Życie po śmierci - część II, rozdziały: 5-8 - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Życie po śmierci - część II, rozdziały: 5-8
A A A
Od autora: Tak, wiem, że opisów jest za dużo w tym teście, ale w dwóch sytuacjach chciałem, aby roiło się od szczegółów - we snach i opisach komórki. Tym razem pojawia się akcja, więc lepiej będzie się czytało.

ROZDZIAŁ V

 

 

Następnego dnia wróciła do szkoły i udawała, iż nic takiego się nie stało, ale od tego czasu przestała radzić sobie w nauce i była jeszcze bardziej obca. Na tyle się zmieniła, że zaniepokoiło to wychowawczynię. Po jakimś czasie jej matkę wezwano do szkoły i dowiedziała się, co się wydarzyło. Było to dla niej szokiem, mimo iż widziała, że coś niedobrego dzieje się z córką. Po powrocie do domu usilnie próbowała, ale podobnie jak Magda, nie była w stanie do niej dotrzeć. Opór Agi był monstrualnych rozmiarów. Odpływała w nieznane. W coś, co okaże się istną emocjonalną przepaścią prowadzącą do autodestrukcji i ucieczki przed samą sobą...

Wkrótce wychowawczyni poprosiła ją na prywatną rozmowę. Siedziały podczas lekcji w pustym pokoju nauczycielskim, przy kwadratowym stole, tuż obok siebie, na krzesłach. Aga głowę miała spuszczoną i nie interesowało jej nic innego niż tamto zdarzenie.

Agnieszka, nie możesz się za to winić. Sławek przeniósł się do nas z innego liceum, bo już tam nie potrafił się odnaleźć... – mówiła nauczycielka, próbując spoglądać jej w oczy. – Najlepiej, jeśli pójdziesz do naszego pedagoga. On jest psychologiem i na pewno będzie w stanie ci pomóc.

Nie chcę z nikim rozmawiać. Mam dość! Dość wszystkiego! – nie podnosząc głowy, odrzekła.

Właśnie dlatego chcemy, abyś tam poszła. To dla twojego dobra.

Dla mojego dobra, to zostawcie mnie w spokoju – mówiła Aga ostro, zachowując swoją dotychczasową pozę, a zarazem dało się wyczuć błaganie w głosie.

Posłuchaj, nikt cię nie chce zmuszać, ale widać, że potrzebujesz pomocy. – Troszczyła się wychowawczyni, nadal próbując nawiązać z nią kontakt wzrokowy.

Dajcie mi spokój! Wiem, co zrobiłam i nikt mi w tym nie pomoże! – Agnieszka wykrzyczała i gwałtownie spojrzała nauczycielce w oczy.

A według mnie nic strasznego nie zrobiłaś. Po prostu nie spodobał ci się i odprawiłaś go z kwitkiem.

Ta... Nie wie pani tego, co ja! – Aga nie użalała się nad sobą ani nie było to wynikiem rozpaczy. To była czysta matematyka zdarzeń i własnych emocji.

Agnieszka, powinnaś do niego pójść – napierała wychowawczyni, gestykulując delikatnie rękoma.

Ale nie chcę. – Zacisnęła pięści, a zarazem przekrzywiła głowę.

Zobacz, że nawet w nauce idzie ci coraz gorzej. Niektórzy nauczyciele mówią, że zdasz tylko z powodu poprzednich wyników, bo teraz sobie nie radzisz.

Dam sobie radę. – Aga cały czas była ostra i zawzięta, jednocześnie nie patrzyła wychowawczyni w oczy.

Powiem krótko. Albo do niego pójdziesz, albo przestanę cię bronić i może się tak zdarzyć, że nie zdasz – nauczycielka obniżyła głos.

Czyli to przymus? – spytała, a głos jej się ściszył.

Nie chcę, abyś to tak traktowała.

A jak mam traktować? – zaskrzypiała głosem.

Jako pomoc. – Wychowawczyni zaakcentowała drugi wyraz.

Zagłaskać kotka na śmierć? – zauważyła z pretensją.

Agnieszka! – podniosła głos opiekunka. – Traktuj to, jak chcesz, ale inni upierają się, że jeśli tam nie pójdziesz, to cię nie przepuszczą.

Nastała chwila cisza, w której Aga pomyślała, że w sumie nic nie szkodzi spróbować, skoro to przymus. Najwyżej zamuruje się.

W najbliższy wtorek cię umówię – wychowawczyni przerwała ciszę.

Skoro nie mam wyboru – Agnieszka spuściła ręce wzdłuż tułowia i wypowiedziała to zmęczonym głosem.

 

Przyszła do mojego pokoju ze spuszczoną głową i usiadła bezładnie na krześle. Z jednej strony była zmasakrowana tragedią, którą przeżyła, i było to widać, a z drugiej emanowało od niej coś nieprzeciętnego. Miała około stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, bardzo szczupła, z długimi, ciemnokasztanowymi włosami spiętymi w nieregularny kok z tyłu głowy. Twarz owalna, zaokrąglona, czoło duże, półokrągłe i wypukłe, nos mały, prosty, usta ciut większe niż przeciętnie, nie ordynarne, lekko wystające kości policzkowe i oczy, które mówiły wszystko o jej naturze – smutne, a zarazem uśmiechnięte. Ciężko to wyjaśnić, ale takie właśnie na mnie zrobiły wrażenie. Później się dowiedziałem, że nawet na specjalne okazje się nie malowała. Nie używała nawet tuszu do rzęs. Nie była klasyczną pięknością, lecz patrzyłem w nią jak w obrazek. Było w niej coś tak trudnego do uchwycenia. Mimo tragedii rysy jej twarzy nadal wyglądały jak posąg – dostojny i wyniosły. Na pierwszy rzut oka wiedziałem, iż mam do czynienia z niezwykłą osobą. Wciąż, mimo wszystko, emanowało od niej wolnością i niezależnością. Zdumiewające, że to można było dostrzec w tym stanie. Świadczyło to o niezwykłej życiowej sile i czymś więcej. Ale czym? Jak się później dowiedziałem, odczuwając piękno tekstu czy dźwięków, potrafiła słuchać muzyki i odpływać przy tym bardziej niż ktokolwiek. Zdarzało się, że nurzając się w wyimaginowanym klimacie, który sobie sama stworzyła na swoje prywatne i intymne podobieństwo tego, co słyszała, wałkowała jeden utwór całymi godzinami. Jedna piosenka mogła w niej wytworzyć całą, długą i niepowtarzalną historię. Tak działa właśnie połączenie nieprawdopodobnej wrażliwości, niesamowitej wyobraźni i introwertyzmu. Jedni mówią o wyobraźni, iż to największy skarb, a inni, że przekleństwo. Tak naprawdę to zależy w jakim aspekcie. Jeśli chodzi o twórczość, kreatywność, jest ona skarbem. Gorzej sprawa się ma, gdy człowiek żyje w ciągłym zagrożeniu. Wtedy przynosi katorgę. Człowiek ma to do siebie, że nie znosi stagnacji i w takich sytuacjach wymyśla przeróżne wizje, a te mogą nieść nie tylko nieprawdę, ale i zagrożenie.

Ja tymczasem mam długie włosy, wąsy, brodę i podobno wyglądam, jakbym o siebie nie dbał. Szczególnie w tamtym czasie byłem pozornie zaniedbany, bo nie zależało mi na tym w ogóle. Ubrany byłem w czarne spodnie, ciemny sweter, chcąc jak najmniej wyróżniać się z tłumu.

Cześć – przywitałem się. – Mam na imię Darek i zanim porozmawiamy o tobie, chcę powiedzieć dwa słowa o sobie – ciągnąłem dość cicho, spokojnie, ale płynnie i zdecydowanie. – Kiedyś pracowałem jako informatyk, ale dopadły mnie potężne problemy, więc musiałem pójść do psychologa. Okazało się to na tyle dobrym wyborem, iż wyszedłem z nich w ciągu roku. Trafiłem na wspaniałą panią psycholog i postawiła mnie na nogi, po tym, jak całe moje życie runęło w gruzach. W wyniku tego sam skończyłem psychologię i teraz to ja chcę innym pomagać.

Siedziała w milczeniu, jej wzrok błądził po całym pokoju i dopiero po dłuższej chwili spojrzała na mnie.

Rok szkolny się właśnie kończy, potem wyjeżdżam za granicę, więc zostały nam trzy spotkania, w których postaram się ci pomóc – mówiłem dalej. – Wiem, że po tym, co się stało, te trzy spotkania to ciut za mało, jeśli w ogóle można w słowach ująć tę tragedię.

Nie chcę od pana niczego! Nikt nie może mi pomóc! – syknęła, spoglądając w moją stronę i spuściła wzrok.

Gdy to powiedziała, wiedziałem, że muszę zmienić taktykę i starać się wzbudzić zaufanie. Jednocześnie postanowiłem nieco skanalizować jej emocje, a bez takiego działania czasem może być tylko gorzej.

Widzisz Aga... Nie będę próbował ci wmówić, że nie ma w tym twojej winy, bo jest, ale nie w tym rzecz...

Na te słowa nieco się poruszyła, spojrzała mi głęboko w oczy i odparła:

To jest pan jedyny, który widzi to samo, co ja.

Posłuchaj... – kontynuowałem – Sławek miał potężne problemy i to one go zabiły. Ty zrobiłaś źle, ale to nie ty go uśmierciłaś. Wyobraź sobie, że w człowieku jest szklanka. Była ona napełniona przez los samą goryczą, a to, co zrobiłaś, to jedynie ją stłukłaś i cała zawartość rozlała się, zalewając go nieprzytomnie. I właśnie tego nie wytrzymał. Taką szklankę, można powiedzieć, ludzie budują w sobie, aby okiełznać cały ten syf, który zebrał się w nich przez lata i w niej zamykają swój ból. To nie ty napełniłaś tę szklankę tym szambem, więc nie jesteś winna jego śmierci. Ty jedynie ją stłukłaś – powtórzyłem. - U większości ludzi taka szklanka się odbudowuje sama, to kwestia czasu, tylko u niego wywołało to taką reakcję. Więc nie zadręczaj się tym za bardzo, bo nie mogłaś tego przewidzieć.

Wzrok jej nieco się ożywił, popatrzyła na mnie ze zrozumieniem i spytała:

A kto napełnił tę szklankę?

Nie istotne z twojego punktu widzenia kto to zrobił. Dla ciebie najważniejsze, że to nie ty. Zadziałałaś jak młotek. Fakt, że zrobiłaś źle, ale nie przeceniaj swojej roli w tym zdarzeniu. Aż tak silna nie jesteś, aby bez innych przyczyn zabić kogoś swoimi słowami – rzekłem, pokazując prawdziwy wymiar tego, co się wydarzyło. – Teraz musisz przetrawić swoje i nie będę ci mówił, że już jutro wszystko będzie w porządku. Musisz swoje odcierpieć.

Będę cierpiała aż do śmierci. – Znów ponuro spuściła wzrok.

Nie bój się, tak źle nie będzie. Trochę się pomęczysz, bo w końcu coś takiego musi boleć, ale za jakiś czas wszystko się ułoży. Teraz musisz jednak starać się zapomnieć o tym i próbować skoncentrować na teraźniejszości.

Nie jestem w stanie – wypowiedziała, zwieszając głowę i opuszczając bezładnie ręce.

Wiem, że nie jest to łatwe, lecz bez tego będziesz w kółko żyła tym zdarzeniem, a to niedobre. – Starałem się cały czas nawiązać z nią trwały kontakt wzrokowy.

Ale ja czuję, że muszę o tym myśleć, aby znów nie popełnić takiego błędu. – Omijała mój wzrok.

Powinnaś to raz, a dobrze przeanalizować, wyciągnąć wnioski i zapomnieć, inaczej sama będziesz się katowała.

A jakie tu wnioski wyciągnąć? – Spojrzała mi w twarz.

Takie, aby bardziej delikatnie postępować z chłopakami.

Czyli wie pan, jak się zachowałam?

Tak, wiem. Za ostro go potraktowałaś i dlatego, moim zdaniem, się winisz.

Czemu ja to zrobiłam? – Skuliła się w sobie, zakryła dłońmi twarz i zaczęła płakać.

Spokojnie, do tego też dojdziemy. – Patrzyłem na nią i wiedziałem, że muszę dać czas się wypłakać. Trwało to kilka minut, w końcu pozbierała się, przetarła chusteczką oczy i nos, po czym cichutko, skrzypiąc, dodała:

Naprawdę tego żałuję.

Nie wątpię. Widzę to po tobie i wiem, jak ci ciężko.

Potem jeszcze rozmawialiśmy dłuższy czas na temat uczenia się, relacji z innymi, aż w końcu zmobilizowałem ją nieco do wytężenia umysłu i odprowadziłem do sali lekcyjnej.

Tego samego dnia po południu stanęła przed lustrem. Spojrzała na swoje odbicie i zaczęła rzęsiście płakać. Miała ochotę popełnić samobójstwo. Wolała sama umrzeć, niż przeżyć śmierć Sławka. To było zbyt silne uczucie. Na tyle silne, że zmieniło całą osobowość. A ona przecież jest tak mało odporna na tak silne emocje. Zastanawiała się, czy tego nie zrobić. Tylko że nadal była ciekawa świata i gdzieś w środku pełna życia. Tak, mimo że teraz ledwo żyła, to wewnętrznie buzował wulkan. Wszystkie te bodźce płynące z zewnątrz były kuszące i pociągające. Bo kto z nas nie chciałby czuć tak silnych emocji? Ludzie unikają ich, bo najzwyczajniej się boją, ale gdyby się nie bali... W końcu po coś tak chętnie sięgamy po książki, oglądamy filmy, czy słuchamy muzyki. To emocje zastępcze. Tam nie musimy się bać skutków... Odeszła od lustra, poszła do łazienki przemyć twarz i bezsilnie padła na łóżko. Normalnie w takiej sytuacji wybrałaby komórkę, ale tym razem nie była w stanie nawet wyjść z domu. Emocjonalnie była ciągnięta w dwie strony. Z jednej strony awersja do samej siebie, a z drugiej ta kusząca moc emocji...

 

Następne spotkanie upływało na tym, że ona ciut więcej mówiła. Żaliła się, iż nie może się w pełni koncentrować na lekcjach, że w domu z trudem bierze się za prace domowe i w końcu spytała:

Czy myśli pan, że kiedyś dojdę do siebie?

Myślę, że to zdarzenie bardzo mocno wpłynie na ciebie – odpowiedziałem, nieco omijając sedno sprawy. Nie chciałem mówić o całych konsekwencjach, jakie to może przynieść, jednak zaraz dokończyłem – ale będzie dobrze. Nauczysz się z tym żyć. Najważniejsze jednak, abyś nie próbowała na siłę się z kimś związać. – Znów nieco zaciemniłem sprawę.

Ja teraz to nie chcę już żadnego chłopaka! – wykrzyknęła.

Później rozmawialiśmy o tym zdarzeniu jak o wypadku i nieszczęśliwym zbiegu okoliczności, aż w końcu ją spytałem:

A w zasadzie, to czemu potraktowałaś go tak ostro?

Nie wiem! – odparła z dużą dawką rozpaczy.

A czy wcześniej nie zdarzyło się coś, co cię sprowokowało? Zdenerwował cię czymś? A może uraził?

Nie, ja go w ogóle nie znałam. Umówiły mnie z nim koleżanki! – stwierdziła z żalem.

A może... – Zawahałem się. – Było jakieś zdarzenie w przeszłości z kimś innym, które to spowodowało?

Nie mam pojęcia... Był jeden chłopak, ale z nim byłam bardzo krótko...

A czemu krótko?

Bo ze mną zerwał... – odpowiedziała bardzo cicho, spuszczając wzrok.

A może to dlatego się bałaś, że Sławek cię potraktuje tak samo?

Chyba tak... – wyszeptała i znów rozpłakała się jak dziecko.

Wyglądało na to, że dotarłem do niej, gdyż słuchała moich słów z zaciekawieniem, zwierzała się często i przytakiwała ze zrozumieniem, gdy mówiłem o feralnym zdarzeniu. Jeśli miałbym określić jej stosunek do mnie, to stwierdziłbym, że byłem dla niej kimś w rodzaju mentora i czuję, iż jej trochę pomogłem w tak tragicznej sytuacji. Rozmawiając ze mną, przypomniała sobie nawet film „Gwiezdne wojny” i mistrza Yodę. Wyobraziła sobie, że jestem właśnie nim. Starym, brzydkim, niemal odrażającym swą cielesnością i już zmęczonym, ale posiadającym niezwykłą mądrość i dar docierania do innych. Gdyby spotkać kogoś takiego na ulicy, to raczej budziłby pożałowanie i współczucie, ale na ekranie był mentorem i mistrzem. Oglądała to w telewizji i miała wtedy ochotę go przytulić, a może i nawet pokochać. Tak, pokochać, jak kochała swoją babcię. Dodatkowo to, co mówił, było niemal magiczne. I jeszcze ta ciemna strona mocy, którą zastosowała w stosunku do Sławka... W filmie mówiono, że jest pełna złości i zemsty. Jednak ona starała się wrócić na stronę światła, lecz nie była w stanie. Ciemna strona pochłonęła ją całkowicie i nie zamierzała puścić. Czy oznacza to, że taką pozostanie aż do śmierci? A może odnajdzie siebie tak, jak Vader pokonał swoją złą część? Tylko czy wtedy stwierdzi jak on, że już nie ma dla niej ratunku?...

Moje nastawienie było jednak szalone w swoim rodzaju. Ja miałem czterdzieści cztery lata, a ona zaledwie osiemnaście i mimo tej różnicy wieku rodziły się we mnie uczucia, których nie doświadczyłem już bardzo dawno. Zacząłem w samotności o niej marzyć. Była jak młoda bogini stąpająca gdzieś w obłokach, emanująca wrażliwością i, mimo kiepskiego stanu ducha, promieniująca życiową energią. Gdy wracałem do domu i kładłem się spać, stała mi przed oczyma. Powoli zatracałem się, ale całe szczęście wiedziałem, że przede wszystkim mam spróbować pomóc. W końcu ja byłem jej pedagogiem i nawet gdybyśmy oboje chcieli, to nie mogła nas połączyć żadna namiętność. Nie mogłem też dopuścić do tego, aby wyczuła moje nastawienie. Zdawałem sobie sprawę jednak, że dziewczyna tak wrażliwa będzie gdzieś podskórnie o tym wiedziała, bo takie osoby często przejmują emocje niemal pozazmysłowo.

Na ostatnim spotkaniu tak skrzętnie się przyglądałem, czy mnie przejrzała, iż nie docierały niektóre jej słowa.

Czy pan w ogóle słucha? – spytała w pewnym momencie, wyrywając mnie z letargu.

Tak, Agnieszko, słucham cię, tyle że zastanawiam się, jak mogę ci jeszcze pomóc, bo w końcu to nasze ostatnie spotkanie. – Odwróciłem nieco kota ogonem, ale widziałem, iż dostrzega to, co próbowałem tak mocno ukryć.

Pytałam pana właśnie o to. Czy nie ma możliwości, abym do pana jeszcze przyszła, gdybym czegoś potrzebowała?

Niestety nie. Za dwa dni już wyjeżdżam.

Wtedy mnie nawet cieszyło, iż się przeprowadzam. Z drugiej jednak strony chciałbym ją obserwować cały czas. Patrzeć na twarz, mimikę, ruchy ciała i słuchać jak mówi...

Wkrótce musiałem wyjechać za granicę i nie mogłem jej dłużej pomagać. Pozostawiłem ją pod opieką kobiety, która miała mnie zastąpić od początku następnego roku szkolnego. Jak później się dowiedziałem, spotkała się z nią dwa razy na początku trzeciej klasy i na tym się skończyło.

 

 

ROZDZIAŁ VI

 

 

Kim był Sławek? Jaką miał rodzinę? Co lubił? Czemu tak naprawdę zmienił szkołę? I wreszcie: dlaczego wybrał ją? Jednak mętlik w głowie nie pozwalał jej na rozsądne wnioski. Wymyślała odpowiedzi na te wszystkie pytania, lecz zawsze były chybione. Na przykład wmówiła sobie, że zmienił szkołę, aby być bliżej niej. Tak w to święcie wierzyła, iż zaczęła analizować swoje wcześniejsze życie pod kątem, czy już go wcześniej gdzieś spotkała. Oczywiście przyniosło to tylko skutek negatywny w postaci wmawiania sobie pewnych iluzji. Powtarzane wielokrotnie, stawało się niemal wspomnieniem. Żyła pod presją śmierci Sławka, a w tych warunkach życie niesie tylko katorgę. Nie warto więc w tym momencie wymieniać wszystkiego, co sobie uroiła. Należy tylko pamiętać, że tak było.

Po śmierci Sławka bardzo się zmieniła. Wcześniej chodziła dostojnie i dumnie, jednak po tym zdarzeniu zwieszała bezsilnie głowę i czasami łkała. Przedtem rówieśnicy jej nie rozumieli, a teraz po prostu omijali, jakby nie chcieli, aby wyczuła ich emocje. Były takie osoby, które podchodziły i twierdziły z niezachwianą pewnością siebie:

Sławek nie był ciebie wart i w zasadzie to dobrze zrobiłaś.

W takich przypadkach nie odpowiadała nic. Spuszczała głowę, gdyż była zbyt świadoma swoich uczuć, aby to, co mówili, przekonywało ją w jakikolwiek sposób.

 

Jest na podwórku rodziców, przechadza się po placu. Przed sobą ma siatkę ogrodzeniową, z tyłu dom, a po prawej starą komórkę. Mimo że wie, iż to dom rodziców, to ten wygląda inaczej – jest pomalowany w żółto-niebieskie pasy, fundament pokryty pokruszonym, zielonym szkłem, futryny okien czarne, a dach srebrny. Pogoda jest znakomita – świeci słońce, na niebie ani chmurki i wieje delikatny wiatr. Słychać tylko lekki szum liści pobliskiego kasztana. Pojawiają się małe krople potu na jej ciele z powodu wysokiej temperatury. Oddycha głęboko, wyraz twarzy ma pogodny. Rozpościera proste ręce na boki, zaczyna nimi rytmicznie poruszać, przez moment nic się nie dzieje, ale po chwili unosi się nad podłożem. Czuje, że stopy nie dotykają gruntu, macha nimi, upewniając się, że naprawdę lewituje. Z każdym ruchem jest coraz wyżej. Jest wolna. Jak ptak. Jak Ikar. Ma wrażenie, że świat należy do niej. Nikt tak nie potrafi. Mogą tylko zazdrościć. Jednak osiągnąwszy wysokość około dwóch metrów, czuje, iż to szczyt możliwości. Próbuje machać jeszcze szybciej, ale nic to nie daje. Zupełnie jakby była uwiązana do ziemi niewidzialną, krótką liną. Kilkakrotnie szarpie się. Wyżej nie poleci. A tak by chciała wyżej. Jednak rozkoszując się tym, co ma, frunie dalej. Przelatuje obok domu, zagląda w okna, ale pomieszczenia są puste. Żadnych osób czy mebli. Przecież tam powinny być meble. Porusza się naprzód. Odczuwa podmuchy wiatru na lewitującym ciele, a te delikatnie je chłodzą i otulają. Ma poczucie oderwania od świata i całego swojego życia. Mija dom, przemyka obok swojej starej komórki, patrzy nieco z góry i dopiero teraz widzi jej kiepski stan – dach ma pofałdowany, połatany płachtami papy, a ściany częściowo pokrywa bluszcz. Oddycha głęboko i to nie z powodu wysiłku, bo tego nie odczuwa prawie w ogóle, ale jakby chciała się nacieszyć swobodą. Rozkoszuje się dźwiękiem wydychanego powietrza. Przelatuje nad ogrodzeniem i dalej nad chodnikiem wzdłuż siatki. Tuż obok chodnika na trawie leży bardzo długi, niebieski kubek z namalowanym widokiem z gór. Wtem zza rogu wychodzi mężczyzna i kieruje się szybkim krokiem w jej stronę. Jest niski, krępy, z ciemnymi włosami, ogromnymi wąsami, czołem zrytym kilkoma bruzdami układającymi się poziomo. Aga nie rozpoznaje twarzy; oprócz charakterystycznych wąsów jest całkowicie pospolita, tyle że one nie dają jej spokoju. Próbuje nad nim przelecieć, ale ten chwyta ją za prawą kostkę. Robi to z taką siłą, że Aga czuje ból. Naprężając mięśnie ciała, używa całej siły, chce się wyrwać. Rozgląda się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Wiatr się wzmaga, a liście kasztana bardziej szumią. Gwałtowne potrząśnięcie stopą i but się zsuwa, a po chwili spada na chodnik. Macha rękoma ile sił, przechyla ciało do przodu i zaczyna się w tę stronę szybko poruszać. Ucieka w kierunku domu sąsiadów – ten zwykle otoczony był zielonym, metalowym płotem, ale teraz jest tam brązowa siatka. Cyklicznie odwraca głowę, a mężczyzna ją goni, zbliża się niebezpiecznie. Aga raptownie odbija w lewo, kątem oka dostrzega, że on robi to samo. Podlatuje do ogrodzenia sąsiadów, chce przefrunąć nad nim, ale siły ją opuszczają i teraz jest już tylko metr nad ziemią. Widzi tylko te czarne wąsy. Z rozpędem wpada na siatkę, chwyta palcami i usiłuje pomóc sobie w ten sposób pokonać ogrodzenie. Stara się podciągnąć, lecz przestając machać, zaczyna opadać na podłoże. Wisi na siatce, a druty wrzynają się w palce. Z jednej strony goniący, a z drugiej siatka. On podbiega i gdy jest zaledwie o metr, coś dziwnego zbliża się z dużej wysokości od strony słońca. Robi się ciemniej. To jakiś ptak? A może to coś innego? Patrzy w górę i ku swojemu zdziwieniu widzi, że jest to zbyt duże. Jakaś ciemna postać płynie w powietrzu. Nigdy nie widziała czegoś takiego. To ma przynajmniej rozmiary człowieka. I jeszcze fruwa w przestworzach. W dodatku Aga ma wrażenie, że to coś wydaje z siebie dziwny dźwięk, którego ani nie można sprecyzować, a tym bardziej nazwać – jak odgłos z tybetańskich trąb, tyle że o wiele niższy – na tyle niski, że go nie słychać, a jedynie czuć. Postać podlatuje blisko, gwałtownym ruchem ręki odsuwa faceta i staje z nią twarzą w twarz. Robi to z taką siłą, że Aga jest pewna, że zaraz i ją dopadnie. To wręcz monstrum. Ona wtula się w ogrodzenie, przyklejając do niego policzek. W miejscu twarzy Postaci jest otchłań, mgła i ciemność. I ta ciemność promieniuje. Coś odwrotnego do światła, które rozświetla mrok – to zaciemnia światło. Postać świdruje ją oczyma na wylot, ale ich nie widać, aż Aga czuje ciarki i ma wrażenie, że to zna wszystkie jej myśli. Wszystkie. Może to telepatia? Tylko dookoła Ciemnej Postaci kształt faluje, tworząc rozmazane kontury przypominające rozpięty, ciemny płaszcz. Za chwilę ją okryje tym płaszczem i zabierze razem z sobą w ten mrok. Zbliża się na wyciągnięcie ręki. Potężny podmuch wiatru gwiżdże w słupkach ogrodzenia i gra na drutach nad głową, unosi z ziemi całą masę pyłu, liści i śmieci. Aga zakrywa dłońmi twarz, aby się osłonić, ale natychmiast ją odkrywa, aby widzieć. Czuje, że opuszczają ją siły. To coś wysysa energię. Co może mieć tyle zdolności, aby wysysać energię? Aga naprzemiennie otwiera i zamyka oczy, aby wyostrzyć wzrok i przyjrzeć się Postaci, ale widzi tylko tę ciemność i ten płaszcz. Postać jeszcze bardziej się zbliża i zaraz ją pochłonie. Aga, przysiadając przy samej siatce, kurczy się. Ręce wciska w klatkę piersiową. Postać jest już o kilkadziesiąt centymetrów. Aga zaczyna krzyczeć. Budzi się.

 

Było to tak silne, senne odczucie, że na początku pamiętała tylko Ciemną Postać, dopiero chwilę później przypomniała sobie całą resztę snu. Przedtem wielokrotnie miała sny o fruwaniu, zawsze szybowała wysoko, ponad budynkami, a teraz tylko tuż nad ziemią. Nigdy nikt nie przeszkadzał, zawsze czuła się wolna, wyjątkowa i cały świat leżał u stóp, a tym razem nie mogła sobie pozwolić na zbyt wiele. Cała rozkosz wynikająca z latania przyćmiła się rozczarowaniem. No i ta mroczna postać. Wiedziała, że nie zapomni tego na długo.

 

Tuż po skończeniu drugiej klasy rozpoczęły się wakacje, więc robiła gruntowne porządki w swoim pokoju i znalazła złoty wisiorek, o którym całkowicie już zdążyła zapomnieć. Próbując przypomnieć sobie jego pochodzenie, jeszcze raz wzięła do ręki, skrzętnie obejrzała i zaczęła intensywnie grzebać w pamięci. Nie było na nim żadnych napisów. Tylko złote serduszko na takim samym łańcuszku. „Może znalazłam go na ulicy? A może od kogoś dostałam?” – myślała. Brała też pod uwagę ewentualność, że wzięła go ze swojego domu, jednak prędzej czy później rodzice upomnieliby się o niego, a tego nie mogła sobie przypomnieć. Rozważała przeróżne możliwości, ale jednego była pewna – to ona go schowała w komórce. Już nie pamięta, kiedy i jak, ale to na pewno ona. Myślała, mieliła wszystko w głowie, aż wreszcie sobie przypomniała – ukradła go sąsiadom z naprzeciwka w czasie, gdy tamci opiekowali się nią, podczas pobytu rodziców w szpitalu. Skarb z dzieciństwa pozyskała z przestępstwa i jak sobie to uświadomiła, to ją aż zmroziło, bo wiedziała, iż zrobiła bardzo źle. To przywołało inne jej złe zachowania, a przede wszystkim fakt zakpienia ze Sławka i uruchomiło lawinę. Znów zaszyła się w ruderze, płakała. Wzięła swojego misia na kolana i w niego przelewała złe emocje.

Na trzeciej półce od góry stały słoiki, zarówno te puste, jak i coś zawierające. W zimowe popołudnia, kiedy słońce było nisko, padały tam promienie przez znajdującą się powyżej drzwi szparę, sprawiając, iż szkło mieniło się całą gamą barw. Znajdowały się środki chemiczne, a termin przydatności minął wiele lat temu. Jeden wypełniony był bejcą, drugi pokostem, a inne środkami konserwującymi czy czyszczącymi. Po prawej stronie stała też tandetna lampka ze światłowodowym pióropuszem i ohydną plastikową kulą u podstawy. (Kiedyś stała w pokoju rodziców. Wtedy jej się niezwykle podobała, bo dzieci przepadają za takimi świecidełkami. Do dziś ma przed oczyma rozżarzone końcówki i ten widok, pełen zapomnienia i magii. Gdyby tę lampkę podłączyć do prądu to prawdopodobnie nadal rozświetliłaby się setkami cienkich włókien. Przypomina sobie, że włączana była wieczorami i wtedy rodzice nigdy się nie kłócili. Myślała nawet, aby ją wziąć z powrotem do domu, postawić w swoim pokoju, ale oglądała kiedyś komedię, w której się wyśmiewano z podobnej lampki, więc zrezygnowała.) Wszystko zarówno na tej, jak i na innych półkach, nadając całości nutę tajemniczości i zapomnienia, pokryte było warstwą grubego kurzu.

Siedziała tam, ale po jakimś czasie zaczęła rozmyślać na temat swojego skarbu. Co dalej z nim zrobić? Najoczywistszym rozwiązaniem było odnaleźć sąsiadów i oddać im go, ale to nie było proste, gdyż dawno temu się wyprowadzili i nie miała pojęcia dokąd. Przekazać go na cele dobroczynne? Jednak oprócz wartości samego złota w nim zawartego, posiada on także znacznie cenniejszą cechę, a jest nią walor sentymentalny, gdyż był czyjąś własnością i ta osoba na pewno się do niego kiedyś w jakiś sposób przywiązała. Może nic z tym nie robić, zostawić sobie jako przypomnienie dzieciństwa? Jednak tę ewentualność bardzo szybko odrzuciła, ponieważ zbyt mocno się kojarzył z jej ciemną stroną. I znów ta ciemna strona. Każdy ją ma, niemal każdy chciałby się jej pozbyć, ale ona... Zastanawiała się nad tym wszystkim dobre pół godziny i doszła do wniosku, iż jedynym wyjściem jest pierwsze rozwiązanie. Wiązało się z tym jednak kilka zasadniczych pytań. Czy oni w ogóle pamiętają o wisiorku, skoro nie padł ten temat z ich ust zaraz po kradzieży? Jeśli nie pamiętają, to nie miał zbyt dużej wartości sentymentalnej, ale jeśli pamiętają, to czy nie będą wściekli po tym, co zrobiła? Nawet przyszło jej do głowy, że przecież mogą zawiadomić policję. (Nie zdawała sobie sprawy, że to najprawdopodobniej uległo przedawnieniu.) A nawet jeśli tego nie zrobią, to mogą wszcząć nie lada awanturę. A to za bardzo przypominało sytuację w domu, gdy była dzieckiem. Poza tym sama nigdy nie była kłótliwa i starała się omijać takie sytuacje. Siedziała i wyobrażała sobie różne reakcje, jednak te najsurowsze zaprzątały głowę najbardziej. I zaczęła rozpaczliwie płakać. Nadal trzymała na kolanach swojego misia i grzebała mu palcem w udzie. Odcinała się psychicznie od całego świata. Każdy z nas miewa takie chwile, że nie ma ochoty na konfrontację z rzeczywistością, ale u niej stało się to sposobem na życie. Może to było tylko dostosowanie do wewnętrznego głosu? Może przymusu? A może czegoś więcej?... Jednak za jakiś czas matka zmusiła ją do powrotu do domu, ale przez kilka kolejnych dni nie chciała się spotykać nawet z Magdą. Tylko rodzice byli fizycznie blisko niej. Wtedy próbowała się do nich zbliżyć i zacieśnić tę nie najlepszą więź. Zwykle siedziała w swoim pokoju, a teraz częściej schodziła do nich. Rodzice wiedzieli o całej sytuacji ze szkoły, ale wisiorek był tajemnicą. W tym czasie próbowali wspierać ją, jak potrafili, a że nie umieli zbytnio być dobrymi rodzicami, to polegało to głównie na pocieszaniu lub bagatelizowaniu sprawy.

Nie wiń się za to, bo to zupełnie nie twoja wina – mówiła matka. – Zobacz, jak ubrany przyszedł na spotkanie z tobą! Nawet nie zadbał o siebie. On sobie po prostu nie radził i trafiło na ciebie. Poza tym nie był ciebie wart.

Niestety, Aga dobrze wiedziała, co zrobiła, a słowa matki tylko powodowały niechęć do wspólnych rozmów. Z ojcem było podobnie, tyle że on powiedział:

W ogóle nie ma sobie czym głowy zawracać.

 

 

ROZDZIAŁ VII

 

 

Długo nie mogła się zebrać po ostatnich przeżyciach i zwlekała z tym ponad miesiąc, aż wreszcie postanowiła odszukać byłych sąsiadów i oddać ich własność. Poszła do nowych właścicieli tego domu, zadzwoniła do furtki.

Dzień dobry, jestem państwa sąsiadką z naprzeciwka – przywitała się.

Dzień dobry, poznaję cię.

Chciałam państwa spytać o byłych właścicieli tego domu. Czy wiedzą państwo, gdzie oni teraz mieszkają?

A co się stało, że ich szukasz?

Opiekowali się mną przez jakiś czas, gdy byłam dzieckiem – odrzekła Aga, mijając się nieco z prawdą. – I chciałam im za to podziękować. Wie pani, nie musieli tego robić.

Ja to dokładnie nie wiem. Kojarzę tylko, że teraz mieszkają gdzieś koło Warszawy... – Sąsiadka zawiesiła głos, po czym kontynuowała – ale przyjdź za jakieś dwie godziny, to będzie mąż, powinien coś wiedzieć więcej.

Poszła zatem do domu i wróciła o wskazanym czasie. Tym razem zaproszono ją do środka. Wskazano jej miejsce w jednym z foteli, pamiętających chyba czasy PRL-u, ale nadających się jeszcze do użytku. Po chwili usiadł na drugim, takim samym, facet w podobnym wieku co kobieta. Miał bujną fryzurę z kręconych włosów i krótki, może trzydniowy zarost, twarz okrągłą i dość pogodną.

Z tego, co wiem – mówił mężczyzna – przeprowadzili się gdzieś pod Warszawę, ale dokładnego adresu nie znam.

A może pamięta pan ich nazwisko?

Jak przyjdziesz jutro wieczorem, to postaram się je odszukać w papierach.

Musiała zatem poczekać kolejne dwadzieścia cztery godziny. Czekała, a wisiorek świerzbił w ręce. Był namacalnym dowodem winy i wiedziała, że dopóki go nie odda, dopóty będzie się tym dręczyła.

Następnego dnia znowu pojawiła się u nich.

Cześć Aga, wejdź. Mam dla ciebie niespodziankę. – Sąsiadka zaprosiła ją do domu.

Usiadła w tym samym fotelu co wcześniej, a kobieta sięgnęła do szuflady starej komody.

Mam tutaj akt notarialny sprzedaży domu, ale niestety na nim widnieje matka właścicielki – ciągnęła. – Przypomniałam sobie, że do niej należał dom. Jest tutaj imię, nazwisko, a nawet adres...

To nic nie szkodzi – przerwała Agnieszka. – Chętnie wezmę te dane i odwiedzę ją, to poda to, czego szukam.

Dobrze, bardzo proszę.

Aga spisała, co było trzeba, natychmiast wyszła i nawet się nie pożegnała. Poszła do domu, zasiadła przed komputerem i zaczęła sprawdzać w internecie, gdzie leży miejscowość z umowy. Niestety, okazało się, że jest to mała wioska na północ od Radomia, oddalona o ponad trzydzieści kilometrów. Jako że były wakacje, postanowiła pojechać tam nazajutrz.

 

Rano wsiadła w pociąg i ruszyła. Pogoda była przeciętna. Około dwudziestu stopni, dość grube chmury przewalające się po niebie, lekki wiatr, ale na szczęście nie padało. Jechała około pół godziny i wysiadła na jakiejś pomniejszej stacji. Wiedziała, że stamtąd ma jeszcze prawie dziesięć kilometrów i musi je jakoś pokonać. Z wydrukowaną mapą udała się na wcześniej wyznaczoną drogę i zaczęła łapać okazję. Była naładowana energią. Już sobie wyobrażała, jak oddaje wisiorek i wraca uśmiechnięta; zupełnie nie przychodziło jej do głowy zakłopotanie, z jakim, wyznając prawdę, będzie musiała się zmierzyć. Dość szybko ktoś się zatrzymał, bo już po piętnastu minutach.

Dokąd jedzie? – spytał kierowca w średnim wieku.

Twarz miał nalaną, lekko zwisał mu podbródek, a sporym brzuchem dotykał kierownicy. Wyglądał na zrezygnowanego człowieka i właśnie taki sam miał sposób mówienia.

Do Niewidoku – mówiła spokojnie. – Jak się cieszę, że się pan zatrzymał.

Niech wsiada, podwiozę. – Popatrzył na nią przez chwilę, a gdy już była w środku i ruszyli, w tym samym tonie spytał – ile ma lat?

Osiemnaście, proszę pana. – Usiadła trochę bokiem, wypinając biust i biodro, ale kątem oka obserwowała kierowcę.

Zaczęło mżyć, ale nie zamierzała się poddawać. Kierowca włączył wycieraczki.

A nie chce pojechać na spacerek po lesie? – kontynuował bez zająknięcia się.

Nie, dziękuję! Niech mnie pan tutaj wysadzi!

Spokojnie, ino pytam. Jak trza, to zawiozę, gdzie mówi. Niech się nie piekli – mówił cały czas identycznym głosem.

Niech pan zatrzyma samochód! – Zacisnęła dłonie, zagryzła zęby i wstrzymała oddech.

Powiedziała, gdzie chce, to zawiozę. Nie boi się.

Wtuliła się w fotel, głowę odwróciła w drugą stronę i tylko kątem oka obserwowała, czy się przypadkiem nie zaczyna do niej dobierać. Samochód to stary Polonez z wytartą kierownicą, dziurami po papierosach i strzępkami czegoś, co kiedyś było dywanikami. Po generowanych odgłosach można było się zorientować, że to auto nie jest w dobrym stanie technicznym; wszystko trzeszczało i stukało na wybojach. Radio było wyłączone. Gdy dojechali na miejsce, jeszcze raz ją spytał:

Na pewno nie chce do lasu?

Nie, dziękuję za podwózkę. – Wysiadła i głęboko nabrała powietrza.

Na szczęście przestało padać, ale ciemne chmury, sprawiając wrażenie, jakby zaraz miały runąć, wisiały nad głowami, Zaczęła szukać właściwego adresu, więc poszła jedyną ulicą, mijając domy: niektóre stare, drewniane i rozpadające się, a niektóre w miarę nowe, w dość dobrym stanie. Ulica natomiast pokryta była kocimi łbami, a dużej ilości kamieni już brakowało. Pobocze, zresztą tak jak chodnik, nie istniało i wyglądało, iż miejsce to zostało przez wszystkich dawno zapomniane. Znała numer domu, ale tabliczek nie było, więc musiała kogoś zaczepić. Po dłuższej chwili pojawiła się starowinka i Aga ucieszyła się, że to ktoś w takim wieku, bo na pewno dużo wie na temat wsi. Kobieta stanęła w progu jednej z tych staroświeckich, tradycyjnych, drewnianych chat.

Przepraszam panią, szukam pani Matysiak. Wie pani, gdzie mieszka? – spytała.

Mieszkała, moje dziecko, mieszkała. – Kobieta obserwowała bacznie rozmówczynię.

To znaczy?

Zmarło jej się kilka lat temu. Teraz to tylko pusta chata stoi. Nikt jej nie chciał kupić. – Staruszka machała ręką w wyrazie beznadziejności sytuacji.

Aga wstrzymała oddech. Po chwili namysłu jednak dopytała:

A zna pani jej dzieci?

Jak Matysiakowa żyła, to czasem tu przyjeżdżali, ale teraz ich dawno nie widziałam – tłumaczyła z przejęciem tamta.

A wie pani, gdzie mieszkają?

Ona to miała dwie córki i syna. Syn to nie żyje, a córki w Warszawie urzędują.

A adresy? – dopytywała Aga.

A gdzie tam. Ale podejdź, dziecko, do tego żółtego domu, tam mieszkają Polakowie. Oni się lepiej znali z Matysiakami.

Podziękowała, pożegnała się i za chwilę pukała do wskazanego budynku. Był murowany, ze świeżo odnowioną elewacją i zadbanym podwórkiem. Otworzył człowiek w wieku około sześćdziesięciu lat.

Słucham – zaczął.

Dzień dobry panu, szukam córek pani Matysiakowej, słyszałam, że pan ją dobrze znał. – Starała się wypaść jak najlepiej, aby nawiązać dobry kontakt.

A znałem ją, ale...

A córki? Gdzie mieszkają? – przerwała niecierpliwie.

Gdzieś w Warszawie, ale tu nie przyjeżdżają, odkąd stara nie żyje. – Widać było po nim, że wczuł się w sytuację i próbuje pomóc.

A nie zna pan dokładnego adresu?

Nie, a czemu ich szukasz? – spytał, przestępując z nogi na nogę.

Bo jedna z nich opiekowała się mną, jak byłam dzieckiem. – Skrzywiła się. – Co prawda tylko przez kilkanaście dni, ale...

A która? Młodsza, czy starsza? – przerwał.

Nie wiem. Była moją sąsiadką w Radomiu.

Nie mam pojęcia, która tam mieszkała.

Niestety, nie pamiętała imienia z dzieciństwa, ale wpadło jej do głowy, że może zadzwonić do matki. Przeprosiła na chwilę rozmówcę i zanim wykonała telefon, zastanowiła się, jak wytłumaczyć swoje pytanie, bo w końcu nikt nie wiedział ani o wisiorku, ani o podróży. Wymyśliła, że pisze pamiętnik. Matka, podając imię, nawet nie spytała po co.

To była Zofia – wyjaśniła.

A ja to nawet nie wiem, jak która się nazywała – mówił, trzeszcząc głosem. – Dla mnie była po prostu starsza i młodsza. Ale, jak powiedziałem, nie wiem, gdzie obie mieszkają.

A jest ktoś, kto może wiedzieć?

Chyba nie. – Pokręcił niedbale głową.

I już tutaj w ogóle nie przyjeżdżają? – Poczuła, że nie ma siły.

Tak jak mówię. Odkąd stara nie żyje, to nie.

Zastanowiła się chwilę i zadała kolejne pytanie:

A może mogłabym zostawić swój numer telefonu? Gdyby się ktoś pojawił, to poprosiłby pan, aby zadzwonił do mnie.

Ale raczej nikt tu nie przyjedzie, bo do czego miałby przyjechać? Do starej chaty, której nikt nie chciał kupić? – Mężczyzna, wskazując kierunek, gdzie znajdował się tamten dom, machnął od niechcenia ręką.

Ale nie zaszkodzi, jeśli pan zapisze – nalegała, przybrawszy błagalny wyraz twarzy.

Zapisać mogę.

Po skończonej rozmowie poszła po kocich łbach, aby osobiście zobaczyć, gdzie mieszkała Matysiakowa. Zrobiła to z czystej ciekawości. Przeszła nieco dalej i zobaczyła po lewej stronie drewniany domek pokryty strzechą posiadający powierzchnię mieszkalną nie większą niż trzydzieści metrów kwadratowych. Faktycznie był w opłakanym stanie. Gdzieniegdzie brakowało słomy na dachu, ściany się niemal rozpadały, a drzwi wejściowe wisiały tylko na jednej zawiasie. Okna były całe, ale na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, iż między nimi a futryną są wielkie szpary. Przypomniało jej to nieco starą komórkę i zapragnęła tam wejść i po prostu posiedzieć, jednak zdawała sobie sprawę, że nie ma do tego prawa i ktoś mógłby się najzwyczajniej przyczepić. Obejrzała chatę ze wszystkich stron, zauważyła jeszcze starą studnię z żurawiem, zawróciła i udała się do oddalonej o kilkaset metrów asfaltowej szosy, aby wrócić w ten sam sposób, w jaki tu przyjechała. Pomyślała, że studnia z żurawiem jest jak psychika. Gdzieś w dole są pokłady emocji, a na górze mechanizm je uruchamiający. Lustro wody to także bariera dzieląca teraźniejszość od przeszłości. Można sięgać do tej drugiej i czasem jest to krystalicznie czysta woda, a czasem zmącona. I gdyby odstawić tę zmąconą na dłuższy czas, ustałaby się, jednak na dnie zostałaby warstwa osadu... Wracała zatem z pustymi rękoma i wyglądało na to, że nie odnajdzie byłych sąsiadów. Złapała okazję, potem wsiadła do pociągu i wróciła do Radomia. W drodze zadzwoniła do Magdy i spytała, czy może do niej przyjść. Mogła.

Pokój Magdy był trochę większy niż ten Agi, bo miał około dwunastu metrów kwadratowych i kształt nieco podłużny. Po boku stał tapczan przykryty wełnianą narzutą, a nad nim wisiała dwupoziomowa półka na książki. Po drugiej stronie, przy oknie biurko, na nim komputer z monitorem i drukarką, a do niego przysunięte krzesło na kółkach. Dalej, po tej samej stronie, kilka szafek, najwyraźniej wyciągniętych z jakiegoś kompletu meblowego. Podłoga przykryta dywanem, zakrywającym ją w większości, a z sufitu zwisał żyrandol o trzech, plastikowych, kierowanych kloszach. Gdy już tam była, opowiedziała przyjaciółce całą historię.

Dobrze robisz i powinnaś jeszcze nadal próbować – skomentowała przyjaciółka.

A co mogę jeszcze zrobić?

Powinnaś na przykład obejść najbliższych sąsiadów, może oni coś wiedzą.

Dobry pomysł. Dzięki, bo wracając stamtąd, straciłam nadzieję.

Nie poddawaj się! - Magda się uśmiechnęła.

Nazajutrz odwiedziła kilka sąsiedztw, ale jedyne informacje, które uzyskała, mówiły, iż byli sąsiedzi mieszkają gdzieś koło Warszawy. Do końca wakacji, przesiadując głównie w domu, nie ruszała się z Radomia. Szok pourazowy malał, aż pod koniec przybrał możliwe do zniesienia rozmiary. Nadal nie zapomniała, co zrobiła Sławkowi, ale pozwalało już to w miarę normalnie funkcjonować. Przynajmniej w zwykłych sprawach...

 

Idzie nieznaną ulicą, wokół nikogo, drogi też bez samochodów i słysząc charakterystyczne pikanie służące niewidomym, przechodzi obok przejścia dla pieszych. Przy nim stoi betonowy śmietnik wyłożony czerwonym workiem, a wewnątrz widać zdezelowany, żółty parasol. Pogoda jest wietrzna, na niebie sporo chmur, ale nie pada. Przemieszcza się obok jakiegoś bazaru i skręca tam, aby się nieco rozejrzeć. Większość stoisk jest nieczynnych, a zasłaniają je metalowe szczęki. Pokryte są graffiti. W zasadzie same bazgroły, ale jeden przyciąga wzrok – to krasnal w butach siedmiomilowych. Widzi jednak z daleka otwarte jedno i powolnym krokiem się tam kieruje. Znajdują się tam tylko książki; począwszy od takich dla dzieci, a skończywszy na kilkutomowych powieściach. Za stoiskiem stoi stara kobieta w wieku mniej więcej siedemdziesięciu lat z siwymi włosami, twarzą zrytą licznymi zmarszczkami i tylko oczy wyglądają, jakby należały do kogoś o wiele młodszego. Jednocześnie minę ma taką, że Adze się wydaje, iż ta wie wszystko. To widać po twarzy. Wiedziała, że starzy ludzie mają niezwykłą mądrość, ale tym razem ta prawie od niej emanuje. Po chwili staruszka delikatnie i w dziwny sposób się uśmiecha, przekrzywiając nieco usta i wzrokiem pokazuje, aby Aga się rozejrzała po stoisku. Aga zaczyna czytać po kolei tytuły, a większość z nich nic nie mówi, jednak zwraca uwagę na jedną, zatytułowaną „Odejście w mrok”. Bierze ją do ręki i ogląda. Jest czarna z białymi napisami, ma powycieraną okładkę i postrzępione rogi. Musi być bardzo stara, zresztą świadczy o tym materiał, z jakiego została wykonana obwoluta: gruba tektura, pokryta czymś w rodzaju płótna. Otwiera ją i widzi, że strony są mocno pożółkłe, co także świadczy o wieku. Po chwili sprzedawczyni stwierdza wręcz szumiącym, pełnym głębi głosem, że to, co Aga ma w ręku, jest akurat dla niej. Skąd wie, co jest akurat dla niej? Aga pyta o cenę, na co słyszy, iż to prezent, więc zamyka książkę, wkłada do torebki i jeszcze raz się dopytuje, czy na pewno to nic nie kosztuje, a na potwierdzenie dostaje od staruszki szeroki, tajemniczy uśmiech. Odchodzi, a w głowie cały czas ma tę niesamowitą twarz. Przemieszcza się przez nieznane miasto. Jak się tu znalazła? Miałaby ochotę spytać, gdzie jest, ale ulice są nadal puste. Jakby przeniosła się do jakiejś gry komputerowej. Przed nią skrawek papieru unoszony jest na kilka metrów przez delikatne podmuchy wiatru. Mija kolejne przecznice, słychać tylko delikatne stukanie jej butów. Wychodząc zza rogu, nagle widzi znane okolice. To ulica Słowackiego w Radomiu i wie jak dojść do domu.

Leży na swojej wersalce, na nocnej szafce stoi wysoki i wąski, okrągły pojemnik w kolorze białym z namalowanym budynkiem jej liceum, a obok leży „Odejście w mrok”. Tylko odpoczywa i wpatrując się w sufit, zapomina o bożym świecie. Nie ma przeszłości ani przyszłości – tylko nieobciążona teraźniejszość. I żadnych dźwięków. Sięga po książkę, otwiera ją na przypadkowej stronie, a kartki delikatnie szeleszczą i zgrzytają pod opuszkami. Szelest wydaje się wypełniać cały pokój. Nie może skupić się na tekście, bezmyślnie gapiąc się jedynie na zbiory wyrazów. Rozmywają się przed oczyma. Lecz spostrzega, że jest tam opisana sytuacja, która zdarzyła się ze Sławkiem. Począwszy od tego, jak siedzi sama na boisku, a skończywszy na odwróceniu się na pięcie i odejściu. Każde jej słowo. I jego. I najmniejszy gest. I emocja. Przecież ta książka jest o wiele starsza od tych wydarzeń! Czy to możliwe, aby ktoś to przewidział dużo wcześniej? I czemu ta książka była akurat dla niej? Kim była staruszka? Może to członkowie jakiegoś tajnego stowarzyszenia, które opanowało przewidywanie przyszłości? Co dalej będzie w tej książce? Opis jej śmierci? Albo końca świata? Czyta dalej i wszystkie słowa są napisane jakby przez nią samą. To jej słowa. A każde z nich budzi najniższe emocje. Takie same jak zaraz po jego śmierci. Nawet silniejsze. Nie daje rady doczytać do końca, przewraca stronę, potem następną i trafia na... Opis jego samobójstwa. Tym razem jest to napisane wytłuszczonym drukiem. Słowa są tak realne. Każdy szczegół. I śmierć... Nie wytrzymuje, ręce same zaczynają się trząść i kartki się przewracają dalej, aż w końcu ukazuje się niewielka rycina przedstawiająca Ciemną Postać. Jest zarys, ale zamiast twarzy tylko mgła i otaczająca ciemność. I ten płaszcz falujący wokół niej. Jak to możliwe, aby w tak starej książce była również ona? Po chwili rysunek zaczyna się poruszać, zdaje się reagować na otwarcie strony i na jej wzrok. Aga trzyma książkę w ręku, a postać stopniowo się powiększa i zajmuje już połowę strony. Ten sam niewidzialny wzrok ją przenika. Na wylot. Aga napina wszystkie mięśnie. Nagle Postać wychodzi poza kartkę. Przybiera trójwymiarową formę. Odbiera Adze wszystkie siły witalne. Pochłonie ją. Aga rzuca książkę o ścianę, lecz Ciemna Postać pozostaje w miejscu, stając się czymś w rodzaju hologramu. Wygląda demonicznie. Faluje i gwałtownie przemieszcza się w jej stronę. Jest jak ciemna, burzowa chmura. Aga nadal leży w łóżku, ale ma ochotę uciekać. Jednak wtula się w oparcie wersalki. Słyszy skrzypienie sprężyn. I dźwięk Postaci przypominający tybetańską trąbę. Już nie ma sił. Postać jest już o kilkadziesiąt centymetrów. Naciera wprost na nią. Aga krzyczy i budzi się.

 

Po raz drugi śniła się ta Ciemna Postać. Nie widziała, kim ona jest, ani nic innego poza ludzkim kształtem, mgłą i ciemnością zamiast twarzy, i ten wzrok. Po obudzeniu się miała ochotę jak najszybciej uciekać. Może to ktoś z przeszłości? A może ktoś nieistniejący? Dlaczego ją prześladuje w snach? Dlaczego odbiera siły? I wreszcie: czemu nie ma twarzy?

 

 

ROZDZIAŁ VIII

 

 

Od początku trzeciej klasy Magda namówiła przyjaciółkę i razem się zapisały na kółko literackie organizowane w pobliskim ośrodku kultury mieszczącym się przy ulicy Słowackiego, naprzeciwko Parku Kościuszki. Ta pierwsza uznała, że skoro ma zamiar w przyszłości zostać pisarką, to warto coś więcej z tym zrobić. Agę natomiast zaciągnęła zasadniczo z jednego powodu – aby tchnąć w nią jakąś pasję i żeby ta nie myślała zbyt dużo. Druga sprawa, że obie miały ambitny cel, aby pisać książki, ale Agnieszka sama nie poszłaby na takie warsztaty. Dołączyły do zespołu liczącego siedem osób. Dwie dziewczyny w podobnym wieku, jedna w średnim i trzy w podeszłym. Te ostatnie uczęszczały tu głównie po to, aby nadać sensu samotnemu życiu, jakie miały po wychowaniu dzieci i wyprowadzce ich na swoje. Poza tym, wychowując dzieci, nie zawsze miały czas na zajęcie się czymś własnym. Zajęcia prowadziła kobieta około czterdziestki, mająca na koncie dwie wydane książki i tomik poezji. Dziewczyny od samego początku były zadowolone i rzetelnie przykładały się do tego rzemiosła, a w efekcie pisały opowiadania na życzenie prowadzącej. Szczególnie Magda dobrze sobie z tym radziła, podczas gdy Agnieszka miała kłopoty z koncentracją i wymyślaniem fabuły. Nie to, że nie miała pomysłów, bo tych nigdy nie brakowało, ale była tak obciążona przez własne problemy, iż te odbierały całą kreatywność. Przyjaciółka ją w tym bardzo wspierała, poddawała pomysły i pomagała w pisaniu.

Do zdarzenia ze Sławkiem Aga, skrzętnie omijając kolegów, żyła w swoim świecie, jednak teraz się na nich nieco otworzyła. Coraz częściej z nimi rozmawiała, ale nadal nie była zainteresowana żadnym związkiem. Na początku ostatniego roku szkoły dość często gawędziła z jednym z nich. Na imię miał Robert i był przeciętnym chłopakiem, niewyróżniającym się specjalnie z tłumu. Rozmawiali ze sobą dość często, a ona cały czas starała się być miła, wręcz zbyt miła.

Może czegoś potrzebujesz? Mogłabym ci w czymś pomóc? – pytała go wielokrotnie.

Na takie pytanie reagował jak na podryw i zaczął się do niej coraz bardziej zbliżać. Opowiadał dowcipy, o swoim życiu, starał się spędzać przy niej coraz więcej czasu. Jej się to podobało i również reagowała sympatią. Od zwykłych rozmów w szkole przeszło do odprowadzania jej do domu, a także wyciągania wieczorami na spacery. Któregoś razu stali na boisku szkolnym na przerwie.

Wiesz, bardzo cię lubię – wyznał po chwili rozmowy.

Ja ciebie też i pamiętaj, że możesz na mnie liczyć – kontynuowała temat zaczęty wcześniej.

Śnisz mi się czasem – wypowiedział to sposób bardzo melodyjny i nostalgiczny.

A to dobre sny czy koszmary? – zażartowała.

Bardzo dobre. Nie brakuje ci czasem kogoś bliskiego?

Mam Magdę i to mi wystarcza.

A nie chciałabyś mieć chłopaka? – spytał bardzo delikatnie, cicho, wręcz szeptem.

Co to za pytanie?

Bo ja właśnie tak o tobie myślę: jak o swojej dziewczynie. – I wziął ją delikatnie za rękę.

Nie wiedziała, co zrobić. Przez chwilę nie była zdolna do zrobienia czegokolwiek, aż poczuła, że jego ręka coraz bardziej się zaciska. Wtedy coś w niej wezbrało i wykrzyknęła:

Weź tę rękę! Jestem jedynie twoją koleżanką! – Wyszarpała dłoń i dodała – wy, faceci to tylko o jednym. Nie chcę cię znać! – Odwróciła się na pięcie podobnie jak w przypadku Sławka i ruszyła szybkim krokiem prosto do furtki. Miała jeszcze dwie lekcje, ale zrezygnowała z nich, wróciła do domu i zaszyła się w swojej kryjówce.

Po tym, jak dała mu kosza, dopadły ją wspomnienia. Najpierw przypomniała sobie całą sytuację ze Sławkiem, potem swój stan, gdy dowiedziała się o jego śmierci. Przyciskając do siebie starego misia, bezmyślnie wpychała palec wskazujący prawej dłoni w rozprucie na nóżce. Rozerwała je jeszcze bardziej, a ze środka zaczęła się wysuwać szara watolina. Wyobrażała sobie, że to jest właśnie jej ból. Wypełzał, kłębił się przy miejscu rozprucia.

Na czwartej półce od góry leżały stare sprzęty elektryczne. Pierwsza od lewej była prymitywna wiertarka w kolorze zielonym z nadal założonym wiertłem udarowym, choć prawdziwa barwa, przypominając teraz odcień szarości, dawno wyblakła. Tuż obok szlifierka kątowa, jednak bez założonej tarczy ściernej. Niegdyś czerwona, a teraz pokryta w większości rdzą i pochlapana farbą o nieustalonym kolorze. (Pamięta, jak kiedyś ojciec miał stłuczkę z własnej winy i postanowił osobiście naprawić uszkodzony błotnik. Najpierw było klepanie, a potem wygładzanie za pomocą tej szlifierki. Iskry się sypały, a ona, przypominając sobie sztuczne ognie podczas pewnych Świąt Bożego Narodzenia po śmierci babci, patrzyła na nie. Był to jeden z nielicznych momentów, kiedy miała wrażenie, że rodzice naprawdę się kochają, toteż patrzyła na tę szlifierkę z pewnym sentymentem, ale także grymasem, gdyż wiedziała, iż dziecinna wizja była tylko mrzonką.) Obok niewielkie pudełko tarcz do niej. Na prawym końcu półki spoczywał statyw służący prawdopodobnie do wiertarki, a całość splątana kablami, zarówno tymi w dobrym stanie, jak i tymi z poprzecieraną wierzchnią warstwą izolacji. Na tę półkę regularnie zaglądało słońce przez dziurę nad drzwiami czy te wokół nich.

Siedząc tam, do wspomnienia o Sławku dołączyło to o zakopywaniu samochodzików z czasów dzieciństwa. Przypomniała sobie najpierw jeszcze raz całą sytuację z boiska szkolnego, zakończoną jej krzykiem, a potem zaczęły docierać obrazy z samochodzikami. Widziała, jak zabiera jeden z nich Mareczkowi, zanosi do swojego ogrodu i zakopuje w ziemi. I to ostatnie wspomnienie było tak silne, iż miała wrażenie, jakby to się wydarzyło wczoraj. Na jakiś czas zapadła się psychicznie w sobie, a cała świadomość była osadzona w przeszłości. W pewnym momencie zaczęła się zastanawiać, czym jest dobro, a czym zło. Czy dobro to sprawianie, aby ludzie byli bardziej szczęśliwi lub choćby zadowoleni? Ale czy można w ten sposób powiedzieć o kimś, kto tylko się uśmiecha i żartuje, poprawiając humor innym? A może jest ono czymś zupełnie innym? Na przykład działaniem, w którym rezygnujemy z czegoś własnego, by pomóc innym? Tylko skąd wiemy, że pomagając w danej chwili, nie zrobimy tym jeszcze większej krzywdy? Przecież dając bezdomnemu kilka złotych, sprawiamy, że całkowicie się poddaje, przestając się starać. Druga sprawa, że nie wiemy, na co on to wyda. A może dobro to sprawianie, aby ludzie byli odpowiedzialni? W takim razie czym jest zło? Na to pytanie nie odpowiedziała sobie tym razem. Siedziała tam dobre trzy godziny i mniej więcej po tym czasie wszystko się uspokoiło i mogła wracać do normalnego życia.

Robert bardzo się zdziwił, gdyż, jak dotąd, wyglądało na to, iż Agnieszka ma ochotę na związek. Ona jednak kilka dni później, jak gdyby nigdy nic, przerzuciła swoją uwagę na kolejnego kolegę. W stosunku do niego zachowywała się podobnie. Od początku pytała, czy czegoś mu nie trzeba, czy mogłaby w czymś pomóc. Usiedli blisko siebie i na klasówkach starała mu się podpowiadać i dawała od siebie ściągać. Tym razem już na samym początku zapowiedziała, że traktuje go tylko jako kolegę. Zaakceptował to, ale był pod sporym wrażeniem jej zachowania, jednak za pewien czas zdawało się, iż jest mocno nią zainteresowany. Nie obyło się od cichych i nieco głośniejszych komentarzy w całej szkole. W końcu dziewczyna, która przeżyła śmierć Sławka i była do niedawna kompletnie niedostępna dla chłopaków, teraz zbliżała się do nich. Większość znajomych zastanawiała się, o co właściwie chodzi, a niektórzy jej kibicowali. W czasie rozmów z Magdą nawet na chwilę nie wspominała nowych kolegów, a na pytania o to odpowiadała, iż chce po prostu mieć więcej znajomych. Inne dziewczyny także ją zaczepiały w tej sprawie, ale odpowiedź zawsze była taka sama. Było to o tyle dziwne, że uparcie powtarzała, czy może im w czymś pomóc, a to wydawało się podejrzane.

 

Na początku listopada zadzwonił telefon.

Tak, słucham. – Odebrała.

Dzień dobry, z tej strony Polak z Niewidoku. Rozmawiałaś ze mną w sprawie Matysiaków.

Tak, dzień dobry! – odpowiedziała bardzo głośno.

Dowiedziałem się od sąsiadów, że jedna z jej córek mieszka w Piasecznie przy ulicy Kopernika w jakimś jednorodzinnym domu, ale numeru nie znam.

A nie wie pan która? Zofia czy ta druga? – pytała w tym samym tonie.

Z tego, co wiem, to właśnie Zofia.

Bardzo panu dziękuję za informację.

Nie ma sprawy. Do widzenia.

Do widzenia! – wykrzyknęła do słuchawki.

Co prawda znała tylko ulicę, ale zawsze był to jakiś konkretny punkt poszukiwań. Wyskoczyła z domu i pobiegła podzielić się tą wiadomością z Magdą. Szła tak szybko, jak mogła i podskakiwała od czasu do czasu.

Agniecha, pojadę z tobą – zaproponowała Magda.

Naprawdę, chce ci się? – podniosła głos.

Nie ma problemu, zawsze marzyłam o jakiejś detektywistycznej historii. – Uśmiechnęła się przyjaciółka.

A jeśli ta ulica jest bardzo długa? – Adze zafalował głos.

Pojedziemy w weekend i będzie na to czas.

To sprawdźmy w internecie – zaproponowała.

Włączyły go.

Ma około kilometra długości – skomentowała Aga cichym głosem.

To będziemy miały co robić. – Reagowała pozytywnie przyjaciółka. – Pewnie sporo domów do sprawdzenia, ale potem można to będzie wspominać.

Wiesz, poza tym Matysiak to nazwisko panieńskie, pewnie sąsiedzi nie będą kojarzyć, więc przyjdzie nam odwiedzić każdy dom.

Trudno, sporo pracy, ale nie robimy tego bez sensu – Magda nie zmieniała tonu.

Postanowiły pojechać do Piaseczna najbliższej soboty.

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 12.08.2018 10:53 · Czytań: 92 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 6
Komentarze
Kazjuno dnia 15.08.2018 08:32
Mam mieszane czucia. Przeczytałem na raty, bo tekst do krótkich nie należy. Różnie też bywało u mnie z czasem. Z jednej strony wciągnęła mnie historia Agi, a z drugiej - muszę to powiedzieć - chwilami czytałem na siłę. Opowieść miała dłużyzny pozbawione dramaturgii. Ożywiłeś ją nieco poszukiwaniami Matysiaków, a nawet snami. Coś się zaczynało dziać.
Nie wiem, czy potrafiłbym, ale osobiście próbowałbym opisać scenę samobójczą. Poprzedzoną planowaniem metody, jaką chciałaby się unicestwić. Może dostarczyłbyś czytelnikowi więcej emocji(?).
Opowieść przypomina mi trochę stare filmy szwedzkiego reżysera Bergmana. Też głęboka psychoanaliza, mało dziania się. Kino ciężkie by nie powiedzieć nudne.
Choć osobiście jestem zainteresowany dalszymi dziejami Agnieszki i nie rozumiem redakcyjnej decyzji, by umieścić utwór na niższej półce.
Znalazłem wprawdzie jedną, jak mi się wydaje, usterkę, lecz generalnie, masz swój styl i piszesz poprawnie.

Cytat:
Przy nim stoi be­to­no­wy śmiet­nik wy­ło­żo­ny czer­wo­nym wor­kiem, a we­wnątrz widać zde­ze­lo­wa­ny, żółty pa­ra­sol.


Trudno mi sobie wyobrazić betonowy śmietnik wyłożony czerwonym workiem z wystającym parasolem. Chyba, że to jakiś bardzo mały śmietnik.

Pozdrawiam Cię Antosiu, Kaz
AntoniGrycuk dnia 15.08.2018 09:44
Hej Kazjuno,

Już druga osoba powtarza mi, że są dłużyzny. Sam chciałem, aby te pojawiały się własnie w snach i w komórce, ale jak widać za dużo dałem tu "waty". Cóż, pocieszam się, że to w zasadzie mój pierwszy długi tekst i na czymś musiałem się uczyć. Teraz pisuję inaczej, bardziej dynamicznie i to nie tylko moja opinia. Ale powiem Ci, że widziałem w książkach takie dłużyzny, że przy nich moje to pikuś. I to nie były książki byle jakich autorów.
Natomiast z tym śmietnikiem chodziło mi o taki, jak stoją przy chodnikach. Osobiście kiedyś widywałem wyłożone workami. A co do wystającego parasola? Przecież śmietnik mógł być prawie pełny i stąd parasol nie zatonął. Druga sprawa, że w snach często bywają nierealne rzeczy. Często mi się śni, że próbuję gdzieś zadzwonić z komórki, a na wyświetlaczu mam tylko skróty do gier, które są większe niż sam telefon. Trudno to wyjaśnić, ale we śnie mnie to nie dziwi, tylko się wkurzam. Więc nawet jakby na całym śmietniku leżała szpilka, to we śnie to nic dziwnego.

Bardzo dziękuję za czytanie i opinię. Chyba będę musiał powyrzucać nieco dłużyzn.

Pozdrawiam
JOLA S. dnia 15.08.2018 11:17
Antoni, powtórzę za Kazjuno, po przeczytaniu mam mieszane uczucia.
Ten tekst nie wymyka się analizie. Dużo waty, zbyt długie zdania, niepotrzebne dookreślenia. Opisy, zgoda, ale muszą obrazować, służyć konkretowi.
Ciskam się, bo pomysł jest, a Autor ma potencjał. A tak: coś pan więdnie, panie koprze.
Nie jesteś poetą, ale przyjrzyj się wierszom, nie wzdrygaj się, nie broń, radzę całym sercem. W ich frazach jest wiele treści, często są proste jak oddech, kropla wody i przez to piękne.

Coś mi podpowiada, że ten tekst powinien odleżeć się, spojrzysz na niego inaczej. Żaden nie stanowi skończonego utworu. Słowo i rzecz z czasem zrasta się w całość.
Barwy tekstowi dodałoby inne potraktowanie snu i jawy. Jest tyle języków, wiem, że potrafisz, są tego przykłady.
Wybacz moje gadulstwo, ale to wszystko w trosce o zdrowie tekstu. Wart jest pochylenia się. :)

Pozdrawiam serdecznie i do następnego.
AntoniGrycuk dnia 15.08.2018 13:15
Jolu,

Co do wierszy. Już wielokrotnie pisałem, że ich kompletnie nie rozumiem. Do mnie przemawia czysta proza. Niby sam staram się czasem (choć coraz rzadziej) pisywać wiersze, to te moje są jak nie wiersze. Poza tym nie lubię prozy poetyckiej. Męczy mnie i tyle.
A czy potrafię dodać barwy tekstowi? Raczej nie. Dla mnie przykładem idealnej prozy jest Paul Auster. On piszę wszystko konkretami, jego najlepiej czuję i chciałbym pisać podobnie.
Owszem, wiem, że ten mój tekst powinien być skrócony, powyrzucane niektóre opisy i rzeczy. To już kolejna osoba mi powtarza. Ale tak jak pisałem, sam widziałem w bardzo dobrej prozie takie dłużyzny i takie opisy, że przy nich moje to pikuś.
Jak by Ci się chciało w przyszłości, to zacytuj, proszę, coś, co dla Ciebie jest niepotrzebnym opisem. Będzie mi łatwiej zrozumieć Czytelnika. Bo dla mnie wszystko ma jakiś sens, ale, jak już wspominałem, mam skrzywienie w stronę psychologii i nie tylko i niektóre rzeczy są dla mnie ważne, podczas gdy dla innych mogą być nieistotne.
Powtarzam, na tym tekście w zasadzie uczyłem się pisać i jest to tak naprawdę mój drugi tekst, jaki poważnie napisałem. Żebyś wiedziała, ile ja już z niego powyrzucałem... Przeczytałem go ze 40 razy, za każdym razem coś poprawiając. I chyba muszę jeszcze... Cóż, piszę dopiero niespełna dwa lata i cały czas się uczę.

Dzięki za czytanie i uwagi.

Pozdrawiam
Gatsby dnia 15.08.2018 21:34
Nie sądziłem, że dziś to przeczytam :D :D

Nie czytam tak długich tekstów w internecie, bo mnie to męczy i bolą oczy, natomiast w tym przypadku jak zacząłem tak skończyłem. Jednym tchem.

Może faktycznie można coś pozmieniać, coś dodać, coś wyciąć, rozwinąć - nie wiem. Może zredukować te bloki tekstu, które zajmują cały ekran i zniechęcają do czytania?

Podoba mi się baaaardzo opis snów... Podczas czytania przyszedł mi na myśl Beksiński i jego wizje.

Fajnie by było faktycznie opisać ze szczegółami samobójstwo chłopaczka. Dodałoby to dodatkowych emocji.

Przedmówcy mają mieszane uczucia a mnie się nic nie pomieszało, wymieszało ani nie zmiksowało. Tekst inny, oryginalny. Bardzo mnie zaciekawił.

Może tak piszę, bo nie czytam tego typu prozy... Wiesz, że bardziej wolę teksty śmieszne, jakąś ironię, groteskę itp :D

Pozdrawiam raz jeszcze tego dnia.
AntoniGrycuk dnia 15.08.2018 22:32
Gatsby,

Cieszę się, że Tobie się to podoba. I że przeczytałeś całość, bo to dość długie. Fajnie, że znajduję odbiorców na tak niełatwą literaturę, i jeszcze napisaną w ciężki sposób.

Co do snów to szczególnie się przykładałem. Chciałem, aby były z jednej strony rzeczywiste, a z drugiej nierealne - takie pomieszanie jak w prawdziwym śnie, to chciałem osiągnąć. I wiem, że można to zrobić w inny sposób niż np. poetyckość. Ja starałem się w każdym z nich dorzucić coś "od czapy" jak np. zdezelowany parasol w śmietniku wyłożonym workiem.

Wiem, że niektóre bloki tekstu są bardzo długie, szczególnie te ze snami, ale chciałem, aby sen był "monolitem", więc nie rozbijałem ich na więcej niż dwa bloki. Pocieszam się, że w papierowej książce to aż tak bardzo nie przeszkadza jak tutaj.

Jak już pisałem, czytałem ten tekst ze 40 razy, za każdym razem coś poprawiając i jeszcze praca nad nim mnie czeka. Muszę go skrócić i wyrzucić nieco waty. Ale przyznam się, że ten tekst darzę największym sentymentem, bo to mój jeden z pierwszych w ogóle. Poza tym jest mi bliski jeszcze w inny sposób, o którym nie chcę mówić. Ale w żadnej Agnieszce nie byłem zakochany :-)

Ja też lubię ironię, groteskę, choć sam nie potrafię pisać śmiesznie - poza tekstami piosenek, tam nawet mi to czasem wychodziło. Tym bardziej szanuję fakt, że przeczytałeś tak długi tekst, którego tematyka nie należy do Twoich ulubionych.
Dziękuję.

Pozdrawiam
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
22227
19/09/2018 17:28
No cóż... gdyby nie te wilki, ale wierszyk fajny. »
Zola111
19/09/2018 15:35
Intro, dziękuję pięknie. jest mi niezmiernie miło, że do… »
Ania_Basnik
19/09/2018 14:25
Piękne klimaty Gałczyńskiego! Zasierpniłeś tu pięknie :)»
DanielKurowski1
19/09/2018 14:24
Dziękuję za poświęcony czas i przeczytanie »
Marek Adam Grabowski
19/09/2018 13:19
Cyberpunk wydaje mi się czym ekscytującym, aczkolwiek samemu… »
GregoryJ
19/09/2018 00:26
Zjawiam się, bo co tu dużo owijać w bawełnę… teksty… »
ajw
18/09/2018 21:01
introwerko - niesamowity jest Twój tok myślenia.Nawet nie… »
Darcon
18/09/2018 20:43
Jeśli mafie łatwo zlikwidować, to po co o tym pisać? Żeby… »
DanielKurowski1
18/09/2018 17:00
Opowiadanie poprawiłem, faktycznie Boris nie ma planu na… »
Darcon
18/09/2018 16:54
Całkiem ciekawy świat, ale nie przekonałeś mnie fabułą i… »
introwerka
18/09/2018 16:07
22227, bardzo dziękuję :) Twoja opinia wiele dla mnie… »
szmirus
18/09/2018 15:37
Jeśli to dobrze, to miło mi to słyszeć i dziękuję :) »
22227
18/09/2018 15:04
Bardzo dobry wiersz, masz tą lekkość pióra, która płynie… »
Dobra Cobra
18/09/2018 14:53
Pięknie nawiązujesz na początku komentarza do pierwszych… »
22227
18/09/2018 14:51
Dzięki Intro, dobrze to ujęłaś "reglamentacja… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 16/09/2018 09:48
  • Stawitzky, dzięki i dobergo dnia :)
  • JOLA S.
  • 14/09/2018 14:47
  • Yitopaz, możesz cały tekst podmienić, wytnij i wklej od nowa, nie będzie przechodził przez maszynkę Redakcji. :)
  • mike17
  • 13/09/2018 18:02
  • A tu informacja konkursowa : [link]
  • mike17
  • 13/09/2018 18:01
  • Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie w prozie MUZO WENY 6, gdzie inspiracją jest muzyka, na podstawie której należy napisać miniaturkę i wysłać mnie. Czekają atrakcyjne nagrody :)
  • Esy Floresy
  • 11/09/2018 22:24
  • Czas ucieka coraz szybciej, zostało 10 dni. Łapcie, więc za pióra i nadsyłajcie wiersze na konkurs :) [link]
  • Kushi
  • 09/09/2018 13:32
  • Miłej Niedzieli Kochani [link] :)
  • mike17
  • 08/09/2018 19:39
  • Hej, ho, na konkurs by się szło! Jednym słowem zapraszam na MUZO WENY 6, konkurs prozatorski, gdzie piszemy małą miniaturkę pod utwór muzyczny. Łatwe? Jasne! Zatem piszcie i do boju :)
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:Lilavo2021
Wspierają nas