Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 25 i 26 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 25 i 26
A A A
Od autora: Kreując głównego bohatera, przywiązałem się do niego. Mam na myśli Jurka Wołczeckiego - Sprytnego. Przyznam się, że jestem trochę w kropie. Jednak jest ubekiem, a bynajmniej nie zamierzam wybielać tej zbrodniczo zniewalającej Polaków formacji.
Kiedy po raz pierwszy postanowiłem o nim pisać miałem w pamięci prawdziwego pamiętanego esbeka i nie był to człowiek sympatyczny.
Tu nadaję mu ludzkie cechy, zakochuje się w torturowanej żołnierce AK. Mało prawdopodobne, ale zdarzały się i takie paradoksy. Życie potrafi płatać figle.
Więc póki co, podporucznik UB, mimo że popełnia już czwarte morderstwo, jest postacią, można rzec, pozytywną. Jednak "panta rei" - czas ludzi zmienia.
W poniższych dwóch rozdziałach, niejako usprawiedliwiam z zimną krwią zaplanowane zabójstwo.

Napiszcie, czy wciągnęła Was akcja?
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

Rozdział 25  Miłosne zawirowania

 

    Funkcjonariusze UB - władcy życia i śmierci pojmanych lub wezwanych na przesłuchania, daną sobie władzę wykorzystywali bezwzględnie i coraz skuteczniej. Nie mała w tym zasługa ich nauczycieli z NKWD.

Wezwanie na UB wywoływało w przeciętnym obywatelu przerażenie i to często większe niż konieczność stawienia się na Gestapo za czasów niemieckiej okupacji. Urząd Bezpieczeństwa był instytucją, która doświadczenie NKWD z całą mocą grozy zasiewanej wśród obywateli ogromnego Związku Radzieckiego przeniosła na grunt polski. Pomagało to przeistaczać Polskę w kraj kontrolowany przez władzę, której mackami i czujkami stawała się sieć donosicieli. Przypadki odmowy zeznań zdarzały się coraz rzadziej – najczęściej z powodu śmiertelnego zejścia torturowanej osoby.

    Dla doświadczonego doradcy z NKWD, radzieckiego kapitana Nikity Sawczenki, początkowe trudności z wymuszaniem zeznań przez polskich ubeków wydawały się łatwe do pokonania. Nawet jeden z najbezwzględniejszych śledczych krakowskiej katowni – ten który nieomal pozbawił życia i przy okazji zgwałcił tancerkę Janinę Hagowską – początkowo nie radził sobie z pozyskiwaniem zadowalających zeznań od poddawanych torturom aresztantów. Człowiek ten, gdyby jego sadystycznych instynktów nie wykorzystano do wykonywania obowiązków ubeckiego oprawcy, mógłby zostać z powodzeniem seryjnym mordercą. Ów sadysta, z zamiłowaniem torturował przesłuchiwanych. Pełnię psychopatycznej pasji uwolnił z niego delegowany do krakowskiego UBP radziecki doradca. Udzielił mu praktycznych wskazówek, po których w polskim śledczym zanikły jakiekolwiek moralne hamulce. Krakowscy ubecy nie wiedzieli, że kapitan Nikita Sawczenko jako trzynastoletni chłopiec w roku 1919 był przywódcą bandy dzieci uprawiających kanibalizm. W czasie porewolucyjnego głodu patrol czekistów złapał go wraz z grupą wynędzniałych chłopców piekących w ognisku odrąbaną toporkiem rękę leżących w pobliżu zwłok kobiety. Czekiści zastrzelili jego rówieśnika – przyjaciela Sawczenki – który nie przestając żuć kawałka ludzkiej pieczeni oddawał się nekrofilii, odbywając na kobiecych zwłokach stosunek płciowy. Trzynastoletni herszt i pozostali chłopcy mieli szczęście, uniknęli rozstrzelania. Zostali zamknięci w więzieniu, z którego po ponad roku przeniesiono ich do obozu pionierskiego. Otoczono ich wychowawczą opieką według programu słynnego pedagoga Antona Semionowicza Makarenki, wierzącego w możliwość wychowania wartościowego komunisty nawet z najbardziej zdemoralizowanej jednostki. W sowieckiej Rosji powstało wiele pionierskich placówek, których paramilitarny program przypominał powstałe później internaty Hitlerjugend w Niemczech, kształcące narybek żołnierzy SS. Młodzież ukształtowana w pionierskich ośrodkach radzieckich stanowiła również trzon elitarnych gwardyjskich dywizji NKWD. Polscy oficerowie mieli nieszczęście spotkać się z enkawudzistami w Starobielsku, Miednoje i Ostaszkowie – tam, kiedyś wychowywani w pionierskich  obozach żołnierze wykonywali masowe wyroki strzelając Polakom w tyły głów.

   Śledczy o sadystycznych instynktach pamiętał dobrze pierwszą lekcję udzieloną mu przez radzieckiego doradcę.

   - Czto, on nie chaczit gawarit? – zdziwił się kapitan – radziecki delegat do krakowskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, kiedy złapany akowiec, mimo dotkliwego pobicia milczał jak głaz.

    - Smatri tawariszcz – zwrócił się do osiłka, który nie mógł z jeńca nic wycisnąć.

    Podszedł do stołu, na którym leżały nahajki, drewniane pałki z brązowymi śladami krwi poprzednio torturowanych więźniów, były szczypce do wyrywania paznokci i nietypowe dużej wielkości kleszcze zakończone czymś w rodzaju prawie płaskich stalowych łyżek.

   - Eta do zgniatania jajców – nie znający rosyjskiego śledczy pokazał palcem na własne krocze i wykonał gest jakby  w dłoniach ze straszną siłą chciał coś zdusić.

    - Paniał – zrozumiał enkawudzista. – No pasmatrim. Na? Budiesz gawarit, ili niet? – zwrócił się z groźną miną do więźnia z  zamkniętym przez obrzęk okiem  i drugim rozbieganym z przerażenia.

    Pobity więzień zaczął się intensywnie pocić.

    - Dierżitie jewo – rozkazał polskim oprawcom.

    Akowiec zaczął sapać i zgrzytać zębami.

    - Szkoda sił, musimy ptaszka przywiązać do stołu. Nie utrzymamy go – powiedział drugi polski ubek, także szkolony przez enkawudzistę.

    - Spakojno – Rosjanin obszedł od tyłu siedzącą na środku pokoju ofiarę, jakby szukał czegoś za jej plecami.

    Znienacka wyprowadzony przez niego zamachowy cios wywołał dźwięk podobny do uderzenia rzeźnickim toporem w bryłę schabu z kością. Akowiec wstrząśnięty mocą uderzenia osunął się nieprzytomny na podłogę. Chwilę później na przywiązanego do stołu Akowca „nauczyciel” wylał pół wiadra wody.

    Straszny krzyk, po pierwszym zaciśnięciem kleszczy na jądrach, był ostatnim krzykiem protestu.

    - Poddaję się – wycharczał. – Powiem wszystko co chcecie – dodał słabym głosem.

 

***

   

    Od czasu niefortunnej konnej przejażdżki Jurek tylko raz odwiedził dochodzącą do zdrowia tancerkę Janinę Hagowską. Mimo, że pragnął być przy niej jak najdłużej, zdecydował się wpaść jedynie na krótką chwilę. Zdawał sobie sprawę, że nie nakłoni jej do zeznań, którymi mogłaby obciążyć Ogniowców. Wiedząc jak tragiczne będą dla niej efekty milczenia z kwaśną miną wykrztusił komplement.

    - Wraz z wracającym zdrowiem jest pani coraz ładniejsza – stał chwilę niezdecydowany koło jej pryczy, po czym wyjął z kieszeni pół tabliczki czekolady oraz zawinięty w gazetę kawałek suchej kiełbasy i wsadził wiktuały pod jej poduszkę. – Proszę wybaczyć, że tak nieelegancko to podałem.

    - Ależ proszę pana, toż to rarytasy. Nie wiem jak panu dziękować.

    - Nie musi pani dziękować – powiedział prawie opryskliwie. – Po prostu próbuję uciszyć wyrzuty sumienia. W końcu przeze mnie pani tu trafiła.

    Pochylił się nad dziewczyną i delikatnie położył rękę na jej dłoni.

    - Tak się pan mną przejmuje?

    - Co mogę pani powiedzieć? Dalej snuć banialuki jakie to miałem życiowe zawirowania? Co to warte skoro nie mogę pani pomóc. Postaram się wpaść pojutrze – bąknął pod nosem i obracając się tyłem do więźniarki ruszył w stronę drzwi.

    - Przykro mi, że mój widok tak popsuł panu nastrój – dogonił go głos tancerki.

 

***

 

    Następnego ranka Jurek Sprytny był mówiony z donosicielem o pseudonimie operacyjnym Kleofas. Mieli się spotkać w zakonspirowanym przez UB mieszkaniu w Rynku, do którego wchodziło się przez bramę sąsiadującą z bramą jeszcze do niedawna sowieckiej komendantury miasta.

    Jurek wysłuchując donosów Kleofasa z trudem silił się na obojętność, maskował pogardę jaką żywił do siedzącego przed nim, uzależnionego od alkoholu kapusia. Donosiciel był spocony i sprawiał wrażenie niedomytego. Od czasu, gdy sam bywał pensjonariuszem zakładów karnych, wiedział jak więźniowie traktują konfidentów. Mocno wryło mu się w pamięć do jakiego upodlenia doprowadzano w więzieniach osoby kolaborujące z organami śledczymi. Pamiętał cwela wyzutego jakichkolwiek walorów człowieczych w więzieniu na ulicy Montelupich. Za donosicielstwo wybito mu oko, połamano nos i został zbiorowo zgwałcony. Później poniżany przez wszystkich sam się dopraszał, by chciano go wykorzystywać seksualnie.

     Tym razem Sprytny ożywił się, gdy Kleofas, cieszący się zaufaniem dowódcy drugiej kompanii Ogniowców kapitana Stefana Ostaszewskiego pseudonim „Rysiek”, operującej w rejonie Zakopanego i Kościeliska, oznajmił, że może ujawnić miejsce ukrycia magazynu broni. Wiadomość poruszyła Jurka – „przecież do drugiej kompanii należała tancerka Hagowska”!

    - Drogi oficerze – kapuś opowiadał z przymilnym uśmiechem. – Czego tam nie ma?! Pięć skrzynek trzonkowych niemieckich granatów, trzy karabiny maszynowe, chyba dwadzieścia mauzerów, pistolety maszynowe, amunicja. Można by uzbroić kompanię wojska.

    - Ktoś tego pilnuje?

    - Teraz jak opanowaliście Zakopane, chyba nie. Magazyn jest pod ziemią.

    - W takim razie jutro tam pojedziemy. Pokażesz mi to miejsce, muszę mieć pewność, że broń tam jest.

    W tym momencie Jurkowi przeszedł przez plecy dreszcz – w głowie błysnął diabelski pomysł. „Może jest szansa, żeby uratować tancerkę”! Zacisnął zęby starając się, żeby konfident nie dostrzegł jego nagłego ożywienia. Słowa, które skierował do Kleofasa wycedził wolno.   

    - Zapamiętaj – spojrzał groźnie na donosiciela. – Na razie poza mną nikt o tym nie może się dowiedzieć. Jak będzie tam broń, załatwię dla ciebie bardzo dużą premię pieniężną. Ale musisz wiedzieć, jak się wygadasz to kula w łeb – odchylił Jurek marynarkę pokazując visa zawieszonego w kaburze na szelkach.

        

 

    Po powrocie na komendę Jurek nie poinformował szefa o okolicznościach nabycia cennej informacji. Jedynie tajemniczo zaznaczył, że pracuje nad pewnym tropem i niebawem złoży o tym meldunek.

    Tej nocy Sprytny nie mógł zasnąć. Już w chwili, kiedy usłyszał o magazynie broni, ponownie, pierwszy raz od dawna zaczął snuć w myślach plan dokonania morderstwa. Przewracając się z boku na bok, myślał o tancerce. Zasnął nie wiedząc kiedy i na jak długo. W trakcie sennych majaków wydało mu się,  że ciągnie Janinę za rękę, a za drugą szarpie ją zwyrodniały śledczy, który chcąc ją ponownie zgwałcić chytrze się uśmiecha i puszcza do niego oko. Obłapia dziewczynę, która jest tak pobita, że przez obrzęk zakrwawionej twarzy trudno ją rozpoznać. Półprzytomny Jurek wymacał pod poduszką visa, zerwał się na łóżku do pozycji klęczącej i przeładowując pistolet wrzasnął.

    - Zabiję cię skurwysynu!

    Wtedy dotarło do niego, że jest w swoim pokoju, a dookoła panuje czarna noc. Opuścił nogi z łóżka, oparł łokcie na kolanach i po zabezpieczeniu broni chłodną oprawę lufy przyłożył do rozgrzanej twarzy. Już nie miał wątpliwości – „Kurwa mać, zakochałem się jak idiota w ślicznotce”. Jedyną możliwością, żeby ją uratować było zastrzelenie Kleofasa. „On musi zniknąć. Ale gdzie ukryć zwłoki” – zastanawiał się. „Musi przedtem pokazać mi miejsce, gdzie jest broń.  Będę musiał wmówić Pachcicowi, że tancerka przekazując informację o ukrytym arsenale potwierdziła wolę współpracy. Czy Janina zgodzi się złożyć podpis pod lojalką? Czy da się przekonać, że to z jej strony zwykła formalność, a nie żadna forma kolaboracji z komuchami? Chyba ma zdrowy rozsądek i dociera do niej, że jak nie przyjmie mojej propozycji to ją wykończą”.

    Nazajutrz od razu po przyjściu do pracy skierował się do gabinetu majora Szlachcica. Opowiedział o pozyskaniu niesprawdzonej informacji o magazynie nielegalnej broni. Wyjaśnił, że musi się upewnić co do miejsca ukrycia magazynu i uzyskać pomoc.       

    - To co? Mam ci przydzielić pluton ochrony? Chyba rozumiesz, że to będę musiał uzgodnić z pułkownikiem. Muszę znać najdrobniejsze detale twojego przedsięwzięcia.

       - Wcale nie potrzebuję obstawy. Już raz mi pan zaufał – Sprytny podniósł śmielej oczy na szefa. – Gdyby nie moja poprzednia delegacja do Zakopanego, nie znalibyśmy tak dobrze ruchów Ognia. Dzięki mnie pracuje dla nas Teściowa. Muszę jednak dysponować przynajmniej trzema tysiakami, oczywiście do rozliczenia. Przecież szef rozumie, kto nie smaruje, ten nie jedzie. 

    - No dobra, zaryzykuję – major Pachcic groźnie spojrzał na twarz Jurka. - Masz moją zgodę.

    Odwrócił się w stronę kredensu, uchylił dolne drzwiczki i po otwarciu dwoma kluczami przykutej grubym łańcuchem do muru pancernej kasetki, odliczył wymienioną przez podwładnego sumę.  

     Chwilę później Sprytny zdziwił się widząc znajomą twarz nadzorującego areszt i lazaret dawnego kompana. Pojawił się w rozwartych nagle drzwiach do obszernego pokoju, w którym miał swoje biurko, a pomieszczenie dzielił z dwoma oficerami dochodzeniowymi. Razem ze znajomym, teraz zachęcającym go przywołującym ruchem ręki do wyjścia na korytarz, przed ponad rokiem podjęli pracę w UB. Łączyły ich wspomnienia napadów rabunkowych, którymi dowodził Jurek. Nadzorca  aresztu, był zdenerwowany.

    - Chodź na chwilę – przynaglił wstającego z krzesła Sprytnego.

    Gdy znaleźli się na korytarzu dawny podwładny opowiedział Jurkowi, że właśnie odmówił  śledczemu sadyście wyprowadzenia chorej tancerki na kolejne przesłuchanie.

    - Szkoda dziewczyny, ty byłeś u niej parę razy i ona jakby zdrowiała, przed chwilą ten skurwysyn, co ją tak skatował, chciał ją znowu wziąć na tortury.

    - Kurwa mać, bydlakowi chce się pierdolić. Już raz ją zgwałcił.

    - Nie zgodziłem się, a on pobiegł na górę po rozkaz na piśmie od Pachcica.

    - Idź na dołek i tego bydlaka nie wpuszczaj, nawet jakby miał pismo od samego Radkiewicza.

 

   Jurek dobiegał do drzwi pokoju szefa, gdy te się nagle otwarły. Prawie zderzył się z wychodzącym oprawcą trzymającym w dłoni kartkę zapisaną odręcznym pismem majora Szlachcica.

    - Zaczekaj no chwilę! – warknął Jurek na zwyrodniałego śledczego. – Niech pan cofnie rozkaz – zwrócił się do majora. – Ten bydlak ją zabije – pokazał palcem na specjalistę od torturowania.

    Na chwilę zapadła na korytarzu złowroga cisza. Jedynie z sąsiedniego pokoju dobiegało stukanie w klawisze maszyny do pisania.

    - Wejdźcie tu jeszcze na chwilę i zamknijcie drzwi – nakazał powstający zza biurka Pachcic.

    Jurek odsapnął z ulgą.

    - No właź. Nie słyszałeś co powiedział dowódca? – popchnął zwalistą postać kata z powrotem do drzwi gabinetu.

    Kiedy zamknęli wyciszone drzwi, obite warstwą pikowanej skóry, major ostro spojrzał na Jurka.

    - O co ci chodzi?

    - Ten zwyrodnialec niczego się od niej nie dowie. Najwyżej będzie ją katował i gwałcił.

    - Znasz reguły – warknął Szlachcic. – Ona milczy jak zaklęta i co mamy się kurwa nad nią litować? Jego psim obowiązkiem jest zmusić ją do mówienia. I co? Mam się rozczulić nad jej niedolą?

    W gabinecie majora ponownie zaległa cisza, której jedynie towarzyszyło stłumione grubością ściany klekotanie klawiszy maszyny do pisania. Na twarzy zwyrodniałego śledczego pojawił się cyniczny uśmieszek. Nie potrafił ukryć tryumfu, najwyraźniej był pewien swego. Za parę minut tancerkę będzie miał dla siebie. 

    W tym momencie wzburzony Jurek postanowił częściowo ujawnić uknuty w czasie bezsennej nocy diabelski plan. Teraz wiedział, że pozostaje mu blefować, a chcąc ratować tancerkę będzie musiał zabić.

    - Powiedziałem jej, że jak nie zacznie zeznawać, to czekają ją kolejne tortury. Mówiła, że więcej ich nie zniesie. Skomlała, żebym ją zastrzelił. No i uległa… Pozyskałem od niej cenne informacje.

    - Co to za rewelacje? – major nieufnie spojrzał na Jurka.

    - Wolałbym nie przy nim – spojrzał na śledczego i wyrwał mu z dłoni kartkę napisaną przez szefa. – Co się tak gapisz? – warknął na specjalistę od tortur. – Nie wiesz gdzie są drzwi?

    Oprawca groźnie spojrzał na Sprytnego.

    - Nie gap się tak, bo oberwiesz w baniak – Jurek po raz pierwszy zagroził śledczemu, nie potrafiąc ukryć żywionej do niego nienawiści.

    Gwałciciel i oprawca tancerki nadal patrzył na Sprytnego z narastającą wściekłością. Zerknąwszy na obserwującego go majora, który gestem pokazał mu drzwi, opuścił gabinet.

    - Wiadomość o magazynie broni pozyskałem od niej – rozpoczął Jurek. – Bardzo precyzyjnie określiła miejsce, gdzie należy broń odkopać. Sam pan rozumie muszę to osobiście sprawdzić. Ludzie Ognia mogli już broń zabrać.

    - Na to potrzebujesz aż trzy tysiaki?

    Jurek zadrżał, wiedział, że jego kłamstwo ma krótkie nogi. Jednak zacisnął zęby i brnął dalej.

    - Pan majorze, powinien rozumieć, zawsze kasa pomaga. Czasem trzeba posmarować,  czasem postawić wódkę...  

    Jurek był zakłopotany, czuł ciążący na sobie nieufny wzrok szefa.

    - Dobra, to wysuwaj. Po twojej akcji chcę mieć meldunek i rozliczenie. Zaczekaj – zatrzymał już wychodzącego na korytarz Sprytnego. – Po twoim powrocie będę potrzebował podpisaną przez Hagowską lojalkę i rewelacje o broni w dokładnym pisemnym raporcie.

       

    Z mieszczącego się na drugim piętrze gabinetu szefa Jurek zbiegł do piwnicy. Zaskoczony, przed oddzielonym od aresztu wejściem do lazaretu zobaczył opartego o ścianę specjalistę od tortur. 

    - Co, kurwa, Spryciuchu, idziesz pogłaskać po piździe Jancię Hagowską?

    - Zazdrościsz, żołędny dupku? – padła odpowiedź.

    Śledczy odepchnął się od ściany i stanął zagradzając przejście do więziennej izby chorych.

    - Nie wejdziesz do niej – warknął.

    - Ty mi zabronisz? – powiedział Jurek.

    - Złamać ci kark, czy skopać po jajach? – warknął specjalista od tortur zaciskając włochatą pięść i przyjmując przyczajoną pozycję.

   Sprytny jakby chciał z prawej strony ominąć śledczego. Był to jednak zwód. lekko zgiął się na prawej nodze wykonując przedmach. Dynamicznie wystrzelony sierpowy wraz z odgłosem klaśnięcia szarpnął głową oprawcy. Jednocześnie rozległo się chrupnięcie przypominające roztrzaskiwanie włoskiego orzecha. Pod śledczym ugięły się nogi, złapał się za brodę. Jednak nie upadł. Chwiał się kilka wolno płynących sekund, jak pijak próbujący przytrzymać się płotu.

    - Auuuu jak boli. Ty szkurwyszynu.

    Otwarły się szerzej nie zamknięte drzwi lazaretu i stanął w nich dawny kompan Jurka.

    - Aleś mu przyłożył – powiedział z szacunkiem.      

    - Chciał guza, to dostał – niskim głosem powiedział Jurek. – Daj kutasowi coś przeciwbólowego. Chyba złamałem mu szczękę.

 

 

 

 

 

Rozdział  26  Mord z miłości

   

    - Co się tu dzieje? – zdenerwował się nadzorca aresztu i lazaretu, wprowadzający do ambulatorium syczącego z bólu specjalistę od tortur.

     Za nimi wkroczył Jurek Wołczecki. Także był zaskoczony, bo w aresztanckiej lecznicy zazwyczaj panowała cisza, co najwyżej zakłócana jękami ofiar przesłuchań. W drzwiach zbiorowej celi ukazały się zaciekawione, wymizerowane twarze. Więźniowie mieli ciemnogranatowe sińce, u niektórych przechodzące w żółć. Pokazał się nieborak z obandażowaną głową i inny z oklejonym plastrami nosem. Ślady pobić uzupełniały gojące się strupy, przyciemnione fioletem gencjany. Wołczecki usłyszał kogoś mówiącego podekscytowanym głosem za uchylonymi drzwiami celi izolatki – tam leżała tancerka.

    - Aż tu huknęło jak go pan trzasnął – odpowiedziała gruba pielęgniarka na wypowiedziane przez Jurka „dzień dobry”. – Tu nie pomogą żadne tabletki. Jak jest złamanie szczęki, to trzeba unieruchomić żuchwę, a potem podrutować na chirurgii szczękowej – dodała kobieta w białym, nie pierwszej czystości kitlu.

    - Niech usiądzie i spróbuje otworzyć usta – zachęciła uderzonego oprawcę.

    - Uuuuu, nie mogę, uuuu – jęczała ofiara prawego sierpowego.  

    - Marnie to wygląda – skonstatowała pielęgniarka, kiedy delikatnie próbowała obmacać uszkodzoną żuchwę, postękującego z bólu śledczego.

    By jednak wyglądało na to, że współczuje cierpiącemu, wyjęła z oszklonej szafki opatrunki i zaczęła delikatnie unieruchamiać brodę poszkodowanego. Owijała bandażami głowę wraz ze szczęką. Za drzwiami skromnie wyposażonego ambulatorium słychać było szepty, rozległy się czyjeś kroki, trzasnęły zamykane drzwi. Tuż za niedomkniętymi drzwiami do dyżurki ktoś zamiatał podłogę, lecz podsłuchując znieruchomiał, kiedy odezwał się opatrywany śledczy:

    - Tego tak nie żosztawie. On mnie jeszcie popamienta.  

    Za drzwiami ktoś się zaśmiał.

    - Dobrze ci, ty chuju – dotarł głos z korytarza.

   

    Wchodząc do izolatki, gdzie leżała tancerka, Wołczecki minął się z mężczyzną, który  miał obrzękły sinawy nos, podbite oko i rękę na temblaku. Człowiek ten zdrową ręką złapał Jurka za dłoń, podniósł i złożył na niej pocałunek.

    - Co ty wyrabiasz?

    - Jak to? Wpierdoliłeś temu skurwysynowi. Jesteśmy wdzięczni.

    - Teraz nie mam czasu – Jurek wyrwał rękę i energicznie wszedł do celi Janiny Hagowskiej zamykając za sobą drzwi. Zdziwił się, że tancerka siedzi na pryczy z nogami opuszczonymi na podłogę. Miała delikatnie zaczerwienione szminką usta, a jej błyszczące oczy zdobiły przyczernione rzęsy. Ze stojącego przy łóżku taboretu wzięła grzebień i wsadziła do otwartej kosmetyczki.   

    - Posłuchaj mnie Janciu – Jurek rozpoczął przyciszonym głosem. Muszę ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym. To sprawa wielkiej wagi – dodał ujmując jej dłonie.

    - Pan? Mnie?

    Tancerka ciepłymi palcami odwzajemniła uścisk rąk przybysza.    

    - Jestem w bardzo trudnej sytuacji – powiedział ściszając głos do szeptu. –Chcę ciebie uratować. Wyłoniła się szansa.

     - Chciałabym coś dla pana zrobić – tancerka przyciągnęła ręce Sprytnego do swoich piersi. – Jest pan naszym bohaterem, szczególnie moim. Właśnie się dowiedziałam, że za mnie pan dowalił temu bydlakowi.

    - Ech… nie znosiłem tego zwyrodnialca, ale teraz musisz mnie wysłuchać.

    - Oczywiście pana wysłucham, tylko jeszcze dodam. Jest pan dla mnie jak Dawid ze starego testamentu, który rozłożył Goliata. To takie romantyczne.   

 

    W następnych minutach Jurek tłumaczył tancerce na czym polega sprawa.

    - Musisz udawać, że chcesz z nami współpracować.

    - To dla mnie niełatwe – na twarzy tancerki pojawił się grymas niesmaku. – Składałam przed Bogiem przysięgę na wierność Armii Krajowej.

    - Zachowasz czyste sumienie. Przecież nie od ciebie dowiedziałem się, gdzie jest ukryta broń, ty mi tego nie zdradziłaś.

    - Pewnie złamaliście mojego chłopaka, porucznika Wilka.

    Jurek spojrzał chłodno na tancerkę.

    - Kochasz go?

    - Jeśli zdradził, to go nienawidzę.

    - Nie od niego wiem o magazynie broni. Wilka stąd wywieziono, nie mam pojęcia gdzie go trzymają, ponoć przysługują mu specjalne prawa.

    - To znaczy, że jest waszym kapusiem.

    - Ja przynajmniej nic takiego nie wiem.

    - Lituje się pan nad kapusiem? Proszę mi powiedzieć prawdę, ja muszę to wiedzieć.

    - Posłuchaj dziewczyno – mocniej uścisnął jej dłonie, których dotąd nie wypuścił. – Gówno mnie obchodzi twój chłopak i nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. Chcąc ci pomóc, oszukałem szefa i uszkodziłem skurwysyna, który chciał cię znowu torturować, i gwałcić.

    Dziewczyna mocniej przyciągnęła ręce Jurka, po czym jedną z nich zsunęła z piersi otaczając swoją kibić, by oplótł oraz przyciągnął jej ciało.  

    - Jestem bardzo wdzięczna, za wszystko. Dobrze, ja też ci pomogę – Hagowska po raz pierwszy zwróciła się do Jurka pomijając formę „per pan”.

– Teraz pomóż mi się podnieść. Mówiłam, że mi się podobasz. Chcę się z tobą pocałować. 

 

***

   

    Z Kleofasem Jurek był umówiony następnego dnia przed południem na dworcu Kraków Główny. Nazajutrz w grudniowy wtorek 1946 roku, o zmierzchu miała rozpocząć się wigilia. W Rynku panował jeszcze nerwowy przedświąteczny ruch. Z mizernie zaopatrzonych sklepów spożywczych wykupywano resztki artykułów, by uzupełniać skromne zasoby domowych spiżarni. Szukano czegokolwiek mogącego uchodzić za prezent pod choinkę. Przy sukiennicach na placyku usłanym odpadami świerkowych igieł i gałązek sprzedawano ostatnie choinki. Jurek z politowaniem spojrzał na zabiedzonego starszego mężczyznę, obracającego prawie pozbawioną gałęzi choinkę z nadzieją, że przystrojona i ustawiona pod pewnym kątem stworzy pożądany nastrój.

    „Za darmo takiej bym nie chciał, zostały same drapaki” – pomyślał Wołczecki.

    Przed udaniem się na kolejowy dworzec złożył wizytę u znajomego rusznikarza, który kilka dni wcześniej podpiłował w jego visie pazur do wyrzucania łusek, bo pistolet zaciął się w czasie treningu na strzelnicy.

    - Da się do tego zainstalować tłumik? – zwrócił się do specjalisty, wiedząc że rzemieślnik dysponuje sporą ilością broni.

    - Ciężka sprawa – odpowiedział rusznikarz ważąc w dłoni nienowy pistolet – kiedyś podstawową krótką broń na wyposażeniu oficerów przedwojennej armii. – Ale jak chcesz, mogę ci go zamienić na Smitha Wessona razem z przykręcanym tłumikiem.  

    - Zamienić to się nie zamienię, ale na jedną akcję bym pożyczył.

    Rusznikarz się zgodził przyjmując w zastaw visa. Rewolwer z gwintem do nakręcania rury wyciszającej huk wystrzałów Jurek umieścił pod marynarką w kaburze na szelkach. Tłumik schował na dno skórzanej teczki. W teczce, obok notatnika, kopiowych ołówków i torebki z czekoladowymi cukierkami, uszczuplonymi o połowę pozostawioną tancerce, miał latarkę z nową baterią. Na wszelki wypadek nie zapomniał przytroczyć pod nogawkę spodni, poniżej łydki, małokalibrowego rewolweru – broni, która przed paru laty uratowała mu życie.

  

    - Kup mi choćby ćwiartulę, bo się rozlecę – powitał Jurka konfident. 

    Klefasowi trzęsły się dłonie, z jego ust wionął odór bimbru. Jego brudna koszula, wymiętoszony garnitur i tłusta plama na krawacie, wyglądały jakby od tygodnia nie zdejmował ubrania.

    - Mogę ci kupić piwo. Gorzałkę też postawię, ale jak się powiedzie akcja. Wtedy sam się chętnie napiję.

    Patrząc na donosiciela łapczywie opróżniającego butelkę piwa, Jurek Wołczecki odetchnął z ulgą. Sytuacja rozwijała się pomyślnie. „Jak znajdziemy broń i go schleję, będzie łatwiejszy do rozwałki.”

 

    Kiedy w ogrzanym wagonowym przedziale zdejmowali zimowe kurtki, Sprytny zauważył pod pachą marynarki Kleofasa wypukłość. Donosiciel był także uzbrojony. „Dobrze, że wziąłem dodatkowo mini rewolwer”.

    Wołczecki usiadł  przy oknie, obok usadowił się Kleofas i rozpostarł gazetę. Naprzeciwko Jurka siedziała, przyglądająca mu się z zaciekawieniem ładna dziewczynka, obejmowała pluszowego misia. Jej młoda matka z obrzydzeniem oszacowała Kleofasa, a na Sprytnego spojrzała z zainteresowaniem. Zapewne zastanawiała się dlaczego ten przystojny mężczyzna zadaje się z takim ochlapusem. Także starsza góralka, okutana kwiecistą chustą, patrząc na konfidenta miała minę, jakby drażnił ją wionący od niego zapach.

    Za oknem przesuwał się zimowy krajobraz. Na zakręcie Jurek ujrzał ciągnący pociąg parowóz. Lokomotywa sapała wyrzucając z długiego komina obłoki skroplonej pary wymieszanej z dymem. Jurkowi przyszło do głowy, że parowóz musiał pamiętać czasy monarchii Austro –Węgierskiej. Nie wiedział kiedy i na jak długo zasnął. Odsypiał nienajlepiej przespaną noc, zarówno ostatnią jak i poprzednią.  Po wyczerpujących przeżyciach minionych dwóch dni, zapadł w mocny sen. Obudził się i ogarnęło go zdenerwowanie. Na lewym ramieniu ciążył mu Kleofas. Wzbudzający odrazę człowiek, którego miał pozbawić życia, także zasnął i napierał na niego swoim ciężarem. Zdecydowanie odepchnął go ramieniem. Obudzony kapuś potrząsnął głową i podniósł opuszczoną na podłogę gazetę. Pociąg po opuszczeniu stacyjki w Poroninie pokonywał właśnie miejsce, gdzie przed ponad trzema miesiącami Irena Odrzywołek, rozmarzona wspomnieniami pierwszej miłości dostrzegła pryzmę belek ustawioną przez zatrzymujących pociąg Ogniowców. Podobnie jak ona – bohaterka niezłomna, którą rozstrzelano przed paroma dniami – o miłości rozmyślał Jurek. Przypomniał sobie ciało tancerki, którego wspaniałą nagość poczuł przez okrywającą ją cienką koszulę, kiedy wtuliła się w niego, w izolatce podczas namiętnego pocałunku. Za kilkanaście minut mieli dojechać do Zakopanego, tam przed paroma miesiącami w restauracji Morskie Oko, po raz pierwszy ją zobaczył. Jej wyjątkowa uroda wywarła na nim mocne wrażenie. Potem, na temat jej walorów jako kochanki opowiadał Walentino. Kolega z więzienia skręcał się z zazdrości, wściekły, że zostawiła go dla Ogniowca - porucznika Wilka. „Czy mnie też zostawi?” Zdawał sobie sprawę, że niezależnie od formalnego podpisania lojalki, nie posunie się do współpracy z UB. Dlatego mimo rzekomej pomocy w znalezieniu broni, czekał ją wyrok. „Może będę mógł ją wspierać w więzieniu”?

    - Niech pan zobaczy – wyrwał Jurka z rozmyślań siedzący przy nim Kleofas.

    Podsunął mu rozwartą Gazetę Krakowską.

    - To o akcji sprzed dwóch tygodni.

    Jurek ujrzał tłuste litery tytułu: KOLEJNA  ZWYCIĘSKA  AKCJA PRZECIWKO  BANDYTOM  OGNIA, pod napisem widniało zdjęcie siedmiu leżących na śniegu zabitych Ogniowców. Paru z nich miało półotwarte oczy. Z artykułu wynikało, że 7 grudnia 1946 roku, nad ranem żołnierze KBW otoczyli partyzantów należących do 2. Kompanii, kwaterujących w schronisku na polanie Stara Robota w Tatrach. „Naszym dzielnym żołnierzom udało się zabić 7ogniowców, a 12 bandziorów po dłuższej walce, tchórzliwie porzucając broń się poddało. Funkcjonariusze UB i żołnierze KBW zdobyli też 5 erkaemów, 10 automatów, 10 karabinów, dużą ilość amunicji, mundurów, koców, lekarstw i żywności. Tylko nielicznym krwiopijcom podhalańskiego ludu udało się w popłochu zbiec do lasu. Nasze straty były nieporównywalnie mniejsze: 2 żołnierzy KBW  zginęło bohaterską śmiercią i 1 został ranny” – przeczytał Jurek. W ustach czuł niesmak. Oddał Kleofasowi gazetę, wstał i sięgając do leżącej na półce teczki, wyjął czekoladowego cukierka.

    Kolejny raz uśmiechnęła się do Jurka siedząca naprzeciwko dziewczynka z różowymi kokardami zawiązanymi na warkoczach.

    - On lubi czekoladowe cukierki – odezwała się pokazując paluszkiem na pluszowego misia.

    - Nie ładnie Kasiu tak kogoś zaczepiać – zganiła dziewczynkę matka. –Myślisz, że pan się nie pozna, na twoim cwaniactwie?

    - Ależ proszę pani, podoba mi się, że Kasia dba o misia – Jurek poderwał się z ławki i sięgnął ponownie do teczki. – Weź dwa cukierki. Dla misia i dla siebie. Najlepiej zjedz sama, on na razie nie jest głodny, dokarmisz go w domu.

    - Bardzo panu dziękuję – dziewczynka sięgnęła po owinięte srebrzystymi papierkami czekoladki. – A jak się pan nazywa? Bo ja jestem Kasia Chwalińska, a mama jak jest na mnie zła, to mówi, że jestem małą spryciarą i taką cwaniaczką, że drugiej takiej to ze świecą szukać.

    - Miło mi panienkę poznać – Jurek Wołczecki podał dziewczynce rękę. – Nazywam się Onufry Sprytny.

    - Pan też jest spryciarzem? A umie pan skakać na nartach?  

    - Nie próbowałem jeszcze – odpowiedział. – Za to świetnie jeżdżę na wyścigowych koniach, no i umiem kierować latającymi wysoko nad chmurami skrzydlatymi bombowcami - „B siedemnaście” – palnął, sam nie wiedząc skąd mu przyszły do głowy amerykańskie superfortece.

    - Też chciałabym umieć latać samolotami. Podobno jak się patrzy z góry, to krowy wyglądają jak mrówki, a ludzie jak ledwo widoczne kropeczki – dziewczynka zmrużyła oczy i wypaliła ze złością. – Ach, psia kość. Pisałam list do świętego Aniołka. Mogłam wspomnieć, że pod choinkę chciałabym dostać drewniany samolocik, nawet taki malutki – pokazała rączkami rozmiar własnej dłoni.

    Jurka ogarnęła zaskakująca myśl: nagle zapragnął, żeby Jancia Hagowska urodziła mu córeczkę, taką jak ta dziewczynka. „Byłaby miniaturką pięknej mamusi”.

***

 

    Stary Deimler-Benz – samochód pamiętający schyłek lat dwudziestych – z warkotem i chrzęstem oplatających opony łańcuchów, brnął przez kopne śniegi drogi Nędzy Kubieńca.

    - Pytałeś pan dlaczego jeżdżę takim zabytkiem – zagadnął Kleofasa kierowca w podbitej futrem skórzanej pilotce i narciarskich goglach. – Pan myślisz, że wydrapałbym się tu zwyczajną osobówką? Patrz pan na tą górkę śniegu. To przysypany samochód. Wpadła do rowu jakaś limuzyna. Odkopią ją dopiero na wiosnę. A ten samochód? – poklepał dużą drewnianą kierownicę Deimlera – jeszcze przez dobrych parę latek będzie woził dziesięcioosobowe wycieczki przez Bukowinę Tatrzańską do Morskiego Oka.

    Mimo, że spod tablicy rozdzielczej dmuchało ciepłym powietrzem cuchnącym spalinami, Jurek z Kleofasem byli zziębnięci. Do środka nawiewało lodowate powietrze ze szczelin między połatanym płóciennym dachem a oknami.

    - Może pan skręcić tu na prawo? – zapytał Kleofas.

    Deimler Benz nie skręcił, a podjechał jeszcze kilkanaście metrów w górę i zatrzymał się warcząc na jałowym biegu.

    - Tu to już same zaspy. Nawet gdybym miał czołgowe gąsienice i gdybyś mnie złociutki obsypał mamoną, to nie sposób jechać.

    Jurek zapewniany przez Kleofasa, że po dwóch godzinach powinni wrócić, umówił się z kierowcą Deimler - Benza, żeby przyjechał za dwie i pół godziny. Wypłacił szoferowi sporą, dwustuzłotową zaliczkę i zostali z Kleofasem na pustej drodze. Podmuchy wiatru podrywały kłęby kłującego w twarze mroźnego śnieżnego pyłu. Jurek Sprytny był drugi raz w pobliżu Nędzowskiego Boru, jednak okolica wydawała mu się obca.

    - Musimy tam podejść przez las. Trochę nałożymy drogi – ocenił sytuację konfident, patrząc na zalesione pokryte bielą wzniesienie. – Przez łąkę, to można zagrzebać się w zaspach.  

    - To ruszaj. Robi się ciemno – ponaglił Jurek.

    Konfident patrzył w kierunku jedynego w zasięgu wzroku domostwa przykrytego śniegową czapą.

    - Ale sam pan widzi. Złapał silny mróz, dobrze byłoby się czymś rozgrzać. Pan rozumie – pstryknął się w szyję.

    - Gdzie tu załatwisz gorzałkę?

    - Daj pan dziesiątaka i zaraz przyniosę połówkę bimberku. Znam tu ludzi – spojrzał ponownie w stronę góralskiej chałupy.

    - Ty czasem nie bujałeś? Może opowieść o ukrytym arsenale to była podpucha?

    - Nie, no kurwa, na własne oczy widziałem te szmaisery, nawet strzelałem z mauzera z lunetą. Nie widział pan takiej broni. Celownik Zeiss Ikon, z dwustu metrów można trafić w oko.    

   

    Bimber popijali z półlitrówki przedzierając się przez wznoszący się las. Chwilami brnęli po pas w śniegu. Klapę pokrytą śniegiem i warstwą liści Kleofas odnalazł bez trudu. W obszernej ziemiance było ciemno. Wyczerpana bateria latarki Jurka przestała już świecić.

    - Trzymaj pan, chyba to pan poznaje po kształcie – podał Jurkowi niemieckie empi.  

    - W porządku, to wychodzimy.

    Kiedy znaleźli się na zewnątrz, ponownie natarła na nich śnieżna zadymka.  Jurek podał donosicielowi butelkę z resztą alkoholu. 

    - Wychlej to do końca. 

    Sprytny nie musiał nakręcać tłumika na lufę Smith Wessona. Gdy Kleofas odchylił się do tyłu, żeby nie uronić ostatnich kropli bimbru, padły dwa strzały mierzone w okolicę jego serca. Huki wystrzałów wchłonął miękki puszysty śnieg, dodatkowo wyciszyło wycie wiatru. Zakochany w tancerce ubek, musiał dokonać niemałego wysiłku odciągając ciało konfidenta w zaspy na łąkach za skrajem lasu. Pewną ulgę dawało, że ściągał je z dość ostrej pochyłości. Nie chcąc pokrwawić ubrania, trupa ciągnął za nogi związane przedtem sznurem. Z kieszeni ofiary wyjął dokumenty wiedząc, że najwcześniej jego ciało może być odkryte, po stopnieniu śniegów na wiosnę. Zabrał należącą do Kleofasa – tetetkę wraz z kaburą. Do czekającego na niego przy drodze Deimler-Benza doniósł także pistolet maszynowy empi.

    - Gdzie pański kolega? – zapytał szofer zabytkowego auta.

    - Ma tu pijackie znajomości i został oblewać narodziny Chrystusa.

    - A ta broń? – zapytał kierowca, z niepokojem patrząc na schmeisera.

    Jurek pogłaskał krągłą pokrywę zamka i pieszczotliwie objął pistoletową rączkę z kabłąkiem okalającym język spustowy.

     - Wieź mnie pan teraz do zakopiańskiej komendy UB.

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 25.06.2018 20:53 · Czytań: 388 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 6
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 27.06.2018 00:11
Hej,

Przeczytałem, ale mam wątpliwości. Pierwszy raz w kwestii zdarzeń. Czy major pozwoliłby Sprytnemu pojechać do "magazynu" broni bez obstawy? Wątpię. Bo za bardzo bałby się o własną dupę - tak sądzę. Poza tym te 3 tysiące. To się kupy nie trzyma. Trochę to wszystko naciągane. Ale z drugiej strony nie takie nieścisłości widziałem w książkach.
A teraz błędy:

We wstępie błąd ortograficzny:
Więc puki co,
Pisze się: póki co.

Cytat:
w dło­niach że strasz­ną siłą chciał coś zdu­sić

Literówka - Ze straszną siłą
Cytat:
kiedy ode­zwał się opa­try­wa­ny śled­czy.
    - Tego tak nie żosz­ta­wie. On mnie jesz­cie po­pa­mien­ta – po­wie­dzia­ła ofia­ra ciosu Jurka.

Po pierwsze to po "śledczy" powinien być dwukropek, a po drugie powtarzasz tę samą informacje dalej w didaskaliach. Ja bym wyrzucił to, co po myślniku.
Cytat:
    - Po­słu­chaj mnie Jan­ciu – Jurek roz­po­czął przy­ci­szo­nym gło­sem – muszę ci po­wie­dzieć o czymś bar­dzo waż­nym. To spra­wa wiel­kiej wagi – dodał uj­mu­jąc jej dło­nie.

Po "głosem" daj kropkę i dalej z dużej litery. To tylko jeden przykład, jest ich więcej w tekście.
Cytat:
- Ech… nie zno­si­łem tego zwy­rod­nial­ca – ale teraz mu­sisz mnie wy­słu­chać.

Zamiast myślnika powinien być po prostu przecinek.
Cytat:
- Cięż­ka spra­wa – od­po­wie­dział rusz­ni­karz ważąc w dłoni nie nowy pi­sto­let

NIENOWY - razem.
Cytat:
Za­pew­ne za­sta­na­wia­ła się dla­cze­go ten przy­stoj­ny męż­czy­zna za­da­je się z takim ochla­pu­sem?

Jeśli piszesz "zastanawiała się..." to na końcu nie powinno być znaku zapytania, bo to nie jest pytanie.

Jak zwykle na interpunkcję nie zwracałem uwagi.
Polikwiduj te niepotrzebne spacje!
To tyle.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 27.06.2018 08:47
Nie zgadzam się z zarzutem co do niespójności treści. Poprzednio major Pachcic i Sprytny udali się do dworu w Sierakowie, by aresztować rzekomą Irenę Odrzywołek - mieli silną obstawę KBW - eskapada okazała się chybiona.
(Chodzi o rozdział, w którym zetknęli się z hrabiankami i jeździli konno).
Ponadto, Zakopane w owym czasie było już opanowane przez siły prosowieckie.
Cytat:
   

Na­za­jutrz od razu po przyj­ściu do pracy skie­ro­wał się do ga­bi­ne­tu ma­jo­ra Pach­ci­ca. Opo­wie­dział o po­zy­ska­niu nie­spraw­dzo­nej in­for­ma­cji o ma­ga­zy­nie nie­le­gal­nej broni. Wy­ja­śnił, że musi się upew­nić co do miej­sca ukry­cia ma­ga­zy­nu i uzy­skać pomoc.    - To co? Mam ci przy­dzie­lić plu­ton ochro­ny? Chyba ro­zu­miesz, że muszę znać naj­drob­niej­sze de­ta­le two­je­go przed­się­wzię­cia.    - Wcale nie po­trze­bu­ję ob­sta­wy, muszę jed­nak dys­po­no­wać prz­yn­ajmniej trze­ma ty­sia­ka­mi, oczy­wi­ście do roz­li­cze­nia. Prze­cież szef ro­zu­mie, kto nie sma­ru­je, ten nie je­dzie.    Major Szlach­cic wydał zgodę na sa­mo­dziel­ną akcję Jurka. Od­wró­cił się w stro­nę kre­den­su, uchy­lił dolne drzwicz­ki i po otwar­ciu dwoma klu­cza­mi przy­ku­tej gru­bym łań­cu­chem do muru pan­cer­nej ka­set­ki, od­li­czył wy­mie­nio­ną przez pod­wład­ne­go sumę.  
.

Jak wynika z treści, informacja (wprawdzie cenna) była niesprawdzona!. Po aresztowaniu syna Teściowej major darzył Jurka dużym zaufaniem. Zresztą na poprzednią akcję: delegację do Zakopango, także wyposarzył Sprytnego w niemały finansowy budżet. Sprytny wrócił z Zakopanego z pustymi rękoma. Jego eskapada przyniosła efekt dopiero po pewnym czasie, kiedy przypadkowo w krakowskim rynku natknął się na tancerkę z por. Wilkiem i dokonał aresztowania.

Natomiast wdzięczny Ci jestem za wpis i za pochylenie się nad potknięciami warsztatowymi.

Pozdrawiam serdecznie, Kj
AntoniGrycuk dnia 27.06.2018 12:19
To daj może ciut więcej rozmyślań Jurka, jak to zrobić i dlaczego to wypali. Takimi rozmyślaniami można niemal zmienić całą akcję. A rozmyślania te wciśniesz w trakcie bezsennej nocy. Tak przynajmniej ja bym to zrobił. A potem rozwiń dialog między nim a majorem, bo taka akcja wymaga większej dyskusji, tak sądzę.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 27.06.2018 12:30
Tym razem przychylam się do Twojej uwagi. Dziś nie mam czasu, ale skorzystam z twojej opinii i rozwinę - jak sugerujesz - wspomniane sceny.

Dzięki Antosiu, pozdrawiam, Kj
Pulsar dnia 06.07.2018 19:50
Prosisz o rewizytę, oto jest:
Przeczytałem cztery ostatnie rozdziały " Gnębiciele i krzywdzeni"
Powiem szczerze! Nie dla mnie tego typu lektura. Nie powiem, że zła i do niczego.

Ludzie w swoim życiu muszą podejmować nieraz trudne decyzje. Są uwarunkowania polityczne, obyczajowe, osobiste i inne.

Przytoczę obecny spór o sądy. Postawiono ich przed bagnem, wejść, czy nie wejść.
A nuż ktoś za parę lat powie: -Byłeś sędzią Pisowskim!!!

Historia kołem się toczy, banał ciągle trwa.

Na obecną chwilę zapoznałem się z fragmentem twoich gnębicieli. Ale obiecuję, że uczynię od początku. Chociaż ja wolę mniejsze formy.


Pozdrawiam! Lecę do klubu na mecz Brazylia - Belgia.
Kazjuno dnia 07.07.2018 09:56
Dziękuję Ci bardzo, żeś się pojawił. Jestem ponadto wdzięczny za obietnicę przeczytania całości.

Jednak wybrzmiewa paradoks. Twierdzisz
Cytat:
Nie dla mnie tego typu lektur
, a z drugiej strony deklaracja przeczytania całości.
Aż mam wyrzuty sumienia, czyżbyś chciał skazać się na masochistyczny wysiłek.
Może jednak czymś Cię zainteresowałem?
Zachęcam jednak do przeczytania całości z całego serca. W pierwszych rozdziałach piszę o przedwojennej szkole doliniarzy. Ci to mieli zasady! Czy zawsze przestrzegają je współcześni grypsujący?
Osobiście nie odkiwałem wyroku, ale 5 razy byłem zatrzymywany na 48, głównie za bójki, były 2 wyroki w zawiasach. I pamiętam jak ostrzegali mnie małolaci przed starszymi garuchami: "im nie można wierzyć".

Co do zmian w sądach? Rozwaliłbym do reszty tą sędziowską klikę i ich wychowanków z postkomuny. Zniszczyli mi dobrze prosperującą firmę. Przegrałem proces z korporacją i ledwo się wypłaciłem. Nie jestem fanatykiem PiSu, też jest nasączony postsowiecką agenturą, ale ci chcą coś zmienić. Reszta poza Kukizem, to banda złodziei w białych kołnierzykach. Wszystkich wsadziłbym do puszki.

Lubię piłkę, ale jestm czynnym świrem tenisowym. W czasie meczu Brazylia Belgia przeżywałem męki na korcie. Udało się wygrać, ale myślałem, że zdechnę. Z przemęczenia kiepsko spałem.

Pozdrawiam, Kj
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
15/11/2018 00:16
Hej, Abi! bardzo mi się podoba ta lingwistyczna poezja.… »
Jacek Londyn
14/11/2018 21:43
Marku, nie powinieneś przepraszać za pojedynczy błąd.… »
Abi-syn
14/11/2018 20:40
Witaj Aniu piszesz ładnie o nieła(d)twych rzeczach, w… »
Abi-syn
14/11/2018 20:22
no i podpowiedziałaś, Coca, parę spraw do poprawy, za Anią,… »
wodniczka
14/11/2018 20:14
Witaj Marek Adam Grabowski Cieszę się, że wiersz ładny:).… »
wodniczka
14/11/2018 20:11
Witaj alos. Muszę przyznać, że masz wiele ciekawych pomysł.… »
Kazjuno
14/11/2018 20:04
Prawdę powiedziawszy, to kawałek wygrzebany z lamusa. Był… »
Zola111
14/11/2018 19:44
Julando, dziękuję. Bardzo mi się podoba ta refleksyjna,… »
Ania_Basnik
14/11/2018 15:18
Ananke dziękuję za uwagę odnośnie "zakamarków… »
Marek Adam Grabowski
14/11/2018 14:39
Nazwanie lat 60-tych zamierzchłymi, to genialny zabieg i… »
Leniwiec2
14/11/2018 13:49
Podczas konkursu, dałem dobrą ocenę ale nie najlepszą. Na… »
Kazjuno
14/11/2018 13:03
Bardzo fajny tekst. Napisany z polotem, bogatym językiem.… »
Kazjuno
14/11/2018 12:51
Dzięki Carveditol. Bardzo się cieszę, że podobała Ci się -… »
pociengiel
14/11/2018 12:18
Zagwozdki i atomizer - dałbym tytuł. W arbitrażu piłki… »
Carvedilol
14/11/2018 10:26
Kazjuno Dobrze się to czytało, choć to taka obyczajowa… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 14/11/2018 23:33
  • Jutro o północy Zaśrodkowanie#29 zamyka budkę!
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:22
  • Za starą panną - znowu wiosna a w krok nic.
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:21
  • Smichy chichy co dzień chodzę ulicą pełną nizradykalizowanych /póki co/ morderców i gwałcicieli.
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:04
  • w wypowiedziach rządzących (czerpmy z poezji, a nie traktujmy poezję instrumentalnie)
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:02
  • I chociaż uważam, że Palikot nie do końca sprawdził się jako polityk, to właśnie to podkreślenie roli poezji i właśnie kultury z jego strony bardzo mi się podobało, tego brakuje
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 05:58
  • Slavek - miło mnie zaskoczyło, że zna ją naprawdę nieźle, chociaż mówił raczej o autorach dwudziestolecia międzywojennego i lat. 90 niż współczesnych.
  • Slavek
  • 12/11/2018 19:33
  • Palikot i poezja...buuuha ha haha litości :)
  • Ananke
  • 11/11/2018 21:17
  • no i bravo one :)
  • Gramofon
  • 11/11/2018 21:03
  • Widziałem dziś na ulicach stolicy Arabki z przepaskami biało czerwonymi <3
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas