Marek cz. II - Asocjacja
Proza » Inne » Marek cz. II
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

      Mijał rok za rokiem, mijały lata. Minęły najpodlejsze lata osiemdziesiąte, najmniej wartościowe, w których każdy każdego skrzywdził, o których nie chciałabym pamiętać, żeby nie zawracać sobie tym głowy w nocy. Skończyły się dawne czasy kiedy kwitły dworskie maniery. Świat schodził na psy, tak wtedy myślałam. Z uczuciem zagubienia, bezużyteczności, przygnębienia życie toczyło się dalej. Inaczej.


       Tracę poczucie czasu...


      Marek zachorował rok po wybuchu wodoru w elektrowni atomowej w Czarnobylu, do którego doszło 26 kwietnia 1986 roku. Zmarł po dziesięciu miesiącach walki z chorobą. Nowotwór płuc. Uważał, że z powodu napromieniowania po katastrofie. Jego mama żyła osiemdziesiąt siedem lat, widział przed sobą trzydzieści lat życia. Wszechmocny zadecydował inaczej. Teraz ty!


W czasie, kiedy Marek opiekował się chorą matką (nowotwór trzustki) Anka przyjechała do mnie. Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze uciekała od elementarnych obowiązków. W moim domu szukała schronienia, z dala od swojego, trzymała ster rządów.
Odebrałam telefon.
- Maju, potrzebuję pomocy, czy mogłabyś... - tracący siły głos Marka zwracał się do mnie z prośbą, było mu ciężko. Przerwałam w pół zdania.
- Tak, przyjadę - zakończyliśmy rozmowę.
- Możesz sobie jechać, możesz nawet z nim spać! - krzyknęła Anka z jadowitym i sarkastycznym poczuciem humoru. Przerwałam wypoczynek. Udaremniłam realizacje zachcianek i oczekiwań.
- Zostajesz? - panując nad emocjami zapytałam chłodno pozostając głucha na propozycję nie do odrzucenia. Nie patrzyłam jej w oczy.
Pakowała się w milczeniu, bezładnie. Z wpółotwartej torby musiały bezwarunkowo wystawać rękawy ubrań. Teatralnie demonstrując wyrzucenie, powłóczystym krokiem wychodziła z domu. Nieruchoma przez okres ponad godzinnej podróży omdlewająco wysiadła z samochodu. Nie witając się z Markiem opadła na krzesło. Podziwiałam ją... Nie tylko za to, jak potrafiła korzystać ze swoich niewyczerpanych zasobów energii, ale również za rodzaj surowej i perwersyjnej wyobraźni, na swój sposób, mimo wszystko, wyjątkowo niezwykłej.

      Marek przebywał w kilku szpitalach, dzięki mojemu mężowi otrzymywał najlepszą specjalistyczną opiekę lekarską. Nikt natomiast nie miał wpływu na szpitalne wyżywienie.
- Maju, przywieź mi coś do jedzenia, mama nie może, wiesz o tym, jest w szpitalu... - Grom z jasnego nieba to mało, żeby powiedzieć co na mnie spadło. Jaki szpital, jaka chora?
- Za godzinę będę u ciebie - ucieszył się.
- Synku, wstawaj! Ubieraj się, szybko. Jedziemy do Wrocławia, do Marka. - Mój syn już spał, zbliżała się godzina dwudziesta druga.


Szpital, portiernia, cerber.


- To nie pora odwiedzin, nie wpuszczę pani... Jeszcze z dzieckiem... - stróż czekał na należną mu zapłatę, jak Bóg przykazał.      Przeholował. W jednej sekundzie zawładnął mną niepohamowany gniew i chęć wyżycia się. Na kimkolwiek.
- Ty pieprzony..., zejdź mi z drogi, ty... - soczyste przymiotniki uspokoiły mnie. Grad przekleństw wcisnął go w misternie wyświechtany fotel. Oparcie znalazł na ścianie. Droga wolna.
Ochłonęłam w windzie. Bogu ducha winny człowiek zderzył się z desperatką. To nie był mój dzień. Marek czekał na korytarzu. Wychudzony chorobą, kruchy. Zjadł niewiele. Pytał o Ankę.
- Obiecaj mi, Maju, że będziesz się opiekować mamą - troszczył się o Ankę - ona jest bardziej chora, niż ja. Zwlekałam.
- Obiecuję - odetchnął z ulgą.

Czy wiedział, czy się domyślał? Anka w 1982 roku przeszła operację wycięcia woreczka żółciowego. Badania histopatologiczne wykryły nowotwór. W czasie operacji chirurg nie zauważył żadnych zmian nowotworowych. "Wątroba czyściutka, jutro przyniesie pielęgniarka kamienie. Na pamiątkę." Przekazał mi pomyślne rokowania. Wyniki zaskoczyły lekarza. Obiecałam ojcu... I odtąd stałam w pogotowiu, gotowa na wszystko, na każde jej skinienie palcem, przez trzydzieści lat.

      Przed wyjazdem do domu wstąpiłam z synem do Anki.
- Co wy tu robicie o tej porze, już północ dochodzi - zaatakowała nas w drzwiach, niechętnie wpuściła do korytarza.
- Byłam u ojca, przywiozłam mu coś do jedzenia a ty podobno jesteś w szpitalu - czekałam na odpowiedź osoby złapanej na gorącym uczynku.
- A co ciebie to obchodzi, prosił cię ktoś, myślisz, że masz prawo mnie rozliczać? - przestraszona, przestawała panować nad sobą.
- Ojciec zadzwonił do mnie... Nie powiedziałam mu, że siedzisz w domu - sugerując dochowanie tajemnicy, łagodnym głosem próbowałam ją uspokoić. Na próżno.
- Kim ty właściwie jesteś? Za kogo ty się uważasz? Myślisz, że możesz srać dalej, niż dupę masz?! Wynoście mi się stąd! - przybierając władczą postawę, gotowa do walki na śmierć i życie, brutalnie wypchnęła nas za drzwi. Kolejny raz nie patrzyłam jej w oczy.
      Podczas podróży powrotnej do domu uzmysłowiłam sobie, że żaden dobry uczynek nie pozostaje bez kary. Dochodziła druga w nocy. Nie liczyłam baranów.

      Po chemioterapiach Marek wracał co jakiś czas, na kilka dni, do domu. Anka wydzieliła mu mały pokój. Na podłogę rzuciła materac, zasłała prześcieradłem, dorzuciła poduszkę i okrycie. Przygotowała legowisko. Sama spała w salonie. Gorączkowo zaczęła zajmować się sprawami spadkowymi, Marek po śmierci swojej matki stał się właścicielem małego mieszkania. Anka trzymała w ręku trzy testamenty.

"Wy macie pieniądze, szkoda mieszkania we Wrocławiu, syn pójdzie na studia, kawalerka w sam raz dla niego." Zwrócił się do mnie i do męża Marek. Przekonał nas. Kupiliśmy. W tym czasie mieszkała w nim jego matka. Po śmierci babci rodzeństwo Marka zrzekło się praw do dziedziczenia. Marek chciał postąpić zgodnie z przyrzeczeniem, przekazać mieszkanie wnukowi. Anka miała inne plany. Choroba Marka jej sprzyjała, stanęła do natarcia. Podekscytowana, z wypiekami na twarzy zmieniała zapisy w testamencie.

      Siedziałyśmy w kuchni. Sporządzone odręcznie testamenty Anka położyła przede mną na stole, przykryła ręką.
- To jest testament na twojego syna - machnęła mi nim przed oczami i podarła - to jest na mojego syna (po stanie wojennym brat wyjechał do USA i nie zamierzał wrócić do kraju) - z rozrzewnieniem włożyła go do szuflady - a ten jest na mnie - do szuflady.
Poszłam do łazienki, przemyłam twarz zimną wodą. W mrocznym, nieprzewietrzanym pokoju, przy Marku, usiadłam na podłodze. Długo rozmawialiśmy. Robiło się późno. Z ciemnego tunelu, z obrazem Marka na barłogu i stojącej na podium triumfującej Anki, cudem trafiłam do stałego miejsca bytowania, do pustych czterech ścian.

      Pamiętam ostatni dzień spędzony z Markiem w szpitalu.
- Nie wiedziałem, że mam taką kochającą córkę - odwzajemniłam jego smutny uśmiech - już nie mam czucia w tym miejscu - wskazał na splot słoneczny.
      Wychodząc zatrzymałam się w drzwiach, nie odprowadzał mnie wzrokiem, patrzył w okno. Idąc za jego spojrzeniem zobaczyłam wysokie kominy pobliskiej elektrociepłowni. I drzewa, bez liści.


      Na drugi dzień poszłam do pracy. Przed południem zadzwoniła Anka.
- Mój mąż zmarł o dziewiątej rano, przyjeżdżaj, jest dużo spraw do załatwienia, ja nie mam siły - w jednej chwili znalazła się w pożałowania godnym stanie, nie rozumiała czym zasłużyła sobie na tak ciężki los... Szybko przerwała połączenie. Akcja!


      Po chwili siedziałam w samochodzie. Gościnna sekretarka uprzejmie zaprosiła mnie do gabinetu swojego zwierzchnika. Zaczęłam się dusić. Mąż otworzył okno. Zapach nadmiernie wydzielonego przez niego potu mieszał się z perfumami sekretarki. Zmiksowana mgiełka zaduchu zatykała mi nos, policzkowała.
- Zabieram syna, wrócę po pogrzebie. - Trzasnęłam drzwiami. Framuga udźwignęła uderzenie.
Mąż kontynuował gorący romans z taktowną i uroczą sekretarką. Zdążył na pogrzeb.

      W marcu 1988 roku odszedł Marek, mój ojciec. Nie poznał zakulisowych intryg Anki. Kochał ją. Nie powiedziałam mu o rozpadającym się małżeństwie. Lubił mojego męża. Po niecałym roku od śmierci Marka, rozwiodłam się. W latach osiemdziesiątych odeszła cała moja najbliższa rodzina, zostałam z synem, sama.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Asocjacja · dnia 13.10.2018 19:22 · Czytań: 114 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 5
Komentarze
JOLA S. dnia 13.10.2018 20:41 Ocena: Świetne!
Asocjacjo,

po przeczytaniu tego kawałka miałam ochotę z Tobą porozmawiać. Może nie o pisaniu, ale o życiu, które nie pieści... O kobiecie, zmuszonej przez los do samotnego wychowania dziecka. Wymaga ono siły i poświęcenia, ale to jeszcze nie tragedia. Zły ojciec i mąż to żaden rarytas, niech idzie w cholerę, przyłożyłabym jeszcze do tego rękę.
To tak, na marginesie. ;)

Wiadomo, że Twoja bohaterka nie była szczęśliwa. Nieszczęście widzi się zawsze przez swój pryzmat. Zadajemy sobie zawsze to samo pytanie, dlaczego wszystko się posypało i akurat teraz.
Na to nie ma odpowiedzi. Są to luźne kartki z życia, na starość garść wspomnień, do których nie chce się wracać.
Lekarstwem jest, znaleźć sobie jakąś radość i cieszyć się nią, trwając z różową wstążką w dziobie.

Mam nadzieję, że to nie koniec Twojej smutnej opowieści, po nocy następuje dzień i tak już jest.
Rozbudowałabym niektóre opisy, szczególnie te sięgające do historii, np. do Czarnobyla, ale to Twój wybór i Twoje pisanie. :)

Jestem zadowolona, to ambitny tekst. Proszę, nie przystawaj w dążeniu do doskonałości, to nie takie trudne. Darzę Cię zaufaniem. Zrób to dla siebie, a dopiero potem dla innych, a będzie dobrze. :)

Serdeczności.
Asocjacja dnia 14.10.2018 00:00
Droga Jolu :)
Dziękuję za miłe słowa, które płyną z Twojej strony. Zmęczona jesienną porą przerywam pisanie... Słoneczny dzień nie zachęcił mnie do wyjścia na spacer, spoglądając wstecz, ze szczenięcych lat czerpałam i czerpię siłę, cofanie się do lat młodości, by je opisać, przytłacza. Upływający czas staje się gilotyną, tnie każdy nerw, wydobywanie wspomnień, które zostały zagrzebane, by iść dalej w życie, jest możliwe, ale aby je opisać szczegółowo, z uczuciami jakie wtedy towarzyszyły różnym wydarzeniom, to w tej chwili dla mnie istna katorga. Muszę odpocząć, oczyścić umysł :) Dzięki Tobie, Jolu, wiem, że powrócę do podjętego przez siebie zadania. Dziękuję za słowa otuchy, za różową wstążkę, którą już włożyłam do dzioba :) Nie martw się o mnie, jestem silna! :)
I będę przy Tobie na PP :)
Serdeczności :)
Marek Adam Grabowski dnia 14.10.2018 18:45
Dalszy ciąg, chmm ...

Widzę, że ten Marek umarł tuż przed moim urodzeniem.

Chyba lato 80-te nie były takie złe jak piszesz. Były na pewno ciekawe.

Pozdrawiam
Marek Adam Grabowski
Melp dnia 14.10.2018 20:15
Bardzo podoba mi się realizm i autentyczność zdarzeń, postaci, losów. Wiele rzeczy jest zaledwie zaznaczonych, czuję, że to nie koniec opowieści i wiele jest do rozwinięcia. Czekam na kolejną część:) pozdrawiam serdecznie
Asocjacja dnia 14.10.2018 22:16
Drogi Marku :)
Wyciągnął mnie Pan z zadumy, dzień przyjścia na świat to wyjątkowa radość i szczęście, kurz świata przykrywa nas, czy chcemy tego, czy nie... Już trzymam kciuki za wejście Pana w dwudziesty drugi wiek :)
Drogi Melp :)
Zamknęłam okno, wiatr wieje przez okiennice... Odpocznę, zakończę. Rozwijam.
Obu Panom dziękuję za wizytę pod moim tekstem :) :)
Pozdrawiam :) :)
Asocjacja
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
pociengiel
23/04/2019 10:01
Dzięki. Jest najlepsza. Aczkolwiek zaszalałem dodając cztery… »
allaska
23/04/2019 09:38
Popracowalabym nad ostatnia strofa:) »
AntoniGrycuk
22/04/2019 21:14
Marku, dzięki za nalot na tę mini-miniaturę. I za taką… »
Marek Adam Grabowski
22/04/2019 20:18
Świetne. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
  • AntoniGrycuk
  • 22/04/2019 18:12
  • Dzięki. Choć logicznie to brzmi, jakby chodziło o znaczenie słowa winny w sensie długu, a nie przyczyn wydarzeń.
  • al-szamanka
  • 22/04/2019 18:02
  • Jestem winny WSZYSTKIEMU... WSZYSTKIEMU jestem winny.
  • mike17
  • 22/04/2019 16:51
  • Nasza zabawa trwa. Głosujcie w MUZO WENACH 7, łatwo czytać miniatury, bo jest ich niewiele. Dlatego liczę na Wasz odbiór i cenne głosy. Czekają na nie też Autorzy, którzy zaszczycili konkurs :)
Ostatnio widziani
Gości online:23
Najnowszy:molatobiaszko
Wspierają nas