Miasteczko C, część II, rozdz 3, Ucieczka - Gatsby
Proza » Obyczajowe » Miasteczko C, część II, rozdz 3, Ucieczka
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Ucieczka

 

 

   Ukończyłem technikum, otrzymując jedno z lepszych świadectw i wyróżnienie w postaci dedykacji, starannie wykaligrafowanej, na pierwszej stronie mitologii Jana Parandowskiego. Zbliżał się moment, który według mojej matki miał być kluczowym w moim życiu. W najbliższym czasie miałem wyjechać do seminarium. Mamusia już od kilku lat z księdzem na ten temat rozmawiała, lecz co ugadała, nie pamiętam, średnio mnie to interesowało, tym bardziej że po każdej rozmowie były inne ustalenia i inny scenariusz wprowadzenia mnie w stan duchowny. Kończyłem szkołę i z każdym momentem kształtowała się przede mną wyrazistsza wizja mojej przyszłości. Matczyne aspiracje stawały się problem, który mógł zniszczyć mi życie raz na zawsze.

   - Pojedziesz do Krakowa na studia – zaczęła pewnego popołudnia matka, dopijając ostatni łyk kawy. – Zdobędziesz wykształcenie i będziesz chodził w zupełnie innych kaloszach ...

    - Powiedz lepiej, o jakich studiach myślisz? – podpuściłem matkę, czując, że ta rozmowa nie poprowadzi do niczego dobrego. – Mam nadzieję, że nie o seminarium?

   - Właśnie, że o seminarium Łukaszu.

   - Nie zostanę księdzem – oznajmiłem z pełną powagą.

   - Dziecko, ja wiem co dla ciebie najlepsze… Masz słuchać matki, rozumiesz? Chcę by się tobie lepiej żyło niż nam. Myśmy z ojcem całe życie kombinowali, żeby się czegokolwiek dorobić.

   - Tak, i wykombinowaliście, że ojciec w pierdlu skończył!

   - Nie zaczynaj! – Oburzyła się matka. Nie znosiła, gdy mówiłem źle o ojcu. Jego osoba w naszym domu była traktowana jak Kim Dzong Il w Korei, jak Mao w Chinach czy jak Lenin w Rosji.  – Masz milczeć w tej sprawie, rozumiesz?

   - Będę studiować to co zechcę, nie to, co ty mi karzesz, bo coś ci się ubzdurało!

   Spiorunowała mnie spojrzeniem. Wstała od stołu i podeszła do okna, gdzie parapet drewniany rozmoczony od spływającej wody z doniczek, zawalony kwiatkami, krzyżówkami i słoikami z macerującymi się w cukrze ostrężynami, nie pozwalał bez uprzątnięcia gratów ani trochę uchylić okna. Szyby, podobnie jak parapet i wszystko w kuchni, utrzymane w podobnej czystości, eksponowały pokaźną kolekcję przyklejonych, zasuszonych,  owadzich odwłoków, much, os, pszczół i najróżniejszych gabarytów komarów. W donicach z wyrośniętym z przelania mchem znajdowały się powtykane w ziemię ludziki z jajko niespodzianki, zużyte pałeczki do czyszczenia uszu oraz powrzucane kapsle z Tyskiego.

   Pamiętam, jak przed Wielkanocą wypucowałem całe to okno, całą kuchnię i ogólnie cały dom na glanc. Lśniło się wszystko, co lśnić się mogło i powinno. Lśniły się szyby, garnki, czajnik, lodówka co zawsze jest żółta a po myciu okazało się, że jednak jest biała, lśniły się szybki w kredensie, porcelana, sztućce, parkiet i mosiężne klamki w drzwiach. Trwało to przez pierwsze trzy dni, na czwarty dzień jakby zaszło matem i wszystko powróciło do stanu sprzed mycia. Co w tym domu się działo, że zawsze panował w nim brud? – Nie wiem.

   - Twój ojciec będzie z ciebie dumny a ta maszkara Zwichrowana, jak cię zobaczy w sutannie świętej, to ze strachu się zeszcza. Jakbyś jeszcze u nas w parafii spowiadał, to też niewyobrażalnym ciosem dla łajzy diabelskiej by było, a gdy przez przypadek w konfesjonale nie wyczai, bo na pewno unikać cię potwornie zacznie, jak ognia, to wypytuj o wszystko i najlepiej nagrywaj! Każde słowo na wagę złota, a jak się cipencja znów na nasz temat zagalopuje i zbyt wiele nieprawdy nawymyśla to my pach, pach! I z głośnika na wierzy kościelnej (co regularnie od roku dzwony z magnetofonu są odtwarzane), odtworzymy tę piękną skruchę spowiedziową, co żeś uwiecznił podstępem i w imię sprawiedliwości działając, do ogólnej konfrontacji z mieszkańcami doprowadzimy!

   – Tak, mamusia ty masz wyobraźnię, jak mało kto… Nie sądziłem, że jesteś zdolna opowiadać takie bzdety – powiedziałem, dolewając oliwy do ognia. – Zwichrowana to ci jej pewno zazdrości i choćby się dwoiła, troiła to nawet w połowie, ba w ćwiartce tak pokrętnego rozumowania, jak ty nie osiągnie! 

   - Dziecko, czy ty mógłbyś się zwracać do mnie innym tonem? Jak słyszę ton, którym do mnie mówisz to mam ochotę sprowadzić cię na ziemię. Dosłownie…– wysyczała i po chwili zmieniła temat. – Jak sądzisz, co z ojcem? Ciekawa jestem o czym teraz myśli…

   – Nie obawiaj się, ma sporo do myślenia – zauważyłem bezczelnie. – A ty mnie do seminarium nie po to wysyłasz aby faktycznie słowo boże głosić, a po to, by miał kto staremu udzielić pogrzebu katolickiego, ostatniego namaszczenia i spowiedzi najlepiej też!

   – Zamknij się barani łbie! Gdyby nie on to by cię z nami teraz nie było, byś leżał bezimienny ot tam!

   Wskazała ręką przez okno w stronę cmentarza, który znajdował się na północ od naszego domu. Tam gdzie wyżyna, gdzie właściwości odżywcze nie do końca przez wiekowe dęby wyssane, cenne w minerały, spływają wraz z wodą do wód głębinowych i zasilają przydomowe, eksploatowane w celach spożywczych studnie. To właśnie w tym świętym miejscu, gdzie ojciec stanowisko dozorcy i grabarza dzierżył, gdzie niczym Charon odprowadzał tych biedaków zmarniałych na ostatni spoczynek, gdzie w przycmentarnej trupiarni posiadał swe królestwo, w którym to większą część życia spędził, znalazł dzieciaka w bet owiniętego.

   Tym dzieckiem byłem ja.

 

Jak mnie wtedy jeszcze nie mój ojciec

na cmentarzu znalazł

   Rok siedemdziesiąty trzeci, jesienna wieczorna pora. Pogoda paskudna, z nieba żabami pierońsko waliło, wiatr przenikliwy, liście z dębów prastarych na alejkach zalegały, gdzieniegdzie pójdźka huczała, zwiastując nawał pracy grabarskiej. Z trupiarni, z rynny dachowej woda przelewała, lejąc na trawnik, tworząc pokaźnych rozmiarów bajoro i podmywając najbliżej rozlokowanych podgruntowych kwaterników.   

   Ojciec zmarnowany (zawsze był zmęczony, zawsze miał ciężkie dni w pracy i zawsze trzeba go było czcić niczym jakiegoś bożka pogańskiego jeszcze przed chrystianizacją), wieczorem do swej siedziby się wybrał, by uporządkować coś, co trzeba było szybko zrobić a o czym on będąc na miejscu zapominał. W rzeczywistości uwalniał się od gderania starzejącej się, nadgryzionej menopauzą żony i na spokojnie, sam, bądź ze Sylwą aplikowali sobie w trzewia kilka głębszych.

   Bez wygadywania i prawienia niepotrzebnych morałów.

   Rower prowadził, bo ulewa i jechać się nie dało, a pod koła rozpędzonego ogórka co przy remizie regularnie, co godzinę się zatrzymuje, jeszcze nie czas było wpadać.  

   Po przekroczeniu bramy cmentarnej, z wyeksponowanym nań fikuśnym napisem Boże świeć nad ich duszami, w połowie drogi do siedziby grabarskiej, pisk przeraźliwy usłyszał. Doszedł do trupiarni i na schodkach do wnętrza prowadzących, pod daszkiem, dostrzegł niecodzienny pakunek. Zdumiony i wystraszony jak farskie prosie, bo w tej okolicy wieczorami to zawsze nieziemski spokój i cisza panowały, jedynie czasami się który w grobie przewrócił, lecz to jakby było normą, a teraz krzyk w gwizdach wiatru i szumie padającego deszczu, którego do niczego konkretnego przypasować nie potrafił.

   Zbliżywszy się na odległość kilku metrów zrozumiał, że nie ma z niczym nieziemskim kontaktu, a to, co widzi to najzwyklejsze w świecie dziecię, porzucone i skazane na łaskę grabarską. W skrzynce drucianej, wyścielanej zewsząd dyktą, zapakowany w bet, bieluśkim kocykiem przykryty niemowlak.  

   Sam nie wiedział, czy się mu w głowie coś poprzewracało, czy go nachodzą omamy jakieś niepożądane, czy psychiczne skutki uboczne wieloletniej pracy grabarskiej się wdają we znaki, a może jakiegoś opętania doznał niepożądanego. Niczym bohater książkowy, niczym Bond, rzucił rower na ziemię, i szybkim krokiem po błocie do ruszył wejścia. Wziął w ramiona skrzynkę po pomidorach i począł mnie w bet opatulonego uspokajać, bo się też podobno darłem, jakby mnie stado hien szarpało. – Ajajaj, ojojoj, a dżu dżu dżu. – Nawet O mój rozmarynie wycharczane przez starego opoja nie pomogło i ja, jakby na złość, darłem się coraz bardziej i głośniej. Nie można się mi z resztą dziwić. Zdezorientowany, kapotą swą mnie nakrył, wziął pod pachę, wsadził do koszyka w rowerze i na wieś, przed siebie, jak torpeda ruszył do domu.

   Mamuśka, uradowana znaleziskiem, od razu mnie przygarnęła i jak swojego traktować zaczęła. Od razu pieluchy w ruch, mleka najświeższego od hiperpoprawnej Kopcowej, która w każdym słowie ę i ą widziała,  kilka litrów wykupiła i jak biologiczna zaczęła karmić. Że to lata komuny a tatusiek pomimo ogólnego uważania za wariata i lumpiarza, jednak był kasiastym , i wtyki w urzędzie też posiadał potężne, to mnie jakby za dotknięciem magicznej różdżki urzędowo do rodzinki Flintów przypisali i nazwali Łukaszem, na cześć świętego Łukasza, do którego się mamuśka o dzidziusia co noc wymadlała.

*

   - Dobrze wiesz matka, że nie słowa głoszenie a coś innego jest mi pisane, na pewno nie bycie klerykiem, na pewno nie w sutannie przed ołtarzem w plętach świętych paradowanie a coś, co więcej satysfakcji mi przyniesie…

   – Mówisz, że aż tak ci matczyne pragnienia są nie po drodze?

   – Ba! Nie po drodze to za mało powiedziane, twe ambicje z moimi to jak południe z północą nigdy się nie zejdą, i choćby nie wiem co klerykiem nie będę!

   Matka wkurzona, piana z buzi.

   - Synu nie śmiesz tak mówić! Ja ciebie obiecałam przed figurą najświętszą i obrazem przecudnym, że jednak namawiać do posługi kapłańskiej cię będę, a spróbuj się mi tu zaraz sprzeciwiać, to jak boga kocham, chwycę za pas i przyfastryguję tak, że imienia i nazwiska swego nie będziesz potrafił sobie przypomnieć … A gdyby jakimś cudem ci w tej metropolii potężnej odbiło i gdybyś z naszego wspólnie obranego kursu zboczył to wiedz, że matki więcej żywej nie zobaczysz!

    – Ale…

   – I nie przerywaj, bom jeszcze nie skończyła. Pamiętaj, wbij sobie to do tej ciasnej głowy, ojciec na studia ci potężne pieniądze zostawił, spróbuj go zawieść!

   – Ale…

   – Spróbuj tylko synu. Twoje losy są z góry zaplanowane i niema możliwości na jakiekolwiek sprzeciwy z twej strony, myślenie zostaw mnie, a jak mi teraz nie obiecasz, że się w seminarium kształcić będziesz to sprzedajemy to wszystko i razem do Krakowa wyjeżdżamy i choćbym miała cię siłą prowadzić na uczelnię, jak jakiegoś tępego barana to klerykiem zostaniesz! Przysięgasz?

   – Absolutnie!

   Wpieniony, spakowałem najpotrzebniejsze ubrania, rozbiłem świnkę skarbonkę i wybiegłem z domu.

   Matka z krzykiem i lamentem zezwierzęcianym, ze szmatą w ręce za mną wybiegła i ze łzami w oczach: – Łukaszku, dziecię ty moje wracaj natychmiast! Łukasz, ty draniu wracaj! – Lecz mi  już nie było w głowie do matki wracać i do tego jej seminarium. Wiedziałem, że nie odpuści i nawet jeśliby dała spokój, to po pewnym czasie znów będzie naciskała, tworząc niezdrową atmosferę.

   Pobiegłem przed siebie, wprost na stację kolejową.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gatsby · dnia 30.06.2018 22:37 · Czytań: 160 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 30.06.2018 23:33
Hej,

Ładnie byłaby historia opowiedziana, gdybyś o szczegóły zadbał. Zarówno o interpunkcję, ortografię, ale i o styl. Czasownik na końcu zdania wstawiając, większość piszesz, i to mi się nawet podobało. (Specjalnie używałem tej samej formy, co Ty.) Ale jeśli narracja jest prowadzona w tym stylu, to nie stosuj tego w dialogach. Albo stosuj tylko w słowach matki.

Druga sprawa, że jest to niespójne względem obowiązującego prawa. Nie można tak po prostu przygarnąć dziecka znalezionego na ulicy. Więc pomyśl, jak z tego wybrnąć. Bo pisanie to nie tylko wymyślanie ewentualności, ale też spójność.

Dobra, powiem, że mi się nawet w miarę podobało, choć forma odrzucała.

A teraz szczegóły:
Cytat:
Na­stał czas, który we­dług mojej matki miał być klu­czo­wym w moim życiu. W naj­bliż­szym cza­sie mia­łem wy­je­chać do se­mi­na­rium.

W dwóch zdaniach z rzędu na początku dajesz słowo "czas". Zmień to, bo brzmi źle.
Cytat:
Chcę by się tobie le­piej żyło niż nam. Myśmy z ojcem całe życie kom­bi­no­wa­li, by się cze­go­kol­wiek do­ro­bić.

W dwóch zdaniach z rzędu dajesz "by". Można to inaczej napisać.
Cytat:
Zbli­żyw­szy się bli­żej,

Masło maślane.
Cytat:
wdają we znaki

Raczej "dają we znaki" powinno być.
Cytat:
na pewno nie­by­cie kle­ry­kiem

Nie bycie - w tym wypadku powinno być osobno.
Cytat:
A gdyby ja­kimś cudem ci w tej me­tro­po­lii po­tęż­nej od­bi­ło i gdy­byś z na­sze­go wspól­nie ob­ra­ne­go kursu zbo­czył to wiedz, że matki wię­cej żywej nie zo­ba­czysz! – Ale… – I nie prze­ry­waj, bom jesz­cze nie skoń­czy­ła.

Po "żywej nie zobaczysz!" powinien być nowy wiersz z " - Ale...". I kolejny z "I nie przerywaj...".

O interpunkcji nawet nie wspomnę, bo jest strasznie marna. Czasem poważnie burzy sens zdań. Ale za dużo tego, aby wszystko tu cytować. I mam wrażenie, że z Twojej strony to zwykłe zaniedbanie, bo raz dajesz przecinek, a raz w analogicznych miejscach nie. Popracuj nad tekstem, bo jest tego wart.

Pozdrawiam
Gatsby dnia 01.07.2018 13:42
Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Wszystkie uwagi wprowadziłem w życie lecz jeszcze nad formą muszę podumać. W kolejnych częściach nie powinna juz razić.

Odnośnie przygarnięcia dziecka:

Cytat:
Że to lata ko­mu­ny a ta­tu­siek po­mi­mo ogól­ne­go uwa­ża­nia za wa­ria­ta i lum­pia­rza, jed­nak był ka­sia­stym i wtyki w urzę­dzie też po­sia­dał po­tęż­ne, to mnie jakby za do­tknię­ciem ma­gicz­nej różdż­ki urzę­do­wo do ro­dzin­ki Flin­tów przy­pi­sa­li


Wydaje mi się, że po znajomości i po okazaniu wystarczających środków pieniężnych, szczególnie za komuny, takie przygarnięcie byłoby możliwe... Nie wiem, byc może się mylę.

Te przecinki i myślniki...

Dziękuję za śledzenie kolejnych części oraz za wartościowe komentarze.

pozdrawiam.
AntoniGrycuk dnia 01.07.2018 14:37
Co do rejestracji w urzędzie. Mnie to, co napisałeś nie do końca przekonało, bo nawet jeśli to była komuna, to usłużnych nie brakowało i ktoś by doniósł, że w rodzinie pojawiło się dziecko znikąd. Może na potrzeby tekstu to dobre tłumaczenie, ale jakoś dla mnie sztuczne. Ale może się czepiam?
Dobra, zostawmy to, na pewno się czepiam...

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
21/07/2018 01:29
Myślę, że przecinek jest tutaj zbędny. Albo przecinek… »
Zola111
21/07/2018 01:21
Tak, Eber, kursywa odsyła do fraszki Krasickiego pt.… »
Eber
21/07/2018 01:19
Potrzebny porządek w utworze. Dobry wstęp i nie mniej… »
Silvus
21/07/2018 01:19
W porządku. »
Eber
21/07/2018 01:15
Kursywa ma znaczenie ;-) Ciekawie to oddałaś... Pozdrawiam… »
Eber
21/07/2018 01:13
Tylko pierwsze zadnie zwróciło moją uwagę potem było, ale… »
Eber
21/07/2018 01:03
Dobry wiersz ! Pozbyłbym się jednak rymów... To tak z boku… »
Eber
21/07/2018 01:01
Bardzo dobre ! Krótkie i w deseń :-) Podoba mi się klimat… »
Eber
21/07/2018 00:58
Niemen o tym śpiewał... Tak mi się skojarzyło Ładnie,… »
Eber
21/07/2018 00:55
Wuuu... Zabrzmiało poważnie. Tekst prowokacyjny i… »
Eber
21/07/2018 00:46
Trochę mi się z prozą skojarzyło, ale dużo ważnych spraw,… »
Eber
21/07/2018 00:44
Gorące przesłanie... Końcówka bardzo dobra Daje do… »
Eber
21/07/2018 00:41
Widać obserwację. Chęć pozbycia się tego co widzą oczy...… »
Eber
21/07/2018 00:38
Zwrócił moją uwagę... Zabawny "ton" tego utworu,… »
Eber
21/07/2018 00:34
Refleksyjny utwór. Poruszasz ważne zagadnienia. Jest się… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:catysyat184
Wspierają nas