Miasteczko C, część II, Giganci tańczą, Denatka z fotografią w ręku - Gatsby
Proza » Obyczajowe » Miasteczko C, część II, Giganci tańczą, Denatka z fotografią w ręku
A A A
Od autora: I kolejna część Miasteczka.
Klasyfikacja wiekowa: +18

   

Giganci tańczą

 

 

   Impreza niecodzienna. Stylizowana na modłę lat międzywojennych. Królowe, lady, wielkie panie, biznesmenki i właścicielki nie wiadomo skąd wytrzaśniętych fortun. Kobiety nastawione na sukces, pozwalające sobie na wszystko, co nieosiągalne dla przeciętnego szaraka. Gdzie ta schadzka emerytek się odbywała? – Nie wiem. Zostałem na nią dowieziony taksówką spod samiutkich drzwi Komórkowej kamienicy. Wiem tyle, że był to olbrzymi apartament… Dlaczego nie pamiętam? – Bo gdy już wsiadałem do taksówki, siedziała w niej, co mnie zaskoczyło Lady Wanda i po kilku chwilach przewiązała mi oczy stęchłą rajstopom i do mety nie pozwoliła ściągnąć.

   Pytam po kilku minutach, dlaczego ta opaska, w jakim celu i że to nie potrzebne. Ona się nie odzywa, tylko trzyma mnie za rękę. Pewnie myśli nad argumentami. W radiu gra Ulalala a mnie się już od tego Ulalala słabo zrobiło. Ponawiam pytanie.

   - Nie ściągamy opaski z oczu Łukaszku, bo to jest tajemnica dokąd zmierzamy. Niespodzianka.

Niespodzianka? Co to znaczy?

   - To znaczy, że będziesz się świetnie bawił.

   - W klubie Promenada?

   Rzuciłem pierwszą lepszą nazwą. A nuż się wypapla.

   - Nie, skarbie. Zupełnie gdzieś indziej.

   Ulalala na szczęście ucichło i zaczęły się reklamy, lecz wnet szofer zmienił stację i po szumie radiowym usłyszałem Sieri sieri lejdi i to mnie troszkę uspokoiło. Jakoś odkąd zamieszkałem w Katowicach, straciłem zamiłowanie do heavy metalu i przerzuciłem się na bardziej cukierkowate melodie.

   Dopiero na wejściu dwóch rosłych buddyjskich bożków odsłoniło mi oczy i zobaczyłem… Moje kobiety, zabawiające się w przedwojenne matrony, obwieszone perłami, wisiorami, przyobleczone w kolorowe kiecki i futra z najróżniejszych zwierząt. Te delikatne starsze kobiety, co się już w podeszłym wieku winny pilnować tańczyły, śpiewały, recytowały wiersze, oblewały się szampanami, winami, koniakami i ogólnie wszystkim, co podpitej, podnieconej staruszce mogło wpaść w ręce.

   Mężczyzn innych, oprócz nagich od pasa w górę kelnerów, nie było. Jedynym zaproszonym mężczyzną byłem ja! – Najlepszy, najwspanialszy, najukochańszy Łukaszek! Bodyguard tych wszystkich pań, które to widząc mnie, dostawały orgazmu i ciarek na plecach, udach i ramionach. Włoski stawały im dęba, podnosząc jedwabne szaty. Oczy, pochłoniętym rozmową tylko uciekały w moją stronę, kontrolując, co robię, z kim siedzę, na kogo spoglądam, której więcej poświęcam uwagi, a które najzwyczajniej w świecie olewam. Olewałem sporo. Niektóre klientki stały się jedynie zarobkowym epizodem, który jest, bo musi być, ale niczego ważniejszego nie wnosi. 

  W rogu salonu, w złotej klatce znajdowała się małpa więźniarka. Przykre świadectwo czyjeś egzotycznej zachcianki, które to pozbawione wolności ograniczyło się jedynie do konsumpcji, wydalania i cieszenia swoim wyglądem pozbawionych głębszych przemyśleń gapiów.

   - Zdrowie młodzieńca! – krzyczała któraś, a reszta jak papugi powtarzała. – Zdrowie!

  Wznosiły ten toast średnio raz na pół godziny. Mnie samemu wśród nich robiło się momentami nieswojo, ale praca pracą. Komórka nie było, gdzieś balował w świecie. Po latach wspólnego mieszkania wyjawił mi swój plan na zabezpieczenie do końca życia przekupnego zadka.

   Ożeni, uśmierci i przejmie...

   Właśnie, teraz gdy stawka toczy się o olbrzymią fortunę, Komórek pokazuje swoje prawdziwe ja. Skrytą gdzieś na dnie duszy naturę, która lata czekała, by w odpowiednim momencie się uaktywnić i zdeponować pokłady złowieszczej siły. Wężowaty instynkt pragnął coraz więcej, w coraz krótszym czasie. Ślub z Markizą całkowicie spełniał jego pragnienia.

   Mało tego. Komórek przeobrażał się w skąpca. Im więcej zarabiał, tym ciężej mu było rozstawać się z pieniędzmi. Posuwał się nawet do rzeczy absurdalnych. Sikał do umywalki, co przyuważyłem, nieraz idąc po nim do toalety i papierem toaletowym weryfikując suchość muszli klozetowej. Przypuszczam, że jakby mógł to i robiłby do niej grubsze rzeczy i później przeciskał je szczoteczką do zębów przez sitko. Oszczędzał na praniu. Nie dość, że prał rzadko to używał najtańszy, bezzapachowy proszek. W przypadku jedzenia było podobnie. Jadł coraz mniej i gdyby nie ja to pewno by stracił się  z powierzchni ziemi. Nauczyłem się gotować bardzo dobrze, nie powiem i częstowałem go tymi moimi pomidorówkami, ogórkowymi, rosołkami, kapuśniakami (w domu nienawidziłem, później mi się smaczek wyrobił), cebulowymi, jarzynowymi itp. itd. Opierał się początkowo, zasłaniał dumą, a przecież ta jego duma to wiadomo, że na pokaz. By się tylko nazywało, że jest.

*

   Towarzystwo bogatych od dawien dawna organizowało stylizowane przyjęcia. To na modłę przedwojenną, to na renesansową, to na antyczną. Czasem filmową i przebierały się w wielkie postaci dziurawiące szpilkami Hollywoodzki czerwony dywan. Nie zdradzały wcześniej nikomu za kogo się przebiorą i gdy podczas imprezy spotkały się na salonie dwie Merlin Monroe, to momentalnie sytuacja robiła się nie przyjemna, bo przecież nie ma nic gorszego niż nie oryginalność.

   - Ty też za Merlin Monroe?

   - Tak się złożyło, myślałam, że odpuścisz tym razem…

   - Dobrze wiesz, że czuję do niej coś więcej.

   - Dlatego, gdy tylko to możliwe parodiujesz ją?

   - Nie parodiuję, lecz ty owszem.

   - Och zawsze byłaś „inna”…

   - Vice versa! Udław się ponczem.

   - Ty się zesraj kawiorem!

    Gdy robiło się nieprzyjemnie, a do atmosfery takiej nie trudno było doprowadzić, to koleżanki, pozostałe postaci filmowe widząc, co się święci, wkraczały do akcji. Merlin numer jeden na jeden koniec salonu, Merlin drugą na drugi koniec w taki sposób, aby zniknęły sobie z pola widzenia i z pola zasięgu lecącego buta. Bo wspomnieć w tym momencie należy, że gdy się dwa temperamenty spotkały naprzeciw sobie, to wszystko się mogło wydarzyć i tak też miały miejsce latające pantofle, kieliszki, butelki, bardziej intymne: błyszczyki, puderniczki czy nawet (fuj) zużyte tampony.

*

   Powietrze osiwiało coraz bardziej gryzącym nozdrza papierosianym dymem. We wszechobecny harmider wplątywała się zawodząca muzyka gramofonowa - Może ktoś da ci więcej, będzie kochał goręcej, proszę, spróbuj, przekonaj się, ja mam czas, ja poczekam… - Pomiędzy kobietami krzątali się kelnerzy z przewieszonymi na ręce białymi ścierkami i trzymający przepełnione szkłem, uginające się tace. W spodniach na kant powkładane mieli zwinięte napiwki. Gdy na którąś spojrzał intensywniej, gry którąś oczarował uśmiechem, to ta nie zastanawiając się ni trochę, darzyła go jakąś dychą trzymaną w pomarszczonych dłoniach.

   Bodo, Dymsza, Fogel i inni uświetniali imprezę, jak nic wprowadzając specyficzny klimat przedwojennej Warszawy.

   - Łukaszku! – krzyknęła Lady Wanda. – Zaśpiewaj nam tę piosenkę, co mi ją tak ochoczo śpiewałeś. Pamiętasz?

   Pamiętałem dobrze. Sexappeal. Kiedyś wpadła mi w ucho, gdy u Lady Wandy sprzątałem i za chiny nie chciała wylecieć. Lady miała gramofon z tubą o średnicy wielkością zbliżonej do koła rowerowego i puszczała, gdy miała dobre dni, swoje ulubione piosenki. Kawałki z lat młodości. Nuciłem cały czas, a tej starej prukwie w to graj! Wiem, że nasze relacje się nieco przybliżyły i stara robiła mi za babcię, no ale mogła sobie darować! Zaczerwieniały, zmarszczyłem czoło i nos, by wiedziały, że nie mam ochoty, ale je to mało interesowało. Kazimiera (właścicielka kasyna Monte), przysiadła się do mnie na kanapę, bo o dziwo akurat siedziałem sam, i niczym kocica zaczęła się łasić. Po chwili doszła Markiza, Lady Wanda i Cecylia, która to zmiażdżyła system całkowicie. One obok mnie siedzącego na sofie i Cecylia w swoich szpilkach z czerwonymi podeszwami stojąca naprzeciw w dosyć wyzywającym odzieniu a’la sadomaso, kładąca swoją stopę na moje kolano, i że niby seksi mrucząca do mnie – Zaśpiewaj…

   Więc, żeby zastopować te ich seksualne popędy, wstałem i zacząłem śpiewać. Oczywiście Cecylia – Czekaj, czekaj, płytę muszę zmienić – zmieniła płytę i po chwileczce grała znajoma wszystkim muzyka:

   My jesteśmy mocne silne wy słaba płeć…

   Śpiewałem i udawałem jakiegoś amanta, a one się podniecały, krzyczały i pociły wszędzie gdzie to tylko możliwe. Striptizu nie było, zbytnio mnie peszyły, więc skończyło się tylko na zdjęciu marynarki. Gdy już wyśpiewałem tego Eugeniusza, dały mi spokój. Pałeczkę przejął wytrzaśnięty skądś egzotyczny fakir i on już do później nocy wiódł prym. Połykał noże, grał na jakiś egzotycznych piszczałkach, wymawiał zaklęcia, przekłuwał igłami ciało, wkładał do nosa maleńkie sztyleciki i gasił ustami płonące pochodnie…

   - Mówić wam drogie lejdys, że ja z dalekiego świata – opowiadał fakir między sztuczkami. – Ja widzieć niejedno i słyszeć niejedno… Ja widzieć śpiewające ryby i tańczące małpy, ale nie takie – wskazał na małpę w klatce, która wpatrywała się w niego z głupim wyrazem – Takie nie. To nie znać tresury ani wychowania… To nie umieć na siebie pracować… Ja widzieć Buddę złotego, Allaha i wielkie południowe świątynie… Gdy być młodym zwiedzić Amerykę i całą Afrykę bez wyjątków…

   Stare, sącząc alkohol, wpatrywały się w niego jak w obrazek. Żywy film dokumentalny lepszy od tych, co je Czubówna opowiada co sobotę, niezmiennym, monotonnym głosem. Ja siedziałem między nimi i spijający co chwila drinki za swoje zdrowie odpływałem… Alkohol przymykał mi powieki i obciążał głowę tak, że wylądowała na którymś ze starczych biustów.

   Fakir po kilku chwilach zmienił ton i ożywiony przemówił:

   - A teraz powróżymy drogie lejdis… która pierwsza? Która chętna? Żadna. To od młodzieńca zaczniemy!

   Momentalnie się ocknąłem. Kilkanaście par oczu przygniatało mnie spojrzeniem. Czułem się dziwnie. Źle mu patrzyło z oczu. Fakir usiadł koło mnie i pochwyciwszy moją dłoń, przystąpił do wróżb.

   - Widzieć czerwień, dużo czerwieni, maź gęstą i lepką…

   - Nie przejmować się młodzieńcze, nic złego nie wyniknie…

   - Rozpętasz burzę i uciekniesz…

   - Przyszłości jednak nie zmienisz…

*

   W klatce małpa. Idealna dla nich przyjaciółka. Gdyś podszedł do klatki – zwierzak przeuroczy. Patrzyła niewinnym wzrokiem, paluszkami coś pokazywała, w pyszczku grzebała a po zrobieniu kroku w tył, gdy się już co innego wzrokiem objęło, to jakby w nią sam diabeł wstąpił. Darła się wniebogłosy. Skakała po klatce. Pokazywała kukunamuniu tymi słodkimi przed chwilą paluszkami, wkładała je w usta, drapała się po zadzie… Skąd i po co ona była, komu jej obecność miała służyć? – Nie wiem. Przypominała starą, ze zwichrowanym już rozumowaniem dewotę, co gdy stała naprzeciw, gdy w oczy patrzyła i opowiadała coś zasłyszane, była wręcz do rany przyłóż. Utulić, ukochać, wzrokiem odprowadzić i na do widzenia pomachać. Ale, gdy już za róg weszła, gdy się z horyzontu straciła to obrót o sto osiemdziesiąt stopni i „ty co przed chwilą z tobą rozmawiałam, ja ci teraz dupkę obsmaruję, byś całkiem czysty jak łza nie chodził po tej ziemi, na której to mam cię na oku”.

*

 Alkohol pomieszał mi zmysły. Patrząc na zabawiające się sponsorki, dostrzegłem sporo nowych twarzy. Lady wspominała, że dojdzie jeszcze kilka koleżanek. Tych nowych, twarze nic specjalnego mi nie mówiły, lecz jedna mówiła zbyt wiele! Była to niska osóbka o twarzy Kubusia Puchatka… Tak. Ta sama co pod Skarbkiem namówiła mnie na nieco „większe” zakupy… Ta sama co od śmierci męża kawy nie piła, ta sama co wsiadła do tramwaju, pozostawiając mnie samego z kręcącymi się w oczach łzami.

  - Kim ona jest? – zapytałem Lady Wandy. – Ta w zielonym swetrze.

  - Nasza przyjaciółka! – odparła ekstatycznie. – Zapoznać cię z nią?

  - Nie – odparłem. – Gdzieś ja widziałem!

  - Tak? – Wejrzała na mnie pytająco, podnosząc brwi do góry. – A gdzie?

  - W Skarbku robiłem jej zakupy, bo nie miała na bułkę…

  - Ach… - Skrzywiła się. – Apetyt rośnie w miarę jedzenia…

   - Nie rozumiem?

   - Żebrze, by mieć jeszcze więcej. Bywa.

   - Kim jest?

   - Ona jest właścicielką kilku kwiaciarni i budek z hot dogami…

    - I pod Skarbkiem stoi? – przerwałem.

    - Co ci mam Łukaszu odpowiedzieć? Nie wiem, stoi, bo lubi, stoi, bo nie leży…

  Lady Wanda wzruszyła ramionami. Dopiła ostatek kokosowego drinka z rurką i niebieską parasolką, skinęła na mnie, bym zaczekał na kanapie i po kilku chwilach wróciła z nowym zapasem alkoholu.

    Miałem już mocno w bani, ale wypiłem.

*

 Po momencie znaleźliśmy się z Lady gdzieś poza imprezą. Zniknęliśmy wszystkim z oczu, poszliśmy w tan! W nieznanym pomieszczeniu okupowanego apartamentowca, w rozchwianą odurzeniem alkoholowym przestrzeń. Przedwojenna babcia zaciągnęła mnie w kąt i w nim, upitego, zaczęła całować, ogryzać, lizać, oblizywać członki i smakować sól z każdego centymetra kwadratowego mojej skóry, tak że tylko było słychać ocierające się o siebie perły wiszące na jej szyi. W nozdrza doszedł mnie zapach alkoholu i środka do pielęgnacji protez, zmieszanych z ulubionymi perfumami kobiety. W ustach poczułem smak szminki, która wiecznie rozmazana znajdowała się na jej wydatnych trzonowcach. Nie czułem do niej odrazy. Nie czułem pożądania. Stałem jak manekin na wystawie sklepowej i pozwalałem, by robiła ze mną wszystko to, na co miała ochotę.

 Gdy skończyła zaspakajać się oralnie, jak gdyby nigdy nic, wróciła do imprezujących kumpeli i bredzącego bez ładu i składu fakira. Machnęła mi na odchodne i uraczyła uśmiechem gwiazdy.

   Ja wybrałem się w podróż do domu. 

*

   Nie ostrzegłem Markizy. Nie zdążyłem, zapomniałem, a może nie chciałem się w to mieszać? – Nie wiem. Wiem tyle, że gdy powróciłem do domu, było już za późno. Wraz z Komórkiem wyjechała na te swoje wczasy, o których rozprawiali przez telefon. Pozostawiony dla mnie liścik nie dawał złudzeń. Komórek dopiął swego.

 

 

Denatka z fotografią w ręku

                                

   Cecylia Lukrecja nie doczekała imprezy. Zmarło się jej jakiś czas temu i na nic jej ta emanująca lubieżnymi myślami energia życiowa. Ktoś ją znalazł w sypialni odzianą w te swoje szpilki z czerwonymi podeszwami, maseczkę cekinową i z włożonym w otwór intymny dildem. Na chwałę Boską nie byłem to ja a jakiś kuzyn, brat, wujek, dziadek… Trudno powiedzieć. Nie znałem jej rodziny. – Może kochanek? – wiem jedynie tyle, że w ręku trzymała fotografię młodzieńca, którego to personaliów nie udało się ustalić.  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gatsby · dnia 27.09.2018 14:29 · Czytań: 84 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
Jacek Londyn dnia 27.09.2018 17:15
stęchłą rajstopom

To było wejście giganta.:)

za chiny bym nie pomniejszał Chin - to ogromny kraj.

pzdr
JL
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
22/10/2018 09:49
Nie powiem, Ołowiany Żołnierzyku, abyś uszczęśliwił mnie… »
Zola111
21/10/2018 23:55
Zważywszy tytuł, i nagromadzenie myśli z przeróżnych źródeł,… »
Olowiany Zolnierzyk
21/10/2018 22:35
Przeczytałem. Dla mnie to nie jest opowiadanie, ale dziwny… »
Zola111
21/10/2018 22:17
Vanillivi, ech, z moimi recenzjami jest tak, że… »
Olowiany Zolnierzyk
21/10/2018 21:44
J też dziękuję: za komentarz i propozycję. »
allaska
21/10/2018 21:31
hehe, rozbawił mnie wiersz, Autor nikogo nie oszczędza z… »
Vanillivi
21/10/2018 18:55
Ciekawa, wnikliwa recenzja. Podoba mi się w niej to, że nie… »
Slavek
21/10/2018 15:04
Św. Jana Pawła II Za to Twoja recenzja zachęca do… »
JOLA S.
21/10/2018 09:07
OWSIANKO, miłe słowa, wielkie dzięki. Tekst zaciekawił,… »
allaska
21/10/2018 08:58
Rzeczywiście chyba pogranicze:) wiersza za mało, takie… »
allaska
21/10/2018 08:54
w diagnozie - w psychozie - taki rym się wkradł, może lepiej… »
allaska
21/10/2018 08:49
- kwintesencja całego wiersza mimo marazmu w pierwszej… »
Zingara
21/10/2018 03:34
Kochanie jak zawsze podziwiam Twoją twórczość. Wiersz jest… »
Florian Konrad
20/10/2018 23:27
dziękuję serdecznie »
Noescritura
20/10/2018 18:24
Moje klimaty, czyli natura i piękna poezja, wspaniałe… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 23:41
  • A teraz, kiedy już opadły emocje wyborcze, do piór, Drodzy, do piór! [link]
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 23:39
  • Allasko, a tę panią uwielbiam. :)
  • mike17
  • 21/10/2018 18:59
  • Mamy dwóch liderów wybiegających ponad peleton, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Za nim są dobiegający, którzy mogą w każdej chwili wskoczyć na ich pozycje, zatem dopóki piłka w grze...
  • Esy Floresy
  • 21/10/2018 15:58
  • Fatalna maniera w głosie, nie podoba mi się, Slavek.
  • Esy Floresy
  • 20/10/2018 13:12
  • Pogoda nam się zrobiła ponura, więc nieco pozytywnie zakręconą nutkę Wam posyłam. Energetycznej soboty! [link]
  • mike17
  • 20/10/2018 11:39
  • W środę kończy się głosowanie w MUZO WENACH 6, więc macie jeszcze trochę czasu, by oddać swoje cenne głosy : [link]
  • allaska
  • 19/10/2018 19:58
  • Dobry wieczór. Mam wielką prośbę do Redakcji poezji. Czy można prosić o dodanie przed tytułem mego tekstu słowa luźne, luźne refleksje. Będę niezmiernie wdzięczna. Pozdrawiam :)
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas