Czerwony kot - JOLA S.
Proza » Obyczajowe » Czerwony kot
A A A

 Czerwony kot

 

Ostatniego dnia kalendarzowej wiosny na naszym osiedlu panował niezwykły ruch. Trwają przygotowania do lata, bo słychać znowu kosiarki, pomyślałam, skręcając w wyasfaltowaną dróżką prowadzącą do śmietnika. Byłam prawie u celu, gdy doszły mnie zza przymkniętych drzwiczek komory podniesione głosy. Rozmawiają dość gwałtownie. Przystanęłam, by sprawdzić, co też tu się dzieje?

     — Nie obrażaj się, Joasiu...

     — A właśnie, będę! Mój kot jest czerwony, siedzi na dachu, a nie na płocie. Nie będę rysować, tak jak inne dzieci. Za karę stałam w kącie, nie mogłam bawić się w pociąg... — odcięła się drobna dziewczynka matce, uwalniając łokieć z jej dłoni.

Podsunęłam się bliżej, patrząc zaniepokojona. Na mój widok dziecko zamilkło i zawstydzone przywarło do matczynych nóg.

     — Posłuchaj, przecież obiecałaś... — odezwała się ponownie matka, kładąc dłoń na głowie dziewczynki.

     — Strasznie jest dużo rzeczy, których nie powinnam robić — powiedziała to mała, ocierając kantem dłoni płynące po buzi łezki.

Ogarnęło mnie wzruszenie. Nagle ujrzałam w tej strapionej istotce kawałek siebie. Będąc dzieckiem także walczyłam z całym światem. Chyba zostało to we mnie do dziś? Kot na dachu, a nie na płocie to zapewne dla opiekunki w przedszkolu niewybaczalny grzech, przemknęło przez głowę i wybuchłam niepytana:

      — W czym czerwony kot jest gorszy od burego? Tak go widzi, tak namalowała, to jej prawo...

Dziecko, na moje słowa, odkleiło się od matki, robiąc przezabawną minkę. Tak trzymaj mała, pomyślałam, wrzucając worek ze śmieciami do pojemnika. Nieźle spóźniona ruszyłam szybkim krokiem w kierunku parkingu.
Zamyślona wsiadłam do samochodu. Przez całą drogę do pracy nie opuszczał mnie obraz pociesznej, czupurnej dziewczynki w pasiastej koszulce. W tej małej jest jakaś zagadkowa siła, wydaje się wyjątkowym dzieckiem. Wyobraźnia nie dopuszcza nudy, pomaga w życiu...


****

Spotkałam dziewczyny tydzień później, w piątek. Pamiętam dokładnie ten dzień. Słońce kusiło obietnicą zasłużonego odpoczynku. Świetnie, pomyślałam, mam czas, nie muszę się nigdzie spieszyć. Zaczyna się weekendowa wolność. Mała zaszczebiotała, obdarzając mnie porozumiewawczym, wesołym spojrzeniem. Po krótkiej pogawędce ochoczo pomaszerowała do piaskownicy pełnej dokazujących tam dzieci. Przysiadłyśmy z jej matką na drewnianej ławce, u stóp pobliskiej, obrośniętej kwitnącymi krzakami skarpy.

     — Chyba nie nadaję się na matkę — odezwała się znienacka, przerywając moje zamyślenie.

Przekrzywiłam głowę, nie mając pewności, czy dobrze zrozumiałam.

     — Nie jest tak źle — odparłam, unosząc uspokajająco dłoń.

Wymieniłyśmy krótkie, badawcze spojrzenia.

     — Karolina. Mówią na mnie Bele — przedstawiła się.

Zaczęłyśmy rozmawiać. Początkowo o drobiazgach, o pogodzie, o rozkładzie dnia, o zwykłych sprawach. Nigdy nie byłam  mocna w tego typu pogawędkach. Tym razem było inaczej. Szybko osiągałam pewność, że mam u swojego boku uroczą, interesującą młodą kobietę. Gdy mówiła, czułam przez skórę, że, że chce mi coś jeszcze powiedzieć, że mimo pozornego spełnienia czuje się samotna. I nie pomyliłam się.

      — Dotąd nie otwierałam się na moje problemy, ale każdy ma słabsze dni. Ach, te moje głupie lęki — zaczęła cicho i pospiesznie. Na jej umęczonej twarzy malował się grymas niezdecydowania.

      — Spokojnie. Chętnie posłucham — szepnęłam.

      — Plotka może zrobić tyle złego... — mówiąc, obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem, jakby oczekiwała potwierdzenia.

      — Jasne! Jasne! — przytaknęłam, uśmiechając się.

 Karolina  zrobiła pauzę, ale podjęła temat:
 
      — Nie byłam w porządku — wymamrotała. — Paweł był moim nauczycielem. Lubiany, spokojny, cichy, duchem olbrzym wśród karłów. Imponował mi wiedzą, obyciem. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały. Nie byłam gorsza. Wkrótce stało się jasne, że jestem zakochana po uszy. Uwzięłam się na biedaka. Prowokowałam go na wszystkie sposoby, byle tylko mnie zauważył. Udało się całkiem szybko, jeszcze dziś mi wstyd. Ostatnia klasa szkoły baletowej, tuż przed maturą, mnóstwo zajęć, uczyłam się pilnie, ale w głowie siano. Czy nie jest tak, gdy ma się naście lat? Zero życiowego doświadczenia, nie znałam smaku seksu, nie miałam chłopaka. Niedługo trzeba było czekać, jak wszystko w szalonym tempie zaczęło wymykać się spod kontroli. Spotykaliśmy się na początku sporadycznie, poza szkołą, w jego kawalerce, ale przyuważono nas. Plotki rozchodzą się lotem błyskawicy. Mój świat nagle zatrzasnął się jak w małej puszce, do której lepiej było nie zaglądać. Koledzy szydzili, natrząsali się. I te poczerwieniałe twarze nauczycieli, uparcie obgadujących nas po kątach. Dobrze pamiętam nasze pierwsze zbliżenie — podkreśliła "pierwsze".

— Tak, to stało się na zimowym obozie w Sudetach. Wybuchł okropny skandal. Oskarżono Pawła o molestowanie seksualne, ponieważ według prawa byłam niepełnoletnia. Nie wyszłam na tym dobrze, on zresztą też. W akcie skrajnej rozpaczy spakowałam swój nędzny dobytek i wyprowadziłam się z domu. To była jedyna droga ucieczki od ciągłych awantur, przekleństw i narzekań — to nie gojące się rany. Matka i ojczym przechodzili samych siebie, brak słów. Ojczym małoduszny moralizator i świętoszek nawet moją korespondencję cenzurował, a matka we wszystkim mu ustępowała. Nie będę cię zmuszać do małżeństwa, jedno nieszczęście wystarczy, tak brzmiało jej pożegnanie. Do domu nie wróciłam. Kto tego nie przeżył nie wie nic. Łzy już nie płyną, ale...

Kończąc, zrobiła zdecydowany gest ręką, jakby chciała odgonić naprzykrzającą się muchę. Z jej opowieści wyzierał głęboki smutek. Zrobiło się melancholijnie.

      — Chcesz mówić dalej, Karolino?

      — Czemu nie? — odrzekła przytomnie,  odrzucając głowę do tyłu.

      — A więc?

      — Był czas, że zastanawiam się czy warto było tak szaleć, czy nie będę tego żałować przez całe życie — kontynuowała. —  Kochałam Pawła...Teraz, gdy go nie ma walczę o dobre życie dla nas obu, spokojne i bez lęku. Studiuję malarstwo tu, na gdańskiej ASP. Przytłaczają  obowiązki, nie jest mi łatwo.  Maluję wieczorami. Gdy trzymam w ręku pędzel nie przestaję myśleć o Pawle. Jestem beznadziejna, naiwna, ale wiem, że kiedyś wróci do nas...

Karolina nawet przez moment nie wydawała bezradna, ani załamana. Nadal kocha Pawła, może to miłość daje jej siłę?, przemknęło. Podobał mi się jej spokój, dojrzałość, intrygowało oddanie w czekaniu. Wyglądało, że Karolina bije się z myślami czy opowiadać dalej. Opuściła wzrok na czubki butów. Odruchowo obejrzałam swoje. Zupełnie nie byłam przygotowana na taką rozmowę, po głowie tłukły się przeróżne myśli. Dlaczego zostałam zaproszona do tajemniczego ogrodu Karoliny i czym sobie zasłużyłam na zaufanie? Tak czasem rozmawiają ludzie w pociągu. Potem każdy wysiada na swojej stacji, rusza w swoją stronę i szybko zapomina o przypadkowym spotkaniu.

Wieczorne powietrze drgało, było nadal gorąco. Ktoś z balkonu wołał kota. Joasia lepiła z zapałem babki z piasku, uderzając rytmicznie łopatką w plastikową foremkę. Widać było, że dobrze się bawi. Obrzuciłam spojrzeniem Karolinę. Splotła szczupłe ręce na brzuchu i milcząc, wpatrywała się w jeden punkt. Doskonale prezentowała się w niebieskiej sukience, ładnie kontrastującej z delikatnie opaloną, gładką skórą i czarnym, błyszczącym zwojem długich włosów spływającym na kruche ramiona.

Wszystko, co od niej dotąd usłyszałam, było bez ładu, pachniało momentami nonsensem, na pewno wprawiło w zakłopotanie. Diabelnie speszona urwałam źdźbło rosnącej przy ławce trawy i zaczęłam uważnie oglądać je w dłoni. To dopiero musiał być śmieszny obrazek.  Dopadło pytanie: czy chcę dalej słuchać wynurzeń Karoliny, ale szybko stłumiłam egoizm. Bo, co właściwie w życiu jest ważne?

Chwila zadumy dobrze mi zrobiła. Nie ukrywam, że byłam ogromnie ciekawa, co się dzieje z Pawłem? Ale brakowało odwagi zapytać. Gdy próbowałam poderwać się z ławki odezwała się, jakby czytała w moich myślach.
 
       — Usłyszałam o nim, dwa lata temu, a może trochę wcześniej. Pewien człowiek widział Pawła w Toronto. Świat nie jest taki duży. Rzucał się w oczy, żebrząc na stacji metra. Zapuścił brodę, schudł, był marnie ubrany, wymięty, wyglądał zupełnie jak Jezus. Podobno wdał się w jakąś niejasną historię i dopadły go nowe kłopoty. Może coś w nim pękło? Zresztą sama nie wiem. Wybaczyłam wszystko, chyba mam skłonności masochistyczne...

       — Raczej cierpiętnicze — poprawiłam, usiłując się uśmiechnąć.

 Karolina przygryzła wargi, ale szybko wzięła się w garść.

       — Gdy byliśmy razem największą ambicją Pawła było zapewnić nam za wszelką cenę dobry start, ale tu w kraju był bez szans. Prasa i ludzie zrobili tyle złego. Najgorsi byli ci na portalach społecznościowych, odebrali mu dobrą opinię, nie mógł  znaleźć miejsca dla siebie i pracy w zawodzie. Krótko mówiąc, Facebook zniszczył nam życie...

Rzuciła wzrokiem z pewnym niepokojem, chcąc się zorientować, czy naprawdę jej słucham. Słuchałam uważnie, wpatrzona w jej usta.

       — Odszedł nagle, bez słowa, ale nie wiem czy to był świadomy wybór. Z czasem wspomnienia tracą ostrość. Chyba zrobiłby to, nawet, gdybym mu zabroniła. Wyjechał nie wiadomo gdzie. Pytałam, wstydząc się, że mnie zostawił. Żałuję, że mu nie powiedziałam, że jestem w ciąży. Ech... ta moja głupota...

     — Ciężko było?

Wyszarpała z torby chusteczkę.

    — Teraz już nie. Krok w przód, krok w tył... Myślę, że jestem gdzieś po środku. Każdy rozdział życia jest inny, niepowtarzalny. Obecnie pomaga nam finansowo nieoceniona ciotka Pawła, poznałam ją, gdy byliśmy jeszcze razem. Mieszka w Baltimore, jest tam uznaną dekoratorką wnętrz. Tak, to ciotka Dora odkryła, że dobrze maluję, że mam talent. Joasia podobnie jak ja w dzieciństwie, ciągle maże kredkami po ścianach naszego mieszkania, to uwielbia najbardziej, wszystko jest w jej malunkach nawet sufit. Jak chcę to przykrócić, to okropnie się złości albo obraża. Czasem mam ochotę spuścić jej lanie. O tym, na co ją stać, miała pani się okazję się przekonać — mówiąc to, zamyśliła się.

O więcej już nie pytałam, zrobiło się późno. Pożegnałyśmy się. Kiedy wyciągnęłam do niej rękę, wydawało mi się, że waży z dziesięć kilogramów. Odwróciłam się i poszłam w swoją stronę.


Tamtej nocy nie mogłam zasnąć, w uszach nieznośnie dzwoniło. Tego, co usłyszałam z ust tej dziewczyny nie umiałam zapomnieć. Czasem życie pisze scenariusze, których nie wymyśliłby żaden literat. Gdy człowiek ma tyle lat, co ja, zdarzają się takie przemyślenia coraz częściej. Migoczą wtedy bardziej niż zwykle, są jaskrawe tak jak ekran włączonego telewizora. Wymyślałam nowe wątki do jej opowiadania, do starych dodawałam puentę. Nie trafiały się niestety żadne dobre wątki, nie wróżyłam szczęśliwego zakończenia tej historii. Paweł choć był zarysowany, mógł być różnie odczytywany. Paskudne były te obawy. Rozmyślałam tak przez kilka dni i nocy, zwyczajnie, martwiłam się. Widywałyśmy się potem często, ale już nie wracałyśmy do pamiętnej rozmowy.


****


Ostatni raz spotkałam dziewczyny wczesną jesienią, przy tym samym śmietniku. Dzień był szary, niebo zasnuły czarne chmury, kropił drobniutki kapuśniak. Zaprosiłam je do siebie na słodkie knedle ze śliwkami. Nie mogłam się ich doczekać. Przyszły spóźnione. Otworzyłam. Karolina stała w progu, unikając nerwowo mojego spojrzeniem. Zero makijażu, włosy w nieładzie, worki pod oczami, wyglądała na zszokowaną. Joasia kurczowo trzymała matkę za rękę.

      — Do diabła! Co się stało?  — zapytałam zaniepokojona nie na żarty.

Weszła do przedpokoju i wręczyła mi odpieczętowany list. Długo patrzyłam na skaczące przed oczami rzędy liter zanim ułożyły się w zdania. Oszołomiona opadłam ciężko na krzesło, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Nie wszystko mi pasowało, ale trzymałam język za zębami. Matowy głos Karoliny przerwał niezręczną ciszę.

       — Wkrótce lecimy do Pawła. Postanowiłam — rzuciła zdawkowo.

 Wybałuszyłam oczy.

       — Chyba dostał od życia należną lekcję pokory. Odbił się od dna, nauczył się naprawiać samochody, ma stałą pracę i wynajął niewielkie mieszkanie. Maglował mnie przez kilka tygodni. Nalegał w listach: Spróbujemy być razem, przejrzymy jeszcze raz stare sprawy, może nie wszystko jest stracone. Wiem, czasem trzeba zdać się na instynkt, nie można unikać życia. Może nareszcie oboje dojrzeliśmy — mówiła jednym tchem, zacierając nerwowo ręce.

 Pomyślałam, że zaraz się rozpłacze, ale nie. Ujęłam ją za ramię i przycisnęłam mocno do siebie. Drżała.

      — Ludzie robią różne szalone rzeczy. Tak, po prostu wyjedziecie? Boisz się? — zapytałam przejęta.

Nie odpowiedziała od razu.

      — Tak, jest we mnie lęk — w końcu potaknęła. — Czy wyobraża sobie pani człowieka pozbawionego lęku? Nasza miłość zawsze była trudna. Czy wcześniej nie odczuwałam lęku? Przecież nierozerwalnie związany jest z codziennością. Mam nadzieję, że tym razem nie popełnimy błędu. Miłość wymaga nieprawdopodobnej, wzajemnej ufności — odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

      — Jak ci się wydaje, będziesz szczęśliwa?

Zapytałam, ale wiedziałam po sobie, że lęk mimo, że jest rodzajem cierpienia, bywa równocześni źródłem marzeń, czynów i dążeń. Drąży mnie to paskudztwo prawie każdego dnia, od urodzenia. Nie da się go zdefiniować jednoznacznie, chyba jest wpisany w istnienie. Nigdy nie notowałam chwil kiedy mnie nachodzi i tak, by nic to nie zmieniło.

Karolina niespokojnie krążyła po pokoju, w pewnym momencie odwróciła się. Spojrzałam zatroskana. Na śniadych skroniach pokazały się wyraźne, fioletowe żyłki, widać było, że nie jest jej lekko z podjęciem niewątpliwie trudnej decyzji.

     — Kości zostały rzucone. Nie zamierzam rezygnować z tego, co mam, więc postaram się jak najwięcej tym cieszyć.

     — Karolino, trochę cię znam, gdy zakreślisz sobie jakąś linię trzeba dynamitu, żeby cię wypchnąć poza nią.

 Uśmiechnęła się półgębkiem.

— Ma pani rację, ale jednocześnie jestem podszyta strachem, gdyż wiem, że może się coś nie udać. Przeżyłam wiele zawodów, ale nie mogę zostać tu dłużej, coś mnie pcha, nakłania, by podjąć ryzyko. To przypomina skomplikowaną grę w bierki, teraz do mnie należy ruch. Jak wyciągnąć jedną bierkę, żeby nie ruszyć pozostałych?

Westchnęła głęboko i zamilkła.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Poczułam, że dotykam jakiejś tajemnicy, do której nie mam dostępu. To byłaby gra w odgadywanie. Poruszająca historia Karoliny utwierdziła mnie w przekonaniu, że do miłości nikogo się nie namówi. Kto nie kocha nie wie nic...

Pierogi ze śliwkami pozostały nietknięte. Joasia snuła się po mieszkaniu w nerwowym roztargnieniu, nie mogąc sobie znaleźć  miejsca. Karolina przypatrywała się temu cierpliwie, udawała spokój. Czas umykał. Przez okno zaglądał księżyc, osiedle pogrążało się w wieczornej ciszy, na osiedlu zapaliły się pierwsze latarnie.
Jaką dziwną, przedziwną podróżą jest życie, pomyślałam, serdecznie żegnając z dziewczynami.

     

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 30.11.2018 09:57 · Czytań: 284 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 11
Komentarze
Darcon dnia 30.11.2018 10:24
Podobało mi się opowiadanie, chociaż... Widzisz, w twoim przypadku patrzę trochę przez pryzmat osoby, która pisała. A piszesz już dosyć długo z tego co wiem i jesteś rozpoznawalna na forum. Stąd też pewnie jestem bardziej wymagający.
Gdzieś tam trafiają się literówki, chociaż niezbyt dużo, na przykład tutaj:
Cytat:
Nagle ożyły we mnie wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, zo­ba­czy­łam (w) tej małej, stra­pio­nej istot­ce ka­wa­łek sie­bie.

To jednak drobiazgi.
Bardziej doskwiera mi poprowadzona fabuła, niezbyt mocno, ale jednak. Wydaje mi się skrótowa, brak mi takiej płynności i pełnego obrazu. Przytoczę Ci kilka fragmentów.
Cytat:
Strasz­nie mnie to wku­rzy­ło. Za­ci­snę­łam pię­ści i wcią­gnę­łam po­wie­trze głę­bo­ko w płuca, aż za­czę­ły mi łza­wić oczy.
Z perspektywy czytelnika, nic takiego się nie stało, a zachowanie bohaterki wydaje się być irracjonalne. Co prawda dalej częściowo to tłumaczysz, ale to zbyt mało, brak wprowadzenia w sytuację bohaterki.
Cytat:
Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Po dłu­giej go­dzi­nie słu­cha­nia osią­gnę­łam pew­ność, że spo­tka­łam cie­ka­wą młodą ko­bie­tę, si­łu­ją­cą się sa­mot­nie ze swoją szarą co­dzien­no­ścią i wy­cho­wa­niem pię­cio­let­niej córki. Tego, co usły­sza­łam z jej ust do dziś nie umiem za­po­mnieć, cza­sem życie pisze sce­na­riu­sze, któ­rych nie wy­my­ślił­by żaden li­te­rat.
Tutaj gubi się czas. Bo z jednej strony piszesz, że po długiej godzinie jakoś bohaterka ją poznała. I to jest ok, na początek znajomości. Dalej jednak dodajesz, "tego, co usłyszałam". I wychodzi mi, że dalsza część rozmowy to streszczenie właśnie tej godziny. Czyli Karolina zaczęła zwierzać się po pięciu minutach rozmowy? Szkoda, że nie napisałaś jak rozmawiają o pogodzie i takie tam, a później Karolina stopniowo zaczęła się otwierać. To wydaje się bardziej naturalne.
Cytat:
  — Mów dalej, Ka­ro­li­no. Je­że­li to ma ci przy­nieść ulgę?
Ja, jeśli usłyszałbym takie pytanie, nic już więcej bym nie powiedział. Brzmi jak zarzut, że zajmuje czas.
Cytat:
— Do dia­bła! Co się stało? Chcesz coś mi coś opo­wie­dzieć? — za­py­ta­łam za­nie­po­ko­jo­na nie na żarty.
Oprócz literówki, pytanie brzmi nienaturalnie. Jeśli ktoś staje roztrzęsiony w moich drzwiach pytam czy chce mi coś opowiedzieć? Raczej nie. "Wejdź, co się stało?" , "Stało się coś?". Szczerze mówiąc chyba nigdy nikomu nie zdałem pytania, czy chce mi coś opowiedzieć. Formułuję je zazwyczaj inaczej.
Cytat:
  — Bę­dziesz szczę­śli­wa, Ka­ro­li­no?
A skąd Karolina ma to wiedzieć w tej chwili?

Opowiadanie jest bardzo dobrze napisane, więc moje uwagi mogą brzmieć jak dzielenie włosa na czworo, niemniej są drobiazgi, które można poprawić, ale czytałem z zainteresowaniem. :)
Pozdrawiam.
JOLA S. dnia 30.11.2018 11:03
Draconie,

lubię wymagających, bo nie sztuką jest kadzić. Wiemy, że to niczemu i nikomu nie służy. :)
Cenię uwagi i jak wiesz sama ich nie żałuję, komentując.;)
Nad moimi tekstami pochylam się wielokrotnie i za każdym razem przybywa wątków i konceptu, ale też nierzadko piętrzą się wątpliwości.

Wyobraźni wolno pohulać, ale jak mówił mój dziadek: każdy mazurek trzeba przegrać na fortepianie, by sprawdzić czy brzmi dobrze/

Co niewątpliwie wkrótce uczynię, nawet jeżeli to są tylko drobiazgi.:)

Dzięki za obszerny komentarz i ciepłe słowa.

Serdecznie pozdrawiam.

J
AntoniGrycuk dnia 30.11.2018 18:48
Hej, Jolu,

Przeczytałem i jest to dobrze napisane. I, niestety, na tym kończą się dobre wieści, przynajmniej w moim wydaniu. Owszem, na początku się zainteresowałem, ale przy końcówce opadły mi witki. Może czegoś nie zrozumiałem...

Poza tym jest sporo niedociągnięć w szczegółach. To po kolei:
Cytat:
Jej spoj­rze­nie było pełne nie­utu­lo­ne­go żalu aż było przy­kro pa­trzeć. Za­ci­snę­łam pię­ści i wcią­gnę­łam po­wie­trze głę­bo­ko w płuca, aż za­czę­ły mi łza­wić oczy. Nagle, zo­ba­czy­łam w tej małej, stra­pio­nej istot­ce ka­wa­łek sie­bie. Jako dziec­ko także wal­czy­łam z całym świa­tem. Chyba zo­sta­ło to we mnie do dziś? Kot na dachu, a nie na pło­cie to za­pew­ne dla opie­kun­ki w przed­szko­lu nie­wy­ba­czal­ny grzech, prze­mknę­ło przez głowę i par­sk­nę­łam śmie­chem.

Na początku akapitu piszesz, że prawie się popłakała bohaterka, a na koniec, że parsknęła śmiechem. Jedno zbyt szybko po drugim, z czego postać wydaje mi się nierealna.
Cytat:
Lubię ludzi o nie­po­skro­mio­nej wy­obraź­ni, nie do­pusz­cza nudy, po­ma­ga­jąc w życiu.

Zdania składowe/podrzędne odnoszą się do innego podmiotu, więc trudno zrozumieć, o co chodzi.
Cytat:
To było pie­kło, wkrót­ce za­czę­li nas ob­ga­dy­wać. To stało się długo potem na obo­zie, w schro­ni­sku, w Su­de­tach, to było nasze pierw­sze zbli­że­nie.

Spójrz, ile razy użyłaś tu "to" oraz "było".
Cytat:
Oczy­wi­ście ta awan­tu­ra była prze­ze mnie, wię­cej nie wró­ci­łam, mia­łam świra na punk­cie swo­jej sa­mo­dziel­no­ści i Pawła. Mój oj­czym był wście­kłym mo­ra­li­za­to­rem, świę­tosz­kiem, strasz­nie się rzą­dził. Moja matka też nie była bez winy, sie­dzia­ła z nogą na nodze, we wszyst­kim mu ustę­po­wa­ła. Byłam młoda, ale do­brze wie­dzia­łam, co robię, snu­łam plany, na wspól­ną przy­szłość. Paweł był dla mnie ważny. Kto nie ko­chał nie wie nic.

I znów to powtarzanie "było/był/była".
Cytat:
 Serce o mało nie wy­sko­czy­ło mi z pier­si.

To zdanie kompletnie nie pasowało mi do kontekstu, było jak wybuch wulkanu w centrum Warszawy.
Cytat:
Ka­ro­li­na stała w progu, uni­ka­jąc ner­wo­wo mo­je­go spoj­rze­niem.

Ostatnie słowo. I to nie jedyna niepoprawna forma w tym tekście.
Cytat:
  — Jak ci wy­da­je, bę­dziesz szczę­śli­wa?

Tu zjadłaś słowo.

Poza tym zbyt często używasz zaimków, szczególnie tych osobowych - np. swoje.

Także to opowiadanie nie porwało mnie ani na chwilę, choć na początku się zaciekawiłem. Przykro mi.

Pozdrawiam
JOLA S. dnia 30.11.2018 21:05
Antoni,

dziękuję za wizytę i wnikliwy komentarz.

Tekst Ciebie nie porwał, no cóż i tak bywa. Przyjmuję z uśmiechem. Nie musimy zgadzać się we wszystkich sprawach.

Obiecuję, uwagom przyjrzę się. Nie wykluczam, że miotełka pójdzie w ruch. :)

Pozdrawiam serdecznie :)
Kazjuno dnia 01.12.2018 09:45 Ocena: Bardzo dobre
Ja w przeciwieństwie do przedmówców: Darcona i Antosia Grycuka skonsumowałem Czerwonego Kota gładko i z zainteresowaniem. Błędy, które tu wytykacie Joli są w moim odczuciu wyolbrzymione. Wcale nie przeszkodziły mi odczuć (egzotyczną dla mnie) dramaturgię opisanych wydarzeń. Przejmującą i jakże prawdziwą, w kontekście wędrówek Rodaków za chlebem i nie tylko.
Wyraziście opisane bohaterki. Zarówno Karolina jak i córunia Joasia, przyśmietnikowy klimat, jakże autentyczny w blokowiskach. Ot, życie w pigułce namalowane z niekonwencjonalnej perspektywy, pokazane zajmująco. Więc dzięki Jolu za chwilę niecodziennego spektaklu.
A te usterki? Weź miotełkę, ciach mach i ostanie się oryginalna perełka.

Pozdrawiam, Kaz
JOLA S. dnia 01.12.2018 10:31
Drogi Kazjuno,

dotarłeś ze słowami otuchy. Bardzo to miłe. :)
Twarda ze mnie sztuka. Nie zauważyłeś, ale już posprzątałam. Nockę mam do tyłu, ale, żeby to pierwszy raz.
Czego się nie robi w dążeniu do doskonałości? ,
Uwierz na słowo, nie jestem zarozumiała. ;)
Pisanie to ciężka praca, ale nie od razu Kraków zbudowano.

Wielkie dzięki za uznanie, pozdrawiam :)
Kazjuno dnia 01.12.2018 12:15 Ocena: Bardzo dobre
Faktycznie, posprzątane, że aż lśniło, bo już zastanawiałem się: "czyżby znacząco pogorszył mi się wzrok"? Jakoś czytając chłonąłem tekst i nie zauważyłem, gdzie ktokolwiek o cokolwiek mógłby się dowalić.
Cieszę się, że mogłem Ci dodać otuchy.

Miłego weekendu Jolu!
Asocjacja dnia 01.12.2018 15:56 Ocena: Świetne!
Witaj, Jolu! :)
Ożywiłaś PP!
Zapis ulotnej historii, poprzez Twoją wrażliwość, doskonały!
Pozdrawiam serdecznie :)
Asocjacja
JOLA S. dnia 01.12.2018 16:42
O, mimo wysiłków, coś jednak przegapiłam. Jeszcze nie odespałam. :(
Nic to, poprawię. Nikt nie jest doskonały. Może łatwiej byłoby przekładać ostatni sen na język jawy? ;)

Droga Asocjacjo,

Kłaniam się i wielkie dzięki za wszystko. :)

Serdeczności. :)

J
Quentin dnia 22.12.2018 21:32 Ocena: Dobre
Kocie opowieści

Pamiętasz "Łowcę jeleni"? Na pewno pamiętasz. Przez pierwszą część filmu płyniemy jakby łódką po jeziorze. Podróż piękna sama w sobie i spokojna jak trzeba. Po chwili następuje koniec weselnej zabawy i po szyję brodzimy w syfiastej wodzie razem z bohaterami. Niesamowite przejście: drastyczne, jakby przejść z ciemności do ostro oświetlonego świata.

Tak mi się skojarzyło po lekturze "Czerwonego kota", gdzie "przeskakujesz" z łódki prosto do wody. Lubię teksty, hm, obyczajowe, lekko psychologiczne ( albo nawet i bardzo psychologiczne). To świetne pole do snucia opowieści ( dla twórcy) i domniemywania ( dla czytelnika). Myślę, że sprawnie poruszasz się w tej konwencji. Na pewno jeszcze zajrzę.

Pozdrawiam tymczasem
Q
JOLA S. dnia 26.12.2018 19:00
Cytat:
Myślę, że sprawnie poruszasz się w tej konwencji. Na pewno jeszcze zajrzę.



Trzymam Cię za słowo :)

Pozdrawiam serdecznie

J
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
d.urbanska
26/05/2019 12:00
Piękne, chwyta za serce. Podważam niniejszym werdykt jury :) »
Vanillivi
26/05/2019 05:12
W zasadzie nie wiem, co napisać, mam wrażenie, że wszystko… »
Vanillivi
26/05/2019 04:35
Allasko, absolutnie się nie gniewam, wręcz przeciwnie -… »
Zola111
26/05/2019 02:06
Abi, serdecznie dziękuję. Przyznam, że najmocniej… »
Matwiej
25/05/2019 22:58
Dzięki za komentarz. Utwór w swoim zamierzeniu miał być… »
ajw
25/05/2019 22:12
Urocze opowiadanko z nutą czegoś niedotykalnego. Cieszę się,… »
al-szamanka
25/05/2019 20:52
Fajne, magiczne opowiadanko. Czytałam z przyjemnością,… »
Kazjuno
25/05/2019 19:48
Zacznę od końca. Dokonałem tak mało dżentelmeńskiego wyboru… »
AntoniGrycuk
25/05/2019 18:30
No tak. jak zwykle nazpisane świetnie. I tym razem prawie z… »
al-szamanka
25/05/2019 17:08
Gdybym wyczuła moim siódmym zmysłem, że napisałeś TAKI… »
d.urbanska
25/05/2019 17:05
Podam Ci dla przykładu cytat: "Komuniści mnie mierzili.… »
d.urbanska
25/05/2019 16:53
Kazjuno, dziękuję za miłe słowa, pozdrawiam :) »
d.urbanska
25/05/2019 13:41
maga26 Brak Ci odporności na krytykę. Dlatego weź swoje… »
skroplami
25/05/2019 12:11
Po raz pierwszy kształt obok jakby autobiografi, otwarte… »
Kazjuno
25/05/2019 12:09
Dzięki Darkon za wyjaśnienie. »
ShoutBox
  • chawendyk
  • 25/05/2019 23:35
  • zwróciłem uwagę nastolatce że przeklina porównując jej język do dawnych pijaczkowych zawołań pod sklepem. Odpowiedź mnie rozbroiła. --uznałą że się czepiam. Ewolucja "nie masz prawa mnie oceniać.
  • Hubert Z
  • 25/05/2019 21:05
  • SMAR SW- “Punk’s not dead”
  • MitomanGej
  • 25/05/2019 18:18
  • [link] największy zespół w historii polskiej muzyki antykomercyjnej
  • mike17
  • 22/05/2019 15:36
  • Tych z Was, którzy jeszcze nie poznali wyników MUZO WEN 7, zapraszam tutaj : [link]
  • Kushi
  • 20/05/2019 23:14
  • Uwielbiam Zauche:):), Miłego wieczorku kochani:)
Ostatnio widziani
Gości online:14
Najnowszy:iuyiuy1
Wspierają nas