Szczenięce lata cz.III - Asocjacja
Proza » Inne » Szczenięce lata cz.III
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

- Zosia, Synek, Maja! Dzisiaj rosół na obiad! Złapcie tę białą, przestała się nieść - mama wydała wyrok ze wskazaniem i wręczyła każdemu po garnuszku pszenicy. To nie pierwszy raz, trzeba złapać, odrąbać głowę, zanieść do kuchni.
Koniec zabawy. Synek zeskoczył z huśtawki, Zosia skończyła dłubanie w nosie, ja przestałam myśleć. Stanęliśmy obok siebie robiąc głupie miny. Z chichotem zdzieraliśmy gardła wstydliwym sposobem skrzykiwania.
- Cip, cip, cip! - fachowo zmuszaliśmy ptactwo domowe do pośpiechu.
Nawoływanie, w tym momencie mało optymistyczne dla kur, przyniosło oczekiwany rezultat. Jak na wyścigi wybiegały z różnych zakamarków, z donośnym gdakaniem skakały jedna na drugą, przepychały się, dziobały po głowach. Rozrabiały jak gdyby nigdy w swoim kurzym życiu nie widziały pszenicy na oczy, traciły umiar. Kogut z bezpiecznej odległości przypatrywał się rozochoconym kwoczkom i przestępując boczkiem noga za nogą wydawał głośny, nieokreśłony gulgot. Zamieszanie osiągnęło punkt kulminacyjny, kiedy Synek schylił się po upatrzoną ofiarę. Rozpierzchły się w popłochu, wyfrunęły z kotłowiska wznosząc w powietrze mgłę czarnego od kurzu pyłu okwieconego małymi, jasnymi piórkami. Podmuchem skrzydeł niedojedzone ziarna rozniosły po całej okolicy.
Pobojowisko.
- Stań naprzeciwko mnie, Maju. Zosiu, ty zostań na swoim miejscu i nie ruszaj się. - Synek rozdzielił stanowiska. Podjął próbę ograniczenia kurom pola manewru. Sam robił co chciał.
Po roszadzie, bez przekonania zachęcaliśmy jeszcze raz przestraszoną gromadkę.
- Cip-cip,cip! Cip-cip, cip!
Kury w pewnym sensie ogłuchły. Z dala od nas dojadały rozsypaną po całym podwórku pszenicę. Przynęta podawana z dużą dawką ryzyka już nie wabiła. Szansa na rosół malała. Wesołkowatość uleciała.
Synek ostentacyjnie zaczął ignorować to opierzone i zdezorientowane towarzystwo. Aż tu, niespodzianka! Przy oborze, właśnie ta kura, ta biała, w lekkim przysiadzie zawzięcie wygrzebywała coś z ziemi. Braciszek ją dojrzał i capnął.
- Mam ją, mam! Złapałem! - z rękoma do góry przerósł sam siebie.
- Idę do domu - Zosia zakończyła czynny udział w zabijaniu.

- Chodźmy, Maju - poszłam za Synkiem jak na ścięcie. Za domem, pomiędzy oborą i chlewem a warsztatem ojca i królikarnią stał gruby pień z wbitą weń wielką siekierą.
Synek przyciągnął skrzydła kury do jej nóg i ułożył bokiem na pniu. Leżała spokojnie.
- Podaj mi siekierę - ręce mu się trzęsły, dygotał.
Podałam mu narzędzie mordu zwracając szczególną uwagę na środek ciężkości. Prawą ręką chwycił za trzonek tuż przy obuchu, wziął zamach i... Trach! Głowa upadła na ziemię. Zerknęłam, miała zamknięte oczy i dziób.
Nagle spod ziemi wyrosła Zosia.
- Wypuść ją! Wypuść! - krzyczała głośno, najwidoczniej wiedziała co może się w każdej chwili nieodwołalnie rozegrać. Skakała wokół brata, w dzikim tańcu szamana wytrąciła mu z ręki biedne ptaszysko.
Nie zdążyliśmy zareagować, kura bez głowy ze zdwojoną energią pędziła w stronę podwórka, wkrótce potem na chwiejnych nogach wpełzła pod krzew czarnej porzeczki i upadła. Byliśmy w szoku. Synek podczołgał się pod krzak, chwycił ją za nogi i wyciągnął. Trzymając jak najdalej od siebie niósł w stronę domu. Nie doniósł.
Przyglądająca się temu widowisku mama podbiegła do niego i ze złością wyszarpnęła mu z ręki nieszczęsną kwoczkę.
- Co wy wyprawiacie? Po zabiciu kurę należy trzymać mocno za nogi i tak długo, aż cała krew odpłynie.
- Teraz mięso może być czerwone - dodała i pokazowo potrząsała nią, nawet kropla nie spadła.
Zajrzałam do kuchni. Mama siedziała na taborecie, między nogi postawiła miskę. Na gazie stał czajnik z gorącą wodą. Miała go pod ręką. Do miski włożyła kurę, polała gorącą wodą i zamaszystymi, pewnymi ruchami zaczęła skubanie. Roznosił się zapach mokrych, ciepłych piór. Ostrym nożem rozcięła jej brzuch i wypatroszyła. Kiszki i płuca wrzuciła do miski z piórami, z wątroby wycięła woreczek żółciowy a z rozciętego żoładka usunęła resztki pokarmu, przełamała na pół, pokroiła na ćwiartki, wszystko wypłukała w zimnej wodzie i włożyła do garnka. W niecałą godzinę rosół był gotowy. Ja dostałam wątróbkę, Synek żoładek, Zosia serce. Mięso było białe.


Zaczynały się chłodne i długie wieczory. Z początkiem grudnia bez pośpiechu, majestatycznie spadały grube, wielkie płatki śniegu. Przyszła zima. W przejrzystym, mroźnym powietrzu górzysty krajobraz nabrał szczególnego uroku. Biały puch przesłonił pola, otulił srebrnobiałą pierzyną. Przy drogach z ponadmetrowymi zaspami kłaniały się olbrzymie czapy tworząc tajemnicze, ciemne tunele. Lśniący w świetle słońca szron oblekał jasnoniebieskimi perłami korony drzew.
Czarodziejską, niezwykłą drogę przeszliśmy z mroźnym skrzypieniem śniegu pod stopami.
Święty Mikołaj! Na pewno, na pewno przyjdzie Święty Mikołaj! Odwiedziny w miasteczku głoszono wszem wobec dawno, dawno temu. Podekscytowani wypatrywaliśmy sani z reniferami przez wiele leniwie ciągnąch się dni.
Siedzieliśmy w kuchni przy kolacji. Śledzie i ziemniaki w mundurkach sprawiły, że zapomnieliśmy o całym bożym świecie. Cicho grało radio. Nagle, niespodziewanie rozległ się metalowy, zgrzytliwy odgłos dzwonka u drzwi.
- To on! To on! Przyszedł! Przyszedł! - przekrzykiwaliśmy siebie nawzajem z resztkami śledzi i ziemniaków na zębach.
- A gdzie mama? Gdzie? - potrzebujemy wsparcia i dodania otuchy a jej nie ma?
- Musiała coś pilnego załatwić - ojciec tłumaczył nieobecność mamy.
Uwierzyliśmy, najwyraźniej obawiała się tej wizyty bardziej niż my. Wybiegliśmy na korytarz i przycupnęli pod ścianą wpatrzeni w drzwi wejściowe.
Ojciec szerokim gestem zaprosił Świętego Mikołaja do środka.
- Bądźcie pozdrowione, kochane dzieci! - wysapał z trudem strząsając z siwej brody śnieg.
Zdjął ogromny, ciężki wór z pleców i usiadł na podłodze.
- Odmówcie modlitwę - niezwłocznie przedstawił swoje oczekiwania miły staruszek w czerwonym płaszczu.
- Ojcze nasz... - stojąc na baczność szybko, bez zająknięcia dobrnęliśmy do końca.
Wyjął z worka dwie jednakowe paczki.
- To prezenty dla dziewczynek - wyróżnione z wielką radością przyjęłyśmy podarunki.
- Czy ty chłopczyku byłeś grzeczny przez ostatni rok? - skierował pytanie do Synka. Powiało chłodem.
- To znaczy, że mój ukochany braciszek nie dostanie paczki?! - pomyślałam i łzy same zaczęły mi napływać do oczu. - Odpowiedz, odpowiedz!
Synek nie wykrztusił słowa. Z poczuciem własnej wartości, niemniej struchlały, badawczo wpijał w Mikołaja lustrujący wzrok . Na co liczył, czego mógł się spodziewać?
- Za karę, że byłeś niegrzeczny szoruj mi tyłkiem po podłodze od ściany do ściany i z powrotem do mnie - nie zwlekał dłużej z decyzją dobrotliwy Mikołaj.
Synek, zgodnie z żądaniem posłusznie popędził co tchu w jego stronę i wytarł pośladkami podłogę. Otrzymał dodatkowy prezent, czarną rózgę ozdobioną srebrnymi kryształkami.
- Niech sobie idzie! Niech wyjdzie! - marzyłam, żeby rozpłynął się w powietrzu.
Święty Mikołaj wstał ociężale, wygładził brodę, poprawił płaszcz. Sprzątając po sobie, z wielkim wysiłkiem podniósł pusty worek, wcisnął go pod pachę, wymamrotał pod nosem jakieś słowa pożegnania i jak mu na to pozwalał sędziwy wiek szybko opuścił dom.
Nie mogło być lepiej, z entuzjazmem obsiedliśmy kuchenny stół. Wśród rozrzuconych cukierków i ciastek leżały trzy pomarańcze.
- Daj mi rózgę, jest ładna - zwróciłam się do brata z prośbą.
- Nie! Jest moja, to ja na nią zasłużyłem! - rozdrażniony zakończył negocjacje, jeszcze nie ochłonął.
Mama wróciła niepostrzeżenie, oparta o piec słuchała cichej relacji ojca z niezwykłego wydarzenia z ostatniej chwili.
Rózga przez wiele lat leżała za oknem kredensu w pokoju dziennym.
W roli Mikołaja wystąpiła mama.


W drugiej połowie grudnia rozpoczynały się przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Wszyscy czekaliśmy na wyroby mięsne, na pasztetówkę, kaszankę, salceson, szynkę i kiełbasy. Nieuchronnie zbliżało się świniobicie. Do dzisiaj nie wiem jakie licho mnie podkusiło, żeby przyglądać się uśmiercaniu zwierzęcia. Ukryłam się i podglądałam. Ojciec wszedł do chlewni, wypuścił prosiaka i nieśpiesznie idąc nad nim w rozkroku poganiał pod drzewo jabłoni. Tylną nogę przywiązał grubym powrozem do pnia. Prosiak zaczął się szamotać i głośno kwiczeć, próbował uwolnić nogę i wyrwać się z matni. Ojciec uspokoił go poklepywaniem po grzbiecie i bez wahania przewrócił na ziemię. Jednym uderzeniem w głowę ogłuszył zwierzę obuchem siekiery. Prosiak padł. W serce wbił bagnet. Mama podstawiła miskę i mieszała krew, żeby nie zakrzepła. Wycofałam się. Nie oglądałam opalania słomą, usuwania sierści, polewania gorącą wodą i szczotkowania. Miałam dosyć.
W piwnicy dziadkowie zawiesili świniaka na hakach przytwierdzonych do framugi drzwi pomiędzy pralnią a pokojem z drewnianą podłogą. Mięso kruszało. Na drugi dzień, z niepohamowaną ciekawością poznania sposobu wytwarzania wędlin, przydreptałam do "masarni". Ojciec akurat porządkował stół, starannie układał różnego rodzaju noże, segregował przyprawy i zaczął przykręcać do stołu maszynkę do mięsa.
- Pomożesz mi, Maju? - zapytał
Skinęłam głową.
- Tu leży szlauch, opłucz podłogę i ułóż go pod ścianą.
Odkręciłam kran. Czerwona od resztek krwi woda, pieniąc się, powoli spływała do spustu w rogu pomieszczenia. Zwinęłam wąż, zrobiłam porządek.
- Tatuś, o czym świnka teraz myśli? - chciałam wiedzieć.
- O niczym, Maju. Nie żyje.
- A ludzie?
- Wszyscy, którzy umierają nie wiedzą o tym, że żyli.
Nie zadałam więcej pytań.
- To ja już idę.
- Przyjdź później, nie zapomnij zamknąć drzwi na górze! - przypomniał.
Na schodach usłyszałam pełną nostalgii, liryczną piosenkę, Tatuś śpiewał,
О gwiazdeczko coś błyszczała
gdym ja ujrzał świat.
Czemuż to tak gwiazdko mała
twój promyczek zbladł.
Zamknęłam drzwi. Po chwili siedziałam w ciepłej kuchni.

Kiedy ponownie zeszłam do piwnicy ojciec robił kiełbasy. Zmielone i przyprawione mięso leżało w miednicy, do maszynki przykręcił odpowiednią końcówkę i zaczął nawlekać jelita.
- Co to jest? - spytałam.
- Jelita.
- Kiszki - dodał widząc, że nie zrozumiałam.
- Nie obawiaj się, są czyste, najlepsze do wędlin - wyciągał je z miski powoli i delikatnie, pokazywał ich długość i objętość.
- To jest jelito grube, do kaszanki- opowiadał dalej i wydobył coś jeszcze - a to pęcherz moczowy, do salcesonu.
Siedziałam z ojcem do późnej nocy. Kręciliśmy zgrabne kiełbaski, robili kaszankę i salceson. Zdobyłam wiedzę z podstaw anatomii zwierząt i człowieka, zostałam kwalifikowanym masarzem rzeźnikiem.
Zadowolony z dotrzymywania mu towarzystwa, pracując za dwóch, przy mnie i dla mnie śpiewał
Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły,
I coś tam klaszcze za borem.
Pewnie mnie czeka mój Filon miły
Pod umówionym jaworem.
Nigdy wcześniej i później ojciec nie śpiewał. Mama mówiła, że nie umiał i nie znał słów. Nikt mi nie uwierzył. Tylko ja poznałam jego głos i zapamiętałam słowa.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Asocjacja · dnia 11.09.2018 08:32 · Czytań: 69 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
15/11/2018 00:16
Hej, Abi! bardzo mi się podoba ta lingwistyczna poezja.… »
Jacek Londyn
14/11/2018 21:43
Marku, nie powinieneś przepraszać za pojedynczy błąd.… »
Abi-syn
14/11/2018 20:40
Witaj Aniu piszesz ładnie o nieła(d)twych rzeczach, w… »
Abi-syn
14/11/2018 20:22
no i podpowiedziałaś, Coca, parę spraw do poprawy, za Anią,… »
wodniczka
14/11/2018 20:14
Witaj Marek Adam Grabowski Cieszę się, że wiersz ładny:).… »
wodniczka
14/11/2018 20:11
Witaj alos. Muszę przyznać, że masz wiele ciekawych pomysł.… »
Kazjuno
14/11/2018 20:04
Prawdę powiedziawszy, to kawałek wygrzebany z lamusa. Był… »
Zola111
14/11/2018 19:44
Julando, dziękuję. Bardzo mi się podoba ta refleksyjna,… »
Ania_Basnik
14/11/2018 15:18
Ananke dziękuję za uwagę odnośnie "zakamarków… »
Marek Adam Grabowski
14/11/2018 14:39
Nazwanie lat 60-tych zamierzchłymi, to genialny zabieg i… »
Leniwiec2
14/11/2018 13:49
Podczas konkursu, dałem dobrą ocenę ale nie najlepszą. Na… »
Kazjuno
14/11/2018 13:03
Bardzo fajny tekst. Napisany z polotem, bogatym językiem.… »
Kazjuno
14/11/2018 12:51
Dzięki Carveditol. Bardzo się cieszę, że podobała Ci się -… »
pociengiel
14/11/2018 12:18
Zagwozdki i atomizer - dałbym tytuł. W arbitrażu piłki… »
Carvedilol
14/11/2018 10:26
Kazjuno Dobrze się to czytało, choć to taka obyczajowa… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 14/11/2018 23:33
  • Jutro o północy Zaśrodkowanie#29 zamyka budkę!
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:22
  • Za starą panną - znowu wiosna a w krok nic.
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:21
  • Smichy chichy co dzień chodzę ulicą pełną nizradykalizowanych /póki co/ morderców i gwałcicieli.
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:04
  • w wypowiedziach rządzących (czerpmy z poezji, a nie traktujmy poezję instrumentalnie)
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:02
  • I chociaż uważam, że Palikot nie do końca sprawdził się jako polityk, to właśnie to podkreślenie roli poezji i właśnie kultury z jego strony bardzo mi się podobało, tego brakuje
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 05:58
  • Slavek - miło mnie zaskoczyło, że zna ją naprawdę nieźle, chociaż mówił raczej o autorach dwudziestolecia międzywojennego i lat. 90 niż współczesnych.
  • Slavek
  • 12/11/2018 19:33
  • Palikot i poezja...buuuha ha haha litości :)
  • Ananke
  • 11/11/2018 21:17
  • no i bravo one :)
  • Gramofon
  • 11/11/2018 21:03
  • Widziałem dziś na ulicach stolicy Arabki z przepaskami biało czerwonymi <3
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas