Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 15, 16 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 15, 16
A A A
Od autora: Tu spróbowałem wydarzenia historyczne pomieszać z paruwątkową akcją fabularną.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Rozdział 15  AK rozbiło więzienie

 

   

    Tak wspominał akcję jeden z więźniów wtajemniczonych w plany ucieczki, Tadeusz  Honkisz – pseudonim Bawół.

    „Strażnik, który miał od rana dyżur na naszym oddziale, nie był zbyt rozgarnięty. Był poza tym wielkim służbistą, co nie było nam wtedy na rękę. 

Panował bowiem latem taki zwyczaj – niezupełnie zgodny z więziennym regulaminem – że otwierało się drzwi do celi dla przewietrzenia pomieszczeń. Strażnik wiedział, że to nie jest obowiązkowe i nie spieszył się z otwieraniem. Czekaliśmy niecierpliwie. Sytuacja zaczęła się robić niesamowita. Czas mijał, a nasz głupek ani drgnie. Wyobrażaliśmy sobie, jak musi się denerwować Pronobis i Czarnecki, zamknięci w celi! Popatrzyłem na Stefana (Małka – pseudonim Wierny), on na mnie i zrozumieliśmy, że nie pozostaje nic innego, tylko dać w czapę strażnikowi. Na szczęście w tym momencie rozległy się z tamtej celi głośne krzyki. ‘Duszno, duszno!’ i łomotanie w drzwi. Strażnik ruszył się flegmatycznie, zapowiadając, że będzie otwierał jednocześnie tylko po dwie cele. Jego szczęście, że otworzył najpierw tę właściwą. Poczekałem, aż Stefan wyjmie pistolet i zatknie za pas. Za chwilę wypadliśmy obaj na korytarz. Zobaczyliśmy w otwartych drzwiach Pronobisa i Czarneckiego…”

    Czarnecki – pseudo Murzyn obudził się wcześniej niż zwykle i ciągle sobie powtarzał: „musi się udać!”.

    Podobnie zdenerwowany był Pronobis – Ikar. Murzyn zapamiętał, że dzień był bardzo gorący i duszny. Zmuszeni byli przynaglić strażnika do szybszego otwarcia celi.

    W tym samym niemal momencie usłyszeli głos strażnika. „Oddział baczność!” – składał meldunek oficerowi inspekcyjnemu. Akowcy nie czekali, wyskoczyli z celi z wycelowanymi w klawiszy pistoletami. Zaskoczenie było kompletne! Widząc przerażenie w oczach funkcjonariuszy Pronobis powiedział szybko. „Żołnierze Armii Krajowej opanowali więzienie. Proszę zachowywać się spokojnie, a nic nikomu się nie stanie”. „Odebraliśmy klucze zbaraniałemu strażnikowi i podczas gdy jeden z nas trzymał obu panów na muszce, inni otwierali cele i wypuszczali więźniów, którzy natychmiast ruszali nam w sukurs”. Wszystko odbywało się w miarę spokojnie.

    Nie wszyscy osadzeni partyzanci byli wtajemniczeni w akcję rozbicia więzienia. Tak opisuje swoje wrażenia Tadeusz Bystrzycki – pseudonim Bystry.

    „Też zapamiętał, że 18 sierpnia był dniem upalnym. „[…] Kiedy usłyszałem niecodzienny ruch na korytarzu, odmykanie cel, trzaskanie drzwi, tupot nóg i podniecone głosy – trochę się zdziwiłem, ale jeszcze nic nie podejrzewałem. Pomyślałem sobie, że to pewnie coś więcej niż zwykła przerzutka więźniów z celi do celi, że to może transport albo wysyłka? Podobnie myśleli inni więźniowie w mojej celi. Aż wreszcie zrozumieliśmy! Ktoś otworzył drzwi, chyba kalifaktor, i padło pytanie- rozkaz. ‘Kto chce wychodzić niech wychodzi! Więzienie zostało opanowane przez Armię Krajową’. Jezus Maria! Co się zaczęło dziać?! Tak jak nas było w celi ze dwudziestu, od razu zdecydowana większość postanowiła pryskać – wspominał Bystry. Grupa uzbrojonych i część uwolnionych pobiegła jeszcze na górę, a Bawół z kilkoma innymi stał na dole i pilnował porządku. „Otwierałem pozostałe cele i cieszyłem się, widząc miny tych, którzy z nich wylatywali. Rozpoznałem jednego lwowiaka – Stefana. Rzucił mi się na szyję z okrzykiem ‘Tadek, nareszcie wolność’! I pognał za innymi. 

Ja stałem dalej i, muszę przyznać, coraz bardziej się niecierpliwiłem”.

Murzyn razem z Antonim Szczyrkiem – ps. Stefanem, Ikarem i Władysławem Dziedzicem – ps. Waldemarem z NSZ poszedł do mieszkania naczelnika więzienia. Zadzwoniliśmy do drzwi. Otworzyła nam służąca więźniarka – Ukrainka. Usłyszawszy od nas, że chcemy się widzieć z naczelnikiem – przypominam  – byliśmy w cywilnych ubraniach, nieliczni z nas nosili niemieckie mundury, ubrań więziennych jeszcze nie było – powiadomiła swoją panią. Ta obrzuciła nas przelotnym spojrzeniem i niczego nie podejrzewając, krzyknęła do męża: ‘Michasiu – bo naczelnik nosił imię patrona więzienia(!) – panowie do ciebie’. Za chwilę pojawił się pan naczelnik bez koszuli, w samych tylko spodniach, wprost z łazienki. Zdziwiony spojrzał na nas. Powiedzieliśmy: ‘Panie naczelniku, więzienie zostało opanowane przez żołnierzy AK’. Zdenerwował się mocno i zaczął dukać bez sensu: A ja… właśnie mam tutaj przyjaciół na śniadaniu… Panowie, co wy…’ Uspokoiliśmy go, że ani jemu, ani jego gościom nie stanie się nic złego, jeżeli tylko będą się zachowywać spokojnie” – wspominał Murzyn.  

    Gdy chwilę potem Bystry wszedł do mieszkania naczelnika, zobaczył go już przywiązanego do fotela, na którym siedział. „Był już związany, chyba nie sznurkiem, tylko jakimiś szmatami, Może własnym paskiem od spodni, rękawami od koszuli, czy marynarki – nie pamiętam. Wyraźnie był przestraszony, chociaż powinien się już oswoić z sytuacją. Stanąłem koło niego, ale byłem bez broni. Nikt mi nie powiedział, jak długo mam stać. Wreszcie zaniepokoiłem się i zostawiwszy go tak, jak go zastałem w tym fotelu – wybiegłem z mieszkania, kierując się w dół”. 

 

***

 

    Jurek Sprytny wchodząc do narożnej knajpy „Siła Smaku” poczuł głód.

    Co tu ma być „siłą smaku”? – skrzywił się na myśl  o nazwie spelunki. Obok kwaśnego zapachu piwa, roznosił się dochodzący z zaplecza odór zaczynającej fermentować kiszonej kapusty. Knajpa była zadymiona papierosami i zatłoczona, panował gwar. Niektórzy podpici konsumenci zamiast rozmawiać krzyczeli. Na załomach między sufitem a ścianami widoczne były poczerniałe pajęczyny.

    Ale tu syf. Jednak przełknął ślinę, gdy mimo pierwszego nieprzyjemnego wrażenia dotarła do niego woń sznycla po wiedeńsku. Wolne trzy krzesła ujrzał przy narożnym stoliku, na lewo od wejścia, przy oknie. Jedno miejsce zajmował siedzący tyłem do sali, pokaźnej postury mężczyzna w granatowej marynarce.

    - Przepraszam, czy mógłbym się dosiąść? – zapytał Sprytny.

    Obracający się niechętnie konsument, pewnie miał ochotę spławić pytającego, lecz podnosząc oczy, je zwęził i po przełknięciu kęsa pieczonej kaczki, przemówił.     

    - Znam cię. Masz na imię Jurek – zagadnął.

    - Ja ciebie też, jesteś Walec. Napukałem ci raz w bokserskich rękawicach. Stare czasy, Lwów, nasze uniwersyteckie studia – mrugnął Sprytny porozumiewawczo.

    - Właśnie – egzaminy u profesora Moryca Szajbe – siedzący rzucił nazwiskiem właściciela szkoły kieszonkowców.

    - Zmieniłeś się Walec, zaokrąglił ci się szamot[1].

    - Źle mi się nie wiedzie, ale nie tak jak przed wojną. Zapraszam do stolika – kolega ze szkoły złodziejskiej pokazał wolne krzesło.

    - Poczekaj moment, widzę kogoś z obsługi – Jurek chwycił kelnera za rękaw kitla, kiedyś białego, a teraz poszarzałego.

    - Puść pan! Ledwoś pan przyszedł  i co, już mam być na zawołanie? – odszczeknął kelner z ironią.

    Jurek nie pszczał.

    - Przedwojenny hrabia? – oburzył się pracownik knajpy. – Wyzysk proletariatu przez klasę posiadającą? W komunizmie trzeba cierpliwie czekać w kolejkach, a coś pan myślał… – z szyderczym uśmieszkiem sztorcował Jurka.

    Mimo, że Sprytny sam kilkanaście minut wcześniej wypił strzemiennego z ust kelnera wyczuł odór taniej wódki.

    - Słuchaj brudna łajzo – Sprytny tym razem szarpnął za klapy kitla. – Kopnął cię ktoś kiedyś w dupę?   

    - Nieee, nooooo! Takiś mądry? Puść mnie – próbował się wyrwać kelner.  

   Jego cwaniacka twarz przybrała wyraz złości. – Takiś fetniak? Zaraz mogą cię stąd wynieść.

    Odpowiedzią Jurka było postraszenie kelnera lekkim trąceniem go głową w twarz i zadanie zaskakującego ciosu w splot słoneczny, któremu towarzyszył głuchy odgłos. Kelner zgiął się i dusząc usiłował nabrać powietrze jakby tchawicę zatkała mu wielka kluska.

    - Spieszy ci się na własny pogrzeb? – Jurek zacytował słowa młodziutkiego żołnierza, który mu się ukłonił koło więzienia.

    Odchylił marynarkę pokazując zawieszonego na szelkach visa. – Teraz mnie obsłużysz i to w podskokach. Jestem tu służbowo.

    - Pan od łamignatów? – z trudem wystękała ofiara ciosu, pokazując ruchem głowy gmach UB.

    - Coś ci nie pasuje?

    - Pan jakiś inny, nie wiedziałem...

    - Przynieś mi tu dwa duże jasne i dobrze wysmażonego sznycla po wiedeńsku z buraczkami.

   

    - Ty u nich pracujesz? – zapytał dawny kolega ze szkoły złodziejskiej i jak kelner pokazał ruchem głowy na gmach, jeszcze przed ponad rokiem zajmowany przez gestapo.  

    Jego twarz, serdeczna przed chwilą, pobladła i nabrała grymasu zakłopotania.

    - Tak się złożyło – odbąknął Jurek.

    - Nie no, rozumiem, życie bywa poplątane. Siadaj, co będziesz stał.

    Jurek zajął miejsce, wysupłał przedostatniego lucky stricka i pociągnął zapałką o draskę pudełka. Nie powiodła się pierwsza próba zapalenia papierosa. Druga i trzecia zapałka, mimo kilkakrotnego pocierania, także nie zapłonęły. Płomyczek ukazał się przy zapałce czwartej, lecz zanim Jurek pociągnął papierosa i ta zgasła.  

    - Widzisz jakie jest wszystko w komunizmie?

    Jurek podejrzliwie spojrzał na znajomego ze złodziejskiej szkoły.

    - Nie podoba ci się, że u nich pracuję?

    - Nie o to chodzi, ale sam widzisz, teraz wszystko jest do kitu. Przed chwilą tego doświadczyłeś. Jakiś zasmarkany pikolo, bo przecież nie określisz tego łapciucha kelnerem w rozumieniu przedwojennym, zamiast ci służyć, chce tobą rządzić. Nie jesteś w stanie zapalić papierosa, bo jak nastały ruskie porządki, to już nie potrafią zrobić normalnych zapałek. Pokaż no to pudełko.

    Walec zmrużył oczy i przeczytał.

     -  Sianów, Państwowy Przemysł Zapałczany. Wszystko państwowe. Nie no, to jaja. Słyszałem, że żony mają być też państwowe, czyli wspólne. Powiedz sam, będziemy żyli w takim gównie?

    - Co do wspólnych żon to przesadzasz, a tego dyrektora fabryki zapałek chyba zaproszę do nas i zapoznam go ze znajomym specjalistą od przesłuchań.  

    Jurek wyjął z rąk towarzysza stolika zapałki i po zepsuciu kolejnej, wreszcie zapalił papierosa. – Jak spędzi u nas parę dni, to fabryka w Sianowie zacznie produkować najlepsze zapałki na świecie.

    Walec przez chwilę przyglądał się przenikliwie Sprytnemu.

    - Pamiętasz pogrzeb Jasnego Lola?

    - No jasne, to był mój najlepszy kolega – zaznaczył Jurek.

    - Wszyscy żeśmy płakali. Później ciebie dawano nam za wzór koleżeństwa. Po tym jak pomściłeś przyjaciela i cię zapuszkowali stałeś się bohaterem naszej szkoły. Kochaliśmy ciebie.

    Jurek był skonsternowany, dziwnie spojrzał na dawnego znajomego.

    - Mówisz poważnie? Nikt mi tego nie powiedział.

    Walec podniósł w połowie wypity kieliszek wódki, wlał do gardła pozostałość i spojrzał na przybysza. 

    - Ja nie picuję.

    Ponownie wpatrzył się w twarz Jurka, złapał go za przedramię.

    - Powiem ci prawdę. Zostałem dziadem. Nikim, rozumiesz? Jeszcze, żeby było lepiej ożeniłem się z kurwą.

    Oczy Walca zaszkliły się od napływających łez.

    - Teraz my, doskonale wyszkoleni kieszonkowcy, nie jesteśmy już żadną elitą. Wczoraj zajuchciłem frajerowi sikor[2]. Siedzę tu, bo chciałem sobie przypomnieć stare czasy. Ale nawet ta kaczka – spojrzał na swój talerz – smakuje jakbym szamał rozgotowanego glana[3].  Masz rację, trzeba było się zapisać do was, do UB. Teraz wy jesteście elitą, możecie złupić kogo chcecie w imieniu prawa. Odebrać mu wszystko. Dla nas zostały ochłapy.  

 

***

 

    Uciekający więźniowie kierowali się do bramy wyjściowej. Po drodze zabrali broń ze zbrojowni i przerwali przewody telefoniczne oraz alarmowe. 

"Kiedy broń została rozdana między naszych chłopaków - otworzyliśmy główną bramę. A tam już czekali nasi koledzy! Zobaczyłem Jana Janusza ‘Siekierę’, który rzucił mi się na szyję z głośnym okrzykiem: ‘Murzyn’, myślałem, że już nic z tego nie będzie! Zobaczyłem także ‘Billa’ z parabelką i ‘Lamparta’ stojącego obok otwartej klapy wozu. Przynaglani okrzykami zaczęliśmy wchodzić na wóz, obładowani bronią. Pronobis zarządził jeszcze postawienie przy bramie dwóch chłopaków z karabinami dla pilnowania porządku, zaczął się już bowiem gwałtowny exodus z więzienia" - wspominał "Murzyn".

    Na Plantach Zbigniew Paliwoda "Jur" miał się zająć wieżą strażniczą, pod którą zatrzymała się ciężarówka "Ogniowców", ale okazało się to niepotrzebne, bo strażnicy szybko uciekli, gdy zobaczyli w oknie wyciągnięty przez więźniów ze zbrojowni i skierowany na nich ciężki karabin maszynowy. 

    Nagle usłyszał od strony więzienia hałas. Z ławki zerwał się "Mściciel" i zaczął krzyczeć: "Obstawiać", "Obstawiać". "Po chwili zobaczyłem więźniów biegnących w stronę samochodu. Wyglądali przerażająco, wielu tylko w białych koszulach, wychudzone, blade twarze, ogolone głowy, niektórzy z bronią. Z trudem wdrapywali się na ciężarówkę" - wspominał "Jur".

Kiedy pierwsi uciekinierzy zaczęli ładować się na samochód, Plantami przechodzili akurat następni trzej sowieccy oficerowie. Podszedł do nich "Mściciel" i powiedział: "Armia Krajowa uwalnia swoich więźniów, proszę nie przeszkadzać". Sowieci zapewnili, że niczego nie widzieli. 

W tym czasie wóz, na który wsiadło dwudziestu sześciu uwolnionych, był już gotowy do odjazdu. W szoferce siedział "Bill" i "Lampart", a w tyle samochodu "Mściciel". 

Ruszyli ostro. "Z ulicy Poselskiej przejechaliśmy koło Plant na Straszewskiego, obok kina ‘Świt’ (dzisiejsza Filharmonia) i dalej ulicami Podwale i Karmelicką. Przegrzmieliśmy koło budynku UB na placu Inwalidów - cicho tam było i spokojnie - i pomknęliśmy dalej w stronę Bronowic. Za pętlą minęło nas kilka wozów KBW, jadących prawdopodobnie do koszar na Rajską. Niewykluczone jednak, że mogły być już zaalarmowane. Była już chyba dwunasta, na ulicy kręciło się sporo ludzi. Widząc wozy KBW, na wszelki wypadek zacisnąłem mocniej w dłoni granaty. Minęliśmy ich jednak bez przeszkód. Skierowaliśmy się na Ojców, z zamiarem dotarcia w okolice Miechowa" - wspominał "Lampart".

    W Pieskowej Skale zarekwirowali oficerom "ludowego" WP benzynę, a w Ojcowie zepsuło im się koło. Po naprawie ruszyli do Miechowa. Na rynku wygłodzonym więźniom kupili trochę żywności i wysadzili ich w Górkach Miechowskich. Stamtąd już w mniejszych grupach kierowali się na Podhale, do "Ognia". "Lampart" z "Billem" bezpiecznie wrócili wieczorem do Krakowa, przepuszczani swobodnie przez wszystkie posterunki.

Kiedy ciężarówka odjechała z Plant, "Jur" szybko pobiegł do domu. Kilka dni później wyjechał w Miechowskie i do Puszczy Niepołomickiej. Tadeusz Honkisz "Bawół" dotarł do bramy więzienia, gdy pozostawieni do pilnowania porządku ludzie porzucili karabiny i uciekli. "I wtedy zaczęło się! Nikt już nad niczym nie panował, nikt nie ‘regulował ruchu’, wszyscy rzucili się całą chmarą do ucieczki. W pootwieranych celach pozostali chyba tylko ci, którym nie opłacało się uciekać albo którzy za bardzo się bali". "Bawół" pobiegł w stronę placu Na Groblach, a stamtąd nad Wisłę, przez którą przeprawił się wpław. Potem zamelinował się na Ludwinowie, a następnie przedostał do oddziału partyzanckiego por. Mieczysława Wądolnego "Mściciela".

 

***

 

    Kilkanaście minut po opuszczeniu przez Jurka Sprytnego parterowego pomieszczenia, mieszczącego się koło innych pokoi więziennej administracji, na podwórzu rozległ się hałas. Zatupotały  buty biegnącej osoby, ktoś krzyknął.

    - Otwierać bramę!

    Złota Ala przerwała posiłek i zamieniła się w słuch. Odłożyła na stolik końską kiełbasę, ugryzła jeszcze kromkę chleba i zaciekawiona poderwała się do okna.

    - Co tam się dzieje? Pomóż mi wstać – warknął ruski amant do więźniarki, która przyczajona przy oknie, zaczęła nerwowo zapinać stanik, po czym sięgnęła po koronkową bluzkę.

    - Skąd mogę wiedzieć, biegł jakiś młody żołnierz z automatem.

    - Żołnierz? Co tu robi żołnierz? Pomóż mi, kurwa, wstać. Co tam się dzieje?

    - Skąd mogę wiedzieć – odpowiedziała ex kapo z żeńskiego baraku oświęcimskiego obozu.

    Przybliżyła twarz do kraty otwartego okna.

    Zatupotały buty wielu osób biegnących po bruku prowadzącym do wyjściowej bramy Świętego Michała.

    - Ja to pierdolę. Coś nieprawdopodobnego – prawie krzyknęła Alicja Kędziołek.

    Zaklekotał o brukowce karabin upuszczony przez jednego z biegnących. Na podwórzu dalej ktoś biegał.

    Ruchy więźniarki stały się nerwowe. Szybko wdziała leżące pod tapczanem półbuty i ponownie rzuciła się do okna. Chwilę patrzyła przez okno w pochylonej pozycji. Usiadła ze stęknięciem sprężyn na leżance, by sznurując półbuty podnieść wzrok i obserwować nieporadnie usiłującego wstać klawisza.

    - Gadaj, co tam się dzieje? – niecierpliwił się ruski amant.

    Nabrał powietrza, odrzucił na bok przeszkadzający mu koc i odpychając się od podłogi, przekręcił w stronę ściany. Wystającymi spod gipsu palcami prawej dłoni złapał klamkę od drzwi, by pomóc sobie wstać. Musiał jeszcze czuć ból po ciężkim kopniaku od Jurka Sprytnego, bo lewą ręką podtrzymywał genitalia. Złota Ala wyrwała spod kołdry zmięte prześcieradło, przegryzła jeden z jego boków i rozdarła energicznym ruchem.

    - Nie potrzebuję żadnego opatrunku – zdziwił się klawisz.

    - To nie na opatrunek – odpowiedziała rozpościerając na stoliku oderwany kawałek pościelowej tkaniny.

    Na jej środek położyła karton papierosów juno, kawałek nagryzionej

kiełbasy, pozostałą kromkę chleba oraz torebkę czekoladowych cukierków, a następnie zawiązała rogi czworokąta prześcieradła.

    - Ty się gdzieś wybierasz? – zapytał strażnik otwierając szeroko oczy.

    - A co? Masz może jakieś pretensje? Nie podoba ci się, że noc spędziłam z moim dawnym chłopakiem. Chyba widziałeś, że mnie zgwałcił – figlarnie się uśmiechnęła.

    - Tak… i całą noc musiałem słuchać jak broniłaś swojej cnoty – wymruczał z cynizmem. – Ty kurwo, pomóż mi się podnieść – warknął rozpaczliwie. – Jak go dopadnę to…

    - No dokończ… lepiej uważaj, żeby on ciebie jeszcze raz nie dopadł.

    Wygładziła spódnicę, poprawiła bluzkę i biorąc zawiniątko podeszła do strażnika.

    - Nie wyjdziesz stąd – skrzywiony z bólu strażnik złapał drugą ręką klamkę zamkniętych drzwi.

    - To pa, pa, pa, kochaniutki – cmoknęła w powietrzu, przybliżając usta do opuchniętego nosa ruskiego amanta.

    Jednocześnie przełożyła pakuneczek do lewej ręki.

    - A teraz miłosne pożegnanie – wykonała szybki zamach i zanim klawisz się zasłonił jej bokserski hak wylądował na obolałym kroczu.  

    - Ooooooooo! – rozległ się przejmujący jęk niedawnego kochanka, który runął u jej stóp.

    Ala szarpnęła drzwi, nie w pełni je otwierając. Były zablokowane przez wyjącego z bólu strażnika.

    - No rusz się kupo gówna – szarpnęła mocniej.

    Charczący strażnik przewrócił się na bok, umożliwiając otwarcie drzwi. Oczekująca na śmierć przez powieszenie zbrodniarka, szybkimi krokami minęła rozwartą stalową bramę.

 

***

   

(...) W czasie akcji w św. Michale nikt z przechodniów, włącznie z oficerami wojska, w żaden sposób nie zareagował, widząc ludzi wybiegających z więzienia. W ten sposób w biały dzień, w centrum miasta pełnego milicji, sił bezpieczeństwa i wojska uwolniono bez jednego strzału 64 osoby. 

Była to jedna z najbardziej brawurowych akcji żołnierzy majora "Ognia". 

 

 

Rozdział 16  Po ucieczce ze Św. Michała  

 

 

    Siedzący przy stoliku z Jurkiem Sprytnym Walec spojrzał przez okno i poderwał się z krzesła.

    - Jakiś wypadek? Czy co?

    W kierunku ulicy obrócił się na krześle także Jurek Sprytny. Przez Plac Inwalidów biegło dwóch mężczyzn. Jeden z nich podążał do Urzędu Bezpieczeństwa, drugi wpadł do restauracji.

    - Ludzie! – krzyknął. – Spadochroniarze od Andersa opanowali Wawel! Kraków będzie wolny od ruskiej swołoczy! Rozbili więzienie Świętego Michała. Aresztantów wypuszczają na wolność!

    Jurkowi Sprytnemu pociemniało w oczach.

    - To niemożliwe – przeraził się.

    - Mamy znowu działania wojenne? – z głupawym wyrazem twarzy zapytał kolega ze szkoły złodziejskiej.

    - Nie może być, to jakiś absurd – podniósł się z krzesła Sprytny.

    Przypomniał sobie jednak żołnierza ze schmeiserem spod więzienia – prawdopodobnie akowca – teraz nabrał pewności, pogłoska o uwolnieniu więźniów musi być prawdziwa.

    „To jestem po szyję w gównie – dostałem zadanie, aby temu przeciwdziałać. Co robić”? – odsunął krzesło i ruszył w stronę bufetu.

    Rozrzedził się tłumek pijaków blokujących dojście do baru. Zaciekawieni sensacyjną nowiną konsumenci otoczyli przybysza i wypytywali o szczegóły szokującej wszystkich wiadomości.

    Jurek zajął miejsce przy barowej ladzie.

    - Wierzysz pan temu krzykaczowi? – zwrócił się do chudego barmana.

    - To za piękne, żeby było prawdziwe, ale coś chyba jest na rzeczy.

    - Polej pan setę – nakazał Sprytny.

    Podnosząc kieliszek, zza zasłaniającego go mężczyzny zobaczył kelnera, którego przed chwilą uderzył. Wyłonił się z drugiej strony bufetu i do ust podniósł jeden z dwóch trzymanych kufli, wypił parę łyków, następnie wlał w gardło podobną ilość z drugiego kufla, po czym splunął do jednego z niesionych piw.

    - Kurwa, zajebię chuja, pluje do mojego piwa – bąknął Jurek pod nosem.

    Jednym dużym łykiem opróżnił literatkę z wódką i po chwili mocowania się z oddechem jego spojrzenie przyciągnął widok za oknem knajpy. W stronę Rynku maszerowała grupa uzbrojonych w automaty ubowców, byli w cywilnych ubraniach. Nie miał już wątpliwości: informacja o wojskowej akcji sił antykomunistycznych musiała być prawdziwa.

    Muszę się ratować.

    Pomysł jak tłumaczyć się przed majorem Szlachcicem, przyszedł mu do głowy na widok łyżki do zupy leżącej koło talerza przy opuszczonym stoliku. Podniósł łyżkę i dyskretnie schował do kieszeni marynarki. Nie było czasu na karanie kelnera za plucie do piwa. Zamiast do stolika ze znajomym złodziejem skierował się do ubikacji. Postanowił zastosować znany sobie trick, którego użył parę razy w więzieniu chcąc uniknąć przymusowej pracy. Należało uderzać w wierzchnią część dłoni zaokrąglonym spodem łyżki, to bolało, lecz ból był do zniesienia. Po ponad stu uderzeniach na ręce wyrastała opuchlizna wydająca się wskazywać na złamanie lub ciężką kontuzję dłoni.

    Teraz podobnego typu obrzęk Jurek zdecydował się nabić sobie pod okiem. Zamknął się w kabinie ubikacji i już pierwsze plaśnięciia w kość policzkową okazały się znacznie bardziej bolesne od tych kiedyś znoszonych na dłoni. Był jednak zdeterminowany, częściowo znieczulał wypity alkohol. Mimo bólu kontynuował nabijanie sobie guza. Nie przestawał  uderzać, gdy wchodzili konsumenci oddawać mocz. Jeden z nich zaczął szarpać drzwi kabiny.

    - Mam rozwolnienie, wyłaź i przestań chuju bić konia! – krzyknął niecierpliwie.

    - To biegnij srać gdzieś w krzaki – odszczeknął Jurek i cierpiąc z bólu klepał się łyżką dalej.

***

 

   Prawie rok przed akcją rozbicia więzienia Św. Michała, los zetknął Amelię z  bezczelnym oszustem, hulaką i nicponiem, ostatnio handlarzem  złotem i dewizami, Toniem Pobrzeszynem Wereszczeckim. Przed laty, kiedy uwiódł jej starszą siostrę i zamierzał się jej oświadczyć, rezolutna matka połamała  kij od szczotki na jego plecach, przeganiając precz nieodpowiedniego kandydata na męża. Jednak ponad rok temu, po zajęciu Krakowa przez Sowietów, siwiejący już na skroniach rozpustnik, spotkał Amelię na Plantach i złożył jej zaskakującą propozycję.

    - Jak wiesz, bywałem w waszym dużym mieszkaniu na Batorego. Muszę przechować trochę perskich dywanów, arrasów i złota, też parę antyków. A ciebie, ponętna wdówko, pamiętam jako wesołą dziewuszkę. Chyba nie pogardzisz szybkim i lekkim zarobkiem?

    - No to jak mogłabym szybko zarobić? – zaciekawiła się wówczas Amelia.

   - Chciałbym coś w waszym mieszkaniu ukryć. Będę ci płacił dwa dolary dziennie – spojrzał wnikliwie na siostrę Róży. – Chętnie jeszcze coś dołożę – zaproponował widząc wahanie ciągle ponętnej siostry dawnej narzeczonej.

     Wpatrzył się lubieżnie w odsłonięte dekoltem piersi Amelii  i dodał.

    - Chętnie ci dopłacę, najwyżej zrewanżujesz mi  się w naturze – uwodzicielsko się uśmiechnął, wykonując szelmowskie mrugnięcie okiem. Obsypię cię srebrem i złotem. Przecież pamiętasz, że pieniędzy nie traktowałem nigdy jako cel sam w sobie.

    - Oj, jak możesz. To brzmi jak oferta składana prostytutce – z udawanym oburzeniem odpowiedziała Amelia, po czym zalotnie się uśmiechnęła.

 

    Spotykająca się z inżynierem Szwabowiczem Amelia skłamała matkę, że dywany, arrasy oraz kasetka z biżuterią i złotymi dwudziestodolarówkami są własnością kurii biskupiej, która chce ukryć majątek przed ubecją. W rzeczywistości było to mienie zagrabione usiłującym ratować się przed zagładą Żydom. Teraz beneficjent Holokaustu, podejrzany o szmalcownictwo[4], pragnął te kosztowności ukryć.

    Początkowo matka Amelii była przerażona, gdy dwaj osobnicy o wyglądzie zbirów, wczesnym rankiem zaczęli dobijać się do drzwi mieszkania. Jednak gdy już pownosili do jej salonu kilkanaście zrolowanych drogich dywanów i układając je warstwami podnieśli poziom podłogi, jej lęk zaczął mieszać się z zachwytem. Oniemiała na widok arrasów, którymi pogrubili ścianę, przykrywając je największym, z widokiem świętego Krzysztofa zabijającego trójzębną dzidą wijącego się pod nogami potwora.  Podekscytowana właścicielka mieszkania już nie potrafiła ukryć zadowolenia, jej salon przypominał pomieszczenie rezydencji dalekiego krewnego feldmarszałka  Honwedów w armii austriackiej. Metalową kasetkę ze złotem Amelia schowała w bieliźniarce.

    Po raz pierwszy ze znanym krakowskim lubieżnikiem Amelia położyła się do łóżka w dniu zaręczyn z obecnym mężem. Zaczepił ją koło szatni w Hotelu Francuskim, gdzie w restauracji inżynier Szwabowicz urządził ceremonię uroczystego wręczenia jej grubego złotego pierścionka z rubinem. Klęknął wówczas przed przyszłą żoną wygłaszając tubalnym głosem na całą salę tekst oświadczyn, który przeczytał z uprzednio przygotowanej ściągawki.

    - Niniejszym ośmielam się prosić szanowaną hrabinę pochodzącą ze znakomitego rodu De Trojan Junoszów, oczywiście za pozwoleniem oto tutaj siedzącej pani starszej, jaśnie matki, stanowiącej filar znakomitego rodu – spojrzał wówczas pełnym pokory wzrokiem na przyszłą teściową – o rękę córki. Otóż ja skromny człowiek, który dzięki samozaparciu osiągnąłem tytuł inżynierski, obiecuję dołożyć  starań by zadośćuczynić życiowym zachciankom jaśnie hrabiance.

    Rozanielona dwoma kieliszkami wermutu Amelia przez chwilę miała ochotę parsknąć śmiechem. Jednak kiedy ujrzała zaręczynowy pierścionek – gruby od złota z krwistym rubinem – ochoczo wystawiła serdeczny palec, jakby miała ochotę wykłuć narzeczonemu paznokciem oko. Chwilę potem wyszła do toalety, a po jej opuszczeniu, wyrósł przed nią Tonio Pobrzeszyn Wereszczecki. Miał na sobie smokingową marynarkę, pachniał koniakiem i aromatem amerykańskich papierosów.

    - Jak dobrze Amelciu, że cię widzę! – prawie krzyknął. – Wspaniała okazja,  chodź ze mną natychmiast na górę, wynajmuję tu apartament. Ujrzysz olej słynnego Antonio Molinarii, wczesny barok – mówił w uniesieniu. – Wiesz co? Przyszło mi do głowy, że mogłabyś stać się jego właścicielką…

    - Teraz nie mam czasu, może kiedykolwiek indziej, chociaż nie wiem sama co powiedzieć… – Amelia niby to się wykręcała, a w rzeczywistości drżała podekscytowana widokiem znanego kobieciarza.

    - Zastrzegam – pełnym powagi tonem oświadczył Wereszczecki. – Jutro obraz już może być sprzedany. Przynajmniej ci radzę, rzuć nań okiem – to „Nimfy nad sadzawką”, słynna szkoła włoska.

    - Poczekaj – wyrzuciła z siebie szybko. – Muszę znaleźć jakiś pretekst, przed chwilą oświadczył mi się narzeczony – dodała z tajemniczym uśmieszkiem.

    Przed kilkunastoma sekundami, w chwili ujrzenia Wereszczeckiego, poczuła seksualne pożądanie. Czy sprawił to tembr męskiego głosu znienawidzonego przez matkę hulaki? Jego swoboda ruchów? Czy wdzięk w noszeniu doskonale skrojonej smokingowej marynarki? A może zapach dobrej wody kolońskiej pomieszany z wonią koniaku? Coś w tym mężczyźnie przypominało jej autora, jak dotąd najsilniejszego erotycznego przeżycia – uzbrojonego dowódcę bandy, który w trakcie napadu na dwór w Zakliczynie odbył z nią kilka zbliżeń zamknąwszy się z nią na klucz w pokoju, podczas gdy jego podwładni gwałcili pozostałe we dworze kobiety. Ponadto kilka godzin wcześniej miała za sobą pierwsze próby kontaktów intymnych z właśnie zaręczonym kandydatem na męża. Dwa zbliżenia cielesne trwały po kilka sekund. W ich trakcie narzeczony nienaturalnie głośno sapał, jakby go ktoś dusił, cały się spocił i dysząc w nos Amelii zapachem lekarstw, zamiast ją podniecić wywołał mdłości.

    Teraz, dawny obiekt miłości jej siostry, który na powitanie ujął jej dłoń i złożył na niej ciepłymi wargami długi pocałunek, pobudził jej serce do przyspieszonego bicia: „On musi być świetny w łóżku”.

    - Nie wypuszczę cię. Musisz obejrzeć to malarskie arcydzieło, a narzeczonemu powiedz, że zaczepił cię kardynał Sapiecha w towarzystwie  zakonnicy Bernadetty i musisz się na chwilę z nimi oddalić.

    Do sali restauracyjnej Amelia wpadła jak na skrzydłach.

    - Wybaczcie, mój przyszły mężu i szanowna rodzicielko – wyrzuciła z siebie, gdy znalazła się przy stoliku. – Przypomniałam sobie o ważnym telefonie - kłamała. - Do kurii biskupiej zadzwoniłam z automatu w holu, koło recepcji.

Domyślasz się w jakiej sprawie? – spojrzała  na matkę mrużąc groźnie oczy. – Niestety, muszę was opuścić na pół godzinki – oświadczyła kategorycznym tonem. – Albo może lepiej spotkajmy się już w domu? Rozmowa może potrwać chwilę dłużej.

    - Ależ dobrze najdroższa, skoro to takie pilne? – nie zaprotestował przyszły mąż.

    - Och, Amelio… W takiej chwili? – wzdrygnęła się z oburzeniem matka.

    Zapewne od razu wyczuła, że córka łże jak najęta. Chyba lęk, że oszustwo córki może zostać zdemaskowane i doprowadzić do zerwania zaręczyn, spowodował jej reakcję. Odwróconą w stronę narzeczonego kłamczuchę uszczypnęła z całych sił w pośladek. Córka ledwo się opanowała, by z bólu nie krzyknąć.

 

    Za to, aż nadto pofolgowała sobie wydając krzyki i piski w alkowie apartamentu wynajmowanego przez Tonia Wereszczeckiego. Nie panowała nad sobą doprowadzona do zenitu rozkoszy w czasie płciowego stosunku. Skrzypiało staroświeckie łoże z baldachimem, pamiętające wizytę Kajzera Franca Jozefa, jakby miało się zawalić. Stękał Tonio i rozlegały się inne bo metaliczne stęknięcia uginanych sprężyn. 

     - Co tam się dzieje? – ocknęło Amelię pytanie kogoś pukającego nerwowo do drzwi apartamentu. – Ktoś tu torturuje jakieś zwierzę? Proszę otworzyć drzwi. Zaraz zawołam milicję. Jestem z administracji hotelu.  

     - Odczep się ty idioto – krzyknął Wereszczecki, ocierając chusteczką z czoła pot i drugą dłonią zatykając usta wzdychającej jeszcze na głos Amelii.

     Kilka minut później, wychodząc z hotelowego apartamentu z zawiniętym w szary pakunkowy papier obrazem miała poważne wątpliwości. „Czy to możliwe, że namalowane poszarzałymi farbami płótno Nimfy nad sadzawką  jest oryginałem Moliniariego”?  Była jednak pewna, że „dzieło” oprawione w efektowną i wartościową złotą, po-żydowską ramę, będzie robiło duże wrażenie. Ponadto przypominając sobie o wrażeniach przeżytych z osobnikiem o opinii hulaki i oszusta, poczuła w kolanach słabość. Potknęła się i prawie wywróciła.   

 

***

 

    Plotka o lądowaniu polskich komandosów i ich zrzucie na wzgórze Wawelskie, rozprzestrzeniła się w Krakowie lotem błyskawicy. Ktoś krzyczał o rozbiciu więzienia Św. Michała. Jednymi z pierwszych, których zaszokowała ta informacja byli opuszczający mszę wierni z Kościoła Mariackiego. Wśród nich, pogłoskę o zrzucie spadochroniarzy generała Andersa dowiedziała się Amelia Scipio del Campo – secundo voto Szwabowicz, a także jej mąż inżynier. Był spocony po ponad godzinnej ceremonii niedzielnej sumy i prowadził pod rękę matkę Amelii. Zamiast poluzować krawat i zdjąć marynarkę, ciężko dysząc dotrzymywał towarzystwo starszej pani.

    Na widok biegnących, ubranych po cywilnemu ubowców z których jeden dzierżył erkaem, popularnie zwaną talerzówkę, a reszta uzbrojona była w maszynowe pistolety, uczestnicy mszy w Kościele Mariackim wpadli w przerażenie.

    - Amelciu, skarbie, gdzie ty się wybierasz? – zareagował zauważywszy, że żona rusza w stronę Bramy  Floriańskiej. – Nie  widzisz, że robi się niebezpiecznie? Ruszamy do domu. Nigdzie się nie oddalaj. Możesz zginąć od zabłąkanej kuli, a nawet przypadkowego rykoszetu – zwrócił się Szwabowicz do żony.

    - Na razie nie słyszałam żadnego wystrzału – powiedziała patrząc w lusterko puderniczki i nakładając na błyszczący nos wacikiem puder.

    - Tu zaraz może rozpętać się piekło – z niepokojem rozglądał się po rynku mąż Amelii i powiedział do trzymanej pod rękę teściowej. – Wyperswaduj jej mamo, żeby teraz, w chwili zagrożenia nie oddalała się do Kurii.

    - Przecież jestem umówiona i proszę pomóż mamie jak obiecałeś - upewniła się czy mąż wyniesie z piwnicy i poskręca, dostarczoną przez Wereszczeckiego, antyczną szafę ubraniową.

    - Ależ kochanienka, oczywiście, obiecałem, więc wiesz, że mam zwyczaj dotrzymywać słowa.

    - Jak ci mówiłam udaję się na spotkanie z przeorą Bernadettą – skłamała.

    „Boże, jaki on jest nudny i beznadziejny w łóżku, jak mogę sypiać z tym pantoflarzem”? – wzdrygnęła się z obrzydzeniem. „Jest antytezą mężczyzny”.

    Szła w stronę kawiarni Hotelu Francuskiego i dotarła do połowy ulicy Floriańskiej, gdy usłyszała kroki kogoś wychodzącego z bramy. Odwróciła się. Ujrzała podążającą za nią kobietę. Przesunęła się w prawo sądząc, że chce ona ją wyprzedzić, lecz w tym momencie poczuła wsuwającą się pod pachę rękę. Przylgnęła do niej dziwnie wyglądająca osoba. Patrzyła na nią błagalnie.

    - Niech jaśnie pani mnie nie odtrąca. Proszę mi pozwolić coś wyjaśnić – zwróciła się do Amelii.

    - Kim pani jest? Proszę mnie puścić – próbowała się oswobodzić spiesząc na schadzkę z Wereszczeckim.   

    - Wygląda pani na przedwojenną arystokratkę, zapewne osobę nie zbałamuconą komunistyczną propagandą – wpatrując się w oczy Amelii szybko mówiła Złota Ala, wysuwając rękę spod ramienia zaskoczonej kobiety. – Czy pani wie, co dzisiaj się wydarzyło w Krakowie?

    - Co nieco słyszałam – odpowiedziała zaczepiona, przyglądając się z niepokojem kobiecie o regularnych, wręcz ładnych rysach twarzy.

    - Jestem patriotką – żołnierką Armii Krajowej – uwolnioną dzisiaj z więzienia Świętego Michała przez brawurową akcję naszych partyzantów – mówiła ex oświęcimska kapo, patrząc w oczy kochance hulaki Wereszczeckiego. – Potrzebuję schronienia na kilka godzin, może jeden dzień – widząc przerażenie i przeczące ruchy głowy Amelii, Złota Ala dodała. – Zapłacę pani złotymi monetami, dwudziestorublówkami albo dukatami. Ponadto, w imię Boga, dokona pani patriotycznego czynu, którego ojczyzna pani nie zapomni…

 

[1] Twarz.

[2] Ukradłem frajerowi zegarek.

[3] Smakuje jakbym jadł rozgotowanego buta.

[4] Szmalcownik – szantażysta, pobierający od Żydów pieniądze i kosztowności w zamian za nie wydawanie ich władzom hitlerowskim.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 30.04.2018 10:06 · Czytań: 235 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 4
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 30.04.2018 18:21
Hej,

Jak zwykle przeczytałem z napięciem.
Tym razem mogłem zauważyć mniej błędów niż zwykle, bo jakiś jestem rozkojarzony. Do rzeczy:
Cytat:
Stu­ka­jąc rów­no­mier­nie w wierzch­nią część dłoni dru­giej ręki za­okrą­glo­ną czę­ścią łyżki, co bo­la­ło, lecz ból był do znie­sie­nia, po ponad stu ude­rze­niach na ręce wy­ra­sta­ła opu­chli­zna wy­da­ją­ca się wska­zy­wać na zła­ma­nie lub cięż­ką kon­tu­zję dłoni.

Przepisz to zdanie na nowo. A najlepiej rozbij na dwa i zapisz na nowo, zachowując jedynie sens.
Cytat:
z bi­żu­te­rią i zło­ty­mi dwu­dzie­sto do­la­rów­ka­mi są wła­sno­ścią kurii bi­sku­piej

dwudziestodolarówkami - razem.
Cytat:
Ame­lia przez chwi­lę miała ocho­tę prych­nąć śmie­chem. Jed­nak kiedy uj­rza­ła za­rę­czy­no­wy pier­ścio­nek – gruby od złota z krwi­stym ru­bi­nem – ocho­czo wy­sta­wi­ła ser­decz­ny palec, nie­mal jakby miała ocho­tę wy­kłuć na­rze­czo­ne­mu pa­znok­ciem oko.

Może "parsknąć" śmiechem, zamiast prychnąć? Po drugie połączyłeś słowa: niemal i jakby. To według mnie dość niefortunne połączenie. Pomyśl, aby to zmienić.
Cytat:
    - Wy­bacz­cie, mój przy­szły mężu i sza­now­na ro­dzi­ciel­ko – wy­rzu­ci­ła z sie­bie, gdy zna­la­zła się przy sto­li­ku. – Przy­po­mnia­łam sobie o waż­nym te­le­fo­nie. Do kurii bi­sku­piej za­dzwo­ni­łam z au­to­ma­tu w holu, koło re­cep­cji.
Do­my­ślasz się w ja­kiej spra­wie? – spoj­rza­ła  na matkę mru­żąc groź­nie oczy. – Nie­ste­ty, muszę was opu­ścić na pół go­dzin­ki – oświad­czy­ła ka­te­go­rycz­nym tonem. – Albo może le­piej spo­tkaj­my się już na Ba­to­re­go? Może roz­mo­wa po­trwać chwi­lę dłu­żej.

Coś nie tak z tymi dialogami, tak mi się wydaje. Spójrz na to.
Cytat:
Za­pła­cę pani zło­ty­mi mo­ne­ta­mi, dwu­dzie­sto ru­blów­ka­mi albo du­ka­ta­mi.

Znowu ten sam typ błędu - dwudziestorublówkami - powinno być razem.

To tyle, co dziś zdołałem zauważyć.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 01.05.2018 05:23
Jak zwykle, dziękuję Antosiu z całego serca. Oczywiście zauważone błędy naniosłem i jestem przekonany, że całość na tym zyskała.
Bardzo mnie cieszy, że masz cierpliwość pochylać się nad moimi długimi fragmentami.
Już jeden z czytelników i to życzliwie komentujący te opasłe rozdziały, odradzał mi zamieszczanie ich w PP.
Przyczyna? Są po prostu za długie.
Jednak dopuki Ty powieść udoskonalasz, będę ją tu publikował. Rezygnacja oznaczałaby dla mnie pogodzenie się z ułomną jej kontynuacją.

Jeszcze raz dzięki. Serdeczne pozdrówka, Kj
mike17 dnia 08.05.2018 17:30 Ocena: Świetne!
Widzę, Kaz, że Cię ponosi w pisaniu, a to wielce zacna cecha :)
Nie pozostawiasz czytacza obojętnym, trza wejść do tej rzeki słów, czy się chce, czy nie.
I chłonąć niebanalną treść.

Tekst jako żywo przypomina mi mistrza Hłaskę, choć on o wojnie nie pisał, ale w podobnym stylu i używając podobnych środków.
Ludzie ulicy i te klimaty, sam rozumiesz.
Sam napisałem parę kawałków a la Bukowski, również o ludziach z marginesu i widzę, że tu jest podobny klimacik :)
Podoba mi się, bo lubię takie korzenne opowieści.
Ktoś komuś dał w papę, ktoś z kimś łoił gorzałę - to się ceni.

Co muszę zauważyć, operujesz idealną polszczyzną, to wielki atut.
Nawet w stylizacji na slang to się czuje.
Również bluzgi mają swoje uzasadnienie.

Ostatnio kupiłem sobie książkę pani Szarek "Żołnierze wyklęci" i czytam ją z doskoku.
Jestem fanem II wojny światowej, ale i tego, co po niej.
Stad Twój tekst do mnie trafił bez bólu.

Z uwag zauważyłem brakujące przecinki, ale skupiałem się na akcji, a nie na punktowaniu interpunkcji.

Masz smykałkę, artysto, i to się czuje :)

Ahoy :)
Kazjuno dnia 08.05.2018 22:11
To nie mała satysfakcja czytać od Ciebie takie komplementy. Bardzo mnie pokrzepiłeś na duchu.
Sedecznie Ci dziękuję.
Ta historia, którą tu opisuję jest oparta na faktach. Pisząc o akcji rozbicia przez oddziały słynnego Ognia więzienia Św. Michała lansuję mniej znaną bohaterkę wyklętą Irenkę Odrzywołkówną. Była strażniczką w tym więzieniu i tam osadzeni Akowcy zaprzysięgli ją na żołnierkę AK. Wnosząc do więzienia broń, przyczyniła się do oswobodzenia wielu żołnierzy zbrojnej opozycji z NSZ i AK.
Jeśli nie znasz historii jej życia, przeczytaj parę poprzednich rozdziałów. Uważam, że była nie mniej dzielną żołnierką od słynnej Inki (Danuty Śledzikównej), której stawia się pomniki - i słusznie. Zginęła rozstrzelana przez żołnierzy KBW na podwórzu katowickiego aresztu i do dziś dnia nieznane jest miejsce jej pochówku. Wzruszyła mnie historia jej młodego życia, w związku z czym postanowiłem postawić jej literacki pomniczek. Było już co nieco o niej i będzie w następnych rozdziałach.
Także mnie, Majki, fascynuje historia 2 Wojny Światowej i powojenne losy Polski. Właśnie czasy bezpośrednio po wojnie były niezmiernie ważne w kształtowaniu się mentalności Polaków i pisząc tę awanturniczą powieść mam to ciągle w tyle głowy.
Będę niezmiernie rad, jeśli jeszcze kiedyś wpadniesz i poczytasz choćby po przerwach inne rozdziały.
Jeśli idzie o Twoją twórczość to dzisiaj zacząłem czytać "Cibkovsky to brzmi dumnie", później dokończę. Czytaniem twoich opowieści będę się od czasu do czasu nagradzał.

Dobrej nocy, wdzięczny Kaz

PS O wojnie, terrorze bezpieki, likwidacji Akowców i latach stalinowskich pisałem już dość obszernie w wydanej powieści "Kłamać, aby żyć".
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
21/10/2018 23:55
Zważywszy tytuł, i nagromadzenie myśli z przeróżnych źródeł,… »
Olowiany Zolnierzyk
21/10/2018 22:35
Przeczytałem. Dla mnie to nie jest opowiadanie, ale dziwny… »
Zola111
21/10/2018 22:17
Vanillivi, ech, z moimi recenzjami jest tak, że… »
Olowiany Zolnierzyk
21/10/2018 21:44
J też dziękuję: za komentarz i propozycję. »
allaska
21/10/2018 21:31
hehe, rozbawił mnie wiersz, Autor nikogo nie oszczędza z… »
Vanillivi
21/10/2018 18:55
Ciekawa, wnikliwa recenzja. Podoba mi się w niej to, że nie… »
Slavek
21/10/2018 15:04
Św. Jana Pawła II Za to Twoja recenzja zachęca do… »
JOLA S.
21/10/2018 09:07
OWSIANKO, miłe słowa, wielkie dzięki. Tekst zaciekawił,… »
allaska
21/10/2018 08:58
Rzeczywiście chyba pogranicze:) wiersza za mało, takie… »
allaska
21/10/2018 08:54
w diagnozie - w psychozie - taki rym się wkradł, może lepiej… »
allaska
21/10/2018 08:49
- kwintesencja całego wiersza mimo marazmu w pierwszej… »
Zingara
21/10/2018 03:34
Kochanie jak zawsze podziwiam Twoją twórczość. Wiersz jest… »
Florian Konrad
20/10/2018 23:27
dziękuję serdecznie »
Noescritura
20/10/2018 18:24
Moje klimaty, czyli natura i piękna poezja, wspaniałe… »
Noescritura
20/10/2018 18:17
Zastanawia mnie co to jest "tremo"...? Taki, ja… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 23:41
  • A teraz, kiedy już opadły emocje wyborcze, do piór, Drodzy, do piór! [link]
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 23:39
  • Allasko, a tę panią uwielbiam. :)
  • mike17
  • 21/10/2018 18:59
  • Mamy dwóch liderów wybiegających ponad peleton, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Za nim są dobiegający, którzy mogą w każdej chwili wskoczyć na ich pozycje, zatem dopóki piłka w grze...
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 15:58
  • Fatalna maniera w głosie, nie podoba mi się, Slavek.
  • Esy Floresy
  • 20/10/2018 13:12
  • Pogoda nam się zrobiła ponura, więc nieco pozytywnie zakręconą nutkę Wam posyłam. Energetycznej soboty! [link]
  • mike17
  • 20/10/2018 11:39
  • W środę kończy się głosowanie w MUZO WENACH 6, więc macie jeszcze trochę czasu, by oddać swoje cenne głosy : [link]
  • allaska
  • 19/10/2018 19:58
  • Dobry wieczór. Mam wielką prośbę do Redakcji poezji. Czy można prosić o dodanie przed tytułem mego tekstu słowa luźne, luźne refleksje. Będę niezmiernie wdzięczna. Pozdrawiam :)
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas