Bogacz - Carvedilol
A A A

 

                                                              Bogacz
 
  O czwartej rano w Rzeszowie, jak zwykle o tej porze, ruch był niewielki. Roman stał na jedynej w Polsce okrągłej kładce dla pieszych i podziwiał otaczające go miasto; liczne kolorowe światełka, rozpraszające mroki nocy. To jego miasto. Uniósł dumnie głowę. 
 Jestem bogaty – pomyślał. – Jestem bogaty!
 Powoli narastał w nim radosny nastrój. Po latach biedy w końcu los się do niego uśmiechnął. Wygrana w totolotka i ziemia u jego stóp. Dosłownie. Tu, w Rzeszowie – tej perle Podkarpacia – znajdował się właśnie na nowym symbolu, który miał świadczyć o bogactwie miasta, o jego rozwoju i pozycji. W oddali zobaczył kontury dawno przebrzmiałego symbolu. Pomnik przedstawiać miał w zamierzeniu liść laurowy, ale przez wizualne skojarzenia jego bardziej znana nazwa stanowiła wulgarne określenie żeńskich narządów płciowych.
 To, co stare, musi odejść, czas na nowe, lepsze, bogatsze – zawyrokował. Popatrzył na czerń szosy kilkanaście metrów niżej. Rozpostarł ramiona i ciszę rozdarł jego sardoniczny śmiech.
 Jestem bogaty! – krzyknął. – Niech cały świat się dowie, niech podziwia. Jestem bogaty! – powtórnie obwieścił zupełnie niezainteresowanej tymi nowinami okolicy. Jego trampki mocniej nacisnęły na poręcz balustrady z hartowanego szkła, po to, by po chwili mocnym odbiciem unieść właściciela w powietrze. Jestem bogaty – pomyślał jeszcze Roman, kiedy przez tę krótką chwilę niczym ptak unosił się w powietrzu. Niestety grawitacji nie udało się przekupić. Los nieubłaganie kierował go w dół.
 
                                                              * * *
 
 Roman urodził się w biednej rodzinie w małej bieszczadzkiej wiosce. Jego ojciec, syn ziemi z dziada-pradziada, miał prostą filozofię życiową. Jak się nie napracujesz, to nic nie będziesz miał, jak cię wieczorem nie boli w krzyżu, to znaczy, że się leniłeś. A szkoła to mus, nic więcej. Czytanie książek w wolnej chwili uważał za marnotrawstwo czasu. Niestety, syn mu się nie udał. Nie wiadomo skąd takie zainteresowanie, ale od małego ciągnęło go do literackiej fikcji spisanej na kartach książek. Pochłaniał je, odkąd tylko nauczył się czytać. Stało się to przyczyną konfliktów, aż w końcu ojciec postawił sprawę jasno. Jak do szkoły, niech czyta! – rzucił żonie. – Ale potem niech się bierze za obejście, darmozjad jeden. Nic z tych głupot mu w życiu nie pomoże!
 Chłopiec starał się więc czytać w ukryciu. Ojciec jakoś nie zwrócił uwagi, że syn od pewnego czasu dziwnie często i długo przesiaduje w toalecie. Gospodarz domu lubił przytaczać peerelowski żart o milicjancie, który brał gazetę, idąc do ubikacji. Pewnie będzie srał, bo czytać przecież nie umie! – rechotał, chociaż sam z trudem ukończył szkołę. Pomimo to, Romek pod koszulką lub swetrem przemycał woluminy każdej grubości, i siedząc na desce, pochłaniał stronę za stroną.
 Kiedy ukończył szkołę średnią i oświadczył, że zamierza zdawać na studia w Rzeszowie, ojciec obwieścił, że ani grosza nie da na takie fanaberie. A  jak już pewnego dnia – pewnie szybko – wróci do domu głodny z podkulonym ogonem, niech się nie zdziwi, jak mu nikt drzwi nie otworzy.
  Na nic zdały się błagania matki, ojciec stanowił jedną niepodzielną władzę w tej najmniejszej komórce społeczeństwa.
 Roman zawziął się i nie odpuścił. Wyjechał na rok za granicę, gdzie pracując w barze i żyjąc skromnie, odłożył niewielką sumkę, która miała wystarczyć na przeżycie pierwszego roku studiów w Rzeszowie.
 Dostał akademik bez najmniejszego problemu, a dwaj współlokatorzy okazali się całkiem sympatyczni. Wiele czasu poświęcał na naukę, niewiele korzystając z dobrodziejstw dużego miasta. Liczył każdy grosz, skrzętnie zapisując w zeszycie wszystkie wydatki i obliczając, czy stać go będzie w danym miesiącu na jakieś szaleństwo, na przykład wyjście do kina.
 Jedyną ekstrawagancją, na jaką pozwalał sobie bez „bólu” portfela, były zakłady totolotka. Od wielu lat, idąc w ślady mamy, przynajmniej raz w tygodniu skreślał liczby na kuponie lotto. I zawsze te same – 4,8,15,16,23,42. Te, które przyniosły olbrzymią wygraną (choć były „przeklęte”) jednemu z bohaterów Lost – ulubionego serialu Romana. Liczby znał na pamięć; sprawdzając wyniki, nie musiał zatem mieć kuponu przy sobie.
 Od momentu, kiedy w kolekturze otrzymywał świstek papieru, stawał się „milionerem”. I był nim do czasu losowania. Dokładnie wiedział, na co przeznaczy pieniądze w zależności od kwoty, którą wygra. Po przegranej kupon lądował w koszu i Roman do czasu kolejnego zakładu wracał do biednej rzeczywistości. Ale był przygotowany na rozdysponowanie majątku; dużą część dostanie mama, nawet ojciec niemało – a co, niech nie myśli sobie! – on sam skończy studia, wybuduje dom, kupi samochód, porządny komputer i resztę ulokuje w banku. Nieraz wyobrażał sobie minę ojca w różnych wariantach; sto tysięcy, pół miliona, milion. Cieszył się na tę chwilę, jakby pewne było, że kiedyś nastąpi. Kto nie gra, ten na pewno nie wygrywa – mówił sobie, puszczając kolejny raz te same numery.
 
 Ten dzień zaczął się normalnie.
– Wstawaj, chłopie! Zbieraj gnój!
– Whaaat? ­– ziewnął Roman.
– Łot krów i łot świń – zarechotał Marek, kolega z łóżka nad nim.
 Ten dowcip stanowił ich rytuał już od tygodni. Nawiązywał do pochodzenia Romka, ale on wiedział, że nie było w tym złośliwości. Zarówno Marek, jak i Adam to porządni ludzie. Wspólne mieszkanie zbliżyło ich do siebie. Owszem, zdarzały się sprzeczki, ale raczej drobne i szybko odchodzące w niepamięć. Tak naprawdę to jego pierwsi prawdziwi dorośli przyjaciele. Wcześniej miał tylko kolegów, ale każdy, albo, jak on, miał dużo pracy w obejściu albo zadzierał nosa, jeśli rodzice byli lepiej sytuowani.
– Co dziś ciekawego w grafiku? – rzucił Adam z łazienki.
­– Polska-Niemcy. – Roman rozbudził się na dobre.
– A z pańszczyzny? – zabulgotał, płucząc gardło.
– No wiem, wiem. Kolos zaliczeniowy. Kułem wczoraj ostro, bardziej bym się obawiał o wynik meczu.
– Tfuu!... – wypluł do umywalki całą zawartość Adam. – Będzie 2:1 dla nas. Mój nos mi to mówi.
– A ja mam dziś randkę z Jennifer Lopez – rzucił kąśliwie Marek z góry.
– Heh, prędzej to ja wygram dziś w totka – zawtórował Roman.
– Ten się śmieje… – urwał Adam, wystawiając rozczochraną głowę zza drzwi łazienki.
– … kto się śmieje najgłośniej! – ze śmiechem dokończyli jednocześnie pozostali lokatorzy. Przybili sobie piątki i powoli zaczęli gramolić się z łóżek.
– Pamiętajcie, o dwudziestej u Krzyśka, zaprasza na mecz. – Dwie głowy potaknęły.
– Idę po bułki. Chcecie coś? – zapytał Adam, przygładzając włosy.
Po sporządzeniu krótkiej listy zakupów Roman sięgnął po portfel.
– Spokojnie, rozliczymy się później. – Trzasnęły drzwi. – Fajny chłop. – Uśmiechnął się Roman.
 
  Po śniadaniu włożył swój jedyny garnitur, sprawnie zawiązał krawat i zadowolony ze swojego wizerunku, skierował się ku wyjściu.
– Trzymajcie kciuki! – Pożegnał się jeszcze.
  Czekając na autobus, zdążył jeszcze nadać totolotka. 4, 8, 15, 16, 23, 42 – skreślał wprawnie. Ręka prowadziła długopis w odpowiednie kratki prawie na pamięć. Przypomniało mu się, jak w przeszłości wyglądały zakłady. Mama opowiadała mu, że kupon był imienny, zawierał dwie kalki i trzeba go było odpowiednio złożyć, aby skreślenia przebiły na analogiczne odcinki blankietu. Wygraną mógł odebrać tylko legitymujący się dowodem, nie tak jak dziś, kiedy wystarczyło być posiadaczem kuponu, nawet niekoniecznie skreślającym. Roman nieraz słyszał, że ktoś dostał mały plik potencjalnie wygranych świstków ze „szczęśliwymi” numerami, na przykład jako dodatek do prezentu ślubnego.
  On zawsze skreślał sam. Wcisnął kupon między kartki podręcznika i zajął myśli czekającym egzaminem.
 Dwie godziny później zadowolony z pomyślnego rezultatu kolokwium, Roman postanowił jakoś uświetnić sukces. Kupił wino i to nie najtańsze. Obiad jednak tradycyjnie zjadł na stołówce. Szkoda było zmarnować przydziałową kartę. W końcu uczelnia dofinansowywała jego obiady, a on nie lubił, żeby coś się marnowało. Taką zasadę wyniósł z domu i w tym akurat zupełnie zgadzał się z ojcem.
 Później pospacerował sobie, korzystając z pięknego dnia, a gdy dotarł do akademika, zostało niewiele czasu, aby się odświeżyć i wskoczyć w luźniejsze ciuchy. Zapowiadał się ekscytujący piłkarski wieczór w męskim gronie.
– Do przodu! – Przywitał Marka, który wylegiwał się na piętrowym łóżku. – Gdzie Adam?
– Gratulacje! W kiblu. – Współlokator załatwił obie kwestie na jednym wdechu, siadając i przeciągając się.
– Gratki! – Padło z tyłu. Roman odwrócił się i zobaczył bladego kolegę, opierającego się o framugę.
– Rany, co ci się stało?
– Nie wiem… – wydukał. – Mielony albo ogórki.
– Weź krople żołądkowe.
– Raczej loperamid. Monika obiecała, że po drodze z biblioteki kupi i podrzuci. Powinna być za chwilę. Mówiła już, że zdałeś.
– Ale nie tak dobrze, jak ona. Chłopie, a dzisiaj mecz u Krzycha. – Zmartwił się.
– Nie ma szans. Kibel mogę okupować tutaj, przynajmniej nie będzie kolejki. – Położył rękę na brzuchu. – Oho, natura wzywa, sorki.
 Kiedy po pięciu minutach Adam pojawił się znowu, wyglądał jeszcze gorzej. Padł na łóżko jak worek kartofli i zwinął się w kłębek.
 Roman z zatroskaną miną usiadł obok.
– Może zostać z tobą? – Adam spojrzał na niego, ale dopiero po chwili odpowiedział.
– No coś ty. – Klepnął go przyjacielsko w udo. – Wiem, jak bardzo kibicujesz naszym. Nic mi nie będzie, wezmę tabletki, przegłodzę, jak się uda, to się prześpię i jutro będę jak nowy. Nie ma sensu. – Wypowiadał słowa niby na luzie, ale nie udało mu się ukryć wzruszenia. Roman wstał powoli.
– Jak chcesz, ale mecz, to tylko mecz. ­– Adam w odpowiedzi machnął ręką w stronę drzwi. – Idź. Już mi trochę lepiej – skłamał.
– To lecę pod prysznic i jeszcze zobaczymy. – Roman wyciągnął z torby książki i zeszyty, rzucając je niedbale na łóżko. – Przyda się na piwko, nie będziemy nieść w rękach.
– To ja się zbieram, kupię co trzeba i będę czekał na ławce pod akademikiem. – Marek przejął torbę, a Roman poszedł do łazienki. Po paru minutach odświeżony i pachnący usiadł obok Adama.
– Masz, wypij to. – Podał kubek z parującą zawartością, która wypełniała pokój niecodziennym aromatem.
– Już łyknąłem loperamid, Monika przed chwilą podrzuciła.
– Eee tam… – Machnął ręką. – Moja babcia takie parzyła. Naprawdę pomagają. Wypij.
  Adam podniósł się wolno i odebrał kubek.
– Może jednak zostać? – z westchnieniem zapytał Roman.
– Idź, idź, ja spróbuję się kimnąć.
– O.k., ale jakby co, to dzwoń.
 Gdy Roman otwierał drzwi, usłyszał jeszcze:
– Dzięki, stary. ­– W odpowiedzi tylko uśmiechnął się i uniósł otwartą dłoń. Zamknął drzwi na klucz i pobiegł do windy.
 
  Pierwsza połowa była sensacyjna. Polska prowadziła z Niemcami. Wyśmienite humory dopisywały, tylko chipsy i piwo miały się mizernie.
– Idziemy uzupełnić braki! – zakomenderował Krzysztof. – Tu niedaleko jest sklepik, wyrobimy się w dziesięć minut.
– Ja popilnuję mieszkania. – Zaoferował się Roman. Miał w tym ukryty cel – o 21:40 transmitowano na żywo losowanie lotto. Kiedy koledzy z hałasem opuścili pokój, zmienił kanał i wpadł w trans. Patrzył jak bęben maszyny losującej, niczym szklana macica, wypluwa z siebie kręcące się bile.
– 4 – obwieściła spikerka.
– 23 – padło po chwili.
  Kiedy kolejnym numerem okazała się ósemka, Roman wyciągnął w górę zaciśniętą pięść. Jest trójka, dobra nasza. Ze spokojem patrzył dalej. Kiedy jednak rodziły się następne bile, a prowadząca oznajmiała kolejno 16 i 42, Roman zesztywniał. Piątka już jest, ale tak blisko, jest tak blisko… Bał się nawet pomyśleć o czymś więcej, od tylu lat wyobrażał sobie tę chwilę, a teraz bał się tego, co może za moment nastąpić. Był jednym wielkim napięciem, oczekiwaniem na wygraną i strachem, co będzie, jeśli faktycznie się uda.
– 15 – padło z odbiornika.
 Roman też padł. Wylądował na fotelu i potrzebował dobrej chwili na przetrawienie tej informacji. Kumulacja wynosiła dziś pięć milionów złotych.
Pięć milionów! Czy istnieją takie pieniądze? Ile to jest? Co teraz?
 Kiedy trzy minuty później  wrócili pozostali kibice, ujrzeli rozpromienionego kolegę, skaczącego przed telewizorem.
 – To jest prawdziwy kibic – skwitował Darek.
– Ale jeszcze trzeba dociągnąć do końca. Wtedy będziemy się cieszyć.
 
Roman przekręcił klucz, a Marek uciszał ich obu, przykładając palec do ust.
– Pewnie śpi, prorok jeden – wybełkotał nieco zbyt głośno.
Adam pochrapywał cicho skulony pod kocem. Roman podszedł do niego, chcąc zapytać o zdrowie, ale zrezygnował. Nie ma co budzić chłopa, niech se pośpi – postanowił.
­– Ja pierwszy. – Czknął i popędził do toalety. Pęcherz wzywał od dłuższego czasu, litry piwa zrobiły swoje.
 Kiedy wrócił, Marek oddalił się w tym samym celu. Roman sięgnął po książkę. Numery znał na pamięć, ale chciał ostatecznego potwierdzenia. W końcu liczył się kupon. Otworzył podręcznik i przewertował na szybko. Nic nie wypadło.
 Sprawdził jeszcze raz, czując, jak alkohol gwałtownie wyparowuje z organizmu. Gdy trzeci raz zamknął książkę, był już całkowicie trzeźwy. Nic. Nie ma nic. Musiał usiąść, bo miał wrażenie, że serce przestało bić.
 Marek zastał go grzebiącego w torbie.
– Ty, słuchaj, jak brałeś teczkę, nic tam nie było w środku?
– Na bank była pusta. A co, zginęło coś?
 Roman już, już miał się wygadać, ale instynkt nakazał mu zachować ostrożność. Nie może nic mówić. Dopóki nie ma kuponu, nie ma wygranej. Jak powie komukolwiek, to jeszcze ktoś inny znajdzie i sprzątnie mu pieniądze sprzed nosa.
– Nie, nic. – Fałszywa nuta zabrzmiała w jego głosie.
– No to ja idę kimać. – Parę minut później z łóżka nad Romkiem dochodziło już głośne chrapanie.
 Roman ze stresu czuł się gorzej, niż gdyby naprawdę był mocno nietrzeźwy. Przejrzał całą wywaloną na narzutę zawartość torby. Godzinne poszukiwania nie dały efektu. Kupon zniknął. Nie było go na łóżku, pod łóżkiem, ani w torbie. Mały kawałek papieru, który stanowił klucz do nowego życia, wyparował.
  To niemożliwe. – Kopnął w nogę łóżka. – To nie jest prawda. To niemożliwe.
 Zdesperowany potrząsnął Adamem.
– Cooo? Co? Już wróciliście? – ziewnął współlokator i uniósł głowę.
– Kto tu był, jak nas nie było? – Starał się nadać głosowi spokojny ton, ale wyszło nieco agresywnie.
­– Nikogo, ja ze dwa razy tylko byłem w kiblu, ale drzwi nie otwierałem, a później zasnąłem na dobre. – Rozbudził się chory.
– Przysięgasz? – dopytywał natarczywie.
– No przysięgam. A co się stało? Zginęło ci coś? – Wydedukował Adam, patrząc na rozgardiasz na przeciwległym łóżku.
– Nie, nic… – Roman konsekwentnie postanowił nie zdradzać nikomu wiadomości o wygranej.
– Pieniądze? – Domyślił się Adam.
– Tak, pieniądze, miałem w książce. ­– Roman szybko zmienił front. Musi jakoś wytłumaczyć, dlaczego tak szuka i dopytuje. Ale ani słowa o totolotku. Jeśli kupon znajdzie któryś z nich, nie może wiedzieć, ile jest wart.
– Słuchaj, nikogo nie wpuszczałem po twoim wyjściu. Ale idź teraz spać, jutro poszukamy razem – zaproponował.
Niedoczekanie twoje – rzucił w myślach. Zagryzł wargi. ­ – Jeszcze popatrzę, nie jestem śpiący.
 
 Po godzinie czwartej rano zrezygnowany położył się spać. Jutro będzie lepiej. Poszukam na spokojnie, gdzieś musi tu być, w dzień łatwiej będzie znaleźć.
 Męczył się długo, zanim Morfeusz w końcu wziął go w objęcia. Śnił mu się Adam. Kiedy on z Markiem kibicowali piłkarzom, ten podstępny typ wstał z łóżka i zaczął szperać w rzeczach Romka. Wyciągnął mały papierowy prostokącik z kolektury i sprawdził w telefonie wyniki losowania. Potem schował kupon do szuflady.
 Nieee! Ty złodzieju! – krzyczał Roman. – Oddawaj, ciulu!
  Już miał się rzucić z pięściami na przyjaciela, gdy sen rozmył się. Zlany potem usiadł na łóżku.
Tak, to musiało tak wyglądać. Ja nie zgubiłem kuponu. Ta kreatura mi ukradła.
 – Cześć, jak tam kacyk? – przywitał go wesoło Adam. Dziś wyglądał dużo lepiej. W przeciwieństwie do Romana.
– W życiu nie czułem się tak źle – warknął.
– Coś ty taki zły? Aaa, te pieniądze – odpowiedział sobie Adam, zanim usłyszał odpowiedź. – Nie martw się, znajdziemy. Poszukam po zajęciach. Ile tego było?
 Romek miał już wykrzyknąć: Oddawaj kupon, złodzieju! Powstrzymał się z trudem, ale w głowie wykrystalizował mu się plan działania. Jak chłopaki wyjdą, przeszuka cały pokój. Znajdzie to, co należy do niego. Jeszcze wczoraj zerknął na stronę lotto. Padła tylko jedna wygrana. Cała kumulacja dla niego. Pięć dużych baniek! Jest bogaty! Tylko musi znaleźć ten cholerny świstek.
 – Stówa – rzucił przez zaciśnięte zęby.
– Może wcisnąłeś do jakiejś książki albo w kieszeń. Znajdzie się, jakby co mogę pożyczyć.
  Ty gadzie! Ukradłeś, a teraz z mojego będziesz mi jałmużnę dawał?!
­– Obejdzie się – powiedział zamiast tego lodowatym głosem.
– O.k., o.k., nie, to nie! – Adam wyczuł gniewne nutki i odpuścił.
 
Przez następny tydzień Roman nie był na żadnych zajęciach. Przewertował kartka po kartce każdą książkę, zeszyt, nawet ulotki. Przejrzał wszystkie szuflady, szafę oraz  ubrania całej trójki. Nic. Tysiąc razy przeanalizował możliwości. Z jednego głównego winowajcy, Adama, zrobiło się dwóch. Przecież to Marek wziął jego torbę. A nawet jeśli kupon został w książce na łóżku, to miał okazję zabrać go po powrocie z meczu, gdy Roman poszedł sikać.
 
– Czy mógłbyś wyłączyć to radio?!
– Nigdy ci nie przeszkadzało…
– A teraz mi cholernie przeszkadza!
– A coś ty ostatnio taki nabuzowany? Wyluzuj…
– Nie będziesz mnie pouczał!
– Spokojnie, założę słuchawki – pojednawczo uniósł dłoń Adam.
  Ty łajzo, pewnie się w duchu śmiejesz, jak mnie wyrolowałeś. Ale ja ci nie odpuszczę. Wiem, że to ty.
 
– Który używał mojego talerza?!
– Ja, a bo co? – zapytał spokojnie Marek.
– No to może byś go umył po sobie. Ja nie będę jadł jak w chlewie.
– Umyję, nie bój żaby, a na razie weź mój. Od kiedy to problem?
– Od dziś! Ja za cudzą zmywarkę nie będę robił! – wydyszał Roman.
– A pocałuj ty mnie w dupę. – Uniósł się atakowany.
– Musiałbyś ją najpierw umyć i sporo zapłacić. – Dolał oliwy do ognia rozsierdzony Romek.
– Ty wsioku, ty! Wracaj do świń!
  Tego już nie zdzierżył. Wziął zamach, ale przeciwnik uchylił się i pięść przecięła powietrze. Doszłoby do regularnej bijatyki, gdyby nie interwencja trzeciego lokatora.
– Zostaw go – rzucił do Marka. – Niech sobie robi, co chce, ale sam. Na głupotę nie poradzisz.
 
 Jeszcze trzy tygodnie temu miał dwóch przyjaciół, z którymi dzielił mieszkanie. Od sprzeczki do sprzeczki o byle co, doszło do sytuacji, w której miał dwóch wrogich współlokatorów. Od dwóch tygodni nie zamienił z nimi ani słowa.
Jeden z nich jest złodziejem, może nawet obaj wspólnie to ukartowali i podzielą się kasą.
 Na stronie internetowej lotto podano informację, że jeszcze nikt nie zgłosił się po wygraną.
Podłe gnojki. Przyczaili się, cwaniacy.
 Kiedy tylko wychodzili, Roman zaczynał codzienne poszukiwania. Jeszcze raz to samo i jeszcze raz. Niestety, bez efektu. Poznał każdy zakamarek akademickiego mieszkanka. Odgrzebał zagubione drobniaki, bilety i kapsle. Szczęśliwy kupon jednak przepadł.
Czy ja go na pewno nadałem? Robiłem to tyle razy odruchowo, może kuponu wcale nie ma? Albo go zgubiłem? A ja niewinnych chłopaków podejrzewam i pogrzebałem fajną przyjaźń?
 
 – Proszę, to piwka na zgodę! – Postawił trzy szklanki na stole.
 Zbliżał się wieczór, całą trójką okupowali pokój.
– Zgoda. – Adam wyciągnął rękę bez zastanowienia.
 Marek wahał się chwilę, ale i on miał dość napiętej atmosfery. Warto puścić w niepamięć te wszystkie słowa, które wykrzyczeli sobie ostatnimi czasy. A skoro Romek pierwszy chce przełamać lody, warto wykorzystać sytuację.
Ależ się muszę upokarzać i płaszczyć.
 Do przeszukania pozostały mu już jedynie torby Adama i Marka oraz ich portfele. Zbyt ryzykowna byłaby próba grzebania podczas ich obecności. Nawet w nocy mogli się przypadkowo obudzić. Ale musiał to zrobić, musiał. Załatwił na dziś wieczór odpowiednie proszki. Niech sobie pośpią porządnie, a co! – Radował się w myślach swoim planem.
Ta środkowa szklanka jest moja, jedyna bez dodatków.
 Ciężko mu było uśmiechać się i żartować z tymi padalcami, ale jak tylko znajdzie kupon, to jego noga więcej tu nie postanie.
Głupki i złodzieje, dlaczego nie widziałem tego wcześniej?
 Dwie godziny później przystąpił do ofensywy. Żaden z kolegów nie obudził się, gdy szperał w ich rzeczach. Ale pomimo, że zrobił to ze szwajcarską precyzją, niczego nie znalazł.
A niech to szlag! Zmarnowałem tylko piwa!
  Rano pokłócił się o otwarte okno i pozostawione brudne skarpetki. I sytuacja wróciła do stanu zimnej wojny. Milczenie i wzajemne traktowanie jak powietrze.
Złodziejom nie można popuścić.
 
 
 Łatwo pogodzić się z utratą wirtualnych milionów, gdy losowanie nie przynosi wygranej. Ale kiedy posiada się niewiele, a bogactwo jest na wyciągnięcie ręki, budzą się demony. Roman wiedział, że żyje w gigantycznym napięciu. Ciągle myślał o zaginionym blankiecie, każda myśl i czynność nieustannie prowadziła do tej jednej. Miał wrażenie, że z każdym dniem napięcie i szaleństwo narasta. Jak gdyby wchodził po drabinie, a kiedy stawał na kolejnym szczeblu, znikał poprzedni, tak, że nie było już powrotu, przechodził na wyższy poziom obłędu.
Czy gdy minie czas, będę potrafił wrócić? To znaczy, gdy odnajdę kupon? A jeśli go nie odnajdę? To niemożliwe, to się nie może dziać naprawdę!
 
 
  Strona numer 102, 104, 106, 108… – Zwilżał językiem palec i wertował po raz kolejny te same książki.
  Gdzieś musi być – rozpaczał w myślach. Czuł, że wewnętrzne napięcie jest zbyt duże, analizował dokładnie cały feralny dzień. Nie potrafił jednak odpowiednio się skupić. Nie był już teraz nawet pewien, czy w ogóle nadał zakład, czy odebrał kupon, czy miał go przy sobie.
  Pamiętam, wsunąłem go do książki. Sto procent.
  Strona 128, 130, 132, 134…
Czy na pewno do książki? Przecież go tam nie ma. Ale pamiętam, dałem go do tej zasranej książki.
A może do innej?
  Jeszcze raz. Strona 2,4,6,8…
Przecież wygrałem, należy mi się. Jestem bogaty, już niedługo. Aaaa!
  Miotał się z wściekłości i bezsilności, Książka pofrunęła i z impetem uderzyła o ścianę. Roman uderzał pięściami w łóżko, nie bacząc na unoszący się kurz. Przeklinał głośno, walcząc z niewidzialnym wrogiem. Potem dysząc z wściekłości, położył się na wznak i bezmyślnie gapił w sufit. Już wiedział, na co wyda pieniądze, zrobił dokładny budżet. To nie może się nie spełnić, nie teraz!
Może źle szukałem.
Strona 10,12,14,16…
 
  Jutrzejszy dzień będzie ostatnim, kiedy można zgłosić się po wygraną. Sześćdziesiąt dni bogactwa. Zdążył w tym czasie odpuścić studia, pracę, kolegów i wszystkie sprawy niezwiązane z odnalezieniem wygranej. Schudł bardzo, podkrążone oczy i bladobrązowa cera upodobniały go do zombie, gdy tak wieczorną porą snuł się ulicami Rzeszowa.
  Skierował się w stronę widocznej z daleka okrągłej kładki, dumy miasta.
Człapał powoli, zrezygnowany. Na górze oparł się o barierkę. Spojrzał na feerię barw i świateł. Na kuszące bogactwo. Miał mieć to wszystko dla siebie.
 Wdrapał się na poręcz. Ale ja jestem bogaty – uśmiechnął się szaleńczym grymasem. – I nikt mi tego nie odbierze, nie wrócę do starego życia. Nie potrafię.
 Przypomniał sobie starą bajkę, którą opowiadał mu tato, kiedy był małym dzieckiem.
 Dawno temu żył sobie chłopiec. Pochodził z biednej rodziny i od dziecka pracował w pocie czoła na roli, pomagając ojcu. Ten chciał jednak dla syna lepszego losu i załatwił mu pracę u kowala. Jednak zanim młodzieniec zaczął terminować, napotkał w lesie lisa. Zwierzę było uwięzione w pułapce kłusownika. Odezwało się ludzkim głosem: „Wypuść mnie chłopcze, a obiecuję ci, że pewnego dnia wygrasz na loterii wielką fortunę. Tak wielką, że starczy ci do końca twoich dni”. Chłopiec uwolnił lisa, i od tego dnia stracił zapał do pracy, bo i po co, skoro niedługo będzie bogaty. Nie poszedł więc do kowala na nauki, a i w domu przestał pomagać rodzicom. Ojciec rzekł mu: „Synu,  jeśli nie chcesz pracować w pocie czoła na chleb, idź szukać szczęścia gdzie indziej, nie ma tu miejsca dla ciebie”. Chłopiec opuścił dom i udał się w świat. Lata mijały, ale żaden los nie przyniósł mu wygranej. Tułał się od miasta do miasta i od wioski do wioski. Jako że nie umiał za wiele, a pracować nie chciał, musiał kraść i oszukiwać, aby zdobywać jedzenie i pieniądze na kolejny los. Kiedy siódmy krzyżyk jego żywota dobiegał końca, przepowiednia lisa sprawdziła się – kupowane już raczej z przyzwyczajenia niż z wiary losy, dały mu wygraną. Fortuna była olbrzymia i starczyła do końca jego dni. Czyli całe dwa tygodnie, a po śmierci, jako że nie miał już rodziny ani przyjaciół, swoje łapy położyli na niej królewscy skarbnicy.
  Ja jestem jeszcze młody – tłumaczył sobie Roman. – Mam całe życie, chcę być bogaty, chcę żyć jak w bajce. Przecież wszystko już zaplanowałem. Co ja mówię, ja jestem bogaty!
  Jestem bogaty! – krzyknął kilkakrotnie.
  Gdy uniósł się w powietrze, pierwszy raz od dwóch miesięcy poczuł się wolny i spokojny. Mózg, wiedząc co się zaraz stanie, podjął ostatnie działanie. Mówi się, że przed śmiercią całe życie staje przed oczami. Po prostu cała energia zostaje przekierowana do centralnego miejsca organizmu. Ten biologiczny ekstrakomputer dostaje „kopa”. Nagle połączenia na synapsach działają sprawniej, zamiast wykorzystywać marne kilka procent możliwości, mózg przechodzi na wyższy poziom. Otwierają się zamknięte dotąd szufladki, każde wspomnienie da się odtworzyć, i można połączyć fakty w logiczny sposób.
  Kiedy Roman skojarzył ze sobą niektóre informacje, było już za późno. Monika, biblioteka, książka, wspólna nauka. W nanosekundach połączył w całość pojedyncze dane. Już wiedział, co się stało z kuponem. Chciał zawrócić, wskoczyć z powrotem na balustradę. Z krzykiem i rozpaczliwym machaniem rękami i nogami, starał się uniknąć nieodwracalnego. Czerń asfaltu zbliżała się w dzikim pędzie. Przyjęła uderzenie bez większego szwanku, nie wiedząc, jaki to bogacz dokonuje właśnie żywota w kałuży ciemnoczerwonej krwi i masy mózgowej. Każdy skończyłby tak samo.
 
                                                                           * * *
 
  Andrzej odebrał właśnie komplet podręczników z uczelnianej biblioteki. To pierwszy rok studiów w Rzeszowie. Gdy pakował je do torby, zauważył, że z jednej wysunął się jakiś świstek. 4,8,15,16,23,42. Spojrzał na datę. Strasznie stary ten kupon. Nie wiedział, skąd się tu znalazł. Nie wiedział, że rok temu ucząc się wspólnie do kolokwium, nieznana mu Monika i Roman przypadkowo zamienili się książkami. Były bez okładek, podniszczone wieloletnim użytkowaniem i w sumie bardzo podobne. Po egzaminie Monika udała się do biblioteki, aby ją zwrócić i wtedy okazało się, że ma niewłaściwy egzemplarz. Kiedy podrzucała tabletki cierpiącemu Adamowi, ten nie zauważył, że dziewczyna na powrót zamieniła podręczniki. Lubiła porządek, dlatego tak szybko chciała zwrócić, co pożyczone, i nawet ułożyła książkę w tym samym miejscu, co zabrana przez nią. Andrzej nic o tym nie wiedział i nie obchodziło go to nic a nic. Zmiął kupon i wyrzucił do kosza. Przecież to tylko nic nie warty kawałek papieru.
 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 25.09.2018 21:25 · Czytań: 106 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 3
Komentarze
Asocjacja dnia 25.09.2018 22:01 Ocena: Bardzo dobre
Witaj, Carve
Jestem pod wrażeniem... Dobre!!!
Wybacz, nie jestem wylewna, z natury.
Pozdrawiam :)
Asocjacja
JOLA S. dnia 25.09.2018 22:11 Ocena: Świetne!
Cześć, Carve,

jest to troszkę śmieszna, choć w zasadzie smutna opowieść, z melancholijnym humorem napisana. Jej bohaterem jest młody chłopak, z którego zadrwił los. Piszę młody, bo to ma znaczenie. Dojrzały wiekiem, normalny człowiek, po drodze, zachowywałby się dużo gorzej i prawdopodobnie nie odebrał sobie życia z takiego powodu.
Domyślam się, że trudno ugasić taką irytację, ale ...
O to "ale" wszystko się rozbija, każdy ma swoją hierarchię ważności.
Roman jest bezbronną istotą, chyba jednak niewiele wyniósł z domu, ktoś kiedyś zawinił.
Opowiadanie o bajecznej wygranej w toto - lotka jest emanacją ducha czasu. Kiedy duch ten uleci, wszystko się rozsypuje, czasem dochodzi nawet do tragedii.

Dobry pomysł i wykonanie tekstu. :) Coś na kształt okrutnej bajki, a przecież to kolejny przykład z życia.

Czytając, uśmiechałam się, a tak naprawdę nie był to żaden uśmiech, tylko szczerzenie zębów.

Dobra robota, kolego. :)

JOLA S.
Carvedilol dnia 26.09.2018 15:34
Asocjacjo, Jolu

Dzięki za odwiedziny, komentarze i przede wszystkim przeczytanie opowiadania
Ja też marze o wygranej w totolotka i sam nie wiem co bym zrobił, gdyby mi kupon na gigantyczną sumę przepadł
A przy okazji - ta okrągła kładka w Rzeszowie podświetloną nocą jest bardzo fajna

Pozdrawiam
Carvedilol
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
22/10/2018 09:49
Nie powiem, Ołowiany Żołnierzyku, abyś uszczęśliwił mnie… »
Zola111
21/10/2018 23:55
Zważywszy tytuł, i nagromadzenie myśli z przeróżnych źródeł,… »
Olowiany Zolnierzyk
21/10/2018 22:35
Przeczytałem. Dla mnie to nie jest opowiadanie, ale dziwny… »
Zola111
21/10/2018 22:17
Vanillivi, ech, z moimi recenzjami jest tak, że… »
Olowiany Zolnierzyk
21/10/2018 21:44
J też dziękuję: za komentarz i propozycję. »
allaska
21/10/2018 21:31
hehe, rozbawił mnie wiersz, Autor nikogo nie oszczędza z… »
Vanillivi
21/10/2018 18:55
Ciekawa, wnikliwa recenzja. Podoba mi się w niej to, że nie… »
Slavek
21/10/2018 15:04
Św. Jana Pawła II Za to Twoja recenzja zachęca do… »
JOLA S.
21/10/2018 09:07
OWSIANKO, miłe słowa, wielkie dzięki. Tekst zaciekawił,… »
allaska
21/10/2018 08:58
Rzeczywiście chyba pogranicze:) wiersza za mało, takie… »
allaska
21/10/2018 08:54
w diagnozie - w psychozie - taki rym się wkradł, może lepiej… »
allaska
21/10/2018 08:49
- kwintesencja całego wiersza mimo marazmu w pierwszej… »
Zingara
21/10/2018 03:34
Kochanie jak zawsze podziwiam Twoją twórczość. Wiersz jest… »
Florian Konrad
20/10/2018 23:27
dziękuję serdecznie »
Noescritura
20/10/2018 18:24
Moje klimaty, czyli natura i piękna poezja, wspaniałe… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 23:41
  • A teraz, kiedy już opadły emocje wyborcze, do piór, Drodzy, do piór! [link]
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 23:39
  • Allasko, a tę panią uwielbiam. :)
  • mike17
  • 21/10/2018 18:59
  • Mamy dwóch liderów wybiegających ponad peleton, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Za nim są dobiegający, którzy mogą w każdej chwili wskoczyć na ich pozycje, zatem dopóki piłka w grze...
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 15:58
  • Fatalna maniera w głosie, nie podoba mi się, Slavek.
  • Esy Floresy
  • 20/10/2018 13:12
  • Pogoda nam się zrobiła ponura, więc nieco pozytywnie zakręconą nutkę Wam posyłam. Energetycznej soboty! [link]
  • mike17
  • 20/10/2018 11:39
  • W środę kończy się głosowanie w MUZO WENACH 6, więc macie jeszcze trochę czasu, by oddać swoje cenne głosy : [link]
  • allaska
  • 19/10/2018 19:58
  • Dobry wieczór. Mam wielką prośbę do Redakcji poezji. Czy można prosić o dodanie przed tytułem mego tekstu słowa luźne, luźne refleksje. Będę niezmiernie wdzięczna. Pozdrawiam :)
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas