JEZUS W MROKU PANSPERMII - Zadysta
Proza » Fantastyka / Science Fiction » JEZUS W MROKU PANSPERMII
A A A
Od autora: Ewolucja wszechrzeczy - materii i duszy.
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

Panspermia była wielka.
Bardzo wielka.
I rosła.
Rosła.
Rosła.
Nie pamiętała czasu swego poczęcia, bo nie mogła pamiętać. Nie miała wtedy jeszcze mózgu. Ale odkąd sięgała pamięcią jej rozmiar był nieogarniony. Nie mogła nawet siebie zobaczyć, bo nie było niczego tak wielkiego w czym mogłaby zobaczyć swe odbicie.
Widziała siebie czasami, gdy spoglądała oczyma swojej wyobraźni. Oczy zaś miała duże i krocia ich były. Porozrzucane po całym ciele, czerniały jak kratery na bombardowanym tysiącznie księżycu. Swymi ślepiami widziała przelatujące komety, błyskające słońca, jaśniejące supernowe i gasnące gwiazdy. Trwała w swoim bycie nienaruszona już od milionów lat. Rosła karmiona energią pobliskich słońc. Jej masa była tak wielka, że wisiała ociężała w przestrzeni niczym wielka, żywa planeta.
Nie miała kończyn, włosów i trzewi. Była po prostu myślącą kulą. Zlepkiem materii. Materii składającej się z żywych nerwów, neuronów, synapsów i innego tałatajstwa wyklutego z DNA. Czasami ten spokój trwania przerywał kosmiczny pył, opadający na jej powierzchnię. Ale i on z czasem stawał się jej budulcem.
Mijały wieki. Panspermia rosła i wędrowała od galaktyki do galaktyki. Przelatywała przez wiry kosmiczne i burze magnetyczne. Widziała wybuchy supernowych i umieranie gwiazd. Widziała to czego zwykłe białko zobaczyć nie mogło, bo z racji czasu trwania rozpadało się na proste łańcuchy DNA, atomy i kwarki.
Ale ona była inna. Trwała i rosła. Jej zbiór myśli i pamięć powiększały się razem z nią. Wędrowały przez czas i przestrzeń, rejestrując wszystko co widziała i czuła.
Nie była jednak zupełnie samotna. Galaktyki jej odległego sąsiada czasami dawały znać o swoim istnieniu. Rozciągały i wysuwały do siebie ramiona ocierając się wzajemnie, wyrywając sobie fragmenty materii, która niczym impuls nerwowy wędrowała od jednego ramienia do drugiego. Erupcje światła popychały jedną część gwiazdy ku drugiej, niczym impuls zawiadamiający odległego sąsiada o swoim istnieniu.
Jedne skupiska tworzyły gęste chmury, inne - wstęgi jak Droga Mleczna, a jeszcze inne - rozdymały bezkresną przestrzeń, tworząc sobą gąbczastą masę w skali makrokosmosu. Czasami można było dostrzec, jak Mleczną Drogą targa skurcz. Wędrował on z jednego jej końca, do drugiego, niczym pełzająca dżdżownica, której każdy ruch trwał miliony lat.
Drogi zbudowane z gwiezdnej materii, tworzyły nici komunikacyjne pomiędzy odległymi gromadami galaktyk, a gromady galaktyk tworzyły Mega galaktyki o różnych kształtach. Przybierały one formy grudek, wiązadeł, co drżały niczym galareta, lub spływały jak gęsta ciecz.
Panspermia wędrując od grudki do grudki, wpadając w strumień płynących galaktyk doznawała uczucia życia. Życia materii, która ją otaczała.
Wspomnienia miejsc w których była, nie zacierały się. Łączyły się w jedną całość, wzajemnie uzupełnianą. Tworzyła własny obraz, który postrzegała w mikroskali. Im bardziej zmniejszała skalę wyobraźni o swojej podróży, im bardziej szeroko ogarniała perspektywę, tym bardziej przerażała ją ta wiedza.
Powoli w jej świadomości zaczął rysować się obraz przebytego wszechświata. Pojawiały się komórki, tkanki narządy. Rysował się w wyobraźni obraz mega-istoty. Istoty, którą skądś znała.
Ciało, jako żywe w skali makro kosmosu, miało wszystko co potrzebne, by tworzyć ten działający organizm. Mogło się poruszać i przemieszczać. Myśleć i postrzegać. Czuć i komunikować z innymi mu podobnymi. Zaś trzewia jego, jako te atomy w komórce zwierzęcia, zbudowane były z ciał niebieskich. Planety, słońca i pył miały jednak swoich wrogów.
Choroby czasami dręczyły je bezlitośnie. Czarne dziury, jak rak potrafiły niszczyć poszczególne komórki, nawet całe tkanki, zżerając przez wsysanie fragmentów ciała na wieczne unicestwienie. Potem we fragmencie wszechświata powstawała szrama obserwowana z wewnętrznych komórek jako zagadkowe obszary, gdzie wszystko znika bezpowrotnie. Inne nowotwory zamieniały się w zwyrodniałe karły nie dające energii lub gruzowate zimnokrwiste lodowce albo porażająco-palące okolicę olbrzymy.
Panspermią targnął paroksyzm. Cała zadrżała. Jakiś zabłąkana planeta, trafiła ją w najczulsze miejsce, wyrywając z niej kawałki trzewi. Kropelki jej ciała rozprysły się na wszystkie strony, tworząc wokół niej mglisty obłok. Powiew energii powoli rozdmuchiwał drżące kropelki powłoki, ukazując przykry widok postrzępionej galarety.
* 2 *
Minął czas. Blizna pociemniała i przykryła oblicze tragedii. Lecz żółtawe cielsko nie było już jednolitą masą. Ustały drgania i pulsacje. W jej wnętrzu przestały istnieć i tętnić barwami, groty i kanały, które niegdyś tworzyły naczynia jej organizmu. Przestały też błyskać impulsy przebiegające onegdaj niebieskawym życiem.
Jednak unoszące się w pobliżu, co większe krople mgły, z powrotem łączyły się ze sobą. Nie zdradzając śladu swego pierwotnego pochodzenia, były jak jej narodzone z nicości dzieci. Z tej jednej wielkiej istoty tworzyły się nowe ciała. Jedynie, uciekające za przyczynkiem ruchu gazów, kropelki ciała panspermii, stanowiły wspomnienie dopiero co zaszłej katastrofy.
Jedna z kropelek zawirowała jak dziecięcy bąk i unoszona nagłym podmuchem, poszybowała błyskawicznie w górę.
Obok druga.
I tak w nagłym szalonym tańcu wirowały wkoło siebie przeciwstawiając się nikłej grawitacji. Wędrowały do góry. Wir wsysał je coraz wyżej i wyżej, aż zrobiło się ciemno i zimno jak bezwzględne zero. Tak zimno, że obie kropelki skleiły się ze sobą i zamarzły.
Jednakże oko uzbrojone w precyzyjny powiększalnik mogłoby dojrzeć drgania wewnątrz mikroskopijnej masy. Żółta plazma otoczona zamarzniętą skorupą kokonu, kryła delikatną strukturę DNA i RNA.
Molekuły drgały,
skręcały się jak ze złości,
łamały,
sklejały,
powielały,
dublowały,
mutowały,
rozrywały,
rozciągały,
zamieniały,
mnożyły
i przede wszystkim mnożyły.
I mnożyły.
Aż stały się współgrającą jednością. Na koniec oblekły się skorupą, która zaczęła twardnieć jak kamień. Przeobrażenie dało postać przetrwalnika. Nabrał on barw odcieni szarości. Stał się ciemny i zmarznięty niczym kosmos, który go otaczał. Tak wędrował niczym nasienie w łupinie niesione wiatrem. Słonecznym międzygalaktycznym wiatrem.
Nuklearne cząstki napędzały go prędkością światła. On wędrował niczym żaglowiec przestworzy niosący nasienie. Różne słońca miotały wiatry z wielu kierunków. Toż drobina kluczyła, tułając się od galaktyki do galaktyki.
Miliony lat mijały. Wiatr wiał, jak światło, które go napędzało. Kwanty czasami trafiały w drobinę, popychając ją coraz szybciej i szybciej....
 

* 3 *
Był dzień. Ładny słoneczny dzień. Ozef nie interesował się nią tego dnia. Aria przyszła znowu w to miejsce. Ostentacyjnym tanecznym krokiem przeszła przez polanę, falując jednocześnie biodrami i piersiami pod przewiewną tkaniną.
Usiadła na pniaku leżącym nieopodal polany, wielkiej jak Koloseum. Pniak po spróchniałym i pochylonym drzewie, tworzył zgrabną i wygodną niszę, która zapraszała w swe intymnie odizolowane miejsce. Słońce skapywało blaskiem na jej nagie ramiona.
Zsunęła sznurowe ramiączko zgrzebnej sukni z ramienia. Taśma powoli opadła na dół. Sięgnęła do szyi z drugiej strony i powolnym ruchem sunęła dłonią w kierunku piersi. Drugie ramiączko, ozdobione spinką łączącą tył i przód tkaniny, opadło.
Promienie słońca coraz mocniej lizały jej dekolt. Przymknęła oczy, oddając się słodkiemu błogostanowi. Czuła jak mikroskopijne igiełki energii rozgrzewają coraz bardziej jej ciało. Trwało to nieskończoną chwilę, która...
Nagle jej dekoltem wstrząsnął dreszcz. Poczuła zimne ukłucie między piersiami. Nie miała odwagi otworzyć oczu, czując jak zimny dreszcz przesuwa się coraz niżej. Osiągnął splot i podążał coraz niżej ku pępkowi. Tu zatrzymał się na chwilę, wypełniając dziwnym uczuciem niepokoju ten mały krater. Gdy czara się przelała, ten dziwny dreszcz jął podążać coraz niżej.
Wstrzymała oddech z niepokojem, ale nie otworzyła oczu. Nie wiedziała skąd znała to uczucie, które z zimnego dreszczu zmieniło się w gorący spazm ciekawości. Poczuła dziwne łaskotanie, które jak mrówka pełzało coraz niżej. Dotarło do łona i zatrzymało się.
Czekała. Nie otworzyła oczu. Zaniepokojona brakiem zmian zdecydowała się rozchylić jedną powiekę. Kątem oka dostrzegła żółtą plamkę na swoim nagim dekolcie...
Z plamki wybiegała ścieżka z równiutkimi krawędziami. Linia ginęła pod warstwą materiału. Delikatnie, paznokciem, podważyła krawędź dekoltu nieśmiało zaglądając pod sukienkę. Ścieżka robiła się coraz bardziej rudawa i ciągnęła między wzgórzami piersi, sterczących w górę, białych jak dwie bułeczki.
W pępku zebrała się większa ilość żółtawego płynu, który rozlany ginął pomiędzy włosami łona.
Nagle poczuła silne ukłucie w podbrzusze. I… Straciła przytomność.

* 4 *
Stali lekko przygięci otrzepując się z resztek galaretowatego kokonu. W ostatniej fazie lotu wstrząsały nimi nieprzyjemne turbulencje. Ruchy powietrza targały kokonem, aż do mdłości. Ostatni moment kontaktu z podłożem był najbardziej nieprzyjemny, lecz mimo wszystko stosunkowo łagodny.
X rozejrzał się po okolicy. Wokół rozciągał się las czarnych słupów. Powiedział do Y:
- Czujesz ?
- Co ? - Odpowiedział jak wyrwany z głębokiego snu.
- Ciepło !
- No... Jest ciepło.
- Ale ciepło jest od gruntu a nie od powietrza.
X przykucnął i dotknął podłoża.
- Miękkie i grząskie.
- Wygląda jak by ktoś ponabijał je elastycznymi słupami.
- Faktycznie ciepłe.
- Ciekawe czy w głębi też jest takie miękkie? Czy to tylko poszycie?
- Może wbijemy sondę ?
- Proponuje sejsmiczną. Wstrzelimy ją w grunt i odpalimy. Schowamy się w tym gąszczu. Myślę, że jest wystarczająco wytrzymały by nas uchronić od eksplozji.
- OK. Rozkładamy sprzęt.
Zaczęli wyjmować z osobistych zasobników różne gadżety. Po chwili utworzyła się z tego mała kupka drobiazgów. Były tam jakieś błyszczące pudełka, czarne pudełka, druty, śrubki, proszki i inne klamoty. Przyklękli obaj i zaczęli dłubać pomiędzy rupieciami.
- Skończyłem - rzucił X.
- Ja też. To wycofujemy się ?
- Ustaw zegar i chodu. Ja już idę.
- No to... Chodu !
Obaj drobnym truchtem zaczęli oddalać się od zamontowanego naprędce stojaka.
Po chwili...
Trzask i huk a grunt opadł niżej, pociągając ich za sobą dzięki nieodłącznej grawitacji. Y spojrzał na wskaźnik, potem na wykres sejsmometru i rzekł:
- Głębiej jest pusto. Pod galaretowatym gruntem jest jakaś jaskinia. I to całkiem spora, o podłużnym kształcie.
- Może jest jakieś wejście ?
- Ta jaskinia ma walcowaty kształt i zwęża się w obu kierunkach. Spójrz na monitor - tam się ciągnie i zakręca ku górze. Wskazał w głębię .
- Zauważ jeszcze coś interesującego: wygląda na to, ze coś w niej płynie.
- Skoro nie jest tym wypełniona to znaczy, ze powinna mieć ujście w gąszczu.
- Myślę, że znajdziemy gdzieś wejście.
- Nie spróbujesz, nie zobaczysz.
- Idziemy?
- Ja pierwszy. Ty mnie ubezpieczaj i trzymaj za kołnierz. - Zażartował i ruszył.
Gąszcz sterczących słupów stał się większy i bardziej skręcony. Istne precelki. Jak by coś, czy ktoś, pozawijał je na lokówce. Przemieszczali się w milczeniu. Czuć było tylko lekkie drżenie uginającego się gruntu. Ciekawość i nieodparta chęć nowych doznań pchała ich do przodu. Płaszczyzna gruntu zmieniała zakrzywienie. Robiło się coraz bardziej wilgotno i parno. Dżungla nabierała smaku i zapachu. Klimat się stawał duszący. Podłoże zmieniło barwę i konsystencję. Stało się brudno-szare, grząskie i nierówne. Było niczym krwisty befsztyk poszarpany przez pijanego rzeźnika. Bruzdy i meandry stały się coraz trudniejsze do przejścia, ale też skomplikowane i interesujące swym kształtem. Niczym szalone fraktale narkotycznie wprawiały w trans powtarzaniem wzoru.
Musieli przystanąć z wrażenia.
- Czujesz grunt ? Rzucił X
- Grząski - odpowiedział Y i zaczął udeptywać sprężynujące precelki. Słychać było kląskanie i bulgotanie podłoża. Kończyny, raz po raz, zagłębiały się wydając mlaszczące dźwięki.
- Cholera, zauważył X, który zaczął naśladować ruchy swego klona Y.
- Wessało mi nogę do środka ! Trzymaj mnie bo się zapadam !
Y złapał X za głowę. Ale ten zapadał się coraz głębiej. Wysysany złapał się kurczowo sterczącego opodal słupa i tak trwał.
- Czuję jak moje nogi oblepia jakaś maź. Wciąga mnie jak w ruchome piaski pustynnej gleby.
- Trzymasz się ?
- Daj sprzęt. Poddam się i opuszczę ciut niżej.
Założył sprzęt podtrzymujący życie. Powoli jął się zsuwać w dół.
- Gdy dam ci znać, to mnie wyciągniesz. A jak znajdę coś ciekawego - spadasz za mną.
Mijały chwile. X zapadał się coraz głębiej, głębiej i głębiej. Moment później czerwony grunt zamknął się nad nim.
Z pomiędzy bruzd wystawała już tylko linka asekuracyjna, która nadal rozwijała się powoli. Odezwał się komunikator:
- Ciemność widzę, widzę ciemność! Przestrzeń. Echo jest. To jaskinia. Mokro i wilgotno.
- Da się funkcjonować?
- OK. Spuszczam się. Spuszczam na dno. Odbiór !
- Słyszę, odbieram. Mam schodzić ?
- Jestem gotowy !
- Idę za tobą. Mów gdzie jesteś . Idę do ciebie !
- Jestem. Stoję na dnie. Duże pomieszczenie. Echo, ciemno. Jaskinia rozdziela się. Widzę stalaktyty.
- Idę do ciebie ! - OK. Tam czekam.
Ciemne, wilgotne chwile ciągnęły się jak smród po gaciach. Grunt rozświetlany raz po raz fluorescencyjnym światłem, ukazywał swoją zróżnicowaną strukturę. Z frędzlowatego podłoża, stał się gładki i śliski jak lodowisko. W sklepieniu, pojawiał się obły stalaktyt, ozdobiony na swoim wierzchołku kraterem.
- Wchodzimy ? - Zapytał Y.
- Wskakuj bo się ściemnia.
- Faktycznie. - Y dodał z uśmiechem.
Rudoczerwona jaskinia zmieniła barwę na bardziej siną. Pełzli wąskim korytarzem. Coraz węższym, aż w pewnym momencie korytarz się skończył.
- Co robimy ?
- Jak to co ? Ja w lewo, a ty w prawo. I podawaj przez komunikator co widzisz. Pełzamy dalej!
Y przesuwał się powoli, doświadczając dziwnych uczuć. Rozpływał się w swoich rozdwojonych myślach. Korytarz zaczął się rozszerzać, ukazując leżącą na jego zakończeniu jaśniejszą, obłą figurę. Y zbliżył się zaciekawiony. Rzucił do komunikatora:
- Co tam ?
- Koniec. Mam przed sobą... Coś dziwnego i obłego.
Y przerwał mu wywód:
- ...Kluchę ? I dalej się nie da ?
- Skąd wiesz ?
- Ja też to znalazłem.
X wyjął sprzęt z pojemnika. Zbliżył się do ścianki o glutowatej konsystencji. Dotknął ją i poczuł, że przylgnął. Spróbował się odepchnąć od niej drugą kończyną, ale ta ugrzęzła również obok. Poczuł jak jakaś siła wpycha go do glutowatej mazi. Nie mógł się już oderwać. Jak mucha złapana w lep, zaczął miotać ciałem, przyklejając je jeszcze bardziej. W pewnym momencie usłyszał w komunikatorze:
- Ratunku X! Plazma! Zamyka mnie! Wciąga. Nie mogę się oderwać! Gdzie jesteś? Słyszysz mnie? Odezwij się !
Ale Y powoli pochłaniany przez plazmę, nie mogąc się ruszyć, nawet nie odpowiedział. Poczuł jak tylko rozpuszczają się jego członki. Robiło się szarzej. I szarzej, aż nastała ciemność.

* 5 *
Minęło kilkanaście tygodni. Aria jako młoda kobieta przyzwyczajona już do tego rytmu krwawienia, chodziła nerwowo po komnacie. Nie miała się komu wyżalić. Ozef się nią nie interesował.
- Matka pewnie by mnie wyklęła. Ale lekarz dałby zioła. – Pomyślała. - Może i nie? Zapewne jednak ta wiadomość rozniosła się by się. Nic z tego dobrego by nie wyszło.
Postanowiła poczekać jeszcze z wizytą do znachorki zanim wszystko wyzna Ozefowi.
Mijały miesiące. Czyżby to za sprawą Boga jej brzuch stawał się taki napięty?
Zaczęła odczuwać mdłości i nudności. Krwi nie było jak zwykle co miesiąc. Wiedziała, że kobiety, które tracą krwawienie wkrótce rodzą dzieci. Ale ona ? Nigdy nie była z żadnym mężczyzną.
Była z Ozefem. Ale nie tak.
 
 
 
* 6 *
Urodziły się bliźniaki.
Pierwszy był jasnej karnacji. Miał słodkie, niewinne spojrzenie niemowlaka.
Drugi - szary i pomarszczony. I miał włosy. Dużo włosów. Ciemne, krótkie i na całym ciele. Za wyjątkiem twarzy. Twarz też była inna... Nie była taka, jak zwykła, ludzka twarz.
Jednemu dała na imię Lizus, drugiemu zaś Szatyn.

* 7 *
Mijały lata. Lizus i Szatyn rośli jak na drożdżach. Ale różnili się od siebie coraz bardziej wyglądem i charakterem.
Lizus - szlachetny i prawy. Lubił przebywać między ludźmi. Chyba nawet kochał ludzi.
Szatyn - pluł na przechodniów, miał twarz starca, posturę małpy. Również szympansie owłosienie i długie chude nogi z przerośniętymi paznokciami jak racice, odróżniały go od innych. Często uciekał na drzewa, a stamtąd rzucał w przechodniów czym popadło. Czy był to zabrany kamień, czy ułamana gałąź, zerwany właśnie owoc - lądowały na głowach.
Synowie rozwijali się w dysharmonii.
Jeden z nich przyciągał dobro i dobrych ludzi. Był łagodny i nadstawiał zawsze drugi policzek. Nigdy nie potrafił odwzajemnić się złem bliźniemu, mimo zaznanej od niego krzywdy. Stworzył prawa i dał wzór ideału. Jego postępowanie stało się religią mas.
Drugi lgnął do wszystkich i do wszystkiego co najgorsze i podłe. Działo się to z nieokiełznaną wzajemnością. Otaczał się przestępcami i szubrawcami. Stał się synonimem zła.
Świat wokół nich podzielił się. Oni stworzyli swych zwolenników i oni stali się ich prorokami.
Pewnego dnia słuch o braciach zaginął. O Lizusie pozostały jedynie legendy, jakoby o wiecznie żywej postaci. Szatyn został synonimem zła. Podział ludzi na wiernych i zagorzałych popleczników obu braci, stworzył podwaliny powstania wielu praw. Zawarto je w księgach o wzorcach oraz przykładach bajkowych cudów swych bohaterów. Wyznawcy ich filozofii nadal składali im hołdy swymi czynami. To, co onegdaj stało się za życia bliźniaków, trwało nadal po ich śmierci, po wsze czasy.
* 8 *
Nawet w odnalezionych manuskryptach z XXI wieku, w pewnym słowiańskim kraju, odnajdujemy ślady ich działalności. Z zawartych w przekazach informacji, możemy się domyślać, że przybrali tam formę submaterialnych istot o mikroskopijnej strukturze.
W wielu opracowaniach z tamtego okresu można wyczytać o próbach ich odnalezienia. Jednak ingerencja w atomowy świat nigdy nie była taka prosta. Istniały próby zajrzenia przez mikroskopy elektronowe do orbitujących układów planetarnych nazywanych wtedy atomami. Niestety wówczas możliwości kończyły się tylko na obserwacjach powierzchni cząsteczek. Nie udawało się zaobserwować ruchomych struktur budujących elektrony, protony, neutrony...
Ale przecież wszem i wobec wiadomo już od dawna, że kwarki będące cząsteczkami składającymi się na budulec atomów, są zbudowane jak te orbitujące Galaktyki tworzące najmniejsze atto-kwanty.
A tam na nich, jak na planetach podobnych do orbitujących elektronów, żyją sobie te mikroskopijne i ulotne istoty, które przez swoje teleskopy wycelowane w TAMTEJSZE niebo, próbują dojrzeć w NASZEJ wszechogarniającej, szarej rzeczywistości, biegającego po niebie Jezusa w ogródku Pana Boga.
* * *

