Życie po śmierci - część VI, rozdziały: 21-24 - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Życie po śmierci - część VI, rozdziały: 21-24
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

ROZDZIAŁ XX

 

 

Kilka dni później pojawiły się na wymarzonych studiach. Sala była wypełniona niemal wyłącznie dziewczynami, co akurat podobało się Agnieszce, gdyż miała dość kontaktów z chłopakami. Wypatrując, czy nie ma kogoś, kto byłby nią zainteresowany, od początku rozglądała się nerwowo. Zwykle dziewczyny robią to, mając nadzieje na związek, a u niej było dokładnie odwrotnie. Siedziała jak na szpilkach i w pewnym momencie zauważyła, że jeden z nich zaczyna się za nią oglądać. Od razu zwrócił na nią uwagę, jednak dał to po sobie poznać po którymś z kolei wykładzie. Na początku siedział kilka metrów dalej, lecz w przerwie przeniósł się bliżej. Usiadł tuż przed nią, a po kolejnym wykładzie odwrócił się i zaczął rozmowę. Był rudy, miał trochę ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, nieco kwadratową twarz, a ubrany w luźne, niebieskoszare, zwisające ciuchy.

Cześć dziewczyny, jestem Adam. – Wpatrywał się w nią cały czas.

Cześć, jestem Magda – przywitała się, podczas gdy Aga miała ochotę przenieść się w inne miejsce.

A ty jak masz na imię? – spytał Agi.

Agnieszka. – Nie patrzyła mu w oczy choćby przez chwilę.

Chyba jesteś nie w sosie? – zauważył.

Daj jej spokój, jest zmęczona – tłumaczyła Magda.

Niech sama odpowie, ma chyba język.

Nie mam ochoty na znajomości – odrzekła Aga, nie podnosząc oczu.

Trudno ci będzie z tym na studiach. – Zaśmiał się, pokręcił głową z niezadowoleniem i odwrócił się do przodu sali.

Magda nachyliła się nad uchem przyjaciółki i szeptem stwierdziła:

Jest całkiem fajny, może powinnaś się nim zainteresować. Leci na ciebie.

Nie chcę o tym słyszeć!

Jak se chcesz...

Jednak w miarę, jak trwały wykłady i była zajęta tematami, przestała się kontrolować i spytała go z uśmiechem:

Mogłabym ci w jakiś sposób pomóc?

Ej! – Poruszył się. – Chyba na stałe będę siedział blisko ciebie.

Lepiej nie. – Zapadła się głąb siebie.

Czemu? Tak miło mi się z tobą gada.

Daj se spokój. Nie zawracaj sobie mną głową. – Odwróciła się w inną stronę.

Potem próbował kilkakrotnie nakłonić ją do rozmowy, ale gdy tylko to czynił, zamierając w bezruchu, zaprzestawała czegokolwiek. I tak do końca dnia. Potem czas było do domu. Będąc bardzo zmęczoną tą emocjonalną szarpaniną, wracała z przyjaciółką.

Jej pierwszy dzień w liceum. Usiadła w ławce, a rówieśnicy wydawali się osaczać ją z każdej strony. Próbowała się rozglądać i nawiązać z kimś kontakt, ale każde wypowiadane przez nich słowo prawie dudniło w głowie, a każda twarz wydawała się napastliwa i krzycząca. Trochę się czuła jakby była uczestniczką jakiegoś okropnego filmu, gdzie musi się bronić przed tłumem zombie. Tylko ona z Magdą, a wokół sami wrogowie. Miała w głowie jedynie ten chaos. Dopiero po kilkunastu dniach zaczęła normalnie postrzegać osoby ze swojej klasy, z niektórymi się kolegować, a cała reszta, poza dwoma kolegami, o których była mowa, pozostała obca aż do końca, czyli matury. Na początku dwóch poprzednich szkół miała to samo. W podstawówce pierwszego dnia w połowie zajęć nawet uciekła ze szkoły, zaszyła się w szopie i płakała, co wtedy było rzadkością.

Tego samego dnia wieczorem przyszedł czas zrobić zakupy do mieszkania, więc Magda zadzwoniła do Krzyśka, a ten zawiózł je tam samochodem. Auto to stara Mazda Sześć Dwa Sześć. Widać było spore ślady korozji, ale jeszcze się trzymała. W środku jasnoszara tapicerka powycierana w wielu miejscach, a kierownica popękana ze starości. W panelu tkwiło leciwe radio, jednak z odtwarzaczem płyt kompaktowych, a leciała rockowa muzyka z lat osiemdziesiątych. Aktualnie to było Genesis i piosenka „Home by the sea”. Po dojechaniu na miejsce, wybierając skrzętnie, czego im brakowało, obeszły niemal cały supermarket. Potem zapakowali się do auta i wrócili. Kupili między innymi wino oraz kilka piw, aby wieczorem zrobić małą imprezkę.

Może zostaniesz na noc? – spytała go Magda, podczas gdy Aga krzątała się po domu.

Na noc to nie, ale posiedzę przez chwilę.

Napijemy się razem, pogadamy, a rano pojedziesz.

Wy sobie popijcie, a ja tylko sok. Muszę wracać do domu – odpowiedział dość oficjalnie, ale po chwili się uśmiechnął.

Co, mama woła? – zażartowała.

Nie, ale jutro mam ciężki dzień.

A może jednak?

Nie naciskaj, bo nic nie wskórasz. – Pokręcił głową.

Jak se chcesz, ale jakby co, to znajdzie się miejsce. – Zareagowała z lekką pretensją.

Trochę później wsiadł w samochód i wrócił do domu. I kolejny raz doszło do rozmowy między dziewczynami.

Czemu on nie został? – pytała Magda.

Tak, jak ci mówiłam. Według mnie to romantyk i czeka na lepszą okazję.

Nie chce mnie bzyknąć? – Przyjaciółka zareagowała z pretensją.

Pewnie chce, ale chyba jeszcze nie teraz – tłumaczyła Aga.

Chyba – odparła ta druga po dłuższej chwili – mu się nie podobam.

Magda, podobasz mu się. Wytrzymaj.

Ja mam inne zdanie. – Magda się niemal obraziła.

A zobaczysz, na wszystko przyjdzie czas.

Następnego dnia nieco skacowane poszły na wykłady i nie było to im w smak. Wolałyby posiedzieć w domu. Tego dnia Adam znów usiadł blisko Agi, próbując ją zaczepiać, ale ona nie zamierzała odwzajemniać zainteresowania. Do końca wykładów zachowywała się identycznie jak ostatnio.

 

 

ROZDZIAŁ XXI

 

 

Kolejnego dnia wykłady zaczynały się nieco później, więc będąc sama w domu, robiła porządki i akurat zajmowała się kuchnią, która była urządzona, zresztą jak całe mieszkanie, nieco staroświecko. Same dość stare szafki i stół w podobnym wieku, przysunięty długim bokiem do ściany. Lodówka, stała też tam pralka, ale zmywarki brak. Wokół stołu, po dwóch stronach, umieszczone trzy leciwe krzesła, a na nim opiekacz do tostów, którego nowość dawno minęła. Mieszało jej się wszystko z przeszłości, powodując spory zawrót głowy. Sławek. Niechciane flirty z chłopakami. Ciemna Postać ze snów... Wszystkie te nocne wizje, buzując i kłębiąc się gdzieś pomiędzy pamięcią a rzeczywistością, powracały ze zdwojoną siłą. Próbowała przypomnieć sobie, która z nich pojawiła się pierwsza i kiedy to było dokładnie, ale teraz stanowiły niemal jedność z teraźniejszością. W zasadzie to od śmierci Sławka nie potrafiła się emocjonalnie odciąć od swojej przeszłości, a w tym wspomnień snów. Reagowała na te wspomnienia, jakby to działo się tu i teraz. A nawet silniej, bo o ile na rzeczywistość miała jako takie lekarstwo w postaci swojej komórki, to w stosunku do przeszłości była bezbronna. Nie panowała nad swoją psychiką.

W pewnym momencie usłyszała pukanie. Skąd dobiega ten dźwięk? To chyba stukanie w szybę. Było to o tyle dziwne, że mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze... Skupiła się, jak mogła najbardziej i słuchała, czy nie dociera ten charakterystyczny dźwięk tybetańskich trąb. Ale nie, oprócz pukania odzywającego się w pamięci, zalewała ją tylko cisza. Najpierw ruszyła tylko głową w lewo i prawo. Usłyszała go ponownie. Prawdopodobnie dobiegał z jej pokoju. Jednocześnie mocno się skupiła, aby rozpoznać, co to za dźwięk, a zarazem ta przeszłość. Bardzo niepewnie i powoli zrobiła dwa kroki w tamtą stronę, zatrzymała się, zawahała, wzięła głęboki oddech, który już w tym momencie mocno przyspieszył, ale przemogła się i ruszyła. Gdy była na wysokości pokoju swojej współlokatorki, stanęła w miejscu i spojrzała na znajdujące się tam okno. Nie było tam żadnego ptaka. Wewnątrz wszystko też było w porządku. Dokładnie obejrzała zarówno łóżko, stół z komputerem i drukarką, jak i regał. Jednak dźwięk dobiegał z jej pokoju, więc przeszła dalej. Zatrzymała się dopiero przed drzwiami. Przez chwilę pomyślała, czy te dźwięki nie wydobywają się samoczynnie z rozkładanego łóżka – ze sprężyn, czy czegoś tam jeszcze. Obejrzała pozostałe meble i zerknęła na okno. Z daleka ono wyglądało też normalnie. Stanęła w progu. Czy to postać ze snów, nie przyjmując materialnej formy, to powoduje? Co jeszcze może jej grozić? Tkwiła w miejscu, a łzy samoistnie zaczęły płynąć po policzkach. Oparła się barkiem o futrynę, zwiesiła bezsilnie głowę i jedyne, na co miała ochotę, to wrócić do rodziców, zaszyć się w swojej szopie i nie wychodzić stamtąd przez dłuższy czas.

Pierwszy obraz, jaki pamięta ze swojego życia, to zapłakana matka stojąca za częściowo przeszklonymi, zamkniętymi drzwiami i pukająca w nie. Ona sama jest w jakimś pomieszczeniu, patrzy na te łzy matki, a obok stoi jakaś osoba ubrana cała na biało. W zasadzie pamięta tylko ten jeden obraz, a najważniejszą częścią tej wizji, która do dziś w niej wywołuje emocje, to ten płacz matki. Nie może sobie przypomnieć ani kiedy, ani gdzie to było. Któregoś razu podczas rozmowy matka wyjaśniła, że Aga, mając niespełna rok, trafiła do szpitala, a matka stała za właśnie takimi drzwiami, płacząc. Czy to możliwe, że pamięta coś z tak wczesnego dzieciństwa? Jak się okazuje, chyba tak. To niezwykle silne emocje sprawiły, że obraz ten wdrukował się w pamięć.

Ponownie usłyszała ten dźwięk. Dobiegał od strony okna. Już miała osunąć się na podłogę, ale podniosła wzrok, i zobaczyła jakiś długi i cienki przedmiot zbliżający się z boku, po czym nierównomiernie w nie pukający. Nogi zrobiły się miękkie. Chciała zacząć krzyczeć. Wreszcie zebrała się w sobie, otarła łzy, szybkim krokiem podeszła do okna, otworzyła, spojrzała w prawo i przedmiot ten okazał się kijem od szczotki, a na końcu była, wyglądająca z sąsiedniego mieszkania, dziewczyna. To ona stukała.

Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam, ale mam problem – zaczęła nieśmiało sąsiadka, jednak z drżeniem w głosie.

Ja też, ja też... – odpowiedziała bardzo powoli.

Jak dobrze, że panią zastałam. Wie pani, mój chłopak zamknął mnie od zewnątrz i nie mogę wyjść. Mogłaby pani mi pomóc, wziąć klucze i otworzyć drzwi? – Głos sąsiadki falował.

A pani nie może sama tego zrobić? – zareagowała pytaniem na pytanie Agnieszka.

Nie. Mamy taki zamek, że jeśli ktoś z zewnątrz przekręci na dwa spusty, to od środka nie da się otworzyć. Pomoże mi pani?

Pomogę – odpowiedziała Aga bardzo cicho, mechanicznie powtarzając słowa dziewczyny od szczotki i cały czas ocierając resztki łez.

To za chwilę przyczepie klucze do kija i pani je przejmie, ok?

Ok.

Odebrała przesyłkę, potem wyszła na korytarz i dość sprawnie otworzyła sąsiadce drzwi. Dziewczyna miała prawie idealnie czarne włosy do ramion, twarz lekko okrągłą, oczy nieco przymrużone, usta leciutko rozchylone. Była ciut tęższa, niż wymagałby tego standard. Ubrana w obcisłe, niebieskie dżinsy i żółtą bluzę.

Dziękuję ci bardzo, może wejdziesz na kawę? – spytała sąsiadka. Jej głos był już łagodny i ciepły.

Nie, dziękuję. – Aga próbowała wrócić do mieszkania i nie widzieć się z nikim. – Nie tym razem.

Nalegam. Poznamy się, bo chyba jesteś tu nowa?

Tak, wprowadziłyśmy się niedawno z koleżanką – odpowiadała przez grzeczność.

Zapraszam na kawę. Na dłużej to nie, bo zaraz będę musiała wyjść – zachęcała dziewczyna od szczotki.

Może innym razem?

Będę się źle czuła, jeśli nie odwdzięczę się za pomoc.

No nie wiem... – Zawahała się Aga. – No, może na szybką kawę, tylko muszę zamknąć swoje mieszkanie.

Ok, to ja nie zamykam drzwi. Wejdź jak do siebie.

Agnieszka zamknęła swoje mieszkanie, po czym zapukała do sąsiadki. Niby miała powiedziane, aby wchodzić jak do siebie, ale posługiwała się schematami, poza które ciężko było wykroczyć.

Panował tam niezły bałagan. Wszędzie porozrzucane ubrania, na stole w głównym pokoju mnóstwo arkuszy papieru, a w kuchni niezmytych naczyń. Sąsiadka zaprosiła ją właśnie do kuchni, gdzie przy ścianie, w połowie jej długości stał nowoczesny, drewniany stół, a dookoła cztery krzesła w podobnym stylu. Wokół zawieszonych było sporo szafek, pod nimi stała lodówka, zmywarka oraz kilka kolejnych szafek, a wszystkie podobne do stołu i krzeseł. Widać było, iż zakupione zostały w jednym komplecie i sprawiały wrażenie zadbania, jednak kontrastowało to z panującym bałaganem. Na jednej szafce, stojącej na podłodze, spoczywał przenośny radioodtwarzacz, a obok mikrofalówka wyświetlająca aktualną godzinę. Kiedy weszły do kuchni, Aga usiadła przy stole, podczas gdy sąsiadka zajęła się robieniem kawy.

Rozpuszczalną czy sypaną? – spytała.

Rozpuszczalną z dwóch łyżeczek i jedna cukru.

Mam na imię Ania.

Jestem Agnieszka, miło mi.

Co tutaj robisz? – przygotowując napój, Anna kontynuowała.

Właśnie zaczęłyśmy studia na uniwersytecie.

O proszę, studentka, tak jak ja, a co studiujesz?

Polonistykę, a ty?

Psychologię. Właśnie piszę pracę magisterską. Miałam ją napisać wcześniej, ale nie wyszło...

Psychologię? – Aga otworzyła szeroko oczy.

Tak.

Ale jak piszesz pracę, to chyba w zasadzie studia już masz ukończone?

Tak, wszystko zaliczone i została tylko praca.

A na jaki temat? – Kipiała Aga.

Ogólnie o poczuciu winy. To długi temat, nie chcę teraz zanudzać.

Ale mnie to ciekawi. – Aga jeszcze bardziej się podekscytowała.

Chodzi o to, jak kształtuje się skłonność do poczucia winy w dysfunkcyjnych rodzinach – odpowiedziała Ania, podając kawę.

Dziękuję. – odebrała kubek. – A co to jest dysfunkcyjna rodzina?

To taka, w której nie wszystko jest w porządku, w skrócie mówiąc.

Czyli na przykład, gdy zamiast rodziców, babcia opiekuje się dzieckiem? – spytała Aga.

No, to też można pod to podciągnąć. A co, ty tak miałaś?

Można tak powiedzieć... – Nachylając się nad kawą, Agnieszka spuściła wzrok.

A skąd pochodzicie? – Zmieniła temat sąsiadka.

Z Radomia.

O, to nie daleko. Czyli Słoiki? Hahaha – zaśmiała się dziewczyna od szczotki.

Co takiego? – Aga nie wiedziała, co to Słoiki, gdyż przez całe życie była zamknięta w sobie i większość nowości do niej nie docierało.

Hahaha. Tak się mówi na przyjezdnych.

A czemu akurat słoiki? – dopytywała Agnieszka.

Bo jeżdżą do rodziców w odwiedziny i przywożą od nich słoiki z jedzeniem.

Hahaha... – Tym razem i ją to rozbawiło. – Trafne określenie.

Jak to wyjaśniła jedna miejscowa, starsza kobieta, Słoiki dzielą się na Słoiki właściwe, Weki i Spodki. Słoiki Właściwe to ci, którzy pochodzą z miejscowości oddalonej nie więcej niż sto kilometrów od Warszawy, Weki dalej, a Spodki to osoby pochodzące spod Warszawy. Ja jestem Spodkiem.

Hahaha, dobre... – śmiała się Aga. – Czyli nie jesteś stąd?

Nie, pochodzę z Piastowa, a tu mieszkam u swojego chłopaka.

Dziewczyny pogadały jeszcze przez kilka minut, Aga skończyła kawę i musiała wracać do siebie. Cała sytuacja ze stukaniem w okno okazała się prozaiczna i po emocjonalnym wybuchu, jakiego doznała, przyszło lekkie rozbawienie, a tym samym ulga. Po powrocie do domu położyła się na łóżku, aby psychicznie odpocząć. Leżała w bezruchu kilkanaście minut, aż przyszła Magda, a wkrótce razem ruszyły na zajęcia.

 

Dwa dni później przyszedł na wieczór do dziewczyn Krzysiek. Siedzieli we trójkę w kuchni, rozmawiali, a ona cały czas musiała się kontrolować.

Agnieszko, mam fajnego kolegę. Może następnym razem wpadnę razem z nim? – zaproponował.

Przepraszam cię, ale chyba nie mam na to ochoty – odpowiedziała.

Agniecha, daj spokój, może czas na związanie się z kimś? – wtrąciła się Magda.

Ty Madziu wiesz, jak jest. Nie jestem zdolna do stworzenia związku.

Ja nie chcę się wtrącać, bo nie wiele wiem o tobie, ale moim zdaniem powinnaś spróbować. Poza tym samo spotkanie o niczym jeszcze nie świadczy – mówił Krzysiek. – Poznaj go, a dopiero potem zdecydujesz.

Wybacz Krzysiu, ale męczyłabym się.

A może jednak?... – zachęcał. – On na pewno nie będzie się naprzykrzał.

Nie, nie dam rady. Wolę posiedzieć, jak jesteśmy we troje.

Agniecha, ja ci już mówiłam, idź na to, o czym rozmawiałyśmy – skomentowała Magda, nie ujawniając jednak pewnych faktów, gdyż o nich nie wiedział jej chłopak.

Dajcie mi spokój, jedyne, na co mam ochotę, to być sama – zaprotestowała Aga.

I co, będziesz sama aż do śmierci? – podniosła głos Magda.

Myślę, że to się zmieni, ale jeszcze nie teraz. Nie mówiłam ci, ale spotkałam kiedyś w parku w Radomiu pewnego staruszka i on twierdził, że niedługo się wyzwolę.

I wierzysz jakiemuś obcemu facetowi? – protestowała Magda.

Wiesz, on miał w sobie coś tak niezwykłego i taka mądrość biła od niego...

A co, jeśli się to nie sprawdzi? Za kilka lat obudzisz się z ręką w nocniku.

Daj mi spokój – powiedziała Aga, wstając z fotela i ruszyła do swojego pokoju. – Bawcie się dobrze, idę poleżeć.

Posiedź z nami – nalegał Krzysiek.

Agniecha, zapadasz się w sobie – skwitowała Magda.

Poszła do swojego pokoju, położyła się na łóżku i patrzyła w sufit. Jednak umysł był zajęty przeszłością. Powinna spróbować się związać, aby przełamać swoje lęki, lecz zdawała sobie sprawę, że nie jest w stanie tego zrobić. Kiedyś usłyszała w telewizji na Discovery, że tylko konfrontacja z problemem może go pokonać. Na tym polega właściwa psychoterapia. Pewien psychiatra dawał pacjentom proszki psychotropowe mające na celu łagodzić emocje, a potem wielokrotnie omawiał z nimi ich problemy. Z czasem te stawały się łagodniejsze i nie wpływały już tak na życie. Wiedziała zatem, że idealnym rozwiązaniem byłoby związanie się, ale to była zbyt głęboka woda. (Mówią: czym się strułeś, tym się lecz.) Zostało zatem albo powoli zbliżać się do kogoś, albo zakochać się bez pamięci, bo miłość potrafi wyleczyć niemal wszystkie problemy psychiczne.

 

Następnego dnia dziewczyny siedziały same w domu i Aga weszła do pokoju przyjaciółki. Pomieszczenie to było większe niż jej własne, miało około czternastu metrów kwadratowych i było również w kształcie kwadratu. Przy jednej ze ścian, tej po prawej stronie, stało łóżko w starym stylu, takie drewniane, bez pojemnika na pościel, więc ta leżała bezpośrednio na nim, przykryta jedynie narzutą. Na przeciwległej stał dość stary regał, a w nim ubrania, rzeczy osobiste i nieco książek. Pod oknem, naprzeciwko drzwi wejściowych był stół służący Magdzie za biurko, a na nim komputer z monitorem i drukarką. Obok stołu spoczywały dwa krzesła i niewielka pufa. W oknie wisiała biała firanka i dwie kremowe zasłony, a na podłodze leżał niewielki dywan, nieprzykrywający jej całej. Usiadły obie na łóżku i Aga wyszła do przyjaciółki z propozycją:

Magda, to chyba czas, abyś zaprosiła Krzyśka na wieczór. Ja w tym czasie pojadę do rodziców i wrócę rano, na przykład następnego dnia, prosto na studia.

No, to chyba jest dobry pomysł. Jeśli tylko mogłabyś zrobić to dla mnie...

Nie ma sprawy. Będziecie mieli chatę wolną. Tak myślałam o niedzieli... A może pojechałabym w sobotę. Może nawet na dwie noce...

Byłoby super! – Magda mało nie wyskoczyła z miejsca.

I zgodnie z umową pojechała w sobotę do Radomia, a przyjaciółka umówiła się na wieczór z chłopakiem. Aga przejrzała swoje rzeczy w rodzinnym domu i przygotowała do zabrania kilka z nich. W niedzielę przed południem coś ją tknęło i poszła do Parku Kościuszki na spacer. Tuż przy wejściu do niego, na kasztanie wisiał nekrolog o następującej treści:

 

Odszedł od nas wielki samotnik

Jan Zamojski

Zgodnie z ostatnią wolą uroczystość żałobna odbędzie się 13 października o godzinie 14 w kościele pod wezwaniem Chrystusa Kapłana przy ulicy Młyńskiej 23/25, na terenie Wyższego Seminarium Duchownego

Pokój jego duszy

 

Była pewna, o kogo chodzi. To ten staruszek z parku. Postanowiła przyjechać na pogrzeb, gdyż stał się bliski. W końcu powiedział wiele niegłupich rzeczy, a niektóre z nich zostaną w pamięci na zawsze. Od razu przypomniała sobie rozmowę, jego pogodę ducha. „Mówił, że się niedługo z tego wyzwolę i będę go wspominać” – dumała. Ów człowiek musiał mieć kiedyś nielekkie życie, skoro mówił, że dopóki starał się wszystko kontrolować, to było z nim tylko gorzej. Ale w końcu odzyskał spokój. Może i tak kiedyś będzie z nią?

 

W poniedziałek po powrocie do Warszawy udała się prosto na wykłady. Gdy tylko się tam pojawiła, zobaczyła Magdę uśmiechniętą szeroko.

Jak było w Radomiu? – spytała Magda.

Spokojnie i dobrze, lepiej powiedz, jak u ciebie?

To zależy, o co pytasz... – Magda puściła porozumiewawcze oko.

No wiesz...

Rewelacyjnie. Spędziliśmy z sobą sobotni wieczór, całą niedzielę i wyszedł dopiero dziś rano.

Czyli dobrze, że pojechałam do Radomia? – uśmiechając się z empatii, Aga dopytała.

Oj tak. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak cudownie było. Przyniósł dobre wino i w ogóle...

Dobra, opowiesz, jak wrócimy do domu, bo idzie Adam. – Widząc zbliżającego się kolegę, Aga przerwała.

Aga znów zrobiła się bardzo oficjalna. Nie zwracała wcale uwagi na to, co on mówił. W pewnym momencie, dając do zrozumienia, żeby sobie poszedł, odwróciła się do niego plecami. Po kilku nieudanych próbach zagadania odszedł.

Po powrocie do domu Magda opowiedziała przyjaciółce przebieg weekendowej randki.

Było świetnie. Przyjechał w sobotę wieczorem, był całą niedzielę, cały czas siedzieliśmy i gadaliśmy. Nawet nie sądzisz, jak się cieszę. – mówiła Magda, a Aga reagowała ciepłym uśmiechem. – Wypiliśmy wino, a potem... – Magda chciała kontynuować, ale Aga to ucięła i nagle przybrała kamienny wyraz twarzy:

O seksie nie chcę nic słyszeć.

Czemu? – Przyjaciółka się zdziwiła.

Bo seks ma cieszyć dwoje go uprawiających i nie należy się nim w jakikolwiek sposób dzielić – stwierdziła oficjalnie Agnieszka.

Ale Agniecha, to moje szczęście i chcę się tym podzielić – podniosła głos Magda.

Ale ja nie chcę o tym słyszeć.

Zazdrosna jesteś? – Ta druga się uśmiechnęła.

Nie, absolutnie. Cieszy mnie, że jesteś szczęśliwa, ale jak ja pójdę do łóżka z chłopakiem, to też nic o tym nie powiem.

Coś ty taka zasadnicza? Nie masz ochoty na odrobinę świństewek?

Daj spokój. Temat uważam za zamknięty.

Mimo swojego zachowania Aga czuła, że poświęcenie w postaci wyjazdu do rodziców przyniosło oczekiwany efekt.

 

Dwa dni później, wieczorem, zastukała do nich sąsiadka i zaprosiła Agę na kawę. Po raz drugi usiadły w kuchni.

To mówisz, że studiujesz polonistykę? – dopytywała Ania.

Tak.

I co chcesz robić po tych studiach?

W sumie to był młodzieńczy pomysł, aby zostać pisarką.

Pisarką? A co chciałabyś pisać?

Teraz to sama nie wiem. – Zadumała się Aga. – Kiedyś myślałam o romansach, ale teraz wydaje mi się to zbyt prozaiczne.

No, na romanse zawsze będzie spory popyt, więc jak będziesz to dobrze robiła, to będzie z czego żyć, a dodatkowo możesz pisać na inne tematy.

Może i tak... – Zawiesiła głos Agnieszka, po czym spytała – a jak u ciebie z tą pracą magisterską?

Prowadzę badania i jak je skończę, to będę miała temat zamknięty. Zostanie tylko dopisanie pracy do końca.

Mówiłaś, że te badania są na temat poczucia winy? Bardzo mnie ten temat interesuje. Możesz powiedzieć coś więcej?

Chodzi o to, że w dysfunkcyjnych rodzinach zaburzone są naturalne funkcje rodziców, takie jak opiekuńczość czy właściwy przykład i wtedy dziecko zwykle obarcza się niepotrzebnie za pewne zdarzenia. Zwykle mówi się, że rodzina dysfunkcyjna to taka, gdzie relacje między członkami są zaburzone i wpływają na dzieci.

A powiedz mi – Aga spojrzała sąsiadce w oczy i cichutko dopytała – czy w sytuacji, gdy rodzice mają gdzieś dziecko, a zajmuje się nim babcia, też może dojść do czegoś podobnego? W sumie o to pytałam, ale chciałabym znać więcej szczegółów.

To zależy od dziecka, ale to możliwe. Będzie się obarczało winą, że rodzice się nim nie interesują.

A co byłoby, gdyby ta babcia umarła w dzieciństwie?

Mogłoby być tak samo – kontynuowała Anna, zachowując cały czas pewien dystans, ale widać było, że nie próbuje zbyć rozmówczyni. – Dziecko winiłoby się za jej śmierć, a nawet jeśli nie, to czułoby się opuszczone i pozostałaby w nim skaza utraty kogoś najważniejszego.

A czym taka skaza skutkuje?

Tym, że w późniejszym życiu boi się z kimś związać – ciągnęła sąsiadka. – Bardzo tego chce, ale strach go paraliżuje. A ciebie to spotkało?

Nie chcę cię zamęczać swoimi problemami...

Nie zamęczasz. – Ania się uśmiechnęła. – Już niedługo będę miała takich problemów całkiem dużo zawodowo, bo zamierzam pracować z ludźmi, a będą przychodzić z przeróżnymi problemami.

Tak, takie było moje dzieciństwo – stwierdziła cicho Aga.

Przykro mi... Jak chcesz, to możemy się umówić na kilka spotkań, to może ci jakoś pomogę.

Nie. Czuję, że sama muszę sobie z tym poradzić.

A jesteś w stanie sama to zrobić? – dopytywała sąsiadka.

Nie wiem, ale chcę spróbować.

A nie myślałaś, żeby iść na psychologię? Niektórzy mówią, że idzie się na nią, aby najpierw poradzić sobie ze swoimi problemami, a dopiero potem pomagać innym.

A trudno się tam dostać? – Agnieszka otworzyła szerzej oczy.

A jakie miałaś wyniki matury?

No właśnie, średnią miałam poniżej czterech – wypowiadając to, Aga zwiesiła głowę. Zdała sobie sprawę, że byłoby ciężko się tam dostać.

O, to może być problem. Ale zawsze możesz zacząć zaocznie, a po roku, jeśli będziesz miała dobre oceny, przenieść się na dzienne.

A jest taka możliwość? – Aga podniosła głos.

Tak, ja właśnie tak zrobiłam, tylko zaoczne kosztują.

To musiałabym dorwać jakąś pracę – zasępiła się.

U nas kilka dziewczyn z zaocznych pracowało jako opiekunki do dziecka.

Nie wiem, czy bym sobie poradziła.

Na pewno dałabyś radę – uspokajała ją Ania. – Kobiety mają to w naturze.

Dziewczyny posiedziały jeszcze kilkanaście minut, a jej pojawił się nowy pomysł na studia. Wiedziała, że to jest coś dla niej. W tamtym momencie było za późno, aby od razu zmienić kierunek na psychologię, ale miała plan na przyszły rok. Zarówno pierwszy psycholog, czyli ja, jak i starzec w parku, mieliśmy w sobie coś z tego, kim ona sama chciałaby być. Poza tym słowa koleżanki o poradzeniu sobie z własnymi problemami dzięki tym studiom wydały się tak prawdziwe.

 

 

ROZDZIAŁ XXII

 

 

Kilka dni później wybrała się do Radomia na pogrzeb nieznajomego. Najpierw na chwilę zajechała do domu rodziców, lecz po dość krótkim pobycie ruszyła do kościoła. Udała się autobusem, potem pieszo na Młyńską i weszła na teren seminarium. Nigdy tutaj nie była i to, co zobaczyła, przysporzyło ją o duże westchnienie. Kościół stał po lewej i był to niewielki, drewniany budynek, zupełnie jakby przeniesiony z gór. Miał spadzisty dach i malutką wieżyczkę, zakończoną szpiczastym daszkiem, na czubku której osadzony był krzyż. Ściany w większości pokryte pionowo zamontowanymi deskami, okna nie za duże, zaokrąglone na górze, otoczone drewnianą obwolutą. Wyglądał dokładnie tak, jak mogłaby wyobrazić sobie miejsce, w którym żegnają starca z parku. Szukając wejścia, gdyż na pierwszy rzut oka nie mogła go znaleźć, podeszła. Po lewej stronie zobaczyła niewielkie, drewniane drzwi i weszła. Tuż za nimi był niewielki przedsionek, oddzielony od głównego pomieszczenia szklanymi drzwiami. Zauważyła kilka osób siedzących w ławach stojących w dwóch rzędach. Naprzeciwko był ołtarz, a tuż przed nim stała trumna przyozdobiona niewielką ilością kwiatów. Gdy usiadła w ostatniej ławce po prawej stronie, policzyła osoby i okazało się ich siedem. Tylko siedem osób.

Po kilkunastu minutach nabożeństwo się rozpoczęło i jak dotąd nikt nawet nie spojrzał w jej stronę. Widziała tego człowieka tylko raz i nie za bardzo wiedziała, co mogłaby powiedzieć, gdyby ktoś ją zapytał, kim jest. Siedziała i czekała na coś, co powiedziałoby jej, że zmarły był jednak kimś innym niż tamten starzec. W zasadzie po to tu przyjechała – aby ktoś zaprzeczył przypuszczeniom. Niezwykle dobrze mu życzyła i według niej byłoby nie w porządku, gdyby to on zmarł. Chciała spotkać go jeszcze raz i porozmawiać. Po prostu porozmawiać. I tyle. Zgromadzone osoby siedziały w całkowitej ciszy, nawet zanim pojawił się ksiądz. Zwykle dochodzi do jakichś rozmów, ale tym razem było, jak makiem zasiał. Czemu tak się dzieje?... Zwróciła jeszcze uwagę, że większość ludzi była ubrana w zwyczajne ciuchy – nie czarne, nie eleganckie, ale właśnie zwyczajne. Na przykład pewna wysoka, młoda blondynka miała na sobie kremową kurtkę i zwykłe niebieskie dżinsy. Chłopak mający mniej więcej dwadzieścia pięć lat był ubrany w zieloną kurtkę i szare spodnie. Znów starsza kobieta w wieku około sześćdziesiątki była w jasnobrązowym płaszczu. Przyjrzała się jeszcze twarzom i każda z nich wyrażała zadumę, zatopienie w samym sobie i nieobecność. Trudno było to sprecyzować, ale miała wrażanie, że nie są zwykłymi, przeciętnymi ludźmi. W pewnym momencie spojrzała na nią ta wysoka blondynka i Aga była pewna, że mimo iż tamtej wzrok padł na nią, to jej nie zauważyła – jakby była zahipnotyzowana. Spojrzała na siebie i dostrzegła, że sama też nie jest w kolorach żałobnych: ciemnoszara kurtka, nieco jaśniejsze spodnie i brązowe buty. A przecież dysponowała ciemniejszymi ciuchami. Czy to przypadek?...

Jak mógł wyglądać pogrzeb Sławka? Trumna jest niesiona przez czterech barczystych mężczyzn w czarnych garniturach, a za nią podąża orszak, na którego przedzie idą zapłakani rodzice. Ona w tym korowodzie, a pozostali uczestnicy wytykają ją palcami, robią srogie miny i przeklinają pod nosem. Nie wytrzymuje i ucieka do swojej komórki. Potem tam siedzi, nagle ktoś otwiera drzwi, spogląda na nią i spluwa jej w twarz. Nie ma dokąd uciec, ale nic nie mówi, aby się bronić. Tylko tkwi w miejscu, a cały atak uważa za słuszny i zasłużony. Jego rodzice siedzą w domu i całymi dniami płaczą. „Co ja zrobiłam...” – kołatało jej się.

Ksiądz odprawił mszę bardzo szybko i wyprowadzili trumnę na zewnątrz, gdzie czekał karawan. Po zapakowaniu trumny zebrani skierowali się nieco w stronę budynku seminarium i zaczęli wsiadać do busika. Wsiadła razem z nimi. Wcześniej chciała z kimś porozmawiać, aby podpytać o zmarłego, ale cały klimat pogrzebu i ustawiczne myśli nastroiły ją bardzo melancholijnie i już odeszła ją ta chęć. Po prostu czekała. Kilka chwil później pojechali na cmentarz komunalny przy Ofiar Firleja. Nie odezwała się ani słowem. Nikt z ludzi będących razem z nią też nie spytał, kim ona jest, więc siedziała, milczała i powoli zaczęła się godzić z najgorszym. Między sobą nadal nie rozmawiali. Co to za pogrzeb? … Po dojechaniu na miejsce karawan wjechał na teren cmentarza, a busik zaparkował przy ogrodzeniu. Mijając groby i rosnące między nimi tuje, poszli dalej piechotą. Doszli do miejsca spoczynku, stanęli wokół dołu nadal bez słowa. Wszyscy byli zatopieni w samych siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Ksiądz odprawił obrządek pochówku równie szybko, jak mszę, złożyli trumnę w grobie, przysypali ziemią, na wierzch położyli kwiaty i wszyscy postali chwilę w zupełnej ciszy. Popatrzyła jeszcze raz na twarze zgromadzonych i żaden z nich nie płakał – miała wrażenie, że są cały czas nieobecni, a może właśnie zbyt obecni, aby cokolwiek wyrażać. Te puste oczy, miny bez wyraźnych emocji – może tylko jedna: smutek – apatyczność ruchów i pewnego rodzaju rezygnacja. Tylko rezygnacja z czego? Co się dzieje ze zgromadzonymi?... Po jakimś czasie inni się rozeszli, a ona została jeszcze na moment. Patrzyła tylko na tabliczkę z imieniem i nazwiskiem, i wtedy w zasadzie dotarło do niej, iż żegna starca z parku. Popłynęła jedna mała łezka. Tylko jedna. Przypomniała sobie słowa, że kiedyś wspomni starca i będzie szczęśliwa. Myślała o nim jako o bratniej duszy i kimś bardzo bliskim.

Z bliżej nieokreślonych przyczyn przypomniała sobie zdarzenie z gimnazjum. Była wtedy w drugiej klasie. W ławce obok siedział pewien chłopak zamknięty w sobie, niemal nieobecny, ze sposobem mówienia iście mechanicznym. Nie kolegował się z nikim, a na próbę wciągnięcia go do zabawy odpowiedział: „jestem na to zbyt dorosły”. Było to o tyle dziwne, że kiedyś słyszała, jak na przerwie mówił do kogoś, iż jego rodzice mają elektrownię pod całym Radomiem ukrytą głęboko pod ziemią. Mówił to tak poważnie, że przez chwilę miała wrażenie, iż to prawda. Jak się niedawno dowiedziała, poszedł na studia związane z elektryką. Jeszcze w czasie liceum widziała go kilkakrotnie, ale ten nawet się nie przywitał. Może był na to zbyt dorosły? Może wręcz przeciwnie? A może był podobny do niej?... Staruszek był w jakiś sposób do niego podobny. Niby miał inny sposób mówienia, fizycznie go nie przypominał, ale coś nieokreślonego mieli wspólnego. Może było to oderwanie od rzeczywistości, będące wyrazem odmienności umysłu? A może co innego, czego nie była w stanie sprecyzować? Być może obaj byli do niej podobni... Po jakimś czasie wyszła z cmentarza i wróciła do domu rodziców miejskim autobusem. Zastanawiała się nad zagadkowością tego pogrzebu. O co chodziło z tymi ludźmi? No i to, że nikt nawet się nie obejrzał w jej stronę. Jakby się wcale nie znali, a przecież ktoś rozwiesił nekrologi i musiał to w jakiś sposób koordynować. Czyżby jedna osoba o to dbała, a reszta to przypadkowi ludzie, tacy jak ona? W końcu było napisane, że był wielkim samotnikiem – tych słów nie zapomni... A przyjechała tu, gdyż duża część introwertyków ma tak, że jeśli kogoś polubi to aż po grób. I tak było w tym przypadku. Aż po grób. A może miała w sobie coś więcej niż introwertyzm?

 

Kilka dni później Krzysiek przyszedł do Magdy na całą noc. Zamknęli się w pokoju, a Aga, słuchając muzyki (a był to zespół Camel), starała się nie słyszeć tego, co docierało. A docierało bardzo dużo. Zbyt dużo, aby puścić to mimo uszu. Przez pierwsze pół godziny dochodziły śmiechy, przerywane chwilami ciszy. Wyobrażała sobie, że w tych cichych momentach oni się całują i pieszczą. Jakby siedzieli obok niej. Ot, taka przypadłość osoby o nadmiernie wybujałej wyobraźni. Po tym czasie zaczęły dobiegać ją głośne jęki i inne dźwięki towarzyszące seksowi. Robili to tak głośno, że na pewno słychać ich było również na klatce schodowej. Wzdychanie za wzdychaniem, jęki za jękami i głośne „aaaa” za jeszcze głośniejszym „oooo”. Jakby kochali się tuż obok niej, a przecież było to za zamkniętymi drzwiami. Czuła, że te dźwięki przeszywają ją na wskroś, była w nich zatopiona, a może bezczelnie nurzała się z zakazanym jeziorze. Tak, przez chwilę miała wrażenie, że chce tych dźwięków, mimo iż wolałaby ich nie słyszeć. Jedna jej część reagowała odrazą, a druga zainteresowaniem. Oglądała czasem filmy, gdzie słyszała podobne dźwięki i zawsze przełączała telewizor na inny program albo wychodziła, ale chwilę potem miałaby ochotę znów to słyszeć. I znów. Zaczęła się zastanawiać, czemu tak jest. Może dlatego, że w domu nigdy nie rozmawiała o seksie, a wszystko, co wie na ten temat, pochodzi z książek i od koleżanek, a w szczególności od Magdy? Nawet matka nigdy nic nie powiedziała. Czyżby tak mocno przejęła zasady rodziców? Ale przecież w innych sprawach była od nich tak różna. Chyba że wybiórczo wzięła do siebie niektóre ich zachowania. I jeszcze pytanie: czemu jedna jej część tego chce, skoro druga tak się opiera? Czy to zwykła ciekawość, czy może skrywana i ostatnio zepchnięta w cień potrzeba bliskości? Przyszedł jej do głowy Piotrek, ten, który chciał się z nią przespać, i pamięta, że miała ochotę z nim chodzić, ale o seksie nie było mowy i to nie tylko dlatego, że to nie wypadało czy było na to zbyt wcześnie, ale dlatego, że tego nie chciała w ogóle. Owszem, na flirt tak, ale nie na seks. A co z Sebastianem? Na dobrą sprawę był dla niej nawet podniecający, choć w tym wypadku to za duże słowo – może pociągający – ale nigdy nie pomyślała o nim jak o swoim chłopaku. Innych też traktowała tylko jako kolegów. Czyżby Piotrek tak mocno ją zraził do płci przeciwnej? Z jednej strony tak, bo zerwał z nią, co ją zabolało, ale z drugiej już wtedy czuła pewnego rodzaju awersję do seksu. Więc chyba to nie to. Przypomniała sobie pewną dyskusję z Magdą, która stwierdziła, że seks to podstawa związku, a ona sama nigdy tak nie uważała. Owszem, czasem się podniecała, ale seks był dla niej tylko dodatkiem, bez którego można, a nawet trzeba się obyć. „Coś ten seks jest przereklamowany” – przyszło jej do głowy...

Po kilkunastu minutach dźwięki z pokoju Magdy ucichły i za chwilę znów było słychać śmiechy. I po wszystkim. Czy już nie będzie musiała tego wysłuchiwać? Jednak ku jej zdziwieniu jakieś pół godziny później wszystko zaczęło się od początku. „Dobrze się bawią” – przyszło jej na myśl i znów mimowolnie uczestniczyła w akcie miłości. Tym razem jęki trwały znacznie dłużej, więc nie wytrzymała, ubrała się i wyszła na spacer. Jak by wyglądała jej pierwsza noc z chłopakiem? Choć było to tylko wyobrażenie, a nie prawdziwa chęć. W gruncie rzeczy nie chciała się z nikim wiązać, mimo iż zdawała sobie sprawę, że powinna dla własnego zdrowia psychicznego. Jednak sytuacja z Magdą i jej chłopakiem dała jej dużo do myślenia. Chodziła tak dobrą godzinę. Była pewna, że z intymnymi dźwiękami ma już spokój, jednak stało się inaczej. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach sytuacja znów się powtórzyła. Ponowne ochy i achy, więc jedyne, co zrobiła, to rozkręciła głośniej muzykę. W pewnym momencie miała nawet wrażenie, iż częstotliwość miłosnych uniesień zgrywa się z rytmem piosenek. Wszystko dudniło i rozbrzmiewało seksem. Żałowała, że nie ma słuchawek. Na tych trzech razach się skończyło i wkrótce nastała błoga cisza. Cisza oraz nadszedł sen. Aż do rana. Rano obudziły ją dobrze znane dźwięki. „Mają zdrowie” – bo w końcu cztery razy jednej nocy to całkiem sporo. Po kilkunastu minutach zakochani wyszli z pokoju, a Magda przyszykowała śniadanie dla całej trójki. Zjedli je, wkrótce Krzysiek pojechał, a Magda znów próbowała dzielić się z nią intymnymi szczegółami:

Chcesz wiedzieć, jak było? – spytała z uśmiechem.

To mnie nie interesuje – odparła oficjalnie Aga.

Nic, a nic?

Ani trochę. Nawet wyszłam na dwór, aby was nie słuchać.

Tak było głośno? – Zdziwiła się ta druga.

Nawet nie wiesz jak. Pewnie na całej klatce było was słychać – zauważyła Aga z lekką pretensją.

I co, zgorszona? – Magda się zaśmiała.

Nie, ale to dla mnie było zbyt intymne.

Tego samego dnia kupiła słuchawki dobrze zakrywające uszy i była pewna, iż następnym razem będzie w stanie od wszystkiego się odseparować.

Kilka dni później sytuacja z zakochanymi się powtórzyła, ale tym razem była do tego przygotowana, lecz mimo słuchawek wiedziała, że uprawiali seks przynajmniej trzykrotnie. Można to robić tyle razy z rzędu? Niby sama nigdy go nie uprawiała i wiedziała, iż nie jest (delikatnie mówiąc) ekspertem w tym względzie, jednak miała wrażenie, że to przesada. Z jednej strony chciałaby porozmawiać z przyjaciółką na ten temat, ale upór dotyczący intymności robił swoje. Po raz pierwszy w życiu pomyślała, że ten upór jest spowodowany jedynie błędnymi przekonaniami. Przypisując sobie coraz to nowe, negatywne przypadłości, zaczęła się tym zadręczać. Nie potrafiła stwierdzić, co jest jej cechą pozytywną, a co ułomnością. Magda miała poniekąd rację – Agnieszka zapadała się w sobie. Zapadała się we śnie...

 

W połowie listopada przyjechała na weekend do dziewczyn w odwiedziny starsza siostra Magdy, Kasia. Sama mieszkała jeszcze z rodzicami, nie znała stolicy i chciała zobaczyć, jak się tutaj żyje. Była nieco wyższa, włosy tak samo blond i podobnie charakterystyczną twarz. Ubrana w czarne dżinsy, zielony sweter, a na to założona czerwona, sportowa kurtka. Siedziały w kuchni i przyszedł Krzysiek.

To jest moja siostra, Kasia. – Magda przedstawiła ją.

Jestem Krzysiek.

Słyszałam, że jesteś chłopakiem Magdy? – spytała Kasia.

Tak, a ty nadal w Radomiu?

Tak, mam dobrą pracę i nie narzekam – odpowiadała. – Skończyłam tam studia i tylko Magda wpadła na pomysł, aby tu studiować.

A ty tu nie chciałaś? – spytał.

Ja wybrałam bardziej prozaiczny kierunek – ekonomię i nie było takiej potrzeby.

To, co – kontynuował po chwili – masz pewnie ochotę gdzieś wyjść i zobaczyć, jak tu się żyje?

W sumie to po drodze widziałam Centrum, ale chętnie gdzieś się przejdę.

My to nigdzie nie bywamy – zauważyła Magda. – Może ty masz jakąś propozycję? – spytała go.

W sumie ja też raczej rzadko bywam na mieście, ale może pub Lolek na Polach Mokotowskich? – zaproponował.

Może być, ty wiesz lepiej – odparła Magda.

Poszli około dwudziestej. Już o tej godzinie było tam bardzo dużo ludzi, więc musieli czekać kilkanaście minut na stolik, jednak się udało. Przy stolikach ludzie pijący i bawiący się w najlepsze. Panował dość spory gwar, a z głośników leciała niezidentyfikowana muzyka. Całość sprawiała wrażenie hulanki, a może nawet hałasu. Jedyny raz w życiu była w podobnym miejscu w Radomiu. Mając szesnaście lat, poszła razem z rodzicami. Jedna dziewczyna, na oko jakieś dwadzieścia kilka lat, bardzo się upiła. Najpierw siedziała przy jednym ze stolików z kompanami, ale w pewnym momencie coś w nią wstąpiło i zaczęła bardzo głośno się kłócić. Chodziło o to, czy ona jest w stanie zrobić coś szalonego. Stanęła obok stolika i zaczęła pospiesznie ściągać ciuchy. Po kilku chwilach, mimo sprzeciwu ze strony współtowarzyszy, była już tylko w majtkach i biustonoszu. Spojrzała na kolegę, z którym tak usilnie dyskutowała i spytała: „dalej, czy wystarczy?” Ten miał nietęgą minę i tylko cicho stwierdził, żeby nie robiła z siebie pośmiewiska. Ludzie dookoła zamilkli już jakiś czas temu i teraz patrzyli na nią: niektórzy faceci z pożądaniem, inni z drwiną w grymasie, a jeszcze inni z niesmakiem; natomiast kobiety były w większości oburzone. W końcu podszedł ktoś z obsługi, kazał się ubrać i wyjść, pod groźbą wezwania policji. Postała jeszcze chwilę półnaga, po czym ktoś zaczął podawać ubrania i założyła je. Jednak nie wyszła. Usiadła z powrotem i chciała zamówić kolejne piwo, ale towarzystwo szybko dokończyło swoje trunki i wspólnie wyszli. Może i Aga sama powinna zrobić w życiu coś szalonego? Bo przecież takie życie jak ostatnio nie miało większego sensu. Być może powinna też się rozebrać do bikini i krzyknąć na całe gardło, że ma dość? Ale na to nie było jej stać. Wolała pustkę komórki niż takie uzewnętrznianie się. A mimo to w jakiś sposób zazdrościła tamtej dziewczynie... Siedzieli teraz w Lolku, sącząc piwo, aż podszedł nieznajomy chłopak i kucnął przy stoliku. Od razu zaczął zagadywać Agę. Widać, jemu też wpadła w oko.

Jak masz na imię? – zaczął.

Agnieszka – odpowiedziała zimno i odwróciła głowę.

Jestem Mirek. Często tu przychodzisz?

Nawet nie zareagowała.

Co z nią? – zwrócił się do innych.

Nic. Nie ma ochoty gadać – odparła Magda.

Taka fajna dziewczyna... – zauważył i dalej pozostał w tej samej pozycji.

Jednak cały klimat gwarnej knajpy sprawił, że za jakiś czas zapomniała się. Nieznajomy próbował utrzymać rozmowę i wkrótce zauważył, że ona się do niego uśmiecha.

Może ci w czymś pomóc? – zaproponowała.

Może zatańczymy? – zaproponował jej.

Lepiej idź sobie – odparła złowrogo po chwili.

Ale widzę, że podoba ci się, jak tu jestem.

Nie! – wykrzyknęła, po czym spojrzała mu prosto w oczy i spokojnie, acz dobitnie wysyczała – wynoś się!

Dobra!... Dziwna jesteś, może i lepiej, żebym cię nie poznawał bliżej. – I sobie poszedł.

Po tym zajściu chciała się pożegnać ze znajomymi i samotnie pojechać do domu. Cała trójka próbowała ją zatrzymać, ale na nic się to zdało, jednak w końcu zdecydowali, że wszyscy pojadą razem z nią, tylko skończą piwo. Wyszła natychmiast na zewnątrz i tam na nich czekała. Pojawili się chwilę później i razem wrócili do domu. Taki był krótki wypad do knajpy. Postanowiła więcej nie chodzić między ludzi. Tak dużo by dała, aby móc w tamtym momencie zamknąć się w swojej starej szopie, ale była o jakieś sto kilometrów, więc pozostało zaszyć się w łóżku, nakryć kołdrą i nie uczestniczyć w niczym, co na zewnątrz. Znowu dopadły ją wspomnienia tego, co robiła oraz co robi, i miała ochotę wyć.

 

 

ROZDZIAŁ XXIII

 

 

Na studiach sytuacja się ustabilizowała i już żaden z chłopaków nie starał się jej zaczepiać. Nauczyli się, że to nie ma większego sensu. Kiepskie wyniki kolokwiów jednak dawały wyraźnie znać, że ma już ochotę przenieść się od przyszłego roku na psychologię.

Czemu tak kiepsko ci idzie? – spytała Magda w czasie przerwy.

To przejściowe – odparła Aga.

Wygląda, jakby cię to przestało interesować.

Może tak, a może nie.

Co się dzieje? – spytała troskliwie przyjaciółka.

Nic. Wszystko w porządku – odrzekła oficjalnie Agnieszka.

Ale nie chcesz rzucić studiów? – Magda się poruszyła.

Rzucić, nie.

To o co chodzi?

Dowiesz się, ale jeszcze nie teraz.

Coś tajemnicza jesteś – zauważyła ta druga.

Daj już spokój.

Już zdecydowała o zmianie studiów, ale jak do tej pory z nikim się tym nie podzieliła. Było to jej tajemnicą. Spory w tym udział miał lęk, jak inni na to zareagują, bo w końcu była to życiowa decyzja. A do obecnych studiów już się nie przykładała. Jedyną osobą wtajemniczoną w plany była sąsiadka. Odwiedzała Anię średnio raz na tydzień i odbywały wtedy dyskusje na temat psychologii i zawiłości ludzkiego umysłu. Sąsiadka, mając nadzieję, że to pomoże, próbowała naprowadzać ją na właściwe tory rozumowania i postrzegania swojej przeszłości. Nie mogła otwarcie prowadzić pomocy psychologicznej, gdyż wiedziała, że Aga sobie tego nie życzy, więc dwoiła się i troiła, aby przemycić właściwe sugestie dotyczące jej między neutralnymi sformułowaniami. Druga sprawa, że nie miała prawie żadnego doświadczenia w pracy z ludźmi, toteż nie była w stanie dostrzec pewnych niuansów w jej osobowości, a tych było co niemiara. Niejeden doświadczony psycholog czy psychoterapeuta zjadłby zęby, próbując to ogarnąć...

 

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia wyjęła z szuflady złoty wisiorek. Wszystko, co do tej pory zrobiła, aby odszukać sąsiadów, spełzło na niczym i była niemal pewna, że to się nigdy nie uda. Trzymała go w ręku, a ten przypominał o jej zachowaniach zarówno z przeszłości, jak i teraźniejszości. Stał się namacalnym wyrzutem sumienia i przestrogą na przyszłość. Swoistym papierkiem lakmusowym, mówiącym jej, co robi nie tak. Gdyby wierzyć, że przedmioty przejmują energię właścicieli, to on emanowałby samą czernią. Czernią i wszystkim, co negatywne. Na święta dziewczyny pojechały do Radomia, ale Aga nie doświadczyła tam rodzinnego ciepła.

Jak sobie radzisz na studiach? – spytała matka.

Dobrze, wszystko w porządku – odparła bardzo oficjalnie.

Nie masz kłopotów z ocenami?

Nie, jest ok.

A jak na Płockiej? Dajesz radę mieszkać bez nas? – dopytał ojciec.

Tak, jak wspominałeś, nie wchodzimy sobie z Magdą w drogę.

A kto gotuje? – dorzuciła matka.

Raz ja, a raz ona.

A pieniędzy wam starcza? – wtrącił ojciec.

Tak, nawet trochę zostaje. W końcu prawie nigdzie nie wychodzimy.

A zdrowa jesteś? – spytała matka.

A czemu nie zapytacie, jak się czuję psychicznie, czy nie mam doła? – zauważyła Aga z pretensją.

Nastąpiła cisza, rodzice nic się nie odezwali. W tej rodzinie nie było zwyczaju rozmawiania na temat samopoczucia, a już na pewno nie na temat stanów psychicznych. Ten temat uważano za tabu, czy nawet za zbędny, do niczego człowiekowi niepotrzebny. I tak było zawsze. Nigdy, nikt z rodziców nie spytał jej, jak się czuje psychicznie, co najwyżej pytali o samopoczucie, gdy była fizycznie chora. Ale to taka przypadłość niektórych ludzi, którzy nie zostali nauczeni tego w domu. Poza tym byli ludźmi sukcesu i pieniędzy, a tych im nigdy nie brakowało. A skoro nie brakowało, to córka musiała być szczęśliwa – tak uważali.

Tuż po Nowym Roku postanowiła powiedzieć przyjaciółce o swoich planach.

Po wakacjach przenoszę się na psychologię.

Słucham? – podniosła głos Magda.

Dobrze słyszysz.

Ale jak to? – Przyjaciółka rozłożyła ręce.

Rozmawiałam z Anią i to jest coś dla mnie. – Agnieszka nie patrzyła przyjaciółce w oczy.

Ale inaczej się umawiałyśmy! – krzyknęła ta druga. – Miałyśmy razem skończyć polonistykę i zostać pisarkami!

Może i nią zostanę mimo wszystko, ale chcę tam iść, bo Ania twierdzi, że idzie się na nią, aby poradzić sobie z własnymi problemami, a dopiero potem pomagać innym.

Ale Agniecha... – przyjaciółka zawiesiła głos, nie wiedząc, co powiedzieć.

Sama mówiłaś, że powinnam coś z sobą zrobić, a na terapię iść nie chcę.

A myślisz, że ci to pomoże? – Magda nie zmieniała tonu.

Tego nie wiem, ale mam nadzieję.

I co ja zrobię bez ciebie? – ta druga zaskrzypiała głosem.

Masz Krzyśka i nie będzie tak źle.

I to już ostateczna decyzja?

Tak. W dodatku idę na zaoczne, bo na dzienne miałam za słabą maturę.

A skąd weźmiesz pieniądze? Przecież zaoczne kosztują! – Poruszyła się Magda.

Znajdę pracę jako opiekunka do dziecka.

O matko... – Magda ściszyła głos. – To całe twoje życie wywróci się do góry nogami.

Trudno, tak ma być. Tylko nie mów na razie moim rodzicom.

Oni jeszcze nic nie wiedzą? – Zdziwiła się ta druga, podnosząc głos.

Powiem im po fakcie. I tak prawie się mną nie interesują.

Magda wiedziała, że Aga jest w bardzo kiepskim stanie i powinna coś ze sobą zrobić. Skoro nie chce iść do psychologa, to może chociaż studia pomogą. Nie wiele o tym wszystkim wiedziała, ale wydawało się to sensowne.

Spotkania Magdy i Krzyśka nieco ucichły i miłosne dźwięki dobiegały znacznie rzadziej. Rzadziej, ale nie mniej intensywnie. Co to, to nie. Czasami mogłoby się wydawać, że są wręcz ostrzejsze. Zupełnie jakby zakochani wymyślali coraz to nowe pieszczoty i sztuczki. Nawet czasami miała ochotę nie zakładać słuchawek, aby spróbować się domyślić, co w danej chwili robią, ale silne zasady moralne mówiły nie. Tak, rodziła się w Adze chuć i potrzeba kontaktów cielesnych z kimś ukochanym, jednakże przypominała sobie, jak ostatnio traktowała chłopaków. A chętnych nie brakowało. I tak, rano nabuzowywała się, aby stronić od mężczyzn, a wieczorem, gdy kładła się spać, marzyła o bliskości.

 

 

ROZDZIAŁ XXIV

 

 

Na początku lutego postanowiła podpytać Anię o szczegóły dotyczące studiów.

Na co mam się przygotować przed rozpoczęciem nauki? – siedząc po raz kolejny u niej w kuchni, pytała sąsiadkę. – Powinnam najpierw coś poczytać?

Nie. Pierwszy rok będziesz miała dość specyficzny. Mało psychologii, a dużo wiedzy ogólnej.

Na przykład jakiej?

No... Logika, statystyka, filozofia, etyka i tylko podstawy psychologii – odpowiedziała Ania, zastanowiła się, a po chwili dodała – choć w zasadzie to możesz spróbować już się pouczyć na temat historii psychologii, bo to chyba najcięższy egzamin na pierwszym roku.

A skąd mogę dorwać materiały?

Myślę, że co nieco znajdziesz w internecie, a jak nie, to popytam znajomych, czy mają jeszcze notatki, bo ja swoje już wyrzuciłam, do niczego mi nie były potrzebne.

Jakbyś była tak miła, to byłabym wdzięczna – prosiła Aga.

A jak u ciebie z matematyką?

Kiedyś było nieźle, ostatnio trochę gorzej, a czemu pytasz?

Bo statystyka to odłam matematyki – tłumaczyła sąsiadka – i ta wiedza będzie ci potrzebna choćby do napisania pracy, a poza tym to też ciężki egzamin, a chcąc przenieść się na dzienne, musisz mieć dobre oceny.

Toteż od tego momentu skrzętnie przeczesywała internet, ściągała, co będzie potrzebne i czytała wieczorami niemal wszystko dostępne. Czuła, iż psychologia to dobry wybór i w zasadzie powinna zdecydować się na nią od razu po liceum, tyle że wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy, ale lepiej późno niż wcale.

 

Czternasty lutego, Walentynki, czyli dzień zakochanych. Od jakiegoś czasu zaczęła tęsknić za kimś bliskim, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Tego dnia dostała jedną laurkę od Adama ze studiów i trzy esemesy z miłosnymi wyznaniami. Jeden z nich pochodził od kolegi z liceum, drugi, o dziwo, od Sebastiana, a kolejny od kogoś nieznajomego. Co do Sebastiana, to chyba musiał być przez chwilę sam po zerwaniu z jakąś dziewczyną. Milczał przez kilka ładnych miesięcy, aż nagle wysłał walentynkę. Może miał doła, a może faktycznie zaszła mu w jakiś sposób za skórę? Tak czy inaczej, nic na to nie odpisała, bojąc się, że wciąż cierpi. Naiwna. Zaciekawiła ją natomiast wiadomość od tego nieznajomego podpisana słowami: „kochający z daleka”. Od kogo to było? Słowa tam zamieszczone wydały się dziwnie znajome. Jakby je już kiedyś słyszała. Przeczesywała w pamięci po kolei bliższych i dalszych znajomych, ale do nikogo to nie pasowało. Tym niemniej ożył wcześniej wspomniany konflikt. Z jednej strony nie miała ochoty na żaden związek, a z drugiej złapała się na tym, że marzyła o miłości z taką osobą. Zamykała oczy i wyobrażała sobie, iż przytula się do niego i słucha cichego, acz męskiego głosu. Marzyła o nieznajomym, gdyż „przed oczyma” miała własne jego wyobrażenie, to było dla niej najważniejsze, a równocześnie nie mogła skonfrontować tego z osobą realną, więc powstał wewnętrzny ideał, a temu najłatwiej się poddać... Znów miała ochotę zaszyć się w swojej szopie, ale nie mogąc tego zrobić, weszła do łóżka, nakryła głowę kołdrą i odpływała w niebyt. Jednak cała sytuacja kłębiła się w głowie. A pomyśleć, że energii miała aż nadto przed Sławkiem. Leżała, a łzy płynęły z oczu, zalewając poduszkę. Nie płakała. Tylko łzy same ciekły ciurkiem. Niektórzy mówią, że tak się dzieje w skrajnej bezsilności, kiedy nie ma się nawet siły płakać, ale czy to prawda, nie wiadomo. Po mniej więcej godzinie wstała, chwyciła telefon i wysłała wiadomość z pytaniem, kto jest nadawcą.

Gdy jej matka poznała się z ojcem, miała dwadzieścia cztery lata, właśnie skończyła studia i zaczynała pierwszą pracę w biurze projektowym na stanowisku architekta. Ojciec był jej bezpośrednim przełożonym. Przez kilkanaście dni nie zwracali na siebie uwagi, ale pewnego razu niosąc kubek z kawą, zderzyła się z nim na korytarzu. Naczynie wyleciało jej z ręki, rozbijając się, a kawa zalała szarą wykładzinę. Podniosła na niego głos z pretensją, a on zaproponował pomoc w usunięciu plamy. Tego dnia zostali po godzinach, szorując podłogę. I też tego dnia umówili się na pierwszą randkę. Przez kilka tygodni spotykali się i nie pałali miłością. Związali się jakiś czas później i według słów matki dopiero wtedy coś do siebie poczuli. Ale czy to kiedykolwiek nastąpiło? Ciągłe kłótnie i przesiadywanie obok siebie w milczeniu. Jak do tego doszło, że zdecydowali się na poczęcie jej? Podobno była to świadoma decyzja. Może i tak było w rzeczywistości, gdyż Aga urodziła się dopiero dwa lata po ślubie. Tak czy inaczej, Agnieszka uważała, że ich związek jest jakąś koszmarną pomyłką, a nie rozwodzą się z powodu silnych zasad wyniesionych z domów rodzinnych. W końcu i babcia miała je. I może stąd wzięły się te jej niezwykle silne zasady? Może paradoksalnie zawdzięcza to rodzicom?

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 04.09.2018 15:51 · Czytań: 132 · Średnia ocena: 3 · Komentarzy: 15
Komentarze
Asocjacja dnia 05.09.2018 12:51 Ocena: Świetne!
Drogi Autorze, nie wypada mi rozpływać się w pochwałach, stanąć przed tobą, skakać jak mała dziewczynka i klaskać w ręce. Jednak się zachłysnęłam. Nie zgadzam się z dolną półką, twoja książka od dawna powinna być w sprzedaży i znaleźć się w każdym domu. Poruszasz tematy trudne ale jakże obecne w dzisiejszych czasach, ludzi borykającymi się z DDD. Czekam z niecierpliwością na dalsze rozdziały, czekam na dalszą terapię. Moje następne komentarze ograniczą się tylko do westchnienia, znak dla ciebie Autorze, że czytam.
Asocjacja
Darcon dnia 05.09.2018 13:48
Przy każdej części obiecuję sobie, że coś napiszę, ale ostatnio mam coraz mniej czasu. Dlatego nie zrobię dzisiaj typowej łapanki, tylko wypowiem się o konstrukcji zdań i stylistyce.
Cytat:
Sala była wy­peł­nio­na nie­mal wy­łącz­nie dziew­czy­na­mi, co aku­rat po­do­ba­ło się Agniesz­ce, gdyż miała dość kon­tak­tów z chło­pa­ka­mi.
Staraj się unikać takich pełnych wyjaśnień typu "zrobił to, ponieważ, dlatego, że, gdyż". Po pierwsze, takie dokładne wyjaśnianie i motywowanie wszystkiego nie jest potrzebne. Charakteryzuje za to początkujących pisarzy. Po drugie, skróty myślowe i niedopowiedzenia w ogólnie jasnym wątku są jak najbardziej wskazane.
"(...) co akurat spodobało się Agnieszce, miała dość chłopaków."
Cytat:
Wy­pa­tru­jąc, czy nie ma kogoś, kto byłby nią za­in­te­re­so­wa­ny, od po­cząt­ku roz­glą­da­ła się ner­wo­wo.
Przestawiony szyk zdania. Najpierw napisałeś skutek, a później przyczynę. W normalnych ciągu powieściowym większość informacji zapisujemy po kolei.
"Od początku rozglądała się nerwowo, wypatrując (...)" W tym zdaniu nie ma nic, co powinno zaskoczyć na końcu.
Cytat:
Sie­dzia­ła jak na szpil­kach i w pew­nym mo­men­cie za­uwa­ży­ła, że jeden z nich za­czy­na się za nią oglą­dać.
Zdążyłeś właśnie napisać, że to stresująca dla niej sytuacja. Dopisywanie kolejnej, podobnej informacji "siedziała, jak na szpilkach" w takich bliskiej odległości jest zbędne. Tak, jak wyżej, unikaj określeń "w pewnym momencie, po pewnym czasie, w pewnej chwili". To niejasne określenia czasu, które nic nie wnoszą. Pomijaj to, każdy wie, że teraz, a nie za tydzień (odnośnie Twojej sceny).
Całość piszesz w czasie przeszłym i nagle pojawia się "zaczyna". Zaś cały fragment zdania mówi dokładnie: Dziewczyna minęła chłopaka, a on zaczyna się za nią oglądać (odwracając głowę).
"(...) że jeden z nich spogląda na nią, przygląda się jej, zerka ciągle w jej stronę."
Cytat:
Od razu zwró­cił na nią uwagę, jed­nak dał to po sobie po­znać po któ­rymś z kolei wy­kła­dzie.
A tu nagle, w tym samym akapicie, pokazujesz sytuacje od strony chłopaka, gdzie cały akapit opisujesz z perspektywy dziewczyn.
Cytat:
Był rudy, miał tro­chę ponad sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, nieco kwa­dra­to­wą twarz, a ubra­ny w luźne, nie­bie­sko­sza­re, zwi­sa­ją­ce ciu­chy.
"A" jest tu łącznikiem, więc nie może łączyć twarzy z ubraniem.
"(...) nieco kwadratową twarz, a uszy mocno odstające." Ciąg myślowy związany z twarzą. Ewentualnie wywalić "a" i zacząć od nowego zdania.

Z dialogami nie jest lepiej.
Cytat:
– Cześć dziew­czy­ny, je­stem Adam. – Wpa­try­wał się w nią cały czas.

Didaskalia sugerują, że patrzył natarczywie, nie odrywał wzroku. To brzmi niepokojąco, nawet trochę złowieszczo. A chyba nie taki był zamysł.
Cytat:
– Cześć, je­stem Magda – przy­wi­ta­ła się, pod­czas gdy Aga miała ocho­tę prze­nieść się w inne miej­sce.
Wytłuszczona wypowiedź nie ma nic wspólnego z powitaniem Magdy, nie jest tego kontynuacją. Co więc robi w dialogu?
Cytat:
– Agniesz­ka. – Nie pa­trzy­ła mu w oczy choć­by przez chwi­lę.
Patrzyła to określenie dłuższe i znowu to czas teraźniejszy. Jeśli już, to "nie spojrzała". A najlepiej oddzielić to od dialogu.
- Agnieszka.
Dziewczyna nie spojrzała na niego. Dziewczyna nie spojrzała mu w oczy nawet na chwilę.


To tylko początek, Antoni. Uwierz mi, że po korekcie redaktorskiej dostałbyś tekst cały na czerwono.
To ogólne wskazówki, mam nadzieję, że przydadzą Ci się do wszystkich części.
Pozdrawiam.
AntoniGrycuk dnia 06.09.2018 01:10
Darcon,

Po Twoim ostatnim komentarzu postanowiłem się skonsultować z koleżanką po polonistyce i kobietą prowadzącą warsztaty, na które chodzę. Oboje stwierdziły, że w większości to, co wypisywałeś tam, to szukanie dziury w całym. Zarówno dotyczące groteskowości, komediowości, nie wspomnę o tej absurdalnej uwadze o "ulicy poszukiwań". I w tym komentarzu jest podobnie. No to po kolei:

Cytat:
Sala była wy­peł­nio­na nie­mal wy­łącz­nie dziew­czy­na­mi, co aku­rat po­do­ba­ło się Agniesz­ce, gdyż miała dość kon­tak­tów z chło­pa­ka­mi.
Staraj się unikać takich pełnych wyjaśnień typu "zrobił to, ponieważ, dlatego, że, gdyż". Po pierwsze, takie dokładne wyjaśnianie i motywowanie wszystkiego nie jest potrzebne. Charakteryzuje za to początkujących pisarzy. Po drugie, skróty myślowe i niedopowiedzenia w ogólnie jasnym wątku są jak najbardziej wskazane.
"(...) co akurat spodobało się Agnieszce, miała dość chłopaków."

Może faktycznie lepiej byłoby, gdybym pominął "gdyż", ale tak też jest dobrze. W tym wypadku jedną z istot książki jest unikanie facetów, więc tłumaczenie tego jest jak najbardziej na miejscu.


Wy­pa­tru­jąc, czy nie ma kogoś, kto byłby nią za­in­te­re­so­wa­ny, od po­cząt­ku roz­glą­da­ła się ner­wo­wo.
Przestawiony szyk zdania. Najpierw napisałeś skutek, a później przyczynę. W normalnych ciągu powieściowym większość informacji zapisujemy po kolei.
"Od początku rozglądała się nerwowo, wypatrując (...)" W tym zdaniu nie ma nic, co powinno zaskoczyć na końcu.

Zanim skomentujesz podobną konstrukcję zdaniową, to najpierw poczytaj, co to są zdania lewo i prawostronne. Ale faktycznie to zdanie jest niefortunne, ale nie w taki sposób, jak piszesz. Dziś zapisałbym je inaczej, bez imiesłowu i wyrzuciłbym sporo.


Sie­dzia­ła jak na szpil­kach i w pew­nym mo­men­cie za­uwa­ży­ła, że jeden z nich za­czy­na się za nią oglą­dać.
Zdążyłeś właśnie napisać, że to stresująca dla niej sytuacja. Dopisywanie kolejnej, podobnej informacji "siedziała, jak na szpilkach" w takich bliskiej odległości jest zbędne. Tak, jak wyżej, unikaj określeń "w pewnym momencie, po pewnym czasie, w pewnej chwili". To niejasne określenia czasu, które nic nie wnoszą. Pomijaj to, każdy wie, że teraz, a nie za tydzień (odnośnie Twojej sceny).
Całość piszesz w czasie przeszłym i nagle pojawia się "zaczyna". Zaś cały fragment zdania mówi dokładnie: Dziewczyna minęła chłopaka, a on zaczyna się za nią oglądać (odwracając głowę).
"(...) że jeden z nich spogląda na nią, przygląda się jej, zerka ciągle w jej stronę."

Jedyne, co bym wyrzucił z mojego zdania to "w pewnym moemencie". I tyle. Reszta jest ok.
A co do czasu teraźniejszego. Zauważ, jaka jest różnica w następujących zdaniach:
Pomyślała, co robiła.
Pomyślała, co robi.
Pomyślała, co będzie robiła.
Gwarantuje Ci, że wszystkie trzy są poprawne. Więc pomieszanie czasów jest jak najbardziej wskazane. Ja mam wrażenie, że Ty wyczytałeś, że czasów nie można łączyć i bez pomyślunku zaznaczasz, że coś jest źle.


Od razu zwró­cił na nią uwagę, jed­nak dał to po sobie po­znać po któ­rymś z kolei wy­kła­dzie.
A tu nagle, w tym samym akapicie, pokazujesz sytuacje od strony chłopaka, gdzie cały akapit opisujesz z perspektywy dziewczyn.

Nie ma nic złego w pokazywaniu w tym samym akapicie myśli różnych postaci, jeśli narrator jest wszechwiedzący.


Był rudy, miał tro­chę ponad sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, nieco kwa­dra­to­wą twarz, a ubra­ny w luźne, nie­bie­sko­sza­re, zwi­sa­ją­ce ciu­chy.
"A" jest tu łącznikiem, więc nie może łączyć twarzy z ubraniem.
"(...) nieco kwadratową twarz, a uszy mocno odstające." Ciąg myślowy związany z twarzą. Ewentualnie wywalić "a" i zacząć od nowego zdania.

To Tobie się wydaje, że taki łącznik nie może łączyć podobnych rzeczy. Oczywiście, że może. Kolejne bezpodstawne czepialstwo.


Cytat:
– Cześć dziew­czy­ny, je­stem Adam. – Wpa­try­wał się w nią cały czas.

Didaskalia sugerują, że patrzył natarczywie, nie odrywał wzroku. To brzmi niepokojąco, nawet trochę złowieszczo. A chyba nie taki był zamysł.

A tu to przeszedłeś sam siebie. Weź się skup i przeczytaj, czego Ty się w ogóle czepiasz! Jakie złowieszczo? Chyba nigdy nie podrywałeś dziewczyny, próbując wpatrywać się w nią cały czas...


– Cześć, je­stem Magda – przy­wi­ta­ła się, pod­czas gdy Aga miała ocho­tę prze­nieść się w inne miej­sce.
Wytłuszczona wypowiedź nie ma nic wspólnego z powitaniem Magdy, nie jest tego kontynuacją. Co więc robi w dialogu?

Tak, powinienem przerzucić to, co po przecinku do nowego akapitu.


– Agniesz­ka. – Nie pa­trzy­ła mu w oczy choć­by przez chwi­lę.
Patrzyła to określenie dłuższe i znowu to czas teraźniejszy. Jeśli już, to "nie spojrzała". A najlepiej oddzielić to od dialogu.
- Agnieszka.
Dziewczyna nie spojrzała na niego. Dziewczyna nie spojrzała mu w oczy nawet na chwilę.

Gdzie Ty tu widzisz czas teraźniejszy? Mylisz czasy z formami dokonanymi i niedokonanymi. Gdybym tu użył formy dokonanej, to zasugerowałbym, że jej zachowanie miało miejsce tylko w czasie, gdy to mówiła. A ja chciałem pokazać, że tak było dłużej - zarówno przed tym, co powiedziała, jak i po tym. To zdanie jest jak najbardziej ok.


Więc moja propozycja. Nie zawracaj mi dupy! Bo jak na razie, to bardziej przeszkadzasz, niż pomagasz. I chyba Ty popełniłeś więcej błędów w komentarzu niż ja w tym fragmencie książki.

Pozdrawiam
Darcon dnia 06.09.2018 03:17
Antoni, z tego co napisałeś wynika, że Twoje znajome nie określiły moich poprawek, jako złe, nieprawidłowe. Sam w swojej odpowiedzi kilkukrotnie przyznałeś mi rację. Wiem, że dużo komentujesz, często piszesz w komentarzach, że jesteś amatorem. Jednocześnie poruszyło Cię, gdy wytyka Ci się błędy...
O co chodzi?
Przyznam się, że w pierwszej chwili zrobiło mi się przykro po przeczytaniu ostatniego akapitu Twojego komentarza. Jednak szybko zdałem sobie sprawę, że większość z nas podchodzi (bardzo) emocjonalnie do swojej twórczości, stąd zapewne te słowa. Chociaż wiesz, tą dupę mogłeś sobie darować. ;)
To są uwagi warsztatowe, bardziej lub mniej możesz się z nimi zgadzać. Zapewniam Cię, że są znacznie gorsze komentarze, które pewnie jeszcze Ci się trafią. Gdy ktoś z góry zleje się na Twoją twórczość, pisząc, że "to jest słabe, to wszystko było, postacie są karykaturalne, a w ogóle to cały tekst jest do (!) dupy". Takie komentarze, często nie podparte żadnymi dowodami czy przykładami, będą ruszać Cię bardziej.
Naprawdę często zdarza się, zwłaszcza u debiutantów, że powieść u wydawcy przechodzi gruntowną i dużą korektę, nic w tym złego. To kolejne zebrane doświadczenie.
Ja dupy Ci nie pokażę. :) Szczerze życzę powodzenia, bo jaki miałbym powód żeby życzyć Ci źle?
Pozdrawiam.
Leniwiec2 dnia 06.09.2018 12:58
Antoni, bardzo lubię czytać twoje teksty. Wiem też, że pisanie to dla ciebie hobby i nie wszystko musi być wyśrubowane, ani stawać na nie wiadomo jakich półkach.

Mam jednak do tego tekstu ze dwie przyczepki:

1. Piszesz bardzo młodzieżowym językiem("dziewczyny", "ciuchy" ) co jest okej, o ile w zamyśle książka miała być młodzieżowa(a co do tego, nie mam pewności).

2. W tekście jest dużo niezręczności:
Cytat:
Już o tej godzinie było tam bardzo dużo ludzi, więc musieli czekać kilkanaście minut na stolik, jednak się udało.

Cytat:
Jedyny raz w życiu była w podobnym miejscu w Radomiu. Mając szesnaście lat, poszła razem z rodzicami.

Cytat:
Najpierw siedziała przy jednym ze stolików z kompanami, ale w pewnym momencie coś w nią wstąpiło i zaczęła bardzo głośno się kłócić. Chodziło o to, czy ona jest w stanie zrobić coś szalonego.

W powyższych zdaniach nie ma błędów per se, ale nie wyglądają w ten sposób, w jaki powinny wyglądać. "Mogą" być tak napisane, ale lepiej, żeby nie były. I owe niezręczności, niestety nie są rzadkością(te znalazłem na przestrzeni jednego akapitu, w dodatku niecałego).

Nie wiem, który draft nam zaprezentowałeś, stawiam że pierwszy lub drugi. Dużo jeszcze pracy przed tobą, dużo poprawek(jeśli nie chcesz zająć się innym projektem) i nie ma o co się denerwować.
AntoniGrycuk dnia 06.09.2018 20:53
Leniwiec,

Bardzo dziękuję za zerknięcie na mój tekst.
Nie wydaje mi się, aby mój język był jakiś młodzieżowy. Jest, że tak powiem, taki, jak przystało na 40-latka w naszych czasach.

Jedyne, co widzę w pierwszym zdaniu, to powinienem go rozdzielić na dwa i tyle. W drugim przypadku nie dostrzegam nic złego. W trzecim wypadku wyrzuciłbym "najpierw" i "w pewnym momencie". Poza tym też nie dostrzegam nic złego.
Jeśli Ty coś takiego widzisz, to powiedz, będzie mi łatwiej Cię zrozumieć.

To jest 40-ty draft mniej więcej. Na tej książce uczyłem się pisać. Żebyś wiedział, jak wyglądała ta książka na początku... A poprawiać istniejące jest o wiele trudniej, niż pisać nowe. Szczególnie coś tak obszernego.

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny i komentarz.

Pozdrawiam.
Milena1 dnia 06.09.2018 22:10
Muszę przyznać, że najpierw przeczytałam komentarze i to mnie zmobilizowało do przeczytania tekstu. Nie zaglądałam wcześniej, bo niestety dla mnie to jest za długie.
Od razu się przyznam, że wymiękłam, nie doczytałam do końca. Skupienie ulatuje - to raz, a dwa- ja połowy z tego nie rozumiem. Czyta się bardzo ciężko.
Co ma np. znaczyć to zdanie?
Cytat:
Potem pró­bo­wał kil­ka­krot­nie na­kło­nić ją do roz­mo­wy, ale gdy tylko to czy­nił, za­mie­ra­jąc w bez­ru­chu, za­prze­sta­wa­ła cze­go­kol­wiek.

Jest tu oczywiście o wiele więcej trudnych do zrozumienia zdań.

Niepotrzebnie się wykłócasz. Rozumiem Cię trochę, bo po tylu poprawkach, znasz pewnie już ten tekst na pamięć i po prostu nie widzisz błędów. Czyta Ci się płynnie, zdania są piękne i logiczne, ale niestety tak nie jest.
Jedyna na to rada- to po prostu napisać coś zupełnie innego :)
Pozdr.
AntoniGrycuk dnia 06.09.2018 22:36
Mileno,

Dziękuję za próbę przeczytania.
Przemyślę Twoje zdanie.
A nieczytelność przytoczonego przez Ciebie fragmentu to wina miksu mojej niekompetencji i wyczytania w poradniku pisania, że należy przeplatać zdania lewo i prawostronne. Okazuje się, że próbując poprawić, zepsułem niektóre zdania.
Aha. Ja się nie wykłócam. Ja opi...lam :)

Pozdrawiam
Leniwiec2 dnia 06.09.2018 23:11
Hej Antoni,

co do młodzieżowego języka to przeleciałem pierwsze parę akapitów, nie jest tego mnóstwo, ale takie np. "bzykać", "kolegować", "ciuchy" powinny rzucać ci się w oczy. Z tego co patrzyłem, pojawiają się głównie w XX rozdziale, więc może nie dotyczy to całego tekstu.

Co do niezręczności, tak jak napisałem, to nie są jakieś konkretne błędy, tylko problemy melodią tekstu. Nie mogę ci bezpośrednio wskazać co jest nie tak, ale spróbuję.
I znowu, można pisać tak, jak ty to zrobiłeś, po prostu wydaje mi się, że istnieje bardziej elegancki sposób, żeby przelać twoje myśli na papier.
Cytat:
Poszli około dwudziestej. Już o tej godzinie było tam bardzo dużo ludzi, więc musieli czekać kilkanaście minut na stolik, jednak się udało.

"Już" jest w złym miejscu, "bardzo" nie zawsze jest potrzebne, ale to pozostawiam w twojej gestii. Coś nie gra z tym "jednak się udało", nie wiem nawet czy ta informacja jest potrzebna - z tego, że czekali kilkanaście minut na stolik wynika, że w końcu go dostali.

Może tak:

Poszli około dwudziestej. W środku było już dużo ludzi, więc czekali na stolik kilkanaście minut.

Jeśli chcesz z tym, że "jednak się udało", to dobrze nie dookreślić czasu, który spędzili na oczekiwaniach, żebyś miał pretekst dodać to drugie zdanie:

Poszli około dwudziestej. W środku były już tłumy, więc długo czekali na stolik. W końcu, po kilkunastu minutach, udało się - kelner/barman uśmiechnął się do nich i zaprosił w stronę... itd itp.
Cytat:
Jedyny raz w życiu była w podobnym miejscu w Radomiu. Mając szesnaście lat, poszła razem z rodzicami.

"Jedyny raz" wymieniłbym na "tylko raz", ale może to kwestia moich upodobań. "[...] w podobnym miejscu w Radomiu." - dwa razy "w" zawsze źle brzmi. Jeśli to możliwe wyrzuciłbym drugą informację, albo inaczej skonstruował zdanie, jeśli jest konieczna(bo podejrzewam, że dziewczyna chadzała po pubach innych niż Radomskie). Co do drugiego zdania "mając" brzmi gorzej(nie jestem nawet pewien, czy jest poprawne) niż "kiedy miała" i trzeba dodać okolicznik miejsca po poszła.

Może tak:
Tylko raz w życiu odwiedziła podobne miejsce, w Radomiu. Poszła tam razem z rodzicami, kiedy miała szesnaście lat.

Albo:
Dawno nie była w żadnym Radomskim pubie. Ostatni raz, odwiedziła jeden z rodzicami, kiedy miała jeszcze szesnaście lat.
Cytat:
Najpierw siedziała przy jednym ze stolików z kompanami, ale w pewnym momencie coś w nią wstąpiło i zaczęła bardzo głośno się kłócić. Chodziło o to, czy ona jest w stanie zrobić coś szalonego.

Tutaj pierwsze zdanie dobrze poprawiłeś, ale z drugim miałem większe problemy. "Chodziło o to" jest brzydkie/niepotrzebne, "ona" niepotrzebne, bo ciągle mówimy o niej, a "coś" się powtarza. Plus "kompani" z pierwszego zdania nie bardzo pasują - nie wiem ile lat temu toczy się akcja, jeżeli dawno to ok, ale teraz nikt tak nie mówi(chyba że to gwara?), "kłócić" też średnio pasuje.

Może tak(nie jest to super przykład bo użyłem "zaczęła", ale próbuję być wierny tekstowi):
Siedziała ze znajomymi, przy jednym ze stolików. Nagle zaczęła się z nimi kłócić, a ich krzyki wypełniły cały pub. Chciała zrobić coś szalonego, żeby udowodnić, sobie i wszystkim, że nie jest tylko... itd itp

Super - wiernie:
Siedziała ze znajomymi, przy jednym ze stolików. Nagle, zaczęła się z nimi kłócić. Chcieli, by udowodniła im, że jest w stanie zrobić coś szalonego.

I jeszcze raz, to nie tak. że to są jakieś wielkie błędy, tylko rysy i zgrzyty, które dostrzega się podczas czytania, a których dobrze by było się pozbyć.

Co do twoich draftów, to gratuluję wytrwałości, musiałeś się z tego dużo nauczyć. Ale może pora na nowy projekt, zwłaszcza jeśli poprawiałeś tekst już tyle razy. Czasem to wina gliny, a nie artysty, że nic się nie klei.
Gdzieś słyszałem, że żeby napisać dobrą książkę, trzeba najpierw napisać pięć słabych.

Pozdrawiam Cię i życzę powodzenia

PS Teraz jest ten konkurs, muzo-weny, może skrobniesz parę miniaturek, tak dla sportu?
AntoniGrycuk dnia 07.09.2018 07:15
Leniwiec,

Dzięki wielkie za tak wnikliwą analizę.
Co do większości Twoich uwag się zupełnie nie zgodzę. Bo to, co proponujesz, to bardziej narzucanie swojego stylu, a nie poprawianie mojego. Jednak część tego przyjmuję z pokorą. Obiecuje poprawę.

Pozdrawiam
Darcon dnia 07.09.2018 07:36
To nie jest kwestia stylu, Antoni. Nie mogę mówić o innych, bo tak jak Leniwiec, nie czytałem wszystkich, ale ta jest niewprawna językowo, zdania kuleją. Zapewne znowu się zdenerwujesz, ale wrócę do zdania, którym tak mnie napadłeś.
Cytat:
– Cześć dziew­czy­ny, je­stem Adam. – Wpa­try­wał się w nią cały czas.

Jeśli mężczyzna będzie, gdziekolwiek, wpatrywał się w dziewczynę cały czas, ona po dwóch minutach ucieknie, bojąc się, że coś chce jej zrobić. Gdyby patrzył na mężczyznę, ten zapyta - o co ci chodzi chłopie? Sprawdź w słowniku, co znaczy słowo wpatrywać się, to nie to samo, co zerkać, spoglądać, a to zapewne miałeś na myśli.
Tak, jak byłem młody zerkałem często na dziewczynę, która mi się podobała, ale nie wpatrywałem się w nią, jak jakiś psychopata. Czy rozumiesz różnicę Antoni? Czytelnik oczywiście załapie, o co Ci chodziło, ale będzie też wiedział, że to niewprawność językowa, złe dobieranie słów, nad którymi nie panujesz do końca. Tak można czepiać się wielu zdań, dostałeś przykłady od Leniwca, ale nie chcesz przyjąć tego do wiadomości. A szkoda.
AntoniGrycuk dnia 07.09.2018 07:44
Darcon,

Trzeba mieć nie lada tupet, żeby po takim moim tekście jeszcze cokolwiek pisać! Czy Ty nie kumasz, że nie życzę sobie Twoich komentarzy? Więc powtarzam. Nie życzę sobie Twoich komentarzy!

A tu ze słownika języka polskiego:
wpatrywać się -ruję się, -rują się
Słownik języka polskiego
wpatrzyć się — wpatrywać się «zatrzymać na kimś lub na czymś spojrzenie»

-----------------------
Decydując się na publikację na PP, trzeba liczyć się z tym, że komentarze nie zawsze będą pochwalne. Nie musisz oczywiście zgadzać się ze wszystkimi opiniami, ani zmieniać swojego tekstu według nich. Warto jednak docenić wysiłek osoby, która decyduje się wziąć na warsztat Twój tekst, zamiast się obrażać.

Przypominam Regulamin:

6.2 Komentarze nie mogą obrażać autora utworu oraz osób postronnych.
6.9 Zabronione jest komentowanie innych komentarzy i osób komentujących.
6.10 Zabronione są komentarze ad personam.

Netykieta:

8. Masz prawo do posiadania i wyrażania swoich poglądów. Inni mają dokładnie takie
samo prawo. Szanuj to.
9.Sposób wyrażania własnego zdania świadczy o Tobie, Twoim dobrym wychowaniu lub chamstwie.

Przyp. red. Vanillivi

Darcon dnia 07.09.2018 08:05
Zgłosiłem Twój wpis do administracji, zanim przeredagowałeś go w lżejszy ton.
Leniwiec2 dnia 07.09.2018 12:20
Antoni, dlatego pisałem o tym konkursie.

Dowiemy się czy to kwestia stylu, czy nie, może to ja się czegoś nauczę.
Oprócz tego dowiesz się co ci idzie dobrze, a co słabiej. Znam pana, z zagranicy, który pisze komiksy i za takie konsultacje płaci krocie, a tutaj masz to za darmo.
W dodatku chcą tekstów na 5000 znaków więc pisze się to w jedno - dwa popołudnia i poprawia w pół, więc naprawdę nie masz jak się wykręcić :)

I nie ma co się bać zderzenia z rzeczywistością. Ja sobie napisałem już dwie miniatury, chociaż wiem, że moje teksty często gęsto nie są idealne, a nawet dobre.
Także wiesz co trzeba zrobić.

PS czytałem parę twoich miniatur i są wg mnie o wiele lepiej napisane niż powyższy tekst.
Krzysztof Konrad dnia 07.09.2018 13:22 Ocena: Słabe
Jak to czytam, to widzę siebie - zapatrzonego w siebie, co zezarł wszystkie mózgi. Ale wiedza mała, talentu brak, przez co warsztat z poziomu technikum, a zachowanie z poziomu koryta. Tekst jest niespojny, nie da się go czytać jednym ciągiem, do tego dialogi tak naturalne, jak po chirurgii plastycznej. Radzę zejść z tonu i poczytać, pouczyć się pisać. Wiem, o czym piszę.

------------
Krzysztofie, przypominam, że złamanie regulaminu przez jednego użytkownika nie usprawiedliwia łamania go przez kolejne osoby.

Regulamin:

6.10 Zabronione są komentarze ad personam.

6.11 Użytkownik ma prawo zgłosić komentarz w jego ocenie nieregulaminowy, korzystając z funkcji Zgłoś komentarz w prawym, górnym rogu okna komentarza.

Przyp. red. V.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
19/09/2018 22:44
Rozumiem, Niczyja szukasz mocnych wrażeń w prozie :) Owszem,… »
Ania_Basnik
19/09/2018 22:41
Przeczytałam, jest pięknie i magicznie, jak to u Ciebie.… »
Niczyja
19/09/2018 22:36
DoCo! No Ciebie jako mojego ulubionego autora nie mogłam… »
Niczyja
19/09/2018 22:26
Cześć Michale, Czytałam dziś Twoje najnowsze miłosne… »
DanielKurowski1
19/09/2018 21:57
Dziękuję za komentarz, wkrótce poprawie błędy »
StalowyKruk
19/09/2018 21:57
Rzeczywiście, ze znakami interpunkcyjnymi miewam problemy.… »
Jacek Londyn
19/09/2018 21:33
Pierwsza godzina jazdy przebiegała spokojnie. Koła miarowo… »
Dobra Cobra
19/09/2018 21:07
Przypowiesc o automatyce piekna. Dziękuję. GregoryJ,… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:57
Ten rodzaj opowiadań to nie moja bajka, zatem przeleciałem… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:40
Milcząca Elu Walczak, dlaczego milczysz, gdy ktoś… »
JOLA S.
19/09/2018 18:54
Witaj, margor, tytuł opowiadania szalenie obiecujący. :)»
mike17
19/09/2018 18:52
Życie lubi zaskakiwać, i tak tu chciałem, by było. Nic na… »
ajw
19/09/2018 18:25
No cóż.. czasem życie i tak się plecie. Chyba wiele takich… »
22227
19/09/2018 17:41
Początek obiecujący, tylko lepiej by było "zapadła noc… »
22227
19/09/2018 17:28
No cóż... gdyby nie te wilki, ale wierszyk fajny. »
ShoutBox
  • mike17
  • 19/09/2018 22:55
  • Aniu, ponieważ pisaliśmy naraz komenty, uzupełniłem moją odpowiedź dla Ciebie :)
  • JOLA S.
  • 16/09/2018 09:48
  • Stawitzky, dzięki i dobergo dnia :)
  • JOLA S.
  • 14/09/2018 14:47
  • Yitopaz, możesz cały tekst podmienić, wytnij i wklej od nowa, nie będzie przechodził przez maszynkę Redakcji. :)
  • mike17
  • 13/09/2018 18:02
  • A tu informacja konkursowa : [link]
  • mike17
  • 13/09/2018 18:01
  • Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie w prozie MUZO WENY 6, gdzie inspiracją jest muzyka, na podstawie której należy napisać miniaturkę i wysłać mnie. Czekają atrakcyjne nagrody :)
  • Esy Floresy
  • 11/09/2018 22:24
  • Czas ucieka coraz szybciej, zostało 10 dni. Łapcie, więc za pióra i nadsyłajcie wiersze na konkurs :) [link]
  • Kushi
  • 09/09/2018 13:32
  • Miłej Niedzieli Kochani [link] :)
Ostatnio widziani
Gości online:10
Najnowszy:vertygolamosa
Wspierają nas