Miasteczko C, część II, rozdz 2, Ciocia Gienia - urynofilka - Gatsby
Proza » Obyczajowe » Miasteczko C, część II, rozdz 2, Ciocia Gienia - urynofilka
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

   Ciocia Gienia - urynofilka

 

   Ciocia Gienia była młodszą piętnaście lat siostrą matki. Już we wczesnym wieku opuściła naszą wioskę, bo jak zawsze powiadała, ta ją ograniczała i negatywnie oddziaływała na psychikę. Początkowo mnie to dziwiło, ale z biegiem czasu zrozumiałem jej posunięcie. Wiocha, w tamtych czasach (obecnie również) nie posiadała żadnych aspektów estetycznych, rozrywkowych, czy kulturalnych. Kościół, bar od Nowakówny, delikatesy Stary Świat, kilka dróg żwirowych, jedna asfaltowa, dworzec kolejowy przy nim kilka kamienic i wszystko to otoczone polami, stawami i lasami.

    Zamieszkała w Większym Mieście i została w tamtejszym szpitalu pielęgniarką.

    Była najlepszą, najszybszą i najstaranniejszą oddziałową.

   Wojowała igłami, cewnikami, ssakami, kaniulami dożylnymi, wziernikami analnymi oraz gruszkami do lewatywy. Ta ostatnia sprawiała jej najwięcej frajdy i zadowolenia z wykonywanej pracy. Nie pokazywała jednak tego jawnie, ale wierzyła, że za pomocą lewatywy można wyleczyć każdą chorobę. Każdą, bez wyjątków. Tak więc, gdy pacjent cierpiał na zaparcie stolca – wykonywała lewatywę, gdy miał zgagę – wykonywała lewatywę, gdy miał dreszcze i zimne poty – wykonywała lewatywę, płucząc odbytnicę cieplutką wodą, bo przecież ta podwyższy choremu temperaturkę… Cieszyła się z tego jak dziecko i jak nic innego, wykonywała tę czynność z olbrzymią pasją.

    Kiedy lewatywa nie pomagała, bo pomóc, zdroworozsądkowo nie mogła zawsze, to biegła do lekarza i jak nakręcona apelowała o kolonoskopię dla pacjenta… Lekarze początkowo ignorowali jej uwagi, następnie zastanawiali się czy mówi serio, później żartowali, bo jednak siostra z długoletnim stażem, więc na pewno żartuje. Gdy już tych żartów było sporo, a nasilały się one z każdym dniem, patrzyli na nią ze strachem, współczując w duchu tym biedakom na oddziale.

    Nawet była u ordynatora na rozmowie, ale wróciła jeszcze bardziej podładowana...

    Nawet miała zostać przeniesiona na poziom minus jeden, do prosektorium, ale nic sobie z tego nie robiła, bo jak powiadała – I tych nieżywych trzeba oporządzić…

    Koleżanki współczuły pacjentom, lecz pomimo współczucia, poczucie humoru przeważało szalę i z przyjemnością odstępowały jej pacjentów, którym należało zrobić rzeczy, które tak bardzo kochała.

   - Gienia! Wypróżnij tego w środku…

   - Zacewnikuj tego bez ręki…

   - Temu Mareczkowi trzeba wenflon wkłuć, bo już po badaniach i będą mu łamać nos o szesnastej…

   - Wiesz, która to ta Baśka z ostatniej sali? Zaaplikuj jej zastrzyk w dupsko, bo ty masz do tego rękę a ona się rzuca, jakby popierdolona była, czy coś… Weź jej to tak wbij, by następnym razem wiedziała czego się boi…

   Potem podładowana przez kumpele, z zaciętym wyrazem twarzy i z prześwitującym wzrokiem poszła do Baśki, położyła ją na plecach, i lamentującej, i wzdychającej do wszystkich świętych zaaplikowała iglisko w środeczek sflaczałego, pokrytego pieprzami pośladka.

   - No moja droga – zaczęła, patrząc z politowaniem na pacjentkę. – Ile ty masz lat?

   - A co to ma do rzeczy? – wystękała płaczliwie.

   - A no to, że mając pięćdziesiątkę na karku, nie powinno się zachowywać jak małe dziecko!

   - Ale mnie boli…

   I cioteczka, upewniwszy się, że nikt nie słucha, że część wyszła z sali a ci, co zostali śpią, nachyliła się nad wypięta pacjentkę i do ucha siarczyście syknęła:

   - A chuj cię w dupie nie bolał?

   - Siostro, jak możesz!

   - Mogę! Ja wszystko mogę i siedź cicho! – Wejrzała na nią i powolutku, naumyślnie, wkłuwała igłę w jej pośladek a następnie, opróżnioną bezceremonialnie wyciągnęła.

   - Auuuu – jęknęła, lecz nie odważyła się odezwać.

   Przed każdym kolejnym zastrzykiem, modliła się, by cioteczki nie było na dyżurze. Raz nawet, by uchronić się przed zastrzykami, przesiadywała cały dzień w toalecie z nadzieją, że się cioteczce skończy dyżur i pójdzie do domu. Niedoczekanie jej!

   Ciotka moja nie była głupia i wyczaiła co Basieńka robi, co odpierdala, by się w jej ręce nie dostać.

   Żeby pokrzyżować plany nikczemnej chorej, stanęła przed kiblem i przytykając usta do drzwi, pożegnała się z koleżankami, że niby idzie do domu i wróciła na dyżurkę. Usiadła tak, by jej nikt tam nie wypatrzył i czekała. Minuta minęła, druga, trzecia aż w końcu drzwi się otworzyły, cup, cup, cup i uciekinierka wróciła do sali. Cioteczka odczekała jakiś czas, naszykowała wszystko, co potrzebne, spirytus, wacik, zastrzyk i poszła wkłuwać. Gdy otworzyła drzwi to Basieńce się wszystkiego odechciało. Oczy wybałuszyła, coś burknęła pod nosem, przeżegnała się i momentalnie legła na brzuchu, wypinając lekko tyłek.

   Pomimo jej diabolicznego charakteru bardzo się lubiliśmy.

   Często nas odwiedzała. Przychodziła do mnie do pokoju i gadaliśmy o wszystkim całe popołudnia. Nie było tematu tabu…

   I w pewnym momencie, właśnie przez brak tematu odkryła przede mną swe wnętrze. Swoją ciemną stronę.

   - Wiesz Łukaszku, jest pewne lekarstwo na wszystko – ściszyła głos i zerknęła czy drzwi w moim pokoju są zamknięte. – Moglibyśmy matkę podleczyć…

   - To nie będzie proste. Matka nie łyknie żadnego leku.

   - Dlaczego? – spytała. – Nie leczy się? A jak zachoruje?

   - Też nie! Ma swoje ziółka nasuszone i z nich w razie czego zaparza herbatki…

   - Przecież nie wszystko wyleczy ziołami…

   - No nie. – Zrobiłem zrezygnowaną minę. – Ale co mam poradzić?

   - Dziwna kobieta…

   - Jakie masz lekarstwo? – spytałem po chwili i wlepiłem wzrok w ciotkę. – Ze szpitala pewnie?

   - Ach, skądże – zaprzeczyła. – Jest taka metoda, po której odchodzą wszelkie dolegliwości. Znakomity lek. Wypłukuje z organizmu wszystkie toksyny i drobnoustroje.

  - Tylko jak my to matce podamy? – spytałem, nie znając się na rzeczy. – Ona tego nie połknie!

   - Spokojnie. Ten lek jest w formie cieczy…

   Ucieszyłem się. Ciecz daje większe możliwości manewru. Oczyma wyobraźni już opracowywałem plan jak matce dolewać tego lekarstwa do napojów. Na pewno by się nie zorientowała!

   - Super! Ile takie coś kosztuje?

   - Nic Łukaszu. Ta terapia polega na piciu moczu…

   W tym momencie uśmiech zszedł mi z twarzy. Myślałem, że mówimy o jakichś kropelkach, które jak Amol, Propolis, czy chociażby nawet chińskie afrodyzjaki zwiększające ochotę seksualną, łatwo zmieszać na przykład z herbatą i wypić.

   Wejrzałem na nią jak na jakąś niespełna rozumu.

   Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wypytał o szczegóły.

   - Ale jak mam łapać jej mocz i go jej podawać do picia, by się nie zorientowała?

   - To będzie trudne, zawsze możesz użyć swojego…

   - Mojego?

   - A czemu by nie? To może być twój mocz lub babci…

   - Aha. – Zabrakło mi słów.

   - Tylko pamiętaj, musi być to ranny mocz!

   - Czyli odlewam rankiem do butelki i gdy matka nie widzi, to wlewam jej do herbaty?

   - Otóż to…

   - Stosujesz to na sobie, rozumiem?

   - Tak i na pacjentach.

   - W szpitalu?

   - Tak. – odpowiedziała jakby nigdy nic. – Poleciłam takiej Jadzi i pije już drugi miesiąc. Mówi, że efekt zniewalający. Uzależniła się wręcz! A Urszula od roku nie ma problemów z zatokami…

   - Tobie, w czym to pomogło? – przerwałem.

   - Od dawna walczyłam ze stanami depresyjnymi i nic nie pomagało… Postanowiłam spróbować tej metody i szczerze mówiąc czuję się świetnie. Nic mi nie dolega, jedynie to strasznie uzależnia.

    Słuchałem, co mówiła a mówiła jeszcze wiele i długo. Miałem dosyć. Mało brakowało, a bym na nią zwymiotował. Ciekawe, czy była by chętna na wymiototerapię i swoisty wymiotobalsamik na cerę? Masakra! Ona była u nas w domu i piła z naszych szklanek. Na pewno poszła do toalety, podstawiła szklankę, zaczerpnęła świeżego moczu i poskromiła pragnienie.

   Jeszcze mnie namawiała, bym matce aplikował swoje siuśki albo co gorsza babczyne!

   Co by było, gdyby się od nich uzależniła albo dowiedziała, że ją tym poję?

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gatsby · dnia 24.06.2018 19:02 · Czytań: 122 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
Darcon dnia 24.06.2018 19:05
Bardzo sprawnie i lekko napisana obyczajówka. Masz do tego rękę. Wiarygodne dialogi, płynnie przeplatające się z tekstem. Charakterystyczna bohaterka. Jak widać wejściówka z lewatywką to tylko wstęp do naturalnej urologii. :) To po jednym, mocznym. ;)
Cóż dodać, podobało się.
Pozdrawiam.
AntoniGrycuk dnia 24.06.2018 19:34
Tak...
Czytałem całość z uśmiechem. Nie ze śmiechem, ale właśnie z uśmiechem.
Miałbym jednak sporo zastrzeżeń do formy. Pojawiła się cała masa błędów interpunkcyjnych, ale i, co gorsze, ORTOGRAFICZNYCH. Trzeba o to zadbać, bo widząc np.
Cytat:
ode chcia­ło

ręce opadają. I gdyby nie te błędy, to uznałbym tekst za bardzo dobry, może nawet świetny, a tak jest przeciętny.
Jednak historia wciąga, napisana po ludzku, bez zbędnych udziwnień, językiem dość ładnym. No, może czasem przydałaby się zmieniona kolejność słów, bo trochę razi.
Zobaczymy, jak będzie dalej.

Pozdrawiam
Gatsby dnia 25.06.2018 21:21
Dziękuję Wam za tak pozytywne komentarze!
Miałem już ochotę odstawić ten tekst w najgłębszy folder w komputerze, bo momentami mnie przerastał.
Odnośnie błędów, to wiem że jest ich mnóstwo. Zawsze znajduję nowe gdy powracam do tekstu a Word wcale nie pomaga w ich wychwytywaniu.

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
15/07/2018 23:12
Dzięki, Grzesiu. Bardzo mi miło. Macie rację, puszczam w… »
GregoryJ
15/07/2018 22:48
Ładny obrazek nam odmalowałaś, Jolu. Wejście z przytupem, że… »
allaska
15/07/2018 22:00
Bardzo mi się podoba ostatnia cząstka z puenta :) Pozdrawiam »
MP642
15/07/2018 19:37
Miało być szalone :) Dziękuję za ocenę i komentarz. »
Dobra Cobra
15/07/2018 16:07
Mimo wszystko nie poddawaj się smutkowi, ani nie stawaj się… »
JOLA S.
15/07/2018 15:59
Są piękniejsze słowa na tej pustej kartce. »
Dobra Cobra
15/07/2018 15:51
»
JOLA S.
15/07/2018 15:38
Nie wiem, ile tutaj zostanę, nie sposób przewidzieć i nie… »
Dobra Cobra
15/07/2018 15:29
Nie od dziś wiadomo, że największym przyjacielem kobiety… »
Dobra Cobra
15/07/2018 15:22
A ajawiem (!) :) - tak długo, jak starczy kasy, hihi.… »
JOLA S.
15/07/2018 13:50
Kamyczku, wielkie dzięki za wszystko. Serdeczności :) »
kamyczek
15/07/2018 13:02
Jolu S, wróciłaś że swoją prozą, no i świetnie! Podoba mi… »
Lilah
15/07/2018 12:42
Alu, sprawiłaś mi radość swoim komentarzem. Dziękuję Ci i… »
Florian Konrad
15/07/2018 12:37
Dzięki. nie popadnę, chyba :) »
Florian Konrad
15/07/2018 12:36
nie skończę, nie ma tabsów hahahahhaha rutinoscorbinem się… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 15/07/2018 16:06
  • Piękna wakacyjna pjosenka na dobre popołudnie: [link]
  • allaska
  • 14/07/2018 22:23
  • Dziś marmolada z papierowek, kłótnie przy stole z synem, kto zrobił najładniejszą bułkę z marmolada, a kto najbrzydszą :) czyli samo życie:)
  • Niczyja
  • 10/07/2018 19:57
  • Po wysłuchaniu całości zgadzam się z Tobą. Pozdrawiam również.
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:BlueRiver
Wspierają nas