Operacja 2018, cz. 2 - Dobra Cobra
Proza » Inne » Operacja 2018, cz. 2
A A A
Od autora: "Obciąłem sobie palec. Oto tragedia.
Mężczyzna wpada do studzienki kanalizacyjnej i umiera. To już komedia”.

Mel Brooks


Opowiadanie tradycyjnie dostępne także w wersji do słuchania na: YouTube/dobra cobra.

http://www.youtube.com/channel/UCERjSgd5soEiRjZIxrt7NpA

Zapraszam!

   Bolesław Ćmiężycki leżał na sali operacyjnej, oczekując na zabieg. Zadziwiło go szczere powitanie i zainteresowanie, z jakim się spotkał w tej ultranowoczesnej klinice ukrytej przed ludzkimi oczami głęboko w lasach. Takiego komfortu i szybkości obsługi medycznej nie doświadczył nigdy w życiu. Służba zdrowia kojarzyła mu się raczej z kolejkami oczekujących na numerek stłoczonych ludzi, chamskim zachowaniem personelu oraz lekceważeniem pacjentów przez lekarzy. Stawiane diagnozy też niejednokrotnie wołały o pomstę do nieba. Chorym zalecano najczęściej lekarstwa, z których wypisywania doktor był sowicie opłacany przez wielkie koncerny farmaceutyczne. Cała opieka medyczna została już dawno skorumpowana i szczęśliwy ten, któremu ordynowane leki przynosiły ulgę albo nawet – co graniczyło niemalże z cudem – poprawę.

 

 

Dobra Cobra przedstawia potwornie naturalistyczny dramat na poły medyczny - czyli to, co czytelnik, słuchacz i widz uwielbiają najbardziej: przystojni lekarze, łatwe pielęgniarki, eleganckie, czyste, kolorowe szpitale, piękne samochody oraz wielka tajemnica i dramat skomplikowanych zabiegów medycznych - pt.

 

 

Operacja

 

Część 2

 

 

"Obciąłem sobie palec. Oto tragedia. 

Mężczyzna wpada do studzienki kanalizacyjnej i umiera. To już komedia”.

 

Mel Brooks

 

 

 

   Bolesław Ćmiężycki rozglądał się z ciekawością po nowoczesnej sali operacyjnej. Po zastosowaniu odpowiedniego środka znieczulającego, podawanego dożylnie, wszystko słyszał i nawet mógł rozmawiać. Szalenie przystojna blond anestezjolog, siedząca przy głowie Bolesława, tak dozowała  dawki leków, aby pacjent nie czuł niczego w części ciała od pasa w dół przez wymagany danym zabiegiem czas.

- Ależ ma pan szczęście być pierwszym pacjentem doktora Zygmunta Chrupka! – oświadczyła anestezjolożka, ukazując w promiennym uśmiechu swoje piękne, równe, śnieżnobiałe zęby. 

- Hę? – zdziwił się zaskoczony Bolesław.

- No tak. Męskie narządy wyhodowane w laboratorium profesora Chrupka są w pełni funkcjonalne. Osiągają całkowity wzwód, pozwalają na ejakulację i zapłodnienie. Na razie co prawda  królikom, ale…

- Co? – przerwał jej nerwowo Ćmiężycki.

- W naszym Instytucie Medycyny Regeneracyjnej, w skrócie IMR, udało się wyhodować zastępcze prącie, które w niczym nie ustępuje oryginalnemu. Ba, wykazuje nawet lepszą sprawność – dodała nieco ciszej. - Na razie jednak, jak już mówiłam, służą tylko zwierzaczkom…

- Jak to, kurwa?

 

Anestezjolożka spojrzała na pacjenta nieco nerwowo: 

- Te miłe króliki znakomicie nadają się do testów sprawności tego miłosnego organu – zauważyła z ciepłym uśmiechem.

- Ale ja… – z powodu pobudzenia nerwowego słowa nie chciały przejść Ćmiężyckiemu przez gardło.

- Proszę się uspokoić! Najpierw nasi badacze wyizolowali ze skrawka ciał jamistych komórki mięśni gładkich umożliwiających erekcję. Oraz komórki śródbłonka wyścielające naczynia krwionośne, w których powstaje tlenek azotu inicjujący sam wzwód. Następnie komórki umieszczone zostały na rusztowaniu z kolagenu o rozmiarach i kształtach ciałka jamistego króliczego prącia. Potem poddano je zanurzeniu w pobudzającej wzrost odżywce przypominającej temperaturą i składem chemicznym warunki panujące wewnątrz zwierzęcego organizmu. Resztę zrobiła sama natura! – dokończyła szczerze. 

 

Po uważnym sprawdzeniu parametrów podawanego znieczulenia, kontynuowała temat:

- Po sześciu tygodniach gotową tkankę wszczepiono dwunastu zwierzakom, a po miesiącu od operacji naukowcy pozwolili zająć się królikom tym, co lubią najbardziej - uśmiechnęła się promieniście. - Na efekt nie trzeba było długo czekać. Już po minucie od wpuszczenia do klatki, zwierzęta zaprzęgły swoje nowe penisy do pracy. Pragnę pana zapewnić, że żaden z królików - wyposażony w ten bioinżynierski organ - nie miał problemów ze wzwodem, osiem na dwanaście było zdolnych do ejakulacji, a cztery zapłodniły swoje partnerki i doczekały się zdrowego potomstwa!

 

   Bolesławowi zrobiło się czarno przed oczyma:

- A…a….a…le – zaczął się jąkać. - N…n…nie dałem zgody… ha…. Nnn…na o…o….o…

- Proszę się uspokoić. Niektórzy niedobrze reagują na znieczulenie…

- A gówno! – warknął Ćmiężycki. 

 

Doktor anestezjolog w lekkim pośpiechu zaczęła sprawdzać dane wyświetlone na monitorach, przebiegając zgrabnymi palcami po wykresach dawkowania i starając się wyliczyć w pamięci zakres błędu w ilości podawanej dawki.

- Nie zgadzam się! – wrzeszczał Bolesław na cały głos. – Nikt nie będzie mi tu króliczego huja przyszywał! 

 

 

*

 

   Personel medyczny przerwał swoje zajęcia i w napięciu przypatrywał się nerwowemu pacjentowi.

Jako pierwszy zareagował dobrze zbudowany sanitariusz Miecio, szpitalna pomoc chirurgiczna:

- Przestań pan wykrzykiwać, bo dostaniesz pan w papę – warknął brutalnie.

- Proszę się uspokoić… – anestezjolożka także próbowała opanować niemiłą sytuację.

- A taki huj! – ryczał Ćmiężycki. - Nikt nie ma prawa operować mnie bez mojej zgody!

- Ale pan taką zgodę podpisał jeszcze przed przyjęciem do kliniki – oświadczyła jedna z pielęgniarek przebywających na sali. - Wiem, bo sama przygotowywałam całą pańską dokumentację…

- To nieprawda! Kłamiecie!

 

Pan Miecio powoli podszedł do stołu operacyjnego i złożył jednoznaczną propozycję:

- Chcesz w mordę? 

 

Eskalację konfliktu przerwał wchodzący na salę chirurg:

- Jeśli pacjent wierzga, to proszę go uśpić! – nakazał zdecydowanie. Bardzo zależało mu na otrzymaniu wysokiej premii za przeprowadzenie pierwszej tego typu operacji na świecie i nie miał zamiaru tolerować żadnych opóźnień.

 

 

Bolesław Ćmiężycki próbował się szamotać, ale całe jego ciało było już bezwładne. Ponadto jego zapał ostudził skutecznie pan Miecio dyżurujący w kącie sali z ostrą piłą chirurgiczną, trzymaną zawodowym chwytem prawej ręki. Powoli podszedł do pacjenta i pochylił się nad nim złowróżbnie.

 

W narastającej panice Bolesław zaczął toczyć pianę z ust i przewracać oczami, wydając przy tym nieartykułowane dźwięki. Anestezjolożka sprawnie podłączyła strzykawkę i wtłoczyła kolejną dawkę przeźroczystego płynu do wenflonu pacjenta.

- Tak – powiedział lekarz, świecąc latarką w oczy Bolesława. - To tylko napad lęku przed zabiegiem. Zdarza się. 

 

 

*

 

   Na salę wjechał wózek ze szklanym słojem, w którym w odpowiednich warunkach przechowywano pierwszy wyhodowany genetycznie męski członek. Bolesław rozglądał się po sali z niepokojem widocznym w silnie przekrwionych oczach. 

 

- Proszę się nie martwić – uspokajała go doktor anestezjolog, gładząc czule jego czoło zroszone kropelkami potu. - W nowych penisach powstawało nawet więcej tlenku azotu niż w naturalnych, więc zwierzęta podniecały się szybciej, niż zdrowe króliki z grupy kontrolnej. Profesor Chrupek od wielu lat doskonali technikę hodowli różnorakich narządów. Dziesięć lat temu opanował rozmnażanie pęcherza i z powodzeniem wszczepiliśmy już kilka organów naszym pacjentom. Pracuje też nad tkanką wątroby, nerek, piersi, łechtaczki, naczyń krwionośnych, a nawet serca. Implanty to przyszłość medycyny – dokończyła, poprawiając nieznacznie ukryte pod czepkiem blond włosy.

- A…le…

- Nic, nic – szepnęła mu do ucha kusząco. 

 

 

Ćmiężycki poczuł silny zapach jej intrygujących perfum. Dla takiej kobiety mógłby nawet rozważyć rezygnację z wciągania gorsetu. 

 

- Profesor Zygmunt Chrupek już wcześniej hodował fragmenty ciała jamistego prącia, ale były to wyłącznie nieduże kawałki, a ciśnienie krwi w zrekonstruowanym narządzie nie przekraczało pięćdziesięciu procent pożądanej wartości. Tym razem jednak udało się odtworzyć pełnowymiarowe i pełnowartościowe ciało jamiste. Jest pan pierwszym z grupy szczęśliwców, który… 

 

Bolesław Ćmiężycki zasypiał. Lekarka coś tam ciągle mówiła, ale on widział wyłącznie jej poruszające się, kształtne usta.

- Jaka ona piękna… – przebiegło mu przez myśl. - Takiej to dałbym nawet wziąć w usta…

- ... i nadejdą takie czasy, że wyroby doktora Chrupka będzie można kupić we wszystkich sklepach, które mają zamrażarki – szczebiot anestezjolożki oddalał się coraz bardziej.

 

- Odłączcie od pacjenta wszystkie komputery! – rozkazał chirurg. - Chcę to zrobić ręcznie. Tak jak Luke Skywalker z Gwiezdnych Wojen, który bez pomocy przyrządów trafił Gwiazdę Śmierci. Więc ja też nie chcę żadnych maszyn. Tylko ja i pierwotne siły natury...

 

Pacjent drgnął po raz ostatni i zasnął.

 

Po oświadczeniu lekarza panu Mieciowi aż ślina pociekła po brodzie. Móc zobaczyć na własne oczy błędy w sztuce chirurgicznej to bezcenna rzecz! I później z wiedzą, że coś poszło nie tak obserwować budzącego się, ułomnego na całe życie, pacjenta. Ty już wiesz, że to kaleka, a on dopiero budzi się z nieświadomością swojego stanu. Piękne! Może nawet trochę fotek da się ukradkiem cyknąć komórką i wstawić na fejsbuka? To takie szalenie stymulujące!

 

 

*

 

   Jak to możliwe, że mimo zastosowania narkozy, Bolesław dokładnie słyszał całą rozmowę dwóch salowych, prowadzoną w bocznym pomieszczeniu? Opowiadały ze szczegółami o okazyjnym zakupie przecenionej białej kiełbasy w pobliskich delikatesach. A później zeszły na temat profesora Zygmunta Chrupka, który dostawał w młodości w chrupawy, bo był lizusem i kujonem. 

 

 

   Coś mocno uderzało w ciało Ćmiężyckiego. Świat wirował. Pacjent z wysiłkiem otwierał oczy. To sanitariusz Miecio walił go po twarzy, uśmiechając się przy tym sadystycznie. 

 

Dla przeciwwagi, stojąca obok, piękna doktor anestezjolog uśmiechała się do niego promiennie:

- Operacja się udała – zaszczebiotała. - I pacjent żyje! – dodała niby to żartem.

 

 

*

 

   Ćmiężycki powoli wracał do rzeczywistości na oddziale intensywnej terapii. Jego stępione narkozą zmysły zarejestrowały poranną rozmowę lekarza z pacjentem leżącym na sąsiednim łóżku:

- Mam dla pana dwie wiadomości, dobrą i złą. Którą chce pan usłyszeć najpierw?

- Tę złą.

- Musieliśmy amputować pańskie nogi. Nic nie można było zrobić…

- A ta dobra?

- Pacjent, leżący obok, zgodził się odkupić od pana buty…

 

- Ja? – poruszył bezgłośnie wargami Bolesław.  - Po co mi jego buty?

 

Ale nikt go nie słuchał.

 

*

 

- Opowiem panu pewną historię – zaczął doktor Zygmunt Chrupek, przysiadając na łóżku Bolesława Ćmiężyckiego. - Otóż, jak byłem nastolatkiem, zapragnąłem doznać oświecenia na miarę mistrzów Wschodu. I kiedyś, gdy przechodziłem obok kiosku pani Luizy, zaintrygował mnie tytuł krzyczący z okładki jednego z czasopism: Zostań oświecony! Był to reportaż z pewnego ośrodka duchowego rozwoju. Stanąłem w kolejce za starszym mężczyzną bez ucha, który zawsze kupował tam prasę dokładnie o godzinie dziewiątej zero dwie. 

 

Chirurg wziął głęboki wdech i kontynuował swoją historię. 

 

- Nie minęło wiele czasu i znalazłem się w wymarzonym miejscu. Mistrz oświecenia okazał się skośnookim spaślakiem z dużym brzuchem. Był to jednak ciepły człowiek, choć dziś uważam, że brak mu było cierpliwości i musiał mieć problemy z trawieniem.  Po kilku dniach Mistrz poddał mnie testowi, aby sprawdzić, czy drzemie we mnie ten rzadki pierwiastek nieziemskiej przenikliwości. Stanęliśmy nad misą pełną wody.

 

- Co widzisz we wodzie? – uroczyście spytał mój duchowy przywódca.

- Kosmos, Mistrzu – odrzekłem jak nawiedzony, bo w tamtym czasie myślałem, że tak trzeba odpowiadać. Mistrz drgnął pełen oburzenia:

- Pytam, kurwa, na serio – wycedził powoli.

- Przecież mówię, nie? Kosmos…

 

Przewodnik grzmotnął mnie grubą laską, krzycząc:

- Jakbyś, złamasie, był oświecony to może i widziałbyś kosmos albo inne takie wizje byś miał. Ale po twoich głupkowatych oczach widzę, że nic a nic nie rozumiesz z otaczającego cię świata! 

 

Wtedy poczułem, że nadszedł czas, abym wyjawił mu cała prawdę:

- Mistrzu! – krzyknąłem w przypływie niepohamowanej szczerości. - Ja chcę nauczyć się tego numeru z kontrolowaniem ludzi.

- Co?

- To dlatego udawałem, że widzę kosmos we wodzie! – naśladowałem jego gadkę. - Bo chcę, abyś mnie wybrał i nauczył mieć władzę nad ludźmi.

- Kretyn – wyrwało się Przewodnikowi.

- Żądam! Nalegam! Widziałem to w telewizji, w jednym filmie...

 

Mistrz pogonił mnie, bijąc boleśnie laską po podbrzuszu. 

 

Nie odzywaliśmy się do siebie przez dłuższy czas, co nie przeszkadzało mu żądać ode mnie na początku każdego miesiąca kolejnej raty za naukę, jaką rzekomo pobierałem w ośrodku. Mistrz przykręcił mi także śrubę: musiałem sprzątać, wynosić wiaderka z odchodami, palić w piecu, malować płot... Dzięki dostępowi do wielu miejsc zauważyłem, że Mistrz ma o wiele lepiej zaopatrzoną lodówkę niż nasza uczniowska kuchnia. Do dziś nie wiem, dlaczego tak było? 

 

 

*

 

Po chwili zamyślenia doktor Chrupek kontynuował swoją opowieść: 

 

 - Naszą kucharką była hoża Maryla z pięknymi, krągłymi udami, które zawsze wystawiała spod spódnicy na słońce, gdy przecedzała ryż albo miała trochę wolnego czasu. Tym zwyczajem sprowadzała na mnie straszne pokuszenie cielesne. Była zapiekłą weganką, która gardziła nawet ziemniakami, uznając je za ohydne bulwy ziemi, nie nadające się absolutnie do spożywania. Święcie wierzyła w reinkarnację i dlatego nie jadła mięsa, by nie przerywać wędrówki duszy w jej kolejnych wcieleniach. 

- Uda jej się czy też nie uda – myślałem zawsze, gdy przygotowywała dla nas kolejną porcję bezbarwnej, choć ponoć zdrowej strawy. Najczęściej jednak jej się nie udawało. Trudno było cokolwiek przełknąć, w czasie wolnym błądziłem więc po okolicznych ruczajach w poszukiwaniu jadalnego runa leśnego oraz sosnowych igieł.

 

Któregoś dnia Mistrz dał mi plastikowe wiaderko pełne swojego nasienia i poprosił, abym je zawiózł do miasta. Chciał poznać liczbę żywych plemników w miligramie spermy. Z powodu ostrych niestrawności już wcześniej zauważyłem, że gdy wszędzie gaśnie światło, nasza kucharka chyłkiem przekrada się do niedostępnych dla uczniów apartamentów Przewodnika. Pomyślałem więc, że zapewne będą starać się niebawem o dziecko i ta myśl nawet mnie ucieszyła. 

 

W drogę pojechałem stopem z otwartym i szczerym kierowcą Jelcza. Nie wiem dlaczego, ale od razu wziął mnie za Niemca. Zaczęliśmy gadać o wszystkim, także o wojnie, gdyż tego tematu, z oczywistych powodów, nie dało się uniknąć. 

 

- Babka pamiętała, że byliście tacy eleganccy – zaczął. - Kiedy jechaliście swoimi samochodami, to powiewały wam białe szaliki. Do tamtego dnia nigdy w życiu nie widziała białych szalików - mówił. 

 

Postanowiłem wejść w tę jego przedziwną zabawę:

- Jechaliśmy zapewne na wschód, tam, gdzie wieczne śniegi. Szaliki miały nam służyć za kamuflaż.

- Kradliście gęsi!

- O nie, gęsi kradli Ruscy – zaoponowałem zdecydowanie.

- Babcia mówiła, że wy najpierw, a Ruscy dopiero potem to, co zostało.

- Nie do wiary... Gęsi! – zdziwiłem się bardzo.

 

 

Będąc pod wrażeniem tej niedługiej rozmowy zrozumiałem, że oświecenie może przyjść na człowieka nie tylko w zamkniętym ośrodku medytacyjnym. Z powodu rozpierającej mnie wewnętrznej radości, będącej pokłosiem tego odkrycia, otworzyłem okno ciężarówki i z rozmachem wyrzuciłem powierzone mi przez Mistrza plastikowe wiaderko w przydrożne krzaki.

 

- Tak oto zakończyłem moją przygodę z oświeceniem. I właśnie tego panu też życzę – dokończył doktor Chrupek, spojrzał na zegarek i nieśpiesznie poszedł na dalszy obchód po klinice. 

 

Bolesław ze zdziwioną miną odprowadził go wzrokiem:

- Ale właściwie... czego pan mi życzy?

 

 

*

 

   Bolesław Ćmiężycki - uradowany jak nigdy dotąd w całym swoim życiu (nie licząc dnia, gdy niespodziewanie dostał na dziesiąte urodziny resoraka Matchbox) -  minął właśnie parking, który swoją zasobnością przypominał raczej salony samochodowe klasy premium z bogatej części Niemiec Zachodnich. 

 

 

Mijany przy bankomacie staruszek z jednym uchem rozpaczał głośno:

- Ludzie! Błagam, przypomnijcie mi mój PIN. Czy ktoś zna mój kod PIN? Bo umrę z głodu! PIN, ratunku!

 

 

 

Bolesław spacerował po pobliskim lesie. Wyglądało na to, że nowy członek przyjął się doskonale, powoli zaczynał też reagować na co ciekawsze bodźce zewnętrzne, a także na pewne treści zamieszczane w kolorowych miesięcznikach dla panów, rozebrane strony w internecie oraz wyświetlane późną nocą filmy. 

 

 

   Podczas codziennych obchodów piękna pani anestezjolog jednoznacznie sugerowała chęć intymnego spotkania z Ćmiężyckim, gdy tylko zagoją się jego rany. W tym celu zrobiła sobie operację powiększenia piersi. Nigdy nie miała szczęścia do osiągania orgazmu, a wszyscy spotykani dotychczas mężczyźni dążyli bardziej do własnego zaspokojenia cielesnego niż wysłuchiwania jej egzystencjonalnych lęków i obaw. Ale tak to już jest na tym świecie – piękna kobieta nie powinna mieć jakichś szczególnych wymagań co do ewentualnych głębokich rozmów ze swoim partnerem. Ma się ładnie ubierać, być zgrabną, miłą, mieć dobre cycki, być zawsze gotową do rozłożenie nóg i zbytnio nie myśleć. Może dlatego dobry Bóg zazwyczaj obdarza piękne  kobiety życiową głupotą?

 

Anestezjolożka chirurgicznie poprawiła sobie już wcześniej brzuch i odessała nadmiar tłuszczu z bioder i ud. Zabiegi te sprawiły, że jej naturalne piękno zajaśniało w dwójnasób i mężczyźni nie przechodzili obok jej wdzięków bez emocji. Wielu próbowało zaprosić ją na kawę i na po kawie, ale ona pozostawała niezłomna w swojej decyzji trwania w samotności. 

 

Jakoś jednak musiała sobie dawać radę ze swoim napięciem seksualnym. Z pomocą przychodziły jej różne wymyślne akcesoria, zamawiane w jednym z szanujących prywatność klienteli seks – shopów. 

 

Ale teraz intrygowała ją – podobnie jak każdą ciekawą świata kobietę – szansa odbycia stosunku płciowego z króliczym kutasem, powiększonym i przyszytym mężczyźnie po raz pierwszy w historii medycyny. 

 

   Spotkanie z pacjentem Bolesławem obudziło ją z letargu. Jego jasne oczy, wpatrujące się z bezgraniczną nadzieją, uświadomiły jej, że to jest ten jeden, jedyny mężczyzna, o którego należało zadbać. Kobiecym zmysłem czuła, że będzie z nim szczęśliwa, że ją zrozumie i że będzie miał dla niej zawsze czas. Była też prawie pewna, że temu człowiekowi chce urodzić dzieci. Wiele dzieci, które zawsze przecież mieć pragnęła. A później się jakoś ułoży: zatrudni się nianię, pomoc domową do prowadzenia domu i sprzątania, przyjedzie mamusia i młodsza siostra...

 

 

*

 

   Tego popołudnia niebo miało piękną barwę, ptaki szykowały się już do snu, a świeży zapach lasu wypełniał płuca Bolesława Ćmiężyckiego, który pomyślał, że podgoni nieco swojego członka ręcznie, aby sprawdzić postępy w przyjmowaniu go przez organizm.

 

Byłoby to idealne preludium dla nadchodzącego wieczoru, gdyby nie wściekła, zmutowana wiewióra, która zbiegła z doświadczalnego ośrodka hodowlanego położonego niedaleko elektrowni atomowej w Świerku pod Warszawą. Duża samica krążyła po okolicznych lasach na haju, w poszukiwaniu pożywienia jądrowego, do którego została przyzwyczajona latami testów. Znienacka wyskoczyła z gęstych krzaków i jednym kłapnięciem atomowej szczęki odgryzła Bolesławowi  sterczące przyrodzenie, które ten akurat sobie oglądał i podziwiał. Pomyliła je bowiem ze sterczącymi prętami reaktora, które miała w zwyczaju obgryzać. 

 

 

   Ćmiężycki zamiemówił. Po pierwsze z powodu totalnego zaskoczenia, po drugie z powodu ujrzenia pierwszy raz w życiu tak ogromnego zwierzaka i po trzecie wreszcie z powodu nagłej utraty dopiero co przyszytego nowego organu płciowego. Zakręciło mu się w głowie, a cały jego świat uległ natychmiastowemu zawaleniu. Dopiero po dłuższej chwili wyrzucił z gardła potworny ryk zranionego samca. Od tego krzyku opadły wszystkie igły z drzew okalających klinikę, ptaki powypadały z gniazd, a niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Cały las zastygł w oczekiwaniu na najgorsze. 

 

Doktor anestozjolog też ten krzyk usłyszała. Po jej skórze przebiegł dreszcz rozkoszy – właśnie tak blondynki reagują na odgłos prawdziwego samca z lasu! Nie mogąc się opanować zaczęła mimowolnie pocierać udem o udo. Zew natury nakazywał jej biec do lasu, ale nie mogła się zdecydować, czy tak wypada. Na przeszkodzie bowiem stanęła obciążająca ją psychicznie wiedza czerpana z kobiecej prasy kolorowej.

 

 

*

 

   Oszalały z żalu Bolesław Ćmiężycki gnał przed siebie. Ostre gałęzie raniły mu twarz, ubranie darło się, zahaczając o konary drzew, a on nieustannie pędził dalej przed siebie. Uciekał nie tylko przed własną rozpaczą. W oddali słyszał głośne przekleństwa chirurga, który ścigał go z łopatą w  ręku, dysząc wyraźną żądzą mordu:

- Aaaaaa! Kurwa! Przez tego skurwysyna stracę całą moją roczną premię! 

 

- Operacja się udała, a jednak pacjent stracił przyszytego kutasa! – krzyczał rozgorączkowany chirurg. - Bo mu się po lesie chodzić zachciało! Takie niedopatrzenie i nie będzie na ostatnią wpłatę na nowiutki wóz sportowy.

 

Sława, zaszczyty, pochlebne recenzje w fachowej prasie medycznej, sympozja, wycieczki, zainteresowanie kobiet - te wszystkie nadzieje zniknęły w jednej chwili nieodwołalnie.

 

- Kuuurwa! Zajebię go! – Darł się na całe gardło doktor Zygmunt Chrupek. - Zabiję skurwysyna bez znieczulenia tą tępą łopatą!!!

 

 

 Po wielu dziesiątkach kilometrów biegu Bolesław Ćmiężycki natknął się na swojego członka, leżącego spokojnie na mchu obok paproci. Zmutowana wiewióra porzuciła go, uznając za rzecz niejadalną. Nie była bowiem mięsożerna, ponad potrawy mięsne zdecydowanie przedkładając posiłki izotopowe. 

 

Była więc jeszcze dla Bolesława nadzieja. 

 

*

 

- Gdyby nie drwal, nie byłoby lasu – powiedział głęboko zamyślony drwal, który stał nieopodal, obok pustego o tej porze karmnika dla saren.

- A gdyby nie myśliwy, nie byłoby zwierzyny w lasach – odpowiedział radośnie, stojący obok niego i obok karmnika dla saren, myśliwy. 

 

Wstali i poszli dalej, trzymając się za ręce, jak para zakochanych, rozmawiając  po drodze o swej misji i złym, wciąż nierozumiejącym ich świecie.

 

 

KoNiEc

 

Dobra Cobra, 

grudzień 2012/październik 2018

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dobra Cobra · dnia 16.04.2018 09:24 · Czytań: 209 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 5
Komentarze
Dobra Cobra dnia 17.04.2018 09:29
Całość dostępna także w wersji do słuchania na: http://www.youtube.com/channel/UCERjSgd5soEiRjZIxrt7NpA

Zapraszam!

DoCo
Carvedilol dnia 17.04.2018 14:02
Witaj

przeczytałem parę Twoich tekstów i muszę przyznać, że masz swój styl, humor i pomysły. Wiadomo czego można się spodziewać, czyli w każdym kolejnym tekście cos czego się nie spodziewasz. Super napisane, musze odsłuchac jakiś Twój tekst w wersji audio, chociaż wolę sam przeczytać.
Szacunek dla tylu napisanych opowiadań i trzymania poziomu.

Carvedilol
Dobra Cobra dnia 17.04.2018 20:52
A to mi się podoba, że chcesz dokonać wielkiego wysiłku i masz zamiar eksplorować docowe wersje audio! Jesteś bardzo dzielny. I myślę, że nie powinieneś się zawieśc, bo czytają to najlepsi polscy lektorzy, a interpretacja jest tam jak miód (spadziowy). Gdyz siła jest w interpretacji. O czym nie raz Czytelnik nie wie i nawet może nie zdawać sobie sprawy.


Carvedilol drogi,

Słodycz to wielka za docenie wysiłków twórczo- artystycznych. Wiesz, po prostu nie ma się co bać swojej wizji i przelewania jej na papier. W tym tkwi siła oryginału. Nie wolno dawać się tłamsić idiotom, którzy będą wmawiać, że tylko Tołstoj zasługuje na uwagę. To nieprawda.

Ja podążam własną drogą, Ciebie także zachęcam do podążania własną. Bo tylko tak zbudujemy świat!

Dziękuję za miłe słowa. Bo ta historia to wielki dramat oraz rozbuchane nadzieje, na których każdemu facetowi zależy najbardziej.

Że przytoczę na tym miejscu słowa Wieszcza: Legnij w sianku, nadobne dziewczę, i ujmij mój sierp w rączkę swą...


Tymi boskimi wersami kończę, życząc zdrowia i wszystkiego najlepszego. Może nawet głównej wygranej w toto lotka, jeśli nie będzie ona dla Ciebie pułapką.


Pozdrawiam, zapraszając w przyszłości,

DoCo
Barbara K.W. dnia 14.08.2018 11:39
DoCo! Nie wiem z jakiej eksperymentalnej, futurystycznej hodowli zdobywasz pożywkę dla swoich szarych komórek, ale musi to być mocna rzecz, bo pomysły(projekty się teraz mówi) realizujesz coraz ciekawsze. Co prawda środowisko nas otaczające jest mocno inspirujące, ale Ty masz turbodoładowanie.
Przyznaję, że dawno nie byłam na Portalu i nie mogłam się powstrzymać od przeczytania obydwu części dawno już po skończonej przerwie śniadaniowej. Mój niecny czyn został jednak nagrodzony przez naturę, która wzbogaciła go o efekt akustyczny - w duchocie ponad 30 stopni Celsjusza huknęła sowitymi wyładowaniami 10- minutowa lokalna burza. Pięknie się wkomponowała swą grozą w opowiadanie. Bądź nieustannie taki sam w sobie! Gratuluję i troche zazdroszczę, bo sama zachowawczo tkwię na pozycji outsidera życiowego. No jasne, że do czasu aż mnie życie zacznie zaczepiać. Pozdrawiam
Dobra Cobra dnia 26.08.2018 16:58
Zatem przerwa śniadaniowa nie poszła na marne ;)

Barbaro K.W.

Zatem i niebo sprzysięgło się iść rączka w rączkę z DoCo!

Outsiderzy nie mają tak źle, jak uczą nas amerykańskie produkcje z Hollyłód. A przynajmniej wskazują kierunek. Choć przyznaję, niełatwo jest czasami.

Dziękuję za odwiedziny, pozdrawiam pięknie,


DoCo
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
kamyczek
16/12/2018 22:22
- najważniejsze, to nie dać się zwariować. A wiersz?… »
Marek Adam Grabowski
16/12/2018 22:19
Dzięki. U ciebie jest to indywidualna opowieść chaty. U mnie… »
kamyczek
16/12/2018 22:17
Zgadzam się z przedmówcami, tak, to bardzo dobry wiersz,… »
kamyczek
16/12/2018 22:12
Ciekawą treść osadziłeś w ramach ajw. I refleksja: czasu… »
faith
16/12/2018 22:02
Arkady, Ananke, dziękuję za te słowa pod adresem wiersza. To… »
MP642
16/12/2018 21:48
No przecież pisałem już, że to, że jest złudzenie… »
Zola111
16/12/2018 21:47
Kamysiu, tak. Wyłuskałaś moją myśl i pięknie ja… »
kamyczek
16/12/2018 21:43
Piękna liryka, Zolu, podoba mi się klimat, jaki stworzyłaś w… »
Zola111
16/12/2018 21:28
Czytelniku, dziękuję bardzo za "z… »
allaska
16/12/2018 21:23
Ananke dziękuję :) »
allaska
16/12/2018 21:22
Arkady, cieszy mnie Twoja obecność. Pozdrawiam »
Arkady
16/12/2018 20:51
Znakomicie poprowadzony wiersz. Tak, masz rację, każdy ma… »
Arkady
16/12/2018 20:46
Ciekawy pomysł. Może świat byłby wtedy lepszy... Podoba mi… »
Arkady
16/12/2018 20:39
Odebrałem ten wiersz jak zły sen, jak obraz o koszmarze co… »
czytelnik
16/12/2018 20:34
Z przyjemnością czytam. Chciałoby się powiedzieć: jak kocha… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 17/12/2018 00:53
  • dodatek111: zgłoś się do ajw na pw.
  • Esy Floresy
  • 17/12/2018 00:19
  • No widzisz... dasz radę :)
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:42
  • Z moich obliczeń wynika, że 3000 znaków bez spacji to – średnio – półtorej strony A4.
  • Esy Floresy
  • 16/12/2018 23:40
  • :) Mamy nadzieję, że przyciągnie rzeszę entuzjastów.
  • Vanillivi
  • 16/12/2018 23:28
  • Fajny temat, moje klimaty
  • Esy Floresy
  • 16/12/2018 23:17
  • Zmierz się, to się przekonasz, czy nie Twoja. ;)
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:14
  • Baśń to jednak nie jest moja domena. Wolę chyba surrealizm.
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:11
  • Hehe, lubię Cię za ten komentarz. :)
  • Silvus
  • 16/12/2018 23:08
  • 31 marca to odległa data zakończenia.
Ostatnio widziani
Gości online:7
Najnowszy:CQzyizyd
Wspierają nas