"Gnębiciele i Krzywdzeni" (tytuł roboczy), Rozdziały 10 i 11 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » "Gnębiciele i Krzywdzeni" (tytuł roboczy), Rozdziały 10 i 11
A A A
Od autora: W Rozdziale 10 Czytelnik zetknie się po raz drugi z prostą dziewczyną z ludu: Ireną Odrzywołkówną. W dalszych rozdziałach okaże się, że została bohaterką, która w historii powojennych walk patriotycznej opozycji przeciwko władzy sterowanej z Moskwy, odegrała znaczącą rolę.

Rozdział 10 U św. Michała

W roku 1946 we wszystkich polskich więzieniach, także w krakowskim więzieniu św. Michała, większość osadzonych stanowili żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego albo członkowie antykomunistycznej partyzantki.
Strażniczka Irena Odrzywołek pracę w służbie więziennej otrzymała dzięki proletariackiemu pochodzeniu. Była córką górnika, a zaufanie władz zdobyła zapisując się do PPR-u. Do partii wstąpiła jesienią 1945 roku, namówiona przez koleżankę. Początkowo przekonywały ją populistyczne hasła o ustroju dającym wszystkim równe szanse życiowego awansu i perspektywy na lepszą przyszłość.
Jednak po roku służby, szóstego maja dwudziestoletnia funkcjonariuszka napisała prośbę o zwolnienie z pracy. Jako powód rezygnacji podała, że zamierza wyjść za mąż, a ponadto musi się zaopiekować chorą matką.
To były w pośpiechu wymyślone wymówki. Irena, wspominana później przez więźniów jako piękna kobieta, nie miała narzeczonego, też nic nie dolegało jej matce. Przyczyną zniechęcenia do pracy był szok doznany po brutalnej napaści ubeków i milicjantów na mieszkańców Krakowa, uroczyście obchodzących święto Trzeciego Maja. Organizatorów podniosłej manifestacji przywieziono do więzienia św. Michała i w piwnicznych celach poddano torturom. Przerażona strażniczka słuchała dochodzących z piwnicy, mrożących krew w żyłach wrzasków masakrowanych ofiar. Kolejnego wstrząsu doznała słuchając wyjaśnień klawisza – ruskiego amanta. Sam jego wygląd wzbudzał przerażenie. Kiedy wyłonił się ze schodów prowadzących do podziemi był spocony, miał na sobie pochlapaną krwią koszulę, a w dłoni zakrwawiony pejcz. Ujrzawszy Irenę bladą jak odświeżona wapnem ściana korytarza, krzywo się uśmiechnął i dysząc ze zmęczenia zaczął mówić.
- Widzisz nasza Irusiu. Chodzisz na partyjne zebranka, tłumaczą ci jak uszczęśliwiać masy społeczne. Ale dyktatura proletariatu to ciężka robota, przeciwników komunizmu trzeba napierdalać i patrzeć czy równo puchną.
- Dla sadystów takich jak ty nie jestem „twoją Irusią”. Właśnie widzę, że niektórzy znajdują upodobanie we wcielaniu dyktatury proletariatu bijąc niewinnych. Fajny mi komunizm.
Wtedy po raz pierwszy z obrzydzeniem pomyślała o swojej roli w nowym ustroju. Zdenerwowana, bo wychowana w patriotycznych tradycjach, nie mogła pojąć decyzji władz, zwłaszcza że rok wcześniej rocznicę Trzeciego Maja obchodzono w Krakowie uroczyście i z niemałym rozmachem.
Pracując w więziennictwie już prawie od roku z dnia na dzień nabierała wątpliwości, czy postępuje właściwie wypełniając obowiązki, zgodnie z oczekiwaniami przełożonych, służalczych wobec komunistycznych władz. Wbrew zaleceniom nie potrafiła wrogo traktować więzionych żołnierzy zbrojnej opozycji. Akowcy różnili się od pospolitych kryminalistów, byli ludźmi z pewną klasą. Typowi bandyci zachowywali się podobnie do niektórych strażników – jak ludzie nieokrzesani, prymitywni i gburowaci. Jedynym funkcjonariuszem, którego zaczynała darzyć sympatią był Stanisław Krejcza. Raz zdziwiła się widząc, że przechodzącemu na spacerniak więźniowi antykomunistycznego podziemia dyskretnie podał papierowe zawiniątko, które akowiec schował do kieszeni. Była zaskoczona. „On postępuje wbrew regulaminowi”! Takie wykroczenia miała obowiązek meldować naczelnikowi więzienia lub jego zastępcy. Kiedy indziej wyszła z pracy kwadrans po Krejczy, kilka minut później z ulicy Grodzkiej wchodziła do Rynku i zobaczyła jak strażnik rozgląda się z niepokojem sprawdzając, czy nie jest obserwowany. Ukryła się za ogłoszeniowym słupem. Po paru długich sekundach wyglądnęła. Krejcza podawał coś elegancko ubranej kobiecie.
„Wynosi grypsy poza mury więzienia? Chyba jest członkiem antykomunistycznej konspiracji”? – myślała podekscytowana. Wtedy zamiast pomyśleć o złożeniu na Krejczę donosu, poczuła namiastkę ulgi. „Też ich nienawidzę” – pomyślała o komunistach.

***

Oficer Armii Krajowej dwudziestosześcioletni Bolesław Pronobis o pseudonimie konspiracyjnym Ikar w więzieniu Świętego Michała znalazł się w czerwcu 1946 roku. Zaaresztowano go, gdy wychodził z dworca Kraków Główny i okazało się, że wcześniej zbiegł z więzienia w Tarnowie. Jego nowym miejscem odosobnienia, były zawilgocone mury Klasztoru Karmelitów Bosych, przed prawie dwoma wiekami zamienionego przez władze austriackie na więzienie.
Irena Odrzywołek już w trakcie pierwszego spotkania z porucznikiem Pronobisem poczuła szybsze bicie serca – wysiadał z więźniarki, która wjechała na ogrodzone murem podwórze dawnej rezydencji Karmelitów Bosych. Młoda strażniczka doznała dejavu.
Zdzisław? Będzie tutaj ze mną? – pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.
Mężczyźnie przywiezionemu w podniszczonym ubraniu, już następnego dnia nakazano przebrać się w esesmański mundur. Takie praktyki miały dodatkowo poniżyć patriotów. Jeszcze niedawno walczyli z okrutnymi wobec Polaków Niemcami, teraz ich winą było sprzeciwianie się okupacji sowieckiej.
Przybyły akowiec jedynie z daleka przypominał Irenie młodzieńca, do którego zapałała przed pięciu laty młodzieńczą miłością. W osiemnastoletnim synu lekarza Zdzisławie Nawrockim kochały się wszystkie dziewczyny z Byczyny – górniczej osady koło Jaworzna. Przed ponad pięcioma laty, piętnastoletnia Irena, była także zadurzona w najprzystojniejszym młodzieńcu. Pewnej niedzieli, wychodząc z niedzielnej mszy, szła do domu jak na skrzydłach anielskiego uniesienia. Cała drżąc, zadawała sobie pytanie: jak to się stało, że mimo natłoku wiernych Zdzisław znalazł się tuż obok? Ukradkiem zauważyła, że ON, trzymając różaniec w ręku, parokrotnie na nią zerkał. Kiedy wychodzący z kościoła tłum przycisnął ich do siebie, Zdzisław dyskretnie pogłaskał ciepłą dłonią jej nagie przedramię. Przez jej dziewczęce ciało przeszedł omdlewający dreszcz rozkoszy. Wracając do domu czuła się jakby płynęła w obłokach.
„Nie jestem mu obojętna” – nabrała pewności.
Przed samą mobilizacją, w ostatnim dniu sierpnia trzydziestego dziewiątego roku, przeżyła jeszcze jeden fizyczny kontakt z wymarzonym młodzieńcem. Doznała obrażeń w ulicznym wypadku i była przekonana, że dotknęła ją Boża Opatrzność. „Przecież to się stało przed domem Zdzisława”? – analizowała okoliczności mogącego ją spotkać kalectwa. Jechała szybko na rowerze i nagle zza zakrętu wyrósł przed nią konny zaprzęg. Chcąc uniknąć nadziania się na dyszel, czy stratowania przez końskie kopyta, raptownie skręciła uderzając w parkan. Odbiła się od płotu otaczającego dom lekarza i runęła na kocie łby jezdni. Jedynie centymetry dzieliły leżącą dziewczynę od pędzącego wozu z kołami ze stalowymi obręczami. Przez chwilę była zamroczona i na dobre się ocknęła w ramionach Zdzisława wnoszącego ją do okazałej willi.
- Uległaś wypadkowi, musi cię zobaczyć mój ojciec – jest lekarzem. –Ty jesteś Irenka Odrzywołkówna, prawda? – zapytał młodzieniec układając ją na kozetce w lekarskim gabinecie.
- Tak – potwierdziła cicho.
Zamknęła oczy i rozchyliła usta.
Zamiast ją pocałować, Zdzisław wcielił się w rolę pielęgniarza.
- Teraz Irenko cię zapiecze – przetarł delikatnie wacikiem nasączonym jodyną jej rozbite kolano.
Zapiekło i to mocno. Wtedy jak na złość otwarły się drzwi gabinetu i wszedł gospodarz domu, lekarz. Pooglądał dziewczynę, zgiął parokrotnie jej nogę z rozbitym kolanem i zdiagnozował niegroźne powierzchowne stłuczenia. Z poowijanym bandażem kolanem i plastrami na łokciach dziewczyna wychodząca z willi ukochanego była rozanielona ale i rozczarowana…
Nazajutrz ruszyła biegiem za jedynym w Byczynie prywatnym osobowym autem. Obok trzymającego kierownicę ojca siedział w rekruckim mundurze Zdzisław.
- Kocham cię, mój jedyny! – krzyknęła.
Zdzisław odkręcił szybę i zanim samochód zniknął za zakrętem, krzyknął coś niezrozumiałego.
„Chyba też odwzajemnił się wyznaniem miłości” – była prawie pewna.
Przez lata okupacji do górniczej osady dotarło niewiele informacji na temat losów Zdzisława. Zmobilizowany we wrześniu, ponoć był lekko ranny i dostał się do niewoli.
„Może zaaresztowano go, gdy podjął walkę w armii podziemnej, po powrocie z jenieckiego obozu”? – pomyślała Irena tuż po ujrzeniu domniemanego Zdzisława.
Przypominający go smukłą sylwetką, lecz starszy od pierwszego obiektu jej westchnień – Bolesław Pronobis – już przy pierwszym bezpośrednim spotkaniu zrobił wrażenie człowieka uprzejmego i posiadającego urok osobisty.
- Co za dziejowa niesprawiedliwość – powiedział, gdy Irena otworzyła drzwi celi, a kalifaktor – młody złodziej – z popychanego wózka pownosił więźniom wyprane koce, wrzucając nieświeże do wiklinowego kosza.
- Czy my, krwiopijcy uciśnionego ludu zasługujemy na takie zaszczyty? – zażartował zwracając się do akowców dzielących z nim celę.
- Co pan ma na myśli? – z przekąsem odezwała się Odrzywołek.
- Jak widać nagradza się nas towarzystwem pięknych pań – wykonał jedną ręką teatralny gest w stronę kolegów z celi, a drugą niby to chwycił dłoń strażniczki.
Wykonał na niej udawany pocałunek i jak konferansjer, chcący sceniczną gwiazdę zademonstrować publiczności, wykonał ukłon w stronę Ireny. Kompani Pronobisa zaczęli bić brawo.
- Poczucia humoru to panu nie brakuje – powiedziała oblewając się pąsem.

Już następnego dnia Irena podziękowała za współpracę młodemu złodziejowi o ładnych blond włosach, którego umysłowa ociężałość działała jej na nerwy. Swoje towarzystwo zaoferowała Bolesławowi Pronobisowi i to on jako kalifaktor zaczął pełnić obowiązki jej osobistego pomocnika. Uwięziony oficer – wróg sowietyzacji Polski – podobny do jej pierwszej miłości Zdzisława Nawrockiego – okazał się interesującym gawędziarzem. Powłóczyste spojrzenia rozmarzonych oczu Ireny wzbudziły zaufanie więźnia, gdyż posunął się do opowiadania jej rzeczy, które na ubeckich przesłuchaniach mogłyby znacznie pogorszyć jego sytuację. Tymczasem na strażniczce robiły wrażenie zarówno opowieści o etosie dwustutysięcznej Armii Krajowej jak i anegdoty o leśnym życiu partyzantów oraz ich bojowych akcjach. Po rozniesieniu posiłków, upewniwszy się, że jest sama na dyżurze, siadywała z nim w pomieszczeniu dla kalifaktorów, częstowała Pronobisa papierosem i rozemocjonowana wysłuchiwała o walkach, zarówno przeciwko Niemcom jak i o niedawnych zamachach na okrutnych wobec Polaków dowódców Urzędów Bezpieczeństwa i ich rosyjskich doradców z NKWD, określanych sowietnikami.
- Dzisiaj opowiem pannie Irence przygodę, którą później nazwaliśmy „Zwycięstwo tańczącej pepeszki” – zaproponował w połowie lipca.
- Tańczącej pepeszki? To jakaś bajka? – dziwiła się strażniczka.
- Naprawdę, panno Ireno. Martwy przedmiot jakim był sowiecki automat z chyba niesprawną sprężyną mechanizmu spustowego pomógł nam rozgromić trójkę sowieckich żołdaków i dwóch ubeków. Byliśmy na patrolu i wyszliśmy z lasu w trójkę. Dochodziliśmy do wsi Łękawka pod Tarnowem, kiedy naprzeciw wybiegł chłopiec, syn znajomego, jednego z idących ze mną żołnierzy. Dzieciak był przerażony, powiedział, że we wsi są ruscy z ubekami. Przyjechali ciężarówką, żeby zarekwirować im ostatnie dwie świnie.
"Te maciory i krowa to nasz cały majątek" – prawie płakał zrozpaczony chłopak. "Dotąd udawało się je ukrywać, ale zawistne sąsiady doniosły o tym ruskim. O Boże, co my teraz zrobimy?" – załkał chłopiec.
- Czy możesz nas podprowadzić pod swoją chałupę, ale tak żeby nas nie zauważyli? – zapytałem chłopca. – Byliśmy dobrze uzbrojeni. Może intruzów uda się zaskoczyć?
Chłopiec opowiedział, że ubecy i ruscy są już wypici, bo ojciec myślał, że się udobruchają jak poczęstuje ich nalewką. Przeszliśmy zasłonięci zaroślami od tyłu domu przez wiśniowy sad. Odbezpieczyliśmy broń. Ja odgiąłem wąsy zawleczki angielskiego obronnego granatu Mills. Wtedy stało się coś dziwnego. W izbie gdzie siedzieli ochlani funkcjonariusze i ich rosyjscy towarzysze z NKWD, coś ciężkiego spadło na podłogę i rozległy się głośne huki gdakającej serii z broni maszynowej. Bach, bach, bach, bach, bach, waliło, a my schyliliśmy głowy myśląc, że to strzelają do nas. Kanonada wystrzałów, łoskot niszczących wnętrze izby pocisków, krzyki trafianych nimi członków polsko ruskiej biesiady, wprawiły nas w osłupienie. Przez okno wyskoczył, a właściwie to wypadł ruski żołnierz. Za nim wyleciał trzymający się jedną ręką za pośladek ubek i przewrócił się na Ruska.
"Złap tą kurwę, bo nas pozabija!" – wrzasnął ktoś w środku. – Przepraszam panno Irenko, że zacytowałem przekleństwo, ale chciałem oddać dramaturgię tego wydarzenia.
- Jak się tu pracuje to słyszy się gorsze przekleństwa. Niech pan opowiada dalej – to ciekawe.
- Rozdzierająca powietrze seria trwała jeszcze i wreszcie po długo zdających się wlec sekundach, umilkła.
Z izby na korytarz, a potem na ganek domu – prosto pod lufy naszych peemów, wybiegli kolejni dwaj uczestnicy libacji, pozbawieni broni. Jeden obficie krwawił z dłoni i wyjąc przeklinał. W izbie pozostał ostatni Rosjanin i konał po oberwaniu dwóch pocisków w klatkę piersiową. Parę minut potem, jeszcze trochę zszokowani, dowiedzieliśmy się od rannego ubeka, kto zamiast nas dokonał krwawej rozprawy i obronił rodzinę przed utratą żywego inwentarza. Naszą bohaterką okazała się ruska pepesza, broń na wyposażeniu sowieckiej armii z bębnowym magazynkiem na siedemdziesiąt dwa naboje. Najzwyczajniej jeden ze śpiących przy stole pijusów zepchnął nabitą pepeszę na podłogę, a ta, jakby obrażona za takie potraktowanie, samoczynnie zaczęła strzelać. Obracała się i podskakiwała na podłodze pod wpływem odrzutów, wypluwając śmiercionośne pociski. Kręciła się w kółko lekko raniąc dwóch i zabijając jednego z uczestników popijawy.
Na oczach rozbrojonych i poranionych ubeków i enkawudzistów, jeden z moich chłopaków podniósł broń – gorący jeszcze radziecki maszynowy pistolet – pocałował w drewnianą kolbę i powiedział. "Dziękujemy ci, ty nasza bohatersko tańcząca pepeszko".
Mająca wypieki na twarzy Irena, po usłyszeniu epilogu anegdoty, aż zaklaskała w dłonie.
- To niesamowita historia – powiedziała.

***

Dyskretnie sprzyjająca akowcom Irena, nie miała pojęcia, że za pośrednictwem strażnika Krejczy, zabawiający ją opowieściami oficer Pronobis jak i inni jego koledzy ze św. Michała, szykowali rozbicie więzienia. Przyjaźniący się ze strażniczką Ikar – był mózgiem przedsięwzięcia. Wykorzystując poświęcenie życzliwego im strażnika służby więziennej, skontaktował się z samym Ogniem, a ten akcję uwolnienia akowców zlecił swojemu podwładnemu Janowi Januszowi o pseudonimie „Siekiera”. Należało się spieszyć. Część z akowców czekała jeszcze na sądowe sprawy, inni na wykonanie wyroków – najczęściej śmierci – przez rozstrzelanie z prawie dotykającego głowy pistoletu. Ogniowcy mieli doskonały wywiad i współpracowników w aparacie bezpieczeństwa, więc już czerwcu 1946 roku zaczęli planowanie rozbicia krakowskiego więzienia.

Siekiera zdecydował się na ryzykowny plan. Postanowił dostarczyć więźniom broń do cel, żeby sami opanowali więzienie. W zakładzie karnym było dwóch współpracujących z „Ogniem” strażników, którzy w paczkach od rodzin przemycili wtajemniczonym w akcję pistolety.
Człowiek Ognia zdawał sobie sprawę, że zdobycie więzienia obwarowanego murem i narożnymi kogutami z karabinami maszynowymi, byłoby prawie niemożliwe. Więzienie znajdowało się w samym centrum miasta, po ulicach krążyły uzbrojone patrole wojska i milicji. Dowodzący akcją podjął jedyną sensowną myśl. Więźniom trzeba dostarczyć broń i muszą opanować św. Michała od środka.

Do ważnej rozmowy między Ireną Odrzywołek, a jej pomocnikiem doszło na początku sierpnia. Jak zwykle rozmowa toczyła się w pomieszczeniu dla kalifaktorów i do jej przeprowadzenia ośmieliła Bolesława Pronobisa sama strażniczka.
- Jak pan myśli, jest jeszcze szansa, żeby Polska odzyskała pełną niepodległość? – zapytała.
Patrzyła na kalifaktora przymglonym spojrzeniem.
- Cóż, niedawni sojusznicy zawarli wprawdzie zdradliwe dla Polski porozumienie w Jałcie, jednak ostatnio między Stalinem, a przywódcami mocarstw zachodnich narasta napięcie. Może z tego wyniknie kolejny konflikt zbrojny, w efekcie którego mamy pewne szanse na zdobycie wolności? Niektórzy wierzą w wybuch trzeciej wojny światowej – ja jestem trochę sceptykiem.
- W coś trzeba wierzyć. Pan mnie przekonał, że to wy – żołnierze AK walczyliście naprawdę o Polskę. Jakbym mogła, chętnie bym wam pomogła, nawet do was przystąpiła – wyznała z rumieńcami na twarzy.
„Ona się we mnie kocha” – pomyślał Ikar. Nie raz snując niskim głosem opowieści dostrzegał, jak jej oddech staje się urywany. „Ma na mnie ochotę” – pomyślał.
Kiedy sięgnął po jej dłoń, nie cofnęła ręki. Jej palce czule głaskały jego włochatą dłoń. „Muszę zaryzykować”.
- Jeśli taka twoja wola, mogę w obecności zaufanej osoby przyjąć Cię w szeregi Armii Krajowej. Przysięgę na wierność ojczyźnie mogłabyś złożyć nawet tutaj, w tym pomieszczeniu, musielibyśmy zaprosić jako świadka siedzącego pod piętnastką starszego rangą pułkownika Boreję.

***

Był późny wieczór, kiedy Złota Ala prowadzona przez „ruskiego amanta” ujrzała wyłaniającą się zza zaułka więziennego korytarza funkcjonariuszkę Irenę Odrzywołek. Zdziwiła się, bo za młodą strażniczką szedł postawny mężczyzna w rozpiętym niemieckim mundurze.
- No Irusiu, nie przestrzegasz regulaminu. Przecież ten faszysta może cię z tyłu zaatakować. Poza tym sama nie jesteś lepsza – odezwał się ruski amant.
- O co ci chodzi? Przynajmniej nie gwałcę jak ty więźniarek – warknęła na klawisza.
- A tego szwaba, nie prowadzisz po to żeby ci zrobił dobrze?
Strażniczka przystanęła, przepuściła Złotą Alę, a ruskiego amanta obdarzyła nienawistnym spojrzeniem.
- Każdy myśli według siebie. Może mi powiesz co to za pomysł, żeby polskich partyzantów ubierać w niemieckie mundury? – wycedziła ze złością.
- Czyżbyś Irusiu nie czytała gazet? – zapytał klawisz z uśmieszkiem, który nie wiadomo, czy był uwodzicielski, czy wyrażał ironię. – Nawet w dzisiejszej Trybunie Ludu jest napisane o współpracy AK z gestapo.
- Trybunie? – wtrącił się więzień w hitlerowskim mundurze. – Tym redagowanym przez polskich zdrajców szmatławcu?
Klawisz - ruski amant odepchnął stojącą mu na drodze młodą strażniczkę i doskoczył do więźnia.
- Ty hitlerowski sługusie! – krzyknął wykonując zamach.
Jego zataczająca łuk pięść przeleciała nad schyloną głową niedoszłej ofiary i wyrżnęła w mur wąskiego korytarza.
- Aaaaa! – wrzasnął klawisz łapiąc lewą dłonią za kontuzjowaną rękę i kucnął z bólu. – Osobiście zastrzelę tego karła reakcji! Uuuuuuuu, zabiję kurwa – jęczał amator wdzięków, co ładniejszych więźniarek.

Rozdział 11 Jesteś mój cherubinku…

Ranek tego sierpniowego dnia 1946 roku wydał się Jurkowi – Sprytnemu niecodzienny, jakby zapowiadał niezwykłe wydarzenie. Spał długo i po ogoleniu się zjadł z apetytem dwie duże kromki chleba z masłem oraz talarkami kupionego na targu oszczypka. Posiłek popił posłodzoną zbożową kawą i wysysając spomiędzy zębów resztki ulubionego góralskiego sera, na pasek spodni nanizał płócienną kaburę z mini rewolwerem. Miał wprawdzie na stanie VIS-a, dawną zdobycz po Krwawym Bolku, lecz broń tę trzymał w szafce na komendzie.
"Właściwie powinienem nosić normalny oficerski pistolet, w razie czego to jednak spluwa o większej sile rażenia" – pomyślał i zdziwił się, że przyszło mu to do głowy. Przecież jak dotąd prezent od Złotej Ali, broń mała i poręczna, nigdy nie zawiódł.
Na ulicy mimo słonecznej pogody zawiał chłodny wiatr. Jurek zapiął marynarkę i ruszył w stronę Rynku, który jeszcze niedawno nosił nazwę Adolf Hitler Platz. Przypomniał mu o tym mijany ogłoszeniowy słup z poobdzieranymi plakatami, spod których wyzierał strzęp niemieckiego obwieszczenia - Bekanntmachung do mieszkańców Krakowa, opatrzonego hitlerowską gapą ze swastyką. Podświadomie wzdrygnął się z lękiem. W czasie okupacji nie mógł się pokazać w rodzinnym mieście, w którym spędził dzieciństwo i wczesną młodość. Przed paroma laty prawie cały Kraków oplakatowano listami gończymi z jego podobizną.
To była przeszłość – odetchnął z ulgą. Teraz pracując w kontrwywiadzie UB – znalazł swoje miejsce. Była to jednak służba dla nowego okupanta, Związku Radzieckiego, kraju zbrodniczo niszczącego jakiekolwiek przejawy walki o suwerenność Polski. Dzięki wejściu w szeregi śmiertelnych wrogów zbrojnej opozycji, już od ponad roku nie musiał się w Krakowie ukrywać. Nie cieszył się sympatią większości współpracowników. Byli ludźmi z nizin społecznych i na niego, elegancko ubierającego się i potrafiącego wysławiać staranną polszczyzną, spozierali spode łba. Zazdrościli Jurkowi zażyłości z majorem Pachcicem. Dzięki Pachcicowi czuł się uprzywilejowany i chciał się za to szefowi odwdzięczyć. Marzyło się mu, by osobiście aresztować trzęsącego prawie całą Małopolską – nieuchwytnego – Ognia. Zdawał sobie sprawę, że to nierealne, lecz gdyby nadarzyła się okazja, bez wahania uśmierciłby go pociągając za spust. Zrobiłby to mimo, że w głębi duszy szanował słynnego „Króla Podhala”. Nie mógł mu jednak wybaczyć, wydanego na siebie wyroku śmierci. We własnym mniemaniu nie zasłużył na taką karę. Był pewien – informatorzy donoszący Kurasiowi Ogniowi scedowali na niego wszystkie zbrodnie, za które winę ponosił poprzedni herszt jego bandy Krwawy Bolek. A przecież Bolka osobiście zastrzelił, nie godząc się z jego okrucieństwem. Później, wybrany na dowódcę ani razu nie posunął się do morderstwa, nie dopuszczał do przejawów bandytyzmu wobec rabowanych ofiar.
Źle się czuł słuchając potwornych krzyków bólu, zadawanych więźniom w czasie śledztw w Urzędzie Bezpieczeństwa. Był wdzięczny szefowi, bo nie wymagał od niego, aby zajmował się torturowaniem. Najchętniej Sprytny prowadził przesłuchania wchodząc w rolę dobrego policjanta. Przyprowadzano mu już złamane torturami ofiary, ciężko pobitych więźniów, czasem z wyrwanymi paznokciami, czasem wybitym okiem. Niekiedy pod wpływem zastrzyków ze skopolaminy albo meskaliny. Owe, działające podobnie do narkotyków substancje pomagały wydobywać z więźniów zeznania. Były bardzo mocne i ich dawki, podobnie jak te podawane przez Niemców w trakcie oświęcimskich eksperymentów, niejednokrotnie zabijały. Półprzytomni więźniowie, którym wstrzyknięto rodzaj narkotyku, ledwo mamrocząc wyznawali sekrety interesujące śledczych. Jurka – Sprytnego zaskakiwała skuteczność w łamaniu charakterów aresztantów. Rozmiękczały ich brutalne i wyrafinowane metody przesłuchań. Nie raz mdlejącym z powodu ran i wyczerpanym torturami podawał środek przeciwbólowy i wodę.
- Stosujemy najnowsze osiągnięcia świata w dziedzinie pozyskiwania zeznań – tłumaczył Sprytnemu jeden ze śledczych, przybierając minę erudyty, gdy wszyscy wiedzieli, że jest sadystycznym mordercą.
Ów ubek przechadzał się czasem po korytarzu w zachlapanym krwią gumowym fartuchu, sprawiał wrażenie dumnego z wykonywania zbrodniczego fachu. Jurek Sprytny nim gardził. Nie mógł przy tym oprzeć się wrażeniu, że pasjonat zadawania cierpień, darzył go sympatią.
- Na pewno tego nie wiesz, ale już z końcem lat dwudziestych radzieccy specjaliści z Czeka uczyli przyszłych gestapowców jak łamać podsądnych w śledztwach – nasączał Sprytnego wiedzą, udając, że na twarzy słuchacza nie dostrzega grymasu obrzydzenia. – Czekiści mieli porewolucyjne doświadczenia i czerpali wiedzę z eksperymentów prowadzonych na przeciwnikach władzy. Ruskie byli i są najlepsi na świecie chyba we wszystkim, a na pewno w prowadzeniu śledztw. My musimy się tego od nich uczyć.

Z nieprzyjemnych rozmyślań wyrwał Jurka widok dwóch ładnych dziewczyn wychodzących z bramy na ulicy Wiślnej. Ruszyły jak on w stronę Rynku, były parę kroków przed nim. Poczuł zapach ich świeżych ciał i doznał namiastkę seksualnego podniecenia. Wtedy przypomniał sobie, że w nocy miał erotyczny sen. Odbywał stosunek ze Złotą Alą. Trzymające się pod ręce dziewczyny, śmiejąc się skręciły na ulicę św. Anny. Za chwilę, gdy wszedł do Rynku, ponownie uwagę Jurka przykuła elegancko wystrojona blondynka.
- Ale cizia – syknął widząc młodą kobietę, która zatrzymała się przy wyjściu z Sukiennic i ruszyła w stronę kawiarnianego ogródka.
Zanim urodziwa blondynka usiadła przy stoliku, wygięła się do tyłu. Sprawdzała czy szwy jedwabnych pończoch – a może nawet najdroższych i najmodniejszych teraz stylonów – są idealnie równo ułożone na jej kształtnych łydkach. Następnie usiadła ,wyjęła z torebki puderniczkę, dłonią poprawiła gęste włosy sięgające ramion i zajęła się poprawianiem makijażu.
„Skądś ją znam – Jurek poczuł mocniejsze bicie serca. Co ona tu robi?! Kurwa, to przecież piękna tancerka z Morskiego Oka”! – nie chciał wierzyć oczom.
Za chwilę przeszedł mu po plecach dreszcz. Zaczął się trząść. Podszedł do niej postawny młody mężczyzna w luksusowych, oprawionych złotym drutem słonecznych okularach. „Nie do wiary! Porucznik Wilk – cherubinek! Sam włazi mi w łapy”!
Rozpiął marynarkę i położył dłoń na własnoręcznie uszytej kaburze z mini rewolwerem. Zaczął szybko zadawać sobie pytania.
„Czy jak do niego wyceluję, podniesie do góry ręce? Wystraszy się mojej małej pukawki? Na pewno pod elegancką wiatrówką ma armatę Smith Wesson i żeby ratować skórę będzie chciał do mnie grzmocić, nie zważając na trafiające go pociski Fouberta. Tancerka też może mieć pistolet. Ale jak wykorzystam zaskoczenie i go śmiertelnie trafię, to też klapa. Przecież, kurwa, muszę go aresztować żywego”.
Sprytny spiesznie rozglądnął się za uzbrojonym patrolem milicji albo KBW. Jak na złość sami cywile. Co robić?
Odwrócił się w stronę czystej wystawowej szyby i w jej odbiciu dojrzał jak Wilk zamawia coś u kelnera.
Odetchnął z ulgą. Kawiarni szybko nie opuszczą.
Rozglądał się dalej. Wzdłuż kręgosłupa zaczął ściekać zimny pot, w pachwinach poczuł spływającą do krocza namiastkę rozkoszy. „Jak go dopadnę i doprowadzę do komendy, major Szlachcic zrobi dla mnie wszystko. Mogę zażądać, żeby do celi u św. Michała wnieśli mi łóżko na noc z Alą. Nawet łóżko z baldachimem, a on mi tego nie odmówi. Jeszcze dzisiaj będę się z nią kochał” – rozpędził się w marzeniach.
Po bardzo długo ciągnącej się minucie wreszcie ujrzał patrol dwóch żołnierzy z KBW. Wchodzili do Rynku uzbrojeni w pepeszę i sowiecki karabin Mosin z groźnie sterczącą przy lufie piką. Wyszli, jak on przed chwilą, od strony ulicy Wiślnej. Zbliżali się niespiesznie, miarowo stukając o granitowe chodnikowe płyty podeszwami podkutych gwoździami butów.
- Kapralu – warknął Wołczecki napiętym głosem, gdy zbliżyli się na odległość paru kroków.
Był odwrócony w stronę wystawy. – Podejdźcie, tylko spokojnie jakbyście mieli mnie wylegitymować.
- Co wy obywatelu? Robicie sobie, kurwa, żarty? – podszedł starszy stopniem kapral, kierując lufę maszynowego pistoletu w stronę Jurka.
Drugi szeregowiec zdjął z ramienia karabin.
- Jestem oficerem Urzędu Bezpieczeństwa. Udawajcie, że mnie legitymujecie, potrzebuję waszej pomocy, żeby zatrzymać bardzo groźnego bandytę z NSZ. Jak go złapiemy, to moja w tym głowa żebyście dostali po bojowym odznaczeniu. Tu moja legitymacja – wyciągnął ubecki dokument.
Kapral wyprężył się, chciał podnieść dłoń do salutowania.
- Schowaj, ośle łapę. Udawaj, że mi nie wierzysz i długo oglądaj legitymację. Ten zbrodniarz może nas obserwować.
Jurek ponownie wbił oczy w wystawową szybę, oparł na niej podniesione do góry ręce i stanął w rozkroku.
- Udawajcie, że mnie rewidujecie – nakazał niezbyt rozgarniętym żołnierzom.
Na szczęście siedzący przy kawiarnianym stoliku syn słynnej działaczki AK nie zwrócił uwagi na niego, ani na żołnierzy. Był zajęty całowaniem rąk tancerki.
- Teraz chłopaki posłuchajcie. Chodzi o tego figofago, który siedzi z wystrzałową blondyną w kawiarni. Oni są na zewnątrz w ogródku przy Sukiennicach. Kurwa, nie obracaj się kapuściany głąbie – zganił szeregowego, który wyciągnął szyję w stronę seksownej tancerki. Chcesz mi ich wypłoszyć? Nie widzisz, kurwa, że sam ich obserwuję w odbiciu szyby?
Speszony żołnierz z karabinem Mosina wlepił teraz oczy w wystawę, był nadmiernie ożywiony.
- Do ciebie coś dociera? – warknął Sprytny. – Bo gapisz się na tą dziwkę, jakbyś myślał, że naszym celem jest oglądać jej gołą dupę.
Speszony szeregowiec podniósł oczy na Jurka Sprytnego.
- Teraz uważajcie. Pójdziecie spokojnym krokiem do głównego wejścia, do Sukiennic. Starajcie się nie zdradzić naszych zamiarów. Zapalcie sobie papierosy i udawajcie, że oni was nie interesują. Ja obejdę Sukiennice z lewej strony i podejdę do nich od zaplecza kawiarni. Jak zobaczycie, że do nich się zbliżam, wy sprintem, przebiegnijcie te piętnaście metrów i krzyczcie „ręce do góry”! Uważajcie też na tą piękną lalę, ona może mieć w torebce pistolet. Jak obezwładnimy jego, od razu ją pod ścianę i wtedy będziesz ją rewidował. Masz ode mnie pozwolenie, będziesz mógł sobie dokładnie obmacać jej wdzięki i sprawdzić czy czegoś nie chowa – zwrócił się do żołnierza z karabinem. – Wszystko jasne?

Dyszący z przejęcia Sprytny nacisnął klamkę wejścia do kuchennego zaplecza kawiarenki.
- Czego tu szuka? – warknęła na niego gruba podkuchenna.
- Urząd Bezpieczeństwa – powiedział stanowczo, acz ściszonym głosem.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął służbową legitymację, a w drugiej dłoni trzymał małokalibrowy rewolwer.
- Coś pan. Tu nie wolno wchodzić – myjąca talerzyki kobieta stanęła w poprzek przejścia.
- Z drogi gruba świnio, bo zrobię ci w głowie dziurę – powiedział Wołczecki, prawie przystawiając jej broń do czoła.
- Dobra, dobra – zalękniona pomywaczka odsunęła się na bok.
Wchodzący do kuchni kelner, trzymający pod pachą tacę, spojrzał na intruza zdziwiony. Widząc napiętą i bladą twarz ubeka z rewolwerem, sam zbladł i bez słowa odsunął się na bok.
Na zewnątrz Jurek zobaczył jak blond tancerka z kieszeni torebki dobywała małego Walthera. Patrzyła w stronę, gdzie dwaj żołnierze wkroczyli do akcji, przy głównym wejściu do Sukiennic. Zarepetowała pistolet i już miała ruszyć do przodu, gdy Jurek dźgnął ją w tył głowy lufą mini rewolweru.
- Stój! Odrzuć broń! – ryknął Wołczecki. – Bo ci kurwo rozwalę czaszkę!
Przerażona tancerka stała jak zamurowana, a drżącą rękę z pistoletem podniosła do góry.
- Pod ścianę suko! – ryknął Sprytny wyjmując z jej dłoni Walthera. – Dawaj torebkę – i nie czekając na zgodę dziewczyny wyrwał jej własność.
Poczuł zapach wykwintnych perfum wystrojonej piękności.
Pchnął ją na ścianę i nie zważając na wywracający się wiklinowy stolik z filiżankami niedopitej kawy, ruszył biegiem w stronę głównego wejścia Sukiennic. Żołnierz KBW usiłował przyszpilić piką cherubinka kotłującego się z kapralem w zapaśniczych zmaganiach.
- Masz, ty reakcyjny chuju! – wreszcie dźgnął porucznika Wilka w ramię, gdy ten przewrócił się na kaprala uzyskując przewagę. – Jeszcze ci mało? – docisnął do bruku podkutym buciorem zranioną rękę akowca, a ten zaskowyczał z bólu.
- Brawo chłopcy – pochwalił Wołczecki żołnierzy. – Macie jego broń?
- Ma się rozumieć, obywatelu poruczniku. Najsampierw my rozbroili faszystowskiego gada – żołnierz z piką pokazał zatknięty za swoim pasem rewolwer Smith Wesson.
Jurek klęknął nad Wilkiem i wyuczonym na ubeckim kursie chwytem założył pojmanemu na zranione ramię dźwignię. Otrzepując mundur podniósł się też kapral i sięgnął po leżącą nieopodal pepeszę.
- Wpadłeś ptaszku, teraz wyśpiewasz nam jak kanarek wszystko o swojej zbrodniczej organizacji – powiedział Jurek podnosząc za wykręconą rękę jęczącego z bólu akowca.
Jurek dysząc bardziej z emocji niż z wysiłku, promieniał radością. Zbierali się zaciekawieni gapie. Pojawili się trzymający w dłoniach pistolety milicjanci.
- Urząd Bezpieczeństwa – krzyknął Jurek na mundurowych. – Macie kajdanki?
Jeden z milicjantów wyciągnął spod bluzy parę stalowych bransoletek.
- Skujcie go, pociągnął za rękę Wilka.
Wtedy rozległ się stukot wysokich obcasów biegnącej kobiety. Nie luzując chwytu, zniewalającego Wilka, na którego przegubach zatrzasnęły się kajdanki, Jurek spojrzał za siebie. Nadbiegała rozjuszona tancerka. Trzymając ciężką szklaną popielniczkę, zamachnęła się w stronę głowy Sprytnego. Przed poważnym zranieniem uratował go żołnierz z Mosinem. Lufą wydłużoną o pikę odbił dłoń tancerki. Co najmniej półtora kilowe szkło, uderzyło niedoszłą ofiarę w ramię. Pozbawiona oręża tancerka rzuciła się do ucieczki.
- Trzymaj ją! – krzyknął Wołczecki.
Zbawca Jurka pchnął karabin w stronę kaprala z pepeszą i po kilkunastu metrach sprintu, wpadł na wywracającą się blondynkę, bowiem dziewczyna potknęła się łamiąc wysoki obcas. Runęli razem na bruk. Żołnierz szybko przewrócił ją na plecy i odciągnął dłoń drapiącą mu twarz wymalowanymi paznokciami.
- Bardzo dobrze żołnierzu! – krzyknął Wołczecki. – Kapralu pomóżcie mu, weźcie jego broń i zaprowadźcie dziwkę do bramy. Niech zrobi jej dokładną rewizję osobistą – pokazał głową na szeregowca z KBW. – Coś się chłopakowi należy – mrugnął do kaprala po łobuzersku.
Nieco ciszej powiedział do siebie.
- Jesteś mój, cherubinku..

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 17.04.2018 22:14 · Czytań: 188 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 13
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 18.04.2018 10:09
Hej, Kazjuno,

Jak zwykle przeczytałem z chęcią. Z wielka chęcią. Naprawdę to jest dobrze napisane. Ale jak zwykle mam kilka zastrzeżeń. Jedno z nich bierze się stąd, że oprócz Twojej powieści, czytam jeszcze inne rzeczy i zwyczajnie pewne rzeczy mogą mi się mieszać. Otóż, z tego, co pamiętam, dotąd nie stosowałeś narracji pierwszoosobowej - a może się mylę i nie pamiętam - a tu nagle pojawia się taka.
Cytat:
- Czy mo­żesz nas pod­pro­wa­dzić pod swoją cha­łu­pę, ale tak żeby nas nie za­uwa­ży­li? – za­py­ta­łem chłop­ca. – By­li­śmy do­brze uzbro­je­ni. Może in­tru­zów uda się za­sko­czyć?

Ten sposób narracji właśnie mnie zaskoczył, ale tak, jak pisałem, może nie pamiętam, że było tak wcześniej.
Kolejne rzeczy:
Cytat:
Kiedy się­gnął po jej dłoń. Nie cof­nę­ła ręki. Jej palce czule gła­ska­ły jego wło­cha­tą dłoń

Tu chyba zamiast pierwszej kropki powinien być przecinek?
Cytat:
Zda­wał sobie spra­wę, że to nie re­al­ne

NIEREALNE - piszemy razem.
Cytat:
Ja obej­dę Su­kien­ni­ce z lewej stro­ny i po­dej­dę do nich od za­ple­cza ka­wiar­ni Jak zo­ba­czy­cie, że do nich się zbli­żam, wy sprin­tem, prze­bie­gnij­cie te pięt­na­ście me­trów i krzycz­cie „ręce do góry”!

Tu brakuje kropki.
Cytat:
Naj­samw­pierw my roz­bro­ili fa­szy­stow­skie­go gada – żoł­nierz z piką po­ka­zał za­tknię­ty za swoim pasem re­wol­wer Smith We­sson.

Najsampierw - piszemy, a nie najsamwpierw.
To tyle, co zauważyłem. Powiem Ci, że wg. mnie ta część jest lepiej i staranniej napisana niż poprzednie - tak przynajmniej to odbieram.
Aha. Czy jesteś pewien, że już wtedy stosowano w Polsce skopolaminę?

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 18.04.2018 11:20
Witaj Antosiu Grycuku.
Już tradycyjnie chcę wyrazić Ci wdzięczność za bardzo cenną redakcyjną pomoc. Do tego te komplementy, że całość mimo potknięć uważasz za dobrze napisaną.

Wielkie dzięki!

Oczywiście, natychmiast zabrałem się do nanoszenia poprawek i to zarówno w PP, jak i tekście całościowo przygotowywanym do wydania.

Jedyną uwagę mam do poniżej zacytowanego kawałka.
Cytat:
- Czy mo­żesz nas pod­pro­wa­dzić pod swoją cha­łu­pę, ale tak żeby nas nie za­uwa­ży­li? – za­py­ta­łem chłop­ca.

Napisałeś, że zaskoczyło Cię, że piszę w pierwszej osobie.
Ten fragment, to część dialogu. Porucznik Ikar (AK) bajeruje uroczą strażniczkę, snując opowieści o swoich bojowych wyczynach. Tym razem opowiada o niecodziennym partyznckim doświadczeniu, kiedy potyczkę z wrogiem rozstrzyga samoczynnie pepesza. Ale przedtem mówi: szliśmy przez wiśniowy sad, odbezpieczałem angielski granat Mils itd. Nie widzę tu błędu.

Jeszcze raz dzięki za wpis.

Pozdrawiam serdecznie, Kj
AntoniGrycuk dnia 19.04.2018 09:08
Nie znam się za bardzo na "przeskakiwaniu" między narracją trzecio a pierwszoosobową. Wiem, że takie triki są możliwe, ale dla mnie to zbyt skomplikowane. Ja osobiście przytoczyłbym dialogi bez didaskaliów. Bo mi to przeszkadzało. Zobaczymy jak inni. W tych książkach, które czytałem, to takie sytuacje, o ile dobrze pamiętam, były pisane z pominięciem znaków dialogów i didaskaliów. Ale to moje subiektywne zdanie, więc jeśli tylko ja się do tego przyczepiam, to się nie przejmuj.
Kazjuno dnia 19.04.2018 09:52
Szanowny Antosiu.
Otóż, wydaje mi się, że tu nie ma żadnego przeskoku.
Generalnie prowadzę opowieść w czasie przeszłym i od czasu do czasu wymyślam i wtrącam, dziejące się ponad siedemdziesiąt lat temu dialogi.
Komentujesz nie pierwszy rozdział i dotąd Cię to nie raziło.
Sytuacja w pomieszczeni dla kalifaktorów, gdzie rozmawiają więzień Akowiec Ikar z fnkcjonariuszką więzieńnictwa Irenką Odrzywołek, pod względem formy, niczym się nie różni od późniejszego dialogu między porcznikiem UB Jurkiem Sprytnym, a przypadkowo spotkanymi żołnierzami KBW. Sytuacja koło sklepowej wystawy na Krakowskim Rynku jest dynamiczna. Tu rośnie napięcie, ubek nie chce by patrolujący Rynek żołnierze spłoszyli mu por. Wilka. Rozmawiają w czasie teraźniejszym.
Formalnie konstrkcja w więziennym pomieszczeni jest taka sama. Tylko jest więcej dialogu. Pronobis - Ikar opowiada, Irenka słucha, ale też nie zupełnie biernie. Czasem coś wtrąca.
Cytat:
- Tań­czą­cej pe­pesz­ki? To jakaś bajka? – dzi­wi­ła się straż­nicz­ka.

Cytat:
- Jak się tu pra­cu­je to sły­szy się gor­sze prze­kleń­stwa. Niech pan opo­wia­da dalej – to cie­ka­we.

Cytat:
Ma­ją­ca wy­pie­ki na twa­rzy Irena, po usły­sze­niu epi­lo­gu aneg­do­ty, aż za­kla­ska­ła w dło­nie. - To nie­sa­mo­wi­ta hi­sto­ria – po­wie­dzia­ła.


I wiesz co? Teraz, kiedy wybierałem cytaty dowodzące udziału Irenki w dialogu. Też mnie uderzyło to co Ciebie!!!!

Rzeczywiście, Pronobis(AK) cytuje skarżenie się wiejskiego chłopca, że zabierają im świnie. Później jeden z partyzantów coś mówi całując kolbę pepeszy.

Masz Antoni rację! Te ich wtrącenia muszę dać w cudzysłów! I tak zrobię!

Brawo! Dzięki za kolejny redaktorski majstersztyk.

Pozdrawiam, Kj

PS Naniosłem poprawki!
AntoniGrycuk dnia 19.04.2018 10:33
Nie wiem... Trochę jest tak, że Twoje czytam "zrywami", przeplatając to zarówno licznymi tekstami z PP, jak i książką papierową. I coś zwyczajnie mogło mi uciec z pamięci, szczególnie że nie jestem dobry w zapamiętywaniu szczegółów. Rób z tym, jak uważasz, bo, jak pisałem, to moje subiektywne zdanie, a te bywają mylące.
Pozdrawiam
Kazjuno dnia 19.04.2018 10:45
Antosiu! Przeczytaj moją odpowiedź do końca.
Przyznałem Ci rację!!!!!!!

Przeczytaj poniżej moich cytatów. Poprawki naniosłem już w tekście.

Pozdrawiam
AntoniGrycuk dnia 19.04.2018 11:58
Widziałem, że przyznałeś rację, ale nie chcę, aby moje opinie były "wiążące".

Pozdrawiam
Ania_Basnik dnia 19.04.2018 19:04
To jest chyba najlepiej napisany Twój tekst. Zastanawia mnie jednak sytuacja z więzienia. Z tego co wiem więźniarki miały strażniczki, a więźniowie strażników. U Ciebie jest to wymieszane. Nie wiem czy opierasz się na konkretach, czy to jest Twoja fabuła?
Ale czyta się dobrze i to jest ogromna zaleta.
Kazjuno dnia 19.04.2018 20:08
Najpierw chcę Ci Aniu serdecznie podziękować za wpis i wspaniały komplement, zwłaszcza miły z Twoich ust.
Wyjaśniam historyczne detale.
Już w następnych 3 rozdziałach, które zdecydowałem się zamieścić za jednym zamachem, będzie opis przysięgi wojskowej, którą Irenka Odrzywołkówna, będzie składała w pomieszczniu dla kalifaktórów. Udokumentowanym faktem jest, że przysięgę Irena składała tam, chyba w przededniu akcji rozbicia więzienia. Też dowiedzione jest, że Irena, przez kontakty z por. Pronobisem przytąpiła do spisku. Chociaż zaskoczyła mnie przeczytana gdzieś notatka, że zakochała się w innym więzionym żołnierzu Armii Krajowej, Nie jestem tego pewien. Na razie postawiłem na Pronobisa. Później, niedługo przed aresztowaniem, kochankiem Ireny okaże się jeszcze kto inny. Co do jej rozterek uczuciowych, starałem się jednak prowadzić spójną narrację.

Jeszcze jedno! O wykorzystywaniu przez klawiszy (strażników) więźniarek do kontaktów intymnych słyszałem kilkukrotnie. Natomiast Irena sprawowała funkcję kierowniczki więziennej pralni i przez to mogła mieć ułatwiony kontakt z uwięzionymi mężczyznami.
Więc nie pozwalałem sobie na tworzenie urojonej rzeczywistości.

W późniejszych fragmentach, pozwoliłem sobie zamieszczać autentyczne wspomnienia uczestników rozbijania więzienia Św Michała. Są napisane kursywą i podaję źródła z których je kopiowałem.

Tyle tytułem wyjaśnień, serdecznie pozdrawiam, Kj
purpur dnia 30.04.2018 14:32
Na zaglądnąłem na kolejne przygody "Sprytnego".

Muszę przyznać, że naprawdę coraz lepsze są Twoje opowieści. W końcu doczekałem się opisów, wprowadzenia, no czegoś więcej niż rozwalania wszystkiego w około :)

Jest i bardzo fajnie wprowadzona osoba strażniczki, z historią, która sama w sobie jest ciekawa. A dodatkowo całość pięknie wpleciona w więzienną intrygę. Nawet nasz Sprytny, pomimo tego, że oczywiście wykonuje brawurową akcję, jakoś tak spokojniej nam się prezentuje. Masa nawiązań historycznych - u ciebie niemalże jak u Tytus, Romek i Atomek - bawiąc uczy :)

Jedyna uwaga to:

Cytat:
Ojejej! Jak okropnie boli
- brzmi jak dziecko, a nie strażnicza ku...wa! Ojejej :)

Wiesz...

Piszesz ciekawie, obrazowo, do tego nie dajesz nudzić się czytelnikowi... Naprawdę coraz lepiej się Ciebie czyta...
Pomimo tego, że nienawidzę czytać o tak bydlęcym zachowaniu człowieka ( gwałty, tortury itp ... ) , to staram się przełamywać i zerknąć, co tam u Ciebie. Tak, tematyka czytania jest zupełnie nie moja - za bardzo mnie denerwuje i potwornie złości takie zachowanie człowieka... A do tego jest to pewnie w większości prawda, co dodatkowo powoduje wqurw!

Uwaga techniczna. Wydaje mi się, że planujesz to wydać - zastanów się, czy faktycznie tak wiele części umieszczać na portalu, bo jednak nie każdy ma tyle czasu, żeby przeczytać wszystko. Myślę, że zdobyłbyś więcej czytelników, gdyby zamknąć opowieść w kilku stronach... Nie mówię broń-boże, aby zaprzestać pisać powyższego, ale może w ramach ćwiczenia napisać coś nowego, innego - coś co będzie zamkniętą całością?

Tymczasem pozdrawiam,
Purpur
Kazjuno dnia 30.04.2018 15:44
A to ci dopiero, sprawiłeś mi Purpurze radość! Fakt, że potrafię zabawić Ciebie, Jegomościa o wspaniałym poczuciu humoru, to dla mnie duży komplement.
Dzięki za celną uwagę! Przemyślałem i co stwierdzam: Ty osobnik nie lubiący gwałtu i przemocy (ja też nie lubię) masz jednak świetne ucho na odgłosy wydobywane przez moralne menty.

Też przychylam się do Twojej słusznej uwagi, żeby tu w PP nie publikować powieści. Natrzaskałem trochę opowiadań i chyba dam odetchnąć czytelnikom od dziejów Sprytnego, Złotej Ali, tudzież innych bohaterów.

Do publikowania w PP powieści nad którą pracuję zachęca mnie berdzo rzetelna i wnikliwa korekta AntosiaGrycuka. Także Ty wraz z Anią_Basnik ulepszacie mój produkt, co jest dla mnie bardzo cenne.

Obiecuję, Ci: wrzucę tu jakąś krótszą zamkniętą formę, Choćby, żeby dać odetchnąć od kniajackich dziejów powstawania Peerelu.

Bardzo Ci dziękuję i serdecznie pozdrawiam, Kj
mike17 dnia 16.05.2018 16:12
Podoba mi się postać Ireny i jej zdrowe spojrzenie na komunistyczne gówno.
Takich osób było wielu w tamtych czasach.
Choćby mój Tata, który jako 14-latek był już żołnierzem AK, potem WiN.
Musiał walczyć z Niemcami i z UPA.
Jeden Ukrainiec poczęstował to dziecko bagnetem w plecy, po czym mój Tata miał dziurę w skórze do końca życia.

Twoja historia wciąga, Kaz, wiesz o tym?
Choć to relacja, ma wszelkie cechy porządnej literatury.
Czyta się z zainteresowaniem, i jako proza faktu naprawdę działa.

Wiem, że przeczytam cały Twój cykl i to, co poza nim.
Podoba mi się Twoje pisanie, to coś tak odmiennego od mojego, że może tu pies pogrzebany?

Odchodzę kontent, bo była akcja i ludzkie dramaty.
A ja lubię, jak jest po ludzku.

Pozdro, Kaz :)
Kazjuno dnia 16.05.2018 22:49
Drogi Mike, dopiero teraz o później godzinie, (niech łabędź zasadzi kopa temu pochrzanionemu dzionkowi, swoją dostosowaną do wiosłowania łapcią i to z rozpędu) mogę spokojnie usiąść i Ci podziękować.
Swoim komentarzem wystrzeliłeś mnie w kosmos radochy za trudy mozołu pisania.
Czasem przecież pisanie jest katorgą. A może tak się bardziej Czytaczowi spodoba? Może tu poprzestawiać? Cholera jaki bywa czasem ciężki łeb. Trzeba jednak inaczej... A może było dobrze?
Ech, jakąż cieżką tyrką jest niekiedy tworzenie...
A tu nagle?
Chłopak z Powiśla namaszczony z Niebios rzadkim talentem, chyba z dodatkową adrenaliną wysyłaną mu przez niezbadane fluidy. Tylko skąd? Od kogo? Na pewno też od Janka Himilsbacha, który zza światów odwdzięcza się za zaznaną młodzieńczą serdeczność i wyrozumiałość.
No i żeby nie owijać już w bawełnę, od tego chłopca, który stał się interesującym i porywającym pisarzem czytam takie krzepiące komplementy.
Obok Jankowych flidów chyba najwspanialsze geny przekazał Ci Tata patriota. Cześć Mu i Chwała!
Swojemu także zawdzięczam najwięcej. Choć za młodych lat razem z Matką przeze mnie przdwcześnie posiwieli. Przeżyłem okres, gdy kolegowałem się z diabłem. Na szczęście - to chyba zasługa Pawła Drugiego naszego Świętego Papieża - jakoś się otrząsnąłem.

Wielkie dzięki Mike, serdecznie pozdrawiam, Kaz
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Wiktor Mazurkiewicz
17/08/2018 06:35
Nie wiem, czy zachwyt kierować do Pani Mariny, czy do Pani… »
Wiktor Mazurkiewicz
17/08/2018 06:07
Prat Bart Pao Również Witam, według życzenia:… »
SzalonaJulka
17/08/2018 00:38
Dziękuję Wam pięknie i kłaniam nisko. Będę jeszcze pracować… »
Prat Bart Pao
17/08/2018 00:03
Witaj, ps. ja bym go nazwał: udana noc poślubna,… »
Prat Bart Pao
16/08/2018 23:44
ot Idea, krótka lista od... »
liathia
16/08/2018 23:44
Dziękuję. »
liathia
16/08/2018 23:43
Introwerka, bardzo Ci dziękuję. Zmieniłam jedno słowo, pod… »
Gatsby
16/08/2018 23:31
Dobrze więc, zwracam honor za dra. Przygniótł mnie natłok… »
Zbigniew Szczypek
16/08/2018 23:22
Witaj (Dorotka?!) Dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że… »
MP642
16/08/2018 22:45
Po pierwsze, nie uważam tego za żadne dzieło, co napisałem… »
Prat Bart Pao
16/08/2018 22:22
Bo to jest tak. Leniwy chciał być samodzielny, spojrzał… »
Lilah
16/08/2018 22:09
Pięknie dziękuję, Niczyjko. :) »
Patsy
16/08/2018 20:55
Dziękuje bardzo za opinię, po części masz racje ;-) »
Gatsby
16/08/2018 20:43
MP642, Pierwsze zdania, z małym wyjątkiem, wyglądają… »
Niczyja
16/08/2018 20:40
Pięknie, Lilah, tu u Ciebie :) Jak zwykle nostalgicznie i… »
ShoutBox
  • Niczyja
  • 16/08/2018 22:39
  • Muzyka potrafi złagodzić najgorszą czynność... [link]
  • Zola111
  • 15/08/2018 22:12
  • Jakie ja mam zaległości w czytaniu Waszych wierszy! Przepraszam moich Ulubionych autorów. Powolutku nadrobię. Obiecuję.
  • JOLA S.
  • 15/08/2018 11:27
  • OK, bardzo dziękuję :)
  • JOLA S.
  • 15/08/2018 10:47
  • Szukam mojej ostatniej wirtajki, została opublikowana,:) ale gdzie? Znalazłam w wykazie moich tekstów i tyle.:) Może czegoś nie wiem?:)
  • Gramofon
  • 14/08/2018 21:03
  • ano świetny cover
  • allaska
  • 14/08/2018 20:55
  • Pozdrawiam wszystkich gorąco :)
Ostatnio widziani
Gości online:14
Najnowszy:henrykamajewska
Wspierają nas