Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 27 i 28 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 27 i 28
A A A
Od autora: Tu, w rozdziale 27, jako autor staję okoniem w kontrze do niektórych publikacji, określających Józefa Kurasia - Ognia bandytą. Jestem przekonany, że bohater Podhala, któremu poświęciłem część pisanej powieści, zyska sławę większą od legendarnego Janosika. Moim zdaniem zasługuje na bogatszą od zaprezentowanej przeze mnie opowieść o swoim życiu. Pewnie na kanwie jego życiorysu powstanie niejeden hit kinowy.
Lecz jako cel powieści nie postawiłem sobie wyłącznie gloryfikowanie Ognia. Bardziej może usprawiedliwienie Go, pokazanie dlaczego musiał przegrać. Jak potwornym mocom usiłował się przeciwstawiać.

Rozdział 28 to opowieść lżejsza. Piszę o wydarzeniach, które także miały miejsce. Więc znowu kawałek paradokumentu. Hrabianki Dworskie znałem osobiście i wiem, że piękniejsza z nich Stefania trzymała wierzchowca na piętrze kamienicy. Wyrugowane przez komunistów z majątku z resztką dobytku i rasowym wierzchowcem przejściowo mieszkały w Krakowie. Msiało to tworzyć zabawne sytuacje, więc zaprezentowałem jedną z takich...

Polecam Amatorom literackich emocji i zapraszam do światopoglądowej dyskusji na temat powojennej rzeczywistości. Najbardziej jestem ciekaw czytelniczych wrażeń.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Rozdział  27  Ubecka "stypa" 

 

 

    Najbardziej spektakularnym sukcesem sił komunistycznych jesienią 1946 roku była akcja z 7 grudnia, o której Jurek Wołczecki dowiedział się z Gazety Krakowskiej, podanej mu przez Kleofasa w czasie podróży do Zakopanego. Jednak ostatnie miesiące tego roku. przyniosły także kilka innych sukcesów siłom UB i KBW. W nocy z 18 na 19 października obóz 2. Kompanii w Kościelisku został zaatakowany przez grupę operacyjną KBW. Partyzanci, ostrzeżeni przez warty, z trudem zdołali się wycofać podczas strzelaniny. Ostatecznie stracili 3 ludzi, którzy zostali aresztowani. 9 listopada 1946 r. nad ranem pięcioosobowy patrol dowodzony bezpośrednio przez dowódcę 3. kompanii Henryka Głowińskiego - Groźnego został zaskoczony przez trzydziestopięcioosobową grupę operacyjną KBW. Otoczeni partyzanci podjęli walkę. Podczas strzelaniny polegli Groźny i Jan Osiecki - Bratek. Nie mając szans, trzej pozostali partyzanci poddali się. Straty KBW to 1 zabity i 2 rannych żołnierzy.

    I choć Ogniowcy wciąż przeprowadzali w tym czasie, niemal co kilka dni udane akcje zbrojne i zaopatrzeniowe (m.in. 5 listopada 1946 r. odbito partyzanta ze szpitala w Zakopanem, a w rocznicę Święta Niepodległości 11 listopada 1946 r. rozbito posterunek MO w Cichem), to powoli UB i KBW przejmowały inicjatywę.

    Relatywnie większe niż dotychczas sukcesy sił reżimowych w ostatnich miesiącach 1946 r. nie były przypadkowe. Struktury KBW i UB miały lepsze niż wcześniej przygotowanie agenturalne i informacyjne do podejmowanych działań. (Coraz skuteczniejsze okazywały się wdrażane przez sowieckich specjalistów metody łamania aresztowanych i nakłaniania ich do współpracy. Niektóre osoby, przerażone wieściami o bezwzględnym okrucieństwie UB,  z własnej woli zostawały informatorami komunistów. Czasem tylko po to, żeby dokuczyć wrogim sąsiadom). Wprawdzie w dalszym ciągu jakość zdobytych informacji pozostawiać mogła wiele do życzenia, jednak był to o wiele pełniejszy materiał niż zasób wiedzy sprzed roku. Wykorzystano także wszystkie atuty będące efektem coraz gorszej dla obozu niepodległościowego sytuacji politycznej w Polsce. Terror i masowe aresztowania osłabiały zaplecze oddziałów partyzanckich i wzmagały zmęczenie ludności wojną. Czasem, zgodnie z intencjami UB, również partyzantów obarczano winą za aresztowania ludności dokonywane we wsiach przez komunistów.

    22 stycznia 1947 r. dowódca Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego woj. krakowskiego, sowiecki oficer Iwan Dragin, wydał dla podległych mu wojsk wewnętrznych rozkaz bojowy nr 003, na podstawie którego tylko do rejonu stacjonowania „Ognia” skierowano 829 ludzi z 6. Samodzielnego Batalionu Operacyjnego oraz 2. Samodzielnego Zmotoryzowanego Pułku KBW. Podzielono ich na 7 pododdziałów operacyjnych i sztab z odwodem. Do każdego oddziału przydzielono funkcjonariuszy UBP. Zadaniem każdej grupy było „ustawiczne śledzenie, ściganie i nękanie bojówek Ognia”. W sumie przeciw rozformowanemu na okres zimy zgrupowaniu zaangażowano ponad tysiąc żołnierzy i funkcjonariuszy MO i UB.

    Wprawdzie straty, jakie partyzanci ponieśli w listopadzie i grudniu 1946 r. oraz w styczniu 1947 r., czyli w okresie zimowego zakwaterowania części oddziałów i poszczególnych osób na wiejskich melinach, osłabiały wartość bojową zgrupowania, ale nie były tożsame z jego rozbiciem. Na wiosnę zgrupowania Ognia ponownie miały się zebrać i powiększyć. Sytuację opisywał sam Kuraś w rozkazie do 2. kompanii z 7 lutego 1947 r.: „Zaznaczam, że dowództwo jest w ciężkim położeniu z powodu rozbicia dużo [powinno być: wielu] oddziałów w terenie przez UB”, jednak oddziały te „kolejno się porządkują i dołączają do nas”. Nie przypadkiem komórki Zrzeszenia WiN w sprawozdaniu za styczeń 1947 r. pisały: „Na terenie pow. krakowskiego (południe) przejawia swoją działalność głównie grupa Ognia. Stwierdzono, że Ogień przygotowuje silną akcję likwidacyjną PPR-u po wyborach”. Największym problemem było więc przetrwanie zimy.

    Z ponowną aktywizacją zgrupowania wiosną 1947 r. musiały się liczyć UB i KBW. Tym większym sukcesem sił reżimowych było najpierw zajęcie obozu w górach, a potem wytropienie tymczasowej kwatery Ognia. Dopiero wtedy została przekreślona możliwość ponownej mobilizacji zgrupowania, co de facto zakończyło jego działalność. Umożliwiła to zdrada. 10 lutego 1947 r. zwerbowany został przez UB zaufany łącznik Ognia, Stanisław Byrdak, któremu nadano pseudonim Orientacyjny. Właśnie on po trzech dniach przyprowadził bezpiece kolejnego zdrajcę, Antoniego Twaroga (informatora o pseudonimie Śmiały), który przekazał dokładny opis miejsca kwaterowania sztabu zgrupowania w lasach kamienickich, koło polany Stawieniec w Gorcach. Obóz został zaatakowany przez UB i KBW 18 lutego 1947 r. Po tej operacji Ogień swój oddział sztabowy postanowił podzielić na mniejsze, kilkuosobowe grupki, które skierował na kwatery we wsiach. Sam z zaledwie 6 osobami zszedł do Ostrowska. Tam, otoczony 21 lutego 1947 r. przez kolejną obławę, próbował popełnić samobójstwo. Pojmany przez bezpiekę w stanie utraty przytomności został zawieziony do nowotarskiego szpitala, który natychmiast otoczył kordon KBW, a wewnątrz obstawili funkcjonariusze UB i MO. Próby uratowania mu życia okazały się nieskuteczne. Józef Kuraś zmarł dwadzieścia minut po północy, 22 lutego 1947 r. Następnego dnia ciało Ognia zostało wywiezione do Krakowa. „Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.” – mówił Kazimierz Jaworski, kierownik Sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w nowotarskim PUBP. Dalsze losy ciała Józefa Kurasia do dzisiaj nie zostały ostatecznie rozwikłane.  

* Fragmenty opracowań Grzegorza Mkusa zawarte w jego książce "Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie" 

 

    Śmierć Ognia, który wybrał samobójczy strzał w skroń, zamiast się poddać, była przełomem w walce sił komunistycznych ze zbrojną, niepodległościową opozycją. Ogień był patriotą i bohaterem, jednak przez prawie siedemdziesiąt lat propagandziści komunistyczni i postkomunistyczni robili wiele, by temu zaprzeczyć. Tworzono wizerunek bandziora oraz nikczemnika i tak postrzega go wielu, którzy wiedzę o nim czerpali z gazet lub radia w PRL.  W liczącym setki tysięcy nakładach, rozeszły się na temat Ognia pseudonaukowe opracowania i tendencyjne wspomnienia. Powstały wielokrotnie wznawiane książki pułkownika UB Stanisława Wałacha o bohaterstwie i poświęceniu ubeków tropiących „króla Podhala”. Książkę o Ogniu napisał komunistyczny propagandzista Władysław Machajek. Jego powieść „Rano przeszedł huragan” wraz z obecnymi w kioskach Ruchu książeczkami poczytnej serii „Tygrysa”, pod tytułem „Po Ogniu był Mściciel”, rozprzestrzeniała w sposób wybiórczy wiedzę o rzekomych zbrodniach popełnianych przez podhalańskiego bohatera.

    Próbowano, na przykład, wykreować go na antysemitę. 20 kwietnia 1946 r. kilkudziesięcioosobowy oddział zgrupowania Ognia miał zaatakować siedzibę PUBP w Nowym Targu. Na wylotowych rogatkach miasta ustawiono posterunki zabezpieczających akcję. Było już ciemno, kiedy partyzanci zatrzymali nadjeżdżającą ciężarówkę z paką przykrytą plandeką. Kierowcą samochodu był uzbrojony ubek wiozący w szoferce jednego Żyda oraz pięciu innych przedstawicieli tej mniejszości etnicznej na pace pod plandeką. Gdy zorientował się, że zatrzymujący auto to Ogniowcy, odkręcił szybę okna wyszarpnął z kabury pistolet i krzyknął do siedzącego obok.

    - Bandyci, bierz pepeszę i pruj do nich! Jest tu za moim oparciem!

    Zanim Żyd sięgnął po maszynowy pistolet, kierowca - ubek rozpoczął pistoletową palbę do partyzantów. Nie trafił żadnego z młodych podkomendnych Ognia. Zresztą po jego pierwszym strzale padła seria z niemieckiego MG 42, strzelał erkaemista przyczajony w cieniu na poboczu drogi. Na huk serii karabinu maszynowego, nałożył się terkot peemów Ogniowców. Od ostrzału poległ kierowca i sześciu planujących wyjazd do Palestyny Żydów.

     Nie całe dwa tygodnie później, nocą z 2 na 3 maja 1946., kilku żołnierzy ze zgrupowania Błyskawica, stacjonujących w Krościenku, zostało zaalarmowanych, bo pod miasteczkiem zatrzymała się wojskowa ciężarówka.   

    Ogniowcy postanowili sprawdzić, czy nie przywieziono żołnierzy KBW, albo ubeckich agentów. Okazało się, że pasażerami było dwudziestu pięciu Żydów, czekających na przerzucenie ich przez zieloną granicę. Przemytnikiem, który miał ich przewieźć był człowiek, który za obrabowanie i zabójstwo dwóch żydowskich kupców został  później z wyroku Ognia zastrzelony. Na wezwanie partyzantów osoby podróżujące ciężarówką zeszły z auta i wyszły na drogę, gdzie miały zostać wylegitymowane i skontrolowane czy nie posiadają broni. Podczas rewizji nagle padł strzał. Nie wiadomo, kto go oddał. Huknęła seria z trzymanego przez jednego z Ogniowców karabinu maszynowego Diagtieriewa. Prawdopodobnie erkaemista spanikował. Przeszukiwani Żydzi nie byli uzbrojeni, w każdym razie nic na ten temat nie wiadomo. Zginęło wówczas jedenaście osób, siedem zostało rannych, siedmiu innym udało się uciec. Motyw rabunkowy należy wykluczyć – ani zabici, ani ranni nie zostali obrabowani. Czy zginęli dlatego, że byli Żydami? Wątpliwe. Jeżeli przyjąć, że zabito wtedy z tego powodu jedenaście osób, to dlaczego z tej samej przyczyny nie dobito rannych, lecz pozostawiono ich przy życiu? Przyjęcie antysemityzmu za motyw opisywanych zdarzeń nie wyjaśnia tych incydentów.

    Nie ma podstaw, aby twierdzić, że kiedykolwiek z rozkazu Ognia doszło do akcji, której celem miała być likwidacja Żydów, z powodu ich pochodzenia. Z rąk podkomendnych „Ognia”, wskutek akcji wymierzonych przeciwko funkcjonariuszom UB, konfidentom i szczególnie szkodliwym lokalnym aktywistom komunistycznym, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak, że Ognia cechował antypolonizm. 

 * Stworzone na podstawie fragmentów opracowań Grzegorza Mkusa zawartych w jego książce "Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie" 

 

***

 

    Na początku marca 1947 roku major Franciszek Pachcic został wezwany do szefa krakowskiego UB.  

Zaczerwienionemu na twarzy pułkownikowi Olkowskiemu towarzyszył sowiecki pułkownik Iwan Dragin, dowódca drugiego Samodzielnego Zmotoryzowanego Pułku KBW oraz Samodzielnego Batalionu Operacyjnego. Na biurku w gabinecie pułkownika stała napoczęta butla wódki, trzy musztardówki i słoik kiszonych ogórków. Rosjanin patrzył na Pachcica z cyniczny uśmieszkiem, jakby miał przed sobą cyrkowego klowna, wystrojonego w świetnie skrojony garnitur z czesankowej wełny.

    - Słuchajcie majorze – zaskoczył Pachcica pułkownik, zwykle zwracający się do niego na „ty”. – Będziemy musieli zaaresztować waszego porucznika Sprytnego – tego Jurka Wołczeckiego.

    - Zwariowaliście? – oburzył się Szlachcic.

    - A co to za figura ten Wołczecki? – krzyknął gospodarz gabinetu. – Ośmielił się pobić naszego wzorowego pracownika – wycedził najważniejszy ubek w województwie krakowskim. – Taki jest mądry? A czytał przynajmniej Manifest Komunistyczny? – rozzłościł się dodatkowo, bo sam nie rozumiejąc dzieła Marksa i Engelsa, nie doczytał Manifestu nawet do połowy. – Widziałem raz tego elegancika - wygląda jak nowojorski sutener. My tu nie potrzebujemy biglanców.  

    Jednak major Pachcic nie ustępował.

    - To dzięki jego pomysłom i działaniom, zaaresztowaliśmy syna Stefani Kruk – o pseudonimie Teściowa. Ona, żeby ratować synalka podjęła z nami współpracę. Pomogła zwerbować Stanisława Byrdaka – Orientacyjnego, potem Antoniego Twaroga – Śmiałego. Przecież ci dwaj wystawili nam Ognia. Wszystko dzięki porucznikowi Wołczeckiemu.

    - Mówicie, że to wartościowy funkcjonariusz? – Olkowski wycedził z nie dającą się ukryć złością – A kto się zadurzył w zaaresztowanej kurewce, która należała do bandy Ognia?

    Podniósł się z fotelika za biurkiem, patrząc na Pachcica jak rozwścieczony kot na zagonionego do kąta szczura.

    - Co ty, kurwa, myślisz. Wydaje ci się, że nie wiem, co dzieje się na moim podwórku? Ten twój zdolny dżolero – słowo „zdolny” wymówił z obrzydzeniem jakby ugryzł zgniłą marchewkę – przychodzi sobie do aresztu kiedy chce, żeby pierdolić tą akowską dziwkę.

    - Wiecie co? – dalej Pachcic bronił podkomendnego. – Ten niby znakomity śledczy – sadysta, prawie zabił dziewczynę torturami i nie wydobył z niej żadnej informacji. – A Wołczecki? Jak się nią zajął, to podjęła z nami współpracę i dzięki temu zdobyliśmy m a g a z y n   b r o n i.

    Na chwilę w gabinecie Olkowskiego zaległa cisza. Słychać było miarowe tykanie poniemieckiego wahadłowego zegara. Mimo zamkniętych okien, dotarły z ulicy krzyki kobiety. Pachcic odruchowo wyglądnął przez okno.  Jakaś niewiasta próbowała rozdzielić gryzące się psy. Walkę czworonogów zagłuszył głośnym gdakaniem traktor Lanz Buldog z przyczepą, wolno tocząc się ulicą Pomorską.

    - U wasziego lejtnanta Wołczeckiego, konieczno chuj kak u Rasputina – powiedział i zarechotał pułkownik Iwan Dragin.    

    Kurtuazyjnie, chcąc być miłym dla radzieckiego gościa, Olkowski także wymusił na sobie sztuczny uśmiech.  

 

     - To tak jakbyś mówił…  – Olkowski zwrócił się do Pachcica ze złością – że nie ważne bohaterskie ofiary naszych funkcjonariuszy i żołnierzy. Twoim zdaniem ten elegant zasłużył na virtuti military, a może nawet order Czerwonej Gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego. Bronisz go, jakby nikt inny tylko on wygrał wojnę z królem Podhala… – z sarkazmem wycedził Olkowski.

   W gabinecie zapadła ponownie krępująca cisza. Rosyjski pułkownik wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Wysupłał jednego, wsadził do ust, po czym zapalił wykonaną z karabinowej łuski zapalniczką.     

    - No wypijom tawariszczi – sięgnął po butlę wódki i wypełnił stojące na biurku szklanki.

    - Za smiert Ognia – polskowo faszisty – zaproponował toast.   

 

  

***

    

    Kiedy siedzący za biurkiem Jurek Sprytny usłyszał w słuchawce bełkotliwy głos, nie rozpoznał rozmówcy. Przez moment odniósł wrażenie, jakby słyszał rozpaczliwy protest  kogoś, kto się ocknął w spuszczanej do grobu w trumnie.  

     - Biegiiieeeem, kurwa, do mnie! – wreszcie rozróżnił słowa.  

     Major Pachcic? – nie do końca był pewien – jednak zalękniony rozpaczliwym krzykiem, rzucił słuchawkę na widełki aparatu i ruszył do gabinetu szefa. Nie zatrzymał się przy drzwiach ubikacji, skąd docierało jęczenie wymiotującego. Do toalety wrócił, gdy drzwi pokoju Szlachcica okazały się zamknięte.  

    - Obywatel major? Taki nawalony? – dziwił się po otwarciu niedomkniętych drzwi kabiny.

    Przełożony, siedząc w wykręconej pozycji z gołymi pośladkami na podłodze, obłapiał klozetową muszlę.           

    - Łeeeee, ooooo, łeeeeeee – męczył się ubek. – Oj Jurek… pomóż, bo zdechnę. Kurwa szklankami… na szybko dwa litry wódy. Oj bo skonam…  Na biurku mam sodową wodę. Nic tam nie ruszaj, bo kurwa, zabiję.

 

    Major po wypiciu kilku szklanek gorzkiej herbaty, zaparzonych i podanych przez Jurka Sprytnego, jeszcze kilkukrotnie chodził do toalety, by wymiotować już samą żółcią.

    - Ty mi nigdzie nie wychodź i nikogo tu nie wpuszczaj – nakazał podwładnemu pobladły major Szlachcic – ratowałem ci dupę  – dodał.

    - Nigdzie się nie wybieram. Niech szef odpoczywa – uspokoił przełożonego, który siedząc na krawędzi krzesła część torsu i głowę oparł na blacie biurka.

    Zza ściany rozlegały się jęki torturowanego więźnia. Z powieszonych nad ciężko dyszącym majorem czarnobiałych portretów patrzyli na Jurka: Stalin, Feliks Dzierżyński i Bolesław Bierut.

     Po chwili milczenia odezwał się Szlachcic, jego płaczliwy sznaps baryton przypominał stękanie byka na krowie.

    - Przez ciebie musiałem się tłumaczyć u Olkowskiego, był tam sam Iwan Dragin. Mieli pretensje, że z naszych aresztów i więzień robisz sobie prywatny burdel – kontynuował major bydlęcym  lamentem.

    - Od razu burdel? Nie wierzy pan w uczucia wyższe? – z zakłopotaną miną  próbował się bronić podporucznik.

    - Ojej, chyba zaraz pójdę się znowu wyrzygać – oburzył się major.

    Nie zmieniając półleżącej pozycji ciągnął dalej. – Ty mi tu nie pierdol o uczuciach wyższych. Ojej, ojej, zaraz mnie zaniesiesz do sracza. Och, ta wstrętna wóda. Nie rozumiesz, że jakby nie ja, to gniłbyś w więzieniu? Może nawet wąchał kwiatki od spodu…

    Major wziął kilka głębszych oddechów.

    - Najpierw tapczanik w więzieniu Świętego Michała, pobicie funkcjonariusza służby więziennej i całonocne jebańsko. I co najgorsze, nawet nie wyjąłeś kutasa z pizdy, jak parę metrów obok uzbrojeni bandyci od Ognia rozbijali więzienie. I co? Niedawno… znowu wnosili do aresztu tapczan. Myślisz, że tego nikt nie widział? 

    Jurek już chciał coś powiedzieć, otworzył usta, lecz przerwał mu major.

    - Milcz, teraz ja mówię – major dalej półleżąc podrapał się w  głowę. – Zaraz, na czym to stanąłem?

    - Mówił pan, że z Urzędu Bezpieczeństwa robię prywatny burdel.

    Major prychnął śmiechem – zabrzmiało to jak kichnięcie hipopotama.

    - Wiesz, ty skubańcu? – tym razem dowódca wstrząsany  śmiechem jak monstrualna galareta, nie panował nad wesołością. – No, nie mam słów – chichotał. – Niech cię szlag. Uczucia wyższe? Miiiłość? Ty, kurwa, alfonsie… – śmiał się dalej Szlachcic.

    Przez chwilę sapał próbując uspokoić oddech.

    - Zapamiętaj alfonsiku, na jutro masz się wbić w garnitur i krawacik. Popołudniu jesteśmy zaproszeni na herbatkę do hrabianek Dworskich. Chyba się spodobałeś ich kuzyneczce… 

 

 

 

 

Rozdział 28  Anyżowe ciasteczka

 

    Nazajutrz od rana świeciło słońce i zarówno arabska klacz hrabiny Stefani Dworskiej – Michelle, jak i niemiecki wałach Adler, należący do kuzynki, prychały i przebierały kopytami jakby je coś niepokoiło. Chyba z powodu pierwszych tchnień ciepłego wiatru, zwiastującego rychłe nadejście wiosny, szczególnie dziwnie zachowywała się klacz Michelle. Wydawała się nerwowa i przekorna.

    - Pour qua tu est paresseuse[1]? – zdenerwowała się Stefania, gdy szturchana ostrogami Michelle przestępowała nerwowo z nogi na nogę i nie chciała przejść ze stępa do kłusa.  Kobiety ostatnio codziennie wracały z przedpołudniowej przejażdżki Aleją 3 Maja wzdłuż parku Jordana. – You aren't a donkey, are you?[2] – zwróciła się z sarkazmem do klaczy.

     W drodze do domu zatrzymały się przed cukiernią. Wypadało zaproszonych na herbatę oficerów bezpieki poczęstować czymś słodkim. Kiedy Stefania weszła do ciastkarni, kuzynka Irena została przed sklepem trzymając za uzdy Michelle i spokojniej zachowującego się Adlera.  Zwrócił się do niej około dziesięcioletni brzdąc z lizakiem w dłoni, który najwyraźniej się nudził.

    - Czy mogę pogłaskać tego konia? – zapytał kuzynkę hrabianek.

    - Jak już chcesz, to pogłaskaj Adlera. On jest spokojniejszy – wskazała ruchem głowy na niemieckiego wałacha.

     Chłopiec nie posłuchał.

     - Widzi pani, ten koń się do mnie przytula.

    I rzeczywiście rasowa arabka jakby tuliła łeb do ramienia chłopca.

    - Och, ty wstrętny, niewychowany złodzieju – oburzył się brzdąc, kiedy Michelle wyrwała lizaka i po zmieleniu go w pysku wypluła patyczek.

    - Ty koński rabusiu, bezczelnie mnie okradłeś! – rozdarł się dzieciak. – I jeszcze się bezczelnie gapisz. Co za idiota cię wychowywał?

    - Czy ty smyku nie za dużo sobie pozwalasz? – ze zwężonymi, ze złości oczami zwróciła się do chłopca kuzynka hrabianek.

    Na kobietę i chłopca zwróciło uwagę kilka osób opuszczających cukiernię.

       - Widzieliście państwo kiedyś tak niewychowanego konia? Pewnie tu przywędrował z kacapami ze wschodu.

     - Brawo młodziaku. Za to, że nienawidzisz sowieckich najeźdźców mogę cię pochwalić – odezwał się starszy chłopak o ostrych rysach twarzy. – Ale po co pretensje do kobyłki? Wygląda na wyjątkowo rasową arabkę.

    Zbliżył się do Michelle z wyciągniętą ręką.

    - Co za wspaniałe umięśnienie, jaka piękna, błyszcząca sierść. Ałłła! – nagle wrzasnął, skarcony za zbytnią poufałość. Na jego przedramieniu zakleszczyły się zęby klaczy. – Ojejej! – zajęczał.

    Właśnie w tej  chwili wyszła z cukierni, zwracająca uwagę zarówno urodą jak i opinającymi kształtne biodra i uda bryczesami oraz innymi akcesoriami ubioru jeździeckiego, hrabina Stefania Dworska.

    - Ale Michelle dzisiaj rozrabia – powiedziała kuzynka hrabiny. – Ukradła chłopcu lizaka i ugryzła tego pana – spojrzała na młodzieńca rozcierającego ramię ze skrzywioną miną.

    Do hrabiny Stefani z pełną pretensji miną podszedł pozbawiony lizaka brzdąc.

    - Domagam się zwrotu pieniędzy za lizaka ukradzionego przez pani konia.

    - Przestaniesz smarkaczu się wymądrzać ? Zaraz ci nakręcę ucho, to ci się odechce – odezwała się wyglądająca na matkę chłopca kobieta, która także wyszła z cukierni.

    - Weź sobie ciasteczko – hrabina pojednawczo podsunęła brzdącowi papierową torbę. – Pan też – wyciągnęła torbę w stronę rozcierającego przedramię młodzieńca.

    Icha, chaaaaa! Iiiichaaa, chaaaa! – zdenerwowała się Michelle, także domagając się anyżowego przysmaku.

 

***

 

    - Nie chcę pana urazić, ale pachnie pan jak pederasta – zwrócił się wyelegantowany podporucznik Jurek Sprytny do majora.

    Zatrzymali się właśnie przy bramie wejściowej do dobrze utrzymanej kamienicy, przy ulicy 3 Maja.

    - Oj, Jureczku, na kosmetykach to się najlepiej nie znasz. Skropiłem się Old Spice’em, angielskim płynem po goleniu. To wyjątkowy zapach. Flakonik tego kosmetyku to wojenne trofeum.  Miał go przy sobie złapany szpieg brytyjski.

    Jurek zbliżył się do majora i pociągnął nosem.

    - Coś mi się wydaje, że tak pachniał przywalający się raz do mnie pedzio.

    - Przecież się nie skropię ruskimi dufami, co śmierdzą jak kocie szczyny. Powąchaj te kwiaty – major wyciągnął otoczony papierem bukiecik zawierający pięć gerber. – Wydałem kupę szmalu.

    - Oj, majorze, widzę że hrabianka Stefania na dobre zawróciła panu w głowie. Śmieje się pan z moich uczuć, a sam? Niestety… nikt nie jest odporny na wdzięki kobiet.

    - Lepiej pomyśl jak się nam poprawiło teraz, w czasach rządów robotniczo-chłopskich. Kiedyś takim hrabiankom to moglibyśmy polerować buty a teraz... patrz – major wyciągnął z kieszeni spodni paczkę poniemieckich prezerwatyw. – Jak dobrze pójdzie to jeszcze poskaczę sobie na hrabinie jak koń na kobyle.

    Jurek chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu major.

    - A teraz przestań kłapać dziobem, wchodzimy – major pociągnął klamkę bramy.

    Gdy doszli do schodów, major zatrzymał Sprytnego za ramię.

    - Nie czujesz? Ty mi tu  ględzisz o perfumach, a sam wdepnąłeś w końskie gówno. Pokaż no buty.

    - No, też pan sobie wymyślił – pochylony Jurek oglądnął jedną, a potem drugą podeszwę. – To na pewno nie przez moje buty, ale faktycznie... Niech  pan zobaczy – pokazał na zabrudzony stopień. – Nie rozumiem, taka elegancka kamienica, a ktoś rozrzuca końskie odchody?

     Chwilę później, wejście do mieszkania, ozdobione witrażem przedstawiającym kwiatowe motywy,  otworzyła atrakcyjna kobieta. Miała usta zabarwione jaskrawą szminką.

     „Kuzynka hrabianek”? – w pierwszej  chwili Jurek jej nie poznał. Nieprzyjemnie wspominał tę kobietę. Z nią odbywał pierwszą w życiu, przypominającą koszmarny sen, konną jazdę. Lecz teraz wyglądała jakby inaczej.

    - To pani?

    - Nie rozumiem, co pan ma na myśli?

    - Pani jeździła ze mną konno?

    - Oczywiście. Słabą ma pan pamięć? Zapraszam do salonu – zachęciła zmysłowym altem.  

    Ubecy ruszyli na wprost i Jurek, chcąc być uprzejmy, pierwszy sięgnął do klamki drzwi, wydających się prowadzić z korytarza do mieszkania. Powstrzymała go gwałtowna reakcja kobiety.

    - Nie, proszę pana! W żadnym wypadku nie tutaj – powiedziała głosem tak zaniepokojonym, jakby otwarcie tego pomieszczenia groziło śmiercią lub kalectwem.

    Otworzyła kolejne drzwi do pokoju, którego wystrój sprawił, że oficerowie UB  stanęli jak wryci. Pokój przypominał jedną z wawelskich komnat. Na arrasie, oświetlonym wpadającym przez obszerne okna popołudniowym słońcem, złociła się opatrzona herbem rycerska tarcza. Częściowo przykrywała skrzyżowaną pod nią karabelę z halabardą. Na pozostałych ścianach wisiały olejne pejzaże, niektóre pociemniałe ze starości. Był też starodawny portret arystokraty w peruce, typowej dla francuskiej mody baroku. Kuzynka hrabianek uprzejmym ruchem dłoni wskazała na foteliki rozstawione wokół inkrustowanego roślinnymi motywami stołu. Na środku blatu antycznego mebla stała patera wypełniona pachnącymi świeżością anyżowymi ciastkami. Pochodzący z robotniczej rodziny major Szlachcic, trzymając zawinięte gerbery, stał usztywniony jakby trzymany bukiet pomylił z karabinem i wykonywał rozkaz „prezentuj broń”.

    - Mają panie wazonik na kwiaty? – Jurek Sprytny chciał wybawić majora z niezręcznej sytuacji.

    - Och, jakie piękne – z przesadną egzaltacją odezwała się kuzynka arystokratek. – Domyślam się, że są dla hrabiny Stefani. Zaraz tu przyjdzie, teraz na chwilę zostawię panów samych.

    Po wyjściu kuzynki uwagę oficerów zwróciła oszklona serwantka i znajdujące się w niej cenne bibeloty. Był tam mikroskopijny fortepian, stworzony zapewne dłońmi jubilerskiego mistrza z cieniutkich srebrnych drucików. Goście podziwiali niezwykłą kolekcję kilkudziesięciu figurek z barwionej i złoconej miśnieńskiej oraz saskiej porcelany. Część z nich przedstawiała sceny z polowań, były powyginane w tanecznych pląsach roznegliżowane dziewczęta, strzelający z kuszy rycerz, też piekarscy czeladnicy wypiekający chleb.

    - Jak w muzeum – zagadał Sprytny do szefa, który z zaciekawieniem oglądał oparty o stojak muszkiet.

    - Wygląda na gotowy do strzału – Szłachcic wsadził do lufy palec. – widzisz ile jeszcze luzu? Kaliber osiemnaście albo dwadzieścia milimetrów. Taką bronią to można urwać głowę.

    - Obywatelu majorze, słyszy pan to co ja?

    Z sąsiedniego pokoju docierał głos jakby ktoś wydobywał z siebie świszczące sapanie.

    - Gruźlik? A może nas podsłuchują? – nieznacznie uśmiechnął się dowódca Jurka, po czym uniósł muszkiet i lufę broni skierował w stronę drzwi, zza których nadal rozlegało się dziwne świszczenie.

    - Pif paf – zdążył zażartować Szlachcic, gdy równocześnie rozległ się ogłuszający łoskot.

    Huk był tak przerażający, że stężały ze zdenerwowania dowódca omal nie wypuścił staroświeckiej broni strzeleckiej. Zachował się jakby nieopatrznie z niej wystrzelił. Ujrzeli efekt sprawiony domniemanym hukiem wystrzału. Na roztrzaskanym fragmencie drzwi z którego do wnętrza pokoju prysło kilka drzazg i wybitych szczapek uwidoczniła się duża wypukłość.

    - Kurwa, co się dzieje? – major odstawił  na stojak muszkiet i sięgnął pod marynarkę, gdzie miał zwieszoną na szelkach kaburę z radzieckim pistoletem TT.

    Patrzył zdenerwowany na wybrzuszoną do środka salonu, prawie wybitą na wylot dziurę.

    Gwałtownie otwarły się drzwi od korytarza.

    - Rany boskie! – krzyknęła z przerażonym wyrazem twarzy kuzynka hrabianek, wpatrując się w zdemolowane drzwi.

    Za nią pokazały się w wejściu od korytarza hrabina Stefania i jej siostra Ewa.

    - You stupid bitch! – piękna hrabianka podbiegła do rozbitych drzwi, otworzyła je, odkrywając przed bezpieczniakami przyczynę incydentu.

   Klacz Michelle wsunęła do pokoju łeb skierowany w stronę patery z anyżowymi ciasteczkami. Wraz z pojawieniem się klaczy w wytwornym pomieszczeniu dało się wyczuć stajenny zapach.

    - Po co częstowałaś ją ciasteczkami – zganiła kuzynkę piękna hrabianka.

    Parskająca klacz, mimo stawiającej opór hrabianki, przepychała się w stronę patery z anyżową słodyczą. Chcąc pomóc, zerwał się do przodu major i wymierzył w chrapy uderzenie otwartą ręką. Cios musiał wywrzeć na zwierzęciu wrażenie, bo klaczka poderwała łeb i niechętnie wycofała się do swego pomieszczenia.

    - Jestem wdzięczna – podziękowała majorowi z zalotnym uśmieszkiem Stefania. – Też dziękuję za piękne kwiaty, very beautiful – dodała po zamknięciu zniszczonych drzwi, zza których rozlegało się nadal parskanie niezadowolonej Michelle.

    Chwilę potem do pomieszczenia weszła służąca z niesionym na dużej tacy dzbankiem, cukiernicą i filiżankami na spodkach. Zanim osłodzono prawie czarną, wydzielającą mocny aromat herbatę, za rozbitymi drzwiami rozległy się kolejne roszczeniowe sapania. Nikt nie kwapił się do rozpoczęcia kurtuazyjnego dialogu.

    - Poczęstujcie się panowie anyżowymi ciasteczkami – zagaiła kuzynka Irena.

    Bezpieczniacy sięgnęli po anyżowe kółka i w chwili, gdy zaczęli je chrupać, ponownie stęknęły nadwyrężone drzwi. Najwyraźniej cierpliwość Michelle

miała swoje granice. W rozwartych pchnięciem łba dwuskrzydłowych drzwiach, ponownie pojawiła się klacz krocząc w stronę stołu z paterą, na której bieliła się pryzma ciasteczek. Przełożony Jurka Sprytnego, poderwał się z fotelika przyjmując postawę bokserską. Jednak tym razem Michelle nie dała się zaskoczyć. Gdy oficer zamachnął się, chcąc ją postraszyć otwartą dłonią, zaatakowała zębami. Poderwał się z krzesła Jurek Sprytny. Bez zastanowienia wymierzył zamachowy cios otwartą ręką w bok końskiego pyska, co sprawiło, że zaszokowana klacz stanęła dęba. Powiało grozą.

    - Oh, my God! – zapiszczała hrabina Ewa.

    Prawie sięgająca w wyprostowaniu sufitu klacz, wykonała na tylnych nogach dwa kroki w stronę stołu z ciasteczkami.  Podkutym kopytem przedniej nogi huknęła w stół z anyżową paterą i herbacianym serwisem, którego skorupy wraz z rozpryskiem ciasteczek rozleciały się po pokoju.

    - Oh no! – wrzasnęła hrabina Ewa wywracając się razem z fotelikiem na plecy.

    Jej piękna siostra, kuzynka Irena, major i Jurek Sprytny w oblanym mocną herbatą garniturze, odskoczyli do tyłu. 

    Raptem, rozwarły się drzwi i do wykwintnego pokoju wtargnął mężczyzna z mocno zarumienioną twarzą. Jego oczy jarzyły się obłędem. W dłoniach dzierżył radziecki pistolet maszynowy Szpagina, powszechnie zwany pepeszą. Ku przerażeniu obecnych odciągnął zamek.

     - Kurwa, zajebię tą szkapę!

      Za uzbrojonym mężczyzną w drzwiach od korytarza pojawiła się kobieta o pokaźnym biuście w nie pierwszej czystości nocnej koszuli i nakręconych na głowie papilotach. Jej okrągła twarz także miała buraczkowe zabarwienie, a zwężone oczy wyrażały nienawiść. Wraz z wejściem jakby wyrwanych z pościeli intruzów w powietrzu dał się wyczuć zapach wódki, zmieszany z wonią typową dla wnętrza centrali rybnej.

    - Pierdolone hrabie – syknęła.

    Michelle pewnie nie zwęszyła zagrożenia ziejącego z otworu osłony lufy pepeszy, bo opadła na cztery kopyta, schyliła łeb i jakby nic się nie stało zaczęła chrupać anyżowe ciasteczka.

    - To wy, Feliks Kopyto? – zdziwił się Jurek Sprytny patrząc na mężczyznę ze skierowanym w stronę klaczy automatem, ubranego w ogólno-wojskowe kalesony i podkoszulkę.

    - Obywatel porucznik? – nie mniej zdziwiony żołnierz wytrzeszczył oczy na Jurka Wołczeckiego.

    - Co wy tu robicie? Tak straszyć bronią? W mieszkaniu? – zaatakował  żołnierza KBW, który w lecie minionego roku pomógł mu w Krakowskim Rynku zaaresztować akowskiego porucznika Wilka wraz z towarzyszącą mu tancerką.

    - Ja tu tera mieszkam. Dostali my z żoną mieszkanie na dokwaterunek.

    - Te wyzyskiwaczki ludu i obszarniczki, zamiast oddać nam drugi pokój, trzymają tu kunia. Wrednom szkape – wtrąciła swoje pięć groszy grubawa kobieta, odsłaniając brak połowy przedniego uzębienia. – A mój mąż dostanie order za złapanie wroga ludu. Dlatego my dostali ten przydział.

    W zdewastowanym, jeszcze przed minutami wykwintnym, salonie zapadła ponownie cisza. Przerywało ją sapanie i dźwięki chrupania ciasteczek przez niczym niezrażoną klacz.

    - Och – jęknęła podnosząca się z podłogi hrabina Ewa patrząc na serwantkę, w której rozbitą kryształową szybę wbiła się noga od zabytkowego brydżowego stolika.

    - Kuń jest żeby orać i ciągnąć wóz, a nie wpierdalać ciasteczka – dodała żona plutonowego KBW…

 

 

[1] Czemu jesteś taka leniwa (francuski).

[2] Zamieniłaś się na osła? (ang.).

 

* Całość na podstawie znanych autorowi opowieści oraz wiarygodnych dokumentów. 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 18.07.2018 17:42 · Czytań: 864 · Średnia ocena: 1 · Komentarzy: 14
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 21.07.2018 23:00
Hej,

Wreszcie znalazłem czas, aby przeczytać co nieco. Ostatnio z czasem u mnie krucho. Chyba od dwóch tygodni nic nie czytałem na portalu.
Ale do rzeczy.
Nie wiem, czy to przez moje zajęcia, ale nie zauważyłem prawie w ogóle błędów (poza interpunkcją). Jedynie dwa. I mam wrażenie, że to najlepiej napisana część książki, jaką czytałem.
No to te błędy:
Cytat:
 Na chwi­lę w ga­bi­ne­cie Ol­kow­skie­go za­le­gła ci­szaS

Niepotrzebne S na końcu.
Cytat:
dźwię­ki chru­pa­nia cia­ste­czek przez ni­czym nie zra­żo­ną klacz

Niezrażoną - razem.

I to w zasadzie tyle.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 22.07.2018 09:16
Witaj Antosiu! Jak zawsze na Ciebie jednego mogę liczyć i jestem Ci bardzo wdzięczny. Zarówno za korekty i za przeczytanie kolejnej części.
Urosłem też we własnych oczach, czytając pochlebną opinię.

Apropos kobyłki Michelle, akuratnie wczoraj byłem na kawie w końskiej kawiarni przy Stadninie Ogierów Śląskich, koło zamku Książ. Jak zwykle, mimo groźnie brzmiącego napisu "OBOWIĄZUJE ZAKAZ DOKARMIANIA KONI"!!! (przy którym brakowało mi jedynie trupiej główki) miałem ze sobą foliowy woreczek z pociętymi w talarki marchewkami. Konie zachowywały się znacznie pryzwoiciej od opisanej Michelle. Żaden ogier, klacz, ani źrebaczek, mnie nie ugryzł. Choć wiem, że te urocze zwierzęta, w przypływie złych nastrojów potrafią dopuszczać się chuligańskich ekscesów.

Podobnie do Ciebie, ostatnio bywałem rzadszym gościem w PP.
Jeszcze raz serdeczne dzięki i pozdrówka, Kaz
Carvedilol dnia 22.07.2018 11:54
Kazjuno

Przeczytałem ten fragment bez znajomości całości. Pierwsza część przypomina dziennik historyczny rzeczowo przedstawiający fakty druga to przeniesienie tych faktów w autorską rzeczywistość i dodanie elementów komicznych. Pytanie czy chcesz w ten sposób napisać całość przybliżając fakty w sposób mniej "suchy" bo sam pomysł niezły. Z ciekawości zerknę na inne rozdziały.
Carvedilol
Kazjuno dnia 22.07.2018 14:10
Serdeczne dzięki Carvedilol za czytanie i wyrażenie opinii. Otóż piszę w konwencji paradokumentu, czyli duże ilości materiału dokumentalnego wstawiam metodą "kopiuj i wklej", no i jak celnie zauważyłeś całość, "nawilżam" wielowątkową opowieścią o losach przeróżnych bohaterów. Najpoczytniejsze miejsce zajmuje ex uczeń jednej ze słynnych szkół kieszonkowców ze Lwowa. Pod koniec wojny w obawie o swoje życie wstępuje do Armii Ludowej, a potem z automatu do Urzędu Bezpieczeństwa. To trochę nietypowy ubek, postać bogata wewnętrznie. Kilkakrotnie nachodzą go wyrzuty sumienia, że bierze udział w procesie zniewalania Polaków. I to jakimi metodami?! Okrutnymi torturami i chamską indoktrynacją...

Chcę w sposób barwny i plastyczny, na jaki tylko mnie stać, unaocznić Czytelnikom jak bardzo byliśmy zniewoleni przez okupanta, którego dokonania wielu ziomków relatywizuje, twierdząc, że w PRL było całkiem sympatycznie.

Na ile mi się to udaje? W pisaniu trudno być sędzią we własnej sprawie.

Pozdrawiam Cię bardzo uzdolniony Autorze, Kj
viktoria12 dnia 24.07.2018 11:24
Cytat:
- Kuń jest żeby orać i cią­gnąć wóz, a nie wpier­da­lać cia­stecz­ka – do­da­ła żona plu­to­no­we­go KBW…



Toś mnie, Panie, rozbawił :D Znacznie lepiej, niż... Jak to było? ,, Ćwik, ćwik?".
Kazjuno dnia 24.07.2018 22:50
Byłbym Vktorio12 zaznaczył twój wpis na zielono - jako pomocniczy. No bo, a jakże, pomogłaś mi na duszy. Ale jest już późno. Czuję się jak po koniaczku 40 gram alkoholu za kwotę 53zł/1 kieliszek w kawiarni przy Zamku Książ, który postawiła mi koleżanka - znakomita polska pisarka Joanna Peterrssen, przy okazji wizyty w Szczawnie Zdroju, gdzie organizowałem jej wieczór autorski. Ona jest wykładowcą literatury w Norwegii, ba, profesorem literatury! Dlatego ją stać na taki koniaczek.
Wystarczyłaby mi seta czyściochy, ale się uparła no i co... JAK RANY CHRYSTE nie piłem tak dobrego koniaku, choć to taka ilość, że rozlała się w dziurach jakie mam w zębach.
A wracając do "Ćwik, ćwik" to nie było ćwik , ćwik, a psik psik jakie agenka FSP (następczyni KGB) miała opryskiwać poduszki trenujących właśnie polskich piłkarzy. Poduszki potem wydzielały miły aromat a Lewandowski z kolegami budzili się w świetnych nastrojach, by potem wbiegając na murawę stadionu poczuć się jakby im ktoś do nóg i do pośladków wstrzyknął po kilka kilogramów ołowiu.
Tylko tak potrafię sobie wytłumaczyć ich spowolnienie, gdy biegali jakby mieli dupy obklejone prezerwatywami wypełnionymi rtęcią.

Ponadto Viktorio 12 bardzo Ci dziękuję za przeczytanie tekstu oraz za wpis. Oczywiście też pozdrawiam Cię serdecznie, Kj
viktoria12 dnia 27.07.2018 10:18
Zielonego u mnie pod dostatkiem. Z zielonych wzgórz nad Soliną ślę Ci pozdrowienia z muzą w tle

https://www.youtube.com/watch?v=7scH1OQgfBQ

Co do tekstu ,,Gnębiciele..."

Cytat:
ko­py­ta­mi jakby
pomiędzy wyrazami - postaw przecinek,
Cytat:
I rze­czy­wi­ście ra­so­wa
po rzeczywiście - przecinek,
Cytat:
wy­mą­drzać ?
bez spacji,
Cytat:
usztyw­nio­ny jakby
pomiędzy wyrazami - przecinek,
Cytat:
. Naj­wy­raź­niej cier­pli­wość Mi­chel­le

miała swoje gra­ni­ce.
nieprawidłowy zapis tekstu,
Cytat:
– wi­dzisz
początek zdania dużą literą.

Przez kilka tygodni przebywałam w Szczawnie Zdroju na rekonwalescencji. Wówczas odbywały się wieczorki muzyczne. I słynne dancingi. Ale, owszem - słyszałam, że również organizowane są wieczory autorskie. Przepiękne scenerie, w sam raz na poezje, wiersze, treny, pieśni, elegie ...
Do Zamku Książ zastałam zaproszona przez Redakcję jednego z popularnych tygodników. To był bardzo przepiękny, wspólnie z innymi czytelnikami, spędzony czas. Owszem - przekąski wyśmienite.
Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 28.07.2018 17:10
Viktorio12, bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i pochylenie się nad usterkami, i ich zaznaczenie. Czego mi troszkę brakuje, ach, ale to byłoby już z mojej strony namolną bezczelnością. Aż się wstydzę dopraszać.
Jednak wykrztuszę: nic nie wiem o twoich wrażeniach z całego tekstu. Czy wartko się czytało? Czy podoba Ci się mój sposób przedstawiania historii Polski?

W Szczawnie Zdroju mieszkały nie tylko Hrabianki Dworskie, po wojnie w laboratoriach balneologicznych pracował Hrabia (nie wiem czy nie książe) Potocki i ukrywało się przez pewien czas grono oficerów AK. Jednego z nich doktora Broma (Zygmunta Kujawskiego) - szefa sanitarnego Baonu Zośka znałem bardzo dobrze. Opowiadał nam, dzieciakom, którzy chodziliśmy z nim na rydze, fascynujące przygody z lat konspiracji i Powstania Warszawskiego.

Miło mi, że osobiście dostrzegłaś uroki moich okolic. W Zamku Książ bywam regularnie, a zanim się ustatkowałem, byłem szczawieńskim ulicznikiem i znam każdy kąt tego uroczego kurortu.

Pozdrawiam serdecznie.

PS Zdarzało mi się podrywać kuracjuszki.
Przemir dnia 04.08.2018 11:02 Ocena: Słabe
Kazjuno,
Przeczytałem Rozdział 27, Uzbecka Stypa. To jest groch z kapustą, za dużo wszystkiego na raz, napisane językiem, który wymaga dopracowania. Duży wstęp o „Ogniu” pretenduje, jakby, do pracy naukowej, ale brak tam powoływania się na źródła. Wygłaszasz tam też swoją opinię. Piszesz pracę naukową czy powieść?
Zapisy takie jak:
…obóz 2. Kompanii..
…przez dowódcę 3. kompanii Henryka Głowińskiego…
Rażą mnie. Przecież to można napisać: przez dowódcę trzeciej kompanii. Co znaczą te kropki po dwójce i po trójce?
Potem, towarzystwo ubecji, kabewuecji, jakiegoś ruskiego, no i hrabianki z koniem i klaczą. Do tego toporne zdania i zlepione dialogi.
W powieści powinien być bohater/bohaterowie oraz problem lub problemy do rozwiązania.
Ja też próbowałem pisać o zdarzeniach na przestrzeni kilkunastu lat, ale zorientowałem się, że nie tędy droga. Teraz usiłuję opisać 45 dni z życia bohatera. Ma to być pełnowymiarowa powieść. Staram się wygładzać jakoś moje zdania.
Wybacz krytyczne uwagi.
Kazjuno dnia 04.08.2018 12:22
Jestem przekonany Przemir, że twoje negatywne odczucia, to efekt czytania rozdziału ze środka powieści. Stosuję metodę paradokmentu, czyli wielowątkową opowieść mieszam z pochyłą kursywą pisanymi materiałami dokmentalnymi. (przyznaję rację zapomniałem podać źródło - błąd!) Więc niech Cię nie dziwią wstawki dokumentalne typu:
Cytat:
…obóz 2. Kompanii..…przez dowódcę 3. kompanii Henryka Głowińskiego…
(ale przyznaję, takie sformułowania mogą razić).
Ponadto wymądrzasz się pisząc autorytatywnym tonem o swoich pisarskich doświadczeniach i planach komponowania powieści, która jest twoim wishful thinking. Może napiszesz bestseller? Kto wie? Na razie twój tekst bynajmniej tego nie zapowiada.
Zupełnie inne zdanie na temat mojego sposoby tworzenia dialogów słyszałem od osób, którym bardziej bym zaufał, w kwestii znawstwa literatury.
Na pewno tekst powinien przejść jeszcze redakcyjną polerkę. Lecz twoje a priori negatywne nastawienie zaskoczyło mnie. Mam już na koncie wydaną powieść - także tworzoną metodą paradokumentu, opisującą historię kilkudziesięciu lat i bardzo korzystne jej recenzje, a nawet zachwyty. Jeśli chcesz to na prywatną pocztę mogę Ci wysłać jej recenzje pisane przez niekwestionowane autorytety.
Pozdrawiam.
Przemir dnia 04.08.2018 13:39 Ocena: Słabe
Kazjuno,
Napisałem kilkaset stron, pokrywający zdarzenia w trzech krajach i na dwóch kontynentach, ale to nie jest literatura. Tak się zresztą przedstawiłem, tu, na tym forum. Teraz zredukowałem moje ambicje do czterdziestu pięciu dni. Ty ciągle widzisz w tym element wymądrzania się? W porządku. Skrytykuj uczciwie mój wrzucony fragment. Nie obrażę się. Chwalmy się wszyscy nawzajem, to nie zrobimy kroku do przodu.
Takie odniosłem wrażenie przy czytaniu Twojego tekstu i tak Ci napisałem. Na końcu było: „wybacz krytyczne uwagi”.
Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 04.08.2018 14:11
Dzięki Twoim krytycznym uwagom, Przemirze, uzupełniłem powyższy tekst o odniesienia do materiałów dokumentalnych.
Dziękuję za tę celną krytykę.
Dalej jednak twierdzę, że totalne oskarżenie o chaos jest krywdzące, bo odnosisz się do fragmentu wyrwanego z kontekstu.
A fakt krytyki moich dialogów? Cóż, nie trafiłem w Twoje poczucie humoru - lub czytałeś w nastroju nie sprzyjającym odbiorowi na właściwej fali(?). (Degstibus non disputandum est).
Teraz nie mam czasu, ale obiecuję jeszcze raz przeczytać "W Gdańsku 1971" i rzetelniej się ustosunkować do fragmentu.

Pozdrawiam ,Kj
Przemir dnia 05.08.2018 02:56 Ocena: Słabe
Cytat:
A czy­tał prz­yn­ajmniej Ma­ni­fest Ko­mu­ni­stycz­ny? – roz­zło­ścił się do­dat­ko­wo, bo sam nie ro­zu­mie­jąc dzie­ła Mark­sa i En­gel­sa, nie do­czy­tał Ma­ni­fe­stu nawet do po­ło­wy.


Manifest Komunistyczny, to po prostu manifest. Jest krótki i zrozumiały. Inna sprawa z Kapitałem, bo w nim są same cyfry dochodów „tych wstrętnych burżujów”. Tego się czytać zwyczajnie nie da.
Co do zlepionych dialogów, przyczepiłem się, niesłusznie, do fragmentów, gdzie jeden z bohaterów rozmawia sam z sobą.
Kazjuno dnia 05.08.2018 09:47
Dzięki Przemirze za informacje dotyczące Kapitału Marksa, naniosę poprawkę.

Pozdrawiam, Kj
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
introwerka
15/10/2018 22:10
Mario, ogromnie dziękuję, że jesteś, czytasz i zaglądasz… »
introwerka
15/10/2018 22:07
Zolu, dziękuję gorąco za ciepły odbiór tekstu i tak… »
Lilah
15/10/2018 19:50
Pięknie, dodatku! :) »
mariaczekanska
15/10/2018 18:18
Uwielbiam Twoje pióro, masz dar zatrzymywania: oczu, czasu. »
mariaczekanska
15/10/2018 18:17
Coś innego, świeżego. Podoba mi się jak przeskakujesz do… »
mike17
15/10/2018 17:24
Kaziu, znam się trochę na ludziach i wiem, że mnie nie… »
dodatek111
15/10/2018 11:59
Kazjuno dziękuję, zaraz wezmę się do szukania opisu jesieni… »
Hubert Z
15/10/2018 11:50
Witaj Hope. Raczej całkiem tam coś ;) . Bardzo mi się… »
JOLA S.
15/10/2018 10:04
Jesień rozgościła się na dobre, słoneczna, złota, polska,… »
Kazjuno
15/10/2018 09:34
Wiersz o październiku także mi przypadł do gustu. Malowniczy… »
dodatek111
15/10/2018 09:25
Dziękuję serdecznie za miłe słowa. Pozdrawiam:) »
Kazjuno
15/10/2018 09:18
.Ech, Mike! Wzruszyłeś mnie, co jest Twoją specjalnością.… »
Zola111
15/10/2018 02:29
Hej, Intro, wiersz mocno sklejony z tytułem. Liryka… »
Zola111
15/10/2018 01:56
ks-hp, piękny wiersz o pełnym… »
Zola111
15/10/2018 01:28
Anno, bardzo ładnie ujęłaś paradoks: Perspektywa jest… »
ShoutBox
  • chawendyk
  • 15/10/2018 12:42
  • hmm... autohipnoza
  • mike17
  • 14/10/2018 12:31
  • A tu namiary do głosowania : [link]
  • mike17
  • 14/10/2018 12:30
  • Jeszcze 10 dni pozostało ,by oddać swój głos w MUZO WENACH 6, konkursie dla prozaików. Wynagrodźcie swoich faworytów. Czytajcie i głosujcie, naprawdę warto docenić ich trud :)
  • MarcinD
  • 13/10/2018 23:35
  • Super :/. A u mnie tylko kratka ze słowem "Avatar". A kliknięcie "otwórz grafikę w nowym oknie otwiera stronę 404 :/. EDIT: Już działa. Pomogło wyczyszczenie ciastków. Taki przypadek.
  • Vanillivi
  • 13/10/2018 22:24
  • U mnie wyświetlają się poprawnie.
  • MarcinD
  • 13/10/2018 21:33
  • Takie pyta nie techniczne: czy tylko u mnie nie wyświetlają się awatary i zamiast nich błąd 404 czy to jakiś ogólny problem?
  • Niczyja
  • 12/10/2018 22:59
  • Najpiękniejsze rzeczy przychodzą niespodziewanie. [link]
  • Zola111
  • 12/10/2018 22:11
  • Jak ja Wam zazdroszczę, że możecie wziąć udział w Zaśrodkowaniu#29!
  • Zola111
  • 11/10/2018 00:43
  • Kończą się MuzoWeny, zaczęło się Zaśrodkowanie. Czekamy na Wasze wiersze.
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas