Niebiański Spokój - rockhard
Publicystyka » Reportaże » Niebiański Spokój
A A A

Z przodu góry, z tyłu góry, z boku jednego i drugiego też. Wszędzie są te góry. Nic dziwnego, że Mongołom zeszły wieki na podbicie tego niewielkiego kraju - żaden blitzkrieg tu nie wchodzi w grę : w kraju, gdzie ponad dziewięćdziesiąt procent powierzchni wystaje parę tysięcy metrów ponad poziom wody, nie da się przemieszczać tak po prostu. Tak było setki lat temu, gdy po okolicy hulały żądne łupów hordy dzikusów na przysadzistych konikach, tak było kiedy instalował tu sowiecką władzę pancerny narkom Frunze (urodzony zresztą w stołecznym Biszkeku jako skromny syn felczera), tak też jest i teraz. Fakt, że przed paroma laty odnowiono znakomitą część słynnego "narkotykowego szlaku" wiodącego z Osz przez środek kraju na daleką północ wiele tu nie zmienia, poza - może - nieco mniejszym bólem obitego od podskoków na wybojach tyłka. Pokonanie paru setek kilometrów główną drogą tego kraju musi zająć kilkanaście godzin albo nawet dobę i sam Lenin nic by na to nie poradził. Na osłodę pozostaje zaokienna, niekończąca się fototapeta – im się wyżej wspinasz na przełęcze, tym oddychać coraz trudniej. I to wcale nie przez niedobory tlenu : widok jest tu tak bajkowy i powalający, że po prostu odejmuje dech.

A zaczęło się dokładnie tak, jak przewidziałem. Na ulicy ani widu ani słychu samochodu, zaś telefon taksówkarza o imieniu Ałmaz, który miał mnie zawieźć do Biszkeku (przy okazji biznesowo – rodzinnego study tour i za niezbyt podłą zaliczką naturalnie) milczy jak zaklęty. Nie, bo nie. Bo Abonent jest chwilowo niedostępny. Bo się sieć sypnęła. Bo coś tam. Żal mi trochę forsy, która - zdaje się - wspomogła jakiś szczytny cel w rozlicznym, Ałmazowym klanie,  jednak jeszcze bardziej żal mi czasu. Dzisiaj jest gorąco, wczoraj jednak i przedwczoraj sypał gęsty śnieg więc przebicie się przez trzy przełęcze, z czego jedna - Otomok - leży tak wysoko, że aż strach tam wjeżdżać samochodem, może być wyzwaniem. A mnie spieszno do stolicy : zaskórniaki już w zasadzie się skończyły a dwadzieścia minut po północy odlatuje Air Biszkek, który miał mnie zabrać do Stambułu. Jeśli się na niego spóźnię, będzie całkiem niewesoło. Stoję więc po kostki w szaroburej brei, klnę i usiłuję się dodzwonić. O dziesiątej jestem wściekły, wpół do jedenastej – zły jak osa. Chwilę później usiłuję znaleźć w telefonie jakieś obraźliwe, słowo po kirgisku, które mógłbym wysłać Ałmazowi – wszędzie jednak trafiam tylko na modlitwy i życzenia noworoczne. Kiedy w końcu odnajduję odpowiednią frazę, dzwoni Ałmaz, wyrzucając z siebie potok słów, z którego nie wynika nic poza tym, że mu bardzo przykro. Gdy się w końcu uspokaja, ze trzydzieści razy przekonuje mnie, że żaden z niego oszust - ot, po prostu coś nie wyszło, poszło nie tak, sam rozumiesz – inne sprawy ... Nie rozumiem ale nie chcę tego dalej ciągnąć, pytam zatem najuprzejmiej jak potrafię czy jest jeszcze jakaś szansa, abym do północy znalazł się w Biszkeku. Ałmaz aż się zachłystuje.

- Oczywiście. - mówi. - Przecież się umówiliśmy. Staram się nie parsknąć do słuchawki. Za godzinkę, może nawet wcześniej, ktoś się tam pojawi. Będzie to rozsądny facet, który mnie bezpiecznie i na czas przetransportuje przez te niebosiężne góry i przełęcze. Ałmaz, chociaż prosty taksiarz, wspina się na same szczyty krasomówstwa, ja zaś, po raz pierwszy od dwóch godzin, mam ochotę się uśmiechnąć.

- Załatwiłem wszystko, jak należy! - krzyczy do słuchawki. - Ja nie mogę ale tak się dobrze poskładało, że braciszka jedzie do Biszkeku! On cię tam zawiezie! Nic się nie martw, zdążysz przyjacielu, zdążysz !

Pół godziny temu byłem gotów na piechotę przejść pół miasta, znaleźć łacha i rozszarpać na kawałki. Uspokajający ton Ałmaza robi jednak swoje, może ma on trochę racji, mówiąc, że jest jeszcze sporo czasu - jeździ w końcu po tej drodze regularnie, ja widziałem ją jedynie z góry, lecąc tu z Biszkeku. Słońce świeci prosto w nos, stadko dzieci rozchlapuje na ulicy błoto, w tle zaś kwitną niebosiężne góry. Stoję więc pokornie dalej niedaleko krawężnika, czekam na "braciszkę", modląc się po cichu, żeby gdzieś tam wyżej, pod chmurami nie zaczynał się akurat buran. Ałmaz jest wyraźnie niezadowolony kiedy informuję go, że dwieście somów (trzy dolary z jakimś tam okładem), które wziął ode mnie jako „rezerwację miejsca”, odliczyłem właśnie od wynagrodzenia, stawiam jednak tu na swoim. Jeśli mnie do reszty wkurzy, pójdę na lotnisko i zainwestuję w przelot, zaś z biznesu nici – pozostanie mu te marne dwieście somów oraz parę brzydkich, chrześcijańskich słów w pamięci. Milknie, mrucząc coś pod nosem chociaż obaj wiemy, że jedyny dzisiaj lot z Dżalalabadu do stolicy wystartował pół godziny temu.

- Jesteś dziad. - bełkocze w końcu, słyszę jednak kątem duszy, że się w głębi siebie śmieje. Dobijamy więc (ponownie) targu. Szybko się tu nauczyłem Azji.

* * *

Zapamiętam ten koszmarny przejazd chyba już do końca życia. Jedenaście godzin na wygodnej jak nieheblowana deska ławce, udającej fotel leciwego, dostawczego Mercedesa w towarzystwie szóstki Kirgizów, tony owiniętych w szmaty dupereli i kasetowego magnetofonu, który miał umilić podróż przybyszowi z Europy. To jest gwóźdź do trumny, to przeklęte radio, nadające naprzemiennie azjatyckie disco polo i potwornie rzewne, duszoszczypatielne, nieśmiertelne ruskie hity. Moje ty dzieciństwo, gdzież ty, ach gdzie ty ?.. Chciałbym znów po dachach ganiać (i gołębie łapać). I nieśmiertelna Ałła Pugaczowa. A na deser ałma, ałma, kyzył ałma czyli jabłuszko czerwone - dla odmiany po kirgisku. Jeśli jest coś straszniejszego niż Biełyje Rozy, są to właśnie azjatyckie propozycje remizowe. Ale właśnie owe "Rozy" moi towarzysze niedoli odwrzaskują zgodnym rykiem co czterdzieści minut, przy kirgiskich hitach tylko nucąc i dyskretnie ocierając łzę. Będzie zatem do kompletu jakaś cienko śpiewająco pani (rzewnie), zespół Lube (rzewnie lub bojowo – albo wszystko naraz) oraz parę mocno podkręconych bitem hitów naszych czasów. I Biełyje Rozy znów, apiać. Do kompletu, do Kirgizów drących się pod samo niebo i rozklekotanej ciężarówki brak nam chyba tylko już beczącej kozy. Po trzech Rozach mam po prostu dość, w okolicach siódmych zbieram się do pawia, po dwunastych jestem gotów zamordować albo skoczyć z mostu. Wznoszę modły aby ten przeklęty sprzęt się w końcu spalił, pan Bóg jednak jest wyraźnie dziś zajęty bo nie wysłuchuje moich błagań a za chwilę będą Rozy po raz … nie wie który. A może nie jest zajęty? Może ma po prostu ubaw z mojej desperacji ?

 

* * *

"Braciszka" zajechał po mnie z fasonem, piskiem opon i tsunami piachu wznieconym przez rajdowe hamowanie. Brudnosrebrny Mercedes ma swoje lata, wygląda jednak dosyć solidnie - dzięki Bogu nie jest to żaden z tych dziwacznych, chińskich wynalazków motoryzacyjnych (nie wiedzieć czemu nazywanych tutaj samochodami) ani też obite Tico - bodaj najbardziej rozpowszechniony środek transportu w tym zdumiewającym kraju. Jeśli to prawda, że na pięć milionów Kirgizów przypada piętnaście milionów zarejestrowanych samochodów, co najmniej dziesięć milionów z nich to Daewoo Tico. Zwykle powiązanych sznurkiem, poklejonych taśmą, w jakiś niepojęty jednak sposób przemieszczających się o własnych siłach i nie rozlatujących na części pierwsze w czasie jazdy. Tico to bazowa forma taksówki, transportu na wskroś prywatnego, działającego tu o niebo lepiej niż jakikolwiek transport publiczny. Taksówkarzem może zostać każdy - nie są wymagane jakieś szczególne umiejętności czy certyfikaty, nie są też potrzebne większe inwestycje. Taksiarzowi aby zaczął pracę starczą dobre chęci no a Tico ... to po prostu Tico. Nie wymaga oklejania, nie potrzebny mu też kogut z dumnym znaczkiem "taxi". Zwyczajowo dziesięć na dziesięć tych autek, poruszających się po kirgiskich drogach i bezdrożach to taksówka – jeśli nie legalna to na pewno spontaniczna. Nie ma tu postojów czy specjalnie wyznaczonych stref - aby zacząć kurs należy machnąć ręką na ulicy i na dwieście procent chwilę później stanie obok ciebie Tico. Na Puszkina ostatniego dnia w Dżalalabadzie pokusiłem się o próbę : zastygłem na skraju chodnika, gapiąc się na drogę. Nie musiałem nawet machać : w dziesięć minut zatrzymało się przy mnie z piskiem sześć samochodów. Był to jeden Matiz i pięć Tico. Brudne i poobijane, chętne do współpracy i zarobku.

Mój dzisiejszy Mercedes również jest obity z każdej strony, myjni zaś nie widział pewnie od momentu, gdy opuścił Niemcy. Jednak cichy i miarowy, cudny bas silnika sprawia, że z miejsca nabieram do niego sympatii. Z kabiny gramoli się pękaty jegomość w skórze i kaszkiecie, wypisz wymaluj z Czerniakowa : gdyby dać mu bałałajkę mógłby robić za apasza. To jednak tylko pierwsze wrażenie - spod kaszkietu patrzą na mnie uważne, nieco kpiące, cwane skośne oczy.

- Ty chcesz jechać do Biszkeku ?

Kiwam głową. Ja chcę jechać do Biszkeku. Kaszkiet wyciąga rękę i szczerzy się w uśmiechu.

- Jestem ...ee, Abdul. Brat Ałmaza.

- Taki z ciebie Abdul, jak ze mnie Sierioża. - myślę i przedstawiam się. Drażni mnie już nieco ta kirgiska mania skrytości, sekretów i tajemnic na każdym kroku. Może zresztą nie powinna? Ta nieufność, zwłaszcza w odniesieniu do obcych, ma tu głęboko uzasadnione, historyczne podłoże zaś siedemdziesiąt lat potwornej, sowieckiej mentalnej tresury nauczyło tych nieszczęsnych ludzi, że lepiej nie powiedzieć nic lub nawet skłamać niż odsłonić całkowicie brzuch. Są więc ci współcześni potomkowie koczowników skryci i tajemni, będąc przy okazji otwartymi, ciekawskim i chwilami nawet nieco nachalnymi. Nie da się inaczej tego wytłumaczyć, że to pomieszanie azjatyckiej i sowieckiej mentalności, podsycane jeszcze przez krążących po regionie, zakonspirowanych wahabbitów, szykujących ostateczny kres cywilizacji diabła. Zresztą, czy mi to pasuje czy też nie, zupełnie nie mam już wyboru - do wylotu pozostało mi pół doby, zaś "braciszka" ze swym Mercedesem jest w tej chwili moją alfą i omegą. Innej opcji najzwyczajniej w świecie nie ma.

W środku wita mnie kolejny zestaw, a w zasadzie sześć zestawów ciemnych, skośnych oczu, tona gratów, szmat i pudeł i zupełnie swojski, nastojaszczy, słodko - kwaśny smrodek, z którym przez ostatnie trzy tygodnie już się jakoś oswoiłem, jako że obecny jest tu wszędzie. Ten zapaszek można zresztą spotkać wszędzie tam, gdzie swą pieczątkę przybił Związek: od Brześcia i Lidy aż po Władywostok, od Karelii po Ferganę i granicę chińską - kto wyjeżdżał chociaż raz w te strony, zna go doskonale. Nie jest więc Kirgistan pod tym względem wyjątkowy, zwłaszcza że Kirgizi, potomkowie koczowników, nie obdarowują - zdaje się - specjalnym poważaniem przesadnych zabiegów higienicznych. Do pełnego szczęścia starcza im obmycie rąk i twarzy, im częściej, tym lepiej. Co ciekawe nie widziałem tu brudnego Kirgiza. Niestety parokrotnie miałem okazję go czuć.

Zostaję więc upchnięty w drugim rzędzie siedzeń, na potwornie twardej, wypaczonej ławce - spędzę na niej dziś godziny, ćwicząc coś w rodzaju jogi (chociaż bardziej by tu pasowało umartwienie) niemal jak hinduski derwisz na tych przysłowiowych węglach. Z prawej strony za sąsiada mam sennego, kościstego dziadka, z lewej - panoramę gór dotykających nieba. Zanim jednak wyjedziemy z miasta, przejdę ostateczną próbę charakteru (a na pewno cierpliwości) : zaliczymy jeszcze dwa przystanki obok domostw abdulowych kumpli ("Muszę pilnie coś załatwić, to nie zajmie dłużej niż dwie chwile"), trzy przy sklepach (wódka, mięso, jajka, znowu wódka i rajstopy – po cholerę mu rajstopy?) a na końcu bazar, gdzie skupiony jak pantera Abdul wytarguje dobrą cenę na kożuchy – w aucie wylądują cztery. Jeden jest dla wujka, dwa na handel, jeden zaś na zapas - Biszkek przyjmie wszystko. Gdyby furia wybuchała ogniem, nasz Mercedes spłonąłby nie wyjeżdżając z miasta, milczę jednak, gryzę wargi i pokornie odpowiadam po raz chyba setny na te same, znane mi pytania. Kirgizi, zamknięci i skryci, są zarazem potwornie ciekawscy, przesuwając nieraz granice taktu i dobrego smaku w nieznane mi dotąd rewiry. Zatem nie, Polska leży w Polsce, nie na Ukrainie. Mamy, owszem, góry lecz nie takie ładne. Wolno nam jeść baraninę, lecz nie w piątek. A dlaczego? Tak nam mówi Pismo … Nie ma u nas takich dróg i takich pól i takich kóz też nie ma a Kirgistan jest jak z bajki. Tak, podoba mi się bardzo. Szpiegiem też nie jestem, nic mi o tym w każdym razie nie wiadomo. Mam rodzinę, dzieci ale tylko jedną żonę. U nas więcej mieć nie wolno, w każdym razie naraz. Tak, zazwyczaj się do tego stosujemy, choć nie wszyscy...

- Powinieneś mieć trzy żony. - rzuca nagle Abdul, który wrócił już z bazaru i nadstawia ucho. - Ja mam trzy, poza tym siedem krów, sześć kóz i sześć kawałków pola, dwa na każdą żonę. Markotnieje nagle. - Ale tylko jedno, wysłużone auto, o to, tutaj... A ty ile masz samochodów?

Zanim zdołam odpowiedzieć, Abdul przypomina sobie, że mieliśmy jechać do Biszkeku. Jakby w niego diabeł wstąpił – krzyczy i pogania stadko pasażerów. W mgnieniu oka wskakujemy i po chwili mija nas paskudna i monumentalna, wymazana majtkowymi kolorami symboliczna brama do wnętrzności miasta. Dżalalabad żegna makabryłą; takie to rogatki. Tu "Biełyje Rozy" przytrafiają mi się po raz pierwszy.

Kościsty dziadek z prawej przygląda mi się spod oka. Nie uwierzył chyba, że nie jestem szpiegiem. Zresztą, nikt mi w to nie wierzył. Uzbrojony w sprzęt , legitymację dziennikarską i ten wielki plecak jestem w końcu idealnym wzorcem szpiega. Ten imperialistyczny, wciąż knujący i wredzący, nadal gdzieś tu jest obecny - jeśli nie w rzeczywistości to na pewno w wielu głowach. Miałem już okazję o tym się przekonać - tak w prywatnych pogaduszkach, jak i w pogadance oficjalnej, na którą zostałem "zaproszony" (tzn zdjęty wprost z ulicy przez dwóch smutnych jegomościów, którzy znali moje imię) do siedziby lokalnego KGB. O tym kiedy indziej, w każdym razie dziadek siedzi, łypie i mamrocze coś pod nosem. Postanawiam udobruchać go cokolwiek, jednak wszelkie próby rozpoczęcia konwersacji kończą się porażką. Daję sobie w końcu spokój i odwracam się do okna. Nieco później, na postoju, dziadek będzie szeptał coś do telefonu - może gada z babką, może z wnukiem, może sam do siebie. Nie próbuję podsłuchiwać jednak jedno zdanie, nieco teatralnym szeptem skierowane chyba do mnie, wyłapuję.

- Toczno szpion.

 

 

* * *

Droga do Biszkeku to dziesiątki, setki kilometrów niekończących się zakrętów, zjazdów i podjazdów, prowadzących znękanego podróżnika poprzez jeden z najdziwniejszych ale także najpiękniejszych zakamarków globu. Choć po starej, posowieckiej asfaltówce, pełnej dziur, wybojów i wertepów ślad już dawno zginął, nadal nie należy do najwygodniejszych. Wszelkie jednak niewygody nagradzają krajobrazy, jakich nie napotkasz nigdzie indziej w świecie. Czy to księżycowe i szkarłatne, pełne metalicznych złóż pagóry przy granicy, czy niewiarygodny turkus podłużnego jeziora toktogulskiego, wbijającego się w pasmo skalistej bieli czy widziane z wysokości paru kilometrów ośnieżone szczyty - wszystko to zachwyca, wbija w ziemię i zostaje w oczach. Szlak, upodobany z dawna przez dystrybutorów różnej maści kontrabandy, wiedzie z jednej strony z Badachszanu (a właściwie wprost z Afganistanu bo Badachszan to jedynie jego etap) przez pradawne Osz i wzdłuż granicy oraz wejścia do Kotliny Fergańskiej. Właśnie stąd w daleką drogę na północ, dalej zaś na zachód, rusza wszelkie opiumowe i konopne dobro, zabójcza sól tej ziemi, z każdym kilometrem nabierając mocy i wartości. Tak jest od dziesiątków lat i choć za Breżniewa oficjalnie zbioru zakazano a plantacje poniszczono, nie jest tajemnicą, że zalewający Moskwę, Twer czy Kazań towar ma korzenie właśnie tutaj - u podnóża tych niebiańsko wyciszonych gór. Są tu miejsca gdzie plantacje maku i agaszy, jak nazywa się marihuanę, ciągną się aż po horyzont. Gdy przychodzi pora zbiorów, do roboty idą całe wioski, młodzi, starzy, zdrowi i niezdrowi. Bo agasza to jedyny sposób aby przeżyć, nikt nie zbiera już bawełny - wszystko dawno trafił jasny szlag. Gdzieś głęboko na prowincji, gdy temperatura sięga pięćdziesięciu stopni a wilgotność nie pozwala nawet na spokojny oddech, co dopiero zaś na pracę, rozpoczyna się niezwykłe widowisko. W gęste chaszcze wchodzi legion młodych kobiet, nagich jak sam Bóg je stworzył, natłuszczonych od paznokci po kokardę jakimś tajemniczym środkiem, który nie pozwala wyschnąć skórze. Środek ów a także zdrowy, młody pot wytwarza na powierzchni ciała coś na kształt wielkiego lepu, do którego błyskawicznie przyklejają się drobinki zakazanych roślin - panie te następnie są na wiór suszone i oskrobywane, zaś to co z nich spadnie miażdży się i bez żadnego wzbogacania i obróbki śle w kierunku Moskwy, gdzie nabiera już walorów handlowych. Tak przynajmniej twierdzi Abdul, który - jak na moje oko - dobrze wie, co mówi. Słowo daję, chciałbym kiedyś móc zobaczyć takie "sianokosy"...

Szlak na północ to nie tylko jednak narkotyki. Tutaj rozpoczyna swoją drogę ku lepszemu światu spora część uchodźców z ogarniętych wojną lub prawami wojennymi Badachszanu i Afganistanu. Właśnie te zakręty i te serpentyny pokonują też niejednokrotnie nienawistne ideały fanatyków w drodze do uśpionej Europy - właśnie tutaj, gdzieś po drodze, gdzieś w obliczu gór, na świat przychodzi dżihad. Tędy suną ciężarówki wypełnione nielegalnie wydobytym złotem i te mniejsze, wypełnione ludźmi. W jednym miejscu spotykają się ze sobą całe wielkie piękno świata oraz jego najczarniejsze okrucieństwo. A wszystkiego strzegą trzy przełęcze - Too Aszu, Ucz-Terek i najstraszliwsza - Otomok. Położona prawie pięć tysięcy metrów nad poziomem morza kusi niemal monochromatycznym, abstrakcyjnym krajobrazem. Gdy wychodzi słońce, wszystko jest różowo-czarne, żółto-czarne lub czerwono-czarne. Kiedy słońca nie ma, wszystko jest po prostu czarno-białe. Nie jest to złudzenie : tu naprawdę brak kolorów . Nawet biel ma odcień nieba a powietrze jest tak rzadkie, że zatyka.

Na Otomok docieramy tuż przed zmierzchem. W samą porę bo zaczyna coraz mocniej wiać i prószyć śniegiem a w tym miejscu to już nie przelewki - to nierzadko walka o przetrwanie. Widoczności nie ma wcale a Mercedes ślizga się po zamarzniętym śniegu. Milkną Rozy, milkną też Kirgizi. Wcześniej napisałem, że brakuje tylko kozy - otóż jest i koza. Zabraliśmy ją pod Too Aszu od przyjaciela (Abdul chyba wszędzie ma przyjaciół, zdaje się, że w piekle także), obiecując dowieźć bydlę do przełęczy - w zamian za to ugoszczono nas w seraju gdzieś w głębokim cieniu wielkiej góry. W ciemnej budzie, na skleconych byle jak żelaznych łóżkach spali przypadkowi ludzie - pogoniono ich i z łóżek ustawiono ławy. Zasiedliśmy do posiłku, gdy zaś skończyliśmy (były to baranie żebra z jednej michy po raz sto dwudziesty piąty, trzeba przyznać jednak że przepyszne) poproszono nas o podwiezienie kozy. Zabraliśmy zatem kozę, która początkowo obrażona, z czasem rozruszała się, zaczęła nawet beczeć w takt muzyki. Jednak wobec posępnego Absolutu wokół, koza też zamilkła. Wjechaliśmy na dach świata a przynajmniej całkiem blisko.

* * *

Koza pozostała na przełęczy, rzeczywiście ktoś się po nią zgłosił. My walimy zaś szaleńczo w dół, skokami nadrabiając bazar, kumpli, i rajstopy, i kożuchy a na koniec te żeberka na żelaznych łóżkach. Abdul, tak jak większość swoich pobratymców, nogę ma z betonu. I tak samo absolutny brak szacunku dla przepisów ruchu drogowego, o rozsądku już nie wspominając. Sto czterdzieści, sto pięćdziesiąt, wyprzedzanie na zakrętach, na podwójnej ciągłej, z górki i pod górkę, śmierć frajerom i zdezelowanym tico. Z czasem już zrobiło się naprawdę słabo zatem rozszalały dżygit na germańskim mechanicznym koniu dokazuje tak, jak każe mu natura i atawizm. Latam więc na prawo i na lewo, obijając się o okno albo kościstego dziadka i próbując złapać chociaż trochę równowagi. Mój towarzysz z prawej nic nie robi sobie z tych podskoków i podrygów, zasnął bowiem z otwartymi ustami, roztaczając wokół woń nadpsutych zębów. Jeśli doda się do tego ogrzewanie (rozkręcone do granicy możliwości) i zamknięte szczelnie okna, zakończenie tej podróży jest piorunujące. Okna jednak mają być zamknięte - Abdul boi się, że zamarzniemy. Wszyscy moi towarzysze siedzą zresztą w kurtkach i kożuchach, za nic mając zaduch i nieznośny ukrop. Rozebrany do koszulki z roześmianym, rysunkowym Elmo, czuję się wśród nich jak przybysz z drugiej strony lustra. Tak też na mnie spoglądają.

Abdul z piskiem zatrzymuje auto na parkingu przed lotniskiem: tak nadepnął, że wstaliśmy z siedzeń. Trzeba przyznać, że dotrzymał słowa chociaż miałem go ochotę parę razy obić kijem. Nagle staje się wylewny i rozmowny, za nic w świecie nie chce mnie wypuścić. Jeden miś na pożegnanie nie wystarcza, odstawiamy więc drugiego. I trzeciego. Do odprawy jeszcze trochę czasu więc nie muszę biec do terminalu. Drań przygląda mi się chytrze i po chwili pyta jakimś takim dziwnie cienkim głosem :

- Podobało ci się?

Myślę, co powiedzieć. Podobało mi się, oczywiście, chociaż moje nerwy wystawiane były na poważną próbę. Tego jednak mu nie powiem.

- Podobało mi się ... Abdul. Dzięki.

- No to może ...

Teraz ja się śmieję. Ależ oni są czytelni, jak przewidywalni. Zastanawiam się czy to natura kirgiskiego koczownika czy po prostu taksówkarza. Jedno wymieszane z drugim dało w każdym razie efekt wręcz piorunujący. Musiałbym być chyba z drewna, żeby nie domyślić się, co biedak ma na myśli.

- Zostaw sobie brachu ałmazowe dwieście somów. – mówię uroczyście. Rzeczywiście, zapomniałem już i o Ałmazie i o forsie i o całym zamieszaniu. Abdul promienieje - chyba nawet mu nie chodzi o tych parę groszy a o fakt, że znowu jest interes. Jest do przodu, choćby nawet o dziadowskie trzy dolary. Dodatkowe te dolary a więc liczą się podwójnie. Podłapuję temat - nauczyłem się już wcześniej, że w krainie rynków i bazarów, pośród spadkobierców kupców z Jedwabnego Szlaku ma szacunek tylko ten, kto na ostatek urwie coś dla siebie.

- Zostaw sobie te pieniądze. - mówię. - Ale pomóż mi z bagażem. To nie zajmie dużo czasu.

Zgadza się z uśmiechem. Gramy do tej samej bramki. Ja zaś postanawiam sprawdzić gdzie znajduje się granica negocjacji.

- Muszę do łazienki. - mówię. - Jakbyś miał w kieszeni trochę drobnych, kup mi proszę piwo w barze. Ja już nie mam forsy, jestem pusty jak bębenek.

 

Teraz już nie szczerzy się pod nosem a wybucha zdrowym i rubasznym śmiechem, który niesie się po niemal pustym stanowisku odpraw.

- Kupię, bracie, kupię … Pod warunkiem, że zrobimy je na pół.

Teraz wiem na pewno, że uwielbiam tego gościa. Piwo wypijamy duszkiem. Potem czwarty, pożegnalny niedźwiedź i ruszamy każdy w swoją stronę. Gdy godzinę później patrzę z góry na oddalający się, maleńki Biszkek, Abdul pewnie dawno smacznie chrapie. Nikną światła, nikną domy, niknie wszystko w czarnej toni.

Nad Tien-Szanem noc. Niebiański spokój.

( … )

 

KRZYSZTOF HOFFMANN

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
rockhard · dnia 04.12.2018 08:30 · Czytań: 327 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
Kazjuno dnia 04.12.2018 17:19
Jędrny, efekciarski język, no i samo przez się, nie powiem, czytało się wartko. No i dowiedziałem się co nieco o niedomytych śmierdzielach z Kirgistanu i o specyficznym smrodzie, na wschód od Bugu. (Ale wyskoczyłem z ksenofobicznym fajerwerkiem !). Ale faktycznie, przypomniała mi się śliczna studentka z Moskwy, którą zaprosiłem do tańca, na dyskotece w Rivierze (to wieżowiec, akademik warszawskiej polibudy). Wydzielała specyficzny zapach, który ekspresowo zdewaluował jej zewnętrzną krasę.
W każdym bądź razie Autorze, Dziennikarzu, Reporterze, mimo duszących tchawicę wspaniałych krajobrazów, nie zachęciłeś mnie do wycieczki w tamte strony, bo mam czułe powonienie i mógłbym się zacząć dusić.
Ale szacun za barwny opis, przynajmniej zabrałeś mnie na edukacyjną wycieczkę, w strony których nie chciałbym zwiedzać.
Pozdrawiam Cię sprawny REPORTERZE, Kj
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
12/12/2018 00:40
Niczyjko, jesteś wielka, Dziękuje pięknie. Niemniej -… »
Niczyja
11/12/2018 22:59
Zolu, Już sobie poradziłam. Właśnie w tej chwili tekst… »
MarcinD
11/12/2018 21:35
Spoko. Jestem tutaj "trochę" dłużej od Ciebie… »
AntoniGrycuk
11/12/2018 21:04
Skoro przeczytałem, to trzeba zostawić komentarz. No to… »
BlueRiver
11/12/2018 18:45
Nie wiem co mam napisać... Zatkało mnie. Dziękuję :) »
jackass1408
11/12/2018 17:47
Darcon: Metaforyzm narracji nie był zamierzony. Chciałem po… »
mike17
11/12/2018 15:37
Artur, rozpoznałbym Twój styl na końcu świata :) Bo? Bo… »
mike17
11/12/2018 15:21
BlueRiver, zaskoczyłaś mnie na plus i to wielki :) Ten… »
mike17
11/12/2018 14:39
Slavku, piszesz rzadko, ale zawsze bardzo dobrze. Jak dziś,… »
mike17
11/12/2018 13:51
Choć można było dać mocniejszą, bardziej wyrazistą pointą, i… »
Hubert Z
11/12/2018 12:25
Arkady, poruszający, niesamowity wiersz. Trafia we… »
pociengiel
11/12/2018 09:17
Dzięki. Z tą zagwozdką to jak z pierwszymi podrywami.… »
allaska
11/12/2018 08:15
Nie będę pokutował jakbyś była... - tu mam zagwozdkę dziwnie… »
MP642
10/12/2018 19:39
Jak to bez przesady, skoro cały "Uwięziony" jest… »
AntoniGrycuk
10/12/2018 19:29
Tak. Ta część brzmi jak początek książki. I teraz powinny… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 12/12/2018 00:46
  • Jolu S. Niczyjko, sprawdzacie się na medal. Dzięki i oczekiwania na twórczość do nowej edycji Wirtajek.
  • Esy Floresy
  • 11/12/2018 23:33
  • Wirtajkowicze dzisiaj szaleją, widzę. Cieszy to, nawet bardzo :)
  • JOLA S.
  • 11/12/2018 23:11
  • Zolu, jest ok. Dobranoc:)
  • Zola111
  • 09/12/2018 23:46
  • A możecie zagłosować na wiersze Zaśrodkownia#29!
  • BlueRiver
  • 09/12/2018 15:33
  • Esy Floresy - jestem ZA ;)
  • Esy Floresy
  • 09/12/2018 15:21
  • Jest niedziela, relaks, Ludziki ;)
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas