W pogoni za szczęściem - Darcon
Proza » Fantastyka / Science Fiction » W pogoni za szczęściem
A A A
Od autora: Długi tekst. To próba połączenia SF z opowieścią drogi.
Opowiadanie zostało wyróżnione brązowym piórkiem na portalu Nowej Fantastyki.

Nad Miastem budził się dzień. Jednak widzieli to tylko nieliczni. Ci, mieszkający na najwyższych kondygnacjach wieżowców, sięgających wysoko ponad chmury. Na niższych piętrach blisko siebie pobudowanych budynków, dzień i noc wyglądały tak samo. Zresztą, Miasto pracowało trybem dwudziestoczterogodzinnym, granica dnia i nocy dawno się już zatarła.

W celi mieszkalnej automatyczna wentylacja przeszła w tryb dzienny. Sufit rozjarzył się przyjemnym, ciepłym światłem. Temperatura w niewielkim pomieszczeniu szybko wzrosła do ustawionych dwudziestu jeden stopni. Po kilku minutach podłużna kapsuła otworzyła się. Górna, walcowa pokrywa schowała się w jej dolnej części.

– Światło. – Willy przetarł powieki.

Oświetlenie rozjaśniło się o kilkadziesiąt lumenów. Chłopak przeciągnął się, usiadł i spuścił nogi tak, by stopami trafić prosto w sterylne klapki.

– Kawa. – Wstał powoli i ruszył w stronę iluminatora.

Słuchając przyjemnego dźwięku ekspresu, spojrzał przez hermetyczną szybę. Wszystko na zewnątrz wyglądało tak samo. Neony wisiały na swoich miejscach, hologramy wyświetlały znajome informacje. Kilkanaście pięter niżej, ruch toczył się swoim rytmem. Ulica oświetlona reagującymi kulami świetlnymi przypominała światłowód, tylko zamiast bitów płynęły nią tysiące pojazdów i ludzi. Koił go ten widok, choć czasami wzbudzał niezrozumiały niepokój.

Zdjął okrycie i wszedł do kapsuły podobnej do sypialnej, tylko ustawionej pionowo. Segment higieniczny. Przykucnął i usiadł na wysuniętym przed chwilą sanitariacie. Deska z żelmasy szybko przystosowała się do jego kształtów i mógł się wypróżnić. Te czynności zawsze go deprymowały. Dlatego zatkał uszy i nucił ulubioną melodię. Ubolewał nad tym, że medycyna nie rozwiązała jeszcze pozbywania się z organizmu przetrawionej żywności w inny, bardziej komfortowy sposób. Poczekał aż podciśnieniowo zostanie podmyty i wysuszony. Dopiero wtedy rozluźnił się i wstał. Postanowił od razu wziąć kąpiel. Gdy tylko sanitariat schował się w osłonie kapsuły, wydał komendę „woda” i westchnął z ulgą, gdy ciepła para spowiła ciało. Zainwestował w najnowszy system, który zużywał jednorazowo tylko dwa litry wody. Dzięki temu mógł brać kąpiel częściej niż raz dziennie. Gdy program wyłączył się, wyszedł szczęśliwy i sięgnął po kawę. To był jego wolny dzień. Będzie mógł pójść na śniadanie do zi-baru. Tam, gdzie pracowała ona.

 

Załączył stałą soczewkę na oku i zmienił ustawienia na „dzień wolny”. Niepotrzebne mu dzisiaj żadne lokalne czy globalne wiadomości. Sprawdził swój status w sieci. Żadnych nowych kontaktów i tylko kilka newsów od mniej ważnych osób. Zmarszczył brwi, obniżył poziom wymagań o pięć punktów. Do wieczora powinien pojawić się ktoś nowy. Przed wyjściem podszedł jeszcze do drzewka bonsai, prawdziwej ekstrawagancji, na którą długo oszczędzał.

– Nawilżanie. – Spojrzał zadowolony na drzewko pod kloszem.

Nie stać go było, aby w całym pomieszczeniu panowała odpowiednia wilgotność dla bonsai (choć o tym marzył). Kupił więc kapsułę roślinną i patrzył teraz, jak ledwie widoczna mgiełka pojawia się za szybą. Wyszedł zadowolony.

Zmatowił gogle, nie chciał z nikim łapać kontaktu wzrokowego. Skupił się na trenowaniu uśmiechu, postanowił uśmiechnąć się do niej, a przynajmniej spróbować. Pewnie nie uda mu się wydobyć z siebie słowa, chociaż wyglądać chciałby przyjaźnie. Ustawił status na dostępny, zasięg do dwudziestu metrów i ruszył.

Zanim dotarł do zi-baru miał dwóch nowych znajomych, obniżenie poziomu wymagań szybko przyniosło efekty. Oczywiście nie zamienił z nimi nawet słowa. Wystarczy, że wymagania statusowe się pokrywały. Przejrzy ich dostępne dane w celi, jak wróci.

 

Dziewczyna wyglądała zjawiskowo. Zatrzymał się kilkanaście metrów od zi-baru, aby nacieszyć się jej widokiem. Jasna cera, niebieskie oczy, blond włosy zawsze dokładnie spięte w kucyk. Była piękna, nawet symbol serii na policzku mu nie przeszkadzał. Uśmiechnął się treningowo jeszcze raz i ruszył w stronę lady.

– Dzień dobry, Willy. – Blondynka rozpoznała jego status i udostępniła mu spersonifikowane menu.

Jej szczery uśmiech znowu go onieśmielił, ale zebrał się w sobie i odwzajemnił go bardziej machinalnie, niż naturalnie.

– Widzę, że jesteś dzisiaj w dobrym humorze. – W jej oczach tańczyły wesołe ogniki.

– Tak, Lilu. – Dziękował bogu, że zdołał to z siebie wydusić.

To wyraźnie sprawiło dziewczynie przyjemność. Nie każdy człowiek traktował klona na równi sobie i odzywał się do niego.

– To, co zwykle, Willy? – Na hologramie zaznaczyła średnio wypieczonego, sojowego burgera i dodatkowy sos o smaku koperkowym.

– Poproszę – wymamrotał. Wiedział, że już nic więcej dzisiaj nie powie, ale to i tak był postęp.

Jadł spokojnie, przyglądając się ukradkiem dziewczynie. Lilu obsługując innych klientów, posyłała mu uśmiech od czasu do czasu. Już teraz wiedział, że wolny dzień nie mógł być lepszy.

 

– Dzień dobry, Powils. – Niski, krępy mężczyzna stanął w szatni obok chłopaka.

– Dzień dobry, panie Sturnett. – Willy bez słowa udostępnił zapis z ostatniego tygodnia pracy.

– Widzę, że skończyłeś dwie wanny z trzech ostatnich zleceń. Została ci jeszcze ta największa? – Szef wertował dane na niewielkim hologramie.

– Tak, w kształcie serca. – Chłopak skończył zapinać kombinezon.

– Wprowadź ją do bazy, chciałbym udostępnić jej podgląd kilku ważnym osobom. – Mężczyzna złapał go za ramię. – Chodź, odprowadzę cię na salę. Ile ci jeszcze zejdzie? Tydzień?

– Pięć dni, panie Sturnett.

– Znakomicie, Powils! – Mężczyzna poklepał chłopaka. – Jesteś moim najzdolniejszym modelarzem.

– Lubię swoją pracę. – Willy założył gogle z trójwymiarowym obrazem i wyszukał w bazie ostatni projekt. – Woda jest nieograniczona w swej formie, jest życiem, a ja tyko dopasowuję do niej kształty.

– I pewnie dlatego jest tak horrendalnie droga. – Te słowa przedsiębiorca wypowiedział już tylko do siebie.

 

Willy wrócił z pracy rozczarowany, po drodze wstąpił do zi-baru, ale znowu nie zastał Lilu, musiała być na innej zmianie. Był zły na siebie. Bardzo chciał porozmawiać z dziewczyną, zaprosić ją gdzieś, ale nie mógł zebrać się na odwagę. To było frustrujące, poza tym zaczynał się bać, że jest z nim coś nie tak. Owszem, większość jego znajomych komunikowała się głównie w sieci, ale w końcu gdzieś się umawiali, spotykali, chodzili razem, zakochiwali... Przynajmniej tak uważał.

Sprawdził na soczewce wieczorne połączenia komunikacyjne. Zdecydował się pojechać do zi-baru jeszcze raz za kilka godzin. Wtedy musi tam być Lilu i w końcu ją gdzieś zaprosi. Dzisiaj albo nigdy... Ale przez ten czas powinien się czymś zająć, żeby za dużo nie myśleć.

Zamknął hermetycznie kapsułę z drzewkiem, do sypialnej włożył jedyną książkę, którą posiadał, „Życie w czystości” Roberta Heringa. Położył się, zamknął w trybie hermetycznym i włączył aplikację dezynfekcji celi. Przez chwilę przyglądał się, jak pomieszczenie ogarnia mgiełka, a później zamknął oczy i wyobraził sobie uśmiechnięta twarz Lilu.

Później, przez dwie godziny sprawdzał całe pomieszczenie, weryfikując dokładność przeprowadzonego zabiegu. Wprowadzał na bieżąco niewielkie zamiany w programie, aby kolejne dezynfekcje były jeszcze dokładniejsze. Zadowolony z rezultatu, wziął mgielną kąpiel oczyszczającą i ubrał się ładniej, odpowiednio na spotkanie. Przed wyjściem odstawił książkę na miejsce. Rozhermetyzował kapsułę z bonsai, ustawił drzewku kolejne, krótkie nawilżanie i wyszedł.

Dotarł na miejsce tuż przed północą. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył dziewczynę. Ciepła barwa kilku kul świetlnych wokoło zi-baru tworzyła miłą dla oka strefę. Pewnie to własne ustawienia w aplikacjach Lilu. Kolejny talent, po znakomitym przyrządzaniu posiłków. Przyglądał się jej przez chwilę, w końcu wziął głęboki wdech i podszedł do lady.

– Willy? – Dziewczyna była zaskoczona. – Co tu robisz o tej porze? Zmieniłeś godziny pracy? Podasz mi je? Zaraz odnotuję w aplikacji.

– Nie. To znaczy, nie jestem po pracy. – Wspiął się na krzesło barowe. – Przyszedłem... zjeść.

– Ok. Już ci coś przyrządzam. – Dziewczyna rozpoczęła przygotowywanie posiłku. – Pozwól, że zrobię ci coś lekkiego. Jest już późno i nie powinieneś jeść teraz energetycznego hamburgera.

– Lilu…

– Tak? – Spojrzała na niego, nie przerywając pracy.

Szybko mrugnął i zrobił jej kolejne, tysięczne już chyba zdjęcie.

– Ja... – Przełknął nerwowo ślinę, bo nagle zaschło mu w ustach. – Tak naprawdę przyszedłem do ciebie.

Dziewczyna spojrzała na niego pytająco, po chwili uśmiechnęła się promiennie, jak chyba nigdy dotąd.

 

Poczekał, aż skończy się jej zmiana. Ruszyli razem ulicami Miasta, tak, bez żadnego celu. Na początku sprawdzili, czy mają wspólnych znajomych w sieci, ale Lilu była klonem, a Willy osiągnął już pewien status. Szybko zorientował się, że to nie był najlepszy pomysł, a zaraz po tym, że w ogóle nie wie, co powinien robić. Lilu podobała mu się, dobrze się czuł w jej towarzystwie, ale teraz, gdy szli obok siebie, nie bardzo wiedział, co powinien zrobić.

– Wiesz, niedaleko jest fajny zi-bar, serwują tam zupełnie coś innego niż w moim. – Dziewczyna klasnęła w dłonie, podekscytowana. – Prawie same słodkości! To tak naprawdę zi-kafejka. Lubisz słodycze?

– Ja? – Willy zastanawiał się przez chwilę. – Sam nie wiem, chyba dawno nic takiego nie jadłem.

– To koniecznie musisz spróbować! – Lilu zaczęła gestykulować, opisując mu poszczególne przysmaki. – Mają ciastka w kształcie wieżowców, czekoladowe! Truskawkowe musy, które podają w próżniowych szklankach i musisz słomką na nie polować. Cukierki, które zmieniają smak w zależności od tego, jak szybko je rozgryzasz lub ssiesz. Uwielbiam słodycze!

Poszli więc do zi-kafelki. Willy wcześniej nie próbował słodkości, które co chwila podsuwała mu dziewczyna. Musiał przyznać, że wszystko było bardzo smaczne. Śmiali się i omawiali poszczególne desery. Nawet się nie obejrzeli, gdy zostali sami z obsługą.

– Jejku! Jest już bardzo późno – Lilu zaniepokojona, spojrzała na chłopaka. – Przecież za kilka godzin idziesz do pracy! Nie zdążysz odpowiednio wypocząć. Będziesz niewydajny.

– Spokojnie, jedna zarwana noc nie wpłynie zbytnio na moją pracę. – Machnął uspokajająco ręką. – Zajmuję się specyficznym produktem, jednostkowym. Mój szef nie przelicza dokładnie każdej minuty. Liczy się przede wszystkim efekt.

– Tak? – Dziewczyna uniosła brwi, zaciekawiona. – A czym się w ogóle zajmujesz?

– Nie chcę rozmawiać o pracy. – Spojrzał w jej piękne, błękitne oczy. – Kiedyś ci opowiem, ale nie dzisiaj, dobrze? Przejdźmy się jeszcze kawałek.

– Ok. Ale później wracamy do swoich cel. Praca jednostkowa czy nie, każdy potrzebuje snu. – Złapała go za rękę. – Chodź!

Mimo rękawiczek poczuł ciepło jej dłoni i przeszył go przyjemny dreszcz. Choć w pierwszej chwili chciał wyrwać dłoń, bojąc się zarazków. Odwzajemnił lekko uścisk, oboje uśmiechnęli się nieśmiało. Lilu pierwsza przerwała krępująca ciszę i roześmiała się. Ruszyli przed siebie.

 

❆❆❆

 

Willy otworzył aplikację oświetlenia sali. Projekt wchodził w ostatnią fazę i musiał zmienić ustawienie kilku kul świetlnych. Wprowadził najpierw opcję wschodu słońca, a następnie resztę pór dnia. Za każdym razem krytycznie spoglądając na wannę. Nie doszukał się jednak niewłaściwych załamań. Przykucnął z przodu i spojrzał na przeciwległą stronę wanny tuż nad górną krawędzią. Uformowaną w kształt wydrążonego serca. Tylna ścianka schodziła w dół pod takim kątem, aby lejąca się do niej woda spłynęła na dół, jak z wodospadu i odbiła się gwałtowną falą od przeciwległej ścianki, nie wylewając się przy tym. Wszystko idealnie wyprofilowane. Zadowolony zeskanował wannę i zapisał model przestrzenny w chmurze. Inni zajmą się cyfrową oprawą otoczenia do prezentacji. Poinformował Sturnetta o zakończeniu projektu.

 

Po kilku godzinach, gdy kończył drobne poprawki, dostał informację, że przedsiębiorca pojawi się za kwadrans z potencjalnym klientem. Uruchomił instalację wodą, włączył odpowiednie aplikacje i czekał.

– A o to i oferowana wanna! – Szef wszedł pewnym krokiem do sali.

Za nim podążał prawdopodobnie mężczyzna, świadczyła o tym wielkość i proporcje sylwetki. Jednak chłopak nie był pewien, bo całą postać skrywała długa i obszerna szata, a na głowie znajdował się hełm, wyświetlający teraz neutralny hologram. Wszystko po to, by nie zdradzić emocjonalnie ewentualnej chęci kupna.

Willy wiedział, że Sturnett miał zamontowane dziesiątki czujników i kamer, które analizowały ruchy i gesty, przetwarzając je w stan psychiczny klienta. System był kosztowny, ale potrafił obejść wszelkie maskowania sprawdzanego osobnika. To pozwalało właścicielowi lepiej dopasować cenę. Najczęściej znacznie ją zawyżając.

– Pan Powils samodzielnie projektuje i modeluje. – Sturnett wskazał chłopaka. Zbliżał się najważniejszy moment prezentacji, zadowolenie klienta aplikacja oceniała na osiemdziesiąt procent. – Willy, zademonstruj panu działanie.

Posłusznie wykonał polecenie. Puścił wodę odpowiednio ustawionym strumieniem, który widowiskowo spływał teraz po ścianach i napełniał wannę na kształt morskich fal.

– Czyż to nie jest piękne? – zapytał retorycznie niski mężczyzna.

Satysfakcja zainteresowanego skoczyła do dziewięćdziesięciu procent.

– Pan Powils modeluje swoje wanny ręcznie, nie ma w Mieście drugiej takiej samej. – Szef wyciągnął ostatniego asa z rękawa.

– Co znaczy ręcznie? – Klient używał modulatora głosu. – Własnymi rękoma?!

Ciekawość sto procent. Sturnett wiedział już, że ma klienta w garści.

– Dokładnie tak! Ta wanna od początku do końca wykonywana była ręcznie przez pana Powilsa. – Mężczyzna triumfował.

– Rozumiem. – Satysfakcja sto procent.

– Zapraszam do mojego biura, złoże panu ofertę sprzedaży. – Przedsiębiorca uśmiechnął się szeroko, spojrzał z zadowoleniem na Willy’ego.

Chłopak natychmiast odnotował wpływ premii na konto. Na soczewkach wyświetliła się okrągła sumka, ale nie to było dla niego najważniejsze. Skończył kolejną wannę, z której był naprawdę zadowolony. Kiedyś zrobi jedną dla siebie. Kiedyś będzie wystarczająco bogaty.

 

 

– Czy to oficjalnie druga randka? – Lilu spojrzała zalotnie.

Zaczerwienił się, miał przygotowany jakiś błyskotliwy wstęp, ale teraz wszystko uleciało mu z głowy.

– Tak, jeśli chcesz, możemy odnotować to w aplikacjach. – Starał się wyglądać na luzie.

– Żartowałam! – Dziewczyna roześmiała się i stuknęła go w ramię. – Ale dobrze wiedzieć, co o tym myślisz.

Później było już łatwiej. Tym razem szybko znaleźli wspólne tematy. Willy cieszył się, że włączył aplikację kojarzącą pary. Dzięki temu miał podgląd na istotne szczegóły z ich pierwszego spotkania. Teraz wyświetlał na soczewce najciekawsze informacje i łatwo prowadził rozmowę. Poczuł się pewniej.

– Gdzie mieszkasz? – Dziewczyna uniosła głowę, przyglądając się najbliższym budynkom.

– W dystrykcie szóstym. – Jego pewność siebie lekko się zachwiała. – A dlaczego pytasz?

– Pokażesz mi swoją celę mieszkalną? – Lilu złapała go za rękę. – Jeszcze nigdy nie byłam w celi żadnego człowieka.

Odruchowo prawie wyrwał rękę, zrobiło mu się słabo. Zarówno z powodu bezpośredniego dotyku, jak i pytania. Jeszcze nikogo nie zapraszał do celi. Dziewczyna musiała wyczuć zmianę w jego zachowaniu, puściła go.

– Oczywiście nie musisz, jeśli nie chcesz.

– Nie, to nie tak. – Zaczerpnął głęboko powietrza. Albo zaraz to z siebie wydusi, albo znowu będzie milczał i wszystko straci. – Jeszcze nikogo nie zapraszałem do siebie. Nie wiem... Tak, zapraszam cię.

– Super! – Znowu chwyciła go za rękę.

Tym razem szok był mniejszy.

 

– Jesteśmy. – Willy uruchomił wszystkie aplikacje, z których korzystał.

Sufit dopasował jasność oświetlenia, niewielkie punkty świetlne pojawiły się też nad ladą, wentylacja ruszyła w trybie komfortowym.

– Napijesz się czegoś? – W drodze szybko uruchomił aplikację odwiedzin, by nie palnąć jakiejś gafy i nie zrazić dziewczyny do siebie.

Starał się zachowywać naturalnie, choć kątem oka cały czas obserwował Lilu. Z jednej strony był nią zafascynowany, każdym jej ruchem, spojrzeniem, którym omiatała celę. Z drugiej, bał się bakterii, brudu i skażenia miejsca. Zaczynał się pocić, tego nie lubił najbardziej. Uruchomił inteligentną klimatyzację, aby schładzała powietrze wokół niego.

– Co to jest? – Lilu wskazała drzewko.

– To moje drzewko bonsai. – Rozpierała go duma, nie mógł się powstrzymać, żeby nie zrosić od razu małej roślinki.

Dziewczyna wertowała dane na soczewce, by po chwili szerzej otworzyć oczy.

– Jest prawdziwe? – Podeszła bliżej do kapsuły, stanęła bezwiednie bardzo blisko chłopaka.

Willy'emu zakręciło się w głowie od jej zapachu. Szybko uruchomił aplikację do rejestracji woni. Będzie musiał go później odtworzyć.

– Tak! – Stał zadowolony, mogąc jej zaimponować.

– Jest piękne. – Złapała go pod ramię.

Nawet się nie spostrzegł, kiedy zaczął opowiadać o sobie.

– Nie, nie utrzymuję kontaktu z rodziną. – Spojrzał na półkę. – Właściwie tylko z dziadkiem łączyła mnie nić porozumienia, to jego książka.

– Napisał ją? – Lilu podeszła do półki. – Jejku, ale masz pochodzenie! Mogę zobaczyć?

– Tak, proszę.

– „Życie w czystości”… – przeczytała na głos. – O czym jest?

– To specyficzny temat. – Chłopak zamyślił się na moment. – Dziadek lubił mieć kontrolę nad życiem. Czystość była jego wyznacznikiem. Był dla mnie bardzo ważny.

– Zazdroszczę ci, ja jestem klonem, nie mam żadnej rodziny. – Dziewczyna posmutniała, siadając na kapsule.

– Przestań, nie to jest najważniejsze. – Willy usiadł obok niej. – Na rodzinę nie masz wpływu. Ważne jest, co robisz, co możesz zrobić, jak wykorzystasz własne życie. Ważne jest, kim sama jesteś. A dla mnie…

Zaciął się, język uwiązł mu w gardle. Chciał jej powiedzieć tyle rzeczy, ale nie potrafił dobrać odpowiednich słów.

– Tak? – Spojrzała na niego pytająco.

Zatonął w jej oczach, zapomniał o całym świecie. I wtedy go pocałowała.

Odskoczył jak oparzony. To był bezpośredni kontakt! Obca ślina, drobnoustroje, bakterie. Wytarł odruchowo usta.

– Brzydzisz się mnie. – Zerwała się z kapsuły. – Dlatego, że jestem klonem?! Umiesz tylko pięknie kłamać!

Chciał coś powiedzieć, zaprzeczyć, przeprosić.

– Zobaczysz! Jeszcze kiedyś zostanę człowiekiem! – Wybiegła.

Siedział bez słowa, nie rozumiał, co się stało. Przecież nie chciał… Położył się, zrezygnowany, w kapsule. Górna pokrywa zamknęła się nad nim, zmatowiała. Cela mieszkalna przeszła w tryb nocny.

 

Lilu zniknęła. Był kilka razy w zi-barze, ale ani razu jej nie zastał. W końcu się przełamał i po prostu o nią zapytał. Nikt nic o niej nie wiedział. Pytał trzech kolejnych osób, bo tyle pojawiło się za ladą przez ostatni tydzień. Nic. Zastanawiał się, co mogło się stać, czy wyjechała, zmieniła tylko pracę, czy to przez niego? W końcu poszedł na posterunek, ale trafił tam na dyżurnego, bardzo nieprzyjemnego typa i nic się nie dowiedział.

Z dnia na dzień coraz bardziej się denerwował. Chodził rozkojarzony w pracy, co od razu wykryły aplikacje śledzące i powiadomiły Sturnetta. Wyłgał się małą niedyspozycją, ale wiedział, że to nie przejdzie na dłuższa metę. Postanowił pójść na posterunek jeszcze raz. Tym razem ułożył rozmowę zawczasu w głowie.

– To znowu pan? – Policjantowi dyżurnemu aplikacja wyświetliła podstawowe informacje o Powils'ie. – Co się stało tym razem?

– Cały czas to samo. Chciałem zapytać o dziewczynę, Lilu.

– A ja mówiłem panu, że nikt z jej kontaktów nie zgłosił zaginięcia.

Chłopak wziął głęboki wdech.

– Chcę rozmawiać z człowiekiem, klonie.

Policjant zacisnął zęby. Patrzył na Willy’ego, ale ten nie spuścił wzroku. W końcu bez słowa wyszedł z pomieszczenia. Po chwili pojawił się w nim wysoki, odrobinę zbyt pulchny, inny dyżurny.

– Słucham, o co chodzi?

Chłopak streścił mu w kilku zdaniach, po co przyszedł.

– Ale dlaczego ona tak pana interesuje? – Mężczyzna oparł się leniwie o blat. – Ukradła coś panu? Zniszczyła? Proszę śmiało powiedzieć, procedury…

– Nie, nie! – Szybko zaprzeczył. – Po prostu jest dla mnie ważna.

– Ach! Rozumiem. – Policjant obleśnie się uśmiechnął, nic nie rozumiał.

– Właśnie, więc wie pan. – Willy postanowił zagrać w jego grę. – Jest mi potrzebna.

– Ech, nie wolno mi. – Gbur podrapał się po brodzie. – Nie mogę łamać przepisów.

– Nie widziałem jej od tygodnia. – Próbował zrobić podobnie skretyniałą minę jak poprzednio policjant. – Mocno mnie już ciśnie.

– Dobra, w końcu się o nią troszczysz. – Gliniarz mrugnął porozumiewawczo, połknął haczyk. – Zaraz sprawdzimy co i jak… Jest. Klon serii Beta, numer jeden, osiem, sześć, trzy zera, dwanaście. Wyjechała sześć dni temu z dystryktu.

– Wiadomo gdzie? – Poczuł przez chwilę przypływ nadziei.

– Nie, w ogóle opuściła Miasto. – Policjant wzruszył ramionami. – Przykro mi, młody.

– Zadeklarowała cel podróży? – Nie przestawał dopytywać, musiał się z nią spotkać.

– Strefę Obsługi, ale ten teren jest pod ograniczoną kontrolą, więc mogła równie dobrze skłamać.

Willy milczał, stracił ją.

– Dziękuję za pomoc.

– Jeśli pojawią się o niej jakieś wieści, puszczę ci info. – Mężczyzna klepnął go pocieszająco w ramię.

Ledwo się powstrzymał, żeby nie strącić łapska. I bynajmniej nie z powodu zarazków.

 

❆❆❆

 

Willy Powils stał w zagraconej celi przyjaciela. Tak naprawdę w jedynym wolnym miejscu, które niski, ryży chłopak, oczyścił dla niego naprędce.

– I tak to właśnie wygląda, Mase. Pomożesz mi?

– Zapytam jeszcze raz. – Rudzielec odchylił się w lewitacyjnym fotelu. – Jesteś pewien?

– Tak, muszę ją odnaleźć. To nieporozumienie, wiesz… Wyjaśnić.

– O czym ty mówisz, człowieku? – Mase lubił dramatyzować, choć teraz naprawdę się martwił. – Chcesz pojechać za nią do Strefy Obsługi? Nie piętro niżej, czy do budynku obok, czy nawet innego dystryktu. Tylko wyjechać z Miasta... Żeby wyjaśnić?!

– Nie zrozumiesz tego. – Chłopak kolejny raz sprawdził szczelność maski tlenowej.

– To ty nie rozumiesz sytuacji! – Przyjaciel uniósł się w fotelu. – Grzebiesz cały czas przy tej swojej masce, a tam będziesz bez niczego, rozumiesz? Żadnych masek, aparatów tlenowych, neutralizatorów, rękawiczek antyseptycznych! Sprzęt ukradną, w rękawiczkach nikt ci ręki nie poda, mało tego, będą wiedzieć, że jesteś z Miasta.

– Dlatego przyszedłem do ciebie. – Willy zrezygnowany usiadł na krawędzi kapsuły. – Żebyś pomógł mi się przygotować.

– Mentalności nie przeskoczysz. – Mase podrapał się po głowie. – Fizycznie też nie sprostasz. To naprawdę niebezpieczne. Odpuść sobie.

– Nie mogę.

Rudzielec popatrzył na kumpla. Co prawda nie widział dokładnie jego twarzy za tą maską, ale wyczuł zmianę w zachowaniu. Powils był inny, zdecydowany, wręcz zdeterminowany.

– Jak chcesz – grymas niezadowolenia pojawił się na twarzy chłopaka. – Wpadnij za trzy dni, wyposażę cię.

– Dziękuję! – Chłopak wstał wyraźnie podbudowany.

– Pamiętaj o pracy. Zrób tak, jak ci proponuję. Jesteś dobry w tym, co robisz, możesz stawiać warunki.

– Nie brałem urlopu od dwóch lat. Sturnett musi się zgodzić.

– Postawisz na swoim, jestem pewien.

– Pójdę już. Za wszystko zapłacę, nie martw się.

– Wiem, wiem. – Mase wyciągnął do niego dłoń. – Do zobaczenia.

Willy zesztywniał, popatrzył na kolegę, na wyciągniętą dłoń. Przełknął ślinę.

– Przyzwyczajaj się. – Przyjaciel machnął ręką zachęcająco.

– Jeszcze nie jestem gotowy. – Chłopak cofnął się w kierunku drzwi.

– Dużo czasu ci nie zostało.

 

W fabryce poszło mu łatwiej, niż się spodziewał. To znaczy początkowo Sturnett nie chciał o niczym słyszeć, ale Willy odpowiednio się przygotował. Wprowadził do systemu wszystkie nadprogramowe godziny i prace dodatkowe. Premię zamienił na wolne dni, taki miał przywilej. Ostatecznie, Sturnett zmuszony był dać mu wolne, tak nakazywał system zatrudnień.

 

Dokładnie po trzech dniach pojawił się u kolegi ponownie.

– Tu masz plecak a w nim wszystkie potrzebne rzeczy. – Mase wskazał ręką spory pakunek. – Przejrzałeś sobie programy, którą ci podesłałem? Wgrałeś aplikacje obsługowe?

– Tak, dokładnie te, które radziłeś. – Chłopak spróbował podnieść plecak.

– To dobrze. – Rudzielec przeglądał coś na holograficznym panelu. – Pamiętaj, żeby korzystać tylko z nich. I nigdy nie rozstawaj się ze wzmacniaczem sygnału. Sieć w Strefie działa bardzo słabo.

– Zapamiętam.

– Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić. – Przyjaciel opadł zrezygnowany na fotel.

Willy zastanawiał się czasem, czy Mase kiedykolwiek z niego wstaje.

– Uruchomiłem ci dostęp, ale będziesz tam skazany tylko na siebie.

– Wiem. – Chłopak stęknął pod ciężarem plecaka. Wyciągnął do kolegi dłoń w cienkiej, bezbarwnej rękawiczce.

– To już jakiś postęp. – Mase uścisnął mu rękę. – Ale nie wszyscy tolerują takie przywitanie. Całkiem prawdopodobne, że będziesz musiał ją ściągnąć.

– Wtedy będę się o to martwił.

– Tak.

– Tak.

Nie powiedzieli nic więcej. Nie żegnali się, obaj bojąc się konsekwencji. Jak gdyby pożegnanie samo w sobie mogło się do czegoś przyczynić.

 

Willy przesiadał się już do czwartej linii metra. Szybko zorientował się, że każdy kolejny skład był gorszy od poprzedniego. Coraz brudniejszy, z mniejszą liczbą obsługiwanych aplikacji. W końcu w tej nie działała już żadna. Poczuł się dziwnie, nagle stracił kontakt ze znanym mu światem. Urwały się wiadomości, bieżący status w sieci, dane i wszystkie serwisy, które obserwował.

Rozejrzał się zaniepokojony po wagonie. Oprócz niego jechało nim tylko kilka osób, a i one sukcesywnie wysiadały na kolejnych stacjach. Włączył wzmacniacz, sprawdził wgraną mapę od Mase i upewnił się, że to przedostatni przystanek przed Strefą Obsługi. W tej części składu był już tylko on, jakiś starszy mężczyzna i dwóch podejrzanych typów, którzy przyprawiali go o gęsią skórkę. Starał się na nich nie patrzeć.

Obserwował okolicę za oknem. Tak naprawdę przez większość czasu widział tylko ciemność, w końcu jechali tunelami komunikacyjnymi Miasta. Minęli tylko kilka składów przeładunkowych, przynajmniej tak informowała prosta aplikacja, którą dostał.

Usłyszał komunikat informujący o zbliżaniu się do jego przystanku. Rozejrzał się, ale nikogo już z nim nie było. Widocznie reszta wysiadła na poprzedniej stacji. Poczuł się niepewnie. Zawahał się, gdy otworzyły się drzwi. Pod wpływem impulsu wyskoczył na platformę. Skierował się w stronę schodów, tu nie było automatycznych chodników. Usłyszał hałas za sobą. Obejrzał się i zobaczył dwóch mężczyzn z metra. Szli za nim. Wystraszył się. Przyśpieszył kroku, aby jak najszybciej opuścić pusty peron. Po chwili zaczął biec.

Nie zorientował się, gdy z boku wyskoczył na niego jeden z prześladowców. Zbił go z nóg. Chłopak przewrócił się na plecy. Wtedy posypały się kopniaki. Pierwszy raz poczuł prawdziwy ból. Starał się skulić, osłonić, ale oni kopali celnie. Już po chwili poczuł krew na ustach, zrobiło mu się ciemno przed oczami. Zerwał się pod wpływem adrenaliny i krzyknął z całych sił. Wtedy dostał uderzenie w brzuch i palący ból rozszedł się promieniście po całym ciele. Zobaczył nóż czerwony od krwi. Upadł na beton. Zanim zemdlał, poczuł, jak mężczyźni szarpią go i ściągają z niego rzeczy.

 

❆❆❆

 

Muelie Cotte była zadowolona z życia. Od kilkudziesięciu lat trwała przy boku tego samego mężczyzny, męża, przyjaciela. Hurey był jej całym światem. Nie mieli dzieci i przez to więź między nimi mocno się zacieśniła. Co nie znaczyło, że był to związek idealny.

– Mówię ci, że zwiększyli dostawy do Miasta – mąż podniósł głos, wjechali na jeden z gorszych odcinków metra i mocno dudniło. Odgarnął z czoła siwe włosy, spływające mu prawie do ramion. – Na pewno szykuje się ostra zima, tylko co oni tam będą o niej wiedzieć.

– Czy to ma dla nas jakieś znaczenie, kochanie? – Kobieta spojrzała dobrotliwie, odrywając wzrok od okna.

– Z reguły nie. – Mężczyzna naprawdę zastanawiał się nad odpowiedzią. – Jeszcze nie.

– Kupiec będzie miał pełne ręce roboty – dodała.

– Wardy? – Hurey zamyślił się. – Na pewno. Bogaci z Miasta będą robić zapasy... Może najmę się u niego. Będzie potrzebował dodatkowych rąk do pracy.

– Nie powinieneś utrzymywać z nim kontaktów. – Muelie zmarszczyła brwi. – To nieuczciwy człowiek.

– Przesadzasz. Zgadzam się, że to wyzyskiwacz, ale nikogo do niczego nie zmusza.

Kobieta nic nie odpowiedziała, spojrzała jeszcze raz przez okno. Zaraz dojadą na przystanek w Strefie.

– Zużycie energii też będzie większe – mężczyzna podjął przerwaną myśl. – Zresztą, przy zwiększonych dostawach wszystkiego, będzie więcej zajęcia w naszej kochanej Strefie. Coś da się pewnie odłożyć.

– Ciągle myślisz o zapasach, dawaliśmy sobie radę przez tyle lat, damy radę i teraz.

– Nie jestem już taki młody, Muelie. Coraz trudniej przychodzi mi zarobić.

– Przesadzasz. Ostatnia stacja, wysiadamy! – Kobieta podniosła się poirytowana.

Wiedziała, że mąż ma rację. Ona odsuwała wszystkie problemy na później. On zawsze chciał być o krok z przodu, tylko coraz trudniej im to przychodziło. Wysiedli z metra i ruszyli do wyjścia. Najczęściej nikt z nimi nie wysiadał na przystanku w Strefie. Tak było i tym razem.

– O matko! Hurey! – Muelie podbiegała do leżącego przy schodach mężczyzny. – Hurey, zobacz!

Chłopak był ranny i nieprzytomny. Miał co najwyżej dwadzieścia lat. Leżał zupełnie nagi. Szczupły, zadbany, bez żadnego owłosienia. Nie pasował do tego miejsca.

– Nie żyje? – Mąż spojrzał jej przez ramię.

– Żyje... – Trzymała chłopaka za nadgarstek. Wskazała dużą, ciemną plamę. – Stracił dużo krwi.

Hurey przyjrzał się rannemu dokładniej.

– Zostawmy go. Zobacz, jak on wygląda. Jest z Miasta!

– Co ty mówisz, Hurey'u Cotte? – Kobieta nie kryła gniewu. – Chcesz go zostawić na pewną śmierć?!

– On już jest martwy – odparował. – Wiesz, jacy są słabi, nieodporni. Nie przeżyje kilku godzin, a tylko narobi nam kłopotów. Na pewno jest poszukiwany! Co innego mógłby robić miastowy w Strefie Obsługi?!

– Ściągaj koszulę. – Zdjęła płaszcz i podciągnęła rękawy bluzki.

– Co?

– Ściągaj koszulę, mówię! – Spojrzała na niego zdeterminowana. – Chyba jeszcze nie ogłuchłeś. I rozejrzyj się za jakimiś noszami.

– Noszami? – Zrzucił kurtkę i ściągnął koszulę. – Skąd ja ci tu wezmę nosze?!

– To jest właśnie ta chwila, o której ciągle tyle mówisz. – Wstała i spojrzała mu w oczy. – Możesz teraz sprawdzić, czy poradzisz sobie w sytuacji kryzysowej. Ciągle przecież taką przepowiadałeś.

– Cholera... – Mężczyzna ruszył biegiem po schodach.

 

Evin Rowden kończył właśnie pracę w swojej małej przychodni, gdy do gabinetu wpadł jak burza Hurey Cotte.

– Jest sprawa, Evin. Poważna i pilna! – Mężczyzna usiadł na krześle, głośno łapiąc oddech.

– Co się stało? Biegłeś tutaj? – dopytywał doktor. – Coś z Muelie?

– Nie, ale mamy rannego z Miasta.

Evin potarł dłonią zesztywniały kark, czuł, że będą kłopoty.

– W co ty się wpakowałeś? Zgłosiłeś to?

– Gdybym zgłosił, nie przychodziłbym do ciebie, prawda? – Cotte zareagował nerwowo. – Zresztą to jej pomysł. Ja chciałem go zostawić!

 

Kwadrans później nieprzytomny Willy leżał na prowizorycznym stole operacyjnym w jednej z sal przychodni.

– Muelie, będziesz musiała zostać ze mną, sam nie dam rady. – Doktor miał już założoną maskę i rękawiczki. – Hurey, odsyłaj wszystkich. Jeśli wypłynie, że go nie zgłosiliśmy...

– Dam sobie radę. – Cotte wycofał się w stronę drzwi.

– Dziękuje, Evinie. – Kobieta popatrzyła z wdzięcznością na doktora. – Nie potrafiłam go tak zostawić, rozumiesz? Nawet gdybyśmy powiadomili Miasto, nie przeżyłby do czasu przybycia ich ludzi. Wiesz, jakie oni mają zdanie o Strefie Obsługi. Poza tym Hurey ma trochę racji. Ranny miastowy to nie jest zwyczajna sytuacja w Strefie. Z jakiegoś powodu chłopak się tu znalazł, zdążymy zgłosić go później.

– Masz rację, Muelie. – Evin wyciągnął dłoń. – Podaj mi skalpel, nie tracimy już czasu.

 

Po dwóch godzinach doktor ciężko usiadł na krześle. Ściągnął maskę i wziął głęboki oddech.

– Wyszedłem z wprawy.

– Myślę, że dobrze ci poszło. Chłopak nadal żyje.

– Słaba to pociecha. – Mężczyzna nieznacznie się uśmiechnął. Podniósł się i spojrzał na pacjenta. – Stracił dużo krwi i ma uszkodzone jelita, rana była duża i głęboka. Do tego wstrząs hipowolemiczny. Przetoczyłem mu krew, pozszywałem, ale...

– Nie przeżyje? – Muelie stanęła obok.

– Nie, to znaczy nie wiem, ale to nie wszystko. – Evin otarł pot z czoła. – Wyjdźmy stąd, musimy się umyć, a później trzeba go stąd zabrać.

– O co chodzi, doktorze? – zapytała.

– Widzisz, jest z Miasta. Tam zajęliby się nim zupełnie inaczej. – Evin zaczął wyciągać leki z apteczki. – Ta rana nie byłaby pewnie niczym szczególnym, ale tutaj... Nie mam odpowiedniego sprzętu, sterylność jest czymś umownym. W szpitalu byłoby znacznie lepiej, ale miastowego nikt by nie przyjął bez zgłoszenia. Myślisz, że przed czymś uciekał?

– A po co innego miałby tu przyjeżdżać? Nie wygląda na złą osobę, a wiesz, jakie potrafi być Miasto.

Doktor zamyślił się na chwilę.

– Wiem, Mueile, ale widzisz, ludzie stamtąd mają znacznie niższą odporność. Na wszystko. Żyją w zbyt sterylnych warunkach.

– Boisz się powikłań? – W drzwiach stanął Hurey.

– Powikłań, zakażenia, jego słabej odporności. – Evin podał im niewielki karton. – Dam wam kilka opioidów... Tu jest morfina, ale to w ostateczności, gdyby rana naprawdę mu dokuczała. Macie jeszcze cefalosporynę, to antybiotyk. Nic więcej nie mam, przykro mi.

– Daj spokój, doktorku. – Cotte klepnął mężczyznę w ramię. – Odwaliłeś kawał dobrej roboty, to dzięki tobie chłopak w ogóle żyje.

– Nie, to dzięki wam. Jeszcze pół godziny i nie byłoby kogo ratować. – Doktor złapał kobietę za ramię. – Jesteś pewna, że dobrze zrobiłaś? Może to jednak przestępca, a to były porachunki?

Muelie spojrzała wymownie na męża. Ten wzruszył tylko ramionami.

– On nie jest przestępcą. Mówię wam, nie wygląda na takiego. – Muelie starała się ich przekonać. – To właśnie bandziory go załatwiły.

– Może masz rację, ale teraz już się zbierajcie. Im dłużej tu jesteśmy, tym więcej ryzykujemy.

– Załatwiłem już transport. – Cotte spojrzał na żonę. – Rozumiem, że chcesz go zabrać do domu?

– A gdzie indziej, Hurey?

 

❆❆❆

 

Willy przebudził się. Próbował otworzyć oczy, ale był na to zbyt słaby. Chciał wydać komendę zwiększenia klimatyzacji, ale nie potrafił wydobyć słowa, gardło miał suche, z wysiłkiem przełknął ślinę. Sięgnął ręką do twarzy i wtedy poczuł ogromny ból w brzuchu. Zdał sobie sprawę, że czuł go cały czas, tylko teraz uderzył on ze zdwojoną siłą. Stęknął cicho.

Chłopcze? Słyszysz mnie?

Usłyszał głos przez sen. Jakiegoś mężczyzny? Głos z sieci?

Muelie! Chodź tu szybko!

Kto? Zemdlał.

 

Pierwsze, co poczuł, to dreszcze. Na całym ciele. Trząsł się, aż znowu rozbolał go brzuch. Znowu? Czy wcześniej przestał? Nie miał pojęcia. Chyba coś słyszał, ale nie mógł się skupić. Musiał otworzyć oczy, koniecznie. Po chwili, która wydawała się wiecznością, Willy uchylił nieznacznie powieki.

– Leż spokojnie, chłopcze. – Twarz obmywała mu starsza kobieta. – Leż spokojnie.

Chciał coś powiedzieć, zapytać gdzie jest, ale udało mu się tylko rozchylić usta.

– Chcesz wody? – usłyszał.

Tak, bardzo chciało mu się pić. Zdołał tylko mrugnąć twierdząco. Kobieta nachyliła się i z niewielkiego naczynia nalała mu trochę chłodnego płynu do ust. Przełknął z wysiłkiem. Poczuł ulgę. Spojrzał na nią z wdzięcznością.

– Jak się nazywasz, chłopcze? – zapytała, ocierając mu usta.

– Willy – wydusił z siebie, ale znowu przeszył go ból i odpłynął.

 

Doktor pochylił się na chłopakiem. Zmierzył mu temperaturę, sprawdził puls i ciśnienie. Zrobił badanie krwi.

– Jest tak, jak się obawiałem – westchnął ciężko, patrząc na wysoki wynik OB. – Chłopak ma infekcję, w ranę dostało się zakażenie. Mógłbym go ponownie otworzyć, oczyścić ranę, ale niewiele to pomoże.

– Co proponujesz, Evinie? – Muelie zmieniała co chwilę zimny kompres na rozpalony czole chłopaka.

– Nie wiem. – Mężczyzna nerwowo wzruszył ramionami. – Tu nic nie mogę zrobić. Powiadomcie Miasto albo podrzućcie go do szpitala. Co prawda w szpitalu miastowego w takim stanie nie przyjmą. Nikt nie zaryzykuje jego ewentualnej śmierci. Musiałby trafić do Miasta.

– Przeżyje transport? – Hurey był rzeczowy. – Nie chcę, by ktoś widział mnie z trupem.

– Hurey!

– Trzeba było go zgłosić. – Lekarz nie krył zdenerwowania. – Może nie przeżyć, to prawda.

– Evin, zrób coś – Mueile miała błagalny ton. – Masz rację, może i trzeba, ale teraz jest już za późno na takie dywagacje. Mógł uciekać przed Miastem. To jeszcze młody chłopak! Nie chcę mieć go na sumieniu. Słyszysz?!

– Gdybym tylko miał opatrunek osłonowy...

– Inteligentny plaster? – zapytała z nadzieją w głosie.

– Tak, z nanokapsułkami antybiotyków – tłumaczył Evin. – Taki opatrunek sam uwalnia właściwe antybiotyki po zetknięciu z bakteriami. Szczelnie okrywa ranę, nie trzeba go zmieniać, sam odpadnie, gdy rana się zasklepi.

– Hurey? – Muelie spojrzał na męża.

– To bardzo drogi opatrunek. Nie wiem, czy tu go zdobędziecie. – Evin położył dłoń na ramieniu kobiety. – Nie mam do nich dostępu. Nie mogę wam pomóc, naprawdę.

– Wiem, Evinie, wiem – Poklepała go po dłoni. – Jakoś sobie poradzimy. Dziękuję ci za pomoc.

 

– Nie, Muelie, nie. – Hurey chodził wzburzony tam i z powrotem. – Słyszałaś, ile on kosztuje! To praktycznie całe nasze oszczędności! Nie możemy, nie mogę na to pozwolić. To nasze zabezpieczenie.

– Na wypadek czego, Hurey? – zapytała. – Jesteśmy już starzy, niewiele nam potrzeba. On ma przed sobą całe życie!

– Nie, nie zgadzam się. – Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersiach. – My jeszcze nie umieramy, pieniądze będą nam potrzebne.

– Zrobisz tak, jak ci mówię. – Kobieta spojrzała hardo na męża.

– To nie jest nasz syn. Słyszysz? – Wycelował w nią palcem. – To nie jest Remy! Przestań się w końcu obwiniać.

Dostał w twarz, zanim skończył mówić. Otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Żona uderzyła go pierwszy raz w życiu.

– Weźmiesz pieniądze i pójdziesz do Densona. – Głos miała spokojny, opanowany. – Kupiec na pewno ma dostęp do plastrów. Nie waż mi się wracać z pustymi rękoma.

 

❆❆❆

 

– Pij, to cię wzmocni. – Kobieta przystawiła mu kubek do ust.

Ciecz była gorąca i bardzo tłusta. Willy wykrzywił twarz z niesmakiem. Tłuszcz od razu oblepił mu usta, zrobiło mu się niedobrze.

– Pij! – Spojrzenie kobiety nie dopuszczało sprzeciwu. – Musisz to wypić, żeby wyzdrowieć. Rozumiesz?

Spróbował raz jeszcze, o dziwo, po przełknięciu napój był całkiem smaczny. Zdał sobie sprawę, że wcześniej nic takiego nie pił. Nagle poczuł głód. Przytrzymał ręką kubek i wypił powoli całą zawartość.

– Dobrze, a teraz połóż się i odpoczywaj.

– Dziękuję – powiedział z ulgą. – Gdzie ja jestem?

– W Strefie Obsługi.

– W szpitalu? – dopytywał. – Napadło mnie dwóch mężczyzn...

– Cii, spokojnie. – Odgarnęła mu włosy z czoła. – Nie jesteś w szpitalu. Jesteś w moim domu. Nazywam się Muelie Cotte.

– Willy. Willy Powils. – Czuł, że znowu słabnie. – Ja... Dziękuję.

– Masz za co, chłopcze! – W drzwiach pomieszczenia pojawił się stary, siwy mężczyzna. – Moja żona uratowała ci życie.

Chłopak chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zasnął, gdy tylko zamknął oczy.

 

❆❆❆

 

Wszędzie widział potencjalne zagrożenie. Zarazki, brud i kurz. Tak kurz. Dopiero niedawno dowiedział się, co właściwie to słowo oznacza. Przerażał go. Był w i d o c z n y. Willy zakładał jednorazowe, lateksowe rękawiczki, ale i tak ciągle czuł się źle, bardzo trudno było zachować sterylność. Patrzył właśnie, jak mężczyzna zjadał surowe jabłko, wytarł je wcześniej niedbale w brudną koszulę. Brudną! Znowu zaczął się dusić.

– Spokojnie, chłopcze. – Cotte zmarszczył brwi. – Co się znowu dzieje? Nie musisz jeść, jeśli nie chcesz. Pomyślałem tylko, że przyda ci się trochę witamin.

– Ja, ja... – Willy złapał się za szyję, brakowało mu powietrza.

– Cholera jasna. – Hurey wybiegł, by za chwilę pojawić się z powrotem. – Masz!

Podał chłopakowi brązową, papierową torbę.

– To specjalny filtr oczyszczający – tłumaczył. – Ściśnij go w dłoni, zostaw mały wlot i oddychaj tylko przez niego. Muelie! Muelie, chodź tutaj!

Młody dyszał przez filtr, obserwując, jak powiększa się i ściska po każdym wydechu i wdechu. Opadł na krzesło. Poczuł się trochę lepiej.

– Co się dzieje? – Kobieta wpadła do środka. – Co mu zrobiłeś?

– Ja? Nic! – Hurey bezradnie rozłożył ręce. – Chciałem poczęstować go jabłkiem. Witaminy...

Muelie spojrzała na męża i popukała się w czoło.

– Spokojnie, synu. Zaraz ci przejdzie. Oddychaj powoli. – Nosiła lateksowe rękawiczki i Willy nie bał się jej dotyku. – Rozmawialiśmy już o tym, pamiętasz? Jeśli chcesz przeżyć, musisz zacząć żyć normalnie, żeby się uodpornić.

– Tak, przepraszam. – Chłopak odstawił torbę od ust. – Będę się starał. Zabierz go, Hurey. Ten filtr nie będzie mi już potrzebny.

Mueile spojrzała na męża z naganą, ten wzruszył tylko ramionami.

 

Willy przyglądał się mieszkańcom Strefy. Teraz gdy w końcu chodził już bez maski tlenowej, mógł wyjść na zewnątrz bez zwracania na siebie uwagi. Budynki były tu dosyć niskie. Znacznie węższe uliczki, ciągle spowijały obłoczki pary. Dowiedział się, że to przez system zasilający Miasto. Wilgoć powstawała od olbrzymiej sieci wodnej, systemu grzewczego, czy mocno rozbudowanej kanalizacji. Niewiele mówiły mu te pojęcia, ale wierzył ludziom na słowo. Tak, na słowo. To też było dla niego nowością. Wyrzucił soczewki systemowe, sieć nie działa tutaj w chmurze, była ograniczona i dostępna tylko ze stanowisk stacjonarnych. Nie każdy je miał, nie posiadali go również Cotte. Może dlatego, że ludzie rozmawiali tu ze sobą, wszystko przekazywali słownie, prawie wszystko. Nawet wyglądali inaczej. Po zastanowieniu uznał, że przyjaźniej. Bardzo często się uśmiechali, podawali sobie ręce na przywitanie, czy obejmowali z różnych powodów. Niby wiedział to wszystko od Mase, ale wiedzieć, a zobaczyć, to zupełnie coś innego.

 

Wiedział, że słowo dziękuje, jest miłe, ale niewiele można za nie kupić. Dlatego zaczął wykonywać drobne przedmioty i szybko przekonał się, że jedno funkcjonuje tak samo, jak w Mieście. Żelmasa. Zrobił już całkiem sporą liczbę mis, waz i talerzy ozdobnych. Ludzie chętnie je kupowali. Dzięki temu oddał pieniądze za materiał Hurey'emu i zaczął dokładać się do kosztów utrzymania. Muelie nie chciała pieniędzy, ale jej mąż nie miał takich oporów. I Willy się z tego cieszył. Strefa zaczęła go fascynować, to był jeden wielki rynek zbytu. Przechodziło przez nią wszystko, co wyprodukowano w Mieście, także śmieci i nieczystości. Były tu systemy kontrolne dostarczanej energii i wody. Strefa tętniła życiem przez całą dobę, tak samo, jak Miasto. Jednocześnie całkowicie się od niego różniła. Często rozmawiał z małżeństwem o różnicach. Opowiedział też, dlaczego się tutaj znalazł. Hurey oczywiście się śmiał, ale Mueile powiedziała, że go rozumie.

 

– Mógłbyś popytać o tę dziewczynę. – Cotte kolejny raz wierciła mężowi dziurę w brzuchu. – Chyba widzisz, jak mu na niej zależy. Przyszedł tu za nią.

– I narobił nam przez to masę kłopotów. – Mężczyzna był sceptyczny. – Nie potrzebujemy kolejnych. Pozwoliłem ci się nim zająć, ale na tym koniec.

– Przemytnik na pewno coś o niej wie. On wie wszystko. A nawet jeśli nie, na pewno potrafi się tego dowiedzieć.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz, kobieto? – Przestał kroić warzywa i spojrzał z irytacją na żonę.

– Wiesz, gdyby Willy dowiedział się, gdzie ona jest... – Mueile uśmiechnęła się znacząco. – Pewnie zamieszkałby z nią.

Otworzył usta, ale zamknął je bez słowa. Patrzył na żonę przez chwilę.

– Wiesz, że Denson nie robi nic za darmo – tłumaczył. – Nie mamy już czym zapłacić.

– Znam cię, Hurey'u Cotte. Coś wymyślisz.

Mężczyzna zmrużył oczy, bacznie przyglądał się żonie. W końcu uśmiechnął się.

– Jak ty to robisz, Muelie Cotte? – Przyciągnął ją do siebie i objął. – Czy zawsze będziesz stawiać na swoim?

– Nie, oczywiście, że nie. – Kobieta odwzajemniła uśmiech i uścisk. – Tylko wtedy, gdy mam rację.

 

Mueile przyglądała się, jak Willy wyrabiał wazę. Jego dłonie dosłownie tańczyły na bezkształtnej masie, która już po chwili przypominała naczynie, a po następnej wyglądała niepowtarzalnie i pięknie zarazem. Chłopak zmienił się, nie był już taki bojaźliwy. Przestał ciągle mówić o czystości, choć widziała, że czasem chciałby to jeszcze skomentować. Przestał łapać drobne infekcje. O dziwo, i to po tym, gdy zaczął wychodzić na zewnątrz. Niejednokrotnie wracał podekscytowany. Cieszyła się z tego, dostosowywał się. Musiał. Inaczej tu nie przetrwa.

– Masz talent w rękach – jej głos był pełen zachwytu. – Wiesz, że mógłbyś tu zostać, prawda? Bez problemu zarobiłbyś na swoje utrzymanie, ba, może nawet dostatnio żył.

– Muszę odnaleźć Lilu, rozumiesz? – Przerwał pracę i spojrzał na nią. – To siedzi tu, głęboko. Ciągle o niej myślę. Odszukam ją, za wszelką cenę.

– Przypominasz mi kogoś...

– Jest u Wolnych. – W drzwiach stał Hurey. – Po drugiej stronie płaskowyżu.

– Dzień dobry, Muelie. – Za Cotte'em pojawił się rosły mężczyzna.

Odgarnął z twarzy bujną, rudowłosą fryzurę uśmiechnął się jowialnie. Ubrany był w długi, czarny płaszcz, który ściągnął i rozsiadł się bezceremonialnie na krześle. – Więc to jest ten mieszczuch?

– Witaj, Denson. – Krótki grymas przebiegł przez twarz kobiety. – Co cię do nas sprowadza?

– Twój chłopak – mówiąc to, mężczyzna wskazał palcem na Willy'ego. – Cała Strefa już o nim szepcze.

– Cała? – Muelie zmarszczyła brwi, patrząc ze złością na męża.

– Nie słuchaj go, zgrywa się.

– Przepraszam! – Rudowłosy szeroko rozłożył ręce. – To nie był zbyt udany żart.

Wstał i wyciągnął rękę w stronę młodego.

– Witaj, chłopcze. Jestem Wardy Denson, ale przyjaciele mówią na mnie Kupiec.

– Dzień dobry. – Chłopak podniósł się i uścisnął dłoń mężczyzny. Nie patrzył w dół, nauczył się już, że tak jest łatwiej. – Jestem Willy. Willy Powils. Czy dobrze zrozumiałem, że wie pan, gdzie jest Lilu? To na pewno ona?

– Blondynka, włosy spięte w kucyk. Ponoć całkiem ładne, niebieskie oczy – wymieniał przemytnik. – Znak serii na policzku, już nie tak ładny. Odwrócona podkowa.

– To ona! – Złapał mężczyznę za ramię. – Zaprowadzi mnie pan do niej?

 

❆❆❆

 

– Piękny dzban, nie ukrywam, że mi się podoba. – Sąsiadka obracała w dłoniach pokaźnych rozmiarów naczynie. – Ale trzydzieści? Czy ty aby nie przesadzasz?

– W gotówce, ale nie musisz kupować. – Mueile wyciągnęła ręce po siwak.

– Nie powiedziałam, że nie wezmę. – Kobieta wyciągnęła portfel. – Daj znać, jak zdobędziesz do niego wazę, tylko chcę wtedy lepszą cenę!

Chłopak uśmiechnął się, słuchając dyskusji z drugiego pomieszczenia. Naczynia dobrze się sprzedawały, a na tym nie poprzestał. Żelmasa miała mnóstwo właściwości. Mógł z niej zrobić wiele pożytecznych rzeczy.

– Wszystko od razu znajduje nabywców. – Muelie pokiwała głową z uznaniem.

– Potrzebuję pieniędzy. Wszystko kosztuje, Hurey obiecał zrobić mi listę niezbędnego ekwipunku.

– Wiem. – Spojrzała na niego. – Ale sam sprzęt to nie wszystko. Nie zdajesz sobie sprawy, na co się porywasz. Zostań... Proszę.

Willy wstał i mocno objął kobietę.

– Nie mogę.

 

Rozmyślał o płaskowyżu. Od kilku dni na niczym innym nie potrafił się skupić. Dowiedział się o panującej właśnie zimie. W Mieście w ogóle nie zauważał zmian pór roku. Ogrom aglomeracji, wydzielanego ciepła, gazów, zabudowy ponad chmury, skutecznie pozbawił dostępu nawet pogodę. W Mieście panowała jedna, nijaka. Poza Miastem i Strefą Obsługi natura toczyła się zgodnie z kalendarzem. A teraz panowała zima. Do przejścia było przeszło trzysta mil. Czterdzieści, może nawet pięćdziesiąt dni drogi, jak oceniał Hurey.

– Zginiesz, chłopcze – mężczyzna westchnął ciężko i usiadł obok Willy'ego. – Myślisz, że dlaczego Wardy wyrusza raptem dwa, trzy razy każdej zimy? Nikt nie chce męczyć się w takich warunkach, nie widać dróg, zamarzniętych jezior, łatwo wjechać, czy wejść gdzie nie trzeba i nieszczęście murowane. Nie mówiąc już o mrozie.

– Mówiłeś już o tym.

– Dzieciaku! Nie dasz rady, rozumiesz? – Cotte poderwał się, rozzłoszczony. – To nie jest gdybanie, to pewnik! Jesteś za słaby. Fizycznie i psychicznie. Jak ci to wytłumaczyć, żebyś zrozumiał?

– O tym też już mówiłeś. – Willy wstał, spojrzał z determinacją na starszego mężczyznę.

– A mówiłem, że przemytnicy dobrze kontrolują płaskowyż? Nie chcą stracić monopolu! – Hurey ścisnął go za ramię. – Zabiją, jeśli cię złapią. Wardy'ego nie musisz się obawiać, ale nie tylko on tam żeruje.

– Dlaczego przemytnicy tak go pilnują? Miasto nie może coś z tym zrobić? Chciałem, żeby Denson zabrał mnie ze sobą. – Chłopak nie krył żalu w głosie. – Miał tylko podać sumę, zapłaciłbym.

– Nie ma takie sumy, za którą by się zgodził. – Cotte mówił już spokojnie. – To zamknięty rynek. Miasto bardzo nieprzychylnie patrzy na Wolnych. Nie popiera takiej formy życia. Dlatego przemytnicy mają ciche przyzwolenie na swoje lewe interesy. Drogi handlowe na płaskowyżu są ich i często korzystają z przemocy, egzekwując swoje „prawa”. Dla Miasta kto jest poza Miastem, nie podlega już jego ochronie. Najbogatsi biorą od Wolnych sporo naturalnych produktów, ale o tym wiedzą tylko oni. Dzięki nim Denson dobrze prosperuje. Nie zaryzykuje całego interesu dla ciebie.

– W takim razie jak Lilu udało się tam dostać?

– Nie wiem. – Hurey zastanawiał się przez chwilę. – Mówiłeś, że jest klonem, więc niewiele znaczy dla Miasta. Poza tym mogła wyjechać z Wolnymi, którzy przybyli tu handlować. Jeśli zgodziła się pracować za jedzenie i miejsce do spania, mogli ją zabrać ze sobą.

– Poradzę sobie bez Kupca.

Cotte uśmiechnął się.

– Tego nie wiem, ale zanim wyruszysz, musisz się jeszcze wiele nauczyć.

 

❆❆❆

 

– Potrzebuję broni.

Wardy Denson błyskawicznie się odwrócił.

– Jak tu wszedłeś, chłopcze? – grymas niezadowolenia wykrzywił mu twarz.

– Karabinku, nie pistoletu. – Willy zignorował pytanie. – I nauczysz mnie z niego strzelać.

– I co jeszcze, młodziku? – Przemytnik złapał się pod boki. – Wyglądam jak dżin, który spełnia życzenia?

– Mam pieniądze, poza tym mam też towar. – Chłopak nie tracił rezonu. – Będziesz wyjeżdżał do Wolnych, niejedna rzecz z żelmasy ci się przyda. Naczynia, narzędzia, osłony, co tylko będziesz potrzebował.

Denson zmrużył oczy, spojrzał uważnie na Powils'a.

– Szybko się uczysz... Może będę miał coś dla ciebie. – Odwrócił się do chłopaka plecami. – Dam ci znać.

 

Dzień dopiero się budził. W Strefie Obsługi pory dania łatwiej było zauważyć niż w Mieście. Na uliczkach pojawili się pierwsi mieszkańcy.

– Gdzie Willy? – Muelie przeciągnęła się, zaglądając do kuchni.

– Biega. – Hurey nie oderwał wzroku od czytnika. – Niedługo wróci.

– Sam? – usłyszał niepokój w jej głosie. – Nie biegasz już razem z nim?

– Chciałbym, ale nie mogę. – Spojrzał na żonę. – Młody jest już dla mnie zbyt szybki. Zresztą, jeśli chce niedługo wyruszyć, musi sobie radzić.

– Miałeś go namówić, żeby zaczekał jeszcze trochę. Może zrobi się cieplej.

– Ha! Kobieto! – Cotte szczerze się roześmiał. – Trafiła kosa na kamień. On jest jeszcze bardziej uparty od ciebie!

– Jesteś mężczyzną, powinieneś umieć dotrzeć do niego – powiedziała z wyrzutem.

– I dotarłem. Zatrzymać się nie da, ale nauczyłem go wszystkiego, co sam wiem o płaskowyżu. Opowiedziałem mu o niebezpiecznych nieckach i kotlinach. Wie, jak obchodzić muldy i zwały śniegu tak, by go nie przysypało. Umie wspinać się na skały. Jest dobrze przygotowany.

– Nie poradzi sobie...

– Nie jestem już tego taki pewny.

 

❆❆❆

 

Willy machał na do widzenia mężczyznom w oddalającym się pojeździe. Przemytnik z Hurey'em podrzucili go na wzgórza, kilka mil za Strefą Obsługi. Hurey podarował mu kompas magnetyczny na rękę, a Wardy lokalizator.

Innego nie mam, to najmniejszy, jaki mogłem zdobyć. Jest ze śmiga. Nikt już nie chodzi pieszo. Trzymaj się współrzędnych. Wybrałem trasę omijającą główny szlak przemytniczy. Jeśli lokalizator przestanie działać, polegaj na kompasie od Hurey'a. Kieruj się wtedy na północny wschód i nie zbaczaj z kierunku. Inaczej zgubisz się i zginiesz.

 

Zgodnie z wytycznymi Kupca, szedł jeszcze dwie mile wzdłuż rurociągów zasilających, które ciągnęły z elektrowni do Strefy Obsługi i dalej do Miasta. Hurey mówił mu, że zakłady obsługiwane są całkowicie automatycznie i przestrzegał przed pójściem w ich kierunku. Roboty nie tylko wykonywały w nich całą pracę, ale także nadzorowały teren, nie dopuszczając nikogo w pobliże. Przez jakiś czas dwie olbrzymie rury, o średnicy kilkunastu metrów, skutecznie chroniły go przed wiatrem i zimnem. Później, gdy odbił w kierunku północno–wschodnim, krajobraz stopniowo zaczął się zmieniać. Nie sądził tylko, że stanie się to tak szybko. Pojawił się śnieg, najpierw gdzieniegdzie, po chwili pokrywał już wszystko jak okiem sięgnąć. Po przejściu kolejnej mili wyciągnął gogle, maskę na twarz i rakiety na nogi. Śnieg szybko zrobił się głęboki. Przemytnik ostrzegał go także przed śnieżną ślepotą, poza tym wzmógł się wiatr i temperatura raptownie spadła. Naciągnął kaptur na głowę i sprawdził kierunek na lokalizatorze. Poprawił ciężki plecak, wymacał ręką zaczepiony do niego karabinek w pokrowcu i ruszył.

Bał się, ale liczył, że jest wystarczająco przygotowany. Hurey powiedział, że go nie puści, jeśli nie będzie w stanie przebiec piętnastu mil. Początkowo miał problem, żeby przebiec dwie, ale gdy Cotte głośno się z niego śmiał, zaciskał zęby i biegł dalej. W końcu przebiegł dwadzieścia i mężczyzna dał mu spokój. W ogóle tego nie skomentował, patrzył tylko i uśmiechał się. Willy robił to wszystko z myślą o Lilu, ona przecież tam gdzieś jest. Czy pamięta o nim? Czeka na niego? Nie... bzdura. Dlaczego miałaby czekać? Gdy się spotykali, był mieszczuchem, nie miał zbyt wielu zalet. Właściwie nie wiedział, dlaczego w ogóle się z nim spotykała.

 

 

Dziewczyna wycierała dokładnie szklanki stojące na blacie. Lubiła czystość, żadna nie mogła mieć najmniejszych śladów, musiały wszystkie stać równiutko, po dwanaście w dwóch rzędach. Uśmiechała się w duchu, myśląc, czy to nie jest czasem czyjś wpływ. Uwijała się, bo dzisiaj wyjątkowo dużo gości zawitało do baru. Była szczęśliwa, że się tutaj znalazła. Lubiła tę pracę, lubiła tych ludzi. To było zupełnie inne miejsce niż zi-bar. Wcześniej nie zastanawiała się, jak wygląda życie poza Miastem, nie wiedziała nawet, że takie istnieje. A teraz... Czuła się jak po drugiej stronie lustra. Gdzie wszystko jest uproszczone, mniejsze, spokojniejsze. Dobrze jej tu było. Tylko czasami czuła pustkę... Tęskniła.

 

 

Godzinę przed zmrokiem zaczął kopać norę w śniegu. Gdy stał w niej do wysokości uda, rozciągnął nad nią teleskopowe pałąki, następnie naciągnął termiczny namiot, a w środku położył matę izolacyjną. Tak przygotowane schronienie przysypał cienką warstwą śniegu aż po sam czubek.

 

Przemytnicy wysyłają zwiadowców, którzy poruszają się skuterami lub śmigami. Usłyszysz ich z daleka. Kop nory w nieckach i zawsze przysypuj warstwą śniegu. Musisz być niewidoczny.

 

Rozpalił jedną z kilkudziesięciu kostek sprasowanego, syntetycznego węgla. Bezwonnego, bezdymnego, lekkiego i bardzo wydajnego energetycznie, ale i tak zajmował on połowę plecaka. Drugą połowę stanowiło wyposażenie, ubrania i jedzenie. Nie zabrał go zbyt dużo, ale tyle musiało mu wystarczyć.

Topił właśnie śnieg, żeby rozpuścić w nim małą, skondensowaną porcję farszu mięsno-warzywnego. Nad rondlem unosiły się obłoczki pary i w środku zrobiło się cieplej. Chłopak ściągnął kurtkę i posmakował zupy. Była pyszna, dopiero teraz poczuł, że naprawdę zgłodniał. Zjadł całość w mgnieniu oka. Wytarł rondel w śniegu i zasnął, zanim zdążył o czymkolwiek pomyśleć.

 

Obudził się, gdy słońca było już wysoko na niebie. Zganił się za to. Zbyt daleko dzisiaj nie zajdzie. Wiedział, że przez pierwsze dni musi się przystosować, postanowił ustawiać alarm, żeby wyruszać odpowiednio wcześnie.

Załatwianie się na mrozie nie należało do najprzyjemniejszych czynności, do tego też musiał się przyzwyczaić. Posilił się, spakował plecak i wyruszył. Wszystko zajęło mu prawie godzinę. Długo. Będzie musiał lepiej się starać.

 

Tylko marsz uchroni cię przez wyziębieniem, licz jednak siły na zamiary. Jeśli się przeforsujesz i osłabniesz, nie będziesz w stanie iść. Jeśli nie będziesz szedł, zmarzniesz i umrzesz.

 

Po trzech dniach zjedzenie posiłku i spakowanie zajmowało mu już tylko pół godziny. Był zadowolony, mógł pokonywać dłuższe dystanse. Przekonał się, że najlepiej nie robić długich postoi, ciężko było później wyruszyć dalej. Ograniczał więc każdy odpoczynek do kwadransa.

Wszedł właśnie na niewielki pagórek i zobaczył przed sobą zupełnie płaską krainę. Płaskowyż. Poczuł się jak na białej pustyni, a jeszcze do niedawna to słowo było mu zupełnie obce. Ruszył żwawo, czuł, że ten bezkres go wzywa.

Najpierw usłyszał trzask, ale zanim zdążył się zastanowić, wpadł po pachy w wodę.

– Aaa! – zawołał przestraszny, dysząc na powierzchni.

To lód. Lód załamał się pod nim.

 

Uważaj na zamarznięte jeziora, niektóre łączą się termalnymi źródłami i lód jest na nich bardzo cienki. Unikaj płaskich przestrzeni, sprawdzaj, co jest pod spodem, zanim wejdziesz.

 

Za późno! Stracił czujność, zapomniał. Zimno docierało coraz głębiej, plecak ciągnął go w dół, coraz trudniej było mu utrzymać się na powierzchni.

 

Czekan trzymaj zawsze pod ręką, nie wiadomo, kiedy może ci się przydać.

 

Sięgnął ręką pod wodę, wymacał chłodną stal, chwycił mocno i wyciągnął.

– Uff! O matko! – Czuł, jak opuszczają go siły.

Z wysiłkiem uderzył czekanem jak najdalej przed sobą, chwycił rączkę obiema rękoma i cudem wciągnął się na górę. Leżał i głośno dyszał z wysiłku. Zimno, zimno! Przeczołgał się dalej. Kilkanaście metrów po lewej zobaczył nierówny teren, ruszył w tamtą stronę. Gdy ujrzał źdźbła wysuszonej trawy, wstał na nogi i pobiegł, padł jednak po kilku krokach. Przeraźliwe zimno było trudne do wytrzymania.

Zerwał się i zaczął szybko rozbierać. Tak kazał zrobić Hurey, gdy wpadnie do wody. Po chwili stał nagi. Palce miał zesztywniałe, ale udało mu się rozpiąć nieprzemakalną osłonę plecaka. Wyciągnął termiczny kombinezon. Miał problemy z jego włożeniem, nie potrafił powstrzymać drżenia rąk. Obóz, jak najszybciej rozbić namiot i rozpalić ogień. Krzyczał w niebo, kopiąc jamę. Miał gdzieś, czy ktoś go usłyszy. Tracił czucie w dłoniach i stopach. Namiot, ogień, namiot, ogień, namiot, ogień! Z wysiłkiem wsunął się do środka, rozpalił od razu trzy kostki. Odruchowo ułożył się w pozycji embrionalnej, twarzą i dłońmi w stronę ognia. Gdy poczuł ciepło, zasnął bezwiednie.

 

 

Lilu zamyśliła się, patrząc w okno. Jaki dziwny był świat. Miała na myśli Miasto i ten tutaj. Jak bardzo różniły się od siebie. Uśmiechnęła się, gdy przypomniała sobie, dlaczego w ogóle uciekła z Miasta. Wśród Wolnych nikt nie widział w niej klona, niektórzy nie wiedzieli nawet, co znaczy symbol na jej policzku. Gdy tłumaczyła, kiwali tylko głowami, mówiąc coś o tatuażach i uśmiechali się do niej serdecznie. Dla nich nie miało ż a d n e g o znaczenia kim była. I czuła się z tym dobrze. Żałowała tylko jednego, że nie ma z nią Willy'ego.

 

 

Obudził się cały rozpalony. Po doświadczeniach u Cotte'ch, wiedział już, że jest chory. Wstawił śnieg w rondlu i wyczołgał się na zewnątrz. Wciągnął do środka plecak i zmarznięte ubranie. Szybko rozpuścił porcję jedzenia w gotującej się wodzie i połknął antybiotyk. Mueile odpowiednio go zaopatrzyła.

 

Pij gorące zupy, rozgrzewają od środka, pomogą ci utrzymać ciepłotę ciała.

 

Miał w głowie jej słowa. Rzeczywiście po wypiciu wywaru poczuł się lepiej. Nie miał butów na zmianę, ale miał długie, termiczne wkładki. Wciągnął na siebie ocieplaną bluzę i wyszedł na zewnątrz. Musiał przysypać namiot, osłonić się, spędzi tu dwa, trzy dni. Przynajmniej tyle kazała odpocząć Muelie, gdy zacznie brać leki.

 

Jeśli się przeforsujesz, nie będziesz w stanie iść. Jeśli nie będziesz szedł, zmarzniesz i umrzesz.

 

Powtarzał te słowa w myślach jak mantrę. Bał się i jednocześnie wiedział, że tylko żelazne trzymanie się wskazówek Cotte'ch uchroni go od błędów, które mogą kosztować go życie.

 

❆❆❆

 

Był w drodze od kilkunastu dni. Zaplanował na początku, że przejdzie drogę w czterdzieści. Odliczając trzy dni postoju, miał za sobą ledwie jedną czwartą odległości, a czuł się, jakby spędził tu całe wieki. Za czym tak gnał? Lilu. Choć, teraz gdy o niej pomyślał, nie ściskało go już tak w sercu. Nie znaczy, że przestało mu na niej zależeć... Wręcz odwrotnie. Tylko nie bał się już tego uczucia.

 

Rozbijał obóz, spał, zwijał obóz, szedł. Rozbijał i znowu zwijał. Wpadł w rutynę, ale jednocześnie zmieniał się. Fizycznie. Na twarzy, nogach i nad przyrodzeniem pojawił się zarost, nie chodził już przecież na zabiegi. Skóra zrobiła się sucha i ogorzała, ale nie przejmował się tym, nie zauważył tego.

 

Któregoś dnia z zamyślenia wyrwał go warkot. Szybko rozejrzał się i podbiegł do niewielkiego pagórka. Leżąc w naprędce rozkopanym śniegu, rozejrzał się po okolicy. Przez niewielką lunetę cyfrową sprawdził okolicę. Wstrzymał oddech, gdy zobaczył rosnącą plamkę na niebie. Sięgnął szybko po karabinek, zamocował na nim lunetę i spojrzał jeszcze raz. Prawdopodobnie śmig. Przeładował i czekał. Wędrował ubrany na biało, plecak miał maskownicę w takim samym kolorze. Nie zauważą go.

Śmig rósł w oczach, leciał prosto na niego. Wiedział, że sam jest niewidoczny, ale zostawiał przecież za sobą ślady.

 

Albo ty ich, albo oni ciebie.

 

Willy przystawił broń do ramienia i dokładnie wycelował. Ręka mu drżała, puścił spust i rozprostował palce. Maszyna była już blisko, za chwilę będzie za późno, minie go. Przyłożył palec, wstrzymał oddech i strzelił. Śmig błyskawicznie skręcił i zawrócił. Chłopak nie był pewny, czy trafił, ale cieszył się, gdy przemytnicy zwrócili. Zapewne wrócą, może nawet większą liczbą, ale na razie nie wiedzą kto i dlaczego strzelał, będą ostrożni, a to powinno dać mu trochę czasu.

Wiedział, że nie może zatrzymać się na noc. Nie tutaj. Podniósł się i podjął wędrówkę. Będzie musiał przejść przynajmniej kilka mil, znaleźć się jak najdalej stąd. Modlił się o padający śnieg.

Po kilku godzinach bóg go wysłuchał.

 

 

– Za kim tak wyglądasz, Lilu? – Stary mężczyzna nalewał właśnie porcję piwa pierwszemu klientowi. – Czekasz na kogoś?

– Nie, zupełnie nie. – Dziewczyna speszyła się. – Wszystko jest tu dla mnie nowe, próbuję się przyzwyczaić.

– Tak, nie ty pierwsza jesteś rozkojarzona po przyjeździe. – Barman pokiwał głową. – Ale przyzwyczaisz się. Zrobisz nam ciepłej herbaty? Straszny ziąb dzisiaj.

– Tak, już robię. – Lilu poprawiła spięty kucyk i szybko ruszyła do kuchni.

 

 

Dzień trzydziesty. Od jakiegoś czasu zastanawiał się, dlaczego podjął tę wędrówkę. Nie był już pewny, czy to ze względu na Lilu. Nie dopuszczał tego wcześniej do głowy, ale chyba chciał zmiany swojego życia. Lilu na pewno miała na to duży wpływ. Gdy się pojawiła, wszystko się zmieniło. Była jak impuls, ale wiedział, że to jeszcze coś więcej.

Zatrzymał się i wyjął kawałek sprasowanego jedzenia. Zorientował się wcześniej, że w ustach rozpuszcza się znacznie wolniej niż w przegotowanej wodzie. Zabijał głód na godzinę, czasem dwie. Przez chorobę i opóźnienie zjadł wcześniej zbyt dużo zapasów. Musiał ograniczyć racje żywnościowe, miały mu starczyć na czterdzieści, może czterdzieści parę dni. Jeśli będzie musiał iść dłużej, to już bez jedzenia.

Znalazł niewielką kotlinę na nocleg. Ściągnął plecak i wybrał miejsce do rozstawienia namiotu. Wyciągnął saperkę i zaczął kopać. Śnieg był bardzo zmarznięty. Zaczął uderzać z góry, żeby trochę go pokruszyć, ale głownia zagłębiała się tylko do połowy. Usiadł okrakiem na ziemi, uderzał tak długo, aż udało mu się wykopać odpowiednie zagłębienie. Gdy wstał, poczuł przeszywający ból w kolanie. Dokuczał mu przez cały czas rozstawiania namiotu, później nawet bardziej.

– Matko... – wystękał, myśląc o Mueile.

Po godzinie ból przerodził się w strach, że nie będzie mógł iść dalej. Leżąc w namiocie, ściągnął spodnie. Lewe kolano było wyraźnie spuchnięte. Zdołał wygrzebać apteczkę i zrobić sobie zastrzyk.

 

Weź lek przeciwbólowy, jeśli będzie to konieczne. Zanim ból pozbawi cię sił albo przytomności.

 

To były jej słowa, kolejne, które mu pomogły. Tak dużo się od niej nauczył. I od Hurey'a. Oparł się o plecak i zaszlochał. Poczuł się nagle bardzo słaby. Jeszcze tyle drogi, czyżby miał umrzeć na tej przeklętej, białej pustyni?

 

Dzień trzydziesty siódmy. Kolano wciąż go bolało, zużył już trzy z pięciu zastrzyków, które miał. Od dwóch dni bolały go też palce u lewej stopy. Zrobiły się mocno czerwone, nacierał je maścią od Cotte'ch, ale niewiele to pomagało.

 

Dzień czterdziesty. Drżały mu ręce. Gdy w końcu rozbił namiot i zjadł ostatnią kostkę wywaru, obejrzał palce. Już go nie bolały, tylko zrobiły się ciemnofioletowe, prawie czarne. To nie wróżyło nic dobrego. Dzień czterdziesty... Nie udało się dotrzeć zgodnie z planem.

 

Następnego dnia wyruszył bardzo wcześnie, chciał przejść jak najdłuższy odcinek, póki jeszcze mógł chodzić. Przynajmniej nie będzie musiał robić przerw na jedzenie. Już nic nie miał. Od kilku dni nie zakładał maski na usta i nos. Broda i wąsy urosły tak bardzo, że pocił się pod nią i swędziała go później twarz. Zarost nieco osłaniał, ale szybko pokrywał się śnieżnym nalotem. Na początku to drażniło, ale w końcu przestał go usuwać, bo tylko rozpraszał się i spowalniał marsz.

Wystarczył jeden dzień bez posiłków, a wędrował już znacznie wolniej. Wcześniej zostawił czekan, karabinek i część ubrań. Bagaż był lżejszy bez jedzenia, ale i tak to, co zostało, mocno mu ciążyło. Szybko tracił siły. Zrobiło się ciemno i przez nieuwagę przewrócił się. Klęknął na zmarzniętym śniegu. Musiał rozbić obóz, tylko czy rano da radę ruszyć dalej? Miał już zaniki świadomości, widział światła... Światło!

Podniósł się z wysiłkiem, ściągnął gogle i przetarł oczy. Nie, to pewnie zwidy... Uderzył się po twarzy. Światło. To na pewno były światła! Powoli ruszył dalej.

 

 

Mijał niskie, małe domki, parterowe lub jednopiętrowe. Jakże dziwnie wyglądały. Uliczka była tak wąska, że mógł ją przejść w poprzek w kilkanaście kroków.

 

Dziewczyna pracuje w barze „Roslyn”. Żółty neon widać z daleka. Tam ją znajdziesz.

 

Nie wierzył, że mu się udało. Minął dwie, czy trzy osoby, ale żadna nie zwróciła na niego uwagi. Czy to mu się śniło? Nie, takich zabudowań nie mógłby sobie wyobrazić.

Zobaczył go w połowie uliczki. Piętrowy budynek, większy od innych, a na nim żółty, świecący się napis „Rosly”, „n” migotało. Ruszył w jego kierunku. Zatrzymał się przed drzwiami. Ze środka dochodziła muzyka i gwar rozmów. Zacisnął dłonie w pięści, rozprostował powoli palce. Wziął głęboki oddech i wszedł do środka.

 

Lilu wycierała szklanki i podniosła na chwilę wzrok na gościa. Był ubrany jak na szlak, a raczej z niego wracał, brodę i wąsy miał całe zaszronione, spod kaptura ledwo było widać resztę twarzy. Zmarznięty śnieg pokrywał wielki plecak. Wróciła do ustawiania szklanek na ladzie. Lubiła czystość, musiały wszystkie stać równiutko, po dwanaście w dwóch rzędach. Dzisiaj goście nie dopisywali. Dlatego każdy kolejny tylko ją cieszył.

Zdała sobie sprawę, że przybysz nie ruszył się z miejsca. Spojrzała na niego. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu, nie odezwała się. Mężczyzna ściągnął kaptur. Kogoś jej przypominał. Gdy tak stał i ścierał śnieg z wąsów i brody... Odstawiła ostatnią szklankę. Chłopak zdjął czapkę. Serce zabiło jej szybciej. Oczy zeszkliły. Chciała podbiec, rzucić mu się na szyję, ale stała jak sparaliżowana, nie potrafiła wydobyć z siebie słowa.

I wtedy jej Willy się odezwał.

– Jestem, Lilu.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Darcon · dnia 09.09.2018 13:15 · Czytań: 166 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 10
Komentarze
JOLA S. dnia 09.09.2018 16:29
Przeczytałam, ciekawa jak pisze redaktor prozy na PP. :)

Pierwsze wrażenie: tekst napisany z nerwem dramatycznym i talentem do psychologicznego portretu. Ale, gdyby wdać się w subtelne rozważania: Czy tekst dobrze oddaje klimat? Musiałabym się zastanowić, z tego powodu pozwolę sobie to pominąć i zająć się przede wszystkim bohaterami opowieści.
Zwłaszcza, że wyłania się pewien problem nie jestem fanką tego gatunku. Stąd i nieśmiałość w ewentualnej ocenie. Powiesz, że ten fakt ma niewiele do rzeczy...
A więc, narzucasz pewien stereotyp zachowań postaci. Dobrze i źle. Kwestia trudna, aby z nią polemizować, przedmiot indywidualnego wyboru i sposobu postrzegania świata. Rozumiem. :)

Piszesz jasno i bezpretensjonalnie, ale jednak mieści się w tym cała gama nastrojów, może i lęków.

Tak dla uporządkowania wrażeń, tekst przeczytałam z podwójnym zainteresowaniem. ;) Dobry.

Wynika z niego, że nie wolno pisać tylko dla siebie i nie wypada byle jak. Gratulacje, pouczająca lektura.

Pozdrawiam. :)

JOLA S.
Darcon dnia 09.09.2018 16:49
Jesteś dyplomatyczna w swoim komentarzu i ocenie stereotypów :) Mimo wyróżnienia, opowiadanie zebrało sporo uwag właśnie co do zbyt dużych stereotypów niektórych postaci. Ale zostało docenione za te same plusy, które Ty zauważyłaś. :) To dla mnie ważne, bo jasno określa kierunek na przyszłość. Dzięki za lekturę, tym bardziej, że długie.
Jacek Londyn dnia 10.09.2018 08:45
Duże wyrazy uznania dla Redaktora za wystawianie się na strzał. Pluton egzekucyjny już się czai. :)

Ja tylko zwróciłbym nieśmiało uwagę na zapisy z początku tekstu:

"Zresztą, Miasto żyło trybem dwudziestoczterogodzinnym, granica dnia i nocy dawno się już zatarła.

W celi mieszkalnej automatyczna wentylacja przełączyła się w tryb dzienny. Sufit rozjarzył się przyjemnym, ciepłym światłem. Temperatura w niewielkim pomieszczeniu szybko rosła do ustawionych dwudziestu jeden stopni. Po kilku minutach podłużna kapsuła otworzyła się. Górna, półokrągła pokrywa schowała się w jej dolnej części.

– Światło. – Willy przetarł zamknięte oczy.

Oświetlenie pojaśniało o kilkadziesiąt lumenów".

pzdr
JL
Darcon dnia 10.09.2018 09:25
Tekst przeszedł przez ręce kilku krwiopijców i popatrz, ile się uchowało. Robisz dobre łapanki, Jacku. Musiałem się zastanowić, o co Ci chodzi. :)
Carvedilol dnia 10.09.2018 09:45
Darcon - i ja się dołączam, Tobie pewnie trudniej wrzucić tekst na portal

Na razie przeczytałem połowę, ale takie drobiazgi zauważyłem:
Nie potrzebne mu dzisiaj żadne lokalne... - nie potrzebne osobno, chyba powinno być razem
zawyżając w górę - czy można zawyżać w dół? pominąłbym w górę

Pozdrawiam
Carvedilol
Darcon dnia 10.09.2018 10:12
Tak, obie uwagi dobre, Carve. Dziękuję.
Co do trudności wrzucania, właściwie to nie. :) Większą presję czułem publikując jako mało znany użytkownik, czy w ogóle ktoś przeczyta. Krytyk, czy też redaktor, zarówno literatury, czy filmu, wcale nie musi być dobrym pisarzem albo reżyserem. W zasadzie rzadko kiedy jest. :) Dużo czyta, to na pewno, a to przecież robię.
Niestety komentarza nie mogę odznaczyć jako pomocny, bo jest za krótki i nie ma zielonej strzałeczki. ;)
Carvedilol dnia 10.09.2018 21:31
Darcon (zawiera spoilery)

Po przeczytaniu całości
Najbardziej mi się podoba warstwa fantastyki - fakt, że liczne skojarzenia, np. z Blade runner, Ghost in the shell, czy nawet Matrixem, ale ten futurystyczny świat dobrze przedstawiony i wydaje się spójny
Opowieść drogi - tu także całkiem dobrze, podróż w poznaniu siebie, dążenie do celu, aby przezwyciężyć własne strachy, a motorem napędowym miłość
I tu jak dla mnie najsłabszy moment - motyw głównego bohatera - miłość, jak najbardziej, ale do androida? To jak dla mnie mało wiarygodne (ale to nie przytyk do Ciebie i tego opowiadania), chociaż motyw już znany w popkulturze, jakoś mi to zgrzyta. Gdyby tak zakochał się w bohaterce, ruszył, żeby ją odnaleźć, a dopiero na koniec okazało by się, że to android, i mimo to poszedłby za głosem serca, to bym to jeszcze przełknął - a tak to jedyny minus w tej opowieści, którą czytało się dobrze i oceniam pozytywnie
To oczywiście kwestia gustu, moje zdanie to opinia czytlenika, a nie krytyka fachowca
Parę drobnych potknięć technicznych (np. zjedzona literka) można by się jeszcze doszukać, ale nie powoduje to zatrzymania, nie wytrąca z płynności, więc gubi się w tłumie
Chociaz nie jestem jakimś fanem science fiction podobało mi się

No i gratulacje za wyróżnienie

Pozdrawiam
Carvedilol
Darcon dnia 11.09.2018 08:18
Porównanie z Blade Runner bardzo mnie cieszy, tym bardziej, że to nie pierwsze. Oglądałem kilka miesięcy temu remake Blade Runner 2049 i byłem zachwycony.
Co do miłości, cóż, opowiadania miało skłonić do takiej dyskusji. :) Jako ciekawostkę powiem Ci, że na portalu NF nikt nie negował samej miłości, tylko wyprawy. :) Bo komu chciałoby się iść taki kawał dla ledwo poznanej dziewczyny. :)
Osobiście cieszę się, że kolejny raz udało mi się napisać opowiadanie, w którym nikt nie ginie. To wcale nie takie łatwe w beletrystyce.
Ale że lubię różnorodność, mam już gotową miniaturę o znacznie cięższym przekazie... Chyba będzie pasować, tu na portal, tylko musi trochę odleżeć. I pora do czytania będzie lepsza, gdy przyjdą półmrok, mgły i deszcze...
Dziękuję za komentarz.
Leniwiec2 dnia 12.09.2018 19:55
Dobre opowiadanie, Darconie, więc na początek posłodzę. Podoba mi się świat, który stworzyłeś, bez niepotrzebnych info - dumpów, a który wydaje się bardzo prawdopodobny. Czyta się wartko, wszystko ma swój cel i nie gubisz się w wątkach.

Parę rzeczy, które na moje ucho, można by zmienić(nic co by bardzo przeszkadzało w odbiorze tekstu):
Cytat:
W końcu poszedł na policję, ale trafił tam na nieprzyjemnego typa i nic się nie dowiedział.

Można powiedzieć na policjanta "typ", ale nie wiem czy to pasuje w narracji.
Można zamiast "policji" użyć słowa "posterunek", i wtedy zastąpić "typa" "policjantem".

Cytat:
– Znakomicie, Powils! – Mężczyzna poklepał chłopaka. – Jesteś moim najzdolniejszym modelarzem.

– Lubię swoją pracę. – Willy założył gogle z trójwymiarowym obrazem i wyszukał w bazie ostatni projekt. – Woda jest nieograniczona w swej formie, jest życiem, a ja lubię dopasowywać do niej kształty.

Nie jestem pewien co do odpowiedzi Willego, wydaje mi się, że powinien się jakoś ustosunkować do pochwały szefa, inaczej brzmi jak wyrwana z kontekstu. I słowo "swoją" chyba lepiej zastąpić "tę" np.: Dzięki (szefie). Lubię tę pracę.
No i jest jeszcze powtórzenie "lubię".

Cytat:
Policjant zacisnął zęby. Patrzył na Willy’ego, ale ten nie spuścił wzroku. W końcu bez słowa wyszedł z pomieszczenia. Po chwili pojawił się w nim wysoki, odrobinę zbyt pulchny, inny policjant.

Lepiej by było z tego wybrnąć bez używania słowa policjant dwa razy, można np. użyć słowa posterunkowy.

Cytat:
– Ach! Rozumiem. – Policjant obleśnie się uśmiechnął, nic nie rozumiał.

– Właśnie, więc rozumie pan. – Willy postanowił zagrać w jego grę. – Jest mi potrzebna.

Pierwsze powtórzenie celowe, ale odpowiedź Willego trochę nie ma sensu. Patrz jak wygląda goły dialog.
- Ach, rozumiem.
-Właśnie, więc rozumie pan.
Może coś typu: -Właśnie. Wie pan, co mam na myśli(/o co chodzi).

Cytat:
czuł suchość w gardle, z wysiłkiem przełknął ślinę. Sięgnął ręką do twarzy i wtedy poczuł ogromny ból w brzuchu.

Powtórzenie.

Cytat:
Następnego dnia wyruszył bardzo wcześnie, chciał przejść jak najdłuższy odcinek, puki jeszcze mógł chodzić.

Literówka.

Co do fabuły mam tylko jeden problem, a dotyczy on romansu Willego i Lilu. Na początku byłem pod wrażeniem, że chorobliwa nieśmiałość, to cecha właściwa wszystkim mieszkańcom miasta, a jej przyczyną jest zbyt szerokie zastosowanie technologii w kontaktach międzyludzkich, która teoretycznie wszystko ułatwia, ale przeszkadza w interakcjach społecznych - przez to ludzie są zwyczajnie nieobyci.
Dlatego łatwo przełknąłem fakt, że dziewczyna zgodziła się na randkę, z wystraszonym facetem, z którym do tej pory zamieniła jedno zdanie, nie licząc kilku zamówień na schabowego.
Niestety, scena pocałunku nie zgodziła się z tą teorią. Lilu odczytała tam gest wytarcia ust jako obrzydzenie Willego. Ona też wychowała się w mieście, więc jeśli owa niechęć do interakcji społecznych i strach przed mikrobami był cechą wszystkich mieszkańców, nie powinna była tak zareagować. Nawet jeśli była osobą wyjątkowo otwartą, wciąż powinna rozumieć jego gest, jako coś zwyczajnego.
Odczytała go inaczej. W takim razie ogromna nieśmiałość i ogólne nieogarnięcie to cecha własna Willego, a w mieście mieszka wielu bardziej obytych facetów albo klonów. Co za tym idzie nie widzę, żeby dziewczyna mogła z nim wyjść na randkę, po jednozdaniowej interakcji.
Ale to tylko takie moje czepialstwo.

Gratuluję lekkiego pióra i pozdrawiam.
Darcon dnia 13.09.2018 09:10
Dziękuję za celne spostrzeżenia, większość naniosłem, ta ortograficzna literówka to moja zmora... Wszędzie za mną chodzi. Zostawiłem bez zmian tylko dialog z podziękowaniem. Willy jest na tyle nieśmiały, że trudno jest mu wchodzić w interakcje podczas rozmowy i tym samym trudniej dziękować, prosić itp. Choć oczywiście nie zawsze.
Nie mam jeszcze lekkiego pióra, opowiadania wielokrotnie poprawiam, ale miło jest coraz częściej słyszeć takie uwagi.
Pozdrawiam.
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Ania_Basnik
14/11/2018 15:18
Ananke dziękuję za uwagę odnośnie "zakamarków… »
Marek Adam Grabowski
14/11/2018 14:39
Nazwanie lat 60-tych zamierzchłymi, to genialny zabieg i… »
Leniwiec2
14/11/2018 13:49
Podczas konkursu, dałem dobrą ocenę ale nie najlepszą. Na… »
Kazjuno
14/11/2018 13:03
Bardzo fajny tekst. Napisany z polotem, bogatym językiem.… »
Kazjuno
14/11/2018 12:51
Dzięki Carveditol. Bardzo się cieszę, że podobała Ci się -… »
pociengiel
14/11/2018 12:18
Zagwozdki i atomizer - dałbym tytuł. W arbitrażu piłki… »
Carvedilol
14/11/2018 10:26
Kazjuno Dobrze się to czytało, choć to taka obyczajowa… »
Kazjuno
14/11/2018 09:31
Jolu S i Darconie. Bardzo, bardzo Wam dziękuję. A w ogóle,… »
Marek Adam Grabowski
14/11/2018 09:17
Dzięki Darcon! Za błąd przeprasza, zmienię go na mym blogu.… »
JOLA S.
14/11/2018 08:43
Kazjuno, przeczytałam z przyjemnością i pożytkiem. I… »
allaska
14/11/2018 07:59
Świetny:) i treść przemawia i forma, po prostu ciekawie… »
allaska
14/11/2018 07:58
Myślę, że porwałam się z motyką na słońce. O mistrzach żeby… »
aintone
14/11/2018 01:15
Zapraszam do komentowania ? co jest nie tak , co poprawic… »
Leniwiec2
14/11/2018 00:25
Dzięki Gramofon, jak to wysyłałem to wiedziałem, że jest źle… »
Artur Dubis
13/11/2018 21:23
No, taki jesienny :) Pozdrawiam również! »
ShoutBox
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:22
  • Za starą panną - znowu wiosna a w krok nic.
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:21
  • Smichy chichy co dzień chodzę ulicą pełną nizradykalizowanych /póki co/ morderców i gwałcicieli.
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:04
  • w wypowiedziach rządzących (czerpmy z poezji, a nie traktujmy poezję instrumentalnie)
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:02
  • I chociaż uważam, że Palikot nie do końca sprawdził się jako polityk, to właśnie to podkreślenie roli poezji i właśnie kultury z jego strony bardzo mi się podobało, tego brakuje
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 05:58
  • Slavek - miło mnie zaskoczyło, że zna ją naprawdę nieźle, chociaż mówił raczej o autorach dwudziestolecia międzywojennego i lat. 90 niż współczesnych.
  • Slavek
  • 12/11/2018 19:33
  • Palikot i poezja...buuuha ha haha litości :)
  • Ananke
  • 11/11/2018 21:17
  • no i bravo one :)
  • Gramofon
  • 11/11/2018 21:03
  • Widziałem dziś na ulicach stolicy Arabki z przepaskami biało czerwonymi <3
  • Ananke
  • 11/11/2018 20:36
  • bez względu na kolor skóry, wiek, przekonania, religię itd. Byle zachowywał się godnie, z szacunkiem wobec innych ludzi, bez wykrzykiwania obelg, z poszanowaniem wszelkich norm
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas