Gnębiciele i Krzywdzeni Rozdziały 19 i 20 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni Rozdziały 19 i 20
A A A
Od autora: Trochę tu będzie erotyzmu, mam nadzieję, że nie potraktowanego przez Czytelników jako pornografia.
Ale powiedzmy, że wysiliłem się by rozbawić Was swoim kawaleryjskim poczuciem humoru. Choć wiem, że nie każdemu
taki odpowiada.
Życzę więc, odprężającego tym razem, czytadła.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Rozdział 19  Trzeba się ratować

 

    Irena Odrzywołek  jadąc zdezolowanym autobusem, którego docelowym przystankiem był Sosnowiec, wiedziała, że nie może wysiąść  w rodzinnej Byczynie. Nazajutrz będzie jako jedna z  pierwszych poszukiwana przez Urząd Bezpieczeństwa, a miejscem gdzie będą wypytywały o nią patrole milicji, będzie dom jej rodziców. Zachodziło już słońce, gdy znalazła się na skraju górniczej osady Niwka w pobliżu Sosnowca. Zmęczona podróżą i dźwiganiem ciężkiej torby oparła się o furtkę prowadzącą do willi zamieszkiwanej przez żonę oficera AK, który stał się jej bardzo bliski w więzieniu. Ganek obrośniętego bluszczem domu porucznika Pronobisa – Ikara – obwieszony był skrzynkami kwiatów. Naprzeciw, zaciekawiony przybyłą, wybiegł  wyżeł. Irena uskoczyła do tyłu,  niepewna intencji psa usiłującego ją obwąchać. Bała się wejść do ogrodu. Pies wskoczył przednimi łapami na furtkę, wyciągnął nos w stronę Ireny i piskliwie szczeknął.

    - Proszę się nie bać, on chce, żeby pani go pogłaskała – odezwała  się starsza od niej o kilka lat kobieta.

    - Pani jest żoną Bolesława Pronobisa?

    -Tak, a o co chodzi?

    - Mam tu dla pani list od męża.

    Kobieta  podbiegła do furtki i po złapaniu wyżła za obrożę wykonała zapraszający gest.

    - Aksel, bądź grzeczny – przytrzymała mocniej psa wyraźnie zainteresowanego przybyłą.

    - Pani mężowi grozi wyrok śmierci, jestem strażniczką więzienia Św. Michała, a właściwie to byłam nią do dzisiaj – Irena rozglądnęła się niespokojnie i ściszyła głos. – Pomogłam jemu i innym uwięzionym żołnierzom A K przygotować rozbicie więzienia oraz ucieczkę. Prawdopodobnie jutro pani mąż będzie na wolności.

    - Proszę do środka. Tutaj nie rozmawiajmy – odezwała się gospodyni z wystraszoną miną.

    Wychyliła się z furtki i rozglądnęła z niepokojem po ulicy. 

    - Nikomu dziś nie można wierzyć – bąknęła do siebie.

    Kiedy znalazły się w salonie, gospodyni, przyglądająca się badawczo przybyłej,  zaproponowała herbatę.

    - Proszę teraz opowiadać. To co pani mówi jest nieprawdopodobne – rzekła drżącym z przejęcia głosem.

    - Nie bardzo wiem od czego zacząć. W te ostatnie dni tyle się działo. Proszę może przeczytać list – Irena podniosła bluzkę i sięgając pod pasek spódnicy wyjęła złożoną kartkę.

    Gospodyni wbiła wzrok w pismo i po chwili przerwała czytanie.

    - Pani jest młoda i bardzo ładna – wyrzuciła z siebie. – Przepraszam gotuje się woda, za chwilę będę z powrotem – oddaliła się do kuchni.

    Irena rozglądała się  po ścianach salonu, zatrzymując wzrok na kilku wykonanych olejem pejzażach. Mimo starej już tapety, antyczne rzeźbione biurko i obrazy wskazywały na dom należący do ludzi z wyższych sfer. Od kilku miesięcy nie widziane wnętrze domu jej rodziców było inne, typowe dla robotniczych rodzin. Jakże prostacko prezentowały się zdobiące kuchnię i sypialnię ściereczki z wyszywanymi rysuneczkami i napisami. Zawstydziła się przed sobą na wspomnienie wyszytej przez matkę makatki z tandetnym wizerunkiem górnika o lalkowatej twarzy w galowym mundurze i uśmiechniętej kobiety z różą we włosach podającej mu talerz z serpentynką unoszącej się nad nim pary i sentencją: „Jak żona gotuje, to mężowi smakuje”. Wyobraziła sobie jak byłaby speszona, gdyby żona Pronobisa ujrzała wiszącą w jej kuchni ściereczkę z erotycznym podtekstem: „ Dobrej gospodyni ciasto w rękach rośnie”. Taki napis widniał pod wyszytym zezowatym górnikiem, któremu poniżej brzucha wyrosło coś na kształt jednomasztowego namiotu, wpatrującego się w żonę z malinową nitką wyszytymi usteczkami, wyrabiającą ciasto w kształcie przypominającym męskiego członka.

    Do bawialni weszła Pronobisowa niosąc na tacy filiżanki, dzbanek i srebrną cukiernicę.

    - W tej sytuacji, dzisiaj mamy ostatnią możliwość przenocowania w tym domu – powiedziała. – Jutro będziemy dla ubeków łowną zwierzyną.

    Irena poczuła się niedobrze. Odniosła wrażenie jakby ustawiająca przed nią filiżankę właścicielka domu była na nią wściekła.

    - Czy pani jest zakochana w moim mężu? – usłyszała zaskakujące pytanie.

    Poczuła gorąco i wiedziała, że oblewa ją rumieniec.

    - Więc jednak tak – zabrzmiał jak zza ściany głos Pronobisowej.

    - Zapewniam panią, że nic między mną a pani mężem nie było.

    - Nawet pocałunków? Przecież wiem jaki z niego uwodziciel. Żadna mu się nie oparła.

    - Widocznie pani mąż nie miał ochoty mnie uwodzić – skomentowała słowa gospodyni dalej zarumieniona Irena.

    - Pani reakcja dobitnie zdradza, że jego wypróbowane uwodzicielskie tricki trafiły na podatny grunt.

    - On był uprzejmy, lecz wobec mnie obojętny.

    - Proszę się nie przejmować i tak dzięki znajomości z panią zaistniała teoretyczna szansa, że może wydostać się na wolność, zresztą nie jest pani pierwszą ze złamanym przez niego sercem.

    - Nie wierzy pani w powodzenie akcji rozbicia od wewnątrz więzienia? – z nieufnym wyrazem twarzy odezwała się  Odżywołkówna.

    - Czy pani się nie domyśla, że UB ma w więzieniu swoich szpicli? Po pierwszej ucieczce męża byłam przez ubeków kilkakrotnie przesłuchiwana. Oni mają znakomicie rozbudowaną sieć donosicieli. Zaskakiwali mnie wiedzą o mnie i o moim mężu, znali szczegóły stanowiące rodzinny sekret i proszę mi wierzyć, do dziś łamię sobie głowę skąd mogą je znać? Nawet mimo listu, w którym rozpoznaję pismo męża, nie mam stu procentowej pewności, czy pani nie jest prowokatorką – coraz szybciej mówiła żona Pronobisa. – Ponadto UB dysponuje znakomitym sowieckim sprzętem podsłuchowym..  Oni są w stanie podsłuchiwać nawet przez mury, a aresztantom wstrzykują mikroby, atakujące mózg, potem delikwent przyznaje się nawet do czynów, których nie popełnił.   

   Ostatnie zdania Pronobisowa wyrzucała z siebie nerwowo. Na Irenie robiła wrażenie osoby co najmniej niezrównoważonej. „Ona chyba ma coś z głową. Może jest wariatką”?

     - Proszę się na mnie nie patrzeć jakbym była obłąkana. Skoro mąż napisał, że mamy się ukryć u mojej ciotki w Zakopanem, muszę się natychmiast pakować. Ubecy mogą już na nas czekać, nawet za tymi zaroślami – pokazała w stronę okien wychodzących na ogród. – Mogli podążać pani tropem – gospodyni podeszła na palcach do uchylonego okna i przez chwilę nasłuchiwała.

    - Ma pani psa – Irena spojrzała na wyżła, który leżąc na barłogu wgryzał się w podtrzymywaną łapami dużą kość. – Gdyby w pobliżu ktoś się czaił, on by zareagował.

    - Ten idiota? On jak zobaczy mysz to ucieka. Za czasów okupacji tu była rewizja, wtedy Aksel zaprzyjaźnił się z gestapowcem.

 

***

 

    Widok Tatr, drugi raz w życiu oglądanych z okna wagonu, zaparł Irenie dech. Przynajmniej na chwilę zapomniała, że już w najbliższym czasie będzie poszukiwana przez ubeków jako „śmiertelny wróg komunistycznego państwa”. Po raz pierwszy do stolicy polskich gór dojeżdżała prawie sześć lat temu, parę tygodni przed wybuchem wojny. Brała udział w parafialnej wycieczce, zorganizowanej przez proboszcza z Byczyny. Była wówczas zakochana w synu lekarza Zdzisławie Nawrockim, młodzieńcu podobnym do męża towarzyszącej jej teraz kobiety. Wtenczas wychyliła się jak teraz przez okno wagonu i po raz pierwszy pomyślała, że Zdzisław, siedzący w przedziale obok księdza, chce jej zaimponować. „Może nawet odwzajemnia moje uczucia” – marzyła. Chłopiec z jej snów, starannie dobierając słowa, snuł opowieść o pobycie w Alpach szwajcarskich, a o Tatrach powiedział, że prezentują się jak skarlałe pagórki. Na szyi miał zawieszony aparat fotograficzny, dodający mu prestiżu i raz patrzył na swój aparat raz na nią. Wtedy odniosła wrażenie, że Zdzisław, niby to zwracając się do uczestników wycieczki, mówił głównie do niej.

    - Takie malutkie są te nasze polskie góry? – przypomniała sobie pytanie, rozgorączkowanej miłością do Nawrockiego, córki bogatego rzeźnika.

    - No to, jakbyś określiła najwyższą w Tatrach górę Rysy, od której alpejski Mont Blanc jest dokładnie dwa razy większy. Przecież Rysy to liliput, by obraźliwiej nie nazwać polskiego szczytu – wymądrzał się Zdzisław.

    - Młodzieńcze – oburzył się proboszcz Byczyny. – Jakie to ma znaczenie, czy wyższy jest szczyt alpejski, czy polski? Czy nie przemawia przez ciebie kosmopolityzm? Wszak powinieneś przedkładać rodzime, dane nam przez Boga krajobrazy nad szwajcarskie, czy francuskie. Osobiście uważam Wodogrzmoty Mickiewicza za najpiękniejszy wodospad, do którego nie umywają się znane mi ścieki wód w Alpach.

    Stojąca w oknie Irena, wchłaniając kojarzący się z odległymi już wakacjami przyjemny zapach parowozowego dymu, uśmiechnęła się do siebie. Mimo sierpniowej ciepłoty głaskały ją chłodnawe podmuchy wiatru rozwiewającego rozpuszczone włosy. Z nutą rozrzewnienia wspomniała patriotycznego księdza. Wróciła też do niej pamięć o epilogu młodzieńczej wycieczki, który się rozegrał po powrocie, już w Byczynie. Przeniknął ją dreszcz namiętnego podniecenia, jakby to teraz, a nie dawno temu opuszczający z nią kościół Zdzisław, pogłaskał jej gołe ramię.

    Z nostalgicznych wspomnień, nie wyrwało jej niecierpliwe pomrukiwanie Aksela. Wyżeł wskoczył na jej puste miejsce na ławce i zwinięty w kłąb przednimi łapami rozpaczliwie usiłował zerwać kaganiec. Przed nią rozciągała się panorama szaro sinych, częściowo złocących się od słońca grani gór, gdy ocknął ją przeraźliwy gwizd parowozu. Wtedy zobaczyła, że pokonująca łagodny zakręt lokomotywa zbliża się do ustawionej w poprzek torów pryzmy belek. Pociąg zaczął gwałtownie hamować, aż z półek zaczęły spadać bagaże i walizka. Rozległ się pisk Aksela, który  staczając się z ławki uderzył kagańcem o podłogę. W oddali huknął strzał, zaterkotała seria maszynowego karabinu. Pociąg stanął. Trzasnęły drzwi wagonu i Odrzywołkówna zobaczyła jak na zewnątrz wybiegł sokista z automatem.

    - Puść to i rączki do góry! – krzyknął na odzianego w kolejarski mundur Strażnika Ochrony Kolei, wyskakujący z krzaków partyzant w góralskim kapeluszu i wojskowej bluzie mierzący do sokisty z pepeszy.

    Sokista chwilę ważył w dłoniach maszynowy pistolet jakby się zastanawiał, czy nie zrobić z niego użytku.

    - Słyszałeś gnoju? – rozległ się głos kolejnego partyzanta mierzącego do kolejowego ochroniarza z niemieckiego schmeisera.

    Nowy peem z klekotem spadł na kamienny tłuczeń, którym podsypane były tory. Z równoległych do kierunku pociągu zarośli wyłaniali się następni partyzanci.

    - Ogniowcy – na korytarzu odezwał się nastoletni chłopak. – Wylegitymują i nic nikomu nie zrobią. Chyba, że znajdą w pociągu jakieś komunistyczne ścierwa.

    Za chwilę zatupotały kroki wbiegających do wagonów żołnierzy Ognia.

    - Niech podróżni przygotują dokumenty, będzie kontrola – krzyknął wyglądający na oficera, dowodzący akcją zatrzymania pociągu.

    - Dobrze, że przynajmniej nie ubecy – bąknęła Pronobisowa.

    Zaciekawiona Irena, oglądała akcję partyzantów wychylona przez okno i wtedy przez  ścianę z sąsiadującym przedziałem dała się słyszeć szamotanina oraz odgłos jakby ktoś klasnął w dłonie. Zgrzytnęła wstrząśnięta ścianka dzieląca przedziały.

    - Nie ruszaj się skurwysynu, bo zastrzelę jak psa! Ręce na głowę i twarzą do ściany.

    Rozległ się szczęk przeładowywanej broni.    

    - Panowie, nie zabijajcie mnie. Proszę, błagam, mam żonę i dzieci – słychać było głos zrozpaczonego mężczyzny.

    - Tu mamy dowód – ruski pistolet TT. Teraz bydlaku wyciągaj czerwoną partyjną książeczkę – odezwał się zapewne rewidujący mężczyznę partyzant. – Wyprowadź go i ma uklęknąć na ziemi, tak było w rozkazie. 

    Irena spojrzała na Pronobisową.

    - Złapali ubeka – zwróciła się do towarzyszki podróży.

    - Proszę szykować dokumenty. Kontrolę przeprowadza Armia Krajowa – ktoś powtórzył komunikat do pasażerów.

    - Mamy szczęście, że to nasi – bąknęła żona Pronobisa zdejmując z półki torebkę.

    Irena ponownie wychyliła się przez okno zaciekawiona widokiem wyprowadzanych z wagonów mężczyzn z zaplecionymi rękami na karkach. Z odleglejszego wagonu wyprowadzono także dwie kobiety. Przyglądnęła się mężczyźnie z podniesionymi rękoma, aresztowanemu przez ogniowców w sąsiednim przedziale.  

    - Proszę pani – usłyszała za plecami.

    Odwróciła się i zobaczyła w drzwiach opaloną twarz młodziutkiego  żołnierza o blond włosach w czarnym berecie ozdobionym orzełkiem oraz zawieszonym na karku szybkostrzelnym karabinkiem Sturmgewehr.

    - Co, ustąpiła pani miejsce psiakowi? – żartobliwym tonem skomentował widok siedzącego ponownie na miejscu Ireny Aksela, który przyglądając się żołnierzowi zaczął radośnie uderzać ogonem w oparcie ławki.

    - Pani też pokaże dowód – zwrócił się do Ireny. A jak nie ma, to może być kenkarta – dodał żołnierz, bo Irena wyraźnie się zawahała.

    - Zaraz – Irena niechętnie spojrzała na leżącą na podłodze torbę, po czym się nad nią pochyliła.

    - Ładny pies. Mogę go pogłaskać? – żołnierz wyciągnął dłoń, a Aksel pocierał ją drucianym kagańcem, uniemożliwiającym lizanie palców.   

    - A co się stanie, jak panu nie pokażę żadnego dokumentu? –  Odrzywołkówna spojrzała w oczy obserwującemu ją żołnierzowi. – Bo widzi pan, mam z tym pewien kłopot.  – Musiałabym rozpruć neseser – Irena podniosła nieufnie oczy na mężczyznę siedzącego w przedziale razem z nią i Pronobisową.  – Wie pan co? – zaproponowała żołnierzowi. – Czy zamieniłby pan ze mną dwa słowa na osobności?

    - Gdzie na osobności?

    - Choćby na korytarzu.

    - No dobrze, proszę – złapał lufę maszynowego karabinka i odsunął go, by Irena mogła opuścić przedział.

    Na korytarzu przysunęła się i szepnęła ogniowcowi w ucho.

    - Dokumenty mam zaszyte, jestem poszukiwana przez bezpieczniaków.

    Uzbrojony młokos spojrzał na Irenę nieufnie.

    - I co, mam uwierzyć na słowo?

    - Może za godzinę albo dwie się dowiecie, że rozbito więzienie Świętego Michała. Brałam w tym udział i jadę się ukryć do Zakopanego.

    Żołnierz o chłopięcej twarzy był zakłopotany.

    - Naprawdę? Chciałbym pani wierzyć. Wygląda pani na fajną babkę. Ale my mamy wyraźny rozkaz. Nikomu nie możemy wierzyć. Pani nawet nie wie, czego te skurwysyny nie wymyślą, żeby ratować swoje dupska. No, sam nie wiem -  zastanawiał się młody żołnierz.

    - Masz z tą panią jakiś problem? Zaciekawił się inny partyzant, który wychodził z następnego przedziału po dokonaniu kontroli i z zalotnym uśmieszkiem oszacował Irenę.

    - Pani mówi, że ma zaszyte dokumenty, bo obawiała się kontroli ubeków.

    - To nie może ich wypruć i znowu zaszyć? Chyba taka elegantka umie się posługiwać igłą i nitką – zaciekawił się starszy kolega żołnierza chcącego wylegitymować Irenę. 

    - Acha, słyszałeś coś o akcji na więzienie Świętego Michała?

    Drugi żołnierz wzruszył ramionami i wykonał przeczący ruch głową.

    - Ale pomogę pani, proszę bardzo – wyciągnął z kieszeni scyzoryk. – Jest ostry jak brzytwa, może pani rozpruć torbę.

    - Uparliście się, żebym koniecznie zniszczyła torbę? – z dozą zdenerwowania zapytała Irena.  

    Młody żołnierz trzymając scyzoryk pochylił się nad podróżnym neseserem i w tym momencie wyżeł zeskoczył z ławki, machając ogonem szturchnął go łapą, najwyraźniej prowokując do zabawy.

    - To gdzie rozcinać pani torbę? – powiedział  głaszcząc Aksela po głowie.

    - Proszę mi dać scyzoryk, sama to zrobię.

    Irena przekręciła torbę na bok i po nacięciu szwów wsunęła dłoń w rozchylony otwór.

    - Może pomóc? – niecierpliwił się żołnierz przyglądając się zarumienionej Irenie, której amerykańska sukienka w kwiaty nadawała wygląd atrakcyjnej wczasowiczki.

    Nie spuszczał Ireny z oczu, zaciekawiony starszy kolega żołnierza z zawieszonym na plecach karabinem typu mauzer.

    - Proszę się nie niecierpliwić – powiedziała Pronobisowa. – Mój pies bardzo pana polubił – próbowała załagodzić narastające napięcie towarzysząca Irenie kobieta.

    - Co pani tam chowa? – zapytał żołnierz z mauzerem, widząc że Odrzywołkówna nerwowo zasłania jeden z dokumentów.

    Energicznie zbliżył się do Ireny i pociągnął ją za rękę w której ujrzeli czerwoną legitymację.

    - No to mamy tu towarzyszkę. Paniusia musi z nami wyjść.

    - Chcecie ją aresztować? To pomyłka – odezwała się właścicielka Aksela. – Ta dziewczyna brała udział w akcji rozbicia krakowskiego więzienia.

 

    Kiedy znaleźli się na zewnątrz wagonu doprowadzili Irenę do pięciu mężczyzn i dwóch kobiet klęczących z zaplecionymi na karkach rękoma.

    - Bagaż proszę położyć tutaj – młody żołnierz z szybkostrzelnym karabinkiem pokazał leżące na trawie walizki.  

    Do Ireny stojącej w towarzystwie dwóch partyzantów podbiegł trzeci najstarszy z wszystkich.

    - Co to, święta krowa? Na kolana paniusiu – warknął na Irenę partyzant z pagonami opatrzonymi dystynkcjami porucznika.

    Był zdenerwowany, jakby chciał pchnąć Odrzywołkówną na ziemię.

    - Proszę ją zostawić – przeciwstawił się stojący koło Ireny młody żołnierz. – Co do tej pani to nie mamy pewności. No, ma czerwoną legitymację, ale ponoć brała udział w naszej akcji.  A może pan słyszał? Chodzi o akcję rozbicia w Krakowie więzienia?

    - Coś słyszałem – zakłopotał się porucznik. – Paru chłopaków od Cichego pojechało wzmocnić obstawę tej akcji. To może paniusia powie jaką rolę miała spełniać? – zwrócił się do Ireny.

     - Nie powiem przy tych ludziach – pokazała na klęczących aresztantów. Musi się pan ze mną oddalić.

    - Nnno dobrze – nieco stracił rezon agresywny porucznik i jakby w obawie, aby nie zaczęła uciekać przytrzymał lrenę za ramię.

    Odeszli kilkanaście kroków.

    - Tu jest moja służbową legitymacja, byłam więzienną strażniczką i to ja pomogłam ucieczce wnosząc do więzienia broń.

 

    Chwilę później młokos uzbrojony w Sturmgewehr odprowadzał Irenę do przedziału niosąc jej torbę.

    - Dobrze się skończyło. Byłem prawie pewien, że pani jest w porządku – powiedział zadowolony. – Podałaby pani adres, gdzie zatrzyma się w Zakopanem?

    - Po co to panu?

    - Może najpierw pozwoli pani, że się przedstawię – szybko z siebie wyrzucił i wyciągnął do Ireny dłoń, a gdy ujął jej rękę złożył na niej pocałunek.

    - Nazywam się Krzysztof Załęski, chętnie bym panią odwiedził na przepustce. Polubił mnie wasz pies, wziąłbym go na spacer… jeszcze fajnie by było, jakby pani z nami poszła…  

    Pronobisowa nie zgodziła się na podanie adresu kuzynki męża. Nieco speszony młody partyzant zasalutował i chciał odejść.

    - Jeszcze chwila – poderwała się z siedzenia Irena.

    Objęła żołnierza za szyję, pocałowała go w policzek, a także, w usta. 

    Niedługo potem partyzanci rozebrali ustawioną w poprzek torów zaporę z belek. Lokomotywa zagwizdała i szarpnęła wagonami ruszając w stronę Zakopanego. Wychylona przez okno Irena pomachała młodemu żołnierzowi, ów stanął na baczność i ponownie zasalutował.

Kilkanaście sekund po zniknięciu za zakrętem partyzantów zaterkotała krótka seria z automatu.

     - Na pewno któryś ubek dostał czapę – powiedział chłopak stojący koło otwartego przedziału. 

 

Rozdział 20  Sielanka Tonia

    Po „wyzwoleniu” przez Armię Czerwoną Polacy zaczęli stawać się wobec siebie coraz bardziej podejrzliwi i nieufni. Nie wątpliwie przyczynił się do tego terror stosowany przez ustanowioną przez sowietów władze. Okrutne, zaadaptowane na grunt polski, radzieckie metody śledcze wzbudzały strach. Większość osób, które choćby na krótko zaaresztowali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, po kilku dniach wracała na łono rodziny, nie przypominając siebie samych. Ci, na których ciążyło choćby błahe oskarżenie o złamanie prawa – czy chcieli, czy nie – podpisywali lojalki. Dla tych, o których władza wiedziała, że popełnili przestępstwo, odmowa zadeklarowania się jako donosiciel lub donosicielka, praktycznie nie wchodziła w rachubę. Podpisanie lojalki było deklaracją współpracy z urzędem bezpieczeństwa i oficjalnie wyrażoną wolą bycia jej narzędziem.

 

    Zdegradowany do roli stróża, dawniejszy ekonom zarządzający majątkiem wuja Tonia pan Janecki, podobnie do zmarłego pracodawcy był alkoholikiem. Przed miesiącem, w dniu 22 lipca, w czasie organizowanego przez nową władzę święta proklamującego powstanie w Polsce władzy komunistycznej – upił się i zakłócił uroczystość. 

    Może po wytrzeźwieniu potrafiłby się wytłumaczyć z obelżywych słów wykrzyczanych pod adresem Pietruszki, tymczasowego wójta Cholerzyna.

    - Przestań bucu bełkotać! Jak nie umiesz mówić, to za widły i do gnoju! – krzyknął na byłego parobka, wygłaszającego nieporadnie zachwyty na temat geniuszu Józefa Stalina.

    Pietruszka bezlitośnie kaleczył polszczyznę i jego zabawne wypowiedzi nie wzmacniały autorytetu, określanego dobrodziejem ludzkości, gospodarza Kremla. Na dobrą sprawę Janecki mógłby skłamać, mówiąc, że interweniował, bo nie mógł już słuchać kogoś robiącego antyreklamę socjalistycznym aspiracjom polskiego ludu. Lecz ekonom wuja Tonia popełnił czyn niewybaczalny. Zataczając się podszedł do obleczonej biało czerwoną draperią trybuny, zbliżył się do stojących na honorowym miejscu portretów Stalina i Bieruta, po bokach których łopotały czerwone chorągwie. Odwrócił się w stronę spędzonego tłumu i zakręcił tyłkiem jakby na obrazy oddawał kał. Wywołał wybuch nieokiełzanej wesołości zgromadzonych mieszkańców miasteczka.

    - Brawo Janecki! Pan Janecki na burmistrza!

    W dodatku ktoś z ukrycia krzyknął: "Bierut i Stalin to posrane chuje!" 

  

    Następnego dnia na komisariat do Kryspinowa przywieziono Janeckiego skutego  kajdankami.      

    - To co śmierdzielu – komendant posterunku przywitał byłego ekonoma – wywołałeś antypaństwowe rozruchy.  Wygląda na to, że sprzyjasz faszystowskim bandom.

    Roztrzęsiony od kaca i strachu Janecki mało nie zemdlał.

    - Panie oficerze, przecież ja nic nie pamiętam.

    - Mówisz, że nie pamiętasz, tylko jak po ciebie przyjechaliśmy, to cały Cholerzyn pękał ze śmiechu. Chcesz zrobić z nas idiotów? – zapytał ostro kapitan MO i spojrzał na Janeckiego z taką nienawiścią, że ten złożył ręce jak do pacierza i uklęknął przed komendantem. – Wiesz co? Powinienem cię zastrzelić, albo ci tak wpierdolić, żebyś do usranej śmierci jeździł na wózku inwalidzkim.

    - Panie kapitanie, ale ja…

    - Co ty, co ty? – przerwał mu komendant komisariatu. – Jesteś gnojem, który zadawał się z dziedzicem i chlał z nim wódkę. – Ale coś ci powiem. Myślałem, że mimo to z ciebie porządny chłop, w końcu pochodzisz z ludu. Gdybyś nie narozrabiał w publicznym miejscu, przymknąłbym oko, nawet jakbyś komuś coś podpierdolił. Ale pomysł, żeby pokazywać jak srasz na wodza ludzkości?

    Twarz Janeckiego zrobiła się szaro-sina, jakby miał za chwilę paść porażony apopleksją.

    Wiesz? Nie będę cię lał po mordzie. Po co se brudzić rence.

    Dowódca posterunku wychylił się z krzesła w stronę otwartych drzwi do sąsiedniego pokoju.

    - Kapralu Jackowiak – krzyknął do milicjanta, stukającego coś jednym palcem na maszynie do pisania. – Weźcie dżipa i zawieźcie to ścierwo do komendy bezpieki. Tu macie opis jego przestępstwa. Komendant starannie złożył na pół kartkę donosu, zapisanego pokrzywionymi kulfonami, jakby je rysował półanalfabeta i podał kapralowi.

 

    Zarówno sprzątająca na plebani żona Janeckiego, jak i jego bliscy sąsiedzi zdziwili się, że dawnego ekonoma, a obecnego stróża resztówki, wypuszczono po dwóch tygodniach. Niektórzy sąsiedzi byli pewni, że wywiozą go na Sybir. Po wyjściu z UB zrobił się jakiś dziwny. Pierwsze kroki skierował na plebanię i poprosił o małą flaszeczkę spirytusu – rzekomo do nacierania odbitych nerek.

     

***

    Słońce tego dnia piekło niemiłosiernie. Po osuszeniu kwaterki wódki Tonio ze Złotą Alą szli pustą polną drogą w stronę Cholerzyna wzdłuż brzegu rozległego stawu. Ona, mając przewieszoną przez plecy torebkę, w jednej dłoni trzymała czarny kapelusz z woalką, a w drugiej buty na wysokim obcasie oraz podciągniętą żałobną suknię. Tonio Wereszczecki, który od czasu do czasu zerkał na odsłaniane prawie do majtek owale  jej ud z trudem kontrolował oddech. Wbrew uprzednim zamiarom, by najpierw dojść do resztówki po wuju i tam zabrać się do rzeczy, nie powstrzymał się przed złożeniem oferty.

    - Ile byś wzięła za płciowy stosunek?

    - Zwariowałeś, w tym upale? – spojrzała na niego z uśmiechem. – Co, już przestałam być dla ciebie niezłomną bohaterką?

    - Moglibyśmy już dać spokój z komedią. Powiedz sensowną cenę. Nie krępuj się. Mam trochę forsy.

    - Przestań, jest za gorąco. Poza tym, wprawdzie prysłam z kicia, ale też mam ukryty mająteczek. Jak mi pomożesz dotrzeć do mojej skrytki – Złota Ala na chwilę zamilkła, oblizała wargi i spojrzała na Wereszczeckiego spod przymrużonych oczu. – Wtedy sama zaciągnę cię do łóżka. Pamiętam ciebie z dancingów w Grand Hotelu, obracałeś się też w Hotelu Francuskim. Cholernie mi się podobałeś.

    - To jak? Już przestałem ci się podobać?

    - Tego nie powiedziałam. Wyglądasz na gościa za którym wariują kobiety.

     Przechodzili obok obrastających brzeg stawu krzewów. Raptem, obydwoje znieruchomieli.

    - Samochód, chodź – Tonio pociągnął zbrodniarkę w dół skarpy w krzaki przylegające do stawu.

    Obydwoje się schylili. Jedna noga Ali ześlizgnęła się do wody. Już wyraźnie słychać było warkot nadjeżdżającego samochodu. Między liśćmi zarośli zobaczyli przejeżdżający amerykański willys, w samochodzie siedziało paru uzbrojonych po zęby żołnierzy. Jeszcze prawie minutę po przejechaniu wojskowego pojazdu opadał wzniecony kołami kurz.

    - Wszędzie pełno milicji i wojska – mruknął Tonio pomagając wydobyć  się zanurzonej częściowo w stawie kobiecie. – Będę cię musiał solidnie ukryć – podkreślił jak ważna dla jej bezpieczeństwa jest jego rola.

    Wpatrywał się w Alę, która wysoko podniosła czarną suknię i wykręcała ją z wody. Wzrok skupił na odwróconym trójkącie ciemnych włosów jej krocza, przenikającym przez jej zmoczone trykotowe majtki.

    - Nie powiesz, że pogardzisz paroma stówkami na drobne wydatki – powiedział – z trudem panując nad urywanym oddechem.

    Nie zaprotestowała, kiedy objął ją mocno i wpił się pocałunkiem  w jej usta.

    - Taki jesteś napalony? – zapytała, na chwilę się uwalniając z jego ramion.

    Bez słowa przyciągnął ją ponownie i zaczął całować po szyi.

    - To daj te parę stówek i powiedz jak chcesz to zrobić?

    Tonio wysupłał z portfela pięćset złotowy banknot i rozglądnął się na boki.

    - Trzymaj – podał pieniądze i podciągnął do jej pasa mokrą żałobną suknię. Głaszcząc owale pośladków pomógł Ali zdjąć majtki. – Jedną ręką złap się tej gałęzi – pokazał palcem na gruby konar wierzby. No i stań szerzej.

    Po rozpięciu rozporka, podniósł Ali nogę, a drugą dłonią objął jej  dobrze umięśniony pośladek.

    - Ojej, jeszcze nie widziałam takiego dużego – powiedziała niskim miękkim głosem.

 

    Trzy kwadranse później Tonio nakazał zbrodniarce czekać w cieniu wielkiego klonu, stojącego od strony łąki z tyłu gospodarskich zabudowań. Dotarli pod budynki należące jeszcze na początku okupacji do wuja i okrążyli je, nie chcąc być zauważeni. Wereszczecki skradał się wzdłuż muru okazałej wozowni, na której piętrze mieściły się trzy gościnne pokoje, zazwyczaj do jego dyspozycji. Jeden był kuchnią, w której czasem nocował dawny ekonom Janecki.  Na parterze budynku, mieściło się pięć końskich boksów. Tylko jeden zajmował stary gniady wałach, rzadko zaprzęgany do uszkodzonej bryczki. Dwa konie poszły na rzeź jeszcze za Niemca. Boksy sąsiadowały z dwoma pomieszczeniami na powozy oraz narzędziownią. W pierwszym stała skrzywiona bryczka ze złamanym resorem, a w następnym opierał się o ścianę wrak polskiego wojskowego motocykla Sokół. Był przykryty grubą warstwą kurzu z oderwanym wiszącym reflektorem, stał oparty o ścianę na rozpłaszczonych, sflaczałych oponach. Jednoślad sprawił sobie parę lat przed wojną podstarzały wuj. Pewnie się jeszcze łudził, że na przejażdżkę do lasu skusi którąś z folwarcznych dziewcząt. Tonio ostrożnie wślizgnął się przez uchyloną bramę do pomieszczenia z motocyklem, panował tam półmrok. Wewnątrz roznosił się mocny i kwaśnawy odór alkoholowych oparów. „To chyba z narzędziowni” – dochodził stamtąd monolog bełkoczącego do siebie pijaka. „Oho, pewnie za nielegalną produkcję bimbru wziął się Janecki – wystraszył się Tonio. – Ktoś to wywęszy i naśle tu milicję”. 

    Ruszył, chcąc sprawdzić pomieszczenie, w którym bełkotał pijak i potrącił oparte o ścianę łopaty, grabie i miotły. Rozległ się hałas wywracających się ogrodowych narzędzi.

    - Kogo tu, kurwa, przyniosło?! – rozległ się zabarwiony histerycznym przerażeniem głos Janeckiego. – Nie, no kurwa, zabiję! Już idę, kurwa!

    Rozległ się głos potrąconego mebla, coś zatrzeszczało, zgrzytnęły otwierane drzwi. Na widok byłego ekonoma trzymającego siekierę, przerażonemu przybyszowi zrobiło się biało w oczach. Rzucił się do ucieczki.

    - Panie Janecki, to ja siostrzeniec nieboszczka dziedzic… – nie dokończył. Nieopatrznie zahaczył o kierownicę motocykla, a wykręcone koło, podcięło mu nogi. Runął na zaśmiecone klepisko. 

    Szczęśliwie dla Tonia, o przewrócone ogrodnicze narzędzia potknął się także Janecki.

    - Boże! – krzyknął i także wywrócił się w akompaniamencie klekotu grabi, mioteł i łopat.

     - Zajebię cię chuju, kurwa, zajebię – mamrotał Janecki.

     - To ja, panicz Wereszczecki! Nie poznaje mnie pan? Jestem siostrzeńcem świętej pamięci dziedzica.

    - Panicz Wereszczecki? – jęknął były ekonom. – Ojej, ale boli – przez chwilę rozlegało się sapanie. – Chyba złamałem przez panicza nogę.

   

    Pogrążonego w ciężkim stadium nałogu pijaka, na piętro pomogła Toniowi wciągnąć Ala. Janecki miał jedynie stłuczone kolano. Na widok przybyłej kobiety, usiłował sprawiać wrażenie człowieka trzeźwego z nienagannymi manierami.  

    - Szanowna pani – zwrócił się do zbrodniarki, przyjmując postawę wertykalną. Stojąc utrzymał się może dwie sekundy, po czym tracąc równowagę, zrobił dwa małe kroki w bok. – Najmocniej przepraszam, to z winy boleści w goleniu – ponownie stanął na baczność – wyciągnął rękę. – Proszę pozwolić się przedstawić.

    Złota Ala niechętnie podał dłoń.

    - Alfred Janecki, podczaszy majątku nalźąćego do wuja, tego oto młodzieńća –zanurkował, by ucałować dłoń przestępczyni.

    - Przepraszam, jest tu toaleta? – zapytała Ala wyrywając dłoń, do której pijus przykleił usta.

    - Oczywiiiście – podniósł Janecki zamroczone oczy. – Już panią prowadzę – były ekonom wykonał jakby taneczny pląs, wraz z zamaszystym ukłonem i gdyby nie złapał go Tonio, runąłby na podłogę.

    - Panie Janecki, dość tego cyrku. Za dużo pan wypił. Tu za drzwiami na lewo – pokazał Tonio – ona tam trafi.

       

    - Co za kobieta – westchnął były ekonom – Och było się młodym – Na taką to nie wystarczy nosić w gaciach pistolet – powiedział, kiedy Ala zniknęła za drzwiami. – Ech, paniczu Tonio – Janecki spojrzał na rozporek przybysza, pokiwał głową z uznaniem, jakby przyglądał się wytaczanej na bojową pozycję przeciwczołgowej armacie. – Pamiętam, pamiętam, świętej pamięci dziedzic był dumny, że ma takiego siostrzeńca.

    Tonio się krzywo uśmiechnął.

    - Ja tu na trochę dłużej – oznajmił. – Powiedzmy na tydzień, może i parę dni więcej.

    - To twoja dziedziczna własność – zachrypiał pijak.

    - Tu czuć pędzony bimber, może zawitać milicja.

    - Coś przeskrobałeś synu? – jakby ocknął się Janecki…

 

***

 

    Kiedy Amelia usłyszała zatrzymujący z piskiem opon samochód, doskoczyła do otwartego okna. Z citroena wysiedli trzej mężczyźni w marynarkach, jeden nosił wypolerowane oficerki do konnej jazdy. „Wyglądają jak gestapowcy, to pewnie ubecy, na pewno do mnie, pewnie ktoś złożył donos ” – ogarnął ją niepokój. Szybko się schyliła sięgnęła do dolnej szuflady komody, odrzuciła warstwę bielizny i wyciągnęła ważącą parę kilogramów blaszaną kasetkę. Znaczną większość zawartości stanowił przechowywany majątek Wereszczeckiego. Do niej należał rulon dziesięciu zawiniętych w gazetę złotych dwudziestodolarowych tak zwanych „świnek” i umieszczona w irchowym woreczku biżuteria, otrzymana po ślubie od męża. Nie zastanawiając się sekundy zrzuciła domowe pantofle na podwyższonych koturnach, podniosła je i trzymając pod pachą kasetkę, podbiegła boso do drzwi prowadzących na schodową klatkę. Uchyliwszy je, zamieniła się w słuch. Energicznie rozwarła się brama prowadzącą z parteru na ulicę.

    - Mieszka na piętrze – dobiegł męski głos.

    Amelia starała się zachowywać jak najciszej. Na strych wchodziła stawiając bose stopy miękko jak kocica. Głośno dudniły o stopnie buty wchodzących na piętro ubeków. Miała szczęście, bo drzwi strychowe były uchylone.  Kasetę postanowiła ukryć w znanej sobie z dzieciństwa skrytce. Zaczęła zmawiać półszeptem modlitwę Pod Twoją Obronę. Spocona z ciążącym pod pachą ciężarem, wspięła się po długiej drabinie na podest pod okienkiem z którego na dach wychodzili kominiarze. Wciskając metalową skrzynkę między komin, a dyskretnie zainstalowaną półkę, poczuła miękki opór. Wyszarpnęła złożony w formie tobołka płaszcz, który, kiedy zaczęła go rozwijać, okazał się niemieckim oficerskim okryciem. Ze środka zwoju wypadł pas z ciężką kaburą zawierającą pistolet. „Najważniejszy jest nasz majątek” – w głąb schowka upchała kasetkę i docisnęła ją ponownie zwiniętym wojskowym płaszczem. Na podłogowych deskach leżała broń. „Co z tym zrobić”? – chwilę się zastanawiała. „Niech się martwi kominiarz”. Otworzyła oprawione w metal okienko i wychylając się z dachu zawiniętą w pas kaburę położyła na podeście, ułatwiającym dojście do kominów. Po zejściu z drabiny i starannym oczyszczeniu szlafroka, cały czas powtarzając frazy modlitwy, założyła pantofle i zdecydowała się wrócić do mieszkania. Schodziła na palcach. Widząc nie zamknięte wejście do swego mieszkania, pokrzepiona błaganiami do Niebios, postanowiła udawać oburzoną.

    - Aaaaa… Pani hrabina – Scipio del Campo – zerwał się z fotela mężczyzna o przylizanych włosach. – Urząd Bezpieczeństwa! – ryknął.

    - Co tu panowie robicie?! Nie jestem już żadną hrabiną – powiedziała siląc się na ostry ton. – Wyszłam za inżyniera, którego namawiam, żeby wstąpił do Pepeeru i został komunistą. Teraz się nazywam inżynierowa Szwabowicz.

    - To co? Obywatelka Szwabowicz przygotowuje się do otwarcia filii narodowego muzeum? – ironicznym tonem zapytał przylizany.

    - Mówiłam, że mąż jest kandydatem do Polskiej Partii Robotniczej.

    - A na boku prowadzi handelek perskimi dywanami?

    - To zawierzony nam majątek przyjaciela, któremu zarekwirowano dwór.

    - Nazwisko i adres zamieszkania! – krzyknął  ubek.

    - Zdaje mi się, że wyjechał na Ziemie Odzyskane.

    - A mi się zdaje, że będziemy musieli zaprosić obywatelkę razem z mężem na przesłuchanie do naszego urzędu na ulicę Pomorską. Na razie rekwirujemy dywany i olejne obrazy.

 

***

 

    Tonio Wereszczecki i zmysłowa ex kapo z Oświęcimia zrezygnowali z zajęcia pokoi gościnnych nad wozownią. Tam Janecki nielegalnie pędził bimber, to mogło ściągnąć milicyjną kontrolę. Para skorzystała z podpowiedzi żony byłego ekonoma i zatrzymała się w obszernej werandzie przylegającej do dworu. Przybysze z Krakowa nie zdawali sobie sprawy, że ich intensywne pożycie intymne stało się atrakcją dla wiejskiej dzieciarni. Synowie i córki dawnej dworskiej służby często przebywali w pralni mieszczącej się pod werandą. Nazajutrz po wprowadzeniu się przybyszy, dwunastoletni syn dworskiego świniopasa wpadł tam z sensacyjną nowiną.

    - Bydźta cicho. Jesteśta głuche? Myślita, że to stolarz rźnie deski? – zaalarmował dzieci bawiące się w dupniaka. – Tu – pokazał palcem na sufit. – Chłop jebie babę.

    - Skąd wiesz? – zapytała dobrze rozwinięta trzynastoletnia córka stajennego.

    - Bydź cicho – parę razy dźgnął powietrze palcem wskazującym sufit.

    - Cosik tam trzeszczy – wytężała słuch trzynastolatka. 

    Dziewczyna uchodziła wśród dzieciaków za ekspertkę od spraw damsko męskich. Ostatnio zaciekawiła zbierające się w pralni audytorium, wyjaśniając skąd biorą się dzieci. Omawiała znane wydarzenie sprzed kilku dni. Wszyscy mieszkańcy folwarku oglądali jak dopuszczano dworskiego buhaja do łaciatej jałówki.

    Znająca się na rzeczy Kaśka Rzepa – tak się nazywała trzynastolatka, miała już za sobą wstępne przymiarki do najstarszego zawodu świata.  Parę razy za cukierki pozwoliła dotykać swoich piersi. Teraz, słysząc zgrzyty sprężyn starego łóżka, przejęła inicjatywę.

    - Żeby coś widzieć musimy wziąć to – zadecydowała pokazując starą, leżącą pod ścianą drabinę.

    Wyniosła ją z pomocą syna świniopasa. Wybór padł na uchylone okno ze zwisającą na zewnątrz firanką. Trzynastolatka, przyłożonym do ust palcem i groźnym wyrazem twarzy nakazała ciszę pozostałym pięciorgu dzieciakom. Z werandy nadal dobiegał chrobot i głos jakby ktoś postękiwał z wysiłku. Stojąca na drabinie dziewczyna, wetknąwszy głowę pod firankę , patrzyła do wnętrza z szeroko otwartymi ustami, jakby zahipnotyzowana. 

    - Kachna, Kachna. Ja też chcę popatrzeć – syczał syn świniopasa.

    Trzynastolatka spojrzała na niego z nienawiścią i ponownie przylgnęła twarzą do szpary między oknem, a dyskretnie uchyloną firanką. Młodszy od trzynastolatki lecz najstarszy z pozostałych dzieci, odkrywca wydarzeń na werandzie, uszczypnął dziewczynę w łydkę.

    - Złaź, bo się wnerwie – powiedział półgłosem. – Tera ja.

    Chwycił drabinę i w tym momencie otrzymał od dziewczyny kopniaka bosą nogą w twarz. Zgrzytnęła oparta o parapet drabina. Dziewczyna szybko zeszła na ziemię.

    - Bierzemy drabinę i uciekajmy – nakazała półszeptem. – Ony mogom nas złapać.

 

  - No, godoj, coś ty widziała? – zapytał syn świniopasa, gdy byli ponownie w pralni.

   Z relacji Kaśki Rzepy wynikało coś, co z jednej strony podniosło do zenitu napięcie zainteresowanych, a z drugiej stało się dla słuchaczy niezrozumiałe.

    - Że się nad niom znencał? – ciekawił się kopnięty w twarz chłopiec. – Ty widziała jakby on jej w cipe wkładał dyszel od bryczki? – dopytał.

    - Ja wiedziała, że ty jesteś głupek. Jaki tam znowusz dyszel. To był chuj, tylko taki wielgachny. A tej kobicie to na pewniaka robił miód w cipie, bo on na niej skakał, a ona stękała jak Krasula pod buhajem od Jóźwików.

     - Tera to nie, ale kto wi, czy za godzinę znowu nie będą tego robić? – zastanowiła się trzynastolatka.

    Po naradzie z synem świniopasa postanowiła wyznaczyć dzieciom godzinne dyżury, żeby mieli baczenie „czy on znowu na nią włazi”?

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 25.05.2018 08:19 · Czytań: 205 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 10
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 25.05.2018 11:48
Hej,

Faktycznie ten fragment jest nieco inny. Bardziej, że tak powiem, ludzki. Czy to dobrze? Nie wiem. W końcu to książka o walce partyzantów AK z UBekami. Ale z drugiej strony wątki poboczne nadają smaczku, podsycają ogień akcji. Mnie akurat się podobało, choć pewnie znajdą się tacy, co stwierdzą, że pisanie o seksie, i to w taki sposób, nie przystoi do książki, która aspiruje na historyczną.
A teraz o wadach:
Cytat:
Na­prze­ciw wy­biegł za­cie­ka­wio­ny przy­by­łą wyżeł

Przerób to zdanie - kolejność słów. Może: naprzeciw, zaciekawiony przybyłą, wybiegł wyżeł? Choć w tym wypadku nie jestem pewien, czy przecinki być powinny - chyba tak.
Cytat:
Chło­piec z jej snów, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc słów, snuł opo­wieść o po­by­cie w Al­pach szwaj­car­skich, a o Ta­trach po­wie­dział, że pre­zen­tu­ją się jak skar­la­łe pa­gór­ki.

Z tego, co kojarzę, to po "dobierać" powinien być biernik, czyli KOGO, CO, więc powinno być:' starannie dobierając SŁOWA.
Cytat:
    - Brawo Ja­nec­ki! Pan Ja­nec­ki na bur­mi­strza! W do­dat­ku ktoś z ukry­cia krzyk­nął: Bie­rut i Sta­lin to po­sra­ne chuje! 

Tu rozbij ten wiersz. Po "burmistrza" zrób następną linijkę albo rozdziel to didaskaliami. Pomyśl.
Cytat:
    Wiesz? Nie będę cię lał po mor­dzie. Po co se bru­dzić rence.

Na pewno chciałeś użyć RENCE, a nie ręce?
Cytat:
We­tknąw­szy głowę pod fi­ran­kę sto­ją­ca na dra­bi­nie dziew­czy­na, pa­trzy­ła do wnę­trza z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi, jakby za­hip­no­ty­zo­wa­na. 

Jak już pisałem, nie zwracam większej uwagi na interpunkcję, ale znów przecinek kompletnie zaburzył zrozumienie. Powinno być: Wetknąwszy głowę pod firankę, stojąca na drabinie dziewczyna patrzyła... A jeszcze lepiej byłoby: Stojąca na drabinie dziewczyna, wetknąwszy głowę pod firankę, patrzyła...

To tyle.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 25.05.2018 16:21
Drogi Antoni, jak zwykle jestem Ci niezmiernie wdzięczny za pomoc. Nie naniosę teraz poprawek, bo siedzę na tarasie całkiem sympatycznej kawiarni w Zamku Książ, gdzie dowożę swoje grafiki ( chałtura dla turystów). Siedzę przy tablecie co utrudnia pisanie.
Muszę Ci jednak wyznać, że miałem podobny do Ciebie dylemat, czy historyczną powieść o powojennej martyrologii Polaków, wypada urozmaicać scenami nadającymi się do niskich lotów opowiastek na pograniczu pornografii.
W którymś że wstępów tłumaczyłem jednak, że powieść adresuję do szerokiego, niekoniecznie rozmiłowanego w topowej literaturze, odbiorcy. Chciałbym też trafić pod strzechy, a tam sutener używający na sexy zbrodniarce jest motywem jak znalazł. Przy okazji upcham na wiochy trochę edukacji. (Wiem, że dla niezbyt dobrze znającej historię młodzieży, takie wtrącenia mogą ubarwić nużące ubijanie w głowach historycznej prawdy).

Tyle na razie Antosiu, jeszcze się odezwę. (Akuratnie przy sąsiednim stoliku rozsiadła się samotna dama uwodzicielsko kołysząc obnażoną do połowy uda nogą - wypada nawiązać kurtuazyjny dialog).
Dzięki i serdecznie pozdrawiam, Kaz


Część II odpowiedzi, a właściwie pogaduszek adresowanych do mojego przyjaciela AntosiaGrycuka. Jestem już w domu bo zgłodniałem, a poza kawusią nie miałem ochoty pruć się z kasy na tarasie przylegającym do wyjątkowo drogiej i pretensjonalnej knajpy w pobliżu Zamku.
Paniusia kiwająca zalotnie kształtną nogą, jak się okazało, polowała na forsiatego frajera. Oszukałem ją markowymi, nowymi ciuchami jakie zakładam na handlowe wyjazdy. Nie traktują Cię jak gołodupca i są dla Ciebie uprzejmiejsi.
Huśtającej zgrabną nóżką damie podejrzane wydało się moje skupienie na tablecie. Mimo to gdy ją zapytałem: exuse me, Madam are you from USA or may be from England?
Odpowiedziała: Ich bin keine Amerikanerin oder Englaenderin.
Ja na to miałem już dość i przeszedłem do rzeczy: - So ich glaube Sie sind eine sehr teuere Prostituirte. Wie viel nehmen Sie fuer eine Stunde.
Jej reakcja była gwałtowna. Poderwała się ze słowami: Spadaj bezczelny facecie, bo zaraz możesz dostać wpierdol.
No i wtedy poczułem głód. I to nie sexu, a zachciało mi się jeść. Wsiadłem w samochód i popędziłem do domu.
Musisz przyznać, że przygodę miałem niczego sobie.
Poprawki potknięć, które jak zwykle precyzyjnie wypatrzyłeś, naniosę później.
Jeszcze raz serdecznie pozdrawiam Cię Antosiu, Kaz
AntoniGrycuk dnia 26.05.2018 02:45
Aż sobie przetłumaczyłem z niemieckiego, bo go kompletnie nie znam. I... :-) Tak, przygodę miałeś niezłą :-)
Tak jeszcze sobie pomyślałem - do kogo chcesz adresować książkę? Pytam, bo temat AK jest popularny i zapewne nie tylko dorośli sięgną po tę książkę. I tu może rodzić się problem...
Pomyśl, czy właśnie chcesz, aby młodzież to czytała. Druga sprawa, że każdy, kto ma więcej niż 13-14 lat, już wie, co i jak, oraz że jak członek większy, to respekt większy - oględnie mówiąc. Więc może nie zawracać sobie głowy grupą docelową?... Tak tylko mędrkuję :-)

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 26.05.2018 23:23
Właśnie dzisiaj AntosiuGrycuk spędziłem cały boży dzień obracając się w grupie wiekowej 13-14 lat.
Tak właśnie ja - starszy pan - pojechałem jako sportowy opiekun z najlepszym tenisistą z Wałbrzycha na turniej kadetów i kadetek do Wrocławia. Jako heteroseksualista szczególnie, aczkolwiek bardzo dyskretnie, zawieszałem spojrzenia na machających rakietami dziewczątkach, które w wyżej określonym wieku mają już tyle sexapilu, że chwilami doznawałem zawrotu głowy. Jeszcze na dodatek jedna z nich grała (nie picuję) w opinającej jej biust bluzeczce z wielkim napisem f#ck me today. Wiadomo, że krzyżyk to "u" i tak sobie teraz po przeczytaniu twego kolejnego komentarza pomyślałem, że masz rację. PO CO DO JASNEJ CHOLERY ZAWRACAĆ SOBIE GŁOWĘ GRUPĄ DOCELOWĄ?
Młodzież jest w "tych sprawach" bardziej obcykana niż nam się to wydaje.

Właściwie to przy okazji zwracam się do redakcji portalu. Zamiast pisać o tekstach +18 powinna być kategoria +13 i ta uznana za wystarczająco dorosłą, by oferować jej ( jeśli oczywiście będzie to współgrało z dramaturgią kreowanych przez nas utworów) łagodną formę pornografii.

Jeszcze raz dzięki Antosiu za podpowiedź. Pozdrawiam, Kj
Darcon dnia 26.05.2018 23:42
Myślę, że kategoria +18 jest właściwa. Prawo jest prawem, a rodzicie tejże trzynastolatki mogą nie podzielać Twoich, ani własnej córki poglądów i oskarżyć kiedyś portal w przyszłości o treści dla nieletnich. A koszulka, w której grała, nie będzie miała wtedy znaczenia.
Kazjuno dnia 27.05.2018 08:52
Darconie, przyznaję Ci rację. Pozwoliłem sobie na niestosowny żart.
Przepraszam.
Podtrzymję jednak zdanie o "obcykanej" młodzieży, na którą działa potężne lobby producentów odzieży, epatując ją zarówno reklamami jak i łatwymi do poszukania w internecie materiałami dotyczącymi uprawiania seksu.
Jako typowy wyznawca spiskowej teorii dziejów, lobbystów promujących seksizm doszukiwałbym się nie tylko w biznesie odzieżowym. Demoralizacja, towarzysząca rozluźnieniu obyczajów, spożywanie używek i alkoholu - co idzie w parze z seksoholizmem - osłabiają potencjał militarny narodów. Więc zainteresowane taką działalnością mogą być wrogie ośrodki wywiadowcze, prowadząc on line destrukcję przeciwnika metodą hybrydową.

Ponadto masz rację, PP nie zamieszczając ograniczenia +18, znalazłoby się w mało komfortowej sytuacji na sali sądowej, gdyby proces wytoczyli rodzice, obnoszącej się z zachętą do uprawiania seksu czternastolatki.

Jeszcze dopowiem ciekawostkę dotyczącą działalnością wywiadu sowieckiego i w czasach współczesnych rosyjskiego.
Otóż znaną w historii hipisowską rewolucję obyczajową w 1968 roku wspierał wywiad sowiecki, łożąc na to wielkie środki finansowe. Cel był prosty: promując rozwiązłość obyczajową i seksualną "ludzi kwiatów" osłabiano morale młodzieży, jednocześnie obniżając potencjał męskiej młodzieży jako żołnierskiego narybku.
Podobnie obecnie rosyjskie służby wspierają środowiska psedo obrońców przyrody. Tak zwanych "Zielonych" i wszelkie odłamy lewactwa (parady równości itp).
Ania_Basnik dnia 03.06.2018 11:04
No, no smakowicie tu dziś. Od erotyzmu aż kipi. Ale dobrze, takie jest życie, sacrum przeplata się z profanum. Bardzo wciągnęło mnie czytanie, a tu tak nagle urwałeś, filmowo :)
Budujesz napięcie. Jest dobrze, że pokazujesz kawał życia , a nie tylko jeden wątek :)
Tak trzymaj Kazjuno
pozdrawiam niedzielnie :)
Ania
Kazjuno dnia 03.06.2018 14:25
Och! Pojawiła się Ania_Baśnik! Bardzo się cieszę. Jedyna przedstawicielka płci pięknej, która zaszczyca mnie komentarzami.
I to jakimi!!! Dostaję od nich zawrotów głowy i pozostaje się modlić, żeby nie odbiła mi woda sodowa.
Z "profanum", to się zetkniesz w następnych dwóch rozdziałach. Zobaczysz jakich to perwersyjnych erotycznych praktyk nauczyło atrakcyjną Złotą Alę życie w zakładach penitencjarnych.

Ponadto już na wstępie zadaję potencjalnym Czytelnikom pytanie: czy ostrym skrętem w wątki erotyczne, przypadkiem nie sprowadzam powieści aspirującej do miana suplementu do nauki historii na manowce taniej pornografii?

Jednak już po powyższym Twoim komentarzu uspokoiłem się. Przynajmniej Ty Aniu nic takiego nie sugerujesz.

Miłej niedzieli. Pozdrawiam Cię, miła Aniu
Kj

PS Chciałłłem Twój komentarz oznaczyć na zielono, ale coś się zacięło.
mike17 dnia 03.06.2018 16:15
Myślę, że elementy seksualne są tu jak najbardziej na miejscu, nie są niczym nadzwyczajnym, w żaden sposób mnie nie poruszyły.
Ot, życie - jebanko zawsze będzie, czy za wojny, czy za pokoju, czy za kasę, czy za friko.
Czyli jak dla mnie, często piszącego o "tych sprawach" nie ma szoku.

Nawet odświeżyło to nieco akcję, bo umiejętne dawanie wątków pobocznych czyni cuda.
I Tobie się udało nie polecieć w jakiegoś pornola, ale ukazać parę ludzi, których może połączyć radosna kopulacja :)

Czyli kończąc, wątek płciowy jest niczym specjalnym w kontekście całości.
To normalność.
A że humorystycznie ujęta, to tym lepiej, no.
Kazjuno dnia 04.06.2018 09:03
Bardzo, Mike, dziękuję za wspaniały wpis. Tym razem, SWĄ wizytą, niczym celnym strzałem ze wspaniałej broni przeciwczołgowej - Panzerfausta - rozbiłeś w drobny mak wszelkie moje lęki i strachy, że wstrząsającą powieść historyczną faszeruję pornografią.
Mało! Uznałeś wzbudzające moje niepokoje fragmenty za czynnik pozytywnie urozmaicający historyczną opowieść.
Jestem Ci wdzięczny za potraktowanie tych wątków pobocznych, wręcz, za podnoszące walory mojej pracy.

Serdecznie pozdrawiam, twój wierny czytacz, Kj
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
20/10/2018 01:42
Abi, ja tutaj nie mam problemów z treścią, rozumiem, ze… »
Zola111
20/10/2018 01:07
Domofonie, piękna refleksja o niewystarczalności słowa.… »
Zola111
20/10/2018 00:48
Dod, wiem, że chciałeś oryginalnie, bo czternastka to… »
ghost--writer
19/10/2018 20:55
Na początku mała uwaga: nie powinno być wczesnym?… »
allaska
19/10/2018 20:00
Berele, dziękuję. To fajnie, że ogólnie przypadł tekst. »
Zola111
19/10/2018 17:25
Berele, dziękuję bardzo. Cieszy mnie, że zwróciłeś uwagę… »
dodatek111
19/10/2018 16:09
Wiersz jest przekazem, którego źródłem są myśli piszącego.… »
dodatek111
19/10/2018 15:59
Miło mi Anno. Pozdrawiam:) »
pociengiel
19/10/2018 15:05
Dzięki. Tak już mam. Mętki. »
introwerka
19/10/2018 14:54
Zolu, dołączam się do pochwał: jest pięknie,… »
introwerka
19/10/2018 14:50
Berele, Dokładnie taki miałam zamysł, czemu dałam wyraz w… »
introwerka
19/10/2018 14:47
Darconie, dziękuję bardzo za odwiedziny i ciepłe słowa :)»
JOLA S.
19/10/2018 13:34
Napoleon nie znosił rozpolitykowanych kobiet. Bez ich pomocy… »
Berele
19/10/2018 13:20
Wybory to targowisko, gdzie towarem bywa abstrakcja. Oprócz… »
Berele
19/10/2018 13:05
Subtelnie opowiedziana historia rozczarowania. Zamiast… »
ShoutBox
  • allaska
  • 19/10/2018 19:58
  • Dobry wieczór. Mam wielką prośbę do Redakcji poezji. Czy można prosić o dodanie przed tytułem mego tekstu słowa luźne, luźne refleksje. Będę niezmiernie wdzięczna. Pozdrawiam :)
  • Esy Floresy
  • 19/10/2018 13:57
  • Jeszcze tydzień, by wierszem wspomnieć, o tych, którzy zostali z nami w swoich wierszach: [link]
  • mariaczekanska
  • 19/10/2018 11:39
  • ok, super! Patrzyłam tylko na aktualności :)
  • Zola111
  • 18/10/2018 22:08
  • Mario, spójrz trochę wyżej na "Konkursy" lub wejdź na forum dyskusyjne.
  • mariaczekanska
  • 18/10/2018 20:06
  • nie umiem odnaleźć tego zaśrodkowania :(
  • Zola111
  • 17/10/2018 23:32
  • Zaśrodkowanie#29 czeka na Wasze wiersze, Poeci.
  • chawendyk
  • 15/10/2018 12:42
  • hmm... autohipnoza
  • mike17
  • 14/10/2018 12:31
  • A tu namiary do głosowania : [link]
  • mike17
  • 14/10/2018 12:30
  • Jeszcze 10 dni pozostało ,by oddać swój głos w MUZO WENACH 6, konkursie dla prozaików. Wynagrodźcie swoich faworytów. Czytajcie i głosujcie, naprawdę warto docenić ich trud :)
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas