Życie po śmierci - część I, rozdziały: 1-4 - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Życie po śmierci - część I, rozdziały: 1-4
A A A
Od autora: Długo się zastanawiałem, czy to opublikować, gdyż jest to rzecz ciężka, a na dodatek psychologiczna. To trzecia część książki, której dwie pierwsze już opublikowałem - "Władca mojego czasu" i "Pod ziemią". Także zdaję sobie sprawę, że czytanie pojedynczego, prezentowanego przeze mnie fragmentu może się wydać nużące albo bez treści. Pierwszy fragment to tylko wstęp do całości, tu nie znajdziecie akcji. Zapewniam, że w całości ona jest. Sklasyfikowałem to jako obyczajówkę, ale czy tak rzeczywiście jest, sam mam wątpliwości. To pomieszanie czasem dogłębnej psychologii, odrobiny fantazji i może nieco romansu, ale tylko troszkę :-) Panuje tu klimat posępny, dołujący, a głównym tematem jest śmierć, czego można się domyślić po tytule. Zapraszam do czytania i komentowania.

 

 

ROZDZIAŁ I

 

 

Była w moim życiu niezwykle ważną osobą. W zasadzie sam nie wiem do końca, czemu tak się stało. Wielokrotnie próbowałam znaleźć jedną konkretną przyczynę, ale tak naprawdę było ich wiele. I nie to, że urzekła mnie jej uroda, bo już wtedy nie zwracałem na to uwagi prawie w ogóle. To, co mnie pociągało, zawierało się w jej osobowości. W tym, jak reagowała, jak odczuwała i co ją wyróżniało. Nie powiem, że był to tak zwany ideał kobiety. A może właściwie dlatego, że nim nie była, to mnie tak oczarowała? Choć dla mnie to ideał. W każdym calu. Postaram się opowiedzieć jej historię bez tego nastawienia, mimo iż wiem, że to niełatwe.

 

Był rok dwa tysiące czternasty. Siedziała na swojej szarej pufie ze spuszczoną głową, wokół panowała prawie całkowita, zalewająca wszystko ciemność, a w rękach trzymała sznurek. Cienki, chropowaty, zwinięty w kłębek. W głowie miała piosenkę „Spirit of the water”, czyli „Duch wody” z fletem, fortepianem i głosem zmienionym przez wokoder. Nuciła:

 

See the lights out on the water
Come and go, to and fro
In the time it takes to find them
You can live, you can die
And nothing stops the river as it goes by
Nothing stops the river as it goes

 

czyli:


Zobacz światła na wodzie

Chodź i idź tam i z powrotem

W czasie, który zajmuje ich znalezienie

Możesz żyć, możesz umrzeć

I nic nie zatrzymuje rzeki, jak przepływa

Nic nie zatrzymuje rzeki, jak płynie

 

Przed oczyma rysunek z butelką z trupią czaszką. W oryginale czerwoną, a tu niemal czarną. To miał być znak po Marcinie, a był po Januszu. I Sławku... Gdyby nie tamto zdarzenie... Ono zmieniło wszystko. „To przeze mnie! Zarówno jeden, jak i drugi!... Boże, dlaczego ja to robię?! Wybacz mi! Inaczej nie potrafię! Już nie daję rady!...” Po chwili wstała, stanęła na pufie, rozplątała sznurek, sięgnęła pod sufit do haka i zaczęła wiązać węzeł. Trzykrotnie zacisnęła, rozprostowała sznur, pociągnęła silnie do dołu, sprawdziła wytrzymałość, spojrzała jeszcze na imitacje wokół i zawiązała na dole pętlę. I z tą pętlą przed oczyma stała, delikatnie kołysząc się na miękkiej pufie i nie istniał czas, nie istniało cokolwiek innego. Panował półmrok, lekki zapach stęchlizny, dudniąca w głowie cisza i widok trupiej czaszki otoczonej pętlą. Przeskoczyć przez nią na drugą stronę. Na drugą stronę rzeczywistości, poczuć się wolną od tego, co zrobiła. Mieć za sobą cały ten świat, który od dłuższego czasu był zadrą w sercu, które bolało, a które chciało być jak babcia – dobre dla wszystkich. Pętla ciągnęła ku sobie, zapraszała. Pętla była jedyna...

 

 

ROZDZIAŁ II

 

 

W dzieciństwie Agnieszka bardzo żywiołowo reagowała na co dzień. Ciągle ganiała, cieszyła się z byle powodu i była podatna na wpływy życia na humor, ale też zawsze wolała samotność niż towarzystwo. Nie popadała zbytnio w złe nastroje. To ją jakby omijało i potrafiła się skoncentrować na tym, co pozytywne. Mimo to była dzieckiem grzecznym i zamkniętym w sobie, wykazywała już wtedy cechy introwertyczne. Nie wściekała się jak rówieśnicy, nie tupała nóżkami, nie podnosiła głosu, a płakała bardzo rzadko i to głównie z powodu bólu fizycznego. Mieszkała wraz z rodzicami i babcią w niewielkim domku z małym podwórkiem w Radomiu przy ulicy Żurawiej. Posiadał trzy pokoje, łazienkę i kuchnię. Jedno pomieszczenie zajmowała staruszka, drugie rodzice, a trzecie ona. Jest jedynaczką, ale rodzice w tym czasie ciągle się kłócili, więc nie była rozpieszczona przez los. Jedynie babcia dawała tyle ciepła, ile mała potrzebowała. Była jej najbliższą osobą. Jako prosta kobieta posiadała niezwykle twarde zasady i uważała, że szczęście wnuczki jest najważniejsze, toteż rozpieszczała ją, jak mogła. Odwiedzając w ten sposób bliższą i dalszą rodzinę, często zabierała w podróże po Polsce. Jedna z wycieczek była do Torunia. Najpierw pobyt u dalekiej rodziny w domu, a potem lody na rynku. Wspaniałe, z owocami i bitą śmietaną. Szły ulicą, już się kierowały do sklepiku, gdy podszedł starszy mężczyzna, przywitał się, przedstawił i powiedział, że nie byłby sobą, gdyby im ich nie kupił. Babcia nie chciała się na początku zgodzić, ale mała zaczęła szarpać ją za rękę i krzyczeć, że ona chce. Stwierdził, że sam im wybierze rodzaj, kupił o smaku leśnym i zaraz usiedli na ławce. Zaczął o sobie opowiadać, iż jest samotny, bo zmarła mu żona i że tak nie zachowuje się na co dzień, ale tym razem nie mógł się powstrzymać. Najwyraźniej szukał kobiety, a widząc babcię z wnuczką, uznał, że to dobra osoba. Te słowa wyraźnie pamięta z dzieciństwa: pani jest dobrą kobietą.

Dobrą kobietą!

Posiedzieli we trójkę przez chwilę i się pożegnali. Ilekroć jadła je gdzie indziej, to pamięcią powracała do tego miejsca, tego obcego faceta, leśnego smaku z poziomkami i jagodami. Wielokrotnie miała ochotę tam powrócić właśnie na nie, ale nigdy tego nie dokonała. W tym czasie rodzice zostawali w Radomiu i zajmowali się zarabianiem pieniędzy, a to chyba najlepiej im wychodziło.

Swojego dziadka nie poznała. Trzy lata przed jej narodzinami pokłócił się z babcią, powiedział, że gdzieś czeka na niego o wiele młodsza kobieta i wyszedł. Po kilkunastu godzinach zaczęli go szukać. Nie było go ani u rodziny, ani u znajomych. Policja też nic nie wiedziała. Cztery dni po zniknięciu znalazł go leśniczy przytulonego na siedząco do starej sosny. Zabrano go do szpitala, prawie nie było z nim kontaktu, a lekarzowi wyznał, że zbierał grzyby ze swoją nową kobietą. Jej nigdy nie odnaleziono. Dzień później zmarł.

Na niedużym podwórku stała stara komórka z mocno uszkodzonymi ścianami i drzwiami, pamiętająca jeszcze młodość babci. Mimo iż Aga była przyzwyczajona do komfortowych warunków, to ta szopa stanowiła ewenement i potrafiła tam spędzać całe godziny. Siedziała w półmroku, niemal ciszy i przyglądała się pajęczynom rozpostartym tu i ówdzie, czy obserwowała unoszący się kurz rozświetlany przez promienie światła padające przez szczeliny. Nie bawiła się w tym miejscu w nic konkretnego – po prostu siedziała i tyle. Za pierwszym razem, gdy się tam ukryła, babcia dobrze się jej naszukała po całym domu i placu. W końcu staruszka potraktowała to jako niewinną, dziecinną zabawę, która na swój sposób zostanie upodobaniem Agi na długi czas. Mówią, że każdy potrzebuje swojej małej pustelni, aby tam odetchnąć od świata i życia, lecz w jej przypadku nie była to tylko pustelnia, ale wręcz świątynia. Wkrótce zarówno babcia, jak i rodzice przyzwyczaili się do tego wybryku i nawet się nieco cieszyli, iż w tak młodym wieku potrafi się zająć samą sobą. Zaakceptowali to, jak akceptuje się dziecinne dziwactwa. Czasami bawiła się z innymi dziećmi z sąsiedztwa, raz na ich, a raz na własnym podwórku, jednak prędzej czy później próbowała je tam zaciągnąć. Niestety, tamte raczej się tego bały, niż podzielały entuzjazm. Tylko Mareczek z drugiej strony ulicy chciał tam wchodzić i próbował bawić się w ciche przesiadywanie, jednak po dłuższej chwili się niecierpliwił i wyciągał ją na świeże powietrze. I tak świątynia była tylko dla niej, wkrótce to zrozumiała i się do tego przyzwyczaiła.

Gdy Aga miała pięć lat, babcia najpierw trafiła do szpitala po przebytym zawale, a wkrótce odeszła. Mała weszła wtedy do swojej komórki i nie chciała wychodzić. Całymi godzinami tam przesiadywała, płakała i tuliła swojego misia, a był to jeden z tych nielicznych momentów, gdy łkała. Wchodziła tam codziennie prawie przez tydzień i nie chciała widzieć absolutnie nikogo. Od tego czasu przycichła i zamiast się cieszyć, i okazywać to, jeszcze bardziej wybierała swoją samotność. Pozostało zbliżyć się do rodziców, którzy dotychczas stali na drugim miejscu w hierarchii.

Wkrótce rodzice zapisali ją do przedszkola, bo już nie miał kto się nią zajmować w czasie ich nieobecności. Nie nauczyła się tam jednak funkcjonować z rówieśnikami, ale zawarła jedną znajomość, która trwa do dziś. Jest to Magda, podobnie jak ona, nieco wycofana dziewczynka. Poza nią żyła gdzieś z boku, z dala od zgiełku innych dzieci. Nie przepadała za wspólnymi zabawami czy zajęciami z wychowawczynią. Potrafiła się z nią bawić godzinami i nie zwracać uwagi na otoczenie. Ta przyjaźń była iście magiczna, gdyż obie zapałały nią wzajemnie niemal od pierwszego wejrzenia. (Mówią, że w życiu szukamy kogoś podobnego do siebie.) Nie znaczy to, że się nie różniły. Co to, to nie. Były między nimi rozbieżności, lecz w gruncie rzeczy najważniejsza była ta chęć bycia z dala od całej reszty.

Rok później, podczas weekendu rodzice powierzyli ją pod opiekę sąsiadów z naprzeciwka, a sami wyruszyli na pół dnia do Warszawy. Niestety w drodze tam mieli wypadek samochodowy i oboje trafili do szpitala. Mała zaniemówiła prawie całkowicie i tylko spytała, czy odejdą tak jak babcia. Uciekła od sąsiadów i kolejny raz się zaszyła w swojej starej szopie. Przecież dzieci w takich momentach potrzebują bliskości, przytulania się, ale nie ona. Ona musiała być sama i tylko sama. O czym to może świadczyć? Może o tym, że była inna niż wszyscy? A może po prostu przed czymś uciekała? Tak czy inaczej, nie była zwyczajną dziewczynką – i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tym razem to oni długo jej się naszukali, zanim wpadli na pomysł, aby sprawdzić to miejsce. Potem spędziła u nich dwa tygodnie i kolegowała się z ich synem, Mareczkiem. Z tym samym, który wcześniej wchodził do komórki.

Jakiś czas później zaczęła zabierać innym dzieciom z okolicy samochodziki i zakopywała je w ziemi, a potem pamiętała tę czynność na długo.

Na bardzo długo

W wieku sześciu lat sąsiedzi z naprzeciwka, którzy opiekowali się nią wcześniej, wyprowadzili się i kontakt się urwał. Podobno zamieszkali gdzieś koło Warszawy.

 

Mając sześć lat, została na dwie godziny sama w domu i weszła do łazienki za potrzebą. Zamknęła się, używając blokady, a chwilę później zabrakło światła. Ona sama, nikogo, kto mógłby pomóc i te zablokowane drzwi. Najpierw próbowała odbezpieczyć blokadę, ale będąc przestraszoną, chciała to zrobić w drugą stroną. Szarpała i nic. A przed oczyma, i w głowie, ta przytłaczająca ciemność. Zaczęła walić pięściami w drzwi, a po kilku chwilach usiadła na podłodze i trzęsąc się, płakała. Całą godzinę. Niby sama zamykała się w komórce, gdzie było ciemno, ale stamtąd mogła wyjść w każdej chwili, a tu była w pułapce. Nawet nie widziała własnych rąk. Jak później wyznała mamie, miała wrażenie, że zostanie w tej ciemności na zawsze.

W czasie szkoły podstawowej była nadal niezależną dziewczynką, niechętnie zawierała nowe znajomości, a wystarczała jedyna przyjaciółka. Bardzo się obie trzymały razem, odprowadzały po szkole do domu i spędzały tam sporo czasu. Inne dzieci czasem spotykały się na boisku i bawiły, ale obie nie miały na to większej ochoty i wolały posiedzieć w korytarzu czy sali lekcyjnej. Nie przyniosły skutku usilne próby rozwiązania tego problemu przez wychowawczynię czy szkolnego pedagoga. Nawet rodzice nie mogli nic wskórać. Mówią, że niektórzy introwertycy właśnie tak mają. Osobiście pamiętam, że będąc dzieckiem, z jednej strony zależało mi na towarzystwie, ale w gruncie rzeczy wolałem posiedzieć sam. Jak próbuję sobie uświadomić czemu, to przed oczyma stają sytuacje, gdy koledzy zarzucali, że nie umiem się bawić. A to mówiłem zbyt otwarcie, co myślę, a to moje żarty były nie na miejscu, albo po prostu nikt nie podzielał moich zamiłowań. Potrafiłem na przykład ustawić krzesła obok siebie, nakryć je kocem, wejść do środka, udawać, że jestem w czołgu i przesiadywać tak całymi godzinami.

W wieku trzynastu lat poszły do jednego gimnazjum i ich styl bycia pozostał całkowicie niezmieniony. Nadal nie widziały poza sobą świata i społecznie niewiele więcej je obchodziło. Na ogół rówieśnicy to akceptowali, ale zdarzały się momenty, gdy z nich drwiono czy nawet szydzono. W takich sytuacjach jednak nic sobie z tego nie robiły, więc inne dzieci szybko odpuszczały dokuczanie im i traktowały je jak dziwaczki.

Mając szesnaście lat, obie zdały egzaminy do tego samego liceum i zaczęły tam wkrótce uczęszczać. Było to X Liceum Ogólnokształcące przy ulicy Beliny-Prażmowskiego. Aga miała stąd do domu niecałe piętnaście minut na piechotę i zwykle pokonywała ten dystans właśnie tak. Magda natomiast mieszkała przy Kaszubskiej i było to nieco dalej, jednak zwykle szły razem. Agnieszka nabierała jeszcze więcej niezależności, a Magda stała przy niej jak dobry duszek. To ta druga była głosem rozsądku i zrozumienia, podczas gdy Aga żyła swoim stylem bycia. Agnieszka smutniała często na filmach, podczas czytania książek, czy nawet słuchania muzyki. Jednak dzieci wrażliwe często płaczą, ale nie ona. Ona po prostu wpadała w nostalgię, czasem smutek i dość często nie wiedziała dokładnie, co się dzieje wokół niej. Była jakaś nieobecna, oderwana od rzeczywistości. Wielokrotnie Magda próbowała podpytywać o najgłębsze myśli, jednak ona unikała takich rozmów.

Magda natomiast, mimo iż stroniła od ludzi, bardzo racjonalnie podchodziła do życia. Dla niej jedno musiało wynikać z drugiego, więc każdy stan umysłu miał swoje przyczyny. Widziała w ludziach więcej niż przeciętny nastolatek i bacznie obserwując otoczenie, wykorzystywała to. Zależało jej na kontaktach towarzyskich, ale pozostawała z boku. W odróżnieniu od Agnieszki często płakała i wzruszała się podczas oglądania filmów, czytania książek czy nawet zwykłych rozmów. Już na początku liceum dobrze zdawała sobie sprawę zarówno ze swojej inności, jak i spostrzegawczości, więc chciała w przyszłości wykorzystać swój potencjał, pisząc książki i wkrótce skłoniła przyjaciółkę do przyszłych, wspólnych studiów polonistycznych. Miała to być droga ku wewnętrznemu spełnieniu. W tym czasie nabrała już kobiecych kształtów, odpowiednio o siebie dbała, więc wyglądała dość ponętnie, ale daleko jej było do uroku osobistego Agnieszki. Miała około stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu i szczupłą budowę ciała. Ostre, niemalże karykaturalne rysy twarzy sprawiały, iż była łatwo rozpoznawalna, ale nie były one w żaden sposób odrażające, czy śmieszne. Wręcz odwrotnie. Nadawały charakteru, powagi i klasy. Jest blondynką, a wtedy włosy sięgały do połowy pleców i dodawały nuty niewinności. Miała też znak szczególny. To sporej wielkości pieprzyk tuż nad ustami, po prawej stronie. Dbała o niego, podkreślała czasem nieco później za pomocą delikatnego makijażu i szczyciła się nim. Ogólnie rzecz biorąc, była ładną dziewczyną, ale unikanie innych nie dawało rezultatu w postaci powodzenia u płci przeciwnej. Na razie jej na tym zbytnio nie zależało. Owszem, miewała chwile, gdy tego brakowało, ale na co dzień radziła sobie doskonale sama.

Zaraz po rozpoczęciu nauki w liceum Agnieszka spodobała się koledze z trzeciej klasy, Piotrkowi. Był to kobieciarz, traktujący dziewczyny jak zabawki, a zainteresował się nią z powodu niezwykłego uroku osobistego. Poza tym stanowiła dla niego wyzwanie, gdyż była niezależna i niedostępna, więc chciał się sprawdzić, czy da radę ją uwieść. Wkrótce zaczął się przymilać, zapraszać na spacery i przynosić kwiatki. Najpierw się z nim kolegowała, potem pojawiła się nić bliskości i w końcu się zaprzyjaźnili. Często trzymając się za ręce, spędzali sporo czasu i tylko ta druga była z tego powodu zła, gdyż zabierał jej przyjaciółkę. Potem zaczął proponować Adze łóżko, a gdy kilkakrotnie odmówiła, zerwał z nią. Od tego czasu traktowała chłopaków niemal jak przedmioty i nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Przyjaźń z Magdą powróciła, a chwilowe złe emocje pomogły tylko scementować ten związek. Kolega kiedyś opowiadał, że ma prawdziwego przyjaciela, z którym się znają od dawna. Kilka lat wcześniej doszło między nimi do dużego konfliktu łącznie z tym, iż uderzył go w twarz. Przez kilka miesięcy się nie odzywali, ale gdy wrócili do siebie, to przyjaźń była o wiele większa. I to właśnie ta złość sprawiła.

 

 

ROZDZIAŁ III

 

 

Pod koniec drugiej klasy dotarło do niej od koleżanek, iż nowo przybyły do tej szkoły chłopak z klasy o rok niższej bardzo chciałby się z nią umówić. Na początku jej się to w jakiś sposób podobało. Z jednej strony chciała flirtu, a z drugiej te wcześniejsze wydarzenia. Pojawiło się rozdroże i musiała wybrać jedną ze ścieżek. Oczywiście nie zdawała sobie z tego sprawy, ale kierowała się emocjami. Tylko na co mogła się zdecydować? Gdyby odpowiedź była taka prosta...

W życiu niestety tak bywa, że wybieramy obie drogi naraz i idziemy nimi okrakiem, aż na tyle się oddalą, że stanąwszy jak zaklęci w kamień, nie możemy się ruszyć z miejsca. I czasem ludzie żyją takim kamiennym snem do końca swoich dni. I nie ma kto ich odczarować...

Któregoś razu, przechodząc po korytarzu w czasie przerwy, dostrzegła go, jak próbował zadzwonić z telefonu komórkowego. Spojrzał na nią, potem na telefon, znów na nią i stwierdził:

No, wreszcie jest zasięg.

To korzystaj... póki możesz... – Uśmiechnęła się porozumiewawczo, wdzięcząc się przy tym, ale natychmiast ugryzła się w język i zaprzestała flirciarskich zachowań, bo wiedziała, że mogło to zabrzmieć dwuznacznie.

Jednak już się stało. Było zdarzenie i świadomość własnej tego winy. Tylko dlaczego się tak tym zadręczała? Przecież były to niewinne słowa, które tak naprawdę prawie nic nie znaczą. Może dlatego, że miała skłonność do obarczania się, a może zdawała sobie sprawę z mocy słów i skutków, jakie mogą przynieść? Jeśli spojrzeć na sytuację z Piotrkiem, to on też jej w zasadzie nie zrobił większej krzywdy, a jednak cierpiała.

Za jakiś czas ustaliła, że się z nim spotka kilka dni później. Na umówioną randkę po lekcjach poszła, usiadła na trawie, zaraz obok wyasfaltowanego boiska i czekała. Normalnie mogłaby się cieszyć końcem zajęć, wiedząc, że niedługo będzie w domu. Siedziała po turecku, na kolanach trzymała torbę z zeszytami i książkami, z podniesioną głową, zupełnie jakby szczyciła się tym, co zamierza zrobić. Mimo że nie padało, to nad głową miała gęste, kłębiaste chmury w kolorze betonu popychane silnym wiatrem w kierunku jej domu. Spojrzała na nie i przez chwilę zastanowiła się, czy czekać dalej, czy może wrócić właśnie tam. Przyroda podpowiadała właściwy kierunek, ale kto by na to zwracał uwagę... W końcu Sławek się pojawił. Miał stare, brudne, wymięte ciuchy, był kompletnie rozczochrany i ogólnie sprawiał wrażenie bezdomnego. Szedł od strony szkoły, powłóczył nogami, ze skwaszoną miną i nie miał odwagi na kontakt wzrokowy.

Cześć, słyszałam, że chciałeś się ze mną spotkać? – spytała go z daleka.

Chłopak dalej człapał tak samo powoli i z trudem odpowiedział:

Tak, bardzo mi się podobasz i chciałbym z tobą chodzić – wybełkotał, nie podnosząc wzroku. Więcej jej nie było trzeba.

Kolego, ty nawet nie umiesz rozmawiać z dziewczyną! – wykrzyknęła niemal na cały głos, wstając z trawy i zaczęła machać rękoma. – Ledwo co mówisz i chcesz, żebym cię polubiła? Wynoś się, skąd przylazłeś, a mi nie zawracaj głowy! – nie spuszczając z tonu, mówiła dalej. – Zobacz, jak ty wyglądasz! Mógłbyś chociaż przynieść jakiś kwiatek! Nie chcę cię znać!

Po chwili zrobiła krok do tyłu, zmierzyła go ostrym wzrokiem, odwróciła się i odeszła w stronę wyjściowej furtki. W tym momencie w jej głowie panowało tylko jedno uczucie. Tak silne, że przyćmiewało wszystko inne. Chłopak spuścił głowę, przez chwilę stał jak wmurowany, po czym ruszył w stronę ogrodzenia, przeskoczył je i przewrócił się. Od tego czasu przestał się pojawiać w szkole. Jej to w ogóle nie obchodziło. „Powiedziałam to, bo sobie na to zasłużył” – tak myślała. Nie nienawidziła go, ona po prostu wkurzyła się na cały świat. Zerwała ze Sławkiem, zanim zdążył cokolwiek zrobić. Nie pomógł nawet głos Magdy mówiący, żeby się z nim w ogóle nie spotykała, skoro jej nie zależy. Jednak gdzieś w głębi głowy Agi tliło się inne uczucie – wręcz przeciwne, ale do niej nie docierało. I znów to rozdroże. I niektóre z tych uczuć pozostaną w niej na bardzo długo.

Jednak trzy dni później do uczniów liceum dotarła straszna wiadomość – popełnił samobójstwo.

 

 

ROZDZIAŁ IV

 

 

Na tę wiadomość natychmiast uciekła z lekcji do domu i zaszyła się w swojej starej komórce.

To niewielkie pomieszczenie, zaledwie o wymiarach dwa na trzy metry i panowała tam prawie całkowita ciemność, gdyż oświetlenie dawno odmówiło posłuszeństwa. Jedynie przez szpary w starych ścianach i pomiędzy drzwiami a futryną, tworząc podłużne smugi, prześwitywało światło, a w nich unosił się ciemny kurz i rozświetlały się zszarzałe pajęczyny. W centralnym punkcie stał stary taboret z poobdzieraną farbą, taki na czterech nogach. Po prawej stronie można było zobaczyć kilka zamontowanych drewnianych półek, wiszących na metalowym stelażu. Po lewej zaś stała stara skrzynia o wysokości pół metra, długości jednego i głębokości także pięćdziesięciu centymetrów, a na niej zwykle leżał ukochany dziecinny miś. Skrzynia była drewniana z pokrytymi metalem kantami i okolicami zamka, którego dawno już tam nie było. (Stała kiedyś w jej pokoju, a w niej trzymała zabawki. Pamięta, jak robiąc porządki, wszystko wrzucała właśnie do niej. Było tam kilka lalek, trochę klocków, ale także ten miś. Któregoś razu, mając około ośmiu lat, schowała tam kluczyki do samochodu rodziców, chcąc, aby nie wyjeżdżali na wieczór do znajomych. Nad nimi położyła odbezpieczoną pułapkę na myszy. Gdy w końcu ojciec wydusił z niej, gdzie one są i sięgnął po nie, skaleczył sobie dotkliwie palec i zostali w domu.) Nad nią wbity był w ścianę hak. Naprzeciwko wejścia zepsuta kosiarka, a na niej leżało sporo starych, roboczych ubrań. Obok kosiarki stał także wysłużony sprzęt komputerowy. Całość otulona mrokiem i posępnym charakterem tajemniczości.

Wyczytała kiedyś w internecie przypowieść o starym mnichu buddyjskim i uczniu. Któregoś dnia ten młody zapytał swojego mistrza, jak ma osiągnąć spokój wewnętrzny. Starszy polecił mu zamknąć się w pustelni i przysyłać listy. Po pierwszym miesiącu młody wysłał krótką notkę z informacją, co zrozumiał. Mistrz przeczytał to i podarł. Za kilka miesięcy uczeń posłał dłuższy, w którym dokładnie opisał swoje przemyślenia. Stary znów to przeczytał i podarł, nie odpisując. Za rok młody wysłał bardzo długi list z dogłębnymi rozważaniami filozoficznymi. Mistrz tylko spojrzał i bez czytania podarł. Za następny rok uczeń wysłał pustą kartkę. Stary spojrzał, uśmiechnął się i odpisał: wracaj.

Siedziała, trzymała na kolanach ukochanego, pluszowego misia i w niego przelewała całe emocje. Miał długość około czterdziestu centymetrów i pokryty był mechatym materiałem w kolorze kremowym. Na jego twarzy tlił się delikatny uśmiech, a czarne, okrągłe oczka zwykle nadawały mu pogodny wyraz, jednak teraz wydawał się pozbawiony oblicza w ogóle. Na prawej nóżce niewielkie rozprucie, a na czubku głowy plama w brązowym odcieniu. Zwykle, gdy trzymała go na kolanach, wkładała palec w to rozdarcie. I tak było też teraz, tyle że tym razem wcisnęła go niemal całego. Natłok myśli, a zarazem ich brak, a przed oczyma jedynie pustka. Żadnego wspomnienia spotkania ze Sławkiem. Jeszcze dzień wcześniej myślała o nim jak o wrogu, a teraz w głowie miała jedynie otchłań. Rodził się niemożliwy do wyrażenia krzyk, który jednak nie wydobył się z gardła. Bezmiar nieskończoności wyrwy pozostałej po zakochanym koledze. To, co się stało, teraz do niej nie docierało. Pozostawało to gdzieś poza świadomością, tym niemniej uczucia wyrażały się w ucieczce przed światem. Ale świadomie była tylko nieobecna. Prawie się nie ruszała i tkwiła w miejscu jak zamrożona. Takiego stanu nie mogła znieść w zwyczajny sposób, więc zareagowała osłupieniem i zamrożeniem, które pozostaną w pewnym stopniu na długo...

Mając dziesięć lat, była zakaźnie chora, leżała w domu i po tygodniu odwiedziła ją Magda. Mimo kiepskiego samopoczucia spowodowanego chorobą natychmiast zaczęła turlać się po łóżku, robiąc fikołki i śmiejąc się. Wręcz eksplodowała na widok przyjaciółki. Jak wulkan. Na co dzień taka nie była, ale wtedy wyszła z niej prawdziwa reakcja. Można tylko wyobrazić sobie, co działo się w jej głowie.

Tkwiła tam do końca dnia, potem za namową rodziców wróciła do pokoju, ale nie usnęła przez najbliższe dwie doby. Następnego dnia rano, gdy wyszli do pracy, znów zamknęła się w ruderze i nie poszła do szkoły. Po raz kolejny pragnęła być tylko sama i z daleka od ludzi. Przytuliła misia.

Mrok tego miejsca był rozjaśniany głównie przez cztery szczeliny koło drzwi i jedną bezpośrednio nad nimi. Te przy drzwiach były podłużne, niektóre długie na prawie dziesięć centymetrów, a ta ponad nimi przypominała trójkąt i miała wymiary niemalże pudełka zapałek, toteż smuga światła biegnąca od niej była najjaśniejsza i to ona dominowała. Latem, około południa promień ten padał na pluszowego misia, rozświetlał czarne, okrągłe oczka, natomiast zimą o tej samej porze wskazywał wbity hak, wiszący nad wielką skrzynią. (Mając pewnie ze trzy latka, misia dostała od babci. Większość dzieci nie pamięta wydarzeń z tak wczesnego okresu. Gdzieś podświadomie kojarzył się z nią. Od razu zapałała do niego miłością. Przez dłuższy czas spała z nim, a przyniosła tu dopiero po jej śmierci, prawdopodobnie podczas jednej z kłótni domowych. Duża część z nas posiadała takie maskotki. Niektórzy nawet zabierają je na przykład na maturę, jako swoisty amulet. Ona, mając około ośmiu lat, zabrała go nawet do kościoła, chowając pod kurtką. Wielkie było zdziwienie księdza, gdy zbierając na tacę, zobaczył, jak mała wyciąga go spod pazuchy i ruszając jego główką, mówi na cały głos: łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego.)

Nadal była jak zamrożona, aż do momentu przyjścia Magdy. Wpuściła ją, a wtedy zaczęły szlochać razem niemal wniebogłosy. Większość emocji, które do tej pory ją unieruchamiały, wyszło na zewnątrz. Tym razem świadomość połączyła się z tym, co czuła, powodując lament nie do opisania. Siedziały w półmroku, przytulały się, mało rozmawiały.

A nie chciałam cię słuchać, jak mówiłaś, żeby się z nim w ogóle nie spotykać – wydukała. Siedziała na taborecie, a twarz zakrywała dłońmi.

To nie twoja wina. On po prostu miał dość wszystkiego... Nie możesz się za to obarczać! – Magda spoczywała na drewnianej skrzyni po lewej stronie, nachylając się i przytulając ją, a Agnieszka czasem to odwzajemniała.

Nie moja?! A kto go pogonił i mu nawymyślał?! To moja wina! – Aga wysylabizowała głosem pełnym rezygnacji, przy czym wyzwoliła się z objęć przyjaciółki i spojrzała na nią pustym wzrokiem.

Agniecha, uspokój się! Nie twoja! Przecież jedna sytuacja nie mogła tego spowodować! On już musiał ledwo żyć, jak się z tobą spotkał. – Znów próbowała przytulić przyjaciółkę, ale opór tamtej okazał się zbyt silny.

No właśnie! Ledwo żył, a jeszcze mu dowaliłam! – Podniosła rękę do góry, jakby chciała się nią uderzyć.

Ochłoń trochę... Posiedź kilka dni w domu i weź się w garść!

Gdzieś w głowie wniosek wysnuł się sam – zabiła go swoimi słowami. I niewiele było w stanie do niej dotrzeć. Istniała jej złość i śmierć. Przyczyna i skutek. A skoro drugie wynikało z pierwszego, to pierwsze należało wyeliminować. Pozbyć się go na resztę życia. Wiedziała, co nią kierowało tam na boisku i przyszło jej do głowy, że nie na darmo złość ma taką nazwę. Jest zła i tylko taka. Niby banał, a jednak zaczął kształtować jej światopogląd. Ujrzała siebie nieokazującą gniewu w ogóle i czuła, że to właściwa droga. Jak dużo później zrozumie, nie jest to dobra droga... Potem jeszcze siedziały dość długo, cały czas płakała, a tła do tej tragedii nadawała stara szopa, pełna kurzu, pająków i gratów. Nawet stary miś leżący na wielkiej skrzyni, obok miejsca, gdzie siedziała Magda, po lewej stronie, zdawał się spoczywać bez sił. On też z Agą płakał w jej własnym mniemaniu. I umierał z empatii. Przyjaźń dziewczyn nabrała nowego wymiaru: przyjaciółka dzieliła z nią ten stan, a tym samym relacja bardzo się pogłębiła, gdyż główną rolę grała empatia. A ona zbliża ludzi.

Ledwo wkroczyła w próg dorosłości, aż tu przyszła Pani Fortuna, walnęła zabawkami o stół i zmieniła jej życie w koszmar. Nie zdążyła się choćby trochę nim nacieszyć, a już trzeba było cierpieć. I to wszystko na start. Po czymś takim ludzie tacy jak ona nie będą już w pełni szczęśliwi, chyba że zdarzy się cud...

 

Następnego dnia znów nie poszła do szkoły i weszła do komórki. Traktowała to, jak swoisty rytuał, a miejsce to było dla niej magiczne, a przede wszystkim dawało tego, czego potrzebowała najbardziej. Nadal bardzo płakała, ale czyniła to niemal tylko w tym miejscu. W domu, leżąc w łóżku, najwyżej roniła kilka kropel.

W szopie było sześć półek po prawej stronie. Wyginały się ze starości i pod ciężarem leżących tam gratów. W tej ciemności, na samej górze, można było dostrzec zarysy przeterminowanych puszek z farbami, a także butelki z rozpuszczalnikami i czymś tam jeszcze. Na jednej z nich przebijała się przez półmrok czerwona trupia czaszka z piszczelami poniżej. Obok stała także stara lampa naftowa z wypalonym knotem i sadzą na kloszu. (Pamięta, jak w dzieciństwie babcia trzymała ją w swoim pokoju i często zapalała, bo, jak twierdziła, tak była przyzwyczajona od małego. Aga, wpatrując się w kołyszący się i pulsujący płomień, przesiadywała wtedy z nią. Ten półmrok i zapach palonej nafty. A może to dlatego teraz wybiera tę komórkę z podobnym półmrokiem?... Któregoś razu, prawdopodobnie po obejrzeniu jakiegoś filmu akcji, przyłożyła prawą dłoń do wylotu na górze, podczas gdy ogień się palił i starała się trzymać ją jak najdłużej, co spowodowało poparzenie, a blizna pozostała na zawsze. Blizna niejako po babci.) Poniżej tkwiły trzy skrzynki. W pierwszej od lewej leżały narzędzia: młotek, obcęgi, kombinerki, dłuto. Nie były poukładane, sprawiając wrażenie bezużyteczności i chaosu. W środkowej znajdowały się gwoździe, śruby, nakrętki i podkładki, a była ich cała masa i to one najbardziej ją obciążały. W skrzynce po prawej stare klamki, zepsute zamki oraz zawiasy. Na półkę najwyższą oraz tę z metalami nie padały żadne promienie światła, więc trzeba było przeszukiwać je albo przy otwartych drzwiach, albo z latarką, a poza tymi krótkimi momentami kryły swe tajemnice prawie całkowicie.

Któregoś razu dostała do przesłuchania od ojca płytę zespołu The Alan Parsons Project pod tytułem „I Robot”. Gdy tylko usłyszała drugi utwór, wybuchła. Dźwięki zawarte na początku przyprawiły ją o emocjonalny ból – i to dosłowny ból. Miała wrażenie, jakby muzyka znajdowała się wewnątrz niej, grała w środku. Było to połączenie wielu emocji naraz i nawet nie była w stanie stwierdzić, które z nich akurat się pojawiły. Natychmiast ją wyłączyła i pobiegła z nią do Magdy, aby wysłuchać tego razem. W samotności nie była w stanie. I była bardzo zdziwiona, że przyjaciółka nie odbiera tego tak samo. Jak później mi powiedziała, to brzmienie ją wykręciło na lewą stronę. A jeśli muzyka tak na nią działała, to co dopiero sytuacje realne.

Tkwiła tam w bezruchu i nie wiadomo dlaczego przypomniała sobie o małej szkatułce, leżącej pomiędzy skrzynkami z narzędziami. Coś tam kiedyś schowała. Nie pamiętała co ani kiedy. Gdy już przestała płakać, z pewną niechęcią sięgnęła do niej, wzięła do ręki, zdmuchnęła kurz i pajęczyny, oraz powoli otworzyła wieczko. To, co ujrzała, wyrwało ją nieco z tragicznego stanu. Był to złoty wisiorek w kształcie serca. Mimo minimalnej ilości światła lśnił na żółtawo. Powoli go wzięła w rękę i starała się przypomnieć, jak to się stało, że się tu znalazł. Na próżno. Istniał skarb, ale jego pochodzenie pozostawało tajemnicą. Przyglądała mu się dłuższy czas, ze spuszczoną głową. Jednak to znalezisko sprawiło, że wyszła stamtąd i poszła z nim do pokoju. Położyła się na łóżku, a złote serce, przypominając o życiu, które zachwiało się i rozmyło po ostatnich wydarzeniach, biło w dłoni. Mimo iż pochodziło z przeszłości, było natchnieniem teraźniejszości i, jak się okaże, przyszłości...

Jej pokój miał wymiary jakieś trzy na trzy metry i był położony od północnej strony budynku. Przy oknie stało biurko, na nim laptop i lampka, a przy nim skórzany, biurowy fotel z regulowaną wysokością oraz nieco bujanym oparciem. Po prawej stronie wersalka, obok szafeczka z dwiema szufladami, służąca jako nocna, a na niej kolejna lampka z nietuzinkowym, papierowym i kolorowym abażurem. Po drugiej stronie znajdował się spory regał, zajmujący prawie całą długość ściany i służył jako miejsce przechowywania zarówno ubrań, jak i książek, a tych ostatnich nie było mało. Podłoga wykonana z dobrze dopasowanych i polakierowanych, dębowych desek, i nie przykrywała jej żadna wykładzina czy dywan. W oknie wisiała gustowna firanka i dwie żółte zasłony.

Leżała przez jakiś czas, przyglądała się znalezisku, obracała we wszystkie możliwe strony, jednak potem schowała w szufladzie i wkrótce zasnęła. Zapadła w bardzo głęboki sen po kilkudniowym zawrocie głowy. Odpłynęła w niebyt. To ze zmęczenia. Niewielka obawa potrafi niezwykle zmęczyć, a co dopiero to. To pozbawia wszystkich sił witalnych, a nawet zdolności do myślenia w ogóle. Jest jak niewyobrażalnie wielki i długotrwały wysiłek fizyczny. A nawet potężniejsze, bo panuje nad umysłem, a przecież to on kieruje całym ciałem.

 

Stoi na opustoszałej plaży. Tylko ona, bezkres wody i piach. Jedynie gdzieś w oddali majaczy się latarnia morska. Kilka metrów przed nią leżą pomarańczowe, lśniące gogle narciarskie z rozerwaną gumką w kolorze fioletowym częściowo przysypane piaskiem. W górze, nad zachodnią częścią widnokręgu, na granicy wody, rozświetlane na różowo przez chylące się słońce, drobne szare obłoczki. Morze lekko wzburzone i pieni się licznymi bałwanami. Wsłuchuje się w szum, a fale rozbijają się o brzeg miarowym rytmem uderzeń. Tuż nad nią, skrzecząc i siłując się z wiatrem, przelatuje zupełnie czarna mewa (może to inny ptak?). Nie pamięta, co zdarzyło się w życiu. Ma wrażenie, że nie istnieje nic poza tym, co dociera ze zmysłów. Żadnych wspomnień. Siada na piasku, nabiera go w jedną dłoń i przesypuje do drugiej, a część ulatuje porwana mocniejszym podmuchem. Drugą garść unosi wysoko nad głowę, przesuwa rękę od zawietrznej, wypuszczając zawartość, która leci kilka metrów, zanim spadnie z powrotem na plażę. Lecące złotawe ziarenka wywołują jeszcze większe zapomnienie. Niemal słyszy, jak uderzają o plażę. Ten delikatny trzask, może szum. Całą czynność powtarza jeszcze kilkakrotnie, a uczucia się potęgują. Odpływa na chwilę w świat wolny od myśli i mogłaby zostać tutaj na zawsze. Jednak za pewien czas jakiś głos wewnętrzny mówi jej, aby się ruszyła, więc wstaje i zaczyna iść wzdłuż brzegu. Stawia kroki, buty lekko zapadają się i co pewien czas uderza szpicem w nierówności. Po przejściu nieokreślonego dystansu widzi kogoś schowanego za wydmą. To jej nauczyciel od wychowania fizycznego z podstawówki. Ma on na głowie całkowicie biały kapelusz z lekko zawiniętym ku górze rondem, a w ręku trzyma długi, czerwono-czarny śrubokręt. Aga zastanawia się, czy nie jest z jej komórki, ale nie przypomina sobie. Nauczyciel zaczyna jej się bacznie przyglądać przenikającym i tajemniczym wzrokiem, więc rusza w jego stronę i dostrzega gdzieś obok, tuż za usytuowaną poprzecznie do linii brzegowej wydmą, stół, toteż zbliża się. Jest stary, a nogi są wygięte, zaokrąglone zarówno na dole, jak i na górze, podobne do litery „s”. A fale ciągle wymierzają uderzeniami rytm. Przy stole siedzi kilka osób, ale nie rozpoznaje ich, lecz zauważa jedną – młodą i atrakcyjną dziewczynę o bardzo jasnych, prawie białych włosach, ubraną w szarą puchową kurtkę. Na czworaka wchodzi pod stół, pełznie między nogami na drugą stronę, mija kolejne łydki, ocierając się o nie, widzi jedne zimowe, czarne buty. Wygląda do góry i dwie z tych osób to ciotki, których bardzo dawno nie widziała. Pierwsza wygląda inaczej niż zwykle – o wiele młodsza, ma teraz pewnie ze dwadzieścia pięć lat, a na szyi ma zawiązaną czarną apaszkę w białe cętki. Jednak ciotki nie zwracają na nią uwagi. Słońce niemal zaszło i teraz zaczyna ją zalewać delikatny mrok, a na zachodzie od nieco wzburzonego morza odbija się krwista czerwień chmur. Rusza dalej w stronę nauczyciela i teraz to ktoś zupełnie inny – tęgi facet ze sporym brzuchem, a na twarzy maluje się szyderczy uśmiech. Przygląda mu się przez chwilę. Idzie dalej wzdłuż wybrzeża. On powolnym krokiem podąża za nią. Aga ma wrażenie, że zaraz coś się wydarzy. Odwraca się w jego stronę przez ramię i ten ma srogą minę – widać kilka pionowych mimicznych zmarszczek pośrodku czoła. Przyspiesza kroku, piach pod stopami zaczyna skrzypieć, a wiatr zdaje się przybierać na sile. Jeszcze raz rzuca okiem do tyłu, dzieli ich mniejszy dystans i słyszy także jego skrzypiące na piasku stąpanie. Zza wydm zaczynają się wyłaniać następni faceci i zmierzają w jej stronę. Wszyscy wyglądają niemal identycznie – ubrani są w ciemne koszule i bardzo jasne spodnie, fryzury mają z jakiegoś szablonu, złowrogie miny, w których wyraża się nienawiść, ale ona nie jest w stanie w żaden sposób rozpoznać ani nawet sprecyzować twarzy – jakby te miny zastąpiły całe oblicze. Jest ich coraz więcej. Teraz to już trzydziestu czy czterdziestu. Słońce przesłania jeden z obłoków i robi się ciemniej. Przyspiesza jeszcze bardziej, ale im szybciej idzie, tym oni są bliżej. Słyszy bardzo głośny chrzęst stawianych przez nich kroków. Nagły podmuch wiatru podrywa całą masę piasku, więc zakrywa twarz dłońmi i idzie prawie na ślepo. Chmur jest więcej i mają odcień grafitu. Pochyla szyję, przymyka oczy i nerwowo podkurcza przedramiona, a tła nadają miarowo rozbijające się o brzeg fale. Wchodzi w miejsce, gdzie piasek jest luźniejszy i mokry, a nogi zaczynają się zapadać. Siłuje się. Próbuje je wyrwać. Im bardziej się stara, tym mocniej się zapada. Słyszy chlupot rozgarnianego błota. Wciągana jest przez ruchome piaski. A faceci są zaledwie o kilka metrów. Piach sięga prawie do bioder, usiłuje odpychać się do góry rękoma, te też się zapadają. Wiatr jest coraz mocniejszy, a fale wdzierają się dalej i dalej. Słońce prawie zaszło, a grafit zmienia się w czerń. Mężczyźni są już tylko o metr. Rozpaczliwie rzuca całym ciałem, przynosi to skutek odwrotny i jest coraz głębiej. Tkwi już w tym po pachy. Fale zaczynają jej dosięgać tymi samymi, cyklicznymi uderzeniami. Mokre ma już ubranie, a nawet i część włosów. Mężczyźni ją otaczają z trzech stron i tylko patrzą – żaden nie próbuje podejść i ratować. Każdy z nich ma jeszcze bardziej złowrogą minę, ale rys twarzy nie może dostrzec. Nie wie, czy zwracać uwagę na swój stan, czy na nich. Wykrzywia usta i przez chwilę przestaje się odpychać od podłoża, a zasłania przed zgromadzonymi. Zapada się już po szyję i musi unosić brodę, aby móc swobodnie oddychać. Fale morskie regularnie zalewają usta, a błotnisty piasek oblepia ją całą. Czuje słony smak, ziarenka zgrzytają między zaciskającymi się w panice zębami. Nagle zbliża się wielka fala, spienia coraz bardziej, załamuje na płyciźnie, a po chwili rozbija o brzeg, jakby eksplodowała. Aga, szamocząc się, nabiera głęboko powietrza, odwraca głowę a to na falę, a to na facetów. Te ich miny – tylko miny. Wielka masa morskiej wody wdziera się na plażę, naciera na nią, a ona może tylko patrzyć i czekać. Jest już o metr. Słyszy głośny szum, a po chwili zalewa ją całkowicie. Wszystkie odgłosy cichną, barwy znikają i tylko dobiega do uszu stłumiony bulgot morskiej wody. Nie może oddychać. Budzi się.

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 09.08.2018 08:34 · Czytań: 222 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 13
Komentarze
Kazjuno dnia 09.08.2018 19:14 Ocena: Bardzo dobre
Najpierw o ogólnym wrażeniu. Otóż powiem Ci Autorze, ze ja zwolennik prozy przesyconej dynamiczną akcją, szybko się wciągnąłem. Kobietę, którą poddajesz dogłębnej psychoanalizie, przedstawiłeś na samym początku dość interesująco, więc nic dziwnego, że zaciekawiło mnie jej nieszablonowe dziecństwo i wczesna młodość. Dużo było w jej dzieciństwie dramatycznych zwrotów (jak na dziecko) i chwilami odnoszę wrażenie, że pewne fragmenty jej wczesnych lat wydały mi się przegadne. Nie ignorowałem ich, aczkolwiek zastanawiałem się, czy te wszystkie, a było tego multum, detale, mogły mieć znaczenie w określeniu diagnozy jej psychologicznego portretu.
Następnie zastanawiałem się, kiedy przejdziesz do rzeczy. Wreszcie przeszedłeś. Z Agi zrobiłeś "zbrodniarkę". Nie dosłownie, jednak jej słowna reakcja doprowadziła zagubionego, nieatrakcyjnego chłopca do samobójstwa. I tu coś mi zgrzyta!
Czy świadoma swojej atrakcyjności dziewczyna, bo jednak już wiedziała, że chłopcy na nią lecą, umówi się na spacer z brudnym niechlujem, jakim był młodszy od niej zagubiony nieszczęśnik?

Na końcu szczegółowo opisujesz jej makabryczny sen, zapewne efekt trapiących ją wyrzutów sumienia. W tym już jest jakaś logika. Koszmarny sen trzyma ją mocno, odsypia parę bezsennych nocy.

Temat sam w sobie interesujący, nawet dla mnie - pasjonata awanturniczych wydarzeń historycznych.
Rozpracowujesz pewnie przyszłą la fame fatal, a życiorysy pożeraczek męskich serc, kobiet doprowadzających mężczyzn do samobójstw, lub śmierci w trakcie pojedynków, czy szaleńczej jazdy wyścigowym pojazdem, są fascynujące.
Jak na razie tak postrzegam przyszłość "cichej wody" Agi - twojej bohaterki.
Choć moje przewidywania co do dalszego rozwoju dramaturgii mogą być błędne/?/.

To nieładnie, że ja któremu poświęciłeś tyle czasu. Nagle wykręcam się brakiem czasu. Zauważyłem parę usterek i błędów interpunkcyjnych. Teraz się spieszę.
Obiecuję, że w następnej części swego komentarza postaram Ci się je pokazać.
Pozdrawiam Cię oryginalny Autorze, Kaz
AntoniGrycuk dnia 09.08.2018 19:49
Bardzo dziękuję za czytanie i opinię.
Wiem, że detali jest tam cała masa. Zastanawiałem się, czy nie wyrzucić ich sporo, ale co przymierzałem się do jakiegoś, to od razu przychodziło mi na myśl, że to też ma znaczenie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla przeciętnego czytelnika nie wszystkie są ważne, ale mi, jako wpatrującemu się w ludzkie osobowości, ciężko określić, z czego można by zrezygnować. Ważne jest to, że od następnej części nie będzie już tyle szczegółów, poza dwiema sytuacjami: snami i wizytami w komórce - tu chciałem, aby kipiało od szczegółów. Swoją drogą też nie wiem, czy to, że chciałem, nie jest anty-książkowe - tzn. czy nie pogarsza tekstu.

Czy dziewczyna umówiłaby się z takim "ochlapusem", jakim był Sławek? Zwyczajna pewnie nie, choć to czas liceum i nie wszyscy jeszcze wiedzą, czego unikać. I napisane jest w tekście, że jej przyjaciółka mówiła, aby Aga się z nim nie spotykała, skoro jej nie zależy. Ale Aga żyła z boku, co jest powiedziane, i takie spotkanie mogło jej się wydawać potrzebne czy dopuszczalne. Osobiście znam historię, jak osiemnastoletnia, bardzo atrakcyjna dziewczyna spotkała się z podobnym chłopakiem, mimo iż koleżanki i koledzy ją od tego odwodzili, a teraz ona i on są małżeństwem. Są ludzie, którzy nie zwracają za bardzo uwagi na powierzchowność - nawet nastolatkowie tacy bywają, zapewniam.
A czy ona będzie taką fame fatale, jak sobie wyobrażasz, to zobaczysz w następnych rozdziałach. Powiem tylko, że to naprawdę ciężki tekst i dogłębnie psychologiczny...

Jeszcze raz dzięki za czytanie i opinię.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 09.08.2018 23:09 Ocena: Bardzo dobre
Więc spróbuję się trochę podowalać.
Cytat:
W dzie­ciń­stwie Agniesz­ka bar­dzo ży­wio­ło­wo re­ago­wa­ła na co dzień.

To zdanie trochę mi nie leży i to z dwóch wzgędów.
Po pierwsze dziwnie brzmi, czy chodziło Ci o jej spontaniczność? Żywiołowo można reagować na coś - ale nie na codzienność,
Po drugie, już za chwilę piszesz, że jeszcze jako dziecko przeistacza się w inwertyczką. Czyli możnaby napisać, że do pewnego momentu dzieciństwa była ekstrawertyczką.
Wprawdzie za chwilę objaśniasz szczegółowo, to pierwsze określenie. Jednak zdanie samo w sobie jakoś nie brzmi.
No i Antosiu kapituluję, albo miałem przewidzenie. Byłem pewien, że gdzieś widziałem ewidentny brak przecinka, tymczasem czytam i czytam i wszystko Ok.
Więc skromna ta moja dowalanka.
Dobrej nocy. Pozdrawiam.

PS Proszę podaj mi jeszcze raz na privie phone number. Nie mogę znaleźć korespondencji.
AntoniGrycuk dnia 10.08.2018 08:19
Pomyślę o tym, co napisałeś.
Dzięki z całego serca.

Pozdrawiam
eka dnia 11.08.2018 17:00
Preferuję prozę z nierozdętą akcją, więc jedno z kryteriów zaliczone. Czytam odautorskie uwagi i nie widzę nic ciężkiego w warsztacie pisarskim. Narrator trzecioosobowy, jednocześnie na co wskazuje treść I rozdziału - bohater, skupia się na głównie na charakterystyce wewnętrznej dziewczynki, nastolatki, w końcówce: młodej kobiety. Bardzo skrupulatnie stara się określić warunki, przyczyny, motywy z okresu dzieciństwa, które składają się na jej profil psychologiczny.
Akcentuje jego odmienność, wskazując imperatyw niekrzywdzenia nikogo.
Podkreśla rolę babci w genezie szlachetnego postanowienia.
Samotność mogła narzucać podświadomość. W samotności najmniej jest okazji krzywdzenia innych, chociaż oczywiście po rozwiązaniu wszystkich więzów z ludźmi.

Najbardziej leży mi oniryzm finału, mocna scena samobiczowania we śnie.
Z uwag: nie tłumaczyłabym słów nuconej piosenki. Widać 'autora' za bardzo.

Zainteresowałeś losem bohaterki, jej próbą realizacji Kantowskiej etyki w naszej ludzkiej, ułomnej psychice walczącej z własnym, tu jakże małym egoizmem.

Pozdrawiam, Antoni.
AntoniGrycuk dnia 11.08.2018 17:33
Eka,

Bardzo dziękuję za czytanie i opinię. Pewnie za chwilę znajdę czas, aby przeczytać Twoją miniaturkę w komentarzu do Twojego tekstu.

Z tą ciężkością chodziło mi o to, że sama tematyka jest niełatwa, bo ludzie wolą czytać na przyjemne tematy, a nie zagłębiać się w psychikę dziewczyny, która sama z sobą nie może sobie poradzić. Druga sprawa to śmierć chłopaka. To też nie należy do najlżejszych, delikatnie mówiąc.

A przetłumaczyłem tekst piosenki, bo to książka dla Polaków i chciałem, aby każdy to rozumiał. Swoją drogą to mam obiekcje, czy dobrze to przetłumaczyłem, bo poeta ze mnie jak z młotka narzędzie do głaskania.

Cieszę się, że Cię zainteresowałem. Jakieś 3 lata temu oglądałem film "Druga ziemia" i mnie zafascynował. Do tej pory nie oglądałem nic lepszego - mówię subiektywnie. Ale większość ludzi wcale go nie widzi jako dobrego. A niektórzy uważają, że jest zbyt ciężki. Bo on traktuje o nieświadomym uśmierceniu kogoś i o wyrzutach sumienia. Polecam. Następne części mojej książki będą bogatsze w akcje, pojawi się "motor napędowy" i coś więcej niż tylko jej psychika.

Jeszcze raz dzięki za czytanie i opinię. Wkrótce przeczytam, co dopisałaś w komentarzu.

Pozdrawiam
Niczyja dnia 11.08.2018 18:04
Drogi Antoni,
Juz kilka dni temu czytalam Twoje opowiadanie.
Tak, to prawda. Jest o dziewczynie, ktora sama ze soba nie moze sobie poradzic. Zdarza sie. Oczywiscie.
Tylko zastanawia mnie, czemu ukazalo sie kilka dni po tym jak ja zamiescilam swoje na innym portalu i o tematyce prawie identycznej.
Czy to przypadek? Zwykly zbieg okolicznosci?
Ja przyznam szczerze, nie wierze w przypadki...
Czy moglbys w ramach naszej tutaj znajomosci rozwiac moje watpliwosci?
Pozdrawiam wakacyjnie,
Niczyja
AntoniGrycuk dnia 11.08.2018 18:15
Co do innych portali, to przez chwilę byłem na innym portalu pisarskim, ale zregnowałem. Nigdzie indziej nie bywam i w zasadzie nie czytuję tekstów w necie poza PP. Czasem tylko coś uznanego.
Więc to przypadek. Fortuna imperatrix mundi!, jak nazwał swoją kompozycję Karl Orff.
Swoja drogą to chętnie przeczytałbym Twoje opowiadanie, ciekawi mnie, na ile jest zbieżne.
A ten mój tekst powstał półtora roku temu i długo się zastanawiałem, czy go tu udostępnić. Zrobiłem to, można powiedzieć, za namowa znajomej. Poprzednie części całej książki są na PP już od kilku miesięcy.

Dziękuję za czytanie i opinię.

Pozdrawiam
Niczyja dnia 11.08.2018 18:29
Nnnoo...skoro tak twierdzisz. Nie moge udowodnic, ze jest inaczej.
Jako autorka jednak bede bronic moich tekstow, jak matka swoich dzieci :)
Pozdrawiam,
Niczyja
AntoniGrycuk dnia 11.08.2018 18:37
A czemu chcesz coś udowodnić? Aż tak zbieżna jest tematyka naszych tekstów? Opublikuj go tutaj, będzie śmiesznie :-) Jako dowód, że napisałem to dawno, podaje fakt, że wspominałem o tym dwóm osobom z PP kilka miesięcy temu. Jakby co, służę konkretami. Nawet jedna z nich otrzymała ten tekst mailem jakieś 2 miechy temu i to ona mnie namówiła na publikację tutaj.

Pozdrawiam
Niczyja dnia 11.08.2018 22:20
Mój tekst jest osobisty i bardzo ciężki, ktoś go nawet skomentował jako wstrząsający. Opublikowanie go, na pewno nie jest czymś śmiesznym. Zapewniam Cię, że nic co mówi o uczuciach, nie jest śmieszne. Chyba, że dla kogoś, kto nie ma ich w sobie. I jest to uwaga generalna, nie dotyczy nikogo konkretnego.
W życiu nie zawsze wygrywa prawda, często jest zupełnie odwrotnie. Patrz ilu zbrodniarzy jest na wolności, podczas gdy za kratki trafiają ludzie zupełnie niewinni, czyli tacy, którzy nie umieją się bronić albo nie są wystarczająco cwani. Ale przypadkiem poruszyłam zupełnie inny temat.
Dobrej nocy,
Niczyja
Gatsby dnia 15.08.2018 15:49
Dzień dobry Antoni!

Przeczytałem kilka dni temu lecz dopiero teraz piszę komentarz.

Tekst jest super pomimo iż na moje oko nie należy do najłatwiejszych. Sama historia wciągająca i bardzo ładnie przedstawiona. W takich tekstach Jesteś specjalistą i świetnie, że już czekają na nas kolejne rozdziały ;)

Pozdrawiam.
AntoniGrycuk dnia 15.08.2018 15:55
Gatsby,

Bardzo dziękuję za czytanie i za tę niezwykłą opinię. Z jednej strony czułem, że tekst może się spodobać niektórym osobom, ale, mimo iż czułem, to sam w to nie wierzyłem.
Wiem, że tekst nie jest idealny, ale na pewno jest inny niż większość dostępnych.
Mam nadzieję, że kolejne części też Cię wciągną. A będzie w nich jeszcze więcej psychologii, co, wiem, może się podobać, choć nie wszystkim.

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Prat Bart Pao
16/08/2018 10:47
Witaj, tak samo jak ty, jestem świeżutki, nie znam się: ani… »
mloda poetka
16/08/2018 08:55
Dopiero zaczynam moją przygodę z portalem pisarskim i… »
AntoniGrycuk
16/08/2018 00:13
Nie przepadam za takim pisaniem, bo dla mnie to taka… »
Przemir
15/08/2018 23:35
Antoni, Dziękuję za cenne uwagi. Postaram się użyć je w… »
AntoniGrycuk
15/08/2018 23:18
Tym razem mi się nawet podobało. Stworzyłeś, że tak powiem,… »
trolliusz
15/08/2018 22:44
Wielkie dzięki za uwagi! »
AntoniGrycuk
15/08/2018 22:32
Gatsby, Cieszę się, że Tobie się to podoba. I że… »
Zola111
15/08/2018 22:27
Szalonko, jest tak dobrze, że i mnie się udziela. Poza… »
Zola111
15/08/2018 22:09
Ożeż, wyrwałeś jej włos? Nieładnie! :) Świetnie jest.… »
Zola111
15/08/2018 22:02
Przyznam, Stepowiczu, że i ja się stęskniłam. Wiersz jest… »
przyszycguzik
15/08/2018 21:51
Ech, zmęczony już jestem. Masz rację - nie chodzi o… »
Gatsby
15/08/2018 21:34
Nie sądziłem, że dziś to przeczytam :D :D Nie czytam… »
Stefanowicz
15/08/2018 21:17
Mój drogi przyszycguzik. Co Ty bredzisz? Jaki tryb… »
przyszycguzik
15/08/2018 20:54
Do słów jest nawet ciekawie. Dalej tekst brzmi jak… »
Carvedilol
15/08/2018 20:47
Darcon, AntoniGrycuk dzięki za komentarze, cieszę się, że… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 15/08/2018 22:12
  • Jakie ja mam zaległości w czytaniu Waszych wierszy! Przepraszam moich Ulubionych autorów. Powolutku nadrobię. Obiecuję.
  • JOLA S.
  • 15/08/2018 11:27
  • OK, bardzo dziękuję :)
  • JOLA S.
  • 15/08/2018 10:47
  • Szukam mojej ostatniej wirtajki, została opublikowana,:) ale gdzie? Znalazłam w wykazie moich tekstów i tyle.:) Może czegoś nie wiem?:)
  • Gramofon
  • 14/08/2018 21:03
  • ano świetny cover
  • allaska
  • 14/08/2018 20:55
  • Pozdrawiam wszystkich gorąco :)
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:Kornnaq7
Wspierają nas