Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 23 i 24 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 23 i 24
A A A
Od autora: Tu, Szanowni Czytelnicy, przeczytacie o konfrontacji ubeków, czyli nowej prosowieckiej władzy z hrabiankami Dworskimi. Osobiście je znałem i jedna z nich - amazonka miłośniczka koni, była piękną kobietą (Zresztą konie uwielbiały obydwie). Pod pod wpływem ubeckich szykan opuściły Kraków, o czym tu będzie i osiedliły się w Szczawnie Zdroju. Mnie i mojego Brata uczyły francuskiego i angielskiego.

W następnym rozdziale wracam do wątku dziewczyny, którą chciałbym wylansować na narodową bohaterkę. To Irenka Odrzywołek młoda strażniczka więzienna, która przyłączyła się do Armii Krajowej i wraz z aresztantami z więzienia Św. Michała przystąpiła do akcji rozbicia ubeckiej kaźni.
O jej dramatycznej końcówce życia piszę w oparciu o archiwalne materiały.

Zachęcam do przeczytania i wyrażenia swoich opinii, Autor

Rozdział 23  Ubecy, hrabianki i konie

 

    Przeważającą część ubeków cechowało prostactwo. Ogromna ich większość pochodziła z wiejskiej biedoty, duży procent stanowili analfabeci. Jurek Sprytny najbardziej nie cierpiał ideowców z powierzchowną wiedzą, nabytą na parotygodniowych kursach, upartych by sowietyzować Polskę. Szczególnie nie znosił funkcjonariuszy fanatycznie wierzących w komunizm. Często o słuszności narzucanych przez nowych okupantów porządków, przekonani byli przedwojenni komuniści pochodzenia żydowskiego. Wielu z nich przed wojną odsiadywało wyroki w specjalnie dla nich stworzonym więzieniu w Berezie Kartuskiej. Ci byli zwolennikami dyktatury proletariatu i nie zawahaliby się, przed unicestwieniem każdego, kto wątpiłby w przebudowę społeczeństwa na modłę pomysłów Marksa i Engelsa.

     Sprytnemu odpowiadała postawa swego bezpośredniego szefa majora Pachcica. Obserwując go, wiedział, że nie ma do czynienia z entuzjastą komunizmu. Chwilami przypuszczał, a z czasem nabrał przekonania, że został wybrany przez majora na bliskiego współpracownika, bo jak on ma nietypowe wśród bezpieczniaków upodobania. Obaj byli przystojni i rzadko zakładając mundury wyróżniali się nosząc szykowne cywilne ubrania. Zwracały na nich uwagę kobiety. Na dodatek, a było to w UB czymś zupełnie niezwykłym, interesowali się nowymi trendami mody. Sprytny zauważył, że szef w kontaktach służbowych klnący jak szewc, gdy nie był zdenerwowany i gdy byli sami, wysławiał się starannie dobierając słów. Ponadto majora cechowała spostrzegawczość i zdolność logicznego wyciągania wniosków. Jurkowi podobały się też jego snobistyczne zainteresowania. Poszerzał wiedzę na temat koni i ich hodowli oraz zdarzało mu się bywać w teatrze. Dolną półkę oszklonego kredensu zamienionego na biblioteczkę, w której trzymał skoroszyty toczących się śledztw, zajmowały powieści Londona, podręczniki do historii oraz poradniki jeździeckie i broszury o koniach.

 

    Rankiem kilkanaście minut po ósmej 28 września 1946 roku major Szlachcic usłyszał pukanie do drzwi gabinetu..

    - Wejść – zawołał mocnym głosem.

    W drzwiach pojawił się Jurek Sprytny.

    - Dzwonił nasz kapuś „Minister”, pamięta go pan?

    - Wiem, wiem. Ten kutas co chciał, żebyśmy aresztowali jakichś rzekomych wrogów ludu. Potem się przechwalał przedwojenną współpracą z „pochodzącym, z uciskanego ludu” ministrem Witosem – wymawiając ostatnie zdanie major porozumiewawczo puścił do Jurka oko.  

    - Jego zdaniem poszukiwana przez nas Irena Odrzywołek pojawiła się w pałacu, w Sierakowie.

    - Możemy mu wierzyć? Zaraz, zaraz. Tam mają telefon?

    - Zasraniec dzwonił z tartaku w Sierakowie. To trochę na południe od Wieliczki. Ponoć strażniczka ze Świętego Michała przyjechała do miejscowego pałacyku w towarzystwie jakichś arystokratek.

    - To jedziemy – zdecydował major. – Załatw jeep’a z kierowcą i żołnierzem.

    - Majorze, w tamtych stronach pojawiają się ogniowcy, musimy wziąć mocniejszą obstawę.

    - W takim razie zarządź alarm, niech nam przyślą pluton osłony.          

    Tego przedpołudnia ostro świeciło słońce, lecz zrobiło się zimno, gdyż nocą nastały już pierwsze, zwiastujące nadejście jesieni przymrozki. Dojazd do majątku Sieraków wiódł krętymi drogami wijącymi się przez łagodne wzniesienia. Jurek Sprytny odziany był w zakupioną na bazarze, podbitą futrem skórzaną kurtkę z naszywką RAF, a siedzący obok niego szef miał na sobie także pochodzącą z importu beżową wiatrówkę z gabardyny, ocieploną podpinką z wielbłądziej wełny. Jego łydki ciasno opinały bryczesy i założone na nie, wypolerowane do połysku, cholewki butów do konnej jazdy. Jeep’a prowadził żołnierz, a obok siedział drugi, trzymający gotową do strzału pepeszę. Żołnierze należeli do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Na czele kolumny, której ostatnim pojazdem był Jeep, jechało dwóch zwiadowców na sowieckim motocyklu M72 z przyczepą i umocowanym na niej erkaemem Diagtieriewa z charakterystycznym talerzowym magazynkiem. Za motocyklem jechała duża wojskowa ciężarówka - Studebaker z demobilu - załadowana kilkunastoma żołnierzami z bronią maszynową, zapasem amunicji oraz ręcznych granatów. Długo jechali bez słów, milczenie przerwał major Szlachcic.

    - Byłeś kiedyś w tym pałacu?

    - To właściwie jest duży dwór. Działałem w tych stronach ze swoimi ludźmi, ale omijaliśmy Sieraków, bo pojawiali się tam dobrze uzbrojeni akowcy, często właściciele dworu ich aprowizowali. Na tym dworze za Niemca podobno leczył się z ran, niedawno aresztowany przez naszych w Warszawie słynny brytyjski szpieg – rotmistrz Pilecki. Acha, przypomniało mi się coś jeszcze, to pana zainteresuje. – Są tam stajnie i widziałem pasące się na łąkach konie.

    Major nie odezwał się, kilka minut jechali oglądając częściowo zalesiony, górzysty krajobraz. Mijali blado żółte łąki i przybierające brąz, żółć oraz czerwień liściaste lasy. 

    - Dojeżdżamy szefie – Jurek pokazał wyłaniającą się zza zarośli budowlę.

    Major sięgnął za pazuchę i zarepetował służbową tetetkę, po czym opuścił jej kurek, zabezpieczając pistolet przed przypadkowym wystrzałem. Broń schował ponownie pod kurtkę. 

    Trzy pojazdy z krakowskiej bezpieki z warkotem motorów wtoczyły się na podjazd neoklasycystycznej szlacheckiej rezydencji, której fasada frontowa miała kilka pozabijanych deskami okien. Budynek, przez swoją wielkość, bardziej niż szlachecki dwór przypominał siedzibę magnacką lub książęcą.

    Żołnierz z przyczepy sowieckiego motocykla zdjął maszynowy karabin. Niepewny czy z okien ktoś nie zacznie do nich strzelać, niespokojnie omiatał wzrokiem budowlę wodząc wokół lufą.

    - Jest tam kto!? – krzyknął w stronę dworu, robiącego wrażenie jakby był wymarły.

    Odpowiedziała mu cisza. Raptem, coś zachrzęściło w pomieszczeniu parterowym z otwartym oknem. Żołnierz z Diagtierewem nerwowo zatoczył w powietrzu kilka kółek lufą, jakby chciał wcelować i wywalić serię w atakującą go natrętną muchę. 

    - Ręce do góry i wychodzić! – wrzasnął kierowca motocykla energicznie zdejmując zawieszony przez plecy maszynowy pistolet PPS – 43.

    Rozległo się chrobotanie szkła, dwa szczeknięcia psa i pisk uciekającego kota.

    - Miałeś minę jakbyś miał się zesrać ze strachu – zganił erkaemistę kierowca motocykla zarzucając broń z powrotem na plecy.

    Otwarły się frontowe drzwi budynku i stanął w nich mężczyzna o buraczkowym odcieniu twarzy.

    - Nasz kapuś „Minister” – Sprytny bąknął pod nosem do majora.

    - Dzień dobry panowie – usłyszeli przepity głos.

    Konfident niepewnym krokiem podszedł do wysiadających z jeepa Szlachcica i Sprytnego. – Witam, witam i jak nakazuje obyczaj zapraszam na kieliszek staropolskiej nalewki.

    Jurek i Szlachcic spojrzeli na siebie niezdecydowanie.

    - Dziękujemy, przyjechaliśmy tu służbowo – odpowiedział szef Sprytnego. – Teraz tu mieszkacie?

    - Mieszkałem przed wojną, ale to przeszłość. Przecież panowie mnie znacie, nazywam się Władysław Kucharski i do wybuchu wojny byłem tu właścicielem, a przedtem – spojrzał przenikliwie na przybyłych Szlachcica z Jurkiem – to też wiecie – współpracowałem z ludowym ministrem Witosem.

    Jurek ponownie spojrzał porozumiewawczo na szefa.

    - Ale nie będziemy rozmawiali tu w przedsionku. Wejdźmy do salonu. Gospodarz chrząknął na stojącego za sobą służącego, który zapalił naftową lampę i otworzył szerzej drzwi do korytarza prowadzącego w stronę wznoszących się schodów. Zapraszam – „Minister” ruszył pierwszy, potknął się i wywrócił na podłogę.

    - Kurwa mać, porozbijane podłogowe kafle. Muszą tu zrobić porządek. 

    - Jest tu ta strażniczka? – zapytał Sprytny, pomagając informatorowi się podnieść.

    Od „Ministra” wionęło wódą. 

    - Zaraz ją zobaczycie, ona już stąd nie ucieknie. Chyba, żeby wyskoczyła z okna.

    Oficerowie UB weszli do obszernego salonu. Stał tam długi stół, częściowo nakryty do posiłków, a przy jego końcu siedziały dwie kobiety, z których jedna wyjątkowo urodziwa miała na sobie strój do konnej jazdy.  

    - Te panie to hrabiny Dworskie, są tu przejazdem, straciły na wschodzie majątek – wyjaśnił konfident. – Ale zaraz… – zwrócił się do siedzących dam. – Gdzie podziała się ta Irena? Proszę powiedzieć. Ci panowie to oficerowie z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie ona jest? – nerwowo nalegał „Minister”.

    Dwie damy zgarbiły się przyczajone i milcząc przyglądały przybyłym, jakby oglądały insekty. 

    - Ona nie miała gdzie wyjść, chyba że do sypialni, albo toalety. Proszę, tu poczekajcie – kapuś pokazał krzesła po bliższej stronie stołu, oddalone przynajmniej kilka metrów od arystokratek. – Zaraz ją znajdę.

    Artretycznym truchtem podbiegł do drzwi po drugiej stronie stołu, otworzył je i sapiąc wspiął się po schodach.          

    Jedna z dam, ta wyjątkowo urodziwa, odziana w kraciastą kurtkę i hajdawery, poderwała się oburzona z krzesła. Wstała też druga, chwilę przyglądała się przybyszom, po czym zwróciła się do towarzyszki późnego śniadania.

    - What does that idiot want from our Irena?

    Najwyraźniej druga arystokratka była krótkowzroczna, bo z torebki wyciągnęła lorgnon i przyłożyła do oczu, wychylając się w stronę ubeków z taką miną, jakby obserwowała przez szybę akwarium pełzające gady.  Jurek mając do czynienia w czasach rabunkowej przeszłości z drogimi gadżetami, oszacował, że  oprawione w złote druty binokle wraz z rączką osadzoną w kości słoniowej, musiały mieć dużą wartość.

    - Puść mnie, kretynie! – rozległ się krzyk z korytarza nad schodami.

    Krzykowi towarzyszyły głosy szarpaniny, potem uderzeń przypominających trzepanie dywanu. Do korytarza i na schody wbiegł Jurek Sprytny. Zobaczył młodą kobietę, także odzianą w strój do konnej jazdy, okładającą szpicrutą, zasłaniającego twarz „Ministra”.   

    - Rączki do góry! – krzyknął Jurek wyjmując visa z kabury przy pasku spodni.

    - Proszę we mnie nie celować. Niech się pan lepiej zajmie tym podglądającym mnie w toalecie ochlapusem.

    Jurek stał zdezorientowany, podniósł do góry lufę pistoletu.

    - Obywatelka nazywa się Irena Odrzywołek?

    - Co do imienia się zgadza, na imię mam Irena… ale nie jestem żadna Odrzywołek.

 

    Okazało się, że „Minister” składając donos w czasie rutynowej wizyty na komisariacie milicji w Dziekanowicach, ujrzał list gończy z wizerunkiem Ireny Odrzywołkównej. Wmówił sobie, że towarzyszka hrabianek jest „uderzająco podobna” do poszukiwanej kobiety. Po wylegitymowaniu jej, wyjaśniło się, że była to uboższa kuzynką arystokratek, spełniającą rolę damy do towarzystwa. Jurek przeprosił za skierowanie w jej stronę lufy pistoletu.        

    - They don't look or behave like typical bolschevikes, do they? – piękna hrabianka doceniła przeprosiny Sprytnego.

    - Yes, I think, you’re right – odpowiedziała starsza siostra tej w stroju do konnej jazdy. – Przystojne mekszyzny – wykrztusiła kalecząc język polski, wychylając się do przodu i szacując ubeków przez lorgnon.

    Zapadła krępująca cisza. Zawstydzony „Minister” wyciągnął z oszklonej serwantki wypełnioną alkoholem karafkę i trzy kieliszki.

    - Panowie – prrroszęęę – trzęsącymi rękami zaczął nalewać do kieliszka mętnawy trunek o zielonej barwie. – To na specjalne okazje – zaznaczył.

 

***

 

     Kiedy ubecy wyszli z powrotem na dziedziniec, od strony stajni dobiegło rżenie konia. Jeden z palących papierosy żołnierzy powiedział, że tam skierowały się piękna hrabianka wraz z kuzynką. Po dwa kieliszki miętówki na spirytusie wprawiły majora i Jurka w beztroski nastrój.

    - Chodź, zobaczymy jakie mają tu konie – zwrócił się major do Jurka.

    Ruszyli w stronę stajni i wozowni. Za oficerami UB pospieszył czujnie rozglądający się na boki kierowca motocykla M72 z przewieszonym na ramieniu pistoletem maszynowym. Zatrzymali się przed wejściem do rozwartej bramy wozowni, której gnijący dach pokryty papą opierał się na grubych belkach. Stał tam duży otwarty konny powóz, do którego części bagażowej przymocowane były trokami dwa wiklinowe kosze do transportu bielizny i parę staromodnych kufrów. Za wozownią – budowlą z odpadającymi fragmentami tynku – była stajnia z końskimi boksami.

     - To chyba ich dobytek – zauważył Jurek Sprytny zerkając na powóz.

    Z zacienionej stajni doszedł najpierw głos stukających o klepisko kopyt, po czym wyłoniły się dwie kobiety prowadzące trzy konie. Hrabianka, po włożeniu stopy w strzemię, wprawnie podciągnęła się na wystającym obramowaniu siodła i zgrabnie zarzuciła drugą nogę nad końskim zadem. Major pochylił się nad Jurkiem i odezwał półszeptem.

    - Spróbuję wziąć się za hrabinę, a ty nie bądź frajerem, ta domniemana Odrzywołek też ma na czym siedzieć i czym oddychać – zwrócił uwagę na jej okrągłości.

    Arystokratki zaakceptowały propozycję majora, aby razem odbyć konną przejażdżkę.

    Hrabina usadowiona na arabskiej klaczy rzuciła zalotne spojrzenie spod przymrużonych oczu obserwującemu ją majorowi.

    - Osiodłajcie tego – pokazał na prowadzonego przez kuzynkę konia bez siodła. – Jeszcze jednego dodatkowo – zwrócił się Szlachcic do stajennego, który posłusznie oddalił się w głąb wozowni i po chwili wyszedł niosąc dwa kawaleryjskie siodła.

    Po osiodłaniu dużego ogiera dla Szlachcica, jedno z siodeł założono na wyprowadzoną z boksu, parskającą z zadowolenia gniadą kobyłę.

    - Ja nie umiem jeździć. Raz w życiu siedziałem na wałachu jak miałem dwanaście lat – zaprotestował Jurek Sprytny, domyślając się, że szef zadecydował, aby dla niego osiodłać czwartego konia.

    - Nie pękaj, nie widzisz, że to spokojna szkapa? – próbował major dodać Jurkowi otuchy.     

 

        Ruszyli najpierw stępem, a potem przeszli w kłus, wtedy kuzynka pięknej hrabianki zwróciła się do majora UB z pytaniem. 

    - Czy mógłby nam pan pomóc znaleźć jakąś stajnię w Krakowie? Właśnie jutro tam wyruszamy.

    - Pan wyglonda na poziądny ćłowieka – kaleką polszczyzną hrabianka poparła prośbę kuzynki.

    Chwilę jechał w milczeniu.

    - Nie obiecuję, ale może będę mógł pomóc – powiedział. 

    Początek przejażdżki wydał się Jurkowi przyjemny. Szczególnie jazda stępa, zanim konie nie zaczęły kłusować. Nawet w kłusie, zerkając na anglezującą obok kuzynkę hrabianki i starając się łapać rytm w takt poruszeń jej bioder, po chwili odniósł wrażenie jakby robił to całkiem nieźle. Gniada kobyła, na której  jechał zareagowała niepokojąco, gdy piękna hrabianka wydała okrzyk.

    - Allee!

    Jej klaczka dociśnięta ostrogami wystrzeliła do przodu jak rakieta. Za nią zerwał się wielki kawaleryjski ogier z majorem na grzbiecie. Jurek ściągnął z całych sił wodze zatrzymując kobyłę i to samo zrobiła jadąca obok uboższa kuzynka hrabiny.

    - Klacz kuzynki Stefani to szatanica, one zawsze muszą się wyszaleć. Zobaczy pan, pana dowódca nie ma szans za nią nadążyć – oszacowała oddalają się w zawrotnym tempie parę.

    Sprytny skoncentrowany na anglezowaniu jechał w milczeniu, czuł spływający po plecach pot.

    - Pan, jak na początkującego radzi sobie całkiem, całkiem – domniemana strażniczka ze Św. Michała zagadała do Jurka, rzucając w jego stronę figlarne spojrzenie. – Spróbujmy pogalopować, to wcale nie jest trudne – zaproponowała.  

     Po przejściu w galop Jurek podniesiony na strzemionach do pół-siadu, w czym także naśladował Irenę, pragnął tylko jednego – by wreszcie skończyła się jego końska udręka.

    „Zgrywa się”? – spojrzał na nią ze skwaszoną miną, bo galopowanie zaczynało stawać się torturą.

    Hrabianka z majorem oczekiwali na nich na łagodnym wzgórku.

    - No i po co się wzbraniałeś. Jeździsz już jak ułan – usłyszał komplement z ust dowódcy.

    - Niech pan nie żartuje... no może mogło być gorzej – Jurek krzywo się uśmiechnął.

    - A niech to – jęknęła Irena – kuzynka hrabianek. – mój szal – dodała patrząc do tyłu na krzewy oddalone paręset metrów, skąd przed chwilą dojechali. W ciemnej zieleni jaśniała jasna plamka fragmentu jej garderoby.

    - Zaraz go pani przywiozę – zadeklarował się Jurek.

    Chciał teraz zademonstrować, że rzeczywiście panuje nad zwierzęciem. 

    Pociągnięciem wodzy przekręcił łeb kobyły do tyłu i dwukrotnym szturchnięciem obcasów nakłonił ją do ruszenia kłusem w stronę bielejącego w oddali szala.

    Był na siebie wściekły, nie mając jak przedtem koło siebie Ireny i nie mogąc się wzorować na jej poruszeniach, zgubił rytm. Wściekły, że telepiąc pośladkami o siodło się ośmiesza, szarpnął wędzidło.

    - Szkapo, zwolnij do kurwy nędzy – syknął z nienawiścią.

    Zdezorientowane zwierzę zahamowało, po czym, ponownie kopnięte piętami zerwało do galopu. Ku zdziwieniu Sprytnego, gdy dotarli do wiszącego szala, kobyła jakby się domyśliła, że należy stanąć. W chwili, kiedy Jurek zdejmował z krzewów szalik zwierzę się obróciło w stronę kobiet i majora, wyciągnęło szyję i parsknęło po końsku.

    - Icha, chaaa! Icha,chaaa!

    Jurek zdążył zauważyć kątem oka, że galopem zaczęły się oddalać arystokratki z majorem Szlachcicem. Poczuł gwałtowne szarpnięcie jakby pod nim oberwała się ziemia. Chcąc nie spaść na ziemię zakleszczył objęty nogami koński tors i odgięty mocno do tyłu próbował się wyprostować. „Gdzie wodze”? – przeraził się chwytając powietrze. To co działo się później zapamiętał do końca życia. Kobyła szaleńczym cwałem z łbem pochylonym do przodu pędziła za hrabiankami i majorem, a on rozkraczony, zadzierając nogi  ponad grzbiet kobyły, oparty plecami o jej zad jakimś cudem nie spadł.

 

***

 

    Rozpaczliwy wysiłek, by nie zlecieć i nie zrobić z siebie pośmiewiska, dał o sobie znać następnego dnia. Takich mięśniowych zakwasów, sprawiających ból przy każdym poruszeniu Jurek nie zaznał jeszcze w życiu. Przed wyjazdem do  Sierakowa zamierzał odwiedzić w szpitalnym oddziale aresztu dochodzącą do zdrowia tancerkę. Dużo o dziewczynie myślał, lecz teraz, cały obolały postanowił odwiedziny odłożyć. „Przecież nie pokażę się jej jak zdjęty z krzyża”.   

    Koło południa podoficer dyżurny oznajmił Jurkowi, że ma się zameldować na dywaniku u mającego opinię bezwzględnego służbisty pułkownika Jana Olkowskiego – nowo mianowanego szefa UB na całą Małopolskę. Po przekroczeniu progu jego gabinetu  Jurek nie był w stanie przyjąć postawy zasadniczej.

    - Co wam jest, nie umiecie stanąć na baczność? – zdziwił się postrach wszystkich ubeków.  – Stoisz jakby ci ktoś do dupy wsadził szczotkę do czyszczenia sraczy.

    - Jestem trochę obolały obywatelu pułkowniku.

    - Spadłeś z konia? – zapytał złośliwie uśmiechnięty pułkownik.

    - Już ktoś zakablował, że jeździłem konno? – jęknął Jurek lekko pochylony jakby wykonywał czołobitny ukłon.

    - Ty nie rób sobie kurwa jaj. Dotarły do mnie  na temat twój i twojego dowódcy niedobre informacje. Bardzo niedobre. Zabraliście na obstawę kupę wojska i nie dość, że bez sensu, to jeszcze na oczach naszych żołnierzy zabawialiście się konną woltyżerką z obszarniczkami, gnębicielkami ludu.

    „Ten zidiociały stalinowiec jest gotów nam zaszkodzić” – nagle wystraszył się Sprytny.

    - Czy zdajesz sobie sprawę w jakim świetle przed żołnierzami – synami polskiego ludu – stawiasz naszą służbę dla ludowej ojczyzny? To jakbyście osrali etos czekistów. Teraz stąd wypierdalajcie, waszemu szefowi też się dostanie. Macie naganę i zapomnijcie przy wypłacie o premii.

    Mimo bólu całego ciała, Jurek zdenerwowany umniejszeniem zarobku, wykonał regulaminowo „w tył zwrot” i gdy ruszył w stronę drzwi zamarł słysząc krzyk pułkownika.

    - Wróć!

    Zaskoczony zobaczył łagodniejszy wyraz twarzy szefa UB.

    - Siadaj jeszcze na chwilę – pokazał ruchem głowy stojące przed biurkiem wyścielane miękką wykładziną krzesło.

    - Może złagodzę ci chłopie karę. Słyszałem o twoich zasługach. Major cię chwalił – mrużąc jedno oko pułkownik Olkowski nieznacznie się uśmiechnął. – Powiedz mi synu, ale to tak między nami mężczyznami.

    Jurek usiadł na foteliku zaskoczony łagodnym tonem bezwzględnego pułkownika. Szef jeszcze bardziej zmrużył oko, jakby celował z karabinu snajperskiego.

    - To jak, popierdoliliście przynajmniej te obszarniczki?

    - Nie no, obywatelu pułkowniku, mieliśmy służbowe obowiązki…

    - Wy mnie coś tu, że tak powiem – figlarnie uśmiechnął się gospodarz gabinetu. – To przez trzy godziny w gęstym lesie patrzyliście im w oczy i trzymaliście je za rączki? Zapomnieliście, co mają między nogami? He, he, he, he…

  

     

 

 

Rozdział 24  Aresztowania i sądowe mordy

 

   Dziewiętnastoletni kapral Ogniowców Krzysztof Załęski, mimo upływu trzech tygodni, nie zapomniał smaku ust Ireny Odrzywołkównej, całującej go na pożegnanie w wagonowym przedziale. Wieść o rozbiciu więzienia Św. Michała stała się głośna na Podhalu już nazajutrz po zatrzymaniu pociągu. Wtedy do młodego kaprala dotarło, że decydującą rolę w słynnej akcji odegrała Irena. To było logiczne, przecież to ona, pełniąc obowiązki strażniczki, wniosła do więzienia broń, przekazała uwięzionym akowcom, dzięki czemu rozbrojenie klawiszy poszło jak z płatka.  

    - Chcę ją udekorować Krzyżem Walecznych – zapamiętał słowa samego dowódcy oddziału Ognia, wygłoszone kilka dni po akcji na pociąg . „Więc spodobałem się bohaterce” – nabrał przekonania – po czym zapragnął ją odnaleźć.

    Podczas legitymowania Ireny dowiedział się, że jechała do Zakopanego, do rodziny towarzyszącej jej kobiety. W związku z tym postanowił odwiedzać mieszkającą w stolicy Tatr ciotkę. W czasie urlopów, udzielanych mu zwykle pod koniec tygodnia, gdy snuł się ulicami zaglądając do knajp słynnego górskiego kurortu, nie udało mu się zobaczyć bohaterskiej strażniczki. Wątpił już w sens kolejnego wyjazdu do ciotki, jednak gdy nadeszła trzecia sobota, postanowił wyruszyć po raz kolejny.  Do Białego Dunajca dotarł pieszo idąc z lasu, w którym stacjonował jego oddział. Następnie zabrał się okazją. Zatrzymał ciężarówkę dowożącą baranie skóry do zakopiańskich warsztatów kuśnierskich, wyrabiających kupowane przez turystów kożuchy i serdaki. Jak zwykle miał ze sobą broń, był w dopasowanym do smukłej sylwetki mundurze z naciągniętym na głowę czarnym beretem, ozdobionym orzełkiem z koroną i dwom belkami kapralskich dystynkcji.

    Nie miał pojęcia, że tego dnia odbywała się w Zakopanem wymiana władzy. Na dworcu kolejowym zatrzymał się monstrualny pociąg ze wzmocnioną grupą uderzeniową KBW, milicji i bezpieki. Patrolujący okolice dworca Ogniowcy, na widok zbliżającego się pociągu pancernego, najeżonego lufami kilku dział i wysuniętymi ze strzelnic karabinami maszynowymi, pośpiesznie się wycofali. Trzeba było poinformować pozostałych kolegów w mieście o pojawieniu się potężnych sił wroga. Nieco później doniesiono im, że za trzema segmentami pociągu osłoniętego pancerzami o grubości dwudziestu milimetrów doczepiono trzy wagony pasażerskie. Te, od pocisków broni maszynowej, zabezpieczono workami z piaskiem, a z okien przerobionych na strzelnice ziały otwory luf broni strzeleckiej. W sumie do stolicy Tatr dojechała kompania żołnierzy KBW oraz pluton milicjantów i bezpieczniaków. Takiej liczbie uzbrojonych po zęby wrogów, ludzie Ognia mogli przeciwstawić kilkunastu partyzantów, którzy dotąd wykonując zadania normalnie przynależne policji, zapewniali w mieście ład i praworządność. Ogniowcy, zgodnie z uprzednimi rozkazami, nie mieli podejmować walki z przeważającymi siłami, zdecydowali się więc opuścić miasto.

    Dwudziestoczterogodzinną przepustkę Krzysztof Załęski rozpoczął od wypicia kufla piwa w knajpie Harnaś, usytuowanej na dole Krupówek. Nawiązał rozmowę z dwoma nieznajomymi Ogniowcami uzbrojonymi w pepeszę i empi 40. Dyskutowali na temat broni. Załęski wytłumaczył poznanym kompanom dlaczego jego szybkostrzelny karabinek Sturmgewehr, może razić prawie na dwa razy większą odległość od ich broni strzelającej pistoletową amunicją.

    - Zobaczcie – wyjął z magazynka jeden pocisk. To jest nabój pośredni. Jest mniejszy od karabinowego, ale łuska ma prawie dwa razy tyle prochu co wasze kule pistoletowe. Mogę wysłać komucha do piekła prawie z pięciuset metrów.

    - Dasz potrzymać tą maszynkę? – zapytał jeden z młodych Ogniowców. 

    - Nabitej broni nie daje się do zabawy – odmówił Krzysztof podnosząc się z barowego stołka. – Dzięki chłopaki za towarzystwo, cześć – opuścił piwiarnię i ruszył już rutynowo w górę najsłynniejszej zakopiańskiej promenady z odrobiną nadziei, że może przypadkiem spotka wreszcie Irenę. Idąc rozglądał się i myślał już, by skręcić w stronę domu ciotki, gdy zaczepił go partyzant w góralskim kapeluszu i wojskowej bluzie, kierując w jego stronę lufę karabinu.

    - Chodź no tu żołnierzu. Masz szczęście, że nosisz niemiecką broń. Bo już chciałem do ciebie wygarnąć. Myślałem, że ty od nich, bo większość naszych dobrze znam.

    - O co chodzi? – zdenerwował się pobladły Załęski. – Od razu celować do swojego?

    Wówczas usłyszał o przyjeździe pancernego pociągu i potężnych sił śmiertelnego wroga.

    - Widzę, że idziesz na dół, to zajdź do Harnasia, tam siedzi dwóch naszych, trzeba ich ostrzec – Krzysztof poinformował partyzanta z karabinem.

    - A ty po co tam leziesz? – ruszył głową w górę, w stronę stacji kolejki na Kasprowy. – Zaraz tu do centrum wejdą duże siły KBW i bezpieki. Wycofujemy się do Doliny Kościeliskiej, tam będzie zbiórka.

    - Dzięki za ostrzeżenie, dołączę do was trochę później. Wpadnę  jeszcze na chwilę do rodziny. Znam miasto i wiem jak się wycofać.

     Z Krupówek Załęski skręcił w ulicę Orkana i znanym sobie przejściem postanowił dotrzeć na tyły bulwaru Dłuskich. Stamtąd miał szansę niespostrzeżenie dostać się do domu ciotki.

    W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na  dwukrotne szczeknięcie psa. Zwierz zaskowyczał, potem jeszcze raz płaczliwie szczeknął i zapiszczał. Kapral zdumiał się na widok machającego ogonem wyżła uwiązanego do latarni. 

    Ona tu jest! – zabiło mu mocno serce.

    - Aksel? – podszedł do psa i pogłaskał go po łbie. – Gdzie twoja pani? – stojąc przy psie radośnie machającym ogonem, rozglądnął się dookoła.

    Ruszył ku drzwiom mieszczącej się przy chodniku apteki. Irena Odrzywołek stała przy kasie.

    - Co za spotkanie – ucieszyła się po wyjściu na zewnątrz.

    Na jej twarzy pojawił się rumieniec.

    - Już myślałem, że pani nie spotkam.

    - No ale się widzimy. Ja też myślałam o panu. Pan chyba nigdzie się nie spieszy? – zwróciła uwagę na jego zaniepokojoną twarz.

    - Spieszyć się nie spieszę, ale muszę panią ostrzec. Pani idzie w tym kierunku? – pokazał palcem w kierunku obniżającej się drogi.

    - Tak, idę w kierunku targu.

    - Zarówno dla mnie jak i dla pani Zakopane stało się bardzo niebezpieczne – powiedział napiętym głosem.

    - Proszę mówić jaśniej o co chodzi?

    Opowiedział o przyjeździe pociągu pancernego, o dokonującej się właśnie wymianie władzy w stolicy Tatr.

    - Niebawem ukażą się listy gończe z pani podobizną, a nasze skromne siły wycofują się z miasta – powiedział i po odwiązaniu Aksela ruszyli w dół ulicy. – Jestem już trzeci raz w Zakopanem, ciągle liczyłem na spotkanie z panią, tymczasem teraz, kiedy wreszcie się udało, pewnie przyjdzie nam się rozstać.

    - Też po cichu wierzyłam, że pana spotkam – podniosła oczy na żołnierza i wzięła go pod pachę. – Nie zna pan jakiejś knajpki, w której moglibyśmy się na parę godzin ukryć, no i żeby była tam kameralna atmosfera – przytuliła się do ramienia kaprala i skierowała na niego zalotne spojrzenie – i jeszcze jedno mam na imię Irena: to już chyba wiesz. Pamiętam, ty jesteś Krzysztof.

    - Teraz Irenko wypadałoby, żebyśmy urządzili romantyczne pożegnanie.

 

* * *

 

     Nazajutrz był słoneczny wrześniowy dzień, wymarzony na górskie wycieczki. Wiał orzeźwiający ciepły wietrzyk delikatnie pieszczący nogi Ireny odsłonięte podwiniętą spódnicą. Krzysztof rozebrany do sportowej koszulki i szortów trzymał czule jej dłoń. Obydwoje siedzieli na przysuniętych do siebie leżakach na łączce za pensjonatem Rawa pod numerem czwartym przy Drodze na Wierch. Po razem spędzonej nocy milczeli, wiedzieli, że mają się wkrótce rozstać. Na Irenę czekała Pronobisowa z Akselem. Poprzedniego dnia ustaliły, że zaryzykują: do Poronina dojadą wynajętą góralską bryczką, a stamtąd pociągiem do Krakowa, udając zamożne wczasowiczki. Krzysztof dobrze znał teren i do oddziału postanowił dołączyć nocnym marszem. Na wypadek pojawienia się patrolu bezpieczniaków, gotowy do strzału karabinek Sturmgewehr, jedynie z zasuniętym bezpiecznikiem, położył i przykrył kocem z lewej strony leżaka. Zarówno z okien jak i  przeszklonej werandy drewnianego pensjonatu zbudowanego w stylu zakopiańskim oraz z trawnika, rozciągał się majestatyczny widok na Tatry i skalny masyw Giewontu.

    - Głupie przychodzą mi do głowy pomysły – odezwała się uśmiechnięta Irena głaszcząc serdecznym palcem wnętrze dłoni kochanka.  

    - Dlaczego od razu głupie? Może całkiem sensowne, a może nawet prorocze – przytulił się kapral ramieniem do ręki strażniczki.

    - Jeśli przewiduję jakąś przyszłość… i to pod wpływem widoku śpiącego rycerza – głową wskazała na bryłę Giewontu nazywanego powszechnie „śpiącym rycerzem” – nie jest to wizja wesoła.

    - Co twoje myślenie ma wspólnego z Giewotem i śpiącym rycerzem?

    - Przyszło mi do głowy, że za niedługo też przyjdzie mi na zawsze zasnąć. Tylko ja zniknę bez śladu, nie tak jak ten na wieki wyrzeźbiony chyba przez samego Boga pomnik rycerza – Irena spojrzała na Akowca. – Co nieco wiem o szacunku ubeków dla swoich ofiar. Psy się chowa z większym szacunkiem.

    Kapral także przez chwilę skupił wzrok na bryle Giewontu. Po czym odezwał się z powagą.

    - Jeśli rzeczywiście nie przeżyjesz, a mi się to uda przeżyć, to obiecuję: nie spocznę póki nie przykryje cię godne epitafium. A w mojej pamięci pozostaniesz na zawsze osobą kochaną i bohaterską.

 

***

 

    Z Zakopanego Irena udała się do Samsonowiczowej – kuzynki męża towarzyszącej jej kobiety – do Chorzowa na ulicę 3 Maja 13. Kuzynka nie wiedziała, że jej nowe lokatorki są poszukiwane przez bezpiekę. W tym czasie Irenie, jako zaprzysiężonej w więzieniu żołnierce, przydzielono do wykonania kolejne zadania dla Narodowych Sił Zbrojnych. Nie są znane szczegóły wykonywanych przez nią rozkazów. W październiku 1946 roku do Chorzowa przyjechał Pronobis, który przekazał Irenie dokumenty na nazwisko Czesława Gotlarczyk. Z nowymi dokumentami wyjechała do Gliwic, gdzie mieszkała z nieznaną jej wcześniej kobietą o imieniu Maria.  Wiadomo, że 5 listopada 1946 roku w mieszkaniu w Gliwicach odwiedził Irenę łącznik powołujący się na Pronobisa i przekazał jej polecenie wyjazdu do Wrocławia.  

    - Dlaczego do Wrocławia? – zdziwiła się zaniepokojona Irena. – Miałam inne zadanie – odpowiedziała domniemanemu łącznikowi. – Muszę się upewnić i zadzwonić do Pronobisa.

    Stała właśnie w poniemieckim urzędzie pocztowym i czekała na awizowaną rozmowę, gdy podszedł do niej mężczyzna w skórzanym płaszczu.

    - Obywatelka Irena Odrzywołek? 

    Irenie uderzyła do głowy krew. Zaskoczenie było tak kompletne, że zapomniała o schowanym w torebce, sfałszowanym dowodzie z tożsamością Czesławy Gotlarczyk.

    - Tak – wykrztusiła.

    Ubek złapał ją za przegub ręki i zatrzasnął na nim bransoletkę kajdanków.

 

    Pierwszym brutalnym przesłuchaniom poddano ją na komendzie w Gliwicach.

    - Gadaj reakcyjna kurwo, ile dolarów zapłacili ci za wniesienie do kicia broni – brzmiało jedno z pierwszych pytań, po sprawdzeniu daty urodzenia i imion rodziców.

    Irena spojrzała na ubeka i nie odezwała się. Fizjonomia śledczego, który ją przesłuchiwał wzbudzała w niej odrazę. Przypominała jej zboczeńca odwiedzającego szynk u Wilczka w Byczynie, w którym pracowała jako kelnerka, w pierwszych latach okupacji. Ów konsument złożył  jej kiedyś obrzydliwą propozycję.

    - Zapłacę ci górala jak przyjdziesz do mnie ze swoim chłopakiem i będziecie to robić na moich oczach.

    Dla Ireny słowa klienta o żółtawej cerze, którego twarz wydawała się nieustannie spocona, były o tyle szokujące, że była jeszcze dziewicą i wówczas jej doświadczenia damsko męskie ograniczały się do pocałunków.

   Podobny do pamiętanego zboczeńca, stojący przed nią ubek, przestąpił z nogi na nogę.

    - Co, nic nie powiesz? – wyrwał ją z zamyślenia głos śledczego i poczuła pod brodą drewniany kij, którym sadysta podniósł jej głowę.

    - To jak? Dobrze cię pierdolił ten bandycki porucznik z AK? Gdzie to z nim robiłaś? W składzie bielizny? Może rozbieraliście się na golasa i jebaliście na więziennym dachu? No?! To kto na kim leżał? Tobie czy jemu przygrzewało w dupę słoneczko?

    Zapadła na chwilę cisza. Dotarł do Ireny cuchnący oddech oprawcy. Wtedy widząc oblizującego w podnieceniu spierzchnięte usta śledczego, poczuła mdłości.

    - Nie będę zaspokajała pańskich obrzydliwych zainteresowań.

    W tym momencie po otrzymaniu uderzenia kijem w ramię poczuła potworny ból.

***

 

    Była strażniczka z więzienia Św. Michała zachowała niezłomną postawę, o czym świadczą jej zeznania: „Ponieważ wiedziałam, że większość więźniów, a z nimi Pronobis siedzą za zwalczanie obecnego ustroju Państwa Polskiego, tj. za pracę konspiracyjną skierowaną przeciwko obecnemu ustrojowi Polski, czym też zwalczali ten ustrój, nie mogłam się z tym pogodzić, aby ludzie za to siedzieli, ponieważ byłam również przeciwniczką obecnego ustroju Państwa Polskiego, wniosłam broń do więzienia, aby dopomóc tym ludziom w uzyskaniu wolności zdając sobie z tego wszystkiego dokładną sprawę jakie mogą nastąpić skutki za powyższy mój czyn”.

Oskarżenie brzmiało: „[…] w Krakowie udzieliła pomocy członkom nielegalnej organizacji NSZ, którzy usiłowali przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego przez to, że przyjęła od nich [broń] którą wręczyła więźniom [...] z wiedzą że broń ta ma służyć do gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy straży więziennej celem sterroryzowania ich i rozbrojenia oraz spowodowania ucieczki [...] przechowywała bez zezwolenia [...] broń [...] jako strażniczka więzienia [...] opuściła swoje stanowisko służbowe”.

Wyrokiem Wojskowego Sadu Rejonowego w Katowicach pod przewodnictwem Mieczysława Janickiego oskarżona Irena Odrzywołek została skazana na karę śmierci, utratę praw publicznych na zawsze i przepadek mienia. Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, argumenty o młodym wieku i robotniczym pochodzeniu Ireny Odrzywołek nie okazały się okolicznością łagodzącą. Wyrok wykonano 16 XII 1946 r. w Katowicach na trzy dni przed 21. urodzinami skazanej. Irena Odrzywołek została pochowana na cmentarzu w Katowicach-Panewnikach, co potwierdzają dokumenty parafii. Jednak jej grób, nawet w postaci symbolicznej, nie istnieje. Protokół wykonania kary śmierci stwierdza – „…po odczytaniu wyroku oddana została salwa karabinowa w wyniku, której skazana Odrzywołek Irena c. Józefa poniosła śmierć…Kilka dni później do więzienia w Katowicach, przy ul. Mikołowskiej, gdzie miała miejsce opisana egzekucja, przyszła młodsza siostra skazanej, Stefania ze świąteczną paczką. Funkcjonariusz nie chciał jej przyjąć i gburowato powiedział – „Ona nie potrzebuje”. Stefania nie bardzo zrozumiała, wyjaśnił, więc – „Ona nie żyje, paczki nie potrzebuje”. Wiadomość ścina dziewczynę niemal z nóg, miała wtedy 18 lat. Szybko wraca do Byczyny i powiadamia rodziców. W ten sposób najbliższa rodzina dowiedziała się o śmierci Ireny.

    Autor planu i dowodzący rozbiciem więzienia Św. Michała – Bolesław Pronobis, pseudonim Ikar, żył tylko jeden dzień dłużej od Ireny Odrzywołek. Po ucieczce trafił do sztabu  Józefa Kurasia  i zaproponował utworzenie pod swoim dowództwem samodzielnej kompanii w ramach Zgrupowania, złożonej z ludzi uwolnionych z krakowskiego więzienia. „Ogień” nie wyraził na to zgody. Wolał żołnierzy tych porozdzielać między poszczególne kompanie. Ikar jeszcze jakiś czas przebywał przy którymś z oddziałów „Ognia”, a następnie wyjechał do Chorzowa. Tam próbował nawiązać kontakt z oddziałem NSZ kpt. Henryka Flamego „Bartka”. Miał w tym pomóc kpt. Henryk Wendrowski, pseudonim „Lawina”, który okazał się być współpracownikiem UB. W drodze na spotkanie z nim Pronobis został otoczony przez sześciu tajniaków UB z automatami gotowymi do strzału. Aresztowanie miało miejsce 2 XI 1946 r. Ikar stał się ofiarą prowokacji, podobnie jak większość żołnierzy „Bartka”. 3 XII 1946 roku został skazany na karę śmierci chwilę po procesie Ireny. Wyrok na Pronobisie wykonano 17 XII 1946 roku, dzień po zastrzeleniu zaprzysiężonej przez niego na żołnierkę Armii Krajowej więziennej strażniczki.

    W historii sądownictwa trudno znaleźć tak szybko prowadzony przewód sądowy. W działaniu mordercy w todze Mieczysława Janickiego i innych funkcjonariuszy widać było niezwykły pośpiech, aby tych dwoje jak najszybciej postawić pod lufy plutonu egzekucyjnego.

    Zostali ofiarami, jednymi z tysięcy, na których dokonano zbrodni w majestacie prawa. Po latach, dla uczczenia wszystkich pogrzebanych ofiar ubecji na cmentarzu w katowickich Panewnikach, została ufundowana symboliczna mogiła oznaczona napisem – „Boże, jeśli o nich zapomnimy, to ty zapomnij o nas!”

    Nie wiadomo, czy losu Ireny nie podzielił jej kochanek kapral Krzysztof Załęski. Ale może ją przeżył i nie mógł znaleźć jej grobu. Zapewne jeśli bywał w Zakopanem, nie raz spojrzał na śpiącego rycerza skamieniałego w bryle Giewontu. Wtedy przypominając sobie rozmowę z Ireną, mógł przyklęknąć i odmówić Wieczne Odpoczywanie za duszę zamordowanej kochanki oraz niezłomnej bohaterki.

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 16.06.2018 10:50 · Czytań: 231 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 17.06.2018 13:50
Hej,

Ten fragment jest zupełnie inny niż poprzednie. Mniej, że tak powiem, odbiegający od tematu. Podoba mi się. I tym razem nie znalazłem nic, co by mnie "wybiło z rytmu". Brawo!

Cytat:
What does that idiot want from our Irena

Tutaj jest błąd. Powinno być: ... wants from us. Chyba, że specjalnie chciałeś, aby kobieta kaleczyła angielski. Druga sprawa, że przed Irena powinien być przecinek.
Cytat:
W chwi­li, kiedy Jurek zdej­mo­wał z krze­wów sza­lik zwie­rzę się ob­ró­ci­ło w stro­nę ko­biet i ma­jo­ra, wy­cią­gnę­ło szyję i par­sk­nę­ło po koń­sku.    - Icha, chaaa! Icha,chaaa!

Jakoś zawarcie w "dialog" parków końskich mnie tylko rozśmieszyło.
Cytat:
Che, che, che…

Wydaje mi się, że to powinno być przez samo H.
Cytat:
i jesz­cze jedno mam na imię Irena, to już chyba wiesz

Tu daj albo dwukropek po "jedno", albo myślnik.

A poza tym ta część jest bardzo dobrze napisana. Może poza ostatecznym szlifem. Chłopie, weź się bardziej do tego przyłóż i polikwiduj zbędne spacje, itp.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 17.06.2018 15:02
Mój drogi recenzent i korektor Antoś_Grycuk. Bardzo Ci dziękuję! W przerwie meczu Kostaryka-Serbia zdążyłem się zapozanać z Twoimi bardzo celnymi uwagami. Oczywiście poprawki naniosę.
Niezmiernie mnie cieszy, że pochwaliłeś tekst, że trafiłem w twoje gusta.

Nie jestem fanem football'u teraz jednk oglądając i podziwiając niesamowitą sprawność, technikę, szybkość i bojowość chłopaków z boiska nie dziwię się, że Świat kocha piłkę. Walczą jak Ci, o których piszę. Jak odważne chłopaki z AK, którzy w swym heroicznym i bezkompromisowym życiu zasłużyli na bycie idolami fanów wielu polskich piłkarskich klubów, na równi z kopaczami piłki.

Trudno nie podziwiać piłkarzy jak i tych, o których pisząc chcę, by utkwili w pamięci Czytających.

Antosiu, jak zawsze Wielkie Dzięki,
Serdecznie pozdrawiam Kaz
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Carvedilol
21/09/2018 12:14
Asocjacjo Bardzo fajny wierszyk Morał fajny - srocza… »
Darcon
21/09/2018 10:09
Marcine, proszę, abyś nie wrzucał dwóch fragmentów w tym… »
Asocjacja
21/09/2018 09:46
Pani Jolu, dzięki Pani sugestiom nawiązałam do… »
JOLA S.
21/09/2018 09:24
No i jest złodziejka. :) Humor w wierszyku subtelny,… »
mirmur
20/09/2018 22:41
Zgadam się całkowicie z Hultajem. Tak sobie myślę, że jakby… »
mirmur
20/09/2018 22:28
:smilewinkgrin: Tak. To wilki są wszystkiemu winne. »
Abi-syn
20/09/2018 21:57
Wpisuję komentarz po zerknięciu do Galerii - tam obrazy… »
Lukaka
20/09/2018 21:29
Fajny wiersz, chyba jednak Ci zależało na tej osobie i to… »
Lukaka
20/09/2018 21:26
Śliczne :) »
stawitzky
20/09/2018 20:43
Darcon Redaktorze, bardzo mi miło, ślę uściski! »
Darcon
20/09/2018 20:33
Bardzo dobry i mocny tekst, Stawitzky. I pisząc… »
Dobra Cobra
20/09/2018 20:22
Ale powiedz chociaż, czy jesteś za narodową płacą minimalną,… »
stawitzky
20/09/2018 19:57
skroplami Odjęło mi mowę. Dziekuję. Aż się… »
skroplami
20/09/2018 19:42
Obleśne i obrzydliwe :)? Nie, to codzienność. Nie jeden z… »
Jacek Londyn
20/09/2018 13:09
Pobawmy się razem, proszę zerknąć do skrzynki pocztowej.:) »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/09/2018 11:11
  • To już ostatnie godziny, by wziąć udział w konkursie: [link] :)
  • mike17
  • 20/09/2018 13:30
  • Tu podaję konkursowe namiary : [link]
  • mike17
  • 20/09/2018 13:29
  • Jeszcze 10 dni pozostało na nadsyłanie prac do MUZO WENY 6, konkursu dla prozaików, gdzie piszemy miniaturkę pod wybrany utwór muzyczny. Serdecznie zapraszam i czekam na Wasze prace :)
  • mike17
  • 19/09/2018 22:55
  • Aniu, ponieważ pisaliśmy naraz komenty, uzupełniłem moją odpowiedź dla Ciebie :)
  • JOLA S.
  • 16/09/2018 09:48
  • Stawitzky, dzięki i dobergo dnia :)
  • JOLA S.
  • 14/09/2018 14:47
  • Yitopaz, możesz cały tekst podmienić, wytnij i wklej od nowa, nie będzie przechodził przez maszynkę Redakcji. :)
  • mike17
  • 13/09/2018 18:02
  • A tu informacja konkursowa : [link]
  • mike17
  • 13/09/2018 18:01
  • Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie w prozie MUZO WENY 6, gdzie inspiracją jest muzyka, na podstawie której należy napisać miniaturkę i wysłać mnie. Czekają atrakcyjne nagrody :)
  • Esy Floresy
  • 11/09/2018 22:24
  • Czas ucieka coraz szybciej, zostało 10 dni. Łapcie, więc za pióra i nadsyłajcie wiersze na konkurs :) [link]
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:alice1185wa4
Wspierają nas