kroczącego po bezdrożach pól. Jedynie Anna się opóźniała, ciągle smacznie chrapiąc w powozie. Pietro od początku ich podróży nie usiłował „nastawić” ją na szybsze wstawanie; miast tego pozwalał jej spać i po prostu czekał jakiś czas, a kiedy ta spała dłużej – wyruszał, uznając, że kobieta zje śniadanie w drodze.

Jej spokojne lico było widoczne dla obu mężczyzn, którzy akurat oporządzali konie i którzy w jednym czasie rzucili spojrzenia na jej urodziwą twarz.

- Za dużo jej pozwalasz – wydobył z siebie Niecny Algitieri. – Ta dziewucha to rozpieszczone gówno. Tylko wszystko opóźnia i nic od siebie nie wnosi. Jak nie pierze, to konia powinna chociaż oporządzać. I nade wszystko niech, kurwa, wstaje wcześniej.

- Nagle zachciało ci się dawać mi rady? – oburzył się nieco bardziej agresywnie, niż planował, Pietro. – Odwdzięczę ci się: spróbuj się poprawić jako człowiek. Odrobina uprzejmości w tym nie zawadzi. Ano tak! Jeszcze zostaw wychowanie mojej siostry mnie.

- Skorzystajmy nawzajem z naszych mądrości, a świat będzie lepszy – powiedział w drwinie, wiedząc, że tak się nie stanie. Nagle odstąpił od swojej klaczy, klasnął dwa razy rękami, po czym oznajmił: –  Skończyłem. Teraz przejdźmy do tego, co powinieneś robić na każdy początek dnia.

- O co ci…

Pietro nie zdążył jednak dokończyć; zanim zdał sobie sprawę, co się dzieje, mag znalazł się przy Annie i chwycił ją z całej siły za barki. W jej krainie snów rozpoczęło się apokaliptyczne trzęsienie ziemi.

- Wstawaj, cholero! – zachęcał ją do pobudki. – Mój koń specjalnie nie będzie czekał, aż jaśnie panienka się do wyjazdu przygotuje.

- Daj spokój – próbował powstrzymać go kupiec. – Jak będzie spała za długo to i tak pojedziemy, a ona ogarnie się w drodze.

- Jeszcze mi podziękujesz.

Dziewczyna obudziła się, jakby oblana wiadrem zimnej wody. Nawet kiedy otworzyła oko i zaczęła bredzić coś niewyraźnie, zaspana, czarnoksiężnik nie zaprzestał targania nią; widać chciał, żeby dziewczyna rozbudziła się na zapas.

- Już ranek? – zapytała Anna, kiedy do jej ślepia w końcu dotarły pierwsze promyki słońca. Ucieszyła się, dostrzegając piękną pogodę, lecz uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. Winny tego stanu rzeczy stał tuż przed nią. – Coś się stało, że trzęsiesz mną jak workiem kartofli?

- Nikt tak nie trzęsie worka kartofli, głupia – Algitieri puścił jej blade ręce i zaczął się od niej oddalać jak od plującego ogniem smoka. – Zrób coś z sobą – rzucił jej jedynie, jakby wydając rozkaz. – Szybko, nie mam zamiaru za długo na ciebie czekać.

Kupiec już chciał dać naganę swojemu pracownikowi, lecz ten szybko oddalił się od obojga Gaudette’ów i zasiadł na ziemi, tuż obok swojej klaczy, której wyraźnie nie miał za złe wczorajszego niewygodnego snu. Co chwilę łapał się za szyję na znak, że ten ciągle był żywy w jego wspomnieniach, ale konia za niego nie obwiniał. Mniejsza z nim – uznał Pietro, podchodząc do siostry. Zanim jednak powiedział choćby „dzień dobry”, ta wyskoczyła na niego ze swoim pytaniem, ciągle mrucząc pod nosem.

- Gdzie my właściwie dzisiaj jedziemy? – Wytarła jedyne zdrowe oko. – Da radę dojechać dzisiaj?

- To na pewno. Jeśli rzeczywiście szybko się ogarniesz, jak chciałby tego Algitieri, może wyrobilibyśmy się przed południem.

- Ale gdzie?

- Do Albio – powiedział, obserwując jak dziewczyna zaczyna się podnosić. – Miasta Białej Wieży.

Przez te miesiące młody kupiec, choć sabotował wszelkie próby samowoli swojej niedojrzałej siostry, zdążył nauczyć się, jak sprawić, żeby ta nabrała chęci do działania – to jest: wykonywania jego poleceń. Zadanie to było aż nadto proste; wystarczyło powiedzieć coś zajmującego o mieścinie, do której się wybierali, orzec coś o historii, zabytkach, obojętnie – wystarczyło jej minimum, żeby chciała to zobaczyć. Owa Biała Wieża, o której Pietro pamiętał tylko, że była, stanowiła właśnie taką przynętę. Można powiedzieć, że Gudette zachowywał się wobec niej niecnie; wyciągał marchewkę na patyku, za którą ta zawsze bezmyślnie podążała.

A i tym razem nie było inaczej; Anna szybko zerwała się na nogi, kazała odwrócić się obydwu panom, kiedy się oporządzała, i tak samo szybko przedstawiła się im jak nowo narodzona, zupełnie inna od tej zaspanej dziewuszki z włosami wijącymi się w każdą możliwą stronę. Założyła czysty strój młodszej wersji Pietro, których ten w villi w Vinesse najprawdopodobniej miał nieskończoność, oraz zawiązała warkocz na nowo. Z jedzeniem też się nie cackała – wyjęła ręką pokaźną część zupy ze słoika i zjadła ją na dwa, trzy kęsy. Możliwe nawet, że uwinęła się ze wszystkim szybciej niż Algitieri i on razem wzięci. Taką moc miała iskra fascynacji Anny Gaudette – pomyślał z dumą, ale i kapką goryczy Pietro. Nie lubił robić jej złudnych nadziei.  – A i nie wiem, czy powinienem więcej ją wysyłać na przechadzki z Algitierim. Nie wiadomo, komu jeszcze mógł narazić się ten nikczemnik, a nie chcę, żeby Anna poczuła gniew skierowany w jego kierunku…

Ich ochroniarz nie znalazł obecnie żadnej złośliwej uwagi w stronę młodej Gaudette’ówny, więc początek dzisiejszej podróży mógł obejść się bez jego zrzędzenia. Pietro zasiadł w miejscu woźnicy, Niecny Algitieri dosiadł swoją klacz i czym prędzej pognali na północ.

Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że dzisiejszego dnia los miał spłatać im bardzo gorzkiego figla.

 

*

 

Młody Inkwizytor ubiegłej nocy miał poważny problem ze zmrużeniem oka. W głowie układał niezliczone scenariusze, które kończyły się w kulminacyjnym punkcie – śmierci tajemniczego maga, o którego istnieniu dowiedział się wieczorem. Nawet kiedy z trudem oddał się błogiemu spoczynkowi, nie udało mu się długo go zachować. Wstał jako pierwszy z drużyny i – z racji tego, że nie mógł zrobić niczego więcej – czekał w pustej tawernie, aż jego druhowie również się obudzą. Aby skrócić niepotrzebne marnowanie czasu, postanowił przygotować się do podróży. Przywdział zbroję, dopiął do pasa miecz i sakwy, założył tarcze na plecy oraz przede wszystkim oporządził wierzchowca. Kiedy zakończył ostatnie z wymienionych, spojrzał na pozostałe konie w stajni – szybko doszedł do wniosku, że nie może ich tak zostawić; zajął się także nimi. Ostał się tylko jeden rumak, ten, który należał do Augusto Nadalli, a który wczoraj został sprzedany nieznajomemu Cesare mężczyźnie przez dowódcę ich grupy. Spoglądając w oczy zwierzęcia, przypomniał sobie pustkę, jaką zostawił po sobie jego jeździec…

Opuścił stajnię lekko pochmurny, acz ciągle rozochocony na wyprawę. Zajęcie się wierzchowcami kompanów nie zajęło mu wiele czasu, gdyż i tak musiał jeszcze poczekać na pozostałą dwójkę.

Kiedy Frangillo i Lopez Maccari wreszcie zeszli z piętra, odziani już w swoje zbroje, Cesare przywitał ich, niemalże skacząc znad swojego stolika. Łowcom z reguły przystawało wstawać wcześniej od reszty ludzi, lecz tym razem młodzieniec myślał, że pozostali porządnie zaspali. Oczywiście było to błędne wrażenie, wynikające z niecierpliwej krwi chłopaka, ale ten z racji małej ilości snu nawet tego nie dostrzegł.

Dwaj starsi Inkwizytorzy zjedli szybko śniadanie z mięsa gęsi, obserwując w międzyczasie zaspanego Cesare, który zdążył zapełnić żołądek jeszcze w nocy, przed oporządzeniem koni. Kiedy łowcy po posiłku dowiedzieli się, że wszystko na ich dalszą podróż zostało zawczasu przygotowane, od razu powstali i udali się po swoje wierzchowce.

Wyruszyli równolegle z chwilą, kiedy słońce zaczęło wznosić się na niebie. Opuścili Tenez w towarzystwie nielicznych oczu, które z różnych powodów powstawały wcześniej niż większość miasta.

Dopadniemy tego czarnoksiężnika – powtarzał sobie Cesare z Amebari.  – Wrogów organizacji czeka sprawiedliwość!

Z takim zapałem i – można śmiało przyznać – narastającą chęcią mordu zdążył przejechać razem z kompanami znaczną część drogi do najbliższego miasta, do Albio. Nie liczył się dla niego czas, nie zwrócił uwagi, kiedy słońce całkowicie znalazło się w zenicie i obdarzyło zakutych w zbroję mężczyzna swoim ciepłem. Nie przejmował się, kiedy gotował się w żelastwie, ignorując coraz bardziej zmęczonych kompanów. On jako jedyny zdawał się dzisiaj być odpornym na wycieńczenie. Szybko wyprzedził konia rudzielca, chwilę później miejsca ustąpił mu przepocony wewnątrz Lopez Maccari. Przywódca grupy zawsze powinien być na prowadzeniu, lecz tym razem sam zainteresowany olał obowiązujący regulamin. „Młody chce pędzić na złamanie karku, droga wolna” – takie było jego rozumowanie.

Rumak Cesare z Amebari gnał niczym piorun, będąc ciągle popędzanym, mijał przed sobą, mogłoby się wydawać, nieskończone pola, które różniły się tylko zasadzonymi nań warzywami. Sam Inkwizytor nie dostrzegał zbytnio otoczenia, pozostawał diabelnie skupiony na ścieżce przed sobą, a wokół migały mu co najwyżej zmieniające się kolory. Pamiętał zielone płaty, które ustąpiły pola żółtym, potem znowu zielone, jeszcze za innym razem całkowicie brązowe, z kilka razy zdarzyły się także czerwone, czy fioletowe – jemu to nie robiło różnicy.

Kompani, coraz bardziej zostający w tyle, zaniepokoili się stanem Cesare jeszcze wczorajszego dnia w Tenez. Choć chłopak nie dawała tego po sobie poznać, oni wiedzieli, że śmierć Augusto bardzo go dotknęła – tak przynajmniej to odbierali. W ich oczach młodzieniec cierpiał wewnątrz, skrywając swoje emocje i nie chcąc wyjść na słabszego. Dla Inkwizytorów właściwym było to, iż swoją frustrację kierował przeciwko magom, zagorzałym wrogom ich organizacji. Niepokojący pozostawał fakt, że tak bardzo się temu poświęcał. Lopez wiedział, że nie wyniknie z tego nic dobrego – brak snu chłopaka niech będzie mu dowodem – rozumiał jednak, iż dzieciak musiał przez to wszystko przejść. Tak samo jak swego czasu on, Frangillo, wcześniej Nadalli, czy wszyscy inni inkwizytorscy łowcy w historii. Każdy uczył się żyć z nienawiścią, przyzwyczajał się do codziennego funkcjonowania w jej obecności. Po czasie stawała się ona równie kojąca co najgorętsze miłostki.

Im gnali dalej, tym wierzchowiec Cesare coraz bardziej się oddalał; w pewnym momencie młody Inkwizytor zostawił swoją drużynę daleko w tyle. Z ich normalnych sylwetek doświadczeni koledzy po fachu najpierw zmienili się w niziołków na osiołkach, później w kropki na kolorowym krajobrazie, by ostatecznie zniknąć za horyzontem. Droga, którą się kierowali, pozostawała całkowicie prosta do samego Albio, wiec chłopak ani myślał, żeby zwolnić. Pędził dalej, nie zważając na to, że został na ścieżce sam.

Niekiedy przed drogą rozsadzone były drzewa, które najprawdopodobniej pozostały resztkami po niegdyś znajdującym się w tych okolicach lesie. Nie napotkał żadnego szaraka, lecz najzwyklejsze dęby, które zostały oszczędzone najprawdopodobniej przez rolników potrzebujących ochrony przed słońcem właśnie w takie dni jak ten. Jedna kłoda, którą zostawił za sobą, wyglądała na świeżo wyrwaną z ziemi, jakby z potworną siłą, a obok niego ostały się ślady kół powozu. Inkwizytor z miejsca pomyślał o tajemniczym magu, lecz porzucił to przypuszczenie – jakiekolwiek domysły były zbędne; nie powinien popadać w paranoje. Każdy mógł tu się zatrzymać.

Gnając, niemalże stracił kontakt z rzeczywistością. Przestał odczuwać pot, który lał się z niego jak ze strumienia, i stracił czucie w mięśniach, które z jakiegoś powodu co chwilę napinał.  Kompletnie zapomniał o swojej drużynie, przestał się nawet za nimi odwracać. I trwałby tak dalej, gdyby nie ukazała się przed nim ciemna kropka, która wkrótce rozrosła się do całkiem pokaźnych rozmiarów obrazu. Szybko ujrzał dwa konie, jeden całkowicie czarny, drugi brązowy i przywiązany do powozu na uboczu, kilka postaci – dwóch mężczyzn, jeden majstrujący coś przy pojeździe oraz drugi dosłownie leżący na siodle czarnej klaczy; trzecią postacią pozostawała bacznie wszystko obserwującą kobieta – a na końcu ujrzał przyczynę całej tej sytuacji.

Dwaj mężczyźni musieli odciągnąć powóz na brzeg ścieżki, aby nie blokować drogi innym przejezdnym, bowiem oni ruszyć dalej już nie mogli. Jedno z kół tegoż jakże wielkiego środka lokomocji odpadło, chyba nie wytrzymując ciężaru przewożonego bagażu.

Inkwizytor wyraźnie miał do czynienia z kupcami, których towar w trakcie przewożenia został uziemiony z przyczyn naturalnych, można wręcz powiedzieć – z boskiej woli. Ale do tego trzeba być wierzącym – uznał bez skruchy. Dla ludzi ich fachu to była istna tragedia, a i oni sami tego nie ukrywali. Jeden z nich usiłował naprawić coś przy powozie, choć na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, iż zniszczeniu prócz jednego koła uległa także obudowa, którą w całości należało wymienić.

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo pochłonął się, co by nie powiedzieć, żmudnemu polowaniu na demona, o którym nie wiedział praktycznie nic. Ci tutaj, jak na ironię, pomogli mu wrócić na ziemię, przestać słuchać własnej nienawiści i pomyśleć o czymś innym. To była przysługa oddana całkowitym mimochodem. Mimo to Cesare z miejsca postanowił, iż spróbuje im ją zrekompensować.

Zbliżając się do pechowych podróżników, dane mu było usłyszeć ich rozmowy. Nie zapowiadały one entuzjastycznego przywitania.

- Jak długo masz zamiar jeszcze marnować czas na tej ścieżce? – pytał ubrany na czarno człek, zrelaksowany na swoim siedzeniu. – Nieważne, ile jeszcze przy tym pomajstrujesz, żadne gwoździe tego gówna nie naprawią. Możesz sprowadzać do niego kogo chcesz. Każdy ci powie, że bardziej opłaca się kupić nowy, niż inwestować w tego starocia.

- Siedem lat jeździłem nim bez zarzutu – odrzekł ten drugi, mniej mroczny, acz bardziej całą sytuacją zestresowany. – Czego teraz ode mnie oczekujesz?

- Siedem lat dla kupieckiego powozu to cała wieczność. Daj mu umrzeć, sentymentalny durniu.

- Dobra, dobra, inteligencie. Wygrałeś. Olejmy go i chodźmy! Bierz skrzynie mojej siostry pod rękę, ja wepchnę cały towar do kieszeni, zabiorę ci siodło i wsiądę na swojego konia; Anna rozgości się za mną, a twoja klacz przejdzie się obok ciebie i popatrzy, jak lekko idzie ci nieść to cholerstwo!

- Wasze rzeczy to nie mój problem, zabierzcie, co niezbędne, i jazda. Cyklopka pewnie ma mnóstwo sukna, rusz głową i zrób z nich prowizoryczne siodło. Ja na pewno wam miejsca nie odstąpię. Mi tutaj wygodnie i nie zamierzam się stąd ruszać.

- Nie zostawię towaru!

- Zostawisz albo się pożegnamy. Nie będę wieczność czekał na słońcu. Jeśli chcecie dostać udaru, zróbcie to sami. Ja jestem ubrany na czarno, do końca dnia się roztopię.

- Pierdol się, nikczemniku – uniósł się, łapiąc dłońmi za tył głowy. – Jesteś pomocny jak kula u nogi!

- Uważaj, młody Gaudette, twoja siostra słucha. Jeszcze będzie brać przykład.

- Nie bierz mnie na argument, bo i tak nie mam tu nic do… – zaczęła niewiasta, szybko jednak zapominając o kłótni i odwracając wzrok w stronę ścieżki. – Patrzcie!

Kobieta wskazała pozostałym zbliżającego się nieubłaganie Cesare. W ich oczy zawitała niepewność i zmieszanie, kiedy na piersi jeźdźca dostrzegli znak Inkwizycji. Ta reakcja była akurat normalnością na szlaku, nie ona zatem zdziwiła młodzieńca. Był jednak zaskoczony, i to wielce. Spotkał go nieprawdopodobny zbieg okoliczności, gdyż ujrzane na tym odludziu twarze kojarzył – a przynajmniej kobietę i mężczyznę w czerni. Choć ten drugi był bardziej poobijany niż ostatnio, odnalazł w nim ochroniarza z ogrodów Tenez.

- Znowu się widzimy – rzekł Cesare, zdejmując hełm i ukazując swoje niezmordowane oblicze. – To musi być przeznaczenie.

Oni jednak nie byli tego tacy pewni. Ciągle milczeli, jakby nie mogąc dobrać odpowiednich słów. No bo jak tu powiedzieć „nie jesteś tu mile widziany” do Inkwizytora? – pomyślał młodzieniec, doskonale wiedząc, jak patrzą na niego cywile. Każdy chwali jego organizację do czasu, kiedy nie ma z nią nic wspólnego. Ludziom z przebitymi tarczami zegara na piersiach raczej wypada schodzić z drogi, niżeli się do nich przymilać. Przeważnie traktuje się nas jak zło konieczne, choć nikt tego otwarcie nie przyzna – on to wiedział, ale również milczał. – Jesteśmy młotem do walki z czarnoksięstwem i niczym więcej. Groźnymi zbrojami, pod którymi zapewne nic się nie kryje. Nie dziwota, że tym tutaj było trudno; zapewne w ich wnętrzach zastanawiali się, czy powinni poprosić nieznajomego o pomoc, czy też nie ryzykować zawracania głowy komuś… „takiemu”, cokolwiek to w ich mniemaniu znaczyło.

Cesare myślał, że dobrze ich rozgryzł, dlatego też postanowił przejąć inicjatywę, która wyraźnie latała między nimi i nikt nie chciał jej podjąć.

- Widać potrzebna wam pomoc – zawrócił się do nieznanego sobie mężczyzny. – Ty jesteś bratem panienki? Przewodzisz tą grupą, jak rozumiem?

- Z tego, co wiem, tak – odrzekł po chwili handlarz, jakby pozbawiony wszelkiej pewności siebie. – Jedziemy… to znaczy, jechaliśmy do Albio, panie. Niestety Zły z nas zakpił. Najprawdopodobniej będę musiał w ten zaduch taszczyć skrzynię stąd do samego miasta.

- Tym bardziej widzę, że potrzebujecie pomocy. – Odwrócił się na ścieżkę za sobą. – Moi druhowie zaraz się zjawią, jestem pewny, że nie będą składali zażaleń, jeśli podrzucimy was do miasta, do którego i tak zmierzamy. 

Może choć trochę uda mi się ochłonąć – myślał w duchu, przypominając sobie własną zawziętość sprzed chwili. – Nie mogę zamienić się w jednego z potworów, które zwalczam…

Nikt nie odważył się odpowiedzieć; kupiec spojrzał na dziewczynę i ochroniarza, ale nie znalazłszy w ich oczach poszukiwanych odpowiedzi, oddał się milczeniu. Najprawdopodobniej miał pierwszy raz do czynienia z Inkwizytorem, stres w takich wypadkach robił swoje. Sam dobrze to pamiętam – przed oczami zamajaczyła mu rozmowa z człowiekiem, który zmienił jego życie.

- Jesteście w stanie podpiąć skrzynię do siodła, panie? – niespodziewanie zabrał głos ochroniarz, nawet nie odwracając wzroku do Inkwizytora. To, czy kupcy rozwiążą swój problem, zdawało się być dla niego kompletnie obojętne. – Tak, żeby na dwóch można by przewieźć ją do celu? Konie będą wyczerpane, ale z drugiej strony do Albio nie zostało już tak daleko…

- Wydaje mi się, że to będzie możliwe – odrzekł po namyśle Cesare.

- Koń jegomościa podoła takiemu wyzwaniu? – zadrwił mężczyzna w czerni, jakby nie wiedząc, z kim miał do czynienia. – To skrzynia kobiety, Zegarmistrz raczy wiedzieć, ile śmieci ona tam trzyma.

Cesare zaśmiał się, jakby rozmawiał z przyjacielem, a cała sytuacja była tylko nieznaczącym problemem, którego rozwiązanie nie pozostawało w żadnym stopniu kwestią sporną. Ale to się jeszcze okaże. – Otarł łzy po, jakby się zastanowić, niezbyt trafnym żarcie. – Nie ja tu wydaje rozkazy.

- Darujcie mi – poprawił się Inkwizytor, prostując się na siodle. – Ostatnio nie miałem zbyt wielu powodów do śmiechu…

- Pamiętam – przyznała cicho jednooka dziewczyna. – Pański przyjaciel z wczoraj…

- Niestety… – Z oczywistych powodów zapragnął zmienić temat. Ponownie odwrócił się za siebie i zaczął wypatrywać już w oddali widocznych towarzyszy. – Moi kompani nadjeżdżają! Jestem pewny, że pomoc bliźnim w potrzebie, nie będzie stanowiła dla nich żadnego problemu. Zgodzą się od razu.

- To jeszcze mamy ich przekonywać? – zaczął pyszałkowato ochroniarz. Cesare jednak nie wdawał się z nim w dalsze dywagacje i po prostu obserwował zbliżających się kompanów.

Dwaj pozostali Inkwizytorzy, zadyszani i nieziemsko zmęczeni, dognali swymi rumakami do grupy, po czym niezwłocznie zdjęli swoje hełmy, które najwyraźniej wydały im się ciężkie niczym wiadra wypełnione wodą. Obaj mieli tak mokre włosy, iż ich barwy zdawały się zlepić w jeden ciemny kolor.

- Co tu się stało? – zapytał natychmiastowo Lopez Maccari, spoglądając na zniszczony powóz. – Czy mój podwładny wyrządził tę szkodę?

- Nie, panie – odrzekł kupiec, coraz bardziej zdezorientowany całą sytuacją. – Powóz wyglądał tak, zanim którykolwiek z was się tu zjawił.

- Zaproponowałem im pomoc – dodał natychmiastowo Cesare z Amebari. –  Nie powinno to stanowić dla nas wielkiego problemu, też jadą do Albio. W dodatku poznałem tych ludzi w Tenez, jeden z nich był…

Dowódca grupy łowców wyraźnie nie podzielał tego pomysłu; kiedy usłyszał pierwsze słowa młodego Inkwizytora, momentalnie zmarszczył brwi. Pozwolił mu przez chwilę mówić, jednak koniec końców przerwał jego wywody. Wiedział, że zabierając bagaże kupców, ich konie zwolniłyby tempa, a co za tym idzie, podróż wydłużyłaby się kto wie o ile. Zirytował się, iż jego podwładny zobowiązał się pomóc, samemu podejmując decyzję za resztę. Będzie musiał z nim porozmawiać, ale zrobi to, kiedy będą już w mieście. Obecnie należało wykręcić się od obietnicy młodzika.

- Darujcie nam i ognistej krwi mojego podwładnego – rzekł Lopez Maccari jak na spowiedzi. – Nie mamy czasu, Cesare sam najlepiej powinien to wiedzieć. Inkwizytorzy nigdy nie odpoczywają.

Chłopak z miejsca poczuł złość aż bijącą od lica swojego dowódcy, zrozumiał, że czeka go późniejsza nagana, a może nawet jakaś kara za działanie bez rozkazu. Grunt wyraźnie kruszył mu się pod stopami… ale on nie miał zamiaru łatwo runąć w dół.

- Ten człowiek walczył w naszej sprawie w wojnie z magami – ratował się, wskazując jedynego spokojnego, jakby niezainteresowanego całą rozmową człowieka w czerni. – Mamy go teraz porzucić w potrzebie? Tak winniśmy odwdzięczać się naszym weteranom? To jest inkwizytorska wdzięczność za przelanie krwi w naszym imieniu?

Za bardzo patetycznie mi to wszyło – zirytował się młodzieniec.

Lopez zignorował swojego podwładnego i zwrócił wzrok ku wskazanemu rzekomemu weteranowi. Jego wzrok zdradzał, że nie wierzył w zapewnienia Cesare. Sam „żołnierz” wyglądał raczej na rzezimieszka niż bohatera, więc podejrzenia były co najmniej zasadne.

- Doprawdy? – zaciekawił się Maccari, przeszywając spojrzenie mężczyzny. – Powiedz, panie, w której jednostce przyszło ci walczyć? Jaką cytadelę odbijałeś?

Człowiek w czerni oddał się wspomnieniom, a pozostałych nawiedziła przeszywająca cisza. Starsi Inkwizytorzy oczekiwali odpowiedzi, wpatrując się w niego z zainteresowaniem, lecz ich młodszy kompan zainteresował się w tej samej chwili pozostałą dwójką, której zachowanie wzbudziło znacznie więcej wątpliwości. Kupiec z siostrą usiłowali zachować spokój, lecz w środku aż się w nich gotowało, a ich spojrzenia nie potrafiły tego ukryć; wydawali się bliscy paniki, jakby wyczekując najgorszego.

Rozdwojona uwaga chłopaka na wiele mu się zdała, gdyż rodzeństwo zrobiło coś wielce podejrzanego. Handlarz ścisnął rękojeść miecza w dłoni, niby od niechcenia, ale jednak jakby wyczekując walki. Jego siostra nie odważyła się na ten śmiały gest, lecz dłonią zaczęła krążyć wokół pochwy swojego ostrza. Ich tożsamość z miejsca stanęła pod znakiem zapytania. Przedłużające się milczenie mężczyzny w czerni zdawało się dawać czas pozostałym na przygotowanie ataku. Miecze w pogotowiu przemawiały za tą teorią i Cesare nie mógł przestać o tym myśleć. Ale co mogłoby sprawić, iż zechcieliby unieść broń przeciwko Inkwizycji?

Przypomniał sobie, co jeszcze rano było jego jedynym celem w życiu. Zadał sobie pytanie, czy to możliwe, że natrafił właśnie na właściwy ślad. Wszystko, co działo się przed jego oczami, pomagało stworzyć mu najróżniejsze teoria. Każda stawiała obecną tu trójkę za głównych podejrzanych. Nie mógł przestać inaczej na to patrzeć, zwłaszcza że nie miał innych odpowiedzi. Nie wiedział, co niepokojące zachowania obcych mogły znaczyć – wystarczyły jednak, aby sam trzymał miecz w pogotowiu.

- No tak! – krzyknął niespodziewanie człek w czerni, sprawiając, że cała jego grupa i najmłodszy Inkwizytor niemal podskoczyli. – Sztandaru nie pomnę, ale pamiętam, że nasz dowódca nazywał się Avillo Venacci. Bodajże nazywaliśmy go… Kruszycielem, ale nie pamiętam dlaczego. Wyruszyliśmy z jakiegoś zadupia i udaliśmy się pod twierdzę w samym środku lasu… Na pewno na północy Equaru, ale… Caravelli. Tak, cytadela na pewno nazywała się Caravelli.

Kupiec i jego siostra z miejsca powędrowali wzorkiem na twarze mężczyzn w bieli i zaczęli wypatrywać ich reakcji. Panowie nie wyglądali na zadowolonych z tego, co usłyszeli, więc ostrza dalej znajdowały się w pogotowiu.

- Bzdury – ryknął rudowłosy Frangillo. – Każdy zna legendę o tamtym przeklętym miejscu. Każdy też wie, że nikt nie przeżył oblężenia. Kiedy po bitwie zjawił się tam nasz zwiad, odkryto wtedy setki zmasakrowanych, gnijących zwłok i ślady po pazurach na murach. Czytałem opisy tamtego zdarzenia; uwcześni specjaliści podejrzewali wywołane przez magów demony. Tego żaden człowiek nie mógł przetrwać…

- Ja przetrwałem – trzymał się swego ochroniarz. – Z całego zajścia ostał się jeden najemnik, wówczas łaknący sławy. Pamiętam ten dzień, jakby to było dziś. Kiedy bitwa dobiegła końca, pałętałem się po murach i oglądałem trupy rozwalone w każdym możliwym miejscu na cytadeli. Szukałem kogoś, kto przetrwał tę rzeź. Ale widziałem tylko ciała. Setki zimnych, zdeformowanych, niekiedy spalonych ciał.  Po całej twierdz byli rozrzuceni kadeci, dojrzali magowie, moi najemni druhowie i każdy Inkwizytor, który ruszył z nami na tę bitwę. Wszędzie walały się truchła, a odór krwi i spalonego ludzkiego mięsa był nie do wytrzymania. Po tamtym dniu już nigdy nie byłem taki sam…

- Dlaczego zatem zdezerterowałeś? – dociekał niedowierzający Frangillo.  – Za takie zwycięstwo z miejsca zostałbyś pasowany na Inkwizytora! I to wysokim stanowiskiem!

- Po tym, co widziałem, nie myślałem o żadnych zaszczytach. Chciałem tylko wrócić do domu. Wyszedłem z wyrwy z muru i udałem się w swoją stronę. Nie liczyło się już nic, żadna wojna, żadna racja… żadna Inkwizycja. Zrobiłem dla niej swoje, więcej nie zamierzam.

Rudzielec przymknął się, wyraźnie nie wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć. Oddał głos swemu dowódcy, który – wcześniej milczący – niespodziewanie zabrał głos.

- Znałeś niejakiego Hernana, zwanego Krzywoustym, panie? Był wtedy z Venaccim przy przejmowaniu twierdzy; służył mu jako giermek.

- Tak – przyznał po chwili namysłu mężczyzna w czerni. – Był ktoś taki. Ale nie rozmawiał wiele z najemnikami. Przecież z niego był szlachcic! Jak on miał na nazwisko… chyba Nazzari… Nie, jeszcze inaczej. Nie przypomnę sobie po tylu latach… Chłopak zawsze odzywał się, kiedy nie trzeba. Tak, to na pewno ten. Dowódca często na niego krzyczał. Mieliśmy z niego sporo śmiechu.

Cesare na chwilę zapomniał o swoich podejrzeniach, zbył obecność wszystkich innych i skupił się na postaci przełożonego; dostrzegł na jego twarzy smutek. Nie wiedział, czy to nie był pot, ale miał wrażenie, że po jego policzku pociekła łza. Maccari nie mówił, że miał brata – myślał młody Inkwizytor. – Nigdy nic nie wspomniał o rodzinie. Wydawało mi się, że to przez jego nad wyraz egzekwowany profesjonalizm… Nigdy bym nie pomyślał, że stracił kogoś w pierwszych walkach z magami! Po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, ile tak naprawdę wiedział o członkach swojej drużyny. Nie znał ich przecież wiele lat, a przez okres edukacji mógł co najwyżej minąć któregoś z nich na korytarzach. Czy dobrze zdążył poznać ich prze czas wspólnej podróży? Jak wiele jeszcze przed sobą ukrywali?

- Widziałeś jego ciało? – nie ustępował Lopez, choć te słowa wyraźnie sprawiały mu ból. – Wiesz, jak zginął?

Mężczyzna w czerni spojrzał na udręczoną cierpieniem twarz Inkwizytora. Czy znał prawdę, czy nie – powiedział to, co było słuszne w tej chwili do wyrzeczenia.

- Nie cierpiał, panie. – Nawet jeśli to było białe kłamstwo. – Nie zdał sobie nawet sprawy, że zginął.

Przełożony łowców westchnął, po czym przez chwilę, z zamkniętymi oczami oddał się własnym myślom.

- Zwę się Lopez Maccari – rzekł po chwili na cały głos. – Hernan był moim starszym bratem. Zostawił mnie, zanim którykolwiek z nas zdążył naprawdę dorosnąć… Dziękuję za tę informację, panie..?

- Niecny Algitieri – przedstawił się weteran spod Caravelli. – A ci tam to rodzeństwo Gaudette’ów: Anna i Pietro. Podług woli ustalcie, które jest które.

Inkwizytor zbył tę… w zasadzie jedynie głupią uwagę.

- Wygląda na to, że mój podwładny wiedział, komu zaoferować pomoc – uznał ze śmiertelnie poważnym spojrzeniem. – Uhonoruję jego słowa. Frangillo, Cesare! Zabierzcie się za skrzynię.

– Pozwolisz, że usunę się w cień – rzekł Niecny Algitieri, po czym udał się za dwójkę kupców, nie oczekując odpowiedzi.

Lopez podjechał do najbliższej jemu panienki i wyciągnął ku niej dłoń.

- Chodź, moje dziecko – rzekł do niej, nie wyzbywając się ponurego tonu z głosu. – Pojedziesz ze mną, twój brat rozsiądzie się z ochroniarzem.

Kobieta spojrzała niepewnie na odzianego w biel mężczyznę, lecz nie miała odwagi przyjąć tego gestu. Ukłoniła się zawstydzona i udała się do mężczyzny w czerni. Sięgnęła ku niemu, lecz ten nie był już tak chętny. Początkowo ją olał, lecz ta nie dała za wygraną. Wbiła w niego swoje ślepie, które zdawało się wiercić go od środka; jakby porozumiewali się telepatycznie, rozmawiając o sprawach, które nie dotyczyły wszystkich tu obecnych. Zapewne nas – uznał Cesare. A i najprawdopodobniej miał rację, gdyż jeździec dał się przekonać i niechętnie pomógł dziewczynie usiąść tuż za sobą.

O co mogło im chodzić? – zastanawiał się chłopak. – Dlaczego byli gotowi z nami walczyć? Czy właśnie uniknęliśmy walki? Ta cała historyjka o Caravelli może i trzymała się kupy, jednak było w niej coś… czy ja wiem, niedopowiedzianego? Tamten „weteran” skrywał jakąś tajemnicę; czegoś nam nie mówił. A Cesare zjadało od środka, byleby tylko dowiedzieć się, co to było.

- Dziwni ci ludzie – oznajmił Lopez Maccari, kierowany jedynie widoczną izolacją we własnym gronie niżeli podejrzeniami, które ciągle czaiły się w głowie jego młodego podwładnego.

Choć Inkwizytorzy chcieli od razu zabrać wielką skrzynię i przypiąć ją do swoich siodeł, kupiec ich powstrzymał; w pośpiechu wyjął jeszcze ze swojej małej skrzyni kilka rzeczy, przełożył je do tej większej, a także zrobił odrobinę miejsca na kilka towarów, które również postanowił zabrać. Po tej przyspieszonej operacji wyjął ze starych rupieci jakiś koc, który umieścił na koniu uprzednio odpiętym od powozu; choć nie było za wygodnie, rozsiadł się właśnie tam.

Młody Inkwizytor przytroczył do swojego siodła skrzynię, Frangillo zrobił to samo z drugiej strony i obaj panowie ruszyli przed siebie, dbając o zachowanie takiego samego tempa jazdy.

Dwie grupy pognały ramię w ramię, Inkwizytorzy i podejrzani kupcy zjednali się i ruszyli wspólnie do jednego celu. Nieszczęściem dla tych pierwszych było to, że nie wiedzieli, jaką tajemnicę skrywali ci drudzy – a przynajmniej tak przedstawiała się sytuacja w oczach Cesare, tylko udającego przekonanego. Nie mógł pozbyć się podejrzeń, które coraz bardziej nie dawały mu spokoju. Podejrzeń, które – nieposkromione przez wzburzoną krew – miały zaprowadzić obie grupy do tragedii…

 

*

 

Topografia Equaru składała się w większości ze wzgórz i terenów górzystych, więc dla podróżników droga przez kraj stanowiła nie lada wyzwanie, a osoby się go podejmujące musiały liczyć się z przeciwnościami losu. Natrafiając na proste ścieżki, takie jak te na zachodzie królestwa, można było odetchnąć z ulgą; jazda w takim miejscu sprawiała, iż bardziej doświadczony obieżyświat w ogóle nie odczuwał tego, że się przemieszcza.

Niestety grupie z Inkwizytorami na czele droga wielce się dłużyła, a każdy jej kolejny krok sprawiał, iż rodzeństwo Gaudette męczyło się coraz bardziej, będąc przytłoczonymi zaistniałą sytuacją. Tylko sam główny zainteresowany zdawał się w ogóle nie przejęty czyhającym nad nim widmem śmierci; Niecny Algitieri nie miał zamiaru dla trójki zawszonych morderców zmieniać swoich nawyków. Posępny jeździec przy pierwszej możliwej okazji oddalił się od pozostałych. Zrobił to tak subtelnie, iż reszta nie pamiętała, kiedy znalazł się na tyłach. W normalnych okolicznościach zacząłby też przesłuchiwania przejezdnych, jednak nie zrobił tego, gdyż miał tuż za sobą pewien oddychający mu na szyję obiekt, który mógłby utrudnić mu prace; ograniczył się więc do jazdy na uboczu.  Obetnę cyklopce głowę, jeśli przez nią de Borgia właśnie wymyka mi się z rąk – zaklinał się.

Szef Inkwizytorów początkowo był zdziwiony niecodziennym zachowaniem „ochroniarza”, lecz Pietro – teraz otoczony przez rzeźników w bieli – wyjaśnił uspokajająco:

- Dla niego to normalne.

Mag na pewno cieszyłby się, iż udało mu się oddalić od ludzi, których z całego serca nienawidził. Niestety w osiągnięciu pełnej satysfakcji z chwili osobności przeszkadzała mu wcześniej wspomniana dziewka, która uciekając od Inkwizytora, z niewiadomych przyczyn popędziła w jego stronę. Jakby nie mogła pójść do brata! – ciągle zastanawiał się, dlaczego głupia wybrała akurat jego.

Jedynym plusem sytuacji było to, że cyklopka milczała. Jednak to za mało, żeby o niej zapomniał; denerwowała go sama jej obecność. Chciałby teraz jechać sam, starając się zignorować fakt, że jest czarnoksiężnikiem, i że ma przed sobą trójkę łowców jemu podobnych „ofiar”, bo tak powinien je tytułować. Ale to pozostawało poza jego zasięgiem. Przez ciebie, durna babo – rzucił winnej gniewne spojrzenie, które wyraziło więcej niż tysiąc obelg.

Kobieta, widząc jego wściekłość, skuliła głowę i wpatrzyła się w ziemię, po której przemieszczała się czarna klacz. Dobrze – pomyślał wówczas Niecny Algitieri. – Chociaż się nie odzywaj.

O samej drodze, którą musieli przebyć, nie było wiele ciekawego do powiedzenia. Od Tenez do Albio teren uformowany był całkowicie prosto i posiadał nad wyraz żyzną ziemię. Toteż nie dziwota, iż został szybko zagospodarowany przez rolników, którzy zajęli go całego i posiali, gdzie było to możliwe. Nie było tutaj lasów, nie licząc pojedynczych drzew; nie można natknąć się na większe skupiska ludzi, nie ma w pobliżu żadnej wsi, jedynie pojedyncze domy, których właściciele częściej gadają do własnego zboża niż do przyjezdnych. Nie trudno zacząć zachodzić w głowę, dlaczego na tak pokaźnej ziemi nie rozrosło się żadne człowiecze siedliszcze. Powód tego był prosty i możliwy do odgadnięcia po pobieżnym rzuceniu okiem na samą mapę.

W czasie pokoju te tereny były istnym rajem dla możnych władców i chłopów pańszczyźnianych, nie znajdowano tutaj niczego innego od dobrobytu i jedzenia. Jednak kiedy sąsiedzi zdecydowaliby się na atak, to miejsce najprawdopodobniej zostałoby spalone na popiół jako pierwsza ofiara wojny. Oczywiście wszystkich żywych, na których wroga armia by się natknęła, nie oszczędzono by, nawet kobiet i dzieci. Nie raz to już miało miejsce, nie po jednej osadzie można znaleźć na tej ziemi szczątki.  Każdy, którego członek rodziny został w okolicy zamordowany, więcej się tu nie osiedlał; wybierał bezpieczniejsze tereny przy Tenez lub Albio. Ludzie woleli codzienne dojeżdżanie do miejsca pracy na wołach lub przyjście pieszo. Zmęczenie było niczym w porównaniu ze śmiercią w beznadziei.

Oczywiście zdarzały się wyjątki – ci, których plony rozmieszczone były dalej od większych miast, mimo wszystko ryzykowali, że pokój będzie trwał wiecznie i swoje domy stawiali blisko własnych – tudzież należących do ich panów – włości. Jadąc, Niecny Algitieri mógł stwierdzić, iż były to pojedyncze przypadki. Ta ziemia jest cholernie urodzajna i równie mocno wyludniona – podsumował czarnoksiężnik, nie mając nic lepszego do roboty. – To się nazywa zrządzenie losu. 

Podczas podróży ich grupę mijali liczni przejezdni. Niektórzy kompletnie zbywali ich obecność, jeszcze inni z trwogą spoglądali na Inkwizytorów. Wszystkich natomiast charakteryzowało jedno, choć tego nikt nie mógł potwierdzić. Mag doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy, który spojrzał na mężczyzn w bieli i ogromną skrzynię między nimi, z miejsca wyobraził sobie bogactwa, które w niej przewożą. Możliwe, że niektórzy pomyślieli nawet, iż te skarby stanowią osobistą kolekcję królowej. Bo własności Pierwszego Sędziego eskortowała by nie grupa, a armia… – uznał Niecny Algitieri. – Jakże wielkie byłoby zdziwienie tych wszystkich ludzi, gdyby ujrzeli prawdziwą zawartość tego „majątku”. Ile oszczędności by Gaudette’owie nie mieli, nie dorównałyby one wyobraźni złaknionych bogactwa półmózgów. 

Mimo tego, iż zapowiadało się na spokojną – oczywiście pod niezwykle przyjemnym towarzystwem Inkwizycji – jazdę, Niecny Algitieri spoglądał na każdego, który mijał jego drogę. Wypatrywał, czy znalazłby się taki odważny, który byłby w stanie zabić „Sługę Bożego” dla złota. Nie wątpił, iż wielu takich przemierzało te ścieżki. Tylko czy akurat natrafiłby na takiego dzisiaj?

- Kłamca – wyrzekła równie niespodziewanie co mało słyszalnie dziewczyna. Jej głos tego nie zdradzał, ale Algitieri zdążył poznać ją na tyle, żeby zrozumieć, iż chciała wypowiedzieć te słowa, odkąd razem rozsiedli się w siodle. Może nawet to był powód, dla którego to właśnie z nim się zabrała? – Umiesz łgać bez mrugnięcia okiem, wiesz?

Kobieta wyraźnie dostosowywała głos tak, aby ich rozmowa umknęła uwadze pozostałej części grupy. Można powiedzieć, że stworzyła warunki do tego, żeby przeprowadzić w miarę szczerą i – o ile to możliwe – sensowną rozmowę. Jej towarzysz dialogu – w normalnych okolicznościach – udałby, że nie słyszy, lecz tym jednym, można śmiało orzec, wyjątkowym razem tak się nie stało; odpowiedział niemalże natychmiast.

- O co ci, kurwa, chodzi? – A jego słowa wydobyły się z ust z gracją sfrustrowanego pijaka, choć nie ukrywał, iż również bacznie obserwował, aby nikt z pozostałych nie zaczął się mu przysłuchiwać. – Kiedy niby miałem ci zełgać?

- W Tenez – odrzekła, a z jej tonu bił lekki wyrzut. – Mówiłeś, że tamto motto usłyszałeś, kiedy zabijałeś… no wiesz, „przeciwników”. Tych, co cię zaatakowali.

- No i nie kłamałem.

- Gdy rozmawiałeś wcześniej z Inkwizytorami, jak i wtedy z tamtym jednym w ogrodach, przyznałeś, że walczyłeś w ochotniczej armii przeciwko magom. Mi się tym nie pochwaliłeś. Kto w końcu usłyszał od ciebie prawdę?

- Z teraz obecnych wszyscy. – To twierdzenie wyraźnie ją zdenerwowało.

- Nie przyznałeś mi się, że walczyłeś dla Inkwizycji! – Ledwo udało jej się powstrzymać krzyk.

Algitieri jeszcze mocniej zwolnił, przeczuwając, że ta odległość między nimi a Inkwizytorami to za mało.

- Też nie zaprzeczyłem – odpowiedział ze spokojem i arogancją. – Mówię to, co na obecną chwilę muszę powiedzieć, nic ponad. Zobacz, jak na tym wyszliście. Załatwiłem wam lokai do samego Albio.

Anna Gaudette w ogóle nie przejmowała się umiejętnością perswazji i omijania faktów przez maga – doskonale już wiedziała, że „Niecny” przed imieniem zobowiązuje, że istota o takim pseudonimie posiadała same negatywne cechy osobowości – bardziej zastanawiało ją dość znaczące zagadnienie, które nieubłaganie chciała zgłębić.

- Jak mogłeś walczyć przeciwko swoim pobratymcom? – wydobyła z siebie, kompletnie nic z tego nie rozumiejąc. – Dlaczego mag miałby pomagać zabijać innych magów?

- Znowu zaczynasz – Algitieri uderzył się w czoło. – A dlaczego człowiek zabija człowieka? Jesteś naprawdę taka głupia, czy może cofnęłaś się w rozwoju?

- Zamiast mnie obrażać, może w końcu mi to wytłumaczysz?

Mag głośno westchnął, poddając się jej napastliwości. Wiedział, że inaczej uciszyć jej nie może, więc przybrał całkowicie ugodową postawę. Oby to poskutkowało – pozostawały mu nadzieje.

- Jestem magiem krwi, jeśli nie zauważyłaś – oznajmił jej, jakby mówił o najzwyklejszych rzeczach. – To nie jest moc, którą… jakby to powiedzieć… otrzymuje się przy urodzeniu, w darze od Zegarmistrza, jeśli wolisz. Tę magię można posiąść… w inny, powiedzmy, że niekonwencjonalny sposób.

- Teraz zmieniasz temat?

- Kurwa, daj mi skończyć. – Splunął na ziemię, jakby okazując wobec niej wzgardę. – Przez ten jebany szczegół, przez tę „inność”, w której wyjątkowość się nie zagłębiajmy, wszystkie zakony magów ustaliły, że ta gałąź czarów jest zakazana, a wszystkie splugawione nią osoby nie są ludźmi. Dlatego na magów krwi polowano we wszystkich królestwach i mordowano za samo istnienie. Dowiedziałem się o tym wszystkim po fakcie, kiedy już zostałem „nieczłowiekiem”, także… nie wiem, czy zdecydowałbym się na to drugi raz, ale… takie gadanie teraz chyba nie ma sensu. Liczy się tylko to, że większość życia musiałem trzymać się na uboczu. Zawsze, kiedy użyłem choć odrobiny swojej mocy, ktoś musiał mnie zauważyć, a w okolicy zjawiał się doświadczony czarodziej, który próbował mnie zabić. Kiedy zaczęła się ta cała „Era Oświecenia”, w końcu role się odwróciły, mogłem zemścić się na skurwysynach za te wszystkie lata łowów!

- I co? Wolałeś uciekać przed Inkwizytorami niż czarownikami? Naprawdę zwykła nienawiść posunęła cię do czegoś takiego?

- A jaka to różnica, cyklopko? – żachnął się. – Wyjaśnij mi. Co mnie obchodzi to, w jakich szatach będzie ścigał mnie łowca głów? Chociaż nie, co ja bredzę! Uważam, że dobrze się stało. Łatwiej mi zabić zakutego w zbroję Inkwizytora niż maga, nieważne jakiej specjalizacji. Można powiedzieć, że ta cała rzeź wyszła mi na dobre. Przynajmniej wiem, że mój potencjalny zabójca nie będzie czarował.

- Chcesz powiedzieć, że nie żałujesz? – dociekała. – A jeśli w tamtej cytadeli, którą pomogłeś zdobyć, poległ jakiś niewinny czarodziej? Ten „dobry”?

- Nie ma niewinnych czarodziei. Gdybyś przetrwała tyle lat co ja, wiedziałabyś to. Każdy będzie miał prędzej czy później coś na sumieniu.

- Ale do czasu występku, nie masz prawa szastać jego życiem.

- Ładne pierdolenie zostaw dla dziwek i wierszokletów. Nie żyjesz w bajce, nie wiem, czy ktoś ci o tym powiedział. Śmieszą mnie tacy ludzie jak ty; wszyscy jesteście równie żałośni. Słyszałaś w ogóle, ile młodych kadetów zginęło w tamtej wojnie? Wiesz, jaka ich ilość nie miała nawet ukończonych dwunastu lat? Jeszcze lepiej – czy odnotowałaś, żeby ktoś kiedyś skarcił się za te rzezie?!

- Rozumiem, że ty tego nie potępiasz? – wywnioskowała.

- Niby po co? – Odruchowo wzruszył ramionami. – Skoro nikt inny nie widzi w mordach niczego złego, dlaczego sam mam to zrobić? Co mi po tym? A co tobie? Czujesz się lepsza, jeśli usłyszysz te wydumane słowa? Świat nie jest przyjemny, tym bardziej nie jednoznaczny, kobieto. Poza tym dziecko, nie wiem, czy wiesz, ale też kiedyś dorasta. A wraz z tym staje się takie samo jak reszta. Dlaczego mam żałować kadeta, skoro nie rusza mnie śmierć starszego rangą maga? Lepiej go zabić, kiedy zna mniej zaklęć, nie?

- Jak możesz tak mówić! Morderstwo dziecka to największa zbrodnia, jakiej można dokonać! – Znowu ledwo się powstrzymała.

Pomiędzy oczami Niecnego Algitieri przemknął obraz z tamtejszej bitwy. Przypomniał sobie sam początek, fragment, w którym wyrżnięto większość kadetów. Nawet sami magowie nie popierali poglądów cyklopki, bo rzucili najmłodszych na pierwszy ogień. Najemnicy wystrzelali ponad połowę już na samym początku szturmu, zanim jeszcze zdobyto mury. Żółtodzioby pluli ogniem, władali wodą, ale w gruncie rzeczy – znali za mało zaklęć, żeby dłużej się utrzymać. Nie pamiętał, czy ta ofiara nie miała na celu pomóc starszym czarownikom uciec tylną drogą. Tak czy siak, na nic im się to zdało; mieli pecha, że armia Inkwizytorów otoczyła ich ze wszystkich stron.

- Co jest moralniejszego w tym, że wstrzymam się od uśmiercenia kogoś do czasu, aż ten osiągnie dorosły wiek? Jeśli korzyści przyniosło mi zabicie go wtedy, zrobiłem to, rozumiesz? Powiem ci więcej, sam się wtedy broniłem; z oczywistych pobudek nie mogłem używać czarów, więc byłem taki sam jak reszta. To była walka o przetrwanie. Nie mam sobie nic do zarzucenia, zlikwidowałem przyszłego sukinsyna, który za kilka lat mógł polować na moją głowę!

- Mógł, ale nie musiał!

- Oni też nie muszą! – uniósł się mag, wskazując Inkwizytorów. – Myślisz, że powinienem im powiedzieć, „jaki jestem wyjątkowy”?!

Pozostali, słysząc coraz głośniejszą rozmowę, zwrócili się ku dwójce za nimi.

- Coś nie tak? – jako pierwszy wyrwał się najmłodszy z Inkwizytorów, ten, który zjawił się najwcześniej.  

- Nie – oznajmili niemal jednocześnie.

Zwrócenie uwagi mężczyzny w bieli dało im jasno do zrozumienia, że ich kłótnia przyciąga uwagę niepożądanych uszu, zaprzestali zatem dalszych rozmów i skupili się na jeździe. Kobieta nie wyrzekła więcej ani słowa; mężczyzna przed nią musiał z każdym kolejnym wypowiedzianym twierdzeniem odrażać ją coraz bardziej. Cel osiągnięty – ucieszył się Niecny Algitieri, nie słysząc więcej zza pleców żadnych umoralniających bredni.

Jej wcześniejsza paplanina sprawiła, że zaczął zastanawiać się nad tamtym feralnym dniem. To było jedenaście lat temu, w taki sam lipcowy dzień jak teraz. Po męczących dniach marszu w pełnym słońcu, armia z Inkwizytorami na czele weszła w gęsty las. Co ciekawe mężczyźni w bieli nie zrezygnowali z koni – rozbawił się Algitieri. Brnęli przez mnóstwo czasu przez gąszcz, ocierając się o drzewa i pocąc pomimo pokaźnego cienia.  On stał wtedy w szeregu z dziesiątką innych najemników, których twarzy dzisiaj nawet nie kojarzył. Pamiętał, że po godzinach nieustannego, acz spokojnego marszu, wszystko przerwał przeszywający dźwięk; usłyszeli wtedy trąby bojowe – nie kojarzyli nawet czy wroga, czy swoje; wiedzieli natomiast, że zaczęła się bitwa. W następnej chwili ci z przodu zaczęli pędzić w jedną stronę. Cała reszta poszła za nimi, nie wiedząc do końca, czego się spodziewać. Szybko ich oczom ukazała się ogromna cytadela, a na jej murach stali młodzi kadeci, zawczasu witający wroga ogniem, lodem i kamieniami. Oblężenie się zaczęło, najemnicy poszli na pierwszą linię frontu. Ginęli dziesiątkami, ale Inkwizytorzy, kryjący się za drzewami, pchali ich naprzód, grożąc śmiercią w razie dezercji. Tak, nie mając innego wyboru, watażkowie brnęli na mury, targając za sobą drabiny. Początkowo, kiedy te zostały umieszczane na miejscu, kadeci powietrza wyrzucali je na drugi koniec pola bitwy. Pierwsza szarża zakończyła się klęską okupioną wielkimi stratami.

On znajdował się w garnizonie, który miał pójść jako drugi. Nie mógł używać magii, w dłoniach dzierżył jedynie miecz i tarczę; w tamtej chwili poważnie zastanawiał się, czy nie będzie to jego ostatni dzień. Ich dowódca, Avillo Venacci na szczęście miał trochę oleju w głowie i nie chciał dopuścić, żeby najemnicy zamiast na magów rzucili się na Inkwizytorów, którzy tamowali im drogę odwrotu. Szybko pole bitwy opustoszało, a przed murami zostały tylko świeże trupy. Dzieciaki z góry przedwcześnie ogarnęła radość, która jednak szybko została rozwiana przez ujawniające się zza drzew tłumy. Z szeregów najemników wyszli łucznicy, których salwa wydawała się tak gęsta, iż przykryła niebo. Nie wszyscy kadeci zdołali się obronić. Znad murów słyszalne były liczne krzyki bólu i rozpaczy. Niektórzy młokosi upadli na twardą ziemię. Venacci uznał, że ta taktyka się sprawdzała, więc nakazał powtórzyć salwę jeszcze kilkukrotnie; magowie w końcu nie mogli się przegrupować – wiedział, że albo odpuszczą mury i dadzą im się przebić, albo grzecznie poczekają na śmierć. Nie wiadomo, dlaczego magowie nie zdecydowali się na żaden ruch, ale – ku zdziwieniu wszystkich w obozie za drzewami – ci z murów grzecznie wyczekiwali na strzałę między oczy. Albo młodzi, niedoświadczeni kadeci, pozbawieni dorosłego, doświadczonego maga, który poprowadziłby resztę, spanikowali, albo zostali siłą zmuszeni do pozostania na posterunku. Niezależnie od przyczyn, zginęli w większości, po czym – poniewczasie – uznali mury za stracone i je opuścili. Głupie dzieciaki – przypominał sobie czarnoksiężnik. – Jeszcze nic nie wiedziały o życiu…

Następna szarża, w której Algitieriemu przyszło taszczyć drabinę, z łatwością dostała się na mury. Kiedy mag stanął na kamieniu, jego oczom ukazały się setki młodych ciał. Każde z nich było obdarzone spojrzeniem przepełnionym lękiem i strachem; większość z nich chwilę wcześniej chyba nie wierzyła, że mogłaby umrzeć. Pokaźna część niedowiarków legła na murach… ale ocalała resztka czekała bezpieczna wewnątrz, pochowana w wytrzymałych budynkach. W ich towarzystwie znajdowali się dojrzali magowie, którym ewidentnie wcześniej nie udało się uciec. To była ich ostatnia deska ratunku – albo teraz zwyciężą, albo zginął. Nie było innych opcji, doskonale to wiedzieli.

Nie rozumieli jednak, jak wielka była nienawiść kierowana w ich stronę, jak wiele mogła ona zebrać ochotników pod sztandarem z przebitą mieczem tarczą zegara.

Najemnicy zeszli z murów i dostali się na główny plac. Szybko z pobliskiego dormitorium wybiegła cała armia czarowników, dużych i małych. Każdy zaczął snuć swoją magię, niosąc śmierć swoim wrogom. Watażkowie z pierwszego rzędu nie mieli szans – do dziś pamiętał ich wrzaski, kiedy magicznie ognie roztapiały im twarze. Pomimo zatrważającej mocy czarów, to w ich armii była siła. Zakony magów nie liczyły wielu ludzi i szybko straty dały im się we znaki; najemnicy padali dziesiątkami, lecz na miejsce każdego z nich szybko stawał kolejny, zachęcony wpajaną od dziecka nienawiścią i znakiem czasów, gotowy na wszystko, byleby zabić jednego z nich, okryć się chwałą i przysłużyć się Zegarmistrzowi. Tak jak z zaskoczenia czarownicy wybiegli do walki, tak też szybko wrócili do ogromnego budynku i zabarykadowali się wewnątrz.

Nie licząc jednej budowli, zamek całkowicie należał do atakujących, a nie minęło nawet południe. Najemnicy, nie tracąc więcej czasu, rozdzielili się, aby część armii otworzyła główne wrota i wpuściła wypoczywających w cieniu Inkwizytorów, a pozostali mogli skupić się na magach. Mężczyźni w bieli wjechali triumfalnie na koniach, dopełniając swojego zwycięstwa, formalizując je. Kiedy najemnicy rozłupali drzwi kryjówki wrogów toporami, Inkwizycja zaszarżowała do budynku i wyrżnęła wszystkich w środku. Było to proste zadanie, gdyż ci już nie atakowali; jednie unosili ręce w górę i błagali o litość… na próżno.

Niecny Algitieri nie był rad oglądać więcej rzezi, więc oddalił się, odstępując towarzyszom broni resztę „chwały”, jak sami by to nazwali. Zrobił to, co odpowiadało jego pseudonimowi: porzucił braci najemników i udał się do głównej wierzy, w której z założenia powinien rezydować Pierwszy nad Księgami tutejszego zakonu. Czarnoksiężnik obserwował przez okna wijącej się w koło wieży, co się dzieje na placu i parł w górę. Schodów było dużo, a okna szerokie, więc mógł dokładnie wszystko obejrzeć; mordy dłużyły się, a najemnicy zawczasu poczęli przeszukiwać ciała zabitych.

Bieg w tym miejscu nie był dla niego przypadkowy; wiedział, co robi oraz dlaczego w ogóle się tutaj znalazł. Mścił się na magach, to prawda, ale nawet on nie był tak naiwny, żeby zaspokoić się widokiem setek martwych bezimiennych twarzy. Przybył tu po tę jedną, konkretną mordę, którą chciał ujrzeć w przedśmiertnych bólach od dziesiątek lat. Tak się składa, że czarodziej, który tak niesłychanie zalazł mu za skórę, awansował w hierarchii swego zakonu jak mało kto; wybrano go na samego Pierwszego nad Księgami, na najwyższe możliwe stanowisko – u swoich mógł śmiało porównywać się z królem, choć zasięg jego władzy był znacznie mniejszy.  Po elekcji zaprzestał łowów, lecz Algitieri nigdy nie zapomniał, ile krzywd ten drań zdążył mu wyrządzić. Kiedy rozpoczęła się nowa era, czarnoksiężnik bez zwłoki dowiedział się, w jakim dokładnie zakonie znajduje się jego nemezis i jaka armia zmierza w tamtym kierunku; zaciągnięcie się to była tylko czysta formalność. Zrobiłby wtedy wszystko, żeby dostać w swoje ręce Pierwszego nad Księgami Zakonu Czarodziejów z Caravelli – Giacomo di Farini.

 Lata czekał na tę chwilę, kiedy więc w końcu dotarł na miejsce i spotkał człowieka, żyjącego może i setki lat, jednak odmłodzonego za pomocą czarów do wieku niemalże nastoletniego, nie mógł wstrzymać żadnej ze swoich emocji na wodzy; wszystkie jego zmysły zamieniły go w dzikie zwierzę łaknące krwi.

Znajdowali się w niewielkim gabinecie przepełnionym książkami i astronomicznymi utensyliami. Kilkusetletni mag, na którego twarzy nie wyrósł nawet jeden włos, i on, zawsze wyglądający na starszego, wiecznie ponury czarnoksiężnik, którego zemsta zbliżała się wielkimi krokami stanęli przed sobą, pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia. Niecny Algitieri chciał mu odpłacić za tyle lat polowania, za dziesiątki opuszczonych domów, które musiał zostawić, za wiele miejscowości, których nawet już nie pamiętał, za całe cierpienia, które czarownik mu sprawił. Sukinsyn ścigał mnie prawie całe życie – doskonale pamiętał każdy dzień, w którym bał się wstać z łóżka. – Do śmierci będę miał przed oczami jego żałosną twarz, kiedy w agonii błagał mnie o litość. Ciągle czuję tę satysfakcję, kiedy gołymi rękami urwałem mu głowę. On był jednym z tych trzech, których zabójstwo zawsze będzie wspominał.

Opisując to jako krótkie wspomnienie, można dojść do wniosku, iż było to łatwe zadanie, lecz czarnoksiężnik nie mało się przy nim napocił – użył do pokonania go dosłownie całej swojej mocy, wyciągnął z rękawa najniebezpieczniejszą kartę. Walka pochłonęła połowę wieży… Prawie straciłem wtedy rozum – przypominał sobie, wiedząc, że określenie „człowieczeństwo” nigdy wielce do niego nie pasowało. – Sam nie wiem, jak udało mi się wtedy opamiętać. Pech, że dla reszty armii było już za późno…

Nie trudno się domyślić, iż zapamiętana przez maga potyczka różniła się wielce od jego wcześniejszej relacji; któż przecie uwierzył, że Niecny Algitieri okazałby szczerość względem swojego wroga? Wróć – względem kogokolwiek? Ale dlaczego świat inaczej zapamiętał tę historię? Co zostawiło liczne ślady pazurów na budynkach i zrobiło wyrwę we wcześniej nietkniętym murze?  Jaki los spotkał resztę najemników i Inkwizycję? W końcu ci ludzie zginęli, czy po prostu zapadli się pod ziemię? To już czarnoksiężnik pamiętał jak przez mgłę…

 

*

 

Słońce powoli udawało się na spoczynek, kiedy przed ich oczami zaczęły rosnąć jasne mury i chłopskie chaty pod nimi. Miasto na samym początku uderzyło ich swoją majestatycznością, czego zwieńczenie stanowiła gigantyczna, rosnąca do nieba Biała Wieża. Jeszcze nigdy wcześniej nie widzieli tak, mogłoby się wydawać, lśniących obwarowań. Dobrze byłoby w takim miejscu bronić się w razie ataku – pomyślał Pietro Gaudette, kręcąc głową. To był szczyt przemyśleń, jakie naszły go odnośnie samej budowli; to na twarzy jego siostry rysowały się niezliczone historie, które zapewne już po drugiej stronie murów zniknął na zawsze. Najbardziej niewzruszeni na ten widok – co powinno być oczywiste – okazali się Niecny Algitieri, który na każdą sytuacje miał przygotowane dwie twarze – ponurą i zdenerwowaną – oraz Inkwizytorzy, z miejscowością i ową ścieżką dobrze obeznani.

Nie sposób wyrazić radość, jaką czuł Pietro Gaudette, kiedy ujrzał Albio z daleka. Nie ma to jednak nic wspólnego z wcześniej wspomnianymi cechami, które tak zajmowały Annę. Jego radość miała bardziej przyziemne powody; całą podróż przejechał na niewygodnym kocu, w dodatku wokoło miał tylko Inkwizytorów, którzy zamęczyliby go, gdyby się dowiedzieli, że miał coś wspólnego z magiem. Jakby to nie było wystarczająco wyczerpujące, co jakiś czas któryś z nich się do niego odzywał. Pytali o najpospolitsze rzeczy; o handel w okolicznych miastach, o życie kupca, o historię rodu – o coś, co nie powinno sprawiać mu problemu z odpowiedzią, jak wcześniej przypuszczał. On, sam się sobie dziwiąc, każde słowo wykrztuszał z gardła z ogromnym trudem, a mówiąc o rodzinie, o rodowej posiadłości, podał zupełnie inną część kraju – sam nie wiedział w sumie dlaczego; dużą wątpliwości pozostawało to, czy chciałby tam jeszcze wrócić. Po śmierci ojca wszyscy po kolei wydzierali skrawki mojej odwagi – uznał zirytowany. – Szkoda, że nic już nie zostało.

Inkwizytorzy powtarzali swoje imiona kilkukrotnie, ale on nie mógł spamiętać nawet jednego. Nie były wielce wyszukane, czy tym bardziej zagraniczne – stres sprawił, że popadał w starczą sklerozę.

Jedynie Anna się wycwaniła i bezpiecznie siedziała z tym nikczemnikiem. – Co jakiś czas odwracał ku niej wzrok, po raz pierwszy w życiu zazdroszcząc „wyszukanego” towarzystwa. – Przy czym „bezpiecznie” jest tu pojęciem względnym. Sam nie wierzę, że to mówię, ale czułbym się pewniej z tamtym łotrem u boku niż z tymi tutaj. Czarnoksiężnik jechał z jego siostrą na tyłach, a on – nie bójmy się tego powiedzieć – został porzucony; przemieszczał się sam, znikąd mogąc spodziewać się ochrony przed inkwizytorskim cięciem. Słońce grzało dzisiejszego dnia porządnie, ale to nie był powód, przez który spocił się jak kmieć po wyczerpującej pracy.

Po raz pierwszy w życiu młody kupiec zrozumiał, jak czuli się magowie, którzy skrywali swoje umiejętności przed światem. Bynajmniej nie zmienił co do nich swojego negatywnego zdania; nie mógł od tak zapomnieć o wszystkim, co było mu przez całe życie wpajane. Po prostu potrafił szczerze powiedzieć, że rozumiał ich położenie. Kiedyś zniósłby to lepiej, ale nawet jego charakter osłabł po tylu przeżyciach…

Z tym przekonaniem w parze szło inne, odwrotne: poczuł wstręt do Inkwizycji, wcześniej mu obojętnej, jak przypuszczał. Raz zdarzyło się nawet, że mężczyźni w bieli „pomogli” mu i ojcu wyrwać się z łap bandytów; zażądali pieniędzy, ale nie było to nic dziwnego, tym bardziej negowanego przez społeczeństwo. Widział wiele płonących stosów, ale dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo abstrakcyjne wydawało się to z perspektywy widza, kogoś, kto nigdy przecież nie zamierzał mieć kontaktów z kimś pokroju czarnoksiężnika. Teraz, z promieniami słońca na szyi paranoicznie przypominającymi ognie, taki koniec wydawał mu się śmiertelnie prawdopodobny; nawet odnosił wrażenie, że w nosie czuł smród palonej skóry…

Zaczął się zastanawiać, dlaczego w ogóle mógł patrzeć na coś tak okropnego i nawet nie mrugnąć okiem. Jakim człowiekiem był, żeby choć raz nie wspomnieć jakiegoś bezimiennego nieszczęśnika spalonego za… w sumie nie wiedział za co, nigdy nie wkroczył na początek „przedstawienia”. Najbardziej jednak dziwiło go to, że Inkwizycja sama w sobie nigdy nie zaczęła go brzydzić. Choć uważał się za neutralnego w tym szaleństwie, a tytuł szlachecki mu na to pozwalał, ogólnie panująca propaganda sprawiła, że jakąś częścią siebie uwierzył w słuszność inkwizytorskiego okrucieństwa. Może dlatego teraz czuję taki zawód? – zadawał sobie pytanie. – Jedno jest pewne: nigdy więcej nie będę w stanie spojrzeć bez odrazy na któregokolwiek Inkwizytora.  

Przez wielkie wrota wjechali praktycznie oddzielnie; kupiec zbliżył się do swoich na tyłach, a łowcy magów zacieśnili szyki. Zatrzymali się przy pierwszej lepszej gospodzie, na co sam Gaudette nalegał. Byle szybciej się ich pozbyć – kierował się dość słusznym przesłaniem. Nie prosił nawet, żeby ci pomogli mu wnieść bagaż do środka, więc Inkwizytorzy ustawili skrzynię przed samym budynkiem w asyście przynajmniej tuzina ciekawskich oczu. Po fakcie wszyscy z obu grup – nie licząc naturalnie milczącego ponuraka Algitieri, jako jedynego trzymającego się swojej klaczy na uboczu – okazywali smutek z racji pożegnania i dziękowali za wspólną podróż. Pietro nie miał wątpliwości, iż wszystkie te uśmiechy i dobre słowa były fałszywe. Gdyby wiedzieli, kim jest ten ich „weteran”, najprawdopodobniej na ich nieskazitelnych ząbkach pojawiłaby się krew – mówił sobie. – Ni chybi moja.

Cała trójka stała w miejscu, obserwując, kiedy mężczyźni w bieli na dobre zniknął z ich oczu – a przynamniej na to z całego serca młody Gaudette liczył. Kiedy obserwowana przez nich banda rozpłynęła się w tłumie, jeszcze przynajmniej minutę rodzeństwo stało w ciszy, denerwując bezczynnością bardziej obojętnego ochroniarza.

Ale i to nie był koniec jego mąk. Niecny Algitieri nie był, łagodnie mówiąc, zbytnio zadowolony, kiedy Pietro nakazał mu pomóc we wnoszeniu skrzyni. Czarnoksiężnik ponarzekał, pojęczał, ale zrobił, co się od niego wymagało. Razem wnieśli bagaż do budynku po wąskich schodach, a następnie zamówili jeden dwułóżkowy pokój, prosząc od razu o zapasowy klucz. Dwu, gdyż magowi nie uśmiechało się zbytnio spanie pod dachem.

- Ile będzie kosztował nocleg z koniem w stajni? – zdziwił właściciela przybytku niecodziennym pytaniem. – No? Ile może być wart brudny kamień i odrobina siana na poduszkę? Mówże, wystarczająco dnia przez tych tutaj straciłem.

Kiedy mężczyzna zdał sobie sprawę, iż jego gość nie żartuje, po chwili, chyba wymyślając cenę na poczekaniu, podał kwotę, która najwyraźniej wydała się Algitieriemu przystępna; również postanowił spędzić noc właśnie w owym przybytku. Choć bardziej trafne byłoby stwierdzenie „obok” – Pietro nie mógł ukryć zażenowania. Nie wiedział, czy czarnoksiężnik uciekł z budynku przez skąpstwo z racji minimalnej stawki, czy przez nich. – Taki człowiek daje dobre świadectwo mojej pracy…

Pomieszczenie dla gości, którzy pragnęli wychylić kielicha znajdowało się naprzeciwko, a pokoje – a jakże! – na piętrze. Znowu schody – Zacisnął jedyną wolną pięść i udał się z magiem odnieść wszystkie graty do pokoju.

Anna przez ten czas sprawiała wrażenie nieobecnej… Ale jak to zwykle u niej, to była cisza przed burzą – Ugryzł się w język, kiedy jego siostra wypaliła mu, iż chce przespacerować się wieczorem po mieście.  Odpowiedzieć na tą fanaberię mogła być jedna, oczywiście.

- Chyba ci odbiło – rzekł Pietro Gaudette. – I nie przekonuj mnie, bo kiedy wyjdę, zamknę cię na klucz.

Blada twarz kobiety zrobiła się czerwona; wyraźnie złapała jeden z całej palety swoich nastrojów „nie dam się znowu zamknąć w klatce”. Pech, że na wieczór trafił się mocny odcień – uznał, obserwując jej wściekłość. Nie miał zamiaru się z nią kłócić. Towarzystwo Inkwizytorów było szczytem negatywnych wrażeń na najbliższy tydzień; nie mógł pozwolić jej wyprowadzić się z równowagi, bo najprawdopodobniej padłoby kilka słów za dużo.

- Nie jestem dzieckiem – zaczęła Anna. – Mogę przecież…

- Nie dzisiaj – przerwał jej niczym uliczny cham. – Co to za różnica, ten dzień czy następny? I tak mam tutaj tyle do zrobienia, że nie wiem, czy w ogóle jutro ruszymy.

- Ale w nocy miasto może być…

- Niebezpieczniejsze – dokończył za nią. – Odpuść dzisiaj, dobra? Lepiej odpocznij. Sama wiesz, że to był dzień pełen wrażeń.

- Dlaczego ty zawsze jesteś taki… – krzyknęła, po czym rzuciła się na swoje łóżko. Dla Pietro był to znak, że dzisiaj ostudził jej samobójcze zapędy. – Okrutnik. – rzuciła spod poduszki i zamilkła ostatecznie.

W pokoju zrobiło się niemożebnie cicho. Słychać było tylko Annę przykrywającą się kołdrą w całkowitym ubraniu i niekoniecznie pozbawionych piasku podeszwach. Algitieri, jak mu przystało, zatrzymał się przed drzwiami, ciągle licząc, że będzie mógł jak najszybciej ich opuścić, tak jak ostatnio w lesie; Pietro z kolei otworzył skrzynię i zaczął wybierać z niej kilka monet.

- Pójdę rozejrzeć się po mieście – oznajmił siostrze, ciągle wyjmując średnie orsissy i wkładając je do przytroczonej do pasa sakwy. – Muszę znaleźć nam nowy powóz.

- Ja też wychodzę – odrzekł Niecny Algitieri. – Żeby nie było narzekań, że was zostawiam. I tak już przez was zmarnowałem cały dzień. Wyjdę na miasto i popytam ludzi.

- Może już dzisiaj sobie odpuść? – spróbował wyperswadować mu ten pomysł, nawet nie rzucając mu spojrzenia. – Jesteś w końcu naszym ochroniarzem. Dobrze by było, żebyś był w pobliżu.

- Jak wolisz – zdziwił go bezwarunkową zgodą. – Od razu pójdę się przekimać w stajni.

- Anno, kiedy wyjdę, zamknij drzwi na klucz – zwrócił się do siostry, kładąc wskazany na stoliku obok skrzyni. – Nie po to poprosiłem o drugi, żebyś z niego nie skorzystała.

- Tak zrobię, nie martw się o mnie – powiedziała z wyrzutem.

Nabrali do mnie posłuszeństwa – uznał prawie że zadowolony, myśląc, że pozbył się na dzisiaj wszystkich problemów. – Może po tych męczarniach z reszty dnia, teraz wszystko pójdzie z górki? 

Zanim odwrócił wzrok ze sterty schowanej w skrzyni, zanim w ogóle wstał, usłyszał mocne kroki oddalającego się ochroniarza i głośne trzaśnięcie drzwiami. Zbył ten fakt, nie przeczuwając nic złego, lecz zaraz potem, już bardziej się niepokojąc, poczuł za plecami nieprzyjemny wietrzyk, który bardzo jednoznacznie mu się skojarzył. Wiedział, że siostra wstała z łóżka i go minęła – za potrzebą, jak przypuszczał. Usłyszał jej cichutkie kroki, niby w biegu, po czym drzwi trzasnęły; tym razem znacznie lżej, harmonijniej.

To było raptem kilka chwil. Wystarczyły one jednak, żeby Pietro Gaudette został w pokoju sam. Oglądając pomieszczenie, nie zastał tam siostry, nie miał także wątpliwości, iż Niecny Algitieri wcale nie udał się spać na sianie. Choć zdążył tak pomyśleć, nikt w ogóle go nie posłuchał.

- Dlaczego, do cholery, wszyscy mają moje słowa za nic! – zdenerwował się, ściskając pełną już sakwę monet w dłoni. – Gdzie, kurwa, jest mój autorytet?!

Nie było jednak nikogo, kto udzieliłby mu odpowiedzi.

 

*

 

- Nie plącz mi się pod nogami, cyklopko – ryknął na nią spode łba Niecny Algitieri.

Nie miał wprawdzie się czego obawiać; Anna Gaudette od wyjścia z tawerny podążała za nim kilka kroków dalej, niczym wyczekujący na słabość ofiary wilk. Z tą różnicą, że ona nie była skupiona na czarnoksiężniku, to raczej on co jakiś czas zagadywał do niej w jakże przyjemnych słowach: „Wynoś się stąd” lub „Zostaw mnie”. Co prawda jego wypowiedzi przedstawiały się bardziej mięsiście, ale ona nie lubiła zbytnio używać wulgarnego języka. Bardziej od ponuraka, którego trzymała się tylko i wyłącznie na wypadek napadu, obserwowała żyjące miasto, które zadziwiło ją jeszcze z opisów brata. Niestety nie mogła ukryć swojego rozczarowania owym Miastem Białej Wieży.

Choć mury i główny punkt wewnątrz obdarzono w całości białym kolorem, reszta miasta gryzła się z tą jasnością, posiadając każdą możliwą barwę. Choć kobieta w głowie ułożyła sobie inny scenariusz, spotkała normalną, niezbyt okazałą miejscowość, której mieszkańcy obdarzali ją tą samą obojętnością co wszędzie. Można powiedzieć, że czuję się jak w domu – zażartowała gorzko.

Najprawdopodobniej zarażając się manią od brata, trzymała się ochroniarza, przypatrując ludziom w dzielnicach, do których ten akurat zawitał, oraz budynkom, które wielce zawiodły jej oczekiwania. Kiedy mag zmieniał okolicę, ona robiła to samo. Po jakiejś godzinie ten zaczął przemieszczać się szybciej i w każdym nowym miejscu pytać o tego de Borgię mniej osób. Chce mnie zgubić – uznała zakłopotana, obserwując ulice spowite mrokiem. To była wystarczająca aspiracja, żeby zacząć iść żwawiej. Niestety jego szybki chód oznaczał dla niej bieg. – Cholerne małe nóżki!

Anna walczyła dzielnie, jednak tak jak ona i on nie chciał łatwo dać za wygraną.

- Przecież i tak idę kilka kroków za tobą – mówiła, podbiegając do maga. – Jak miałabym ci przeszkadzać…

- Samą obecnością!  – Zatrzymał się i rzucił jej gniewne spojrzenie swoich martwych oczu. – Spierdalaj! Ile można ci to powtarzać?

- Ale dlaczego…

- Nie będę ci się tłumaczył, głupia. – Zaczął machać dłońmi na wszystkie strony. – Zmień kierunek albo idź do tej pierdolonej tawerny.

Ludzie idący w tłumie szybko zwrócili na nich uwagę. Co by nie powiedzieć, ich dwójka wyróżniała się w tej bezbarwnej ciżbie.

- Kurwa – zaklął czarnoksiężnik i odwrócił się do dziewczyny plecami. Chyba uznał, iż lada moment zlecą się „obrońcy kobiecej godności” i zacznie się bójka. Odwołał występ albo… odłożył go na inną chwilę. – Chodź, ale nie zadawaj pytań. Jeśli ktoś cię napadnie, udam, że niczego nie widzę, a twojemu bratu powiem, że rozdzieliliśmy się zaraz po wyjściu.

Dziewczyna ledwie dostrzegalnie uśmiechnęła się na znak zwycięstwa, po czym zajęła miejsce obok Dzikiego Psa. Szli jeszcze długi czas, obserwując opadający mrok, a co za tym idzie, natrafiając na coraz to innych latarników, którzy jak co dzień chodzili z długimi patykami pod ręką i przy ich pomocy zapalali świece w latarniach. Zdarzyli się także tacy, którzy przechadzali się z drabinami, lecz ci zdarzali się stosunkowo rzadko.

Czarnoksiężnik co chwilę zatrzymywał się i wypytywał z uporem prześladowcy o nieznanego kobiecie szlachcica, a ona oglądała coraz bardziej rozczarowujące ją miasto. W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam… – zastanawiała się, nie znając dokładnej odpowiedzi. – I tak jak zwykle ominie mnie to, co najlepsze.

Wielką Białą Wieżę widziała tylko z daleka, a i nie zanosiło się, żeby czarnoksiężnik kierował się do centrum miasta. Po czasie, chyba nabierając nawyków swojego towarzysza, i Anna podeszła do obcego człowieka i otwarcie zapytała o ową tajemniczą budowlę.

Zdziwiło ją, kiedy zaczepiony mieszczanin opowiedział jej, że owa wieża nie ma wejścia i nikt nie wie właściwie, w jakim celu powstała. Nie posiadała także okien, więc w żaden sposób nie można było się do niej dostać. Podobno wiele lat temu lokalni Ławnicy zechcieli zrobić w niej swe gabinety i zażądali wywiercenia w białym kamieniu dziury na wejście.  Ile budowlańcy nie próbowali, nikomu się ta arcytrudna sztuka nie powiodła; kamień zdawał się niezniszczalny. W końcu w akcie desperacji – kiedyś było to uwłaczające, acz legalne – wezwano czarownika z najbliższego zakonu. Ów mag użył swych mocy, aby zaradzić problemowi, lecz i on nie podołał zadaniu. Po całym dniu rzucania czarów i „pluciu kolorami z rąk”, wyrzekł do czwórki Ławników, iż tej wieży strzeże niewyobrażalnie silne zaklęcie. Rozczarowani mężczyźni początkowo nie dawali mu wiary i oskarżyli go o działanie na szkodę władzy, lecz czarodziej, aby nie wyjść na niedołężnego w swojej dziedzinie, jako dowód wskazał białą farbę, która nigdy nie ulegała ubrudzeniu ani nie schodziła; ponoć oblał mury ciepłym piwem, a te nie były nawet mokre. Najwyżej postawieni ludzie w mieście, jak i wszyscy obecni w centrum, widząc to, dali się przekonać. Wcześniej wnioskowali, że sam kruszeć Białej Wieży miał jasną barwę. W tej sytuacji niezadowoleni włodarzy postawili swoje cztery domostwa tuż obok enigmatycznego monumentu. Do dziś te budynki, jako własność ich następców, stoją w centrum, także w ramach tradycji pomalowane na biało.  Z czasem uznano, iż mury również winny przypominać flagowy punkt miasta i dlatego – co również w poprzedniej erze nie wzbudzało wiele hałasu – sprowadzono maga, który za duże pieniądze zmienił barwę wszystkich skał obwarowań. Oczywiście nie był w stanie odwzorować takiej idealnej bieli jak twórcy tajemniczej wieży. Do dziś nikt nie wie, jaka była geneza jej powstania. Nie zachowały się nawet zapiski, które mogłyby świadczyć, czy budowla była obecna w chwili założenia miasta, czy została postawiona w trakcie jego bytowania.

Po rozpoczęciu nowej ery i wyjęciu magów spod prawa, wielu kronikarzy starało się „odmagicznić” tę opowieść. Ich próby były jednak tak komiczno-żałosne, iż mieszkańcy nieoficjalnie pozostali przy oryginalnej wersji. Oczywiście przy każdym wspomnieniu o czarownikach za synonimy uznawali „szarlatani” lub „diabły w ludzkich skórach”, ale to nie powinno wzbudzać zdziwienia.

- Obecnie mury powoli blaknął – kończył swoją opowieść zapytany mężczyzna. – Może pod koniec mojego życia znowu będą szare, ale wieża ciągle się trzyma. Chyba do końca świata nikt nie dowie się, dlaczego to cholerstwo tutaj stoi i jak działa. – Zwrócił wzrok ku omawianej wystającej znad dachów. – Przynajmniej jest jakaś atrakcja… No nic, bywaj, panienko!

Anna podziękowała mieszczaninowi za opowiedzenie jej tej historii, po czym podbiegła do akurat oddalającego się czarnoksiężnika. Chciała zapytać, czy miał na ten temat jakąś wiedzę, lecz powstrzymała się przed wypowiedzeniem pierwszego słowa, rozumiejąc, iż nawet jeśli by coś wiedział, łgałby, że jest odwrotnie. Albo zagroziłby mi śmiercią i urwał temat – to również pozostawało prawdopodobne. Obeszła się więc smakiem. Nie zapowiadało się również, że choć zbliżą się do centrum miasta, więc tym bardziej nie podobała jej się obecna wizyta. Nawet nie liczyła, że po dzisiejszej ucieczce będzie mogła wyjść jutro; Pietro na pewno nie da jej Algitieriego jako ochroniarza i nie pozwoli zwiedzać jak ostatnio… A ponowne zasmakowanie ucieczki i próba odosobnionej przechadzki, choć trochę się tego wstydziła, napawały ją lękiem. Teraz, w mieście, w którym jedyne światło stanowiły latarnie, nie oddaliłaby się od czarnoksiężnika, bo obawiała się tego, co mogło czyhać w ciemności. Co by nie powiedzieć, jej strefa komfortu była bardzo ciasna, a i trudno jej było się z niej wyrwać. Cała ta podróż miała jej pomóc, ale… jak na razie średnio jej to wychodziło. I naprawdę od długiego czasu nic nie czytałam – uświadomiła sobie, oglądając podobnie wyglądające domiszcza. – Chciałabym wziąć do ręki jakąś książkę…

W głowie już przypomniała sobie wszystkie przygody, jakie przeżyła, smoki, jakie ubiła, piratów, których postawiła przed oblicze sprawiedliwości, magów, których pokrzyżowała niecne plany, królestwa, które podbiła… Szkoda tylko, że tak naprawdę to nie byłam ja – poczuła nostalgię z przeżyć, których nigdy nie miała i przypomniała sobie bohaterów, którymi w tym krótkim czasie „była”. – Żaden nawet mnie nie przypominał…

- Wiesz może coś o tej Białej Wieży w centrum miasta? – wypaliła do Dzikiego Psa, zapominając o wcześniejszym postanowieniu. Zrobiła to mimochodem, rozważając tę zagadkę. Czasem miała problem z utrzymaniem języka za zębami. Bardzo tego w sobie nie lubiła. – Przepraszam!

Od razu zamknęła oczy, jakby przeczuwając kary za ten niegodziwy wybryk, lecz zadziwiła się niemożebnie, kiedy zamiast krzyku, usłyszała w miarę spokojne słowa. Nie wiedziała, skąd u maga taka zmiana, lecz ucieszyła się, że mówił – ciągle obraźliwie – ale przynajmniej w spokojnym tonie. Niech będzie, że „kwaśnie” – uznała z iście pisarską weną.

- Zależy, co usłyszałaś – odrzekł zapytany oschle. – Pewnie w chuj ciekawą historię o magach, którzy postawili wieże, samemu zapominając dlaczego, i o tych drugich, co pomalowali tym idiotom mury za ich marne orsissy. Nawet nie wiesz, jak często można tutaj to usłyszeć.

- Sugerujesz, że…?

Chód Dzikiego Psa zmienił się w dziwny sposób, zdawał się nad wyraz błogi – jak nie on – lecz Anna Gaudette dostrzegła w tym teatralną pozę, jakby mającą zmylić prawdziwe intencje przed widzami. Mogłaby przysiąc, iż jej nieokrzesany towarzysz wydawał się zdenerwowany. Była bliska zapytania co się stało, lecz temat Białej Wieży zaciekawił ją znacznie bardziej i zachowała ciszę, słuchając jego „mądrości”.

- Coś ci powiem, cyklopko. – Kątem oka spojrzał dziwnie w bok, po czym raptownie poprowadził ją w zupełnie inną stronę. W normalnych okolicznościach dziewczyna uznałaby to za szczyt niepokoju, lecz obecnie jedynym, co zauważała, była wieża, w której stronę bardzo powolutku zaczęli się zbliżać. – Każdy mag w tamtym czasie gardził wami, waszymi życiami i co najważniejsze, w dupie miał te wasze śmieszne monety. Bo i na chuj im one, skoro sami mogą zaoferować dwa razy tyle klejnotów zrobionych choćby z kamienia?  Nie wiem nic o tym mieście, o tym jak powstawało i jak się rozwijało. Ale nawet bez tej wiedzy mogę ci powiedzieć, że cała ta historyjka to bujda.

- Ustaliłeś to na podstawie swojej opinii? – wnikała, marszcząc brew.

- Nie, kurwa, pomyślałem – odpyskował, ponownie ciągnąc ją w inną uliczkę. Kobieta ciągle się radowała, widząc, że Biała Wieża rośnie w ciemności, jakby ukazując słabe, acz wieczne światło. W całości zbyła dziwne zachowanie bardzo dziwnego człowieka. – Też czasem spróbuj.

- Nigdy tego nie sprawdziłeś, tak? – zauważyła. – Jak możesz przez to swoje chore myślenie uznawać coś za fakt, skoro nawet nie…

- Jaka ty jesteś naiwna – powiedział „oczywistość”, a przynajmniej w jego mniemaniu, po czym ponownie spojrzał się w ten niepokojący sposób za siebie. Zaraz potem skręcił. Anna kolejny raz ustrzegła się przed niepokojem, kiedy białe rysy na nocnym niebie ciągle rosły na jej oczach.

- Ja przynajmniej potrafię zaufać ludziom – broniła się, nie wiedząc do końca jak to zrobić.

- No przecież mówię, że jesteś naiwna… Chodź, przekonajmy się, czy mam rację.

W kilku chwilach udało im się obejść multum podobnie przedstawiających się uliczek, żeby w końcu dotrzeć na dość duży plac. Na nim świątynia Zegarmistrza w ogóle nie rzucała się w oczy; przedstawiała się wręcz jak zwykły dom pośród setek innych, jak wieńcząca część rynku niżeli całego miasta. To Biała Wieża robiła wrażenie. Ona i otaczające ją z tyłu nie tak białe, acz jaśniejące w ogniach latarni cztery domostwa Ławników. Tak jak powiedział jej mieszczanin, enigmatyczna budowla nie posiadała drzwi ani okien.

Niecny Algitieri zaciągnąłby ją dalej, pod samą wieżę, gdyby nie strażnicy, których roiło się tu na pęczki, a którzy skutecznie uzmysłowili im, że nie warto wdzierać się na ten teren siłą. Tajemniczy budynek musiał być pod nadzorem dzień i noc; nikt nie mógł choćby się do niego zbliżyć. O tym już mi nie powiedział – zirytowała się kobieta, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z mieszkańcem Albio.

- Tyle z twojej magii – oznajmił Niecny Algitieri, kiedy oddalili się od uzbrojonych od stóp do głów wojów z niedźwiedziami na piersiach.

- Ale przecież nawet tam nie podeszliśmy.

- O to chodzi. Myślisz, że dlaczego nie pozwalają ludziom zbliżyć się pod wieżę i samemu przekonać się, ile jest prawdy w tej „legendzie”?

Dziewczyna nie miała na to odpowiedzi.

- Bo wtedy przekonaliby się, że to bujda – ryknął Algitieri niczym prawiący kazania kapłan. – Tylko dlaczego trzymają ich w nieświadomości? Widać, że tego nie rozumiesz, he, he. Oświecę cię. Nikt stąd nie jest zainteresowany prawdą. Ciżba zawsze woli żyć w świecie bajek niż twardo stać na ziemi.

- Mierzysz wszystkich jedną miarą…

- Doprawdy? – wzruszył ramionami. – Poczytaj sobie trochę książek czy jakiś zbiorów podań. Skup się na jeziorach. Dowiesz się, że w każdym, z którym człowiek miał styczność, żyją potwory. Opisy niektórych są wręcz komiczne; warto, żebyś dokładnie je przejrzała. Po fakcie zastanów się, ile z tych monstrów tak naprawdę czyha w głębinach?

Anna chciała wyrzec coś w kontrataku, nie wiedziała do końca co, bo i Algitieri zrobił jej w głowie niemały mętlik, ale nie miało to większego znaczenia – mężczyzna przerwał jej po pierwszej sylabie.

- Chcesz wierzyć w bajki, śmiało – oznajmił jej poważnie. – To przed nami to najzwyklejszy, niemagiczny i z całą pewnością zniszczalny kamień. A i na oko nie aż tak stary. Ma najwyżej sto lat. I chyba był odnawiany. Pewnie jakiś paniczyk postawił go, żeby miasto nie było tylko zadupiem na mapie świata… Ale droga wolna. Dla ciebie mogą to i być wrota do piekła, które otworzą się w Dniu Apokalipsy. Ano tak! Jeszcze mury. Mamy pod nie iść? Jestem pewny, że tam zobaczysz prawdziwie biały, niepomalowany kruszec, wydobyty pewno z equarskich gór. Nie tak czystej jakości jak ten tutaj, ale zawsze… Co, jednak rezygnujemy ze spaceru na kraniec miasta?

Nie czekał na jej odpowiedź; zostawił ją z masą myśli i udał się przed siebie, ciągle co jakiś czas skrycie zerkając w bok. Anna, będąc nieobecną, ruszyła za nim.  W głowie toczyła niemałą batalię; nie wiedziała, co powinna uznać za prawdę. Czy mieszkaniec miasta miał racje, czy Dziki Pies, który nigdy tego miejsca nie zbadał, rozgryzł tę tajemnicę? Ile racji mogły mieć miejskie legendy? Jak bardzo prawdopodobne były słowa czarnoksiężnika? Czy dałoby się w ogóle sprowadzić tyle białego kruszcu z… nie wiadomo jakiego źródła? – na nic nie potrafiła odpowiedzieć. W jej mocy było jedynie wybrać wersję, w którą chciała uwierzyć, ale w obecnej sytuacji i tego się nie podjęła. Miała tylko wątpliwości...

Jej dywagacje przerwał Niecny Algitieri, który niespodziewanie zatrzymał się, sprawiając, iż dziewczyna wleciała prosto w jego plecy.

- Co mówiłem, cyklopko?! – zdenerwował się momentalnie.

- Ty się zatrzymałeś! – również poczuła gniew. W sumie nie uznawałaby czegoś takiego za powód do złości, ale skoro on zaczął… – Dlaczego teraz ja jestem ta zła?

Rozglądając się po okolicy, zrozumiała, że kompletnie straciła orientacje w terenie. Nie wiedziała, jak daleko znajdowała się tawerna, w której się zatrzymali ani w jakiej części miasta w ogóle była. Dawno opuścili plac i jego główny punkt. Wszystkie obecne budynki wyglądały dla niej tak samo, a i wszechobecny mrok odganiany ze średnim skutkiem przez latarnie nie pomagał w ich rozróżnieniu. Niepokój uderzył w nią z kilkukrotną siłą, jakby ściskając ją za gardło; czuła się jak duszona.

- Ten Inkwizytor… – szepnął niespodziewanie czarnoksiężnik, odrywając ją od panikowania z jednego powodu i wpędzając w drugi.

Anna momentalnie wytrzeszczyła oczy i zechciała rozejrzeć się po okolicy. Zanim jednak udało jej się zrobić pełny obrót, mag powstrzymał ją jakże magicznymi słowami:

- Spokój, głupia.

- To ty mnie straszysz! – Niestety to zaklęcie było nieskuteczne i przynosiło niekiedy odwrotny skutek.

- Nie drzyj się – nakazał jej z grobową powagą, po czym udał się w boczną uliczkę. – Za mną. Tylko się nie obijaj. I idź tak, jakbyś o niczym nie wiedziała.

- Łatwo ci mówić. Po co w ogóle mi mówiłeś?

- Żeby późniejszy szok był mniejszy – odrzekł, brzydko się uśmiechając.

Kobieta nie chciała zgadywać, co miał na myśli, lecz nie przeczuwała niczego dobrego; nie chcąc ich spowalniać, wstrzymała się od dalszego głosu i po cichu udała się w drogę za nim. Każdy człowiek, który o tej porze minął ich drogę, przyprawiał ją o niemałego pietra. Szybko zaczęła sobie wyobrażać, że spod kapturów nieznanych jej osób wyłonią się kolczaste potwory. Czuła nieprzyjemny wzrok na sobie. Wiedziała, że jest obserwowana. Jej oddech stał się ciężki, a pot zaczął wydawać się zimny niczym sople lodu…

Minęła chwila, zanim udało jej się uspokoić. Przez ten czas, nabierając najbardziej absurdalnych podejrzeń, odruchowo podążała za Niecnym Algitieri, który zamienił się w jej psa przewodnika. Wiedział, gdzie idzie, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Skręcał co chwilę w inną uliczkę, a z każdą kolejną zmianą kierunku, droga wydawała się ciaśniejsza. Usiłował zgubić tego, który za nimi podążał. Sprawiał wrażenie doświadczonego życiem poszukiwacza przygód. Anna musiała przyznać, że jego obecność dawała problematyczne do scharakteryzowania poczucie bezpieczeństwa… Sama nie wierzę, że tak myślę – uznała, obserwując jego zgarbione plecy. – I to o Psie, który równie dobrze mógłby mnie pogryźć!

Kiedy Algitieri zwolnił tempo, Anna uznała, że niechciany osobnik został zgubiony. W końcu zebrała się na odwagę, żeby zapytać:

- Który z nich to w ogóle był?

- Nie mam pojęcia – odrzekł mag, wyraźnie zdyszany. – Zwróciłem uwagę tylko na znak na napierśniku.

- Masz pewność, czy w ogóle szedł za nami?

- Tylko ty byłabyś tak durna, żeby się nie upewnić – odpyskował, jakby jej pytanie go uraziło. – Dlatego byliśmy na placu. Początkowo myślałem, że po prostu idziemy z nim w tym samym kierunku, ale czym częściej skręcałem, ten robił to samo. Pod wieżą miałem już pewność, kiedy Inkwizytor krył się za ludźmi zawsze w chwili, gdy spoglądałem w jego kierunku albo udawał, że nie zdaje sobie sprawy z naszej obecności. – Spojrzał uważnie za siebie. – Chyba go zgubiłem. Trzeba iść do twojego brata i powiedzieć mu, że zostawanie w Albio na długo nie jest dobrym pomysłem. Powinniście wsiąść na konia i czym prędzej wyjechać z miasta. Jeśli Inkwizytor nie odpuścił, radziłbym skryć się na kilka dni w jakiejś mieścinie. Ja zająłbym się resztą…

- Ale jak? – pomyślała o planach brata, które właśnie obracały się w niwecz. – Przecież Pietro zależy na szybkiej podróży.

- Chyba życie ceni bardziej, nie? Zresztą, to nie mój problem.

- Jesteś naszym ochroniarzem, zapomniałeś? Mówisz tak, jakbyś chciał nas zostawić.

Czarnoksiężnik, zachowując swój zwyczajowy spokój i zobojętnienie, splunął pogardliwie na bruk.

- Może będę musiał – odrzekł, przeszywając ją swoim martwym spojrzeniem.

- Skoro będą ścigać naszą trójkę, żeby dojść do ciebie, nie powinniśmy się rozdzielać!

Gaudette’ówna wściekła się momentalnie. Pomyślała, że przez jednego uzbrojonego człowieka, którego nawet nie znała, jej życie zawisło na włosku, że teraz musieli zmieniać plany – i co nie jest niewykluczone – tracąc przy tym obrońcę władającego magią. Nie wiedziała w ogóle, czym zawiniła. Czym ktokolwiek z ich trójki podpadł Inkwizytorom dzisiejszego dnia. Nie sprawiali wrażenia zaniepokojonych. Co ubzdurał sobie jeden z nich, żeby ich śledzić?!

- Dlaczego w ogóle się nami zainteresował?

- Czy ja wiem… – Mag od niechcenia wzruszył ramionami. – Może usłyszał twoje gadanie, kiedy jechaliśmy do miasta?

- Od razu by nas zaatakowali. Na pewno nie chodziło o…

- To teraz nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że Inkwizytor zaciekawił się jednym z naszej dwójki.

- Ale…

- Zamiast lamentować w ciemnej uliczce, sugerowałbym udać się do twojego brata i go ostrzec. Idziemy, jaśnie panienko? – Teatralnie ustąpił kobiecie miejsca i czekał na dalszy ruch. Nawet w obecnej sytuacji, widząc jej stan, nie rezygnował z drwin.

Anna spojrzała na niego z nieukrywaną złością, lecz nie widziała sensu, żeby mu to wypominać. To tak, jakby karać psa za to, że ujada po nocy – uznała, usiłując uspokoić myśli.

- Chodźmy – wyszła mu naprzeciw.

- Nie tak szybko – usłyszeli w samotnej uliczce trzeci, wcześniej poznany głos. Pośrednio przedstawił się przed nimi bardzo młody mężczyzna. Ton miał roztargniony, ale nie sprawiał wrażenia przestraszonego. Nie zapowiadał się na wielce groźnego, mimo tego w głowie Anny jego słowa odbijały się echem niczym groźby samego Złego. 

Oboje odwrócili się w mroczny kąt, z którego niespodziewanie wyłoniła się jasna zbroja. Inkwizytor, który jako pierwszy zaproponował im wcześniej pomoc, ściskał miecz w dłoni, a drugą osłaniał się tarczą. Nie miał na sobie hełmu, a jego spocone włosy opadały mu na twarz. Tym razem zdecydowanie nie przybył w pokojowych zamiarach. W jego oczach płonęła rządza mordu. Kobieta nie miała wątpliwości, kogo obrał sobie za cel.

W przeciągu jednego oddechu ponownie ogarnęła ją panika, której z takim trudem się wyzbywała. To nie jest mój szczęśliwy dzień – musiała przyznać.

 

*

 

Odkąd Anna zwiała bez jego wiedzy, Pietro Gaudette nie mógł przestać się o nią zamartwiać. Początkowo przesiedział kilka chwil w pokoju, obwiniając wszystkich i wszystko za zaistniałą sytuację. Dosłownie – nie ograniczał się tylko do ludzi, nawet pomieszczeniu zarzucił złe rozmieszczenie, umożliwiające niesfornej dziewczynie ucieczkę. Ale że nie było z nim nikogo, nie pomogło mu to się zbytnio uspokoić; nie miał na kim wyładować negatywnych emocji, a zapełniona skrzynia nie wystarczała. Chciał udać się, żeby szukać siostry, ale wiedział, że prędzej znalazłby igłę w stogu siana; tylko by jeszcze bardziej się sfrustrował. Mimo tego nie mógł więcej bezczynnie siedzieć, w końcu postanowił, że powinien gdzieś wyjść. A że wcześniej miał nad czym główkować, wrócił do tego zagadnienia – skupił swoją uwagę na znalezieniu nowego powozu.

Jako że w ogóle nie znał okolicy, czuł, że trochę mu to zejdzie. Bynajmniej się nie pomylił. Na starcie udał się do pierwszego sklepikarza zapytać, kto mógłby interesujący go towar posiadać, ale właściciel przybytku nie chciał udzielić informacji za darmo. Na jego nieszczęście trafił na Pietro w stanie, który nie zapewniał tolerancji dla miejskich łachudrów. Młody kupiec naskoczył na swojego starszego kolegę po fachu, a po gwałtownej wymianie zdań opuścił budynek, trzaskając drzwiami. Przez swoje wzburzenie udał się na dalsze poszukiwania kompletnie pozbawiony jakiegokolwiek śladu. Dzisiejszy brak hojności rozpoczął falę nadaremnego poszukiwania, gdyż wielokrotnie natrafił na wadliwy towar lub zawyżone ceny. Na powóz wyglądający na taki, który nie miałby się rozlecieć przed wyjechaniem z Albio, natknął się dopiero po wielu trudnościach. Kiedy czegoś naprawdę potrzeba, szukanie to istna udręka – powtarzał sobie, ciągle zdenerwowany zachowaniem siostry. – Jakbym sam nie miał własnych problemów!

Było już kompletnie ciemno, Pietro Gaudette w końcu ujrzał powóz za pośrednictwem latarni. Ten był co prawda stary, a i przedstawiał się znacznie bardziej ubogo niż jego poprzednik, ale… ostatnim, na co mógł się po męczących poszukiwaniach zdobyć młody kupiec, to wybrzydzanie. Jak było wcześniej napomknięte, upewnił się jedynie, że drewno, z którego został zrobiony, było wytrzymałe i że całość nie rozsypie się przed dotarciem do granicy. Powóz przeszedł pomyślnie test jakości.

Przynajmniej wytargowanie ceny nie stanowiło problemu; poprzedni właściciel zgodził się bez wahania przyjąć pół przewidywanej przez Pietro kwoty, a i na zaliczkę wyznaczył niewielką część z zawartości gaudette’owego mieszka. Młody handlarz obiecał, że zjawi się rano i transakcja dobiegnie końca. Ten drugi nie miał co do tego wątpliwości; sprawiał wrażenie takiego, który potrzebuje pieniędzy na teraz i nie pozwoli, żeby te mu się wymknęły. Pietro nie wnikał w jego intencje, liczyło się tylko to, że załatwił środek transportu towarów na dalszą drogę.

Po tak wyczerpującym dniu, w końcu mógł wrócić do tawerny, w której się zatrzymali. Zapamiętał, gdzie to było, lecz ciemność trochę przedłużyła jego podróż, zakrywając budynki, po których miał poznać ścieżkę. Kolejne utrudnienie do kolekcji – zaśmiał się gorzko. – Co teraz? Może jeszcze deszcz?

W całej jego dzisiejszej wizycie w Albio nie mógł przestać myśleć o siostrze, głupiutkiej i niedojrzałej dziewczynie, która uciekła na noc, żeby podziwiać tutejsze zaśmierdłe uliczki. Przez całe poszukiwania ciągle rozglądał się, czy aby na nią nie wpadnie. W końcu ile dziewczyn w męskich spodniach łazi po Albio o tej porze dnia? – łudził się tymi słowy. – Może ją znajdę? Niestety tak się nie stało.

W obecnym stanie nawet nie miał już więcej siły się na nią złościć. Chciał tylko, żeby bezpiecznie wróciła do domu. Ochrzan niesforna dostanie jutro – obiecał sam sobie, wiedząc, że następnym razem najprawdopodobniej zamknie ją na klucz. – Albo jeszcze i zwiążę, żeby mieć pewność!

Sam się sobie dziwił, ale chciałby, żeby teraz Anna pałętała się gdzieś z Niecnym Algitieri. Wiedział, że ten człowiek to istny wabik na kłopoty, ale na pewno poradziłaby sobie lepiej z nim niż sama. Mam nadzieję, że i ona na to wpadła – błagał Stwórcę, żeby tak było. – Wtedy pozostanie mi się tylko martwić, żeby ten bydlak nie zrobił jej krzywdy. Niby obiecał, ale ile tak naprawdę warte jest jego słowo?

Ciągle się zadręczając, nie zauważył, kiedy udało mu się dotrzeć pod tawernę. Przeczytał napis wyryty na szyldzie, który przez Inkwizytorów umknął jego uwadze. Na obecną chwilę i ta nazwa go zirytowała, więc zbył ją bez większej uwagi. Wszedł do budynku, witając się z właścicielem przy recepcji z gracją Niecnego Algitieri. Już zechciał wejść na górę i ociężale paść na łóżko, kiedy usłyszał śmiechy dobiegające z sąsiedniej sali. Dawno stracił rachubę czasu, żeby pamiętać, jaki jest dzień, ale na pewno nikt nie pościł; piwo lało się litrami, a wokół było tak pełno luda, że trudno było wypatrzeć wolny stolik.

Sokoli wzrok Pietro dopomógł mu osiągnąć to arcytrudne zadanie, a jego nogi – z niewiadomych mu przyczyn – same popchnęły go w stronę jednego z krzeseł. Skoro już usiadł, postanowił, że zamówi u barmanki dużego kielicha. To tylko jedno piwo – tak sobie powtarzał. – Jedno i pójdę się położyć. Kiedy jednak zasmakował smaku tego, co by nie powiedzieć, solidnie wywarzonego trunku, już w połowie wiedział, że na jednym się nie skończy. Może to wina tego, że od razu zamówił litra, może to chęć rozluźnienia – postanowił wychylić kolejnego. A kiedy zgadał się z ludźmi, których imion najprawdopodobniej następnego dnia nie będzie pamiętał, przyszła kolej na trzeci.

Co jakiś czas patrzył na wejście do sali, wypatrując powrotu siostry, ale ta nie kwapiła się do szybkiego powrotu, a i on zwracał na to uwagę coraz rzadziej.

Nie wiedział, ile jeszcze wypił, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak szybko się upił. Zdaje się, że minęły wieki, odkąd miałem piwo w ustach – myślał, śpiewając z nowymi druhami pokraczne piosenki, których słów nawet nie znał. – Potrzebowałem tego jak nigdy!

Pietro bawił się zatem w najlepsze, kompletnie zapominając o problemach z siostrą, z poszukiwaniem powozu, z ochroniarzem i wcześniejszym zajściu z Inkwizytorami. Teraz liczyły się tylko opróżniane kufle i obecne w przybytku panienki, które przy każdym kolejnym łyku stawały się coraz bardziej piękne; te, widząc herb na piersi, lgnęły do niego niczym psy do kości. Przestał w ogóle negatywnie myśleć, nie lękał się niczego, wiedział, że wszystko jakoś się ułoży. A bo i czego nie miało? – przypomniało mu się przeczytane jakiś czas temu miano przybytku, do którego zawitał. – W tak świetnie nazwanym miejscu?  Nie mógł się powstrzymać od toastu.

- Panowie i panie – zwrócił się do zgromadzonych, „nowych przyjaciół”, jak ich nazywał. – Wasze zdrowie! Zdrowie wszystkich pod Czterolistną Koniczynką!

 

*

 

Nie sposób wyjaśnić, jak wiele wątpliwości wwiercało się w głowę Cesare z Amebari, odkąd przemierzyli szlak. Nie wiedział, dlaczego ludzie, którym zaproponował pomoc, byli gotowi sięgnąć po broń; jasnym było, iż obawiali się Inkwizytorów, lecz jaki był tego powód? Musieli mieć coś do ukrycia – zawyrokował jednoznacznie młodzieniec. Pielęgnował w sobie to przeczucie do takiego stopnia, iż nie mógł usiedzieć w miejscu. Jatka w Tenez wymagała pomsty, a on czuł, że kupcy ze swoim ochroniarzem mogli mieć z tym coś wspólnego. Wyjaśnienie niejasności było w jego mniemaniu konieczne. A jeśli wśród nich ukrywał się mag… Jego śmierć przysłużyłaby się całej ludzkości – uznał, całkowicie pewny swojego zdania.

Kierowany tą myślą, kiedy tylko dowiedział się, gdzie jego drużyna dziś się zatrzyma, kiedy ledwie co oddalili się od tawerny o wdzięcznej nazwie „pod Czterolistną Koniczynką”, rzucił rudzielcowi swoje lejce i wybłagał u Lopeza Maccari zezwolenie na oddalenie się; przy czym w jego przypadku oznaczało to jak najszybsze czmychnięcie, przy nikłym przekazaniu reszcie, jakie miał zamiary. Wiedział bowiem, że nie poparliby jego działania, a sam dowódca mógł nie wyrazić na nie zgody. On jednak nie planował odpuścić, zwłaszcza jeśli odnalazłby istotę podszywającą się pod człowieka, która potrafiłaby zmasakrować kilka ciał, uchodząc z tego w jednym kawałku. Takie coś nie powinno chodzić po ziemi – powtarzał sobie, udając się pod miejsce, w którym zostawili tamto pokraczne trio. Nie musiał długo czekać, żeby ci ponownie pojawili się pod budynkiem; najpierw wyszedł najbardziej niepokojący z nich – rzekomy weteran spod Caravelli, w którego udział w bitwie Cesare coraz bardziej powątpiewał. Szybko dołączyła do niego jednooka, acz urodziwa panienka. Mężczyzna wyraźnie nie chciał z nią przebywać, twierdząc, że  „wystarczająco czasu dzisiaj z nimi zmarnował”. Ta jednak nie dawała za wygraną.

Trzeci z grupy nie wyszedł, a pozostała dwójka się oddalała; Inkwizytor z jakichś przyczyn uznał, że to właśnie ludzie przed jego oczami okażą się ciekawsi do obserwowania, a nie miał pewności, że tamten kupiec – Pietro Gaudette, jeśli dobrze pamiętam – w ogóle dziś wyjdzie. Nie wszyscy uznają wieczorne przechadzki po mieście za dobry pomysł…

Szczęście, że dziewczyna i jej ochroniarz tak nie uważali. Cesare obserwował ich bardzo dokładnie, spoglądając, jak kobieta podziwiała tutejsze budynki, a jej towarzysz – kompletnie ignorując swoją pracę – zbywał jej obecność i wypytywał o coś przechodniów; niestety chłopak nie był w stanie powiedzieć o co, gdyż dochodziło do niego co trzecie, może czwarte słowo. Specyficzne było podziwianie tej dwójki, gdyż mężczyzna – bodajże przedstawiający się jako Algitieri – co chwilę nagadywał dziewczynę, żeby ta go zostawiła. Zawsze myślałem, że to wygląda odwrotnie – zaśmiał się, chyba przez zmęczenie tracąc trzeźwe myślenie. Na przeszpiegach wielokrotnie zdarzyło mu się ziewnąć albo wbrew własnej woli przymknąć oczy, lecz odpędzał wyczerpanie niczym muchę z twarzy. Niestety ten owad nie miał w zwyczaju łatwo odpuszczać i co chwilę powracał, jakby ze zdwojoną siłą. Cesare nie musiał długo czekać, żeby jego wyczerpanie przerodziło się w irytację. Frustrował się, nie dostrzegając w zachowaniu obserwowanej dwójki wiele normalnego, jednak nic wyjętego spod prawa, żadnej czynności, której tak uparcie poszukiwał.

Poważnie rozważał odpuszczenie, kiedy dostrzegł znaczącą zmianę – Algitieri przyspieszył kroku. Wcześniej robił to, żeby zgubić kobietę, ale tym razem użył więcej sił niż było to w tym celu konieczne. Nie próbował się jej pozbyć, przeciwnie, zdawał się nakierowywać dziewczynę, żeby ta podążała za nim, a sam coraz częściej skręcał w boczne uliczki. Zauważył mnie – łatwo wywnioskował Inkwizytor z Amebari. Choć był w pełnej zbroi, jedynie hełm zostawiając przytroczony do siodła, musiał zdobyć się na podniesienie całego żelastwa na sobie i bieg. Nie wiedział, czy dalej jest sens za nimi podążać, ale zbył wszelkie wątpliwości i parł naprzód.

Jakże mu się to opłaciło! A zapowiadało się, że będzie odwrotnie; przez kilka chwil kompletnie ich zgubił, ale ciągle gnał przed siebie. Wykonał kilka pomniejszych zakrętów, z raz się wrócił, aby ostatecznie zauważyć zguby pod światłem jednej z latarni. Od razu przytulił się do ściany bocznej uliczki, na której się znajdował i wsłuchał się w ich rozmowę. Był ubrany w biel, lecz całkowicie zniknął w mroku nocy.

Pogadanka tej dwójki przebiegała żywo i nie obeszło się bez krzyków. Dzięki temu  mógł dokładnie usłyszeć słowa, które w krótkim czasie dostarczyły mu wystarczająco dowodów. A zdanie: „Skoro będą ścigać naszą trójkę, żeby dojść do ciebie” pozostawało wielce wymowne. Można powiedzieć, że był już pewny. Mam przed sobą maga! – zrozumiał, gotując się do boju.

Ściągnął tarczę z pleców, najciszej jak mógł wysunął miecz z pochwy i udał się na spotkanie z przeciwnikiem. Kiedy stanął naprzeciwko niego, jednooka dziewczyna początkowo zamarła w bezruchu. Zaraz potem wrzasnęła na całe gardło. Nie na niej jednak swoją uwagę skupił Inkwizytor. Jego cel stał niewzruszenie, wyczekując dalszego obrotu sytuacji. Cesare nie miał zamiaru pozwolić mu czekać.  

Ciało młodzieńca było wyczerpane, wycieńczone przez dzień długiej podróży; jego skórę niemalże w całości pokrywała warstwa potu, którą smagał lekki wiaterek, przeszywając niezbyt przyjemnym chłodem. W normalnych okolicznościach uznałby stawanie w szranki za z góry przegrane, teraz jednak wszelkie racjonalne pobudki odeszły na boczny plan. Każda jego cząstka skupiła się na istocie, którą miał przed sobą. Znowu czuł adrenalinę, która towarzyszyła mu przy ostatnim spotkaniu z czarownikiem. Tym razem jednak był sam, a uliczka wyglądała wręcz na opuszczoną. Mniej świadków jego zgonu – powiedział sobie, powoli zbliżając się do demona.

Kiedy postawił kilka kroków, dziewka wydobyła z siebie kolejny krzyk, donioślejszy od poprzedniego. Początkowo myślał, że kobieta próbuje zwrócić czyjąś uwagę, lecz zaprzestał takiego rozumowania – ta była w zbyt wielkim szoku, żeby wpaść na jakiś pomysł, a i nie wyglądała na tak głupią, żeby nie wiedzieć, że nikt przy zdrowych zmysłach nie pokrzyżowałby drogi Inkwizytorowi. Nawet gdybym powoli ją zarzynał – uznał, rozumiejąc jakimi zasadami rządził się świat. Nie ukrywał, jak gorzkie było to dla niego stwierdzenie.

Tylko kobieta zdawała się przejęta obecnością maszerującego ku nim Cesare; jako jedyna cofała się, kiedy ten stawiał ciężkie kroki. Jej oko zdradzało niezmierzony strach, który wydawał się gościć tam na długo przed jego przybyciem. Wyglądała, jakby to uczucie wręcz przeszywało ją do samych kości. Tym dziwne, iż to ona jako pierwsza z ferajny zdobyła się na zabranie głosu.

- Czego od nas chcesz?! – wyrzuciła z siebie niczym oburzone dziecko. – Dlaczego nas śledziłeś?!

Cesare nie palił się do udzielenia jej odpowiedzi. W dalszym ciągu nie spuszczał wzroku z tajemniczego maga, którego moce pozostawały jedną wielką zagadką. Bardzo uważnie zbliżał się ku niemu, oczekując najróżniejszych dziwów. Czarnoksiężnik z kolei nie wydawał się na skorego do dania mu tej satysfakcji; stał niewzruszenie, jakby powolnie wyczekując chwili, w której będzie mógł dosięgnąć oponenta.

- O co ci chodzi?! – nie ustępowała kobieta, której stan wirował od przerażenia do wściekłości. Jako jedyna była w tym momencie chętna do rozmowy, jakby uważając, że jeszcze można inaczej to załatwić. Albo udawała, albo nie zdawała sobie sprawy, że wszelkie wyjaśnienia już padły, a Inkwizytor zdążył wydać wyrok.

Walka wydawała się nieunikniona, a wszelkie słowa zbędne; dwaj wojowie zdawali się rozumieć bez otwierania ust. Kiedy jednak Inkwizytor zbliżył się do przeciwnika na odległość kilku kroków, zatrzymał się, przybrał postawę i wyczekiwał; nie miał zamiaru tak łatwo dać się wpędzić w pułapkę. Teraz jego ruch – zawyrokował.

Przeliczył się jednak i to bardzo. Czarnoksiężnik doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co za chwilę musi się stać. Lecz nie zamierzał wykorzystywać tej wiedzy, nie spieszyło mu się.

Dwaj mężczyźni stali w milczeniu, jeden w pozycji bojowej, drugi jakby zrelaksowany. Wydawali się trwać w niewidocznym kręgu, którego jedyną widownie stanowiła jednooka dziewczyna, której nogi zdawały się skamienieć.

- Czarowniku… – zaczął Cesare, kiedy i jemu cisza stała się bolączką. – Przyznać muszę, jestem zaskoczony! Nie sądziłem, że bez żadnego wysiłku sprawca rzezi w Tenez wpadnie w moje ręce.

- Przestań, bo się czerwienie – zaczął arogancko potwór, jednocześnie potwierdzając swój występek. – Jak się ma śmierć kilku bandytów do tysięcy zabitych w zakonach? To dopiero jest wyczyn! Dla mnie nieosiągalny. Choć nie ukrywam, z dumą przyłożyłem do niego rękę.

Złość ukrywana w Inkwizytorze nie mogła utrzymać się na wodzy, kiedy usłyszał to kłamstwo. Nie potrafił znieść tej zniewagi, zwłaszcza teraz, gdy znał prawdę.

- Nawet w ostatnich chwilach nie przestajesz łgać?! – wrzasnął, sprawiając, że kobieta podskoczyła. Jednak istota, do której te słowa były skierowane, nie okazała wzruszenia, jakby oswoił się z podniesionymi głosami bardzo dawno temu. – Okłamałeś mojego dowódcę! Skalałeś pamięć jego brata! Zhańbiłeś swoim występkiem ofiarę wszystkich, którzy zginęli za Inkwizycję tamtego dnia pod cytadelą zakonu!

W odpowiedzi usłyszał gromki śmiech wydobywający się z paszczy demona. Słysząc te drwiny, sam chciał wybuchnąć, obnażyć własne niedbalstwo. Nie wiedział, na co liczył; po co w ogóle zaczął tę reprymendę. Przecież takie czarty jak on nie okazują skruchy – skarcił sam siebie.

- Myśl, co chcesz – odrzekł sucho czarnoksiężnik. – Nie zabronię ci się oszukiwać.

- Nie wspomnę o tobie mojemu dowódcy – zarzekał się, uderzając w klatę. – Nigdy nie dowie się, że zginąłeś w tym śmierdzącym zaułku. Nigdy nie pozna prawdy o „weteranie” z Caravelli, który poinformował go o przyczynach śmierci brata. Nie będzie wiedział, że ten nikczemnik walczył po drugiej stronie.

Jego przeciwnik uśmiechnął się w iście demonicznym stylu, po czym uniósł dwa palce, jakby prosząc o głos. Nie miał zamiaru jednak czekać na zgodę. 

- Zaraz, zaraz – prychnął, jakby w jego płucach gromadził się popiół. – Czyli twój szef nie wie, że tu jesteś? Sam mnie przejrzałeś i pomimo tego stajesz przeciwko mnie w pojedynkę?  

Milczenie stanowiło wymowną odpowiedź.

- Gratuluję pewności siebie – winszował w następstwie mag. – Zachowałeś się doprawdy wspaniałomyślnie. Przynajmniej dla twoich druhów. I nie zapominajmy o mnie, oczywiście; ułatwiłeś mi robotę. Muszę zabić tylko ciebie.

Powiedział te słowa z zimnym, charakterystycznym dla demonów spokojem. Żadna ludzka istota nie obeszłaby się choćby od odrobiny emocji. Ten osobnik całym sobą nie był człowiekiem i nawet tego nie ukrywał. Afiszował „inność” w każdej możliwej cesze swego charakteru. Wszelkie szlachetne odruchy, jakie miał, były sztuczne, komicznie, wręcz przerysowane. Cesare sam się sobie dziwił, że nie przejrzał go od razu.

Niespodziewanie mag przerwał bezruch, w którym dwaj mężczyźni tkwili od kilku chwil; powodem tego był sztylet z zieloną rękojeścią, który w błyskawicznym tempie znalazł się w dłoni demona Algitieriego.  Zaraz po uzbrojeniu czarnoksiężnik wybił się od bruku i uderzył z pełną siłą na Inkwizytora. Ten miał szczęście, gdyż obronił się tarczą; w przeciwnym razie sztylet wylądowałby w jego krtani, a krew ozdobiłaby tutejszą ulicę.

Jego przeciwnik, mimo niewielkiego ostrza w dłoni, preferował agresywny styl walki; odskoczył w jednej chwili, a w drugiej znowu usiłował wbić Inkwizytorowi ostrze w gardło.  I tym razem nie odniósł sukcesu, Cesare sparował jego atak mieczem. Broń maga pod naporem większej stali wyleciała mu z ręki. Wtedy to inkwizytorskie ostrze rozpoczęło szarżę. Chłopak z Amebari uderzał z pełną siłą, starając się choćby zranić demona; najmniejszymi ranami zamierzał dążyć do zwycięstwa. Nie było to jednak takie łatwe, jak początkowo przypuszczał. Istota robiła unik niemalże tak szybko, jak on unosił miecz. Udało mu się może dwa razy ją skaleczyć, ale w porównaniu z jego potwornie posiniaczoną twarzą to wydawało się nic, raptem dwie dziury więcej w kubraku na ramionach. Wymijał jego uderzenia niczym nadludzko zwinny tancerz. Z każdym  kolejnym atakiem, cofał się o krok. Cesare dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że te ruchy nie są przypadkowe, że mag podstępnie kieruje go pod swoje ostrze. Nie mógł na to pozwolić, więc zamachnął się tak, żeby całkowicie obrócić kierunek ich potyczki. W tej chwili na twarzy potwora zarysowało się zaskoczenie, lecz unik zdążył wykonać nienagannie.

Kiedy ręce Inkwizytora coraz bardziej dawały znać o zmęczeniu, zaczął przypuszczać, iż jego przeciwnik magią odpędza własną śmierć.

- Co to za czary?! – ryknął do niego, nie zaprzestając atakować. – Skończ tę farsę, czarowniku! Stój i walcz!

- Nie jestem tobą – odrzekł ze spokojem, odskakując w bok. – Sam nie podłożę głowy pod katowskie ostrze.

Ciągłe uniki czarnoksiężnika doprowadzały Inkwizytora do niemałej furii, sprawiając, że w każde kolejne uderzenie starał się włożyć więcej mocy. Frustrował się dodatkowo, kiedy te potężne cięcia rozpłatywały co najwyżej powietrze. W jego stanie jednak nie widział potrzeby zmiany taktyki; parł ciągle naprzód, myśląc, że ta strategia w końcu okaże się skuteczna.

- Walcz, do cholery! – wrzeszczał do demona.

Ten jednak nie wydawał się skory na jakiekolwiek zmiany. Choć na jego twarz wstąpił pot, wydawał się wystarczająco wytrzymały, żeby trwać tak przynajmniej kilka godzin. Ale ja nie mogę tego powiedzieć o sobie – pomyślał Cesare, doskonale zdając sobie sprawę, że dłonie powoli odmawiają mu posłuszeństwa. – Zaraz tutaj padnę! A wiedział doskonale, że jego przeciwnik nie pozwoliłby mu wstać. 

Teraz albo nigdy – postawił wszystko na jedno kartę; niespodziewanie zaprzestał ciągłych cięć. Zbliżył się do maga, uniósł miecz i z pełną siłą zaatakował. Ku swojemu zdziwieniu, czarownik zbliżył się do jego ostrza, czy też raczej – opancerzonej dłoni. Ani się obejrzał, poczuł ciężar ręki trzymającej jego rękawicę, a w następnej chwili zrozumiał, że jego przeciwnik podskakuje. Młody Inkwizytor nie miał czasu nawet na lekkie machnięcie, musiał wziąć na siebie cały atak. A siła tego była powalająca. Dostał solidnego kopniaka w głowę. W bardzo złym momencie przyszło mu dowiedzieć się, dlaczego jego nauczyciele zawsze wpajali wszystkim kadetom, żeby pamiętali o hełmach. Już pierwszy raz, kiedy zapomniał o swoim, poczuł słuszność inkwizytorskiej nauki.

Moc demona była tak wielka, iż upadł na bruk, odrzucając tarczę. Jedynie miecz zachował, ale nie mógł nim wiele zdziałać, gdyż mag całkowicie unieruchomił jego dłoń. Wykorzystał chwilę swojej dominacji bez wahania – roztworzył jasnoszarą rękawicę, po czym przywłaszczył jej zawartość; młodzieniec został całkowicie rozbrojony i zdany na łaskę potwora. A ten nie zamierzał teraz przestać. Ścisnął rękojeść miecza i przyszykował się do uderzenia jedynego odsłoniętego punktu w pancerzu chłopaka – całkowicie mokrej i lekko oszołomionej głowy. Siłą Inkwizytora było jednak to, iż jego pięść była z żelaza. I również ją wykorzystał. Uchronił się przed śmiertelnym ciosem, gwałtownie zmieniając cel ostrza na bruk tuż obok. W następnej sekundzie uderzył o niego tak mocno, iż ten wyleciał z łap demona. On jednak, nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić – szybko ścisnął prawą dłoń w pięść i zaatakował. Cesare zrobił to samo. Obie dłonie zderzyły się ze sobą, a wtedy inkwizytorska rękawica połamała kilka kości. Mag stłumił krzyk bólu, jednak żyły, które wstąpiły na jego szyję, go zastąpiły. Nie mogąc wytrzymać więcej starcia w zwarciu, odskoczył, dając tym samym młodzieńcowi czas do powstania. Teraz obaj nie mieli broni, ta znajdowała się za daleko, żeby którykolwiek z nich mógł po nią sięgnąć, nie narażając się na atak przeciwnika.

Rozbrojeni nie zaprzestali jednak walki; urządzili sobie pojedynek na pięści. Nie sposób ukryć tutaj faktu, iż Cesare przewodził w tym starciu, a potwór ciągle jedynie wykonywał uniki, w dodatku kryjąc bolącą dłoń. Wydawało się, iż inkwizytorska sprawiedliwość powoli dobiera się do tego nikczemnika, jednak chłopak wiedział, że to tylko pozory. Ledwo łapał oddech, nie wiedząc, czy następny krok nie będzie dla niego ostatnim. Zastanawiał się, ile minie, zanim ręce samoczynnie opadną, odmawiając mięśniom posłuszeństwa. Zagadką pozostawało nawet to, czy utrzyma się na nogach. Jako widz obecnego śmiertelnego spektaklu nie dało się tego zauważyć, lecz to właśnie wysuwający się na prowadzenie przegrywał, on sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego porywczość, pośpiech i uprzedni brak przygotowania sprowadziły na niego klęskę. Szkoda tylko, że zaraz umrze, bez możliwości wyciągnięcia z tego żadnej lekcji.  Czuł potworne wyczerpanie, które jednak ni jak miało się do wstydu z własnej głupoty, która go właśnie gubiła.

Do głowy przychodziło mu wiele myśli. Zastanawiał się, czy możliwa byłaby ucieczka, co w jego stanie oraz z pełnym uzbrojeniem wydawało się absurdalnie niemożliwe do zrealizowania. Chciałby móc teraz zniknąć, lecz kuglarskie sztuczki również nie mieściły się w jego mocy. W szybkim czasie doszedł do wniosku, że pozostało mu tylko trwać, czekając na własnym błąd i w rezultacie rychły koniec. Dobrze, że nie ma tutaj dużo gapiów – pomyślał, wiedząc, że prócz nich jest tu zaledwie jeden świadek. – Mało kto zobaczy śmierć najgłupszego Inkwizytora w historii Equaru.

Rękawice Inkwizytora uderzały coraz wolniej, a garda opadała w dół. W końcu w ogóle zaprzestał obrony i zaczął jedynie wymachiwać rękami niczym pijany i nad wyraz agresywny cham. Nie trzeba było długo czekać na kontratak maga. Cesare nie zauważył nawet pięści lecącej prosto na jego twarz. Tak solidnego uderzenia w szczękę nie otrzymał jeszcze nigdy. Ledwie zdołał utrzymać się na nogach.

Po potężnym ciosie czarnoksiężnik zrobił sobie worek ćwiczebny z jego brzucha. Napierśnik powinien zmniejszyć ból, lecz on miał wrażenie, że ten jedynie opóźnia uderzenie o zaledwie kilka sekund. Może to już była magia? Nie wiedział. Teraz tylko stał, chwiejąc się i biorąc na klatę wszelkie możliwe uderzenia. Poddał się. Przegrał. Nie widział drogi ucieczki, a nie miał zamiaru błagać o litość. Wolał śmierć od upokorzenia.

Zaczęło kręcić mu się w głowie. Obraz powoli rozmazywał się niczym tutejsze cienie. Nie widział gwizd, jak przyjęło się uważać, lecz jedynie ciemne niebo, którego nie oświecało żadne światło. Nie kontaktował, kiedy spostrzegł przed oczami pierwszą twarz ze swojej przeszłości. Ujrzał matkę, której lico zachowało się rozmazane w jego pamięci. Zaraz potem zobaczył brata, który zachował swój dziecinny uśmiech. Potem nawiedził go ojciec, który zdawał się go pozdrawiać i zapraszać do siebie. Augusto Nadalli również się zjawił, oczywiście proponując piwo po treningu. I był jeszcze on – usiłował sobie przypomnieć mężczyznę, który wprowadził go do Inkwizycji. – Ciągle nie wiem, jak się nazywał…

Widział ich, jakby tu stali, lecz doskonale zdawał sobie sprawę, iż są to tylko przebłyski z jego przeszłości, szereg osób, które stracił, które opuściły go przedwcześnie. Nie mógł ponownie ich spotkać, nie wierzył, że to możliwe. A i widok, który miał przed sobą, nie dawał mu do zrozumienia, że po śmierci coś go czeka. Miał bowiem wrażenie, że widzi tylko ciemność…

Całkowicie oszołomiony padł na kolana i klęczał tak w bezruchu, nie mogąc zdobyć się na choćby jedną świadomą myśl.

- Naprawdę sądziłeś, że to się inaczej skończy? – usłyszał głos swojego oprawcy, bezemocjonalny i prawdziwie mroczny.

Nie miał siły mu odpowiedzieć.

- Jesteś żałosny – usłyszał w następstwie stwierdzenie, z którego doskonale zdawał sobie teraz sprawę. Jeszcze nigdy upokorzenie tak mocno nie dało mu się we znaki, a był żebrakiem z rynsztoka. Świadomość wroga Inkwizycji, który nad nim górował, była nie do zniesienia. Ostatnie słowa, które od niego usłyszał, odbijały się w jego głowie echem przez najbliższy czas, kalecząc niczym tortury. „Jesteś żałosny” – słyszał to bardzo wyraźnie. – „Jesteś żałosny”. „Jesteś żałosny”. „Jesteś żałosny”.

 To właśnie te słowa wyrwały go z otępienia, gdyż w końcu ujrzał światło latarni, a w następstwie całą okolicę. Jednak świadomość rozgrywających się wydarzeń nie dała mu wytchnienia. Ujrzał czarnoksiężnika, który niespiesznie wyszukuje w okolicy najbliżej znajdującą się broń. Nawet na niego nie patrzył; nie myślał, że ten może coś jeszcze zdziałać. Nie mylił się; Cesare tylko patrzył, bezradnie czekając na koniec.

Stwór szybko odnalazł inkwizytorski miecz i niezwłocznie go chwycił. Uzbrojony, skierował swoją obitą twarz i nienawistne spojrzenie w stronę młodego Inkwizytora. Ten wiedział, że osoby, które obdarzył takim wzrokiem, nie pożyły wystarczająco długo, żeby komukolwiek o tym opowiedzieć. Wiedział, że on będzie następnym.

- Widzę, że odzyskałeś świadomość – zauważył Algitieri, stając tuż przed nim. – Przynajmniej będziesz wiedział, jak umrzesz. 

Po tych słowach mag z potężną siłą wbił ostrze w jego napierśnik, robiąc dziurę w stali. Ostrze gładko weszło we wnętrzności w okolicach brzucha, obdarowywując chłopaka salwą cierpienia. Cesare z Amebari poczuł, że pod zbroją płonie. Ból był nie do zniesienia, a kiedy mag ponownie wyciągnął miecz i odrzucił na bok, osiągnął apogeum. Inkwizytor złapał za ubytek w napierśniku i starał się uciskać ranę. Bezskutecznie, gdyż krew wypływała spomiędzy jego rękawic na bruk. Ranny, tracił siły. W końcu bezwiednie padł i obserwował, jak czerwień powoli zmieniała kolor jego lśniącego ubioru.

Inkwizytor ostatni raz splunął pod nogi czarnoksiężnika, po czym położył się na zimnym kamieniu i w spokoju czekał na śmierć. Zaprzestał nawet mrugać, jakby przez swoje ostatnie chwile tego nie potrzebował. Oddech też ograniczył, jakby był mu on obojętny. Zawczasu sprawiał wrażenie martwego.

Bez najmniejszego ruchu patrzył na zwycięskiego maga z dolnej perspektywy i wyczekiwał na jego ostatecznie działanie.

- Wystarczy – powstrzymała go jednak kobieta, o której obecności Cesare przez ubiegłą chwilę zapomniał.

- Całą walkę stałaś z boku, teraz nagle się odzywasz? – zdenerwował się czarnoksiężnik, znikając z pola widzenia chłopaka, zapewne podchodząc do jednookiej dziewczyny. – I jeszcze mówisz mi co mam robić?

- Ostatnio przeszkadzało ci, że się wtrąciłam – zauważyła nieco odważniejszym tonem. – Teraz masz problem, że usunęłam się w cień? Czy tobie jakoś można dogodzić?

Cesare usłyszał głośne męskie westchnięcie. Nie wiedzieć czemu, wyobraził sobie, że mag przewrócił także oczami.

- Chciałaś czegoś? – zapytał czarnoksiężnik.

- On już nie żyje – odrzekła po chwili ledwie słyszalnie.

- Jeszcze raz? – zażądał znacznie głośniej.

- Mówię, że powinniśmy wracać do Pietro. Ten tutaj nie wygląda na żywego.

- Wbrew pozorom nie tak łatwo wydusić życie z człowieka, wiesz? Podaj mi broń, to się upewnię.

- Już wystarczy – odrzekła dziewczyna. – On nie żyje. Na pewno.

- Podaj mi mój sztylet – powtórzył tonem nie znoszącym sprzeciwu. Młodzieniec zauważył, że czarownik powiedział to dokładnie w taki sam sposób, jak czasem miał w zwyczaju wydawać rozkazy Lopez Maccari.

Nie mógł obejść się wrażeniu tego, jak specyficznym uczuciem było słuchanie, jak waży się jego życie, jednocześnie bez możliwości spojrzenia oprawcom w oczy. Nie potrafił opisać beznadziei, jaką czuł, niemocy, jakiej się bezgranicznie poddał. Wiedział jednak, że powinien tak trwać. Wziął na siebie całe upokorzenie i udawał martwego. Wrażliwa dusza kobiety nieświadomie ukazała mu kruchą drogę ucieczki. To była jego jedyna szansa przeżycia. I, na Stwórcę, którego nie ma, on zamierzał z niej skorzystać.

 Robił wszystko, żeby jak najrzadziej i jak najlżej oddychać, mruganie ograniczył tylko do zbędnego minimum, pozwalając oczom boleć, oraz przede wszystkim leżał w pozycji, w której padł. Robił to tak wdzięcznie, że tamta dwójka nie pomyślała, iż mogło jeszcze tlić się w nim jakieś życie.

Usłyszał zbliżające się do niego kroki, które niemożebnie przyspieszyły mu tętno. Słyszał bicie własnego serca, mając jednocześnie nadzieję, że nikt inny tego nie dostrzeże. Wiedział, że „upewnienie się”, o którym mówił mag, może okazać się dla niego śmiertelne. Wszystko zależy od jego szczęścia, ręki Boga, który przecież nie istnieje. To może być mój koniec – powiedział do siebie, czując mrowienie w całym ciele. Zacisnął zęby, szykując się na spotkanie z przeznaczeniem.

Nie musiał długo czekać na ukłucie. Nie nadeszło ono jednak w szyję, tak jak przypuszczał. Mag zabrał jego dłoń, wyrwał z rękawicy i przebił w samym środku. Z „trupa” trysnęła krew, lecz dzięki zaciśniętym zębom i wcześniejszej dawce bólu, która go nieco oswoiła, nie okazał żadnej reakcji. Dlaczego mag nie uderzył mnie w nieopancerzoną głowę? – zastanawiał się. – Dlaczego zrobił to tak niechlujnie?

Odpowiedź nadeszła sama:

- To za moje połamane kości, skurwysynu.

Broń czarnoksiężnika tak szybko jak weszła w inkwizytorską dłoń, z równą prędkością ją opuściła. Cesare poczuł, jak mag wyciera krew o jego białą tunikę, po czym powstał.

- Teraz wiem, że nie żyje – powiedział do kobiety.

Minęło trochę czasu oraz rozmów tej dwójki, zanim Inkwizytor miał pewność, że został sam. Nie wiedział, czy wstał od razu, czy zrobił to po omdleniu i pobudce, ale w końcu podniósł się na nogi. Nie ukrywał, że sprawiło mu to spory problem. Znalezienie tarczy i miecza, choć leżały nieopodal, również stanowiły dla niego nie lada wyzwanie. O ponownym włożeniu ich na miejsce nie wspominając. Rękawicę porzucił, nie mając sił na ponowne zapinanie jej.

Czy naprawdę ocaliła mnie tamta kobieta? – nie dawało mu to spokoju. – A może głupie niedopatrzenie czarnoksiężnika? Przeżyłem przez czysty przypadek? Przecież to nie mogła być… opatrzność boża. Zegarmistrz nie istnieje. W przeciwnym razie jaki miałby cel w zostawieniu mnie przy życiu? To nie ma sensu… Wszystkie obrzędy religijne, które musiał z uwagą wysłuchać, każda msza i nabożeństwo zaczęły mieszać mu się w głowie, sprawiając, że nie wiedział, które stwierdzenia były jego myślami, a które formułkami wyuczonymi dla przełożonych. Wyciekająca krew odbierała mu rozum, sprawiając, że czuł się jeszcze bardziej zagubiony niż zwykle.

Zastanawiał się, ile to jeszcze potrwa. Udając się do kompanów, nie wiedział, czy zdoła dotrzeć do celu. Koniec jeszcze może nadejść. Nic nie przeczy temu, że zaraz upadnie i zaśnie na wieki. To byłoby iście w stylu Stwórcy – musiał przyznać. Z każdym krokiem podpierał się znajdującymi się obok budynkami. Ranę na brzuchu ściskał, lecz miał wrażenie, że to nic nie daje; z każdym krokiem zostawiał za sobą ślady krwi. Z odsieczą przyszli mu poboczni ludzie, którzy dostrzegli jego stan i pomogli mu dotrzeć na miejsce. Wygrał to starcie z niegodziwym Zegarmistrzem. Ale nie o własnych siłach…

Dwaj pozostali Inkwizytorzy  tak się przejęli, iż nie zaczęli od wypytywania go, co się stało. Frangillo zareagował jako pierwszy; błyskawicznie popędził po medyka. Z kolei Lopez Maccari rozebrał ledwie żywego chłopaka, zaszył jego rany i opatrzył. Jak się później okazało doktor nie zrobił wiele więcej.

Kiedy w pokoju zostali już tylko we trójkę, kiedy Cesare zaczął odzyskiwać świadomość, a jego rany ustąpiły z krwawieniem, dowódca ich grupy  zażądał natychmiastowych wyjaśnień. Młodzieniec wiedział, że nie miał czego przed nimi ukrywać, lecz postanowił ubarwić swoją historię. Opowiedział im o weteranie z Caravelli, którego „spotkał przypadkiem na ulicy”, a który go zaatakował.

- Wtedy okazało się, że walczył w tamtej wojnie po drugiej stronie – mówił zmęczony Cesare. – Okazało się, że był magiem…

- Widziałeś, jak czarował? – zapytał rudzielec. – Magią cię pokonał? Wiesz, jaką ma moc?

To było kluczowe pytanie, jakiego Cesare od początku się spodziewał. Stanął przed trudnym wyborem, który radykalnie mógł zmienić dalszy przebieg wypadków. Miał dwie opcje: pierwsza to powiedzieć wdzięczne kłamstwo i nakierować ich bezpośrednio pod tawernę, w której zatrzymał się mag i jego kompani albo  druga – powiedzieć prawdę i przez kilka godzin przekonywać upartego Maccariego, że ten, który opowiedział o śmierci jego brata był zwykłym oszustem. Cóż innego mógł zatem wybrać? Dobrze, że potrafił przekonywująco łgać.  

Prawdziwym wyzwaniem okazało się przekonanie pozostałej dwójki, dlaczego powinni go ze sobą zabrać. Ledwo chodził, więc ci nie brali jego słów w ogóle pod uwagę, lecz kiedy powstał i przeszedł kilka kroków, robiąc z własnego miecza laskę – zgodzili się, żeby udał się z nimi i przyjrzał się zajściu. On nie prosił o więcej. Tylko czekał, żeby zobaczyć śmierć człowieka, który tak niecnie go upokorzył.

 

*

 

Dłużej tak nie mogę – powiedział sobie Niecny Algitieri, ściskając obolałą dłoń. – Ten chędożony głupiec połamał mi chyba wszystkie palce. Nie zostanę kaleką na najbliższy miesiąc. Muszę to…

Kątem oka spojrzał na wodzącą po bruku cyklopkę. Wydawała się nieobecna, a pod jej jedynym okiem dostrzegł łzy. Płakała, ale nawet nie zauważył kiedy zaczęła. Widać, że to, co się stało, bardzo nią wzburzyło. Nie wiem, ile trupów widziała, ale na pewno często nawiedzają ją ich twarze – uznał czarnoksiężnik. – Ale nie, żeby mnie to interesowało.

  Wykorzystał jej nieuwagę oraz opustoszałą okolicę i użył z tej samej magii, która uratowała mu życie w szemranej uliczce w Tenez.

Ścisnął ranną dłoń drugą, oswajając się z cierpieniem, a następnie zabrał się do dzieła. Zacisnął zęby, aby przygotować się na bol i rozpoczął czary. Od razu spomiędzy jego palców zaczęło wyłaniać się diabelskie światło, które nieudolnie starał się ukryć, a które sprawiło, iż w tę ciemną noc upodobnił się do jednej z latarni. Nie musiał długo czekać, aby po jego kończynie rozeszło się cierpienie, a z każdą kolejną szarżą czuł to coraz dotkliwiej. Odnosił wrażenie, że podłożył własną dłoń pod ogień i czekał, aż ta spali się na popiół. To znacznie gorsze niż cała wcześniejsza walka – uznał, gdy czerwony blask ustąpił ciepłej parze. – Chciałbym powiedzieć, że zrobiłem to ostatni raz, ale po chuj mam się okłamywać? Jedyne, co go teraz pokrzepiało, to to, że kobieta obok niczego nie…

- Co to było? – usłyszał jakże niepożądany głos.

- Kurwa, akurat musiała się spojrzeć – żachnął się czarnoksiężnik. – Nie wściubiaj nosa w nieswoje sprawy, głupia.

- Nie sposób nie zwrócić uwagi, kiedy ręka zaświeciła ci jak ognisko – zauważyła całkiem słusznie. – Czekaj… Czy ona…

- Tak, dobrze myślisz. Niczego wielkiego nie odkryłaś. Przymknij się, błagam.

- Nie boli cię już?! – zszokowała się, patrząc, że ten może swobodnie nią poruszać. – Nie wiedziałam, że potrafisz uzdrawiać… Nigdy nie powiedziałabym, że mógłbyś pomagać ludziom.

- Kto tu komu pomaga? – oburzył się teatralnie mag. – Zawsze używałem tego na sobie. A i to tylko w ostateczności.

- A już myślałam… Dlaczego nie, jak to powiedzieć… „naprawiłeś” sobie twarzy?

- Bo, kurwa, mógłbym umrzeć w trakcie. To działa jak wytwarzanie ostrza. Najpierw trzeba rozgrzać metal do czerwoności, a potem ukształtować go młotem. Metal to zniesie, ale ciało niekoniecznie.

- Nie rozumiem.

- I obyś nie musiała. Jeśli w drodze do Novamossy coś ci się stanie, gwarantuję, że zamiast spróbować cię uleczyć, dobiję jak rannego konia. Nawet nie wiesz, jaką łaskę ci tym sprawie.

- Gdzie tu widzisz miłosierdzie?

- W śmierci, oczywiście. Słyszałaś kiedyś o czymś przyjemniejszym?

- Mówisz jak stary wojownik.

- Żebyś wiedziała! Stary jestem, co mnie gadać z taką młódką jak ty?! Może w końcu się zamkniesz?

Ku jego zdziwieniu dziewczyna usłuchała i ponownie oddała się melancholii. Kiedy próbowała rozmawiać, sprawiała wrażenie osoby, który usiłuje sobie pomóc, odciąć się od obrazów, które ciągle przebijały się w jej głowie, a których wolałaby nie pamiętać. W chwili, gdy gadka się nie kleiła, ponownie oddała się swoim demonom, których najprawdopodobniej miała więcej, niż Algitieri początkowo sądził… ale nie miał zamiaru jej w czymkolwiek pomagać. Musiał doprowadzić ich do granicy, a potem zarówno ona jak i jej brat mieli zniknąć na dobre z jego życia. Dla niego liczył się tylko de Borgia; człowiek, który musiał zginąć.

Nie potrafił jednak długo myśleć na ten temat, gdyż przypominał sobie, ile dnia przez Gaudette’ów zmarnował bezczynnie. Od niego przeszedł więc do lekkomyślnego Inkwizytora, którego zostawił martwego kilka uliczek dalej. Jeszcze nigdy nie spotkał kogoś takiego w wybielonej zbroi. Nie dość, że działał wbrew dowódcy, to naiwnie sądził, że jest w stanie wygrać, mimo zmęczenia i braku wiedzy o przeciwniku. Jak mag sobie o tym przypominał, nie mógł ukryć rozbawienia losem tego idioty. Inkwizycja schodzi na psy – musiał przyznać.

Od lat nie było za nim długotrwałego pościgu. Tak naprawdę dobiegły one końca wraz z odejściem czarodziejów; Inkwizytorów nie obawiał się ani trochę, a ich wszelkie łowy przeważnie kończyły się w kilka dni, maksymalnie tydzień. W porównaniu do tego, jak potrafił utrudniać życie Giacomo di Farini to jest nic. Pamiętał, jak późniejszy Pierwszy nad Księgami spod Caravelli ścigał go od miasta do miasta, tropiąc jego najmniejszy ślad, rozpuszczając plotki, listy gończe – robił wszystko, żeby go dopaść. Czarnoksiężnik wielokrotnie zmieniał imię, niemal w ogóle zapominając jak się nazywał... Ale to zawsze było mało – przypominał sobie z trwogą. – Nieważne, jak bardzo się ukrywasz, w końcu musisz popełnić jeden mały błąd, a ściany mają uszy; ktoś zawsze doniesie, a na przestrzeni dni pojawi się pościg. I całe piekło trwa nadal. Zarobił wtedy mnóstwo blizn na całym ciele, tak samo wiele własnej krwi musiał upuszczać, żeby się ratować. Odetchnąć mógł tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy di Farini awansował; późniejsi magowie nie byli tak gorliwi, wielu z nich zabił przy pierwszym spotkaniu. Najgorsze lata miał już za sobą, ale liczne pamiątki na skórze, a co ważniejsze – wspomnienia ostały się do dziś. Tym bardziej czuł więcej satysfakcji, kiedy przypominał sobie głowę di Fariniego we własnych dłoniach. Oddałbym obie ręce, żeby to powtórzyć – oddawał się nostalgii.

Z tym jakże przyjemnym akcentem, niemalże szczęśliwy, dotarł do tawerny pod Czterolistną Koniczynką. Zamierzał już udać się do stajni i przekimać się na sianie, lecz wtedy poczuł uścisk na dłoni. Jak się okazało, zatrzymała go wcześniej cicha jak myszka kobieta. W milczeniu przygotowywała atak – wywnioskował, widząc, że wyraźnie ma coś do powiedzenia. Aż czekał, żeby odmówić jej prośbie, jakowa ta by nie była.

- Czego ode mnie znowu chcesz? – dopytał, kiedy ta nie mogła wydobyć z siebie głosu. – A może po prostu zachciało ci się tak postać i poudawać posągi?

- Ja… – zaczęła cicho. – To znaczy…

- Ja pierdolę, który to już raz? Ty naprawdę nie wiesz, kiedy się zamknąć, a kiedy powiedzieć coś szybko i przejść do rzeczy?

Dziewczyna nie obraziła się na ten przytyk, miast tego wyprostowała się, uderzyła męskimi butami o siebie, po czym rzekła pewniej:

- Mógłbyś pójść ze mną do brata i powiedzieć mu, dlaczego nie powinien robić mi dzisiaj awantury? – Zaraz po tych słowach porzuciła wcześniej tak fascynujący ją bruk i spojrzała prosto w ciemne oczy czarnoksiężnika. Ujrzała w nich najczystszą nienawiść, lecz się nie ukorzyła.

- Nie – odpowiedział mag z pełną satysfakcją.

- Wystarczy, że wspomnisz o Inkwizytorze, nie musisz dużo mu mówić. Nie wytrzymam dzisiaj jeszcze starcia z nim. Widziałeś tamtego trupa. Nie mogę przestać o nim myśleć…

- Jeśli dopada cię depresja, idź się napij albo daj dupy pierwszemu lepszemu. Większość kobieta tak robi, a jak długo żyje, nie przestają, więc chyba jest w tym…

- Oj, chodź – Nie otrzymawszy pozwolenia, siłą zaciągnęła go na schody.

Zanim Niecny Algitieri otrząsł się ze zdenerwowania, zanim oburzony wyrwał jej swoją dłoń, znalazł się już w budynku. Można się dziwić, że tak się z tym ociągał, ale na jego obronę można dodać, iż jakąś częścią pragnął ujrzeć ochrzan dziewczyny, chciał zobaczyć, jak wystarczająco wycieńczona psychicznie staje naprzeciwko kolejnego wyzwania i przyjmuje baty, przegrywa z kretesem. Nie ukrywał, że taka sytuacja, by go rozbawiła.

Na starcie zdziwił się jednak, kiedy ta zatrzymała się przed schodami na piętro i z niedowierzaniem wpatrywała się w salę obok, tam, gdzie już z wejścia dało się usłyszeć trwającą imprezę. Niecny Algitieri, słysząc tę orgię najróżniejszych głosów, obrzydził się natychmiastowo i ucieszył, iż zabukował sobie miejsce w stajni.

Dalsza bezczynność kobiety sprawiła jednak, iż sam postanowił sprawdzić, co też ją tak zszokowało. Zdziwił się, kiedy ujrzał przy jednym ze stołów kompletnie pijanego Pietro Gaudette’a, bawiącego się z bandą kompletnie obcych ludzi. Choć po jego zachowaniu mógł stwierdzić, iż tytułowałby ich swoimi przyjaciółmi. Mniejsza, że żaden z nich zapewne nie pamiętał jego imienia – pomyślał mag, znając tego typu jednorazowe znajomości.

Młody kupiec, w przerwach od śpiewów, spojrzał przed siebie, nie wiadomo, czego wypatrując. Kiedy jednak ujrzał swoją siostrę, uradował się jeszcze bardziej niż przedtem.

- Anno – krzyknął, a jego głos niemalże zniknął w całym pomieszczeniu.

Pietro przeprosił swoich nowych przyjaciół i udał się w stronę siostry i jej ochroniarza. Dziewczyna wielce się zdziwiła, gdy miast krzyku, usłyszała śmiech i została mocno uściśnięta.

- Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiłem – mówił pijany. – Na Zegarmistrza, nie strasz mnie tak więcej. Gdyby coś ci się stało, nie wiedziałbym, co ze sobą począć…

- To znaczy, że nie jesteś na mnie zły? – zapytała ostrożnie cyklopka.

- Na ciebie? – Uwolnił ją z uścisku i pokracznie machnął ręką. – Nie potrafiłbym.

- Czyli nic tu po mnie – wywnioskował Niecny Algitieri, udając się w stronę drzwi. – Bywajcie.

Tym razem jego droga do stajni również została pokrzyżowana. Jednak to nie kobieta, a sam Pietro zatrzymał go, chwytając pod ramię i zawracając niczym druha. „Ależ ja cię nie lubię” – zdradzało spojrzenie maga, które jednak kompletnie umknęło podchmielonemu kupcowi.

- Dzięki ci, Algitieri, żeś się o nią zatroszczył i przyprowadził do domu – rzekł nieco za głośno. – Nie wiem, co zrobiłbym, gdyby nie ty.

- Tak, tak, teraz mnie puść.

Nie zrobił tego.

- Wiesz co? – nie ustępował w natarczywości. – Ty jednak nie jesteś taki niecny, jak sam twierdzisz. W sumie nic do ciebie nie mam. Tobie po prostu brakuje odprężenia. Potrzebujesz towarzystwa i trochę piwa, żeby nie czuć się jak odludek.

- Wezmę sobie twoje słowa do serca, teraz…

- Dokładnie, najlepiej jakbyś napił się od razu!

Dziwne fatum zdawało się ciążyć nad Niecnym Algitieri; robiło wszystko, aby ten nie zaznał choćby odrobiny odpoczynku po wyczerpującym i kompletnie przetrwonionym dniu. Mag ciągle chodził rozdrażniony, ale tego było już za wiele. Musiał okazać światu swoje niezadowolenie.

- Wystarczy tego – nie mógł się powstrzymać. – Jak ja cię, kurwa, nienawidzę. Twoich koleżków też; po twarzach widać, że to zwykli idioci. Może i się urżnąłeś, ale nie mam zamiaru pozwolić ci mnie…

- Znowu zaczyna jęczeć – westchnął kupiec, dając do zrozumienia, jak bardzo śmierdziało od niego piwem. – Usiądź z nami nawet na chwilę! Napijesz się i zdasz sobie sprawę, jakie to fajne. Uwierz, potem nie będę musiał cię przekonywać do zostania dłużej!

Anna wykorzystała brak uwagi brata i spróbował się wymknąć. Algitieri jednak nie ustępował jej w zamierzeniach, a kierując się swoim pseudonimem, uznał, że lepiej rzucić ją na pożarcie i samemu ratować skórę.

- Idź z siostrą – zdradził jej pozycję.

Pietro spojrzał na wskazaną, podbiegł do niej, ledwie unikając upadku, i złapał niewdzięcznicę za rękę. Choć ta dawała do zrozumienia, że jest zmęczona, on zdawał się jej nie słuchać.

- Ale dlaczego tak wcześnie? – smucił się. – Noc taka młoda. Chodź poznać moich przyjaciół!

- Widzę cię takim pierwszy raz, ale już nie lubię, kiedy pijesz – wyznała kobieta.

- Przesadzasz…

Algitieri skierował się ku wyjściu, lecz wtedy poczuł mocny uścisk na dłoni, a w następnej chwili razem z dziewczyną był ciągnięty do jednego ze stolików. Do kupca się nawet nie odezwał, bo uznał to za bezcelowe. Agresja w pomieszczeniu przepełnionym nad wyraz śmiałymi mężczyznami nie przedstawiała się jako dobry pomysł. Nie mając innych opcji, skierował wzrok ku jednookiej kobiecie. Chyba po raz pierwszy spojrzał na nią czystym, pozbawionym emocji spojrzeniem. Wiedział, że obecny stan psychiczny dziewczyny sprawił, że się do siebie upodobnili i ten jeden raz rozumieli. Nie żebym jakoś to doceniał – pomyślał, widząc, jak cyklopka nieprzyzwyczajona do zwyczajnego spojrzenia chowa wzrok. – Po prostu oboje zostaliśmy udupieni.

I tak Niecny Algitieri wszedł w to jakże szczęśliwe miejsce. Zgarbiony i ubrany całkowicie na czarno wstąpił w jasne, przyjemne dla oka pomieszczenie. Zdawał się tam pasować jak pięść do nosa, a i całym sobą to okazywał. Wydawało się, że otacza go atmosfera mroku, a pierwszy lepszy obecny obdarzony samym jego spojrzeniem zdawał się momentalnie wytrzeźwieć, jakby trafiony strzałą. Wszystkie śmiechy, pieśni, koślawe tańce i inne rozrywki, jakich uświadczył Niecny Algitieri , przypominały mu zgiełk bitewny. Ale to drugie byłoby przyjemniejsze – nie mógł się powstrzymać od skojarzenia. – Tam przynajmniej czuję się na miejscu.

Na przestrzeni raptem kilku dni siedział w dwóch tego typu placówkach; dla niego to prosta droga do szaleństwa, ale kupiec nie zwracał na to uwagi – praktycznie sam wpakował jego i Annę na krzesła, a następnie ukracał wszelkie ich próby wymknięcia się; czy to łapał za barki, czy to zaczynał temat o nich, zagadywał od rzeczy – nie pozwalał dojść oponentom do słowa i co chwilę oznajmiał „jak świetnie potrafią się bawić”.

Mag i kobieta zostali zmuszeni siedzieć z przygnębionymi minami w istnej wylęgarni radości, trzeźwi i skazani na towarzystwo pijanych, z którymi nie chcieli mieć nic wspólnego. Dziewczyna na pewno była smutna, nie dało się tego ukryć, jednak Algitieri… cóż, on po prostu taki już był; jeśli miałby się teraz zastanowić nad swoimi uczuciami, nie zastałby tam niczego innego niż złości. A w ukrywaniu emocji był gorszy nawet od cyklopki. Może dlatego nikt z siedzących przy stole się do niego bezpośrednio nie odezwał? Pietro przedstawił ich wszystkich, ale mag nawet nie słuchał. Zamówiono mu piwo, którego nawet nie tknął i po prostu siedział. Wyczekiwał chwili, aby uciec z tego piekła. Nie zapowiadało się jednak, żeby ktokolwiek miał mu pozwolić wyjść. Ostatnio w takiej sytuacji chciał kogoś zabić, dziś z kolei myślał, że naprawdę zostanie do tego zmuszony.

Jego zdaniem impreza miała trwać do rana, a wszystko zapowiadało prawdziwość tego twierdzenia. Z każdą sekundą tutaj mag zastanawiał się, jak dał się w to wmanewrować. Wpatrywał się w pełny kufel, nie wiedząc, dlaczego tak skończył. Wiedział, że kobieta co jakiś czas robiła to samo, jedynie w odstępach zerkając na niego. On jednak nie poświęcił jej spojrzenia; wystarczyło mu to, że męczył się sam, nie potrzebował oparcia w innych.  Co ja tu robię? – ciągle męczyło go to pytanie. – Co ja tu robię? Co ja tu, kurwa, robię?

Nie pamiętał, ile tam siedział, ale kompletnie odciął się od świata. Wydawał się bardziej upity od pozostałych; jego jednak załatwiła tak ludzka obecność. Myślał, że przyzwyczaił się na tyle do rozgardiaszu, iż uda mu się zasnąć na krześle, lecz rozbudził się momentalnie, zauważając przed wejściem niemałe poruszenie. Usłyszał głośne krzyki właściciela przybytku, który błagał, żeby ktoś sobie poszedł, proponował, że sam ułatwi im zadanie, ale chciał, żeby nic nie stało się w jego przybytku. Zaklinał się, że komuś pomoże, lecz nowoprzybyłym osobom na nic warte były jego słowa. Ani się Algitieri obejrzał, a ujrzał wchodzących do pomieszczenia mężczyzna w bieli.

Cała sala znieruchomiała, a rozgardiasz zniknął niczym ogień ze zdmuchniętej świecy. W całym pomieszczeniu życie zamarło, pijani biesiadnicy zrzucili swoje uśmiechy, przestali się radować, podrywać panienki, co niektórzy to nawet wypluli piwo z ust. Wszyscy przestraszyli się widoku trzech Inkwizytorów, którzy wodzili hełmami po wszystkich, wyraźnie kogoś szukając. Niecnego Algitieri jednak zdziwiła obecność tylko tego jednego, pozbawionego całej zbroi, który zrobił sobie z własnego miecza laskę. Powrócił z martwych – uznał z rozbawieniem czarnoksiężnik. – I od razu zabrał się na przedstawienie. Szkoda by było zniweczyć jego nadzieję. Nie miał wątpliwości, po kogo przyszli.

Inkwizycja w mgnieniu oka skupiła się na jednym stoliku, po czym żwawym krokiem zbliżyła się w stronę maga otoczonego zgrają pijanych imbecyli. Algitieri chyba nauczył się odnajdować w każdej sytuacji coś dobrego, gdyż na obecną chwilę nie myślał o niczym innym, niż o panującej w pomieszczeniu ciszy. Gdyby okoliczności były inne, najprawdopodobniej podziękowałby mężczyznom w bieli za ucieszenie tej hałastry.

Najbardziej zestresowanymi całą sytuacją wydawało się rodzeństwo Gaudette’ów, które przestraszyło się nie na żarty. Sprawiali wrażenie takich, którzy ujrzeli Śmierć przed oczami i nie mogli uwierzyć, że ta przyszła właśnie po nich. „To już koniec?” – na ich twarzach rysowało się pytanie. Szczęściem – choć to kwestia sporna – było, iż Niecny Algitieri nie podzielał ich wzburzenia, a sam przywyknął do takich akcji dawno temu, jeszcze za czasów Giacomo di Fariniego. A wtedy miał do czynienia ze śmiertelnie niebezpiecznym magiem, którego moce zaprowadziły na najwyższe stanowisko w swoim zakonie. Tamten człowiek już nie żył, poniósłszy śmierć z jego ręki. Dlaczego zatem miałby lękać się dwóch i pół słabeuszy ledwie zakutych w zbroję?

- Witajcie, panowie – mag jako pierwszy zabrał głos, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokół. – Zechcecie się dosiąść? Jestem pewny, że miejsce się znajdzie…

Inkwizycja stanęła przed ich stolikiem, sprawiając, że wszyscy niewtajemniczeni powstali, oddalając się jak najdalej. Przy stole ostali się jedynie niczym niewzruszony czarnoksiężnik oraz rodzeństwo Gaudette’ów, za bardzo zszokowane, żeby powstać i spróbować ucieczki. Podpity Pietro kompletnie nie wiedział, co się dzieję. Anna z kolei sprawiała wrażenie, jakby widziała ducha. Nie mogła uwierzyć, że najmłodszy z nich wymknął się z łap śmierci. I to wszystko przez moje niedopatrzenie – zawyrokował Niecny Algitieri. – Następnym razem będę ucinał im głowy. Wtedy raczej nie powstaną.

Lopez Maccari, choć już spod jego hełmu wylewała się nienawiść do czarnoksiężnika, zachował profesjonalny spokój.

- Panie – zabrał głos, obdarowywując przeciwnika śmiertelnie poważnym spojrzeniem. – Pójdź z nami, a obiecuję, że pozostałym nie stanie się krzywda. Chcemy tylko ciebie.

- A szlachetkom zdradę darujecie? – żachnął się. – Typowe. Pakt z diabłem zawarli, ale jak jest urodzenie, to nie o takim występku można zapomnieć. Ciekawe, czy gdybym urodził się w lepszej rodzinie…

- Skończ, czarowniku – Inkwizytor nie rezygnował z grobowego tonu. – Wiesz, po co przyszliśmy. Poddaj się, a nikt więcej nie będzie musiał ucierpieć.

W ramach odpowiedzi mag wyciągnął swój sztylet z zieloną rękojeścią. W następnej chwili ostrze wylądowało wbite na stole. Wraz z tym wyczynem mężczyźni w bieli oddalili się o krok, a pozostała przy stole dwójka odskoczyła i wpasowała się w gapiów. Zapowiadało się na walkę…

Jednak czarnoksiężnik zaszokował wszystkich; jakby nigdy nic, spokojnie i z gracją, podwinął rękawy ciemnej koszuli. Ku zdziwieniu i trwodze wszystkich zgromadzonym skrywał tam mnóstwo blizn, jakby próbował się zabić dziesiątki, nie, setki razy, ale żadna próba nie okazała się skuteczna. Samobójstwo uznawano za jeden z najgorszych grzechów przeciwko Zegarmistrzowi, za dobrowolne odstąpienie od Jego największego daru. Osoba, która się tego dopuszczała, nie mogła liczyć na bożą łaskę ani tym bardziej na drugą szansę. Każdy obecny pomyślał więc, że jakakolwiek siła trzymała tego zabliźnionego człowieka przy życiu, musiała pochodzić z czeluści podziemi. „To nie mógł być człowiek” – ich myśli zdradzały spojrzenia.

- Daruj mi, panie, ale nie mogę spełnić twojej prośby.

Maccari badał go wzrokiem w milczeniu, sprawiając wrażenie majestatycznego posągu niż istoty z krwi i kości. Ten drugi Inkwizytor, którego imię wyleciało magowi z głowy, zaczął obracać nerwowo głową, jakby mając już dosyć przedłużającej się ciszy przed burzą. Ni jak to się miało jednak do chłopaka, w którego oczach głowa Algitieriego zwisała już na palu. A i on nie pozostawał mu dłużny – rad byłby naprawić błąd, który zostawił w ciemnej uliczce tego miasta.

Niespiesznym ruchem czarnoksiężnik wyjął sztylet z blatu i równie powolnie podciął sobie żyłę na prawej, a później lewej ręce. Zaraz potem umieścił ostrze w pochwie, a kończynom pozwolił zwisać, żeby bezwiednie pluły krew na podłogę. Sprawiał wrażenie człowieka, który zawczasu oszacował swoje szanse i postanowił oszczędzić sobie cierpień w inkwizytorskich rękach. Obecni w sali łowcy wydawali się przyjmować tę opcję za prawdziwą, gdyż czekali w ciszy. Głupcy – skwitował Niecny Algitieri. Żaden z nich nie wiedział, że bezczynnością pozwalali mu wyposażyć się w zapas „oręża”.

- Młody Inkwizytorze – zaczął czarownik, zwracając uwagę chłopaka. – Nie sądziłem, że byłeś w stanie udawać trupa. Winszuję kunsztu aktorskiego. Chociaż na tchórzostwie się znasz.

- Jak śmiesz! – oburzył się chłopak.

Słabnący od utraty krwi czarnoksiężnik zaśmiał się lekko, obdarzając ich jednym ze swoich niewielu szczerych uśmiechów.

- Niedokończone sprawy potrafią ciągnąć się przez resztę życia i męczyć nas po nocach – odrzekł spokojnie. – Ty bez wątpienia jesteś jedną z moich.

- Szczęście zatem, że nie pożyjesz wystarczająco długo, żeby z mojego powodu cierpieć, demonie.

Niecny Algitieri skwitował to milczeniem, zostawiając go samemu sobie.

- Panie Maccari – zagadał w zastępstwie do najbardziej doświadczonego Inkwizytora. – Nie wiem, co twój podwładny ci nagadał, ale wiedzieć musisz jedno. Wtedy, w Caravelli, byłem jednym z najemników; walczyłem po waszej stronie.

- Wystarczy – chciał przerwać jego słowa zainteresowany.

- Ale przyznaję – Algitieri nie mógł się powstrzymać, a wyciekająca krew tylko dodawała mu animuszu. Jak na ironię, umierając, czuł, że żyję. Wraz z tym przekonaniem nabierał, łagodnie mówiąc, ciekawości świata. Zdarzało mu się chcieć zrobić różne niegodziwości tylko po to, aby sprawdzić, co się stanie. Zapragnął przetestować to na nerwach spokojnego mężczyzny. – Nie we wszystkim powiedziałem prawdę. Dopiero ty przypomniałeś mi twojego brata, nie był wart uwagi; zwykły przydupas dowódcy, z którego śmiał się cały obóz. Nie pamiętam też, jaka dokładnie śmierć go spotkała. Sam byłem wtedy w cytadeli, ale nie ze względu na wasze bzdurne powołania. Znalazłem się tam, żeby kogoś zabić.

- Do czego zmierzasz? – zaciekawił się Lopez Maccari. – Dlaczego mi to w ogóle mówisz?

- Racja, krew cieknie, więc będę się streszczał. – Sięgnął po swoją dłoń i polizał ranę, wzbudzając ogólne obrzydzenie gapiów. – Musisz wiedzieć, że w Caravelli… to Inkwizycja zwyciężyła tamtego dnia. Duża część najemników padła, ale wasi ostali się nienaruszeni; ci wjechali do zamku tylko, żeby dorżnąć pokonanych. Cytadela została zdobyta, a cała armia rozgościła się w jej progach.

- Dlaczego zatem…

- Cała armia – powtórzył donioślej mag. – Ze mną w środku!

Wraz z tymi słowy wybuchnął gromkim śmiechem, który zdawał się wwiercać w głowy wszystkich zgromadzonych. Widzieli w nim demona, który wygrzebał się ze świata podziemi, żeby krzywdzić żywe istoty.

Lopez Maccari zrozumiał krótkie przesłanie „potwora”. Wściekłość wezbrała w nim, jakby ponownie był początkującym łowcą; jak jego podwładny wcześniej zapomniał o wszystkim i dobył miecza, chcąc pomścić brata.

- Giń, ścierwo! – wrzasnął, unosząc broń.

Nie zdołał jednak go zabić; mag obronił się, nie unosząc nawet rąk. To jego własna krew wzniosła się z podłogi, okręciła wokół jego dłoni niczym żmija zablokowała cios potężnymi łuskami. Wszyscy krzyknęli w przerażeniu i ekscytacji. Dla niektórych było to za dużo; wybiegli, węsząc zbliżającą się wielkimi krokami jatkę. Cała reszta zrobiła walczącym miejsce, niby arenę, w której mieli stanąć w szranki. Właściciel przybytku zapłakał, widząc, co się dzieje. Pozostali Inkwizytorzy sięgnęli po broń, ranny z nich również; choć kulał, nie dosłyszał rozkazów przełożonego, aby się oddalić – każdy miecz wydawał się potrzebny.

Krwiste „węże” odbiły inkwizytorskie ostrze, odrzucając Maccariego na kilka kroków. Ten padł tuż obok krzesła, lecz szybko powstał i ponownie zaatakował. Jednak każde cięcie zawiodło, jucha czarnoksiężnika poruszała się szybko, a jego bariera zdawała się nie do przebicia. Dowódcę w kilka sekund wspomogło dwóch pozostałych łowców, lecz i w trójkę nie byli w stanie choćby zbliżyć się do skóry maga. A i on nie ograniczał się tylko do obrony; jego czary przemieszczały się z nadludzką szybkością i potrafiły wchodzić w pancerz jak w masło; ślady, które zostawiały jego draśnięcia nie były tylko rysami, te ataki naprawdę przebiły żelazo i zraniły ciała. Każdy z ich trójki czuł przynajmniej kilka zadrapań, lecz to właśnie najmłodszy radził sobie najgorzej. Ranny i nieziemsko zmęczony szybko ugiął się pod naporem czarnej magii i wypuścił miecz z dłoni. Uniknął pierwszego ataku, lecz rana na jego brzuchu nie wytrzymała i otworzyła się. Krew zaczęła cieknąć z niego jak z fontanny, a on, nie mając więcej sił, upadł bezbronny na podłogę.

- Drugi raz nie popełnię tego błędu – zarzekał się mag, od razu celując w głowę Cesare.

- Nie! – z sali wydobył się głośny krzyk trzeciego z Inkwizytorów, rudzielca zapomnianego z imienia. Wraz z tym krzykiem leżący chłopak stracił przytomność lub zawczasu zmarł z wykrwawienia.

Tarcza nadleciała zaraz potem, broniąc ciała Inkwizytora. Krew, która w nią uderzyła, zostawiła na niej porządne wybrzuszenie.

Najmłodszy z  przeciwników czarownika leżał bez ruchu i sączył krew, a czerwono włosy mężczyzna stał i dychał; ściskał miecz w dłoni i palił się do walki. Nie pozwolił magowi skupić się na kimś innym.

- Twoja kolej – rzekł mu Niecny Algitieri.

- Stawaj, demonie! – ryknął mężnie Inkwizytor.

 W następnej chwili ruszył na czarnoksiężnika, starając się choć zranić jego ciało. Bez tarczy był szybszy, a mimo to nie potrafił przebić się przez obronę. Atakował prężniej, z każdą chwilą agresywniej, dokładnie jak jego towarzysz sam w albiońskiej uliczce. Skończyć również musiało to się tak samo. W końcu drugie z ostrzy Algitieriego odrzuciło od siebie dowódcę Inkwizytorów i skupiło się na rudzielcu. Ten obronił jedno uderzenie… ale nie zdołał kolejnego.  „Wąż” przeszedł przez szyję mężczyzny, odrywając głowę od reszty ciała. Ta upadła w hełmie z hukiem, a z ubytku momentalnie siknęła krew.

- Nie! – wrzasnął Lopez Maccari, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przegrał. Co by nie zrobił, nie wygra z tak potężnym magiem w pojedynkę.

Niecny Algitieri, również zdając sobie z tego sprawę, powojnie niczym żółw zbliżał się do jedynego ocalałego na polu bitwy Inkwizytora. Krwiste ostrza rzucały się we wszystkie strony, jakby stanowiły żywe istoty. Każdy jego kolejny krok sprawiał, że pewność siebie znikała ze spojrzenia Maccariego. Mężczyzna chciał zrobić wszystko, żeby ubić czarnoksiężnika, który zabił jego przyjaciół. Pragnął jego śmierci, co otwarcie okazywał. Strach jednak był w nim równie silny.

Zajście pod Czterolistną Koniczynką nie mogło jednak mieć tak krótkiego i nie widowiskowego końca. Ostatni z Inkwizytorów nie był jak jego najmłodszy podwładny, nie oddawał się bezmyślnie wściekłości. Dążył do zwycięstwa za wszelką cenę. Nawet jeśli musiał włączyć do tego osoby postronne.

- Ludzie – zawołał mężczyzna w bieli. – Inkwizycja was wzywa! Kto wystarczająco silny, żeby unieść broń, do mnie! Walka przeciwko magom nagradzana jest darowaniem grzechów i miejscem w raju u boku Zegarmistrza!

Nie pozostawało żadnych wątpliwości co do gorliwej wiary większości zgromadzonych w tawernie. Faktem również było to, że większość pozostawała pijana, a co za tym idzie szczera w słowach i działaniu. A odwaga, którą dodał im trunek, nie pozwoliła, aby ich wiara przyćmiła rozsądek. Wierzyli w Stwórcę, to prawda, jednak na tę chwilę bardziej pewni byli tego, iż walka u boku Inkwizytora oznaczałaby śmierć. To przekonanie stało nad ich religią, przed tym nieszczęściem chcieli się ustrzec. Któż bowiem, udając się na dobry trunek, chciałby spotkać się z kostuchą?

Właśnie dlatego nikt z obecnych nie dobył broni.

 - Łamiecie prawo, zdajecie sobie z tego sprawę? – przekonywał Maccari, oddalając się od nadchodzącego czarnoksiężnika. – Wszyscy chcecie zostać ścięci?!

Usłyszał kilka nieprzychylnych komentarzy, z dwie osoby otwarcie rzuciły mu w twarz obelgę, a jedna życzyła mu śmierci i piekła, lecz wtedy Maccariemu przyszedł do głowy pewien pomysł; ostatnia iskierka nadziei.

- Za pomoc w Sprawie Bożej czeka nagroda! – krzyknął najgłośniej, jak potrafił. – Nie tylko w niebie, ale i na ziemi! Tu i teraz! Oferuję nagrodę! – Wskazał mieczem maga. – Kto przyniesie mi głowę tego demona zyska trzydzieści dużych orsissów i tytuł wiecznego przyjaciela Inkwizycji!

Lopez Maccari za swojego trwającego już dobrych kilka lat życia zdążył przekonać się, że naprawdę mało jest stałych rzeczy na świecie, ale znał jedną, teraz kluczą dla niego, której siła nigdy nie słabła – wiedział, że na ludzką chciwość zawsze można było liczyć.

Tym razem również się na tym nie przejechał; ludzie zareagowali tak, jak przypuszczał. Kiedy tylko popchnięci odwagą przez alkohol mężczyźni usłyszeli o pieniądzach, przypomnieli sobie, gdzie znajdują się ich pasy i bronie doń przytroczone. Momentalnie nauczyli się, jak chwytać rękojeści mieczy, sztyletów, włóczni i toporów. Garstka z nich uciekła razem z niewiastami, nie chcąc narażać się dla pieniędzy. Mała to jednak była grupa; w sali szybko zaroiło się od broni – każda była skierowana w stronę czarnoksiężnika.

Ten, nie obawiając się niczego, spojrzał na rodzeństwo Gaudette’ów, które błąkało się pomiędzy pijanymi napastnikami, kompletnie przez nich zbywane, a z kolei Inkwizytorem wtopił się w tłum. Krwi stracił jednak za dużo, żeby dalej tak trać. Nie był w stanie pokonać tej hordy, która zebrała się w tawernie. Potrzebował dodatkowej siły… dodatkowego oszustwa. I wiedział, jak je załatwić.

- Inkwizytorze – zawołał mag w stronę Lopeza Maccari, którego obecnie nie widział. – Nie wyraziłem się dość jasno, daruj! Nie pokazałem ci, jak zginął twój brat!

W następnej chwili wypowiedział dziwne, nieznane i przywodzące na myśl bluźnierstwo słowa.

- Ar’neh shke te – ryknął niczym demon. – Irines, fara’eh!

Z jego rąk wydobyła się agresywna smuga czerwonego dymu, która zaczęła pałętać się po otoczeniu, wzbudzając strach w szeregach łasych na orsissy miernot. W następnej chwili chmura powędrowała ponownie w stronę maga.

- Kochany – z nicości wydobył się demoniczny, acz wyraźnie kobiecy głos. Jasnym było, iż rozbrzmiewa dzięki temu czemuś, co czarnoksiężnik stworzył swoimi dłońmi.  – Wiedziałam, że o mnie nie zapomniałeś!

Po tym niemalże oczywistym wyznaniu uczuć czerwień zaczęła wchodzić w uszy, oczy, nos oraz usta czarownika. Nie trzeba było długo czekać, żeby ten wchłonął wszystko. W chwili, kiedy przymknął wcześniej zajęte usta, zamknął również oczy. Kiedy je jednak ponownie otworzył, te nie miały już ciemnej barwy – były równie czerwone jak wcześniejsza łuna.

Niespodziewanie ciało maga zaczęło się zmieniać, skóra pociemniała, miejscami przybrała kolor czerwieni i wyposażyła się w łuski, na głowie oraz brodzie wyrosły rogi i kolce, a w samych ustach wyraźnie pojawiły się kły. Tuż pod jego krwistymi ostrzami, wyłaniającymi się z żył, ludzkie ręce ustąpiły smoczym szponom. W końcu Niecny Algitieri zmienił się w demona, za którego wszyscy i tak go uważali.

- Maccari! – zawył czart, nadludzko grubym i potwornym głosem. – Wiem, że tu jesteś! Nie ukrywaj się! Pokażę ci ułamek mocy, która zabiła twojego brata!

Kilku ze zgromadzonych, widząc przed sobą demona, uciekło, lecz znaczna większość utrzymała się na swoich pozycjach – w tłumie uznali, że w końcu potwora położą. Zaatakowali prawie jednocześnie. Wtedy w pod Czterolistną Koniczynką zaczęło się prawdziwe nieszczęście. Wtedy trupy zaczęły padać dwójkami.

 

*

W tawernie zaczął się prawdziwy chaos; cała horda – w tym dwóch nowopoznanych druhów kupca – rzuciło się na Niecnego Algitieri… czy też na to, w co ten się przepoczwarzył. Nie potrafił stwierdzić, czy ten demon dalej był ich ochroniarzem, nawet nie chciał zgadywać, jak ten zachowa się, kiedy któreś z nich się zbliży; trzymali się od niego na dystans. W pomieszczeniu w mgnieniu oka zaroiło się od krzyków bojowych, wrzasków rannych i jęków rozpaczy. Martwi zaczęli latać na wszystkie strony, rozczłonkowani niczym warzywa pocięte nożem. Cała podłoga szybko zaroiła się od czerwieni i rozrzuconego mięsa.

Pośrodku tego piekła znajdował się koślawo stojący Pietro i jego siostra. Nie wiem, jak nas w to wpakowałem – mówił sobie młody Gaudette – ale musimy stąd czym prędzej uciekać. Chwycił siostrę za rękę i powolnie, unikając szarżujących wojów, zaczął kroczyć w stronę wyjścia. Nie było to łatwe zadanie, gdyż wszechobecny zgiełk im to utrudniał, a i jemu niemożebnie kręciło się w głowie.

- A co z Algitierim? – usłyszał za sobą głos Anny.

- To już nie człowiek – odpowiedział natychmiast. – Lepiej będzie, jak będziemy trzymać się od niego z daleka.

- Ale…

Odwrócił się i spojrzał na jej jedyne oko. Dopiero teraz zobaczył, że w porównaniu z nią, trzymał się dzielnie. Jeszcze nigdy w życiu nie widział siostry tak przerażonej. Ledwo wydobywała z siebie głos, a bez uprzedniego popędzenie nie potrafiła się ruszyć. Każdy trup, który legł im przed stopami, każda kończyna, która przeleciała im drogę, sprawiały, że wstrzymywała oddech, a w jej oczach gromadziły się łzy.

- Nie bój się – powiedział Pietro, przytulając ją, jakby była małą dziewczynką. – Obronię cię, przysięgam. Musimy uciekać. Trzeba zabrać pieniądze i zabierać się z tego przeklętego miasta.

Kobieta spojrzała na niego oczami spłoszonego zająca.

- Ale co z nim…? – Wskazała palcem wojującego demona.

- Zapomnij – nakazał jej ciągle podchmielony brat, na którym sytuacja wymusiła trzeźwe myślenie. – Sprowadzi na nas tylko śmierć.

Nie dał jej czasu na odpowiedź; chwycił zdezorientowaną dziewczynę za rękę i popędził z nią w stronę schodów na piętro. Pomieszczenie dla gości nie było szczególnie wielkie, lecz tym razem zdawało się wydłużać, a jakby tego było mało, oni co chwilę byli zmuszeni się cofać. Przeważnie stawiali kroki w tył, aby minąć opadające ciała, nadlatującą broń, lub samych atakujących, którzy nie lubili, jak ktoś pałętał się między ich nogami. Annie zdarzyło się kilka razy krzyknąć, lecz Pietro za każdym razem mówił do niej pokrzepiająco i nieprzerwalnie parł naprzód. Już niedaleko – powtarzał sobie, nie chcąc odwracać się za siebie. Wiedział, jaką rzeź miał za sobą. Nie powinien więcej na nią spoglądać, nie chciał więcej zobaczyć. Zauważył już dość, żeby mieć problemy ze snem do końca życia. Żałował tylko, że jego siostra musiała doświadczyć tego samego. Pierdolony czarnoksiężnik – zaklął kupiec. – Chędożeni Inkwizytorzy! To wszystko ich wina!

Pietro wywołał wilka z lasu, gdyż w następnej chwili drogę pokrzyżował mu mężczyzna odziany w biel. Inkwizytor Maccari, jeśli kupiec dobrze pamiętał imię, skierował ciemność swojego hełmu na tę dwójkę, a i jego miecz nie pozostał mu dłużny. Gaudette odepchnął siostrę, sprawiając, że oboje upadli. W następnej chwili dobył miecza i jeszcze na klęczkach sparował kolejne cięcie.

- Pierdoleni heretycy – spod martwego żelastwa wydobył się przepełniony wściekłością głos. – Sprowadziliście na nas to przekleństwo! Myślicie, że pozwolę wam od tak uciec?!

Kupiec wiedział, że jakiekolwiek jego słowa nie pomogłyby załagodzić sytuacji. Wściekłość zawładnęła całym Inkwizytorem, a na to nie było żadnego skutecznego argumentu. Pietro Gaudette nie wydobył więc ani słowa, nie pozwalając przeciwnikowi oddać się nienawiści jeszcze bardziej. Nie miał zamiaru cofnąć się przed niczym, żeby wyprowadzić z tego piekła siostrę, a doskonale wiedział, czego oponent od niego wymagał.  Ścisnął miecz w dłoniach i powstał, pijany, ale gotowy do walki.

- Nic nie powiesz, pomiocie? – ryczał gniewem Inkwizytor.

- Walcz – to było wszystko, co chciał mu przekazać.

Pojedynek rozpoczął się z niemałym przytupem, starszy mężczyzna walczył zażarcie, przepełniony żalem, wściekłością, ale i zmęczeniem. Szybko walka przeniosła się w głąb pomieszczenia, co wielce zaniepokoiło Gaudette’ów. Pietro udało się uderzyć w potężne ciało kilkukrotnie, lecz opancerzenie odbiło każde cięcie. I Anna włączyła się do pojedynku, próbując dźgnąć Inkwizytora od tyłu. Nic jednak nie zyskała, a wręcz naraziła się na atak. Młody kupiec cudem ją uchronił.

- Trzymaj się z dala – nakazał jej, kiedy Maccari ponownie skupił się na nim.

Kobieta oddaliła się o kilka kroków i ze łzami w oczach obserwowała walczącego brata. Ten wielokrotnie trafiał furiata, lecz nie potrafił znaleźć wrażliwego punktu w zbroi. W końcu i mu podwinęła się noga i odsłonił się Inkwizytorowi na atak. Jedno, mogłoby się wydawać, nic nieznaczące cięcie. Jednak wystarczyło, żeby Pietro Gaudette upuścił broń. Uderzenie nastąpiło przy prawej stronie szyi; ostrze zbliżyło się do skóry i przecięło ją wystarczająco mocno, aby zaczęła pluć krwią. Mężczyzna złapał się za ranę, lecz nie otrzymał od przeciwnika wytchnienia – ten ponownie zaatakował, tym razem wbijając miecz w pierś nieszczęśnika.

Raniony upadł, nie mogąc więcej ustać. Jego głowa oparła się o jakieś ciało, ale nie zwrócił na to zbytniej uwagi; mężczyzna, na którym leżał miał na sobie przewiewną białą koszulę, w dodatku ubrudzoną krwią. Choć przez kilka sekund nie mógł zrozumieć otaczającej go rzeczywistości, zaraz potem wszelkie hałasy ucichły, a kontury poczęły rozmazywać się i ostrzyć na zmianę. Miał wrażenie, że słyszy wszystko, jakby stał za grubą i szczelną szybą. Wiedział, że niedaleko jego siostra krzyczy na potęgę, ale wydawało mu się to teraz niczym odgłos dosłyszany z drugiej strony gór.

Plany, zamierzenia, chęci… całe jego życie – wszystko waliło się pod naporem inkwizytorskiego ostrza, które tkwiło w jego ciele. Czuł, że umiera, więc mimochodem zaczął przypominać sobie własne życie. Nie zaznał w nim wiele przyjemności. Mógł co najwyżej się żalić, że to przedstawiało się niezwykle licho. Przeżył dzieciństwo, za jedyny stres mając ojca hazardzistę; nie był wtedy zbyt szczęśliwy, ale jakoś to szło dalej. W miłości nie zaznał szczęścia, więc poświęcił się pracy; tu również wielce się nie radował, ale jakoś żył dalej. Jako prezent pożegnalny od Vincenzo otrzymał bankructwo, walczył o życie, handlując z łotrzykami, a potem wrócił do domu; nie podobało mu się to, ale jakoś się wszystko układało. Głównie za sprawą siostry udał się na ponowną „przygodę”, jak ona by powiedziała. Miał ku temu wiele wątpliwości, ale znowu poszedł z żywiołem. I na co mu się to ostatecznie zdało? Miast w domu, umierał w drugim końcu kraju, nie osiągnąwszy niczego, co zamierzał. Zwykle nie narzekał, bo uznawał to za niekulturalne, lecz ten jeden raz bez żalu mógł sobie na to pozwolić. To naprawdę wszystko, co mi Boże zgotowałeś? – zadawał pytanie, do którego nie mógł otrzymać odpowiedzi.

Jedynym, co jak na razie przedstawiało się jasno i klarownie, był Inkwizytor stojący nad nim. Wydawał się chełpić swym zwycięstwem. Wcześniejszy uprzejmy człowiek zniknął, ustępując miejsca psychopacie, który kręcił mieczem w ciele przeciwnika i czerpał z tego satysfakcje. Może to i Algitieri zmienił się w demona, ale on w niczym mu nie ustępuje – uznał Pietro, kiedy ten katował jego ciało.

Anna podbiegła do Maccariego i spróbowała zaatakować. Ten jednak uderzył ją rękawicą, sprawiając, że  runęła na pobliskie ciało. Zaraz potem kat wyrwał z ciała umierającego miecz i udał się, aby dobić kobietę. Wszystko wskazywało na to, że oboje Gaudette’owie tutaj umrą. Pietro nie mógł się ruszyć, a jego siostra okazała się bezsilna w starciu z opancerzonym przeciwnikiem. To chyba koniec…

Nie powinien na to zwracać uwagi, lecz niesłychanie coś się zmieniło. Była to tak mikroskopijna zmiana, iż tylko wyczulony zmysł mógł ją zauważyć. Tak się składa w ostatnich chwilach w takowego zmienił się kupiec i doskonale zauważył różnicę. Zrobiło się strasznie cicho – uznał, rozglądając się po otoczeniu. Zrozumiał wtedy, że wszyscy „śmiałkowie” zdążyli już paść, a w sali ostały się co najwyżej makabryczne pamiątki po ich żywotach. Chyba nikt nie przeżył – uznał, widząc pourywane kończyny i istne wiadra krwi porozlewane na podłodze.

W następnej sekundzie Inkwizytor, zamiast dobić dziewczynę, odwrócił się w przerażeniu i z jękiem spojrzał przed siebie. W następnej chwili jego zbroja została przeszyta dziesiątkami magicznych cięć, które za nic miały żelazną ochronę. Jego krew prysnęła na Pietro, a było jej doprawdy wiele. Mężczyzna nie zdążył jęknąć, kiedy życie wypłynęło z niego przez tak gęsto rozmieszczone dziury na jego napierśniku.

Zaraz potem ciało odrzucono na bok, a Pietro ujrzał pełne oblicze demona Algitieriego. Mrugnął raz, drugi, a ani się obejrzał, ten wyglądał jak poprzednio. Był zgarbiony, obity, ponury, ale miał lico i ciało człowieka. Na dłoniach zyskał świeże blizny do kolekcji, lecz nie krwawił ani tym bardziej nie miał wężowych ostrzy. Jedynie oczy świeciły czerwienią, ale po tym, co się stało – to nie było coś, na co można by przesadnie zwracać uwagę.

Anna szybko podbiegła pod Pietro i zaczęła tamować krwawienie. Sama krwawiła z dolnej wargi po uderzenie, lecz nie wydawała się tym przejęta. Frustrować zaczęła się zaraz po tym, kiedy zrozumiała, jak mało mogła zdziałać.

- Przestań – powiedział do niej uspokajająco brat. – To nic nie da. Anno, ja umieram.

- Nie! – krzyczała, ściskając rany. – Nie możesz! Jeszcze masz tyle do zrobienia! Twoje plany…

- Nigdy nie będzie dane mi ich spełnić.

Jedną dłonią dotknął jej cudnej twarzyczki, a drugą sięgnął pod kubrak. Wyraźnie czegoś tam szukał. Chciał zakląć, kiedy tego tam nie zastał.

- Nie zabrałem listu do mojego przyjaciela, który chciałem ci dać na początku podróży – oznajmi cicho. – Tego, którego nie chciałaś przyjąć. Zostawiłem go w starym powozie, w mojej skrzyni. Cholera, akurat teraz… Wróć po niego. Albo od razu udaj się do stolicy.

- Nie mów tak. Będę z tobą!

- Anno! – wykorzystał resztkę swoich sił. – To nie czas na sprzeczki. Pamiętasz imię mojego starego druha, do którego miałaś się udać? Malredo Diaz, powtórz.

Powtórzyła kilkukrotnie ze łzami w oczach.

- Dobrze – uznał jej brat. – Znajdź go, powiedz kim jesteś i  oddaj się pod jego opiekę. Kiedy będzie próbował cię zbyć, przypomnij o długu, który u mnie zaciągną za sprawą panienki Bellini i jej starszego brata. Będzie wiedział, o co chodzi.

- Błagam, nic więcej nie mów…

- Powtórz, co masz zrobić.

Powiedziała dokładnie to samo.

- Algitieri – konający zwrócił się do stojącego nad nimi czarnoksiężnika. W następnej chwili rzucił mu całą sakiewkę przepełnioną orsissami.

- Za co to? – zaciekawił się obdarzony.

- Za bezpieczną podróż mojej siostry do stolicy.

- Nie powiedziałem, że…

- Pamiętam, jakie były nasze warunki i ich nie zmieniam. Po  prostu znajdź jej kogoś odpowiedniego do ochrony. Niech ten ktoś zapewni jej bezpieczny przejazd przez cały kraj; masz w dłoniach jego zaliczkę. Jeśli wytargujesz taniej, reszta jest twoja. Błagam, zrób to dla mnie. Ona sama sobie nie poradzi, a ty, nie wierzę, że to mówię, jesteś najlepszą osobą, żeby zagwarantować jej bezpieczeństwo.

Pochmurna mina nie opuszczała oblicza maga, lecz nie wyrzekł on więcej ani słowa; przyjęcie pieniędzy stanowiło dla Pietro jasną oznakę, że transakcja została zawarta. Oddał siostrę w ręce demona, który sam uprzedzał przy poznaniu, iż był niecny. Ale czy miał inne wyjście?

- To nie może się tak skończyć – podważała rzeczywistość Anna.

Zapominając o tym, co przed chwilą się stało, nabrała odwagi i spojrzała na stojącego nad nimi nikczemnika Algitieri. Za nic miała jego wstrętną formę, za nic całą jego moc i krwiożerczość, z jaką pozabijał wszystkich wokół. Jakby nigdy nic zaczęła na niego krzyczeć i wydawać rozkazy.

- Pomóż mu – rzekła, jakby ten mógł coś zrobić. – Tak jak zrobiłeś ze swoją ręką.

- To tak nie działa, głu…

- Błagam, spróbuj!

- O czym wy gadacie? – zaciekawił się główny zainteresowany, coraz bardziej tracący siły.

- Pomóż mu! – upierała się dziewczyna.

Niecny Algitieri przewrócił oczami, po czym klęknął tuż przy Pietro.

- Twoja głowa leży na tym młodym Inkwizytorze, od którego wszystko się zaczęło – zauważył. – Cóż za zrządzenie losu…

- To nie czas na żarty – skarciła go Anna. – Zacznij leczenie!

- Jakie leczenie? – coraz bardziej bał się kupiec. – Jak? Czym?

Nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. Jego siostra i mag zdawali się rozmawiać nad nim niczym medycy podczas operacji. Miast wyjaśnień czarnoksiężnik przyłożył jedną dłoń do rany na szyi młodego Gaudette’a, a drugą do tej na brzuchu. Pietro nie poczuł jednak żadnego uzdrowienia. Dosłownie nic się nie działo.

- Na co czekasz?! – niecierpliwiła się kobieta.

- To może go zabić – ostrzegł mag. – Nigdy nie próbowałem leczyć tak poważnych ran.

- I tak umiera! Spróbuj!

Mag głośno westchnął, po czym zabrał się do dzieła. Młody kupiec znikąd poczuł rażący ból na swoich ranach. Wiedział, że to ogień. Miał wrażenie, że ktoś wrzucił jego ciągle żywe ciało do pieca. Czy oni chcą mnie spalić? – zastanawiał się, nie mogąc wytrzymać cierpienia. Zaczął panicznie krzyczeć, błagając czarnoksiężnika o zaprzestanie. Ten jednak męczył go do końca. Przez nakłonienia dziewczyny, nie powstrzymał się nawet, kiedy ten przestał krzyczeć. Jednak na nic były już jego starania. Pietro Gaudette nie żył.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Szuwar · dnia 13.04.2018 20:59 · Czytań: 60 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
oldakowski2013 dnia 13.04.2018 22:27
Jezu! Przeczytał to ktoś na jednym "posiedzeniu"? Ja nie dałem rady, za długie to dla mnie.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
GoldKate
22/04/2018 22:04
Witaj Darcon!:) milo Cię gościć w moich skromnych progach.… »
allaska
22/04/2018 22:00
Dla mnie kompletny brak liryki. To zenterowana mini proza w… »
Zola111
22/04/2018 20:56
E tammm, dzięki, że się w ogóle wypowiedziałeś. Pozdrawiam,… »
Zola111
22/04/2018 20:53
Ks-hp, ależ mnie zaskoczyłeś! Brawo! Piękna villanella.… »
Niczyja
22/04/2018 19:21
Super! Cieszę się:) »
clockworklukis
22/04/2018 18:34
Jedna uwaga, ten zwrot jest moim zdaniem niezgrabny i zajęło… »
Polel
22/04/2018 18:01
@ Kazjuno Dziękuję Ci za wsparcie. W moim przypadku… »
Miazga
22/04/2018 17:20
Nie mogłam się oderwać... Świetne. Poruszające. :) »
faith
22/04/2018 16:56
Gregu, serdecznie Ci dziękuję za taki komplement. Jago,… »
AntoniGrycuk
22/04/2018 14:38
Hej, Kazjuno, Jak zwykle jestem pełen podziwu dla Twojej… »
skroplami
22/04/2018 13:27
No, no, treść świetna ale :). Zbyt poważny styl jak na… »
AntoniGrycuk
22/04/2018 13:18
Hej, Skroplami, Dziękuję Ci za opinię i wytknięcie masła… »
skroplami
22/04/2018 13:02
Ta niewiedza wciąż dojrzewania, nastolatka :). Bardzo dobre,… »
AntoniGrycuk
22/04/2018 12:27
Sorry za literówkę w nicku. Moje niedopatrzenie. Pozdrawiam »
Darcon
22/04/2018 12:10
Jestem Darcon, nie mam nic wspólnego z siłami ciemności. ;)»
ShoutBox
  • Zola111
  • 18/04/2018 00:24
  • jak tam ramy nowego Zaśrodkowania? Podobają się?
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:24
  • Mój nick to introwerka ;)
  • Szysza
  • 17/04/2018 11:21
  • introwertka, dziękuję bardzo.
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:08
  • Szyszo, wchodzisz w panel "Moje artykuły" pod napisem "Witaj [Twój nick]" po prawej stronie, tam przy każdym artykule masz opcje " Edytuj / Usuń".
  • Szysza
  • 17/04/2018 10:40
  • kochani jak usuwa się zamieszczony tekst?
  • Zola111
  • 16/04/2018 23:33
  • jskslg - nie! Pojedyncze frazy, zazwyczaj pointę, jednak całych własnych wierszy - nie. Innych autorów - owszem, i to wiele.
  • jskslg
  • 16/04/2018 22:32
  • pamiętacie na pamięć wasze teksty?
  • ajw
  • 16/04/2018 14:03
  • Rzeczywiście, brzmi prawie jak Jaromir :)
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:mianpychots
Wspierają nas