Życie po śmierci - część VII, rozdziały: 25-29 - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Życie po śmierci - część VII, rozdziały: 25-29
A A A

ROZDZIAŁ XXV

 

 

W połowie marca pierwszy raz przyjechał właściciel mieszkania, aby zobaczyć czy wszystko jest w porządku i ewentualnie pomóc dziewczynom w jakichś problemach. Przybył około dziewiętnastej, rozejrzał się po pokojach, a gdy nie zauważył niczego niepokojącego, usiadł w kuchni na jednym z trzech krzeseł, blisko opiekacza do tostów. Poprosił o kawę i zapytał:

I co dziewczyny, zadowolone?

Tak i to bardzo – odpowiedziała Magda.

Mówiłem, że tak będzie. W końcu stąd jest wszędzie blisko, a i okolica w miarę spokojna. Nikt z sąsiadów wam się nie naprzykrzał albo nie miał jakichś pretensji? – dopytywał.

Nie. Z większością mówimy sobie dzień dobry, a z sąsiadką spod dziewiątki nawet się zaprzyjaźniłam – wtrąciła Agnieszka.

A, tam... Ja znam tylko Maćka, ale wiem, że mieszka z dziewczyną. Jak ona ma na imię?

Ania – odparła Aga.

Aha... – Napił się kawy, zastanowił przez chwilę i spytał – nie miałyście żadnych awarii? Pralka, lodówka sprawne?

Tak, proszę pana, wszystko w porządku – odpowiedziała Magda.

A korzystałyście z piwnicy?

Z jakiej piwnicy? – Zainteresowała się Aga, wybuchając.

Nie mówiłem wam? Jest piwnica, co prawda nieco zawalona starymi gratami, ale jeszcze sporo wolnego miejsca powinno być.

Nie, nie wspominał pan. – Jakby Agnieszka dowiedziała się o zakopanym skarbie.

To nawet nie wiedziałyście, od czego te klucze w szufladzie ze sztućcami... – wyjaśniał. – To właśnie do niej.

Dobrze wiedzieć! – odpowiedziała żywiołowo Aga.

Zaraz po wyjściu właściciela zeszła na dół i odszukała pomieszczenie. Okazało się, że jest nieco mniejsze niż stara szopa, ale doskonale się nadaje. Wokół mnóstwo metalowych półek i tylko pośrodku dało się wygospodarować nieco przestrzeni. Zaczęła robić swoje porządki. Na półki poszły stare kartony, balon do wyrobu wina wywędrował pod nie, na środku zrobiła puste miejsce i brakowało tylko siedziska. Chwilę później przypomniała sobie o szarej pufie z Magdy pokoju, toteż poszła na górę i przekonała przyjaciółkę do odstąpienia jej. Zniosła na dół i usiadła. Przez głowę przebiegały nieskoordynowane myśli, a każda z nich na inny temat. Wielokrotnie tak miała, kiedy nie była czymś zaabsorbowana. Przez chwilę majaczyły się wspomnienia ze starej szopy, potem przypomniała sobie kłótnie rodziców, następnie spotkanie staruszka w parku, aż rozważała swoje dalsze życie. Siedziała tam dobrą godzinę, aż sprawą zainteresowała się współlokatorka.

Co tak długo tu robisz?

Siedzę.

Jak to siedzisz? – Magda otworzyła szerzej oczy.

Po prostu, chciałam być sama.

Przecież możesz zamknąć się w pokoju i też będziesz sama.

Ale to nie to samo – tłumaczyła Aga.

Agniecha, co z tobą?

Nic. Lubię takie miejsca.

Myślę, że powinnaś iść na terapię – podniosła głos Magda. – Czym prędzej! Te przyszłe studia to za mało.

Madziu, to nie tak...

Co nie tak? Ty się po Sławku nie możesz pozbierać!...

Ale przed nim też lubiłam przesiadywać w takich miejscach – mówiła Aga z pewnego rodzaju błaganiem w głosie. – Nie pamiętasz, jak byłyśmy dziećmi i cię zaciągałam do starej komórki?

W sumie tak, ale chyba pora z tego wyrosnąć – zauważyła Magda. – Ile ty masz lat?... Nie jesteś już dzieckiem!

Daj mi spokój, posiedzę tu jeszcze przez chwilę i wrócę na górę.

Dyskutowały w ten sposób dobre kilka minut, w końcu Magda się wkurzyła i poszła sama. Aga została jeszcze na następną godzinę, bo to miejsce od razu stało się swoistym sanktuarium jej inności. Sanktuarium chcianej obcości i wewnętrznej pustki, a może pełni. Tu czuła się sobą, bo tu było inaczej niż w świecie na zewnątrz. Swojsko i odludnie. Po powrocie na górę rozmowa z Magdą się powtórzyła, gdyż ta się bardzo niepokoiła, co z przyjaciółką.

I co, będziesz tam bez sensu przesiadywała? – grzmiała Magda.

Czasem tak.

Wolisz piwnicę niż rozmowę ze mną? – przyjaciółka nie zmieniała tonu.

Daj mi spokój. Przecież rozmawiamy – Aga podjęła ten ton.

Agniecha, zrób coś ze sobą! Nie możesz ciągle się chować!

Ja się nie chowam.

Pewnie urwie mi z tobą kontakt! – zauważyła żałośnie, ale nadal głośno.

Obiecuję ci nie chodzić tam zbyt często, ale ty obiecaj, że nie będziesz się wtrącała.

Jak mam się nie wtrącać? Jesteś mi zbyt bliska! – naciskała Magda.

Jak jestem ci bliska, to uszanuj moje życie i moje wybory.

Ale Agniecha, tak nie można!

Można, można. Obiecaj, że nie będziesz się wtrącała, jak czasem tam zejdę.

Dobra obiecuję – odpowiedziała przyjaciółka po dłuższej chwili. – Ale to mi się nie podoba.

 

Pod koniec kwietnia jechała sama autobusem z uczelni do domu i na jednym z przystanków wsiadł bezdomny. Miał bardzo brudne ubranie, był nieogolony, rozczochrany, ale sprawiał wrażenie człowieka szczęśliwego. Był też bardzo, ale to bardzo brzydki. Wręcz odrażający swą urodą. I to nie tylko faktem, że jest bezdomny i zaniedbany, ale swoją urodą. Usiadł zaraz obok niej, lecz nie śmierdziało od niego. Miał dziwny wyraz twarzy: ni to uśmieszek, ni to nuta zadowolenia, ale biło z niej coś nienaturalnego, a zarazem nieludzkiego. Była powykrzywiana, sprawiając wrażenie, że jej właściciel ma nie po kolei w głowie, jednak jego oczy były szeroko otwarte i pełne obserwacji. W pewnym momencie zaczął się jej przyglądać. Nie mogąc się oprzeć wrażeniu, iż zaraz zdarzy się coś niedobrego, dyskretnie na niego spojrzała.

Oj, coś za ładna jesteś – zaczął bezdomny.

Odczep się człowieku – sparowała z pogardą.

Co, nikt ci tego wcześniej nie powiedział?

Daj mi pan spokój.

Spokój to będziesz miała, jak zbrzydniesz – kontynuował bezdomny.

A może ja chcę zbrzydnąć?

Hahaha... – zaśmiał się i dodał – tego jeszcze nie grali... Laska, która nie chce być ładna. Hahaha.

O co panu w ogóle chodzi?

Jak patrzę na takie jak ty, to jedno mi się ciśnie na usta: im ktoś ładniejszy, tym większe z niego ścierwo.

Niech pan mnie nie obraża! – podniosła głos.

Sama się obrażasz swoim zachowaniem. A to ktoś za ciebie ci narobił tego bigosu?

Jakiego bigosu? – spytała na odczepkę.

Tego, z którym sama nie możesz sobie poradzić.

Ja sobie radzę! – odparła ostro.

Hahaha – znów się zaśmiał, spojrzał w górę, jakby chciał się podzielić śmiechem z Bogiem, po czym dodał – jeśli tak, to ja jestem najbogatszym człowiekiem świata. Hahaha.

To, że pan sobie nie poradził w życiu, to widać, więc niech pan da żyć innym! – zauważyła.

Im ktoś ładniejszy, tym łatwiej mu wszystko przychodzi i tym mniej musi się starać, a jak się mniej stara, to myśli, że na więcej może sobie pozwolić. A im na więcej może sobie pozwolić, tym gorsze rzeczy robi. Z egoizmu i próżności. Jednym słowem ścierwo.

A pan jesteś śmieć, bo każdy się pana brzydzi! – mówiła już ciszej i drżącym głosem.

Hahaha... Każdy, oprócz mnie samego – śmiał się już wniebogłosy. – A ty brzydzisz się samej siebie. Hahaha

Odpierdol się pan! – nie mogąc już słuchać tego, co tak bardzo do niej docierało, wykrzyknęła.

Hahaha... Ale możesz to zmienić. Ubrzydzająca operacja plastyczna i będziesz wreszcie człowiekiem. Hahaha.

Nie wytrzymała i przeszła na drugi koniec autobusu. Z jednej strony zebrała w niej chęć, aby zamordować go własnymi rękoma, a z drugiej chciała już wysiąść, mimo iż autobus dopiero co ruszył z poprzedniego przystanku. Miała ochotę wyskoczyć choćby w biegu. Wiedziała, że w pewnej części miał rację, bo gdyby nie była tak atrakcyjna, to Sławek by się nią nie zainteresował, a gdyby nie tamto zdarzenie... Poza tym miał rację, mówiąc, że ona brzydzi się sama siebie, ponieważ wielokrotnie patrząc w lustro, przypominała sobie sytuację sprzed dwóch lat i nie raz chciało jej się z tego powodu popełnić samobójstwo. Ponadto zdawała sobie sprawę, że to on był tym szczęśliwym, a ona nie dość, iż świadomie siebie zamęczała, to jeszcze miała te cholerne sny z Ciemną Postacią. Zdawała sobie sprawę, że w tej wymianie słów był tylko jeden wygrany. I tym kimś był on.

Z drugiej jednak strony bezdomny nie wiedział, że akt skruchy i dręczące ją wyrzuty sumienia są oznaką prawdziwego człowieczeństwa. Ostatnio wycofała się z życia towarzyskiego prawie całkowicie, a to jest właśnie prawdziwe człowieczeństwo – poświęcenie czegoś swojego, aby więcej nie robić złych rzeczy.

Po powrocie do domu zeszła do piwnicy i siedziała tam ponad dwie godziny. Najpierw tylko dochodziła do siebie, ale w pewnym momencie zaczęła się zastanawiać, czym naprawdę jest bycie ścierwem. Przecież historia ze Sławkiem wskazywała na to, że bezdomny miał rację. Czy bycie ścierwem, to złe traktowanie ludzi? A może, ogólnie rzecz biorąc, zbytnia pewność siebie? Przecież ludzie zbyt pewni siebie tak mało zwracają uwagi na innych. Czyli może jest to egoizm? Ale jak rozgraniczyć dbałość o siebie od prawdziwego egoizmu? Czy jest w ogóle taka granica? Raczej widziała to, jako coś płynnego, trudnego do sprecyzowania. Może więc to nasze postrzeganie określa, kiedy mamy do czynienia z jednym albo z drugim. A skoro nasze postrzeganie, to nie może być mowy o obiektywizmie. Może więc jest tak, że jedna osoba osądzi kogoś jako egoistę, a inna będzie miała odrębne zdanie? Poza tym, gdyby ktoś mieszkał samotnie, nie mając do czynienia z innymi ludźmi, nie można byłoby mówić o egoizmie. A więc to inni kształtują jego wizerunek. A wiedziała, że ilu ludzi, tyle opinii. Tak więc doszła do wniosku, że niezależnie od ludzi nie istnieje coś takiego jak bycie ścierwem. To tylko opinia, a te są różne.

Tkwiła w miejscu, nic nie robiąc, ale po jakimś czasie rozejrzała się i w pewnym momencie zobaczyła ryzę papieru, leżącą na najwyższej półce. Dochodząc do siebie po mocnych słowach bezdomnego, powoli ją zdjęła, wzięła na kolana i siedziała bez ruchu. Ale jak by tu wykorzystać znalezisko? Może zacząć spisywać swoje przemyślenia i emocje? Lecz to bezcelowe, a może i nawet bezsensowne. W gimnazjum nawet zaczęła prowadzić pamiętnik, ale po kilkunastu dniach z tego zrezygnowała. Potem czytając swoje zapiski, czuła raczej niesmak niż nostalgię. Czemu tak było? Na to pytanie nie potrafiła sobie odpowiedzieć... W końcu wymyśliła coś, co pozwoli poczuć się w pełni jak za dawnych lat, lecz aby to zrealizować, musiałaby pójść do domu po ołówek lub inny przybór do rysowania. Nie miała na to siły, więc tylko siedziała na pufie, próbując odzyskać spokój ducha. Przerwała to dopiero Magda, gdyż przyjechali z Krzyśkiem i nie zastali jej na górze, więc zeszła do piwnicy.

Znów tutaj siedzisz? – spytała retorycznie.

Zaraz idę na górę – odpowiedziała ze zmęczeniem Aga.

Coś się stało? – zapytała delikatnie ta druga. – Widzę, że coś jest nie tak.

Wszystko w porządku, zmęczona jestem.

Chcesz pogadać?

Nie. – Aga się podniosła i poszła razem z Magdą.

 

Idzie na piechotę do pociągu, ma na uszach słuchawki, a w kieszeni MP-trójkę z grającą muzyką zespołu Camel. Mija starą, dwupiętrową kamienicę, której elewacja pokryta jest czymś, co przypomina gąbkę. Podchodzi do przejścia dla pieszych i widzi tam stojącego znajomego, który ma na głowie kapelusz wyglądający jak z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Nigdy nie nosił podobnych rzeczy. Nie odzywają się do siebie, jedynie wymieniając przyjazne spojrzenia. Gdy światło się zmienia na zielone, ruszają i on także podąża na stację. Po chwili on zaczyna się dziwnie zachowywać: gwałtownie się rozgląda, coś szepcze do siebie pod nosem i Aga rozumie, że jest chory psychicznie. Wyciąga MP-trójkę z kieszeni, zdejmuje słuchawki i daje mu. On odbiera je, zakłada na uszy, nagle przyspiesza i wyprzedza ją nieco. Dochodzą w pobliże stacji kolejowej, on idzie jakieś dwadzieścia metrów przed nią, nagle podchodzi do czerwonego, plastikowego, zamykanego śmietnika, otwiera pokrywę, zdejmuje słuchawki i wyrzuca je do kosza wraz z MP-trójką. Aga ma wrażenie, że kolor tego pojemnika jest krwisty. Przygląda się i widzi zacieki. Może to krew? Tylko skąd? Podchodzi do niego, otwiera, a w nim leżą stare zepsute jabłka, banany, pomarańcze, ale także owoce, których nigdy nie widziała – mają wielkość kokosa, ale są zielone i bardzo pomarszczone. Mimo wszystko wkłada tam rękę i wyciąga swoją własność. Ogląda, czy nie są uszkodzone i wyglądają na całe, jednak widzi na ręku małe, białe robaczki. Potrząsa nią silnie, a drugą próbuje je zrzucić, jednak te wgryzają się w skórę. Strzepuje je lewą dłonią, a te wyglądają jak pijawki, tyle że są białe i dużo mniejsze. Zaczyna łapać je między kciuk a palec wskazujący i wyrywać jeden po drugim. Nie odczuwa bólu, ale robi jej się niedobrze. Następny, kolejny i w końcu wyrwała ostatniego. Zakłada słuchawki na uszy, ale słyszy w nich muzykę techno, więc zdejmuje je i wkłada cały sprzęt do torebki. Już jest blisko dworca, który wygląda inaczej – teraz przypomina niewielki kościół, ale ściany ma w kolorze zielonym, a na nich liczne zdobienia. Wchodzi do kasy biletowej, podchodzi do okienka, wyciąga portfel, ale na ręku, na którym były robaki, schodzi skóra i jest mocno zaczerwieniona. Wstydząc się, odchodzi i nie kupuje biletu. Idzie na peron i przechadzając się po nim nerwowo, czeka na pociąg. W pewnym momencie podchodzi kanar – wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, ubrany w skórzaną kurtkę i czerwone dżinsy. Aga nie może okazać biletu, więc zaczyna się tłumaczyć. Ma ochotę wrócić do domu. Kanar pokazuje zejście biegnące w dół na końcu peronu, więc Aga szybko go słucha. Wchodzi do jakiegoś dziwnego przejścia podziemnego, ale tam jest zupełnie ciemno. Zastanawia się, czy oby na pewno jest to dworzec w Radomiu. Mimo wszystko podąża dalej i dalej. Ostrożnie stawia stopy i próbuje nie wpaść na ścianę. Dochodzi do miejsca, gdzie przed nią prześwituje nieco światła i widzi małe drzwiczki, więc podchodzi do nich i popycha je z całej siły. Otwierają się, a widok ukazujący się to cmentarz. Ostrożnie przechodzi i staje na jakimś małym pagórku. Wokół mnóstwo grobów, ale prawie na żadnym nie ma krzyża, a jedynie tablice. Schodzi powoli ze wzniesienia, oglądając po kolei nagrobki. Jest jeden bardzo dziwny, bo nie ma na nim żadnych napisów, tylko wyrzeźbiony krzyż i jest cały czarny. Sprawdzając, czy nie ma z tyłu jakiejś informacji, obchodzi dookoła, ale nie znajduje. Wraca na ścieżkę i rusza dalej. Nagle zaczyna słyszeć dziwne buczenie. Z początku ledwo słyszalne, lecz z każdą chwilą głośniejsze. Czuje także pod stopami silne wibracje, które są połączone z dźwiękiem wydobywającym się spod ziemi. Buczenie to przypomina nieco dźwięk transformatora, lecz ton jest znacznie niższy. Patrzy na nagrobki, a napisy na nich zaczynają się rozmywać wraz z tymi drganiami. Czy to trzęsienie ziemi? Rusza w stronę wyjścia z cmentarza, jednak dróżka prowadząca tam znikła. Tylko bezmiar nagrobków. Wydaje się nie do przejścia. Rzuca okiem także dookoła, szukając jakiejś innej drogi na zewnątrz, ale groby zdają się ciągnąć w nieskończoność w każdą stronę. Drgania i dźwięk przybierają na sile, i ten ogrom cmentarza. Nigdy go nie opuści. Teraz to nawet już nie próbuje iść – tylko stoi i czeka na to, co będzie się działo dalej. Nagle słyszy coś więcej oprócz buczenia – to szybkie uderzenia i świst, więc rozgląda się i znad lasu kilkaset metrów dalej, którego tam wcześniej nie było, wyłania się kilka helikopterów, a każdy z nich jest pomalowany pstrą farbą. Zbliżają się dość szybko, są pokryte napisami, a jednocześnie słyszy coś jeszcze oprócz charakterystycznych dla helikopterów uderzeń w powietrze – to jakaś muzyka i dobiega właśnie z tych maszyn. Nie jest w stanie poznać, co to za muzyka. Przez cmentarz, dość daleko idzie w jej stronę duża grupa ludzi. Buczenie pod stopami nasila się nagle i jest już nie do wytrzymania. Zakrywa uszy, aby odciąć się od tych dźwięków, ale wibracje przenoszą się przez ręce i efekt się tylko wzmacnia. Ma ochotę uciekać, a zarazem bezmiar grobów to uniemożliwia. Schyla się więc i zakrywa głowę rękoma. Jednak patrzy kątem oka w stronę zbliżających się ludzi. Buczenie przeradza się w wielkie trzęsienie. Ledwo trzyma się na nogach. Z tej grupy osób wyłania się jedna postać i z nieludzką prędkością biegnie do niej. Cała się trzęsie i ma wrażenie, że za chwilę pojawi się pęknięcie w ziemi i ją pochłonie. Na początku nie może rozpoznać biegnącej osoby. Patrzy dookoła, ale teraz wszystko pływa przed oczyma. Nie widzi już nawet nagrobków. Gdy ta biegnąca osoba jest o jakieś pięćdziesiąt metrów, dociera do Agi, że to Ciemna Postać. Nadal się zbliża. Aga napina wszystkie mięśnie, ale brakuje sił, jakby ktoś nagle odciął prąd. Ciemna Postać staje w odległości metra i wyciąga rękę. Aga cała się trzęsie, a trąby tybetańskie wypełniają ją dźwiękiem. Ręka Postaci jest tuż, tuż. Aga chce uciekać, ale czuje, że nogi odmawiają posłuszeństwa. Szarpie stopami w miejscu, rozgarniając piach. Ten brak oczu. Ręce ma nadal na głowie i naciska nimi z całej siły. Nie ma ucieczki. Z gardła sam wyrywa się wrzask. Budzi się.

 

 

ROZDZIAŁ XXVI

 

 

Na połowę maja Krzysiek zaprosił je obie na weekendowy wyjazd na Mazury w miejsce, gdzie się poznali. Wyjazd ten miał być wspominkowy dla pary zakochanych, a ją zabrali z sympatii. Spakowali się i wyruszyli w sobotę bladym świtem jego samochodem. Mieli ze sobą dwa namioty na wszelki wypadek, śpiwory, trochę ubrań i dobry humor. Magda z Krzyśkiem siedzieli z przodu, a ona z tyłu, mając sporo wolnej przestrzeni. Już sobie wyobrażała, że wyrwie się z tego swojego przeklętego życia choć na dwa dni. Marzyła o takim wyjeździe, lecz wyjeżdżając, nie będzie miała dostępu do swojej piwnicy. Ale to nic, najważniejsze, żeby nuda nie poddawała kolejnych czarnych myśli. Przypominała sobie wspólny z Magdą wyjazd na rowerach, ale także całą sytuację z Sebastianem. Ciekawe co on teraz robi, czy związał się z kimś na dobre i czy dalej interesuje się literaturą? Przecież to ona sama spowodowała, że przestał chodzić na warsztaty. (Jej się zdawało, że to ona.) Życzyła mu dobrze, choć bała się odezwać, aby o to spytać. Stanęła jej przed oczyma sytuacja, gdy włóczyła się po Radomiu w padającym deszczu, uciekając przed oświadczynami. I później to zapalenie płuc. I przełom, w którym zrozumiała, co robiła z chłopakami. Jeszcze sobie przypomniała anonimowego sms'a na walentynki. Do tej pory nikt się nie odezwał z odpowiedzią w tej sprawie.

Wkrótce znaleźli się na wylotówce z Warszawy, a tam z daleka zobaczyli chłopaka łapiącego stopa.

Co dziewczyny, zabierzemy go? – spytał Krzysiek.

W sumie czemu nie, mamy w końcu wolne miejsce – odpowiedziała Magda.

Chłopak wsiadł i stwierdził, że jedzie do Ostrołęki. Przywitali się i okazało się, że ma na imię Marcin. Czy dziewczyny skądś go znają? Miał jakieś sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, był bardzo chudym szatynem z klasyczną fryzurą z przedziałkiem, twarz nieco kwadratową, duży nos i niskie czoło. Nie wyróżniał się specjalnie z tłumu, lecz w jego oczach było coś, co Adze nie dało spokoju od początku, jednak nie była w stanie stwierdzić, co to takiego.

Dziewczyny, zdaje się, że studiujemy razem na polonistyce? – zapytał retorycznie.

Właśnie miałam powiedzieć, że gdzieś cię widziałam – stwierdziła Magda, odwracając się do tyłu.

Chyba jesteście na pierwszym roku? – patrząc cały czas na Agnieszkę, kontynuował.

Tak, a ty? – wtrąciła się Aga.

Ja na czwartym. – Spojrzał na Agę w tej jedyny, flirciarski sposób.

Niesamowite spotkanie – mówiła Magda.

To prawda, ja bym się tego nie spodziewał.

A jak następne lata studiów? – spytała po chwili Magda.

Sporo czytania, wkuwania, ale nie jest zbyt trudno. – Patrzył tylko na Agę.

A nie ma zbyt wymagających wykładowców? – ciągnęła ta druga.

Znajdą się i tacy, ale dacie radę, skoro ja dałem. – Cały czas nie spuszczał z Agi wzroku, aż to zauważyła, w pewnym momencie nie wytrzymała i stwierdziła:

Na polonistyce jestem tylko do końca roku, potem przenoszę się na psychologię – oznajmiła tonem iście oficjalnym.

A czemu zmieniasz kierunek? – spytał.

Bo tamto mnie bardziej interesuje.

Też ostatnio się zastanawiałem, czy tam nie pójść, ale chyba najpierw muszę skończyć ten kierunek – wyjaśniał. – W końcu niedużo już zostało. Zakamarki ludzkiego umysłu mnie fascynują. Już coś na ten temat czytałem i to jest moje hobby.

Pewnie, że tak – wtrąciła się Magda. – Skończ polonistykę, a na psychologię zawsze będzie jeszcze czas.

Co prawda, chciałbym już, ale co nagle to po diable – zawiesił głos. – Bo wiecie dziewczyny, sam widzę, że miewam czasem nierówno pod sufitem. – I zaśmiał się, dając im do zrozumienia, iż to był żart.

Nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani – odparła ze śmiechem Magda, podczas gdy Aga siedziała nieco wycofana z tej dyskusji.

W pewnym momencie wyciągnął telefon i spytał:

Dziewczyny, dacie mi swoje numery? To w razie, gdybym miał dla was jakieś informacje – tłumaczył się.

Nie ma problemu – odparła Magda i podała mu go.

Agnieszka po jakimś czasie spojrzała na niego, nieco zmierzyła wzrokiem i podała swój numer, jednak szybko pożałowała tej decyzji. Nie to, żeby wydał się zbyt namolny. Po prostu nie miała ochoty na znajomość z żadnym facetem. Potem jechali, rozmawiając, a ona chciała za wszelką cenę znaleźć się już na miejscu. Założyła ręce na przeponę, patrzyła za okno, obserwując przetaczające się obrazy: kwitnące pola, zieleń łąk, wiosenną świeżość liści drzew, przypadkowe domy, kolejne skrzyżowania i mijane auta. A samochód delikatnie bujał na wybojach, sprawiając, że o mały włos nie zapadłaby w sen. Z odtwarzacza leciała płyta zespołu znanego z piosenki „Lemon tree”. Muzyka ta podobała jej się, mimo iż to było coś kompletnie innego niż Camel – to było połączenie rocka i odrobiny popu; czasem brzmienie ostre, a czasem bardzo delikatne i melancholijne. W pewnym momencie tak bardzo się odcięła od rozmów w samochodzie, że słyszała tylko muzykę. Zapragnęła mieć tę płytę w swojej kolekcji. Spojrzała jeszcze w międzyczasie na autostopowicza i wydał się natchniony – zbyt natchniony jak na przeciętnego chłopaka. Mówił, falując głosem, przeciągał niektóre sylaby, zawieszał głos, zamykając oczy i wydawał z siebie dziwne dźwięki. Pomyślała, że pod tą powierzchownością kryje się wrażliwa, ale nieżyciowa w swej romantyczności osoba. Po raz kolejny pożałowała decyzji o daniu numeru.

Ale było za późno.

Po półtoragodzinnej, wspólnej podróży dojechali do Ostrołęki, on wysiadł i mogło się wydawać, że na tym się skończy. Potem pojechali na Mazury, wynajęli na weekend domek, spędzili miłe chwile i bez żadnych przygód wrócili do Warszawy.

 

Dwa tygodnie po powrocie odebrała pierwszego sms'a od Marcina. Był następującej treści:

Śniłaś mi się i to był bardzo miły sen. Byłaś w nim szczęśliwa i ze mną...

Po przeczytaniu go, przeszły ją ciarki na całym ciele. Ktoś ledwo ją znał, a już takie wiadomości... Nie za bardzo wiedziała, co ma w takiej sytuacji zrobić, ale nie chciała pytać kogoś o poradę, więc po prostu to przemilczała. Jednak do końca dnia siedziała jak na szpilkach. Tak czy inaczej, ignorując tę wiadomość, miała nadzieję, że się odczepi, bo w końcu nie widząc wzajemności, powinien to zrobić. Zapisała jednak na wszelki wypadek numer, aby w razie czego nie być zaskoczoną, natomiast samą wiadomość czym prędzej wykasowała. Natychmiast przypomniała sobie Sebastiana, jego wyznanie, ale także własne zbliżanie się ku niemu. Gdy pojawił się po raz pierwszy na warsztatach, było w tym coś niezrozumiałego. Niby od początku nie była nim zainteresowana jako partnerem, a jednak wtedy coś ją w jego stronę ciągnęło.

Kilka dni później odezwał się ponownie, pisząc, co u niego słychać i że tęskni. Kolejny raz aż się w niej zagotowało. Czy może stać się z nim to samo, co ze Sławkiem? Nauczona swoją przeszłością, nie była w stanie napisać mu, żeby się odczepił. Nie chciała popełnić tego samego błędu, więc tylko milczała. Niby wielokrotnie była ostra w stosunku do facetów, dawała im kosza, czy nawet wymyślała na czym świat stoi, jednak w tym przypadku sytuacja za bardzo się kojarzyła z tragedią sprzed dwóch lat, a poza tym te słowa w czasie podróży do Ostrołęki jak mówił, że ma nierówno pod sufitem... I nawet nie sądziła, do czego to doprowadzi... Z tą wiadomością zrobiła dokładnie to samo, co z poprzednią – usunęła ją. Zdawała sobie sprawę, że ona też ma nie po kolei w głowie i być może właśnie dlatego milczała. Długo się zastanawiała, czy nie podzielić się z przyjaciółką tym, co ją spotkało. W końcu sprawa była bardzo poważna, bo chłopak się bezkrytycznie angażował i wiedziała, że powinna coś z tym zrobić. Ostatecznie zdecydowała się zachować to tylko dla siebie. I w ten sposób jej własny problem urósł w siłę, a dodatkowo pojawił się jeszcze czyjś. Tego było już za wiele.

Później zeszła do piwnicy i siedziała tam prawie całą noc, a zabrać stamtąd nie miał jej kto, gdyż Magda spędzała ten czas u Krzyśka. Tkwiła tam, odpływała od świata rzeczywistego, a mętlik w głowie tylko się nasilał. Mieszało jej się wszystko. Obrazy z ostatnich miesięcy nakładały się na siebie. W pewnym momencie zaczęła się zastanawiać, czym jest wolność, bo po zdarzeniach z Marcinem nie czuła się wolna. Znów odezwała się sytuacja ze Sławkiem. Czy wolność to robienie co by się chciało, czyli niezmuszanie się do niczego? Taka odpowiedź nasuwa się sama, ale czy jesteśmy w stanie tego dokonać? Przecież ograniczają nas takie prozaiczne potrzeby konieczne do spełnienia jak zdobywanie pożywienia czy sen. Jeść musimy i aby tego dokonać, konieczne jest zmuszanie się do pewnych rzeczy. Przecież czy rolnik chętnie idzie na pole i zmaga się z przeciwnościami? Albo ktoś, kto kupuje jedzenie w sklepie, też musi mieć na to środki, a na te trzeba zapracować. Owszem może wykonywać pracę będącą jednocześnie hobby, ale wtedy trzeba kochać to, co się robi. Kochając coś, nie musimy się do tego zmuszać, a więc robimy to, co chcemy. I może właśnie na tym to polega? Czy więc wolność to miłość i tego pochodne jak na przykład pasja? Przemawiałby za tym fakt, że ona nikogo aktualnie nie kocha i do tak dużej ilości rzeczy musi się zmuszać. Niektórzy mówią, że człowiek może być tylko wolny, umierając, kiedy już nie ma nic do stracenia. Jednak kochając życie, traci je, więc w tym wypadku teoria o miłości-wolności się nie sprawdza. Stanął jej przed oczyma staruszek z parku i pomyślała, że musiał być pogodzony z życiem i śmiercią, i dałaby głowę, iż umierając, też się uśmiechał w ten sam sposób. A może już kochał samego siebie, dlatego nie bał się ani życia, ani śmierci i z tego powodu był wolny?...

Jednak po kilku godzinach zebrała się w sobie i poszła do mieszkania po ołówek i temperówkę. Przyszła z powrotem na dół, usiadła na pufie, wyciągnęła jedną kartkę z ryzy i zaczęła rysować. Kreśliła bardzo powoli, linia po linii, pociągniecie ołówka za pociągnięciem. Starała się przelać na papier to, co przyszło do głowy. Na początku zaczęła rysować jakąś wiertarkę, wraz z poskręcanym kablem i wyszło to, jak dziecku, gdyż nigdy nie posiadała zbyt dużych zdolności graficznych. Chwilę potem wyjęła kolejny arkusz papieru i wzięła się za rysowanie słoików. Jeden przy drugim, twist obok weka, bo to, co miała w głowie, wyglądało właśnie tak. Ukończywszy to, szkicowała jakieś pudełka. Jedno mniejsze, drugie nieco większe, a każdemu z nich próbowała nadać charakter, o który właśnie chodziło. Całość tych zajęć zajęła bardzo długo i dopiero nad ranem, sprawdzając, która godzina, spojrzała na telefon. Była prawie czwarta. Niechętnie, ale z musu wróciła do mieszkania, położyła się w ubraniu do łóżka i niemal natychmiast zasnęła. Zapadając w sen, miała przed oczyma Ciemną Postać.

I podobnie przebiegał następny okres. Co kilka dni otrzymywała miłosne sms'y od Marcina, kasowała je i udawała, że nic się nie dzieje, gdy staczała się emocjonalnie na drugie dno. Częściej niż zwykle zamykała się w swoim pokoju, czy nawet schodziła do piwnicy. Któregoś razu Magda znów zeszła na dół i zaczęła rozmowę:

Agniecha, widzę, że coś jest nie tak – mówiła z przejęciem.

Nie, jest ok.

Nie udawaj. Przede mną nie ukryjesz – naciskała ta druga.

Nie mam co ukrywać – odpowiedziała niepewnie, a jej głos zafalował.

Co się dzieje? Martwię się o ciebie.

Nie musisz. Wiesz, że lubię to miejsce.

Ale w domu też jesteś nieswoja – przyjaciółka lekko podniosła głos.

Martwię się zmianą studiów. W końcu psychologia to ciężki kierunek – odpowiedziała po chwili, mijając się z prawdą.

Dasz sobie radę. Jeśli cię to naprawdę zainteresuje, to dasz radę.

W sumie w razie czego mam blisko Anię.

Chodź na górę.

Już idę.

Aga postanowiła milczeć w sprawie Marcina jak grób. Grób Sławka, którego nigdy nie odważyła się odwiedzić.

O dziwo przestała Marcina widywać na studiach. Powodem tego mógł być fakt, iż jest pora egzaminów i tylko na nie się pojawia na uczelni, jednak specjalnie próbowała szukać, ale go nie spotkała. Nie była za bardzo w stanie stwierdzić, którzy ludzie są z czwartego roku, chcąc w ten sposób sprawdzić, czy inni z jego rocznika się pojawiają, a spytać się trochę bała, trochę wstydziła, także mogła tylko przypuszczać, że uczęszcza na egzaminy zgodnie z planem. A to, czy zniknął ze studiów, było dla niej niezmiernie istotne. Istotne, bo była nauczona przeszłością, że tak się może stać. Ostatnią rzeczą, jakiej by chciała, to właśnie tego.

Ostatni okres był bardzo pracowity, gdyż nastał czas egzaminów. Mimo iż zmieniała kierunek, to chciała osiągnąć jak najlepsze wyniki na dotychczasowych, aby nie odcinać sobie możliwości powrotu w razie, gdyby psychologia okazała się pomyłką, choć takiej ewentualności praktycznie nie brała pod uwagę. Zatem próbowała uczyć się do sesji, lecz jak to robić, gdy głowa jest zajęta o wiele poważniejszymi sprawami – sprawami życia czy śmierci... Niestety, ludzie o takiej wrażliwości jak ona nie są w stanie w pełni odciąć się od problemów osobistych i skoncentrować na zadaniach bieżących. U takich ludzi nawet niewielka zadra uczuciowa skutecznie rozprasza uwagę, nie pozwalając na spokój wewnętrzny, a co dopiero wielka kłoda leżąca w poprzek emocji. Inni potrafią się takimi rzeczami motywować do działania, ale nie ona. Próby nauki spełzały niemalże na niczym. Wielokrotnie zabierała się za wkuwanie materiału, ale za każdym razem kończyło się to w sposób jednakowy. Opór, odrzucenie i niechęć, a nawet podświadoma niemoc. Robiła, co mogła, aby zaliczyć egzaminy z jak najlepszą oceną, ale wiele zdziałać nie była w stanie. Koniec końców zaliczyła większość przedmiotów w pierwszym podejściu, a te, z którymi sobie nie poradziła, musiała powtórzyć. Powtórki okazały się dość łatwe i zaliczyła je wszystkie. Nie osiągnęła zamierzonego celu, czyli dobrej średniej, ale w tym wypadku należało się cieszyć tym, co ma. I ostatecznie ją to nieco cieszyło. O ile może cieszyć cukierek kogoś chorego na raka.

 

 

ROZDZIAŁ XXVII

 

 

Marcin tymczasem nie odpuszczał i nie przejmując się brakiem odzewu, wysyłał coraz to nowe wyznania. Bywało tak, że codziennie je otrzymywała, czasem co drugi dzień. Wtedy już poważnie powinna coś z tym zrobić, ale była jak sparaliżowana. Każde posunięcie wydawało się nieść ze sobą tragiczne konsekwencje. Szarpała się we wszystkie emocjonalne strony. A taka szarpanina powoduje, że człowiek nie widzi wyjścia i nie może nic zrobić. Co to za uczucie?... Dodatkowo empatia sprawiała, iż czuła całą sobą jego stany emocjonalne, bo wiedziała, jak to się skończy. Może powinna spotkać się z nim i powiedzieć mu, że nic z tego nie będzie? Ale nie była w stanie. A może zmusić się do związku z nim? I w tamtym momencie to wyjście wydawało się jedynym słusznym. Jednak nie zdawała sobie sprawy, że osoba jej pokroju nie jest w stanie zmusić się do takich rzeczy, bo skoro nawet nie mogła się uczyć, to co dopiero darzyć uczuciem kogoś, kogo nie kocha.

Na pierwszy miesiąc wakacji dziewczyny pojechały do Radomia i spędziły go w miarę spokojnie. W połowie lipca Krzysiek przyjechał na kilka dni do Magdy i we trójkę ruszali się gdzieś z miejsca. Poza tym krótkim wyjazdem Magda często odwiedzała znajomych, podczas gdy Aga, zmagając się cały czas z coraz intensywniejszymi sms'ami od Marcina, siedziała głównie w domu, ale nadal nikomu o tym nie mówiła. Spędzała dni głównie w swoim pokoju, a chwilami chodziła do starej komórki. Przyjaciółka próbowała wyciągać ją na różne spotkania towarzyskie, ale jej nie było to w głowie z wiadomych powodów. Czekała także niecierpliwie na powrót do Warszawy, bo tam będzie miała poważne wyzwania takie jak znalezienie pracy jako opiekunka do dziecka i zmiana studiów.

Pod koniec lipca treść wiadomości od Marcina uległa zmianie. Podczas gdy wcześniej pisał miłe i osobiste rzeczy, to teraz...

Jak nie będziesz ze mną, to zobaczysz, co zrobię. Będziesz tego żałowała.

Pojawiły się pierwsze groźby, a skoro był do tego zdolny, to mógł się posunąć jeszcze dalej. Tym razem była już bliska decyzji, że musi coś zrobić, bo sprawy zaszły za daleko. Postanowiła pogadać o tym z przyjaciółką. Siedziały obie w domu Magdy rodziców, w jej pokoju na tapczanie i będąc tam same, mogły swobodnie rozmawiać.

Madziu, najpierw były tylko takie miłosne, a teraz to już mi grozi. Nie wiem co robić...

Musisz do niego zadzwonić i powiedzieć mu, iż nie jesteś zainteresowana i żeby się odczepił – tłumaczyła Magda jak dziecku, bo zdawała sobie sprawę, w jakim stanie jest przyjaciółka.

A co, jeśli to się skończy tak jak ze Sławkiem? – marszcząc czoło, pytała Aga.

Przestań tak myśleć! Tamto się nie powtórzy!

Boję się tego strasznie... – Aga spuściła wzrok, a w jej oczach pojawiły się łzy.

Nic się nie bój! Skoro ci grozi, to na pewno nic sobie nie zrobi!

Czemu ja tak trafiam?...

Powinnaś to zakończyć, jak tylko się zaczęło. – Wymachiwała rękoma Magda. – A teraz będzie trudniej. Ale to konieczne!

Czyli co? Mam zadzwonić, spokojnie powiedzieć, że nic do niego nie czuję i żeby się odczepił? – pytała Agnieszka jak dziecko, wycierając mokre oczy.

Dokładnie tak! I to jak najszybciej!

A mogę to zrobić przy tobie?

Pewnie, że tak – odpowiedziała bardzo ostro Magda, chwyciła telefon i podała go jej. – Masz, dzwoń teraz.

Ok – Aga wzięła go powoli, jeszcze wolniej wyszukała numer i połączyła się.

Halo – było słychać głos Marcina brzmiący nieco zalotnie. – A jednak zadzwoniłaś, bo już się martwiłem.

Aaaaleee... – Próbowała coś wykrztusić z siebie, a w oczach pojawiły się kolejne łzy.

Od początku wiedziałem, że jesteśmy sobie pisani.

Nieeee – wydobyła z siebie tylko jedno słowo i niemal rzuciła telefonem o ścianę.

Czemu się rozłączyłaś?! – grzmiała Magda, łapiąc się rękoma za głowę.

Nie jestem w stanie tego powiedzieć. – Aga znów spuściła głowę i rozpłakała się na dobre.

Agniecha, musisz! Kuźwa, musisz i już! Dzwoń jeszcze raz i powiedz mu, co ustaliłyśmy!

A co ustaliłyśmy? – spytała Aga, jakby cała rozmowa ją ominęła.

Ja pierdolę! Kurwa!... – tym razem Magda już krzyczała. – Powtórzmy jeszcze raz! Masz mu powiedzieć, że nie jesteś zainteresowana, żeby się odczepił, bo nic z tego nie będzie!... Powtórz teraz, bez dzwonienia! – Patrzyła na rozbitą przyjaciółkę i rozkazała jeszcze raz – no mów, teraz!

Nie jestem zainteresowana i nic z tego nie będzie. Odczep się ode mnie – mówiła Aga dość niepewnie, cały czas płacząc.

Brawo, a teraz się połącz ponownie i powtórz to samo.

Zadzwoniła, ale gdy tylko usłyszała jego głos, zabrakło jej języka w gębie. Magda patrzyła na to, co się dzieje i widząc, że przyjaciółka nie da rady nic sensownego powiedzieć, nie wytrzymała, wyrwała telefon i wykrzyknęła:

Aga nie jest tobą zainteresowana! Odczep się od niej, bo nic z tego nie będzie! Powtarzam, odczep się! – I rozłączyła się, po czym skwitowała całą sprawę z lekkim uśmiechem – no i widzisz? Już po sprawie. Teraz będziesz miała spokój.

Dzięki Madziu – Aga wypowiedziała to bardzo cicho, cały czas płacząc.

Chwilę potem jeszcze bardziej się popłakała, Magda ją przytuliła i siedziały w ten sposób dobre pół godziny. Takie zbliżenie dziewczyn nastąpiło pierwszy raz od czasów śmierci Sławka. Wtedy w starej komórce obie siedziały i płakały, jednak tym razem puściły emocje tylko Adze. Tym niemniej po raz kolejny dziewczyny zbliżyły się do siebie uczuciowo, a dla introwertyków jest to niezmiernie ważne. Niektórzy mówią, że introwertyk będzie miał przyjaciół aż po grób i kochał będzie tak samo. I tak było między dziewczynami. Były blisko siebie od przedszkola i nawet sytuacja z Sebastianem nie pozwoliła tego zniszczyć.

Po przyjściu do rodziców kolejny raz zamknęła się w szopie. Cała sytuacja tak mocno ją przytłoczyła, że siedziała zwinięta w kłębek, trzymając swojego misia na kolanach. Zalewając jego pluszowe ciałko, łzy ciekły strumieniami. Kawałki watoliny spadały a to na podłogę, a to na kolana. Patrzyła na nie, wyobrażając sobie, że to emocje z niej spływają. Rzężąc przy tym i pochlipując, tkwiła w bezruchu, a półmrok tego miejsca skutecznie odseparowywał ją od świata. Przez chwilę pomyślała jeszcze raz o tym, czym jest wolność. Przyszło jej do głowy, że Marcin, pisząc te sms'y, musiał być zniewolony. Zniewolony miłością. A może to jest właśnie wolność? Brak ograniczeń i zahamowań? Bo przecież, pisząc takie rzeczy, musiał ich nie mieć... W takim razie czy ona jest wolna aktualnie? Na to pytanie odpowiedziała sobie błyskawicznie. Otóż nie. Zdała sobie sprawę, że jest na tyle zniewolona, iż nie była w stanie mu powiedzieć, aby się odczepił. A czy stać ją było na jakąkolwiek inną formę wolności? Przecież zamyka się w swojej szopie tak często... A może tam jest wolna? Od wszystkiego z zewnątrz? Zastanawiała się, czy to nie jest tak, że prawie każdy potrzebuje jakiejś ucieczki. Jedni wybierają alkohol i śpiewają o nim, że z nim nie czują się samotni. Inni hazard, a jeszcze inni uciekają zbytnio na przykład w sport. Więc co za różnica, czy chcemy uciekać w alkohol, czy do starej komórki? Zmienia się tylko cel, a przyczyna jest wciąż ta sama. Skoro ludzie tak usilnie szukają ucieczki, to nie mogą kochać samych siebie bezgranicznie. I znów przypomniała sobie starca z parku. Teraz zrozumiała – on był wolny, bo pokochał samego siebie i dlatego sprawiał wrażenie pogodzonego z życiem i śmiercią... Siedziała w ten sposób kilka godzin, aż zaniepokojona tym zachowaniem matka, zaciągnęła ją do domu siłą.

 

Kilka dni później spakowały plecaki i udały się do wynajętego mieszkania na Płockiej. Tam Aga czym prędzej poszła do sąsiadki, aby porozmawiać na temat psychologii, który stał się dla niej ostatnio jednym z najważniejszych. Kolejny raz została zaproszona do kuchni i spoglądając na nieustawiony zegar kuchenki mikrofalowej, usiadła na jednym z krzeseł.

A powiedz mi, Aniu, czy to normalne, że mam bardzo mocne i niepokojące sny.

To zależy, jaka jest ich treść – mówiła sąsiadka.

Wiesz, bo od dłuższego czasu mam koszmary i za każdym razem one kończą się w jeden sposób: pojawia się jakaś dziwna, ciemna i przerażająca postać.

A od kiedy je masz? – dopytywała Ania, ze szczególną uwagą.

To długa historia... – Aga zamyśliła się i wzięła głęboki oddech. – Generalnie od dwóch lat, czyli od czasu, gdy zakochany we mnie chłopak popełnił samobójstwo.

Hmmm.... Chyba czujesz się winna jego śmierci?

Ja jestem tego winna, ale nie chcę o tym rozmawiać... – Agnieszka zaakcentowała drugi wyraz, zawiesiła głos, spuściła głowę, przetarła twarz dłońmi, po czym znów spojrzała na rozmówczynię.

Po prostu nie możesz sobie darować tego, co się stało i teraz to cię męczy.

Jak mam ten koszmar, to czasem nawet przez kilka dni nie mogę dojść do siebie – Aga wypowiedziała to z wyraźnym zmęczeniem.

No to powinnaś coś z tym zrobić – stwierdziła Anka, ale widząc Agi reakcję, po chwili dorzuciła – co prawda można tak żyć i to całkiem nieźle funkcjonować, a przykładem jest moja mama. Ona od zawsze ma takie właśnie sny, ale doskonale sobie radzi. Jest doktorem habilitowanym fizyki na Uniwersytecie Warszawskim, ma kochającą rodzinę i niepodzielnie rządzi domem. Jednym słowem jest człowiekiem sukcesu.

Mnie to na razie nie grozi – zażartowała Aga, ale był to czarny humor.

Jeśli chcesz, to możemy popracować nad tobą, tak jak ci proponowałam.

Nie... Chcę sobie poradzić sama... – Agnieszka zawiesiła głos na moment. – Ale wiesz co?... Od dłuższego czasu jak pojawia się w snach ta Ciemna Postać, to bardzo się jej boję. Na tyle, że obawiam się czasem zasnąć... – Spojrzała sąsiadce w oczy z pytającym wyrazem twarzy. – Myślę, że to ten chłopak, który przeze mnie popełnił samobójstwo...

Nie byłoby to aż tak dziwne, bo w końcu to twój wyrzut sumienia, a one często powracają w snach.

To głupie, o co spytam. – Agnieszka zwiesiła głowę i mając ją opuszczoną, spojrzała na rozmówczynię. – Czy on może mi zagrażać?

Nie! Absolutnie nie! Możesz się bać, ale to tylko wytwór twojej podświadomości. On nie istnieje – tłumaczyła Ania z całą stanowczością. – Sny sami sobie tworzymy, tylko że zupełnie nieświadomie, ale mimo wszystko nie stworzyłabyś czegoś przeciw sobie, więc nie obawiaj się. Zdarza się, że po czymś takim, co ty przeżyłaś, zostaje ślad i to on się w nich odzywa.

Te sny są tak realne, że boję się, iż może nachodzić mnie na jawie.

Nie bój się tego! Tak nie będzie. To tylko sen.

Sąsiadka jeszcze kilkakrotnie proponowała swoją pomoc, ale Aga uparcie odmawiała. Potem zmieniły temat na to, co planują na wakacje.

Jadę na wakacje do Hiszpanii z chłopakiem – oznajmiła w pewnym momencie Ania

Fajnie masz, też bym tak chciała. I co zamierzacie zobaczyć? – zapytała żałośnie Aga.

Chcemy odwiedzić Madryt, Barcelonę, a potem pojechać na wybrzeże Morza Śródziemnego, a jak starczy czasu to nad ocean.

I to z chłopakiem. Zazdroszczę ci.

A ty co będziesz robiła?

Ja siedzę w domu i zaraz będę szukała pracy jako opiekunka – odparła ze zmęczeniem Aga.

No tak, to poważne wyzwanie. A nie chciałbyś mieć chłopaka?

Może bym i chciała, ale nie jestem do tego zdolna.

Moim zdaniem powinnaś spróbować. Z tego, co widzę, to nie powinnaś mieć problemów ze znalezieniem jakiegoś. – Ania się znacząco uśmiechnęła.

Ale nie dam rady. Nie byłabym w stanie się zmusić.

Wyobrażając sobie, jak to cudownie byłoby mieć faceta, Aga zaczęła marzyć. Spędzać z nim wakacje, czy po prostu mieszkać pod jednym dachem.

 

Kilka dni później odebrała kolejnego sms'a:

Chcesz być ze mną, inaczej sama byś powiedziała, że nie chcesz mnie znać. Kocham cię.

Było to jak wielki policzek za tchórzostwo. Czym prędzej zadzwoniła do Magdy, gdyż ta była gdzieś razem z chłopakiem. Przyjaciółka zareagowała błyskawicznie, przyjeżdżając czym prędzej na Płocką.

Kurwa, on mi nie da spokoju – powiedziała Aga ze łzami w oczach, widząc przyjaciółkę w drzwiach. – Madziu, ja już nie mam siły... Mówi, że sama nic nie powiedziałam, bo chcę z nim być. Co mam robić?

Ignoruj te wiadomości! Nie chce słuchać, to niech się męczy!

Ale tak nie można...

Co nie można?! A można tak kogoś zadręczać?! Przecież usłyszał, jak jest! A jak nie przestanie, to załóż mu sprawę o stalking!

Nie, tego nie zrobię! – Aga cofnęła się o krok.

A niby czemu to? Pozwolisz się zamęczać?

Ja też nie zawsze byłam w porządku... – tłumaczyła rozpaczliwie Aga. – Przecież wiesz...

Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

Nie, Madziu, ja muszę zrobić coś, po czym przestanie mnie męczyć.

To zadzwoń do niego jeszcze raz i tym razem sama powiedz, żeby się odczepił! Matko, czy to takie trudne?! – Magda krzyknęła.

Chyba będę musiała tak zrobić. Tyle że nie wiem, czy jestem w stanie...

Ja już ci mówiłam, powinnaś iść na terapię.

Sama muszę sobie poradzić. Rozmawiałyśmy już o tym.

Tak, wiem, ale w ten sposób się męczysz! – Magda machała rękoma.

Męczę, ale jeśli sama to zrobię, to będę miała satysfakcję.

Obyś tylko przedtem się psychicznie nie wykończyła...

Koniec końców zamierzała nadal ignorować wiadomości z nadzieją, że może mu przejdzie. Nie przypuszczała jednak, z czym ma do czynienia... Miłosne sms'y powtarzały się co kilka dni i o ile wcześniej były dość ogólne, to w tym czasie kipiały szczegółami uczucia, czy planami wspólnej przyszłości. Obiecywała sobie, że nie będzie do nich zaglądała, jednak za każdym razem nie była w stanie się powstrzymać i czytała je wielokrotnie. Wielokrotnie, gdyż miała płonne nadzieje, że odnajdzie w nich coś, co pozwoli zrozumieć jego psychiczny stan. Zupełnie jakby napisane były jakimś tajemnym kodem, którego sens wyjawi się z czasem. Już bywało, że zbierała się w sobie, aby do niego zadzwonić i przerwać ten koszmarny ciąg, ale w ostatniej chwili rezygnowała.

 

 

ROZDZIAŁ XXVIII

 

 

W połowie sierpnia zaczęła sprawdzać przeróżne ogłoszenia w poszukiwaniu tych w sprawie opieki nad dzieckiem. Przez dłuższy czas nie mogła znaleźć odpowiedniego, bo albo wymagali doświadczenia, albo nawet opinii. Jednak w pewnym momencie trafiła na właściwe. Jedynymi wymaganiami były: „studentka pedagogiki lub psychologii” i „dziewczyna niepaląca”. Zadzwoniła. Okazało się, że jest nadal aktualne, a praca miałaby być pięć dni w tygodniu po około dziesięć godzin. Umówiła się na spotkanie i pojechała tam następnego dnia.

Ma już ponad dwa latka, co nieco mówi, woła za potrzebą, więc opieka nie powinna być zbyt uciążliwa – mówiła kobieta. Była wysoka, bo miała ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, bardzo szczupła, niezwykle ładna, ciemne włosy i podobnie jak Aga, w ogóle się nie malowała. Miała na imię Danusia.

A kiedy miałabym zacząć? – spytała niepewnie Aga.

Od początku września.

To mi pasuje, bo aktualnie nic nie robię.

Rozumiem, że studiujesz zaocznie? – spytała kobieta.

Tak i pieniądze potrzebne mi są na czesne.

No właśnie. To może ci się nie spodobać, ale nie jesteśmy w stanie ci zbyt dużo zapłacić. Nie stać nas.

Danusia, to mi nie przeszkadza, bo trochę pieniędzy mam od rodziców.

Czyli jesteś zainteresowana?

Tak, jeśli tylko ty mnie chcesz.

No to pracujesz! – Kobieta uśmiechnęła się.

Dodatkowym atutem był fakt, iż dom, w którym będzie się opiekowała Jurkiem (bo tak miał na imię chłopczyk) jest oddalony od jej mieszkania o niecałe trzy kilometry, mogła więc przemierzać ten dystans choćby pieszo. Dopiero gdy było już to ustalone, przypomniała sobie pomyłkowy telefon sprzed kilkunastu miesięcy. Tamta kobieta wtedy szukała pracy jako opiekunka do dziecka, a teraz ona będzie to robić. Koleje losu czasem się właśnie tak układają. Można się tu doszukiwać ręki przeznaczenia czy karmy, ale fakty są takie, że był to zwykły zbieg okoliczności.

Po znalezieniu pracy musiała dopełnić formalności związanych ze zmianą studiów. Nie chciała wcześniej tego robić, gdyż nie była pewna, czy znajdzie pracę. Pojechała na Bielany, złożyła papiery, otrzymała umowę i pozostało uiszczać opłaty i uczęszczać na zajęcia. Od dłuższego czasu temat psychologii stał się niemalże jedynym sensem życia. Siedząc w domu, już sobie wyobrażała, jak kończy studia i zaczyna pracę jako terapeutka. Później miała sobie uświadomić, iż chcąc być psychoterapeutką, musi dodatkowo skończyć odpowiednie, kilkuletnie studia podyplomowe. Co prawda mogła przyjmować pacjentów tak, jak ja, czyli mając tylko ukończoną psychologię, ale ona podchodziła do tego tematu bardzo poważnie i nie istniały ani półśrodki, ani ścieżki na skróty. (A w moim przypadku była to właśnie ścieżka na skróty).

 

Na początku września poszła pierwszy raz do pracy. To mieszkanie składało się z trzech pokoi, łazienki i sporej kuchni. Pokój największy miał około osiemnastu metrów kwadratowych i tam przesiadywała z małym najczęściej. Na jednej ścianie stała brązowa, skórzana kanapa, obok dwa metalowo-płócienne, bujane fotele, po drugiej stronie szafka, na niej telewizor, a na trzeciej, obok drzwi, mały regalik ze szkłem z przodu. Pośrodku stał stół i sześć krzeseł, i zwykle to miejsce służyło jako jadalnia. Drugi pokój, do którego w ogóle nie zaglądała, był sypialnią rodziców, a trzeci pokojem małego i było tam zarówno drewniane łóżeczko, niewielkie łóżko, jak i dwie szafki na zabawki i ubranka. I w nim zawsze kładła Jurka spać. W kuchni cztery szafki na podłodze, obok zmywarka, a nad nimi kolejnych pięć. Miała siedzieć z nim w domu, a jeśli jest ładna pogoda, przynajmniej raz dziennie wyjść na spacer. Poza tym chodziło głównie, aby bawić się z nim, uczyć go mówić, podawać posiłki, które w tym wieku dziecko przyjmuje kilka razy dziennie i usypiać, gdy jest zmęczony. Nie musiała przewijać, więc to, co najmniej przyjemne odchodziło, jednak cały czas miała dbać o jego higienę, w tym o podcieranie go. Tego bała się najbardziej, ale już drugiego dnia odezwał się instynkt macierzyński i robiła to niemal automatycznie. Na tyle automatycznie, iż zakładając mu spodenki, zastanawiała się, czy na pewno go podtarła. Dziecko polubiło ją prawie od razu, więc odszedł spory stres z tym związany i mogła mu być miłą panią Agnieszką. Pod koniec pierwszego tygodnia nauczyło się wymawiać jej imię, co też było sporym uproszczeniem. Jedynym zmartwieniem było jego zamiłowanie do oglądania bajek w telewizji. Rodzice nie przykładali do tego większej wagi, natomiast ona postanowiła za wszelką cenę spróbować go od tego odzwyczaić. Spotykało się to na początku ze sporymi protestami, łącznie z przeraźliwym płaczem i rzucaniem zabawkami, jednak po jakimś czasie, odstawiając telewizję na bok, uczył się nowych zabaw i zajęć. Już po miesiącu potrafił całymi godzinami bawić się klockami, nie zwracając uwagi na telewizor.

 

W połowie września treść wiadomości od Marcina znowu uległa zmianie.

Daj mi wreszcie spokój. Albo się zgódź, albo przestań”.

Siedziała wtedy z dzieckiem i przeczytawszy to, zapadła się w samą siebie. Chcąc zgłębić, o co właściwie chodzi, przez dłuższy czas ignorowała małego. Czytała wiadomość w tę i nazad, przypominała sobie poprzednie, próbując ułożyć logiczny ciąg, który mógł doprowadzić do czegoś takiego. Na próżno. To, co właśnie dostała było kompletnie pozbawione sensu. Starała się sięgnąć pamięcią do wszystkiego, co mówiła albo ona, albo Magda, aby znaleźć brakujące ogniwo, lecz błądziła po omacku. W pewnym momencie zaczęła sobie wmawiać, że coś źle zrobiła albo powiedziała coś nieopatrznie w trakcie przejażdżki do Ostrołęki i stąd słowa „daj mi wreszcie spokój”. A w jej przypadku taka zabawa mogła skończyć się tylko w jeden sposób... Do takiego stanu się doprowadziła, iż na jakiś czas dziecko poszło w odstawkę, a sama siedziała jak zahipnotyzowana. Dopiero głośny płacz małego wyrwał ją. Wstała, zajęła się nim i próbowała normalnie funkcjonować. Nie chciała jednak dzwonić do przyjaciółki, gdyż nadal była emocjonalnie zamroczona.

Pod koniec września, siedząc w domu, sięgnęła do nocnej szafki, wyjmując złoty wisiorek. Wzięła po raz kolejny w ręce i wiedziała, że zrobiła, co było w jej mocy. Tak, z całą pewnością zrobiła w tym temacie więcej, niż mógłby to uczynić ktokolwiek inny, ale według niej musiała próbować dalej. Tylko jak to zrobić, skoro wszystkie możliwości zostały wyczerpane? Trzymała go w rękach, a obrazy z przeszłości same zaczęły spływać do świadomości. Przypomniała sobie, jak bawiła się z synem tych sąsiadów. Były to pojedyncze reminiscencje, ale powodując cały ciąg skojarzeń, pojawiły się pierwszy raz, budząc nowe wspomnienia, które to znowu rodziły następne i następne. Stworzył się całkiem spory ciąg faktów z przeszłości, przyobleczonych uczuciami i odrobiną „magii”. Jednak fakt ukradzenia wisiorka był odosobniony i nie wiązał się z niczym innym. Zupełnie jakby zdarzył się komuś innemu i tylko został jej zaszczepiony opowiadaniem. A może zrobił to ktoś inny, dał jej ten wisiorek, a potem wmówił, że to ona? Chyba że znalazła go gdzieś i wpierała sobie, iż pochodzi z przestępstwa? W jej głowie aż się kłębiło od podobnych przypuszczeń i w pewnym momencie nie wiedziała za bardzo, co jest prawdą, a co fantazją. Zrozumiała jednak, że dopóki nie odnajdzie sąsiadów, dopóty nie zazna spokoju. (Gdyby to tylko chodziło o ten wisiorek...) Postanowiła jeszcze raz działać. Zupełnie po omacku, ale działać.

 

Ostatniego dnia września dostała następującego sms'a:

Ja cię zabije! Już dłużej tego nie wytrzymam! Zabiję cię!”.

Tego było już za wiele. W zasadzie wtedy do niej dotarło, że nie może cały czas tulić ogona pod siebie. Trzeba spiąć się i wyrazić to wszystko, co zebrało się w ostatnim czasie. I to był ten moment, kiedy poczuła, jak bardzo jest potrzebne spotkanie z Marcinem. Nie rozumiała tego, ale właśnie poczuła całą sobą. To, co do niedawna było nie do pomyślenia, teraz stawało się faktem. I nie obchodziło jej za bardzo, czy wyrządzi tym większą krzywdę – ważne było, aby przerwać ten koszmarny ciąg. Po wyjściu od Jurka szła akurat ulicą Wolską od strony Bemowa, mijając Aleję Prymasa Tysiąclecia i zobaczyła identyczną taksówkę jak ta, w której po raz pierwszy usłyszała zespół Camel. W normalnej sytuacji uśmiechnęłaby się do siebie w wyrazie sentymentu, ale teraz, nie zmieniając swojego bojowego nastawienia, tylko na nią popatrzyła. Chwilę później zadzwoniła do Marcina.

Halo – słychać było bardzo dziwny ton głosu, zupełnie jakby się dopiero obudził, albo jakby był na koszmarnym kacu.

Spotkajmy się dzisiaj o dwudziestej pod naszym wydziałem! Będziesz?! – krzyczała do słuchawki.

Tak, postaram się być.

Nie mów, że się postarasz, tylko, kurwa, bądź! – I się rozłączyła.

Po przyjściu do domu włączyła jeden z instrumentalnych utworów zespołu Camel, a jest on zatytułowany „Hopeless Anger”, czyli „Rozpaczliwa złość”. Założyła słuchawki, rozkręciła muzykę na maksimum i rozkoszowała się mocą płynącą z tego utworu, który jest niezwykle ekspresyjny, nerwowy i szarpany. Dźwięki tam zawarte to kwintesencja tego tytułu. Na początku to motyw na trzy czwarte grany triolami, z niesamowitą energią i nierównym rytmem, jednak po chwili przeradzający się w spokojny, z metrum cztery czwarte i piękną melodyką, który z każdą nutą nabiera potęgi i dynamiki, by za moment przejść znów w coś łagodniejszego, a następnie przyspieszyć i kolejny raz zwolnić. I tak w kółko. Perkusja nie gra tam jednego tempa, ale wybija nierówne uderzenia i tylko czasami, gdy metrum jest na cztery czwarte, brzmi rockowo i narzuca klasyczny rytm. Gitara gra niemal przez cały czas solówkę, nadając temu utworowi klimatu charakterystycznego dla tego zespołu. Całość uwodzi głębią i nerwowością oraz nieprawdopodobnym brzmieniem. Po prostu to JEST rozpaczliwa złość. Gdy tylko się skończył, włączyła jeszcze raz i kolejny. I tak w kółko. Zaczęły płynąć łzy. Z jednej strony zaciskała pięści i zgrzytała zębami, a z drugiej czuła się zmęczona, a może i zniechęcona. Jedno uczucie przebijało się przez drugie, nawzajem się przekrzykując. Raz czuła to pierwsze, a za chwilę to ostatnie, a potem to już wszystkie te emocje naraz zakwitły. Istny obłęd, który przerodził się w siłę i moc do działania. Cały świat odpłynął gdzieś w dal i liczyły się tylko emocje i ta niesamowita muzyka. Słuchała tego dobrą godzinę. Całą godzinę. Potem zorientowała się, że czas ruszać, zdjęła słuchawki, zresztą niechętnie, ubrała się i wyszła, a w uszach wciąż grała „Rozpaczliwa złość”. Jadąc na miejsce spotkania, bez przerwy miała w głowie to, co chce powiedzieć. Zapamiętane dźwięki pchały ją naprzód, czyniąc, że wreszcie była zdolna to wykrzyczeć. Ale czy na pewno? Szła niezwykle szybko, prawie się nie rozglądając.

Stawiła się w umówionym miejscu kilkanaście minut przed czasem, drepcząc i rozglądając się na wszystkie strony. Czekała i czekała. Umawiając się z nim, wiedziała, że zrobiła dobrze, natomiast trochę żałowała, iż wybrała takie miejsce. Gdyby mogła cofnąć się w czasie i wyznaczyć inną lokalizację, na pewno by to uczyniła, a tak musiała spotkać się z nim przy ludziach. Jednak była tak nabuzowana, iż była w stanie stawić mu czoła nawet w takich warunkach. Lepiej było teraz do niej nie podchodzić, a Marcina właśnie to czekało – zderzenie z rozpędzonym pociągiem. Rozszarpywana była emocjami wewnątrz, brwi miała ściągnięte do środka, pięści zaciśnięte i zgrzytała nerwowo zębami. Od kilku godzin układała sobie plan tego, co ma powiedzieć, a w zasadzie wykrzyczeć. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, zespolone w jedną, niedającą się przekabacić całość i zawierające się w kilkunastu niezwykle ostrych i mocnych słowach. Mniej więcej brzmiało to tak: „Człowieku, odczep się ode mnie! Mam cię, kurwa, dość! Jeśli nie przestaniesz, to pójdę na policję! I nigdy więcej do mnie nie pisz! Żegnam cię!” Po czym miała się odwrócić na pięcie i pójść w swoją stronę. Czas się niezmiernie wlókł i tylko przechodzący głównie studenci dziwnie na nią patrzyli, widząc, że coś jest nie tak. Im dłużej czekała, tym bardziej była zdesperowana i tym mocniej chciała się pozbyć go ze swojego życia. W końcu ani go nie kochała, ani nawet jej się nie podobał. Spojrzała na telefon, była punkt dwudziesta, a jego nadal nie było. Zrobiła kilka kroków w przód, potem w tył, rozejrzała się. Mogłaby czekać choćby godzinę. Gdy zerknęła na ławkę stojącą jakieś kilkanaście metrów dalej, przez chwilę pomyślała, żeby tam usiąść, ale to nie do wykonania. Uczucia ją rozszarpywały we wszystkie możliwe emocjonalne strony i gdyby mogła sobie na to pozwolić, to zaczęłaby z pewnością krzyczeć. A może i wyć z kilku emocji naraz, a wszystko to w jednej chwili i w jednym umyśle.

Pojawił się spóźniony o dobry kwadrans. Głowę miał spuszczoną i człapał, jakby były to kroki idącego na ścięcie. Zbliżając się, nie podnosił wzroku i zdawał się nieświadomy otaczającego świata. Wyglądał strasznie, a nawet przerażająco. Podszedł bliżej wejścia do budynku, spojrzał przed siebie, a jego oczy były puste, pozbawione życia, zupełnie jakby się czegoś naćpał. Jednak wiedziała, że tak nie jest. Poczuła to każdym kawałkiem ciała. Powoli ruszyła w jego stronę, a on nadal chyba nie rejestrował, co się dzieje wokół. W końcu stanęli przed sobą, on spuścił wzrok, a ona zrobiła coś, czego nie planowała. Oburącz chwyciła go za barki, potrząsnęła nim dość solidnie i spokojnym głosem powiedziała:

Ty masz naprawdę dość... – mówiła w miarę cicho, bardzo spokojnie, cały czas cedząc słowa i zastanawiając się nad każdym z nich. – Posłuchaj... Nie kocham cię i nic od ciebie nie chcę... Wracaj do domu, odpocznij, a o mnie zapomnij... Jesteś fajnym facetem, ale ja cię nigdy nie pokocham, bo kocham kogo innego...

Po czym wzięła go za rękę, ścisnęła tak mocno, jak tylko potrafiła i dodała:

Rozumiesz? – zapytała pełna przejęcia. – Nigdy razem nie będziemy. Daj sobie spokój. – Spojrzała mu w oczy i ponownie spytała, jakby pytała małe dziecko. – Słyszysz, co się do ciebie mówi?

Chyyyybaaa taaak – wybełkotał, nie podnosząc wzroku.

Spójrz na mnie – jeszcze mocniej uścisnęła jego dłoń i nie widząc reakcji, ostrzej powtórzyła – spójrz mi w oczy!

Powoli podniósł głowę, najpierw oczy miał spuszczone, jednak za moment spojrzał, a w nich pojawił się błysk charakterystyczny dla kogoś, kto za chwilę będzie płakał.

Powtórz, co ci powiedziałam – mówiła spokojnie, cicho z ciepłym brzmieniem. – Powtórz, proszę... Co ci powiedziałam?

Że kochasz kogoś innego i mnie nigdy nie pokochasz – ledwo otwierał usta.

I masz teraz iść do domu, odpocząć i pamiętać, żeby dać sobie ze mną spokój. Powtórz.

Mam iść do domu, odpocząć, a z tobą dać sobie spokój – powtarzał mechanicznie.

Popatrzyła na niego jeszcze przez chwilę tak, że sama o mało co by się rozkleiła, po czym rzekła na odchodne:

Ja już sobie idę, a ty marsz do domu i pamiętaj, co ci mówiłam. Żegnaj. – Odwróciła się i odeszła.

Spojrzała za kilka chwil na niego przez ramię i widziała, że on też ruszył wolnym krokiem przed siebie. Rozstali się. Cała moc, którą w sobie tak bardzo rozkręcała przed spotkaniem, gdzieś wyparowała w momencie, jak go tylko zobaczyła, a jej miejsce zajęło współczucie, a to dwa przeciwległe bieguny. Teraz szła na miękkich nogach, ręce opadały wzdłuż tułowia i całościowo była wypompowana z emocji. Jak flak. Tylko o jednym marzyła – aby jak najszybciej zaszyć się w swojej piwnicy, o wszystkim zapomnieć i odpocząć. Miała już dość myślenia na jego temat i teraz był czas na wytchnienie. Jednak winiła się za to spotkanie. Uważała, że zrobiła źle i można było to uczynić lepiej... Ale fakty były takie, iż chyba nikt lepiej by tego nie zakończył, a całe obwinianie się było projekcją stanu ciągnącego się od dwóch lat.

Żyła we śnie.

A tak się żyje niezwykle ciężko.

Po powrocie do domu zeszła do piwnicy, usiadła na szarej pufie i odpłynęła gdzieś, gdzie była wolna. Od całych, ostatnich dwóch lat. W pewnym momencie przypomniała sobie słowa Magdy, gdy siedziały nad Wisłą. Czy ona faktycznie nie ma dystansu do samej siebie? Wiele by na to wskazywało, choćby fakt, że czuje się zniewolona przez sytuację ze Sławkiem. A może właśnie go nabrała, zamykając tę historię z Marcinem? Czym w ogóle jest dystans do samego siebie? Natychmiast przyszło jej do głowy, że to nic innego, jak tylko swego rodzaju zamiatanie pod dywan niewygodnych faktów z własnej przeszłości. Przecież zdając sobie sprawę, że skrzywdziła Sławka, nie może teraz przejść z tym do porządku dziennego, bo nie pozwala na to uczciwość. Wtedy zrobiła coś okropnego i nie może teraz udawać, że jej to nie obchodzi. To tak jakby powiedzieć, że zrobił to ktoś inny i mnie to nie interesuje. Ale ona była zbyt świadoma. Wiedziała, że wszystko, co wychodzi od niej, jest jej autorstwa i musi być za to odpowiedzialna. A skoro tak, to nie może być mowy o dystansie do samej siebie. Gdyby uznała, że go ma, to wyparłaby się części własnej osoby, a na to nie mogła sobie pozwolić. I zamknęła te rozważania myślą, że dystans to zamiatanie pod dywan...

Przez dłuższy czas tkwiła w bezruchu, lecz potem sięgnęła po ryzę papieru, wzięła ołówek i znów zaczęła rysować. Tym razem była to skrzynka z narzędziami, a starała się umieścić na tym rysunku zarówno młotek, obcęgi, jak i inne przyrządy. Potem wyciągnęła kolejny arkusz i kreśliła rząd butelek, a wśród nich jedną z namalowaną trupią czaszką. (Pomyślała, czy ta trupia czaszka, to nie dla Marcina?) Na kolejnym narysowała lampkę ze światłowodami: bujny pióropusz cienkich nitek, a pod nimi okrągłą podstawę. Naszkicowała również prymitywny radioodbiornik. Następnie zabrała się za szkicowanie pajęczyn i zrobiła takich rysunków około dziesięciu. Umieściła też na kartkach takie rzeczy jak wkrętarka, komputer, monitor, stare, robocze buty i gumowce. Na koniec, starając się zawrzeć jak najwięcej szczegółów, nakreśliła misia. Zajęło to dobre cztery godziny i wróciła do mieszkania.

 

Jest małym dzieckiem, siedzi w domu rodziców przy stole, wzięła zeszyt i zaczyna w nim rysować swoją rodzinę. Babcia nie żyje, toteż umieszcza tam tylko siebie i rodziców. Za postaciami rysuje dom, wokół ogród, a całość koloruje kredkami. Nie zabrakło też słońca i chmur. Na stole leży również lalka, którą widziała u koleżanki, a której bardzo się bała. Ta ma szeroko otwarte oczy, umalowane policzki i szeroko uśmiechnięte usta. Aga przygląda się lalce, a ta wydaje się patrzeć wprost na nią. Odwraca jej twarz w drugą stronę i rysuje dalej. Po jakimś czasie wychodzi do łazienki, a gdy wraca, na stole, tam, gdzie był wcześniej zeszyt, leżą trzy małe laleczki, a obok ta sama lalka i znów patrzy na nią. Kolejny raz ją odwraca w inną stronę. Ustawia te małe jedna przy drugiej, bierze różne zabawki i układa z nich imitacje mebli, tak aby wyglądało, że rodzina jest w domu. Sadza najmniejszą lalkę na pudełku udającym kanapę, a dwie większe stawia naprzeciwko siebie, porusza nimi i sama powtarza słowa kłótni usłyszane wcześniej od rodziców. Trwa to moment, po czym odprowadza jedną do innego pomieszczenia. To ojciec wyszedł. Została tylko ona i matka. Potem sadza matkę na innym meblu, przykładając głowę do kolan, zgina ją i przypomina sobie, jak ta płacze. Sama siedząc przy stole, traci dobry humor. Odchodzi od stołu i kładzie się na prawdziwej kanapie. Ma ochotę płakać, ale łzy nie pojawiają się w oczach, toteż tylko tkwi w bezruchu zagłębiona w przeszłych zdarzeniach. Zamyka oczy, chce usnąć, ale zaczynają docierać dziecięce głosy biegnące zza okna. Podchodzi do niego. Przed domem stoi trumna, a wokół biegają dzieci, bardzo przy tym się ciesząc. Jest wśród nich dziewczynka podobna do Magdy. W trumnie ktoś leży. Przez dłuższą chwilę, próbując rozpoznać tę osobę, przygląda się i nagle dociera do niej, że to jej babcia. Ta spoczywa w bezruchu ze złączonymi dłońmi na przeponie. Dzieci podchodzą do niej, a ona podnosi się do pozycji siedzącej i zaczyna się z nimi bawić. Nie igrają w nic konkretnego, a raczej cieszą się sobą nawzajem. Nachodzi Agę nagła chęć wyjścia i przytulenia babci, toteż rusza, ale znów widzi wzrok nielubianej lalki. Wybiega na dwór. Obiega dom, zbliża się do trumny i już się cieszy, że znów będzie blisko babci. Jest już o kilka metrów, patrzy na nią, ale to nie jest babcia. To coś przypomina wilkołaka. Jak to się stało, że nie zauważyła tego przez okno. Jednak nie zważa na to i próbuje podejść jak najbliżej. Jednak monstrum wstaje z trumny i zaczyna ją odganiać. Twarz ma powykrzywianą, zęby wystają z ust, a ręce to łapy wilka. Aga ucieka z powrotem do domu. Zauważa wzrok lalki, ponownie podchodzi do okna, wygląda przez nie i znów babcia jest sobą, i bawi się w najlepsze z dziećmi. Jeszcze raz czuje nieodpartą chęć zbliżenia się i może przytulenia do niej, więc powtarza, co zrobiła chwilę wcześniej. Gdy podchodzi, znów babcia jest wilkołakiem i rusza w jej stronę, wydając z siebie dźwięki, które przypominają ryk goryla. Mała powoli robi kilka kroków w jej stronę, mając nadzieję, że ta ponownie będzie babcią. Lecz monstrum staje się jeszcze większe. Wstaje i rzuca się na nią. Aga ucieka w stronę wejścia do domu. Potwór za nią. Podbiega do drzwi, a te są zamknięte. Próbuje szarpać za klamkę. Bez powodzenia. Zaczyna wołać mamę, ale nikogo nie ma w domu. Ogląda się i stwór jest już o kilka metrów. Wtem drzwi się otwierają, ona rzuca się w tamtą stronę i na kogoś wpada. Podnosi wzrok i widzi Ciemną Postać. Wokół jedynie ciemność i mgła. Nogi się pod nią uginają. Brakuje sił. Trąby tybetańskie grzmią, a niewidzialny wzrok wnika w nią. Chce wbiec do domu po pomoc, ale nie może. Szukając ucieczki, rozgląda się nerwowo. Ciągnie za klamkę z całych sił. Potwór jest tuż za plecami. Jest w pułapce. Ani do przodu, ani do tyłu. Zaczyna krzyczeć. Budzi się.

 

 

ROZDZIAŁ XXIX

 

 

Na początku października, tuż przed pierwszym zjazdem na psychologii, wreszcie miała się doczekać wymarzonych od jakiegoś czasu studiów i chcąc podzielić się uczuciami, poszła odwiedzić Anię. Została zaproszona na kawę, jak zwykle do kuchni i usiadły.

Wiesz, Aniu – zaczęła z natchnieniem. – To jest dla mnie jak wypełnianie misji. Nie mogłam się doczekać, a to już jutro... – Spojrzała w górę.

Widzę, że naprawdę dobrze, iż się spotkałyśmy – mówiła sąsiadka z samozadowoleniem. – Tylko że teraz cię czeka sporo intensywnej pracy, a szczególnie na pierwszym i drugim roku, ale i później nie będzie lekko.

Wiem, wspominałaś o tym – odpowiadała Aga, nie zmieniając swojego nastawienia. – Trochę się obawiam, czy dam sobie radę, choć na razie staram się o tym nie myśleć.

To dobrze. – Kiwnęła Ania głową ze zrozumieniem, chwilę się zastanowiła i dodała – na wszystko przyjdzie czas. Teraz powinnaś skupiać się na teraźniejszości, a nie na roztrząsaniu przeszłości lub przyszłości.

propos przeszłości. – Zafrasowała się Agnieszka. – Mam pewien problem i muszę się z nim jakoś uporać...

Coś emocjonalnego? – Przerwała sąsiadka i się delikatnie poruszyła.

Nie – pokręciła przecząco głową Aga. – Tym razem chodzi o coś materialnego. Pewien naszyjnik... – Zawiesiła głos, nieco spuszczając głowę. – Ukradłam go sąsiadom, jak byłam dzieckiem, a teraz chcę oddać...

Dobrze robisz. – Przytaknęła z uznaniem ta druga. – Takie rzeczy trzeba załatwiać, aby nam nie ciążyły, bo każda niezamknięta zaszłość potrafi nieźle dokuczyć.

Wiem i między innymi dlatego chcę to zrobić – Agnieszka przymknęła oczy, szukając rozwiązania w pamięci. – Poza tym zabrałam im to, gdy się mną opiekowali w czasie, jak rodzice byli w szpitalu. Oni się troszczyli, a ja zachowałam się jak złodziej... – Znów opuściła wzrok, przetarła twarz dłońmi i spojrzała na sąsiadkę z nadzieją, że ta jej za to słownie nie skarci.

Nie bądź wobec siebie taka surowa – rzekła po chwili sąsiadka. – Byłaś dzieckiem, a dzieciom takie rzeczy się po prostu zdarzają. Widocznie musiał ci się bardzo spodobać.

Więc powinnam go oddać i to wiem. Tyle że oni się wyprowadzili i nie mam z nimi żadnego kontaktu – żaliła się. – Próbowałam ich odnaleźć, ale wszystko zawiodło... Jedyne sensowne informacje, jakie miałam, to takie, że mieszkają w Piasecznie przy ulicy Kopernika, ale przeszłam razem z przyjaciółką praktycznie wszystkie domy przy tej ulicy i nikt nic nie wie.

A pewna jesteś, że to tam? – Sąsiadka przysunęła się nieco do niej. – Skąd w ogóle te informacje?

To od sąsiadów matki tej sąsiadki – rozumiejąc zawiłość poszukiwań, wyjaśniała ze zmęczeniem Aga. – To długa historia, ale to w zasadzie jedyny trop...

A może skoro to są informacje nie z pierwszej ręki, to gdzieś wdało się zakłamanie? Może pomylili ulicę? Wiesz, to się zdarza.

Też tak teraz myślę – mówiła Aga, skrzecząc. – Ale co mam zrobić, skoro to okazało się porażką? Przecież nie przeszukam wszystkich ulic w Piasecznie. To jest za duże miasto.

A może miasto pomylili? – Poruszyła się Anna. – Na przykład w Piastowie, skąd pochodzę, też jest ulica Kopernika. – Zawiesiła głos, składając myśli do kupy. – Chwila, chwila! Zdarzało się, że jak ludziom mówiłam, że mieszkam w Piastowie, to mylili to miasto z Piasecznem. Może tak samo jest w tym przypadku i powinnaś szukać od początku w Piastowie przy Kopernika?

Poważnie? – Agnieszka mało nie podskoczyła do góry. – Mylili Piastów z Piasecznem?

Tak! – wykrzyknęła sąsiadka. – Zobacz, nazwy są podobne, obie miejscowości są pod Warszawą, ktoś mógł je przekręcić i stąd nieporozumienie!

To jak tylko będzie wolny weekend, pojadę do Piastowa i choćbym miała spędzić tam cały dzień, to będę szukała! – skwitowała żywiołowo Aga.

Zaraz po wyjściu od Ani wbiegła do swojego mieszkania, zobaczyła, że Magda jest w pokoju sama.

Magda, trzeba było od razu szukać w Piastowie, a nie w Piasecznie! – zaczęła niezwykle głośno.

Mówisz o wisiorku?

Tak!

Czemu w Piastowie? – Magda podniosła głos.

Bo to podobne nazwy i ktoś je pomylił!

Chcesz tam jechać? – spytała Magda, mimo że znała odpowiedź.

Pewnie, że tak. Jedziesz ze mną?

Wiesz, jak dotąd włożyłam w to niemal tyle samo energii, co ty, więc jadę.

Musimy się dowiedzieć, jak tam dojechać. – Kipiała Aga.

Krzysiek pewnie da się namówić i nas tam zawiezie – zauważyła ta druga.

Byłoby super! Sprawdźmy w internecie, jaka jest ta ulica.

Włączyły go, a po chwili Magda stwierdziła:

Ma tylko około trzystu metrów, więc szybko powinnyśmy się z tym uporać.

To kiedy jedziemy? – Zawiesiła głos. – W najbliższy weekend mam zjazd na uczelni, może w następny?

Odpada, bo już się umówiłam z Krzyśkiem i jedziemy do moich rodziców – odparła ze smutkiem ta druga.

Kolejny weekend to następny zjazd, więc dopiero pod koniec października. – Aga zwiesiła głowę i ściszyła głos.

Tyle szukałaś, więc możesz poczekać.

Niby tak, ale to dla mnie, jak oczekiwanie na wyrok.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 12.09.2018 10:36 · Czytań: 30 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
19/09/2018 22:44
Rozumiem, Niczyja szukasz mocnych wrażeń w prozie :) Owszem,… »
Ania_Basnik
19/09/2018 22:41
Przeczytałam, jest pięknie i magicznie, jak to u Ciebie.… »
Niczyja
19/09/2018 22:36
DoCo! No Ciebie jako mojego ulubionego autora nie mogłam… »
Niczyja
19/09/2018 22:26
Cześć Michale, Czytałam dziś Twoje najnowsze miłosne… »
DanielKurowski1
19/09/2018 21:57
Dziękuję za komentarz, wkrótce poprawie błędy »
StalowyKruk
19/09/2018 21:57
Rzeczywiście, ze znakami interpunkcyjnymi miewam problemy.… »
Jacek Londyn
19/09/2018 21:33
Pierwsza godzina jazdy przebiegała spokojnie. Koła miarowo… »
Dobra Cobra
19/09/2018 21:07
Przypowiesc o automatyce piekna. Dziękuję. GregoryJ,… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:57
Ten rodzaj opowiadań to nie moja bajka, zatem przeleciałem… »
Jacek Londyn
19/09/2018 20:40
Milcząca Elu Walczak, dlaczego milczysz, gdy ktoś… »
JOLA S.
19/09/2018 18:54
Witaj, margor, tytuł opowiadania szalenie obiecujący. :)»
mike17
19/09/2018 18:52
Życie lubi zaskakiwać, i tak tu chciałem, by było. Nic na… »
ajw
19/09/2018 18:25
No cóż.. czasem życie i tak się plecie. Chyba wiele takich… »
22227
19/09/2018 17:41
Początek obiecujący, tylko lepiej by było "zapadła noc… »
22227
19/09/2018 17:28
No cóż... gdyby nie te wilki, ale wierszyk fajny. »
ShoutBox
  • mike17
  • 19/09/2018 22:55
  • Aniu, ponieważ pisaliśmy naraz komenty, uzupełniłem moją odpowiedź dla Ciebie :)
  • JOLA S.
  • 16/09/2018 09:48
  • Stawitzky, dzięki i dobergo dnia :)
  • JOLA S.
  • 14/09/2018 14:47
  • Yitopaz, możesz cały tekst podmienić, wytnij i wklej od nowa, nie będzie przechodził przez maszynkę Redakcji. :)
  • mike17
  • 13/09/2018 18:02
  • A tu informacja konkursowa : [link]
  • mike17
  • 13/09/2018 18:01
  • Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie w prozie MUZO WENY 6, gdzie inspiracją jest muzyka, na podstawie której należy napisać miniaturkę i wysłać mnie. Czekają atrakcyjne nagrody :)
  • Esy Floresy
  • 11/09/2018 22:24
  • Czas ucieka coraz szybciej, zostało 10 dni. Łapcie, więc za pióra i nadsyłajcie wiersze na konkurs :) [link]
  • Kushi
  • 09/09/2018 13:32
  • Miłej Niedzieli Kochani [link] :)
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:vertygolamosa
Wspierają nas