Skrzydła - Miazga
Proza » Obyczajowe » Skrzydła
A A A

Skrzydła

            Gdy miałam pięć lat, przyniósł atlas ptaków, w którym na czarnobiałych fotografiach rozpoznawałam dziesiątki gatunków, ku uciesze znajomych i rodziny. Potem przynosił zwierzęta. Czasem kalekie, chore, czasem martwe - wypchane, zatrzymane w locie, w pędzie. To tylko kukły, a bałam się ich, kiedy nocą ujawniały w mroku błyszczące ślepia, kły i pazury. Powszedniały w świetle dnia. W Jego rękach martwe opowiadały niestworzone historie, a chore zdrowiały i wracały do lasu, na łąki lub pola. Jak mała, biała, wystraszona sowa płomykówka, która darła bieliznę suszącą się nad ciepłą blachą kuchni. Gdy skrzydło się zrosło, wyfrunęła z Jego rąk w zimną, wiosenną noc. Bez żalu, bez słowa podziękowania, nie obejrzawszy się nawet na nas, stojących na progu domu.

            Tyto alba - do dziś słyszę łopot jej skrzydeł. Widzę niepewny lot w stronę nocy. I czuję lęk. Lęk przed tym, co odlatuje i nigdy już nie wraca. Lęk, że ja też wyfrunę i zapomnę razem z pierwszym uderzeniem skrzydła, skąd lecę i dlaczego.

            Powieki mam ciężkie. Tak ciężkie jak oddech. Miarowe rzężenie klatki piersiowej zmuszanej siłą woli, by nabierać i wypuszczać powietrze odmierza czas na oddziale ratunkowym. A powietrze ma zapach plastiku i chemii. Sterylnego destylatu powstającego w warunkach laboratoryjnych. Nie ma nic wspólnego z pracowitą filtracją dokonywaną przez florę ani z zanieczyszczeniami wywołanymi oddechem ludzi, zwierząt i fabryk.

            Wpatruję się w sklepienia powiek. Krwistoczerwone, gdy pada na nie światło, ciemno bure, gdy gaśnie dzień w szpitalnej sali. Coś lodowatego sączy się z kroplówki. Oddaje po drodze leniwym drogom żył swoje zimno. Ogrzewa się, zdążając w stronę serca, które pchnie tajemniczą substancję do autostrady tętnic, a stamtąd popłynie ona wprost do mózgu. Przed chwilą pielęgniarka w szarym od nieostrego światła mundurku podpięła do mojego krwiobiegu kolejną butlę, a do nosa rurki wypełnione pachnącym burzą tlenem. Padło standardowe:

            - I jak? Lepiej się oddycha?

            Kręcę tylko przecząco głową. Nie tłumaczę, że nie oddycham, tylko świadomie wpycham w siebie tłuste kęsy nasączonego lekami powietrza. Połykam je bez apetytu i przetrzymuję w płucach, aż zajdzie wymiana gazowa. Potem wypluwam jak anorektyczka pokarm. Szybko i ze wstrętem, wydając przy tym dźwięki przypominające skrzypienie kościelnych drzwi.

            W odpowiedzi pielęgniarka zwiększa szybkość spadania kropel, które teraz zlewają się w jednostajny strumień popychany naprędce w dół przez grawitację, a potem przez krwiobieg w górę, głębiej we mnie.

            - Zaśnie pani i oddech szybciej się uspokoi. - Słyszę głos spoza ściany kropel kipiących i dobijających się do tam w mózgu. - Saturacja do rana się poprawi i wtedy…

            Chcę powiedzieć, że nie mogę spać. Muszę czuwać, pilnować oddechu. Jeszcze tyle mam do powiedzenia, do napisania. Muszę wsiąść w stojący na parkingu samochód, jechać do domu i wrócić na oddział, żeby Go odwiedzić. Obiecałam Mu, że jutro będę. Uchylam powieki, a może usta, i w tym samym momencie tamy ustępują i wypełniam się wodą. Nie mogę mówić, łykam tylko płyn jak tonący, który łudzi się, że pochłonie zabójczy nadmiar. Ale żołądek jest o wiele za mały, by pomieścić hektolitry strachu. Jeszcze chwilę dryfuję na fali odmierzanej kroplami powodzi. Jeszcze widzę, jak biała sowa odlatuje, zostawiając mnie na szpitalnym łóżku. Potem unoszę się i opadam na falach chemicznej powodzi zalewającej zmęczony bezsennością umysł.

            Gdzieś pomiędzy nocą a snem, w wąskiej szparze czasoprzestrzeni otwartej przez czyjś rozpaczliwy krzyk, przez tupot nóg na szpitalnym korytarzu, wracam do tamtego światła słonecznego odbitego od białego fartucha lekarskiego. Anioł śmierci nie powinien być naznaczony cieniem? Ten drwiąco jaśniał, oślepiał, onieśmielał. Przedwczoraj mój świat zredukował się do tego świetlistego punktu. Do wypowiedzianego przez niego zaklęcia. Na osobności, bez świadków, bez sensu. Beznadziejnie i niepotrzebnie:

            - On może nie przeżyć do jutra. Maria, jest źle. Wiesz?

            Rozkładam i tasuję w głowie te słowa jak talię kart. Źle nie jest. Może, a więc nie musi. Przeżyć - znaczy żyć dłużej niż inni. Jutro muszę Go odwiedzić. Maria - to ja. Wiem. Choć nie chcę wiedzieć. Obciążona wiedzą, zachłystuję się nią jak tlenem podanym w nadmiarze. Wiem, choć mój rozum nie chce wiedzieć. Moje ciało wie lepiej. Przeczuwa, bo jest jego częścią. Jest szkatułką Jego genów, marzeń i pasji. Czy odchodząc, zabierze ze mnie to, co mam z Niego?

            Znowu słyszę łopot skrzydeł. Płomykówki poruszają się bezszelestnie, by móc podlecieć niezauważenie do zdobyczy. Więc to nie szum piór. Ten dźwięk rodzi się we mnie. Odbija się od żeber i zwielokrotniony wreszcie wypływa na powierzchnię. Wbrew mojej woli wypuszczają go ze mnie zdradzieckie usta. Potem zdradzą nie raz moją miłość do Niego. Oszukają, krzycząc, że nienawidzę.

            - Nie płacz - odzywa się przy moim uchu. - Ona jest wolna.

            Potem narysuje dla mnie białego ptaka o rdzawych brzegach skrzydeł ulatującego w stronę pociemniałego horyzontu, zza którego wygląda księżyc. I już zawsze wolność będzie miała dla mnie smak i zapach pełni na bezchmurnym niebie. Zanim wyjdzie do pracy, położy rysunek obok łóżka, żebym go znalazła i zapisała pod powiekami razem z pierwszymi promieniami słońca. Na zawsze.

            Budzi mnie ruch na korytarzu. Potem nerwowe piknięcie termometru nad moim czołem. Bezładne głosy w szarości poranka, jeszcze niepewnego, czy oślepić słońcem, czy zepsuć nastrój depresyjną powłoką chmur ciężkich od łez. Rozpiera mnie chemiczna radość, uzasadniony lekami optymizm nie mający oparcia w rzeczywistości. Leżę spokojnie, choć mam ochotę śmiać się w głos, gdy lekarka zakłada mi na palec pulsoksymetr. Niewidzialne impulsy penetrują moje tkanki, poszukując tlenu.

            - Saturacja spadła, ale i tak panią wypuścimy. - Kilka razy przykłada mi do piersi stetoskop. - Szmer prawidłowy i lepiej się oddycha. Prawda?

            Nie czeka na moją odpowiedź. Potakuję, choć wcale nie odczuwam lekkości oddechu. I wtedy przez szum powietrza swobodnie płynącego przez drogi oddechowe, przypominam sobie o Nim.

            - Która godzina? - pytam, zauważając dopiero teraz, że lekarka jest młodziutka. Zbyt młoda, by wiedzieć o życiu cokolwiek więcej ponad to, że istnieje.

            - Siódma dziesięć.

            Nie wiem dlaczego, ale czuję, że jest późno, za późno, choć dzień ledwie stawia pierwsze kroki. Oskrzela pobudzone adrenaliną zaczynają przypominać o wczorajszym ataku astmy. Kilka uspokajających oddechów, zanim lekarka zauważy. Muszę już iść.

            Kiedy wychodzę na zewnątrz, czerwcowy świt uderza we mnie ostrym powietrzem, które kroi ledwie zagojone ściany oskrzeli na cienkie paski. Muszę odczekać, aż ból w piersiach minie. Telefon pokazuje siódmą trzydzieści. Nie wpuszczą mnie do niego. Za wcześnie. A ja wciąż myślę, że za późno. Powracająca myśl nie wywołuje przygnębienia. Złośliwy troll ze strzykawki chichocze gdzieś wewnątrz. Dysonans poznawczy spowodowany lekami pewnie potrwa jeszcze jakiś czas. Kręcę głową i szukam kluczyków w torebce. Wsiadając do auta, mam już gotowy plan na resztę dnia. Odeśpię ukradziony przez astmę sen. Potem przygotuję się na wizytę w szpitalu. Powinnam tu być około czternastej. W uszach wciąż mam polekowy szum, który zagłuszam radiem. Nawet nie wiem, kiedy przecinam rzekę i tory kolejowe tnące miasto na pół.

            W mieszkaniu, nie zdejmując ubrań, padam na kanapę i usiłuję zasnąć. Wszystko mnie rozprasza. Nie tylko dźwięki natrętnie czające się za ścianą jak szczekanie psa sąsiadów, krzyk dzieci na osiedlowym placu zabaw. Ale też te mniej oczywiste, jak szum krwi słyszany z perspektywy ucha wtulonego w poduszkę i pulsowanie budynku podskórnym rytmem ludzkich spraw. Czekam. Na sen. A kiedy wreszcie nadchodzi, zamazując kontury rzeczywistości, dźwięk telefonu stawia w stan gotowości każdą komórkę w moim ciele. Nieznośnie bolesne pulsowanie serca pobudzonego adrenaliną każe mi odebrać, jakbym oczekiwała na ten telefon.

            - Halo! - rzucam w słuchawkę agresywnie. Niech rozmówca czuje respekt.

            Ktoś nabiera powietrza w płuca i już wiem, że słuchawka wypluje informacje na jednym oddechu.

            - Dzwonię ze szpitala. Przykro mi, ale pani ojciec zmarł dziś rano…

            Za późno. Teraz wiem to na pewno. Śmierć nie czuje respektu przed nikim. Jej posłańcy też nie.

            Stoję osłupiała z wciąż gadającą słuchawką w dłoni. Skamieniałe łzy nie chcą popłynąć. Zawrót głowy buja mnie w uspokajającym rytmie. Wracam po własnych śladach drogą, którą wytyczyłam ledwie godzinę temu. Ale to już jest inna droga, inna rzeczywistość.

            Lekarze tłumaczą, że nie było szans, że słabe serce, niewydolność, niezdolność, niemoc, żeby żyć. Kiedy chcę go zobaczyć, mówią, że ciała już nie ma. Ale są rzeczy. Jakby ciało nie było rzeczą. Obce i zimne. Szczelne opakowanie, nierozerwalnie przylegające do ducha. Tak z nim symbiotyczne, że jedno przestaje istnieć bez drugiego, gdy ktoś usiłuje je rozdzielić. Patrzę na kartę, którą wciśnięto mi siłą w dłonie. Czas zgonu: siódma dziesięć - czytam pomiędzy milionem żałobnych znaków i kratek.

            - Siódma dziesięć - powtarzam. Byłam tu. Tak blisko i zbyt daleko. Coś tamuje oddech. Wolę, by to astma teraz mnie dusiła. Pielęgniarka prowadzi mnie do sali. Staję przed szafką, na której leży rysunek ptaka szybującego w stronę księżyca. Słyszę łopot skrzydeł. Nie. Płomykówka lata bezszelestnie. To tylko ja i mój płacz.

            - Nie płaczę - mówię do siebie. - Jesteś wolny, tato.

  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miazga · dnia 29.11.2018 11:15 · Czytań: 100 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 6
Komentarze
JOLA S. dnia 29.11.2018 14:53
Witaj Miazgo,

tekst ten stał się moją własnością zaraz po przeczytaniu. :)

Czasem zastanawiam się jak pachnie smutek? Łzami? Chyba niekoniecznie.
Okazuje się, że można go opisać inaczej, głębiej i na domiar pięknie.
Opowiadasz lekko. Twoje słowa łączą się w związki żywe i trwałe, przekonują.
Nie każdemu piszącemu to wychodzi.
Swoich bohaterów odmalowujesz ze świadomym obiektywizmem, bez egzaltacji, dając przyjemność w czytaniu.

Nie wiem, co mogłabym jeszcze dodać, chyba tylko świetną ocenę.

Pozdrawiam serdecznie :) :)
Miazga dnia 29.11.2018 16:22
Dzięki wielkie, Jolu. Przepięknie podsumowałaś ten tekst. Aż wróciły wspomnienia. Cieszę się, że ktoś zrozumiał... Pozdrawiam :)
jackass1408 dnia 29.11.2018 23:41
Hej,
stężenie emocji szpitalno-oddechowych występuje u ciebie w pełnej obfitości(co może niektórych odstraszyć); dopiero przy wyjściu ze szpitala jest chwila odpoczynku, lecz nie trwa ona długo, bo ciągle czas goni, a śmierć czyha; dodaje to dynamiki utworowi i wiele mówi o bohaterce, jednak więcej tekstu w takim tempie mógłbym nie wytrzymać.

Scena z rysunkiem bardzo filmowa, powracające nawiązania do ptaków podobające mi się niezmiernie, no i ostatnie zdanie nawiązujące do motywu ptaka. Ciekawe tylko, czy one się faktycznie czują tak wolne, jak postrzegają je ludzie. Oby. I oby ludziom częściej rosły skrzydła niż były podcinane.

pozdrawiam
AntoniGrycuk dnia 30.11.2018 07:26
Przeczytałem to po raz drugi. I...
Tym razem odebrałem inaczej. Bardziej nostalgicznie, prawdziwiej.
Nie odbieram tego jak przedpiścy, nie skręcają mnie emocje, ale pozostał w głowie pewien, trudny do okiełznania, obraz. Aż nie wytrzymałem i sam napisałem coś o nieco zbliżonej tematyce. A skoro mnie Twój tekst natchnął, znaczy, że jest naprawdę dobry.

Pozdrawiam.
gitesik dnia 30.11.2018 09:35
Dziękuję. Poruszający tekst.
Miazga dnia 30.11.2018 13:30
Dzięki za wszystkie komentarze.
Jackass, na szczęście sową nie jestem ;) , więc ciężko mi wyobrazić sobie, co czuje taka płomykówka. Ale ptaki zawsze wywoływały we mnie skojarzenie z wolnością. Raczej trudno schwytać ptaka, zwłaszcza takiego, co lata nocą. Ja w naturze widziałam płomykówkę raz. Świetnie się kamufluje na śniegu.
A tak przy okazji - nikt chyba wolny nie jest tak do końca. Każdy od kogos lub czegoś zależy, chocby to było tylko pożywienie czy miejsce do spania. Nie mówiąc już o ludziach, od których w ten czy inny sposób zależymy [weźmy takiego rolnika... gdyby nie on, nie byłoby ziarna itp] Nikt nie jest samowystarczalny, ale fajnie jest mając tę świadomość zależności, mieć też poczucie, że możemy decydować o sobie... Wydaje mi się, że żądna decyzja nie jest pozbawiona jakiś uwarunkowań zewnętrznych. Czy więc wolność w ogóle istnieje?
To temat na dłuuuuga dyskusję. A argumentów na istnienie wolności czy też niemożność jej osiągnięcia pewnie znalazłoby się sporo :)
Mnie cieszy, gdy ktoś czyta i czuje to, co ja. I o to szło.
Co ciekawe tekst napisany z przeznaczeniem na konkurs. Wydawał mi się dobry. Ale jury miało inne zdanie. :) Nie ubolewam. Tylko żałuję, że te emocje nie trafiły do szerszego odbiorcy. - To w temacie podciętych skrzydeł. ;)
Dzięki jeszcze raz Antoni i Gitesik. Skrzydła zaczęły odrastać, przynajmniej moje :)
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
12/12/2018 00:40
Niczyjko, jesteś wielka, Dziękuje pięknie. Niemniej -… »
Niczyja
11/12/2018 22:59
Zolu, Już sobie poradziłam. Właśnie w tej chwili tekst… »
MarcinD
11/12/2018 21:35
Spoko. Jestem tutaj "trochę" dłużej od Ciebie… »
AntoniGrycuk
11/12/2018 21:04
Skoro przeczytałem, to trzeba zostawić komentarz. No to… »
BlueRiver
11/12/2018 18:45
Nie wiem co mam napisać... Zatkało mnie. Dziękuję :) »
jackass1408
11/12/2018 17:47
Darcon: Metaforyzm narracji nie był zamierzony. Chciałem po… »
mike17
11/12/2018 15:37
Artur, rozpoznałbym Twój styl na końcu świata :) Bo? Bo… »
mike17
11/12/2018 15:21
BlueRiver, zaskoczyłaś mnie na plus i to wielki :) Ten… »
mike17
11/12/2018 14:39
Slavku, piszesz rzadko, ale zawsze bardzo dobrze. Jak dziś,… »
mike17
11/12/2018 13:51
Choć można było dać mocniejszą, bardziej wyrazistą pointą, i… »
Hubert Z
11/12/2018 12:25
Arkady, poruszający, niesamowity wiersz. Trafia we… »
pociengiel
11/12/2018 09:17
Dzięki. Z tą zagwozdką to jak z pierwszymi podrywami.… »
allaska
11/12/2018 08:15
Nie będę pokutował jakbyś była... - tu mam zagwozdkę dziwnie… »
MP642
10/12/2018 19:39
Jak to bez przesady, skoro cały "Uwięziony" jest… »
AntoniGrycuk
10/12/2018 19:29
Tak. Ta część brzmi jak początek książki. I teraz powinny… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 12/12/2018 00:46
  • Jolu S. Niczyjko, sprawdzacie się na medal. Dzięki i oczekiwania na twórczość do nowej edycji Wirtajek.
  • Esy Floresy
  • 11/12/2018 23:33
  • Wirtajkowicze dzisiaj szaleją, widzę. Cieszy to, nawet bardzo :)
  • JOLA S.
  • 11/12/2018 23:11
  • Zolu, jest ok. Dobranoc:)
  • Zola111
  • 09/12/2018 23:46
  • A możecie zagłosować na wiersze Zaśrodkownia#29!
  • BlueRiver
  • 09/12/2018 15:33
  • Esy Floresy - jestem ZA ;)
  • Esy Floresy
  • 09/12/2018 15:21
  • Jest niedziela, relaks, Ludziki ;)
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas