Kolekcjoner Kukieł - rozdz. 1 - Gatsby
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Kolekcjoner Kukieł - rozdz. 1
A A A
Od autora: Tak mnie jakoś natchnęło...
Klasyfikacja wiekowa: +18

KOLEKCJONER KUKIEŁ

 

Rozdział I

 

I

Kukła stała na półpiętrze ostatniego piętra kamienicy. Wpatrywała się w każdego przechodnia tępym spojrzeniem. Była brzydka, wyblakła, zakurzona jak cała klatka schodowa. Strażniczka ostatniego mieszkania – tak nazywali ją mieszkańcy. Dlaczego ostatniego? Otóż właśnie w ostatnim mieszkaniu, po lewej stronie na czwartym piętrze, pod numerem osiem mieszkała Tamara Domowiczowa, kobieta tajemnicza, stara jak świat, pomarszczona jak skorupka orzecha włoskiego lub jak kto woli zwoje mózgowe. Właścicielka kilku kolorowych kukieł, w tym tej z półpiętra. Kukły, mającej za zadanie strzec kobietę przed niebezpieczeństwami. Przed akwizytorami, naciągaczami, przed podszywającymi się za wnuczka wyłudzaczami, choć ci ostatni nie mieli najmniejszych szans wyłudzić od kobiety choćby grosza. Była bowiem bezdzietną wdową.

Nie utrzymywała zażylszych relacji z innymi lokatorami. Stroniła od ludzi. Wolała swoją drewnianą rodzinę.

 

*

Puk, puk.

Drrr, drrr – zadźwięczał dzwonek.

Zazgrzytał zamek i otworzyły się drzwi.

- Szybciutko pani Wiewiórowa, zapraszam.

Kobieta niezgrabnie weszła do środka.

- Opowiadaj droga sąsiadko, co się to wydarzyło?

- Było pogotowie, ale już nic się nie dało zrobić. Godzinę później, koło dwunastej przyjechało trzech chłopa, poubieranych na czarno i ją wynieśli we worku.

Obydwie sąsiadki siedziały w salonie i zawzięcie plotkowały odnośnie rannego zdarzenia. Z radia leciała któraś z audycji Polskiego Radia. W kuchni, na kuchence gazowej bulgotały garnki, po brzegi wypełnione wodnistą zawartością. Unosił się zapach rosołu i pieczonego mięsa.

- Ponoć nie było szans odratować – powiedziała Wiewiórowa i sięgnęła po herbatę. – Była dziwna, prawda?

- Była – potwierdziła sąsiadka. – Jak ją mijałam na sieni, to wzrok w drugą stronę i przed siebie. Źle jej z oczu patrzyło.

- Miała coś w tym spojrzeniu…

- Jeszcze ta uroda… Jakby siostry bliźniaczki z tą kukłą na półpiętrze.

- Tak. Może w końcu zniknie to straszydło.

- Pani Wiewiórowa, a może pani tę kukłę wyrzuci? – spytała sąsiadka. – Ma pani bliżej…

- Hmm – zamyśliła się. – Tak zaraz po jej śmierci to ruszać?

- No a co? Sień jest wspólna więc…

- Masz, pani Wiesiu rację. Jak tam będę wracać, to to wywalę.

- A ja tam później pozamiatam!

- Gdyby nie pani Leosia – zaczęła Wiewiórowa – to nie wiadomo jak długo by przeleżała w tym mieszkaniu…

- Racja. Byśmy po smrodzie się zorientowały, że martwa.

- Ja podziwiam panią Leosię, że tak wytrzymywała z tą Domowiczową… Niechaj jej ziemia lekką będzie, ale ja bym z tą kobietą ani chwili nie ujebała. Aż jak o niej wspominam, to mnie ciarki przechodzą.

- Ona, ponoć nawet nie miała łazienki w mieszkaniu!

- No nie miała – potwierdziła kobieta. – Ale to już od kilku lat… I dlatego tak śmierdziało, jak wychodziła z mieszkania.

- Perfumowała się jeszcze tymi różanymi zapaszkami…

- Żeby smród przytłamsić.

- Ile miała lat? Osiemdziesiąt?

- Coś koło tego. Wojnę ponoć pamiętała.

- I te kukły…

- Nom, kilkadziesiąt. Różnych wielkości – odparła Wiewiórowa. – One wszystkie są z jakiegoś cyrku, ale nie wiem dokładnie. Jak pani spotka panią Leosię, to proszę zapytać. Ona wie więcej.

- Ale czy spotkam?

- W piątek ponoć przyjdzie, bo zarządca chce obejrzeć mieszkanie. 

 

*

Wiewiórowa pożegnała sąsiadkę i udała się na ostatnie piętro.

Było już sporo po siedemnastej. Na polu ciemno. Żarówki zawieszone na klatce mrugały niespokojnie. Nigdy wcześniej coś takiego nie miało miejsca. Nie zastanawiała się nad tym zbytnio. Dwadzieścia stopni dzieliło ją od paskudnej kukły. Wdrapała się po schodach i sięgnęła po lalkę – w końcu zniknie to brzydactwo. – Chwyciła ją. Była dosyć ciężka. Nic dziwnego, drewniana głowa musiała swoje warzyć. Przeszły ją dreszcze i przeszyło coś zimnego. Uczucie, które rzadko, być może kilka razy w życiu ją doświadczyło. Nic sobie z tego nie zrobiła. „Jakieś zaczarowane, czy co?” – pomyślała i skierowała się z powrotem w dół. Nie zeszła pięciu stopni, a została popchnięta. W ten sposób odczuła lodowate pchnięcie w plecy. Dwie bezwładne kukły sturlały się ze schodów. Kobieta uderzyła głową w tarasową posadzkę, tuż pod drzwiami swojego mieszkania. Popłynęły jej łzy, a z ust wypadła sztuczna szczęka, łamiąc się na kilka części i rozpryskując po piętrze. Czerwona kałuża rozlała się dookoła jej głowy, wypełniając szczeliny spękanej podłogi. Łapczywie łapała powietrze, próbowała wydobyć z siebie głos. Zawołać o pomoc. „Pomóżcie mi” – pomyślała, lecz już było za późno. Z ust wypłynęła stróżka krwi i niczym źródełko zasiliła czerwone morze krzepnącej mazi. Umarła. We wszechobecnej czerni dostrzegła światełko, ale nie było ono ukojeniem. Nie było Bogiem. Ujrzała wizję olbrzymiego pożaru, uciekających ludzi i przeraźliwie śmiejących się kukieł.

– Dołączysz do nas? – spytały lalki.

– Dołączysz!

- Dołączysz!

- Do – łą – czy – sz...!

 

*

Nad ranem znalazł ją Nowakowski z pierwszego piętra. Jak co dzień prowadził syna do przedszkola.

- Popatrz tato! – Chłopiec pokazał ojcu znaleziony kawałek protezy – czyżby to był czyjś ząbek?

- Wyrzuć to zaraz! – zbulwersował się mężczyzna. – Skąd to masz?

- Leżało tutaj.

Pokazał ojcu miejsce znalezienia szczęki.

- A popatrz tam! – Wskazał palcem na schody, prowadzące na drugie piętro – Jeszcze jedna część! Może to takie puzzelki?

- Idź, umyj ręce.

Otworzył chłopcu drzwi do mieszkania, a sam wszedł po schodach na wyższe piętro. Uderzył go w nozdrza metaliczny zapach krwi. Wiewiórowa leżała na brzuchu. Wyprostowane ręce prostopadle do tułowia i nogi leżące jeszcze na trzecim stopniu, tworzyły znak krzyża. - Chryste Panie – wykrztusił i zszedł na półpiętro, by zawrócić synka do domu.

- Pójdź do swojego pokoju. Dziś nie idziemy do przedszkola.

- Dlaczego? – spytał chłopiec i ruszył w stronę ojca.

- Wejdź do mieszkania! – krzyknął nieco zbyt ostro.

Malec pokiwał głową. Zmarszczył buzię, zamknął na moment oczy i przetarł łzy. Pociągając nosem, wszedł do mieszkania.

Nowakowski wrócił do nieboszczki. Zadzwonił na pogotowie, lecz po kilku chwilach uświadomił sobie, że nie wie, czy kobieta w ogóle żyje. Rozmawiał z dyspozytorem. Wolną ręką sprawdził puls, lecz natychmiast ją cofnął.

Ciało było lodowate.

- Przepraszam – powiedział do telefonu. – Ona nie żyje.

Po kilkudziesięciu minutach przyjechała policja i prokurator.

Ciało zapakowano w worek i ci sami panowie, którzy kilka dni wcześniej wynosili Domowiczową, wynieśli Wiewiórową.

 

*

Kukła wbrew przypuszczeniom nie leżała obok Wiewiórowej. Nie leżała na schodach, czy w innym miejscu niż została postawiona przez poprzednią właścicielkę. Stała właśnie na półpiętrze. W tym samym miejscu, z którego chciała ją zabrać dzień wcześniej kobieta. Tym samym tępym spojrzeniem wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt. Pokryta kurzem czekała, aż ktoś się nią zaopiekuje. Przygarnie, wyczyści, umyje włosy, poperfumuje i pokocha jak najważniejszą z najważniejszych zabawek. Może pokocha bardziej niż najważniejszą z zabawek? Jak siostrę, jak matkę, jak kochankę?

Nie mogła pozwolić, by ktoś ją wyrzucił, skazując na zniszczenie.

Potrzebowała miłości i opieki. Bezgranicznego oddania się jej oraz jedzenia. Tak, to ostatnie było ważną potrzebą. Od dawna nie miała nic w swoich drewnianych ustach, wargi niczego nie miażdżyły, a język już wysechł na wiór, nie wchłonąwszy od lat ani kropli świeżej krwi.

 

*

Kilka dni po tragicznym wydarzeniu wszystko wracało do normy. Również dzieci zostawały na dłużej wypuszczane z mieszkań, by mogły pobawić się ze sobą. Trójka dziewczynek bawiła się na klatce schodowej w detektywów. Najstarsza Monika – mieszkanka sąsiedniej kamienicy oraz Mariola i starsza od niej o rok Dominika – sąsiadki z naprzeciwka, mieszkające na parterze.

- Popatrzcie, jaka kukła! – Monika zawołała resztę koleżanek, by weszły na półpiętro.

- O, jeszcze jej nikt nie wyrzucił – oznajmiła Mariolka. – Patrz, Dominka!

- Ciekawe czyja?

- Tej starej baby spod ósemki – odparła, ściszając głos Dominika. – Tej, co umarła.

- Hmm. – Zamyśliła się Monika. – Szkoda jej. Pewnie ktoś ją wyrzuci.

- Zabierz ją sobie  – zaproponowała Dominika. – Dla mnie jest za straszna, więc jej nie chcę.

- A ja? Może też bym chciała? – oburzyła się Mariolka.

- To weź sobie ją na jakiś czas, a później się wymienimy – zaproponowała najstarsza z dziewcząt. – Co ty na to?

- Nie będę się z nikim nią dzielić!

Dziewczynka nie ukrywała gniewu. Spojrzała na koleżanki i wycelowała palec w Monikę. – Nawet na nią nie patrz! Jest moja! Rozumiesz? – Chwyciła kukłę pod pachę i trzymając się poręczy, zeszła na dół. – Jest moja! – wykrzyczała, będąc gdzieś na drugim piętrze.

- Co w nią wstąpiło?

- Nie wiem Monia. – Dominika wzruszyła ramionami – Serio chciałabyś zabrać tę lalkę do siebie?

- Jakbym ją umyła i dała nowe ubranie, to nie byłaby taka straszna.

- Oj nie wiem… Ciekawe co Mariolka z nią zrobi?

 

II

 

- Najpierw cię umyjemy, a później uczeszemy włoski.

Dziewczynka nalała do plastikowej owalnej miski stojącej pod prysznicem ciepłej wody i dodała troszkę szamponu pokrzywowego, który matka używała do regeneracji połamanych i przetłuszczonych włosów. W wodzie rozeszła się zielona smuga gęstawego płynu. Zamieszała, aż powstała piana. Ściągnęła z kukły ubranie, które wiekowe, rozpruło się w najbardziej delikatnym miejscu. Uniósł się zapach starości – słodki, słomiany, kojarzący się z zagraconym różnymi przedmiotami strychem.

Kukła trzymana na kolanach poruszała oczami, zamrugała i zatrzymała wzrok na jej twarzy. Dziewczynka miała ładną twarz. Rumianą, okrągłą ze szlachetnymi rysami i leciuśkimi piegami pod zielonymi oczami.

- Nie poparz mnie – powiedziała cichutko.

Dziewczynka myślała, że się przesłyszała. „Przecież rzeczy nie mówią” – pomyślała i włożyła kukłę do miski, pod prysznic i zaczęła szorować szczotką do mycia wanny i kafelków.

- Mówiłam, nie poparz mnie! – ta wykrzyczała i spiorunowała wzrokiem dziewczynkę. – Ja nie jestem rzeczą i mówię!

Mariolka odskoczyła do tyłu. Szczotka uderzyła w ścianę wanny. Głowa lalki zanurzyła się pod szarą już wodą.

Nie wiedziała, co robić. Bała się podejść i ją wyciągnąć.

- Wyciągnij mnie! – lalka poprosiła nieco łagodniej. – Proszę.

- Kim jesteś? – spytała, chwyciła ją za włosy i wyciągnęła z wody.

- Delikatniej. Zabolało!

- Przepraszam. Myślałam, że lalki nie są żywe.

- Ja jestem!

- Jak się nazywasz? Ja mam na imię Mariolka.

- A ja Lucyna.

- Ładne imię. Nie wydaje mi się, abym cię widziała wcześniej żywą…

- Nie musi ci się wydawać. Jestem żywa tylko dla ciebie i bardzo głodna!

- Tylko cię umyję i pójdziemy coś zjeść – zaproponowała dziewczynka i chwytając szczotkę, kontynuowała mycie. – Mam herbatniki. Lubisz?

- Nie. Nie lubię herbatników.

- A co lubisz?

- Mięso.

- Hmm – zastanowiła się. – Muszę mamę poprosić, by mi dała trochę kurczaka.

- Nie proś. Nie da ci.

- To z obiadu trochę schowam do kieszeni…

- Smażone, pieczone, gotowane? Ja wolę surowe!

- Skąd je wezmę?

- Masz pułapkę na myszy? Postaw ją w piwnicy i za dwie godziny będziesz miała obiad dla mnie.

Dziewczynka nie zastanawiała się dłużej i gdy tylko oporządziła kukłę: wytarła, uczesała i włożyła do łóżka, przykrywając kołdrą, poszła do kuchni, wyciągnęła z półki skrzynkę narzędziową i wyszukała w niej pułapkę na myszy.

Był to najprostszy mechanizm, ale jakże zdradziecki.

Korzystając z okazji, że matka wyszła do sklepu, ucięła kawałek kiełbasy toruńskiej, nabiła go na drucik, naciągnęła zapadnie i trzęsącymi się rączkami, nastawiła. Wymagało to od niej sporego wysiłku i przełamania, bowiem nie chciała zabijać myszy, skoro w lodówce jest kurczak i kiełbasa, którymi bez problemu można by było nakarmić kukłę. Dla jej małych rączek naciągnięcie sprężyny było nie lada wysiłkiem. Postanowiła, że nie będzie myślała o myszy, a o kukle, która głodna i osierocona przez panią Domowiczową potrzebuje natychmiast czegoś do zjedzenia.

Włożyła buty i wyszła z mieszkania. Podczas zamykania drzwi zawleczka w pułapce się osunęła i zapadka z pełną siłą zmiażdżyła dziewczynce kciuk.

- Ałaaaa! – wykrzyczała i zalała się łzami. – Mój palec!

Próbowała strząsnąć łapkę z palca, lecz przysparzała sobie tym jeszcze większej boleści. Kostka kiełbasy spadła z drucika i poturlała się na podłogę. Mariolka cała się zaczerwieniła. Jeszcze nigdy dotąd nie czuła tak olbrzymiego bólu. Jedyny ból, jaki dotąd ją spotkał, był spowodowany nieumiejętnym korzystaniem z nożyczek, podczas wykonywania pracy domowej z plastyki. Krew wtedy leciała potokiem, lecz matczyna interwencja ekspresowo uśmierzyła ból. Teraz matki nie było, a dziewczynka nie potrafiła uwolnić się od sprawiającej katuszę pułapki. Kciuk zsiniał. Ból promieniował do nadgarstka. Usiadła na schodach i płacząc, próbowała się uwolnić.

Sytuacja nie trwała jednak dłużej niż kilka minut. Z sąsiedniego mieszkania wyszedł starszy, siwy mężczyzna. Znała go. Był dziadkiem Dominiki. 

- Coś ty dziecko zrobiła? – spytał i nie zastanawiając się, ściągnął pułapkę.

Zabolało jeszcze bardziej.

- Dziękuję… - wyszeptała przez łzy. – Ale mnie boli!

- Zaczekaj, przyniosę wody utlenionej i plaster.

Faktycznie, była potrzebna. Ze zsiniałego miejsca zgniecenia, wydobyło się kilka kropel krwi, na których widok, dziewczynka odwróciła wzrok. Nie mogła ruszać kciukiem.

- Zaszczypie trochę, ale musimy. – Sąsiad polał palec wodą utlenioną i nadmiar przetarł chusteczką higieniczną. – Co ci przyszło do głowy bawić się łapką na myszy?

Nie odpowiedziała. Zalała się łzami i uciekła do mieszkania.

 

*

- I coś narobiła?

- Przecież to nie jest moja wina!

- Twoja – odparła kukła. – Tylko twoja, żeś jest taka niezdarna.

- Przepraszam, podczas zamykania drzwi…

- Nie ważne! Daj tej kiełbasy.

Mariolka pobiegła do kuchni, a kukła nadal leżała w jej łóżku i groźnie łypała dokoła szklanymi oczami. Po chwili wróciła z talerzykiem wypełnionym kawałkami kiełbasy.

- Proszę. – Podsunęła jej talerzyk pod rękę i usiadła na łóżku. – Jedz. Jest dobra.

- Nie mogę ruszać rękoma, nie mam siły. Musisz mnie nakarmić.

- Zaraz, tylko przyniosę widelczyk.

- Palcami!

Spojrzała na kukłę, chwyciła plasterek kiełbasy i wsadziła jej do ust. Lalka zjadła, lecz pokiwała z niesmakiem głową.

- Wolałabym myszę!

- Lucynko, nie mam…

- Dawaj następny Mariolko…

I tym razem uchwyciła w palce kiełbasę i wsadziła lalce do ust. Jednak ta ugryzła ją łakomiej, przygryzając dziewczynce opuszek palca.

- Ała – zawołała. – Uważaj!

- Przecież nic ci się nie stało – odparła złośliwie kukła, spoglądając łapczywie na talerzyk. – Dawaj kolejny!

Mariolka chwyciła plasterek, tym razem samymi czubkami opuszków, aby ta nie mogła jej ugryźć.

- Co się tak boisz? – spytała, widząc zachowanie dziewczynki. – Bardziej niż kciuk cię nie zaboli.

Tym razem chapnęła kiełbasę tak agresywnie, że odgryzła jej opuszek palca. Mariolka w amoku przewróciła się na podłodze i zawodząc, zaczęła wołać mamę. Kukła oblizała wargi i przybrała z powrotem to samo spojrzenie, którym będąc na półpiętrze, obdarzała każdego przechodnia.

- Co się stało? – Matka błyskawicznie wbiegła do pokoju.

Widząc płaczącą córkę, momentalnie wzięła ją na ręce i zaniosła do kuchni. Trzęsącą się, opatrzyła, jak tylko potrafiła, ubrała i po kilkunastu minutach były już w drodze na pogotowie.

Lucyna rozejrzała się po pokoju.

 

III

 

Karmazynowe słońce niknęło, ustępując miejsca wszechobecnej ciemności. Stalowe samoloty przecinały niebo, tworząc coś a’la pajęczynę. Było ciepło i spokojnie, lecz w powietrzu unosił się niepokój, zwiastujący nadchodzący z minuty na minutę, z sekundy na sekundę kataklizm. W odległych miastach i wsiach już nadszedł. W kilka chwil zrujnował tysiące ludzkich marzeń, planów i posłał w nieśmiertelne krainy setki dusz. 

Cyrk Carmello od kilku dni stacjonował w Skorupówku.

Cyrkowcy mieli trudniej niż dawniej. Ludzie nie byli już tacy skorzy do odwiedzin, a tych, którzy przyszli, niełatwo było zarazić dobrym humorem. Jedynie dzieci się bardzo dobrze bawiły. Dzieci zawsze się dobrze bawiły, a gdy tylko na scenę wyszedł Mariano – dwugłowy mężczyzna i pokazywał najznakomitsze sztuczki, zatapiały w niego swe duże, zafascynowane ślepia, zapominając o wszelkich troskach. Podobnie oddziaływał na dorosłych.

Mariano był czarnym koniem cyrku.

Gdy wychodził na scenę, przysłaniając się olbrzymim, zakrywającym całe popiersie wachlarzem, z wymalowanym nań popiersiem młodego mężczyzny, wnet wzmagały się oklaski, po których, gdy opuścił wachlarz, momentalnie zachodziła cisza. Cisza zalewająca każdy centymetr sześcienny przestrzeni nad i pod trybuną. Nietypowy mężczyzna skupiał na sobie całą uwagę. Jego głowy rozglądały się po publiczności.  

- Nie możliwe – szeptali ludzie, rozumiejąc, że to, co widzą, nie jest żadną mistyfikacją.

Mariano z obszernych spodni wyciągał piłeczki i zaczynał żonglować. Robił to z niesamowita precyzja i szybkością. Początkowo wszystkie piłeczki były widoczne, po chwili jednak zatracały się w wirującym kole. Gdy kończył, chwytał płonące obok niego pochodnie i zaczynał zionąć ogniem, niczym dwugłowa smocza bestia wyciągnięta z chińskich mitów.

Po jego występach publiczności nie sposób było uspokoić. Widzowie zachowywali się niczym murzyni, widzący pierwszy raz w życiu śnieg.

Gdy emocje opadły po dobrych kilkunastu minutach aplauzu, na scenę wlała się gromada kukieł, podwieszonych niewidzialnymi sznurkami do sufitu, na którym stacjonowała cała armia lalkarzy, gotowa z największą starannością odegrać swoje role.

Kukły były przeróżne. Kolorowe, wykonane z największą dbałością. Z prawdziwymi włosami, powtykanymi w oczodoły szklanymi oczyma, ze złotymi kolczykami, w jedwabnych ubrankach, z nałożonymi na nóżkach skórzanymi bucikami. Drewniane twarze pokryte były kremową farbą z naniesionymi na policzkach odcieniami czerwieni i z wymalowanymi czarną kreską brwiami.

Nie było dorosłego człowieka, który przeszedłby obok nich obojętnie.

Na twarzach dzieci wywoływały zaciekawienie i uśmiech.

Były drogie. Nie raz miały stać się obiektami kradzieży – na szczęście nieudanych.

Ta noc nie była szczęśliwa. Po spektaklu, gdy cyrkowcy sprzątali namiot i przygotowywali się do jutrzejszego dnia, zostali napadnięci przez grupę mieszkańców Skorupówka. Ludzi nieznoszących obcych narodowości, którym nadchodzące zło dało wolną rękę w wykonywaniu czystki. Cyrkowcy Carmello, o ciemnych karnacjach, pochodzący z dalekiego południa byli pierwszym i najłatwiejszym celem, w który został wymierzony śmiercionośny strzał.

- Nie ma dla was miejsca na naszej ziemi! – wykrzyczał najstarszy z mężczyzn, zaraz po wtargnięciu do namiotu. – Takich dziwolągów tutaj nie chcemy!

Dobył z kabury pistolet i wymierzył w Don Michaletta, który wyszedł im naprzeciw i podnosząc ręce w geście bezbronności, zaczął uspokajać:

- Myśmy wam nic złego nie zrobili. Wejdźcie, zaraz podamy strawę, porozmawiajmy.

- Nie będziemy rozmawiać… - Mężczyzna odparł bezdusznie – macie pięć minut na spierdolenie stąd!

Pozostali cyrkowcy stanęli za swoim szefem. Wiedzieli, że nie skończy się to niczym dobrym. Nie posiadali nawet broni, aby się bronić. Dwugłowy mężczyzna zaczął się bać i chwycił za rękę stojącego obok syna Don Michaletta, młodego Sebastiana. Ten wejrzał na niego i pogłaskał po ręce.

- Trochę nam zajmie złożenie namiotu – odpowiedział po chwili ciszy Don Michaletto. – Dajcie nam noc. Rankiem już nas nie będzie.

- Powiedziałem wyraźnie, pięć minut. Spierdalać stąd!

Mężczyzna pociągnął za spust, i pierś najstarszego z cyrkowców została przeszyta na wylot. Zachwiał się i runął na ziemię. Kula zatrzymała się na stojącym za nim Mariano, rozsadzając jego trzewia. Jedna głowa zaczęła płakać i się modlić, druga krzycząc, chciała uciekać. W końcu padł na ziemię pogrążony w konwulsjach. Tubylcy zaatakowali resztę cyrkowców, do części strzelając, a część zamykając w baraku, by później wjechać nim do cyrku i podpalić. Przez najbliższe pół godziny było słychać krzyk spalanych żywcem ludzi, zwierząt i cieszących się ze swojego dzieła zbrodniarzy.

Na drugi dzień, oprócz skrzyni z kukłami nie pozostało nic więcej.

Część kukieł zabrali mieszkańcy, a część trafiła w ręce domokrążców i z nimi rozpierzchła się po świecie.

Od czasu tego zdarzenia w każdej kukle drzemała dusza jednego z cyrkowców…

 

IV

 

Gdy wróciły, matka nie zastanawiając się, wyrzuciła kukłę z mieszkania na schody.

- Więcej proszę takich brzydactw do mieszkania nie sprowadzać! – zabroniła, poirytowana wysłuchiwaniem o rzekomych zdolnościach kukły. – Ona nie mówi i nie gryzie… Powiedz mi prawdę. Jak się skaleczyłaś?

- Mamusiu – wyźlamdała przez łzy. – Ja nie kłamię. Ona mnie ugryzła, jak ją karmiłam kiełbasą…

- Aha, czyli pułapkę na myszy też ona wyciągnęła z ojcowej skrzynki i zacisnęła ci na kciuku?

- Nie, to akurat nie ona, ale ja, bo chciałam znaleźć w piwnicy mysz, by, ją nakarmić!

- Ty głuptasie mały…

- Mamo…

- Nie chcesz mi powiedzieć prawdy to nie… Masz zgnieciony kciuk, obcięty opuszek i dostałaś zastrzyk przeciwtężcowy w dupę. Trzeba ci tego było?

Mariolka nie miała już siły przekonywać matki o swojej racji. Poszła do pokoju i przesiedziała w nim kilka następnych godzin, po których znów wybuchła płaczem. Wbiegła do kuchni i zawołała matkę.

- Tuptuś… nie żyje!

- Jak nie żyje? Ty mnie wykończysz dzi…

Weszła do pokoju i na widok martwego chomika zaniemówiła. Zwierzę leżało obok akwarium ogłowione. Z korpusu wystawały ścięgna, kawałek kręgosłupa, ścianki naczyń krwionośnych, lecz wszystkie blade, całkowicie pozbawione krwi. Obok zwierzęcia też jej nie było.

- Jezus… - szepnęła matka i poszła do kuchni po śmietkę z łopatką.

Zgarnęła trupa i wyrzuciła do kosza.

Nie wiedziała, co ma o tym myśleć.

 

 

 

 

 

cdn.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gatsby · dnia 06.11.2018 12:17 · Czytań: 52 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
Darcon dnia 06.11.2018 12:19
Cytat:
Nie­chaj jej zie­mia lekką bę­dzie, ale ja bym z tą ko­bie­tą ani chwi­li nie uje­ba­ła.
:O
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
15/11/2018 00:16
Hej, Abi! bardzo mi się podoba ta lingwistyczna poezja.… »
Jacek Londyn
14/11/2018 21:43
Marku, nie powinieneś przepraszać za pojedynczy błąd.… »
Abi-syn
14/11/2018 20:40
Witaj Aniu piszesz ładnie o nieła(d)twych rzeczach, w… »
Abi-syn
14/11/2018 20:22
no i podpowiedziałaś, Coca, parę spraw do poprawy, za Anią,… »
wodniczka
14/11/2018 20:14
Witaj Marek Adam Grabowski Cieszę się, że wiersz ładny:).… »
wodniczka
14/11/2018 20:11
Witaj alos. Muszę przyznać, że masz wiele ciekawych pomysł.… »
Kazjuno
14/11/2018 20:04
Prawdę powiedziawszy, to kawałek wygrzebany z lamusa. Był… »
Zola111
14/11/2018 19:44
Julando, dziękuję. Bardzo mi się podoba ta refleksyjna,… »
Ania_Basnik
14/11/2018 15:18
Ananke dziękuję za uwagę odnośnie "zakamarków… »
Marek Adam Grabowski
14/11/2018 14:39
Nazwanie lat 60-tych zamierzchłymi, to genialny zabieg i… »
Leniwiec2
14/11/2018 13:49
Podczas konkursu, dałem dobrą ocenę ale nie najlepszą. Na… »
Kazjuno
14/11/2018 13:03
Bardzo fajny tekst. Napisany z polotem, bogatym językiem.… »
Kazjuno
14/11/2018 12:51
Dzięki Carveditol. Bardzo się cieszę, że podobała Ci się -… »
pociengiel
14/11/2018 12:18
Zagwozdki i atomizer - dałbym tytuł. W arbitrażu piłki… »
Carvedilol
14/11/2018 10:26
Kazjuno Dobrze się to czytało, choć to taka obyczajowa… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 14/11/2018 23:33
  • Jutro o północy Zaśrodkowanie#29 zamyka budkę!
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:22
  • Za starą panną - znowu wiosna a w krok nic.
  • pociengiel
  • 14/11/2018 12:21
  • Smichy chichy co dzień chodzę ulicą pełną nizradykalizowanych /póki co/ morderców i gwałcicieli.
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:04
  • w wypowiedziach rządzących (czerpmy z poezji, a nie traktujmy poezję instrumentalnie)
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 06:02
  • I chociaż uważam, że Palikot nie do końca sprawdził się jako polityk, to właśnie to podkreślenie roli poezji i właśnie kultury z jego strony bardzo mi się podobało, tego brakuje
  • Vanillivi
  • 13/11/2018 05:58
  • Slavek - miło mnie zaskoczyło, że zna ją naprawdę nieźle, chociaż mówił raczej o autorach dwudziestolecia międzywojennego i lat. 90 niż współczesnych.
  • Slavek
  • 12/11/2018 19:33
  • Palikot i poezja...buuuha ha haha litości :)
  • Ananke
  • 11/11/2018 21:17
  • no i bravo one :)
  • Gramofon
  • 11/11/2018 21:03
  • Widziałem dziś na ulicach stolicy Arabki z przepaskami biało czerwonymi <3
Ostatnio widziani
Gości online:14
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas