Margaret - LucjaSz
Proza » Obyczajowe » Margaret
A A A

Margaret

 

Mamie

 

 

 

Serce ludzkie ma nieznośną skłonność do nazywania

przeznaczeniem tego tylko, co je miażdży. Lecz także

szczęście może być na swój sposób, i bez powodu,

nieuniknione.

 

Albert Camus

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Łucja Sz

Kraków 2015

 

1. Perła, ochrona przed toksynami

 

Uparłam się, że będziesz Margaret. Ojciec nie oponował, bo po włosku to Margherita, więc blisko. Mieliśmy za to przeprawę w urzędzie stanu cywilnego, gdzie poszliśmy zarejestrować twoje imię. Pani w okienku oczywiście nie miała cierpliwości:

Dzień dobry, my zgłosić narodziny dziecka i podać imię – powiedziałam.

Proszę zaświadczenie ze szpitala. – Podałam. – Dzień dobry – dopowiedziała.

Zaświadczenie ze szpitala to pojedyncza kartka ze stemplami, więc nie zeszło jej długo.

Jak się będzie nazywało dziecko?

Margaret – odpowiedziałam.

Pani spojrzała na nas spode łba. Zatrzymała się wzrokiem na tacie: ciemne kędziory i karnacja nie pozostawiały złudzeń.

Pan jest jakiej nacji?

Jestem pół-Włochem, pół-Polakiem – wyjaśnił ojciec dobrą polszczyzną.

To jest włoski odpowiednik? Bo powinna być Małgorzata. Ale ja się pytam, czy to jest włoski odpowiednik? – Spojrzała znowu na ojca.

Nie całkiem – odpowiedziałam. – Ale chcieliśmy… – próbowałam kontynuować.

Przepisy są takie – wtrąciła babka, nie mając zamiaru wysłuchać mnie do końca – że rejestruje się polskie imiona. Wyjątek stanowi sytuacja, kiedy jeden rodzic jest innej narodowości, wtedy można zarejestrować imię tamtejsze. Zatem pytam się, czy to jest włoski odpowiednik? – uśmiechnęła się do ojca. Przeczesała figlarnie siwą grzywkę.

Kobieta miała z pięćdziesiąt pięć lat, pracowała tu zapewne od czasów komuny, otyła i pewna w swoich poczynaniach, lata rutyny impregnowały ją na każdą nową sytuację, która nie miała szans objawić się jako nowa przed grubymi szkłami jej okularów i zapewne dlatego umilała sobie czas aranżowaniem takich scenek z udziałem nowych rodziców jak ta nasza.

No więc się pytam pana, czy to włoskie imię?

Tak, to włoskie imię – odparł pewnie tata, śmiejąc się w odpowiedzi, jakby załapał dowcip, a ja, przestraszona, spojrzałam na niego, że robimy to przecież nielegalnie, poświadczamy nieprawdę. Po chwili dopiero zrozumiałam, że nie chodzi tutaj o tuszowanie zbrodni, a o małe przeinaczenie, dzięki któremu mamy dla ciebie takie imię, jak chcieliśmy. Ucałowałam ojca znienacka w liczko, przed tym okienkiem w USC. Tata podpisał, gdzie trzeba, że nadaje imię włoskie.

Dziękujemy pani – powiedziałam, odbierając kwity, na których wykaligrafowała nam imię Margaret.

Niech się dobrze chowa, do widzenia! – pożegnała nas babka i odwróciła się na kręconym stołku do równie otyłej urzędniczki, która weszła właśnie z dwoma kubkami kawy.

Widzisz, perła ma swoją naturalną historię rozwoju, chciałam ci ją niejako zaszczepić. Wydawało mi się to piękne. Nie wiem, czy wiedziałaś, ale perła powstaje wtedy, kiedy do miękkiego i bezbronnego organizmu małża przedostaje się jakieś ciało obce i infekuje je od środka. Wtedy przyszła perła musi się bronić, chociaż nie ma tego w naturze. Zaczyna otaczać przeszkadzającą drobinkę masą, właśnie masą perłową. Małż czyni to tak długo, aż jego miękkie, lejące się ciałko poczuje się bezpieczne. Wtedy perła jest gotowa. Tarcza obronna, wyhodowana pod przymusem, staje się najcenniejszym wytworem! Przerasta wartością małża. Jedyna twórczość, do której jego bezwładna tkanka została zmuszona, to działania obronne. Tak bardzo się bał, że zraniła go drobinka. I patrz, co powstało! Obyś zrozumiała, jaką radosną wiedzę chciałam ci przez to przekazać.

Nie wymyśliłam tego sama, mimo humanistycznych inklinacji. Pewna mądra, stara kobieta, którą poznałam, będąc z tobą w ciąży, powiedziała do mnie: perła. Było to, kiedy szukałam cienia w jednym z krakowskich kościołów. Usiadłam w ławce, brzuch przede mną duży. Kwiecień, ale ciepło i słonecznie. Nie modliłam się, po prostu sobie siedziałam. Obok mojej ławki zatrzymała się zakonnica, zwabiona właśnie tym moim brzuchem.

Kiedy urodzisz? – zapytała.

Na początku maja – odpowiedziałam bezbronnie.

A ojciec dziecka jest? – dopytała rzeczowo, stojąc wciąż koło mnie, oparta o brzeg ławki. Miała taką przeoraną twarz, a siwe włosy wychodziły jej spod welonu. Nie wiem, gdzie mogła pracować – z ubogimi czy na jakichś misjach – żeby tak się postarzeć.

Tak, jest. – Zaświeciłam jej przed oczami obrączką i uśmiechnęłam się.

To dobrze, to dobrze – zastanowiła się trochę. – A pracuje? – dopytała znienacka, wskazując na mnie. Odpowiadałam już teraz jak odpytywana w szkole uczennica.

Tak, do końca chcę pracować. Jestem, siostro, psychologiem, trochę też naukowcem. Mam bardzo ciekawe zajęcie. Pomagamy ludziom znajdować pracę. Piszę też artykuły i występuję, kiedy trzeba. Mąż pracuje ze mną. Dziś pozwolili mi wyjść wcześniej, bo mam badania kontrolne, ale takie rutynowe, i siadłam tu, żeby trochę odpocząć – wyznałam.

Dobry pracodawca. – Ustąpiłam jej miejsca, żeby usiadła na chwilę, co zrobiła nieco zaskoczona, że rozmowa przybiera taki obrót. Może czuła się w tym momencie samotna? – Najlepiej odpoczywać przy Bogu, masz rację, dziecko. – I spojrzała przed siebie, na przód kościoła, w stronę tabernakulum i czerwonej lampki.

Ach, dobry – odpowiedziałam. – Najlepszy. Mój profesor z uniwersytetu – odpowiedziałam wzruszona, niemal z egzaltacją (to chyba hormony).

To ty jesteś perłą! – rzekła na to.

Czemu perłą, siostro? – zapytałam ze zdziwieniem.

Bo jeśli ktoś troski świata i zgryzoty, a wszyscy je mamy, obróci na dobrą stronę i pozostaje w pokoju serca, i buduje, to jest jak ta perła. Ja za młodu lubiłam biologię, chemię. Maria Curie. Chociaż ona ateistka, ale Bóg ją z sobą pogodził w momencie śmierci, przytulił. Czasem ktoś nie umie inaczej, nie rozpoznaje, ale ile ona zbudowała! – Zrobiła pauzę, żeby wrócić do tematu. – Nie uczyłaś się, że perła powstaje, jak jakiś piasek wejdzie do małża? On to potem otacza.

Byłam poruszona tą metaforą. Podobało mi się to, co powiedziała.

Chce siostra dotknąć brzucha? – Spróbowałam się jej jakoś odwdzięczyć, ulżyć i jej samotności.

Siostra rozejrzała się wokół. W kościele było tylko kilka osób, jak to za dnia, latem, gdy żadnych nabożeństw. Położyła spracowaną dłoń na brzuchu i na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech, a mnie aż skapnęły łzy radości. Będąc z tobą w ciąży, ulegałam zmiennym nastrojom, wykańczało mnie to, ta słodycz dookoła, która pokonywała wszystkie zapory we mnie.

Będę się za ciebie modlić – powiedziała siostra, wyszła z ławki i podążyła na przód kościoła. Tam siadła.

Pomyślałam, że ja mam już imię, za to ciebie nazwę Perełka, z siostrzanym błogosławieństwem, kiedy dotknęła dłonią brzucha. Opowiedziałam o tym ojcu i przystał na to.

Opisuję ci to wszystko ze sporego czasowego dystansu, teraz masz trzy latka. Na początku ciąży, jak i nieco wcześniej pisałam jakieś strzępy uwag wynikające z braku dobrostanu (też ich tu trochę powtykam na pamiątkę), a pod koniec, co zresztą zobaczyłaś wyżej, obcowałam z taką słodyczą i szczęściem wewnętrznym, że rozsądna i intelektualna część mnie aż się zżymała. Nie umiałam wtedy w ogóle pisać, wylewałam na papier taką bajeczną egzaltację, że coś okropnego. Nawet ojciec śmiał się, jak bardzo jestem z siebie niezadowolona, ja, która zawsze miałam do siebie jako taki dystans i potrafiłam tonować emocje. Nie poznawałam siebie, ale nie mogłam być nieszczęśliwa, bo taka byłam przesadnie i spontanicznie rozpromieniona. Piszę aż dotąd. Od początku było to robione na polecenie mojej pani psycholog. Aktualnie kończę terapię. Jest teraz czas na to, żeby wrócić i opisać piękne sprawy dotyczące ojca i twoich narodzin na spokojnie. Takie też dostałam polecenie. Podobno ma to być siła nośna mojego życia.

Wolę myśleć, że piszę całość nie dla siebie, tylko dla ciebie, Mała. Kocham cię.

Piszę dla ciebie opowieść o miłości spełnionej, której jesteś częścią. Ułożyło nam się z ojcem i jest to mój największy sukces życiowy. Wymagał przeprawy, ale teraz jesteśmy na spokojnych wodach. Dni mijają lekko i radośnie, mamy ciebie, trzyletniego szkraba, płynnie przeskakujemy z obowiązków zawodowych na domowe i jesteśmy dla siebie. Całe nasze życie jest teraźniejszością. Ale kiedy wychylić się trochę poza tu i teraz, to wiesz, widać… Rzadko to robię i nielegalnie, bo psycholożka zabroniła mi patrzeć, jak rzeczy wyglądają z zewnątrz, robiło mi to źle na głowę. Czasem jednak ulegam pokusie. Widać, że jesteśmy tym melancholijnym, wzruszającym, tęsknym spełnieniem, któremu nic nie brakuje do doskonałości, jak tej perle. Dobrze, że nie wybiegam tam często, bo ogrom bolesnego szczęścia trudno jest pomieścić nawet teraz, gdy już nie ma ciążowych hormonów.

A dla ciebie i dla wszystkich to lekcja, że strach jest po to, by wybrać miłość.

Nie rozumiesz?

Powiedzmy, że kiedyś zrozumiesz. Jak przeczytasz moją opowieść, moje wypociny, kronikę humoru rodzinnego, księgę zżymań, zapis depresji, pamiętnik, list, studium uczuć – czymkolwiek to momentami jest. Dziewczynka, którą będziesz – idealna, piękna, mądra i dobra – przykładnie przeze mnie wychowana; masz niepoślednią osobowość (jak Ania z Zielonego Wzgórza), zdolną chłonąć z duchowości świata:

Mamo, ale dlaczego strach mógłby zepsuć życie? Czy naprawdę trzeba tak bardzo czuć strach? Ja nie czuję. Ty czułaś?

A potem, gdy będziesz starsza i zaczniesz czytać literaturę:

Czemu wybrałaś mi imię, które znaczy, jak piszesz, że strach jest powodem twórczości? Miałaś jakieś trudne przeżycia?

Wtedy odpowiem ci:

Jest coś takiego jak wewnętrzna walka.

Spojrzysz na mnie niepewnie, nierozumiejąco. Widzisz, wyprzedziłam twoje pytania. Póki jeszcze pamiętam i te przeżycia są we mnie świeże, chcę spisać, jak ewoluowały uczucia i napięcia. Pomoc duchowa dla ciebie.

Może się też zdarzyć, że zaobserwujesz między mną i ojcem zachowania niemiłujące. Pomyślisz, że nie jesteśmy tak blisko. Zapytasz:

Mamo, a co ty w ogóle myślisz o mężczyznach i zamążpójściu?

I to przewidziałam. Duży był we mnie strach przed staniem się toksyczną matką, która zwadzi cię z mężczyznami, zanim ich poznasz i doświadczysz, tylko ze względu na to, czego sama od nich zaznała. Powiem ci wtedy:

Przeczytaj sobie, jaka to była piękna miłość od początku, i nie wątp, że było lub jest inaczej, bo ja ani razu nie zwątpiłam w twojego ojca. I ty też możesz mieć takie życie z kimś, kogo twoje mądre serce wybierze z wzajemnością.

Nie wiem, może gdy będę miała pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt lat, utracę zdolność opowiadania, może codzienność odbierze mi to poczucie szczęścia. Nigdy też nie wiadomo, czy nie umrę wcześniej i czy doczekam twojej dorosłości. Dlatego piszę. Może to nie ma żadnego sensu, a może ma.

Dziś widziałam w krakowskim sklepie spożywczym dwie starsze panie, które brały niezdarnie owoce i warzywa z półek ułożonych pod skosem. Właśnie zawróciłam tam, przypominając sobie listę zakupów, którą oczywiście zrobiłam i zostawiłam na stole w pokoju. Stałam więc i przypominałam sobie, kiedy dotarło do mnie:

Sił nie ma, młodość przeszła, wszystko przeszło.

Kiedy to przeszło, przed chwilą było się młodym, a teraz życie skończone.

Dwie siwe panie w letnich bluzkach i spódnicach, z łokciami w górze, z obwisłymi ramionami wychylającymi się spod mankietów. Stałam nawet jeszcze dłużej niż trzeba, słuchając, jak rozwija się ta scena. A potem znów odpłynęłam myślami, zastanawiając się, co dla ciebie zostawię.

Inny jeszcze obrazek. Wychodzę z tobą na podwórze albo zostawiam cię na ten moment, gdy śpisz, i idę na plac, żeby podrobić gołębiom dwie kromki chleba, które zostały ze starego bochenka. Gołębie przylatują chmarą. Pijaczek, który mieszka na parterze i siedzi tam zawsze, przychodzi do mnie, by popatrzeć:

Ja też tak daję. Chwila i nie ma nic. Skąd to się weźmie taka chmara naraz? Skąd to przyleci? – Wyciąga miskę i zanim podrobię chleb, nalewa do niej z cembrowanego wiadra wody, żeby gołębie miały co pić i w czym się kąpać. Wychodzi jego żona, która Bóg jeden wie co z nim przeżywa, kiedy nie pracuje, a i syn już zaczął podobnie jak ojciec robić – jedyne jego konstruktywne zajęcie to chodzenie na spacery z psem.

Dzień dobry – mówi mi uśmiechnięta, w białej bluzce, jak królowa lata.

Każdy chce żyć, córuś. I te kobiety, które starają się tak niewiele z tego, co im dają mężczyźni, przerobić na jako takie rodzinne życie. Chcą i one mieć pełnię życia. Ile to wymaga? Mój tata podobno zawsze tak powtarzał. Wszystko chce żyć. Biologizm, Darwin. Wszystko, wszystko chce żyć.

Przyjdzie taki czas, jeśli będziesz kobietą podobnego kruszcu, w którym zaczną się w tobie nawarstwiać wiedza, doświadczenia, przeżycia – to, co pozwoli ci zbudować najpierw przed trzydziestką światopogląd, a przed czterdziestką zintegrowaną, dojrzałą osobowość. Wtedy zapewne sama będziesz już matką.

Zapytujesz mnie więc o historię mojego życia. Opowiem ci ją. Jestem przygotowana! Jestem otwarta. Czekałam na to pytanie. Od dawna chciałam ją komuś opowiedzieć. Czasami wydaje mi się, że zbierałam poszczególne koraliki, zanim w ogóle przyszłaś na świat. Psychoterapia pomogła mi je uporządkować, nawlec na sznurek. Pisząc tę opowieść, mam przed sobą jasny cel: ochronę przed toksynami. Miej cierpliwość, z czasem ci wyjaśnię, nie tak łatwo zagaić – jak by powiedziała młodzież. Puszczam tu do ciebie oko. Jestem zestresowana tym początkiem, więc trwaj przy mnie, proszę. Poczekaj, aż mi się ustabilizuje błędnik.

Wiesz, kiedy miałam czternaście lat, zaczęłam sama rozmawiać z własną matką. Wcześniej miałam taki zabobon, zwyczaj, który polegał na tym, że wszystko, co obmyśliłam, zostawiałam dla siebie. Bo w większości wykraczało poza to, co się normalnie myśli, co powinnam była myśleć ze spokojem i tym poczuciem, że jak wypowiem na zewnątrz, nie wywoła to sensacji. Sama, będąc małą dziewczynką, szybko dostrzegłam, że wszystko kręci się wokół schematów: dobry ożenek, dobra praca, inne, pomniejsze. Jakieś szczęśliwe uproszczenia i uogólnienia zarazem, które wymyślili ludzie, ale ja stałam wtedy po stronie detalu.

Co ja sobie dokładnie myślałam, nie wiem. Pamiętam tylko, że to były jakieś zmagania ze sobą. Na przykład myślałam, kiedy szliśmy, mama albo ojczym trzymali mnie za rękę, a ja skakałam po płytkach chodnikowych tak, żeby nie nastąpić na krawędź:

Nie wyjdę za mąż. Lata polecą, będę miała dwadzieścia siedem lat i wszystkie kuzynki będą już mężatkami. Zapomną o mnie. Jakimś cudem wszyscy o mnie zapomną i nie wyjdę za mąż. Nie powiem o tym nikomu. Będę dusiła ten pomysł w sobie, aż się uda. Wewnętrzny znój. Okup za spełnienie marzenia. A jak dożyję dwudziestego ósmego roku życia, to sobie o tym dzisiejszym życzeniu przypomnę i pomyślę, czy się udało. Będę miała całkiem inne życie.

I w tym momencie skręciliśmy, mama pociągnęła mnie w lewo i nadepnęłam na krawędź całą stopą. Strata: dwa punkty – bo całą stopą. Krawędź przekroczona zupełnie.

Mamo! – zawołałam.

Co mamo? Uważaj, jak chodzisz, nie baw się teraz. Idziemy do dentysty – padała odpowiedź.

Z koleżankami też to miałam. Siedziałyśmy w szkole na schodkach, w krótkich rękawkach, jedząc chleb w czasie przerwy, a ja myślałam sobie o jakichś innych rzeczach. Pamiętam jeden taki dzień, omawialiśmy wiersz o Dedalu i Ikarze. Wszyscy omawiają go w liceum.

Wiersz czytali: primo, Adrian, („jestem pierwszy wszędzie”), secundo, Edytka, nasza klasowa recytatorka, co nawet czytając wiersz o kapuśniaczku zasilała go dramatyczną intonacją. Czytali jedno po drugim, aby klasa dość dobrze zapoznała się z treścią. Adrian przeczytał swoje. Skończył.

Proszę, Edyto – rozkazała polonistka, stojąc koło biurka z podręcznikiem przegiętym na grzbiecie, tak że miała przed sobą tylko jedną stronę.

Cisza, cisza, czytamy – zawołała, gdy Edyta chciała już zaczynać.

Ernest Bryll: Wciąż o Ikarach głoszą – Zrobiła stosowną przerwę i rozpoczęła:

Wciąż o Ikarach głoszą – choć doleciał Dedal,

jakby to nikłe pierze skrzydłem uronione

chuda chłopięca noga zadarta do nieba

znaczyła wszystko. Jakby na obronę

dano nam tyle męstwa, co je ćmy gromadą

skwiercząc u lampy objawiają…

Jeśli

poznawszy miękkość wosku umiemy dopadać

wybranych brzegów – mijają nas w pieśni.

Tak jak mijają chłopa albo mu się dziwią,

że nie patrzy w Ikary…

Breughel, co osiwiał

pojmując ludzi, oczy im odwracał

od podniebnych dramatów. Wiedział, że nie gapić

trzeba się nam w Ikary, nie upadkiem smucić

choćby najwyższy…

A swoje ucapić.

Czy Dedal, by ratować Ikara, powrócił?1

 

Dziękuję, Edyto. Proszę, omawiamy wiersz. Klasa, kto chciałby zacząć? – Pani polonistka z wąsikiem, napędzana ilością materiału, nie certoliła się z wczuciem.

Proszę pani, jak dla mnie uderzające jest, że w tym wierszu jest nacisk na Dedala. W ogóle my też mamy na tablicy w temacie lekcji: mit Dedala i Ikara. Ja wiem, że to jest kwestia starszeństwa, jako że Dedal był ojcem Ikara, ale ze względu na wagę, na postawę, którą cenimy, czy nie powinno być mitu o Ikarze i Dedalu, z pominięciem w tym przypadku zasady pierwszeństwa? Tak samo w tym wierszu Bryll tylko pozornie mówi od strony tej gawiedzi, co nie zważa na Ikara, to na pewno prowokacja, niemożliwe, żeby cenił bardziej Dedala. – To byłam ja w wywodzie, z końca ławki. Już od połowy pierwszego czytania wiersza wiedziałam, co mam do powiedzenia.

Bardzo dobrze. Ktoś ma jakieś inne uwagi albo myśli tak samo? – Polonistka przeleciała wzrokiem po klasie. – Przypominam, że używamy do interpretacji obrazu Pietera Bruegla Starszego, na którym, rzeczywiście, dramat Ikara jest niedostrzeżony. Mamy wołu i chłopów na pierwszym planie, całe życie wioski, które pozostaje tym upadkiem niezmącone. Ale Bryll chciał nam tu powiedzieć, że racjonalna postawa Dedala jest cenna. Dobry rzemieślnik, to w końcu on wymyślił te skrzydła i umiał ich używać. Rozsądny, tak jak ci ludzie, którzy pracują w pocie czoła na obrazie. Ikar być może jest dla Brylla nieodpowiedzialny, brawurowy, narwany i poeta nie ceni go tak, jak przywykliśmy, ze względu na romantyczny indywidualizm, z którym się kojarzy. – Ucichła.

Paliłam się w środku, bo chciałam dopowiedzieć, ale polonistka zwróciła się do Adriana:

Adrianie, tak ładnie czytałeś. Co ty o tym myślisz? Aspirujesz do piątki, jeśli ładnie dziś odpowiesz, zaliczę ci czytanie plus wypowiedzieć jako odpowiedź ustną na piątkę.

Pani profesor – zaczął Adrian – oczywiście, że sensowniejsza jest praca rzemieślnika niż artystyczne zrywy. Taka zwykła praca buduje świat.

Ale to przecież zwykłe chamstwo – zawołałam. – Czy Dedal, by ratować Ikara, zawrócił? na końcu wiersza. Przecież ojciec nic nie zrobił, żeby uratować syna. Na pewno Bryll się do tego nie przychyla. To na pewno prowokacja z jego strony. Taką postawę chcemy cenić?

Spokojnie, Aniu, używasz bardzo mocnego słowa. Może nie aż „chamstwo”. Usiądź, proszę. – (Wstałam, mówiąc to.) Koleżanki obserwowały sytuację, zwracając głowy w stronę rozmówców. – Myślę, że trzeba by ten wiersz rozumieć jako rozróżnienie tych dwóch postaw. Bryll, jak mało kto, docenił Dedala. Przejdziemy do drugiej części lekcji. Zapiszmy drugi temat. Mit o Nike.

Na lekcjach polskiego gniewałam się na panią nauczycielkę. Zostawiała omawianie wiersza w połowie, tak to przynajmniej wyglądało z mojej perspektywy, i szliśmy z dyskusją dalej, kiedy ja nie zdążyłam jeszcze powiedzieć wszystkiego, co nasuwało mi się przy lekturze. Pozostali w klasie byli tak samo jak ona zadowoleni. A ja odrywałam się od tego, co jeszcze niedokończone, i biegłam za nimi. Wpadałam przez to w roztargnienie. Myślę, że dlatego nigdy nie umiałam dobrze się wysłowić, jakbym nie potrafiła sprostać temu wielkiemu skracaniu, samoograniczeniu, jakbym czuła, że obcina mi myśli w połowie i zostają one w równych częściach: w życiu i poza jego obrzeżami, na wieki wieków niezmaterializowane, a przecież także ważne.

Siedziałam potem osłupiała między koleżankami na przerwie i, po pierwsze, myślałam, czy któraś coś skomentuje, że się zbłaźniłam tym „chamstwem”. Ich tępe buzie przeżuwające chleb jak pysk kozy nie powiedziały nic na ten temat. Wyłączałam się zatem i dalej w głowie toczyłam w myślach pojedynek z Adrianem i polonistką; Adrian zresztą też do tego nie wrócił, choć widziałam go na przerwie.

Póki nie zaczęłam terapii, będąc w kryzysie małżeńskim, uważałam, że w dzieciństwie, liceum i na studiach byłam zdrowa. A jednak chorowałam na myśli. Dopiero teraz jestem zdrowa. Musisz wiedzieć, że gdybym wtedy, w liceum, była dość mocna, gdyby mi się nie zaburzyła ta rzecz naturalna, a dzisiaj we wszystkich psychologicznych poradnikach wymieniana jako zarzewie psychicznych trudności (z czym się zgadzam) miłość własna, to prędzej wyszłabym na klasowego raptusiewicza, ale wypowiedziałabym wszystko, a nie skazała się na niewypowiedzenie i milczenie. Ergo: byłabym w pełni zdrowa, a właśnie nie byłam.

Jednak z drugiej strony, co zawołałabym za tym uciekającym peletonem?

– „Uwzględnijcie moje zdanie!”

– „Myślcie, jak ja myślę!”

– „Zobaczcie sprawę, jak ja ją widzę!” – Tak miałabym powiedzieć w klasie, która przechodzi do omawiania mitu o Nike?

Żebyśmy się dobrze zrozumiały: nie chcę tu smęcić. Najbardziej zajebiste – specjalnie używam tu tego słowa, dla wyrwania się z ewentualnych odmętów swojego uniesienia i psychologicznego monologu – jest zakończenie tej naszej historii, którym ci tutaj pomacham, żebyś wiedziała, w jaką stronę idziemy. Ja i twój ojciec to piękna miłość. Mamy cudowny seks (chociaż nie w moim stylu tak wyraźnie to przyznawać, ale ponoć tak trzeba), jesteśmy zakochani i zaangażowani, mamy tę wyłączność, jesteśmy syci. Co roku jeździmy do Włoch na wakacje, gdzie dobrze wyglądam w stroju kąpielowym i lenonkach. Lok leci mi na okular, kiedy czytam. Twój tatuś mi go zabiera i całuje. Jest bosko. Nie myśl, że studium własnych uczuć podejmują tylko nieudacznicy, chorzy nieuleczalnie na nadmiar myśli.

Jest ci potrzebna wiedza o dojściu do tego miejsca. Wszystko, co zaobserwowałam przez te lata, robiłam dla ciebie – lepszej mnie, zdrowszej mnie, którą będziesz. Dlatego teraz posłuchaj mnie uważnie. Pozwól mi się uwolnić od balastu mojej historii i się wypowiedzieć. Poprzez tę opowieść przekuję swoje doświadczenia w dobre życie dla ciebie. Gdyby ci brakowało mądrości, jeżelibyś kiedykolwiek do tej pory cierpiała na brak świadomości, nie martw się, bo odtąd będziesz miała wszelką mądrość, będziesz miała całe moje życie, całe życie swojej matki. Nie zabraknie ci wiedzy, ona jest powszechna. Im więcej wiesz, tym z wyższego pułapu zaczynasz obracanie się między ludźmi. Będziesz szła z takiego pułapu wiedzy, jakbyś siedziała całe życie w babskim wianuszki i słuchała, co się której stało, co się stać mogło i jak to rozwiązała. Tyle kobiecej miłości.

Widzę cię w łóżeczku, masz trzy lata i jesteś szczęśliwym dzieckiem, ale ja mam akurat teraz w życiu lata terapii, prawie cztery długie lata, kto by się tego spodziewał? Wszystko jest na swoim miejscu, to znaczy wszystko jest spokojne. Patrzę na mieszkanie – w porządku. Praca – zabezpieczona. Jeszcze nigdy nie było w moim życiu tyle spokoju. Ty jesteś, dzięki Bogu, zdrowa. A ja? Cóż ja, bawię się w pisarza i wieczorami staram się sprzedać tę moją nerwicę. Sypiam przez to lepiej. Głowię się nad zdaniami. Codzienna praca zawodowa nie jest dla mnie na tyle ambitna, żebym potrafiła się intelektualnie zmęczyć, żeby z namaszczeniem zasnąć, jak dzieje się to po pisaniu. Każdego dnia od zawsze, od kiedy pamiętam potrzeba mi było intelektualnego wyczerpania, sprostania czemuś, mentalnej zagadki i sukcesu. Myślę, że stąd te moje problemy psychiczne.

Ale u nas to rodzinne. Ty będziesz miała geny po dziadkach, też to odziedziczysz. Niezależnie od wszystkiego: sposób życia, rodzinne schematy neurogenne, nie wiem co jeszcze – ja miałam zawsze energię na więcej. (Trzeba by kiedyś jeszcze zapoznać się lepiej z Freudem i Jungiem). Nie sądziłam, że mogłabym sprostać jakimś trudniejszym studiom, porwać się na większą pracę. Bałam się świata, cóż, humanistyka była życiowo wygodna. Zostać poniekąd w kręgu swoich myśli. Pamiętaj zawsze, córko, studia humanistyczne, jeśli chciałabyś je podjąć na poważnie, będą wymagały od ciebie psychicznej odporności, żeby pogodzić się z konsekwencjami, które niosą. Podważanie i relatywizm. I brak pracy, jeśli nie doszlusujesz do jakiegoś konkretnego zawodu. Dlatego nie możesz być neurotyczna. Ja jestem niestety, jak się okazało bardzo późno. Ale nie umiem odnaleźć przyczyn. Dom miałam dobry, ten neurotyzm po prostu przyszedł od losu i zajęłam się nim w sobie, zaopatrzyłam go.

Twój ojciec widzi czasem, że piszę. Nie robię z tego tajemnicy. Zresztą zna całą sprawę mojej terapii, sam ją kiedyś zaproponował, ale potem systematycznie zostawiał mnie samą w tym obszarze, bo pomimo wielkiej miłości nie chcemy sobie wzajemnie siedzieć w głowie, to byłoby niezdrowe.

Przychodzi, przerzuca parę białych kartek:

Chce ci się? – pyta.

Dobrze mi to robi – odpowiadam z uśmiechem.

Wtedy odkłada kartki, wyciąga z lodówki wodę i idzie do sąsiedniego pokoju, gdzie włącza telewizor. Ja podchodzę wtenczas do okna, żeby otrząsnąć się z rozmowy i nabrać dystansu, patrząc przez szybę na przechodniów na przystanku autobusowym, i wracam tu do ciebie. Ojciec się cieszy, bo jestem spokojna i uśmiechnięta. Reagowałby mocno tylko wtedy, kiedy czułabym się gorzej. Jak nic się nie dzieje, pozostaje w średniej odległości. Puszczamy wolno nawzajem swoje życia.

Wybacz, kochana, jeszcze jedno: to tylko ja piszę. Lepiej nie umiem. Znasz mamę. Mam nadzieję, że się jeszcze nie pogubiłaś ani nie oderwałaś. Postaram się do ciebie raz po raz apelować wprost, żeby ten tekst był retoryczny i żeby nie było ci zbyt ciężko.

I wiesz, córeczko, ja już dla bratanicy chciałam coś takiego jak tu dla ciebie napisać. Myślałam, że jako chrzestna będę jej posyłać na każde urodziny list w różowej papeterii. To by było jak z powieści. Myślałam o sprawieniu jej na pierwsze urodziny zamykanego na kluczyk kuferka, kluczyk miała mieć jej matka, ja miałabym co roku ceremonialnie na urodziny dawać jej list, dokładać do tego stosiku. Wyobrażałam sobie, że na szesnaste, siedemnaste urodziny będzie już ze mną wkładać i cieszyć się, że za rok dostanie od mamy kluczyk. Ale nie chciałam ingerować tak mocno. Poza tym brat ma inną rodzinę, inaczej wychowuje dzieci, nie ma tam wielkiego respektu dla świadomości.

Wyszło więc na to, że to ty otrzymasz tę spowiedź. Spowiedź matki. Już nie będziesz musiała na nic czekać przed moją śmiercią. Wybacz, jestem czasami zbyt egzystencjalna i kreuję siebie na kogoś wielkiego. Przekonasz się zaraz, że to nie ja, to jest pewien język, który bardzo lubię. Wiesz czemu? Bo przydaje godności. Zapamiętaj sobie, że ludzie chorujący na nerwicę czują się ubrudzeni, rozwiani, jakby wszystko mieli rozbebeszone. Takim ludziom najbardziej pomaga i najbardziej się podoba łagodność i powolne słowa. Tak mówią wszyscy psycholodzy. Obyś się nigdy o tym nie musiała przekonywać. Ale psycholog wcale nie musi być mądry. Gdyby był nazbyt, musiałby to nawet ukrywać. Wystarcza, że będzie „upewniał”, to znaczy pozwoli mówić i uspójnić się pacjentowi. Tak wszystko nabiera sensu. Przyzwyczajasz się. Słabym potrzeba łagodności, tak się wydobywa ich godność. Ich sprawy wydają im się wtedy obiektywne, a ewentualna żarłoczność tych, którzy ich skrzywdzili, to zaburzenie decorum, które w ten sposób blednie. Przekonuje się ich, że co do formy wszyscy ludzie są tacy sami, równi. Są godni i ludzcy, to sobie odtąd powtarzają.

Pozwól mi w tym miejscu nabrać trochę treści, bo widzę, że zaczęłam powtarzać banały i psychologizować, przy czym usnę albo zacznę płakać, a potem pójdę spać. Wróćmy zatem do sensu tego pisania.

 

 

2. Absolutne wypowiedzenie

Córeczko, to już był ten czas, kiedy nosiłam czarny, długi, skórzany płaszcz, dałam za niego siedemset złotych. Był kupiony w dobrym sklepie, kilka dni po drugiej wypłacie. Wtedy miałam nareszcie pewne zatrudnienie. (W czasie studiów pracowałam w fundacji, w paru innych miejscach na zlecenie, a potem praca w fundacji nie była już możliwa). A zatem na tej linii nie było kłopotów, załagodziło się wszystko, nic, tylko żyć, wypuszczać z siebie w górę powietrze, gdy odchyla się głowę w głośnym śmiechu, rumiane policzki i mokry nos, na pierwszym, jesiennym mrozie. Ze znajomymi z pracy, z kim bądź przez ryneczek, na przystanek. Tak się chodziło. I żyłam nagle zupełnie beztrosko, znowu. Drugi odcinek krakowskiego szczęścia, inny od co dopiero zamkniętych lat studenckich. Czasami tylko przychodziła świadomość, że też jest tak dobrze, a jeszcze niedawno byłam wypalona, niepewna… (Wspomnę jeszcze o tym). Skąd to tak raptem nastąpiło? Najpewniej podarowane przez los. Że tak słodko, że uwite ciepełko małej stabilizacji, udane życie zawodowe, własny kąt, powtarzalne rzeczy co dnia, och, jak słodko!

Zatem ten płaszcz to był symbol dostatku i bycia wreszcie na swoim. Wreszcie nie oszczędzałam, wreszcie wydawałam na ubrania więcej, niż musiałabym. A zatem zaczęłam się u b i e r a ć, jeśli wiesz, co mam na myśli. Moja matka spoglądała na mnie z potakiwaniem i aprobatą. Gdybym mogła wybrać, kiedy czułam się najbardziej kobietą, to właśnie wtedy. Bez dwóch zdań.

Helenka z pracy organizuje małe przyjęcie urodzinowe. Bum! idziemy do Helenki! To kobieta, która od nas pojechała ostatnio do Francji odebrać należyte szkolenie od firmy giganta, dla której mamy szukać kandydatów. Pojechała, zostawiając dzieci z mężem, no i oczywiście wracała na weekendy. Gdybym była matką, myślałam wtedy, chciałabym być taka jak ona. Latem po pracy brała jedno dziecko do takiego plecaczka na grzbiet, a drugie trzymała za rękę albo puszczała wolno i szła do koleżanek na Kazimierz. Miałam okazję kiedyś ją tak zastać przy papierosie, podczas gdy jej dzieci hasały z dziećmi koleżanki po antresoli i po mieszkaniu w kamienicy na placu Nowym. Albo dzieci wyglądały przez okno na zapiekankownię i cudem ta koleżanka Heleny zapobiegła polewaniu na dół z sikawek, które zostały po Wielkanocy w łazience, teraz wydobyte dla dalszej utylizacji. Potem biegały też w dół i do góry po drewnianych schodach kamienicy – tam je zastałam i jako eskortę przyprowadziłam do mieszkania. Znałam tego większego syna Heleny, więc zapytałam, gdzie jest właściwe mieszkanie. Przyszłam do niej, bo wróciła z Francji, a nazajutrz szła na dwutygodniowy urlop i ustaliliśmy z szefem w trójkę, że spotkam się z nią półprywatnie i zasięgnę języka, bo nie miałyśmy się już spotkać w pracy.

Dużo pracy. Miałam tam z nimi utrapienie. Chcieli, żebym o tej firmie wiedziała wszystko, a ja jestem filologiem, trudno mi przyjąć taką fachową wiedzę techniczną. Może tylko szef dałby sobie z nimi radę.

To na pewno – powiedziałam. – Ten by ich przekabacił na profil humanistyczny. - Obie się zgodnie zaśmiałyśmy.

Może szef wykręciłby się od zapoznania z ich legendą. Mnie nie wypadało. Przesłałam jeszcze od nich kompletną dokumentację, zobaczysz sobie w poniedziałek, jak trafi na skrzynkę. Szef potwierdził mi zwrotką w sobotę koło południa, że otrzymał. To były duże maile, ale jest potwierdzenie, że doszły. Która godzina? – zapytała przytomnie gospodynię.

Dziewiąta dochodzi.

Dzieci, idziemy. – Były subordynowane, więc spakowała je, jak to miała w zwyczaju, pociągnęła koszulkę khaki, żeby obciążony plecak nie zdarł jej skóry na plecach. – Chodź, odprowadź mnie jeszcze na Nowy, dzieci muszą coś zjeść.

U mnie mogłaś zjeść – zaprotestowała gospodyni.

Nie będziemy cię objadać, poza tym dzieci lubią zapiekanki.

Zeszłyśmy na dół. Jej synek pędził już sam do ulubionego stoiska, chyba często to robili. Mały miał z siedem lat, a puszczała go samego. Zamówiła, po czym zdjęła córeczkę z pleców i położyła ją na studni.

No to powodzenia – zwróciła się do mnie.

Jedli te zapiekanki, zanim wrócą do domu, będzie po dwudziestej drugiej. Miałam pewność, że gdybym była matką, chciałabym to robić tak jak ona. Na takim luzie. Była świetną osobą.

Udanych wakacji – życzyłam jej na odchodnym.

Zatem ta właśnie Helenka teraz zapraszała. Pojechaliśmy z szefem po szefową prosto po pracy i już w trójkę do mieszkania Heleny. Urodziny domagały się uczczenia nawet w najbardziej pracowity dzień. Rafał, inny pracownik, mój rówieśnik, przyprowadził nawet naszego gościa – Austriaka, bo był za niego odpowiedzialny podczas pobytu i nie mógł go zostawić samego na mieście. Dość często wychodziliśmy w taki sposób ze ścisłym gronem z pracy, Hela miała zabawne te wieczory, ale specyficzne były też u Roberta, kiedy bawił się w DJ-a.

Helenka mieszkała w jednym z nowych bloków w okolicach Kobierzyńskiej. Dobry standard, winda, mieszkanie miała duże i wygodne, na wyższym piętrze. Narzekała tylko, że na osiedlu nie kupisz dobrego chleba, same markety z napompowanym pieczywem, niedobrze dla dzieci. Kiedy weszliśmy, Helenka przywitała szefa i szefową, a Rafał odciągnął mnie na bok, gdzie był też Austriak.

Pogadaj z nim trochę, dobra? – prosił jak o wybawienie.

Zaśmiałam się i zaczęłam rozmawiać z Austriakiem. Okazało się, że moim łamanym niemieckim można było wyartykułować jakieś półzdania, które pchały dyskusję do przodu. Poza tym oczywiście angielski. Chłopak miał być przekazany do Skandynawii. Przyjechał, żebyśmy w naszym biurze pomogli mu z formalnościami, wytłumaczyli, co tam zastanie. Był już po tych wszystkich przygotowaniach, wracał jeszcze do siebie, do Grazu, zanim wyjedzie na dobre do pracy, ale czwartkowy wieczór spędzał z nami. Miał za co być nam wdzięczny i przez to nas lubił. Załatwiliśmy mu dobrą robotę.

Musisz przyjechać do Grazu w zimie. Ja też będę wracał z Danii czy z Finlandii. Nie wiedziałem, by the way, że Kraków jest taki międzynarodowy.

Szef najbardziej zwalczał to, żebyśmy się u niego nie czuli jak w londyńskim city. Jaka skala? Dość było tego, że wszystkim przedstawicielom krakowskich korporacji zdawało się, że realizują projekty niczym Canary Warf, a tak naprawdę robią outsourcing na jakichś miejsko-półwiejskich peryferiach Krakowa, gdzie dojeżdża jeden autobus, tylko z pracownikami tej fabryki, a poziom trudności pracy równa się intelektualnemu skręcaniu długopisów. Bardzo tego nie lubił i każdy taki przejaw zagadywał naszą polską tradycją robienia biznesu. Nikt nie stworzył takiej rozbudowanej ideologii wokół tego co on, ze zwykłej niezgody i urazy starego, zamkniętego krakusa, jakiego się przecież zawsze ceniło za nie byle jaką inteligenckość i wysoki poziom.

Tak więc podprowadziłam Austriaka do szefa, który chętnie go przejął, gdy tylko zaanonsowałam:

Jann mówi, że Kraków taki międzynarodowy, niczym nie ustępuje innym centrom usług w europejskich metropoliach.

Podeszłam do szefowej, która wydała się starszą od szefa. Była ubrana na czarno, straciła tego roku matkę. Dobra kobieta o mądrych oczach, mało ekspansywna; chyba musi się to tak harmonizować w parach. Prowadziła biuro księgowe, pomagała też dzieciom w wychowywaniu wnuków. Kiedyś pracowała w finansach w urzędzie miasta.

Pani Aniu, czas związać życie. Pozostałe rzeczy ma pani poukładane, tylko jeszcze tutaj. Zadanie na najbliższy czas.

Pani szefowo kochana, znaleźć mężczyznę na stały związek, wielką miłość, to zawsze tak. Ale dzieci rodzić bym jeszcze nie chciała.

Małżeństwo to pierwszy krok. Potem samo przyjdzie.

Robert zjawił się jak spod ziemi, odsunął kieliszki i usiadł chudym tyłkiem na niskim stole, vis-à-vis nas, siedzących na kanapie.

Robert, zachowuj się – zawołał do niego szef od Austriaka.

Hela? – zagadnął pytająco Robert.

A siedź – powiedziała mu Hela, skupiona najwyraźniej na lustrowaniu stołów czy nie trzeba czegość donieść. Mąż niósł za nią sześciopak piwa polskiego nieinteligenckiego.

Aaaa – syknął szef, otwierając puszkę piwa – tak ma być.

Taki Robert, pani Aniu, to nie byłby dobry?

Ja byłbym bardzo dobry – powiedział Robert. – Jestem informatykiem. Pomagałbym ci opracować te wszystkie szpargały, artykuły, prezentacje. Nawet ten nowy pomysł bloga naszej firmy bym ci tak zrobił, tak zrobił.

Śmiałam się. Byłam zdziwiona. Wracam do tej sceny teraz, kiedy ją rozumiem, ale wtedy zupełnie do mnie nie przemawiała. On naprawdę chciał się wtedy ze mną umówić. Potem taksówką nad ranem, do mieszkania, ale to dlatego, że sobota, można sobie pozwolić na szaleństwo. Robert ze mną, najpierw podwiózł mnie na miejsce, potem pojechał do siebie.

Obudziłam się wczesnym popołudniem i już wieczór zimowy rozkładał się za oknem. Zdążyłam tylko ugotować zupę i do niej usiąść. Zaprosiłam na wieczór przyjaciółkę. Przyjaciółki (przyjaciół nie miałam) definiuje się różnie. Dla mnie to osoby, z którymi widzę i słyszę się często i odgadujemy razem swoje życia, radzimy sobie, jesteśmy na bieżąco. Jadłyśmy zupę i gadałyśmy, aż wreszcie poszła około dwudziestej i zostałam sama. Jeszcze jak była, to w rozmowie nad stołem przewinęły się wątki:

-Ty to w ogóle, praca znaleziona, masz spokój – powiedziała. - Ja muszę jeszcze szukać, ale może zostanę rok, żeby jakoś to w życiorysie wyglądało. - Koleżanka pracowała po psychologii przy funduszach unijnych. Niczego innego nie znalazła. - Angielskie podszkolę, ale to nie praca dla kogoś z naszym wykształceniem. Oddali się ślub z Mariuszem. Potem, w nowej pracy trzeba będzie też zaczekać aż dadzą jakąś normalną umowę. Planować dzieci z umową śmieciową nie będę. - Nie umiałam jej nic innego odpowiedzieć, tylko zgodzić się, że ma rację. Ze wszystkim ma rację.

W takie wieczory zaczynało się myśleć. Za oknem już ciemno i jesienny mgły, krakowski smog. Przyłożyłam czoło do zimnego okna, wyglądając za nią odchodzącą na przystanek. Myśleć samotnością. Może wtedy nieuświadomioną – albo teraz chciałabym to tak postrzegać. W tym życiu nie było niczego, co by zachwycało. Zaczęło robić się doprawdy nudno. Był smak na jeszcze więcej.

Wiesz, co było w moim życiu potem, ale nie myśl, że w tym czasie, o którym mówię, dopadała mnie powoli dekadencja, że piłam ze smutku. Nic z tych rzeczy. Byłam na to zbyt grzeczna, w tym dobrym znaczeniu, zbyt onieśmielona światem, a co do życiowych perspektyw – taka pełna nadziei! Trudno było mnie zastać nawet zamyśloną, a rozgoryczoną stanowczo nigdy. Nie miałam w tej chwili wielkich planów na życie, zdołałam upchnąć w najdalszych szufladach smutek skończonych studiów i lekki tym przestrach, i żyłam. Taka pewna siebie. Mogłam wygrażać palcami samemu Bogu, że niczego więcej mi nie trzeba.

Któregoś dnia, po paru takich właśnie dniach i podobnych stwierdzeniach, zrobiła mi się taka zadra na sercu. (Nie powiem wprost, że było to pragnienie męża i dziecka, bo niczego nie widziałam wtedy wprost). Nie wiem skąd. Zidentyfikowałam u siebie coś takiego, nie przyszło mi na myśl zajmować się powodami, gdyż miałam – myślę – uzasadnione przeświadczenie, że po prostu przyszło, pojawiło się znikąd, stało się. Wiedziałam, że w tym przypadku trzeba myśleć do przodu, to znaczy: co dalej? Przyjrzałam się zatem sobie, czego też to coś we mnie chce. Dokąd mnie posyła, na jaką misję. Nagle urosło we mnie pragnienie i mogłam się oganiać jak od much tym jego doskwieraniem albo się mu przypatrzeć. Nie zajęło mi dużo czasu ociąganie się, zaczęłam dywagować o tym moim naznaczonym sercu. Miałam w sobie sporo szacunku. Wszak to, co już istnieje we mnie, nie może być ciałem obcym. Musi być ludzkie. Doświadczenie kierowało mnie ku myśli, że z takich z powietrza przyniesionych pragnień rodzą się w życiu naprawdę nowe rzeczy. Nowe jakościowo. Przeskok na inny poziom rozwoju mnie – człowieka. Nie pomyliłam się.

Badałam, ale ani trochę mi się to nie udawało, choć przyznam, że zmarnowałam na takie drążenie ze dwa tygodnie. Nie nadawało się to do zbadania i odpowiedzenia sobie, o co mi chodzi. Wymagało innego potraktowania. Zostawiłam więc to w sobie. Robiłam wszystko to samo co kiedyś. Czekałam, aż samo powie mi coś od siebie, nawet to pielęgnowałam. Byłam ufna, przeczuwałam pozytywną niespodziankę (nie, to nie była jeszcze ciąża, jeśli o to pytasz), nie byłam w nastroju, by czynić sobie z tego utrapienie. W formie też byłam bardzo dobrej. Jak pisklę, które się kluje. Czułam, że coś takiego mam w sobie, w sercu.

Nie wiem, ile będziesz miała lat, gdy to przeczytasz, czy w ogóle będziesz to czytać, może wtedy, gdy będziesz już stara, a mnie nie będzie na świecie, ale jednak myślę, córeczko, że takimi prostymi metaforami, takimi, jakich nie składa żaden poeta, lecz stosuje je czasem tylko człowiek średnio inteligentny, raz z polotem, a raz bez polotu, można wytłumaczyć pewne skomplikowane rzeczy, uczucia albo stany. Uważam, że w taki właśnie sposób, niezależnie od twojego wieku, będzie ci najlepiej coś z tej twojej matki zrozumieć. Pewnie będziesz prawdziwą, dumną kobietą i wszystkie te rzeczy znajdziesz też w swoim sercu, tylko uchwycisz pół zdania, a resztę dopowiesz sobą, już bez mojej życiowej treści, bo to wszystko piękne, ale powtarzane przez tysiące pokoleń, takie samo dla wszystkich nas. Ja jednak piszę na razie dla dziewczynki, żebyś ty zrozumiała, żebym ja może najpierw zrozumiała bardziej, a niektóre rzeczy w ogóle wyłożyła tu po raz pierwszy, bo jeszcze sama ich nie oswoiłam, bo jeszcze nie wiem jak mam na to widzieć. Oj, jak tu nam rozkosznie razem w tej pisaninie się odnaleźć, spotkać, tyle miłości! Najcieplejszej! Mimo wszystko.

Gorejące serca.

Widzisz, kiedy o tym myślę, chciałabym wszystko rozkruszyć, wydrzeć ze środka, pokazać ci przed oczami. Brakuje mi prozy, żeby to spokojnie opisać. Same przepastne uczucia. Gdybym była jednak zbyt niecierpliwa, nie pisałabym wcale, więc przynajmniej próbuję.

Byłam wtedy, jak już ci mówiłam, szczęśliwa i niczego mi nie brakowało. Twój tata pojawił się w moim życiu znienacka. Był włoskim prawnikiem. Nie tylko pół-Włochem. O tym przecież wiesz. Mówię tak, bo nauczyłam się opisywać ludzi odblaskami, jakimiś archetypicznymi postawami, które jawią się zza ich życiorysów wyraźne, jakby ukazywał się wszystkim wokół ich postaci swoisty daimonion. Twój ojciec miał wiele talentów. Włoski też był. I wiesz, nie chodzi tu o geografię, lecz o temperament, zmysłowość i jeszcze inne składowe. Można spotkać w Polsce Włochów, a można na włoskiej wsi znaleźć robotnika wypisz, wymaluj z Radomia. Wiesz, o co chodzi.

W naszym spotkaniu było tak dużo światła, że do tej pory nie potrafię o tym więcej powiedzieć. Świetlana kula wdarła się w moje życie, rozerwała ścianę i ustawiła się między kuchenką a stołem, na którym jem i pracuję, i od tej pory było już na zawsze tak jasno w tym mieszkaniu jak nigdy. Nie piję w tym momencie do tego, że zamieszkaliśmy u mnie, ale jest to kolejna moja niezręczna metafora, by dać ci odczuć coś z początku. Więcej nie powiem, ot, stało się pewnego dnia, w jakimś miejscu, spotkanie, porozumienie.

Tak, porozumienie. Do tego zmierzałam i teraz właśnie przejdę do absolutnego wypowiedzenia, które się między nami zdarzyło i znaczyło w zasadzie tyle, co sakrament małżeństwa, jeśli ktoś naprawdę jest wierny i składa śluby dla ślubu, a nie przypadkowo. Posłuchaj…

 

 

3. Rozmowy z córką (początek)

 

Tak było na początku. Powtarzałam ci to i pisałam tu, nad kołyską, z przekonaniem i taką nadzieją jak nigdy dotąd w życiu, powtarzam teraz… na bezczuciu…

Na nic to już teraz.

Zżymam się w środku, że to jak jakieś gusła nad kołyską, chociaż czasem myśli tak mnie zagryzają, że nie ma wyjścia, trzeba je artykułować. Nie chcę się dać pociągnąć w dawne odmęty. Bronię się. Chcę się trzymać nowego życia. W zasadzie jest tylko uczucie, niemal cielesne przepełnienie, którego trzeba się pozbyć, bo inaczej mnie zaleje, dlatego piszę.

Powiedz mi, córeczko, po co ci to mówię? Chyba tylko po to mówię to w myślach, żeby ci tego nie powiedzieć naprawdę, bo to byłaby moja przegrana jako matki, a dla ciebie początek utrapienia. Wtedy powiedziano by ci w przyszłości, że miałaś toksyczną matkę i byłaby to moja wina. Tylko moja wina. Uzależniłabym cię od siebie łatwo. Mam nad tobą władzę, mam autorytet, mam kanały, którymi mogę na ciebie wpływać, znajomość życia, umiejętność decydowania, sprawuję opiekę. Ale nie mogę ci tego zrobić, muszę się bronić przed tą częścią mnie samej, gdzie ta toksyna przebywa. A myślałam przez moment, że już jest zaleczona.

Różne są rodzaje przemocy psychicznej.

Kiedyś, gdy już byłaś z nami, pojechałam na weekend do Czernej, pamiętając o tej starej zakonnicy, tej od twojego imienia, choć nie wiem, czy była karmelitanką. Pojechałam busem z Krakowa, tata został z tobą. Bus wspinał się po zalesionych pagórkach, aż w końcu zatrzymał się na rozwidleniu i pokazali mi, w którą stronę mam iść, by dotrzeć do bramy klasztornej. Po meldunku i pozostawieniu bagażu w celi zebraliśmy się na wprowadzeniu do medytacji. Ojciec zaczął mówić po tym, jak przeczytał odpowiedni fragment opisujący Betlejem, co mnie ucieszyło, bo była w nim taka dziecina, jaką ty byłaś wtedy.

Wyobraźcie sobie, że jesteśmy w takiej oto scenie. Jest dzieciątko w żłóbku, Józef, Maryja, jest wół i osioł, a ty jesteś służką, która ma pomagać i kłaniać się, bo dla ciebie właśnie to wcielenie, przyjście na świat w takiej nędzy, od początku droga krzyżowa. Masz być wdzięczna. Zadanie do kontemplacji będzie takie: jak się czujesz? Jak sobie to wyobrażasz? Jakie reakcje tam dostrzegasz?

Jeżeli w tym momencie myślisz sobie, że wszystko to przeze mnie, traktują mnie dobrze i nie dają mi tego odczuć, ale tak naprawdę myślą, że to wszystko przeze mnie, bo gdyby nie ja, to nie musieliby schodzić na ziemię. Panuje taka wiele mówiąca cisza – to znaczy, że toksyny bliskich relacji zdołały odsunąć cię od szczęścia, którego jesteś godna, zapamiętaj to, godna pełnego, zaspokajającego szczęścia.

Rozeszliśmy się do swoich celi albo do kapliczek, których było tu pięć, i każdy mógł wybrać jakąś na medytację. Nie mogłam na to nic poradzić, ale czułam się tak problematyczna jak co zaledwie ojciec duchowy to zarysował. Poczucie winy. Skupienie na sobie jak na problemie. Kiedyś bym tak nie pomyślała o sobie, w ogóle moje myśli nie wkraczały na takie obszary. Co się nagle ze mną stało, co się otworzyło, że odkryłam takie nowe, nieprzyjemne uczucia?

 

 

4. Spotkanie realne

 

Polska baza informatyków była wtedy najlepsza, bardzo znana w każdym razie, o dobrej renomie w Europie i na świecie. Mieliśmy w kim wybierać podczas zatrudniania do projektów.

Dobrze poczynałam sobie w pracy jako asystentka szefa i nie narzekałam na brak zajęć. Ale w związku z tym, że znałam włoski, przekazali mi wtedy część opieki merytorycznej nad projektem, który przygotowywaliśmy dla jednego amerykańskiego banku w Krakowie, który to z kolei zakupił jeden bank włoski. Potrzebowali solidnej bazy informatyków do przejęcia aplikacji i zabezpieczeń tamtego włoskiego banku, też molocha. Zatem pół do dwóch trzecich dniówki, przed obiadem, spędzałam na dotychczasowych obowiązkach, a potem jechałam do siedziby banku, na szczęście niedaleko, gdzie było już zatrudnionych parę osób, albo przeprowadzałam telekonferencje, kiedy nie byłam aż tak potrzebna fizycznie. Jeśli akurat odwiedzałam ich biuro, widziałam, że zatrudnione samodzielnie przez naszego klienta osoby to informatycy przygotowujący aktualnie stanowiska pracy. Mieli już managera, starszego, dobrze wykształconego i energicznego Holendra. Dość często dołączał do nas mój szef. Przy szefie czułam się pewniej, bo zatrudnienie do pracy w tym projekcie – ogromna firma, bank inwestycyjny, powiązany z giełdami światowymi, pół gospodarki włoskiej będzie miało w nim umiejscowienie na którymś etapie – wymagało najwyższego profesjonalizmu. Nie potrzebowali wszakże docelowo informatyków do noszenia monitorów i ustawiania ścianek działowych open space’u. Dlatego zdecydowali się na nasze pośrednictwo.

W tym czasie, w tym tygodniu zatrudnialiśmy szefa informatyków, właśnie nie takiego, który pomaga zresetować hasło, kiedy się dzwoni do Indii. Stwierdziliśmy, że zaczniemy od tego człowieka, a on pomoże nam dalej zbudować zespół vel sam go sobie zbuduje. Zatrudnialiśmy zatem gościa, który stworzy system aplikacji, dzięki któremu ogarniemy szereg procesów, będziemy konkurencyjni, opanujemy bałagan administracyjny, jaki poprzedził przejęcie tego banku przez naszego klienta.

Było piekące lato. Klimatyzacja działała, a my w biurze u szefa (był też holenderski menager) dyskutowaliśmy nad testem. Informatyk musiał znać włoski i ponadto angielski, co oczywiste. Trzymałam jakieś skąpe CV – pięć, sześć. Trzech Włochów gotowych na relokację i jeden Polak – matka Polka, ojciec Włoch, tutaj żyje, tutaj się kształcił na dobrych polskich uczelniach, dwóch Polaków, którzy słowem nie zająknęli się o znajomości włoskiego, ale CV mieli dobre. Co do kandydatów kształconych w Polsce bardziej mogliśmy wysondować, jakie mogą mieć kwalifikacje.

Mój szef – i za to go uwielbiałam – wykonał tego czwartkowego czy piątkowego wieczoru telefon do jakiejś tam katedry na AGH:

Dzień dobry, mówi Bogdan Sławiński, czy zastałem profesora Borowskiego? – Uśmiechał się do nas, przycisnął węzeł krawata, poprawił spinki przy mankietach koszuli. Próbowałam pokrótce szeptem tłumaczyć Holendrowi, co szef robi z takim frywolnym i zmyślnym uśmiechem na twarzy.

Nie zastałem, rozumiem. Czy może pani być taka uprzejma i przekazać profesorowi, że dzwoniłem i proszę o kontakt? Dla pani wiedzy: czasami ze sobą współpracujemy zawodowo i ta informacja może być dla profesora cenna. Dziękuję uprzejmie, kłaniam się.

Oto szef z błyskiem w oku zaczął kreślić przed Holendrem splendor uczelnianych mózgów, które chodzą po Krakowie w zabiedzonym garniturach i garsonkach – byliśmy oboje o tym przekonani. Marzyła nam się współpraca uczelnie – biznes i oto nadarzała się godna okazja, by zwrócić się o merytoryczną pomoc do najlepszych.

Profesor Borowski oddzwonił na prywatny telefon szefa około dziesięciu minut później, to znaczy, że jego sekretarka z uczelni zrozumiała, że Borowski musi dowiedzieć się o sprawie szybko i poinformowała go.

Dzień dobry, Zbyszku, jak się masz? – Wysłuchał odpowiedzi szefa. – Zapraszam cię do nas do firmy na dobrą kawę, jutro na przykład, kiedy zdołasz. – Pauza. – Co? Idziesz właśnie Krupniczą na nogach? Do domu? – Pauza. – Wpadaj, oczywiście, czekamy.

Za niedługo siedzieliśmy znowu w tym samym gronie, poszerzonym o tego pana z uczelni. (W jakim innym miejscu miałabym takie doświadczenia? Wielbiłam tę pracę i swojego szefa za to, że mnie przy sobie trzyma).

Zbyszek, rekrutujemy gościa, który zabezpieczy od strony informatycznej przejęcie włoskiego banku, całej bazy klientów, danych na dyskach, aplikacji, na których tam pracują. Ułożysz nam pytania, z czego my mamy tego kandydata odpytać?

Pan Zbigniew uśmiechnął się od ucha do ucha. Szef kontynuował po angielsku do Holendra:

Ma pan do czynienia z szanowanym profesorem informatykiem i matematykiem z jednej z naszych znamienitych technicznych uczelni wyższych. Pomagał nam wielokrotnie. A poza tym widzi pan, że to człowiek mózg.

Holender wyraził uszanowanie. Uśmiechnęliśmy się z szefem w tym samych momencie, że polską naukę się szanuje – tacy jesteśmy podobni. Za to Borowski uderzył do Holendra całkiem niezłym angielskim:

Ja jeszcze rosyjski technicznij univiersitet kończył, szpiegów tam szkolili – mrugnął okiem.

Zdaliśmy się wspólnie na niego. Nie bardzo mieliśmy inne pomysły. Miał ułożyć jakieś zadania, algorytmy – był dobrym dydaktykiem, więc się do tego zapalił. Wziął to na weekend. Przykazaliśmy mu podpisać, dla formalności, jakieś klauzule poufności. Holender domagał się tego szczególnie po wzmiance o szpiegach. Co tu dużo gadać, mieliśmy też zagraniczne pieniądze na takie rekrutacyjne zabawy. Profesor Borowski mógłby tylko pomarzyć o podobnym zleceniu od Polaków, no chyba że byłby wojskowym, ale wtedy robiłby to za darmo, dla państwa.

Dzięki, Boguś, do takich rzeczy to zawsze możesz mnie wołać. – Miał promienny uśmiech jak Einstein z obrazka.

Poszliśmy na weekend, wiedząc, że w poniedziałek przyjdzie do nas około południa z testami. Cały przyszły tydzień miałam być odsunięta na dobre od talent acquisition i przeprowadzać tę jedną jedyną rekrutację na komputerach, które zabezpieczy na własną rękę klient, i około piątku mieliśmy uzyskać wynik. Pamiętam, że to był weekend relaksacyjny. Pilnowałam psa koleżanki, chodziłam z nim na spacery bulwarami. Gdybym wiedziała, co przyniesie przyszły tydzień, pewnie nie byłabym taka spokojna!

Minął weekend i profesor z AGH przybył, jak zapowiedział. Dał nam kopie zestawu zadań:

Macie tutaj zadania. Zrobiłem je odpowiednio do dziedziny. Jak uczymy, to dajemy jakieś takie wariacje do różnych aplikacji. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przy okazji nie dodał paru sprawdzeń wiedzy zakamuflowanych. Zobaczymy.

Czyli że dowiemy się więcej niż to? – dopytałam zaciekawiona.

Tak, ale to już dla mojej własnej ciekawości. Nie jest potrzebna w tej pracy taka wiedza.

Dobrze, zatem dasz nam rozwiązania? – doprecyzował szef.

Dam. Przyjdę też do was na wyniki, zadzwońcie po mnie.

Szef zlecił, żebym zebrała całą dokumentację na własną odpowiedzialność. Musiał mieć luz, żeby zajmować się bieżącymi sprawami firmy – cudowny człowiek. Zatem profesor wtajemniczył mnie jeszcze w czytanie odpowiedzi.

Na środę zorganizowano rekrutację i zaproszono kandydatów. Byli poumawiani tak, żebym mogła „porozmawiać HR-owo z każdym po kolei, a pozostali nie musieli czekać. Potem ten, który skończył, zostawał sam w pokoju z naszym komputerem na godzinę, oczywiście z możliwością szybszego zakończenia. Włosi byli eleganccy i bardzo pociągający. Wykształceni, modnie ubrani. Miło byłoby pracować w takim towarzystwie. Jeden żonaty. Dwaj wolni. Jeden z nich był młody. Pół-Polak był zwykłym blondynem, wyglądał jak typowy polski informatyk i nie widać było po nim włoskości. Urodę musiał odziedziczyć po matce. Był dość otwarty i sympatyczny – i chyba to tylko wyróżniało go na tle innych krakowskich informatyków. Uważa się, że są zamknięci, dziwni. Takie typy komputerowe, aspołeczne. Oczywiście każdy woli rozmawiać z kimś kontaktowym. W tej zagranicznej firmie też woleli, tym bardziej że na końcu każdej HR-owej rozmowy towarzyszył mi Holender, który pytał o parę rzeczy po angielsku i odpowiadał na ewentualne dodatkowe pytania. Nie mogłam zatem przemycić żadnego Polaka według własnej oceny zysków i strat dla firmy klienta. Jak chcą mieć ludzi uśmiechniętych i piszą o tym wprost w wymaganiach, to nie sposób ich ominąć.

Po południu, pożegnawszy kandydatów, jeszcze przed obiadem, zajrzałam do wyników. Każdy z Włochów przyzwoicie. Przy Polaku-Włochu zaczęły mi wychodzić rezultaty wskazujące na to, że rozbił bank. Wezwałam profesora, który potwierdził, że chłopak musi być co najmniej hakerem, i dodał, że nie spodziewał się takich wyników.

Mam przyjemność – powiedział, uśmiechając się nad kartkami.

Powiadomiłam naturalnie szefa i Holendra. Zatem w czwartek rano mieliśmy Polaka-Włocha znowu na tapecie. Miał na imię Lorenzo. Poprosiłam też na rozmowę profesora, mojego szefa, menagera projektu – Holendra. Niechby byli przy tej rozmowie, która ma się okazać decyzyjna. Ponadto nie wiem, czy byłam gotowa rozmawiać z takim inteligentnym dziwem. Jakoś się bałam.

Zatem skąd pan umie takie rzeczy? – zapytał profesor. – Oczywiście nie powie pan – dopowiedział sam sobie.

Lorenzo się uśmiechał.

Będzie mi miło dla was pracować. Myślę, że umiem tyle, żeby wam pomóc i poprowadzić sprawy – powiedział pewnie.

Popatrzyliśmy po sobie.

Każcie mu podpisać mocne klauzule, bo facet jest niebezpieczny – zaśmiał się profesor, wychodząc.

My śmialiśmy się trochę mniej przy tym geniuszu informatycznym. Ale zaczął nas intrygować, nie powiem. Dodatkowo był taki bezpośredni, żadnej tajemnicy, pozornie. Człowiek nawet by się nie spodziewał, że kryje się w nim coś tak niepospolitego. (Nie miał obrączki). Ja, pracownik HR, która nie mam pojęcia, co w kim siedzi – na psychologa po tej mojej psychologii to bym się nie nadawała. Mój szef był bardziej oswojony. Nie okazywał zaskoczenia.

Czy coś by nam pan sugerował jako już nasz pracownik? Skorzystamy z pana wiedzy.

Musicie mieć dobrego prawnika, Włocha, od praw autorskich, tych wszystkich praw intelektualnych w internecie. Będzie mi taki potrzebny – powiedział wprost.

Doprawdy? – Holender i mój szef w jednym momencie wyrazili skupienie.

Zatrudnijcie mojego brata – zaproponował wprost Lorenzo. Teraz już sam się zaczął uśmiechać.

Najmniej skory do śmiechu był Holender, ale cóż, dołożyliśmy należytej staranności, a pierwszą rozmowę z człowiekiem prowadziliśmy w jego obecności. Cóż można nam było zarzucić? Najlepszy kandydat został wyłoniony i zawezwany. Holender minę miał cienistą, bo sam był na tyle obyty, by wiedzieć, że z takiego człowieka w firmie będzie albo duży sukces, albo nie mniejsza porażka. Optował bez przerwy za mocnymi klauzulami poufności, przypominał, w jakimś stopniu na pewno bał się odpowiedzialności.

Jakkolwiek magicznie to brzmi, w piątek mieliśmy na tapecie brata. Przepraszam, że tak mówię, ale tak było. Sami patrzyliśmy po sobie, czy ktoś nas tutaj nie robi w balona. Byliśmy wszyscy pod wrażeniem tej rodziny, tego rodzeństwa. Osnuła nas nagle magia włoska, toskańsko-włoska, jak się okazało. Tacy ludzie nam się nawinęli – byliśmy szczęśliwi, zawodowa satysfakcja na początku projektu.

Pozwól mi, córuś, odetchnąć. Idę zrobić parę rzeczy. Zaraz będę pisać dalej. Skończę już dziś te niezwykłości, obiecuję.

Córuś, żeby dopowiedzieć krótko, bo potrzebujesz mnie teraz przy sobie, żebym spała obok. Tata wróci później, a teraz wypoczniemy razem, oddech przy oddechu.

Twój tata przyjechał w piątek. Punto.

Włoski prawnik, wyglądający dużo bardziej na Włocha od Lorenza, ciemny, włosy przydługawe, na włoską modłę. Zadziorny, dobrze wykształcony i szorstki. Okazało się, że Lorenzo zwabił go tutaj raczej dla siebie. Dla niego samego byłoby to kolejne zobowiązanie. Przebywał akurat u dziadków w Krakowie. Napyskował trochę, że nie wysyłał aplikacji, ale brat pomógł się nam dogadać. Ostatecznie miał u nas zostać na wyłączność przez pierwsze trzy, cztery miesiące transition. Przypadliśmy sobie do gustu.

Zostawili nas samych na końcu w celu dogrania spraw HR-owych, wyjaśnienia formalności. Łapał w lot, w końcu prawnik. W ostatnim etapie tych złożonych negocjacji pałeczkę przejął szef i byłam trochę nieobecna. Dlatego być może ojciec zapytał mnie zaraz:

Kim tu pani jest? Pani mi się podoba.

Wybuchnęłam śmiechem, on też. Już chciałam mu powiedzieć: a jeszcze przed chwilą tak pyskowałeś z niezadowolenia. Taki to był grzeczny w stosunku do mnie – „Kim tu pani jest?”.

Umówiliśmy się na wyjście.

 

 

5. Momenty sexy. Poemat o ego

 

Tego samego wieczoru, zgodnie z ustaleniem, przyjechał po mnie. Ubrałam nieprześwitujące rajstopy i zieloną butelkową sukienkę mini na szelkach. Pod spód czarna, przylegająca bluzka, z rękawami za łokieć, z półgolfem. Dobrałam kolczyki: nieznaczne, mało błyszczące. Ale kto by na to zważał? To znaczy, oczywiście, dobrałam garderobę odpowiednio i z uwagą. Poświęciłam na to sporo czasu, bo po przyjściu z pracy w perspektywie wieczoru nie umiałam się już na niczym skoncentrować. Codzienna powściągliwość została zepchnięta w rów przez podekscytowanie. Dalej, dalej iść tego wieczoru za ciosem. Byłam wyszczuplona z samego przejęcia.

Twój tato miał na sobie eleganckie spodnie, koszulę, a na niej jeszcze taki cienki sweterek z odkrawaną ładnie górą, tak że było widać kołnierz koszuli. Kolory popielate, grafitowe, koszula jaśniejsza, szaro-niebieska, bliska bieli.

Podszedł pod drzwi mojego mieszkania, zadzwonił, spojrzał tymi swoimi zachwyconymi ciemnymi oczami. Ręce ani po sobie, ani nie miętosiły kluczyków (zasugerowałam, żeby nie przyjeżdżał autem, jeśli chce poznać Kraków i mamy się czegoś napić). Na luzie, mimo wszystko. Facet, który ewidentnie czuje się dobrze w zabawie, wszystko mu pasuje, a większość sytuacji uważa za naturalne. Skarb – powiem teraz. A wtedy – mocny, pomyślałam. I trochę się wzdrygnęłam, żeby wytrzymać przy nim wyprostowana jak struna, ale nie sztywna. Bo może za mocny dla mnie. Wygrać, wygrać ten wieczór.

Przeszliśmy do centrum na piechotę, ode mnie nie było daleko, wiesz, że całe życie mieszkałam najdalej dwadzieścia minut na nogach do rynku. Weszliśmy do pierwszego miejsca. Zejście do piwnicy krętymi i stromymi jak diabli schodami, ale podołałam. (Szpilki). Od razu skierował się do baru. Lepiej tak, coś robić, żeby nie było niezręcznego przestoju akcji. Ja nie wiem jak, bo nie mówiliśmy dużo, ale była taka aura zgody, porozumienia, wejścia we wspólną przestrzeń, kiedy rozumie się wszystko, jakby się było z kimś w życiu od zawsze. Na razie było to jednak tylko emocjonalne nastawienie, a nie coś głębszego. Każdy chciał się porozumieć.

Znasz takie bary z Włoch, czy tam, gdzie mieszkasz, są raczej wielkie dyskoteki – spędy za miastem? – pytałam neutralnie.

Znam z Bolonii, tam studiowałem, pełno małych lokali w zona studentesca

Też studiowałam przez rok w Bolonii!

Sorry, nie udam zdziwienia, podpytałem już brata, żebym był przy tobie trochę mądrzejszy.

He, he, ożeż ty, a Lorenzo oczywiście powiedział.

Co by miał nie mówić, to chyba żadna tajemnica, wręcz trzeba mówić, jak to powiedzieć po polsku… dobry fakt z życia, czy jakoś tak.

Tak, pozytywne doświadczenie, fakt na moją korzyść. Prawnik z Bolonii… Załatwiałam tam w czasie pobytu jednemu koledze podręczniki do doktoratu z historii prawa rzymskiego. Macie tam naprawdę niezłe rzeczy.

No, w Bolonii by nie było, pewnie profesora Fiducciego.

Tak!

To guru.

Dyskoteka była bardziej w stylu rock. Ceglane mury piwnicy zachowano. Półmrok czynił to spotkanie swobodniejszym. Było sporo ludzi, dokładnie tyle, by uczynić miejsce przytulnym i społecznie atrakcyjnym, co też zauważył. Ale nie było tłoczno.

Śmialiśmy się, uniesieni. Przyjemność tego spotkania i zapomnienie o ostrożnościach narastały we mnie do takiego poziomu, córuchna, że nie dostrzegałam już w sobie świadomie żadnych zapór, co było skądinąd przerażające. Może to przez alkohol, ale przecież nie piłam tak dużo i zjadłam coś przed wyjściem.

Taka kobieta sama? – zapytał. – W tym mieście? Jacy mężczyźni tu żyją, skoro ty jesteś sama? – Patrzył mi w oczy wyzywająco, byliśmy w pełni na siebie otwarci.

Nie zdarzyło się kogoś odpowiedniego spotkać.

Ucięłam ten temat, bo coś mi mówiło, że jednak zepsułby nam nasz good time.

Ten wieczór trwał nieskończenie długo. Jakieś wydłużenie czasu w mojej percepcji. Kiedy zaczynałam się bać i obserwowałam siebie choć przez moment z zewnątrz, myślałam, że w tak długim czasie przebywania ze sobą w rozluźnionej atmosferze na pewno wychwyci momenty mojej słabości, które każdy chce ukryć, a ja po prostu przez specyfikę wieczoru – swobodę i oddanie się – nie za bardzo umiałam to zrobić.

No i masz – porwał mnie na parkiet! Twój ojciec był męski po prostu, nie zdradzał reakcji słownie, tylko coś robił, brał mnie znienacka za rękę i porywał za sobą, a ja musiałam iść. Co chwila byłam nim zachwycona od nowa, uderzyło mi też to szybko do głowy, bo się zakochałam i przepadłam w miłości z kretesem.

Czar osób w dyskotece, ten amalgamat wygibasów i zmysłowości, zawsze mi się podobał, jak przemierzanie składowiska odwiecznych, instynktownych zachowań i wybieranie dla siebie tych najbardziej seksownych na występ w kusym stroju, w najlepszej formie, najodpowiedniejszych do tego, jak się czujemy. Są sceny zaborczości, niechęci, zdrady, oddania, wszystko to mówi sam ruch. Każda taka dyskoteka w weekendowy wieczór może choć na poziomie zwierzęcym wskrzesić w nas autentyczność. Podobnie jak w dżunglach miast tak i w tych miejscach czuć powiew pierwotności. Zawsze mnie to fascynowało i wprowadzało w trans, nigdy się tego nie bałam, choć nie przyszłabym do dyskoteki w chwili słabości, gdy nie mogłabym w darwinizmie spojrzeń uczestniczyć zgodnie ze swoją siłą i statusem, gdy ktoś mógłby mnie wzrokiem zaklasyfikować nieadekwatnie, uznać za słabą jednostkę.

Byliśmy młodzi, wydawaliśmy się chyba młodsi, niż to było w rzeczywistości, tak że ludzie na nas patrzyli i podobaliśmy się im. Te spojrzenia nawet niewiele starszych, którzy wiedzą, że ktoś ma czas życia, the time of your life, jak w Dirty Dancing. Zeszliśmy przecież tylko po schodach i usiedliśmy w piwnicy, w przyciemnianym lokalu z muzyką. A skąd tu nagle taki nocny świat?

Nie wiem, co twój ojciec przeżywał w głębi siebie. Nie rozmawialiśmy nigdy o tym. Dla mnie był idealny. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że wtedy nastąpiły między nami przeciągłe spojrzenia i moje taksowanie go wzrokiem, a potem znów powrót do przyglądania się sobie wewnętrznym okiem, czy sprostam, w czym mu dorównuję? Ta chwila trwała, poszerzała się z coraz to nowym kręgiem o inny gest, o dotyk, na który byłam tak wyczulona, że niemal zapalał mnie nagłym zimno-ciepłym dreszczem, który z prędkością mknął aż po czubki palców i włosów z drugiej strony. Elektryzowały się i magnetyzowały jego mankiety – to drobne uchwycenie, że niby ściągam mu jakiś farfocel czy wyrównuję zagięcie, moje szelki od sukienki. Wkładał ręce do rękawów i chwytał mnie za nagie łokcie – zupełnie bez sensu, wiem. Ale dużo tego było, a zatem pasujemy do siebie w tej chwili, myślałam, jesteśmy na tym samym poziomie. Ciekawe, jak on to widzi? – moje stałe pytanie. Byłam trochę upita.

On królował. Mało kto był przystojniejszy od niego, więc naraz zdało mi się, że mogę zaledwie aspirować, by z nim być. Ale potem on wyglądał na zadurzonego i ja naciągałam szyję, żeby nieść głowę wysoko. W każdym takim spotkaniu mieści się multum nieświadomości. Kto to wie, na jakim poziomie dobrane pary się dopasowują? To jest też walka dwóch ego. Nikt mi nie powie, że nie.

Zewnętrzne etapy wyznaczał on. Zatem znów do baru. Usiadł. Był przystojny, czarne, lekko falujące i gęste kędziory, ciemne oczy, ładna twarz. Bystry. Przede wszystkim bystry. Taki, cholera, Rimbaud. Ja wtedy siedziałam. Trochę zdenerwowana gładziłam rękami swoje czarne rajstopy. Usadził mnie przed sobą na stołeczku barowym. Całe szczęście miałam te nieprześwitujące rajstopy do mini. Ubierając się, przygotowywałam w głowie tańce i wiedziałam, że muszę się czuć swobodnie. Wiedziałam też, że jeśli pozwoli mi błyszczeć, to zabłysnę, a spodziewałam się tego po naszej wcześniejszej rozmowie, bo dobrze się rozumieliśmy. Wiesz, chodzi o takie nastawienie do ciebie, które powoduje, że lecisz jak na skrzydłach i naprawdę stajesz się zachwycająca.

Tylko wiesz, kochana, tak jak ci mówiłam na początku, ja jestem jak na tamten moment spotkania naderwaną struną, fałszywym dźwiękiem. Relacyjnie, damsko-męsko, mówię. Ale już nie będę. Może się uda w ten wieczór. Myślałam sobie. Kobiety poranione, których miłości skończyły się, zanim się naprawdę zaczęły, niewybrane przez mężczyzn, których one wybrały, niezadbane, upuszczające z siebie drogocenne kochanie po nic, kiedy jegomość idzie już sobie w świat, popadają w niemal nieuleczalną niepewność siebie, takie wewnętrzne truchnięcie. Czekają na tego, kto odczaruje złe zaklęcie i spowoduje, że kochanie będzie miało sens, a męskie traktowanie da im pewność, że po prostu widzą świat takim, jaki jest, a nie zostaje im wmówione, że nie potrafią przejrzeć rzeczywistości, powinny być bardziej dorosłe, powinny wiedzieć, powinny przecież wiedzieć, że w tym właśnie miejscu mężczyzna bożyszcze mógł odejść, a ty się, kobieto, z sobą męcz, że dla ciebie to niepojęte i rozwala ci harmonię świata. Ta męczarnia zadzierzga się na stałe z charakterem, tworzy kobiety kuternogi, które niemal nigdy nie mogą już poczuć się piękne i swobodne.

A poza tym tak naprawdę – zapamiętaj to na wszelki wypadek – nie trzeba wreszcie czekać, aż on mi da scenę. To ostatnie pomruki neurotyzmu, który powoduje, że rozbłyskam dopiero pod czyimś wzrokiem, potrzebna mi czyjaś afirmacja, nie dzieje się to swobodnie. Sama siebie będę odtąd oświetlać. Będę w sobie. Na nic mi wydobywczy wzrok innych. Miałam z nim takie poczucie akurat od początku, że ta historia jest po to – samemu błyszczeć. Śpiewałam tego wieczoru poemat o ego, on też błyszczał. Coś takiego powoduje miłość, dwie oddzielnie mocne jednostki – czy to nie zachwycające?

Usiedliśmy z drinkami na niskich sofach przy stoliczkach – taki wystrój. On niósł nam te szociki. Śmiechu było przy tym!… Koło nas jakaś dziewczyna pisząca na komórce. I starszy elegancki pan, oglądający najlepsze kąski i popijający wódeczkę jak za starych dobrych lat. Czystą. Od razu do nas zagadał:

Jesteście fajni, napijcie się ze mną.

Tośmy się napili ze śmiechem. Mężczyzna był w garniturze, ale powiedział, że przyjechał spod Krakowa, gdzie teraz na emeryturze mieszka. Nie pytaliśmy ani nie mówił o swoim ustawieniu życiowym, jeśli chodzi o rzeczy prywatne i osobiste (żonaty, wdowiec, rozwodnik, ma dzieci), ale wydawał się egzystować, będąc przyjaźnie nastawionym do świata, wykazywał też wielką kulturę. Kolejna przyjemność, która nas spotkała, szczególnie twojego ojca. Podobało mu się w Polsce coraz bardziej. Włoskie knajpy są przyjacielskie, ale słowiańska zabawa ma to do siebie, że przekonuje o życiu, dotyka głębszych strun. Twój ojciec był zdziwiony, co się mu przydarza, że naraz przy mnie (myślał oczywiście, że to ja sprawiam) wychodzą z niego rzeczy, których dawno w sobie nie widział, niemal zapomniał, że je ma.

Wracając do starszego pana. Od razu do mnie zamrugał, jak stary Dionizos, puścił oko i do taty, wskazując na mnie. Jakieś wygibasy w powietrzu rękami. Wiadomo, o co chodzi. Kupa śmiechu, mówię ci. Dodałam sobie odwagi. Taki stary wyga, musisz wiedzieć, jakbyśmy do siebie nie pasowali, powiedziałby mi albo wskazał ojcu – daj sobie spokój, zamachałby w dół zdechłą ręką. Jestem przekonana, że wszystko wokoło to nasze lustro.

Wyszliśmy na zewnątrz.

Postanowiłam mówić ze środka siebie i nie zważać na kolejne okrążenia strachu, które próbowały pochwycić i naruszyć każdą wychodzącą ze mnie myśl.

Piękny wieczór – powiedział spokojnie, w poważniejszym tonie. Nastąpiła trzeźwa rozmowa dwóch dorosłych osób.

Piękny – potwierdziłam. Wiedziałam, że to on musi zacząć pytać.

Pewnie obojgu przychodziły do głowy zbyt proste stwierdzenia typu: „szybko poszło” albo „szybko idzie”, a także pytania: „co z tego będzie?”, „czy to będzie trwało?”, „ile z tego to zauroczenie, które okaże się złudzeniem, a nawet rozczarowaniem?”. I to przemożne uczucie, że się chce wszystko opowiedzieć, być zrozumianym, ale w zasadzie jeszcze nie ma o czym mówić, bo się nie poznało i wypowiedzenie czegoś miałoby tylko walor informacyjny, nie byłoby zaś wspólnym przeżyciem.

Usiedliśmy na ławce, a po jakimś czasie wróciliśmy jeszcze na dół napić się przy stoliku, w opustoszałej już nieco sali, w milczeniu, naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy.

Kiedyś miałam coś takiego, że wierzyłam w absolutne wypowiedzenie, że ktoś mnie wysłucha. Zaprosiłam nawet kiedyś gościa, któremu miałam wszystko powiedzieć. I trwała cisza. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. On powiedział: „to co chciałaś mi powiedzieć, będziemy tak siedzieć?”. A ja na to, że nie umiem. On powiedział, że to bez sensu, że nie wie, o co chodzi, i wraca do mieszkania, i żebym się odezwała, jak będę w lepszej formie.

Przywołałam tę historię wtedy ojcu. Wieczór się kończył. Nie za bardzo zrozumiał. Nieudana battuta2. Ale padły słowa: absolutne wypowiedzenie. Nie poszliśmy już nawet na herbatę, świtało, nie mieliśmy doprawdy siły po dniu pracy, zmęczenia nałożyły się nagle jedno na drugie. Odprowadził mnie pod dom.

 

 

6. Rozmowy z córką (1)

 

W pokoju gra telewizor, ale cichutko. Jeszcze do niedawna spałaś na leżance, przed chwilą przełożyłam cię do łóżeczka, też w tym pokoju. Sama zajęłam się prasowaniem. Za mną zaciągnięte ciemnopomarańczowe zasłony w dużym oknie od ulicy. Za dnia słychać samochody, ale wieczorem ruch ucicha. Kątem oka patrzyłam na prawo, w ekran telewizora (BBC), ale przed sobą miałam deskę i żelazko, a dalej stół, na którym składałam uprane rzeczy twoje i nasze. Wreszcie z drugiej strony pokoju leżanka i łóżeczko, w ten sposób miałam cię na widoku. Tymi drzwiami za jakiś czas wejdzie twój tata. Dzisiaj piątek. Godziny wieczorne, ostatni spóźnieni wracają z biur.

Jestem nie tak bardzo zmęczona i dość uśmiechnięta. Spędziłyśmy ten dzień razem. Zabrałam cię z sobą do kuchni na całe popołudnie, a rano byłaś ze mną na zakupach na tej właśnie ulicy, która prowadzi od domu. Jest schyłek lata, wrzesień, więc nie boję się, że będzie dla ciebie za ciepło na zewnątrz. Jestem na macierzyńskim, odkąd urodziłam cię cztery miesiące temu, wcześniej chodziłam do pracy do kilku dni przed porodem. Twój tata zawiózł mnie do szpitala i stało się. Ale silne emocje już przeszły, tak samo czas solidnej adaptacji do zmiany. Maj, czerwiec, lipiec, sierpień. Jesteś z piątego maja. Nastała – zwyczajnie – pogoda ducha, serenità, jakby chciał twój włoski tata. Zresztą było między nami tak spokojnie już na jakiś czas przed tobą. Jesteśmy teraz szczęśliwą rodziną.

Maleńka jesteś, skarbie, co dopiero z nami. To jest piątkowy wieczór, jak wytchnienie. Po całym tygodniu robi się wtedy spokojnie i już samo wejście w inną życiową prędkość powoduje rozluźnienie. Nie, żebym osiągała przy tobie jakieś zawrotne prędkości, ale tata jednak pracuje, a ja na plecach czuję oddech świata stachanowców, do którego należałam i formalnie wciąż należę. Ale teraz nie o tym. Chciałam przez chwilę pomyśleć, że tak niewiele trzeba, by poczuć się z samym sobą dobrze i spokojniej, dużo spokojniej niż w tygodniu. Właśnie taki mam moment.

Ojeju-jeju, jak dobrze! Maleństwo takie cichutkie. Czuję się jak w Betlejem podczas śpiewania kolęd.

A jak robi mi się trochę smutno, mówię do ciebie, piszę. Filozofuję.

A gówno! Truję cię, nigdy tego nie dostaniesz do przeczytania!

Ale muszę gdzieś to pomieścić. Liczę, że się uładzi w całości i że ta całość będzie pozytywna.

Widzisz, w życiu liczy się bardziej czekanie, przeczuwanie życia i jego zmian, a nie reagowanie spontanicznie. Twój tata nauczył mnie być tłem dla życia, dla tego, co się dzieje – nella vita non si devono fare troppe mosse3. Nie ma w nim wielkich odsłon, zwycięstw czy przegranych w rywalizacji, a kto by się co rusz na takie nastawiał, rozegnałby każde zastane powietrze i wpuściłby do siebie niepotrzebne nerwy, chociażby w taki piątkowy wieczór. Nerwy trzeba z czasem, kiedy dorosłość postępuje i człowiek wybrał już to, co najważniejsze, uciszyć. Uciszyć umysł. Niektórzy mają takie nastawienie od zawsze, stare dusze, mądrość sprzed tego życia. To co, że jeszcze nie wraca? Nie będę myśleć o tym, co robi w pracy i z czym nie zdążymy. Z kolacją nie zdążymy tak, jak chcieliśmy? Zjadłam sama, ale nie będę robiła z tego tragedii. Powiem mu, że zjadłam sobie, bo byłam już głodna. Będę łagodna, będę dobra. Nie zranię przez kłótnię z nim siebie samej. Jestem co do tego przekonana.

Ha! Nie myśl, że zawsze miałam postawę rozsądnej żony – jak to zapewne wygląda z zewnątrz. Nigdy bym tak nie postępowała z rozsądku, ale z miłości – to już co innego. Wtedy można. Doprowadziły mnie do tego miejsca długie boje z samą sobą. Ale – powtarzam – to tylko wygląda na rozsądek i kalkulację. A tak naprawdę rzecz dotyczy dobrego życia i dobrej miłości. Ileż się tego uczyłam! Nie da się tego przeskoczyć techniką postępowania, trzeba zaszczepić w sobie i dać urosnąć harmonii życia. Jakby mi ktoś kiedyś powiedział, mnie, nowoczesnej absolwentce psychologii (kognitywistyka, nurt poznawczo-behawioralny, filozofia analityczna, neurobiologia, takie rzeczy), że wrócę do tej dawnej, nawet lekko krakowskiej odsłony humanistycznej psychologii jak do starych guseł, nie uwierzyłabym.

Przeczuwałam tę zmianę tuż po skończonych studiach i rozpoczęciu pracy. Wielość obowiązków przeszkadzała mi wprawdzie ulec marazmowi, ale zauważyłam wyczerpanie potencjału, który zasilał mnie przez poprzednie lata. W zasadzie o marazmie nie należy tu wspominać, bo ta pustka nie była nieprzyjemna, wręcz przeciwnie. Lepiej pasowała – śmiem twierdzić – do mojego wieku. Byłam sobą, to na pewno, w tej nowej skórze.

Okoliczniki związane z życiem studenckim odeszły. Ci ludzie odeszli. Okazało się, że nakręcane wspólnym życiem imprezy, spotkania i rozmowy ustały wraz z opuszczeniem murów uniwersyteckich przez nasz rocznik i pozostały tylko sporadyczne i w duetach sączone kawy. Pierwszy raz mi się zdarzyło takie odpadanie treści. Dziwiłam się, jak to w ogóle możliwe.

Ludzie zaczęli pracować w korporacjach albo powyjeżdżali za granicę. Kilka osób trafiło na państwowe posady: ośrodki adopcyjne, kuratela, przychodnie. Na tym tle nie wyszłam źle. Tuż po zatrudnieniu w firmie wybrałam się do galerii handlowej w celach zakupowych. Chodziłam wszędzie sama, byłam wszędzie sama – taki stan po studiach. Potrzeba mi było kopertówki na pierwszą imprezę integracyjną, kilku eleganckich bluzek, eleganckiej spódnicy i spodni. Dwie godziny przechodziłam systematycznie przez wieszaki, odgarniałam setki bluzek. Kupiłam jedną w kolorze hiszpańskiej czerwieni, z okrągłym dekoltem, dość dużym, ale bez ekscesu, taką, że była dobra do pracy. Założyłam ją do ołówkowej spódnicy, którą też kupiłam. Przejrzałam się w obcasach, najpierw w przebieralni, potem wyszłam do dużego lustra ściennego na zewnątrz. Spojrzałam na siebie krytycznie. Za plecami pomachała mi taka cicha dziewczyna, która siedzi u nas na recepcji. Pokazała mi otwartą rękę, zobaczyłam ją w lustrze jak moje własne spojrzenie dotarło z dołu do wysokości ramion.

W pracy następnego dnia byłam ubrana właśnie tak. Znowu przywitała mnie recepcjonistka, tym samym niemym uśmiechem, bez ręki w górę tym razem. Zmarszczyłam się, że mam z nią sekret, wie, że to, co noszę, kupiłam wczoraj. Szef przechodził i zgarnął mnie do siebie.

Jak się masz? – zapytał, zamykając za nami drzwi. Szpakowaty pan, ciepły, w garniturze i z aurą człowieka zapracowanego, który dobrze żyje. Obrączka na ręce, skupiał się, trzymając i obracając ją wokół palca, kiedy mówił.

Mieliśmy za dwa tygodnie wystąpić razem na ogólnopolskim kongresie firm rekruterskich i ich klientów korporacyjnych. On – podziwiany od zawsze, a na pewno nikt nie pamiętał od kiedy, wpłynął na spokojne wody stabilizacji i sukcesu. Mówiono o mnie od rozmowy kwalifikacyjnej, że też mam to coś.

Jego brat także tu pracował, zajmował się u nas finansami, rozwiedziony i z kpiarskim humorem. Pytał, czemu się nie zaciekawię, gdzie pracują dzieci szefa, jak nie tu. Skoro tu rekrutują mnie – niczego mi nie odmawiając co do zdolności, oczywiście, bo przecież teoretycznie mogę być lepiej wykształcona od profesorskich dzieci... Nie poszłam w te dywagacje, nie dałam się sprowokować. Zostawiłam to. Zapamiętaj: najwybitniejsi są zawsze ci inteligentni i zrównoważeni, choćby inni mieli spektakularną inteligencję, jeśli są przy tym gorzcy.

Moja rozmowa rekrutacyjna przebiegła mniej więcej tak: weszłam do nowoczesnego biura w przeszklonym kompleksie, dobudowanym do kamienicy, bardzo tradycyjnie krakowskiej, będącej fasadą i pierwszą częścią biura. Ale mnie zaproszono do tej części nowoczesnej: wszędzie szkło, plastik, rolety, światło w dzień, kafle białe na suficie, takie rzeczy. Jak znałam mojego szefa –profesorka z taniej kanciapki na UJ, to z uśmiechem pomyślałam, że coś takiego stworzył i dobrze miałby się czuć w takich wnętrzach. Mimo wcześniejszej współpracy pierwszy raz byłam w środku. Kiedyś tylko kazał mi zostawić jakieś opracowania na recepcji, żeby mógł sobie odebrać, ale recepcja mieści się w kamienicy i nie grzeszy nowoczesnością.

Rekrutujący: szef, jeszcze jedna babka i gość przygotowani byli na podstawie tego, co im przysłałam. Podobał im się dyplom z psychologii na UJ, znajomość trzech języków, to, że trochę jeździłam po Europie, niekoniecznie turystycznie, w sensie leżenia na plaży. Sama kiedy jeździłam starałam się robić zbożne z punktu widzenia CV rzeczy. Mieli list od stowarzyszenia, w którym pracowałam, a które przenosi się do Wrocławia w związku z przeprowadzką fundatorów. Byłam tam kimś od mediów, prezentacji, szkoleń, organizacji spotkań i konferencji w czasie studiów. Mój szef był moim promotorem. Zapytali mnie, czy odbyłam kiedyś terapię – bo jeśli chciałabym sama być terapeutą, to muszę. Zaśmiałam się. Wszystko to w luźnej atmosferze, z dużą dozą humoru. Rozumieliśmy się, że chcą mnie zaangażować. Pracowałam z profesorem nad ankietami i badaniami do jego habilitacji, wiedział zatem, że jestem solidną firmą.

Zajmowali się rekrutacjami w całej Europie (head hunting). Pomagali dużym firmom z całej Europy zdobywać odpowiednich pracowników.

Dni u nas przebiegały spokojnie. Lubiłam to. Nikt z rówieśników nie miał takiej sytuacji na ten moment. Trafiłam prosto z uniwersytetu do dobrej firmy. Podlegałam bezpośrednio szefowi. Mój szef był moim mentorem. Perfect!

Zawsze lubiłam w Wilku stepowym pierwszy, wprowadzający rozdział, kiedy przedstawiają schludnego, spokojnego, stonowanego człowieka, który dyskretnie wiedzie bardzo dobre życie, nie wadząc nikomu. Tak można byłoby opisać mojego szefa, choć był starszy, miał tak zwaną zintegrowaną osobowość – nie w związku z jakimś wewnętrznym geniuszem (choć nie odmawiam mu inteligencji, wiedzy i czaru), ale wypracowaną z wiekiem. Był już dość stary.

Jeżeli możliwe jest odtworzenie rodzinnej miłości w pracy, to tu to było.

Moja utajona nerwica obchodziła ściany tych pomieszczeń, ale choćby drapała pazurem, ściany nie pokazywały innych kolorów, żadnych hieroglifów czy napisów na murach szpitala psychiatrycznego. W końcu dałam szczęściu za wygraną.

Pracowały ze mną młode mężatki, które dzwoniły do mężów, do lekarza w sprawie dzieci. Po pracy spotykałam też moje koleżanki ze studiów. Patrząc ze swojej perspektywy, z zaskoczeniem stwierdziłam, że w większości stały się marksistkami. Narzekały na rynek pracy i korporacyjny wyzysk. Jedna z nich prosiła mnie, żebym wzięła jej CV do zrekrutowania w Krakowie, ale odpowiedziałam, że nie dostarczamy takich podstawowych pozycji, gdzie jedynym wymogiem jest angielski i bądź jaki dyplom studiów wyższych, że to nie ta specyfika. Omal się nie obraziła, że nie chcę jej pomóc. Ale co poradzę, skoro zapadła się w jakimś związku z ćpunem, który cały czas opiekuje się schroniskiem dla zwierząt, ona się jeszcze nie obroniła u nas na psychologii, a też spędza tam całe dni. Omal nie zapytałam, czy chce robić specjalizację z psychologii zwierząt, czy może uzależnień? Nawet inna koleżanka powiedziała mi po tym spotkaniu, że jestem wyniosła, że dbam o swoje, że nie da się mnie wytrącić z dystansu. Czemu miałoby się dać? Czy czyjaś histeria domagała się mojej solidarności tylko dlatego, że razem studiowałyśmy? Magda, nadal wystraszona tym, co mówię, że się zmieniłam, że sodówka, że nie każdy dostaje pracę u promotora. Przestało mnie ciągnąć do ludzi, na miasto. Ale nie żebym była zadufana i naprawdę chowała w sobie te wmawiane mi demony. Robiłam to z humorem, zostawiałam za sobą. Przychodziła pewna completeness. Doroślałam?

Nie wiem, ale w jakiś sposób zaskakiwał mnie odbiór rzeczywistości. Zapytasz, czym tu się zaskakiwać? Wydaje ci się, jakbym głównie w myślach żyła i myślami tworzyła świat. Jest jednak różnica między natarczywym myśleniem czy nawet zupełnie niechorobowym myśleniem zbytecznym i nadmiernym a takimi stanami świadomości, które nas dopadają, a dopiero potem opracowuje je nasza myśl. To był ten przypadek. Jesteśmy przekonani, że są to ogólnoludzkie stany świadomości, że przed nami, po nas, równolegle z nami ktoś też to czuje, wydają się takie nostalgicznie uniwersalizujące.

Moim leitmotivem było wtedy, a jeszcze bardziej gdy spotkałam się i na dobre związałam z twoim tatą: „Słyszy się, że ludzie popadają w jakieś brzydkie sprawy: rozwody, niezdrowe relacje, kłótnie rodzinne, nieporozumienia i zerwania w przyjaźniach, zazdrości w miejscach pracy i brną w nie, i marnują lata całe! Ja wybrałam dobrze i będę tego bronić wbrew wszystkim przeszkodom, a najbardziej przed sobą samą. Na tyle, na ile miałam do tej pory coś do rozstrzygnięcia, wywiązałam się, pozostałam w zgodzie ze mną i z moim ideałem życia”. I jeszcze ten zen oddalenia od czasów studenckich, wrażenie opustoszałego umysłu, okres, w którym przyszło pierwsze życiowe podsumowanie, analiza osobistej postawy. Dodawałam sobie samej otuchy: „Czynnik czasu będzie działał na moją korzyść, bo czemu nie miałabym z wiekiem, z czasem się umacniać? Ach, wszystko będzie dobrze!”

Już za panny, jak to mówią po starodawnemu, kupiłam sobie serwisik do kawy i herbaty. Mama mi mówiła, żebym kupiła od razu dwunastoosobowy, ale stwierdziłam, po cóż mi to. Kiedy? Kogo? Kiedy i kogo będę zapraszać w takiej liczbie? Wykluczone, tyle osób się u nas nie zmieści, nawet nie mamy aż tylu znajomych ani takich, by przychodzili naraz. Raczej kapią po jednym, dwóch, góra pięciu. A więc kupiłam mały, sześcioosobowy, ale za to z czajniczkiem, cukierniczką, dzbanuszkiem na mleko i małą porcelanową paterką, na której to wszystko można postawić. Wzór kwiatowy, pelargonie, jak te z okien u babci za dziecięcych czasów, ale przewaga białego, tak by nie było za pstrokato. Pelargonie za to różowe i fioletowe, różne, w zależności od filiżanki. Zielone listeczki. Aj! Można zaczynać poważne życie we dwoje. Młoda mężatka. Marzyłam.

Nie miałam jakichś wielkich obszarów do zrobienia manewru. Po zaspokojeniu głodu pracy i jako takiego sukcesu, który przyszedł mi szybko i bez wysiłku, tylko dlatego, że znałam dobrze profesora, nie było zbytnio innej możliwości posunięcia, aniżeli pomyślenie o życiu prywatnym. Z tego spełnienia emanowała bowiem jakaś nuda, brak jakiś. Zatem decydowałam się w tym czasie powoli, że chcę zaangażować się także w życie osobiste. Było to dla mnie zaskoczeniem. Dziwiło mnie, że też przyszedł czas, kiedy nie musiałam tylko znosić życia i walczyć o swoje, nie musiałam się najogólniej mówiąc zmagać, ale oto życie pytało mnie delikatnie i uprzejmie czym by mogło jeszcze mi dogodzić. Ponieważ sytuacja była nowa, także moje kroki były zaprzeczeniem tego, co sobie kiedyś myślałam i wyobrażałam odnośnie tego jak to będzie wyglądać po studiach. Na pewno nigdy tak wyraźnie nie rysowała mi się świadoma bardzo potrzeba zaangażowania się w relację damsko-męską. Myślałam, że takie sprawy układają się jakoś same, przychodzą z miasta, z powietrza, same.

Wiesz, to czego dowiedziałam się potem jeszcze o sobie (wszystkie doświadczenia lat decyzyjnych, a i późniejszych, rewidują nam ciągle obraz siebie), dopiero mnie zadziwiło. Z takiego skromnego i jakże przecież ludzkiego uświadomienia potrzeby relacji przechodzi się w zupełnie inne rejestry. Powściągliwość i elegancja przestaje mieć znaczenie, liczy się zew damsko-męski, bronienie swojego gniazda, tego, co się udało, co się nam dostało od niesprawiedliwej fortuny. Powściągliwość i elegancja przestaje mieć znaczenie, liczy się zew damsko-męski, bronienie swojego gniazda, to, co się udało, co się nam dostało od niesprawiedliwej fortuny. „O co mi dokładnie chodzi?” Pierdoliłam konwenanse, wiesz, mała!? Nie było już miejsca na cywilizowany ruch, tylko na krzyk, że chce się utrzymać tę relację. Potrzebowałam jej, chciałam, żeby to życie z ojcem się ułożyło, walczyłam o to codziennie jak opętana, w silnym wzburzeniu – mimo że miałam w sobie też autodestrukcyjną chęć spieprzenia tej zależności, popsucia tego szczęścia, wypisania się z tego, nawet, jak ty już byłaś, skarbie. O Boże! Byłabym wyrodną matką, gdyby nie twój tata. Nie wiem już, o czym piszę. Przerwa, kochanie, zaraz wróci tata.

 

7. Rozmowy z córką (2)

 

Pisałam o czynniku czasu. Wracam do tego, bo oprócz miłości i jej braku zmienia nas czas. Przynosi zmiany zewnętrzne, których z pewnością byłam podmiotem z racji ukończenia studiów i zbliżającej się perspektywy zarobkowania na pełnym etacie. Przekonałam się wtedy, że w czasie następuje zmiana jakościowa naszego myślenia, ot, pewnego dnia. Nie wiemy nawet, kiedy zbieramy jej zaczyn miesiącami, ale pewnego razu odczuwamy, tego dnia, kiedy nie myślimy już więcej tak jak wcześniej. Tąpnięcie świadomości w czasie.

Jesień poniekąd w tym roku przyszła szybciej, bo rzeczy kończyły się już dla mnie od czerwca. Następował okres żniw, zbierania plonów oraz wegetacji z nadzieją na nowy zakwit, choć nie byłam pewna, czy siałam. Ostatnie zajęcia, które odbyliśmy ze ścisłą paczką i jako rocznik, okrojona sesja drugiego semestru piątego roku. Pracę magisterską z zakresu skuteczności metod behawioralnego opracowania profilu kandydata w czasie rozmowy o pracę, zresztą pisaną, jak się domyślasz, pod profil przyszłej pracy zawodowej, przedłożyłam do obrony dopiero w lipcu. Wcześniej poszłam czuwać przy obronach paru moich znajomych. Piliśmy wiśniówkę o jedenastej albo o czternastej po południu, żeby uczcić, w kawiarenkach i ogródkach, na wiklinowych stołkach. Ci obronieni wcześniej w większości zaraz potem wyjeżdżali z Krakowa przynajmniej na lato. Nie pisałam już, ale nie zdążyłam wcześniej oddać mojej pracy. Magisterium uzyskałam zatem z końcem lipca, mając w komisji oprócz dyżurnego doktora Kęska, chętnie dołączanego do składu, mojego mentora, prof. dra hab. Bogdana Sławickiego, i panią dr hab. Annę Pęczek-Nowak, czynną terapeutkę w nurcie dialektyczno-behawioralnym. Pamiętam siebie ubraną w garsonkę, kupioną na tę okazję i użytą tam tylko, gdyż pisząc, szczuplałam z nerwów i potu w czasie upałów, a potem przytyłam.

Praca jest rzetelna i dlatego się broni. Za to temat bardzo wąski. Bardzo wąski. Podejście behawioralne ograniczone do wycinka, doprawdy – podsumowała pani doktor habilitowana.

Szef obronił mnie skutecznie, mówiąc o zainteresowaniu psychologią pracy, skądinąd konkretnym, istniejącym nurtem w psychologii, całkowicie pełnoprawnym:

Pani Ania planuje iść w tym kierunku, jeśli chodzi o rozwój zawodowy.

Wiadomo – zgodziła się. – Ale zrozumie mnie pan profesor, jeśli powiem, że chodzi mi o taki rozrost naszej dyscypliny, w którym najlepsi – tu wskazała głową na mnie – mogą ominąć sferę psychoterapii. Kiedyś to była naturalna ścieżka dla najlepszych.

Porozumieli się co do tego.

Z tego, co mi wiadomo, pani Ania nigdy nie chciała prowadzić terapii – odrzekł za mnie profesor, dalej w nurcie mojej obrony. – Czemu, wie pani? – Tu zwrócił się wprost do magistrantki.

Pytanie osiadło na mnie pusto. Wiedziałam, że nie jest związane z obroną, pozwoliłam sobie zatem odpowiedzieć z grubsza, zasłaniając się brakiem zainteresowania.

Przypuszczam – powiedziałam niepewnie i oględnie – że psychoterapia wymaga wzięcia odpowiedzialności za pracę z czyjąś psychiką. Należę do osób, które dobrostan psychiczny miały od zawsze. Nie sądzę, żebym umiała sprowadzać innych z dzikich ścieżek do głównego nurtu życia psychicznego. Nigdy nie potrzebowałam tego robić dla siebie.

Fair enough! – odparł z werwą profesor. Był w dobrym humorze, bo broniła się jego najlepsza magistrantka. Spod siwych włosów leciał mu pot na czoło w tym skwarze i musiał kilka razy zdejmować okulary, żeby otrzeć je serwetką, ale i tak siedział jak Rumcajs, w siwym garniturze, gotowy do wyskoku, by złożyć gratulacje. Nosiło go, może też z przeciążenia rokiem akademickim i potrzeby wakacji.

Pani Pęczek-Nowak, ze słuszną otyłością prawie pięćdziesięciolatki, była dużo bardziej zasiadła i wiedząc, że jej zadaniem jest powiedzieć coś mniej optymistycznego, co podrażni magistranta do dalszego rozwoju, dodała:

Ta działka przydałaby się Pani i do pracy przy rekrutacjach.

Kęsek odczytał protokół, wstałam i poprawiłam spódnicę, odbierając dyplom i gratulacje, dałam czekoladę Kęskowi, kwiaty profesorce oraz kwiaty i książkę profesorowi. Kupiłam mu powieść Saula Bellowa Ravelstein. Wpisałam dedykację. Pożegnaliśmy się ciepło, przyobiecując sobie – na osobności – kontakt w celu ustalenia terminu rozmowy kwalifikacyjnej w jego firmie.

W latach studenckich żyłam tak, że kiedy kończyłam wreszcie studia i zaczynałam pracę, nie wiedziałam, jak te lata przeszły mi przed oczami gdzieś na drugą stronę, to znaczy stały się czasem poza zasięgiem. Wokół mnie nagle było pusto. Po pięciu latach została beztreść. Świadomie te lata nie mówiły mi teraz wiele. Miałam dyplom. Przez całe lato, które przechodziło w jesień, zbierałam okolicznościowe gratulacje od bliższych i dalszych znajomych, którzy dowiadywali się, że ukończyłam studia. Wiedziałam, że było za mną dużo nauki, przypomniał mi to zapełniony wpisami indeks, który dostałam z sekretariatu (przedziurkowany dla stwierdzenia nieważności), mnóstwo ludzi, którzy się teraz rozpierzchli, ale treść się ulotniła i już jej nie czułam. Tak jakbym chodziła nagle po innym, nieznajomym mieście. Zastanawiałam się: co teraz? Choć niejakim bezpieczeństwem była pewna przynajmniej w osiemdziesięciu procentach praca. Ze względu na zmianę samopoczucia nieraz myślałam, że jakiś klosz trzymał mnie w zamknięciu przed światem przez dziecinne lata studiów. Potem nauczyłam się, że jak idziesz dalej w życie, to tak oceniasz każdy poprzedni czas.

No w każdym razie mimo poważnego kierunku studiów i niebagatelnych dumań nad takimi tematami ze względu na problematykę zawodową fachu psychologa, którym miałam się stać, stwierdziłam po czasie, że nic nie przemyślałam. Wszystko się strasznie zdezaktualizowało, gdy tylko wdepnęłam w życie zawodowe. Odpadł sufit tamtych pomieszczeń i się zapadły. No i dobrze, bo nie były mi potrzebne. Były mi potrzebne nowe zadaszenia. Nie panikowałam. Kraków był dalej czarowny, a przy kawiarnianych stołach, poznając każdorazowo ciekawych nieznajomych z wielką głową (jak to w Krakowie), mogłam się już wypowiadać z punktu widzenia autorytetu – magistra psychologii.

Niestety, im dalej w życie, tym bardziej przekonuje się, że muszę, do jasnej cholery, tak sobie wszystko dookreślać, że czepiam się siebie i własnych treści, jakbym sama chciała to upakować świadomym wysiłkiem wyrobnika w jakąś spójną swoją życiową tożsamość. Staram się ten własny proceder ukrócić. Cholerna fabryka myśli.

Nie wiem, czy dostrzegasz, ale próbuję tu robić trochę śmiechu nad tym, żeby nie stało się poważnie i wszystko nie ugrzęzło w strumieniu świadomości, który bez przerwy sobie zarzucam.

Na studiach to były akcje. Pamiętam andrzejki Pod Jaszczurami, na tym małym, stanowczo za małym parkiecie, którzy tańczący poszerzyli za cenę zepchnięcia stołów pod same ściany i okna. Pamiętam, że prowadzący wybijali gongiem pory zagadek i turniejów. Grała jakaś krakowska studencka kapela, dobrze grali. W nagrodę rozdawali swoją pierwszą płytę. Konkurs polegał na zabawieniu się w tancerkę lap dancer, obtańcowującą stojącego bezradnie na scenie partnera. Zgłosiło się tych chłopów aż za dużo. Wybrali trzech i już stali jak słupnicy na scenie. W większości chudzi informatycy z AGH. Ale to zawsze były przystojne chłopaki przepadające za kobietami. Wybrali jakąś dziewczynę, druga, otyła, zgłosiła się sama i walnął się w czoło facet, którego miała obtańcowywać. Jako trzecią wypchnęli znajomi mnie. Wypiłam sobie setkę z baru i poszłam z miną kpiarza – wszystko mi jedno. Tak to zaczęło się. Robiłam takie wygibasy, że aż samej mi wstyd, gdy o tym pomyślę. Mój „chłopak z AGH” rozdziawiał oczy, a moi kibicowali mi z sali. Wygrałam razem z grubą i zostawiłam go zmrożonego, schodząc ze sceny z płytą, którą dałam znajomym. Obserwował mnie potem cały wieczór.

Innym razem poszłam ze znajomym na imprezę do osiedlowego i mało studenckiego baru na Czarnowiejskiej. On lubił karaoke. Panowie z osiedla wchodzili do baru za młodymi, dużo młodszymi od nich dziewczynami zrobionymi bardzo starannie na kobiety z teledysków. Rozochocił się i śpiewał, śpiewał. Ja, nieśpiewająca, zaczęłam ziewać i w końcu zamówiłam taksówkę do odwrotu. Następnego dnia zadzwonił do mnie, że niedługo po moim wyjściu zaczęli się bić o te kobiety i położył cichutko mikrofon na barze, odłożył sombrero i ulotnił się, obserwując potem z przystanku policję, która wyprowadziła ich skutych.

Innym razem opiekowałam się Włoszką, którą wprowadzałam przez dziurę w płocie na Zakrzówek; śmiałam się tym bardziej, im ona była bardziej przerażona.

Zatem jeden wniosek dla ciebie: mimo że poruszam tutaj poważne sprawy, nie myśl, że byłam miłośniczką dramatów dla samego dramatyzowania. Wiem, że ocieram się teraz o to, ale popatrz na mnie życzliwie, zobacz zawiłą całość.

W dorosłym życiu smakuje się bardziej świadomie, tak że te smaki zostają i można je opowiedzieć. Przedtem – na stracenie głowy. Dziecko moje, chodzi też i o to, że nie było za bardzo żadnej możliwości manewru, nie mogłam już dłużej tylko znosić życia, musiałam żyć. Czym się miałam teraz zasłaniać? Strachem przed dorosłością? W tym wieku już nie wypadało. Zaczęłam żyć i stało się powoli, przyszło, ułożyło mi się w głowie coś takiego. Już pierwszy ruch był zaprzeczeniem tego, co sobie o życiu mówiłam, tkwiąc w bezruchu. W życiu afirmacja jest naturalna, biologiczna, nikt się przed nią nie obroni. Chyba że wiecznie nie będzie chciał się do niej przyznać, chyba że ciągle i jeszcze, i jeszcze będzie chował żale.

Czynnik czasu, jak widzisz, kochana, to także własna zmiana. Nie mamy siebie na własność, nie posiadamy siebie do końca, nie można zamrozić swoich składowych w dumie, że tacy chmurni chcemy już zostać. Pierwsza bym wtedy to zrobiła, gdyby można było!

Dogadanie się z twoim ojcem, z czym pewnie – jak przypuszczasz – też mogłam mieć problem, to była tylko kwestia konsekwencji. Nauczyć się obejmować z miłością świat i godzić się z nim, to to samo co trzymać w ramionach mężczyznę.

Ale powoli. Całe życie miałam wypełnione za sobą tym moim trzepotem. Nie muszę ci mówić, jak już mnie samej się z sobą nudziło. Nudziło, czytaj: sama z sobą nie wytrzymywałam. Potrzebowałam słuchacza, który zrozumie emocje.

 

8. Plac zabaw

 

Poszłam z tobą na plac zabaw. Ten plac zabaw znajduje się obok naszego bloku. Całe szczęście, że mogę używać windy. Spotykam tam zazwyczaj kobiety, z którymi nie rozmawiam, chyba że akurat potrzebuję czegoś dla ciebie: chcesz się z kimś bawić albo waham się, czy ci ściągnąć butki do piaskownicy. Wtedy mówią: niech pani ściąga, nasze też biegają na bosaka. Takie czerstwe dziewczyny, mniej wykształcone ode mnie.

Jesień jest rześka, ale pogodna. Spędzamy tu zazwyczaj cały czas przed południem. Brak rozmów z kobietami nie przeszkadza mi się przysłuchiwać, o czym mówią. Nie biorę gazety ani empetrójki, bo muszę cię nadzorować.

Biegasz tam i z powrotem za dziećmi i foremkami, aż nogi masz zimne. Muszę tego pilnować, żeby nie przesadzić, bo mi się zaziębisz. Ale kiedy zostawiam cię w butkach, to wszędzie masz piach i przylatujesz do mnie co pięć minut: „mama, piasek w środku”.

Pamiętam, że gdy cię jeszcze nie miałam, myślałam sobie, że jak będę miała córkę podobną do siebie – zważywszy na to, co przeżyła ze mną moja matka – chyba zwariuję. Chciałam mieć syna. Zrobię jednak wszystko, żebyś nie miała podstaw do stania się nadwrażliwą i depresyjną. Pomogę po prostu sobie, zanim będziesz mała, wtedy nie przesiąkniesz takim sposobem bycia. Z racji tego może dobrze byłoby mi zaprzyjaźnić się z kobietami z podwórka.

Siła i zwierzęcość tych kobiet jednocześnie mi imponują i przerażają mnie. Czuję się jak dziewczynka. Siedzę na ławce schludnie ubrana, a one z boczkami po ciąży i w dżinsach, ale takie pewne siebie. Gadają głośno. Znów jestem tym cholernym obserwatorem. Wracać do świata. Ale już!

Wiesz, czasem siedzę tu z tym dzienniczkiem, to jedyne, co mogę jako tako robić i nie tracić cię z oczu. Trochę go czytam i redaguję.

Oceniam ludzi. Nie oceniam ludzi. Staram się nie oceniać. Ale dopiero po tym, co zrobił ojciec, przestałam. Dowiesz się tego później.

 

9. Rozmowy z córką (3)

 

Po obronie pracy magisterskiej uszła ze mnie energia na jakiś miesiąc. A ponieważ czas wolny wymaga zawiązania, spędzałam upalne, bezrobotne dni sierpnia na śledzeniu motivational speeches na YouTube. Odkryłam mistrza motywacji Wayne’a Dyera, mojego ulubieńca, ale czasem wchodziłam też na kanały Coreya Wayne’a (zbieżność przypadkowa), Oprah Winfrey, Marie Forleo, Deepaka Chopry, Eckharta Tolle, (wymienię ci potem wszystkich, dla potomności, może te filmiki zachowają się do twoich czasów). Z lubością patrzyłam na commemoration speeches, którym u nas nie ma. Patrzyłam, co w Stanford albo na Harwardzie mówi ten czy tamten wielki i starałam się rozgryźć clue sukcesu.

Wiesz, córuś, że u nas, w Polsce, religia rzymsko-katolicka dominuje. Muszę się do tego odnieść, bo chodzimy z ojcem do kościoła. Katolicyzm można traktować jak formułkę: bądź dobry dla współlokatorów (tak to traktowałam w życiu studenckim, mając lokatorów), zawsze zapytaj innych, jak się mają, spełnij katalog przykazanych postaw, gestów i zachowań. Dlatego ja wolę określenie „chrześcijaństwo”. Obyś nigdy nie wyszła za mąż w tym katolickim rynsztunku, jeśliby to nie było połączone z totalnym otwarciem, przyjęciem drugiej osoby, przyjęciem siebie, życia, z wielką miłością obejmującą całe istnienie i z wyborem, który powoduje, że nie boimy się śmierci, bo wiemy, że wybraliśmy to najczystsze.

Musisz tak postępować. To jest może głupia zasada, nie wiem, czy zdołam ci ją wytłumaczyć, ale to powinno iść jakoś tak: daj, Panie, żeby o nas nie było słychać, bo to znaczy, że naprawdę coś robimy. Rozumiesz? Ukojenie, uciszenie się w życiowym wyborze. Zanik życiowego trzepotu. Mocna zasada na samym początku. Nie można o tym myśleć bez odniesienia się do nadprzyrodzoności, nie wiem, jak zatem o tym mówić, żeby zrozumiał to ktoś, kto nie ma tych pokładów. Ale ty będziesz je miała. Wychowam cię tak, sama taka jestem. Twój ojciec też jest religijny, chociaż po męsku. Woli o tym milczeć, niż mówić, ale jest szlachetny i żyje wszystkim tym, czym powinien. Dlatego jest takim cudownym człowiekiem i kocham go bardzo.

Ja zdążyłam zrozumieć na czas. Mam ciebie. Mam rodzinę. I niech wszystko hula nade mną, te moje lęki, nerwy, niech będą jak wzburzone morze wewnątrz mnie, a ja i tak nie przegram. Nie przegram. Rozumiesz? Dziecko, takiej pewności ci życzę.

 

10. Sobota

 

Od niedawna nie budziłam się jako pierwsza z nas dwojga. Z niejaką tęsknotą pamiętałam czas, gdy będąc na studiach albo pracując już w firmie profesora, ale jako osoba samotna, wstawałam na dźwięk budzika i nie bywałam zmęczona rankami. Miałam czas na umycie się, zjedzenie czegoś sensownego, staranne ubranie się i wyjście przed czasem. Odkąd byłam mężatką, zagubiły się te rytuały i zazwyczaj mąż budził mnie, wychodząc z łazienki, już po toalecie. Byłam rozespana. Nie lubiłam tego. Ale z drugiej strony niczego nie zaniedbywałam tym maruderstwem. Kiedy się myłam, Adam robił kawę i śniadanie dla nas dwojga. Witał mnie po wyjściu z łazienki, ujmując moją twarz w swe ciepłe dłonie i całując mnie w czoło. Otaczał mnie kokonem czułości od rana, samemu będąc rześkim. Oddałam mu swoje uporządkowanie i składność. Moja samodyscyplina rozmiękła na skutek miłości. Chyba nawet nie pozwoliłam sobie na to sama, świadomie, po prostu tak od początku było między nami, tak reagowałam i choć moje „ja” burzyło się, szafując poczuciem winy, jak każde perfekcjonistyczne „ja”, wypadło mi się na to, chcąc nie chcąc, zgodzić.

Tym piękniejsze były ostatnie dni, bo nabrałam tyle miłości, że wreszcie przestała mnie ona ogłupiać. Byłam syta. Złapałam balans. Dowiedziałam się tego, kiedy zaczęłam ciągnąć Adama, żebyśmy chodzili spać o normalnych porach i nie spędzali wieczorów na wynurzeniach. Zaprzestałam wieczorami omawiania swoich „objawień” i nieskoordynowanych emocji. Budziłam się znowu pierwsza i na czas, by wszystko zrobić spokojnie. Adam teraz przysypiał, to znaczy spał, aż do sygnału budzika i miałam czas go obserwować.

Wstajesz, kochanie?” – zdążyłabym już pewnie zapytać, nerwowa, że zaczynamy nowy dzień. Ale nie zrobiłam tego. Siedziałam przy toaletce w szlafroku (przywieźliśmy z mojej rodzinnej miejscowości toaletkę, którą odziedziczyłam po babci), w wielkim lustrze przed sobą widziałam, jak buzia Adama zapada się w poduszce i jaki jest delikatny na twarzy. Spał słodko. Zajęłabym się porządkowaniem albo nawet malowaniem paznokci w nogach i zapach rozszedłby się w powietrzu, a przecież on śpi. Nie tym razem, córuś. Odwróciłam się i położyłam zimne nogi na łóżku. Zamiast włożyć skarpetki, wcisnęłam jak dziecko stopy pod jego pierzynę, obłożyłam nimi jego nogi. Zaczął się budzić, bo go ziębiło. Spojrzał na mnie roześmianą kątem oka i powiedziawszy: „chodź”, zarył znów buzią w głębiny poduszki. Wskoczyłam na łóżko i przytuliłam się do niego, pozwalając mu objąć mnie od tyłu rękami. Rzucił na mnie swe ramię i bawiłam się jego dłonią przed sobą. Czuł zapewne po mojej żywotności, że zacznę mówić o wszystkim i niczym, jak czasami zdarzało się nam czynić do trzeciej nad ranem. „Sobota jest, Ania”, przypomniał mi tylko z nosem w moich plecach.

Patrz, nigdzie nie uciekasz, nigdzie nie musimy iść. Leżymy tu sobie. Nic się nie zepsuje. Nie, nie… Źle! – przerwałam sama sobie.

Czemu źle? zapytał twój tata.

Do podświadomości trzeba mówić w czasie teraźniejszym i w formie twierdzącej, a nie zaprzeczeniami. Czekaj, jak by to było… zastanowiłam się. Jesteśmy szczęśliwi. Mamy dla siebie zawsze czas. Spędzamy czas tak, że oboje jesteśmy zadowoleni i syci. Nasza obecność razem jest nam zawsze miła. Widzisz, nie można powiedzieć, że nigdy się sobą nie nudzimy, choć to znaczy to samo.

Dziecko – zawołał z tkliwością twój tata.

Poczekaj, pojedziemy z tym dalej. Po namyśle w odstępach zaczęłam tworzyć łańcuszek stwierdzeń w czasie teraźniejszym i w formie twierdzącej. Nasze rozmowy pokazują zrozumienie i są niecodzienną wymianą myśli i głębin serca. Zatrzymałam się. O, to zdanie mi się podoba. Trzeba tak pięknie mówić. Wtedy życie też takie jest. Życie to odzwierciedla.

No, zabrnęliśmy w całkiem poetyczne rejony. Mnie tam wystarczy, że tak po prostu jest. Ty masz ciągłe obawy, że tak może nie być.

Odwróciłam wzrok od jego stwierdzenia, w którym znów doszedł wprost do prawdy, i zmęczona opadłam na poduszki, nic już nie mówiąc ani nie chcąc myśleć.

Zmęczyłaś się myśleniem od rana, a przecież jest sobota – powiedział Adam, wstając, kiedy ja wcale nie chciałam już teraz wstawać. Za dużo myślisz. I zrozumiałam, że wstawanie za wcześnie było znów tylko funkcją nerwicy.

Nie wiem, po co ci to piszę, bo dzień był zwykły. Trudno jest mi opisać w sposób interesujący i atrakcyjny zwykły, szczęśliwy i spokojny dzień, w którym nie dzieje się dużo, a już na pewno nie dzieje się nic złego. Nie wiem też, po co by go opisywać? Chyba potrzeba mi samej odnaleźć tutaj w pisaniu taką wizję szczęścia. Przelatuje przeze mnie zazwyczaj taki dobry dzień i nawet go nie widzę, nie umiem uchwycić w palcach konsystencji tego, nazwać. Nie widzę dobra. Wysilę się, żeby pisać o dniach tak, jak normalnie nie umiem ich przyjmować. Kiedy wspominam je wieczorami, to tylko zostają po nich zbitki słów, a raczej węzły, w których streszczają się rozmowy czy rozwiązania problemów. Jest jeden obraz z drogi, z pracy, z sytuacji, z wieczoru i… spać. Spróbuję. Najwyżej będziesz się męczyła, czytając.

Mieliśmy małą, ale funkcjonalną kuchnię, której okno wychodziło na ulicę. Usytuowaną od wschodu, rano było tam dużo światła. Mamy ją zresztą nadal. Na moją prośbę Adam zrobił okleinę na barowych krzesełkach dosuwanych do grafitowego (imitacja) stołu, przymocowanego na wysokości blatów, przy którym jedliśmy zazwyczaj na szybko śniadanie. Chciałam, żeby jasne drewno na ich oparciach przełamać czarnymi kropkami na białym tle. Mieliśmy zresztą ten motyw także na kafelkach między segmentami mebli kuchennych.

Siadaj, zapraszam – powiedział krzątający się po kuchni Adam. Kawiarka robiła właśnie dla nas białą kawę. Ojciec miał mokre włosy. Na niebieski długi szlafrok, na ramionach, położył ręcznik, który teraz ściągnął, siadając naprzeciwko mnie. Ja usiadłam od zewnętrznej, od strony pokoju dziennego, przodem do kuchni, żeby go obserwować. Podparłam brodę rękami, które mi teraz wyciągnął i rozprostował.

Idź, umyj twarz, zjemy i pomyślimy, co dziś robimy. – Pocałował mnie w nos i w czoło.

Wróciłam do niego, kiedy wyciągnął już jogurty, a słodkie pieczywo było w mikrofali. Po chwili jedliśmy.

Pojedźmy kupić ci sweter – powiedziałam – ale tramwajem. Patrz, jakie piękne słońce od rana, ciepła jesień. Zrobiłam parę kroków do okna, ojciec spojrzał w moją stronę od stołu.

Dobrze – odparł. – Siądziemy potem gdzieś w centrum na obiad i kawę?

Tak, chętnie – odpowiedziałam. Zaprośmy Lorenza na kawę.

Dobrze – ucieszył się ojciec. Zadzwonię do niego.

Zjedliśmy szybko i w ciszy. Tata w szlafroku rzucił się na kanapę, włączył telewizor i wykręcił telefon do Lorenza. Ja poszłam do łazienki, musiałam jeszcze umyć włosy i wysuszyć. Wyszłam, żeby ubrać rajstopy, już kryjące, bo zimno, i spódnicę z miękkiego materiału, bluzkę z długim rękawem wpuściłam za pasek, a na górę do ubrania przygotowałam rozpinany czekoladowy sweter i szal. Lubiłam jesień w ubraniach. Ojciec mówił właśnie po włosku z Lorenzem. Wróciłam do łazienki, z której wywietrzyłam parę świeżym powietrzem wpuszczonym z zewnątrz, i umalowałam się lekko, tylko brązowa szminką była mocniejsza. Czyli byłam ubrana tak: biała bluzka, prosta, z dekoltem, wsunięta w spódnicę, sztruksowa spódnica, czarnawa, zamszowa, czarne rajstopy kryjące i buty – ubierałam teraz – wiązane półbuty, też czarne, na grubym, niewysokim obcasie. Włosy spięłam spinką. Miałam cielisty, lekko różowy lakier na palcach, taki do manicure. Bez biżuterii. Cienki brzuch po lekkim śniadaniu.

Kochanie, napijesz się soku pomarańczowego? zawołał ojciec.

Ale jest tylko z lodówki? To nie chcę.

Ojciec miał już na sobie spodnie, podkoszulek i sportowe, ciemne buty. Ubierał właśnie bluzkę polo, a na fotelu leżała katana z ciemnego dżinsu. Twój tata zawsze na eleganckim luzie. Dobraliśmy się w tym względzie. Tata miał zielone to swoje polo. Zawadiaka. Lubił kolory. Czytał pasek z informacjami w telewizji i kończył właśnie rozmowę z rodzicami w Italii, kiedy przyszłam wreszcie do kuchni, podeszłam do niego i chwyciwszy obiema rękami około brzucha, przytuliłam się.

Wzięłam książkę jakąś – odezwałam się, kiedy skończył, a on, że ma tablet dla zabicia czasu. Co za spokój w powietrzu, kiedy żyjemy płynnie koło siebie. Nie ma żadnej zadry na tym materiale. Arkadia.

Wyszliśmy na przystanek, trzymając się za ręce. Było parę osób, stanęliśmy trochę z boku w milczeniu.

Jaką wzięłaś książkę? Pokaż powiedział tata.

Pokażę ci, jak usiądziemy, nie będę teraz wyciągać.

Jaki sweter planujemy kupić? zapytał.

W serek na górze, cieplejszy, ale nie za ciepły, żebyś miał do koszuli. Myślałam o bordowym.

Dobrze, bordowego nie mam.

W ogóle brakuje ci jakiegoś swetra w żywszym kolorze, masz tylko czarny i niebieski.

Dobrze – zgodził się bez problemu. Koniec września, kto by pomyślał? Co będziemy robić za rok o tej porze, skoro rok temu się poznaliśmy?

Nie wiem – odparłam. Dalej będzie tak dobrze, jak jest.

To na pewno. Na ile czasu wystarczy nam ta praca, co jeszcze będziemy chcieli zrobić?

Dla mnie praca u szefa jest na zawsze – stwierdziłam. Ewentualnie coś dodatkowego. A ty?

Ja poszukam jeszcze czegoś innego, nie spełniam się w tym, poza tym to nie praca na zawsze. Muszę więcej zarabiać. Wykorzystać ten fach. Ale spokojnie, jeszcze nie w tym roku.

Wsiedliśmy do tramwaju i do dwóch przystanków znalazło się miejsce na poprzecznych krzesełkach z przodu, w pierwszym wagonie.

Nie wiedziałam, czy mówił o wyjeździe do Włoch. Zamyśliłam się.

Co to za spojrzenie wbite w ziemię, znaczy coś? Szturchnął mnie, zaśmiał się. Widział, że wytrącił mnie z myśli. Ojej, chyba tak, bo daleko odeszłaś ode mnie, gdzie tam wirowałaś? Milczałam. O, to koniecznie musisz zadać pytanie, dobrze, że zwróciłem na to uwagę zaśmiał się ojciec. Nie tracił humoru.

Mówiłeś o przeprowadzce do Włoch? zapytałam.

Nie bój się – odpowiedział ojciec, trafiając znów w sedno. Przecież teraz jest tyle rozwiązań, można pracować zdalnie. Mam przyjaciół w Bolonii, w Rzymie, w Mediolanie, ustawionych jakoś po skończeniu studiów. Różne rzeczy można robić. Nie umiem ci powiedzieć bardziej konkretnie. Zostawmy, to nie jest sprawa na dziś. – Widział, że się nie rozchmurzam. – Cieszmy się, dzisiaj wolna sobota, ludu pracujący miast i wsi. – Przytulił mnie jedną ręką i zaśmialiśmy się, wyprostował nogi. Wysoki był, to i nogi długie na podłodze.

Przecież Włochy nie są mi obce, gdyby było trzeba. Mam wykształcenie europejskie, mieszkałam już tam. Świat jest mały – powiedziałam.

No właśnie! Wróciła moja normalna Ania!

Co ja bym mogła jeszcze robić? Ja nic dodatkowo nie mam.

No nie. Teraz się znów zaczniesz martwić. Patrz, tam, za okno, dziecko, tam są kwiaty, jest znak, autko jedzie. Ojciec zaczął mówić do mnie jak do dziecka, kiedy przesadzałam z zachmurzeniem.

Zaczęło się nasze osadzanie w rzeczywistości. Jako pary, mówię. Dlatego między innymi cieszę się, że napisałam dla ciebie, jak to było na początku. Nie chciałam, żebyś miała tylko starą, dobrą, wyblakłą rzeczywistość wspólnego życia, ale też ten impet, który powołuje rodzinę do życia.

Wysiedliśmy z tramwaju i planowaliśmy odwiedzić po kolei kilka sklepów, w których można było znaleźć to, czego szukaliśmy. Spodobał nam się sweter dla taty już w pierwszym. Weszłam z nim do przymierzalni – naprawdę dobrze się w nim prezentował. Kupiliśmy go i przeszliśmy jeszcze przez parę innych w galerii, ale w końcu zaczęło mi brakować czegoś do picia oprócz butelki wody, którą miałam – tak, tak, zew drugiej kawy. Wyszliśmy stamtąd, bo była też piękna pogoda. Przespacerowaliśmy się przez rynek i usiedliśmy, ja już całkiem otumaniona brakiem kofeiny, w środku kawiarni. Tata zamówił dla nas. Napiliśmy się w milczeniu. Potem tata wyciągnął laptopa, a ja książkę. Okazało się, że miałam ze sobą klasykę, Pirandello (dyskusja z ojcem). Kiedy odpoczęliśmy, zjedliśmy obiad w tym samym miejscu i poszliśmy na Krupniczą, gdzie umówiliśmy się z Lorenzem. Ale o tym powiem ci innym razem.

Okej, spróbowałam wczytać i uświadomić sobie tę przestrzeń dobra. Udało mi się?

 

11. Feminizm

 

Szef zastał nas razem u Adama w gabinecie.

Dobrze, że jesteście oboje. Myślałem, że muszę iść jeszcze do ciebie, Aniu, osobno.

Adam usiadł z powrotem przy biurku. Ja stałam vis-à-vis, ale odsunęłam się na bok, żebyśmy widzieli się w trójkę. Szef przyciągnął sobie krzesło.

Adam, ty pierwszy. Jest najprawdopodobniej nowy klient. Spod Bolonii. Poszukują dwudziestu spawaczy i monterów w związku z kontraktem z Norwegią. Potrzebują w przeciągu roku dostarczyć do Norwegii dwanaście dźwigów, dlatego muszą zwiększyć produkcję w miarę szybko i nie znajdą tylu ludzi u nich. Rozeznasz mi możliwość zatrudnienia zbiorowego i czy w ramach tego można zaangażować też Ukraińców, czy musi być jedna nacja. Ustalisz z nimi, na jak długo potrzebują i czy mogą potem zostać, przynajmniej część. Prześlę ci mailem dane firmy i kontakt.

Nie ma problemu, szefie.

Ania, ciebie potrzebuję do przygotowania prezentacji o naszych doświadczeniach na rynku austriackim na jutro. Potencjalny nowy klient, ale chcą wiedzieć, że znamy się na rzeczy.

Dobrze, szefie.

Good – powiedział szef i porwał się ze stołka w stronę drzwi. Odwrócił się jednak. – Może dałabyś radę dziś podesłać mi jakiś pierwszy szlif, nawet z domu? Żebyśmy to na pewno mieli.

Szefie, chcieliśmy wyjść dziś razem z Adamem o piątej – powiedziałam. – Idziemy na wspólne zakupy, bo jutro po południu wpada do nas Lorenzo ze swoją kobietą.

Rozumiem. A rano dałabyś radę przyjechać wcześniej, czasem tak robiłaś?

Żona przyjedzie jutro ze mną na dziewiątą i od razu się tym zajmie – powiedział Adam.

Szef spojrzał na niego, jakby nie wiedział, że tam był. Ale ton Adama był znaczący i stanowczy, nie śmiałam nic mówić.

Żona przyjedzie jutro na dziewiątą – powtórzył szef. – Dobrze, niech i tak będzie – stwierdził szef do sufitu i zamknął za sobą drzwi.

Zostaliśmy w ciszy, którą raźno przerwał Adam, choć wiedział dokładnie, o czym myślę.

To co, idziemy, żonko?

Idziemy, idziemy – odparłam.

Zamknął za sobą drzwi. Pożegnaliśmy Magdę na recepcji i zjechaliśmy windą na parter. Na podwórzu mieliśmy auto. Całe szczęście, że stało w cieniu. Bramę otworzyła nam Magda, widząc nas w podglądzie. Moje wysokie kolana błysnęły w ołówkowej spódnicy, gdy wsiadałam, ale nie śmiałam na niego spojrzeć. On za to był najwyraźniej w dobrym humorze i najprawdopodobniej było to spowodowane tym samym, co mój humor zmroziło i zepsuło. Wywinął zawadiacko mankiety. Wiedziałam, że szykuje się do podjęcia prac głębinowych.

Powiedz mi, kochanie, co? – zaczął.

Jak to co? – odpowiedziałam. – Wiesz, kim jest dla mnie mój szef, prawda? – ciągnęłam, nie oczekując potakiwań. – Wiesz, że jest moim mentorem, był promotorem na uczelni. Zawdzięczam mu tę pracę od razu po studiach. Nie każdy, ba, nikt w Krakowie nie ma tak łatwo. Ja, dziewczyna z prowincji. Rozumiesz?

Jechaliśmy Krupniczą. Spojrzałam na niego pierwszy raz teraz i on się też do mnie zwrócił i uśmiechnął. Miło było mieć koło siebie tę delikatną twarz, należeć do tego człowieka, jeździć z nim autem, spać z nim w jednym łóżku, podnosić jego koszulę z prania i cieszyć się, że jest taki mężczyzna na stałe w moim życiu, że żyje ze mną. Już w tym momencie na Krupniczej moja nietrwała maskara rozpłynęła się pod wpływem wzruszenia, ale tym razem na spokojnie, tak, że pasowało to do bladożółtej ołówkowej spódnicy i beżowej, prawie białej bluzki. Klasyczny strój, klasycznie uroniłam łzę, żeby nie wypaść z elegancji.

Wiem – odpowiedział. I widząc, że teraz jego kolej, zaczął wyjaśniać: – Jestem zadowolony, że powiedziałem to, co powiedziałem. Nie chcę, żebyś pracowała niepotrzebnie, to nie była sytuacja awaryjna, to tylko jego stres, żeby mieć wszystko przed czasem, bo ma teraz dużo zleceń. Sam zrozumiał, bo się wycofał. To są takie męskie zawody. Gwarantuję ci, że jak znam szefa, to nie będzie miał tego za złe ani tobie, ani mnie. – Skończył kategorycznie. – I jeszcze jedno: też cenię szefa jako pracodawcę i człowieka, też mu swoje zawdzięczam, ciebie mu zawdzięczam. – Tu się zatrzymał. – Nic się nie stało – skończył i wszystko ucichło.

Byliśmy w drodze do marketu. Telepałam się jeszcze wewnętrznym uniesieniem i nie przeszło mi tak zupełnie, kiedy robiliśmy zakupy. Adam nie znosił sytuacji, w której nie przechodziło mi całkowicie. Kupiliśmy łososia, mnóstwo warzyw na sałatkę, mozzarellę. Wino. Adam popakował wszystko do siatek, gdy płaciłam. Poszliśmy na parking i wróciliśmy do domu jeszcze nie tak późno. Na końcu przekładania zakupów do lodówki i lokowania ich na półkach Adam wyciągnął konfiturę, którą nie wiem kiedy kupił i włożył do koszyka.

Zrobisz mi naleśniki? – zapytał rozbrajająco.

Oniemiałam, ściągając zegarek i kładąc go na kuchennym stole.

Adam, myślałam, że trochę popracuję, wyślę jakieś parę zdań, zrobię to szybko, z pamięci – powiedziałam.

Nie zrozumieliśmy się, prawda? – zagadnął zmieniając ton, a cały uśmiech spełzł.

Nie mogę tak po prostu tylko żyć nami – zawołałam. – Potrzebuję czasu dla siebie.

Oj, kobieto. Idź, pracuj, zrobię naleśniki dla nas – odpowiedział, symetrycznie wiążąc wstążki przy fartuchu.

Oczywiście nic nie zrobiłam z nerwów i po półgodzinie zjawiłam się, żeby z nim zjeść to, co przygotował, i razem pokrzątaliśmy się do wieczora po mieszkaniu.

Następnego dnia rzeczywiście zrobiłam wszystko i szef był zadowolony. Nawet z własnej inicjatywy powiedział mi:

Ja wiem, że masz teraz inne obowiązki. Jesteś kobietą, a przywykłem traktować cię tylko jak pracownika. Moja żona zawsze zapewniała mi dom, znasz moją Jadzię. Miałem cudowne życie u jej boku, ja, cały czas zajęty tutaj lub na uczelni. Nic to nie zmienia między nami ani w tym, jak cię cenię jako pracownika. Gdybyś musiała kiedyś pójść na macierzyński, te sprawy, wiadomo, to nic się nie zmieni. Jakoś to załatwimy. Widzisz, że inne kobiety mają tu dobrze. Ty masz dużo więcej obowiązków, masz funkcję niemal mojego najbliższego wspólnika, to dlatego Adam mnie wczoraj przywrócił do pionu.

To nie tak, szefie, przepraszam.

Nic nie przepraszaj, bo wszystko jest dobrze. Dobrze. No, wracajmy do roboty.

Zmiany, zmiany, zmiany, do których się adaptowałam. Miałam dobrego męża, dobrego szefa. Sama miłość. Co jeszcze bym chciała? No co bym jeszcze chciała. Czy tym moim dąsom na Adama, a przecież nie przeciw niemu, nie miało być końca?

Poszłam do niego na koniec zmiany, nie rozmawiając o wizycie szefa ani naszej rozmowie – chciałam też mieć coś dla siebie za wszelką cenę. Pojechaliśmy razem, jak poprzedniego dnia, do domu. Ledwo weszliśmy, a do pół godziny zjawił się Lorenzo z kobietą. Ale nie tylko z kobietą. Kobieta miała małe, niespełna roczne dziecko.

Bracie, to na gotowanie dopiero wpadliście, ale siadajcie, rozgośćcie się – wołał Adam.

Witam panią – kontynuował.

Podeszłam do nich. Lorenzo przyprowadził kobietę z dzieckiem.

To jest Joanna z synkiem, Filipem. Przyszliśmy razem. Wiem, że nie mówiłem wam o dzieciątku, ale czy to trzeba mówić? To jest moja Joanna.

Cieszymy się – powiedział Adam. Twój wujek zawsze miał takie pomysły, ale – o dziwo – został z tą kobieta z dzieckiem, którą partner porzucił, kiedy dziecko było maleńkie. Pobrali się z czasem i to była dla niego ta jedyna. Lorenzo wtargnął do mnie do kuchni.

Witaj, bratowa. Masz tu ponoć łososia do zrobienia.

A mam – uśmiechnęłam się do niego.

Robiłam po włosku podpiekane warzywa. Nakroiłam papryki, cukinii. Lorenzo przywiózł trawę. Oni naprawdę tam jedli specjalny rodzaj trawy podlany oliwką z oliwek.

Adam zagadnął do kobiety. Przyszedł tylko zrobić dwa espresso, po czym wrócił z nimi z powrotem.

Czemu nie mówiłeś, że ona karmi? – zapytał Lorenza.

Wziął sok z pomarańczy z lodówki dla niej. Kątem oka patrzyłam na nich, jak rozmawiają o dziecku. Potem weszliśmy z Lorenzo, by usiąść z nimi z naszymi kawami. Akurat ona karmiła piersią, a Adam się przyglądał, zagadywał, dziwił. Aż coś się we mnie podniosło, ale tacy byli właśnie, włoscy, cieleśni, oboje z tymi oczami na kobietę matkę. Zazdrościłam jej tego splendoru, tej słusznej przewagi nade mną.

Wieczorem, kiedy poszli, gładziłam się po brzuchu, bo te włoskie podpiekane warzywa to nie jest akurat rzecz dla mnie. Adam chwycił mnie z tyłu za ten gruby brzuch.

Nie, nie – wyrywałam się.

Piękna ta kobieta Lorenza, prawda? – zapytałam.

Ładna – odpowiedział.

Nie mów, zrobiła na tobie wrażenie? To jest jakiś inny rodzaj kobiecości.

Daj spokój, nie wypada ci zazdrościć, kobieta porzucona przez kogoś z małym dzieckiem – wiesz, co ona musi przeżywać? Ale Lorenzo chyba tym razem znalazł kogoś odpowiedniego dla siebie, mimo okoliczności, czuję to.

Ale zrobiła na tobie wrażenie.

Wiesz, to jest kobieta matka. Inna odsłona. Ale my też będziemy mieć dziecko. Może niedługo, co?

Denerwowało mnie, że wszystko było dla niego takie proste i naturalne, że mówił o tym, co chciał, i myślał tak bez ogródek. Że czuł się z sobą dobrze.

Ja bym nie umiała być taką kobietą.

Oczywiście, że byś umiała.

Nie.

Tak.

Wiedziałam, że to już histeria. Adam wiedział, że coś się znowu zablokowało.

Nie mam tego.

Masz.

Nie mam tego.

Masz. Masz wszystko co trzeba.

Wybuchnęłam płaczem. Byłam zmęczona sobą. Zmęczona tym strachliwym przeżywaniem wszystkiego. Byłam zmęczona zagubieniem i tym, że ktoś co rusz musiał mi tłumaczyć świat. Przestało to być dla mnie tkliwe. Mimo że dla Adama niezmiennie, z wieczną cierpliwością, było. Strach pomyśleć, gdybym była z kimś, kto by mnie mniej kochał. Może to dlatego, że mój ojciec umarł, gdy byłam mała?

 

12. Lorenzo

 

Lorenzo przyszedł ubrany podobnie do taty, no, nieco bardziej niechlujnie. Dosiadł się do nas, kiedy zdążyliśmy już odpłynąć każdy w swojej czynności. Było w okolicach trzeciej, czwartej i na zewnątrz zaczął popadywać lekki, prawie niewidoczny śnieg. Wiedzieliśmy, że wrócimy taksówką, ewentualnie podwiezie nas Lorenzo. Wybudziłam się z mojej lektury, żeby z nim porozmawiać, bo twój ojciec, jakby nigdy nic, siedział nad tabletem.

Jak spędziłeś wczorajszy wieczór, byłeś gdzieś? – zapytałam.

Tak, wybrałem się na Kazimierz, z komputerem, posiedzieć trochę.

Aha, my w domu.

Chcieliście się spotkać? – zapytał.

Tak, myśleliśmy, że do nas dołączysz. Byliśmy kupić Adamowi sweter. Jadłeś już?

Nie, zamówię sobie coś. Jaki sweter kupiłeś? – zapytał brata.

Adam kopnął mu po podłodze siatkę.

Zobacz sobie – powiedział.

Podoba mi się. – Lorenzo oglądał sweter. – Kupię sobie podobny.

Kup, był jeszcze w zieleni i błękicie. W błękicie byłby dla ciebie najlepszy, jak sądzę.

Oj, Aniu droga, dużo roboty, szef goni, bank goni – narzekał Lorenzo.

Wiem – odpowiedziałam. – Przejdzie i to. – Zaczęłam na inny temat: – Czytam sobie akurat. Tyle dobrych rzeczy napisano. Świadomość to jest najciekawsza rzecz na tym świecie. Żaden zawód tego nie zbierze. Trzeba ją kultywować w wolnym czasie.

U nas czytał tata – odpowiedział mi Lorenzo. – Pamiętasz, Adam, jak nas gonił do czytania albo czytał fragmenty książek dla dorosłych na zaśnięcie, cytował?

Adam dalej z nosem w tablecie. Przyszła kelnerka i Lorenzo złożył zamówienie.

Ja też coś sobie zamówię, niech pani poczeka – przebudził się Adam.

Przecież jedliśmy obiad.

Dalej jestem głodny. – Ojciec zamówił.

Aż by się chciało czegoś więcej – kontynuowałam.

A czego być chciała, Ania? – pytał Lorenzo.

Nie wiem.

Ano widzisz, każdy ma takie poczucie. Ale to jest tylko poczucie, nierealizowalne.

Tak mówisz? – dopytałam.

Wyszłaś za mąż, masz wykształcenie, pracę, obyłaś się w tak zwanym świecie, masz przyjaciół, mieszkasz w dobrych warunkach, wszystko to są jeszcze otwarte drogi, będziesz się rozwijać, możesz podróżować. Nie widzę, żeby czegoś brakowało. Tylko się cieszyć życiem.

Tak, Lorenzo, ty też jesteś niekiepski. Ścisły umysł, ciekawy zawód, wielu ludziom pomożesz tym w dzisiejszych czasach. Masz inteligencję i horyzonty, o wszystkim można z tobą porozmawiać. Dobra rodzina, połączenie dwóch krajów. Twój brat zresztą podobnie. Ty też ożenisz się, jak tylko będziesz chciał, kiedy przyjdzie odpowiedni moment i odpowiednia osoba.

Ach, wy, Polacy. Cały czas szukanie dziury w całym – odniósł się do moich pytań o więcej, ale z uśmiechem.

Może racja. Chciałabym być inną kobietą, taką, która nie ma refleksji, stąpa twardo po ziemi.

Taka, jaka jesteś w pracy i za co cię cenią? – spytał Lorenzo.

Jesteś super, Ania – włączył się Adam. Zabrał moją rękę i trzymał ją, bawiąc się tabletem. Wszyscy byli przyzwyczajeni, przygotowani, śmiali się i reagowali jak w kabarecie na moje powtarzalne wstawki w tym humorze.

Cieszę się, że jesteś w naszej kompanii, ozłociłaś nam ten Kraków, sprowadziłaś nas tu – mówił Lorenzo. – Brat twojego taty był moim przyjacielem. Byliśmy jak rodzeństwo. Czasami nie pochwalał metody taty, by się ciepło ze mnie śmiać, i mówił poważnie, jak opiekun. Wtedy ja zaczynałam się trochę śmiać z jego przejęcia.

A może ja tak mówię, a wy uważacie, że wymyślam, żeby w ogóle było o czym mówić? Tak chcieliście siedzieć, bez mówienia?

Nie musisz. Coś się przecież zawsze mówi…

Przestaliśmy rozmawiać. Chłopcy zjedli. Ja się nie odzywałam.

Idziesz gdzieś wieczorem? – zapytał brata Adam.

Nie wiem jeszcze. A wy co robicie?

Nie wiemy. Chyba w domu. Obejrzymy jakiś film.

Pięknie”, pomyślałam, instynktownie zniechęcona, ale co miałam znów wymyślać?

Zebraliśmy się i w przydymionym świetle, bo na zewnątrz już zmierzchało, udaliśmy się do wyjścia. Lorenzo pożegnał się, całując mnie i obejmując ojca, i zniknął. My poczekaliśmy na naszą taksówkę. Wróciliśmy do mieszkania. Zrobiłam herbaty. Wyłożyliśmy się na kanapie jak dłudzy. Zasnęliśmy. Obudziliśmy się koło siódmej, żeby zmienić ubranie na piżamę.

 

13. Strach zdania i przegranej – wokół ślubu religijnego

 

Ja chciałam ślubu kościelnego, a on się dostosował. Najgorsze jest jednak to, że mnie to w końcu przestraszyło, a jego nie. Wyobrażasz to sobie, córuś? Co za wstyd! Ja, chowana po katolicku, on – zupełnie niepraktykujący. Miał te swoje dobre oczy i nimi z miłości godził się na wszystko.

Zaczęłam się go bać i być nieufna. Co on może sobie tam myśleć o mnie? Jego dobroć była tak przemożna, tak zniewalająca, że nigdy nie chciałam się od niej uwolnić, a z kolei strach budziło, że jeśli się zwiążemy na stałe, on nagle mnie odepchnie albo spojrzy obcym wzrokiem. Obcy wzrok kogoś, komu zaufałam w najważniejszej sprawie, powierzyłam siebie. Tego z pewnością nie można by było znieść ani przeżyć.

Nie były to z mojej strony pytania wprost, na które umiałby mi odpowiedzieć, ale raczej samotność, dystans. Mógł poczuć, że jestem mu nawet wroga! Coś narastało, jacyś nowi wysłannicy podświadomości chcieli zawładnąć i zagrać tym fragmentem mojego życia.

Ale ty się tym, kochana Perełko, nie przejmuj, wszystko dobrze się między nami skończyło. Patrz na to, co teraz między nami, i z takiej perspektywy analizuj rzeczy, które ci tu piszę o przeszłości. Wtedy zresztą on też mi tak mówił. „Myśl, że będzie dobrze i z tej perspektywy analizuj to, co teraz przechodzisz”. Taki był mądry. Twój ojciec jest mężczyzną, o którym dobrze myślę. Do tej pory. To doprawdy zadziwiające.

Ja, moje czucie się we mnie kolejny raz nas rozdzieliło. O mało co. I oboje walczyliśmy o nas znów wtedy przeciw tej sile wstecznej, którą ja w sobie miałam. Ale muszę powiedzieć o tym nieco szerzej, żebyś zrozumiała.

Ja od zawsze chciałam ślubu religijnego. To znaczy katolickiego, w kościele, przysięgi przed Bogiem, która łączy nas z drugim człowiekiem. Twój ojciec przychylił się do tego bez oporów. Ot, porozmawialiśmy na ten temat parę razy, wieczorami. Ja tłumaczyłam mniej więcej tak, że żeby nasza znajomość była czymś więcej niż byciem tu i teraz, trzeba zdać się na ten czynnik, który naturalnie jest między ludźmi tylko chyba wtedy, kiedy są zakochani. Kiedy im „zależy”, tak to się mówi. Jest to pewna świadomość dawania najlepszego z siebie. I w tej przysiędze kościelnej, uroczystej, w tej pięknej chwili, jeśli coś takiego sobie szczerze powiemy i przyrzekniemy, to będzie znaczyło, że ta druga osoba tak samo jak ja uważa, że zdarzyło się nam w tej znajomości coś na tyle ważnego, że zawsze będziemy się o to starać. Potem, dalej, kiedy zauroczenie wygasa, taka przysięga pomoże, żeby nie popsuć sobie życia przez emocje jednej chwili. Przysięga przypomni inne emocje, ważniejsze, bo świadomie wybrane, które znów wypełnią serce na odparcie poczuć spontanicznych, które mogą przyplątać się ze świata, w nieporządku, w momencie osłabienia. A przypomniana uczuciowość i dostojeństwo tych dawnych chwil spotkania wskrzesi dawny zapał do wspólnego życia. I będziemy żyć w wiecznej młodości!

Mówiłam patetycznie, ale gdzieś to tak właśnie mam w sercu. Poza tym twój ojciec tak bardzo lubił, jak mówiłam, że pozwalał mi się wypowiadać długimi, zaokrąglonymi zdaniami. Nie pokazywał reakcji, póki nie powiedziałam wszystkiego. Mieliśmy dużo czasu wieczorami, będąc jeszcze sami, na to wypowiedzenie. Kiedy tak leżeliśmy, ojciec na mnie patrzył, to znaczy twój ojciec na mnie patrzył, a kąciki ust co rusz wyskakiwały odrobinę w górę w uśmiechu, który hamował, żeby nie popsuć tej rozmowy i moich wywodów. Lubił, jak mówiłam. Wielokrotnie powtarzał, że ozłociłam mu życie tymi myślami, które rysowałam przed nim w miarę dokładnie. Lubił mnie słuchać. Przeznaczał na to z rozmysłem czas.

Zaczęliśmy chodzić na kursy przedmałżeńskie do franciszkanów. To były comiesięczne msze i spotkania prowadzone przez zakonników za bramami klasztoru, nie w głównym kościele. U księży prawie nikt nie szedł do komunii. Wszyscy ze sobą sypiali przed ślubem. Stare mury gościły mężczyzn o wygolonych karkach z porządnymi dziewczynami i tipsiary z zalęknionymi okularnikami, szykującymi się na ich mężów. Każdy szukał swojego dopełnienia, a może nawet i znalazł je, skoro przyszli razem na kursy przedmałżeńskie. Po mszy ksiądz miał dodatkowe kazanie, czasem wystąpiła jeszcze jakaś para w naciągniętych skarpetkach i na końcu ksiądz spotykał się indywidualnie z poszczególnymi, co bardziej gotowymi do ożenku, których czas nadszedł. Para w naciąganych białych skarpetkach to dla mnie ludzie, którzy perorują o naturalnych metodach planowania ciąży, wspólnej modlitwie przed seksem, czy jeszcze w inny sposób, „po katolicku” wywlekają najintymniejsze szczegóły pożycia, żeby je uzgodnić z wiarą katolicką, a dla mnie niepotrzebnie na głos wypowiedzieć i zawstydzić. Oni w tym sensie wstydu nie czują, a wręcz powołanie do głoszenia prawdy, a ponieważ zazwyczaj są tak seksowni jak mężczyźni ze skarpetkami wyciągniętymi na łydki, to tak ich nazwałam. Wybacz, taka akurat moja słabość, że ten typ ludzi rozstraja mnie psychicznie, zniesmacza i zawstydza.

Przyszedł w końcu i nasz czas, już po roku. Ksiądz zaczął z nami rozmawiać. Świetne porozumienie znalazł od razu z twoim tatą. To był taki stary wyga ten ksiądz. Robił doktorat na Gregorianum za czasów młodości. Włoch z Włochem zawsze zacznie się kolegować, „klepać po ramionach” i mówić tak samo. No i w tym sojuszu ja zostałam out. To był pierwszy powód zapadania się i niewypowiadalności, która mnie dopadła.

Kiedy będziecie ślubować? – mówił do nas od razu na ty.

W październiku – odpowiedziałam.

Włoska rodzina przyjedzie? – pytał ojca.

Tak, oczywiście – odpowiadał Adam. – Na kilka dni. Mamy już zamówiony hotel.

W Sienie byłem u świętej Katarzyny – wspominał zakonnik. – Mamy tam nasz klasztor. Teraz również przebywa tam Polak. Czasem organizuje noclegi, gdy nasze pielgrzymki jadą do Włoch.

Świetnie – powiedział ojciec.

Proszę, takiego męża będziesz miała – zwracał się do mnie pełen zachwytu. – Polki to dobre kobiety – dopowiadał od razu.

Nie znałem nigdy lepszej – mówił ojciec, patrząc na mnie, ale do zakonnika. Byliśmy już na miłosnym i religijnym haju wszyscy w trójkę.

I widzicie, ślub religijny to piękno ma umacniać. Macie być dla siebie, oddawać codziennie życie za siebie, uczyć się kochać tego drugiego człowieka jeszcze na inne sposoby. Przekraczać w sobie wszystko to, co wadzi. Czasem nowoczesne pary, pochodzące z różnych domów, niosą duży bagaż. I odrzucają, że to już nie jest miłość, że dalej się już nie ugną, że to wstyd, że to wykorzystanie, że co oni z tego będą mieli, boją się uklękać przed drugim i oddawać się drugiemu.

Zaczęłam się stroszyć i poczułam się niedobrze. Widziałam siebie upokorzoną i zawstydzoną klęczącą przed Adamem, który nie reagował na to, a za to ten ksiądz franciszkanin przytakiwał w mojej wizji: tak, tak, córko. Wokół było tyle miłości. Mój przyszły mąż pełen miłości. Nawet ksiądz pełen miłości. Te wszystkie rozmowy o przyjęciu miłości. Zaczęłam spuszczać głowę pod wzrokiem. Potem, jak zauważyli, zaczęłam się odsuwać na krześle do tyłu, a następnie wręcz cofnęłam krzesło od tego przenośnego biurka, które ministranci postawili dla księdza przed ołtarzem. Ksiądz się zdziwił: „Nie byliście zdecydowani?”. Twój tata odpowiedziałby mu zapewne, że byliśmy, gdyby nie był zdziwiony i gdyby jemu samemu nie odjęło mowy. Bo to ja miałam powiedzieć, zawsze mówiłam za nas dwoje, zresztą przyprowadziłam go tutaj także ja.

Brak miłości własnej. Kiedy człowiek wierzga w miejscu, wycofuje się, spuszcza głowę i nie chce się dać schwytać i przytulić. Kiedy chce na moment być sam, żeby coś osłoniło tę kruchość, która oto wyszła przed nim dwa kroki i ktoś zobaczył tę nagość, a nie chcieliśmy. Ktoś może i rozczulił tym oczy, ale my chcieliśmy się przykryć i o sekundę się spóźniliśmy, i ta wstydliwa potrzeba dziecinnego serca pozostała na widoku w tym zimnym świecie. Nie każdy radzi sobie z takimi momentami.

Ze spotkania na spotkanie u księży czułam się gorzej, blokowałam dostęp miłości. Pomyślałam, że nie będą mnie wspominali jako dobrej, bo tak się wstydzę kochać blisko drugą osobę. To znowu Adam z księdzem przekonywali mnie, że nie mam czuć winy. Byli urzeczeni moim urokiem, byli obaj tkliwi. Zakradłam się do ich serc. Teraz pomagali mi przeciw mnie samej. Tak ujawniała się egoistyczna skorupa myślenia, z którego trzeba było wyrosnąć, wyjść. Byłam mistrzynią humorów i wciągania innych w grę.

Mała dziewczynka musi dorosnąć, wszyscy ją kochają, nie będzie płakać, prawda, że to nie jej dąsy będą w centrum uwagi, a na każdy zły humor nie zleci z nieba Anioł Stróż, by ją ochraniać?

Po którymś ze spotkań, kiedy skonfundowany ksiądz doradził nam pomoc psychologiczną, Adam wyszedł z kościoła i kierując się w stronę auta, kupił w kiosku papierosy i zapalił. Nie widziałam go nigdy dotąd palącego.

To się naprawdę zrobiło psychiczne, twoje zachowanie, nie sądzisz? – powiedział w skupieniu, hamował tym skupieniem dużo buzujących emocji, ale starał się być spokojny, a nawet dał odczuć, że był zdecydowany zachować spokój.

Też tak sądzę – powiedziałam.

Nie umiem ci pomóc, a nie chcę, żeby nasz związek runął – powiedział prosto. – Pójdziesz do psychologa? – zapytał również wprost.

Sama jestem psychologiem – odpowiedziałam.

To nie ma nic do rzeczy w tym przypadku.

Zgodziłam się z tym.

Pójdę do psychologa – powiedziałam pewnie i poważnie.

Adam w momencie wyrzucił papierosa i przytulił mnie mocno, jak się tuli świat.

Znajdziemy kogoś razem. Zajmiemy się tym w tych dniach – zadecydował.

Płakałam ciepłymi łzami i łkałam mu w koszulę, a on gładził mnie po plecach.

Wszystko będzie dobrze.

Pojechaliśmy do nas do domu.

Dużo było we mnie rozpaczy, pogardy, wstydu, upokorzenia, że tak mało ze mnie zostanie, że wtopię się w małżeńską strukturę. W ogóle dużo przeżywałam, odkąd zaczął się ten związek. Same fundamentalne rozstrzygnięcia. Człowiek chciałby zbudować coś swojego, a tymczasem ksiądz tłumaczył, że zostanie po nas czysta i gładka przestrzeń, nieskażona przez ego. Konieczna jest akceptacja straty wyjątkowości, kiedy się wchodzi w małżeństwo będące schematem przewyższającym wewnętrzną mądrością realizujących go ludzi. Byłam przekonana, że się w tym rozpadnę, rozmoknę, że Adam będzie górował nade mną jak dąb, a ja będę tylko utyraną wysiłkiem dostarczycielką wody, żeby mógł rosnąć i rosnąć. Okropne wizje, bolesne. I jak mówić kochanej osobie, że tak się go widzi w spontanicznych imaginacjach?

Były sny, także zwykłe, brutalne – partyzanci, sny z przemocą w tle, że ta przemoc jest normalna, że takie jest życie. Ale też taki ciekawy sen: oprowadzam osobę, która jest zachwycona tym, co widzi, podczas gdy ja pozostaję zniechęcona. Oprowadzałam osobę jakby po mnie, po moim wnętrzu, które było ekstrapolowane na zewnątrz. Byłam niby recepcjonistką jakiegoś hotelu i zamiast wykonywać rzetelnie i przyzwoicie moją pracę, którą zlecił mi Bóg Stwórca wszystkich dobrych rzeczy, ośmielałam się z własnej woli, z własnego zniechęcenia czy przepracowania mówić wizytującemu rzeczy przeciwne zachwalaniu. Wynajdywałam detale, które raziły brakiem harmonii. Ewidentne braki, o których informowałam go tak „między nami”. Ryzykowałam przecież zwolnieniem przez Szefa za takie oprowadzanie gości, ale najwidoczniej o to nie dbałam. Nie godziła mi się ta praca opiekuna mnie samego w trakcie życia. Odmawiałam przyjęcia języka marketingu i kultury. Byłam wręcz niekulturalna, żułam gumę ze znudzenia i przypomina mi się, że miałam w tym śnie podkolanówki i mundurek jak nastolatki z angielskiego koledżu, a więc tak to – powrót do młodzieńczego buntu!

Tymczasem gość zachwalał piękną, szlachetną tkaninę na zasłonach, nie umiał się oprzeć i pogładził. Potem przejechał też dłonią po dębowym stole pierwszej jakości, który mógł służyć do jedzenia i do pisania. Powiedział, że oprowadzam go wieczorem, ale przypuszcza, że przez te duże okna za dnia zapewne pada mocne, przepastne światło, powodując magię odblasków w tych antycznych meblach. To był starszy pan. Może sam Bóg?! Obudziłam się.

Mój przyszły mąż sądził, że w tym strapieniu, w jego sednie, muszę dla zasady pozostać sama. Miał rację. Zrobiło się pusto i czas było wybierać rzeczy poważne i na życie. Nigdy nie potrafiłam pozwolić, by po prostu żłobił mnie czas, pasywność wymaga ufności, ale również w tym momencie jej nie miałam. Wiedziałam teoretycznie, ale nie umiałam wiedzieć tego naprawdę w działaniu i w reagowaniu, że nic nie znaczy ten szum w głowie, gdy wybiera się małżeństwo. Miłość jest skanem, przez który mało co przejdzie, dlatego takie rzeczy wychodzą na miesiąc, dwa, przed ślubem. Dokonać mocą postanowienia wyboru wbrew swoim strachliwym uczuciom to też wyjście, ale potem trzeba żyć, a zmrożone emocje kiedyś by wybuchły, więc rację miał ksiądz i Adam, żeby najpierw je uleczyć. Kto by chciał (myślę o Adamie) wstępować w małżeństwo z kimś bojącym się tego? Czy to nie byłaby przemoc psychologiczna zwierząt ludzkich, dziwna forma przemocy psychologicznej, obciążania – i z ojca strony, gdyby mi pozwolił tak się zgodzić, i z mojej, gdybym tak chciała swoje wnętrze uczynić niemym. Dualizm jest diabelski, przełamanie dualizmu zawsze boskie, ale żeby czuć się wreszcie komfortowo, trzeba się było bardzo postarać. Było to dopiero przede mną. Jeśli myśleć o ślubie jako pragnieniu wygładzonego życia, to nie miałam tego. W żaden sposób nie można było tak myśleć o przygotowaniach. Zupełnie inny kaliber rozstrzygnięć.

Pobraliśmy się zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zdołałam do tego czasu na terapii jako tako się pozbierać.

 

14. Wyjechał

 

W niedzielę ubraliśmy się odświętnie i lekko, ja w sukieneczkę na ramiączkach w łączkę kwietną i białe, lekko ortopedyczne sandałki, do tego mała skórzana torebka. Adam wziął lniane spodnie i lekko różową koszulę, której mankiety podwinął. Ja miałam jeszcze bursztynową zawieszkę na rzemyku i włosy sczesane prosto z przedziałkiem na środku głowy. Tata niósł marynarkę i aparat przewieszony przez ramię. Te jego loki robiły furorę. Weszliśmy na placyk kwietny przed małym kościołem, akurat zaczynała się msza i ludzie, szczególnie mężczyźni, wypadali z tyłu przez drzwi, w tym upale; było za ciepło i nie starczało miejsca w środku, a może kościół napęczniał śpiewem. Marudziłam trochę, a tata robił mi zdjęcia. „Ustaw się prosto, zrób ładną minę, Anna”. (Jak teraz tego słucham, to jakby ktoś zwracał się do dziecka. Infantylna byłam). Kupił mi na rynku różę, poszliśmy na docelową mszę po włosku do franciszkanów. Szliśmy w jasnym, południowym słońcu. Spotkaliśmy na placu naszego franciszkanina. Ojciec oczywiście otwarty, ja bocząca się. Jezu, nie wytrzymywałam z sobą. Zamieniliśmy parę słów, mniej więcej tyle, że żyjemy sobie razem po ślubie i co robi ojciec w tych dniach.

Kochani, jadę na swoje własne rekolekcje, potem głoszę kazania na trzydniowych dniach skupienia dla młodzieży w Rzymie. Tak, tak, Italia woła – zawołał uśmiechnięty. – Polonia tamtejsza mnie zaprasza. Może uda mi się być w Asyżu u naszego Świętego Ojca jeden dzień. A we wrześniu z powrotem do Krakowa. – Spojrzał na nas odświętnych i spodobaliśmy się mu. – A wy planujecie jakiś wypoczynek?

Właśnie zaczęliśmy dwa tygodnie wakacji, księże. Mamy jechać do moich rodziców do Pienzy. Pojedziemy autem koło wtorku, środy, tak myślimy. Żeby z powrotem przywieźć zapas włoskiego jedzenia i – speszył się – wina, szczerze powiedziawszy.

Ha, to się nazywa życie! – zawołał ksiądz. – Wybaczcie, muszę iść, wszystkiego dobrego. – Uścisnął i moją dłoń. Nie odzywałam się, wszak od jakiegoś czasu z moim mężem zostali pobratymcami.

Chciałam, żeby koniecznie wszystko się skończyło. Msza mi się dłużyła.

Potem obiad. Usiedliśmy w ogródku na rynku: gdy ojciec dopiero co zabierał się za jedzenie, ja już skończyłam swoją sałatkę. Ze wzdętym żołądkiem zaczęłam mu grymasić. Przy jedzeniu nie mógł już tego wytrzymać. Doprowadziłam go do ostateczności, jak rozbrykane dziecko swego ojca, i też miał dość. Zaszedł mu humor z twarzy, jak uśmiechnięte słońce zachodzące za wcześnie w piękny dzień. To znów mi było głupio, że do tego doprowadziłam. Poszliśmy jeszcze na kawę. Był Lorenzo i para naszych znajomych. Ja odeszłam od stołu, by brodzić w fontannie na placu Szczepańskim.

Przyszedł do mnie Lorenzo. Drapał się po głowie i chodził ze mną w japonkach po wodzie.

Jak dzieci – powiedział. – Patrz, że same dzieci dookoła nas. – Rozejrzałam się: i tak faktycznie było. Ze wzrokiem wbitym w chodnik chodziłam szybko dookoła fontanny, a on za mną. Boże, dopiero teraz widzę infantylizm swojego zachowania! Szkoda, że tak późno. Byłam w zupełnym wewnętrznym zmieszaniu, upartości i urazie, tak jakby cały świat chciał mnie odwieść od jakiegoś pomysłu na zabawę, który był dla mnie priorytetem, i z klapkami na oczach uciekałam tam wszystkim. Wcale nie bawiłam się dobrze, czułam się zdenerwowana i źle sama z sobą. Nigdy nie przypuszczałam, że porwie mnie w swoje ramiona choroba. Niedyspozycja psychiczna, która zmieni moje zachowanie, postrzeganie. Uważałam, że się nie narażam, żeby coś takiego złapać. Dopadło mnie i tak – to było niesprawiedliwe. Zdrową częścią siebie widziałam strapionego Lorenza jak starszego kolegę czy brata, który stara się wytłumaczyć mi, że OK, że rozumie zabawę, sam przoduje w szaleństwach, ale że zbliżam się do krawędzi i on zaczyna się bać; nie powinniśmy tam iść, bo mama będzie krzyczeć. Ja zaś byłam wtenczas mroczną Adamsówną, której się złowieszczo zaświeciły oczy i postąpiła znów krok do przodu. On dłonie przyłożył do policzków i strapił się jak dzieciak.

Realny trzydziestoletni Lorenzo mówił:

Ja wszystko rozumiem, Ania. Ale nie możesz być tylko ty i ty. Mimo choroby. Brat chciał jechać do rodziców. Obiecaliście im to zresztą na ślubie. Czemu teraz nie chcesz jechać, z tego, co słyszę, skoro wiesz, że Adamowi na tym zależy.

Milczałam, on też milczał.

Skąd to przyszło między wami? Ja się zaczynam martwić o wasze małżeństwo. Byłem w końcu waszym świadkiem. – Wzruszyłam ramionami, całkiem obłąkana na tym słońcu. Lorenzo zdobył się na jeszcze więcej, pierwszy raz słyszałam go w takim tonie, nie wiedziałam, że ten trzpiot i bumelant jest zdolny do poważnego tonu. – Dajesz mężowi w dupę. Jesteś dziecinna i niedobra – podsumował.

Tak, jest, panie rodzicu – prychnęłam na niego nieśmiesznie. – Nie wiem, skąd to przyszło. – I wróciłam do stolika, gdzie na oczach naszych znajomych wyciągnęłam tabletkę na uspokojenie i popiłam ją kawą. Zmora wisiała nade mną. Czuło się, że dążymy do wielkiego bum.

Lorenzo za mną, będąc jeszcze w fontannie, rozłożył ręce w stronę brata, widziałam to kątem oka. Adam był poważny i blady jak papier. Zupełnie bez humoru. Zaczynało się robić niebezpiecznie. Na ostatnich strunach swojej psychicznej wytrzymałości, też niedoświadczanych przeze mnie wcześniej, zabrał mnie do domu taksówką, żegnając się grzecznie z Lorenzo i pozostałymi, a do mnie zwracając się per: „Choć, Anno, idziemy już”. Nie odzywaliśmy się do siebie w taksówce. Po wejściu w ciszy do mieszkania nie rozmawialiśmy już tego wieczoru. Adam tym razem wyciągnął z lodówki piwo i poszedł z gazetą na balkon nad osiedlowym podwórkiem. Zostałam sama przed komputerem. Nie chciałam skorzystać z szansy rozmowy kryzysowej z psychoterapeutką. Gapiłam się w internecie na bzdurne posty. Płakałam. Nigdy nie spędziłam tak samotnej nocy jak ta.

Był bezbronny, kiedy spał. Wstał, gdy ja krzątałam się już w kuchni. Rano zapytał mnie przez zęby:

Czyli zdecydowałaś, że nie jedziesz?

Nie jadę. Zostanę i poukładam sobie wszystko. Zapiszę się dzisiaj może na dwutygodniowy kurs hiszpańskiego. Poczytam powieści, poleżę, pochodzę po kawach. Ty też sobie odpoczniesz. – Byłam zbyt wylewna jak na to, żeby to było nienerwicowe.

Pierwszy dzień urlopu. Zaczynałam go sama. Ubrałam się świeżo i udając przed sobą spokój, wyszłam z domu w słonecznych okularach. Nic z siebie nie rozumiałam i wierzyłam, że wszystko będzie dobrze.

Następnego dnia znalazłam się przed tablicą, pytając grupę: quieres hacer un poco del deporte? To znaczy byłam na lekcji, normalnie. Ale teraz dopiero wróciła mi przytomność myślenia; jak długo byłam tam bezwiednie i co się wtedy wydarzyło, nie wiem. W książce narysowano obrazek: dziewczyna zwraca się do chłopaka. Do wymyślenia było pytanie. W ręku trzymała rakietę tenisową.

Łatwo się było domyśleć, jakie zdanie należy ułożyć. Gdybyż tak było w normalnym życiu. Człowiek w relacji proponuje z uśmiechem sport, ktoś się zgadza z uśmiechem albo ewentualnie odbija, podaje inną propozycję: a to kino może? No i wtedy już jest na pewno zgoda. Bo kino, sport – to są wszystkie czynności na ogół proponowane we współczesnym świecie podług podręczników językowych, coś z tego na pewno zadziała. Coś na pewno zadziała!

Właśnie, a ja przemykam między polskim a hiszpańskim, bezmyślna, narażam się na zmarnowanie pieniędzy na kursie, który wybrałam dla zabicia czasu, a do takiej wizji w moim życiu daleko; wczorajszy ranek oderwany całkiem od swobody. Zasada rzeczywistości. Gdybyż ją umieć między nas wprowadzić i żyć dobrze. Oczywiście, córuchna, że to ja nawalałam. Wiedziałam to. Ale jak się podnieść, jak tu taka eskapada wewnątrz mnie odwołuje ze spokojnej drogi?

Kochanie, jak mam ci o tym napisać? Miałam pisać ci o szczęściu, a z tego, co tu widzisz, jest sama walka i smutek. Ale teraz jestem w życiu szczęśliwa. Nie do końca rozumiem, co się wtedy działo, być może dlatego nie piszę o tym składnie.

Siedzieliśmy na Plantach z ludźmi po kursie. W samym środku Plant, koło teatru Słowackiego, kawiarnia połączona z galerią. Naprzeciwko w cieniu ułożyli się bezdomni. Jednemu, młodemu z odpiętymi od ogrodniczek szelkami, dopisywało szczęście wśród przechodniów, bo był przystojny. Ładny gość w granatowej koszuli. Mógłby grać w reklamach męskiej odzieży. Typ podobny do ojca, ciemna karnacja. Zdradziła go butelka po piwie wystająca z tych przepastnych kieszeni ogrodniczek, kiedy się odwrócił. Nawet niemieckie turystki domyśliły się i odeszły, nie pozwalając się mu dłużej bajerować. Zaklął. „Marnuje sobie życie” – pomyślałam prosto, bo to był fakt.

Rozmawiałam z ludźmi, pamiętam, że takie rozmowy zdarzały się od zawsze – damsko-męskie sprawy. Chłopak powiedział mi, że nie wini nikogo. Powtarzałam mu, że przecież mężczyzna powinien to albo tamto w podobnej mi sytuacji. On – że nie. Że to bullshit. „Twoje sprawy” – podsumował. Rozpoznaję w innych na kilometr słabych, którym wszędzie i zawsze jest źle i starają się wyjść z tego, i nie wychodzą. Teraz taka jestem ja. Trzeba rozłupać na tej terapii po kolei wszystkie orzechy, mówiłam sobie. Ale w dwojakim sensie. Ja musiałam pokonać w sobie każdą przeszkodę, musiałam się też na każdej wywalić. Ale nadto jeszcze się ociągałam, nie umiałam zaakceptować tego, że to wyłącznie mój ogródek! To niebranie odpowiedzialności było największym pochłaniaczem czasu. Właśnie powoli klarowała mi się myśl, że ryzykuję całym osobistym szczęściem, nie trzymając tych problemów na krótkim sznurku, pod nogą.

Bo w końcu życie przyniosło mi spełnienie. Miałam to, co chciałam. Być blisko rodziny, być blisko, nieporadnie, ale blisko, nie chciałabym, żeby aż histerycznie. Jak już stało się tak dobrze, że nie mogło być lepiej, zaczęłam dzielić strach ze szczęściem, jak to zawsze wtedy bywa, przynajmniej u kobiet. No po prostu wystraszone oczy, że sobie to trzeba ułożyć według szczęścia, według własnego szczęścia, nic, tylko to. Taki jednak problem.

Zadzwoniłam i poszłam tego wieczoru przed powrotem na takie dodatkowe spotkanie do psycholożki.

Przecież powodem naszej pracy była chęć utrzymania związku. Wszystko się pani zmieniło. Teraz związek jest problematyczny? Jest pani pewna, że chce iść w tę stronę?

Była zmieszana, a ja tężałam jeszcze bardziej pod naporem świadomości, która się ujawniła, kiedy przeminęła dziecinność moich reakcji. Szłam coraz szybciej, zmierzając do domu. Kochałam w gruncie rzeczy troszczyć się o tę szlachetną męską głowę. Nie wyobrażałam sobie naszego rozejścia.

Wykończysz go nerwowo, mówili, a ja nie umiałam tego zatrzymać. Lorenzo mówił. Biegłam. Co tu dużo mówić. Boję się szczęścia. On mógł mieć dość.

Otworzyłam drzwi… On wyjechał!

 

15. Południe. Pełnia

 

Była sobota tego samego tygodnia. Miałam jeszcze sprawdzić w internecie godziny otwarcia sklepu, żeby kupić najpotrzebniejsze rzeczy na jutro na śniadanie i na drogę. Zachciało mi się owsianki, którą miałam, ale do niej trzeba było mleka. Pomyślałam, że to będzie proste do zrobienia i zarazem lekkie śniadanie przed lotem. Przewidywałam też kanapki na drogę, ale w niedzielę zapewne nie znalazłabym pieczywa, które przynajmniej wyglądałoby smacznie. Na półkach zostają same resztki. Nie chciało mi się sprawdzać, do której czynny jest Lewiatan. Poszłam – miałam czas do dwudziestej trzeciej – do Żabki. Kupiłam przed samą nocą.

Przedtem, w sobotnie popołudnie, pakowałam się. Brałam ładne bluzki na włoską pogodę, kilka zestawów w zasadzie na ciepłe dni, tak żeby się nie powtarzać i ubierać elegancko. Nie wiedziałam, jak spędzę z nim te dni. Miałam połączenie do Bolonii, a stamtąd pociąg do Florencji. Miał czekać na mnie samochodem.

Przypomniałam sobie szefa, który zapytał, co z nami. Było mi głupio, ale postanowiliśmy nie ujawniać naszych spraw w pracy, tym bardziej że moja terapia mogła się wydawać czymś dziwnym i dyskwalifikującym mnie jako pracownika, przynajmniej w oczach pozostałych osób, bo na pewno nie szefa.

Nie wiedziałam, dokąd to gonienie się po Europie zaprowadzi, ale byłam pewna jego, że mi przygotował tam miejsce, że będzie hojny, mimo tej ucieczki. Coś się kończyło w naszym „pożyciu”, a coś się miało zacząć. „Coś się musiało zacząć!” – powiedziała sobie. Całość powodowała zalew melancholii. Egzystencjalizm. Poczucie zmiany w życiu, skończoności, ten pierwszy podmuch jesieni przez jeszcze ciepłe, sierpniowe lato.

Zaczęło się nowe i to historia od tej pory miała mnie poprowadzić, a nie ja historię. Chciałam być narratorem własnego życia i życie mnie za to ukarało. On też zaczął mówić i w tym absolutnym wypowiedzeniu, którego chciałam, przyszedł czas na jego połowę, której nie planowałam. Myślałam, że tylko ja powiem i nastąpi uznanie, przyjęcie mnie i miłość. Pół na pół, jeśli ma być sprawiedliwie i jeśli mają być – jak to mówią – z tego dzieci. Mężczyzna niesie z sobą to uziemienie, które kobieta w swoim trzepocie nowoczesnym już zatraciła.

Nieźle to wymyślił. Musiałam mu przyznać. Trafiłam na równego sobie zawodnika, dlatego cieszyłam się na wyjazd. Nie miałam nic innego do roboty, jak obserwować, wprowadzać rozległe opisy. Wszystko we mnie czekało na akcję. Na rozstrzygnięcie, które nie przychodziło tym razem ze mnie. On był rozstrzygnięciem. Położyłam się zatem śpiesznie, czekając na następny dzień. Ulga w tym, że pozwoliłam, żeby to ktoś mnie pouczał. Wierzyć, że czas przyniesie nam dobro. I że Bóg nas nie zostawi.

Mój mąż czekał na mnie na stacji we Florencji jak obcy człowiek. Zastanawiałam się w czasie podróży z intensywnością trzpiotki, histeryczki i idiotki w jednym nad tym, co mnie tam zastanie. Nie umiałam wyłączyć myślenia. Zresztą już od jakiegoś czasu nie umiałam i jak pamiętasz, córuś, ucieczka twojego ojca ode mnie tym właśnie była spowodowana. Tak jak na początku żyliśmy jak cywilizowani ludzie, spokojni o komfort życia, który już każde oddzielnie osiągnęliśmy, a razem mieliśmy kontynuować, tak niedługo potem zepsułam doszczętnie spokój zbytnim trzepotem.

Wiedziałam, że ma na nas jakiś pomysł, jakiś pomysł na mnie. Nie umiałam naprawić sama siebie, ale ciągle się wysiliłam. Po walce w samolocie, już w pociągu Bolonia – Florencja, zdołałam to zostawić i zagryźć się w ciszy. Podprowadzić siebie do tego momentu i zostawić mu siebie, jak tylko się spotkamy. Niech naprawia.

Malutka, powietrze było rześkie i czułam, że życie przemawia dużo bardziej bezpośrednio w tych Włoszech! Jak zawsze zresztą. Na stacji w Bolonii, w małym zakolu na autobusy podmiejskie i taksówki, było jak zawsze dużo ruchu. Przeszłam na drugą stronę viali do pobliskich barów.

Postanowiłam sycić się rzeczywistością, choćby na siłę, bo psychika nicowała mnie doszczętnie przez ostatnie parę miesięcy.

Na początku mi nie szło.

Dzień dobry, można się tu napić dobrej kawy? – zapytałam przesadnie, zazwyczaj weszłabym w ciszy i powiedziałabym tylko „dzień dobry”, bez dodatków.

Ależ oczywiście, signora – uśmiechnęli się, obudzeni moją energią, starszy właściciel i młodziutki, młodszy ode mnie kelner. Ten drugi ubrany już z rana elegancko, w kamizelkę z logo kawiarni, jakie zawsze tutaj mają.

Wzięłam brioszkę. Usiadłam przy barze. Położyłam torby na podłodze. Gdy jadłam, właściciel wyszedł na salę zza baru, pewnie mi się przyglądał, bo po chwili, nic nie mówiąc, schylił się i położył mi te torby na sąsiednim krześle.

Nie na ziemi, droga pani.

Uśmiechnęłam się w podziękowaniu.

Za chwilę znów trzeba było iść. Przez okno wlatywało mocne, poranne słońce. Nie było prześwitów, bo to nie krakowska knajpa pełna rupieci, szkiełek i pierdołek. Jedyne zwarte i mocne pacnięcie słońca na stojaku, takim jak na tort, na którym na serwetce leżały brioszki. Sielsko tu mieli i żadnych ludzi. Na wieszakach od spodni zapięte gazety, włoskie tytuły: „La Repubblica”, „Il Resto del Carlino”. Uśmiechnęłam się mimowolnie na wspomnienie studiów i że znów tu jestem. Mam męża Włocha.

Mam męża Włocha, pół-Włocha w zasadzie – powiedziałam do młodego kelnerka. – Przyjechałam odwiedzić jego rodzinę, musiał tu wrócić na jakiś czas, więc czeka na mnie we Florencji. W Polsce mieszkamy w Krakowie, a tutaj, w Bolonii, studiowałam.

Świetnie, brava! – odpowiedział. – Mówił ktoś kiedyś pani, że ma pani takie iced eyes. Jak oczy żmii – przepraszam, niech się pani nie obraża. Działają usypiająco. – Zaśmiałam się szczerze. Wydał mi się jeszcze młodszy, a ja jeszcze trochę starsza. Instynktownie uchwyciłam torbę za rączkę z drugiego krzesła, bo jakby miał dalej iść w ten ton i flirtować, to pewnie bym wyszła. Ale nie. Posiedziałam jeszcze chwilę. Miał na imię Ciro i studiował ekonomię, pochodził spod Neapolu. Pożegnałam się z nimi na koniec jak ze starymi znajomymi i poszłam na swój pociąg.

Obwieszczenia po włosku. „Jestem znowu we Włoszech!” – myślałam. Być może Południe działało na mnie zawsze tak dobrze, bo tu umiałam zanurzyć się w rzeczywistości. Twoja mama znów zaczęła być rześka. Ale pomyślałam ze strachem, że przecież twój tato powie mi: to co, udawałaś w Polsce, skoro tutaj jesteś w dobrej formie? Nie, nie powiedziałby mi tak, twój ojciec zna działanie Południa. Jest w tym mistrzem. Mistrz z południowych krajów. Już wiedziałam, pełna miłości wiedziałam, że uciekł – odbierałam to tak wrogo – a przecież wyjechał tutaj dla mnie! Zrobił to dla mnie. Chciał mi przypomnieć o tych południowych zasobach energii i żywotności, które mam od zawsze razem ze znajomością włoskiego.

Pociąg nie jechał długo, nie pamiętam, ile to jest, jakieś półtorej godziny do dwóch. Długo wyjeżdża się z Bolonii, jest Castel Bolognese i jakieś inne jeszcze località. W każdym razie cała trasa tego pociągu, którym polecam ci, żabko, kiedyś pojechać, to Bolonia, Florencja, Siena i Roma.

Z podekscytowania nie umiałam się doczekać, kiedy zacznie do mnie mówić. Przepędziłam czas podróży czytając i wyglądając za okno. Nudziło mi się. Znów czułam motyle w brzuchu. Zagadka tego człowieka, z którym żyłam.

Byłam cała czerwona na policzkach, jak wjeżdżaliśmy na peron. Spocona, bo za szybko zaczęłam się ubierać. Czułam ssanie w żołądku. Ludzie nie wiedzieli, na kogo czekam. Gdyby wiedzieli, że na męża, to puknęliby się w głowę, czemu tak się stresuję. Widzisz, córka, co się ze mną porobiło? Całe szczęście czekał na mnie twój tato, który miał mi pomóc. Już tylko na to czekałam, żeby odetchnąć w jego ramionach. Byłam wzruszona, stęskniona, naraz to wszystko zajęło mi piersi ogniem.

Wyszłam z tego powolnego pociągu i wtuliłam się prosto w niego, o nic już nie dbając. Nie wiem, jak długo tak staliśmy, nic nawet nie mówiąc. Płakałam. Ogłuszał mnie tylko gwar ludzi, ogłoszenia i piski pociągów, ale on tulił mnie w brązowej kurtce i słyszałam tylko w wewnętrznym uchu przesuwanie się po mnie tej kurtki. Raptem byłam wyczerpana i nie mogłam iść. Oślepiona przez łzy – prowadził mnie. Jakby już nastąpił mały przełom… Zabrał mnie autem z parkingu w niemal zupełnym milczeniu i zaparkował tuż obok kafejki z ogródkiem za rogiem, ale tam chociaż było cicho. Usiedliśmy.

Co ci się dzieje? – zapytał neutralnie, bez irytacji.

Nic – odpowiedziałam potulnie.

Umiesz rozmawiać poważnie w tym momencie? – Znów spokojnie, bez irytacji. On mnie naprawdę kochał!

Tak, potrzebuję tylko napić się kawy.

Kelner, prosimy dwie espresso, z jednym mlekiem na boku. Proszę też o menu. Coś później zamówimy, dobrze?

Poczekał, aż przynieśli kawę i wypiłam dwa łyki, zresztą do dna.

Rozumiem, że nasza obecna sytuacja jest wynikiem twoich dolegliwości, o których mówiłaś mi trochę na niby tego wieczoru, który nazwałaś absolutnym wypowiedzeniem, ale nie umiałaś mi wytłumaczyć więcej, raczej opisałaś bardziej przeszłość i czego doświadczyłaś w życiu, wszystko to w metaforach, do których nie przywiązałem aż takiej wagi. Wtedy.

Przytaknęłam.

Uważasz mnie za dziecinną? – dopytałam.

Nic nie uważam. Jesteś moją żoną. Mamy razem żyć. Muszę wiedzieć, jak się sprawy mają – mówił zwarcie, po prawniczemu, w pełnym skupieniu. Ale czułam tam, pod skórą, że mnie kocha i że przemawia przez niego wielka miłość. (Boże, słyszę sama siebie, córuchna, jakie to patetyczne!) Nie śmiałam, wiedziałam, że to nie ta chwila, żeby skrócić dystans i się w nim zatracić, zatrzepotać, zacząć tulić. Trzeba mi było wytrzymać to skupienie. – Jak to możliwe, że kobieta tak dobrze wykształcona, obyta w pracy, zaradna życiowo, popada w takie stany? To znaczy wiem już teraz, że tak jest. Tak będzie z tobą, czyż nie?

Nie wiem.

Co?

To znaczy – skupiłam się mocno, jak na rozmowie kwalifikacyjnej – nie zawsze jest tak źle. Wcześniej, przed tobą, było ze mną całkiem dobrze. To, że się spotkaliśmy i że ta relacja zaczęła być naraz tak ważna, okazało się to w krótkim czasie, przytłoczyło mnie i wyciągnęło na wierzch strachy. Ja jestem z tobą szczęśliwa. To się dzieje w nieświadomości. Wiem, że to brzmi paradoksalnie.

Tak, paradoksalnie.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. On obrócił głowę gdzieś w stronę ogrodu, patrzył – tak to pamiętam. Ja, jak zawsze, wpatrywałam się w niego z uporem, czekając na rozwiązanie, na władczą decyzję. Nagle zderzył się ze mną wzrokiem, że aż się odsunęłam dalej na krześle. Patrzył centralnie na mnie i nie umiałam tego znieść, bo czułam, że przeskrobałam, tak po dziecinnemu, było mi głupio. Ale on nie chciał utwierdzać mnie w tym mniemaniu:

Pojedziemy do mamy i taty na wieś. Pobędziemy parę dni. Wyjdziemy raz, drugi ze znajomymi. Marco nas zaprasza. Zgodzisz się?

Oczywiście – wybąknęłam.

Potem wrócimy powoli do Polski. Zadzwonię w tej sprawie dla nas razem w poniedziałek do szefa, że jednak wykorzystamy ten urlop do końca.

Napięcie, które towarzyszyło tej rozmowie, było przyjemne, bo prowadziło do ulgi i do zgody. Jednak nie pozwalał mi tak szybko przejść do porządku dziennego nad tym, że załagodził dla nas tę sprawę. Wiedział, że łatwo zatracę się w bezrefleksji na ten temat i na wszystko odpowiem tuleniem. W ważnych sprawach chciał, żebym umiała odpowiadać słowami, nie tuleniem. Słowa łączą.

Nie rób tak więcej, nie zapętlaj się – powiedział. – Nie żyjesz już teraz sama – dodał z lekkim wyrzutem.

Przepraszam cię, ale – pełna najszczerszych chęci, nie byłam w stanie mu tego obiecać – nie mam pewności, że to się nie powtórzy. Takie zachowania wychodzą z czegoś, co jest silniejsze ode mnie. – Byłam pełna rezygnacji i niezgody na siebie.

Jestem pewny, że się nie powtórzy. Nie będziemy dwa razy przerabiać tej samej kwestii, skoro widzimy, do czego doprowadziła – powiedział przekonany, mocno, w metodologicznym wywodzie.

Chciałam dopowiedzieć: „Oby”, ale wiedziałam, że to za mało. Pomyślałam tak w środku, że może zgodzę się z nim w pełni, a w życiu zdarzy się przeniesienie na inny jakościowo poziom i rzeczywiście nigdy więcej nie rozbełtam siebie aż po niestrawność, nie przysporzę mu strapień, nie zagram nami. Naprawdę będziemy dobrze żyć.

Kiedy ruszyliśmy stamtąd i wyjechaliśmy za miasto, gruchnęło pięknem aż po ogłupienie, taki przeskok. Nie zaskoczył mnie ten fakt sam w sobie. Wiedziałam, jak tu jest. Zaskoczył mnie natomiast impet odczuć wewnętrznych po tych chudych miesiącach. Za Sieną, wymijając ją nieco, zjechaliśmy z autostrad na te drogi wśród pól.

Rodzice byli to ludzie przed sześćdziesiątką, barwni. Spokojni, na co dzień żyjący normalnym życiem, ale gdy zdarzała się okazja i przybywali goście, promieniowali jakąś wyjątkową energią i żywotnością, tak że w tych pięknych krajobrazach miało się wrażenie spotkania jakiejś cudownej pary, świetnego małżeństwa, które żyje ze sobą dobrze i barwnie już długi czas. Odchowane dzieci. Samotni po odejściu synów z domu. Dawali radę jako para. W życiu się im wiodło i dawało im ono spełnienie. Nie pogniewałabym się, gdybyś wzięła dużo od nich, szczególnie jeśli chodzi o wzorce małżeńskie i rodzinne.

Matka, która jest Polką, jak już pisałam, zajmuje się tutaj sztuką. Malarstwo włoskie, jak zawsze chciała, odkąd pierwszy raz przyjechała tutaj w liceum. Był to jej pierwszy zagraniczny pobyt. I pierwszym regionem była Toskania. Może z tego powodu, że wszystko było tak ułożone, aż przesadnie, wszystko było pierwsze, zaważyło na tym, że wokół tych wrażeń zaczęła odmieniać swoje życie. Wreszcie się udało. Doktorat. Florencja. Nie wyjechała przecież nagle, wszyscy u niej w Polsce widzieli, robiła to na oczach rodziny, głośno cieszyła się z nowych odkryć. Prowadzić to miało i w końcu doprowadziło do wyjazdu na stałe. W czasie studiów, jeszcze w Polsce, wracała grzecznie do rodzinnego domu, a na ostatnich latach, czemu nie można się dziwić, oprócz pracy w wolontariatach konserwatorskich we Włoszech zostawała w Krakowie, a i na miejscu spotykała licznych Włochów. Mogła, więc czemu nie miałaby dorobić sobie trochę na tłumaczeniach; wchodziło wtedy na rynek parę firm włoskich. Jedna umowa tutaj, w innym miejscu jakaś pomoc u tłumacza przysięgłego.

Pod koniec dziesiątego semestru pojawił się wesoły chłopak, student. Co tu robił? Okazało się, że to świeżo upieczony absolwent prawa z Bolonii, tutaj na wakacjach, rodzice zafundowali mu podróż po Europie. Miał za sobą ciężkie studia prawnicze, musiał odpocząć, najlepiej zmienić klimat. Kto by go lepiej oprowadził (i taniej!), jeśli nie studentki? Ale może nie trzeba aż tak: zakochanie, ile to trzeba młodym. Pochodził z Pienzy i miło się zdziwił, że tamtejsza katedra mogła komuś utkwić w pamięci. Jej utkwiła najbardziej: mury wysokie i szare, zimny odcień przełamany ozdobami z czerwieni, podobnymi do zastygłego wosku, po łukach, wokół lamp. Obrazy Vechietty. Oczywiście były piękniejsze miejsca w Toskanii, szczególnie dla znawcy malarstwa. Ale tamtejsze popołudnie było tak upalne, widok na Monte Amiata, gliniany płaskowyż. Skwar. Kiedy słuchała o jego dzieciństwie w tym miejscu, przypominała sobie dzieci biegające uliczkami, radosne dzieci z filmów. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że upraszcza, ale tak przyjemnie było rozmawiać. Czemu by nie? Historia rodziców Adama.

My sami wjechaliśmy najpierw do Pienzy, w mury miasta, żeby spotkać twojego dziadka w kancelarii. Staruszek był uśmiechnięty i w formie, tylko miał trochę pracy. Sam siebie określał mianem staruszka. Cudowny Włoch, może bardziej uroczy od twojego ojca. Nie był zdziwiony, że przyjeżdżamy bez powodu. Przed ślubem byłam już tutaj gościem, mogłam nastawić się na odbiór i cała rodzina mi usługiwała. Byli dla mnie. Matka, Polka, też się tego tutaj od męża nauczyła. Przeżyła z nim całe życie we Włoszech. Dziwna natura… W takim sensie, że inna od mojej. Niepatriotyczna, niesentymentalna.

Dziadek miał kancelarię na drugim piętrze kamienicy. Zaparkowaliśmy pod nią, sekretarz od razu zwrócił jego uwagę na nas i wyjrzał. Pootwierali drzwi wejściowe, Pietro przybiegł nam pomóc, dziadek został na górze. Na parterze w tych kamienicach nie było zbyt dużo światła, ale piętro nadawało się na biuro. Chociaż dziadek zagracił je masywnymi, antycznymi meblami w kolorze ciemnego, dojrzałego brązu i obrazami w ciężkich okuciach. Taka moda. W porozumieniu z twoją babcią oczywiście, takiego mieli hopla.

No, kochani, skupiam się jeszcze nad dokumentami, zanim mnie porwiecie i rozproszycie. Ann, jak się masz? Fajnie, że urwaliście się na chwilę z tego korporacyjnego kołchozu.

Tato, żaden kołchoz – sprostował rutynowo już twój tata.

Wiem, wiem, ja tam zawsze wolałem pracować na swoim. Stary prawniczy fach, tradycyjne sprawy i załatwiania. No, idziemy na obiad – powiedział, zakładając marynarkę. – Mama w domu. Wyciągnęła spod ziemi jakiś obrazek z klasztoru do konserwowania. Mały, wielkości zeszytu. Ale dobre i to. Nie wiem, jak ona to robi, że się zgadzają. Zresztą, gdyby tak nie postępowała, nie miałaby nic do roboty. Konserwacje są załatwiane, nie ma wolnego rynku.

Przeszliśmy przez rynek obok tej pięknej, a nieznanej katedry, która daje schronienie latem, a do sklepienia lecą czerwone wstęgi, jakby rzucone na szarym murze. Poszliśmy, krótko mówiąc, do wujka i wujenki knajpiarzy. Była pora sjesty, przed szesnastą, ale dziadek dał im znać, że się zjawimy, więc nas powitali i usiedli z nami w restauracji. „Dzieci, dzieci” – wołali na nas. Potem zapytali o twojego wujka, czyli Lorenza. Streścili, co u ich synów. Sami synowie tutaj, może dlatego tak dobrze mnie, kobietę, od początku przyjmowali.

Twój ojciec nie mówił im chyba nic z tych rzeczy słowiańskich, które przeżywał ze mną od początku małżeństwa, znosił to w sobie. Teraz był blisko, był we mnie zakochany, bez śladu cienia czy chłodnego skupienia na twarzy. To działało na mnie uspokajająco i pomyślałam, że jestem głupia, że o tym zapominam w moich z kolei momentach cienia. Ale czyżbym umiała rozkazać psychice? Nie umiem przecież tak zaraz. Trzeba terapii. To źle sądzić, że ojciec jest moim terapeutą, tak nie może to wyglądać w związku, ale kochana – od niego, od nich tu wszystkich uczyłam się zdrowia.

Poszłam po obiedzie zapalić, rodzina spojrzała za mną. Dziadek chciał ze mną wyjść, ale twój tata powiedział, że pójdzie za żoną. Wstąpił jeszcze do łazienki, a potem dołączył do mnie. Idąc już, podpalał sobie papierosa.

I jak, przydał się nam wyjazd? – zagadnął z uśmiechem. – Jak humor? Widzę, że dobrze się czujesz.

Tak, dobrze, kochanie. Cóż to jest, co napada mnie w Krakowie?

Chmura – odpowiedział. – Nie będziemy się martwić chmurami. Chmury przechodzą, co?

Pewnie. Jak ty nie tracisz humoru, to ja także nie zamierzam.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, po czym dziadek wrócił do kancelarii, a my pojechaliśmy do twojej babci, która – zawiadomiona telefonem od dziadka – wyszła z pracowni w kitlu i czekała na nas z papierosem przed obejściem. Nasze czerwone autko sunęło przez pola, więc widziała nas z daleka. Przez życie w tym miejscu stała się jakby włoska i miała styl nieco podobny do Oriany Falacci w starszych czasach. To była metodyczna i logiczna babka. Wiesz, że zajmowała się antykami i renowacją, ale jestem pewna, że to po niej brat taty miał zapędy informatyczne. Taki porządek w głowie ma mało kto.

Wieczorem ze Sieny przyjechał Marco, syn wujków. To była naprawdę bogata rodzina i miała wygodne, ułożone życie. Dobrze się wżeniłam, kochana. Poznaję to po tym, że nic we mnie nie buzowało, gdy tam przebywałam. Takie coś dał mi los, żebym nie zwariowała. Ułatwienie w życiu. Moment jasności. Miejsce odpoczynku. Skarbnica mądrości. Takie dziedzictwo. Szliśmy w te stronę z twoim tatą. Gdzieżbym i po co miała się wyrywać z przemożnego uroku twojego ojca? Wyrywałam się tylko, żeby dać nura w chorobę, a on musiał mnie wyławiać, cucić, najchętniej na Południu. Nie była to jakaś poważna alternatywa na życie, jak widzisz. Jako jednostka musiałam się do jakiejś rodziny przykleić, bo życie samemu to za mało.

 

16. On mówi

 

Poszliśmy do Marco wieczorem. Przywitał się z nami, ale nie miał za dużo czasu, bo wysłał rodziców do domu, żeby odpoczęli, i radził sobie w restauracji sam z kelnerką i kucharzem. Adam poprosił, żeby dał nam stolik w głębi i żeby nikt tam nie chodził. Marco odpowiedział: „zrobione, bracie” i ruszył poinstruować kelnerkę, a potem do kuchni. Kelnerka podała nam tylko kartę, przyszła odebrać zamówienie i od razu przyniosła wino, a potem tylko raz jeszcze przyniosła nam zamówiony posiłek.

On mówił:

Widzisz, przyjechałem do Polski w swoich celach, odpocząć trochę w domu dziadków. Nie mówiłem ci, co było wcześniej w moim życiu. Nie mówiłem nic. Poszedłem do was do firmy i dalej już wiesz. Przyjąłem tę pracę. Potem zaczęło się z tobą. Podobałaś mi się. Ja jestem wychowany na starych wzorcach, tego się uczyłem. Antyczna triada. Jak jest piękne, to musi być też dobrze. A ponieważ ty byłaś piękna jak marzenie, bez cienia wątpliwości pomyślałem, że musisz być dobra. W tym momencie zbudowała się między nami ufność i odrzuciłem to wszystko, co kiedyś miałem w życiu, jakieś relacje, jakieś zaszłości, zaufałem temu i stąd się wzięła ta pewność, która ci się podobała i za którą poszliśmy, i skończyło się to małżeństwem. – Tata kręcił kieliszkiem z whisky. Zatrzymał się. – Ale czy ty jesteś dobra? Czy dobrze zrobiłem, żeniąc się z tobą? Nie każ mi w to wątpić. Co jeszcze kobieta może chcieć od mężczyzny?

Nic więcej chcieć nie może – odpowiedziałam. Czułam się winna, a jednocześnie chciałam mu powiedzieć, że problem nie jest w nas, ale we mnie, tylko we mnie. Nigdy nie chciałam krytycznego obrotu spraw między nami.

Czemu nie pomyślisz, jak ja mogę się czuć? – Twój ojciec był uniesiony tym, co mówił. Widać było, że długo się zbierał i ściągnął mnie tutaj, na swój teren, żeby upewnić się co do tego, co myśli. – Dlatego powiedziałem ci wczoraj, że od teraz będzie inaczej i że nigdy czegoś takiego już nie zrobisz. Bo nie będziemy żyli niedobrym życiem między sobą. Nie chcę tak żyć z tobą. Nie chcę tak żyć, rozumiesz? Nie po to się żeniłem, żeby być nieszczęśliwy i żebyś ty była nieszczęśliwa. Nie może tak być dłużej i nie może tak być nigdy więcej.

A jak nie dam rady, to się ze mną rozwiedziesz? – zapytałam.

Nie mam zamiaru się z tobą rozwodzić. Przecież możemy sobie to wyjaśnić i żyć dalej razem, prawda? Czy nie możemy?

Możemy – przytaknęłam ze spuszczoną głową.

Nie chcę, żebyś spuszczała głowę i żebyś się wstydziła za to, do czego doprowadziło twoje zachowanie. Wiemy dobrze, do czego doprowadziło. Do tego, że jesteśmy oboje wykończeni, że nie umiemy w naszym wspólnym mieszkaniu znaleźć spokoju, że psujemy sobie niedziele i inne dni też, że szef zastanawia się, co się z nami dzieje, że brat mnie pyta, czy wszystko u nas dobrze. Po co to? Czy masz na celu rozerwanie naszego małżeństwa? – Nie krzyczał, ale mówił otwarcie i wyraźnie, nazywał wszystko, co do tej pory było półpowiedziane. I dziękowałam mu w myślach, że to robi.

Nie mam takiego zamiaru, przecież wiesz, że cię kocham. Wyszłam za ciebie za mąż, bo cię kochałam i kocham cię nadal. Nie minęło przecież aż tak dużo czasu, niespełna rok. A poza tym nie zrobiłeś niczego, żeby mnie zrazić, jesteś wspaniałym człowiekiem. Jestem wdzięczna, że jesteś ze mną.

To co się, u diabła, dzieje? – powiedział tak, chociaż widziałam, że udobruchał się moimi pochwałami.

Nie wiem – odparłam, bo nie umiałam objąć tego głową.

Dobra, to ja ci powiem, co się dzieje. Chcesz?

Tak.

Chcesz?

Tak, powiedz mi. Jestem ciekawa, co powiesz.

Ja to znam skądinąd. Miałem już parę takich dziewczyn. Żadnej tak nie kochałem jak ciebie, dlatego wolałem odejść, jak zaczynały robić coś takiego. I ty też wiedz, że jakbyś trafiła na kogoś innego niż ja, to zostałabyś sama.

Dobrze.

Nie mam obowiązku kochać cię tak, żeby zastępować ci miłość ojca i matki z dzieciństwa, a teraz, aktualnie, miłość ciebie do siebie samej.

Aj.

Nie mam tego w zadaniach, inaczej, nie powinienem nawet tego robić, rozumiesz? Nikt nie powinien być z kimś, kto nie jest w stanie kochać siebie i innych. To jest twoja część rozwoju i nauki, którą miałaś wykonać. To, co teraz robimy, co teraz ja robię dla ciebie, jest zupełnie utopijne i świat czegoś takiego nie widział. Daję ci czas i zrozumienie, żebyś doszła do tego miejsca, w którym miałaś być wcześniej, zanim mnie poznałaś. Czemu nie byłaś? Nie wiem. Ty też zapewne tego nie wiesz. Żyłaś normalnie, aż tu nagle wylazło, czyż nie?

Zupełnie tak.

Zatem teraz masz wydobrzeć, zadbać o siebie. Wypowiedzieliśmy sobie to, co chciałaś mi powiedzieć kiedyś?

Tak. – Byłam zachwycona.

Więc to było to?

To było to.

Zatem dzielę z tobą to, co powinno być tylko twoje. Nie mam prawa i nie powinienem nawet jako mąż wkraczać tam, gdzie jesteś sama wobec siebie. Mam być twoim mężem, moje kochanie ciebie to kochanie kobiety, która jest zachwycająca, która jest szczęśliwa, której jestem przyjacielem, jestem świadkiem i uczestnikiem jej życia, chcę mieć z nią dzieci, chcę założyć rodzinę, chcę, żeby mnie kochała. Nie każ mi cały czas wracać do tego miejsca, proszę cię. Nie chce spędzić życia z tobą w takich odmętach. Życie jest dobre. Chcę nim żyć zamiast cierpieć na nie wiadomo co.

Rozumiem.

To dobrze, że rozumiesz. Nie będziemy już o tym rozmawiać. Nie lubię tak wychodzić ze skóry. Nie lubię być taki dramatyczny. Żaden mężczyzna tego nie chce. To nie jest normalna sytuacja. Ale jesteśmy małżeństwem, więc jest o co walczyć, prawda? I nie pytaj mnie o to, czy bym się z tobą ożenił, gdybym to wiedział. Ożeniłem się z tobą. Może trochę wiedziałem, skoro już coś tam mówiłaś. A potem przecież miałem wybór, jak byłaś na terapii przed ślubem. Przecież mogłem wszystko odwołać i powiedzieć, że jesteś chora, powiedzieć to wszystkim, że stała mi się krzywda i że dlatego się odkocham. Nie zrobiłem tego, ale nie doprowadzaj mnie do ostateczności. Zmień się, a może nie tyle siebie, co zmień podejście do siebie, do życia. Ja jestem w końcu Włochem, mam południowy temperament. Chcesz, żebym zupełnie zwiotczał w tej Polsce? Chodź na tę terapię do skutku, ale zaangażuj się w to. Miej motywację. Chcę cię widzieć szczęśliwą. Nie chcę naszego rozbitego życia. Jesteśmy teraz razem i nie żyjesz sama. Zainteresuj się mną. – Ojciec miał w oczach zastygłe łzy. Takiego go jeszcze nie widziałam. – Patrz, co ci się zdarzyło. Jakiego masz męża. Jaką masz rodzinę. Jak szef cię uwielbia. Jaka jesteś zdolna i przestań z tym zapadaniem się i topieniem się we własnych myślach i strachach. Po prostu przestań. Może za niedługo będziesz matką. Takiego życia chcesz dla swojej córki? Czy gdybyś miała córkę, chciałabyś jej dać właśnie to? Powiedź mi teraz, że nigdy już nie będziesz taka jak do tej pory.

Nie będę.

I że będziemy dalej żyli zdrowo, normalnie, że wolimy się cieszyć tym życiem, niż je męczyć do przodu.

Wolimy.

No dobrze. Tyle.

Nie myśl niczego innego niż to, co sobie powiemy, dobrze? Jak ci się coś wydaje i nie umiesz sama tego zrewidować, to powiesz mi. Tylko że jak jestem w pracy, muszę to zostawić, inaczej nie dałbym rady funkcjonować.

Myślę, że teraz, jak wezmę się za to sama, to zacznie przechodzić.

Przytuliłam się. Nikt nie zrobił nigdy czegoś takiego dla mnie jak twój ojciec. To naprawdę było zdarzenie bajkowe dla dziewczynki, którą byłam jeszcze przed trzydziestką, żebym mogła dorosnąć. Co za szczęście, że nie musiałam robić tego sama, uczyć się tego, czym jest miłość siebie samej, po rozwodzie. Był mi oszczędzony ten ból i ten życiowy ślepy zaułek i rozbicie. Byłam doprawdy szczęściarą i od tego dnia tak zaczęłam o sobie myśleć. I myślę tak po dziś dzień.

 

17. Terapia

 

Przebieg pierwszych wizyt u pani psycholog był podyktowany doraźnym stresem z powodu zaistniałej sytuacji. Tuż tuż miał być ożenek po kilku miesiącach znajomości a stanowi ducha daleko do poczucia, że to najlepszy moment życia. Mimo to ślubu nie chcieliśmy odwoływać. Adam odwiózł mnie na pierwsze spotkanie do centrum miasta, pod dużą kamienicę rodową tej psycholożki, do której miałam się udać. Kamienica nie raziła bogactwem, odnawiana ostatni raz może dziesięć lat temu. Psycholog została nam polecona. Pochodziła z rodziny lekarzy, jakich jeszcze dość sporo ostało się w Krakowie. Weszliśmy razem na ganek, zadzwoniłam. Pani psycholog, kobieta około czterdziestopięcioletnia, zeszła, otworzyły się drzwi do przedsionka, a zaraz potem drzwi wejściowe.

Dzień dobry – przywitaliśmy się.

Dzień dobry – odpowiedziała. – Pani Anna?

Tak – odparłam.

Zapraszam panią. – Wskazała ręką kierunek do wewnątrz domu.

Pani doktor, czy ja będę potrzebny? – zapytał Adam, gdy już się odwracała.

Dzisiaj nie. Powiadomię pana przez panią Anię, kiedy pan przyjdzie, dobrze? – mówiła, patrząc mu w oczy.

Oczywiście – odparł. I do mnie: – Aniu, będę czekał tutaj za godzinę.

Dobrze – odpowiedziałam, uśmiechając się delikatnie mimo uczucia stresu.

Wchodziłam za nią do góry, na drugie piętro.

Proszę za mną. Zazwyczaj przyjmuję w gabinecie na dole, tam będzie pani chodziła i proszę na domofonie wybierać zawsze pierwsze piętro, wtedy wpuszczę panią z gabinetu.

Dobrze.

Dziś pójdziemy do mnie do mieszkania, bo jest pani jedynym pacjentem. W sobotę zazwyczaj nie przyjmuję. Mam uczelnię. Ale rok akademicki się jeszcze nie zaczął.

Kobieta miała na sobie długą czarną spódnicę ze sztruksu i zielony, ciemny sweter. Z biżuterii kolczyki i łańcuszek. Lekki makijaż do pracy i krótką fryzurę, jaką mają najczęściej eleganckie panie w tym wieku. Ja włożyłam dżinsy, lekki sweter i prochowiec, którego ode mnie nie odebrała, tylko poleciła powiesić go w garderobie w korytarzu. Zaprosiła mnie do pokoju i weszła tam przede mną. W końcu usiadłam naprzeciwko niej i założyłam za ucho luźno puszczone włosy.

Rozmawiałam z panem Adamem. Dopiero w drugiej kolejności z panią. Przyznam, że zwróciłam na to uwagę i chcę dopytać, czy pani sama chce podjąć terapię, czy też jest to podyktowane presją tworzoną przez narzeczonego?

Sama, sama. Wspólnie podjęliśmy tę decyzję, chcemy się pobrać, ale żeby temu sprostać, ja muszę się podreperować, bo zaczęły się ze mną dziać dziwne rzeczy.

Dziwne rzeczy? – zapytała. Patrzyła na mnie okiem fachowca.

Opowiedziałam jej z grubsza o moim natłoku myśli i niepokoju, zresztą dowód tego miała przed sobą, bo zapytana o szczegółowy opis dolegliwości pokazałam w całej okazałości to, co mnie gnębiło. Widać to było choćby po rwanych zdaniach, zapowietrzeniu, gestykulacji na dowód bezsilności. Tak przynajmniej czułam to od wewnątrz. Poplątane myśli, więc i wypowiedzi nieskładne. Powiedziałam o sytuacji w pracy z szefem, o wizycie Lorenza i o rozmowie z franciszkaninem.

Opowiada mi pani sytuacje. Czy umie pani nazwać swój problem własnymi słowami?

Zastanowiłam się.

Nie – odparłam. – Strasznie się to spłyca, jak się nazywa, aż mi wstyd. Bo co powiedzieć, że jestem feministką, że boję się dominacji, że boję się katolickiej wizji małżeństwa? Czy to są dla pani jakieś realne problemy? Mnie wydają się jak wyjęte z gazet dla kobiet, jeszcze jako nagłówki listów od czytelniczek. – Choć na początku sprawiała wrażenie surowej i upupiającej, teraz, gdy zadawała mi pytania, prosząc mnie o eksperckie opinie we własnej sprawie, zaczęłam ją lubić. Postanowiła wykorzystać moje wykształcenie, to dobrze. Najwyraźniej rozumiałyśmy się. Zbawienne uczucie. Relacja terapeutyczna jest bardzo ważna, zaufanie, stabilność, przeświadczenie o porozumieniu.

A zatem to nie to, co pani wyjęła. Mamy do czynienia z wierzchołkiem góry lodowej? – pytała. Wiedziałam już teraz, że na pewno się rozumiemy.

Tak mi się wydaje. Ale co jest przysłonięte? – zapytałam sama ciekawa po raz pierwszy, kombinowałam nad własną sprawą jak w czasie omawiania casusu na zajęciach na UJ-ocie.

Zaraz się przekonamy – odparła. – Ale najpierw proszę mi powiedzieć, jak bardzo jest pani zainteresowana sobą?

Zainteresowana sobą? – żachnęłam się. – Co pani przez to rozumie?

Zainteresowana sobą w sensie autentycznego zaciekawienia, co pani jest, jakie rzeczy dzieją się w pani głowie i jak może pani polepszyć swoje życie.

Ja jestem zadowolona ze swojego życia. Mam problem z samopoczuciem w tej relacji, choć nie jest to spowodowane jakimiś jej brakami. Nie ma obiektywnych problemów. Związek jest dobry i satysfakcjonujący, ale zacieśnienie relacji z Adamem powoduje u mnie wzrost niepokoju.

Cały czas mówi pani o symptomach. A przyczyny?

Relacja z Adamem.

Przecież mówi pani wprost, że to dobra relacja. Jest pani z niej zadowolona.

Zastanowiłam się.

To nie wiem. Nie znam innej przyczyny.

I to musimy odgadnąć.

Ma już pani jakieś przypuszczenia?

Nie powinnam się chyba dzielić tutaj swoim rozeznaniem po tak krótkim czasie. To by było konrtskuteczne.

No tak, psychoterapia, ciągle to trzymanie się formy, bierna postawa terapeuty.

Następnym razem niech mi pani opowie o swoim dzieciństwie – powiedziała, nie zważając na to, że uderza w kolejną oklepaną nutę.

Następnym razem to się zatem stało. Opowiedziałam o zmarłym ojcu i o relacji, bardzo dobrej zresztą, ze swoją mamą, która wyszła ponownie, bezdzietnie, za mąż, a jej mąż nie pozostawał ze mną, zdaje się, w żadnej relacji. Że jestem pogodzona i zadowolona. Że nie pamiętam swojego ojca.

Brak ojca – skwitowała i wiedziałam, że podkreśla ten fakt oraz jego interpretację w psychologii, którą znałam. Tym razem nie wytrzymałam i postanowiłam podzielić się swoją wiedzą psychologiczną.

Tak, wiem, brak poczucia własnej wartości, kłopoty w relacjach z mężczyznami, pewnie kłopoty z przyjęciem roli żony, bo tego obrazka rodzinnego się nie pamięta. I co z tego? Gdzie to jest u mnie? Nie czuję się tak źle, jakbym musiała, gdyby te właśnie problemy istniały.

Oprócz jednego miejsca – dopowiedziała.

I co mam z tym zrobić? – zapytałam.

Zobaczymy – stwierdziła.

Trochę mi się to dłuży, dla mnie mogłaby pani zastosować wersję skróconą – odezwałam się. Czułam, że za chwilę się obrażę i zerwę tę terapię, ale trzymałam pokrywkę na wulkanie i tłumaczyłam w sposób cywilizowany. Brałam odpowiedzialność za siebie i za tę terapię, wiedziałam też, że Adam trzyma za mnie kciuki, że to nie są błahe sprawy.

Dobrze, przyjmijmy, że trafiłyśmy. Sprawdzimy to teraz, dobrze? Co czujesz, kiedy ktoś mówi, że jesteś najbardziej seksowną i najpiękniejszą kobietą, że jesteś kobieca, że emanujesz seksem?

Uhu – odparłam. – No, pani psycholog, dołożyła pani do pieca.

Wyobraź to sobie.

Nie wiem, jestem chyba zadowolona, dziękuję za komplement. W końcu jest to coś, co każda kobieta chce usłyszeć.

Czy jest to coś, co ty chcesz usłyszeć? – nacisnęła sprawnie.

Ja raczej nie, nie tak otwarcie, wywołałoby to moje zakłopotanie.

Czemu?

Według mnie sprawy seksu nie potrzebują być dyskutowane aż tak wprost.

A gdyby to był Adam?

Też byłabym lekko zażenowana.

Wstyd?

Może.

Przy mężczyźnie, z którym żyjesz? Na takie słowa?

Tak.

Czemu?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Rozumiem, że obie się zgadzamy, że coś znalazłyśmy. To dalej w tę stronę. Jak reagujesz, kiedy otrzymujesz wyróżnienie od szefa przed wszystkimi pracownikami? Są tam kobiety, które mają dzieci, pracują, ile mogą, wiadomo, że nie angażują się tak jak ty, nie są w stanie, bo jest sezon grypowy i dzieci chorują. Jak się czujesz?

Staram się machnąć na to ręką i wyjść z kręgu pochwały – odparłam, spuszczając głowę, bo wiedziałam, co to znaczy.

Czemu? – zapytała triumfalnie.

Poczucie winy.

Matka nie przyjmowała pochwał od drugiego męża, bo wiedziała, że ty już jesteś i że to drugie małżeństwo, więc nie ma prawa czuć się już młódką na wydaniu. Żebyś nie miała do niej żalu. Też poczucie winy, tak? Mamy spiralę poczucia winy.

Na to wygląda – potwierdziłam z nietęga miną.

Nazwijmy zatem, co to dokładnie jest: niskie poczucie własnej wartości, niedocenianie siebie, negatywne myślenie o sobie, niedocenianie swojej wartości, niedawanie sobie prawa do czucia się wartościowym, przeświadczenie, że trzeba udowodnić sobie pracą swoją wartość, że nie może w żadnym razie to być twoja naturalna wartość. Dlatego dobrze czujesz się w pracy, tam zasługujesz.

I co teraz?

Teraz dalej w nurcie poznawczo-behawioralnym, pracujemy nad myślami, moja panno, już niezbyt długo zresztą.

Babka na pewno mnie lubiła. Terapia to był świetny czas. Owocne rozmowy. Całe szczęście, że wybrałam ten nurt poznawczo-behawioralny, w którym mogłam sobie pomóc własną wiedzą, a nie być zdanym na to co objawi nierozumna nieświadomość jak w szkole freudowskiej. Terapeutka przeżyła ze mną potem parę trudności, bo nie zawsze byłam stonowana jak na początku. Ale relacja z nią zdołała objąć mój zmysł polemiczny, była dość mocną partnerką do rozmowy. Wreszcie przestałam walczyć i pozwoliłam sobie raczej być człowiekiem, który ma problemy. Dzięki tym spotkaniom mam dla ciebie niniejsze zapiski.

 

18. Mówić wyraźnie

 

Chcę dziś mówić wyraźnie. Choroby duszy biorą się z niewyraźnego języka, który pozostawia niewypowiedziane, źle nazwane, zagłuszone. Kiedyś w czasie egzaminu na studiach nie umiałam wytłumaczyć profesorce, czym się interesuję, jaka dokładnie jest moja interpretacja i jakie stanowisko. „Brakuje mi słów. Nie umiem tego powiedzieć”. „Nauczyć się mówić to wszystko, co można” – odpowiedziała i zostało mi to do dzisiaj, i może coraz bardziej rozumiem lub widzę w tym zdaniu więcej, niż ona miała na myśli. Jesteś jedyną osobą, której jestem to winna. Nawet nie twojemu ojcu. To jest moja chęć podniesienia głowy. Nie myśl, że staję może przeciw ojcu. Jestem zupełnie nieegoistyczna. Tylko takie nieegoistyczne podniesienie głowy może trwać. Inne dostaje po łbie. Zapamiętaj to, dziecko.

Odwracam się do ciebie do łóżeczka i piszę dalej. Czerpię z tego radość. Jakiś pęd myśli się we mnie uaktywnia. Jakby były nagle we mnie całe wykwity słów, skoczne kaskady, które rozpędzają puls i tętno staje się przez to szybsze. Przy tobie mam wrażenie ciągłych afirmacji, ciągłych objawień. Wiem, że potem to minie, ale na razie przemyślę to i zabiorę ze sobą w życie. Zdecyduję o tym, jak chcę żyć, na podstawie tego ogromu miłości, który czuję teraz, a nie potem, kiedy wszystko znów ucichnie w szarości. Dziecko, gdybyś wiedziała, jaka twoja matka bywa szczęśliwa. Jak życzę ci dobrego życia. Jak życzę ci podniesionej głowy i żeby nigdy życie cię nie złamało. Jesteś moim kochaniem. Ojca twojego też kocham. Kłaniam się w myślach mojej zmarłej mamie, babce, wszystkim świętym kobietom i przyzwoitym mężczyznom, braciom. Oj, dziecko.

Nie będę tu nigdy używała zawikłanego tłumaczenia. Żadne rozwalenie języka. Język składny, prosty. Jak się mówi do dziecka. Czasem nawet kiedy rodziny prawie że patologiczne mają mieć dzieci, nagle świadomość im się wyostrza, stają na baczność i wracają do trzeźwości. Jakby jakiś nadzór czy kurator miał to za chwilę oceniać i decydować o odebraniu lub pozostawieniu dziecka. Tak trzeba teraz mi mówić, żebyś mogła z tego ułożyć składne, dobre życie, dzieciątko. O to mi tylko już teraz chodzi. Jak się ma dzieci, trzeba żyć tak, że nie pisze się już historii dla ego. To, jak żyję, jak żyjemy z ojcem dla ciebie, nie będzie nigdy zapamiętane. Nie żyje się już dla siebie.

Siostrę Józefę, tę znajomą zakonnicę z kościoła, gdy byłam w ciąży, odnalazłam i jest moim duchowym przewodnikiem.

Czy opiera się siostra na kimś w życiu tak po ludzku? Czy ja sama przestanę się kiedyś opierać na mężu, matce, zakonnicach, psychologach i złapię równowagę? Będę wytłumaczalna sama dla siebie, będę przeżywać wszystko w sobie i siebie tylko się radzić? – Ona milczy z lekkim uśmiechem. – Przypuszczam, że tam jest największa samotność i znój życia, że dalej w rozwoju znosi się wszystko samemu i trafy życia biją w nas radykalnie, bezpośrednio, nie ma nas kto zasłonić. Tak, będę teraz żyła dla dziecka, będę szła aż po kres w tę miłość, którą chcę dać Margaret. Bo teraz ona ma rosnąć, pijąc moje soki. Muszę zmierzyć się z tym, co mówię właśnie siostrze, a siostra z lekkim uśmiechem, bo chyba ukrywa siostra taki właśnie znój?

Wręcz przeciwnie. Jedyne, o co się staramy jako zakonnice i na co potrzeba autentycznie siły wewnętrznej, to żeby za każdym razem zdać się na Boga, mieć miłość w sercu, wiarę, szczęście. Kiedy utrzymujesz w sobie taką postawę, nic nie jest znojem. Tak naprawdę w sercu ma być ciągła chwała. A jeśli myślisz strachem, fałszujesz świat. Świat stworzony to miłość. Na tym polega chrześcijaństwo.

Siostra nie daje po sobie poznać, że wie, ale ma świadomość, że w swoim czasie upadnę w to samo. Upadnę w to, kiedy już tylko będę szła do końca. Kiedy będę służyć. Będę jak tercjarka. Będę żyła tą samą melodią. Dlatego się uśmiecha.

To wszystko, co czułam i leczyłam psychologicznie, zwinęło swój obrzydliwy jęzor, zassało swój szlam do jednej kropelki, jednej maluteńkiej kapsułki, która wisi mi na szyi i zawadza. Jej obecność czasami mi umyka, jak medalik, który masz od dzieciństwa, nawet nie wiesz, że go nosisz. Ale niekiedy przypomnienie, że jest we mnie skroplona w jednym punkcie świadomości ta piekielna treść, ciąży mi niczym wisior Nerona, który przyciskał do piersi, podpalając Rzym. Szpeci mnie sobie samej jak ohydna narośl, nie mogę się uwolnić, chce mnie znowu zalać i przygnieść. Z jednej kropli robi się tsunami.

Wyobraź sobie cudowną twarz Cindy Crawford z pieprzykiem. Pomyśl sobie, hipotetycznie, o jej mężu, który patrzy na tę twarz jak na szczyt doskonałości. Dotyka co ledwie pieprzyka, całuje górną wargę tak, żeby o ten pieprzyk zahaczyć, bo ten pieprzyk też weń kocha. I wyobraź sobie złego męża, który kiedy dopada go pasja, najpierw wie, wie na pewno, że najbardziej przeszkadza mu ten pieprzyk. Rzuca się na Bogu ducha winną żonę, próbuje z wielkim dla niej bólem pieprzyk zdrapać, podważa go, zaczyna lecieć krew, krew czuje ona już na swoich wargach. Ogłupiałą ze strachu i będącą w szoku przewraca, już wyrwał wraz z wrośniętym w ciało korzeniem pieprzyk, twarz puchnie, a on odchodzi; dopiero teraz uszło zeń napięcie.

Takie są dwie możliwe reakcje na zadrę w sercu.

I will love this life, if not, what the life is for?

Spotkałam mężczyznę, który przywrócił mnie rzeczywistości.

Margaret, tylko to jest dorosłym życiem i nic więcej ze szczęścia nie będzie: poprawny język ze spokoju wewnętrznego.

 

19. Moje modlitwy do Boga

 

Z czasem, kiedy tego chaosu zrobił się nadmiar, tak że nie wiedziałam nawet, kiedy kończy się jeden dzień, a kiedy zaczyna drugi, nowy czas nie wyjaławiał uzbrojonego umysłu i następnego dnia stawałam znów jak pancerny jeż, który wie, z czym po kolei ma się zmierzyć, postanowiłam wrócić do medytacji. Przypominały mi się czasy nastoletnie, kiedy człowiek siadał w zaułkach lasu z Pismem Świętym, w czasie wyjazdów oazowych i innych przykościelnych. To było jeszcze przed tąpnięciem wiary dziecinnej i wykształceniem się tego, co można by nazwać wiarą dorosłą, ale w zasadzie jest pewną postawą, nie do końca sceptyczną, na pewno postawą miłości wobec świata. Dogmaty w niej traktowane są z zakłopotaniem, gdyż nie umie się ich obronić intelektem. Natomiast serce pozostaje otwarte, nie tak do końca pogrążone jeszcze przez gorycz przeżytych lat, i wola jest prężna. Zanim to nastało w moim życiu, były lata zachwytu religijnością, pobożnych westchnień, chodzenia na spotkania w długich spódnicach, poważnych śpiewów, wyjazdów wakacyjnych z gitarą, w harcerskich warunkach, patrzenia na sprawy wiary bardzo serio i skrupulatnego rozliczania się.

Teraz usiadałam, niemal z głową w rękach, ale nie aż tak znowu ciężko, bo nie działo się przecież nic tragicznego, a jednak na przykład pięciu dni nie można było oddzielić od siebie i całe były w niedawnej pamięci gonitwą.

Wtedy postanowiłam, żeby wrócić do medytacji, do tej aktywności, której poświęcasz pół godziny, a rozszerza czas dnia o jakieś dodatkowe przestrzenie, które tkwią w przykurczu każdej godziny. Czas – pamiętałam z dzieciństwa – jest niezmierny, potężny, nasyca każde uczucie. Tylko teraz, w tym okresie mojego życia zabrakło nawet chwili, by poczuć te piękne dale, by coś innego, a nie tylko stres, smakowało w codzienności. Stres wyjaławiał, ale nie tak, jakbym chciała. Nie, ascetycznie i zbożnie. Zresztą… rozumiesz.

Próbowałam to najpierw układać w głowie bez medytacji. Widziałam siebie, ani młodą, ani starą, w statecznym kroju spódnicy, w dobrym kolorze, gładziłam dłońmi materiał. Przede mną był stół. Za mną aneks kuchenny. Na mniejszym stoliku torba przed wyjściem do pracy. Próbowałam od tego, promieniście, układać w głowie zadania i obowiązki tego dnia. Praca, dziecko, mąż, zakupy – i w tym momencie, w którym następowała siódma, dziewiąta, jedenasta sprawa, głowa nagle wyłączała się i odwracałam się od tego bigosu. Trwało to tygodniami, osłabiało mnie, wtedy pomyślałam o medytacji.

Zaczęłam zatem praktykować pod okiem siostry Józefy.

Odnalazłam mistycyzm. Wszystko to jest Boże. A moje modlitwy do Boga stały się gorące: Boże, spraw, żeby ta modlitwa wyrównała skiby życia, poorane życie. Nie mam już na to siły, a rachunek każe mi myśleć z przejęciem o wyniku. Jestem niepewna swojej psychiki, swojej głowy. Nie wiem zatem, czy to, co pozytywne i co z trudem zaowocowało w moim życiu, jest naprawdę i jest trwałe.

 

20. Teatr

 

Za namową psycholożki i twojego ojca, a także – być może i tu przy pośrednim wpływie twojego ojca – swojego szefa wzięłam część etatu w szkole jako pedagog, żeby zrobić użytek ze swoich kwalifikacji, działać trochę jako społecznik, mieć styczność z niekorporacyjnym życiem. Aby spełnić ten ostatni postulat, za zgodą ojca wybrałam do tego odpowiednie miejsce. Była to mała wioska podkarpacka, jeździłam z Krakowa około godziny autem na wschód. Całe środy spędzałam poza korporacją – na początku. Później przychodziłam jednak do pracy na parę godzin, z ojcem jechaliśmy razem rano. Dopiero koło jedenastej wyjeżdżałam, żeby dojechać przed południem. Po około czterech godzinach wracałam. Z czasem spodobało mi się, zadomowiłam się w gronie nauczycielskim, dzieci były chłonne. Krótko mówiąc, na taki experience, który powzięłam w swojej sytuacji – nie potrzebowałam zarabiać, chciałam być dla – mała wioska stanowiła miejsce idealne. Ludzie byli wdzięczni, także rodzice. Udawało mi się docierać do dzieci, postanowiłam być oględna i staranna. To jakoś pomagało. Skromność zawsze pomaga. Były przez to inne rozmowy w domu. Słyszałam też od środka o tym wszystkim, co pewnie będzie się działo i w twojej szkole, gdy już będziesz do niej uczęszczać.

Ludzie wiedzieli też chyba o mojej specyficznej sytuacji, wszyscy traktowali mnie jak przebiśnieg na prowincji, hołubili jak znak wiosny. Mówię ci. Wszyscy mnie tam kochali.

Zatem na fali takich pozytywnych odczuć po jakimś czasie skróciłam bytność w wiosce tylko do poranka – wtedy ojciec jechał do pracy, a ja drugim autem, trochę wcześniej, już za Kraków. Przyjeżdżałam do firmy na popołudnie. Za to w czwartki albo w piątki jeździłam jeszcze raz, na różne zajęcia pozalekcyjne, które sama organizowałam. Prowadziliśmy eventy – odkąd byłaś ty, też brałaś w nich udział. Czasem ojciec. Najlepsze były wyjazdy do teatru do Krakowa autobusem, na które pisali się także rodzice i czasem inni nauczyciele.

Tak było i tym razem. Wprowadziłam dzieci do autobusu. Nie obyło się bez akcji. Jedną dziewczynkę posrał z gałęzi gołąb i musiała jeszcze wrócić z parkingu do szkoły. Autobus był zapakowany. Jechali nauczyciel WF-u i jedna moja praktykantka z UJ. W aucie miałam oprócz ciebie i taty dwóch uczniów, którzy cierpieli na chorobę lokomocyjną, dwóch chłopaczków. Siedziałaś z nimi na tylnym siedzeniu. Trochę cię zabawiali przez drogę.

Twój ojciec miał czas, bo było to w piątek po pracy. Pojechaliśmy więc rodzinnie. Moje zdenerwowanie zostało uleczone takim właśnie szczęściem. Miałam wtedy czas żyć. Powolutku. Kończyłam terapię.

Twój tata się śmiał. Obserwowałam go. Mały z liceum zwymiotował po drodze. A ty zaczęłaś płakać. Drugi uczeń nam pomógł – i tak zdążyliśmy na czas.

Twój tata pomógł mi przeprowadzić całe przedsięwzięcie, nie tracąc humoru. Lubili go w mojej szkole, bo był szarmancki. W ogóle wnosiliśmy na prowincję nową jakość i ludzie nas poważali. Być może miałaś brać tam udział w zajęciach dodatkowych, gdybyś nawet poszła do szkoły w Krakowie. Ojca namawiali na spotkania z włoskim przynajmniej raz na dwa tygodnie. Śmiał się do tego pomysłu, jak go napadły matematyczka i polonistka i zaczęły z nim o tym gadać. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Tajemnicza równowaga, którą wytwarza tylko miłość. Dobre życie.

 

21. Ognisko

 

Byliśmy w kilka par na ognisku, które organizowali bracia z kolegami. To było dawne miejsce, w którym biwakowali jako dzieci, pod Krakowem, na działkach. Niedaleko mieszkali kiedyś polscy dziadkowie, ale chętnie na tydzień, dwa dawali ich na ten obóz w towarzystwo polskich dzieci. Czemu nie obozowali tak we Włoszech? Tam też mieli swoich kumpli i romantyczniejsze dzieciństwo. Tu czuć było dorosłością. Jeden z kolegów braci z dzieciństwa został, już jako dorosły, opiekunem na tej kolonii, na której sam bywał jako uczestnik. Lorenzo mówił, że jak urodzi mu się syn, też będzie tutaj biwakował. Ten kolega zaprosił nas na ognisko, pilnowaliśmy razem obozu, podczas gdy malcy spali w namiotach.

Poszliśmy z twoim tatą eleganccy, po spotkaniach w pracy. Miałam taką słomkową garsonkę, rajstopy. Dobrze, bo wieczorem było chłodno. Obsługiwał nas kolega taty, nalał wina, które z kolei Lorenzo przywiózł ze swojego ostatniego pobytu rodziców w Pienzy. Nad ogniskiem ustawili grill i przypiekli także warzywa i inne przekąski, a nie tylko kiełbasę. Można było pokosztować.

Oni rozmawiali nad moją całowaną twarzą.

Będziecie się przenosić do Włoch?

Nie. Ania jest w ciąży… – wytłumaczył za nas oboje twój ojciec.

Lorenzo przytulił się do brata, a potem do mnie. Aż oczy zaszły mu łzami. Uściskaliśmy się w końcu w trójkę, a potem w czwórkę, razem z kolegą. Chybotliwi w życiu przez samą swą inteligencję, ale wszyscy łącznie byli w tym momencie z tym pogodzeni.

Czyli jednak Polska, nie Włochy?

Tak, zdecydowanie.

W tle dzieci miały też warty. Przyjemny wieczór, blisko lasu. Byłam spokojna. Tata stał z kieliszkiem i trzymał rękę na moim ramieniu. Ogień buzował, a na niebie były gwiazdy okolone granatem.

Tu chyba cię zostawię, Mała. Dalej idź sama.

Twoja mama,

Rześka

 

 

1 http://bryll.pl/sciaga-dla-licealistow/wciaz-o-ikarach-glosza/ ; 6.11.2015 r.

2riposta, puenta

3 w życiu nie trzeba robić zbyt wielu ruchów

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
LucjaSz · dnia 16.06.2018 10:50 · Czytań: 244 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze
purpur dnia 28.06.2018 11:11
Hej LucjaSz!

Od razu, co by najgorsze mieć już za sobą, muszę się do czegoś przynać... No nie przeczytałem całości ( :| )... Tak wiem, tak rozumiem, tak... wybacz... ale ( tak, zawsze w takiej sytuacji powinno się pojawić "ale ) ... Chyba po prostu nie miałem nastroju na czytanie takiego tekstu.
On jakoś wymaga spokoju, ciszy, tutaj mi jej brak... Pewnie do niego kiedyś wrócę, ale po prostu teraz nie byłem w stanie go całego przeczytać.

Ale...!!!
( teraz już będzie tak, jak powinno być od początku, więc spokojnie, rozsiądź się, kwafka w dłoń! )

Bardzo dobrze mi się czytało. Interesująco, ale z dozą "tajemnicy", niedopowiedzenia. Miłe zdania, ładnie zbudowane. Do tego tło, klimacik taki niespieszny idealnie pasujący. Historia też sprawa bardzo dobre wrażenie... No naprawdę nie za bardzo mam się do czego doczepić.

Wydaje się bardzo dobry tekst i mam szczerą nadzieję, że ktoś będzie miał ochotę na ciekawy obyczajowy tekst i otrzymasz pełniejszy komentarz.

Ja dziękuję za chwilkę spokoju w otoczeniu małych oczek!

Pozdrawiam,
Pur
LucjaSz dnia 01.07.2018 12:46
Purpur, bardzo dziękuję za dodanie komenatrza od serca i pozytywną opinię, cieszę się. :)
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
20/09/2018 09:20
Droga Asocjacjo, nie jestem poetką, nie znam się na tym… »
mike17
19/09/2018 22:44
Rozumiem, Niczyja szukasz mocnych wrażeń w prozie :) Owszem,… »
Ania_Basnik
19/09/2018 22:41
Przeczytałam, jest pięknie i magicznie, jak to u Ciebie.… »
Niczyja
19/09/2018 22:36
DoCo! No Ciebie jako mojego ulubionego autora nie mogłam… »
Niczyja
19/09/2018 22:26
Cześć Michale, Czytałam dziś Twoje najnowsze miłosne… »
DanielKurowski1
19/09/2018 21:57
Dziękuję za komentarz, wkrótce poprawie błędy »
StalowyKruk
19/09/2018 21:57
Rzeczywiście, ze znakami interpunkcyjnymi miewam problemy.… »
Jacek Londyn
19/09/2018 21:33
Pierwsza godzina jazdy przebiegała spokojnie. Koła miarowo… »
Dobra Cobra
19/09/2018 21:07
Przypowiesc o automatyce piekna. Dziękuję. GregoryJ,… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:57
Ten rodzaj opowiadań to nie moja bajka, zatem przeleciałem… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:40
Milcząca Elu Walczak, dlaczego milczysz, gdy ktoś… »
JOLA S.
19/09/2018 18:54
Witaj, margor, tytuł opowiadania szalenie obiecujący. :)»
mike17
19/09/2018 18:52
Życie lubi zaskakiwać, i tak tu chciałem, by było. Nic na… »
ajw
19/09/2018 18:25
No cóż.. czasem życie i tak się plecie. Chyba wiele takich… »
22227
19/09/2018 17:41
Początek obiecujący, tylko lepiej by było "zapadła noc… »
ShoutBox
  • mike17
  • 19/09/2018 22:55
  • Aniu, ponieważ pisaliśmy naraz komenty, uzupełniłem moją odpowiedź dla Ciebie :)
  • JOLA S.
  • 16/09/2018 09:48
  • Stawitzky, dzięki i dobergo dnia :)
  • JOLA S.
  • 14/09/2018 14:47
  • Yitopaz, możesz cały tekst podmienić, wytnij i wklej od nowa, nie będzie przechodził przez maszynkę Redakcji. :)
  • mike17
  • 13/09/2018 18:02
  • A tu informacja konkursowa : [link]
  • mike17
  • 13/09/2018 18:01
  • Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie w prozie MUZO WENY 6, gdzie inspiracją jest muzyka, na podstawie której należy napisać miniaturkę i wysłać mnie. Czekają atrakcyjne nagrody :)
  • Esy Floresy
  • 11/09/2018 22:24
  • Czas ucieka coraz szybciej, zostało 10 dni. Łapcie, więc za pióra i nadsyłajcie wiersze na konkurs :) [link]
  • Kushi
  • 09/09/2018 13:32
  • Miłej Niedzieli Kochani [link] :)
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:skoroszytmike2
Wspierają nas