Czerwony kot - JOLA S.
Proza » Obyczajowe » Czerwony kot
A A A

 Czerwony kot

 

Pierwszego dnia kalendarzowego lata na moim osiedlu panował niezwykły, poranny ruch. Na wyasfaltowanej dróżce prowadzącej do naszego śmietnika usłyszałam ożywioną rozmowę.

      — Mój kot jest czerwony, siedział na dachu, a nie na płocie. Nie będę rysować, tak jak inne dzieci i koniec. Za karę stałam w kącie, a inne dzieci bawiły się w pociąg.

Mała dziewczynka skarżyła się mamie, kładąc prześmiesznie akcent na każdej sylabie. Na mój widok zakręciła się w miejscu na pięcie i zawstydzona mocno przywarła do matczynych nóg. Stałyśmy przez dobrą chwilę, uważnie przyglądając się sobie.

      — Posłuchaj, Joasiu, przecież obiecałaś... — odezwała się matka, kładąc dłoń na głowie dziewczynki.

      — Może i tak, ale strasznie jest dużo rzeczy, których nie powinnam robić — jęknęła mała, ocierając kantem dłoni płynące po buzi łezki.

Spojrzenie dziecka było pełne nieutulonego żalu, zrobiło mi się przykro. Nagle ujrzałam w tej małej, strapionej istotce kawałek siebie. Będąc dzieckiem także walczyłam z całym światem. Chyba zostało to we mnie do dziś? Kot na dachu, a nie na płocie to zapewne dla opiekunki w przedszkolu niewybaczalny grzech, przemknęło przez głowę i parsknęłam śmiechem.

      — W czym czerwony kot jest gorszy od burego? Tak go widzi, tak namalowała, to jej prawo — wypaliłam niepytana, po czym ugryzłam się w język.

Dziecko odkleiło się od matki, robiąc przezabawną minkę. Radośnie zadarło kędzierzawą główkę, unosząc dumnie brwi i posłało mi szczery uśmiech. Tak trzymaj mała, pomyślałam, wrzucając worek ze śmieciami do pojemnika. Nieźle spóźniona ruszyłam biegiem w kierunku osiedlowego parkingu.
Zamyślona wsiadłam do samochodu. Włączyłam silnik, o dziwo zapalił, i odjechałam. Przez całą drogę do pracy nie opuszczał mnie obraz pociesznej, czupurnej dziewczynki w pasiastej koszulce. W tej małej jest jakaś zagadkowa siła, wydaje się wyjątkowym dzieckiem. Wyobraźnia nie dopuszcza nudy, pomaga w życiu..., utwierdzałam się w przekonaniu.

****

Spotkałam dziewczyny tydzień później, mógł to być piątek. Ucieszyłam się. Czerwcowe słońce kusiło obietnicą zasłużonego odpoczynku. Miałam czas, nie musiałam się nigdzie spieszyć. Zaczynała się przesłodka weekendowa wolność. Mała zaszczebiotała jak do starej znajomej, obdarzając mnie porozumiewawczym, wesołym spojrzeniem. Po krótkiej pogawędce ochoczo pomaszerowała do piaskownicy pełnej dokazujących tam dzieci. Przysiadłyśmy z jej matką na drewnianej ławce, u stóp pobliskiej, obrośniętej kwitnącymi krzakami skarpy.

      — Chyba nie bardzo nadaję się na matkę — odezwała się znienacka, przerywając moje zamyślenie.

Przekrzywiłam głowę, nie mając pewności, czy dobrze zrozumiałam.

      — Nie jest tak źle — odparłam, unosząc uspokajająco dłoń.

Wymieniłyśmy krótkie, badawcze spojrzenia.

     — Karolina. Mówią na mnie Bele — przedstawiła się.

Zaczęłyśmy rozmawiać. Początkowo o drobiazgach, o pogodzie, o rozkładzie dnia, o zwykłych sprawach. Nigdy nie byłam  mocna w pogawędkach, nudziły mnie kwestie wypowiadane dla utrzymania kojącego towarzyskiego szumu, ale tym razem było inaczej. Szybko osiągałam pewność, że mam przed sobą miłą, interesującą, młodą kobietę, siłującą się samotnie z szarą codziennością, przytłoczoną ponad miarę obowiązkami związanymi z wychowaniem pięcioletniej córki. Gdy Karolina mówiła, czułam przez skórę, że chce, żebym dobrze ją zrozumiała.

      — Proszę wybaczyć, nie potrafię opowiadać, dotąd nie otwierałam się na moje problemy, ale każdy ma słabsze dni... — zaczęła niepewnym tonem, poprawiając nerwowym ruchem włosy.

      — Spokojnie — szepnęłam, podnosząc wzrok sponad okularów.

      — Plotka może zrobić tyle złego... — wyrwało się jej.

Obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem, jakby oczekiwała potwierdzenia.

      — Jasne! Jasne! — przytaknęłam skwapliwie, uśmiechając się.

 Karolina  zrobiła małą pauzę, ale podjęła temat:
 
      — Nie byłam w porządku — wymamrotała. — Paweł był najlepszym nauczycielem na świecie. Lubiany, spokojny, cichy, duchem olbrzym wśród karłów. Imponował mi wiedzą, obyciem. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały. Nie byłam gorsza. Wkrótce stało się jasne, że jestem zakochana po uszy. Uwzięłam się na biedaka. Prowokowałam go na wszystkie sposoby, byle tylko mnie zauważył. Udało się całkiem szybko, jeszcze dziś mi wstyd. Ostatnia klasa szkoły baletowej, tuż przed maturą, mnóstwo zajęć, uczyłam się pilnie, ale w głowie siano. Czy nie jest tak, gdy ma się naście lat? Zero życiowego doświadczenia, nie znałam smaku seksu, nie miałam chłopaka. Niedługo trzeba było czekać, jak wszystko w szalonym tempie zaczęło wymykać się spod kontroli. Spotykaliśmy się na początku sporadycznie, poza szkołą, w jego kawalerce, ale przyuważono nas. Plotki rozchodzą się lotem błyskawicy. Mój świat nagle zatrzasnął się jak w małej puszce, do której lepiej było nie zaglądać. Koledzy szydzili, natrząsali się. I te poczerwieniałe twarze nauczycieli, uparcie obgadujących nas po kątach. Dobrze pamiętam nasze pierwsze zbliżenie — podkreśliła "pierwsze".

— Tak, to stało się na zimowym obozie w Sudetach. Wcale mnie wtedy nie zgwałcił. I tak wybuchł okropny skandal. Oskarżono Pawła o molestowanie seksualne, ponieważ według prawa byłam niepełnoletnia. Nie wyszłam na tym dobrze, on zresztą też. W akcie skrajnej rozpaczy spakowałam swój nędzny dobytek i wyprowadziłam się z domu. To była jedyna droga ucieczki od ciągłych awantur, przekleństw i narzekań — to nie gojące się rany. Matka i ojczym przechodzili samych siebie, brak słów. Ojczym małoduszny moralizator i świętoszek nawet moją korespondencję cenzurował, a matka we wszystkim mu ustępowała. Nie będę cię zmuszać do małżeństwa, jedno nieszczęście wystarczy, tak brzmiało jej pożegnanie. Oczywiście do domu nie wróciłam, uwolniłam się z sieci strachu, krzywdzących opinii. Kto tego nie przeżył nie wie nic. Łzy już nie płyną, ale...

Kończąc, zrobiła zdecydowany gest ręką, jakby chciała odgonić naprzykrzającą się muchę. Z jej opowieści wyzierał bunt i głęboki smutek. Nie śmiałam przerywać, byłam wstrząśnięta, również tonem jej głosu. Uderzał spokojem, jakby powtarzała znany na pamięć wykład. Lecz cała jej uwaga była skierowana do środka.

      — Chcesz mówić dalej, Karolino?

      — Dlaczego nie? — odrzekła przytomnie,  odrzucając głowę do tyłu.

      — A więc?

      — Był czas, że zastanawiam się czy warto było tak szaleć, czy nie będę tego żałować przez całe życie — kontynuowała. — Bardzo kochałam Pawła, warto kochać tak aż do bólu. Teraz, gdy go nie ma, myślę tylko o jednym, chcę zamknąć w dłoniach przyszłość. Walczę o dobre życie dla nas obu, spokojne i bez lęku. Studiuję malarstwo tu, na gdańskiej ASP. Przytłaczają  obowiązki, proszę uwierzyć nie jest mi łatwo.  Maluję wieczorami. Gdy trzymam w ręku pędzel nieustannie myślę o Pawle. Jestem beznadziejna, naiwna, ale wiem, że kiedyś wróci do nas...

Karolina ku mojemu zdziwieniu, nawet przez moment nie wydawała bezradna, ani załamana. Nadal kocha Pawła, może to miłość daje jej siłę?, przemknęło. Podobał mi się jej spokój, dojrzałość, intrygowało oddanie w czekaniu. Wyglądało, że Karolina bije się z myślami czy opowiadać dalej. Opuściła wzrok na czubki butów. Odruchowo obejrzałam swoje. Zupełnie nie byłam przygotowana na taką rozmowę, po głowie tłukły się przeróżne myśli. Dlaczego zostałam zaproszona do tajemniczego ogrodu Karoliny i czym sobie zasłużyłam na zaufanie? Tak czasem rozmawiają ludzie w pociągu. Potem każdy wysiada na swojej stacji, rusza w swoją stronę i szybko zapomina o przypadkowym spotkaniu.

Wieczorne powietrze drgało, było nadal gorąco. Ktoś z balkonu wołał kota. Joasia lepiła z zapałem babki z piasku, uderzając rytmicznie łopatką w plastikową foremkę. Widać było, że dobrze się bawi przy robieniu babek z piasku. Obrzuciłam spojrzeniem Karolinę. Splotła szczupłe ręce na brzuchu i milcząc, wpatrywała się w jeden punkt. Doskonale prezentowała się w niebieskiej sukience, ładnie kontrastującej z delikatnie opaloną, gładką skórą i czarnym, błyszczącym zwojem długich włosów spływającym na kruche ramiona.

Wszystko, co od niej dotąd usłyszałam, było bez ładu, pachniało momentami nonsensem, na pewno wprawiło w zakłopotanie. Diabelnie speszona urwałam źdźbło rosnącej przy ławce trawy i zaczęłam uważnie oglądać je w dłoni. To dopiero musiał być śmieszny obrazek.  Dopadło pytanie: czy chcę dalej słuchać wynurzeń Karoliny, ale szybko stłumiłam egoizm. Bo, co właściwie w życiu jest ważne?

Chwila zadumy dobrze mi zrobiła. Nie ukrywam, że byłam ogromnie ciekawa, co się dzieje z Pawłem? Ale brakowało odwagi zapytać. Gdy próbowałam poderwać się z ławki odezwała się, jakby czytała w moich myślach.
 
       — Usłyszałam o nim, dwa lata temu, a może trochę wcześniej. Pewien człowiek widział Pawła w Toronto. Świat nie jest taki duży. Rzucał się w oczy, żebrząc na stacji metra. Zapuścił brodę, schudł, był marnie ubrany, wymięty, wyglądał zupełnie jak Jezus. Podobno wdał się w jakąś niejasną historię i dopadły go nowe kłopoty. Może coś w nim pękło? Zresztą sama nie wiem. Wybaczyłam wszystko, chyba mam skłonności masochistyczne...

       — Raczej cierpiętnicze — poprawiłam, usiłując się uśmiechnąć.

 Karolina przygryzła wargi, ale szybko wzięła się w garść.

       — Gdy byliśmy razem największą ambicją Pawła było zapewnić nam za wszelką cenę dobry start, ale tu w kraju był bez szans. Prasa i ludzie zrobili tyle złego. Najgorsi byli ci na portalach społecznościowych, odebrali mu dobrą opinię, nie mógł  znaleźć miejsca dla siebie i pracy w zawodzie. Krótko mówiąc, Facebook zniszczył nam życie...

Rzuciła wzrokiem z pewnym niepokojem, chcąc się zorientować, czy naprawdę jej słucham. Słuchałam uważnie, wpatrzona w jej usta.

       — Odszedł nagle, bez słowa, ale nie wiem czy to był świadomy wybór. Z czasem wspomnienia tracą ostrość. Chyba zrobiłby to, nawet, gdybym mu zabroniła. Wyjechał nie wiadomo gdzie. Pytałam, wstydząc się, że mnie zostawił. Żałuję, że mu nie powiedziałam, że jestem w ciąży. Ech... ta moja głupota...

     — Ciężko było?

Wyszarpała z torby chusteczkę.

    — Teraz już nie. Krok w przód, krok w tył... Myślę, że jestem gdzieś po środku. Każdy rozdział życia jest inny, niepowtarzalny. Obecnie pomaga nam finansowo nieoceniona ciotka Pawła, poznałam ją, gdy byliśmy jeszcze razem. Mieszka w Baltimore, jest tam uznaną dekoratorką wnętrz. Tak, to ciotka Dora odkryła, że dobrze maluję, że mam talent. Joasia podobnie jak ja w dzieciństwie, ciągle maże kredkami po ścianach naszego mieszkania, to uwielbia najbardziej, wszystko jest w jej malunkach nawet sufit. Jak chcę to przykrócić, to okropnie się złości albo obraża. Czasem mam ochotę spuścić jej lanie. O tym, na co ją stać, miała pani się okazję się przekonać — mówiąc to, zamyśliła się.

O więcej już nie pytałam, zrobiło się późno. Pożegnałyśmy się. Kiedy wyciągnęłam do niej rękę, wydawało mi się, że waży z dziesięć kilogramów. Odwróciłam się i poszłam w swoją stronę.


Tamtej nocy nie mogłam zasnąć, w uszach nieznośnie dzwoniło. Tego, co usłyszałam z ust tej dziewczyny nie umiałam zapomnieć. Czasem życie pisze scenariusze, których nie wymyśliłby żaden literat. Gdy człowiek ma tyle lat, co ja, zdarzają się takie przemyślenia coraz częściej. Migoczą wtedy bardziej niż zwykle, są jaskrawe tak jak ekran włączonego telewizora. Wymyślałam nowe wątki do jej opowiadania, do starych dodawałam puentę. Nie trafiały się niestety żadne dobre wątki, nie wróżyłam szczęśliwego zakończenia tej historii. Paweł choć był zarysowany, mógł być różnie odczytywany. Paskudne były te obawy. Rozmyślałam tak przez kilka dni i nocy, zwyczajnie, martwiłam się. Widywałyśmy się potem często, ale już nie wracałyśmy do pamiętnej rozmowy.


****


Ostatni raz spotkałam dziewczyny wczesną jesienią, przy tym samym śmietniku. Dzień był szary, niebo zasnuły czarne chmury, kropił drobniutki kapuśniak. Zaprosiłam je do siebie na słodkie knedle ze śliwkami. Nie mogłam się ich doczekać. Przyszły spóźnione. Otworzyłam. Karolina stała w progu, unikając nerwowo mojego spojrzeniem. Zero makijażu, włosy w nieładzie, worki pod oczami, wyglądała na zszokowaną. Joasia kurczowo trzymała matkę za rękę.

      — Do diabła! Co się stało?  — zapytałam zaniepokojona nie na żarty.

Weszła do przedpokoju i wręczyła mi odpieczętowany list. Długo patrzyłam na skaczące przed oczami rzędy liter zanim ułożyły się w zdania. Oszołomiona opadłam ciężko na krzesło, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Nie wszystko mi pasowało, ale trzymałam język za zębami. Matowy głos Karoliny przerwał niezręczną ciszę.

       — Wkrótce lecimy do Pawła. Postanowiłam — rzuciła zdawkowo.

 Wybałuszyłam oczy.

       — Chyba dostał od życia należną lekcję pokory. Odbił się od dna, nauczył się naprawiać samochody, ma stałą pracę i wynajął niewielkie mieszkanie. Maglował mnie przez kilka tygodni. Nalegał w listach: Spróbujemy być razem, przejrzymy jeszcze raz stare sprawy, może nie wszystko jest stracone. Wiem, czasem trzeba zdać się na instynkt, nie można unikać życia. Może nareszcie oboje dojrzeliśmy — mówiła jednym tchem, zacierając nerwowo ręce.

 Pomyślałam, że zaraz się rozpłacze, ale nie. Ujęłam ją za ramię i przycisnęłam mocno do siebie. Drżała.

      — Ludzie robią różne szalone rzeczy. Tak, po prostu wyjedziecie? Boisz się? — zapytałam przejęta.

Nie odpowiedziała od razu.

      — Tak, jest we mnie lęk — w końcu potaknęła. — Czy wyobraża sobie pani człowieka pozbawionego lęku? Nasza miłość zawsze była trudna. Czy wcześniej nie odczuwałam lęku? Przecież nierozerwalnie związany jest z codziennością. Mam nadzieję, że tym razem nie popełnimy błędu. Miłość wymaga nieprawdopodobnej, wzajemnej ufności — odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

      — Jak ci się wydaje, będziesz szczęśliwa?

Zapytałam, ale wiedziałam po sobie, że lęk mimo, że jest rodzajem cierpienia, bywa równocześni źródłem marzeń, czynów i dążeń. Drąży mnie to paskudztwo prawie każdego dnia, od urodzenia. Nie da się go zdefiniować jednoznacznie, chyba jest wpisany w istnienie. Nigdy nie notowałam chwil kiedy mnie nachodzi i tak, by nic to nie zmieniło.

Karolina niespokojnie krążyła po pokoju, w pewnym momencie odwróciła się. Spojrzałam zatroskana. Na śniadych skroniach pokazały się wyraźne, fioletowe żyłki, widać było, że nie jest jej lekko z podjęciem niewątpliwie trudnej decyzji.

     — Kości zostały rzucone. Nie zamierzam rezygnować z tego, co mam, więc postaram się jak najwięcej tym cieszyć.

     — Karolino, trochę cię znam, gdy zakreślisz sobie jakąś linię trzeba dynamitu, żeby cię wypchnąć poza nią.

 Uśmiechnęła się półgębkiem.

— Ma pani rację, ale jednocześnie jestem podszyta strachem, gdyż wiem, że może się coś nie udać. Przeżyłam wiele zawodów, ale nie mogę zostać tu dłużej, coś mnie pcha, nakłania, by podjąć ryzyko. To przypomina skomplikowaną grę w bierki, teraz do mnie należy ruch. Jak wyciągnąć jedną bierkę, żeby nie ruszyć pozostałych?

Westchnęła głęboko i zamilkła.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Poczułam, że dotykam jakiejś tajemnicy, do której nie mam dostępu. To byłaby gra w odgadywanie. Poruszająca historia Karoliny utwierdziła mnie w przekonaniu, że do miłości nikogo się nie namówi. Kto nie kocha nie wie nic...

Pierogi ze śliwkami pozostały nietknięte. Joasia snuła się po mieszkaniu w nerwowym roztargnieniu, nie mogąc sobie znaleźć  miejsca. Karolina przypatrywała się temu cierpliwie, udawała spokój. Czas umykał. Przez okno zaglądał księżyc, osiedle pogrążało się w wieczornej ciszy, na osiedlu zapaliły się pierwsze latarnie.
Jaką dziwną, przedziwną podróżą jest życie, pomyślałam, serdecznie żegnając z dziewczynami.

     

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 30.11.2018 09:57 · Czytań: 118 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 9
Komentarze
Darcon dnia 30.11.2018 10:24
Podobało mi się opowiadanie, chociaż... Widzisz, w twoim przypadku patrzę trochę przez pryzmat osoby, która pisała. A piszesz już dosyć długo z tego co wiem i jesteś rozpoznawalna na forum. Stąd też pewnie jestem bardziej wymagający.
Gdzieś tam trafiają się literówki, chociaż niezbyt dużo, na przykład tutaj:
Cytat:
Nagle ożyły we mnie wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, zo­ba­czy­łam (w) tej małej, stra­pio­nej istot­ce ka­wa­łek sie­bie.

To jednak drobiazgi.
Bardziej doskwiera mi poprowadzona fabuła, niezbyt mocno, ale jednak. Wydaje mi się skrótowa, brak mi takiej płynności i pełnego obrazu. Przytoczę Ci kilka fragmentów.
Cytat:
Strasz­nie mnie to wku­rzy­ło. Za­ci­snę­łam pię­ści i wcią­gnę­łam po­wie­trze głę­bo­ko w płuca, aż za­czę­ły mi łza­wić oczy.
Z perspektywy czytelnika, nic takiego się nie stało, a zachowanie bohaterki wydaje się być irracjonalne. Co prawda dalej częściowo to tłumaczysz, ale to zbyt mało, brak wprowadzenia w sytuację bohaterki.
Cytat:
Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Po dłu­giej go­dzi­nie słu­cha­nia osią­gnę­łam pew­ność, że spo­tka­łam cie­ka­wą młodą ko­bie­tę, si­łu­ją­cą się sa­mot­nie ze swoją szarą co­dzien­no­ścią i wy­cho­wa­niem pię­cio­let­niej córki. Tego, co usły­sza­łam z jej ust do dziś nie umiem za­po­mnieć, cza­sem życie pisze sce­na­riu­sze, któ­rych nie wy­my­ślił­by żaden li­te­rat.
Tutaj gubi się czas. Bo z jednej strony piszesz, że po długiej godzinie jakoś bohaterka ją poznała. I to jest ok, na początek znajomości. Dalej jednak dodajesz, "tego, co usłyszałam". I wychodzi mi, że dalsza część rozmowy to streszczenie właśnie tej godziny. Czyli Karolina zaczęła zwierzać się po pięciu minutach rozmowy? Szkoda, że nie napisałaś jak rozmawiają o pogodzie i takie tam, a później Karolina stopniowo zaczęła się otwierać. To wydaje się bardziej naturalne.
Cytat:
  — Mów dalej, Ka­ro­li­no. Je­że­li to ma ci przy­nieść ulgę?
Ja, jeśli usłyszałbym takie pytanie, nic już więcej bym nie powiedział. Brzmi jak zarzut, że zajmuje czas.
Cytat:
— Do dia­bła! Co się stało? Chcesz coś mi coś opo­wie­dzieć? — za­py­ta­łam za­nie­po­ko­jo­na nie na żarty.
Oprócz literówki, pytanie brzmi nienaturalnie. Jeśli ktoś staje roztrzęsiony w moich drzwiach pytam czy chce mi coś opowiedzieć? Raczej nie. "Wejdź, co się stało?" , "Stało się coś?". Szczerze mówiąc chyba nigdy nikomu nie zdałem pytania, czy chce mi coś opowiedzieć. Formułuję je zazwyczaj inaczej.
Cytat:
  — Bę­dziesz szczę­śli­wa, Ka­ro­li­no?
A skąd Karolina ma to wiedzieć w tej chwili?

Opowiadanie jest bardzo dobrze napisane, więc moje uwagi mogą brzmieć jak dzielenie włosa na czworo, niemniej są drobiazgi, które można poprawić, ale czytałem z zainteresowaniem. :)
Pozdrawiam.
JOLA S. dnia 30.11.2018 11:03
Draconie,

lubię wymagających, bo nie sztuką jest kadzić. Wiemy, że to niczemu i nikomu nie służy. :)
Cenię uwagi i jak wiesz sama ich nie żałuję, komentując.;)
Nad moimi tekstami pochylam się wielokrotnie i za każdym razem przybywa wątków i konceptu, ale też nierzadko piętrzą się wątpliwości.

Wyobraźni wolno pohulać, ale jak mówił mój dziadek: każdy mazurek trzeba przegrać na fortepianie, by sprawdzić czy brzmi dobrze/

Co niewątpliwie wkrótce uczynię, nawet jeżeli to są tylko drobiazgi.:)

Dzięki za obszerny komentarz i ciepłe słowa.

Serdecznie pozdrawiam.

J
AntoniGrycuk dnia 30.11.2018 18:48
Hej, Jolu,

Przeczytałem i jest to dobrze napisane. I, niestety, na tym kończą się dobre wieści, przynajmniej w moim wydaniu. Owszem, na początku się zainteresowałem, ale przy końcówce opadły mi witki. Może czegoś nie zrozumiałem...

Poza tym jest sporo niedociągnięć w szczegółach. To po kolei:
Cytat:
Jej spoj­rze­nie było pełne nie­utu­lo­ne­go żalu aż było przy­kro pa­trzeć. Za­ci­snę­łam pię­ści i wcią­gnę­łam po­wie­trze głę­bo­ko w płuca, aż za­czę­ły mi łza­wić oczy. Nagle, zo­ba­czy­łam w tej małej, stra­pio­nej istot­ce ka­wa­łek sie­bie. Jako dziec­ko także wal­czy­łam z całym świa­tem. Chyba zo­sta­ło to we mnie do dziś? Kot na dachu, a nie na pło­cie to za­pew­ne dla opie­kun­ki w przed­szko­lu nie­wy­ba­czal­ny grzech, prze­mknę­ło przez głowę i par­sk­nę­łam śmie­chem.

Na początku akapitu piszesz, że prawie się popłakała bohaterka, a na koniec, że parsknęła śmiechem. Jedno zbyt szybko po drugim, z czego postać wydaje mi się nierealna.
Cytat:
Lubię ludzi o nie­po­skro­mio­nej wy­obraź­ni, nie do­pusz­cza nudy, po­ma­ga­jąc w życiu.

Zdania składowe/podrzędne odnoszą się do innego podmiotu, więc trudno zrozumieć, o co chodzi.
Cytat:
To było pie­kło, wkrót­ce za­czę­li nas ob­ga­dy­wać. To stało się długo potem na obo­zie, w schro­ni­sku, w Su­de­tach, to było nasze pierw­sze zbli­że­nie.

Spójrz, ile razy użyłaś tu "to" oraz "było".
Cytat:
Oczy­wi­ście ta awan­tu­ra była prze­ze mnie, wię­cej nie wró­ci­łam, mia­łam świra na punk­cie swo­jej sa­mo­dziel­no­ści i Pawła. Mój oj­czym był wście­kłym mo­ra­li­za­to­rem, świę­tosz­kiem, strasz­nie się rzą­dził. Moja matka też nie była bez winy, sie­dzia­ła z nogą na nodze, we wszyst­kim mu ustę­po­wa­ła. Byłam młoda, ale do­brze wie­dzia­łam, co robię, snu­łam plany, na wspól­ną przy­szłość. Paweł był dla mnie ważny. Kto nie ko­chał nie wie nic.

I znów to powtarzanie "było/był/była".
Cytat:
 Serce o mało nie wy­sko­czy­ło mi z pier­si.

To zdanie kompletnie nie pasowało mi do kontekstu, było jak wybuch wulkanu w centrum Warszawy.
Cytat:
Ka­ro­li­na stała w progu, uni­ka­jąc ner­wo­wo mo­je­go spoj­rze­niem.

Ostatnie słowo. I to nie jedyna niepoprawna forma w tym tekście.
Cytat:
  — Jak ci wy­da­je, bę­dziesz szczę­śli­wa?

Tu zjadłaś słowo.

Poza tym zbyt często używasz zaimków, szczególnie tych osobowych - np. swoje.

Także to opowiadanie nie porwało mnie ani na chwilę, choć na początku się zaciekawiłem. Przykro mi.

Pozdrawiam
JOLA S. dnia 30.11.2018 21:05
Antoni,

dziękuję za wizytę i wnikliwy komentarz.

Tekst Ciebie nie porwał, no cóż i tak bywa. Przyjmuję z uśmiechem. Nie musimy zgadzać się we wszystkich sprawach.

Obiecuję, uwagom przyjrzę się. Nie wykluczam, że miotełka pójdzie w ruch. :)

Pozdrawiam serdecznie :)
Kazjuno dnia 01.12.2018 09:45 Ocena: Bardzo dobre
Ja w przeciwieństwie do przedmówców: Darcona i Antosia Grycuka skonsumowałem Czerwonego Kota gładko i z zainteresowaniem. Błędy, które tu wytykacie Joli są w moim odczuciu wyolbrzymione. Wcale nie przeszkodziły mi odczuć (egzotyczną dla mnie) dramaturgię opisanych wydarzeń. Przejmującą i jakże prawdziwą, w kontekście wędrówek Rodaków za chlebem i nie tylko.
Wyraziście opisane bohaterki. Zarówno Karolina jak i córunia Joasia, przyśmietnikowy klimat, jakże autentyczny w blokowiskach. Ot, życie w pigułce namalowane z niekonwencjonalnej perspektywy, pokazane zajmująco. Więc dzięki Jolu za chwilę niecodziennego spektaklu.
A te usterki? Weź miotełkę, ciach mach i ostanie się oryginalna perełka.

Pozdrawiam, Kaz
JOLA S. dnia 01.12.2018 10:31
Drogi Kazjuno,

dotarłeś ze słowami otuchy. Bardzo to miłe. :)
Twarda ze mnie sztuka. Nie zauważyłeś, ale już posprzątałam. Nockę mam do tyłu, ale, żeby to pierwszy raz.
Czego się nie robi w dążeniu do doskonałości? ,
Uwierz na słowo, nie jestem zarozumiała. ;)
Pisanie to ciężka praca, ale nie od razu Kraków zbudowano.

Wielkie dzięki za uznanie, pozdrawiam :)
Kazjuno dnia 01.12.2018 12:15 Ocena: Bardzo dobre
Faktycznie, posprzątane, że aż lśniło, bo już zastanawiałem się: "czyżby znacząco pogorszył mi się wzrok"? Jakoś czytając chłonąłem tekst i nie zauważyłem, gdzie ktokolwiek o cokolwiek mógłby się dowalić.
Cieszę się, że mogłem Ci dodać otuchy.

Miłego weekendu Jolu!
Asocjacja dnia 01.12.2018 15:56 Ocena: Świetne!
Witaj, Jolu! :)
Ożywiłaś PP!
Zapis ulotnej historii, poprzez Twoją wrażliwość, doskonały!
Pozdrawiam serdecznie :)
Asocjacja
JOLA S. dnia 01.12.2018 16:42
O, mimo wysiłków, coś jednak przegapiłam. Jeszcze nie odespałam. :(
Nic to, poprawię. Nikt nie jest doskonały. Może łatwiej byłoby przekładać ostatni sen na język jawy? ;)

Droga Asocjacjo,

Kłaniam się i wielkie dzięki za wszystko. :)

Serdeczności. :)

J
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
12/12/2018 00:40
Niczyjko, jesteś wielka, Dziękuje pięknie. Niemniej -… »
Niczyja
11/12/2018 22:59
Zolu, Już sobie poradziłam. Właśnie w tej chwili tekst… »
MarcinD
11/12/2018 21:35
Spoko. Jestem tutaj "trochę" dłużej od Ciebie… »
AntoniGrycuk
11/12/2018 21:04
Skoro przeczytałem, to trzeba zostawić komentarz. No to… »
BlueRiver
11/12/2018 18:45
Nie wiem co mam napisać... Zatkało mnie. Dziękuję :) »
jackass1408
11/12/2018 17:47
Darcon: Metaforyzm narracji nie był zamierzony. Chciałem po… »
mike17
11/12/2018 15:37
Artur, rozpoznałbym Twój styl na końcu świata :) Bo? Bo… »
mike17
11/12/2018 15:21
BlueRiver, zaskoczyłaś mnie na plus i to wielki :) Ten… »
mike17
11/12/2018 14:39
Slavku, piszesz rzadko, ale zawsze bardzo dobrze. Jak dziś,… »
mike17
11/12/2018 13:51
Choć można było dać mocniejszą, bardziej wyrazistą pointą, i… »
Hubert Z
11/12/2018 12:25
Arkady, poruszający, niesamowity wiersz. Trafia we… »
pociengiel
11/12/2018 09:17
Dzięki. Z tą zagwozdką to jak z pierwszymi podrywami.… »
allaska
11/12/2018 08:15
Nie będę pokutował jakbyś była... - tu mam zagwozdkę dziwnie… »
MP642
10/12/2018 19:39
Jak to bez przesady, skoro cały "Uwięziony" jest… »
AntoniGrycuk
10/12/2018 19:29
Tak. Ta część brzmi jak początek książki. I teraz powinny… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 12/12/2018 00:46
  • Jolu S. Niczyjko, sprawdzacie się na medal. Dzięki i oczekiwania na twórczość do nowej edycji Wirtajek.
  • Esy Floresy
  • 11/12/2018 23:33
  • Wirtajkowicze dzisiaj szaleją, widzę. Cieszy to, nawet bardzo :)
  • JOLA S.
  • 11/12/2018 23:11
  • Zolu, jest ok. Dobranoc:)
  • Zola111
  • 09/12/2018 23:46
  • A możecie zagłosować na wiersze Zaśrodkownia#29!
  • BlueRiver
  • 09/12/2018 15:33
  • Esy Floresy - jestem ZA ;)
  • Esy Floresy
  • 09/12/2018 15:21
  • Jest niedziela, relaks, Ludziki ;)
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas