Życie po śmierci - część V, rozdziały: 17-20 - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Życie po śmierci - część V, rozdziały: 17-20
A A A

 

ROZDZIAŁ XVII

 

 

Na początku wakacji odezwała się jedna z osób zaczepionych na Facebooku. Napisała: „Moja ciocia nazywa się Zofia Kowalewska, kiedyś mieszkała w Radomiu i jeśli to cię interesuje, to teraz mieszka w Warszawie przy ulicy Ciołkosza” i dalej podała numer bloku i mieszkania. Aga czym prędzej sprawdziła, gdzie to dokładnie jest i okazało się to samymi peryferiami miasta. Zadała jeszcze nieznajomej kilka dodatkowych pytań, ale odzewu już się nie doczekała. Nie pasował ten adres do wcześniejszych informacji, ale mogły być one po prostu błędne. Zadzwoniła do Magdy.

Miałabyś ochotę ze mną tam pojechać? – spytała przyjaciółkę po chwili rozmowy.

Czemu nie, przy okazji złożymy papiery na uczelni.

Wybrały się tam na początku lipca. Pojechały najpierw pociągiem do dworca Warszawa Śródmieście, następnie załatwiły formalności związane z ubieganiem się o przyjęcie na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, odszukały właściwy przystanek i wsiadły do autobusu jadącego na Białołękę. Tuż po tym, jak były w środku i stały na końcu pojazdu, podszedł do nich młody mężczyzna w wieku około dwudziestu kilku lat. Miał około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, był blondynem z nienaganną fryzurą. Z daleka widać było, że kieruje swój wzrok na Agę.

Cześć. Mogę się przyłączyć do rozmowy? – spytał.

A my się znamy? – burknęła Magda.

Ależ proszę, może w czymś ci pomóc? – wtrąciła się Aga, wdzięcząc się.

Mam na imię Leszek i od razu na ciebie zwróciłem uwagę – skierował swoje słowa do Agi. Jednak jej wypowiedź o pomocy puścił mimo uszu.

To miło mi, Agnieszka jestem – przedstawiła się, po czym zwyczajowo zaczęła się do niego uśmiechać, a robiła to w sposób identyczny, jak przez ostatni rok.

Agniecha, ty znów?!... – interweniowała Magda.

A co znów? – spytał zaciekawiony.

A nic takiego... Po prostu znowu się wdaję w rozmowy z nieznajomymi. – Aga spuściła głowę i bardzo posmutniała.

A co, boicie się ich?

Trochę tak – odparła Magda.

Tymczasem Agnieszka zapadła się w sobie na dłuższą chwilę i była kompletnie nieobecna.

Coś nieprzyjemnego się kiedyś przydarzyło? – spytał.

Tak, ale to nie twoja sprawa – skwitowała Magda.

Ale z mojej strony nic wam nie grozi.

Każdy tak mówi – ciągnęła.

Jeśli nie chcecie, to sobie pójdę. Chciałem tylko was poznać.

Nie trzeba nam nowych znajomości.

To ja sobie lepiej pójdę – stwierdził i dodał – miło było poznać. – I odszedł na drugi koniec autobusu.

Magda zbliżyła się do Agi i warknęła:

Znów podrywałaś chłopaka.

Madziu, to nie tak. Chciałam być miła.

I tak z nią w tamtym momencie było. Coś w niej się ostatnio zmieniło, ale okazywało się, że do pełni szczęścia było jeszcze bardzo daleko...

Wysiadły na osiedlu Tarchomin, spytały o drogę i ruszyły, aby oddać wisiorek. Kiedy już odszukały właściwe mieszkanie w bloku, zadzwoniły domofonem, ale niestety nikt się nie odezwał. Powtórzyły próbę i było tak samo. Zadzwoniły jeszcze do kilku innych mieszkań. Po którymś razie odezwała się kobieta, dziewczyny wyjaśniły, o co chodzi, poprosiły o otwarcie drzwi, weszły na klatkę i zostawiły wiadomość z prośbą o kontakt.

Chyba czas wracać – stwierdziła Magda.

Przejdźmy się jeszcze gdzieś w okolicy i spróbujmy za jakiś czas – prosiła Aga.

Poszły na długi spacer nad Wisłę. Weszły na wał przeciwpowodziowy i skierowały się poza Warszawę, na północ. Od czasu do czasu mijały kogoś, przechadzającego się tą samą trasą, albo ktoś je mijał. Po kilkuset metrach skierowały się ścieżką w stronę rzeki i dalej szły nad brzegiem. Tutaj były całkowicie osamotnione, mało do siebie mówiły i tylko chwilami komentowały widoki. Doszły do miejsca, gdzie na rzece znajdowała się spora wyspa oddzielona od brzegu kilkumetrowym pasem wody. To miejsce, sprawiając wrażenie dziczy i głuszy, wyglądało magicznie. Przypominało rzekę w dżungli, a wyspa niemal skrywała w sobie jakąś tajemnicę, którą jak najszybciej należałoby odkryć. Usiadły na dłuższą chwilę i rozkoszowały się prawie zupełną ciszą, której wtórował delikatny szmer Królowej Polskich Rzek. Dominował brak nazbyt szybkiej rzeczywistości dwudziestego pierwszego wieku. Nie rozmawiały ze sobą prawie w ogóle, a jedynie nasłuchiwały szumu wody, wiatru i odgłosów miejscowej fauny. Aga przypomniała sobie, jak będąc dzieckiem, pojechała z babcią do rodziny na Mazury. Wtedy też siedziały nad wodą. Tylko one we dwie, z dala od kłócących się rodziców i blisko jeziora. Podwiózł je tam wujek, a gdy odbierał, to popsuł się samochód. Najpierw próbował naprawić, a potem zostawili go, a sami wracali na piechotę. Całe siedem kilometrów. Do dziś nie może zapomnieć zmęczenia, ale i stanu triumfu, gdy wreszcie dotarli do domu. Może podobnie będzie się czuła, gdy wreszcie odda wisiorek?...

W pewnym momencie Magda stwierdziła:

Agniecha, powinnaś mieć więcej dystansu do samej siebie.

Co masz na myśli? – dopytała Aga, spoglądając bacznie na przyjaciółkę.

No... – Zawahała się. – Cała sytuacja po Sławku... – Zawiesiła głos, rozejrzała się i dodała – poza tym po coś włazisz do tej swojej komórki.

Jeśli chodzi o Sławka, to zdaję sobie sprawę, co zrobiłam i nie zamierzam zmieniać swojego nastawienia, a jeśli chodzi o komórkę, to wiesz, że od zawsze tam wchodziłam.

Agniecha, to nie moja sprawa, ale według mnie przed czymś tam uciekasz – mówiła Magda spokojnie i z troską w głosie.

Nie, ja po prostu potrzebuje takiego miejsca. Tam się czuję bezpiecznie.

Czyli poza nią czujesz się niebezpiecznie?

Nie, najzwyczajniej potrzebuję czegoś takiego! – odpowiedziała ostro Aga.

Dobra – skwitowała Magda. – Widzę, że taka rozmowa budzi w tobie złe emocje. Koniec tematu.

Racja. Koniec.

Wkrótce zaczęły cierpieć z powodu nękających komarów i muszek, więc poszły dalej na północ, lecz w tym celu musiały wrócić na wał, gdyż nad samym brzegiem rosło mnóstwo gęstej roślinności. Przebyły w sumie jakieś trzy kilometry w jedną stronę, minęło sporo czasu, bo nie forsowały tempa i zawróciły. Ponownie były na miejscu około godziny siedemnastej, ale podobnie jak poprzednio nikogo nie zastały. Po raz kolejny wracały do Radomia z pustymi rękoma. Pozostała tylko wiadomość wetknięta w drzwi.

 

 

ROZDZIAŁ XVIII

 

 

W połowie lipca dziewczyny postanowiły zrobić sobie młodzieńczą wyprawę na rowerach po Mazurach. Zabrały je do pociągu i pojechały do Olsztyna, skąd zaczynały swój szlak. Zamierzały przejechać przez kilka większych mazurskich miasteczek, więc na trasie znajdowały się: Biskupiec, Mrągowo, Mikołajki, Ruciane-Nida, Pisz, Orzysz, Giżycko, Ryn i dalej miały dojechać do Kętrzyna, skąd chciały również wrócić pociągiem. Trasa liczyła prawie dwieście pięćdziesiąt kilometrów i planowały przejechać ją w pięć dni, więc wychodziło około pięćdziesięciu dziennie. Dystans w sam raz jak na wakacyjną wyprawę. Praktycznie bez przygotowań, więc miał być to bardzo spontaniczny i żywiołowy wyjazd. Noclegi pod namiotem na polu campingowym albo po prostu gdzie popadnie. Do rowerów przyczepione boczne, nieprzemakalne sakwy i podobny ekwipunek na bagażnik. Tam znajdowały się namiot, śpiwory, ubrania i większość jedzenia.

Na starcie stanęły w poniedziałek około południa. Pogoda była rewelacyjna. Około dwudziestu pięciu stopni, niebo czyste i niemal bezwietrznie. Ruszyły. Przyzwyczajając się do pedałowania, pierwsze kilometry pokonywały bardzo powoli. Od dawna Aga tak się nie czuła. Była wolna zarówno od Radomia, z którym kojarzyła się przeszłość, a w tym Sławek, jak i od przymusu robienia czegokolwiek. Wreszcie nastał czas, gdy mogła po prostu robić to, na co miała ochotę. Niby na co dzień nie zmuszała się do chodzenia do szkoły, nawet lubiła ją, ale perspektywa zamieszkania w Warszawie i rozpoczęcia studiów sprawiały, że rosło w niej poczucie własnej niezależności i ucieczki od rodziców, których miała dość za przeszłe kłótnie i obecne traktowanie się nawzajem. Każdy pokonywany kilometr był pełen wolności. Naciskała na pedały z radością, a kierownicę trzymała jakby to były dłonie kochanka. Patrzyła na obce miasto, obserwowała przechodzących ludzi. I rozkoszując się tymi widokami, żałowała, że tak często zamykała się w swojej komórce. Tak, teraz trochę tego żałowała, czując jaką przyjemność sprawia obecna chwila. Ale też zdawała sobie sprawę, że na co dzień nie jest w stanie funkcjonować bez takiego miejsca odosobnienia. Może teraz tego nie potrzebowała, bo nie musiała kontaktować się z ludźmi, a może jadąc na rowerze, w jakiś sposób była odosobniona i zatopiona w samej sobie? Oglądała kiedyś film „Samotność długodystansowca” i zrobił na niej ogromne wrażenie. Uważała go za jeden z najlepszych filmów, jakie oglądała. W końcu na swój sposób też była takim długodystansowcem. Bo co za różnica czy się biegnie, czy jedzie na rowerze? W jednym i drugim przypadku obcuje się z własnymi myślami. Niby mogła podobnie obcować z nimi, będąc na przykład w swoim pokoju, więc teoretycznie nie musiała chadzać do komórki, a jednak tam chadzała. Czym się zatem różni taka wyprawa rowerowa od jej zamkniętego pokoju? Chyba tym, że miejsca stałe są pełne skojarzeń i wspomnień. Czy więc uciekała do starej szopy przed własną przeszłością? Raczej odseparowywała się od czynników zewnętrznych. Co prawda teraz było ich znacznie więcej, ale były świeże, kuszące. Czasem tak w życiu bywa, że to, co niechciane lub nawet gorsze, jeśli świeże, jest również budujące, dające radość. A może nawet lepsze.

Do momentu wyjechania poza Olsztyn często się zatrzymywały, dyskutowały o kierunku jazdy i kilkakrotnie pytały o drogę. Mniej więcej po godzinie wyjechały poza miasto i kierowały się na Biskupiec. Wkrótce przyspieszyły, bo planowały tego dnia dojechać do Sorkwit. Aga jechała chętnie i żywiołowo. Nie rozmawiały ze sobą prawie w ogóle, gdyż, obawiając się mijających samochodów, jechały jedna za drugą. Jedynie w czasie postojów mogły swobodnie pokonwersować. Pierwszy, dłuższy odpoczynek zrobiły sobie po około trzydziestu kilometrach. Wtedy zjadły niewielki posiłek, sprawdziły, ile drogi jeszcze przed nimi i za pół godziny ruszyły dalej. Pierwszego dnia przejechały ustaloną trasę jak najszybciej i w miarę wcześnie znalazły się na miejscu noclegu. Odszukały pole campingowe, rozbiły namiot i mogły wypocząć oraz zjeść główny posiłek. Taki dystans jednego dnia bez uprzedniego treningu wywarł na nie wpływ, jednak swoboda i bliskość jezior rekompensowały to. Ta chwila była dla niej jak z filmu. Czuła emocje, a jednak te były bezpieczne przez to, iż wiedziała, że ma zapewnioną najbliższą przyszłość, a jednocześnie była daleko od problemów. Patrzyła na sąsiadujące namioty, pobliskie drzewa, nieco dalsze jezioro i zastanawiała się, jak to by było, gdyby mieszkała w podobnym miejscu. Czy byłaby szczęśliwsza? A może przywykłaby, traktując krajobraz, który teraz uważała za wyśmienity, jak coś zwykłego? Pamiętała powiedzenie, że najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma, i chyba to najtrafniej określało aktualną fascynację. Bo przecież ludzie mieszkający na przykład w górach czy nad jeziorem nie są szczęśliwsi od tych z równin. Co więcej, życie miewają trudniejsze przez ukształtowanie terenu czy ciągłą wilgoć. Ale człowiek ma to do siebie, że nie znosi stagnacji, nudy, monotonii, więc każda odmiana jest lepsza, choćby de facto była gorsza. Oczywiście są wyjątki, kiedy dotykają nas tragedie czy przykrości, ale w zwykłych przypadkach rzeczywiście nowe jest lepsze. A czy ona odczuwała podobnie? Biorąc pod uwagę, że zamykała się ciągle w swojej komórce, to raczej nie, choć ta chwila pełna wyzwolenia była niezastąpiona. Składało się to wiele czynników takich jak nadchodząca zmiana miasta, szkoły, ale też spełnienia po zdaniu matury. A teraz miała obok siebie rozbity namiot, wierną przyjaciółkę i niezakłócony spokój. Zaległa na rozłożonym kocu, wpatrując się w nieliczne białe obłoczki, które kojarzyły się z beztroską i wolnością. Wolnością, bo szybowały gdzieś wysoko w przestworzach. Przypomniała sobie swoje sny o fruwaniu i tak wiele by dała, aby się powtórzyły. Gdyby uniosła się choć metr czy dwa, czułaby się wolna. Może stara komórka dawała jej taką wolność?...

Następnego dnia wyruszyły około ósmej rano i tym razem nie zamierzały forsować tempa, często zbaczając z głównej drogi, zażywając kąpieli w jeziorach, czy po prostu leżąc nad brzegami. Dzień mijał dość spokojnie, beztrosko i wieczorem dojechały do miejsca docelowego, czyli Rucianego-Nidy. Pogoda nadal sprzyjała. Dopiero trzeciego dnia zdarzyło się coś nieprzewidywalnego. Dojeżdżając do Pisza, postanowiły odbić nieco, podjechać do małej, turystycznej miejscowości. Usiadły nad jeziorem, odpoczywały, a po chwili Agnieszka poszła popływać, natomiast Magda, pilnując rowerów i całego majdanu, została przy brzegu. Ta druga siedziała na pomoście, przy jednym z ośrodków wypoczynkowych. Bezpośrednio za nią niewielki budynek gospodarczy, po lewej stronie, nieco z tyłu główny ośrodek, a po prawej, jakieś dwieście metrów za nią pole namiotowe i dalej domki kempingowe. Przed nią roztaczał się widok na jezioro; nie za duże, ale w sam raz, aby popływać kajakiem, łódką, czy wpław. Było popołudnie jednego z lipcowych, bardzo ciepłych dni i kąpiel była idealnym ochłodzeniem po ciężkim pedałowaniu. Też zamierzała popływać, ale czekała na to, aż wróci przyjaciółka. W pewnym momencie podszedł nieznajomy chłopak. Na oko był kilka lat starszy. Miał około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, szczupły, włosy krótkie, obcięte na jeża, wysokie czoło i lekko zadarty nos. Sprawiał wrażenie pogodnego, ale nieco nostalgicznego faceta. Siedziała nadal na pomoście, a on stanął obok i zaczął:

Cześć – przywitał się. – Widzę, że jeździcie rowerami. Też miałem go zabrać, ale nie starczyło miejsca.

Cześć – odpowiedziała Magda, uśmiechając się. – Tak, razem z przyjaciółką postanowiłyśmy pojeździć po okolicach.

A gdzie koleżanka?

Właśnie pływa. Pewnie niedługo dołączy.

Widzę, że na rowerach macie cały ekwipunek, więc to chyba dłuższa wyprawa? – Poruszył się i uniósł brwi.

Tak, w sumie chcemy przejechać prawie dwieście pięćdziesiąt kilometrów w pięć dni.

O, to spore wyzwanie. – Jeszcze bardziej się poruszył. – I cały dzień tak pedałujecie?

Oprócz momentów takich jak ten, to tak.

Mam na imię Krzysiek – uśmiechając się zalotnie, przedstawił się.

Miło mi, jestem Magda. – Zawiesiła głos, podała mu rękę, co on odwzajemnił, rozejrzała się, a po chwili spytała – a ty sam tu jesteś?

Nie. Moi pojechali samochodem po piwo do Pisza, a ja zostałem i teoretycznie pilnuję namiotów na tamtym polu. – Odwrócił się, wskazując wzrokiem miejsce oddalone o kilkaset metrów, po czym usiadł obok niej.

Śpicie w namiocie czy w domku? – pokazując ruchem głowy nieco oddalone chatki, spytała nieświadoma tego, co przed chwilą powiedział. Niektóre słowa do niej nie docierały.

W namiocie, tak jak, zdaje się, wy. Mylę się?

Nie, mamy sporą dwójkę na moim rowerze. – Wskazała ręką na swój bagażnik.

Ale rozumiem, że nocujecie na polach kempingowych?

Miałyśmy spać, gdzie popadnie, ale na polu bezpieczniej. Sam rozumiesz...

No jasne, dwie młode, atrakcyjne dziewczyny powinny zadbać o swoje bezpieczeństwo – mówiąc to, uśmiechnął się delikatnie, zadowolony z przemyconego komplementu.

Tak... – przytaknęła i zawiesiła głos.

A co robicie na co dzień?

Skończyłyśmy razem liceum i teraz, też razem, idziemy na studia.

A jakie?

Polonistykę.

Chcecie zostać nauczycielkami? – spytał ironicznie i szeroko się uśmiechnął.

Nie, myślimy o tym, aby być pisarkami... W sumie to głupie, ale taki był nasz dziecinny plan i jak na razie się go trzymamy.

Pisarkami... A co zamierzasz pisać? Pytam oczywiście o gatunek.

Wiesz, dawno temu marzyły mi się romanse, ale teraz to sama już nie mam pojęcia.

Romanse powiadasz? Brzmi ciekawie. Lubię je czytać.

Chłopak lubi romanse?... – Zaśmiała się szczerze i dodała – a nie wolisz kryminałów lub sensacji?

Też lubię, ale w romansach jest coś takiego ulotnego.

A ty co robisz zwykle?

Skończyłem geografię, a pracuję przy opracowywaniu map.

To ciekawie... Czyli poruszanie się w terenie nie jest ci obce?

Nie powiedziałbym. – Znowu się uśmiechnął, ale tym razem raczej autoironicznie.

A wy na długo tutaj przyjechaliście?

Prawie na dwa tygodnie – odpowiedział, spojrzał jej w oczy i spytał – a może zostałybyście na noc tutaj? Zrobimy ognisko, pośpiewamy, pobawimy się, a jutro ruszycie dalej.

Ja to w sumie może bym i mogła zmienić plany, ale nie wiem, co na to koleżanka. Muszę z nią pogadać.

Po chwili usłyszeli klakson samochodu, chłopak spojrzał przez ramię i stwierdził:

To moi. Zastanówcie się, a ja zaraz wracam. Muszę do nich podejść. – Podniósł się, jeszcze raz na nią spojrzał i ruszył na pole namiotowe.

Kilka minut później przyszła Agnieszka. Wzięła ręcznik, aby się wytrzeć po kąpieli.

Agniecha, mamy propozycję, aby tu zostać na noc.

Jakiś chłopak? – spytała Aga, trąc ręcznikiem włosy, które na krótką chwilę rozpuściła z charakterystycznego koka.

Tak, i to całkiem miły. I fajny... I lubi czytać romanse... – mówiła cicho, ale z zapałem Magda.

Facet, romanse? – Agnieszka przekrzywiła głowę i dodała – sam ci to powiedział?

Wyszło w rozmowie... To co, zostajemy?

Jak ty chcesz. Ja mogę zostać. Najwyżej jutro będziemy miały więcej do przejechania.

Wiesz, on mi się podoba i chyba ja jemu też, bo sam podszedł i mnie zaczepił. – Uśmiechnęła się Magda bardzo szeroko, po czym dodała – jeśli zostaniemy, to będę miała okazje go lepiej poznać.

To jeśli ty masz na to ochotę, to zostajemy – skwitowała Aga.

Jakiś czas później rozbiły namiot obok Krzyśka. Potem poszły popływać razem, gdyż ich rzeczy były pilnowane przez nowych znajomych. Bawiąc się przy tym świetnie, pływały lub po prostu moczyły się dobre pół godziny. Aga nawet zapomniała o wszystkich problemach, koncentrując się na chwili obecnej. Nie pamiętała o Sławku ani nawet o wisiorku.

Wieczorem zasiedli wszyscy przy wspólnym ognisku. Sypiąc od czasu do czasu iskrami i snując sporo dymu, tańczył przed nimi dość wysoki ogień. Przypomniała się Adze przeszłość, kiedy jesienią rodzice wypalali na podwórku liście. Czekała na to cały rok. Ta siła natury, niszczycielska moc żywiołu, ale też swego rodzaju zapomnienie. Teraz dotarło do niej, iż płomienie symbolizowały oczyszczenie ze wszystkiego złego, czego doświadczała na co dzień. Z kłótni rodziców, bólu po stracie babci i wielu innych. Pochłaniały ją i pozbawiały czasu i siebie w ogóle... Okazało się, że w tym towarzystwie Krzysiek był jedynym samotnym chłopakiem. O ile to możliwe oraz w granicach rozsądku, starał się tego wieczoru nie opuszczać Magdy na krok. Tymczasem Agnieszka, próbując udawać, że się dobrze bawi, wolała samotność, jednak siedziała między nieznajomymi. Powróciły niemiłe wspomnienia. Były momenty, gdy miała ochotę jak najszybciej wejść do namiotu i położyć się spać. Nie to, że ludzie byli nudni albo nieodpowiedni. Co to, to nie. Wiedziała po prostu, że nie może wdawać się we flirty z chłopakami, bo to do niczego nie prowadzi, gdyż być z kimkolwiek nie chce. Kilkakrotnie łapała się na tym, że zaczynała rozmowę z którymś z nich, a następnie oferowała swoją pomoc, narzucając się przy tym. Wiedziała, że na to nie może sobie pozwolić, więc obserwowała każdy swój gest, każde ułożenie ciała, każde słowo. Takie kontrolowanie jest niezwykle męczące, więc wolała pozostać sama. Natomiast Magda dobrze się bawiła. Nawet zagadała przyjaciółkę:

Nie miałabyś nic przeciwko, gdyby się zdarzyło, że najbliższą noc spędzę w namiocie Krzyśka?

Jednak on na koniec zabawy odprowadził ją do namiotu dziewczyn, a sam poszedł do swojego.

Sądzisz, że przestałam mu się już podobać, że mnie nie zaprosił do namiotu? – spytała niepewnie Magda.

Myślę, że po prostu on nie liczy na szybki seks, a na coś poważniejszego, a nie zaczyna się takich związków od upojnej nocy pierwszego dnia znajomości – niemal powtórzyła słowa usłyszane w jakimś filmie czy wyczytane w książce.

W sumie może masz i rację... – zgodziła się Magda, ale za chwilę dopytała – ale może powiedziałam coś nieodpowiedniego?

Magda, przestań! On Ciebie nie odstępował niemal na krok. Z daleka widać, że mu zależy.

A może... Za bardzo mu zależy?...

Nie zaczynaj! – Ucięła to Aga. – Podoba ci się?

Tak. I to bardzo.

Więc przestań kombinować i idziemy spać. A skąd on w zasadzie jest?

Z Warszawy.

O! No zobacz, jak to się świetnie układa – zauważyła Agnieszka. – My się tam niedługo przeprowadzamy. To dobry znak.

A jak my jutro pojedziemy, a on pozna inną? – Magda cały czas napierała.

Magda! To pozna! Lepiej teraz niż jak będziecie razem.

A myślisz, że będziemy?

Ja tak właśnie sądzę – Aga mówiła dosadnie. – O ile ty wszystkiego nie spieprzysz, kombinując.

Może masz rację. Idźmy spać. Dobranoc.

Dobranoc. Do jutra.

Następnego dnia rano wszyscy zjedli wspólne śniadanie, pogawędzili jeszcze przez chwilę, wymienili się telefonami i dziewczyny ruszyły w dalszą drogę.

Była kiedyś na wycieczce rowerowej z rodzicami w lesie. Jechali piaszczystą drogą, wokół gęsty zagajnik i nagle w lewej strony, jakieś trzydzieści metrów przed nimi wybiegło stado dzików. Była to locha z małymi. Wszyscy natychmiast zahamowali, a matka wydała z siebie stłumiony krzyk. Zwierzęta najpierw się zatrzymały, a potem maciora ruszyła w ich stronę. Ojciec natychmiast wysunął się przed całą trójkę, postawił rower bokiem, schował nogę, zaczął krzyczeć i używać dzwonka. Zwierzę podbiegło na kilka metrów i zatrzymało się. Wszyscy stali jak wmurowani. Widać było nastroszoną sierść na karku lochy oraz ostre, wystające nieco kły. Aga patrzyła tylko na całe zajście jak na film. To, co czuła, to raczej zdziwienie, a przede wszystkim zainteresowanie. Może tak działała bliskość rodziców, a może po prostu gdzieś głęboko wiedziała, że nic złego się nie zdarzy? Tylko jak to połączyć z tym, co czuła po śmierci Sławka? Czy to empatia to spowodowała, czy raczej świadomość tego, że była tego autorem?... Potem zwierzę się wycofało i razem z małymi zniknęło po prawej stronie.

Reszta wyprawy rowerowej minęła na powolnym pedałowaniu, kąpielach i długich rozmowach na temat nowo poznanego kolegi. Magda lekko odpłynęła i nie za bardzo interesowało ją co innego. W każdej wolnej chwili zamęczała Agę pytaniami.

Aga, myślisz, że z nim będę? – pytała błagalnym głosem.

Wszystko na to wskazuje, nie martw się, będzie dobrze – odpowiadała Aga z czułością.

On jest taki niezwykły. I taki romantyczny. – Zawiesiła głos. – A tobie się spodobał?

Jeśli o to ci chodzi, to nie będę go podrywała.

Nie o to pytam! – zaprotestowała żałośnie przyjaciółka.

A o co?

Czy to fajny facet?

Tak, i to bardzo.

A chciałabyś mieć kogoś podobnego? – spytała delikatnie Magda.

Ja nie chcę mieć nikogo.

Ale gdybyś chciała?

Madziu, gdyby to on mnie podrywał, to bym się zastanowiła – Agnieszka zaakcentowała słowo „mnie”.

A sądzisz, że myśli o mnie?

A skąd mam wiedzieć?! – zareagowała z odrobiną pretensji.

Ale jak sądzisz?

Gdyby nie myślał, to by przy ognisku tak przy tobie nie skakał.

Czyli myśli?

Chyba tak, ale na pewno nie tak, jak ty. – Aga się uśmiechnęła.

Piątego dnia, zgodnie z planem dojechały do Kętrzyna, wsiadły do pociągu i jakieś czas później dotarły do domu.

 

Dalsza część wakacji obfitowała w liczne towarzyskie grille, ogniska, czy domówki, jednak Aga nie uczestniczyła w nich prawie w ogóle. Jedynie poszła do Magdy, a jakiś czas później do Roberta. Tego samego Roberta, któremu dała kosza. Poszła do niego, żeby spróbować naprawić to, co schrzaniła, a poza tym robiła wszystko, aby nie bywać na takich imprezach, gdyż miała dosyć swojego podrywania chłopaków oraz współczucia ze strony rówieśników. W bardzo dużej części pozostała tą samą, dumną dziewczyną, co sprzed czasów Sławka. Zamiast tego wolała zamknąć się w pokoju, czy gdy przyszło złe samopoczucie, w swojej komórce. W zasadzie tylko Magda była osobą, z którą miała ochotę spędzać czas. Od wydarzeń z Sebastianem, a w zasadzie po tym, co później zrozumiała, unikała jak ognia kontaktów damsko-męskich. A przy jej urodzie nie było to łatwe. Nawet na spotkaniu u Roberta była zaczepiana przez nieznajomego.

Magda kontaktowała się z Krzyśkiem telefonicznie i mieli ustalone, aby spotkać się na początku sierpnia, gdy dziewczyny będą w Warszawie. I tak się stało. Magda poszła na umówione spotkanie, a Agnieszka do kina. Trafiła na film „Układ Zamknięty”. To, co zobaczyła, przeszyło ją emocjonalnie na wskroś. Nie zdawała sobie do końca sprawy, czemu to ją tak ruszyło, ale wydało się to dziwnie znajome.... Po prostu to czuła i nie potrafiła nazwać. Magda natomiast bardzo dobrze się bawiła. Na tyle dobrze, że Agnieszka była zmuszona obejrzeć kolejne dwa filmy. Taki swoisty maraton filmowy w byciu „nieprzyzwoitką”. W końcu wieczorem Magda ją niemal zmusiła i na chwilę się spotkali we trójkę, a wkrótce potem dziewczyny wracały do Radomia.

I jak z nim? – spytała Aga.

Jak na razie jest świetnie. Zabrał mnie do fajnej kawiarni i rozmawialiśmy tak zwyczajnie... Bez żadnych wymuszonych gadek... Jest wspaniały... Oby tylko kogoś nie znalazł, zanim się tu przeprowadzimy.

Nie martw się, nie znajdzie. A raczej nie będzie szukał. – Krzysiek przypominał Adze postać z jednego filmu, więc nadawała mu cechy wcześniej zaobserwowane. Ale czy się myliła?

Myślisz, że nadal go pociągam? – pytała Magda, spuszczając głowę.

Pewnie, że tak. Przez tę chwilę jak pobyliśmy razem, to zauważyłam, że jak coś mówi, to zawsze tylko o tobie, a jeśli chłopak mówi tylko o dziewczynie, to musi się nią jarać.

A jeśli on udaje?

Nic nie udaje. Patrzy na ciebie, jakby miał cię za chwilę zjeść. – Zaśmiała się Aga.

Ja to bym już dziś z nim poszła do łóżka, gdyby była okazja.

Jeśli on by chciał... – Mrugając okiem, Agnieszka uśmiechnęła się.

Jak to? A nie chciałby?

Oj Magda... Chodziło mi o to, że on czeka na właściwy moment. Według mnie to jest romantyk i dla niego ważniejsze od samego seksu jest stworzenie odpowiedniego klimatu, odczekanie, aby uczucie nabrało mocy...

A ja to bym chciała już... – Niecierpliwiła się Magda.

Mimo że była romantyczką, to... Gdyby tylko zaprosił ją do swojego namiotu...

Jak wyglądała pierwsza miłość Magdy? Był to o dwa lata starszy kolega z gimnazjum. Przez rówieśników nazywany był kujonem i nie mijali się z prawdą. Istniała dla niego szkoła, nauka i dom. Nic poza tym. Towarzysko prawie nie istniał. I znów to wynajdywanie sobie osób na swój sposób do siebie podobnych. Pamięta, że Magda zagadała go na jakiejś przerwie. Na początku zamienił z nią kilka słów, ale z biegiem czasu przestał na nią zwracać uwagę. Później dotarło do niej od kolegów, że nie jest w jego typie i żeby dała sobie spokój. Bywa. Potem tylko wzdychała na jego widok, a wkrótce się odkochała. Ot, młodzieńcza fascynacja.

 

 

ROZDZIAŁ XIX

 

 

Skrzętnie czyniąc plany na przeprowadzkę do Warszawy, do końca wakacji dziewczyny siedziały w Radomiu. Intensywnie szukały dwupokojowego mieszkania do wynajęcia, bo obie miały na to obiecane fundusze od rodziców. W końcu trafiło się coś interesującego. Niewielkie lokum na Woli przy ulicy Płockiej. Składało się z dwóch pokoi, łazienki, kuchni i małego korytarza. W celu obejrzenia i rozmowy z właścicielem, pod koniec września pojechały do stolicy. Okazało się, że nie są jedynymi zainteresowanymi. Trafiły na istną kolejkę. Wynajmującym był mężczyzna w średnim wieku, nieco tęgi, prawie całkowicie łysy, z okularami na oczach i od razu zwrócił uwagę na Agnieszkę.

To co, dziewczyny. – Patrzył na Agę i delikatnie się uśmiechał. – Mówicie, że zaczynacie studia?

Tak, proszę pana. Na polonistyce – odrzekła Magda.

Chyba nie będzie z wami problemów? – zapytał.

Na pewno nie – wtrąciła Aga.

A skąd macie pieniądze?

Od rodziców – odparła Magda.

I nie zamierzacie nigdzie pracować?

Nie, proszę pana. – Aga zauważyła, że gapi się na nią.

No to – zawiesił głos – macie to mieszkanie. – Jeszcze szerzej się uśmiechnął i spojrzał Adze w oczy.

Super! – wykrzyknęły obie.

Ot, kolejny facet oczarowany jej urokiem osobistym. Zaraz potem Magda poszła na randkę z Krzyśkiem, a Aga pojechała na Tarchomin, sprawdzić już raz odwiedzony adres, gdyż jak do tej pory nikt stamtąd nie zadzwonił. Gdy była już na miejscu, ktoś wychodzący z klatki wpuścił ją, stanęła przed drzwiami i zadzwoniła. Po chwili drzwi się otworzyły.

Tak, słucham – zaczęła nieznajoma w wieku około sześćdziesięciu lat.

Dzień dobry, czy tutaj mieszka pani Zofia Kowalewska?

Tak, to ja, o co chodzi?

Wie pani, dostałam pani adres od pani krewnej. Słyszałam, że pani mieszkała w Radomiu?

Tak, mieszkałam. O co chodzi? – pytała kobieta.

Widzi pani... Ja też tam mieszkam i szukam byłej sąsiadki. Ale to chyba nie pani... Ona mieszkała przy Żurawiej.

No, to nie ja, ja mieszkałam przy Wolność.

Oj, to bardzo przepraszam.

A czemu jej szukasz?

Bo... – Agnieszka zawiesiła głos, spuściła głowę, a po chwili dokończyła – bo dużo jej zawdzięczam i chciałam podziękować.

Nie, to nie ja.

Jeszcze raz przepraszam. Do widzenia.

Do widzenia.

Cel z każdym dniem się oddalał i czy kiedykolwiek go osiągnie? W końcu już tyle energii temu poświęciła. „Co jeszcze mogłabym zrobić?” – myślała.

Ustaliła z przyjaciółką, że we trójkę się spotkają w kawiarni, a po drodze zaczęła płakać. Jej życie wyglądało tak, że nie mogła się kontaktować z chłopakami, unikała z tego samego powodu spotkań towarzyskich, a teraz główny cel rozpływał się w niebycie. Jedynym sensem życia stały się zbliżające się studia. Marnym pocieszeniem było fajne mieszkanko na czas studiów za rozsądną cenę. Gdy przyjechała na umówione spotkanie, starała się za wszelką cenę kontrolować swoje zachowanie, gdyż zdawała sobie sprawę, jak bardzo Magdzie zależy na Krzyśku i nie mogła sobie pozwolić, aby w to nieświadomie ingerować. Szczególnie że już raz to zrobiła z Sebastianem. Dwoje zakochanych śmiało się oraz dobrze bawiło, podczas gdy ona, męcząc się przy tym okrutnie, cały czas się obserwowała. Na koniec on odprowadził je na stację kolejową, pożegnali się i dziewczyny wróciły do domu.

 

W tym czasie ja wróciłem do kraju. Byłem za granicą zdecydowanie krócej, niż planowałem, ale nie potrafiłem się tam odnaleźć. Za bardzo jestem przywiązany do miejsc, a poza tym istniała cały czas bariera językowa. Mimo że znam język angielski w stopniu pozwalającym na porozumiewanie się, to używanie go na co dzień było zbyt męczące oraz deprymujące. Czasem się zdarza, że po polsku miewam problemy z doborem odpowiedniego słowa, starając się wyrazić jak najkonkretniej daną myśl, a co dopiero w obcym języku. Komunikując się tam, cały czas miałem wrażenie tymczasowości albo nawet zapasowości. To, co mówiłem, było tylko substytutem tego, co miałem w głowie, a że sztucznym być nie potrafię, to wróciłem. Tymczasem przyjechawszy tutaj, zdecydowałem się na otworzenie prywatnego gabinetu pomocy psychologicznej w Warszawie. Nie posiadałem wykształcenia psychoterapeuty, a jedynie psychologa, jednak dotychczasowa praca z ludźmi dała wystarczającą szkołę w tym kierunku. A praktyka w tym zawodzie jest najważniejsza. Praktyka oraz wyczucie. Poprzednia praca w przychodni w stolicy sprawiała, że było parę osób, które wciąż potrzebowały pomocy i dowiedziawszy się, iż tu przyjmuję, wróciły. I ci sprzed lat byli niemal stałymi klientami, a dodatkowo polecali mnie znajomym, toteż krąg pacjentów się poszerzał, więc nie musiałem się martwić o ich brak. Jeśli chodzi o nią, to nie miałem z nią wtedy żadnego kontaktu, jednak myślałem o niej bardzo często. Nazbyt często...

 

Przeprowadzka dziewczyn do stolicy odbyła się bezproblemowo. Niewidoczny dotąd ojciec Agi zapakował rzeczy do swojego kombi, zabrał dziewczyny i zawiózł je do Warszawy. Był to kilkuletni, srebrny Ford Mondeo. Tapicerkę miał w jasnym kolorze, czyściutką, wszystko w środku też zadbane, a jedyną charakterystyczną rzeczą był naklejony z tyłu napis: „wyprzedzaj, jak ci się spieszy”. Droga minęła spokojnie, obfitując w rozmowy między dziewczynami. Siedział prawie cały czas cicho i tylko od czasu do czasu, wspominając doświadczenia ze swojej młodości, próbował dawać im praktyczne wskazówki.

Ja w waszym wieku nie miałem tak komfortowej sytuacji. Musiałem się zatroszczyć o pieniądze sam. Wy macie więcej szczęścia.

Powinnyście zapisywać wszystkie wydatki i dbać, aby wam nie zabrakło pieniędzy, bo w takim mieście szybko się rozchodzą – ciągnął za jakiś czas.

Aż po dłuższym namyśle stwierdził:

Zróbcie sobie dyżury sprzątania w częściach wspólnych. Jednego tygodnia jedna, a drugiego druga. Poza tym pamiętajcie, aby jak najmniej przebywać w tych częściach, bo może się tak zdarzyć, że będziecie miały siebie dość. Nie wchodźcie sobie w drogę, z tego same konflikty.

Podróżowała z rodzicami dwa lata wcześniej do Chorwacji. Jechali tym samym wozem, trochę mniej zapakowanym, i też prowadził ojciec. Trwało to prawie szesnaście godzin i była niezwykle tym zmęczona. Po drodze mieli pewien incydent. Otóż na jednej ze stacji benzynowych podszedł do nich mały, zapłakany, może pięcioletni chłopiec i spytał, gdzie są jego rodzice. Okazało się, że ich nie ma. Po prostu znikli. Jej matka wzięła go na ręce i próbowała uspokoić, a ojciec zaczął wykrzykiwać: „czyje to dziecko?” Mały uspokoił się nieco, a po kilku minutach podjechał z piskiem opon stary mercedes, wyskoczyła kobieta i podbiegła, odbierając chłopca. Jak się okazało, nie sprawdzając, czy jest w środku, odjechali ze stacji. To się nazywa roztargnienie! Ona też miała niejednokrotnie wrażenie, że rodzice o niej zapominali. W zasadzie tylko babcia troszczyła się o nią. Może i dobrze by było, gdyby zapomnieli zabrać jej z takiej stacji? Może wtedy zaopiekowałby się nią ktoś inny, kto poświęcałby więcej uwagi i po prostu pytał, jak sobie radzi w życiu osobistym?

Po przybyciu na miejsce i zaniesieniu gratów na górę ojciec nawet posiedział w nowym lokum kilkadziesiąt minut.

Może pomóc wam zrobić najpotrzebniejsze zakupy? – zapytał.

Nie, tato. Kolega nas zawiezie, ale najpierw musimy zobaczyć, czego nam brakuje.

A co to za kolega? Twój chłopak? – Poruszył się.

Nie, mój – odpowiedziała Magda.

A jak go poznałaś?

Jak byłyśmy na Mazurach.

Ale nie zamierza z wami zamieszkać? – kontynuował.

Nie, na razie mieszka z rodzicami. Jest z Warszawy.

Potem wrócił do Radomia i sam nie odezwał się przez prawie rok. Jedynie matka, starając się utrzymać z nią dobry kontakt, gdyż w ich domu panowała atmosfera oficjalności, więc po jej wyprowadzce czuła się samotna, czasami dzwoniła. Co prawda w tym czasie nie kłóciła się już z nim prawie w ogóle, lecz oboje żyli ze sobą z rozpędu, a nie prawdziwego uczucia.

Dla dziewczyn zamieszkanie bez rodziców było czymś nowym oraz swego rodzaju wyzwaniem. Mimo iż miały środki finansowe, to o resztę musiały się troszczyć same. Jednak stanowiło to dla nich odskocznię od dotychczasowego życia. Magda wiedziała, że same mogą decydować o swoim życiu i robić, co im się żywnie podoba. Dla niej było to niezwykle ważne. Poza tym, zamieszkanie w tak dużym mieście dawało poczucie ważności, a może i dostojności. Aga, będąc zamkniętą w sobie oraz męcząc się dręczącymi ją problemami, tylko trochę odczuwała ten klimat. Tak, cała ta sytuacja ją omijała, podobnie jak większość ostatniego życia. Może poza takimi momentami jak na Mazurach.

Spała na jawie, śniąc swój własny, koszmarny sen...

Zajęła mniejszy pokój, wiedząc, iż przyjaciółka ma chłopaka i będzie potrzebowała tego większego. Większy posiadał ścianę wspólną z kuchnią, natomiast ten mniejszy znajdował się przy drugim końcu korytarza. Ten drugi miał niecałe osiem metrów kwadratowych, był w kształcie kwadratu i posiadał spore okno na podwórze. Po jednej stronie stało rozkładane łóżko, po drugiej szafa, mały regalik, a przy oknie niewielkie biurko. Przesuwając co nieco meble tak, aby dostęp do okna był nieutrudniony, szybko przystosowała to pomieszczenie do własnych potrzeb. Obok łóżka postawiła niewielką szafkę mającą służyć jako nocna półka, a na niej lampkę. I do niej włożyła swój skarb, czyli złoty wisiorek. Miał być pod ręką, aby przypominać o powinności oddania. Tego samego dnia wieczorem Magda zagadała Agę:

Agniecha, Krzysiek chce dziś do nas wpaść.

No to dobrze. Chyba się cieszysz? – zapytała retorycznie Aga.

Pewnie, że tak, ale on chce wpaść z kolegą.

A po tu on? – Zareagowała Aga z pretensją.

No wiesz... Chce cię z nim poznać.

Niech se da spokój. Nie jestem zainteresowana – odparła żałośnie Agnieszka.

Może powinnaś?

Nie. – Ucięła to.

Wieczorem przyjechał sam. Rozejrzał się po pokojach i usiedli w kuchni.

Całkiem fajne mieszkanko – skomentował.

I w dobrym punkcie – odpowiedziała Magda.

Co prawda słyszałem, że Wola to taka mała Praga, ale chyba się sporo zmieniło – ciągnął.

Jak to mała Praga? – dopytała Aga.

Czyli po Pradze to największe siedlisko menelstwa. Zresztą idąc tu, widziałem dwóch nieciekawych typków. Nawet się chwilę zastanowiłem, czy czegoś nie zrobią z samochodem.

Nie będzie tak źle. Właściciel mówił, że to spokojna okolica.

Tak, jak mówiłem, może się zmieniło, bo wujek tu mieszkał dwadzieścia lat temu i narzekał – kontynuował.

Trochę nas straszysz – zauważyła Agnieszka.

Mówię, co wiem.

Rozmawiali jeszcze przez kilkadziesiąt minut i zanim Aga ich zostawiła, Magda zaproponowała:

Krzysiu, może zostaniesz na noc, oblejemy chatę.

Nie przepadam za alkoholem, a poza tym podobno pierwszej nocy lokatorzy powinni być sami.

A czemu to? – Zdziwiła się rozmówczyni.

Bo po pierwsze, pierwszy sen na nowym jest znaczący, a po drugie, jak to mówiła moja babcia, mieszkanie musi nasiąknąć mieszkańcami.

Brzmi magicznie – stwierdziła Magda.

Ludzie starej daty wierzyli w takie rzeczy. Może jest coś na rzeczy? – zapytał retorycznie.

Agnieszka poszła do swojego pokoju, zaczęła układać rzeczy tak, aby je optymalnie rozmieścić. Dodatkowo na biurku ustawiła laptopa i włączyła muzykę. Zaczęła oczywiście od swojego ukochanego zespołu Camel. Wyobrażając sobie, jak będą wyglądały najbliższe lata, położyła się na rozkładanym łóżku. W ogóle nie myślała o ułożeniu sobie życia pod względem związku z jakimś chłopakiem. To było zupełnie obce. Rozważała natomiast swoje przyszłe losy w aspekcie związanym ze studiami i późniejszą pracą. Planowała zostać pisarką, ale nie było to już tak nieokrzesane marzenie, jak w momencie, gdy podejmowała tę decyzję. Powoli rodził się pomysł na pierwszą książkę, lecz jak na razie nie była w stanie tego zrealizować przez to, co działo się w głowie od ponad roku. Ten mętlik skutecznie to uniemożliwiał i z tego samego powodu myślała o zbliżających się studiach. Wiedziała, iż nie jest w stanie w pełni się skoncentrować na teraźniejszości. Tego już zdążyła się przez ten czas o sobie dowiedzieć. Owego wieczoru nie mogła przez długi czas usnąć, leżąc tylko bezczynnie na łóżku, a w głowie dwoiło się i troiło. Dodatkowo ta Ciemna Postać, więc odganiała sen. Zasnęła dopiero około trzeciej w nocy.

 

Jest u rodziców, w swoim pokoju i właśnie się przeprowadza. Na podłodze leży jaskrawy, fioletowy dywan. Przecież nie miała żadnego dywanu czy wykładziny! Na biurku zaś stoi lampa naftowa, ale nie ta z komórki, lecz dwa razy większa. Mimo że jest widno, to pali się. Klosz nie jest osmalony na czarno, ale pokryty czymś, co lśni na złoto. Spogląda na swoją bliznę na dłoni i przypomina sobie babcię. Tak dużo by dała, aby powróciła. Za chwilę pakuje swoje rzeczy do dziwnych, bo przezroczystych pudeł, nakrywa je czerwonymi suknami i stawia jedno na drugim. Do jednego włożyła książki, do drugiego kosmetyki, a do kolejnych ubrania. Ale nagle zauważa, że na biurku, przebierając nogami, leży na wznak żywy żółw. Podchodzi do niego, przekręca tak, aby mógł się swobodnie poruszać, a ten po chwili staje na tylnych łapach i przednimi zaczyna machać w jej stronę. Aga myśli, iż na pewno niektóre tak potrafią i jest zdziwiona, że nikt przed nią tego nie odkrył. Z nim na rękach wychodzi na dwór, po czym kładzie na trawniku, a on idzie w stronę komórki. To będzie dla niego dobra kryjówka. Odprowadza go wzrokiem, a następnie wraca do pokoju. Wszystko, co pakowała, nie znajduje się już w tych przezroczystych pudłach, a leży poukładane na wersalce. Przypomina sobie dzieciństwo, jak rodzice uczyli ją składania ubrań w ten sposób, ale tym razem ona tego nie zrobiła. Rozgląda się po pokoju, sprawdzając, czy nikogo tam nie ma, po czym przechadza się po całym domu w tym samym celu. Nie ma ani mamy, ani ojca, lecz po chwili widzi siedzącą na fotelu babcię. która okryta jest białym szlafrokiem, na jednej ręce ma wenflon, a w drugiej trzyma małą butelkę wody. Podbiega do niej, zaczyna ją przytulać i całować. Pyta, co ona tu robi, a ta odpowiada, że w zasadzie to powinna być w szpitalu, natomiast przyszła tylko na chwilę zobaczyć, jak ona sobie radzi. Aga całe lata czekała na jej powrót. Przez chwilę rozmawiają, następnie babcia mówi, że już musi wracać do szpitala, żegna się i powoli wychodzi z domu. Aga nie próbuje jej gonić i jedynie zbiera jej się na łzy. Musi na to pozwolić. Stoi przez chwilę w przedpokoju i wraca do siebie. Tym razem jej rzeczy są już spakowane w walizki i torby, których nigdy nie widziała. Jedna walizka jest wykonana z wiklin, druga z płótna wyglądającego jak len, a torba jest żółta i lśni.

Siedzi w samochodzie na tylnym siedzeniu, ale nie jest to wóz ojca, lecz stare Volvo, a poznaje to po znaczku na kierownicy. W radiu gra niezidentyfikowana muzyka. Próbuje się skupić, aby rozpoznać, co to za dźwięki, ale te tylko dudnią. Jest sama, a auto stoi gdzieś na polu. Wokół tylko trawa i ścierniska. W pewnym momencie słyszy w radiu, że właśnie mija północ, jednak za oknem jest całkiem jasno. Co jest grane? Rozgląda się w poszukiwaniu słońca, ale dostrzega tylko ciągnące się aż po horyzont grube chmury. Robi się zupełnie ciemno. Stało się to tak nagle. Siedzi, rozgląda się i pociągając za klamkę, próbuje otworzyć drzwi, ale te nie reagują – są zamknięte. Szuka po omacku blokady, lecz nie znajduje. Przesuwa się w drugą stronę i próbuje otworzyć tamte drzwi, ale z nimi jest dokładnie to samo. Wychyla się do przodu, sięga do przednich, opiera się na oparciach brzuchem i ręką wymacuje klamkę, ale i one są zablokowane. Muzyka w radiu cichnie, a pojawia się głos wymieniający po kolei cyfry: „jeden, dwa, trzy, cztery, pięć...” Z przeciwka podjeżdża samochód z włączonymi długimi światłami. Przez chwilę nic się nie dzieje, lecz potem wysiada z niego kilka osób. Wszyscy wyglądają, jakby byli ubrani na czarno, lecz to może się zdawać, gdyż jest ciemno i jest oślepiona jasnymi światłami. „Dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem...” Jest ich około dziesięciu. Powoli podchodzą do jej samochodu, otaczają go, mają zaciągnięte kaptury, lecz widać, że patrzą w jej stronę. Schylają się tuż przy aucie i po kilku sekundach ten się porusza. Co się dzieje? Ci ludzie podnieśli wóz i zaczynają go przenosić! „Czterdzieści trzy, czterdzieści cztery, czterdzieści pięć...” Zaczyna siłować się z drzwiami, aby je otworzyć. Nic. Rozgląda się, wali pięściami w szyby. Na próżno. „Pięćdziesiąt dwa, pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt cztery...” Wtem, czuje coś obok siebie. Błyskawicznie odwraca się w tamtą stronę, lecz nie widzi nic. Nerwowo się rozgląda we wszystkie strony, ale jest sama. Słyszy swój oddech i pulsowanie krwi w tętnicach. Znów wyczuwa czyjąś obecność, więc po raz kolejny się odwraca i widzi ją. Ciemną Postać. Chce uciekać, ale nie ma dokąd. Opuszczają ją siły, lecz próbując otworzyć drzwi, uderza barkiem. Rozgląda się i szuka pomocy. I te trąby tybetańskie. A te niewidzialne oczy ją przenikają. Ciemność Postaci wypełnia ją i teraz ma wrażenie, że ta ciemność delikatnie świeci. Wokół ciemno, obcy ludzie na zewnątrz i ta promieniująca ciemność Postaci. Próbuje dostrzec jej barwę, ale widzi tylko poświatę, lecz ta poświata jest ciemnością! Nigdy czegoś takiego nie widziała! Nogi wbija w podłogę. Zaczyna krzyczeć. Budzi się.

 

Rano, przy śniadaniu postanowiła podzielić się z przyjaciółką tym, co ją nawiedza w snach.

Wiesz Madziu, od dawna, chyba od czasów Sławka, mam senne koszmary i praktycznie zawsze kończą się tak samo. Pojawia się w nich jakaś ciemna postać, niosąca ze sobą dziwne i wielkie zagrożenie. Nie wiem co robić...

Przeżyłaś wtedy wielką traumę i pewna jej część pozostała w tobie, odzywając się teraz. Myślę, że powinnaś iść na psychoterapię – zauważyła Magda.

No, nie wiem... Może to głupie, co powiem, ale mam wrażenie, że to Sławek powraca w snach, aby się zemścić.

Nie bądź głupia. To twój umysł płata ci figle i tyle.

Posłuchaj. Wielokrotnie byłam w tych snach czymś zagrożona i zawsze wtedy on się pojawia. Chce mnie ukarać za to, co zrobiłam. Nie może zrobić tego w świecie realnym, więc przychodzi w nocy, kiedy śpię – starając się, aby nikt poza Magdą jej nie usłyszał, mimo iż były w mieszkaniu same, Aga mówiła szeptem.

Uspokój się. To tylko wytwór twojego mózgu. Koniecznie idź na terapię.

Ale ja nie chcę. Wiem, że to mi nic nie da.

Skąd wiesz, skoro nie byłaś? – Magda mówiła wyjątkowo ciepłym głosem.

Byłam i wiem, że muszę sobie sama poradzić.

Ale przecież byłaś tylko u szkolnego pedagoga... A przecież są specjalnie szkoleni terapeuci, znający specjalne techniki i sposoby radzenia sobie z podobnymi przypadłościami.

Nie Madziu, nie pójdę – protestowała Aga. – Chyba że życie mnie zmusi.

A do czego ma cię jeszcze doprowadzić twój zraniony umysł? Zobacz, stronisz od towarzystwa, nie chcesz mieć chłopaka po tym, co przeżyłaś ze Sławkiem, a teraz jeszcze dowiaduję się o nocnych koszmarach... – Wyliczała problemy Magda. – Musisz coś ze sobą zrobić, bo takie życie, to nie życie, to wegetacja!

Przyjdzie czas, to znajdę faceta.

Jeszcze chwila i pewnie zaczniesz lunatykować! Jeszcze coś złego sobie zrobisz! Nie marnuj sobie młodości!

Nie martw się o mnie... – Agnieszka reagowała z wyniosłością. – Nie potrzebnie w ogóle o tym mówiłam.

Bardzo dobrze, że mówisz, zamiast dusić to w sobie. Agniecha, proszę cię, idź na terapię.

Może bym i poszła, ale tylko do tego psychologa, u którego byłam zaraz po Sławku... – wyjaśniała Aga.

Był aż tak dobry?

Tak, był świetny, a w dodatku pasował mi jako człowiek.

Spróbuj u kogoś innego, skoro mówiłaś, że u niego nie ma szans. Jak poszukasz, to znajdziesz kogoś, kto ci podpasuje – Magda nalegała błagalnym głosem.

 

 

ROZDZIAŁ XX

 

 

Kilka dni później pojawiły się na wymarzonych studiach. Sala była wypełniona niemal wyłącznie dziewczynami, co akurat podobało się Agnieszce, gdyż miała dość kontaktów z chłopakami. Wypatrując, czy nie ma kogoś, kto byłby nią zainteresowany, od początku rozglądała się nerwowo. Zwykle dziewczyny robią to, mając nadzieje na związek, a u niej było dokładnie odwrotnie. Siedziała jak na szpilkach i w pewnym momencie zauważyła, że jeden z nich zaczyna się za nią oglądać. Od razu zwrócił na nią uwagę, jednak dał to po sobie poznać po którymś z kolei wykładzie. Na początku siedział kilka metrów dalej, lecz w przerwie przeniósł się bliżej. Usiadł tuż przed nią, a po kolejnym wykładzie odwrócił się i zaczął rozmowę. Był rudy, miał trochę ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, nieco kwadratową twarz, a ubrany w luźne, niebieskoszare, zwisające ciuchy.

Cześć dziewczyny, jestem Adam – wpatrując się w nią cały czas, rzekł.

Cześć, jestem Magda – przywitała się, podczas gdy Aga miała ochotę przenieść się w inne miejsce.

A ty jak masz na imię? – spytał Agi.

Agnieszka – nie patrząc mu w oczy choćby przez chwilę, odpowiedziała po cichu.

Chyba jesteś nie w sosie? – zauważył.

Daj jej spokój, jest zmęczona – tłumaczyła Magda.

Niech sama odpowie, ma chyba język.

Nie mam ochoty na znajomości – odrzekła Aga, nie podnosząc oczu.

Trudno ci będzie z tym na studiach. – Zaśmiał się, pokręcił głową z niezadowoleniem i odwrócił się do przodu sali.

Magda nachyliła się nad uchem przyjaciółki i szeptem stwierdziła:

Jest całkiem fajny, może powinnaś się nim zainteresować. Leci na ciebie.

Nie chcę o tym słyszeć!

Jak se chcesz...

Jednak w miarę, jak trwały wykłady i była zajęta tematami, przestała się kontrolować i spytała go z uśmiechem:

Mogłabym ci w jakiś sposób pomóc?

Ej! – Poruszył się. – Chyba na stałe będę siedział blisko ciebie.

Lepiej nie. – Zapadła się głąb siebie.

Czemu? Tak miło mi się z tobą gada.

Daj se spokój. Nie zawracaj sobie mną głową. – Odwróciła się w inną stronę.

Potem próbował kilkakrotnie nakłonić ją do rozmowy, ale gdy tylko to czynił, zamierając w bezruchu, zaprzestawała czegokolwiek. I tak do końca dnia. Potem czas było do domu. Będąc bardzo zmęczoną tą emocjonalną szarpaniną, wracała z przyjaciółką.

Jej pierwszy dzień w liceum. Usiadła w ławce, a rówieśnicy wydawali się osaczać ją z każdej strony. Próbowała się rozglądać i nawiązać z kimś kontakt, ale każde wypowiadane przez nich słowo prawie dudniło w głowie, a każda twarz wydawała się napastliwa i krzycząca. Trochę się czuła jakby była uczestniczką jakiegoś okropnego filmu, gdzie musi się bronić przed tłumem zombie. Tylko ona z Magdą, a wokół sami wrogowie. Miała w głowie jedynie ten chaos. Dopiero po kilkunastu dniach zaczęła normalnie postrzegać osoby ze swojej klasy, z niektórymi się kolegować, a cała reszta, poza dwoma kolegami, o których była mowa, pozostała obca aż do końca, czyli matury. Na początku dwóch poprzednich szkół miała to samo. W podstawówce pierwszego dnia w połowie zajęć nawet uciekła ze szkoły, zaszyła się w szopie i płakała, co wtedy było rzadkością.

Tego samego dnia wieczorem przyszedł czas zrobić zakupy do mieszkania, więc Magda zadzwoniła do Krzyśka, a ten zawiózł je tam samochodem. Auto to stara Mazda Sześć Dwa Sześć. Widać było spore ślady korozji, ale jeszcze się trzymała. W środku jasnoszara tapicerka powycierana w wielu miejscach, a kierownica popękana ze starości. W panelu tkwiło leciwe radio, jednak z odtwarzaczem płyt kompaktowych, a leciała rockowa muzyka z lat osiemdziesiątych. Aktualnie to było Genesis i piosenka „Home by the sea”. Po dojechaniu na miejsce, wybierając skrzętnie, czego im brakowało, obeszły niemal cały supermarket. Potem zapakowali się do auta i wrócili. Kupili między innymi wino oraz kilka piw, aby wieczorem zrobić małą imprezkę.

Może zostaniesz na noc? – spytała go Magda, podczas gdy Aga krzątała się po domu.

Na noc to nie, ale posiedzę przez chwilę.

Napijemy się razem, pogadamy, a rano pojedziesz.

Wy sobie popijcie, a ja tylko sok. Muszę wracać do domu – odpowiedział dość oficjalnie, ale po chwili się uśmiechnął.

Co, mama woła? – zażartowała.

Nie, ale jutro mam ciężki dzień.

A może jednak?

Nie naciskaj, bo nic nie wskórasz. – Pokręcił głową.

Jak se chcesz, ale jakby co, to znajdzie się miejsce. – Zareagowała z lekką pretensją.

Trochę później wsiadł w samochód i wrócił do domu. I kolejny raz doszło do rozmowy między dziewczynami.

Czemu on nie został? – pytała Magda.

Tak, jak ci mówiłam. Według mnie to romantyk i czeka na lepszą okazję.

Nie chce mnie bzyknąć? – Przyjaciółka zareagowała z pretensją.

Pewnie chce, ale chyba jeszcze nie teraz – tłumaczyła Aga.

Chyba – odparła ta druga po dłuższej chwili – mu się nie podobam.

Magda, podobasz mu się. Wytrzymaj.

Ja mam inne zdanie. – Magda się niemal obraziła.

A zobaczysz, na wszystko przyjdzie czas.

Następnego dnia nieco skacowane poszły na wykłady i nie było to im w smak. Wolałyby posiedzieć w domu. Tego dnia Adam znów usiadł blisko Agi, próbując ją zaczepiać, ale ona nie zamierzała odwzajemniać zainteresowania. Do końca wykładów zachowywała się identycznie jak ostatnio.

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 28.08.2018 13:01 · Czytań: 71 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
Asocjacja dnia 04.09.2018 09:49
Witam, na początku zaproponuję nieśmiało drobne poprawki
Cytat:
We­szły na wał prze­ciw­po­wo­dzio­wy i skie­ro­wa­ły się poza War­sza­wę, czyli na pół­noc.

- opuściłabym słowo "czyli"
Cytat:
na rzece znaj­do­wa­ła się spora wyspa

- spora, tzn. jaka?
Cytat:
roz­ko­szo­wa­ły się pra­wie zu­peł­ną ciszą, któ­rej wtó­ro­wał de­li­kat­ny szmer Kró­lo­wej Pol­skich Rzek. Do­mi­no­wał brak na­zbyt szyb­kiej rze­czy­wi­sto­ści dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku.

- za dużo poetyzmu, zgrzyta
Cytat:
je­dy­nie na­słu­chi­wa­ły wody, szumu wia­tru

- może - szumu wody i wiatru
Cytat:
Pró­bu­jąc na­pra­wić, naj­pierw mę­czył się, a potem zo­sta­wi­li go, a sami wra­ca­li na pie­cho­tę.

- niefortunny opis
Cytat:
mi­nę­ło sporo czasu,

- tzn. ile?
Cytat:
Prak­tycz­nie bez przy­go­to­wań, więc miał być to bar­dzo spon­ta­nicz­ny i ży­wio­ło­wy wy­jazd.

- praktycznie, więc - składnia
Cytat:
Też za­mie­rza­ła po­pły­wać, ale cze­ka­ła na to, aż wróci przy­ja­ciół­ka.

- może lepiej - czekała na powrót przyjaciółki
Cytat:
– O, to spore wy­zwa­nie.

- tzn. jakie?
Cytat:
Nie, mamy sporą dwój­kę na moim ro­we­rze.

- tzn. jaką?
Cytat:
Potem wró­cił do Ra­do­mia i sam nie ode­zwał się przez pra­wie rok.

- sam- musi być?
Cytat:
Tego sa­me­go dnia wie­czo­rem przy­szedł czas zro­bić za­ku­py do miesz­ka­nia, więc Magda za­dzwo­ni­ła do Krzyś­ka, a ten za­wiózł je tam sa­mo­cho­dem.

- dokąd?
Cytat:
Widać było spore ślady ko­ro­zji

- znowu "spore"
Cytat:
Potem za­pa­ko­wa­li się do auta i wró­ci­li.

- może lepiej określić, co zapakowali do auta?
Poza tym Magda cały czas "zawiesza głos"a obie bohaterki mówią "se" :) Ja do tej pory tak mówię, może one po polonistyce zaczną mówić poprawniej?
Co do Twojego utworu: dialogi, opisy snów, opis wycieczki rowerowej, bardzo dobre. Gratulacje! :yes:
Pozdrawiam
Asocjacja :)
AntoniGrycuk dnia 04.09.2018 18:21
Asocjacjo,

Bardzo dziękuję za czytanie i komentarz.
Po przemyśleniu zgadzam się z połową Twoich uwag. Wybacz, ale jeśli nie piszę szczegółów, a jedynie, że np. spore, to tak zamierzałem. Szczególne znaczenie ma to w przypadku wyspy, bo jeśli dokładnie nie określę jej wielkości, to wyobraźnia będzie mocniej pracować. A jak wyobraźnia, to i tajemniczość. A jest napisane, że wyspa skrywała tajemnicę.
Tym niemniej z dużą ilością uwaga się zgadzam i bardzo Ci dziękuję za pokazanie mi ich.
I dziękuję za tak przychylną opinię.

Do zobaczenia pod naszymi tekstami.
Pozdrawiam
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
19/09/2018 22:44
Rozumiem, Niczyja szukasz mocnych wrażeń w prozie :) Owszem,… »
Ania_Basnik
19/09/2018 22:41
Przeczytałam, jest pięknie i magicznie, jak to u Ciebie.… »
Niczyja
19/09/2018 22:36
DoCo! No Ciebie jako mojego ulubionego autora nie mogłam… »
Niczyja
19/09/2018 22:26
Cześć Michale, Czytałam dziś Twoje najnowsze miłosne… »
DanielKurowski1
19/09/2018 21:57
Dziękuję za komentarz, wkrótce poprawie błędy »
StalowyKruk
19/09/2018 21:57
Rzeczywiście, ze znakami interpunkcyjnymi miewam problemy.… »
Jacek Londyn
19/09/2018 21:33
Pierwsza godzina jazdy przebiegała spokojnie. Koła miarowo… »
Dobra Cobra
19/09/2018 21:07
Przypowiesc o automatyce piekna. Dziękuję. GregoryJ,… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:57
Ten rodzaj opowiadań to nie moja bajka, zatem przeleciałem… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:40
Milcząca Elu Walczak, dlaczego milczysz, gdy ktoś… »
JOLA S.
19/09/2018 18:54
Witaj, margor, tytuł opowiadania szalenie obiecujący. :)»
mike17
19/09/2018 18:52
Życie lubi zaskakiwać, i tak tu chciałem, by było. Nic na… »
ajw
19/09/2018 18:25
No cóż.. czasem życie i tak się plecie. Chyba wiele takich… »
22227
19/09/2018 17:41
Początek obiecujący, tylko lepiej by było "zapadła noc… »
22227
19/09/2018 17:28
No cóż... gdyby nie te wilki, ale wierszyk fajny. »
ShoutBox
  • mike17
  • 19/09/2018 22:55
  • Aniu, ponieważ pisaliśmy naraz komenty, uzupełniłem moją odpowiedź dla Ciebie :)
  • JOLA S.
  • 16/09/2018 09:48
  • Stawitzky, dzięki i dobergo dnia :)
  • JOLA S.
  • 14/09/2018 14:47
  • Yitopaz, możesz cały tekst podmienić, wytnij i wklej od nowa, nie będzie przechodził przez maszynkę Redakcji. :)
  • mike17
  • 13/09/2018 18:02
  • A tu informacja konkursowa : [link]
  • mike17
  • 13/09/2018 18:01
  • Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie w prozie MUZO WENY 6, gdzie inspiracją jest muzyka, na podstawie której należy napisać miniaturkę i wysłać mnie. Czekają atrakcyjne nagrody :)
  • Esy Floresy
  • 11/09/2018 22:24
  • Czas ucieka coraz szybciej, zostało 10 dni. Łapcie, więc za pióra i nadsyłajcie wiersze na konkurs :) [link]
  • Kushi
  • 09/09/2018 13:32
  • Miłej Niedzieli Kochani [link] :)
Ostatnio widziani
Gości online:10
Najnowszy:vertygolamosa
Wspierają nas