Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 29 i 30 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 29 i 30
A A A
Od autora: Jeszcze niedawno krytykowałem jednego z Autorów za zawarcie w opowiadniu nadmiernej porcji okrucieństwa. Rozdział 29 to można rzec komedyjka i sielanka, w porównaniu do zawartości Rozdziału 30 - go. Zawarta w rozdziale trzydziestym opowieść o zwyrodniałym bestialstwie utrwalaczy władzy ludowej przerazi niejednego. Jako autor nie musiałem wytężać wyobraźni, wystarczyło poczytać dokumenty. Te nie kłamią...
Wybaczcie więc Czytelnicy, wybacz nie znosząca jak i ja obrzydlistw Autorko Niczyja. Chcąc być rzetelnym paradokumentalistą, chcąc pokazać prawdę o powojennych czasach, musiałem wrzucić rozdział zawierający makabryczne sceny.
Niech ci, którzy krzyczą, że komunistyczne służby bezpieczeństwa nie były wcale takie złe i w istocie nas "broniły" (co wykrzyczał na wiecu KOD-u poseł PO Budka) przeczytają, czy bezpieczniacy tak bardzo różnili się od esesmańskich oprawców.

Będę wdzięczny Czytelnikom i czytającym Autorom za opisanie swoich wrażeń po zapozanani się z poniższym tekstem.

 

Rozdział 29   Interwencja Kopytowej

 

    Udający się do gabinetu majora Pachcica kapral KBW Feliks Kopyto – sąsiad hrabianek Dworskich – miał wystraszoną minę. Od czasu odwiedzin u hrabianek majora i porucznika UB, dzięki któremu miał obiecany medal „Za udział w walkach o utrwalanie Władzy Ludowej”, minęły prawie dwa miesiące.  Poprzedniego dnia się ucieszył, bo w garnizonie mówiono, że ci mający otrzymać medale, otrzymają również premie pieniężne. Jednak już, gdy legitymowano go na portierni gmachu na ulicy Pomorskiej, był zdenerwowany. Niejeden z jego kolegów, z KBW – formacji wspierającej UB w walce ze zbrojną opozycją, wizytę w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego wspominał jako koszmarne przeżycie. Na „dzień dobry” obsztorcował go przy okienku portierni dyżurny sierżant czytający karteczkę z wezwaniem.

     - Kopyto, baczność! – ryknął, gdy kapral podrapał się po kroczu. – Gryzą was mendy? Nie uczono was, że przed wyższym stopniem obowiązuje postawa zasadnicza?

    - Tak jest – wymamrotał przybysz wyprężając się jak struna.

    - Pójdziecie na drugie piętro, pokój trzysta piętnaście.

    Kiedy kapral dochodził do schodów, dogonił go głos sierżanta.

    - Nie radzę wam kapralu szukać miłości pod latarnią. Lepsza rączka niż rzeżączka. 

    - Nic nie muszę szukać. Mam żonę – odpowiedział sąsiad hrabianek.

    Był już w połowie schodów na półpiętro, kiedy dyżurny sierżant rzucił kolejną „złotą myśl”.

    - Znacie kawał o śledziu?

    Kapral zatrzymał się i z głupawą miną spojrzał na sierżanta.

    - Swoją śledź, a cudzą jeb – sierżant rubasznie zarechotał. – Radzę lepiej pilnować żonki – dodał.

    Roztrzęsionemu kapralowi, gdy wchodził do gabinetu majora Pachcica, nerwowo drgała powieka. Wyraźnie zalękniony spojrzał na wiszące, czarno-białe portrety Stalina, Bieruta i Feliksa Dzierżyńskiego. Na czole zlewa – tak nazywano podoficerów służby czynnej, którzy zawarli z LWP zawodowy kontrakt – pojawiły się kropelki potu.

    - Co tak stoicie jak rozkraczona pizda. Siadajcie – ruchem głowy major wskazał krzesło.

    - Wolem postać – kapral nadal niepewny, po co został wezwany, niepewnie patrzył na gospodarza gabinetu.

    - Czegoś się, kurwa, boicie? – niecierpliwie odezwał się Pachcic.

    Żołnierz  niechętnie usiadł. Spod oka obserwował patrzącego na niego  z wyższością majora. Nie zapanował nad nerwowo drgającym kolanem. Siedzący przed nim oficer UB sprawiał wrażenie tak pewnego siebie, jakby regularnie żłopał wódkę ze słynącym z okrucieństwa ministrem Radkiewiczem.

    - Słuchajcie kapralu. W naszej walce o tworzenie szczęśliwego społeczeństwa na wzór radziecki nie wszystko jest proste. No weźmy na ten przykład te hrabianki Dworskie – spojrzał w oczy kapralowi patrzącemu na niego teraz z rozdziawioną gębą. Zlew zamknął jednak usta i zwęziły się mu oczy.

   

    - To co, dalej mamy mieszkać po sąsiedzku przez ścianę z kuniem? – zdenerwował kapral. – Kobita chcę, żebym jej zmachał dzieciaki i co, majom mieszkać z nami w jednej izbie, a kuń bydzie miał własny salon?

    - Oznajmiam wam, do kurwy nędzy, bo nie można do was inaczej przemówić, trochę cierpliwości. Rozmawiałem już w sprawie tego konia z hrabianką, byłą obszarniczką. To bardzo droga klacz. Macie chociaż blade pojęcie ile kosztuje taki wierzchowiec?

    - Skąd mogem wiedzieć?

    - To wam, kurwa, powiem – warknął gospodarz gabinetu. – Tyle co stado krów. Przemawia to do was? Albo ze sto świń, jak wolicie. I teraz posłuchajcie. Hrabianki zdecydowały się przekazać tą klacz do państwowej stadniny. Zagwarantowałem, że będzie tam pod troskliwą opieką. Zresztą osobiście się nią zajmę. Czy zdajecie sobie, kurwa, sprawę jakim zaszczytem będzie dla Krakowa, kiedy na tej klaczy marszałek Koniew będzie odbierał defiladę w Moskwie na Placu Czerwonym? Ogarniasz to swoim tępym mózgiem?

    Teraz patrzył badawczo na skwaszoną twarz kaprala.

    - Musicie przyznać. Mimo, że hrabina pochodzi ze środowisk ziemiańskich, podarowując szlachetnego konia państwu, zachowała postawę, godną obywatelki ludowej ojczyzny.

   - Ale to krwiopijce ludu. Żona mówi, że takie ludzie majom tera być wysyłane na Sybir, a nie patrzeć na nas z góry, jak przed wojną.  Ony się na nas dalej tak gapiom.

    - A jak się mają na was gapić, jak jesteście kurdupel? Mają kucać? Też przed waszą żonką? Chociaż ona to od was trochę wyższa. 

    - To nic nie znaczy, że ja walczył z karłami reakcji i byłem ranny?

    - Wy ranni?

    - Niech obywatel zobaczy – kapral poderwał się z krzesła, rozpiął bluzę, poluzował pas od spodni i zaczął je ściągać.

    - Nie róbcie mi tu przedstawienia – skrzywił się major Pachcic.

    - No ale niech obywatel major spojrzy – pociągnąwszy niżej nie pierwszej czystości ogólnowojskowe gacie, pokazał połowę gołego pośladka.

    - Pogryzł was pies? – major patrzył z obrzydzeniem.

    - To był rykoszet od faszystowskiego snajpera.

    - Strzelił wam w dupę?  To chyba spierdalaliście.

    - Byłem ustawiony bokiem – kapral zademonstrował boczne ustawienie – A kula szła o tak: piiuum! Odbiła się od ściany – pokazał palcem, jakby tor pocisku zahaczył o tors patrzącego z portretu Józefa Stalina i uderzył w bok jego pośladka.

    - Słuchaj ty kmiotku – złowrogo warknął major Pachcic. – Jak przyszedłeś tu sobie, kurwa, robić jaja, to zaraz cię kopnę w tą brudną dupę. Wypierdalaj, mi stąd. Tam są drzwi. Co ty sobie myślisz, że mam czas wysłuchiwać pobożnych życzeń twojej ślubnej bamberki?

 

***

 

    Major Pachcic dystansując się od plotek krążących w gmachu UB nie wiedział o obsesji przełożonego, pułkownika Olkowskiego. Dla szefa krakowskiego UB nieistotne były kobiece przymioty ducha, jak dobre wychowanie, czy walory intelektualne. Te miała jego wysuszona żona. Założenia jej katolickiego światopoglądu nie  raz próbował wykorzenić perswazją.

    - Wierzysz w niebo i piekło, ty idiotko. Świat jest materią, powstał z mgławicy, ty durna babo. Anioły i diabły, do kurwy nędzy, to opowiastki dla dzieci – ty tego nie rozumiesz? Skoro lubisz czytać, to poczytałabyś Kapitał Marksa i Engelsa. Rozjaśniło by ci się w zaskorupiałym mózgu! – krzyczał.

    Nie wytrzymując jednak, gdy był pod gazem, puszczał w ruch kułaki. Wtedy liczył na rozświetlenie żoninego mózgu błyskami jakie musiały rozbłyskiwać po razach otrzymywanych w głowę. Kilka razy chciał zakończyć farsę za jaką uważał własne małżeństwo. Rozjuszony przykładał żonie do głowy nabity pistolet. 

     Z kolei na widok kobiet, których staniki wypychały piersi, Olkowski doznawał przyspieszonego bicia serca. Chwilami jego erotomania przybierała postać psychopatii. Kiedyś w zatłoczonym pociągu, zaczął dotykać piersi konduktorki, za co podrapała mu twarz. Nawet jego sowiecki kompan od kieliszka – pułkownik Iwan Dragin – dowódca drugiego Samodzielnego Zmotoryzowanego Pułku KBW oraz samodzielnego Batalionu Operacyjnego, bywał zdegustowany wyskokami Olkowskiego. Szef ubeków potrafił na oczach niższych rangą oficerów zaczepiać noszące większe wymiary staników sprzątaczki. Zdarzyło się, że jedna z nich, przy szeregowych funkcjonariuszach UB, nazwała go namolnym zboczeńcem.

 

    Początkiem niefortunnego dla majora Pachcica zbiegu okoliczności stała się obecność Genowefy Kopyto na obchodach drugiej rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem, dziewiątego maja 1947 roku. Żona kaprala zruganego przez majora, została zaproszona na uroczyste obchody wraz z żonami innych zlewów, którzy mieli zostać udekorowani medalami. Genowefa, korzystając ze sposobności, zamierzała zwrócić się do kogoś stojącego wyżej w ubeckiej hierarchii od majora Pachcica. Nie liczyła się z obawami męża, uważającego, że jej pazerność może przynieść więcej szkody niż pożytku. Najważniejsze, by jakiś ważniak uznał za słuszne jej roszczenia do salonu zajmowanego przez wierzchowca hrabianek. Przy okazji zamierzała się na majorze zemścić, za nazwanie jej bamberką, o czym dowiedziała się od męża. W pobliżu sceny stało pięć stolików zajętych przez oficerów o najwyższych szarżach i właśnie stamtąd na jej dumnie wypięte piersi zwrócił uwagę pułkownik Olkowski. Jego erotyczne preferencje stały się dla niej oczywiste, kiedy zaczął zezować wyłącznie w stronę jej biustu. Emanująca ze strony pułkownika pycha i towarzystwo obwieszonego orderami Ruska, wskazywały, że jest kimś ważniejszym od siedzącego przy bocznym stoliku majora,  który wyraził się o niej z lekceważeniem.

 

    Po przydługich referatach , które obnażając lizusostwo dyspozycyjnych pseudo literatów, były gęsto przetykane zdaniami o wielkości Józefa Stalina i  bohaterstwie niezwyciężonej Armii Czerwonej, nastąpiło wręczanie oczekiwanych medali. Kolejno podchodzili odczytywani z listy żołnierze i podoficerowie, a na ich szyjach pułkownik Olkowski zawieszał medale opatrzone napisem „Za udział w walkach o utrwalanie Władzy Ludowej” oraz wręczał koperty zawierające po stuzłotowym banknocie. Nagrodzeni wykrzykiwali.

    - Ku chwale ludowej ojczyzny, towarzyszu pułkowniku!

    Wstał pułkownik Iwan Dragin i trzymaną przez niego szklankę wypełnił wódką dyżurny podoficer. Usadowieni pod ścianami na ławach, przy długich stołach: żołnierze, milicjanci i ubowcy niższych stopni i ich żony, odetchnęli z ulgą. Kończyła się nudna akademia. Wreszcie można się było napić i pojeść.

    - Wypijom tawariszczi za polsko sawiecku drużbu! – wykrzyczał Rusek doniosłym głosem, unosząc alkohol. Uśmiechnął się błyskając złotem protez zębowych, w oczekiwaniu, aż ponalewają sobie pozostali. Uczestnicy uroczystości na wyścigi odbijali korki butelek z etykietkami napisów „Zwykła Czysta” i rozlewali wódkę do szkieł. W gardła wlano wzorem Rosjanina pełne zawartości podniesionych szklanek i musztardówek. Rolę kelnerów spełniali ubrani w białe fartuchy żołnierze z KBW. Roznosili wazy z zupą i półmiski z parującym mięsiwem, chleb i sałatę. Na scenie, między czerwonymi oraz biało czerwonymi flagami, główną ozdobą był wykonany przez więźnia artystę malunek. Przedstawiał  radzieckiego żołnierza przebijającego piką pokrwawionego hitlerowca z obciśniętą na ramieniu opaską, opatrzoną swastyką. Pod spodem wykaligrafowany był napis: „Tak kończą ci, którzy podnieśli rękę na proletariacką władzę”.

    Po wypiciu toastów za zdrowie Józefa Stalina i nasłanego do Polski ministra obrony narodowej, Rosjanina marszałka Konstantego Rokosowskiego, na scenę weszli wojskowi muzycy.

    Genowefa Kopyto, żeby mieć pewność, iż nadal interesuje się nią pułkownik Olkowski, postanowiła przedefilować przed stolikami dowódców. Ruszyła w stronę drzwi z których wydobywał się smród fekaliów, tam musiała być toaleta. Jednak szef krakowskiej bezpieki, mimo spożytej wódki, tak mocno przeżywał doniosłość uroczystości, że w jej stronę rzucił jedynie krótkie spojrzenie.

    Obficie pity alkohol, do tego płynące ze sceny taneczne melodie, które po obowiązkowym odegraniu Międzynarodówki, zaczęła grać orkiestra, wprowadziły atmosferę zabawy i beztroski.

    Żona kaprala Kopyto zmiarkowała swoją szansę, gdy jej mąż pobiegł pomagać do kuchni, a skrzypek krzyknął.

    - Biały taniec, panie proszą.

    Genowefa przepychała się, by wydostać się z zastawionych stołami ław w pośpiechu. Żeby tylko żadna kobieta jej nie ubiegła i nie wyciągnęła na parkiet ubeckiego szefa. Przed nią, w stronę stolików należących do oficerskiej elity, przepychała się sprzątaczka z Urzędu Bezpieczeństwa i ku zaniepokojeniu żony kaprala Kopyto, rywalka była szczuplejsza oraz pyszniła się nie mniejszym od niej biustem. Kopytowa była w rozpaczy. Zdecydowała się na akcję rodem z piłkarskiego boiska. Sprzątaczce podstawiła haka i wykorzystując własną nadwagę pchnęła kobietę, by zlikwidować zagrożenie u samego zarania. Sprzątaczka runęła jak długa i Kopytowa zamiast ofiarę przeprosić, tratowała leżącą mówiąc.

    - Przepuść mnie, ty ofiaro pękniętego kondona.   

    - Ałłłaaa! – krzyknęła sprzątaczka. – Zabiję cię ty szmato! – zapiszczała, bo uznająca najwyraźniej zasadę parcia po trupach do celu kapralowa, nastąpiła jej na szyję, rozrywając sznur z tandetnymi koralami.

 

       - Co za chamstwo! Milicja! Ratunku!  – rozległ się pisk spod podwyższonych obcasów Kopytowej.

    W rozpętanej alkoholem i skoczną melodią obertasa wrzawie nikt nie zwrócił uwagi na rozpaczliwe błagania o pomoc docierające cienkim głosem spod stołu. Jedynie Kopytowa słysząc pisk „Milicja”, zbliżając się do fana pękatych biustów, dla niepoznaki wzniosła okrzyk: „niech żyje milicja!” Parę sekund później wykonała przed Olkowskim uniżony ukłon, jakiego przed wojną uczył ją i jej koleżanki proboszcz, gdy przez wieś miał przejechać biskup.

    - Czy mogę pana prosić.

    - Jaki tam ze mnie pan? Jestem Ździchu Olkowski, pochodzę jak ty z chłopskiej rodziny. No i lubię normalne, zdrowe kobiety – powiedział wpatrując się w zawartość stanika Kopytowej, opiętej sukienką ze srebrzącego się atłasu.  

    Chwilę później przewracał oczami z rozkoszy dociśnięty, przez obejmującą go Genowefę, która do biustonosza, poza cielesną substancją, także dołożyła trochę waty. Przylgnęła całym ciałem i niby to do rytmu zaczęła się swoim podbrzuszem wcierać w jego krocze.

 

    - Obywatel to umie zaspokoić kobietę – powiedziała Kopytowa podnosząc się z blatu biurka w dużym gabinecie Olkowskiego i rozglądając, gdzie podziały się jej majtki. – Jesteś chłop na schwał, muszę to przyznać. Nie taka dupa wołowa jak mój ślubny.

    - Lubię jak kobita ma na czym siedzieć i czym oddychać – wygłosił szef ubecji z filozoficznie zmyśloną twarzą.   

    - Właściwie to ja do obywatela w poważnej sprawie.

    Kopytowa prymitywnymi zdaniami zaczęła objaśniać pułkownikowi jak to jego podwładny major Pachcic, za podszeptami gnębicielek uciśnionego ludu, czyni jawną niesprawiedliwość. Jak doprowadza do tego, że hrabiowski koń mieszka w salonie, a ona w zapchlonej i zawilgoconej norze.

    - To ma być komunistyczna sprawiedliwość? – zakończyła relację i wprawnymi dłońmi zajęła się usztywnianiem penisa wysokiego rangą bezpieczniaka.

    - Coś z tym zrobimy – powiedział Olkowski i po usunięciu kawałka waty z jednej piersi, zaczął całować Genowefie sutki.    

 

***

  

    - Domyślacie się kolego dlaczego was tu wezwałem – z groźnym wyrazem twarzy przywitał majora Pachcica pułkownik Olkowski.

    - Niby to dlaczego miałbym się domyślać? – zapytał przybyły major.

    Olkowski przymrużył jedno oko jakby mierzył z karabinu z lunetą, wpatrując się w twarz swego najzdolniejszego oficera do walk ze zbrojnym podziemiem.

    - Usiądźcie – pokazał ruchem głowy na krzesło. – Mówiliście, że teraz po likwidacji Ognia doszczętnie rozbiliśmy faszystowskie bandy, a to? Co to jest? – pokazał wydruk telefonogramu. – Nie słyszeliście o akcji na spółdzielnię mleczarską w Nowym Targu?

    - Słyszałem. Wysłałem tam swojego oficera i dwa Studebakery chłopaków z KBW.

    - Nnno dobrze, kolego. Niestety, mam dla was inną nieprzyjemną wiadomość - Olkowski wyjął z szuflady karteczkę.

    Jeszcze raz zmrużył oko, jakby na Pachcica miał skierowaną lufę broni.

    - A czasem, nie mówią wam nic nazwiska hrabianek Stefania i Ewa Dworskie?

    Teraz Pachcic spojrzał na szefa ze skrzywioną miną, jakby Olkowski zanieczyścił powietrze.

    - No? Co macie taką minę? Nie odczuwacie moralnego dyskomfortu zadając się z krwiopijcami polskiego ludu?

    - Ależ towarzyszu pułkowniku, znam się na rasach koni. Te hrabianki chcą podarować wielkiej wartości klacz do państwowej stadniny. Taki koń to skarb. Moglibyśmy go w imieniu władz Krakowa podarować marszałkowi Koniewowi, przecież on wyzwolił nasze miasto. Siedząc na tej klaczy mógłby odbierać defiladę na Placu Czerwonym, przed samym Józefem Stalinem.

    - Nnno dobrze, dobrze kolego – najwyraźniej zaskoczony takim argumentem Olkowski, jakby stracił inicjatywę, by przyszpilić Pachcica.

    Elegancki wygląd majora, jego przyjaźń z podwładnym Jurkiem Wołczeckim – człowiekiem przypominającej filmowego amanta – najwyraźniej działały mu na nerwy. Spuścił oczy na blat biurka i się wzdrygnął z niepokojem. Dopiero teraz zauważył na jasnym orzechowym mahoniu, nie wytartą plamę, o wyglądzie zaschniętego białawego kleju – pozostałość po igraszkach z Kopytową.    

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 30  Kulturalne i… inne ubeckie rozrywki

    Zawiść szefa UB, pułkownika Olkowskiego, a może obawa, że bardziej od niego inteligentny major Pachcic knuje przeciwko niemu intrygę, by zająć jego miejsce,  przyprawiały go o bezsenność. Szef nie potrafił się wyrażać tak elokwentnie i zarazem błyskotliwie jak podległy mu oficer. Kiedy nieraz stękał, chcąc coś powiedzieć, stojący koło niego Pachcic potrafił go wyręczyć znajdując najwłaściwsze słowo lub sformułowanie. Od pewnego czasu, na samą myśl o podwładnym majorze, dostawał ze złości drgawek. Spotęgowaną nienawiścią do Pachcica zapałał po bankiecie, w którym wzięli udział, oglądając przedtem spektakl w Teatrze Starym. Wystawiano sztukę Czechowa „Trzy siostry”. W czasie uroczystej kolacji pito dużo alkoholu, a gościem specjalnym był wiceminister kultury i sztuki otoczony radzieckimi gośćmi. Rozmawiano o negatywnym wpływie kultury zachodniej na socjalistyczną moralność. Olkowski też chciał coś powiedzieć ale się zaciął. Chcąc go wybawić z kłopotu, wtrącił się Pachcic, podpowiadając zwrot: „w embrionalnej postaci”  

    - No tak kolego, wyjęliście mi to z ust – powiedział. – Jak to powiedzieliście? No świetnie, oczywiście. Należy zniszczyć przejawy zgniłej kultury kapitalistycznej, już w jej erbodalnel postaci.

        - Embrionalnej, towarzyszu pułkowniku – poprawił Pachcic szefa.

    - Oczywiście, embrobalnej – wykrztusił Olkowski.

    Widząc ironiczny uśmiech na twarzy majora, duszących się ze śmiechu dygnitarzy z Warszawy, a także twarze paru zakłopotanych osób, zrobił się buraczkowy. Wypalił ze złością.

    - Co wy mi tu majorze pierdolicie, wstawiacie jakieś zagraniczne słowa. Chciałem powiedzieć zwyczajnie, że jak zobaczę tych zaczesanych w mandoliny słuchaczy jazu, bażantów, czy dżolerów w amerykańskich marynarkach, to zniszczę gnidy jak robactwo. Tych trucicieli naszej młodzieży najlepiej wypalić rozżarzonym żelazem.

    Zdenerwowała go zgorszona mina wyelegantowanej kobiety i dodał.

    - Ja to nie z tych co lubią słówka owijać w różowe wstążeczki, ale przypierdolić potrafię.     

     Wspomnienie bankietu, było tym bardziej nieprzyjemne, gdy się dowiedział, że patrząca na niego z dezaprobatą dama, była córką słynnego radzieckiego dowódcy Konstantego Woroszyłowa.  

    „Ośmieszyłem się przez Pachcica” – skręcał się ze złości.

    Już parę dni wcześniej Olkowski poczuł się jakby dostał w twarz, gdy o Pachcicu pochlebnie zaczął się wyrażać pułkownik Iwan Dragin. Rosjaninowi coraz lepiej rozumiejącemu język polski, podobało się, gdy podwładny Olkowskiego prawił o komunizmie jako o nowej szansie dla ludzkości. Przecież rolą jego, Rosjanina delegowanego z NKWD, było zmuszenie Polaków do podporządkowania się Stalinowi, szermującemu sloganem o budowie internacjonalistycznego komunizmu.

 

    Nazajutrz po bankiecie, Olkowski do pracy wyszedł z domu wściekły. Wszystko wymykało się spod kontroli. Żeby odreagować zły nastrój i ból głowy od kaca, widząc klęczącą, pogrążoną w modlitwie żonę, podniósł stojącą przed nią gipsową figurę Matki Boskiej i z całej siły roztrzaskał o ścianę.

    „Muszę walnąć klina” – spieszył do swego gabinetu, pokonując schody po dwa stopnie.

    - Kurwa mać – krzyknął po otwarciu szafki biurka, gdy zobaczył pustą  butelkę.

    - Przecież wypiłem ją z tym kocmołuchem – przypomniał sobie wizytę Kopytowej.    

    Kiedy siedział z głową podtrzymywaną rękami opartymi o blat biurka, ponownie przypomniał sobie uśmiechniętą twarz majora Pachcica. W tym momencie uderzyła mu do głowy krew, podskoczyło ciśnienie i na moment zrobiło się w oczach biało.

    „Kurwa, jeszcze przez chuja wykorkuję” – ogarnął go strach. „Nie no, muszę tego mądralę wykończyć. Jak nie ja jego, to on mnie ”. Zaczął się zastanawiać jak wykorzystać obciążający Pachcica argument o jego koligacjach z hrabiankami. „Żebym przynajmniej miał dowód, że którąś z nich rucha” – zachodził w głowę…

***

    Pewna nadzieja na znalezienie sposobu, żeby się odegrać na majorze, lub go upokorzyć, zaczęła tlić się w mózgu szefa krakowskiego UB w trakcie koleżeńskiego spotkania. Odbyło się przy okazji urodzin komendanta Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie.  Zaprosił go  porucznik Szolomo Morel, który darzył Olkowskiego sympatią za uratowanie mu skóry przed dwoma laty. Pułkownika Olkowskiego wraz z kilkoma niższej rangi ubekami wysłano na inspekcję do Świętochłowic w związku z absencją dużej ilości więźniów przysyłanych do pracy w hucie Zgoda. Okazało się, że w obozie panowała epidemia tyfusu. Choroba szerzyła się z powodu fatalnych warunków sanitarnych, za co odpowiedzialny był komendant Morel. Groziło mu więzienie, bo takie niedbalstwo w owym czasie można było podciągnąć pod sabotaż.

    Samuela Morela mianowano na komendanta podobozu KL Auschwitz Eintrachthütte, znajdującego się w pobliżu huty Zgoda 15 lutego 1945 roku. Był to kompleks zbudowany w 1943 roku przez Niemców dla więźniów pracujących w pobliskich zakładach zbrojeniowych. Obóz przejęto w stanie idealnym. Komendant miał do dyspozycji trzy hektary, na których stało siedem baraków, murowany budynek komendantury, mieszkania dla osiemdziesięcioosobowej załogi, karcer z lodowatą wodą i barak na zwłoki. W każdym z pomieszczeń dla więźniów zbudowano trzypoziomowe prycze. Całość otaczał drut kolczasty pod napięciem 10 000 V. Co 15 metrów postawiono reflektor oraz cztery wieże – w czterech krańcach obozu. Przez środek przechodziło żwirowisko, które zwieńczał plac apelowy.

    Tam Morel dał się poznać jako wyrafinowany zbrodniarz wobec skierowanych do obozu Zgoda bez wyroku, Niemców, Ślązaków, Ukraińców i Polaków – podejrzanych o przynależność do zbrojnej niepodległościowej organizacji, najczęściej do Armii Krajowej. Komendant przez dziewięć miesięcy komendantury własnoręcznie zamordował kilkuset więźniów.

    Morel przyjął Olkowskiego po wielkopańsku. Przy smacznym obiedzie w murowanej willi komendanta, do kieliszka dolewała mu więźniarka o ponętnych kształtach. Gospodarz nakazał, by, podnieconemu jej walorami ubeckiemu inspektorowi, dostarczyła uciech cielesnych. Rozanielony przeżyciami Olkowski, po kilku dniach złożył meldunek o nałożeniu na komendanta „kary” trzydniowego domowego aresztu. Trzy dni rzekomego uwięzienia spędził razem z Morelem zabawiając z wytypowanymi do rozrywek aresztantkami. Te, mimo panującego w obozie głodu, nie narzekały na złe wyżywienie – mogły dojadać w kuchni oficerskiej kantyny. 

  

     Komendant witał zaganianych do Świętochłowic-Zgody Ślązaków słowami: „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu przygotowałem”. Salomon Morel nie żartował, miał wyobraźnię. Osobiście mordował Ślązaków i Niemców. Tak długo bił ich drewnianą pałką, aż ich głowy zamieniały się w krwawą miazgę. Komendant wymyślił też piramidę: kazał kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie sufitu. Aby być pewnym, że ci na samym dole nie przeżyją, wchodził na wierzchołek i – jeśli miał wystarczająco dużo miejsca – tańczył kalinkę.

W aparacie bezpieczeństwa miał ksywkę Wariat. „Obdziera ludzi ze skóry” – taka fama krążyła po korytarzach katowickiego UB.

Na jego polecenie zwłoki zakopywało się w zbiorowych mogiłach lub paliło tuż za granicami obozu. W Świętochłowicach zdarzały się akty kanibalizmu. Komendant Morel nigdy nie starał się im zapobiegać. Stawał przy stosach płonących zwłok i mówił, że zawsze lubił żar ogniska.

    Mieczysław Moczar, dowódca Morela z leśnej partyzantki AL, miał jak najlepsze zdanie o protegowanym. Uważał go za bitnego, odważnego. W walce Morel nigdy nie był zaskoczony, kiedy kończyła mu się amunicja: odwracał się ukryty za drzewem lub kawałkiem muru, zmieniał sprawnie magazynek, wracał do boju. Na polecenie komórki PPR jego oddział rozbił w Generalnym Gubernatorstwie kilkanaście niemieckich urzędów, kilkadziesiąt posterunków.

Kiedy Morel walczył w lesie, jego rodzice i brat ukrywali się w domu Józefa Tkaczyka w Grabowie. Za czterdzieści lat Tkaczyk zostanie Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Powie: to był mój obowiązek. Jednak w połowie 1943 roku matkę, ojca i brata Salomona znaleźli i zastrzelili granatowi policjanci. Po krótkiej naradzie postanowili Józefa Tkaczyka oszczędzić, zabierając mu wszystkie kosztowne rzeczy.

Kiedy Salomon dowiedział się o śmierci bliskich, zmienił się w maszynę do zabijania. Przewieszał mandolinę przez plecy, żeby oberwała tylko wtedy, kiedy pocisk przejdzie przez niego na wylot. Nie okazywał strachu. Z tysiąca wystrzelonych do niego pocisków tylko jeden rozdarł mu nogawkę spodni. Siadał z kolegami i stroił swój ulubiony instrument. Wtedy dostał ksywę Wariat, od pełnych podziwu kolegów, z Moczarem na czele.

Z partyzantki trafił wprost do Urzędu Bezpieczeństwa. W lutym roku 1945 został komendantem podobozu KL Auschwitz Eintrachthütte w Świętochłowicach  –Nad bramą wejściową znajdował się napis „Arbeit macht frei”. Ocaleni pamiętają: polscy ubecy go nie zdemontowali.

Jak można nie pamiętać, okrywać tabu?” – pytała retorycznie Ślązaczka Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody. „Morel przywitał nas słowami: »Wy hitlerowskie kurwy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium«. W obozie były kobiety, dzieci, starsi mężczyźni – oni umierali najszybciej. Najpierw zaatakował głód i zimno. Szybciej niż tyfus. Błyskawicznie zniknęły wszystkie kępki trawy. Kobiety biegały z kijami po baraku i polowały na szczury. Zresztą te szczury były tłuste. Żywiły się do syta w tym baraku – trupiarni. Głodu się nie wytłumaczy, nikt, kto go tak naprawdę nie odczuł, nie zrozumie, do jakich czynów potrafi popychać.

Co dostawaliśmy? Prawie nic nie było przewidziane dla hitlerowskich kurew. Nawet załoga miała ciężko. Kradła, kombinowała po wsiach. Nie będę mówić o objawach zagłodzenia u kobiet, o tym, że miesiączka ustaje, piersi znikają, twarz niby szlachetnieje. Powiem, jak po kilku miesiącach pobytu w obozie spotkałam Ernsta Zuga. Jego matka sprzątała u nas przed wojną. Ślązak, Polak, popierali Piłsudskiego. Stał więc Zug obok placu apelowego, pamiętam, ale jakby zupełnie bez sensu stał, patrzył przed siebie. Był przydzielony do komanda, które codziennie zabierało świeże trupy z baraku, ładowało na wóz i wiozło do lasu zakopać. Ciągnęli ten wóz jak konie. Potem kopali groby, wrzucali zwłoki do ziemi i zanim  przysypali niegaszonym wapnem, odcinali ostrymi kamieniami pośladki.

Polacy się odwracali, nie mogli patrzeć. Tak mówił Zug. Od razu zjadał, nie przynosił do obozu. A zaraz po głodzie było zimno. Chodziliśmy tygodniami w tych samych niepranych szmatach, w których przyszliśmy do Zgody. I pamiętam taką panią, która okazała mi serce. Nazywała się Ruth, imienia nie pamiętam. Miała koc. Zobaczyła, że się trzęsę, mówi: chodź do mnie. Wskoczyłam. Jakie to było uczucie. To ciepło. Ona się do mnie jeszcze przytuliła i tak spałyśmy. I nad ranem ciepło zaczęło niknąć. Jakby ktoś wyłączył zasilanie. Kiedy byłam już pewna, że nie żyje… wie pan, jaka była moja pierwsza myśl? Będę miała koc! Własny. A jak buchnęło na mnie ciepło z baraku, w którym gwałcili, to aż się zatrzymałam. I zaczęłam kalkulować. W otwartych drzwiach stał ktoś z załogi, patrzył, nie był zainteresowany i ja mu się wcale nie dziwię, miałam czternaście lat, wyglądałam na dziesięć, ważyłam niecałe 40 kilogramów.

Strażnikami byli wyłącznie polscy żołnierze KBW i ubecy. Jak przychodzili bić – a bili wszystkich mężczyzn – to pytali, ile ma spaść batów. Tyle, co lat miał Hitler? Jakiegoś powstańca śląskiego tak spytali, starszego mężczyznę. Często więźniowie musieli bić się nawzajem. Z pistoletem przystawionym do skroni. Takiemu Józefowi Wiesiołkowi kazali bić swojego ojca. Nie uderzył. Powiedział – a miał ze 12 lat – że ojca się nie bije. To mu strażnik zrobił podcinkę, znaczy przewrócił na żwir, kazał się wypiąć, dał bat ojcu i mówi, że ojciec syna już chyba może. I ten ojciec płakał i bił, z pistoletem przystawionym do głowy. Lekarzem obozowym namaszczonym przez Morela był doktor Głombica. Nie, nie pamiętam imienia. Bestia to była. Pomagał chorym na tyfus, przecinając kozikiem tętnice udowe. Wyraźnie to lubił. Patrzył, jak słabnie ciśnienie wyrzucanej krwi. A przecież przed wojną był w Katowicach dobrze znanym cenionym pulmonologiem”.

Urząd Bezpieczeństwa do Zgody-Świętochłowic wysyłał Ślązaków, którzy przyjęli volkslistę, niektórych wprost z ulicy, bez sprawdzania. Ślązak to Foks [volksdeutsch – przyp. red.]. Ale po Niesporków przyszli specjalnie jako do wrogów ludu – bogaczy, przedsiębiorców, ciemiężycieli robotników. Decydował klasizm. O to, że nie będą mogli wykonać ani jednego skutecznego gestu sprzeciwu podczas wywłaszczania, komuniści byli spokojni. Więźniów Zgody karmiono trzy razy dziennie. Rano – kubek czarnej kawy, na obiad trzy czwarte litra wodnistej zupy, a wieczorem – 300 g chleba. Łącznie – 400 kalorii. Franc Brachman, jeden z więźniów: „Kto nie mógł się porozumieć ze swoimi najbliższymi i nie dostawał żadnego dodatkowego jedzenia, w krótkim czasie umierał z głodu”. Salomon Morel ustanowił plan dnia: pobudka między piątą a szóstą – była to godzina na wyrzucanie zwłok zmarłych w nocy i uprzątnięcie ich przez komando. Apel – między szóstą a szóstą trzydzieści, w roli modlitwy pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”, potem wyznaczenie garstki więźniów, którzy nadawali się do pracy w świętochłowickiej hucie. Reszta wracała do baraków.

Do latryn można było wychodzić tylko w dziesięcioosobowych grupach. W Zgodzie przebywało jednorazowo tysiąc trzysta osób, w tym wiele dzieci. W ciągu trzystu dni istnienia obozu – od lutego do listopada 1945 roku – zmarło ponad dwa tysiące osób. Morel osobiście podpisał tysiąc osiemset aktów zgonu i te dokumenty przetrwały w świętochłowickim Urzędzie Stanu Cywilnego. Gerhard Grushka, były więzień, napisał we wspomnieniach: „W obozie koncentracyjnym ZGODA faktycznie modlono się publicznie na placu apelowym każdego ranka i wieczora. »Do modlitwy« – brzmiała komenda. W wyprostowanej pozycji śpiewano potem pieśń kościelną, a milicjanci, wśród nich również mordercy z ubiegłej nocy, zdejmowali swoje rogatywki z głów, śpiewając donośnie razem z nami”[1].

 

***

 

    - Witam, cię Janku – uśmiechnięty Morel przywitał dawnego kontrolera obozu w Świętochłowicach. – Zobaczysz tu atrakcje o jakich ci się nie śniło – powiedział chwilę po powitaniu Olkowskiego, który wysiadł z willysa przed murowaną willą solenizanta.

    Szef bezpieczniaków rozglądał się z zaciekawieniem po obiekcie. Podobnie jak pozostawiony po Niemcach obóz w Świętochłowicach, ten także był spuścizną filii po KL Auschwitz-Birkenau – Arbeitslager „NeuDachs”. Obóz także przejęto w stanie nienaruszonym w styczniu 1945 roku. Był o wiele większy od zapamiętanego w Świętochłowicach. Zawierał 15 drewnianych baraków, była tu murowana łaźnia, kuchnia, szpital, a także odwszalnia, warsztaty i magazyny. Dookoła był podwójnym pas drutów kolczastych podłączonych do wysokiego napięcia, oprócz tego w ogrodzeniu znajdowało się 12 murowanych wież strażniczych, z karabinami maszynowymi i reflektorami. Karcer obozowy mieścił się w pomieszczeniach dawnej pralni obozowej. Północna część obozu od strony drogi Kraków-Katowice, była osłonięta przed ciekawskimi, wybudowanym po wojnie murem o wysokości pięciu metrów.    

   Powyższe dane relacjonował Olkowskiemu Morel, dodając, że załogę obozu stanowiło ponad 300 żołnierzy i 18 oficerów KBW oraz kilkunastu pracowników cywilnych.

 

    Morel zaprowadził Olkowskiego do częściowo opróżnionego magazynu. W środku przestronnego pomieszczenia usytuowany był ring, otoczony w kształcie podkowy stołami przykrytymi białymi obrusami.  

     - Urządzacie tutaj bokserskie walki? – zdziwił się przybysz.

     - Chmm – powiadasz bokserskie? Powiedziałbym, że nie doceniasz naszej rozrywkowej fantazji. Przygotowaliśmy spektakl, w czasie którego poczujesz się jak rzymski Cezar - Bóg życia i śmierci.

    Morel spojrzał przenikliwie na starszego kolegę.

    Olkowskiego twarz wykrzywiła się w grymasie dobrotliwej ironii. „Co on znowu wymyślił?” Nie od parady na Morela w resorcie mówiono wariat...

   Zerknął na otaczające ring stoły. Stały na nich półmiski z sałatkami. Dwie ubrane w nowe mundury strażniczki dyrygowały kilkoma krzątającymi się wokół stołów ładnymi kobietami. Te roznosiły talerze i sztućce. Policzki niewiast były zaróżowione pudrem, a usta wymalowane jaskrawą szminką.

    - Skąd wzięliście te krasawice? – zaciekawił się Olkowski.

    - To nasze więźniarki. Któraś ci się podoba?

    - Klasa babki, mają wszystko co trzeba na swoim miejscu.

    Otwarły się drzwi do magazynu i weszła grupa oficerów.    

    - Pozwól, że cię zapoznam z naszym pierwszym po Bogu – podeszli do przybyłych i były żydowski partyzant przedstawił Olkowskiego komendantowi obozu. – To, kapitan Staszek  Kwiatkowski, obchodzi dzisiaj czterdzieste urodziny.

    -

    - Starość nie radość – kapitan głupawo się uśmiechnął i trzasnął obcasami.

    Był mężczyzną o końskiej twarzy z blizną o księżycowym kształcie, jakby śladem wbitego mu w oczodół obcasa. – Ale cieszę się, że zapoznałem szefa naszego okręgu i pogromcę bandyty Ognia. Wzniesiemy za to toast.  

    Na stołach pojawiły się butelki wódki, a jedna z więźniarek nakręciła korbą poniemiecki patefon.

    - Zatańczy pan dzisiaj ze mną? – zapytała mężczyznę który stał trochę z boku.

    Zagadnięty jakby zignorował więźniarkę, albo jej nie zrozumiał.

    - Ich moechte tanzen mit Ihnen – więźniarka ponowiła prośbę.

    „On jest Niemcem”?! – zdziwił się Olkowski na widok mężczyzny w wyprasowanym  drelichu.

    - To nasz pupilek – mówimy na niego Masakrowiec – najlepszy gladiator – pospieszył z wyjaśnieniem Morel, widząc zaciekawienie zagadkowym cywilem. – Zerżnął tej dziwce dupę, a ona jak to baba, teraz nie może się od niego odczepić.

 

***

       

    „Pupilka” Masakrowca przedstawiono szefowi wojewódzkiego UB godzinę później, kiedy na chwilę dosiadł się do stołu ubeckich ważniaków przed swoim występem. Był już rozgrzany, miał na sobie, sznurowaną z przodu sportową koszulkę, na jego czole widać było krople potu. Hans Schleyen – uwięziony gestapowiec – do którego przylgnął przydomek Masakrowiec, lekko drżał przed wejściem do ringu.

    Rozjuszone ubeckie audytorium było już po kilku głębszych. Uprzywilejowany Niemiec, który cieszył się sympatią ubeków, miał wystąpić na uwieńczenie krwawej jatki, jaka właśnie kończyła się na ringu. Najpierw na ringową matę wepchnięto przyłapanych przedtem na załatwianiu wzajemnych porachunków Polaka i Ukraińca. Do rąk wręczono im po kowalskim młocie. Obydwaj nie byli skłonni do rozstrzygnięcia sporu. Lecz szczuci i straszeni przez obozowych oprawców, zachęcających ich wrzaskami do bicia się, zaczęli wokół siebie w przyczajeniu krążyć. Uderzenia zadali sobie jednocześnie. Rozległ się trzask łamanego Polakowi obojczyka, lecz zawył także z bólu Ukrainiec. Młot Polaka zgruchotał mu przedramię, którym zasłonił głowę, a kawałek żelastwa musiał zahaczyć o głowę, gdyż w ciągu sekund krew zalała mu twarz. Polak padł zemdlony z bólu, Ukrainiec wył podtrzymując złamaną rękę.

    - Świński remis – zawyrokował rechocząc i trzymając się za brzuch rozweselony Kwiatkowski. – Odstawić te łajzy do lazaretu – rozkazał dyżurnym więźniom.

    Następna para przeciwników stanęła naprzeciw siebie uzbrojona w siekiery. Jeden z wojowników okazał się pomysłowy. Zamiast zbliżać się w zasięg ostrza broni przeciwnika, rzucił w niego swoim toporem z odległości paru metrów. Lecąca siekiera wprawdzie nie raniła mocno, jednak dzięki nadanemu impetowi walnęła trzonkiem w pierś gladiatora, a jej ostrze skaleczyło ramię. I to na tyle boleśnie, że trafiony na moment się zachwiał. To wystarczyło, by napastnik doskoczył i złapał trzonek siekiery przeciwnika. Prawie jednocześnie podstawił mu nogę i razem z nim runął na matę. Był silniejszy, szybko znalazł się nad przeciwnikiem. Trzonek topora zaczął dociskać do szyi słabnącej i charczącej ofiary.

    - Stop! – rozległa się komenda Morela. – Najpierw ogłoszenie wyroku.

    Oczy wszystkich obróciły się w stronę Kwiatkowskiego. Komendant obozu zwrócił się do Olkowskiego.

    - Dzisiaj ten zaszczyt przekazuję naszemu gościowi z Krakowa – wykonał kurtuazyjny gest ręką w stronę ringu, jakby zachęcał szefa krakowskiego okręgu UB, by wcielił się w rolę Pana Życia i Śmierci.

Zakłopotany przybysz podrapał się w głowę.

    - Mam powiedzieć, żeby go zabił?

    - Niepotrzebne słowa. Wystarczy tak – Morel podniósł do góry kciuka zaciśniętej pięści. – Albo tak – skierował kciuka do dołu.

    Przymrużył przy tym oczy i przybrał minę, którą w swoim mniemaniu naśladował półboską władzę rzymskich cezarów. 

    Parę razy dźgnął kciukiem powietrze w stronę podłogi.

    - Myślę, że ta pokonana wesz nie zasługuje, żeby żyć – dodał patrząc z pogardą na duszącą się ofiarę. – Ale do obywatela pułkownika należy decyzja. No? Czekamy… - patrzył teraz na Olkowskiego.

    - Skoro tak sobie życzycie? – szef wojewódzkiego UB skierował kciuka ku dołowi.

    Rozległ się trzask łamanej trzonkiem siekiery krtani. Z ust konającego wysunął się język, za kilka sekund chlusnęła krew. Dopiero teraz, Olkowski zauważył, że kiedyś zapewne białe płótno podłogi ringu, było prawie całe pokryte ciemnym brązem zaschniętych krwawych plam.

    Kiedy dyżurni wyciągnęli spod lin drgającego w przedśmiertnych konwulsjach gladiatora, by ułożyć go na noszach i zanieść do trupiarni, do ringu wszedł porucznik Samuel Morel…

 

 

[1] Na podstawie fragmentów powieści Marka Łuszczyny: “Po wojnie w Auschwitz wciąż ginęli ludzie”. "To była pestka przy tym, co wam tu przygotowałem”.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 05.08.2018 10:59 · Czytań: 563 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 15
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 05.08.2018 19:26
A więc tak. Nawet się nie spodziewałem, że takie rzeczy opiszesz w tej książce. Sam nie wiem, czy to dobrze. Ja lubię mocne teksty, ale nie wszyscy. Na pewno warto o tym mówić, żeby nie znalazł się jakiś idiota, który powie, że komunizm był dobry. A potem widzi się w szeregach obecnych antysocjalistycznych partii osoby, które za komuny należały do partii albo, co gorsze, do KC....
Dobra, dość politykowania, bo sam tego nie lubię...
Błędy. Niestety coś mi się skopało i trzy cytaty do poprawki mi wcięło z pierwszego rozdziału. Sam nie wiem, jak to się stało. Chyba pierwszy raz. Toteż odnoszę się do tych, co mi nie uciekły:
Cytat:
- Kurwa mać – krzyk­nął po otwar­ciu szaf­ki biur­ka, gdy zo­ba­czył pustą  bu­tel­kę.  
  - Prze­cież wy­pi­łem ją z tym koc­mo­łu­chem – przy­po­mniał sobie wi­zy­tę Ko­py­to­wej. 

To chyba powinno być zapisane ciągiem, a nie w dwóch wypowiedziach.
Cytat:
Chmm – po­wia­dasz bok­ser­skie?

Powinno być: hmm.
Cytat:
Sta­rość nie ra­dość – głu­pa­wo się uśmiech­nął i trza­snął ob­ca­sa­mi męż­czy­zna w mun­du­rze o koń­skiej twa­rzy z bli­zną o księ­ży­co­wym kształ­cie, jakby śla­dem wbi­te­go mu w oczo­dół ob­ca­sa

Zmień kolejność, bo brzmi to, jakby mundur był o końskiej twarzy.

A poza tym tyle raz zwracałem Ci uwagę na niepotrzebne spacje, interpunkcję, a Ty nic sobie z tego nie robisz. Nie ładnie, kolego. Nawet poleciłem Ci narzędzie do sprawdzania jednego i drugiego.
Ile razy czytałeś ten tekst?

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 05.08.2018 20:40
Drogi Antosiu.
Jak zawsze jestem bardzo wdzięczny za uwagi. Są celne i je naniosłem. Na razie tę najważniejszą.
Oczywiście szanuję Twoją neutralność w zapatrywaniu na politykę. Jak jednak widzisz w mojej powieści aż pęka w szwach od politycznego podtekstu. Na razie opisuję zamierzchłą przeszłość, jednak z czasem, teraz opisywani bohaterowie, sięgną po wyższe i najwyższe stanowiska w PRL-u.
Nie jestem bohaterem i trochę się boję, że grożą mi procesy, które ich potomkowie mogą mi wytoczyć o zniesławianie swoich przodków. Dlatego zmieniłem parę nazwisk, bo rykoszetem przydzwoniłem potomkom, którzy teraz mogą być elitą establiszmentu.
Tak Antosiu, opisywani tu bohaterowie stawali się czerwoną burżuazją. Ich dzieci studiowały na dobrych uczelniach, lansowały najnowsze trendy zachodniej mody. Stać ich było na najdroższe ubrania i kreacje. Zabezpieczyli też materialnie pokolenie swoich następców. A następcy są częścią współczesnych elit. Nie używają już tak często wulgaryzmów, znają obce języki, walczą o przejęcie sterów kierowania Polską.


Antosiu! Jaknajbardziej chciałem wprowadzić zaproponowany przez Ciebie program Office.
Nie udało mi się i jednak zwrócę się do Ciebie telefonicznie z prośbą o pomoc w jego instalacji. Może nie dzisiaj. Muszę poszperać w korespondencji na Gmailu, odszukać Twój telefon. Nie wiem jak stoisz z czasem. U mnie też bywa różnie. Ostatnio mam na głowie trochę zarobkowej roboty.

Jeszcze raz dzięki Antoni i najserdeczniej pozdrawiam, Kaz
Niczyja dnia 06.08.2018 21:22
Witaj Kazjuno, jak śmiałeś prosić z całego serca o przeczytanie czegoś takiego? :)
Wiem, wiem, jesteś Autorem, starasz się, szukasz Czytelników, ładnie i zajmująco piszesz. Widzę fach, wyrobienie, doświadczenie i talent. Ale ja naprawdę nie jestem odbiorcą dla tego typu tekstów. Po pierwsze nie lubię książek historycznych, politycznych. Literatury faktu. Nudzą mnie, nie ma w nich dla mnie ciekawego. Choć muszę przyznać, że mimo nielubianej przeze mnie tematyki, forma i sposób w jaki piszesz zaciekawiły mnie i nie pozwoliły oderwać wzroku. Jest i poczucie humoru, choć mocno skrzywione. Są dobre opisy postaci.

Miło, że wspomniałeś o mnie na początku opowiadania, o moim nielubieniu obrzydliwości. Tutaj jest ich mnóstwo. Ohyda. Ohydny seks, obleśny facet i bestie bez serca, okrutne bestialstwa opisane w części 30. To zdecydowanie nie jest tekst dla mnie.
W nagrodę za to co musiałam czytać, choć ubrane w dobry styl, mógłbyś napisać coś ładnego, specjalnie dla mnie i wtedy z całego serca mnie zaprosić do czytania. Byłabym napraaaawdę miło zaskoczona ;)

Pozdrawiam znad obrzydliwości, choć dobrze napisanej.

PS. A skoro lubisz teksty erotyczne, to zapraszam do mojej tutaj: "Kariery zaciętego rozporka". Mi się podoba ;)
Niczyja
Kazjuno dnia 06.08.2018 23:23
Wiem, wiem, Niczyja, nie zachowałem się elegancko zapraszając Cię do tego tekstu. I jest mi w pewien sposób przykro.
Przepraszam.
A jednak świadomie to popełniłem. Czemu? Chciałem zwrócić Twoją uwagę. Przez wstrętny egocentryzm, (na który cierpi wielu Autorów - niestety - stałem się tego sztandarowym przykładem).
Jednak domyślałem się, że tekst wywrze na Tobie wrażenie - choćby negatywne. No i stało się.

Serdecznie dziękuję za komplementy, a ponieważ są spod Twojego pióra wyjątkowo je sobie cenię. Też się ucieszyłem, że wychwyciłaś w mojej pisaninie zabarwienie humorystyczne.
Piszę o czasach strasznych, bazując na materiałach dokumentalnych, w które normalny Czytelnik, zapewne nie miałby ochoty się zagłębiać. Dlatego - wprawdzie posługjąc się kawaleryjskim poczuciem humoru - czy jak kto woli sztubackim, ubarwiam archiwalia fabularyzowaniem przeróżnymi scenami.

Obiecuję, że będę publikował erotykę nie tak ochydną. Jeszcze parę rozdziałów tej przetykanej obrzydliwościami powieści i przeskakuję do czasów bardziej współczesnych. Mam już gotowe rozdziały i bardzo jestem ciekaw jakie zrobią na Tobie wrażenie, ale jeszcze trochę cierpliwości.
Biorę się za czytanie "Kariery zaciętego rozporka".

Serdecznie pozdrawiam, Kaz

PS W poprzednich rozdziałach, było już nie mało erotyzmu i chyba nie tak obrzydliwego, choć czasem trochę na śmieszno.
Niczyja dnia 06.08.2018 23:44
Podoba mi się Twoja odpowiedź. Jest z klasą i na poziomie :)
Dobranoc.
Przemir dnia 07.08.2018 14:02
Kazjuno,
Moją teoretyczną wiedzę o pisaniu zaczerpnąłem, w końcu, z podręczników do pisania powieści. Wtrącam się tu na Twoją prośbę i z perspektywy czytelnika Twojego tekstu, ale absolutnie nie eksperta.
Portale pisarskie mogą być przydatne do oszacowania jakichś próbek naszych prac, ale tylko wtedy, gdy to robią, gdy rzetelnie oszacowują. Na nasze pytania zgłaszane na takich portalach, przeważnie nie otrzymujemy odpowiedzi, lub jest to odpowiedź niewystarczająca.

Ty, Kazjuno, masz niewątpliwie wiele do powiedzenia. Sądzę, że nie brakuje Ci tematów, z których mógłbyś uformować interesujące, posiadające cechy powieści, opowiadania. Ja w Twoim pisaniu tych cech powieści nie widzę. Bohaterów ciągle przybywa, ale do czego oni dążą? Co chcą osiągnąć? Jakie mają problemy? Jakiego końcowego rozwiązania oczekujemy? Czytam jedynie, że piją, ciupciają, jędzą i żygają. Do Twoich bohaterów czytelnik nie przywiąże się, będzie mu obojętne czy mianują ich na generałów czy zastrzelą gdzieś w piwnicy.

„Ognia” w ogóle nam nie przybliżyłeś. Po co on robił, to co robił? Albo jego ludzie; zastrzelili, jakby niechcący, jedenastu Żydów stojących w grupie. Takie coś nie dzieje się niechcący. No i ten obóz KL Auschwitz Eintrachthütte w Świętochłowicach. Sam ten temat jest na wiele powieści, opowiadanych z różnych perspektyw. Pytanie tylko, czy ktoś chce jeszcze o tym czytać.
Rękę u Ciebie widzę ciężką do pisania. Składnia Twoich zdań nie podoba mi się. Przykład:

„Wstał pułkownik Iwan Dragin i trzymaną przez niego szklankę wypełnił wódką dyżurny podoficer”.

Robisz wiele błędów, choćby takie jak ten:

…na ich szyjach pułkownik Olkowski zawieszał medale opatrzone napisem „Za udział w walkach o utrwalanie Władzy Ludowej”
Rozumiem, że napis na medalu mógł być cały dużymi literami, ale cóż to takiego ta „władza ludowa”, że ją wyróżniasz? Poza tym, medal był na wstędze? Zawieszanej na szyi? Jesteś pewny? Nie przypinany do piersi?

„kazał kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie sufitu. Aby być pewnym, że ci na samym dole nie przeżyją̨, wchodził na wierzchołek i – jeśli miał wystarczająco dużo miejsca – tańczył kalinkę”.
Ciała ułożone do samego sufitu, a on tam jeszcze wszedł i tańczył Kalinkę. Zmieścił się tam? Tańczył chyba do melodii Kalinki. W tekście używasz nadmiar myślników. To tak moim zdaniem.
…………
Ja teraz pracuję nad swoim warsztatem, czego i Tobie życzę z całego serca.
Pozdrawiam,
Przemir
………..
PS
Na historycy.org jest cała masa materiałów z ostatniej wojny. Wiele tam też napisano o „Ogniu”. Jeśli chcesz tkwić w takich tematach, wejdź tam.
O KL Auschwitz Eintrachthütte w Świętochłowicach, na pewno coś tam jest. Możesz też założyć swój, specyficzny, temat. Każdy temat historyczny i współczesny.
Są tam wyrażane różne poglądy. Rozszerza to horyzonty myślowe.
Kazjuno dnia 07.08.2018 14:40
Nie wiem Przemirze jaka jest twoja pisarska wiedza. Czytałem maleńką próbkę jej wykorzystania. Wydała mi się poprawna, bynajmniej nie olśniewająca.
To, że nie zaspakajam twojego literackiego smaku, zauważyłem już w poprzednich twoich komentarzach. Jakie mogą być tego przyczyny? - nie wiem.
Spróbuję jednak zabawić się w domorosłego psychologa.
1. Nie odpowiada Ci moje poczucie humoru(?), choć trochę to dziwnie... Otóż w nieco podobny sposób charakteryzujesz swoje postaci.
2. Zawiść i wrodzona złośliwość. Może i worek kompleksów (?), bo ktoś umieścił mój utwór na wyższej półce, (w przeciwieństwie do twojej perły), do tego cieszy się dużą poczytnością. Ponadto pewnie jesteś z natury złośliwy(?), bo przytyków już trochę od ciebie otrzymałem, czasem chybionych w moim odczuciu.
3. Nie jestem nowicjuszem na portalach i obtarłem się trochę o cenzurę rodem z PRL. Więc wiem jak się dewaluuje autorów.
Przemir napisał:
Rękę u Ciebie widzę ciężką do pisania. Składnia Twoich zdań nie podoba mi si


Przemir napisał:
Ja w Twoim pisaniu tych cech powieści nie widzę. Bohaterów ciągle przybywa, ale do czego oni dążą? Co chcą osiągnąć? Jakie mają problemy? Jakiego końcowego rozwiązania oczekujemy? Czytam jedynie, że piją, ciupciają, jędzą i żygają. Do Twoich bohaterów czytelnik nie przywiąże się, będzie mu obojętne czy mianują ich na generałów czy zastrzelą gdzieś w piwnicy. Ort! rzygają przez "rz"(uwaga adresata)


Słowem klasyka! Klasyka udupiania autora, żywcem wyjęta z podręczników cenzorów z minionej epoki. Bywałem na kolaudacjach filmów zaprzyjaźnionych reżyserów, krytykowano też moje filmowe, autorskie poczynania.
We wspomniane krytyki, które słyszałem na własne uszy, wygłaszane przez dyspozycyjnych cenzorów dbających o polityczną poprawność, twoja wpisuje się jak ulał. Jakbym się cofnął o kilka dekad.
Więc nie przesądzam, ale i nie wykluczam, może rykoszetem trafiłem w resortową progeniturę?
Nadepnąłem Ci na odcisk(?).

Oczywiście korzystam z historycy.org, właśnie stamtąd wyciąłem żywcem opis Morela tańczącego kalinkę na ludzkiej piramidzie. Zacytowany metodą "kopiuj, wklej" fragment jest umieszczony kursywą, podałem źródło. Więc mi nie wkręcaj, że snuję urojone wyobrażenia.

Tę twoją krytykę nie potrafię oznaczyć jako pomocną. Chciałeś mi dokopać i tą metodą zbytnio się odsłoniłeś.
Nie potrafię być wdzięczny za stek złośliwości.

Pozdrawiam, Kj
Przemir dnia 08.08.2018 09:13
Wierz mi lub nie, Kazjuno, ale to nic prywatnego. Ja Ciebie szanuję.
Ania_Basnik dnia 08.08.2018 11:34
Witaj Kazjuno!
Po urlopie wracam do PP. A tu Ty, niezmordowanie publikujesz kolejne części.
Przeczytałam. Podobało mi się. Przyzwyczaiłam się do niektórych bohaterów i czekam z niecierpliwością co będzie dalej...
Kazjuno dnia 08.08.2018 11:37
Otóż Przemirze, nie dziwię się Niczyjej, która pisząc całkiem śmiałe erotyki, wystrzega się wulgarności i obrzydlistw. Jednak, mimo że tekst ją odpychał skondensowaną porcją wzbudzających wstręt opisów, ta pełna uroku Autorka potrafi docenić walory mojego warsztatu.
Cytat:
Choć muszę przyznać, że mimo nielubianej przeze mnie tematyki, forma i sposób w jaki piszesz zaciekawiły mnie i nie pozwoliły oderwać wzroku. Jest i poczucie humoru, choć mocno skrzywione. Są dobre opisy postaci.

W szkole mieliśmy (Ty i ja) obowiązkową lekturę "Medaliony" Zofii Nałkowskiej. Tam również roiło się od szokujących, mogąych wywołać torsje, opisów.
Pisała o zbrodniach nimieckich.
Ja także nie przebieram w środkach. Opisuję rzeczy straszne i chcę szokować czytelników, czasem ich rozśmieszać, niekiedy podbechtać opisami na granicy porno. Najzwyczajniej używam szerokiej gamy magnesów, oby tylko przyciągnąć jak najszersze grono czytelników.
W jakim celu? - Zapytałeś.
Najprostszym z najprostszych. Chcę zasypywać lukę, bo jednak mniej wiadomo o zbrodniach drugiego okupanta Polski - tego od wschodu.
Ogień nie był antysemitą, nie broniłbym GO, gdyby było inaczej. Sam jestem pół-Żydem.
A Morel, o którym piszę, był wyjątkową żydowską kanalią.

WITAJ ANIU_BASNIK!!!

Jestem wdzięczny, że się ode mnie nie odwróciłaś. Jakże się cieszę, że powieść wzbudza Twoje zainteresowanie.
Mimo niemałej ilości otwarć, bardzo rzadko znajdują się śmiałkowie, publicznie akceptujący moją pisaninę.
I właśnie dzięki Tobie, która jako jedna z bardzo nielicznych zainteresowana jesteś dalszymi częściami, znajduję w sobie energię, aby pchać opowieść dalej.

Serdecznie ściskam i pozdrawiam, Kaz
Ania_Basnik dnia 08.08.2018 12:50
Rzeczywiście liczba wejść na tę chwilę 355 - imponująca. Ale komentarzy ludzie nie zostawiają, nie wiem dlaczego?
Pisz, zawsze znajdziesz czytelników, bo dajesz nam szeroki wachlarz opowieści, każdy coś tu znajdzie dla siebie
Przemir dnia 08.08.2018 13:03
Kazjuno,
Z Polski wyjechałem „na zawsze” 40 lat temu. Żyję w kraju anglojęzycznym. O moim polskim tekście powiedziano mi, że używam archaicznych słów, że dialogi, jakie wstawiam, są niewłaściwe, bo młodzi ludzie tak teraz nie rozmawiają. Że mój tekst ma formę raportu, że trzeba wstawiać głębokie opisy ludzi i zdarzeń, że powinienem uplastyczniać mój tekst. Ci, którzy weryfikowali moje wypociny, nie zwracali wiele uwagi na to o czym piszę. Oceniali mnie po tym jak piszę. I wiesz co? Nie obraziłem się. Pisałem w życiu prace akademickie po angielsku, ale tamto pisanie w porównaniu z powieścią, to łatwizna. W życiu radziłem sobie ze wszystkim co zależało ode mnie i z takiej właśnie perspektywy patrzę na to co chcę teraz napisać. Nie zmyślam. Piszę w trzeciej osobie, ale główny bohater, to ja.
Piszę coś, co mam już na komputerze, z czym poszło mi szybko i łatwo. To co teraz robię nie jest poprawianiem tylko przerabianiem. Idzie mi z tym wolno, bo gdy czytam to samo, ponownie, widzę tam zawsze coś do usunięcia, przestawienia lub dodania. Mój problem to nie treść tylko warsztat. Tematy mam super. Gdybym wydał to co teraz piszę, w trybie normalnym, a innego nie biorę pod uwagę, to moje drugie opowiadanie będzie na statku pływającym pomiędzy wyspami Papui Nowej Gwinei.
Nie jestem złośliwy, ani nikomu nie chcę dokopać, jeśli w ogóle chcę coś zrobić, to pomóc.
Forum pisarskie nie powinno być towarzystwem wzajemnej adoracji.
Pozdrawiam,
Przemir
Kazjuno dnia 09.08.2018 09:28
Aniu_Basnik
Wczoraj nie miałem czasu, żeby odpisać. Krzepisz mnie swoimi słowami i też mam nadzieję, że ta moja pisanina, nawet naszpikowana wylgaryzmami i obrzydlistwem, gdzieś tam, w zawoalowany sposób, jest typem tekstu rozrywkowego. Przynajmniej o to się staram... no bo jakżeby inaczej.
W ogóle Aniu, uważam że rolą literatury jest zapewnianie Czytelnikom emocji i swoistego relaksu. A że jako kanwę wziąłem na warsztat tło historyczne?
Tę edukacyjną pigułkę, którą przy okazji chcę imputować w mózgi niedouków, niektórzy muszą mi wybaczyć.
Niech się pławią w erotyce na granicy porno, niech im się robi niedobrze w trakcie brnięcia przez sceny okrucieństw, a nuż zostanie w głowach trochę osadu wiedzy o przeszłości, jakże potrzebnej, by rozumieć aktualną rzeczywistość.
Najważniejsze jednak wydaje mi się, że zapewniam jakąś tam czytelniczą zabawę. Oby tylko nikt przeze mnie nie dostał gastrycznych zaburzeń.

Jeszcze raz Ci dziękuję Aniu i życzę miłego dzionka, Kj

Z Tobą Przemirze mam problem.
Twoje komentarze w sposób bardzo agresywny - dodałbym - brutalny, dyskredytują moje teksty. Zapaliło mi się w głowie czerwone światełko.
Możesz mi w to wierzyć, albo nie, ale twoja "recenzja"odsłania twoje intencje, w sposób, który określiłbym kalką krytyk komunistycznych, czy postkomunistycznych cenzorów i redaktorów.
To nie żadna konstruktywna krytyka, taką naprawdę sobie cenię. Nie ostatni, ale poprzedni komentarz, możnaby napisać trochę trywialniej i wyszłoby na to samo:
"Kazjuno, wszystko co tworzysz to gówno. Może coś tam potrafisz ale odpuść tę powieść. Zresztą to żadna powieść. Rolka toaletowego papieru. Daj sobie spokój z pisaniem".
Tak załatwiali twórców dyspozycyjni redaktorzy i krytycy za komuny. Ty wpisałeś się idealnie w ten typ "redakcyjnej pomocy". NIc dodać, nic ująć!

Jednakże zgadzam się z tezą, że bezustanne komplemenciki, głaskanie i wzajemne lizanie tyłków (że tak wulgarnie to określę), prowadzi do nikąd.
Przeczytaj parę krytyk AntoniegoGrycuka. Ten facet nie owija w bawełnę, ale z jego krytyk można coś wynieść. Nie przekonanie, że jest się literackim śmieciem i grafomanem.
Co do warsztatu mam podobne do Ciebie zagwózdki i podobnie do Ciebie zmagam się z literacką materią. Zresztą nie wierzę w talent. Sam nie uważam siebie za utalentowanego i jeśli mi coś wychodzi to w efekcie ciężkiej tyrki.

Pozdrawiam.
Ania_Basnik dnia 09.08.2018 09:33
Kazjuno
sceny okrucieństw, które prezentujesz w swoich utworach nie ty wymysliłeś, ale ludzie z tamtych czasów.
Podajesz to wszystko w ciekawy sposób. takie jest życie
Kazjuno dnia 09.08.2018 10:18
To prawda Aniu.
Dzięki serdeczne!
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
BlueRiver
18/10/2018 22:00
Dziękuję za komentarz :) Pozdrawiam ;) »
mike17
18/10/2018 19:49
Witaj, Quentinie po dłuższej przerwie :) Tak, to prawda -… »
tm868
18/10/2018 19:21
Panie adamie poeto, czyż to nie w poezji sens tekstu… »
tm868
18/10/2018 18:58
wciągające, rzekłbym. czekam na więcej. »
allaska
18/10/2018 18:04
Co do formy się nie wypowiem, jest jakaś czułość w tekście,… »
allaska
18/10/2018 18:01
"to nic więcej niż garść pyłu" - chyba miałeś na… »
allaska
18/10/2018 17:56
Dużo zaimków w tekście, za dużo.:) to mnie samej? czy… »
allaska
18/10/2018 17:50
Alkestis, dziękuję bardzo za opinię:) »
mike17
18/10/2018 15:37
Kaziu, wielkie dzięki za tak miły i konkretny koment :)»
Wiktor Mazurkiewicz
18/10/2018 15:08
alos przepięknie dziękuję za słówko. Czy Kohelet… »
Darcon
18/10/2018 15:08
Mocne. Tak powinna wyglądać krótka forma, maksimum emocji w… »
Quentin
18/10/2018 13:53
Milosc ci wszystko wybaczy Zawsze mnie zastanawialo i… »
alkestis
18/10/2018 13:32
Tak to jest, Allasko, jak w Twoim wierszu. My - łase na… »
Anna Wu
18/10/2018 11:19
Podobno stłuczenie lustra to 7 lat nieszczęścia. Tak wiec… »
Anna Wu
18/10/2018 11:08
Bardzo dziękuję Kamyczku za komentarz. Rzeczywiste - jest… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 18/10/2018 22:08
  • Mario, spójrz trochę wyżej na "Konkursy" lub wejdź na forum dyskusyjne.
  • mariaczekanska
  • 18/10/2018 20:06
  • nie umiem odnaleźć tego zaśrodkowania :(
  • Zola111
  • 17/10/2018 23:32
  • Zaśrodkowanie#29 czeka na Wasze wiersze, Poeci.
  • chawendyk
  • 15/10/2018 12:42
  • hmm... autohipnoza
  • mike17
  • 14/10/2018 12:31
  • A tu namiary do głosowania : [link]
  • mike17
  • 14/10/2018 12:30
  • Jeszcze 10 dni pozostało ,by oddać swój głos w MUZO WENACH 6, konkursie dla prozaików. Wynagrodźcie swoich faworytów. Czytajcie i głosujcie, naprawdę warto docenić ich trud :)
  • MarcinD
  • 13/10/2018 23:35
  • Super :/. A u mnie tylko kratka ze słowem "Avatar". A kliknięcie "otwórz grafikę w nowym oknie otwiera stronę 404 :/. EDIT: Już działa. Pomogło wyczyszczenie ciastków. Taki przypadek.
  • Vanillivi
  • 13/10/2018 22:24
  • U mnie wyświetlają się poprawnie.
  • MarcinD
  • 13/10/2018 21:33
  • Takie pyta nie techniczne: czy tylko u mnie nie wyświetlają się awatary i zamiast nich błąd 404 czy to jakiś ogólny problem?
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas