Un poloco en Guatemala & El Salvador - Artur Dubis
Publicystyka » Reportaże » Un poloco en Guatemala & El Salvador
A A A
Od autora: Relacjo-wrażenia z podróży do Salwadoru i Gwatemtali

Un poloco en Guatemala & El Salvador

Tym razem będzie to relacja z dwóch krajów nieczęsto odwiedzanych przez turystów (nie tylko polskich), chociaż może adekwatniej będzie napisać, iż będzie to opowieść również o ludziach (między innymi, siłą rzeczy, również i o mnie), którzy o ile dzisiaj nie są być może kimś, o kim strasznie chce się czytać, o tyle za kilka, kilkanaście lat staną się historią (lub ciekawostką historyczną) ukazującą realia zarówno podróżnicze, jak i lokalne w obecnym (jeszcze!) okresie.
Może ktoś, kto planuje ruszyć w rejony Ameryki Centralnej znajdzie tu jakieś pomysły na podróż, może też ta relacjo-opowiastka zachęci kogoś do zainteresowania się tymi okolicami… Bo naprawdę warto!
Miłego czytania!

 

22 marca 2018
POLSKA

Nieśmiało przymierzam się do kolejnej podróży. Póki co, jest problem z bezpośrednimi lotami (których nie ma), a przesiadki do różnych samolotów mają za małe okienko czasowe by można było ryzykować (np. 1,5 godziny) – bo co jeśli odlot z Polski się opóźni? Niechybnie przegapię drugi! Spróbuję innej metody, czyli nawet dwóch przesiadek kupując każdy bilet z osobna. Może się uda. Tak czy siak, tam gdzie chcę polecieć, będę musiał dotrzeć przez Kanadę. I tu już pojawia się kolejny problem - numer eTA. Każdy wlatujący do Kanady nieKanadyjczyk musi go posiadać, a aby go posiąść (jak to zabrzmiało!), trzeba bawić się 10 minut formularzami i zapłacić 7 dolarów kanadyjskich (kartą oczywiście). No cóż, oczywiście dokonałem tego, ale w zasadzie nie wiem czemu nabywanie takiego numerka ma służyć... Zdzierstwo! Za kilka dni Wielkanoc, więc w czasie wolnym będę bawił się w szukanie połączeń. A póki co, wracam z powrotem do nurtu codziennego życia.

 

31 marca 2018

No i zakupiłem. Plan podróży zapowiada się następująco:

Kraków - Frankfurt
Frankfurt - Toronto
Toronto - San Salvador

Wszystko zajmie jakieś 20 godzin! Głównym celem jest Gwatemala, ale tam sobie dotrę jakoś lądem. Przed momentem nabyłem przez internet anglojęzyczne przewodniki po Salwadorze i Gwatemalii (po polsku nie znalazłem), może w wolnych chwilach sobie coś rozplanuję, ale najpewniej będę o tym myślał już na miejscu. O ile wszystko wypali!

 

15 kwietnia 2018

Oprócz okazyjnego powtarzania sobie słówek hiszpańskich czytam sobie co nieco o państwach, które będzie mi dane odwiedzić. Salwador i Gwatemala (ten sam opis), strona polskiego MSZ:

„W całym regionie zaleca się rezygnację z podróży indywidualnych, w szczególności z wypraw pieszych, rowerowych, motocyklowych, a także własnym lub wynajętym samochodem. Bardzo często ofiarami napadów stają się zagraniczni turyści podróżujący wynajętymi busami. Bandyci z reguły wchodzą do pojazdu na stacjach benzynowych, podczas tankowania i postoju. Aby zminimalizować ryzyko, zaleca się podróżowanie samolotami i w większych, zorganizowanych grupach.

Podczas pobytu zalecane jest zachowanie następujących środków ostrożności:

- nie należy nosić przy sobie większej ilości gotówki i kart kredytowych (często są skanowane). Należy zabierać tylko niezbędną sumę pieniędzy a resztę zostawiać w hotelowym depozycie / sejfie;

- mieć przy sobie fotokopię paszportu, najlepiej poświadczoną urzędowo za zgodność z oryginałem;
- nie powinno się wyróżniać ubiorem i zachowaniem, aby nie przyciągać uwagi potencjalnych przestępców;
- wskazane jest unikanie poruszania się po mieście nocą;
- unikać noszenia pieniędzy, dokumentów i przedmiotów wartościowych w widocznych miejscach, szczególnie torbach i torebkach. „

Przypomniałem sobie też gazetę, jaką kupiłem w Kostaryce w zeszłym roku. Opisywano znalezienie rozczłonkowanego ciała właśnie w Salwadorze. Ba! Żeby tylko opisywano. Pokazano zdjęcie chłopaka przed posiekaniem, i wszystkie jego kawałki już po posiekaniu. Zero cenzury czy europejskiej wrażliwości (albo raczej strachu przed pozwami)! A jeszcze ze dwa tygodnie temu w tygodniku Piłka Nożna (czasem zdarza mi się kupić, co by całkiem nie stracić orientacji na polu [boisku] mojej dziecięco-młodzieżowej pasji) czytałem o porwaniu kogoś z rodziny jakiegoś znanego piłkarza właśnie w Salwadorze. (Już szukam, już zerkam: 2016 -
'W Salwadorze odkryto zwłoki porwanej kilka dni wcześniej Susany - kuzynki Luka Modricia. Uprowadzona i zamordowana mieszkała w tym kraju od sześciu lat. Gwiazdor Realu nie chciał publicznie odnosić się do tragedii')

Strach się bać!

Na szczęście w przewodniku o Salwadorze znalazłem taką informację:

„Bezpieczeństwo poprawiło się bardzo dzięki aktywnym działaniom policji w ostatnich latach. Prawda jest taka, że większość turystów odwiedzających Salwador wraca z relacjami o otwartych, przyjaznych ludziach; zamiast bycia celem przestępców, jest się ciepło witanym, a mieszkańcy wykazują duże zainteresowanie naszą wizytą. (...) Statystycznie Salwador ma najgorsze statystyki dotyczące brutalnych przestępstw na kontynencie, to jednak wynik działań salwadorskich gangów (maras) i większość odwiedzających ich nie zauważy.”

Jednak przewodnik po Gwatemali nie podaje już tak optymistycznych informacji. Zdarzają się kradzieże kieszonkowe, wyrywanie torebek, aparatów, skanowanie kart kredytowych itd. Dużo jest napadów na szlakach turystycznych, więc nawet fakt, że nie planuję spędzić zbyt wiele czasu w stolicy, nie napawa mnie optymizmem.

W banku wyrobiłem już sobie konto dolarowe, co by nie mieć przy sobie za dużo gotówki i by nie korzystać ze swojej codziennej polskiej karty ze względu na bardzo niekorzystny przelicznik bankowy (ze złotówki na dolary). Wymienię jakąś kwotę w kantorze i wpłacę sobie na konto. Po powrocie zlikwiduję kartę. Polską złotówkową też wezmę, por si acaso! (na wszelki wypadek)

 

3 maja 2018

"Od początku kwietnia władze Meksyku i ambasada Niemiec poszukują podróżnika i cyklisty Holgera Franza Hagenbuscha. Nikt nie ukrywa, że można spodziewać się najgorszego. Nadzieję odbiera dodatkowo fakt, że w trakcie prowadzonych poszukiwań zidentyfikowano ciało polskiego podróżnika."
Znaleziono zwłoki Krzyśka Chmielewskiego, człowieka niewiele starszego ode mnie, który sobie jeździł po świecie. Ot, przypadkowy portal, pierwsza wiadomość bijąca po oczach. Jestem wyczulony na takie newsy ostatnimi czasy. Ech :/

 

7 maja

"Prawnik Juanjo Gutiérrez Brínguez (38 l.), który pojechał na miejsce tragedii odkrył, że 200 m od zwłok Polaka znaleziono ciało niemieckiego kolarza Holgera Franza Hagenbuscha, który towarzyszył Chmielewskiemu na tym etapie podróży.

Zdaniem Bríngueza Polak został zamordowany na tle rabunkowym. - Ukradli mu rower, kamerę go pro, pieniądze i dokumenty. Znaleziono też świadka, który widział trzech mężczyzn przenoszących zwłoki - opisuje prawnik. Zapewnia ponadto, że podróżnik miał odciętą głowę i stopę. - Przy upadku z takiej wysokości wnętrzności byłyby porozrywane, a z sekcji zwłok wynika, że były w nienaruszonym stanie - wyjaśnia Brínguez. Pozostaje więc pytanie, dlaczego meksykańskie władze nie chcą ujawnić całej prawdy..." (www.se.pl)
Hmm...

8 maja

Wymieniłem dolary. 3.58 PLN za jednego. 20 groszy taniej (jeszcze) niż rok temu. Nie jest źle!

 

12 maja

"Sekcja zwłok wykazała, że niemiecki kolarz zginął od strzałów w głowę. Kuli, która spowodowała śmierć 43-latka, nie znaleziono, widać natomiast wyraźnie ślady przejścia kuli przez czaszkę.

Z kolei 37-letniego Krzysztofa Chmielewskiego, polskiego podróżnika, z którym kontakt urwał się 19 kwietnia, zamordowano uderzając ciężkim narzędziem w głowę. Sekcja wykazała rozległe rany spowodowane ciosem.

(...)

Sekcja zwłok wskazuje jednak, że "prawdopodobnie zadano im śmierć w innym miejscu, a dopiero później przewieziono na pobocze autostrady, gdzie znaleziono ciała" - zaznaczył Luis Alberto Sanchez z prokuratury stanowej."

(onet.pl)

 

Czy pocieszeniem jest, że normalni ludzie, przeciętni Meksykanie, zorganizowali w San Cristobal de las Casas protest przeciwko przemocy?

 

20 maja

Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? Mogę zrezygnować, polecieć sobie za 900 zł na Cypr, czy w inne bezproblemowe miejsce. Jednak nie, nie w lipcu!
Jak coś mi się stanie, zaraz zgraja hejterów napisze pod wiadomością o mojej śmierci: "Sam się prosił", "Głupi, co za debil (kretyn/matoł/idiota) pcha się w tamte rejony". Ale to po prostu ludzka natura. Ciekawość. Żądza przygody. Eksploracji. Niektórzy mają w sobie coś takiego. Gdyby nie ona, Kolumb nigdzie by nie wypłynął, człowiek nie zasiedliłby całej planety, NASA nie znalazłaby chętnych na księżycowe misje (ani na marsjańskie! - te przed nami dopiero!). Kukuczka, Rutkiewicz, Berbeka, Mackiewicz... Nie jestem człowiekiem gór, ale wiem, czemu nasi wybitni wspinacze w nie leźli, i w nich ginęli. Czuję to samo co oni, lecąc do krajów, gdzie mogę być już w pierwszym dniu pobity/obrabowany/zamordowany. W odróżnieniu jednak od niektórych nie mam żony, nie mam dzieci, nie mam więc jakichś głębszych hamulców. Wiem, moja podróż nikomu oprócz mnie samego nie będzie potrzebna (ale w zasadzie to komu, do cholery, są potrzebne mordercze wyprawy wspinaczy oprócz nich samych?), ale zostałem obdarzony takim pierwiastkiem (genem?) przygody, więc nie jadąc w niezbadany przez nas, Polaków, niebezpieczny, dla każdego, region, czułbym się... jakiś niewyżyty.

Dlatego trudno, polecę!

Wrócę, jeśli wrócę, to bogatszy o doświadczenia, z zapiskami, które pomogą innym chcącym iść w moje ślady (czasem dziękują mi czytający moje wcześniejsze relacje, którzy polecieli tam, gdzie nieco przetarłem szlaki :) ), i przez kilka pierwszych tygodniu będę przy goleniu radośnie/dumnie patrzył na swoją paskudną mordę w lustrze :)

Nie wiem czemu, ale przypomniała mi się jakaś rozprawa naukowa o socjopatach/psychopatach/seryjnych mordercach. Mówiła ona, że w zasadzie to nawet całkiem dobrze dla społeczeństwa (społeczności), gdy tacy się rodzą, bo nie czując strachu, wyrzutów sumienia, itd., sprawdzają się w chwilach zagrożenia jako bezwzględni, nie odczuwający strachu obrońcy/wojownicy. Skoro nawet psychopaci, to ryzykanci, więc osoby jakby trochę jak ja, też jakąś przydatną rolę w chwilach kryzysu w społeczeństwie (społeczności) muszą pełnić. Zwiadowców, czy coś...
Hmm…

 

8 czerwca

Blisko 100 osób zginęło, a 200 jest poszukiwanych (więc też już pewnie nie żyją) w wyniku wybuchu wulkanu Fuego w Gwatemali, który miał miejsce w niedzielę, 3 czerwca.
Nie można ze smutkiem i lekkim niepokojem nie podchodzić do takich wiadomości, zważywszy na to, że pod samym wulkanem (acz innym) zamierza się spędzić jakieś dwa tygodnie. Nie traktuję tego wydarzenia jako złego omenu, ale staram się myśleć optymistycznie. W ciągu kilku następnych miesięcy jest BARDZO mało prawdopodobne aby w tym samym kraju pierdyknął jeszcze jakiś wulkan.
Prawda?

 

12 czerwca

Przyszła karta dolarowa! Aktywowałem, ustawiłem limit na 250 dolarów dziennie wszelakich transakcji. W Polsce wir pracy. Grrr.

 

24 czerwca

Yes! Znalazłem, kurna trampki! Zajęło mi to ze dwa miesiące! Zjeździłem kilka razy Kraków i mniejsze miejscowości w promieniu 65 km i buty, jakich szukałem, znalazłem w jednym, małym sklepie na obrzeżach Kraka. Zwykłe, trochę poza kostkę, bez znaczka na pół buta. 50 zeta. Ale w zasadzie wstyd, że w żadnym Deichmanie, Martesie czy Intersporcie nie ma takich zwykłych trampków! Nie dziwi fakt, że sieć CCC zaczyna mieć problemy finansowe, skoro nie oferują najzwyklejszego rodzaju obuwia! No dobra, teraz to mogę lecieć i nic mi nie będzie straszne! Wybór wygodnych butów do podstawa! Na takie łażenie, jakie planuję, takie buty są w sumie najlepsze. Chyba każdy wie, jak ukąszenia komarów na kostkach mogą wkurzać, nie? :) Poza tym zawsze trochę usztywnią stopę.

 

13 lipca

Na booking.com znalazłem fajny hotel 10-20 min pieszo od lotniska. Nie ma co, San Salvador, stolica, to 30 km dalej, w dodatku nocą... (przylecę o 19-ej, potem kontrole, itd.) Ubezpieczenie Allianz na tę strefę, darmowy dowóz zwłok na miejsce pochówku + trumna do 6 tysięcy. Żem se wybrał wakacje! Ale to w sumie mnie kręci i bardzo mnie podnieca! Będzie, kurna, survival!

PS: Zgłosiłem podróż w polskim MSZ na https://odyseusz.msz.gov.pl/Home/RegisterTravel.
Jakby co...

 

14 lipca

Chyba spakowany! Ciuchy, leki przeciwbiegunkowe (i przeciwbólowe, haha) zabrane, podobnie jak przenośne szachy magnetyczne i Pismo Święte (można się śmiać, ale poszukam w nim sobie śladów pozaziameskich cywilizacji!). Paszport, gazety (lewackie, a jak!), tradycyjnie w tamte rejony Glukovsky (‘Tekst’, z 2017) też są. Przejściówka, ładowarka, tablet, stary aparat, wiatrówka... Chyba wsio! A, książeczka szczepień dowodząca, że jestem odporny na żółtą febrę (szczepiony w zeszłym roku, będzie pewnie potrzebne przy przekraczaniu granicy salwadorsko-gwatemalskiej).

 

15 lipca

Lecę sobie już w drugim samolocie w dniu dzisiejszym. Zaczęło się od krakowskich Balic, na które wiekowym już nieco śnieżnobiałym Daewoo Lanosem podwiózł mnie stary, dobry znajomy. Co rzuciło się w oczy to minimalistyczne, purytańskie wręcz wyposażenie lotniska w miejsca do siedzenia. Mimo późnej pory i niewielkiej w zasadzie ilości ludzi, ciężko było znaleźć coś do złożenia swoich niewyspanych zwłok (acz udało się nieopodal automatu z kawą). Znajomy potowarzyszył mi jeszcze dyskutując ze mną na tematy historyczne (m.in. Einsatzgruppen i rola lokalnej ludności w pogromach Żydów na terenach Europy Wschodniej). Aż wreszcie mogłem oddać bagaż rejestrowany w postaci pojemnego plecaka - dowiedziałem się przy okazji, że odbiorę go nie we Frankfurcie, nie w Toronto, ale w San Salvadorze. Taką miałem nadzieję, więc teraz mocno, mocno trzymam za słowo!

Bezproblemowo przeszedłem przez kontrolę i usiadłem nieopodal bramki numer 6. Wokół było sporo ludzi, ale panowała jakaś dziwna, grobowa cisza. Co poniektórzy próbowali spać, inni gapili się w komórki, a byli też tacy, co patrzyli się przed siebie mętnym, śpiącym wzrokiem. Iście senna atmosfera!

Samolot do Niemiec (siedziałem w pobliżu kobiety, która gadała, gadała i gadała przez całą drogę! - podziwiam!), wylądował we Frankfurcie nieco później niż się spodziewałem, toteż miałem mały moment nerwówki pędząc przez przepastne korytarze lotniska na samolot do Toronto, na którego boarding miał się zacząć za niecałe 30 minut! A jeszcze chciałem do WC, a jeszcze na drodze stanęły dwie bramki sprawdzające dokumenty wszystkich, którzy mieli udać się do Kanady.

Niepozorny Murzyn wziął ode mnie paszport. Zapytał jak długo mam zamiar zostać w Kanadzie oraz czy mam wizę. Zaskoczył mnie tym pytaniem. “Jako obywatel polski, o ile wiem, muszę mieć tylko numer Eta. Proszę”, poddałem mu wydruk z nadanym mi numerem. Kiwnął głową i przepuścił. Upragniony WC i na pięć minut przed boardingiem stałem już sobie w kolejce. Lucky me!

No i tak sobie lecę, oczywiście przy odprawie jeszcze w domu wybrałem sobie miejsce w przejściu (można wyłożyć długie nogi i nie prosić innych o wstanie w przypadku potrzeby pójścia do WC), zjadłem obiad (ziemniaki papkowate, ale kurczak znośny, podobnie jak sosy), modlę się. by wytrzymać jeszcze 5 godzin i 47 minut, bo dzisiaj ewidentnie źle trawię (ech, węgielki zostały w rejestrowanym…). Piję drugie małe piwko, może uda się zasnąć! Dobrze, że mam ten tablet, bo w zagłówkach zero porządnego rocka, zero metalu, jeden horror do obejrzenia i w ogóle kicha (Air Canada). Wskazania z zagłówka kogoś siedzącego przede mną: Wysokość: 9753 metry, prędkość 888 km/h, temperatura na zewnątrz -46 C. W samolocie trochę chłodno, ale znośniej niż w KLMach.

No nic, spanie!

 

15 lipca ,Toronto

Dotarłem do Kanady, uff. Lotnisko ciekawe, jest cała masa stanowisk z zamontowanymi tabletami (to właściwie Iphony), na których za darmo można sobie wchodzić na internet.

Zdążyłem na drugą połowę finału piłkarskich Mistrzostw Świata - Francja pokonała Chorwację 4:2. Aby oglądać mecz w przyzwoitych warunkach, musiałem kupić małe piwo za jakieś 30 zł! Młody barman tak naciskał, zagadywał, podłożył nawet podstawkę, że nie dał mi wyboru. Trochę niegrzeczne z jego strony. Żalił się jakiemuś klientowi, że od 6 lat nie miał ani dnia wakacji, że zarabia super, ma dodatki, płaconą składkę, emerytalną, ale zapieprza od rana do wieczora. No i wmusza w ludzi piwo, czego byłem przykładem, haha (ale na to już nie narzekał).

Pochodziłem po sklepach bezcłowych, dziwna sprawa, bo np. rumy są droższe niż w polskich sklepach z nakładaną u nas na nie ogromną akcyzą! Może kupię sobie jakiś na wieczór, ale to już w Salwadorze… 

 

15 lipca

 SALWADOR, San Salvador

Uff, dotarłem po ponad 20 godzinach tułania się po świecie. W zasadzie nie ma co narzekać, bo lepsze latanie z przerwami gdzie jeszcze podają obiady niż jazdy ciasnym  autobusem do takiej Mołdawii czy Bułgarii (każdy ze dwa takie wypady powinien w życiu przeżyć, co by potem nie narzekać gdy się gdzieś leci tak gładko, że piwo w kubeczku ani nawet drgnie!)

Ostatni lot linią Avionca. No widać, że finansowo nie są taki krezusami jak Lufthansa czy Air Canada, bo sam samolot był nieco plastikowy jeśli chodzi o wykończenia i starawy jeśli chodzi o wszystko, ale obiadek dali fajny - więcej warzyw niż w Air Canada.

Po zakończeniu lotu strasznie długo szło się do urzędników imigracyjnych (w ogóle zero informacji w sumie jeśli chodzi o takie procedury - gdzie iść, gdzie bagaże itd., jakbym po drodze nie pytał, to bym się pogubił), ale gdy przeszło się te kolejki, odebrało bagaż, można było wyjść z lotniska. Prawdziwe tłumy, ale widać, że każdy na kogoś czekał. Nawet tylko jeden taksówkarz do mnie podszedł, ale chcąc już już (!) po hiszpańsku, wyjaśniłem mu, że mam blisko hotel i sobie pójdę na nogach. No i to był błąd…

Suspens! Werble! Zaparty dech!

Nie no, nic się nie stało, ale najpierw droga (ekspresówka) nie miała właściwie żadnego pobocza, w związku z czym każde nadjeżdżające mi zza pleców auto przyprawiało mnie o dreszcze. Pocieszałem się, że na dwóch torbach (nie brałem walizki, a plecaki są w miarę lekkie) miałem takie zwinięte paski odblaski… Ale jedno auto jechało podejrzanie wolno… Minęło mnie (próbowałem coś zobaczyć przez szybę, ale ten biały Jeep miał je zaciemnione), po czym zatrzymało się z 15 metrów dalej. Hmm, włączyła mi się czerwona lampka, udałem, że zawracam, po czym widząc, że auto odjeżdża, zmieniłem stronę ekspresówki. Szedłem pod prąd. Ciemno jak w nie powiem gdzie, a w dodatku z pomiędzy lewych i prawych pasów (z porośniętego palmami odstępu) ktoś zaczął krzyczeć Por favor, gwizdać i machać na mnie ręką. Dostrzegłem trzy postacie stojące sobie w mroku. Okoliczne żule? Bandyci jacyś? Przejeżdżające czasem auto oświetlało ich reflektorami. Rozpoznałem mundury. Poszedłem do nich. Od razu podszedł do mnie z pięćdziesięcioletni byczek ze… strzelbą. Już zacząłem schizować, bo różnie może być, zażąda jakiejś łapówki, zacznie przetrzepywać, da mandat za łażenie po drodze… Ale o dziwo zaczął z uśmiechem, zapytał skąd jestem, dokąd idę. “Trzy kilometry jeszcze, ale niebezpiecznie”. Jeszcze trzy?! No ale powiedziałem standardową frazę, tj. pobre turista, taxi złe, i mnie puścili. Ale samo miejsce i fakt, że trójka uzbrojonych po zęby policjantów ewidentnie na coś/kogoś czeka, nie nastroił mnie optymistycznie. Pojawiło się pobocze, na którym co kilka, kilkanaście metrów stały pick-upy. Ktoś jednak zawsze, mimo zgaszonych świateł, był w środku! Bałem się trochę, że trafię na coś, czego nie powinienem widzieć (np. jakąś transakcję), że ktoś mi każe oddać plecak i odjedzie w myśl zasady “Okazja czyni złodzieja”. No i nic nie widziałem, zacząłem się pocić jak pewnie poci się więzień siedząc na krześle elektrycznym,  powietrze stało się niezdatne do wdychania. Duchota niesamowita! 50 minut męki!

Za bardzo się wkręcam, z jednej strony to dobrze, bo czuję przyjemną adrenalinkę (no i jeszcze uważam na siebie), ale jednak cały czas tak nie można. Spokojnie, wyluzuję!

A hotel fajowy! Rancho Arqueta, przy drodze. Ma ładne otwarte lobby pod daszkiem, dziedziniec w lokalnym stylu, gdzie są stoliki i krzesełka, i proste, ale schludne pokoje (z klimatyzacją). Kawa 50 centów, piwko 1,20 dolara. Tu na miejscu, w Salwadorze, jest już tanio :) Miła obsługa - chłopak po 20-tce, starszy pan pod 60-tkę, robimy sobie miksy hiszpańsko-angielskiego, bo Artur oczywiście udaje, że angielski kiepsko, po to by się trochę zhiszpańszczyć :) Póki co, jakoś idzie!

Ząbki umyte, bielizna wyprana (mam nadzieję, że wyschnie do jutra), prysznic wzięty… Jutra dziś nie planuję… zdrówko!

 

16 lipca 2018

Śniadanie pyszne! Chociaż robioną przeze mnie jajecznicę uważam za całkiem smaczną i w ogóle niczego sobie (nie abym się, eghem, przechwalał), tak podaną w hotelu przez uśmiechniętą kucharkę oceniam na wybitne dzieło sztuki kulinarnej. Super wypieczona, udoskonalona kawałkami różnokolorowych papryk i drobnymi kawałkami pomidora. Do tego czarny ryż z czerwoną fasolą i dwa placuszki tortillowe z sosem oraz specjalnym sero-masłem do przygryzania. I kawa w zestawie! Zamówiłem jeszcze drugą, bo samce alfa piją dwie kawy, po czym zapłaciłem za wszystko 4,50 $ (16 zł). Jak na hotelową restaurację, to naprawdę niedrogo. Wyszedłem sobie przed hotel i poszedłem we wskazanym przez kogoś z obsługi kierunku. Zauważywszy rozlatujący się przystanek autobusowy zapytałem jeszcze lokalsów czy jadą z niego  autobusy do centrum. Otrzymawszy pozytywną odpowiedź zasiadłem na mającej za sobą lata świetności niebieskiej ławeczce i leniwie, acz wnikliwie, obserwowałem jak toczy się życie na prowincji.

Ludzie mają słabość do pick-upów, lub małych trucków, jak kto woli (albo, jak mówią Amerykanie, pick-up trucków). Potężne maszyny mkną ekspresówką co jakiś czas zatrzymując się na poboczu pozwalając ludziom sobie wsiąść na tył, ot, tak zwyczajnie wskoczyć na pakę.

Dowiedziałem się, że trzeba wejść do buska (są tu jeszcze mniejsze niż te i tak małe, acz jakże popularne u nas) 138, aczkolwiek jechał jakiś mało oznakowany, z drzwi którego wyskakiwał 'nagabywacz’ krzyczący Colo, Colo (?), aż widząc mnie, niemal Albinosa jak na ich warunki, w dodatku z dwoma plecakami zakrzyknął po prostu Centro! Dłużej mnie przekonywać nie musiał. Dałem mu trzy ćwiartki (75C) i tak oto mknąłem w kierunku San Salvador. Po kilku minutach bus się zapełnił. Z okna mogłem obserwować sobie piękne, zielone góry porośnięte palmami. Były bardzo wysokie i bardzo strome, rzec można, że były wręcz majestatyczne!

Aż dotarliśmy do stolicy. Wąskie, brudne uliczki, nieskończona liczba straganów z owocami, warzywami, butami, wisiorkami, hałas, harmider, klaskony, korki! Co chwila policjanci z… karabinami (co tam nasi z tymi ich miniaturowymi pukaweczkami!). Idąc sobie przed siebie i pomagając mapką Google dotarłem do siedziby Tica-Bus (oczywiście na mapie źle oznaczonej, ale pytani przechodnie wskazywali mi drogę – jest to 3 Calle Ote, ale bardziej w zachodnim kierunku). Drzwi bronił ochroniarz… ze strzelbą! Bogowie, widok takich giga-gnatów nie nastraja optymistycznie, szczególnie gdy jest się najbielszym w dzielnicy, a kto wie, może i w całym mieście… (!)

Okazało się, że bilety na dzisiaj zostały wyprzedane, toteż kupiłem sobie na jutro rano. To będzie fajna pora, bo po 6-7 godzinach jazdy dotrę w samo południe i spokojnie pochodzę sobie po stolicy. Spontanicznie gdzieś zaśpię, tj. znajdę miejscówkę do spania już tam, na miejscu.

Wracając jednak do San Salvador i siedziby Tica Bus - 20 dolarów za bilecik i jeszcze moje zapytanie o hotel, który jest w tym samym budynku. Nie należy do nich, ale pani zawołała właściciela, który skasował mnie na 13 dolców (!) (46 zł). Wyjaśnił, że schodkami na górę i w prawo. Hmm, pokój jak mysia norka, miejsce tylko na łóżko, nocną szafkę i gigantyczny wentylator. I okienko na korytarz. Ciemno, energooszczędna żarówka dokręcona do sufitu nie daje wystarczająco dużo światła by można było rozglądać się wokół nie męcząc ślepiów. Ubikacjo-prysznic w jednym. Jeden kurek, tylko zimna woda (ale w takich warunkach jest ona zbawienna!), kibelek nie ma deski sedesowej, ręcznika brak. Oczywiście wziąłem prysznic, a przetarłem się cienką narzutką, która zapewne ma pełnić rolę pościeli. No i na miasto!

A tam znowu, pick-upy załadowane policjantami z karabinami, niektórzy z nich mieli chusty. Przy każdym sklepie ochroniarze! Wypatrzyłem coś, co z daleka wyglądało na restaurację. Przeszedłem przez okratowana bramkę, natychmiast podszedł do mnie ochroniarz ze strzelbą automatyczną i kazał pokazać, co mam w plecaku i kieszeniach! Kurna, człowiek wyszedł na kawę, a tu sprawdzają czy nie ma przy sobie broni! Zaprawdę, musi tu być - przepraszam za wyrażenie - zajebiście niebezpiecznie!

Okazało się, że to taka mingaleryjka z pięcioma knajpkami po lewej i pięcioma knajpkami po prawej stronie. Takie, szczerze mówiąc, brudne żulernie z podpitymi (a godzina dopiero 11:24) gośćmi. Czego tu strzec, kogo bronić, tych pijaczków i niskiego utargu? Ech… strach wychodzić. Ale trzeba zobaczyć jakieś ciekawe rzeczy i napić się trochę lokalnego piwa ;)

Duża kawa, 1 dolar (z napiwkiem). Ku przygodzie!

 

16 lipca

Pochodziłem bez mała ze 3 godziny po mieście - to miasto to chyba największy targ jaki w życiu widziałem! Każda ulica ciasno zawalona straganami. Wspomniałem o owocach, warzywach, butach (same podróbki, bo nie uwierzę, że takie Pumy kosztują 30 zł), wisiorkach, a teraz trzeba jeszcze dodać sprzedawców losów, zegarmistrzów, sprzedawane koszulki, paski, garnki, dziadka sprzedającego tylko patyczki do uszu, sprzedawców dewocjonaliów, sprzedających tylko… lizaki, tylko gumy do żucia, publicznych kaznoziejów, handlarzy zabawkami, portfelami, ciastkami, prażoną kukurydzą i wielu innych! O dziwo, w takim tłumie nie czuję się niebezpiecznie. Jest pozytywnie!

Siedzę w pokoju, przyniosłem zakupy na wieczór. Między innymi rum (0,7 l - 20 zł!)i chipsy z banana, których tak mi brakuje w Polsce!
Ale jest tu niesamowita sauna! Mam tylko jedno gniazdko, więc albo coś sobie podładuję i zamienię się w kałużę potu, albo podłączę gigawiatrak… Wybieram kompromis - idę do jednej ze wspomnianych wcześniej brudnych żulerni (mają fajny metal w szafie grającej w jednej z nich), a tu, w pokoju, podładuję sobie tablet.

 

Ku przygodzie!

 

16 lipca, 19:24

Już dawno ciemno, ale normalnie o 19-ej w Polsce jest teraz jasno, więc czuję się nieco zdezorientowany. Dotarłem do tej baro-dziury, w szafie, ha!, było sporo rocka i metalu. Metallica, Iron Maiden, nóżka jakoś tak sama uderzała o podłogę (nawet w miarę) do taktu, paluszek stukał po stole, a ja po którymś piwie zacząłem analizę Starego Testamentu. “Uczyńmy człowieka na nasz obraz”. Nasz?! W dodatku mężczyzna i kobieta od razu. Durny, interpretacyjny tylko przypisek. Czyli było więcej niż jeden stwórca…?

Co z gigantami, i faktem, że Adam żył 930 lat, jego syn Szet 912 lat. Wnuk Adama, Enosz, 905 lat. Itd…

Po jakimś czasie schowałem Pismo Święte i puściłem niemieckiego Rammsteina. Od jakiegoś czasu w tym pustym przybytku do puszczanej przeze mnie muzyki gibał się nad swoim talerzem jedzenia jakiś nieco otyły facet. Czasem przy kawałku, który mu pasował, pokazywał mi podniesionego do góry kciuka. Wyjąłem moje małe magnetyczne ajedres (szachy) i pomachałem mu nimi zachęcającym gestem. Ha, skorzystał! Od razu się przysiadł! Miał na imię Carlos, miał 48 lat i był przesympatycznym gościem z lekką nadwagą. Pytał po jakiemu śpiewa ten Rammstein, odpowiedziałem, że po niemiecku. “Mnie się Niemcy tylko z Hitlerem kojarzą”, rzekł. Przez chwilę odezwał się we mnie ten polski shadenfreund i pomyślałem, że za to co nam zrobili w czasie wojny, niech do końca śmierci kojarzą się światu tylko z Adolfem, ale przecież takie myślenie ani nie przystoi, a tym bardziej krzywdzi dzisiejszych Niemców, z których niektórych nawet da się lubić. No i tak w ogóle to Hitler był właściwie z Austrii…
Grając w szachy i pijąc piwo za piwem tłumaczyłem mu więc, że Hitler to kwestia przeszłości, dzisiaj to dzisiaj i Polska i Niemcy to amigos, a Rammstein wymiata! Pogadaliśmy (tzn. ja na zasadzie Kali jeść, a raczej pić) o San Salwadorze, mistrzostwach świata, dowiedziałem się też, że ma trójkę dzieci, ale jest singlem… Skubaniec, dobrze grał, ale Arturowi nie dał rady! Polonia – El Salvador 1:0

Na koniec ciachnęliśmy (tzn. poprosiliśmy barmankę o) pamiątkową fotkę, a ja w przypływie sympatii dałem mu moją czapeczkę z daszkiem z Hard Rock Cafe Warsaw. I ten byczek… się rozbeczał! Nie chodzi o to, że to jakiś Trzeci Świat i ludzie nie mają czapeczek, bo oczywiście mają, ale po prostu rozczulił go mój gest. Zaczął mnie obejmować i dziękować wylewając z siebie morze łez! Kurczę, to tylko czapeczka :) Poklepałem go po ramieniu, rzekłem “Recuerda, El Salvador i Polonia - amigos!” i udałem się w drogę powrotną do hotelu.

Teraz rumik z colą na zdrowy sen!
PS: W jednym z centrów handlowych wypłaciłem 250 dolarów. Bankomat wypluł tę kwotę w… dziesiątkach! W Salwadorze bez prowizji!

 

17 lipca

Szybko się ululałem, ale to dobrze, bo wstałem sam z siebie, nim budziki z komórki i z tableta zaczęły wieścić nadejście nowego dnia i nowej przygody. W nocy otrzymałem maila, że za tydzień mogę zacząć popołudniowe zajęcia, ale nie mają dostępnej rodziny, która by mnie ugościła. No kurka, po tygodniu mi odpisują, jeszcze obdarowując takimi kiepskimi wiadomościami. Jak już mam bilet i w ogóle. No ale co tam, jadę, posiedzę może trochę w stolicy Gwatemali, może znajdę nocleg w okolicy tej szkoły hiszpańskiego.

Teraz siedzę sobie w busie i piszę. Chłodzą! Dobrze, że zabrałem sobie coś do narzucenia!

 

 

17 lipca
 GWATEMALA, Ciudad de Guatemala

 

Wieczór, obskurny hotel, Anathema z tableta, rumik, jakieś pikantne chipsy. Nim do tego doszło, wydarzyło się jednak kilka rzeczy.

Prawie 5,5 godzinna jazda autobusem. W samolotach chłodzą powietrze by ludzie nie mdleli, ale jak ma się to do autobusów? Zmarzłem, cholera! Wydaje mi się, że schłodzony autobus to dla ludzi tu jest synonimem luksusu! Arrrr.
Na granicy spodziewałem się kontroli bagażu, jak między rok temu między Panamą, a Kostaryką, a tu nic! Celnik salwadorski przeszedł tylko po autobusie patrząc na paszporty i odhaczając nas na liście. Mnie jedynie zapytał dokąd dokładnie jadę. Z grubsza mu powiedziałem. Celnicy gwatemalscy siedzieli w budynku przypominający mały dworzec kolejowy, trzeba więc było opuścić autobus. Kolejka do okienek szła w miarę sprawnie. Nadeszła moja kolej i pani po popatrzeniu w stare pieczątki zaatakowała mnie serią pytań. Gdzie, mam tam rodzinę, przyjaciół, po co, na jak długo? Sam? Na dwa-trzy tygodnie?! No co ją tak dziwiło? Poszła do jakiegoś mężczyzny siedzącego leniwie za nią w pomieszczeniu, pokazała mu pieczątki (z Panamy z zeszłego roku), pogadała, w końcu znowu usiadła naprzeciw skonfundowanemu mnie i… w końcu wbiła tę pieczątkę. Co ją tak tam mogło zdziwić?! Nie pytałem by nie kusić losu. Przy wychodzeniu i wchodzeniu do autobusu oraz tak samo w przypadku wchodzenia do i wychodzenia z biura celnego atakowała nas zgraja gości z plikami Quetzali (gwatemalska waluta) w ręce. “Wymiana, wymiana (Cambio, cambio)” krzyczeli niemal do ucha. Nie skorzystałem, za łatwo byłoby mnie na tym etapie podróży oszukać.

Po niedługim czasie mijaliśmy już małe wioski i miasteczka. Widać taką biedę, niechlujstwo, czasem kicz. Ledwo trzymające się kupy stragany, małe sklepiki ze ścianami, na których byle jak wypisano farbą towary, jakie można znaleźć w środku.

Ludzie siedzący sobie na krawężnikach mimo normalnego dnia roboczego. Skąd więc (sprawdziłem) bezrobocie u nich na poziomie 2-3%?

Stolica, Guatemala City (po hiszpańsku to Ciudad de Guatemala), położona jest w dolinie. Z góry, gdy do niej zjeżdżaliśmy, na tle majaczącego po drugiej stronie majestatycznego wulkanu, wyglądała przepięknie! Gdy już ku niej zjechaliśmy od razu rzucił się w oczy większy dobrobyt niż w San Salvador. Więcej Macdonaldsów, KFC, Subwayów, ulice też jakieś czystsze, auta dużo lepsze… Jedną panią w autobusie, gdy wjeżdżaliśmy na dworzec Tica Bus, zapytałem gdzie tu jest centrum (która zona, bo miasto jest tu podzielone na zony [co po lekturze takiego Sołżenicyna może brzmieć nieco dziwnie]), na co ona odpowiedziała, że tutaj (Zona 11). Jej odpowiedź nie bardzo mi pasowała, nie tylko ze względu na numer zony, ale też na fakt, iż zona ta na mapce nie jest umiejscowiona jakoś w centrum. Po dotarciu na dworzec zapytałem starszego pana sprzedającego pokoje w hotelu mieszczące się w tym samym budynku, co dworzec (20-25 dolarów - hotel należy do sieci Tica Bus) o to centrum. Zona 1. No właśnie! Szybki rzut oka na mapkę w telefonie i wiedziałem już jak iść. Właściwie to cały czas prosto jedną z głównych ulic miasta. Znalazłem nawet bankomat (sieć 5b), ale okazało się, że życzył sobie… z 5 dolarów prowizji. Stwierdziłem, że może znajdę inny - i potem znalazłem (bodajże BC), ten już chciał o dolara niższą prowizję, ale koniec końców i tak mi nie wypłacił kasy. Skorzystałem więc ze stojącego obok… 5b. Trudno…

Zanim jednak do tego doszło wpadłem do Maca i skorzystałem z wi-fi. Znalazłem hotel za 15 dolarów (17 z podatkami – 60 zł). Szedłem z jednym plecakiem na jednym ramieniu i drugim plecakiem na drugim ramieniu dobrą godzinę do centrum, a tam się okazało, że hotel jest źle umiejscowiony na mapce i szukałem go…kolejną godzinę! Nie czułem już poobcieranych ramion i pokrzywionych pleców. Ech… Najważniejsze, że się udało! Fajny młody gość hiszpańskim i łamanym angielskim pytał mnie o Polskę.

“Tam po rosyjsku mówicie?”, haha. “Co znaczy Polska gulu?” - chodziło mu o 'Polska górą’, bo usłyszał jak oglądał… Strongmanów. “Pudzianowski okay!”, normalnie zdębiałem. Nie miał kogo kojarzyć z Polską?! :) Chłopaczek był chudy, w okularkach, nie trenował więc na siłowni, no ale nie każdy oglądający piłkę przecież musi ją od razu kopać, w dodatku na wysokim poziomie. Zapłaciłem w dolarach, nie miałem jeszcze wtedy Quetzali. Pokój śmierdział jakby jakimś kadzidełkiem, teraz śmierdzi fajami, bo ktoś pali na otwartej klatce schodowej na półpiętrze (a ja mam takie okienko złożone z wielu szybek wychodzące na korytarz, oczywiście z zasłoną, ale szybki się nie domykają, a zasłona przepuszcza dym). Są trzy łóżka, wszystkie z dziurawą pościelą. Ręcznika brak, jest telewizor z dużym tyłem, ale nie ma pilota, ogólnie taka kicha, no ale spać się będzie dało.

Miasto, przynajmniej okolice centrum, wydaje się w porządku. Są zakazy ulicznego handlu i na niektóre ulice nie można wjeżdżać, więc jest spokojnie i czysto. Dużo markowych sklepów, ale takiego Burger Kinga i tak strzeże podejrzliwie łypiący na każdego wchodzącego facet ze strzelbą. Gdzieniegdzie natknąć się można na ulicznych kaznodziejów krzyczących ostrzeżenia przed grzechem do dużego megafonu albo mikrofonu połączonego z dużym głośnikiem (z którego, gdy się zmęczą, puszczają piosenki na przykład o sercu Jezusa). Są też tradycjonaliści używający tylko siły swojego głosu. Kusiło mnie oczywiście by pokazać im diabełka złożonego z dłoni (jak na koncertach rockowych), no ale nie mój cyrk, nie moje małpy. My mamy nadających przez radia, a oni takich krzykaczy, ot folklor taki.

Szkoła językowa chce 50$ depozytu przez Pay Pala. Mam tam kilka godzin drogi, więc wpadnę do nich osobiście, wyjmę moje Pismo Święte i wybiję im nim takie pomysłu z głowy… A tak serio, to spróbuję depozyt wpłacić osobiście.

Dobranoc! Karaluchy pod poduchy, a księża na księżyc!

 

18 lipca

Cóż za dzień! Wstałem przed piątą, doprawdy nic takiego zazwyczaj mi się nie zdarza! Postanowiłem udać się do tej wioski (San Pedro La Laguna). Jakimś cudem udało mi się wyszukać informację o jadących tam autobusach. Ruszają z Calle 41 (Ulica 41).

Postanowiłem udać się tam na nogach by niepotrzebnie nie płacić za taksówki, by chłonąć miasto i by po drodze wyżłopać gdzieś ze dwie kawy i może coś przegryźć. 90% knajp około ósmej było zamkniętych na jeszcze nocne spusty, toteż wlazłem do czegoś w rodzaju garażu (na bank był to kiedyś garaż!) - w środku stały ze trzy stoliki, na jego końcu stała zaś mała indianka gotująca coś na prowizorycznym piecu. Dosłownie była o połowę mniejsza ode mnie! Jej ciało przeplatała taka zmyślna chusta, która na jej plecach utrzymywała kilkumiesięczne dziecko. Gdy do niej podszedłem miałem wrażenie, że się mnie na początku bała, haha. Przychodzi taki duży, biały, coś mamrocze niezrozumiale… Aaaa, dwie kawy. Czarne! 0,4 Quetzala, czyli jakieś 1,50 zł (za dwie!). Poprosiłem by zostawiła na stole, a ja skoczę do budki obok. Tam jedna młoda dziewczyna (13-14 lat?) piekła ichniejsze placuszki, a druga, w tym samym wieku, po prostu sprzedawała różne śmieszne towary typu malutkie paczki chipsów czy słodycze. Tanio jak barszcz, kupiłem trzy paczuszki chrupek boczkowych.

Barriga IIena, corazon contendo, można iść! Gdy dotarłem na pętlę, którą miałem minąć, dosłownie zgłupiałem. Nie dość, że przejście graniczyło z cudem (tak wielki ruch - tu kierowcy nie ustępują pieszym), to jeszcze ostatecznie, z racji skomplikowanego systemu chodników i ogrodzeń, lądowałem po innych stronach jezdni i ogólnie po innej stronie pętli niż chciałem. No ale po kilkukrotnym wracaniu się i wybieraniu coraz to innych dróg, dotarłem na miejsce. Od razu zostałem złapany przez autobusowego nagabywacza. No, do San Pedro la Laguna nie jedzie bezpośrednio, ale zostawią mnie pięć kilometrów od tej miejscowości, a tam już dużo autobusów jeździ. No dobra, co mi tam! Dotrę przecież jakoś. Optymizmu nie zmąciła mi okładka gazety (Nuestro Diario) kupionej od chłopaczka, który wskoczył z gazetami do busa. Cztery zdjęcia, trzy z ciałami w workach (jedna z ofiar to młoda matka), czwarte z członkami gangu gniewnie wymachującymi w górę karabinami. W środku jeszcze gorzej, krok po kroku analiza jakiegoś napadu na sklep, w czasie którego zabito obsługę. Nah, ale przecież wokół tylu ciężkopracujących ludzi, tak wielu religijnych osobników, a dla mnie też każdy ma uśmiech i stara się być miły…

Humor raczej, ale tylko na chwilę, zepsuł mi ten nagabywacz, bo dałem mu grubą walutę, a ten na cambio (resztę) kazał mi czekać. Po wyjeździe z miasta zebrał od ludzi kasę, po czym wtedy to zniecierpliwionemu do granic (nie)cierpliwości mnie wydał resztę. Było ich, nagabywaczy, dwóch - stali w drzwiach i krzyczeli nazwę docelowej miejscowości ilekroć na poboczu widzieli czekających na coś ludzi. W większych miasteczkach wyskakiwali i w promieniu 10 metrów nagabywali ludzi do wejścia do autobusu. U nas jest tabliczka i kto chce, to wsiada, tam działa to na nieco innych, dziwnych zasadach. U nas płaci się kierowcy przy wejściu, tam pieniążki zbierają inne osoby. Niby więcej osób ma jakieś zajęcia i pracę, ale dla właściciela pojazdu nie jest to specjalnie opłacalne…

Wracając do sprzedawców w autobusach, jest ich tu mnóstwo! Zaczęło się od jakiegoś księdza, albo kaznodziei, który pięć minut przed wyjazdem mówił o słowie Bożym, po czym rozdawał jakieś ulotki tłumaczące dlaczego Bóg jest najlepszym przyjacielem człowieka (hmm, nas w Polsce uczą, że to wiadomo jakie zwierzę). Potem wchodzili jeszcze sprzedawcy ciepłych tortilli, sprzedawcy wody, batoników, cukierków, ale prawdziwą atrakcją było wejście pary clownów, którzy odstawili małe przedstawienie w czasie jazdy. On, w śmiesznym cylinderku a la Charlie Chaplin, mówił coś szybko (za szybko bym zrozumiał), a ona lała go wachlarzem i go poprawiała, po czym  on posłusznie powtarzał już za nią (to w sumie takie życiowe!). Oczywiście przeszli po autobusie prosząc o pieniążki. Kierowca i nagabywacze nie mieli nic przeciwko, to jest tu ogólnie przyjęta forma dorabiania sobie. W czasie takiej jazdy można czynić ciekawe obserwacje, jak na przykład zaobserwować można religijne billboardy z biblijnymi cytatami albo taką ciekawą sytuację, w czasie której kierowca busa cisnął lewym pasem gdy na prawym zrobił się korek. Jeden z nagabywaczy potem ładnie poprosił kierowcę jednej z ciężarówek po prawej stronie by ten wpuścił przed siebie ich autobus, na co ten z uśmiechem się zgodził.

Pewne odcinki drogi co 20 metrów upstrzone są znakami mówiącymi “Nie wyrzucać śmieci”, ale co najciekawsze, pod każdym leżały ich niezliczone ilości. Widoki były cudowne, krajobraz składający się ze stromo wypiętrzonych, gęsto zarośniętych soczystą zielenią gór naprawdę robi wrażenie. Ludzie tu zdają się nie doceniać tego, co mają, bo wyrzucają śmieci przez okna autobusu! Ekologicznie nie są odpowiednio wyedukowani, takie działania nie są dla nich powodem do obciachu i wstydu!

Gdy dotarliśmy na rozwidlenie dróg CA1 i 14, poinformowano mnie, że tu muszę sobie wysiąść i zaraz coś pojedzie do miejsca, ku któremu zmierzałem. Od razu zainteresował się mną, oczywiście życzliwie i z chęcią pomocy, około 25 letni gostek. Zapytał gdzie jadę, powiedział, że też tam zmierza (acz wysiada wcześniej) i żebym się nie martwił. Sympatyczną konwersację kontynuowaliśmy do końca jego podróży. Zostawił mi numer telefonu, zaproponował wyprawę na szczyt wulkanu. Jak kupię tutejszą kartę SIM to pewnie skorzystam z oferty.

W pewnym momencie zaczęła się niesamowicie stroma serpentyna w dół, a mym oczom ukazało się majestatyczne jezioro z górującym nad nim wulkanem San Pedro. Oniemiałem z wrażenia! Zrobiliśmy z dziesięć zakrętów gdy autobus stanął za stojącymi już przed jedenastym zakrętem kilkoma pojazdami. Selvin, mój nowy kolega, szybko wyskoczył na zewnątrz by obadać sprawę. Łatają dziury, za 30 minut nas puszczą. No to wyskoczyłem sobie by rozprostować gnaty i zobaczyłem jakiegoś dziadka, w znoszonej koszuli i postrzępionym kapeluszu prowadzącego wózeczek pełen kokosów. Za dolara sprzedał mi jednego, najpierw wyciosując maczetą dziurkę i dając słomkę bym się napił, a potem - na moją prośbę, bo z kokosami miałem już kilka razy do czynienia - rozłupał mi górę dając mi dostęp do środka, po czym dał jeszcze kawałek ostrej skorupy i mogłem sobie wydłubywać środek zajadając się nim z takim apetytem, aż się uszy trzęsły (tzn. podejrzewam, że się trzęsły :) ). I tak wcinając kokosa, znajdując wyrwę między drzewami porastającymi pobocze, patrzyłem się na lazurowe jezioro Atitlan. Ekstatycznych wrażeń doznawały kubki smakowe, o czy prawie wyskakiwały z orbit z powodu tych niemożliwych estetycznych doznań!  No ale trzeba było w końcu ruszać.

Najpierw minęliśmy Santa Clarę la Laguna, potem San Juan (też la Laguna) - wąskie uliczki, stare babuleńki siedzące na progach niskich, prostych domów robiły wisiorki i bransoletki, a te, którym wzrok już nie bardzo na to pozwalał, po prostu sobie siedziały tak spokojnie,  jakby świat i czas dla nich stały się czymś zupełnie nieistotnym. Selvin, ten nowy znajomy, jak się okazało rolnik uprawiający ziemię gdzieś wyżej, pożegnał się ze mną serdecznie, a jeden z nagabywaczy po drabince wspiął się na dach autobusu i podał mu worki z owocami (albo warzywami) jego pracy. Po pięciu minutach dotarliśmy do San Pedro, tam znalazłem szkołę, w której chcę się uczyć. Wszedłem przez otwarte drzwi, korytarzem dotarłem na taras i stanąłem w jego progu. Oczy kilkorga ludzi od razu zwróciły się na mnie. Łamanym hiszpańskim zwróciłem się do towarzystwa: Cześć, chcę się uczyć hiszpańskiego. Wszyscy fajnie się zaśmiali, po czym pokazali mi biuro szkoły. Tam już siedział gostek w garniturze. No to powiedziałem mu, że pisaliśmy, że nie mam Pay Pala i chciałbym wpłacić debet teraz, niezwłocznie, osobiście. Okazało się, że mogę zacząć od już od jutra, co prawda jakaś rodzina będzie dostępna dopiero w przyszłym tygodniu, ale po szybkim przemyśleniu sprawy stwierdziłem, że może lepiej mi będzie w jakimś fajnym hoteliku z widokiem na jezioro. Dograłem formalności i mogłem ruszać w drogę powrotną. Nim jednak do tego doszło, postanowiłem znaleźć sobie jakiś hotel. Taktyka była prosta jak drut - szukać co wyższych budynków z tarasem, a nuż któryś z nich okaże się hotelem? No i dosłownie po niecałych pięciu minutach się sprawdziła. Front nie był zamykany, toteż mogłem sobie popatrzeć na przestrzał i dojrzeć jezioro. Wszedłem do środka, tam jakaś pani od razu zabrała mnie na pięterko, a tam ukazał się mym oczom obszerny taras z widokiem na zatokę. Przebłękitne jezioro otoczone górami, na których majaczyły małe wioseczki! Woow! No i pokoik niczego sobie, regulowany prysznic (woda zimna, średnia, ciepła).

Cena jakieś 13 dolarów (47 zł) za noc! Biorę na tydzień! (potem ponegocjuję cenę próbując ją jeszcze zbić). Depozyt w cenie jednej nocy i powrót. Nie było autobusu bezpośrednio stąd, doradzono mi dostać się łódką (3 dolary) do wioski Panajachel i tam szukać autobusu. Tak też zrobiłem. Płynęliśmy z 15 minut, a ja mogłem podziwiać wszystkie te góry otaczające jezioro. Niestety, okazało się, że ostatni autobus do Ciudad de Guatemala odjechał o 15-ej, ale życzliwy pracownik stacji benzynowej złapał przejeżdżającą akurat (niezły zbieg okoliczności) taksówkę ze stolicy (na drzwiach mają wypisane miejsce rejestracji), zagadał do taksówkarza i powiedział, że za 35 dolarów dowiezie mnie pod drzwi. Ha! Super! Podbiegłem do auta, i spróbowałem targowania się (tu trzeba się targować!) i za 30 dolców, po 3 godzinach jazdy (!) dowiózł mnie rzeczywiście pod hotel. I tak wracał i tak, temu też pewnie zawdzięczam tę niską (jak na taksówkę i taką trasę) cenę. Taxista przez całą drogę rozmawiał przez telefon, a w mieście Chimaltenango trafiliśmy na gigantyczny korek. Posuwaliśmy się w iście ślimaczym tempie, częściej staliśmy niż poruszaliśmy się te 5 km/h do przodu. Patrzyłem, jak o 18-ej dzieciaki w mundurkach wracały pieszo do szkoły. W tych spalinach (prawo tu nie reguluje norm spalania, niektóre ciężarówki - a nie są to europejskie ciężarówki, ale zazwyczaj stare amerykańskie potwory - wypluwają z siebie gigantyczne chmury czarnego dymu), hałasie, harmidrze.

Poboczami hasały bezpańskie, acz oswojone psy, ludzie chowali prezentowane na sprzedaż na chodnikach opony, meble, grille do jeepów… Około 19:30 byłem już w pokoju. Cały dzień zleciał na tę podróż, ale warto było. Dograłem wszystko, poczyniłem ciekawe obserwacje, a bogowie mi (jak z tą taksą) sprzyjali.

 

19 lipca

Zapada zmrok, siedzę na wiklinowym fotelu i obserwuję jak w umiejscowionych na drugim brzegu wioseczkach powoli zapalają się światła. Z zachodniej strony zza szczytów na tle ciemniejącego nieba wyłaniają się czarne chmury co chwila rozświetlane błyskawicami. Zbliża się burza. Kończę na szczęście cygaro, obok mnie spoczywa rum (1,75 l za 100 quetzali - 50 zł), ale i tak jakby co, to mogę uciec pod daszek tuż za mną, przed drzwiami prowadzącymi do mojego pokoju.

Wstałem o 4:30, spakowałem się szybko, wziąłem prysznic i udałem się na Calle 41 by tam, jak ostatnio, złapać autobus do Panajachel. Znając już niskie ceny taksówek złapałem jakąś błąkającą się po śpiącym jeszcze mieście i za 5 dolarów (18 zł) spokojnie, bez dźwigania moich dwóch plecaków dotarłem na miejsce. Jakiś nagabywacz podszedł, zapytał gdzie sobie życzę jechać, po czym podprowadził mnie pod jeden z autobusów. Oczywiście, podobnie jak w przypadku ciężarówek, nie są to zwykłe autobusy, ale stare, dobre, amerykańskie szkolne autobusy (Blue Bird Corporation) przerobione wedle upodobań właściciela. Kolorowe, zazwyczaj z motywami religijnymi, głośne, mocne i toporne. W Panamie zwą takie Diablo Rojo (czerwony diabeł), tutaj po prostu camioneta (acz nazwa angielska to chicken bus - może dlatego, bo ludzie wozili w nich w podręcznych torbach na targ właśnie kurczaki – zresztą nadal wożą!).

W każdym bądź razie zapytałem nagabywacza z autobusu, pod który mnie podprowadzono, czy aby na pewno jedzie on BEZPOŚREDNIO do Panajachel. Tak, tak, seńor. Nie wiem czemu, ale z jego tonu głosu już wiedziałem, że gdzieś i tak będę musiał się przesiąść. Moje przewidywania okazały się słuszne,  bo nagabywacz, dotarłszy do Los Encuentros, powiedział mi w pewnym momencie abym wysiadł, po czym wskazał mi inny autobus. DIRECTO, bezpośredni. No cóż było robić? Wskoczyłem i pojechaliśmy. Kasę oczywiście zbierano w połowie drogi, dałem najmniejszy banknot jaki miałem (5 Q, czyli 0,7 dolara), wydano mi nawet resztę. No tak jest, że po pewnym czasie człowiek orientuje się w cenach, tym bardziej jak patrzy na to, ile płacą lokalsi. Ale to nie był DIRECTO autobus, kurczę! Bo w miejscowości Solola wszyscy wysiedli. Parada ultima - ostatni przystanek. Ładne to miasteczko, nie ma co! Namierzyłem bankomat 5b, wszedłem, i tuż przed wypłaceniem kasy się zawiesił! Zawołałem jakąś panią, weszła ze mną do pomieszczenia z bankomatem, a ten akurat się odwiesił. Ale gotówki nie wydał. Przy niej ponowiłem procedurę, wypłaciłem sobie trochę kasy (prowizja ponownie!), ale strach, że mógł policzyć mi podwójnie pozostał. Potem sprawdziłem w hotelu, wszystko okay. Tak to już tu jest. Jednak pomny ostrzeżeń mówiących o skanowaniu kart zawsze, jak mam dostęp do netu, zmieniam PIN. No i mam limit 250 dolarów dziennie. Czytałem gdzieś, że Wardęgę (tego co robi śmieszne filmiki, w których straszy ludzi, i umieszcza je w necie), w Brazylii, gdzie robił jakąś swoją kolejną produkcję, oskubano na… 25 tysięcy złotych! (Poszukałem jeszcze sobie tego teraz - płacił za coś kartą w sklepie elektronicznym, ale co najlepsze, głupek potem powiedział: “moja wina, mogłem wypłacić z 30.000 w Polsce i gotówka wszędzie płacić”, lol! – nie w tym rzecz, po prostu trzeba pamiętać o ustawieniu dziennego limitu i zmienianiu PiNu).

Próbowałem iść dalej na nogach za kierunkowskazami, ale gdy jeden z nich pokazał 5km do celu, zrezygnowany zrzuciłem plecaki i zacząłem myśleć co robić. Natychmiast podbiegł do mnie ktoś z budujących jakiś domek i powiedział bym łapał autobusy i nie płacił więcej, jak pół dolara. Troszkę pogadaliśmy i akurat nadjechał jakiś bus, którego mój rozmówca natychmiast dla mnie zatrzymał. Super!

Potem poszło gładko, bo pamiętałem już mniej więcej rozkład wioski z poprzedniego dnia. Na łódce zaczepił mnie wsiadający… właściciel szkoły, z którym rozmawiałem dzień wcześniej. Pamiętał moje imię - Arturo!, krzyknął. Trochę poopowiadał mi o sobie, dołączyły do nas starsze panie z… Niemiec! Odświeżyłem sobie mój prosty niemiecki, ale i tak w końcu, sami z siebie, przeszliśmy na angielski. Jedna z nich mieszka w Ciudad de Guatemala od 12 lat. I żyje! Ja też w zasadzie, mimo ostrzeżeń MSZ i wszędzie indziej w internecie, jakoś niebezpiecznie też się tam nie czułem… Przynajmniej za dnia. Po drugiej stronie jeziora jej mama ma dom, a ona sama do San Pedro płynie by pokazać wioskę koleżance. Jakoś tak zeszliśmy na problem imigrantów w Europie, problem narastającego w niej rasizmu, uzależnienia Niemiec od rosyjskiego gazu… Haha, ale nudy, no ale podróż zleciała szybciutko, a pewnie dzięki mnie Polska w jej oczach zyskała na wartości. To w sumie ciekawe dla mnie samego, ale naprawdę czuję się trochę jakby ambasadorem swojego kraju i zawsze chcę go godnie reprezentować samym sobą! (szczególnie tam, gdzie nie ma naszych ambasad, a ani w Salwadorze, ani w Gwatemali, ani w Kostaryce i Panamie ich nie ma - co dziwne!).

Odebrałem sobie pokój zaklepany poprzedniego dnia, ruszyłem na podbój wioski, coś zakupiłem, coś zjadłem, pogawędziłem z młodym Włochem handlującym na ulicy ze swoją gwatemalską chicą bransoletkami i wisiorkami (jak każdy raj, tak i ten ma swoje zakazane owoce - “jak chcesz ziółko, nie ma problemu, wszystko tu mamy, haha”), po czym udałem się do szkoły. Wpłaciłem całość za dwa tygodnie 4-godzinnych indywidualnych zajęć i zostałem przedstawiony mojemu rówieśnikowi (jak się okazało przy dialogu typu “Quanto ańos tienes?”) Nico. Mieszkaniec San Pedro od urodzenia, chudziutki, bardzo sympatyczny facet. Poszliśmy na dach szkoły, skąd widać było jezioro i oczywiście góry je okalające i tak przy śpiewie ptaków, pod mini altanką okrytą suchymi, palmowymi liśćmi zasiedliśmy przy stole i zaczęliśmy lekcje.

Oczywiście naszym podstawowym językiem w czasie zajęć jest angielski, ale dla mnie to nie jest jakiś problem, bo wiem jak po angielsku jest bezokolicznik, czasownik, czy inne takie zaimki miejsca, itd. Chyba jestem trudnym uczniem, bo dopytuję, proszę o coś ekstra, próbuję mu trochę narzucać rzeczy, których chciałbym się dowiedzieć, bo na przykład tłumaczył mi takie 'can’ (umiejętności) i 'may’ (możliwości), a więc dwie różne rzeczy [a wszystko różnie odmienialne w każdej osobie], a nie ruszyliśmy ze zautomatyzowaniem 'być’ (w hiszpańskim jest być TERAZ i OGÓLNIE, więc dwa różne), zażyczyłem więc sobie tego na jutro od rozpoczęcia zajęć :) Chociaż tak po prawdzie, to trochę tego liznąłem w prostych dialogach, acz nie we wszystkich osobach. Gdzieś w środku zajęć poprosiłem by poćwiczył ze mną liczby, bo czasem mi się pierdzielą, mimo że mówił, że to będzie w inny dzień. No ale już jutro rano coś pewnie będę kupował i nie chce mi się prosić sprzedawców o powtarzanie ceny lub kilkusekundowe odróżnianie piętnastki od pięćdziesiątki, co czasem mi się zdarza.

Nie będę się tu rozpisywał o niuansach naszych zajęć, póki co uczymy się siebie nawzajem i myślę, że przywyknie do mojego cholerycznego stylu, śmiesznych wybuchów złości (to moje “Fuck!”, gdy mylę proste rzeczy) i burzenia jego planu, jakim pewnie zawsze z każdym idzie. Mam swoje tempo, wiem, co mi się przyda, i wolę wracać do prostych rzeczy niż szybko pędzić ku tym trudniejszym. Zapisałem 11 stron, troszkę sporo. Wiadomo, że tego się na jutro na blachę nie nauczę, ale obiecał mi godzinną powtórkę. Fajne słówka to 'chocamelo!’, piątka! i “Estoy de cruda”, jestem skacowany, haha! Nie spinam się jakoś, ile się nauczę, to będzie moje, ale wieczór chcę sobie posiedzieć przy rumie i cygarku na tarasie z przepięknym widoczkiem, chcę nadal tropić obcych w Biblii i cieszyć się tym rajem, zarówno w postaci miejsca, jak i stanu umysłu, a nie wkuwać to, co przerobiłem w czasie zajęć. Tym bardziej, że dużo rzeczy zapamiętuję podświadomie, przynajmniej tych prostszych.

Wieczorkiem wróciłem do hotelu, taras zajęła rodzina Holendrów, ale on (ojciec) czytał sobie na hamaku po jednej stronie, ona (matka) spała na innym hamaku po drugiej stronie tarasu, a dzieci (nastoletnie) siedziały w pokoju (ich rodzice mają osobny), ja natomiast sobie wziąłem krzesło i się rozłożyłem na środku, delektując się przepięknym widokiem, jaki roztaczał się przed moimi oczyma :) Powiedziałem by dali znak jak im będzie przeszkadzał dym, ale nie protestowali. Z nim (tj. ojcem) nawet sobie trochę pogadałem (są z Haarlemu, tego oczywiście holenderskiego), w sumie fajny typ. Już tu i tak ich ma, sam sobie siedzę patrząc na czarną toń przede mną rozświetloną światełkami wiosek usytuowanych na przeciwległych zboczach/brzegach. Burza przeszła bokiem. Noc jest moja!

 

21 lipca, sobota

Siedzę sobie obok recepcjo-kuchni, mam widok na jezioro. Słyszę, jak pod nami (to taki tarasik jest) panie monotonnie trą pranie w jeziorze (a wczoraj widziałem jak nagie się tam myły!), ze 20 metrów od brzegu kołysze się łódka, a w niej siedzi pan, który zarzuca małe sieci, wciągając je na łódkę co jakiś czas. Zaraz pani, tak jak wczoraj, przyniesie mi dzban gwatemalskiej kawy i będę mógł kontynuować pisanie, co jakiś czas popijając sobie przy tym świetny, stawiający na nogi trunek.

A wczoraj, 20-go, był fajny, ciekawy dzień. Do dwunastej chodziłem sobie po wioseczce szukając fajnej czapeczki (no ale wszędzie albo podróbki, albo tandeta) i koszulki piłkarskiej Gwatemali (później o tym, dlaczego). Znalazłem tylko w jednym sklepie, ale rozmiar M, czyli stanowczo za mały. Tak sobie odkrywając tę wioskę, chociaż chyba zacznę nazywać ją miasteczkiem, bo na wsiach nie ma chyba trzech sportowych sklepów (!), dotarłem do knajpy zwanej Pinocchio. Na zewnątrz stały sobie ładne stoliki, a pod ścianą trzy materace z poduszkami. Od razu się na jednym wyłożyłem, ale to nie wystrój mnie przyciągnął tylko... dwa mojita za… dwa dolary! Czyli jedno za 3,60 zł. Coś nie do uwierzenia!

Zamówiłem do tego smażoną rybkę i tak sobie jadłem na styl japoński, siedząc na materacu nad niskim stolikiem (takim bez nóg!). Obok mnie siedział pomarańczowawy kot czekając aż się z nim podzielę, czego wolałem jednak nie robić, co by się nie przyzwyczajał do dawanego jedzenia. Gdy sympatyczny kelner zabrał talerz z ościami, zapytał, jaką muzykę może mi puścić. Po chwili wyniósł głośnik na zewnątrz, a z głośnika popłynęły dźwięki Black Sabbath! Po pewnym czasie przemieniły się w klasykę, tj. nieco momentami LSDyczne Led Zeppelin i schizowate Deep Purple (Child in Time, mmm!). Taka muzyka pasowała do tego miejsca, bo było ukryte wśród wąskich na metr uliczek, wśród takich egzotyczno-ezoterycznych przybytków jak saloniki tajskiego masażu, akupunktury czy yogi. Talerz zniknął, pozostało mojito, ja i kot, który położył się obok i oczekiwał głaskania (mnie koty długo nie muszą przekonywać!).

Godzinka relaksu i na zajęcia! Spóźniłem się pięć minut (bo jeszcze chciałem wziąć prysznic), ale z tego powodu mój nauczyciel, Nico, nie robił mi żadnych wyrzutów. Siedział sobie na telefonie i cierpliwie czekał. Powtórzyliśmy materiał, zrobiliśmy SER i ESTAR (te ich dwa rodzaje odmiany BYĆ), godziny (łatwizna) i parę innych pomniejszych rzeczy. Pozytywnie spędziliśmy czas! Aż nadeszła godzina 18:00 i przy biurze zgromadziło się paru niezwyciężonych wojowników z kilku krajów świata, w tym przedstawiciel udzidowionych wojów Mieszka I, husarii Sobieskiego i generalnie najpiękniejszego kwiatu rycerstwa polskiego, czyli ja. Rzecz była poważna, bo za dziesięć minut mieliśmy…
zagrać w piłę na hali po drugiej stronie ulicy!

No i poszliśmy groźnie potrząsając mieczami i szyszakami (no dobra, po prostu poszliśmy). Hala okazała się być dosyć duża, z miejscami dla kibiców w postaci betonowych, podłużnych jakby schodów. Parkietu nie było, tylko takie trochę śliskie płyty zgrabnie ze sobą połączone. Drużyna, nazwijmy ją A, składała się z: Polaka (eghem!), Amerykanina (czarnego pielęgniarza z USA [New Jersey], który ważył… spooooro), Brytyjczyka (pięćdziesięciolatek w okularach [które uniemożliwiały mu widzenia na skos], grający ostatni raz w piłkę 25 lat temu), Australijczyka (jego pierwsza gra w soccer! - grał… na bosaka!), Nico (mojego nauczyciela) i chyba opiekuna sali, który miał z dobre 70 lat. Parazespół normalnie! Stanęliśmy w szranki z drużyną B - lokalni goście i inni nauczyciele, nie starsi jak 40 lat. O, jest kawa! Gracias!

W zasadzie nie wiem jaki był wynik, ale chyba oberwaliśmy, bo mimo kilkunastu strzelonych przez nas goli (głównie strzelał grający z nami mój nauczyciel Nico, ja dwie tylko, ale za to jakie ładne!), oni strzelili ich więcej. Sapałem jakbym znajdował się w gęstej atmosferze innej planety, co chwila łapała mnie kolka, ale członkowie mojego teamu też co chwila albo chcieli bronić (bo nie trzeba wtedy biegać) albo siadali na trybunach. Pielęgniarz tylko z troską dopytywał każdego 'Arey u okay?’, haha. Widać jeszcze żył pracą, albo to praca żyła w nim. Było megapozytywnie!

Wyszliśmy, gdy już było ciemno, małe salki zamieniły się w miejsca, gdzie lokalna ludność śpiewała ku czci Jezusa, gdzieniegdzie słychać było radosne okrzyki i głośne śmiechy, czyli odgłosy piątkowych zabaw. Ja wziąłem tylko szybki, zimny prysznic wypiłem z litr coli i padłem ledwo żywy, zaraz zasypiając. Po 10 godzinach snu znowu żyję! I zaczynam leniwą sobotę (dzisiaj nie ma zajęć). Mmm… 

:)

 

22 lipca

Ech, źle się czuję cały dzień. Albo przegrzanie, albo lekkie odwodnienie. Wrócę jednak do dnia wczorajszego, czyli 21 lipca (sobota).

Skończyłem kawę, skończyłem ostatnią notatkę, wyszedłem z hotelu i wpadłem do jednego z kilku małych biur pośredniczących przy wyborze atrakcji, jakich można zakosztować w tym malowniczym regionie. Dopytałem o te tańsze, jak wejście na wulkan lub jeden z lokalnych szczytów (Nos Indianina, bo wygląda jak… no jak nos Indianina, który śpi na plecach), ale na nie było już za późno (takie wyprawy zaczynają się rano), a w niedzielę też nie miałem jakoś ochoty budzić się za wcześnie.

Przynajmniej jeszcze nie w tą. A co mi tam! W końcu zapytałem o paragliding czyli paralotniarstwo. 700 Quetzals! 100 dolarów! Hmm, udało mi się zbić na 580! W sumie to taka przygoda raz w życiu, wszystko tu jest takie tanie, więc kasy na pewno starczy na wszystko (tak właśnie sobie myślałem)! Mój pośrednik zadzwonił gdzieś, dał mi żółtą opaskę i rzekł: Płyń do Panajachel, o 11-ej z doku ktoś Cię odbierze. Wyruszyłem od razu, po 9-ej i w sumie dobrze zrobiłem, bo z San Pedro łódki nie zawsze płyną bezpośrednio do Panajachel, czasem, jak właśnie w moim przypadku, zawijają do wszystkich wiosek położonych po drodze. Jak ktoś nie wie, gdzie się zatrzymać, w każdej jakiś pokój albo hotelik sobie bez problemu znajdzie. Każda z wiosek jest urokliwa, niektóre wyrosły na naprawdę stromych zboczach. Obserwując wszystkie te góry czułem się jakbym patrzył na majaczącą w oddali wyspę, w dodatku z plenerami takimi, jak w popularnym swego czasu serialu “Lost” (a były tam zaiste cudowne krajobrazy). Zresztą w San Pedro czuję się właśnie jak na wyspie. Dopływa się do doczku łodzią, z jednej strony wulkan, z drugiej zatoka. Nietrudno dać się poddać wrażeniu, że za wulkanem znajduje się lustrzane odbicie tej okolicy, a za zatoką rozpościera się gigantyczny ocean.

W każdym bądź razie Panajachel - dotarłem tam 30 minut wcześniej, zdecydowałem się zjeść trzy małe tortille z mięsem i wypić piwko (lub dwa) dla kurażu. Gdy przygotowywano mi jedzonko, może czteroletni syn kucharki, który bawił się w kącie, przydreptał do mnie niezdarnie ze swoimi zabawkami. “To jest mój zeszyt do szkoły”, podał mi zeszyt, w którym kolorował wklejone obrazki. “A to ciężarówka z przyczepą do przewozu aut, ale auta mam w domu”, rzekł pokazując dom nieopodal. No i tak mi tłumaczył, a ja - jako, że z takimi maluchami nawet po polsku nie umiem rozmawiać - powtarzałem tylko “Si, bien, bien”, ale zdawał się tym nie przejmować. Moja uwaga sama w sobie mu w zupełności do szczęścia wystarczała - miał się komu pochwalić. Super!

Wszamałem tortille, łyknąłem Koguta (piwo Gallo, całkiem znośne!) i poszedłem do doku. Nie doszedłem tam jeszcze gdy zaczepił mnie chłopaczek na motorze. “Artur?”, zapytał, widząc moją żółtą opaskę. “Artur”, odrzekłem. Wskoczyłem za niego i po dwóch minutkach byliśmy na takiej niby plaży (raczej łączce) na obrzeżach miasta. Tam akurat wylądował już jakiś pilot z takim nieszczęśnikiem, tfu!, ochotnikiem jak ja. Podeszła do niego jakaś rodzina (duży ojciec wiódł prym w negocjacjach, a mała żona i mała córka stały z boku). Ja niby zapłaciłem 580, ale 80 wziął sobie ten pośrednik. I niby wszystko miało być w cenie, ale kamera i zgranie filmu 100 Q ekstra (więc w sumie 97 dolarów)! No trudno, no, pamiątka na całe życie, nie ma co dziadować na wakacjach, kurka! Szybka obsługa kamerki, wpakowano nas do niskiego, białego vana i udaliśmy się na jedną z wysokich gór. Jechaliśmy dość długo, bo jakieś pół godziny, ale za to można było pooglądać sobie cudne widoczki i naprawdę zapierające dech w piersiach plenery. W wąwozie, wzdłuż którego jechaliśmy w górę, wzdłuż rzeki, rozpościerały się różnorakie pola uprawne, które stawały się coraz to mniejsze. W końcu jednak skręciliśmy ku szczytowi góry, z której startowali paralotniarze. Pod skąpo rozsianymi drzewami siedziała jakaś rolnicza rodzina, dookoła łaziły krowy. Od razu jeden z pilotów, gość może ponad pięćdziesięcioletni, wziął mnie ze sobą do punktu startowego. Co?! Ja pierwszy?! No bez jaj! Tak, tak, ty pierwszy! Pozapinał mnie między pachwinami, przez brzuch, potem stanął za mną i jakoś przypiął do siebie. Kazał jeszcze przełożyć ręce przez pasy. “Jak policzę do trzech, zacznij biec do przodu, okay?”, no, okay, powiedziałam niepewnie, nie będąc pewnym czy dobrze go zrozumiałem. No ale co z nim? On nie będzie biegł? Odwrócił się do mnie tyłem, przez ramię zerkając tylko na kawałek plastikowej siateczki zawieszonej na patyku. Przede mną rozpościerał się tylko horyzont i kawałek błękitnego jeziora Atitlan. No, staliśmy tak dobre z 10 minut czekając na wiatr, a gdy siateczka powiewała już z 10 sekund mój piloto w końcu krzyknął “Biegnij!”. Zrobiłem może z 10 kroków (on starał się dotrzymywać mi kroku biegnąc tyłem) gdy poczułem, że coś mnie zatrzymuje i sprawia, że muszę się o krok cofnąć! To czasza skrzydła nabrała powietrza, pociągnęła nas do tyłu i wyciągnęła w górę! A wiatr za chwilę nas już zwiał ze wzgórza. Pierwsze wrażenie gdy traci się grunt pod nogami i widzi najbliższe drzewa kilkadziesiąt metrów niżej? Zawał! Strach! Ale w miarę gdy leci się dalej i wszystko staje się coraz mniejsze strach zastępowany jest przez dziwną ekscytację. Człowiek nabiera odwagi by lekko unieść głowę i ujrzeć malutkie miasteczko gdzieś nisko w oddali, wspaniałe jezioro przed sobą otoczone dumnymi wulkanami! “Locura!” krzyczałem, a pilot za moimi plecami śmiał się i powtarzał za mną. Bardzo dobrze wyczuwał wiatr i manewrował paralotnią, czasem tylko nami szarpnęło, ale wówczas szybko, ze stoickim spokojem opanowywał sytuację. Czułem ten jego spokój, toteż nie odczuwałem żadnego strachu. Nawet w powietrzu troszkę głupio pogadaliśmy. “Jak długo jesteś pilotem?”, zapytałem. “Dwadzieścia lat”, odrzekł. “Sporo, i nadal żyjesz, haha. Dobrze!”, zaśmiał się razem ze mną, a ten jego śmiech i fakt, że przez 20 lat nie zginął, już na dobre mnie uspokoił. Nawet mając kask słyszałem szum  wiatr w uszach, ale o dziwo mojego pilota za plecami słyszałem bardzo czysto i wyraźnie. Krążyliśmy leniwie nad zboczem góry i brzegiem jeziora ze 20 minut. Jakby czas się zatrzymał, jakby wszystko, co w dole, było zupełnie nieistotne, przyziemną fatamorganą przyziemnych istot! W końcu el piloto nakierował nas nad Panajachel i gwałtownie zaczęliśmy obniżać lot. Tutaj znowu serce zaczęło bić szybciej, ale racjonalny głos wewnątrz głowy skutecznie mnie uspokajał. “Nogi do przodu” usłyszałem głos, tym razem już z zewnątrz głowy, i po chwili dosyć miękko osiedliśmy na ziemi. Pilot, śmiejąc się ze mną, pomógł mi pozdejmować te wszystkie klamry i… jak pijany udałem się do doku :) Serio, dziwnie tak znowu było chodzić! Film mieli mi przesłać na podanego maila, ale dobrze zrobiłem, że jeszcze znalazłem im siebie i zapisałem na Facebooku. Ale o tym już teraz…

 

22 lipca

Zbudzon rano przez ból głowy (po czym?!) sprawdziłem maila i okazało się, że filmiku z mojego lotu na skrzynce nie było. No to szybciutko do nich napisałem o tym na Facebooku, zaczęto mi wrzucać po trzy minuty kiepskiej jakości filmu.

Zaprotestowałem, naturalnie. Spróbowano przesłać mi to na maila, pisząc na FB, że zajmie to 7 godzin, a film ma 2,5 GB. Nah, nawet jeśli coś się nie zawiesi, to nie wiadomo jaki maksymalny rozmiar przepuści moja skrzynka (mogli dać mi po prostu kartę z nagranym filmikiem, ale widać, chcieli zaoszczędzić). Wolałem to załatwić twarzą w twarz, w cztery oka, dwóch na dwóch. “Będę tam, gdzie lądujemy”, dostałem wiadomość. Dobrze, niech więc tak będzie! W samo południe!

Udałem się do doku, wskoczyłem na łódkę i ruszyłem w drogę w miejsce lądowania. Zajęło mi to godzinę, ale po drodze, już na miejscu, w Panajachel, wszamałem lekkie śniadanie i siupnąłem świeży sok z pomarańczy.

Może coś o Panajachel. Jest to wioska/miasteczko, na jakieś 10-15 tysięcy mieszkańców. Wydaje się bardziej turystyczna niż jakakolwiek inna tutaj miejscowość. Ma długi bulwar z niezliczoną ilością sklepów z ciuchami i rękodziełami, ogromną ilość knajpek mniejszych i większych, a także tłumy spacerowiczów. Podobnie długie nabrzeże - jest pełne urokliwych restauracji i już nie sklepów, jak wspomniany główny bulwar, ale budek i straganików. Nawet jakiś pan może zapytać cicho “Good weed”? ;) Jest gwarno, ale i tak jakoś miło i wesoło.

Gdy dotarłem na lądowisko (tj. łąkę przy nabrzeżu, zwaną plażą), nie zauważyłem nikogo z ekipy paralotniarzy. Podszedłem więc do dzieciaków handlujących piciem (siedzieli przy wózeczko-pojemniku z sokami, pod parasolem ogrodowym) i zapytałem czy znają Ismę, tego od latania. “Ismael?”, zapytała mnie rezolutnie dziewczynka. Tak, tak. Będzie za pół godziny może. Hmm, zaufałem jej i poszedłem do knajpki z tarasem sąsiadującą z tą łąką. Zamówiłem piwko i raz za czas, czekając, zerkałem na łąkę. Po jakimś czasie (po pół godzinie!) podbiegła do mnie ta dziewczynka i zapytała czy nadal czekam na Ismaela (skąd wiedziała, że jestem akurat w tej knajpce?). Potwierdziłem, po czym gdzieś pobiegła i minutkę później zjawił się Isma z kartą pamięci. Okazało się, że na tablecie mam za mało miejsca, trzeba więc było zgrać ten film jakoś wprost na moją zewnętrzną kartę. 10 minut zeszło zgrywanie filmu na jego telefon, potem na moją kartę. Dobra okazja by pogadać! Isma lata od 10 lat, nauczył go ojciec, który był moim pilotem. Teraz lata ich czwórka, w sezonie (teraz jest low season) ośmiu. W całej Gwatemali jest ich dwudziestu, którzy latają. Sprzęt kosztuje 4 tysiące dolarów (14 tysięcy zł), trzeba go wymieniać co 3 lata. Jak są dobre warunki, to potrafi zrobić i siedem lotów z turystami dziennie. Dzisiaj jest zbyt wietrznie, zbyt niebezpiecznie, więc pewnie nie polata, przynajmniej przez parę godzin. Mówi, że loty z turystami są bezpieczne, bo wtedy bardzo uważają i dbają o bezpieczeństwo, ale gdy latają sami, lubią czasem ryzykować i robić różne niebezpieczne akrobacje. Opowiadał jak kiedyś wpadł w wir powietrza, który wyniósł go strasznie wysoko i musiał lądować po drugiej stronie jeziora na dość stromym terenie. Bardzo sympatyczny gostek!

Filmik skopiowany (mega-jakość!), mogłem więc wracać. Zacząłem czuć się coraz gorzej. Ból kości, zmęczenie. Po drodze kupiłem sobie czapeczkę (podejrzewałem lekki udar albo odwodnienie), a gdy dotarłem na miejsce, przespałem całe popołudnie.

Około 17-ej poznałem nowych sąsiadów, którzy wprowadzili się za holenderską rodzinę (przypomnę - ja mam pokoik (nr 9) na środku na tarasu, po lewej i prawej są dwa inne (8 i 10). Najpierw przyszła starsza (60-70 lat) Amerykanka. No i oczywiście konwersacja. Przyjeżdża tu od 20 lat, do tego samego hoteliku, na ten sam taras! Kiedyś pracowała jako fotorgafko-dziennikarka polityczna (Afryka, Bliski Wschód - robiła zdjęcia podczas spotkań polityków), ale z czasem, wraz z erą cyfryzacji i popularności tzw. free-lancerów (fotografów bez umowy) konkurencja zrobiła się coraz większa i spadły jej zarobki. Teraz zajmuje się fotografią podróżniczą, popularyzacją podróży nieskomercjalizowanych i czasem też pracuje jak przewodniczka indywidualna ludzi z USA. Porozmawialiśmy o jej Oregonie (‘wycinają nam lasy, a taki Trump to ma w dupie środowisko i jest coraz gorzej’), o mojej Polsce, o Gwatemali. Opowiadała jak jakiś siedemnastoletni chłopaczek w Ciudad de Guatemala chciał jej przywiązanym do palców ostrzem odciąć aparat z szyi, a ona bojąc się o szyję wdała się z nim w szamotaninę. Mimo wielu ludzi na ulicach nikt jej nie pomógł! W zasadzie to chciała mu już oddać ten głupi aparat, ale zdejmując pasek przez szyję, jednak jak już się zaczęli szarpać to nie było takiej możliwości. Ale o dziwo, chłopak nie miał zamiaru jej zabijać - ustąpił i po prostu odszedł nadąsany. Potwierdziła to, co starałem się robić zarówno w San Salvador jak i stolicy Gwatemali - gdy się ściemnia, trzeba się zawijać i wracać do siebie. A, i wspomniała, że chyba bierze ją grypa, i że tu ogólnie podobno mała epidemia tu jest. No to się wyjaśniło! Grypę przeżyję! Spoko! :)

Potem wprowadziła się para dwudziestokilkulatków z Salwadoru (jaka ona ładna, mmm!), od razu wyjęli jointa i zaproponowali wspólne palonko. W owej chwili akurat paliłem sobie pyszne cygaro i czułem się ogólnie struty, toteż grzecznie odmówiłem ;) Też pogadaliśmy, zapytali czy wiem, gdzie tu można kupić więcej zioła. Wspomniałem o Włochu, który z Gwatemalską dziewczyną siedzą sobie na ulicy i sprzedają wisiorki? Proponował mi zakup, ale noszenie tego przy sobie jest niezbyt mądrym pomysłem, a i nie wiadomo czy ktoś, kto próbuje sprzedać nam taką rzecz nie współpracuje z policją. Powiedziałem moim salwadorskim sąsiadom, żeby sobie z tym Włochem pogadali :)

No i tak wypaliłem cygarko, ok, kończę pisać, idę spać. Źle się czuję...

 

27 lipca

Jest 9:41, obok mnie paruje ciepła kawa, dymi sennie cygaro, a przede mną skrzy się błękitem jezioro Atitlan. Przez dwa dni nie było internetu, może z godzinkę temu przyszedł jakiś sympatyczny amigo i dziubał coś w routerze spoczywającym sobie na jednej z kolumienek podtrzymujący daszek nad drzwiami do pokojów.

Postaram się tu nieco odtworzyć pewne wydarzenia z ostatnich dni.

 

24 lipca

Rano udałem się na spacer po San Pedro. Wstąpiłem między innymi do ich głównego kościoła, którego dolną część zajmuje apteka, środkową sala z plastykowymi krzesłami dla wiernych, ołtarzem zaś jest ukwiecona od lewej do prawej scena, nad którą wiszą symbole nieskończoności (Boga), mianowicie symbole alfy i omegi. Duże okna wychodzą na jezioro, sufit znajduje się wysoko, wysoko nad głowami wiernych, na scenie (tj. ołtarzu) nie zauważyłem, co w sumie dziwne, symbolu krzyża.

Górna część kościoła to mały punkt widokowy na miasteczko - chodzi się w kółko dookoła wieży uwiecznionej pokoikiem z mieszczącą się w nim radiostacją. Ot, pragmatyczne wykorzystanie budynku, zupełnie jak w przypadku naszego Jezusa ze Świebodzina, któremu do głowy przypięto nadajniki transmitujące sygnał telefonii komórkowej.

Na targu, gdy już napatrzyłem się na San Pedro z góry, znalazłem… słone rybki! Takie jak jedzą na Wschodzie do piwa. Oczywiście kupiłem cały worek za niecałego dolara. W pubie Pinocchio potem właściciel śmiał się ze mnie, że to się gotuje i je maczając w sosie, no ale mi smakują surowe, bo są wysuszone i słone (ale w odróżnieniu od tych ze Wschodu, ich łebki nie smakują za fajnie, toteż łebki odrzucam, napełniając nimi miseczki, kubeczki, czy co tam jest pod ręką).

Po zakupieniu rybek wstąpiłem na cmentarz. Wiem, dziwny nekrozwyczaj, ale sposób w jaki chowa się zmarłych też jest przecież elementem kultury danego kraju. W San Pedro, w Gwatemali, wsuwa się ludzi do ściany! Tzn. w trumnach. Nie grzebie się ich w ziemi, po prostu na cmentarzu są dłuuuugie ściany z wydrążonymi w nich miejscami na wsunięcie trumien (w pionie są 4-5 takich dziur, w poziomie ściany te ciągną się na 20-30 metrów, ale są też i mniejsze, jak i oczywiście większe). Po wsunięciu trumny otwór się zamurowuje i w to miejsce przyczepia się tablicę ze zdjęciem zmarłego (czasem jest to strasznie nieudany fotomontaż - tj. w programie graficznym wycina się postać zmarłego, nie zawsze równo, i wkleja się ją na tło jeziora lub wulkanu, nad którym leży miasteczko). Czasem jest to zdjęcie związane z jego życiem, np. pamiętam pana w sombrero opartego o przód ciężarówki stojącej gdzieś na poboczu. Ot, kierowca, może pasjonat samochodów. Do tego personalia zmarłego, data urodzin i śmierci.

O 14-ej poszedłem sobie na lekcję (rzekłbym, że czas terazźniejszy jako-tako mi zaczyna iść), troszkę ją skróciłem, bo… umówiłem się na wędkowanie!. Czekałem w umówionym miejscu, oczywiście pan rybak przyszedł nieco spóźniony (10 minut). 38 lat, uśmiechnięty, bardzo pozytywny. Poszliśmy na obrzeża miasteczka, gdzie do starego, małego mola, zacumowane były 'kayukies’, tj. stare, drewniane, malutkie łódki rybackie. Usiedliśmy naprzeciw siebie (ja na jakiejś drewnianej skrzynce), a pan zaczął wiosłować i zabierać nas z dala od brzegu. Zbliżał się wieczór, z jednego z hosteli niosła się na jezioro głośna, imprezowa muzyka. Poprosiłem mojego mistrza by zabrał nas 'za winkiel’, tj. za wrzynający się w wodę ostry, wysoki kawałek gór. Tak też uczynił, a moim oczom ukazała się cała kolonia nastolatków siedząca na zboczu i… paląca zioło! Mój przewodnik śmiał się z tego faktu, pomachał im coś tam do siebie sympatycznie pokrzyczeli. Wydaje mi się, że nikt tu trawy nie traktuje poważnie. I tak wszyscy, od małego, palą, nikomu się nic z tego powodu nie dzieje, po co robić aferę? (próbuję zrozumieć fakt, że nikogo z dorosłych to nie oburza) Lepsze to niż jakby po okolicznych wsiach i miasteczkach miały chodzić hordy pijaków. W każdym razie, w jednej ręce trzymałem żyłkę, której jeden koniec obwiązany był wokół małego kawałka drewna, a koniec drugiej zwieńczony był przez haczyk, na który nabity był… żywy pasikonik czy coś w tym rodzaju, w drugiej zaś dłoni miałem atrybut gringo-rybaka, czyli cygaro, którym zajmowałem się chyba z większą atencją niż moim ‘sprzętem’ rybackim. Ten czas miał służyć wyciszeniu się, niemyśleniu, relaksowi - łup z w tej wyprawy był najmniej ważny.

Siedzieliśmy sobie tak z moim amigo i gadaliśmy przez 90 minut używając prostego hiszpańskiego, czasem wspomagając się prostym angielskim (trochę rozumiał). Jest rybakiem z dziada pradziada, teraz wszystkie miejscowości wokół jeziora przerzucają się na turystykę. Juan (bo tak miał na imię) miał brata, też rybaka, ale zginął on jak znajdował się w wodzie obok swej łódki, a w tym czasie inna łódź uderzyła go w głowę. Jego ojciec, też rybak, dużo pił, ale się nawrócił i jest żarliwym katolikiem. Juan, oprócz łowienia, gra na perkusji w zespole kościelnym. Ech, religia odgrywa baaardzo dużą rolę w życiu tych ludzi. Ma trójkę dzieci, 20 letnią córkę i 18 letniego syna, którzy już mają, odpowiednio novio i

novię (chłopaka i dziewczynę). Śmiał się, że przed czterdziestką będzie dziadkiem. Pytał o Polskę, wspomniał o drugiej wojnie, o Niemcach. Nie za bardzo ich lubi, bo są strasznie sztywni (naprawdę!?), zaś co do Polaków, to nie ma ich tu w San Pedro - byłem pierwszym, jakiego poznał. Co zaś do (po)łowów - Juan złapał średnią rybkę, z takimi kolcami na grzbiecie, a ja trzy małe, które wziął dla kota, bo dla ludzi za małe. Dobre i coś! :) Miło spędzony czas na jeziorze, w towarzystwie fajnego gościa i słońca, które powoli kryło się za górami.

Wracając spotkałem Claire, Amerykankę, z którą wcześniej już zamieniłem kilka słów. Na ławeczce, przy stoliku, patrząc na jeziorko, siedział Cameron, Afroamerykanin z tego samego stanu, co Claire (Texas) - ale wcześniej tego nie wiedzieli. Zaproponowałem rum, jako, że w pokoju miałem jeszcze z litr. Przystali na propozycję. Tak sobie sidzieliśmy 3-4 godziny przy szklaneczce. Jak się okazało… Claire 2 lata mieszkała w Krakowie! (1998-2000). Uczyła tam angielskiego (m.in. w firmie Philip Morris, produkującej u nas papierosy Marlboro i inne). Mieszkała na Kazimierzu, który wtedy był cichy i szary. Opowiedziałem jej o zmianach w Polsce, jakie zaszły przez te 18 lat, o tym, że Kazimierz (w mojej opinii) jest jednym z najfajniejszych miejsc do spędzania kawiarnianego czasu w Europie, o ogromie turystów bawiących się w Krakowie (ci Anglicy!), o zmianach w zamożności i mentalności Polaków (znają swoje prawa, stali się bardzo pracowici, w pubach już się nie pali, Polska wypiękniała) - pewnie przeżyłaby niezły szok, gdyby wróciła do Polski i skonfrontowała ją ze swoimi wspomnieniami. 

Cameron pracował w finansach na północy Stanów, ale jest bardzo rodzinnym gościem, więc rzucił tam pracę, wrócił do rodziny w Teksasie, posiedział z nimi jakiś czas i zdecydował się, przed podjęciem nowej pracy udać się w podróż tutaj.

Bardzo miły gość. Przez chwilę z Claire przeszli na południowy akcent, musiałem interweniować, haha. Dla kogoś to tam nie mieszka(ł) trudno było nadążać. Oh, sorry Arthur! :) Spostrzegli się ubawieni. No i cały ten litr nam zszedł! :)

 

25 lipca

Z tym rybakiem umówiłem się na ósmą rano, miał mnie zabrać na wulkan. Mimo problemów z bólem głowy jakoś wstałem, po wzięciu lodowatego prysznica poszedłem na umówione miejsce, czekałem i czekałem, i… i nic! Ech…
Kac duży, postanowiłem sobie wskoczyć na hamak, zapalić cygaro, otworzyć piwo i konsumować rybki przy dźwiękach muzyki różnakiej (od Wagnera po Truchło Strzygi). No i tak mi się spodobało, że przez telefon na recepcji odwołałem szkolne zajęcia i spędziłem tak cały dzień (4 cygara, 6 piw, setka rybek - ale to na cały dzień, więc spoko). Od lat tak leniuchować mi się nie zdarzyło! Ale to dobrze. Naprawdę naładowałem baterie!

 

26 lipca

Spanie do południa, 4 godziny lekcji, studiowanie Biblii wieczorem. Brak Internetu. Też miło! :)

Plany na dzisiaj (27 lipca)? Lekcje i wieczór integracyjne ognicho w szkole. Z alko! ;)

 

30 lipca

Osz bogowie, aż 3 dni mi zajęło by znaleźć trochę czasu aby coś napisać! No to powolutku:

 

27 lipca

Jak pisałem, po lekcjach (ćwiczenie czasu teraźniejszego i być w czasie przeszłym), przyszedł czas na ognisko. Szkoła posiada jeden budynek z biurem, pomieszczeniem gospodarczym i tarasem wychodzącym na ogród (bardzo ładnie urządzony, kwiatów dogląda taki stary ogrodnik, który w przerwie zawsze fajnie zagada. W ogrodzie są rozlokowane takie małe domki bez drzwi, w których mieści się stół i dwa krzesła. Tam odbywają się zajęcia, tak samo jak i na dachu budynku szkoły pod takimi szałasikami z liści palmowych. Ognisko zorganizowano w ogrodzie. Na cztery pieńki nałożono blachę, na blasze położono drewno i odpalono. Przyszło sporo uczniów z rannej zmiany, z mojej był tylko Anglik Phil. Byli też wszyscy nauczyciele. Przy ogniu rozstawiła się lokalna kapela - pięciu niemłodych już panów. Trzech za dużymi cymbałkami, jeden za bębnem i jeden z grzechotkami. Nosili lokalne stroje, koszule na kantkę, szerokie spodnie i sombrera na głowie. Powiem tak - to była najgorsza kapela, jaką widziałem na żywo! Grali jakby im się nie chciało (pewnie byli po innej, zwyczajnej pracy), nie mogli się zsynchronizować, a sama muzyka… Te proste melodyjki na cymbałkach… Kojarzyło się z nauką sylabizowania! W dodatku pili sporo rumu i piwa, a pod koniec byli kompletnie pijani! No ale jako ciekawostka mogło być! Pieczono marshmallows, takie pianki ( których nie lubię), przygotowano tacosy i do nich mnóstwo sosów, był nielimitowany rum i piwo! Ja z początku siedziałem na tarasie patrząc na ogród i dyskutując sobie z Philem (58 lat) o muzyce rockowej, obecnych nastolatkach i setce innych rzeczy. Potem, jak towarzystwo się trochę przerzedziło, dołączyliśmy do ogniska. Poznałem Australijczyka (Paul) i przefajną Amerykankę (Jules), a pod koniec nawet zagrałem z pijaną kapelą (machałem grzechotkami, uprzednio zakosiwszy jednemu z nich kapelutek). Wieczór był bardzo miły! Jak i zresztą cały dzień!

 

28 lipca

Sobota! Spałem długo, ale zdążyłem się wyrobić przed dwunastą i popłynąć do Santiago Atitlan. To okoliczne miasteczko, które kiedyś był stolicą tego regionu (jeszcze za czasów przedkolonialnych). Widać tu tradycję, same twarze Majów (plemię Tz’utujil), piękne, tradycyjne ubrania, które tu wytwarzają i sprzedają. Kupiłem dwie koszulki, jedną zwykłą z napisem Gwatever - Guatemala (bo czyta się Łatemala, tak samo wyraz Aqua, woda, czyta się Ała, nie Akła), drugą taką w stylu polo, ale z lokalnymi wzorkami i wykończeniem. Cena wyjściowa 80 quetzales, cena wytargowana 50 quetzales każda (20 zł). Miasto jest czterokrotnie większe niż San Pedro, ma szerokie ulice i więcej sklepów z droższymi towarami (sprzęty AGD, elektronika). Dużo straganów ze wszystkim, ceny niskie, wyczuwalny styl kolonialny. Oprócz połażenia sobie tak bez celu (będąc ostrożnym, bo Philowi tu kilka dni wcześniej ukradli telefon tworząc wokół niego sztuczny tłum) zwiedziłem lokalny kościół. Tuż obok stała rozklekotana karuzela, pozostała po odpuście czy jakimś tam katolickim festiwalu. Kościół ładny, trzeba przyznać, jego struktury datowane są na 1571 rok. Bohaterem lokalnej, katolickiej ludności jest błogosławiony Stanley Rother, zastrzelony przez zwolenników dyktatury wojskowej w 1981. Wiedząc, że jest na liście do odstrzelenia (ostrzeżono go), nie opuścił swoich indiańskich parafian. Sporo tu, na przykład w ogrodzie parafialnym, jego zdjęć (i ciekawostka - kibelek na parafii płatny, 2 quetzales). Miasteczko w każdym bądź razie warte odwiedzenia!

Pod wieczór natomiast udałem się do baru Pinnochio (Mojito 1$, piwo tak samo!). Rozwaliłem się jak lord na materacu, a może dwa metry ode mnie instalował się z gitarą lokalny muzyk. Po chwili dołączył do niego Murzyn z dredami i bębenkami. Przez dwie godziny sobie grali, np. Marleya lub Manu Chao “Welcome to Tijuana, Tequila, Sexo, Marihuana”. W barze, na zewnątrz było ze 20 ludzi, ale oprócz mnie nikt nie wsłuchiwał się w muzykę. A szkoda, bo gość grał naprawdę świetne solówki!
Wróciłem późno.

 

29 lipca

Z pokoju obok wyprowadziła się ta podejrzanie cicha kanadyjska rodzina, wprowadził się w jej miejsce 60-letni Arthur z Chicago. Podróżuje już któryś miesiąc. Pogadaliśmy na balkonie ze dwie godziny, całkiem fajny typ. Jego ojcem był Polak, matka była Irlandką. Poopowiadał jak to się wychowywał wśród żartów o Polakach, okazało się, że nie lubi Żydów (to w sumie takie polskie, haha). Opowiadał o Azji, w której spędził kilka lat, i w której nie może się odkochać. Ta starsza Amerykanka z pokoju po prawej przechodziła kilka razy obok i dawała mu bazyliszkowe spojrzenie. Arthur śmiał się, że odebrał jej kumpla (czyli mnie), dlatego go nie lubi :) Kto ją tam wie? W każdym bądź razie wziąłem go na miasteczko by go trochę oprowadzić i przy okazji coś zjeść. Tak też uczyniliśmy. Restauracja Shanti Shanti, spotkaliśmy tam Phila (ze szkoły!) siedzącego nad laptopem. Przedstawiłem ich sobie i jak to chłopy, nim pomyśleliśmy o żarciu, zamówiliśmy po piwie. Wywiązała się ciekawa dyskusja, w czasie której wymienialiśmy się wspomnieniami z podróży. O to właśnie chodzi, o wymienianie się historiami, o wymienianie doświadczeñ! Jak to ujął Arthur, “Travelers are different breed”. Trudno się z tym nie zgodzić! W międzyczasie przyszła moja ensalada griega (sałatka grecka). Coś dziwnego się tu ze mną dzieje. Wcinam albo sałatki albo ryby. Wegetarianieję czy co?

Po jakimś czasie wróciłem z Arthurem na taras (w międzyczasie kupiliśmy po cygarze), zaproponowałem rum. Wypiliśmy ponad litr dyskutując o czym tylko się dało (np. jak w USA sprzedawał BMW). Gdy wróciliśmy do własnych pokoi słyszałem zza ściany jak… wymiotował! Ale nic to, bo dzisiaj (30 lipca), pokazał mi rozcięty nos i rozciętą powiekę! “Obudziłem się na zakrwawionym łóżku kompletnie nie wiedząc, co się stało! Ale doszedłem do tego, bo w łazience było pełno krwi. Mam taki próg w łazience, musiałem się o niego potknąć i uderzyć głową gdzieś.” Wyglądał jak ofiara solidnego pobicia! Żal mi się go zrobiło, no ale… z Polakiem ciężko rywalizować...
Dobrze, że nie wybił sobie zębów, bo było do tego naprawdę blisko!

 

A sam 30 lipca?

Doprawdy ciężki, acz niezwykle udany był to dzień. Zaczął się budzikiem o 5:55, podczas gdy zarówno komórkę, jak i tablet, nastawiałem na 5:00! Pal licho gdybym nie miał nic nagranego na tak wczesną porę, ale tak się składa, że miałem, a był to mianowicie wypad z przewodnikiem (innym niż ten rybak, który nie przyszedł kilka dni wcześniej) na wulkan. I to na godzinę 6:00! Spodenki, koszulka, trampki, pal licho skarpetki czy poranne ablucje! Kac straszny, czułem jeszcze rum w ustach, no ale przecież nie przegapię takiej okazji! Pobiegłem ulicami śpiącego San Pedro la Laguna w umówione miejsce. 6:00! W mordę, żadne wojsko nie nauczy takich rzeczy jak samo życie! Za chwilę podjechał tuc-tuc (takie moto-taxi z budką dla kierowcy i pasażera) z parą Duńczyków w środku i zabrał nas pod wulkan San Pedro. Ma on prawie 3000 metrów, ale nam przyszło wystartować z pułapu około 500 metrów. Przewodnik, gość około pięćdziesięcioletni, już tam na nas czekał. 2,5 km przed nami! Droga była bardzo ładna, czasem szło się przez pola kukurydzy, przeważnie jednak gęstym lasem. Było stromo, parno i ciepło. Myślałem, że ducha wyzionę! Przyznam się, że pierwszą połowę drogi spowalniałem moich duńskich towarzyszy (typowi nordyccy blondyni, Christian i Austrid) co jakiś czas w zawoalowany sposób prosząc ich o kilka minut przerwy (“Zatrzymajmy się, przewodnik chce odpocząć”). Kac kacem, ale kiedy ja ostatnio właziłem na tak stromą górę?! Wchodzenie na czwarte piętro w bloku się nie liczy, więc naprawdę miałem prawo do narzekania (hmm, zdarzało się, nie powiem) i tych paru minut przerwy. Ale w połowie czułem się już lepiej i świeżej. W 3/4 drogi przewodnik powiedział nam byśmy się teraz nie zatrzymywali i nawet przyspieszyli, bo tu lubią zdarzać się na napady na wędrowców.

Nie trzeba nam było powtarzać! Po piętnastu minutach wykrzesywania z siebie ostatnich sił wreszcie (ha!) dotarliśmy! Nie jest to taki stereotypowy wulkan z głębokim kraterem, nad którym można się nachylić, uchwycić jego krawędzi i tak po prostu patrzeć sobie do środka. Owszem, krater jest, ale gęsto zarośnięty drzewami, które po prostu go gęsto obrosły całkowicie go zasłaniając. W wyjściu na wulkan ważne było co innego - widok wokół niego dosłownie powalał! Ujrzeć można całe turkusowe jezioro z wysokości 3 kilometrów, miasteczka rozsiane na jego brzegu, chmury wiszące sobie dookoła wzgórz znajdujących się poniżej szczytu, na który się (jakoś) wlazło. W pewnym momencie mogliśmy być świadkami formowania się chmur nad taflą jeziora. Najpierw wyglądały jak mały dymek, potem stawał się on coraz gęstszy i gęstszy, aż zrobiły się z niego duże, naprawdę wielkie, (acz lekkie) chmury, które szybko i zwiewnie zostały przegnane przez poranny wietrzyk. Wejście zajęło nam jakieś trzy i pół godziny, na szczycie staliśmy sobie jakieś 30 minut.
Dołączył do nas młody Kanadyjczyk ze swoim przewodnikiem. Porobiliśmy zdjęcia i zaczęliśmy schodzić w dół. To dopiero była męka! Wspomniałem, że wulkan był bardzo stromy - jest to niedobre dla bioder i kolan, które muszą wytrzymywać nacisk spadających na nie górnych kilkudziesięciu kilogramów! Czułem się jak staruszek, któremu każdy krok sprawia ogromny ból. Bo bolało jak jasna cholera! Żeby o tym nie myśleć ucinałem sobie pogawędki z towarzyszami drogi w dół. Kanadyjczyk przykładowo jest skrzypkiem. Zapytałem, czy nazwał jakoś swoje skrzypce, bo wiem, że muzycy lubią traktować swoje instrumenty ze szczególną troską i uczuciem. Tak! Nazwał je Sam. Zapłacił za nie jakieś 10 tysięcy dolarów, czyli 36 tysięcy złotych! “To jest inwestycja w narzędzie pracy. Stolarz też musi mieć dobre narzędzia”. Racja!

Do hotelu dotarłem w południe, zobaczyłem poobijanego Amerykanina, Arthura, o którym już wspominałem, kimnąłem się z godzinę i powłóczyłem się (nie czułem nóg!!!) na lekcje. Byłem zmęczony i niewyspany, ale dzielnie odmieniałem czasowniki w czasie przeszłym, a 18:10… Znowu mecz! Tym razem chętnych było więcej, bo piętnastu, zrobiliśmy więc trzy drużyny i ta ekipa, która straciła gola, musiała zejść do czasu, aż jakaś inna też straci bramkę. Grały nawet kilkuletnie dzieci (raczej się plątały, haha), było fajnie!

A teraz… dosłownie nie czuję nóg! Dziwnie chodzi się w takim stanie, ma się wrażenie, że kolana zaraz się ugną, a człowiek poleci na pysk, haha.

Rekapitulując - fajny dzień!

---

Jest wieczór pierwszego sierpnia, piszę z opóźnieniem o dniu wczorajszym, bo wieczór, w sumie uprzedniej nocy, nie było na to sił. No to zaczynam.

 

31 lipca

Dzień byłby prawie jak co dzień gdyby nie dwie rzeczy.

Włóczenie się po miasteczku to rzecz normalna, tym razem jednak pozwoliłem zawieźć się tuc tucowi (po całej okolicy wożą za 5 Quetzales, więc za jakieś 3 złote) pod pocztę, aby wysłać – co już nie jest chyba takie powszechne jak kiedyś - pocztówki. Okazało się jednak, że poczta jest zamknięta. Na cztery spusty! Dopiero później ten Włoch z Gwatemalką (zawsze sobie pogadamy, a mijam ich codziennie) uświadomili mnie, że ta poczta to w zasadzie jest otwarta, ale jak to tu bywa, pracownicy idą sobie coś zjeść jak zgłodnieją i potrafi ich nie być w pracy nawet ze 3 godziny. Wow!

Co do tej pary, może już o nich wspominałem, ale robią różne wisiorki, on nawet bierze owoc i nożem tak go obrabia, że powstaje z tego np. głowa Jacka, tego szkieletorka z burtonowskiego filmiku “The Nightmare Before Christmas”. Ona czasem jeździ do stolicy po materiały do rękodzieła, ogólnie we dwójkę potrzebują zarobić 40 Quetzales (jakieś 6 dolarów) by sobie powolutku żyć. Mówią do siebie mąż-żona, dokarmiają pieski (dają im też wodę), a piesków jest tu sporo…

Nie minie 5 minut, a człowiek wpada na jakiegoś, albo jakieś dwa, a nawet na jakieś trzy. Są przyjazne, odżywione, ciężko powiedzieć czy mają właścicieli, bo nawet jeśli mają, to i tak całe dnie spędzają plątając się po ulicach San Pedro. To trochę jak z dziećmi, heh. Oczywiście chodzą w mundurkach do szkoły (wieczorem w jednej grała szkolna orkiestra - całe miasto się trzęsło, tak potężnie brzmiały trąby i bębny), ale po lekcjach sobie chodzą po ulicy, kopią na niej piłkę albo chodzą po knajpkach z cukierkami czy czymś innym sprzedając te rzeczy turystom. Ten Włoch (kurczę, po pierwszym przedstawieniu się, które jest jedynym się przedstawieniem, raczej rzadko zapamiętuję imiona) na przykład takie jedno dziecko straszy, że ten pan, który idzie (raz byłem to ja), to policjant i zaraz go aresztuje. No i jakże zdziwiony byłem widząc, jak na mój widok może czteroletnie dziecko się rozryczało, prosząc “Panie policjancie, niech mnie pan nie aresztuje”. Widziałem, jak Włoch puszcza mi oko, wiedziałem więc, że ma coś z tym wspólnego. Poklepałem więc dzieciaka po czerepie mówiąc, by był dobrym chłopcem i sobie poszedł (Va! Va!), a Wloch szyderczo śmiał się, mówiąc, że takie rzeczy wmawia dzieciakowi pięć razy dziennie wskazując na pięciu różnych przechodniów, a dzieciak zawsze beczy. Jako, że takie maluchy uważam za nieco irytujące istoty, których zupełnie nie rozumiem, pogratulowałem mojemu włoskiemu kumplowi poczucia humoru. Lol, wiem, zryci jesteśmy.

Pogadałem potem z Arthurem z Chicago (opowiedział fajne rzeczy o ruinach Majów, Tikal, czym narobił mi na to miejsce smaku!). Zauważyłem, że lubi zdominować rozmowę i często używa pierwszej osoby - ja byłem, ja widziałem, ja pojadę, ja zwiedzę. Troszkę zaczęła mnie ta maniera nieco (ale naprawdę tylko nieco) denerwować, no ale nie zwracałem mu na to uwagi, bo ciekawie było go obserwować, jego amerykańską zbytnią pewność siebie i to skupienie się na opowiadaniu wyłącznie o sobie. Pewne rzeczy jednak były ciekawe, jednak o 14-ej musiałem iść (tzn. chciałem) na lekcje (na nich był czas przyszły! hurra!), a zaraz po nich z biura na tarasik wyjechał duży telewizor, nauczyciele szybko rozstawili krzesła i przy zapadającym zmroku obejrzeliśmy film “Kiedy góry drżą” (When The Mountains Tremble). Był to poruszający dokument o wojnie domowej, jaka toczyła się w Gwatemali w początku lat 80-tych (film był z 1983). Co prawda szkoda, że nie mogliśmy obejrzeć tego, co działo się później, ale sądzę, że mogliśmy zrozumieć część historii tego kraju. Wojskowe rządy (doszło do tego, że wojskowi za pośrednictwem kontrolowanych przez nich biznesmenów-wyzyskiwaczy zarabiali takie kwoty i dokonywali tyle podejrzanych operacji finansowych, że założyli własny wojskowy bank!) wyzyskiwały robotników w dużych miastach, chłopów na wsiach, a Indian dyskryminowano i nie traktowano jak równorzędnych obywateli. Ludzie więc organizowali się w partyzantkę i uciekali w tytułowe góry, na co wojsko odpowiedziało ograniczeniem swobody ruchu (trzymano ludzie na otoczonych przez wojskowych wsiach jak w jakichś gettach) i zabijaniem niewinnych obywateli, pod pretekstem pomocy partyzantom. Opisywano tortury jakim byli poddawani podejrzani o kolaborację z buntownikami, o tym, jak pobitych, z powyrywanymi paznokciami i obciętymi uszami pokazano ich rodzinom i spalono żywcem na ich oczach ku przestrodze. Bogowie, ten kraj wycierpiał dużo więcej niż Polska za czasów socjalizmu!

Po filmie kilkoro z nas, uczniów, mianowicie Jules (Julianna), lat ok. 35, Caleb, lat ok. 23 (oboje USA) i Paul, lat ok. 35 (Australia) poszliśmy do Mr. Mullet’s. To taki megahippisowski bar prowadzony przez jednego takiego Australijczyka. Zagraliśmy w partyjkę bilarda (za friko!), potem sobie piliśmy drinki typu Cuba Libre. Dołączył do nas sam właściciel, który sam z siebie, całkiem gratis, nalewał nam 12-letni, pyszny rum, którego można było powoli pić z kieliszka (co nie jest możliwe w przypadku kiepskich rumów lub rumów młodszych). Opowiedział nam, jak kupił to miejsce - był tylko gruz (dosłownie, kupa kamieni z walących się ścian) i pusta przestrzeń. Każdy coś poopowiadał (ja o wyprawie na Łotwę w czasie której próbowałem zmusić dziwnie milcząc-zamkniętych Łotyszy do uśmiechu - czemu akurat ten temat? Bo miałem na sobie koszulkę z Rygi, o którą ktoś akurat zapytał), pogadaliśmy o pracy (Caleb uczy biologii, Julianna angielskiego dzieci imigrantów, Paul pracuje obecnie w wesołym miasteczku przy rollercoasterze, ale sześć lat uczył angielskiego w Korei, gdzie nauczył się koreańskiego) i ogólnie mieliśmy kupę śmiechu. O 23-ej zgaszono 90% świateł i wyłączono muzykę. Takie tu prawo. Szliśmy po miasteczku szukając czegokolwiek otwartego - wszystko zamknięte! Ulice opustoszałe. Jak jakaś pieprzona godzina policyjna! No nic, rozstaliśmy się z poczuciem dobrze spędzonego wieczora…

Znajoma po piórze zapytała mnie, jak to jest, że mówiąc jej w mailach o tych wszystkich ludziach, wspominam o nich, jak o dobrych przyjaciołach. Sam nie wiem jak to wytłumaczyć, ale my tu naprawdę czujemy ze sobą jakąś więź. Gdy budzisz się rano i nad tak pięknym jeziorem na tarasie widzisz te same osoby (Shirley, Arthur), gdy gadasz z nimi przy kawie czy czymś mocniejszym (wspomniany Arthur, ale też kilka razy Claire wieczorem), gdy pijesz z nimi przy ognisku (Caleb, Paul, Julianna), potem grasz z nimi w bilard w jakiejś luzackiej, zabałaganionej knajpie, gdy z gościem gadasz dwa tygodnie dzień w dzień na przerwach w szkole językowj (Phil), a potem spotykasz go w knajpkach na mieście i przy śniadaniu gadasz m.in. o wpływie religii na życie w Ameryce Łacińskiej, gdy codziennie spotykasz megaluzacką parkę na ulicy i po całym dniu rozwalasz się przy ich straganie słuchając o ich życiu, o kraju, miasteczku, trudno się z tymi ludźmi nie skumplować bardziej niż na zwykłe 'Hola”. Poza tym łączy nas specyficzna więź - jesteśmy gośćmi w innym kraju, z dala od domów, w drodze, jesteśmy żądni nowych doświadczeń, przygód, mamy do zaoferowania uśmiech, pozytywne wibracje i sporo opowieści, spostrzeżeń, uczymy się nawzajem czegoś nowego. “A special breed”, jak rzekł Arthur…

Późno! Spaaaać! Dzisiaj opiszę jutro, heh.

 

1 sierpnia

Jednak spróbuję jeszcze coś napisać.

Pochodziłem rano po miasteczku szukając prezentów dla bliskich mi w Polsce i znowu okazywałem się wiele razy mistrzem negocjacji. Na wszystkim zyskiwałem 15-25 procentowy upust! Podoba mi się, że wszystko tu jest rękodziełem, ludzie dosłownie siedzą sobie w swoich sklepikach lub przy swoich straganach i malują, tworzą biżuterię, haftują, dziergają na drewnianych drucikach. I zdawać by się mogło, że po zbiciu ceny z przykładowo 100 na 75 Q z takim trudnym gościem jak ja towar sprzedadzą z fochem na twarzy i wielką łaską w akcencie, jakby to zrobili straganiarze w Polsce. Otóż nie, tu po wydaniu towaru i reszty, każdy - takie miałem wrażenie - z szacunkiem podaje rękę i mówi “Gracias, Amigo”. Nie za pieniądze, za które podziękowali wcześniej, ale za dobry targ i ogólnie zakup u nich.

Potem ostatnie 4 godzinki z Nico. Będzie mi go brakować. To nie były tylko sztywne lekcje, dowiedzieliśmy się o sobie i swoich krajach bardzo wiele, mieliśmy kupę śmiechu no i dwa razy graliśmy w piłę w jednej ekipie, a to już naprawdę coś! Nauczycielem zresztą też był (jest!) dobrym, widać, że szczerze lubi, to co robi. Dałem mu w prezencie koszulkę Hard Rock Kraków (bogowie, zaczynam brzmieć jakby mi tu ulokowano jakiś produkt), taką użytą w Polsce ze dwa razy, niebieską, z grubym nadrukiem, fajnym wzorkiem… Ech… Przykro mi, że będę musiał opuścić to miejsce. Opuścić to miasteczko, w którym ściany domów mają wymalowane cytaty z pisma świętego, rodzinę prowadzącą ten hotel (przeuśmiechnięci i przesympatyczni! - podobnie jak ludzie w całym San Pedro), to turkusowe jezioro, które na każdej fotce wygląda inaczej, ten klimat hippie-luzu na dolnej ulicy wzdłuż jeziora, klimat latino-handlu na głównej ulicy prowadzącej w górę, te schowane w wąskich uliczkach przytulne, ale też luzackie knajpki, moje zajęcia z Nico, innych uczniów, włosko-gwatemalską parkę, Claire, Arthura i Shirley z hotelu i w ogóle no, smutno tak… Ech, jak sobie pomyślę, że nie usłyszę klaksonów tuc-tuców ani świerszczy świerszczących za oknem po nocach…

No ale czas przecież poodkrywać coś nowego!

Niemniej jednak...

Adios, San Pedro la Laguna… :(

 

2 sierpnia

Rano pożegnałem się z rodziną, w której hotelu wynajmowałem pokój po czym tuk-tukiem udałem się na autobus odjeżdżający w stronę stolicy spod centralnego kościoła w miasteczku. Patrzyłem jak ludzie powoli otwierają sklepy, jak dzieciaki małe i dzieciaki większe popierdzielają do szkoły, jak tuk-tuki wożą ludzi do pracy, jak to urocze miasteczko, San Pedro la Laguna budzi się do życia. Przykro było mieć świadomość, że dla mnie za chwilę umrze i stanie się tylko cudownym wspomnieniem, do którego będę wracał z niejedną łzą w niejednym oku.

Ktoś tu drukuje gazetkę, w której mogą reklamować się różni przedsiębiorcy z miasteczek leżącym nad jeziorem: właściciele barów, masażyści, właściciele hoteli. Po angielsku! Podobnie jak opisy miasteczek czy innych ciekawostek (np. krwawa

pełnia, która w San Pedro była tylko pomarańczowo). Gazetkę sobie można wziąć z barów czy hoteli, całkowicie za friko. Tak też dowiedziałem się, jak dostać się do miasteczka Antigua, leżącego dosyć blisko stolicy. Trzeba było tylko przesiąść się w odpowiednim miejscu, mianowicie w Chimaltenango. Warto czytać do śniadania! Każda informacja na wagę złota, albo przynajmniej ciekawej podróży. Zapłaciłem 30 Q (16 zł) i wsiadłem. Jechaliśmy wpierw w górę krętymi szosami, kierowca zbliżając się do ostrych zakrętów, których drugą stronę zasłaniała skała, pociągając za linkę używał swojego głośnego, ryczącego nieznośnie klaksonu. Czasem to czynił nawoływacz, o roli którego gdzieś tam już kiedyś, ponad dwa tygodnie temu, wspominałem. Z dziwną nostalgią patrzyłem na oddalające się i stające się coraz mniejsze jezioro. Jest tak ważne dla mieszkańców! Kiedyś dawało ryby, dzisiaj przyciąga turystów. Mieszkańcy, tu na przykładzie mojej wyprawy do Panajachel (wtedy gdy jechałem po filmik), potrafią iść przez ulice z transparentem “Boże miej w opiece nasze jezioro”, ale z drugiej strony piorą w nim rano i wieczorami używając chemikaliów i myją włosy używając szamponów. Dzień po dniu, w każdym miasteczku… Rozumiem, nie mają wody w domach, tyle co nałapią deszczówki do beczek stojących na każdym dachu, ale po coś przecież wybierają lokalne i centralne władze. A tak, racja. Za co mają mieć budowaną kanalizację, skoro ani razu za nic nie dano mi tu oficjalnego paragonu. Rachunek na gębę, kartkę papieru zapisaną długopisem albo jakiś ładny kwitek z pieczątką, niebędący fiskalnym dowodem zakupu obligującym wystawiającego do odprowadzenia podatku. Po prostu NIKT tu nie płaci podatków od dochodu.

A tacy właściciele niektórych hoteli naprawdę trzepią grube pieniądze…

Niemniej jednak, wracając, oddalające się jezioro napełniało smutkiem. Wiadomo, chciałoby się wrócić, ale jest przecież jeszcze tyle miejsc do zobaczenia!

Gdzieś w połowie drogi przysiadła się do mnie jakaś starsza pani, troszkę z nią prosto porozmawiałem, ale to dobrze, bo powiedziała mi kiedy wysiąść (“Razem ze mną, bo ja też tam wysiadam”) i gdzie złapać autobus do Antiguy.

Chimaltenango, 5 Q i można jechać. Na pierwszym przystanku całkowicie zapełnił się licealistami. Jedli chipsy, jeden z nich, ewidentny lider męskiej części uczniów, ssał lizaka i pokazywał swoją chicę (dziewczynę) w czasie jakiegoś balu. Pewnie niejedna patrzy na niego marząc o wiadomych rzeczach, bo to taki typ był. Urodzony, pewny siebie lider. Chłopcy słuchali go z respektem, a nawet pewną dozą lizusostwa. Nawet tutaj, w ten latyno-indiańskiej społeczności życie ma pewne elementy podobne do zachodnich społeczeństw. Jechaliśmy przez naprawdę małe wioseczki, z witryn sklepikowych domyślam się, że - tak jak u nas Kalwaria Zebrzydowska jest zagłębiem meblowym - ten region jest zagłębiem garbarskim, gdzie dominuje wyrób butów do jazdy konnej, kapeluszy, siodeł, kamizelek. Wszystko ze skóry, z dominującą rolą wysokich, kowbojskich butów.

A sama Antigua? Ładna, kolonialna, z szerokimi uliczkami wyłożonymi kamiennym brukiem (współczuję kierowcom!). Dużo tu knajpek i sklepików, również bardzo drogich i eleganckich. Widzi się tu też turystów, przez których ceny są windowane w górę. Smutną atrakcję stanowią ruiny kościołów, które ucierpiały w wyniku licznych tutaj trzęsień ziemi.

Usiadłem w pierwszej lepszej, swojskiej i, co dziwne, taniej knajpce (kawa 5 Q), włączyłem wi-fi i zacząłem szukać czegoś na airbnb.com. Znalazłem pokój, 42 zł. Jak się okazało, jest to rodzaj hostelu, ale więcej prócz łóżka, prysznica i drzwi na klucz mi nie trzeba było. Bo miałem plan! Po obejrzeniu mojej mnisiej celi (bogowie, to naprawdę najgorsza klitka jaką w życiu wynajmowałem, no ale ma to też swój jakiś urok!) gotówką wykupiłem jeszcze jedną noc (więc wyszły już dwie)  i udałem się po bilety, aby dotrzeć do miejscowości zwanej Flores. To daleko, 9 godzin jazdy ze stolicy, do której też się musiałem dostać. Poprosiłem o pośrednictwo jakieś miniaturowe biuro podróży (dosłownie stolik w progu wejścia do prywatnego domu), nie wyszło mnie to zbyt tanio, ale być w Gwatemali i nie pojechać tam, gdzie zamierzałem, to by był śmiertelny grzech! Wszystko poszło gładko! Zameldowałem się po 14-j, zakupiłem bilet na 18-tą, coś zeżarłem w pół godziny, znalazłem pocztę wysyłającą kartki za granicę (12 zł jeden znaczek!), przepakowałem się, główny bagaż zostawiając w tym hostelu (drzwi do pokoju są naprawdę masywne! - jak do więziennej celi, więc podejrzewam, że nic nie zginie), ponad godzinkę chodziłem po mieście, aż w końcu stanąłem sobie przed wejściem do hostelu (La Quinta! - radzę dobrze obejrzeć proponowany pokój przed zatwierdzeniem rezerwacji) i czekałem. Czekałem i czekałem. I jeszcze czekałem. Godzina! Kurna! No ale nadjechał! Gostek wpakował mnie w eleganckiego jeepa i pojechaliśmy do stolicy, Ciudad de Guatemala (lub Gwatemala City w wersji angielskiej). Kierowca w drodze wziął ode mnie jeden z biletów (kwitków), dał mi komórkę i powiedział bym zrobił sobie zdjęcie elektronicznych wersji na trasę Gwatemala City - Flores, bo to co mi w biurze dali, to potwierdzenia dla mnie i dla niego, za które otrzyma kasę za ten kurs. No dobra, spoko, dziwna sprawa, ale nie robicie tego chyba pierwszy raz, poza tym w hostelu mam Biblię, która, jakby co, dowiecie się, do czego może posłużyć! (już wyobraziłem sobie tryskający krwią uderzony nią łuk brwiowy!)

Wjazd do miasta - wszyscy mieli zasłonięte, mocno przyciemnione szyby. Boją się! Póki cię nie widać, atakujący nie wie, kogo napada. Jak masz krawacik, jesteś łysym białym kołnierzykiem w okularkach, pewnie na którychś światłach albo oddasz auto po dobroci, albo dostaniesz kulkę (no chyba, że masz czarne szyby, co utrudnia rekognicję i chyba co ważniejsze, celowanie). Dużo podejrzanych elementów na ulicach, ciemnych zaułków, graffitti. Dworzec okazał się być niedaleko ulicy, przy której mieszkałem, ale jakże ta Zona nocą ponuro, depresyjnie i strasznie wyglądała. Samo zło! Nawet przed wejściem na dworzec stał mroczno-mętnie patrzący gość z kilkudziesięcioma zegarkami na sprzedaż. Sam dworzec to taka komuna - zaniedbane płytki sprzed 30 lat i tandetne drewniane listwy, z których dawno już poschodziła farba. Gdzieniegdzie się jeszcze łuszczyła, dopełniając widoku grozy. Mętne światło, zmęczeni ludzie. Godzina czekania. Jakiś pijak przez drzwi zaczął coś krzyczeć, ochroniarz na szczęście szybko i stanowczo go wyprosił.

Zostaliśmy poproszeni o stanięcie w kolejce i oddanie dużych bagaży. Każdy skrupulatnie ważono. Ja duże graty zostawiłem w hostelu (wspominałem, że drzwi do pokoju są jak drzwi do berlińskiego bunkru Hitlera?), więc stanąłem w drugiej kolejeczce, gdzie miła pani sprawdzała bilety (z moim zdjęciem komórki na komórce [kurna, czy życie nie może być czasem prostsze?!] nie było problemu - sprawdziła tylko, czy taki pasażer jak ja, jest na liście), natomiast ochroniarz pobieżne sprawdził nam plecaki (!) i nas wymacał (!). Tak się tu boją wniesienia broni i tego, że ktoś nagle w czasie jazdy wstanie i krzyknie, wyjmując spluwę!, “wyskakiwać z kasy!”. W kolejce spotkałem miłą Szkotkę, która okaże się ważną częścią tej historii. O tym jednak później! Pogadaliśmy, ale jako iż mieliśmy numerowane miejsca, usiedliśmy osobno. Do autobusu chwilę poteem wszedł ochroniarz, mówił coś o bezpiecznej podróży, na koniec zrobił ręką krzyż, na co… CAŁY autobus odparł “Gracias”’ Po nim przemówienie zrobił kierowca (podróż potrwa 9 godzin, będą przerwy na stacjach, itd.), życzył wszystkim miłej podróży, na co znowu, w jednym momencie WSZYSCY odparli 'Gracias”. Oprócz kilku obcokrajowców, w tym zdziwionym mnie. Miejsce przy przejściu, nóżki (nadal bolące po wulkanie! i to mocno!) wyciągnięte, fotel rozsunięty i.. jak na autobus spało się super! Linea Dorada - polecam! Tylko normą w Centralnej Ameryce jest, że tu w autobusach schładzają powietrze upodobniając ich wnętrze do chłodni. Kobiety nałożyły czapki i kurtki, mnie musiała wystarczyć cienka macho-koszulka założona na podkoszulek. Zasnąłem, budziłem się kilka razy, ale zaraz też zasypiałem, co miało w sumie jakieś swoje plusy, bo mogłem cieszyć się kilkoma głupimi snami, zamiast jednym długim ;) No i tak noc przeleciała!

 

 

3 sierpnia

Siedzę w autobusie powrotnym, jest 19:30 (19:28, precyzując), jestem w pobliżu Boca del Monte (Usta Góry) właśnie skończyłem poprzednią notkę. Na czym? Ano tak, spało się. Tuż przed dotarciem do Flores (właściwie do St Elen Peten, co jest w sumie chyba częścią Flores), autobus zatrzymał się, do niego wpadło dwóch gości.

 

Tu suspens! Czego chcieli? Po co przyszli? Ha, by się dowiedzieć, trzeba jeszcze chwilę wytrzymać. Albo dwie! No dobra, dobra, już mówię!

Od razu krzyknęli. “Dzień dobry, szczególnie turystom! Kto jedzie do Tical? Ty?”, wskazał na ledwo wybudzonego mnie. No, tak, moim celem był właśnie Tikal. Szedł wzdłuż autobusu. Ty? Ty? Kto do Tikal? Biorę do Tikal. Pomyślałem na wpół-śpiący, że ten autobus rzeczywiście na bilecie nie miał napisane Flores tylko St Elen Peten, a babka mówiła, że autobus do Tikal muszę łapać z Flores. “Ale autobusy we Flores”, mu mówię. “Tu jest Flores! Ja zawiozę, inaczej nie da rady”. Żesz w ryj. Patrzę, jak niektórzy wstają i idą za nim. No to ja też, a co mi tam! Wpakowali nas do vana, po 3 minutach stanęliśmy pod biurem turystycznym. Zrozumiałem sytuację. Gość miał układ z kierowcami, pewnie coś im odpala, za co oni pozwalają mu zgarniać śpiących jeszcze turystów. Cena 100 Q (60 zł) za transfer w dwie strony. Kończy mi się kasa, więc ta kwota jakoś mi się nie uśmiechała, ale w sumie nie wiedziałem zbytnio gdzie byliśmy, nikt mnie nie zmuszał do skorzystania z jego oferty, ale łażenie po jakimś mieście i szukanie transportu na własną rękę jakoś mi się nie uśmiechało. No kupiłem, trudno. Ta poznana wcześniej Szkotka, też jadąca do Tikal, znalazła jakiś turystyczny autobus na własną rękę i zapłaciła tylko 3 dolary mniej, więc w zasadzie tyle kosztował mnie brak straconego czasu. A jeszcze kierowca, do którego podprowadził nas właściciel tego biura, wziął nas do… banku, byśmy tam kupili bilet do Parku Tikal. Szkotka natomiast miała problemy z kupieniem go przy bramkach do Parku. Skąd to wiem? Bo spotkałem ją przed wejściem do kibelków, już na miejscu.

 

 

Tikal.
Opowiedzieliśmy sobie nasze historie i zdecydowaliśmy, że dość rozległy teren parku obejrzymy sobie we dwoje! I bardzo dobrze się stało, bo oprócz tego, że gdy moja mapka z przewodnika zawodziła, przydawała się jej z aplikacji telefonicznej, oprócz tego, że ja mogłem robić zdjęcia jej, a ona mnie, to jeszcze tak się megafajnie rozmawiało, że aż żal było się rozstawać. Wśród miliona tematów związanych z samym parkiem, z życiem, były też takie sięgające aż po teorię równoległych wszechświatów czy łączenie się z naszymi równoległymi odbiciami poprzez sny, w których prowadzimy inne życie, jakiś jego wycinek, ale wiemy o nim wszystko, znamy cały jego wcześniejszy kształt i kontekst śniącej się sytuacji mimo, że przeszłość owego życia wcale nam się wcześniej nie zdarzyła/nie przyśniła. No takie tam tematy.

 

(niższa część pisana jest już z Ciudad de Guatemala, jako, że obok mnie w autobusie usiadł jakiś pan i trochę ciasno się zrobiło)

Chodziliśmy po miejscu bytowania starożytnych Majów przez jakieś cztery godziny. Dróżki wijące się po dżungli prowadziły nas od jednej piramidy/świątyni do kolejnej, po drodze mogliśmy podziwiać sznureczki wędrujących mrówek, kopulujące gigantyczne świerszcze czy chodzące sobie powoli ni to szopy ni oposy z długimi, sterczącymi w górę ogonami.

Same świątynie robiły piorunujące wrażenie, zwłaszcza, że to low-season i nie były otoczone turystami. Po prostu ja i Shevyn szliśmy sobie ścieżką, na końcu której po jakimś czasie wyłaniały się te kamienne cuda! Czemu służyły? Jak je projektowano? Są przecież tak doskonale symetryczne! Staliśmy przed nimi zafascynowani ich wielkością, sami, tacy malutcy naprzeciw nich. Na nich też, bo można się na nie wspinać. Trafialiśmy też na mniejsze budowle, jak np. dawne kompleksy mieszkalne, które swą tajemniczością i otaczającą je ciszą również zapierały dech w piersiach. Nawet budynki codziennego użytku miały wysokie bloki, często będące schodami. Nam ciężko było się na nie wdrapywać, co dopiero tym małym Majom. A drzewa? Np. plac między siedmioma piramidami jest rzadko, ale jednak zalesiony. Czy tak to wówczas wyglądało? Każde drzewo w sumie rzuca jakiś cień, co przy tak wysokich temperaturach, jakie dzisiaj panowały, czyniło je czymś bardzo cennym. No i te schody strzelających w niebo piramid. Czy po nich toczyły się głowy pochwyconych gdzieś w innych rejonach potężnej dżungli jeńców, a może czerepy członków własnego plemienia przeznaczonych na ofiarę? Takie pytania zadawaliśmy sobie na głos, nie znajdując, oczywiście, odpowiedzi. Wspomnieć też musieliśmy film “Apocalypto” Gibsona, zastanawiając się, ile z niego było prawdą.

Park strasznie nam się podobał. Jego naturalność, dzikość (kilka razy dojrzeliśmy urocze ostronosy białonose [nasua narica]), mistyczne tajemnice obiektów, jakie w sobie skrywa…

Wróciliśmy do punktu wyjścia, w jednej z budek kupiliśmy colę, a Shevyn w zacienionym przez drzewa miejscu rozbiła kocyk. Piknik! 20 minut podsumowań. “Artur, naucz mnie czegoś po polsku, co rozbawi Polaków, jak kiedyś jakichś spotkam.”

Hmm. Miks czegoś brzydkiego z czymś pozytywnym? No dobra… “When you meet a Pole, say with a broad smile Kur.., dobrze dziś wyglądasz!” Powtórzyła i tak jak myślałem, w jej ustach zabrzmiało to przekomicznie! Dopiliśmy colę, czule się pożegnaliśmy i ruszyliśmy na poszukiwanie naszych busów. Kierowca mojego odwiózł mnie wprost na dworzec! Zrobiłbym awanturę, gdyby tego nie zrobił! Serio!

Ciekawostka - na dworcu, jednym ze stanowisk na dworcu serwujących żarcie, zamówiłem sobie hot-doga. ”Z kurczakiem czy z szynką?”, usłyszałem pytanie. Co kurna?! Tłumaczyłem jak mogłem, że hot dog z parówką, kiełbasą, długą, ze świni, na co 'pani bufetowa’

reagowała zdziwieniem. Pokazała mi takie kiełbasy kulki, pytając czy mogą być. Teraz to ja zrobiłem wielkie oczy, no ale skoro proponuje, to musi mieć na to pomysł. Przytaknąłem, że tak, ciekaw, co z tego przyrządzi. Jak się okazało, zmieliła to mięso i doprawiła ketchupem, po czym podała podgrzane w hot-dogowej bułce! Oboje mieliśmy z tego dużo śmiechu, no ale było to zjadliwe, haha.

Jak wspomniałem w nawiasie gdzieś wyżej, jestem w Ciudad de Guatemala. Babka z biura źle obliczyła czas powrotu i na gościa, który zawiezie mnie do Antiguy mam 3 godz. czekania.

W tej starej poczekalni panuję pół, a nawet 3/4 mroku. Piszę ze 40 minut, słyszę chrapanie, kaszel i kichanie. Jest 04:30 (04:28).  Jak w jakiejś szpitalnej, nie autobusowej poczekalni. Ludzie śpią w kurtkach, mi jest nawet za ciepło w moich szortach i podkoszulku. Bramę, bo trudno to masywne, żelazne coś nazwać drzwiami, otwiera czasem i zamyka z hukiem strażnik. Okna zasłaniają rolety, zza których, dzięki krwistemu światłu z ulicy, złowieszczo prześwitują kraty. Przez ściany, z zewnątrz, słychać bełkotliwy śpiew jakiegoś pijaka. To chrapanie tu brzmi jak dźwięki wydawane przez zombie. Tak, jakbyśmy się tu przed nimi ukryli… Straszne. Ale jeszcze straszniejsze, że barykadujemy się przed istotami (jeszcze) zwanymi… ludźmi...

No nic. Poczekam jeszcze to 1,5 godziny...

Reszta może jutro. Padam! :)

 

4 sierpnia (pisane 5-go)


W takiej solo podróży mogą wyniknąć różne problemy. Wiadomo, niektórym da się zapobiec, np. można zaszczepić się na żółtą febrę, zmieniać PIN po każdej wypłacie z bankomatu, nie obnosić się z gotówką. Innym perturbacjom, kiedy się pojawią, trzeba przeciwdziałać, np. wziąć węgielek albo inny środek na wiadomo co, zażyć przeciwbóle na kaca… Dopóki nie jest się w stanie agonalnym, w 90% przypadków można coś zrobić. Jak w przypadku dwóch ze wczoraj. Pierwszym był
1) NIEPOJAWAJĄCY SIĘ TRANSPORT, który został wcześniej dograny.
Rozwiązanie: Skombinować sobie inny.
Ten gość, na którego czekałem w Gwatemala City nie przyjechał. Czekałem do 7:10. 4 godziny 10 minut, bo miał się pojawić o 6:00, a ja przyjechałem już o 3:00 w nocy. Jako że w stolicy Gwatemali nie ma jednego centralnego dworca (już to przerabiałem kiedyś, więc się nie zdziwiłem), a nie zakupiłem jednak lokalnej SIM karty i w związku z brakiem wi-fi, nie mogłem wyszukać jakichś wskazówek, wziąłem taksę. Za 35 Q (18 zł) podwiózł mnie pod duży garaż, z którego wyjeżdżały chicken busy do Antiguy. 15 Q (8 zł). Nawoływaczem był karzełek, a kierowcą bardzo sympatyczny gość, który do młodzieży szkolnej zwracał się per “Jovenes, jovenes” (Młodzieży, młodzieży). Młodzieży, wchodzimy, młodzieży, wioska taka i taka. Młodzi go lubili, bo z sympatią mówili mu dzień dobry i do widzenia. Po powrocie poszedłem do pani, z którą dograłem część mojej podróży do Tikal i wyjaśniłem sytuację. 1,5 godziny negocjacji by odzyskać moje 50 Q (taxi i bus). Gdyby wiedział, że to tyle zajmie, to bym odpuścił. Moja rozmówczyni dzwoniła do agencji zatrudniającej pana kierowcę, ta kazała czekać, wezwała pana kierowcę, oddzwoniła, okazało się, że kierowca twierdził, że chodził po dworcu i pytał ludzi czy oni to nie ja, na co wykrzyknąłem “Mentiroso!” (Zakłamany! - wspominałem, że mój hiszpański jest zabawny!), wyjaśniłem, że od szóstej do siódmej dziesięć to ja przy samych drzwiach stałem. Telefony, telefony, telefony. Pani w końcu powiedziała, że da mi upust na wycieczkę do Salwadoru, bo przed wyjazdem do Tikal dopytywałem gdzie i za ile konkretnie jeżdżą. No dobra, 50 Q, tyle co straciłem? To super! Zamówiłem na na następny dzień, na 5-go.

2) BRAK MIEJSC W HOTELU
Znaleźć sobie inne miejsce.
Przyszedłem po dwóch nocach do tego mojego koszmarnego hostelu (który był z to koszmarnie tani) i chciałem sobie przedłużyć pobyt o noc, ale… byli w pełni zabookowani! No to kicha. Wyjąłem telefon i za 20 dolarów przez airbnb wynająłem całe mieszkanko.


3) REZERWACJA MIESZKANIA NIEZUPEŁNIE SIĘ UDAJE
Robić wszystko by odzyskać pieniądze.
Właściciel nie odpowiadał na wiadomości. Pani w recepcji była megamiła, zadzwoniła do niego - nie odbierał, nie było sygnału. “No dobra, może jest w robocie albo rozładował mu się telefon, spróbuję potem”. Poprosiłem recepcjonistkę by przechowali na parę godzin moje rzeczy, ja sobie poszedłem na targ by dokupić jakieś prezenty, a może i kupić nawet coś dla siebie. Nie wiedziałem, że targ w Antigui był tak gigantyczny! Zgubiłem się w nim, zapadłem w jego czeluściach jak kamień w wodzie. Owoce, przyprawy, ryby, mięso, kosmetyki, dywany, ubrania (nawet… jeansy Adidasa! - widać gwatemalskie prawo akceptuje podróbki), zasłony, rowery, żywe pieski, żywe kurki, rzeźby, obrazy, przybory szkolne, no wszystko czego człowiek potrzebuje jak i to, czego nie potrzebuje wcale! Coś tam zakupiłem (dla siebie koszulkę reprezentacji Gwatemali - niby oryginał, ale nie byłbym taki pewien, lol), właściciel wynajętej chaty dalej milczał. “Wezmę moją Biblię i tam pójdę! Zobaczy, co mu nią zrobię”, pomyślałem, co też uczyniłem. Tzn. Biblii nie wziąłem, ale pójść, owszem, poszedłem.
W międzyczasie zaczęło lać jak z cebra. Ukryłem się pod jakimś daszkiem, poczekałem 20 minut. Przestało padać, na uliczkach zaczęli pojawiać się ludzie. Właściwie to pojawiali się na chodnikach, bo ulice były tak zalane, że nie dało się ich przejść. Miasto zbudowane jest na lekkim pochyle, więc wody, niczym rwące strumienie, gnały szparko w dół. 30 minut musiało upłynąć nim przestały spływać brukowanymi, kamiennymi ulicami. Mogłem kontynuować mój marsz po sprawiedliwość! W końcu dotarłem pod to mieszkanie. Zacząłem walić w drzwi, otwarł mi 40-50 letni gringo (biały) z podkrążonymi oczami. Zionęło od niego tytoniem i mocnym zapachem trawy. Po chwili u jego boku stanęła niska Azjatka. O co chodzi? No jak o co? No ja tu mieszkanie wynająłem! Od kogo? Pacho ksywa, Louis imię, czy coś. Wprowadzili mnie dalej, tam jakaś 30-letnia para białych siedziała w oparach dymu. “Amigo, my tu mieszkamy. Louis poleciał do Francji. Wynajął ci mieszkanie? No way! Serio?” i w śmiech. Smród, brud i czworo najaranych ludzi. Adios Amigos! Louis, fucking fucker! i szedłem do tego makabrycznego hostelu by złapać tam sygnał wi-fi i odzyskać kasę z airbnb. Opisałem problem, oddano mi kasę, którą Louis miał dostać, ale na prowizję, którą wziął serwis (13 zł) będę musiał poczekać.
(Edit – po powrocie: wszystko mi zwrócono i airbnb dał mi jeszcze kod na 130 zł ekstra do wykorzystania przez rok: świetnie!)
Nie wnikam, czy Louis chciał mnie naciągnąć, ale raczej wydaje mi się, że pod jego nieobecność na mieszkanie wprowadzili się po prostu jego kumple.


4) PATRZ PUNKT 2 i PATRZ PUNKT 3
Na booking.com były jakieś resztki drogich miejscówek, na airbnb tylko pokoje w mieszkaniach, postanowiłem więc ruszyć zadek i osobiści popytać. Antigua to miasto turystyczne, popularne, szczególnie w sobotę. Znalazłem pokój w hostelu z dzieloną łazienką. Nawet dwoma łazienkami. Nie, nie są dzielona z innym pokojem, ale wszystkimi pokojami. Są po prostu wspólne. Wziąłem więc ten pokój jednak, bo łazienka znajdowała się naprzeciwko mojego pokoju (więc wystarczyło tylko przeskoczyć korytarz) i była bardzo czysta. Ufff. Dopiero jak już wsio dograłem, to ze spokojem ducha poszedłem na nocne zwiedzanie miasteczka i na uspokajające cygaro w towarzystwie czegoś procentowego.
W tych rejonach warto połazić i samemu czegoś poszukać, bo może tylko z 10% hoteli/hosteli się ogłasza w necie….
Jeszcze taka rada dla wjeżdżających do Gwatemali z innego kraju – warto pomyśleć o wcześniejszej wymianie waluty albo wymianie na granicy; jak wspominałem, bankomaty biorą 4-5 dolarów (14-18 zł) prowizji przy każdej wypłacie. Mają limit, więc nie ma mowy o jednorazowej wypłacie np. 1500 zł.

 

5 sierpnia

Siedzę w vanie z czterema rządkami siedzeń. Mam trzy obok tylko dla siebie do dyspozycji. Za mną Włoch z okolic Wenecji - też trzy do dyspozycji. Za nami jakaś latynoska chica, która z racji tego, że jest jakaś nietowarzyska (a raczej nie zna angielskiego), nie przedstawiła się ani nic. Mamy klimę, ekranik z odtwarzaczem DVD pod dachem, ale nikt nie chcę nic oglądać (kierowca dał nam saszetkę z płytami do przeglądnięcia). Ja sobie piszę tę notkę, zaraz coś poczytam, Włoch śpi, a chica przykleiła się do okna i się w nie patrzy nieobecnym wzrokiem.
Na tego vana czekałem 50 minut, ale nie panikowałem, bo… Patrz punkty 1-4. Zawsze są jakieś alternatywne rozwiązania! Kierowca, Ronald, jest bardzo miły, czasem głośno śpiewa do cicho lecącej latynoskiej muzyki. Zapierdziela aż miło!
Bez odbioru!

 

 5 sierpnia, c.d. już Salwador

Wow! Zatrzymaliśmy się na stacji, chica (Gwatemalka, podpatrzyłem jak na granicy oddawała paszport do kontroli) wysiadła siku, Włoch na fajeczkę, ja zostałem w aucie z kierowcą, który zaczął coś mówić o swoim kraju, Hondurasie gdy nagle… podjechało do nas policyjne auto, szybko wysiadły z niego gliny (dwójka ich była) i machając kierowcy pistoletem przed oczyma kazali mu wysiąść! A tam już jak w filmie!
Za szmaty, na maskę policyjnego auta, kopniakami ciężkimi buciorami w stopy rozsunięto mu nogi i rozpoczęto stanowcze przeszukanie, przerywane brutalnym poprawianiem rąk na głowie. Byłem zdumiony i przerażony brutalnością funkcjonariuszy. What da fuck!? - myślałem. Jeden z nich podszedł do drzwi, otworzył je i kazał mi wysiąść. Spodziewałem się podobnego traktowania, ale widział, żem jakiś z innej bajki, zapytał “Turista?”, po czym po prostu sobie obok mnie stanął. Za chwilę dołączyła do mnie Gwatemalka i Włoch. Funkcjonariusze spuścili z tonu. Zebrali nasz wszystkich razem i jeden z nich (obaj po pięćdziesiątce) zaczął tłumaczyć kierowcy. “Widział pan punkt kontrolny? Minął go pan na pełnej prędkości. W Stanach Zjednoczonych od razu by za panem poleciały kulki i rozpoczął by się pełny pościg. Wiezie pan turystów, jaki przykład szacunku do władz im pan daje? Poza tym jak pan tą ciężarówkę mijał? Jak pan jeździ, jak wariat! Turystów pan wiezie, jest pan za nich odpowiedzialny. Dostaje pan dwa mandaty. Niezatrzymanie się do kontroli i przekroczenie prędkości.”. Poszli wypisać mandat, ten drugi policjant przeszukał nam z grubsza vana (w sumie ni to osobówka, ni van), powiedział, że jak nasz kierowca będzie tak pędził na złamanie karku, mamy mu zwracać uwagę. Jest cała masa wypadków przez takich jak on. Mówił to fajnym tonem, bardzo spokojnie, można pomyśleć, że jeśli ma wnuki, jest dla nich najlepszym dziadkiem na świecie.
Widziałem obie te sceny, ta kontrola była taka dziwna, bo radiowozy stały po obu stronach drogi i zajmowały się zatrzymanymi już pojazdami, środek drogi był całkiem wolny, troszkę ograniczony słupkami (pionkami), tworząc jeden pas, więc nasz kierowca nim śmignął. Ja też bym tak pewnie zrobił. Może niezatrzymanie się w takiej sytuacji wynika z tego, że jest z Hondurasu i przepisy tam są nieco inne? Bo, jak piszę, nikt nie machał, nie było żadnego znaku sugerującego kontrolę, policjanci już się kimś zajmowali...
Co do ciężarówki to racja, jechał bardzo szybko. Pytanie jednak brzmi - goście jechali za nami dość długo, nie włączyli sygnału, nie próbowali nas zatrzymywać. Jak podejrzewał Ronald, kierowca, liczyli na więcej wykroczeń by łatwiej uzyskać łapówkę. No i ta brutalność… Czy zasadna…? Gliniarz w sumie miał racje, w USA to megapoważne przestępstwo jest…
Włoch zna hiszpański bardzo dobrze, bajeruje Gwatemalkę (haha, czemu mnie to nie dziwi?!). A ja sobie piszę… I jest fajnie! :)
Ale zaraz spróbuję się podłączyć do dyskusji!

 

El Tunco, 5 sierpnia c.d. (pisane 7-go)

9:53, siedzę na plaży El Tunco w południowo zachodnim Salwadorze. Zadekowałem się tu, w tej małej mieścince leżącym między drogą główną prowadzącą do La Libertad, a plażą. Wrócę jeszcze do naszego przyjazdu 5 sierpnia.

Nasza amiga została wysadzona pod hotelem Monkey Lala i jak się okazało, jest didżejką, która została tam zaproszona by w nocy umilać ludziom relaks na plaży. Razem z Włochem, Andrem, postanowiliśmy wpaść., popatrzeć i posłuchać. W międzyczasie udaliśmy się do swoich hotelików. Mój znajduje się z 5 minut na nogach od plaży, znajduje się obok głównej drogi. Wypakowałem się, zrzuciłem z siebie wszystko i świecąc białym tyłkiem wskoczyłem pod prysznic. I zonk! Gdzie woda?! Od razu tup tup tup do administracji, pani powiedziała bym poczekał, ona naprawi. Gdzieś poszła, ale po 5 minutach puk puk w drzwi - los sientos, seńor, no agua. Zmienić pokój. No to Artur zmienić pokój. Woda jest, łazienka malutka, pokój też, ale nie jest najgorzej. Wziąłem prysznic i ruszyłem na miasto. Z Andrem się skumplowaliśmy w tym vanie na tyle, że umówliśmy się na 16-tą pod bankomatami. Popytałem miejscowych, tutaj są tylko trzy. Jednak, jak się okazało, żaden nie chciał wypłacić kasy ani mnie, ani Andre! No kicha… Ale miałem jeszcze sporo gotówki przy sobie (tzn. na skromne przeżycie 2-3 dni). To miasteczko, El Tunco, to nie miasteczko, to właściwie wioska. Dwie, trzy ulice, ale w niedzielę było pełne turystów z okolicznych miasteczek i wsi. Posiada kamienistą plażę z cudownie niebieskim morzem i wystającą z niego oblepioną kamieniami skałą. Wzdłuż plaży, jakieś 15 metrów od morza, mieszczą się zadaszone, otwarte knajpki (toteż pas plaży jest dość wąski). Niektóre są tylko knajpkami, niektóre są częścią hoteli, ale wszystkie te lokale są bardzo zadbane i takie, rzekłbym, przytulne. Małe piwo 2 dolary (w Salwadorze używają US dollars), jedzenie też w przyzwoitych cenach. Można sobie pić, jeść mając morze tuż pod nosem.
W Monkey Lala spotkałem naszą Amigę wypakowującą swój sprzęt z małych, metalowych walizeczek, przy okazji podłączała się jeszcze pod laptopa. Uściski, prosta wymiana zdań po hiszpańsku - zagra po 18-ej, najpierw jakaś kapela, która kończyła montować się na plaży.

Z Andre wzięliśmy leżaczki i jak lordowie zainstalowaliśmy się 10 metrów od zespołu. Grali około 2 godzin, przerabiając Black Sabbat, Pink Floyd i inne na rockowo-bluesową modłę. Wokalista był biały, z Kanady (zamieniliśmy parę słów po koncercie), reszta to chłopaki z Salwadoru (ale technicznie świetni!!). Miałem na sobie czarną, metalową koszulkę z motylem z trupią czaszką na grzbiecie, kozią bródkę na ryju, długie włosy, więc w kibelku zagadał do mnie pewien gość. “Słuchasz metalu?”. No… tak. Zapytał skąd jestem, zaczął mówić mi o polskich zespołach, Behemocie, Batushce, pogadaliśmy nawet o tym jaka 'niespodzianka’ spotkała chłopaków z Gorgoroth w Polsce w 2004 kiedy rozpięli nagie kobiety na krzyżu i wystawili nabite na pale krowie łby (to już 14 lat?!). Skubaniec o tym wszystkim wiedział! Przy okazji goście z nami w kolejce zaproponowali nam fajkę nabitą zielem. Heh, zabawne… To w Salwadorze też jest wszędzie! Łapki umyłem w wodzie lecącej nie z kranu wpostaci rurki, acz gustownej muszelki, jednej z trzech do dyspozycji odwiedzających kibelek ;)

Wróciłem na leżaczek, muzykę zaczęła puszczać nasza amiga z Gwatemali. Nie jestem fanem techno, ale muszę przyznać, że potrafi trzymać rytm i tworzyć interesujące dźwięki! Z Andrem wypiliśmy już parę piwek więc zagawędziliśmy o… historii Europy (z uwzględnieniem Włoch szczególnie). Zaczęliśmy od XIX wieku, od Garibaldiego i zjednoczenia Włoch szliśmy tropem pierwszej wojny światowej, aż do drugiej, z powieszeniem Duche (Mussoliniego) włącznie. Zgodziliśmy się, że Unia Europejska, swego rodzaju gwarant wewnętrznego pokoju, to najlepsza rzecz, jaka mogła nas spotkać. Po północy mnie opuścił, bo okazało się, że jego hotel jest w ch.. daleko i musi do niego iść prawie godzinę. Zostałem więc sam i jakież było moje zdziwienie gdy po skończonym koncercie podeszła do mnie nasza amiga z Gwatemali razem z kelnereczką, z która zamieniłem parę słów przy okazji kupowania piwka (i potem też).
W ręku lufka, na twarzach uśmiechy, no i tak się jakoś zdarzyło, że obudziłem się w innym miejscu niż mój pokój hotelowy…

 

6 sierpnia (pisane 7-go)

No więc tak. Z rana, z Marią (Nikaraguanką), tą poznaną wczoraj uroczą kelnereczką, poszedłem w pobliże bankomatów, bo tam umówiłem się z Andrem. Tutaj kolejna prosta rada, mianowicie:
CO ZROBIĆ GDY BANKOMATY NIE WYPŁACAJĄ KASY (EUROPEJCZYKOM)

Rozwiązanie: Próbować w inny dzień lub próbować innych w pobliskich miasteczkach.
Mieliśmy udać się do bankomatów w La Libertad, ale w czasie gdy Andre jeszcze nie nadszedł, spróbowałem jednego z tych, które nie działały poprzedniego dnia. Skurczybyk ZADZIAŁAŁ!
Doszedł do nas Andre, spróbował dwóch bankomatów, ale jemu nie chciały niestety wypłacić. Ale i tak pojechałem do La Libertad, bo a) obiecałem to przecież Andre, b) Maria chciała kupić składniki na zupę, c) chciałem zobaczyć to miasto.
Wzięliśmy chicken busa za 25 centów i po 10-ciu minutach byliśmy w mieście. Najpierw poszukaliśmy bankomatów - jeden z nich na szczęście wypluł Andremu trochę gotówki. Tak się składa, że mógł wszędzie płacić kartą, co czynił, ale miał problem z bankomatami! W moim przypadku mogło tak być, jak powiedziała mi babeczka w hotelu - jest święto, długi weekend, ludzie się bawią, płacą kartami, wypłacają z bankomatów, systemy są przeciążone, więc najpierw obsługuje się krajowe karty i krajowe konta, bo to przecież krócej trwa. Czemu na drugi dzień Andre miał problem? Nie wiem! Ale trzeba próbować wszędzie, czasem po dwa razy.
Potem poszliśmy coś zjeść. I na jakieś piwko. Szukaliśmy tanich knajpek i znaleźliśmy taką z widokiem na Pacyfik. Polak, Włoch, Nikaraguanka, patrzący spokojnie na stoicko falujący ocean, trójka ludzi powoli jedzących sobie krewetki, pijących piwo i gadających sobie jakbyśmy się znali wieki. Mmm…
Potem wyprawa po warzywa. Hmm, ceny na rynku, jak się okazało, nie są takie niskie! Jak słusznie zauważył Andre, ceny są dość europejskie! Ryneczek to trzy ulice wyłożone straganami, ale najlepsze było… molo! W Europie są to zazwyczaj miejsca spacerowe, czasem dodatkowo płatne, podczas gdy w salwadorskim La Libertad jest to… miejsce sprzedaży morskich żyjątek wszelakich! Połowa mola zasłonięta jest jakby brezentowym namiotem, pod którym sprzedawcy handlują żywymi krabami, homarami, gigantycznymi tuńczykami (3 dolary meeeega-giganty), krewetkami itd. Druga, końcowa połowa jest otwarta, tam też handlują, a nawet łowią z mola i sprzedają prosto z sieci! Co ważne, widok z mola na nabrzeże La Libertad też robi wrażenie!
Rybki spoko, warzywa spoko, najgorzej było z kartonem jajek, których niesienia podjął się Andre. W ogóle Maria prowadziła nas gdzie chciała, a my chodziliśmy za nią jak wielbłądy z pakunkami :) Kilka fajnych godzin razem, ale czas było wracać. Nie tak łatwo jednak! Łapiąc busa, bo tu przystanków nie ma, nagle zatrzymał się pick-up, zsunęła się szyba i jakaś dziewczyna zaczęła krzyczeć “Maria!”. To byli jej znajomi deskorolkarze - bo Maria jeździ na desce (robi ewolucje itd.). Wsiadamy na pakę (uwaga na jajka!), na pace giga głośnik i tak mkniemy z wiatrem we włosach na pace pick-upa z latynoską muzyką grającą na całe miasto! Za nami pick-up Subaru, w nim reszta znajomych Marii.  Dotarliśmy nad małą, brudną rzeczkę, w której matki myły dzieci, a na której zboczu, po drugiej stronie, znajdowały się domki 10 na 10, wokół nich wisiało w cholerę prania wśród którego powolutku chodziły kobiety huśtając swoje malutkie dzieciątka na rękach. Leniwe, rustykalne życie w Salwadorze...
Po naszej stronie znajdowała się prowizoryczna knajpka - podpory sklecone z desek, dach z blachy, kuchnia w jakiejś komórce, ale ceny świetne i jedzenie też! Spędziliśmy w około dwanaście osób, ja, Maria, Andre i reszta Salwadorczyków około godzinkę tak sobie jedząc, pijąc piwko, i gawędząc czasem po hiszpańsku, a z tymi, co znali angielski, to po angielsku.
Po wszystkim odwieźli nas pod dom Marii, ale Andre odjechał na pick-upie dalej, podczas gdy ja pomogłem odnieść Marii zakupy…

 

7 sierpnia

Siedzę przy baseniku mojego hotelu z Marią, z nami dziewczyna z Tajwanu, puszczamy sobie polsko-nikaraguańsko-tajwańskie piosenki. Ot, taka wymiana dóbr kultury. Włoch nam gdzieś od wczoraj zniknął, dzisiaj posiedziałem rano na plaży w El Tunco, potem cały dzień spędziłem w La Libertad z Marią, gdzie szukając sklepu z pocztówkami i cygarami, co jakiś czas wpadaliśmy na piwko do mniej lub bardziej podłych knajpek.
Nie, nie zakochałem się. Polubiliśmy się i gdybym tu mieszkał, to pewnie coś by z tego mogło być. I nie, nie wykorzystuje mnie - płaci za siebie i nie chce ode mnie absolutnie nic. Później opiszę jej historię, póki co wracam do niej i naszej nowej, tajwańskiej znajomej :)

 

7 sierpnia (pisane jakiś czas potem)

Gdy tak sobie siedzieliśmy, do hoteliku wprowadziła się nowa parka. Roberto i Sandra. Roberto to taki masywny byczek (29 lat), który 20 lat wychowywał się w USA, w Maryland. Siedział kilka lat w więzieniu - trochę za handel (miał 18 lat), trochę za jakieś sprawy imigracyjne (miał już więcej lat). Jednak jest to przesymaptyczna, uczciwa osoba, która już na wstępie skradła nasze serducha. Pracuje dla jakiejś zagranicznej firmy w Salwadorze i stać go na taki weekendowy wypadzik nad oceanem. Dawniej był między innymi szefem kuchni, czym bardzo się szczyci! :)
Jego żona to trzy razy mniejsza od niego Sandra, 21 latka, która trzy dni wcześniej dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie znała angielskiego, więc za bardzo się nie odzywała, ale patrzyła na wszystko i wszystkich pozytywnie i z uśmiechem.
Oboje mieszkają w San Salvador, trochę w strachu, bo jego ojciec paręnaście lat temu był megaszychą w policji, a pamięć gangsterów potrafi być dłuuuga. Poza tym kilku członków jego rodziny nadal służy w policji.
W pięcioro poszliśmy na plażę, zakupiliśmy po litrowym piwie i tak sobie, patrząc w ocean i gwiazdy, gawędziliśmy…

 

8 sierpnia

“Wskakuj na motor, jedziemy!”, krzyknął do mnie Roberto, jak tylko wyszedłem z pokoju. “Eee?”, nie chciało mi się artykułować pytania. “Po polską wódkę!”. A tak, powiedziałem mu wczoraj, że w jakimś kiosko-sklepiku znalazłem Wyborową! Maria i Sandra zostały same, my z Roberto pomknęliśmy do centrum dwuulicowego El Tunco. Wyborowa 0,7 - 18 dolarów (65 zł). Przebitka jest, i to spora (w zasadzie dwukrotna)!  Kolejne pięć minutek i byliśmy w hotelu. Otwarliśmy napitek by Roberto mógł posmakować i zdecydowaliśmy coś wspólnie dzisiaj zrobić. Maria, jako osoba jako-tako znająca to miejsce, zaproponowała jaskinię w Sunzal. Zapytaliśmy Carlosa, właściciela hotelu, jak się tam dostać. “Oj tam, zaraz ktoś was podwiezie!”. I rzeczywiście, zaraz wjechał stary SUV i pomknęliśmy do Sunzal. Kilka minut i znaleźliśmy się na czarnopiaszczystej plaży. Za free!

To coś bardzo charakterystycznego dla Salwadoru, ten czarny piasek. Często można w nim znaleźć kolorowe kamyki - niebieskie, czerwone, zielonkawe. Wyglądają na drogie, ale to raczej materiał szklistopodobny jest, więc nie jest on poszukiwany przez lokalsów jak na przykład bursztyn nad naszym Bałtykiem. Przy plaży niby knajpki, ale strasznie biedne i dość prowizoryczne. Za knajpkami ubita czarnopiaszczysta droga, za nią małe norki, w których w dość prowizorycznych warunkach przygotowuje się jedzenie. Ceny całkiem niezłe.

Wzięliśmy małże i traktowaliśmy je jako przegryzkę do polskiej Wyborowej (muszę rzec, że świetnie zastępowały śledzika czy kiszonego). Ruszyliśmy w stronę ogromnej skały, której szczyt porośnięty był palmami, a u podnóża której (od zachodniej strony plaży) znajdowała się szczelina, przez którą można było wejść do jaskini. W środku było mroczno, ale nie była to właściwie jaskinia, a jedynie grota, której drugie wyjście wychodziło na ocean. W czasie przypływu nie da się tam wejść, fale i ocean są wówczas bardzo wysokie.
Przypływy i odpływy to inna sprawa. Przykładowo w El Tunco z morza wystaje ogromna skała - normalnie otoczona jest ona oceanem i fale tłuką w nią niemiłosiernie, ale wieczorami woda cofała się i co bardziej odważni szli ku niej ze 100 metrów. Zadanie mieli ułatwione, bo skałę (i ocean) wieczorami oświetlają na różne kolory reflektory z okolicznych klubów.
W każdym bądź razie wróciliśmy do hotelu, nasza tajwańska znajoma już wyjechała (szkoooda!), a tymczasem Roberto zaczął leżeć pocąc się jak El Tunco (‘świnia’ - lol) na hamaku, czasem przerywając tę czynność wymiotami, których dokonywał gdzieś pod ogrodzeniem za krzakami. Biedak! No ale właściwie skończyliśmy butelkę! Poszedłem po drugą, na jutro czy na wieczór (choć w Polsce unikam wódki jak mogę, heh), dziewczyny sobie poszły na miasto, Roberto wyrzygany już do pusta gdzieś sobie zniknął w pokoju.
Zapadał zmierzch, siedziałem tak sobie przy dźwiękach jakiegoś rocka na tarasie zajmując się małym, żółtawo-białym kotem. Carlos, właściciel hotelu, mówi, że kot się po prostu tu pojawił i nieprzeganiany przez nikogo został. Jemu to na rękę, bo poluje sobie np. na jaszczurki, które skubaniec - sam widziałem! - pożera żywcem. Żywi się też tym, co rzucą mu goście - domagając się pokarmu potrafi miauczeć w niebogłosy; parę kotów zdarzyło mi się w życiu spotkać, ale tak wysoko i tak przeciągle miauczącego, to do tej pory nie.
Zapadał zmrok, siedziałem sobie sam na tym tarasie, aż zjawił się nowy gość, który zwał się Trent.
24 lata, okolice Detroit (Michigan), wysoki, wysportowany, pozytywnie nastawiony do życia. “Dude, we have the same T-shirts!”, krzyknął. No i tak zagaił rozmowę. Co prawda nasze koszulki nie były takie same, ale design (lekkie motywy indiańskie w tych samych miejscach) istotnie był dość podobny. Zaproponowałem polską wódkę i zeszło nam przy niej kilka godzin. W międzyczasie miał wideokonferencję z braćmi, którzy przed kamerą palili jointa za jointem. Ech, mam wrażenie, że cały świat to kurzy ;)
Trent przeżył, po zakończeniu 0,75 butli polskiego napitku (!!!) pożegnaliśmy się i zaproponowałem jazdę na zakupy do La Libertad następnego dnia. Wcześniej, widząc sprzęt do grillowania w ogródku, umówiłem się  z Roberto, że kupimy węgiel, mięcho i warzywa, by ten sprzęt wykorzystać!
Trent się ochoczo zgodził dołączyć do naszej wyprawy po to złote runo. Zastanawialiśmy się jeszcze czy będziemy o naszych planach pamiętać, ale…

 

9 sierpnia

pamiętaliśmy! Do La Libertad wybraliśmy się w czwórkę – Roberto z żoną Sandrą, Trent oraz ja. Stanęliśmy przy wiejskiej drodze, zobaczyliśmy szkolny, amerykański autobus, pomachaliśmy mu kciukami i za ćwierć dolara mknęliśmy do miasta. W międzyczasie Trent z Roberto pogadali sobie o amerykańskich dolarach, jakich używa się w Salwadorze. Otóż wszystko wygląda tak samo z wyjątkiem jednodolarówek w monecie, które tutaj są brązowe. W Stanach spotykają je już niezmiernie rzadko, choć lepiej byłoby powiedzieć, że nie spotykają ich już tam w ogóle. Pół dolarówki, ćwiartki i jednocenty są identyczne, podobnie jak oczywiście używany tutaj bilon, ale te jednodolarówki z Salwadoru w USA już wymarły! Gratka dla kolekcjonerów!
W mieście inicjatywę przejął Roberto, który pytając mieszkańców kierował się (i nas za nim) na rynek, na którym byłem już wcześniej z Marią. Mięso jednak postanowiliśmy kupić w supermarkecie – zawsze to świeższe, bo trzymane w niższej temperaturze. No i nie ma na nim (mucho) much. Zapłaciliśmy sporo, bo 15 dolarów (53 złote) za trzy rodzaje, ale koszta rozłożyliśmy na facetów, więc wyszło nas po 5 dolarów (18 zł) na głowę. Do tego na rynku worek papryk wymieszanych z pomidorami (1 dolar), 6 woreczków węgla (1 dolar za 6) i taką kiełbasę w formie kulek, w której oprócz mięsa są jeszcze jakieś przyprawy (20 kulek też 1 dolar). I chleb! (jakieś grosze). Wszystko zajęło nam naprawdę jakieś 20 minut (faceci!), mogliśmy więc wracać. Ja zdecydowałem się jednak kupić jakiś mały prezent Marii, więc powiedziałem ekipie, by wracali, ja do nich dołączę. Grillek 14:30, przyjąłem, spoko loco, zdążę.
Maria dostała dwie ładne ‘babskie’ torby – jedną wełnianą, wzorkowo-zieloną, drugą megakolorową, nie wiem z czego. Radości nie było końca :)

W każdy razie, bez problemu dotarłem do El Tunco, wypłaciłem co nieco z bankomatu (działał!), spotkałem się z Marią, poszliśmy do mojego hoteliku. Carlos, właściciel, dał nam sztućce i na moje życzenie folię aluminiową (zapomnieliśmy, puta!, kupić).  Wystawił nam sprzęt do grilla i mogliśmy zaczynać.
Trent wyjął wiadomo co (z Belize, a na moje pytanie, czy nie boi się tego wozić przez granicę, bo przecież czasem, jak mnie rok temu, ludzi trzepie Interpol z psami, uśmiechnął się tylko i powiedział, że to to trzyma w dwóch aluminiowych foliach w termosie na dnie torby między niepranymi skarpetami i nigdy nie miał przy kontrolach problemu…), ja zacząłem kroić mięso, Carlos odpalał nam grilla, a dziewczyny sobie o czymś tam po hiszpańsku gawędziły. Kilkanaście minut później Roberto, który – jak wspominałem – był kiedyś szefem kuchni i umie gotować, przejął ode mnie pałeczkę, tzn. przejął ode mnie duży, ostry nóż. No (i) ba, od razu można było zauważyć fachowca w akcji! Rach, ciach, mięso kilkoma wprawnymi ruchami zostało idealnie pocięte, ułożone na folii i skwierczało sobie na grillu.

Było fajnie, jedzenie nam wyszło piekielnie dobre, dołączyła do nas Julie, która się właśnie wprowadziła, a która pochodzi z RPA, lecz normalnie to uczy angielskiego w Omanie (nawet serio dostałem propozycję pracy za super stawkę… - będziemy w kontakcie, oczywiście). Wysoka, dość korpulentna 50-latka z ogromnym uśmiechem wniosła wiele radości w to nasze grillowanie!


Niestety, wieczorem, Roberto z Sandrą musieli spadać, chociaż on bardzo, bardzo chciał zostać. Otwarł nawet -ente piwo, by cel osiągnąć (‘jak Sandra zobaczy, że dużo piję, to może nie będzie chciała jechać’). Niestety, Sandra bardzo, bardzo chciała już do domu, do klimatyzacji, bo zmęczona, bo ciąża… No i tak Roberto, po joincie i paru piwach, o zmroku wsiadł na motor, Sandra za nim, i odjechali w kierunku San Salvador (!!!). Na szczęście nic im się nie stało, ale to w sumie pokazuje pewną lekkość życia, jaką cechują się Salwadorczycy… Zaprosił jeszcze wszystkich do siebie i mówił to poważnie! (o tym potem!)
Bardzo miły, acz również i bardzo nieodpowiedzialny facet :)

 

10 sierpnia

Rano spotkaliśmy się przy baseniku. Ja, Maria, Trent i Julie. Dzień wcześniej podjęliśmy decyzję, że jakoś dostaniemy się nad lokalne wodospady, do Tamanique! Ha, to lubię – spontaniczna decyzja, troszkę szaleństwa (bo to w dżungli gdzieś przecież!) i ta dziecinna radość z wypadu ku przygodzie!
Droga zaczyna się w El Tunco, tylko zamiast kierować się w stronę La Libertad, trzeba w odpowiednim miejscu skręcić w lewo na Tamanique i idąc sobie w górę (bo stanie jest przecież nudne) czekać na przejeżdżającego busa i machać do niego łapą, dłonią, kciukiem, guatever! Po chwili siedzi się w nim z lokalną ludnością (panowie w kowbojskich kapeluszach, dzieciaki w szkolnych mundurkach, panie z białymi koronkowanymi chustami na głowie) i przez 40 minut podziwia salwadorskie góry. Wysiada się w Tamanique, małej, odizolowanej miejscowości, która charakteryzuje się bardzo zadbanymi domkami i bardzo czystymi uliczkami. By obrać właściwą trasę poza miasteczko wystarczy… pytać napotkanych ludzi. Chętnie udzielają informacji, wskazują palcami drogę. Wydaje mi się, że jako turyści to my byliśmy dla nich większą atrakcją niż oni dla nas. Każdy się pierwszy z nami witał, śmiejąc się do nas serdecznie od ucha do ucha.

Zaopatrzeni w wodę (to bardzo ważne, podobnie jak czapka na głowie) ruszyliśmy poza miasteczko. Z początku szliśmy wiejską, ubitą drogą, gdzie minęła nas grupka ludzi prowadzona przez jakiegoś lokalnego oprowadzacza. Taki mały prezent od losu, bo jakiś czas potem zauważyliśmy ich w miejscu, w które postanowiliśmy nie skręcać. Gdzie mogli iść, jeśli nie tam, gdzie my? Wróciliśmy więc w to pominięte przez nas miejsce i spokojnie wkroczyliśmy na pole pomidorów rozciągające się na stromym zboczu. Po drugiej stronie była gęsta, soczysta zieleń dżungli, a nasze pomidorowe zbocze i ową zieleń rozdzielała dolina zlokalizowana w dole, skryta pod koronami ogromnych, starych drzew. Z pola pomidorów (niedojrzałych jeszcze!) wkroczyliśmy w gęsty las. Wąska ścieżka raz prowadziła nas w dół, raz w górę, raz w dół, raz w górę, ale dzielnie szliśmy przed siebie rozmawiając o wszystkim i niczym, a raz nawet głupkowato machając łapami w podskokach przemierzyliśmy sobie ze 100 metrów. Szalone, pijane zżyciem głupki z czterech różnych kontynentów!
Wreszcie usłyszeliśmy szum wody i dotarliśmy nad niewielki wodospad, który wpadał do baseniku otoczonego skałami. Z nich już w dół skakali turyści, którzy nas wcześniej minęli i kilku lokalnych chłopców. Były skałki wyższe i niższe, Julie i Maria wybrały sobie do skoku niższe, Trent zaś okazał się był niezłym ‘daredevil’! Najwyższe punkty, salta w tył, widać, że chłopak jest nieźle odważny (lubię właśnie słowo ‘daredvil’ w jego przypadku – za słownikiem: śmiałek, szaleniec, ryzykant – te trzy polskie słowa dokładnie opisują Trenta!). Ja sobie podarowałem skakanie. Bałem się poślizgu, postawienia stopy w złym miejscu, uderzenia o skały, dno, itd. Można mnie nazwać tchórzem, ale ufam swoim instynktom i gdy czegoś nie czuję, odstępuję od robienia tego. Może dlatego teraz mogę to pisać cały i zdrowy? Kto wie? :)
Niemniej jednak ten basenik, do którego się skakało, tworzył dalej kolejny wodospad, aczkolwiek tak potężnie duży i wysoki, że w dół już nikt nie odważył się skakać. Jak tam można dotrzeć? Próbowaliśmy od prawej strony, ale po kilkunastu minutach dotarliśmy do ślepego punktu, w dodatku było bardzo stromo i naprawdę niebezpiecznie, ale pewnie gdyby w pewnym momencie nie skończyła się ścieżka, byśmy szli dalej, ryzykanci, po skałach w dół. No nic, od drugiej strony może? Wróciliśmy do pierwszego wodospad(k)u, przeszliśmy przez strumień i dawaj! Właśnie drugą stroną. Bingo! Czasem musieliśmy decydować, które rozwidlenie wybrać, i czasem musieliśmy się wracać (bo nasze wybory okazały się zbyt niebezpieczne), ale wreszcie dotarliśmy! Samo dno wąskiego wąwozu… Pod sam wodospad można było dostać się albo płynąc pod prąd przez wąski korytarz wody ciągnący się kilkanaście metrów między skałami, albo idąc po prawej stronie skał. Wybrałem pierwszą opcję. Pływak ze mnie kiepski, ale raczej w spokojnej wodzie się nie utopię. Po przepłynięciu tych kilkunastu metrów wyszedłem na kamyczki tworzące płytki przesmyk między właściwym basenem wodospadu, a korytarzem, przez który przepłynąłem. Moja ekipa wzięła moje rzeczy i przeszła po skałach, po chwili już wszyscy kąpaliśmy się pod pięknym, wysokim wodospadem!

Wchodząc tuż pod kaskadę wody, w sam jej środek, czuło się ciężar spadających kropel, a one same zdawały się być cienkimi, lodowatymi igłami wbijającymi się w ciało. Taki bicz wodny, który ekscytował, ale też wywoływał respekt przed potęgą natury! 30 minut śmiechów, pływania, bycia biczowanym przez lecące w dół ciężkie krople wody, beztroskiego robienia sobie głupich fotek i cieszenia się byciem, dziecięcą jakby ekscytacją czasem tak ciężkim przecież życiem! Bezcenne!

Jednak też bardzo męczące! :) Powrotna podróż była marszem zombie – pokrzywieni, sapiący, wydający dziwne dźwięki. Ale niezmiernie zadowoleni. No, może oprócz Marii, którą strasznie zaczęło boleć ucho. Powiedziała, że zaczęło się po pierwszym skoku do  wody, ale ból stawał się coraz większy (ha! A mogła nie skakać! Jak ja!). Miała iść do pracy na 16-tą, ale stwierdziła, że nie da rady. Zamiast tego poszliśmy do apteki i kupiła jakieś krople do ucha (7 dolarów). Po jakimś czasie czuła już ulgę. W międzyczasie pożegnaliśmy Trenta, który czekał przy drodze na autobus do San Salvador. Kilka godzin później przesłał nam zdjęcie z… Roberto, jak sobie (a jakże!) piją u niego w domu! Dlatego pisałem, że Roberto swoje zaproszenie potraktował naprawdę poważnie. Trent później miał ruszyć gdzieś dalej, ale szczegóły jego trasy nie utkwiły mi jakoś w pamięci.

Julie postanowiła relaksować się w hotelowym baseniku, ja z Marią zaś poszedłem do centrum El Tunco, by tam sobie spędzić miłą noc w towarzystwie jej koleżanki, cygara i browarka…

 

11 sierpnia

Mój ostatni dzień w El Tunco. Przeżywałem go szczególnie mocno, ze względu na Marię, z którą się naprawdę zżyłem. Pisałem kilka dni temu, że się nie zakochałem, chociaż dzisiaj nie byłbym już tego taki pewien…
Jednak nie wolno było marnować dnia na tego typu rozkminki!
Spakowałem się i torby zostawiłem u Carlosa w biurze. Poszedłem jeszcze do taksówkarza, z którym rozmawiałem wczoraj – potwierdził przyjazd pod hotel o godzinie 22.00 (tu zawsze trzeba wszystko potwierdzać!).
Tak już zabezpieczony mogłem jechać w południe z Julie i Marią do El Sunzal. Julie chciała wejść do tej groty, w której byłem kilka dni wcześniej, ale zrobił się taki przypływ, że fale mogłyby nas w jej okolicach powywracać i nieco zmasakrować. Postanowiliśmy więc zjeść coś w jednej z prowizorycznych knajpek. Wyszliśmy schodkami na górę (wyglądała jak duży szałas z widokiem na Pacyfik). Zamówiłem zupę krewetkową, ale nie spodziewałem się, że dostanę takie duże krewetki (cztery), z pancerzykami, z nogami i antenkami. Zupa sama w sobie pycha, ale te krewetki były jak dla mnie zbyt surowe. Julie to nie przeszkadzało, wzięła je ode mnie i obgryzła bardzo dokładnie (‘Artur, kurczę, jak możesz zostawić najlepsze!’). Na jednym ze stolików była salwadorska gazeta, a w niej to, o czym wspominałem – śmierć na pierwszej stronie. Policjanci zdejmujący młodego, powieszonego chłopaka. Twarz bardzo wyraźna, zero cenzury. Marii zrobiło się przykro i trochę słabo, bo znała chłopaka. Neto, jeździł na desce. Znajome już jej pisały o tym przykrym wydarzeniu, ale jego widok, co zrozumiałe, strasznie ją zasmucił.

Kilka słów jeszcze poświęcę Marii. Spotkaliśmy się 5-go sierpnia, była w pracy, w nadbrzeżnej restauracji Monkey Lala. Usiadłem nieopodal lady barowej i wypatrywałem Andre (tego Włocha, z którym przyjechałem z Gwatemali), ale jako, że go nie było, a niezręcznie tak było siedzieć bez niczego, podszedłem do lady, za którą stała właśnie Maria. Kilka razy wcześniej ukradkiem sobie na nią zerknąłem, bo wydała mi się bardzo urokliwa, ale właśnie w owym momencie stałem naprzeciw niej i prosiłem o jakieś piwo. „A jakie piwo byś chciał?” – zapytała, ale właśnie przy tym pytaniu nasze oczy się spotkały i coś jakby zaiskrzyło. Normalnie na ludzi tak się nie patrzy, jak my patrzyliśmy na siebie. Właściwie to patrzyliśmy… w siebie. Sekunda, dwie zbyt długo, jak na zwykłe kupowanie piwa, ktoś w końcu musiał coś powiedzieć. „Jakieś niedrogie”, rzekłem. 2 dolary (7.10 zł) za Pilsenera 0,3.
Potem, kilka godzin później, mieliśmy jeszcze okazję pogadać kolejny raz, gdy zapytała skąd jestem i jak mi się tu podoba. Nie wiedziałem jeszcze, że mówi po angielsku, dopiero gdy po pracy podeszła z DJ-ką do mojego leżaka, lody puściły w 100%.
Widzieliśmy się potem codziennie, miałem więc okazję naprawdę dobrze ją poznać. Pochodzi z Nikaragui, gdzie sytuacja polityczna jest trochę niestabilna. Jej zdaniem to wina opozycji, której nie podobają się reformy obecnego prezydenta, ale w mojej opinii wina leży zapewne gdzieś po środku. W jej kraju o pracę bardzo ciężko, więc mając 25 lat zdecydowała się na emigrację do Salwadoru. W Santa Tekla przez miesiąc nikt nie chciał jej dać pracy, ale w El Tunco znalazła ją bez problemu. Zarabia bardzo mało, bo tu płacą dolara na godzinę, ale z napiwków czasem wyjdzie ją drugie tyle. Wynajmuje prywatny, dość obszerny pokój z łazienką, za który płaci sto dolarów miesięcznie (kuchnie ma wspólną z innymi wynajmującymi). Jak mówi, szkoda, że opinia o jej kraju jest taka, że jest bardzo niebezpiecznie i w ogóle, bo ludzie tam mieszkający nie skarżą się na niebezpieczeństwo (czy to przestępczość większą niż gdzie indziej, czy na jakieś zagrożenie ze strony rządu). W wolnych chwilach jeździ na desce (deskorolce), lubi dyskutować o polityce, jest bardzo optymistycznie nastawiona do życia i ogólnie jest taka niezepsuta, niezmanierowana, a przecież tak to często bywa z roszczeniowymi Europejkami. Jest szczera i bezpośrednia, nie może się powstrzymać od głaskania kotów (Gattito!) i piesów (Perrito!), a także gada sobie z papugami, jeśli tylko jakieś zauważy. Ma w sobie dużo takiej dziecięcej, pozytywnej energii, która sprawia, że gęba sama się śmieje :)
Za kilka miesięcy zamierza pojechać do Gwatemali do San Pedro (słyszała, że tam fajnie jest, a i ja polecałem oczywiście!), ale za rok chciałaby już wrócić do swojego kraju. Nie może za bardzo odnaleźć się w Salwadorze, uważa Salwadorczyków za plotkarzy i w ogóle sądzi, że „są jacyś dziwni”.

Za kilka dni, 16-go, przyjedzie do niej koleżanka z Managuy (stolica Nikaragui), której w hotelu, w którym zamieszkałem, załatwiła – po krótkiej rozmowie z Carlosem – pracę (sprzątanie). Dolar za godzinę + 2 posiłki dziennie. Tutaj to dużo. Nie będzie się czuła samotna i nie może doczekać się przyjazdu koleżanki.
Twierdzi, że nie lubi Latynosów, bo to pozerzy i szpanerzy, podobnie jak większość Amerykanów (ale Trenta polubiła!), woli Europejczyków, o których sądzi to samo, co ja o niej (czyli, że jesteśmy normalni, bo jesteśmy sobą).
Nigdy nie dotykała śniegu… Hmm…

11 sierpnia spędziliśmy leniwie, chodząc sobie z nią i Julie po Sunzal, przypatrując się (może i troszkę niegrzecznie) jak panie gotują mięso, jak pieski plątają się po dróżkach, jak ludzie sobie siedzą leniwie i piją piwko nad brzegiem oceanu. Po 14-ej pożegnaliśmy Julie, ja poszedłem do Marii, która miała przygotować się do pracy. Pomarańczowa firmowa koszulka z mordką psa, buldoga francuskiego, który jest maskotką restauracji (szczeka na inne psy i gryzie konie po kopytach), lekki makijaż, bez jakiegoś tam godzinnego stania przed lustrem i strojenia się nie wiadomo jak.

Poszliśmy do Monkey Lala, ja siedziałem sobie przy piwku, nie było zbytniego ruchu, więc czasem się do mnie dosiadała i tak sobie jeszcze gawędziliśmy, aż nadeszła godzina 21-sza i trzeba było się pożegnać. Ech, smutny moment…

W hotelu jeszcze posiedziałem z Julie, aż usłyszeliśmy klakson i ją też musiałem zostawić. Podobnie jak Carlosa, który okazał się wspaniałym człowiekiem i świetnym właścicielem hotelu!

 

12 sierpnia

Teoretycznie mógłbym wyjechać z hoteliku o 2-ej, 3-ej w nocy, bo do lotniska była może niecała godzina drogi, ale pomny doświadczeń z przewodnikiem, który nie przyszedł (w San Pedro) czy kierowcą, który nie przyjechał (w Gwatemala City), wolałem zostawić sobie widełki czasowe. Gdyby o 2-ej taksówkarz nie przyjechał, pewnie miałbym nie lada problem by znaleźć jakiś transport w nocy!
Tak więc od 23-ej plątałem się po lotnisku, ale co zaskakujące, byłem na nim… JEDYNĄ osobą! Krótko po północy przyciągnąłem swoją osobą uwagę ochrony i wzięto mnie do pokoju kontroli. Na szczęście nie kazano się rozbierać, ale dokumentnie przegrzebano mi bagaż rejestrowany, wyciągnięto z niego na bok pamiątkową zapalniczkę, korkociąg, zapałki i wielofunkcyjny scyzoryk składany. Wszystko odbywało się w obecności dwóch mundurowych, patrzyłem tylko na ręce tego grzebiącego, by mi czegoś nie podrzucił (bo zajmą się płotką z gramem podrzuconej trawy, a gdzieś tam przejdzie kilo koki – tak bywa czasem!). Nie wiem, czy by mi się to na coś zdało, bo jak ogarnąłem pomieszczenie wzrokiem, tak nie zauważyłem w nim żadnych kamer. Zacząłem się pocić i powoli niepokoić… W takiej sytuacji nie miałbym szans na obronę!
Zabrano mi wcześniej wymienione rzeczy, w związku z czym, żesz!, zacząłem protestować. Przecież to nie jest jeszcze nadawanie bagażu, dlaczego mi to zabierają teraz? „Podzwonimy, popytamy czy może pan to nadawać, proszę przyjść o 4-ej po informacje”. No i tak sobie siedziałem próbując kimać, dziwiąc się dlaczego na tym lotnisku nie ma ludzi. Zaczęli przybywać, wraz z pracownikami, właśnie około 4-ej. Udałem się na mini-posterunek policji, oddano mi zabrane przedmioty. Po co w ogóle była ta kontrola? Po co mi zabrano te rzeczy? Jakaś złośliwość? Przeszukujący mi bagaż facet nie był szczególnie miły, ot, taka menda w mundurze, która lubi poczuć władzę. Zlewał mój łamany hiszpański, a na angielski nie reagował. Lotnisko międzynarodowe i mundurowy bez angielskiego?! :/

Niemniej jednak  zapalniczki nie pozwolono mi wnieść potem na pokład (już zapytałem przy nadawaniu bagażu, co by nie być wzywanym na lotniskach do otwierania bagażu rejestrowanego), a w bagażu podręcznym znaleziono mi dwa kamyki z ładnymi malunkami salwadorskiej plaży (ot, kupiłem na pamiątkę), które kazano mi wyrzucić (bo niebezpieczne – ‘szkoda, że pan w rejestrowanym nie zostawił, bo tam by sobie mogły być’).


Podróż przebiegła bezpiecznie, chociaż nostalgicznie, melancholijnie, i trochę jakby smutno… Pilot nad Kanadą podał w głośnikach wiadomość, że lecimy na jeziorem Ontario, można sobie zerkać i patrzeć na wodospady Niagara. Patrzyliśmy, jasne!

Kto wie, za rok może znowu gdzieś się uda wyskoczyć?

 

Podsumowanie.

Obawy związane z bezpieczeństwem okazały się niepotrzebne. Nikt mnie nie napadł, nikt mi nie groził, nikt mnie nie śledził, nikt mnie nie okradł. Wiadomo, w tłocznych miejscach miało się łapki przy sobie i trzymało się je na kieszonce z gotówką (niedużą ilością), nie nosiło się ze sobą nie wiadomo jakiego drogiego sprzętu (ot, zwykły telefon, jaki ma tu każdy – aparatu postanowiłem nie używać, bo mało poręczny był, a Samsung robi fajne amatorskie fotki), w stolicach Gwatemali i Salwadoru nie szwędało się po nocach, w małych miejscowościach nie było mowy o jakimkolwiek zagrożeniu!
Polska nie ma tu w regionie żadnych ambasad czy konsulatów, a mimo to nasze MSZ jakby z automatu wszystkim państwom Ameryki Centralnej nakleja łatkę krajów ekstremalnie niebezpiecznych i odradza do nich przyjazd.
A Gwatemala i Salwador to kraje nietuzinkowe, przepiękne, bardzo tanie, a ich mieszkańcy to niebogaci, ale może dlatego właśnie życzliwi, szczery, uśmiechnięci ludzie!
Każdy znajdzie tu coś dla siebie – wędrowcy góry i wulkany, szukający spokoju zaciszne hoteliki, surferzy odnajdą fale, a imprezowicze niezliczoną ilość klubów i klubików.
No i kto wie, może szukający samych siebie, gdzieś się tu odnajdą, na tyłach mitycznego raju, którego każdy z nas przecież tak pragnie.

 

Adios!

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Artur Dubis · dnia 21.09.2018 02:24 · Czytań: 138 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
StalowyKruk
19/09/2019 00:41
Jestem. Trochę mi to zajęło. Umieram na przeziębienie ;)»
bruliben
18/09/2019 22:04
Jestem na części 6-tej twojego czytadła i bardzo… »
Kushi
18/09/2019 21:36
Niech żyje bal Agnieszki Osieckiej a zaśpiewanej przez… »
AntoniGrycuk
18/09/2019 21:23
Wariacie_egzystencjalny, miał to być klimat z umysłu… »
Lilah
18/09/2019 21:11
*odnóży »
voytek72
18/09/2019 21:09
Chyba warto aby tekst miał jednak tekstowy tytuł zamiast… »
voytek72
18/09/2019 20:55
prosty przepis na pożar. ;) wers środkowy zbędny,… »
Dobra Cobra
18/09/2019 20:52
W jakże piękny sposób złapiesz tropy i sęsy ;) Kazjuno,… »
Lilah
18/09/2019 20:51
To ja dziękuję, że do mnie zajrzałeś. Pozdrawiam:)»
voytek72
18/09/2019 20:47
Myślę, że temat który bardzo trudno utrzymać w ryzach, z… »
Nuria
18/09/2019 20:40
Słowa płyną melodyjnie, aż chciałoby się zatańczyć :)»
voytek72
18/09/2019 20:32
Mistycyzm, ale taki... realistyczny i to mnie tu ujmuje :)»
wariat_egzystencjalny
18/09/2019 20:26
Dla mnie jest to takie małe studium szaleństwa a dokładniej… »
voytek72
18/09/2019 20:24
"Niech żyje bal" Maryli Rodowicz Takie… »
Lilah
18/09/2019 19:48
To mnie zaskoczyłaś, Al. Dziękuję pięknie. Pozdrawiam… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:Krejciaq7
Wspierają nas