wojna nie ma w sobie nic z kobiety - stawitzky
Proza » Inne » wojna nie ma w sobie nic z kobiety
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

        – Pojara! – krzyczy Saski.

        Zdążyłem jedynie wyciągnąć szluga z paczki. Zapalam, biorę kilka buchów i podaję mu do ręki.

        – Daj jeszcze Ahmedowi.

        Saski bierze trzy i podaje dalej. Ahmed bierze trzy i pet wraca do mnie. Biorę trzy machy, i ślę go z powrotem do Saskiego.

        – Masz na jakiś bidon? – pyta Ahmed.

        – Ja pusty.

        Saski zagląda do kieszeni. Liczy to, co z niej wyjął.

        – Tu są dwie butelki – wskazuje na murek pod klatką. – Czyli mamy na czteropak.

         Saski zawsze ma na czteropak. Nawet jak nie ma. Ahmed też, ale nie zawsze pije, a jak pije, to przeważnie nie ma, bo już wypił.

        Saski zabiera kule ortopedyczne spod murka, co oznacza, że idziemy do żabki.

        – W końcu żeś się uruchomił. – mówi do Ahmeda.

        Ahmed kiwa głową na tak, albo na nie, albo na tak i na nie jednocześnie.

        –  Ty, no ile można?

        Ahmed pije cyklami. Dużo i długo, albo w ogóle i też długo. Jego dni dzielą się na pijące i nie pijące. Jeśli nie pije, nie bajerzy, w ogóle nikt nie wie gdzie wtedy jest. Jeśli pije, jest z nami.

        – Ty, kurwa, Kwadratowy – krzyczy Ahmed do wlekącego się za nami Saskiego – napierdalaj tymi kulami, jakbym tyle co ty chodził z dwiema nogami w zapasie to bym zapierdalał jak Indian.

        Saski ma śruby w nodze. Najebany skakał przez płot na szkole, ale zapomniał wybić się od nóg, wybił jedynie tułów a noga została w szparze między przęsłami. Grawitacja, czy coś. Jego ciężar zmiażdżył mu nogę, blokada w płocie dodatkowo ją wykręciła. A ksywa Kwadratowy wzięła się od wielkości jego łba. W ogóle Saski jest człowiekiem miliona ksyw – jak go czasem nazywamy. Saski, Sas, Wiewiór, Dziąsło, Łeb, Kwadratowy, Kwadrado, Odyniec, to wszystko on sam jeden – Saski Sas.

        – Zaraz kurwa sam pójdziesz. – odpowiada cały spocony.

        Śmiejemy się z niego, jeszcze bardziej go to wkurwia, ale po chwili, gdy do nas dochodzi, staje się łagodny, i wyciąga z kieszeni drobne na czteropak. Wchodzę do środka z Ahmedem, Sas czeka na zewnątrz.

        Wrzucam dwie butelki do kisty.

        – Szefowa! – wołam kasjerkę. – Tutaj dwie buteleczki na wymianę będą.

        Szefowa kiwa głową na tak, albo na nie, albo na to i na to. Ahmed bierze z lodówki żuberka, a ja staję w kolejce.

        – Szefowa, wyliczone. – kładzie na ladzie pieniądze, pomijając ludzi. Wychodzimy.

        Sas się uśmiecha. 

        – Co kurwa rżysz? Bidon cię rozśmiesza? Widok czteropaku sprawia, że ci się jebią styki?

        – Ta, ta, ta, kurwa, trzeba się napić.

        Saski, gdy ma wlane, powtarza pierwsze słowo. Albo pierwszą literę słowa. Ogólnie ma coś pojebane z aparatem mowy, nie idzie mu uzewnętrznianie. Gdybym pił z nim po raz pierwszy, posądziłbym go o rozmyślanie nad sensem istnienia, o rozgryzanie dwoistości, jąkanie jako dowód próby wyrywania się innym światom, znając go jednak dłużej, wiadomo, że ma coś nie tak z ekspresją. Mówi odwrotnie do sensu słów, jakby rozmawiał z tobą od tyłu, o tym, co wydarzyło się wkrótce. Skomplikowane nieco, na pierwszy i któryś tam raz. Później już bez znaczenia.

        Idziemy na alejkę. Sprawdzona miejscówa pomiędzy szkołą a przedszkolem, skąd widać dwie ulice – po prawej i lewej, którymi mogą wjechać psy. Nim jednak do nas dotrą, zdążymy skitrać browar.

        Niektóre historie związane z alejką stały się kultowe. Co jakiś czas, gdy nic się nie dzieję, przypominamy sobie ulubione skrawki dni poprzednich, w zasadzie coraz częściej przywołujemy przeminięte. Trochę nam się płyta zdarła, ale większość ma to w kutasie, dobrze się pośmiać do piwa, nikomu nie przeszkadza, że śmialiśmy się z tego wczoraj. Gdy zdaję sobie sprawę, że historia jest przeruchana od góry do dołu, przypominam sobie opowieść ojca, który w wojsku, noc w noc, opowiadał jeden i ten sam kawał, w zasadzie jedyny, który znał, a cała reszta kompanii śmiała się jakby słyszała go po raz pierwszy. W bajerze ważna jest ekspresja, umiejętność przekazywania tej samej historii w sposób odmienny, gestykulacja. Tutaj Ahmed jest zdecydowanie górą. Saskiemu, jak mówiłem wcześniej, nie idzie za dobrze. Ja raczej jestem neutralny. Mówię, albo nie, coś palnę, albo i nie, czasem powtórzę, podgrzeję jakąś opowieść, albo nie. Różnie. Dziś Ahmed opowiada o Tomkersie i Buce. Jak siedzieli nagrzybieni na alejce i wjechali kryminalni.

        – Ty, czaisz, siedzimy normalnie, kolorki nam wchodzą, zaczynamy puchnąć, brzuch nam wydyma i skurwiamy, a tu nagle światła, znikąd, kurwa z krzaków wybiegli jak komandosi, na linach z nieba nas przyjebali, a na ławce pojar. Święcą latarkami po gałach, wiadomo, dowodzik, dokumenty, i co robi Tomkers… rozmawia z psem i powoli, dupą zsuwa ten pojar między szczelinę w ławce. Podnosimy się, wyciągamy wszystko z kieszeni, ten pies świeci latarką po ławce i nie ma, patrzę na Bukę, potem na Tomkersa, a ten ryje, czarodziej pierdolony. Czaisz? Dupą zsunął pojar na ziemie. Buka wyciąga wszystko z kieszeni na ławkę i nic. Ja wyciągam, ty, i zapomniałem że mam lolka w kieszeni, i ten lolek wypada wprost pod nogi tego wąsa. O, a co to? Podnosi wącha, i mówi, no to panowie zapraszam z nami. My że nie, żeby to pierdolił, i skurwiamy zagrzybieni, wiesz jak. Od kogo to macie, pyta. Szybka kalkulacja w głowie i mu mówię, od Cześka. Jakiego Cześka? Z osiedla N, i ten wąs dopierdala pytaniem, a Czesiek ma psa? Patrzymy na siebie z Tomkersem, no ma. Jakiego, pyta ten wąs, odpowiadam boksera, a w tym samym momencie Tomkers mówi owczarka niemieckiego. No i chuj, po zabawie.

        – Zawijają nas do suki, a Tomkers na odchodne, boże, co za różnica, pies to pies.

 

         Pośmialiśmy się. Chwila przerwy. Robię łyka, popiół strzepuję na ziemie. Siadam na ławce obok Sasa, Ahmed stoi przed nami. 

        – Ju ju ju jutro zbiórka dla Buki, rakietę robimy. – rzuca Sas.

        I przypomina o wszystkim.

        – Ja nie mam. – odpowiadam.

        Ahmed się nie odzywa.

        – Po po po dwie paki żeby miał na machorkę i dzwonienie.

        – Ja nie mam.

        Ahmed nic nie mówi.

        Sas wyciąga telefon i obdzwania resztę ekipy.

        – Słyszałeś jak Bukę powineli? – pytam Ahmeda, i nie czekając na odpowiedź, odpowiadam chyba sam sobie. – Normalnie, szedł najebany pod Azetem, suka podjechała, pan idzie z nami i tyle go widzieli. Z Tomkersem był, dojebali go za to włamanie z Filetem i grzywny, których nie odrobił. Pewnie będzie miał ulonga.

        Ahmed dalej nic nie mówi. Wygląda jakby został w opowieści. Trudno powiedzieć o nostalgii, trudno powiedzieć o czymkolwiek gdy ziomki idą gibać na dłużej.

        Telefon dzwoni. Mój. Sala.

        Pyta czy przyjdę.

*

Męczę się z kluczem. W prawo tak samo jak w lewo. Pusto. Drzwi dalej zamknięte, a zamek kręci się w kółko. Obracam się i zaczynam schodzić po schodach. Ciekawe czy rozpoznaje moje kroki? Czy rozpoznaje kroki innych? Jestem na półpiętrze, słychać szczęk kluczy, po sekundzie drzwi się otwierają. Sala. Stoi, czeka.

        – Nie otworzysz z tej strony, gdy ja z tamtej mam klucz włożony.

        Wchodzę z powrotem. Odbiera ode mnie plecak i pyta, czy jestem głodny. Nic nie odpowiadam. Idę prosto do pokoju nie ściągając butów.

        – Napijesz się czegoś?

        Biorę łyka z flaszki ze stołu. Płacz. Dziecko płacze w sypialni. Patrzę na Salę, a ona patrzy na mnie. Podchodzę do drzwi, zamykam.

        Wyciągam hajs z kieszeni. Odliczam kilka stówek i kładę na stole

        – Zdrowa jest? – pytam przeliczając szmal, który mi został.

        – Trochę kaszle ostatnio, ale zdrowa, wszystko w porządku.

        Odliczam jeszcze dwa byki i dokładam do tych na stole.

        – Kup jej jakieś leki i ubrania.

        Sobie też coś kup. Nie mówię tego na głos.

        Siadam w fotelu a Sala klęka przede mną. Biorę pilot do ręki, a ona wyciąga mojego ptaka, trochę grzebiąc się z rozporkiem.

        – Zostaw – mówię. – Idź do niej.

        Sala wstaje i idzie.

        – Czekaj, wróć tutaj.

        Zawraca w drzwiach.

        Siada mi na kolanach. Dopiero teraz na nią patrzę. Zaglądam.

        – Kiedy był ostatnio?

        – Był, przychodzi – odpowiada Sala – często, dzwoni czasem.

        Głaszczę ją po głowie. Mimowolnie zgina się w karku i przymyka oczy. Sprawia jej to przyjemność. To. Nie głaskanie. Zastanawiam się, kiedy ostatnio czuła się jak kobieta.

        Podnoszę się z fotela, Sala odskakuje kilka kroków.

        – Idę się odlać, spokojnie.

        W lustrze twarz. Moja. Jeszcze. Na całej szerokości białe kropki z pasty do zębów. Moczę papier i przecieram na mokro, później na sucho. Przeglądam się jeszcze raz w czystym, a ten w lustrze dalej jest mną.

        Sala jest w sypialni. Siadam ponownie w fotelu. Gdy wraca, wskakuje mi na kolana. Łapię ją za włosy i ściągam na dół. Tym razem radzi sobie z rozporkiem. Moja miedziana rurka wysunęła się z brzucha do granic. Mam jeden z tych wzwodów, przy których to Ziemia kręci się wokół mojej główki. Przyciągam ją do krocza dłońmi, staram się skorzystać z tak potężnego ujścia krwi. Odchyla się ledwo łapiąc oddech, nitka śliny łączy ją z moim ptakiem. Nie dając uspokoić tętna ponownie przyciskam do krocza jej twarz, tym razem z całej siły, a ta, nie mogąc nic zrobić, zaczyna się dławić. Wyrywa się z moich rąk, kaszle, po chwili wyciera ślinę z twarzy. Oczy jej łzawią, makijaż spływa po policzku. Patrzy na mnie i się uśmiecha. Podnoszę się. Podnoszę też Salę, i rzucam na łóżko. Ustawiam jej głowę tak, aby zwisała w dół. Wkładam go prosto w usta, a dłonie lądują na piersiach. Wkładam i wyciągam, na początku powoli, po chwili mocniej, i szybko, i coraz szybciej. Doskonale pierdolić się twarzą. Jeszcze lepiej jak z martwą żoną, podczas jej wiecznego snu.

        Kończę w środku.

        Przykładam dłoń do jej twarzy i rozcieram ślinę, która zalała jej odbicie. W połączeniu z makijażem tworzą czarną, wielką maź, nie ma w jej rysach nic z kobiety, jej zarys zanikł, jakby nagły błysk zmył z jej duszy kontur. Doskonale jest upokarzać. Wycieram chuja w ręcznik i jeszcze raz patrzę na Salę, która nie za bardzo wie co zrobić z kleistą twarzą. Tym samym ręcznikiem wycieram jej policzki. Spod tego wszystkiego wynurza się uśmiech. Podnosi się z łóżka i łapię mnie za zwisającego. Bawi się nim przez chwilę jak gumową pałką.

        – Ale jest mały – mówi, nie potrafiąc powstrzymać się od śmiechu.

        – Uszło z niego życie.

        – Wydawał się większy.

        Nie mam ochoty na nauczanie seksualne. Na tłumaczenie rozmiaru. Chowam siusiaka do bokserek, a Salę łapię za gardło i spluwam w pysk. Znowu się uśmiecha. Gardzi mną. zaciska zęby i zaczyna syczeć. Puszczam ją w końcu, a ta rzuca się na mnie z pięściami. Obejmuję ją w taki sposób, aby nie mogła nic zrobić.

        – Będę leciał.

        – Wiem – odpowiada. – Wpadniesz jutro?

        – Pewnie.

        Biorę łyka z flaszki i idę. Łapie mnie w przedpokoju i wsuwa coś do kieszeni.

        Drzwi się za mną zamykają. Wyjmuję z kieszeni samarkę. Dzięki Sala! Rozchylam jej wnętrze, ślinię palec i wkładam do woreczka. To, co się przylepiło wcieram w dziąsła, które od razu drętwieją. Wychodzę z klatki i mogę iść w prawo, i w lewo. Tak też robię, rozchodzę się w dwóch kierunkach jednocześnie.

** 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
stawitzky · dnia 03.05.2018 19:23 · Czytań: 120 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 2
Komentarze
Kazjuno dnia 04.05.2018 10:36
Mocno napisane.
A ja już myślałem, że swoim tekstem przykładam łapę do demorlizowania czytelników wulgaryzmami i pornografią.
I co widzę? Moje wypociny to pikuś w stosunku do tekstu Stawickiego.
Ty Autorze, to naprawdę się nie pierdolisz, a walisz jakbyś pociągał linkę z armaty Paris Gschuetz. (To takie ogrome niemieckie działo kolejowe, które w latach Wielkiej Wojny ostrzeliwało ze 130 km Paryż - wielu myliło je z potężnym moździerzem Gruba Berta - Berta strzelała najdalej na 10 kilometrów).

Więc nie dziw się, że opowiadanie "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" wywarło na mnie mocne wrażenie.
Nawet na swój sposób mnie oczarowało, że tak rzeknę.

Cóż pozdrawiam Cię Stawitzki! Takiego drgiego to ze świecą szukać!

PS Chyba od Ciebie zacznę się uczyć pisać naprawdę z wykopem...
Krzysztof Konrad dnia 08.05.2018 14:49 Ocena: Świetne!
"Saski zawsze ma na czteropak. Nawet jak nie ma. Ahmed też, ale nie zawsze pije, a jak pije, to przeważnie nie ma, bo już wypił." już tu pizglem śmiechem, a takich momentów jest tu na peczki. Prawie nigdy cię nie czytałem, a tytuł mnie zaintrygowal. Taka marginalna społeczność, a urocza, no przecież nikomu nie robią krzywdy. Radzą sobie, jak mogą. Ale masz poczucie humoru i tu, trzeba przyznać, to się doskonale komponuje. Bez humoru tekst lezalby, a clue nie byłoby takie dobre. Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
25/05/2018 01:48
Nie bardzo czuję, o czym mówi podmiot liryczny. Niemniej,… »
allaska
24/05/2018 22:19
Się zalogowałam specjalnie, by koment napisać :) Bardzo… »
Zola111
24/05/2018 22:17
Pięknie przełożyłaś piękny wiersz, Lilu. Cwietajewa się… »
Returjusz
24/05/2018 21:11
Dziękuję za tę opinię. Które konkretnie miejsca, Pana… »
robert_augustyn
24/05/2018 19:18
Nie brzmisz moim zdaniem mentorsko, naturalnie raczej. Za… »
Silvus
24/05/2018 19:06
Mnie się to zdanie wydaje wyrwane z kontekstu.… »
Decand
24/05/2018 17:21
Coś gdzieś siadło i zjadło, trochę mnie to irytuje takie… »
pociengiel
24/05/2018 15:03
Dzięki za ślad. »
sheCat
24/05/2018 14:33
Niektóre brzmienia nachodzą - najbardziej myślenia/komputera… »
Abi-syn
24/05/2018 12:01
Witajcie Dziewczyny, witajcie Czytelnicy: U mnie jak… »
Darcon
24/05/2018 11:28
Takie drobiazgi w pierwszym akapicie, podkreślone… »
Jaga
23/05/2018 23:48
... tytuł przyciąga;) Od czegoś trzeba zacząć.… »
AntoniGrycuk
23/05/2018 23:46
Jago, Podobnie jak Ty, też wolę smutne rzeczy i chyba z… »
AntoniGrycuk
23/05/2018 23:41
Jago, Bardzo dziękuję za czytanie i opinię. I cieszy… »
Jaga
23/05/2018 23:29
Hej:) Tekst nie jest śmieszny za to trzyma w napięciu i… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 25/05/2018 00:10
  • Zapraszam do głosowania w Zaśrodkowaniu. Krzysztofie Konradzie - Ciebie także :)
  • mike17
  • 24/05/2018 18:48
  • Skoro Agniecha zachwala konkurs jako wielokrotna organizatorka, to jak dla mnie więcej nie trzeba.
  • Zachary Ann
  • 24/05/2018 15:03
  • Może po prostu podoba mu się inicjatywa. Don't know.
  • Krzysztof Konrad
  • 24/05/2018 14:43
  • Przez to odnosi się wrażenie, że nie pisze tu nikt poza przypominajkami. Przecież każdy widzi, że jest zaśrodkowanie. Po co o tym spamować?
  • Krzysztof Konrad
  • 24/05/2018 14:42
  • Mam takie pytanie. A już trochę tu jestem. Teraz mamy idealną sytuację. Akacjowa zachęca do inicjatywy w zaśrodkowaniu. Po co więc Gramofon pisze to samo?
  • Gramofon
  • 23/05/2018 13:20
  • Halo?! Halo?! Czy oddałeś/aś już swój głos na wiersze w zaśrodkowaniu? Nie, to nie odkładaj tego na ostatni moment tylko zrób to teraz ;)
  • mike17
  • 21/05/2018 21:11
  • Aga, gorrrrąco pozdrawiam :)
  • akacjowa agnes
  • 21/05/2018 20:44
  • Głosujcie w Zaśrodkowaniu#28. Nawet ja już to zrobiłam ;) Pozdrawiam
  • Gramofon
  • 21/05/2018 11:19
  • Dzień dobry!
Ostatnio widziani
Gości online:10
Najnowszy:Remkees5q
Wspierają nas