Operacja 2018, cz. 1 - Dobra Cobra
Proza » Inne » Operacja 2018, cz. 1
A A A
Od autora: "Obciąłem sobie palec. Oto tragedia.
Mężczyzna wpada do studzienki kanalizacyjnej i umiera. To już komedia”.

Mel Brooks

Opowiadanie tradycyjnie dostępne także do słuchania jako audiobook na: YouTube/dobra cobra.

http://www.youtube.com/channel/UCERjSgd5soEiRjZIxrt7NpA

Zapraszam

Zapłakany Bolesław Ćmiężycki wyszedł właśnie ze Studia Włosa Łonowego „Menda i Syn“. Ze spuszczoną głową, powoli - niczym znany z poezji wojennej żołnierz z niemieckiej niewoli - kroczył posuwiście, szurając butami i wpadając od czasu do czasu na przechodniów. Jeden nic nie odpowiedział, drugi wyzwał od pijaków, trzeci chciał dać w mordę, a czwarty to nawet próbował się przytulić. Bolesław nie zwracał jednak na to uwagi. 

 

Pogrążony w żalu, bez żadnej nadziei, którą skutecznie odebrano mu w Studiu Włosa Łonowego, szedł bez celu przed siebie. Ostateczna diagnoza brzmiała jak wyrok: nijak nie da się przyszyć tragicznie odciętego prącia.

 

 

Dobra Cobra przedstawia potwornie naturalistyczny dramat na poły medyczny - czyli to, co czytelnik, słuchacz i widz uwielbiają najbardziej: przystojni lekarze, łatwe pielęgniarki, eleganckie, czyste, kolorowe szpitale, piękne samochody oraz wielka tajemnica i dramat skomplikowanych zabiegów medycznych - pt.

 

 

Operacja

 

Część 1

 

 

"Obciąłem sobie palec. Oto tragedia. 

Mężczyzna wpada do studzienki kanalizacyjnej i umiera. To już komedia”.

 

Mel Brooks

 

 

   Bolesław Cmiężycki szefował rodzinnej firmie pogrzebowej Polski Pogrzeb. Objął ją, będąc jeszcze stosunkowo młodym i niedoświadczonym adeptem sztuki grabarskiej, więc wpadki się zdarzały. Gdyby nie tragiczny wypadek ojca, z pewnością nadal wiódłby życie proste i nieskomplikowane. Otóż pewnego pięknego dnia, z powodu zbyt małego przekroju jednego ze starszych grobów, tatuś musiał postawić trumnę na sztorc. Mocował się z nią niczym oblany potem Herkules, gdy nagle skrzynia z zawartością nieszczęśliwie wyśliznęła mu się z rąk i natarła całym ciężarem na jego głowę. Razem wpadli do dołu. Niektórzy świadkowie opowiadali później, że w tamtym momencie z zaświatów dał się słyszeć wyraźny chichot.  Być może był to chichot losu, biorącego odwet za wszeteczne uczynki wobec wdów, sierot i kościelnego. 

 

I tak ojciec Bolesława zasłonił firankę swojego życia.

 

 

   Czasy nie były lekkie. Stary Ćmiężycki miał swoich stałych klientów, chował całe rody, rodziny i pokolenia. Nie raz i nie dwa grabarz wiódł ostatnią drogą seniora rodu, a ukradkiem już przyglądał się jego krewnym, idącym żałobnym krokiem za skrzynią. Wypatrywał wśród nich oznak słabości, śladów jakiejś przewlekłej choroby na licu czy chwiejnego zachowania. Jego oko bezbłędnie potrafiło rozpoznać, kto będzie w nadchodzącym czasie wybierał się na tamten świat.

 

Zawód  Ćmiężyckiego seniora otoczony był swoistą estymą. Ludzie kłaniali mu się w pas, gdy chodził ulicami miasta, bo każdy wiedział, że prędzej czy później spotka go, lub jednego z jego pobratymców, na swej ostatniej drodze. W mięsnym grabarz dostawał zawsze najlepsze kawałki bez kości, na dworcu kupował bilety bez kolejki, a kobiety marzyły o spędzeniu z nim choćby jednej, jedynej nocy. Można zatem w jego wypadku mówić o jakimś magnetyzmie, który roztaczał swoją skromną osobą. 

 

Od przeznaczenia nie było jednak odwrotu.

 

 

*

 

   Czasy uległy zmianie, upadł ustrój i - jak wszędzie - na rynku pojawiła się konkurencja w postaci zagranicznej sieciówki Ostatni Hades Limited. Nowa firma obniżała koszty, za nic miała uczciwość - i idąc na ilość, a nie na jakość - zatrudniała ludzi bez doświadczenia, byleby z dyplomem, oszukiwała na fakturach, nie rozkręcała pieca krematoryjnego na maksimum - jednym słowem: gdzieś po drodze zgubiła tradycję i szacunek dla tego międzynarodowego fachu. Ale kto na to zważał? W świecie, gdzie panowało materialistyczne podejście do życia, wszyscy szukali oszczędności. Byleby było taniej. Kolorowe wieńce - wytwarzane poniżej kosztów przez pracujących w pocie czoła za miseczkę ryżu Chińczyków, pomalowana na czarno dykta, zamiast solidnej sosny i pełna automatyzacja procesu pochówku - pozwalały ciąć koszty. 

 

Zasady sztuki fachu grabarskiego stopniowo odchodziły w cień. Nocą podmieniano zwłoki, upijano nie swoich grabarzy oraz kościelnych, wybijano szyby u konkurencji, palono karawany. Nikt już nie mógł spać spokojnie! 

 

Nierzadko zdarzało się, że rodzina sama dzwoniła do Ostatni Hades Limited., siedząc przy jeszcze ciepłym ciele umierającego, aby dostać prowizję za zgłoszenie pochówku. Straszne rzeczy działy się także w ze wszech miar skorumpowanym pogotowiu ratunkowym. W imię zarobku nie wahano się przed używaniem niedozwolonych środków, wśród których specyfik zmiękczający mięśnie był tylko małą przygrywką. Chodziło o to, aby czym prędzej wysłać umierającego na tamten świat i szybko odebrać pieniądze za usługę. Niejednokrotnie chorzy, będący jeszcze w pełni sił witalnych, byli w sprytny sposób wiezieni na miejsce ostatniego spoczynku, gdzie odbywały się dantejskie sceny, gdy wieka trumien zabijano solidnymi gwoździami i natychmiast zakopywano. Wszystko w imię rosnącej krzywej sprzedaży usług. 

 

Umierający bardziej niż śmierci zaczęli obawiać się swojej własnej rodziny, pogotowia ratunkowego i księdza. Gdy zauważali, że zaczynają czuć się źle - uciekali z domów, aby tylko nie trafić na oddział intensywnej opieki medycznej. Później znajdowano ich dziesiątkami w parkach, na polach czy w zagajnikach, często bez jakiejkolwiek szansy na reanimację. 

 

Zazwyczaj ostatnią rzeczą, którą widzieli na swoje oczy nie był raj, lecz złoto-czarny karawan z napisem Ostatni Hades Limited. 

 

 

*

 

   Bolesław Ćmiężycki, w pogoni za cięciem kosztów własnych, zaczynał czuć, że zaprzepaszcza ideę, którą wpoił mu ojciec: „Ma być dostojnie, poważnie i wystawnie, żeby wszystkich chwytało za serce”. 

 

Dramat wydarzył się pewnego burzowego dnia, gdy Bolesław delikatnie zamykał skrzynię z nieboszczykiem, niepokojąc się, by  nie doszło do  eksplozji ciała wypełnionego fermentującymi gazami rozkładu. Takie sytuacje zdarzają się czasami, gdy powietrze atmosferyczne jest gęste od ładunków elektrycznych. Nagle powiał silny wiatr, powstał wielki przeciąg, trzasnęły drzwi kaplicy, a wieko trumny nadspodziewanie szybko opadło, definitywnie miażdżąc, znajdujące się na jego drodze, prącie grabarza juniora.

 

Niebawem w to miejsce wdała się gangrena, a lekarze bezradnie rozłożyli ręce. Amputacja... 

 

A jakby tego było mało - wkrótce zbankrutowała firma, którą odziedziczył po ojcu. Polski Pogrzeb odszedł na zawsze, podobnie jak jego dawni klienci. 

 

 

*

 

- Witam! 

 

Bolesław Ćmiężycki podniósł głowę i zobaczył stojącego naprzeciwko niskiego mężczyznę, ubranego w niepozorny strój i mającego na nogach czarne, przykurzone buty. Na głowie nosił beret z antenką - dziś już naprawdę nieczęsto udaje się zobaczyć kogoś w tak stylowym nakryciu głowy. Co prawda - jak ogólnie wiadomo - moda kołem się toczy i co pewien czas znane trendy powracają, ale czy miało to miejsce akurat w tym momencie? To trudne pytanie i nawet Bolesław nie potrafiłby sobie szczerze na nie odpowiedzieć. Polska to jednak nie Francja, gdzie beret to… beret!

 

- Bolesławie, przyjacielu! 

Ćmiężycki nie rozpoznawał tego mężczyzny. Mimowolnie pomacał się po torsie, czy przypadkiem znowu nie zapomniał zdjąć gorsetu, ale nie! Więc to nie mógł być podryw! 

- Zna mnie pan? – spytał zdezorientowany. 

- No tak! Przecież jestem twoim przyjacielem!

- Kim? – Bolesław z niedowierzania zamrugał oczami.

- Przyjacielem, mówię – przekonywał facet w czarnym berecie z antenką. - No daj spokój, nie poznajesz mnie? 

 

Ćmężycki wytężał wszystkie swoje szare komórki, ile mu ich tam jeszcze pozostało, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć tego kolesia. 

 

- Kurna! – Przebiegło mu przez myśl. - Albo mam już demencję, albo ten facet leci sobie w kulki. 

 

- Nie znam cię – odpowiedział ostrożnie - I nie przypominam sobie…

- Co ty pierdolisz, Ćmiężycki! Nie raz chadzaliśmy razem na spacery i do szkoły, i w ogóle, i w szczególe. Zresztą huj, nieważne! Mam dla ciebie dobrą wiadomość: jest rada na to, aby ci członek odrósł z powrotem! 

 

Bolesława zatkało. Ki czort? Stał przed nim obcy człowiek, starający się wmówić, że jest jego przyjacielem i SKĄDŚ WIEDZĄCY, że ma problem z fallusem? Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. Takiego to trzeba albo ozłocić, albo pogonić kopami. 

 

 

*

 

- Chodź pan w tę bramę – Ćmiężycki sprawnie pociągnął faceta w ciemny zaułek. Tam złapał go za marynarkę, przywalił mu w szczerzące się w uśmiechu zęby i natarł na niego brutalnie:

- Skąd wiesz, miły, uśmiechnięty skurwysynu, że jestem Bolesław?

- Tylko nie miły…

- Milcz, kurwo jedna! – szarpnął go mocniej. - I odpowiadaj mi tu zaraz, skąd wiesz, że mam problem z hujem? Kto cię nasłał? 

 

Koleś zasłonił twarz ręką:

- Panie… Ja niczego nie wiem, naprawdę – zapłakał. - Tylko nie bij pan już więcej!

- Gadaj! Gadaj, mówię!

- Przyśniłeś mi się i we śnie poznałem wszystkie twoje sekrety…

- Jakie sekrety?

- No, kto jest twoim przyjacielem, jaki jest twój ulubiony kolor… 

 

Ćmiężycki szarpnął kolesia jeszcze mocniej:

- No to kto jest moim przyjacielem?

- Bedyński. 

 

Bolesława przytkało po raz wtóry. Ale dzielnie pytał dalej:

- A jaki jest mój ulubiony kolor?

- Akwamaryna.

- Imię mojej pierwszej rybki?

- Bańdzioch.

- Jaki mam numer buta?

- Czterdzieści pięć.

- Kiedy się po raz pierwszy onanizowałem?

- Dwudziestego lutego osiemdziesiątego ósmego roku przed południem.

- A co lubię na śniadanie?

- Bułkę drożdżową, grubo posmarowaną podwójną porcją masła, i ciepłe mleko z kożuchem. A na deser herbatkę z sokiem malinowym. 

 

- Kurwa… – szepnął do siebie zaskoczony Bolesław.

- Kobieta, którą uważasz w myślach za lepszą od żony! – Udzielił szybkiej odpowiedzi nieznajomy.

- Dobra… A o czym myślałem, jak srałem wczoraj wieczorem?

- O dużym statku gwiezdnym wielkości iluś tam galaktyk. Nie mam głowy do liczb. 

- Blondynki czy brunetki?

- Zdecydowanie blondynki! A właściwie blondyni. Najlepiej zafoliowane zdjęcia, bo się nie tłuszczą. 

 

Bolesław Ćmięźycki przysiadł na pobliskiej ławeczce i cicho zagwizdał.

- Niebywałe… 

Mężczyzna w berecie chrząknął znacząco: 

- No to jak, wierzysz mi? 

 

 

*

 

   Bolesław, jak to miał w zwyczaju w tego typu stresogennych sytuacjach, w zamyśleniu potarł swój zarost. „Nikt nie wie o drugim człowieku tyle, jeśli nie zostało mu to objawione z góry, albo…“

- Nazywam się Włodek – przerwał jego rozmyślania mężczyzna w berecie, wyciągając przed siebie rękę. Ćmiężycki przybił piątkę:

- Bolesław – odpowiedział prosto. – Więc… co cię... Włodek do mnie – jak by to ująć - sprowadza?

- Wiem, że masz problem z członkiem. A właściwie… z jego brakiem. 

 

Od razu przeszli do sedna problemu. 

- Pozwól, że zadam ci pytanie, bo wiem, że ty też lubisz zadawać pytania – kontynuował Włodek. 

- Gdyby mężczyzna miał do wyboru utratę jakiejś części ciała, to którą wymieniłby na samym końcu?

- No… bez ręki idzie żyć – dumał Bolesław. – Bez nogi też. Nawet bez jednej nerki ludzie żyją…

- Właśnie! – tryumfował jego nowy przyjaciel. – Na ostatnim miejscu każdy zdrowy na ciele i umyśle mężczyzna wymieniłby… huja! Jednak wypadki się zdarzają i czasem, poprzez katastrofę lub straszny zbieg okoliczności, faceci swoją fujarę najnormalniej tracą. Zazdrosna kochanka, użynająca prącie tępymi nożyczkami, wypadek na kolei, gdy koła pasażerskiego szybko odcinają przyrodzenie, pozostawiając - jak na ironię losu - całą resztę ciała nietkniętą… – zawiesił  na chwilę swoją wypowiedź. - Niekiedy amputacja jest koniecznością z powodu jakiejś strasznej choroby, na przykład potwornej dla mężczyzny choroby tego no... Burgera, nie mylić z hamburgerem. Albo gdy organ zaatakuje paskudny nowotwór. Takich wypadków jest każdego roku setki, jak nie tysiące. I co wtedy ma do zaproponowania nowoczesna medycyna? 

 

Bolesław uniósł brwi w oczekiwaniu na odpowiedź.

- A gówno ma do zaproponowania! – dokończył Włodek. 

 

Przechodzący akurat obok staruszek bez ucha, mruknął od niechcenia:

- Gówno prawda. 

 

Włodek, wyprowadzony nieco z równowagi, nabrał powietrza w płuca i poczekał, aż dziadek oddali się w mantrze swojego codziennego spacerku wokół klombiku z kwiatami.

- Więc…

- Więc? – powtórzył Bolesław w napięciu.

- Więc… – zawiesił głos Włodek - pokażę ci parę zdjęć – dokończył, wyciągając w kieszeni kurtki szarą kopertę. Rozłożył plik fotografii, które dla niewprawnego oka mogły wyglądać na pornografię. 

 

 

   Kamera zainstalowana przy parkowej latarni też zwróciła uwagę na zdjęcia i skierowała na nie czujny obiektyw. Wszystko zostało nagrane i zmagazynowane gdzieś tam daleko na tajemniczym, lecz bardzo pojemnym serwerze. Rządy świata chorobliwie chciały wiedzieć wszystko o obywatelach i śledziły ich na każdym kroku pod pozorem zapewnienia im bezpieczeństwa w czasach wszechobecnego zagrożenia terroryzmem.

 

 

*

 

   Ćmiężycki przypatrywał się fotkom. Wszystkie w dużych zbliżeniach pokazywały samcze organy w różnych pozycjach współżycia intymnego. 

- Marne pornusy – pomyślał. - Przy takich to nawet erekcji ciężko by było zaznać…

 

Włodek z zapałem ciągnął dalej: 

- To, co widzisz na zdjęciach, to są wyhodowane sztucznie pełnowartościowe narządy płciowe. Osiągają stabilny wzwód, pozwalają na ejakulację i prawdziwe zapłodnienie! Mają komórki nerwowe, więc czują i to może nawet lepiej niż tradycyjne receptory...

 

Bolesławowi Ćmiężyckiemu aż zakręciło się w głowie z wrażenia. To, czego tak pragnął od długiego czasu, odnalazło go samo! Czyżby powrót do sprawnego życia płciowego miał stać się faktem? 

 

Włodek z zapałem opowiadał dalej:

- … odtworzenie ciał jamistych, tego skomplikowanego układu zatok odpowiedzialnych za osiągnięcie wzwodu było dotąd niemożliwe, więc lekarze wspomagali się półśrodkami, to znaczy różnego rodzaju niedoskonałymi implantami…

 

 

   Ćmiężycki znów odpłynął ku swoim myślom. - Tak blisko, zaledwie na wyciągnięcie ręki, znajdowało się rozwiązanie jego problemu. Koniec myśli o gumowej rurce, niedoskonale połączonej z kroczem i popuszczającej mocz do majtek. Jakby z oddali docierały do niego kuszące słowa faceta w berecie:

-… to prawdziwe wyzwanie. Po latach doświadczeń udało się odtworzyć pełnowartościowe ciało jamiste…

- Cisza! – krzyknął Bolesław. 

 

 

Spacerujący staruszek z jednym uchem zastygł w miejscu i z przestrachem zerkał to w lewo, to w prawo.

 

 

- Panie…

- Jestem Włodek!

- Włodzimierzu – rzekł Ćmiężycki dobitnie. - Zgadzam się na tę operację i chcę mieć nowego ptaka, członka, konia, huja - czy jak tam go medycyna jeszcze zwie - jak najszybciej! 

 

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

 

 

   Włodek donośne strzelił palcami i zza rogu natychmiast wyjechała okazała czarna limuzyna z przyciemnionymi szybami. Bezszelestnie otworzyły się drzwi. Szofer w czerwonej liberii z ukłonem zaprosił do środka. Ćmiężycki usiadł na wypasionym siedzeniu uszytym ze ściśle wyselekcjonowanej skóry szetlandzkiej owieczki. Samochód ruszył powoli, włączyła się cudowna muzyka, a długonoga śliczna hostessa zapytała Bolesława, czego się napije. 

- Niebo to czy piekło? Jak rozpoznać? – pomyślał.

 

 

Tymczasem Włodek udał się pędem po odbiór sutej prowizji za zdobycie kolejnego pacjenta.

 

 

c.d.n.

 

Dobra Cobra, 

grudzień 2012/październik 2018

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dobra Cobra · dnia 16.04.2018 09:23 · Czytań: 239 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 9
Komentarze
Dobra Cobra dnia 17.04.2018 09:15
Opowiadanie tradycyjnie dostępne także w wersji do słuchania. Czyta Maciej Więckowski.

https://www.youtube.com/watch?v=EMnUKPCzzV8


Polecając zapraszam!

DoCo
purpur dnia 17.04.2018 11:35
Witaj DoCo!

Wiem, ze to może nudne, ale ponownie zjawiam się pod Twoim tekstem :p

A właściwie nie tekstem, bo całość odsłuchałem na znanej tubiastej stronie...
BTW. Coś jest nie tak z dźwiękiem - nasz bohater mówi bardzo cicho i muszę mocno zgłaśniać, aby usłyszeć jego kwestie...

Co nadaje lekkiej komiczności, bo tekst jest dość bogaty w dosadne sformowania, a więc co chwilę muszę ściszać ( tak , wiem , nieładnie jest słuchać w pracy :p ). No i tak czatuję z potencjometrem na daną kwestię, co by ją albo lekko podbić, albo czym prędzej uciszyć :)

Nie chcesz nawet wiedzieć, co się wydarzyło, gdy "królicze prącie" wybuchły na pełny regulator :p

Poza tymi technicznymi niedogodnościami... no cóż. Dobra Cobra w całej swojej krasie. Pozwól, że nie będę doszukiwał się tutaj uchybień formy/treści - całość słuchałem, i jak wskazuje akapit powyżej, dość UWAŻNIE, ale przez to nic sobie nie wynotowałem :)

A za zmutowanego wiewióra masz cukierka! Zresztą za wqurwionego chirurga też :)

Dobre, pojechane, ale z pewnym specyficznym wyczuciem...

Miło spędziłem dłużsssszszszą chwilę!

Pozdrawiam,
Pur

PS zaprosiłbym Ciebie do Ostatniego Siergieja - myślę, że akurat Ciebie ma szanse zainteresować ten tekst.
Dobra Cobra dnia 17.04.2018 20:24
Nie, to wcale nie jest nudnym, gdy się pojawiasz...

purpur,

Krolicze prącie wybuchło na cały regulator. Hehehe! No, to przynajmniej nie było rutyny w pracy.

Wiesz, fajnie, że Ci się chce słuchać i czytać TAKIE rzeczy ;). No i że się podobają. Dłużższszsza chwila w innym świecie warta miliony chwil w tym świecie.


Nota techniczna. Opowiadania DoCo mają rozbijane dialogi na lewy i prawy kanał. W związku z tym być może masz w kompie nie na środku ustawiony balans panoramy lewy - prawy głośnik i/lub zle podłączone glośniczki (jeśli są zewnętrzne). Po lekkiej korekcie pracowego kompa będziesz mógł rozkoszować się w robocie także innymi audiobookami ze stajni dobrocobrowej.

Ostatni Siergiej powiadasz...


Jestem uradowany Twoimi odwiedzinami. Zapraszam w przyszłości.



Pozdrawiam,

DoCo
purpur dnia 18.04.2018 10:33
No nie, nie było rutyny :p A jacy wszyscy się nagle dowcipni zrobili, to nie masz pojęcia :)

No tak, podejrzewałem, że to coś mnie może być z tym dźwiękiem, ale jakoś tak, nie chciało mi się myśleć :) Zazwyczaj słucham w samochodzie, z telefonu i faktycznie nigdy problemu nie było. No ale to kompletnie nieważne.

A ważne jest to, że dobrze się słucha i nie jest to jedynie zasługa fenomenalnych lektorów.

Pozdrawiam,
Pur
Dobra Cobra dnia 18.04.2018 16:08
Mody chadzają stadami, więc może teraz nadszedł czas na dowcipasów.


purpur,

Tak, zalew kabaretów od kilku lat zalewa rynek. Być może po to, aby pokazać, że wszyscy głupi mogą mieć rację, co z kolei może być rządowym spiskiem, mającym na celu wyniesienie na wyżyny głupców. Co zresztą już się dzieje (i nie chodzi tu nawet o jakieś denominacje partyjne, będące akurat u żłobu).

Tak, najważniejsze, że dobrze się słucha :)


Pozdrawiam pięknie,

DoCo
retro dnia 19.04.2018 13:01
Witaj,

odsłuchałam przedwczoraj przez telefon pierwszą część, ale akurat obiad trzeba było przygotowywać, stąd wymuszona przerwa.

DoCo, masz swój styl, specyfikę, jesteś rozpoznawalnym pisarzem. To się ceni, bo ja na ten przykład nadal poszukuję, nawet nie wiem co mi bliższe: proza, poezja? A może jedno i drugie? Sporo pytań jak na czwartkowe przedpołudnie. :)

Co do przedstawionej historii (zaznaczam, że odsłuchałam tylko część pierwszą) to był swego czasu proceder (czy to było w 2012? nie jestem pewna) dogadywania się między zakładami pogrzebowymi, a szpitalami. Chyba to chciałeś naświetlić?

Pozdrawiam serdecznie
Dobra Cobra dnia 20.04.2018 16:36
W poszukiwaniu rozpoznawalnego stylu pomocne jest ciągłe pisanie.

retro,

Zuch, że słuchasz.

Dogadywanie się trwa do dzisiaj i stało się normą. Przyjezdza lekarz, stwierdza zgon i wyręcza rodzinę , dzwoniąc do firmy pogrzebowej.

Dziękuję za odwiedziny.


Pozdrawiam w piątkowe popołudnie.


DoCo
ajw dnia 07.05.2018 22:35 Ocena: Świetne!
Masz rację. Kiedyś było "dostojnie, poważnie i tak, żeby chwytało za serce", a dzisiaj powiedzenie "poważnie to się wygląda jedynie w trumnie" powoli przestaje funkcjonować, szczególnie, gdy nieboszczyków przygotowuje "na ostatnią drogę" z bożej łaski prosektoryjna "wizażystka", która ma pojęcie o swoim fachu jak kura o snach erotycznych kogutów.
No ale nie o tym, nie o tym, nie o tym.. Wszak opowiadanie jest o tym, co u nieboszczyka już zawsze jest sztywne, a u żyjącego powinno być choć od czasu do czasu.
Zmyślny tekst i z pewnością zaskoczy w drugiej części. Zobaczymy co też szalonemu prozaikowi DoCo przyniesie ślina na język. Wiem, że na bank nic prozaicznego ;))
Dobra Cobra dnia 09.05.2018 22:38
Wszystko upada na naszych oczach. Dwunastolatki są ogarniętę najgorszymi chorobami wenerycznymi. Jaka więc czeka nas przyszłośc?

Dzięki za pozostawienie komantarza.

Szalony prozaik DoCo
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
kamyczek
22/07/2018 15:02
Witaj, Wiolinie, w życiu jak to w życiu, bywa różnie - są… »
kamyczek
22/07/2018 14:46
- to się cieszę :) - ja też, pod każdą postacią. -… »
Kazjuno
22/07/2018 14:10
Serdeczne dzięki Carvedilol za czytanie i wyrażenie opinii.… »
Ekszyn Dupacycki
22/07/2018 14:03
Zachęciłaś, a chyba o to chodzi w recenzji. Nabędę :) »
Blastovitch
22/07/2018 14:02
Witam. Wysyłając to opowiadanie, miałem świadomość, że… »
Gatsby
22/07/2018 13:21
Rozumiem Darconie! Oto dowód na to jak ciężko zmieniać… »
Miladora
22/07/2018 13:18
Bardzo dziękuję, Kamyczku i Lilah, za przypomnienie tego… »
ajw
22/07/2018 13:04
Jak zwykle inteligentnie i emocjonalnie :) »
ajw
22/07/2018 13:02
W takim razie cieszę się bardzo :) »
ajw
22/07/2018 13:00
Wszystko cacy, jedynie ta jedynka i dwójka trochę drażni.… »
AntoniGrycuk
22/07/2018 12:32
Dzięki wielkie za czytanie i opinię. Ten tekst miał być… »
Lilah
22/07/2018 12:02
Rosnę z dumy, ajw. Serdeczności :) »
Lilah
22/07/2018 12:00
Uwielbiam ogórki, a tym samym i Twój wiersz, kamyczku. Nie… »
Carvedilol
22/07/2018 11:54
Kazjuno Przeczytałem ten fragment bez znajomości całości.… »
Kazjuno
22/07/2018 11:43
Tekst znacznie bardziej logiczny od poprzedniego "Życie… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:aspoerm
Wspierają nas