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Zadysta · dnia 28.12.2018 16:38 · Czytań: 232 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
GregoryJ dnia 03.01.2019 22:13
Cześć!
Tekst wydał mi się pod względem treści dosyć ciekawy, toteż przeczytałem sobie dwukrotnie. Niestety strona techniczna obfituje w potknięcia i niedbalstwa, co zapewne spowodowało umieszczenie na dolnej półce.

Cytat:
Wi­dzia­ła sie­bie cza­sa­mi, gdy spo­glą­da­ła oczy­ma swo­jej wy­obraź­ni.

wyrzuciłbym "swojej"

Cytat:
Ma­te­rii skła­da­ją­cej się z ży­wych ner­wów, neu­ro­nów, sy­nap­sów i in­ne­go ta­ła­taj­stwa wy­klu­te­go z DNA.

synaps

Cytat:
- Czu­jesz ?
- Co ? - Od­po­wie­dział jak wy­rwa­ny z głę­bo­kie­go snu.
- Cie­pło !

Nie wiem, dlaczego pytajniki i wykrzykniki nagminnie poprzedzasz spacją.

Cytat:
- Wy­glą­da jak by ktoś po­na­bi­jał je ela­stycz­ny­mi słu­pa­mi.

jakby

Cytat:
- Czu­jesz grunt ? Rzu­cił X

– Czujesz grunt? – rzucił X

Cytat:
Koń­czy­ny, raz po raz, za­głę­bia­ły się wy­da­jąc mlasz­czą­ce dźwię­ki.

Te przecinki zbędne, ale postawiłbym za to przed "wydając".

Cytat:
Za­ło­żył sprzęt pod­trzy­mu­ją­cy życie. Po­wo­li jął się zsu­wać w dół.

Tautologia. Wystarczy samo "zsuwać", bo trudno robić to w górę.

Cytat:
- Gdy dam ci znać, to mnie wy­cią­gniesz. A jak znaj­dę coś cie­ka­we­go - spa­dasz za mną.

Może to nie wykroczenie, ale dla estetyki warto w partiach dialogowych unikać elips wyróżnianych myślnikami (gwoli ścisłości to wszędzie używasz dywizu [-], choć powinno się raczej półpauzy [–]). Takie znaki, gdy są umieszczone w pobliżu siebie, a jednocześnie pełnią odmienne funkcje, wówczas stanowią zaburzenie płynności, zgrzyt w odbiorze (konfuzja).

Spodobały mi się zabiegi personifikacji naturalnych procesów – panspermia, a także X i Y jako chromosomy zaopatrzone w osobowość. Mamy coś tak nieprzystawalnego do ludzkiego, osobniczego żywota jak planetogeneza, a tutaj nabiera dynamiki, twarzy i rzekłbym, że poczułem z opisem emocjonalną więź. Mam wrażenie, że nawet niepokalane poczęcie zostało pozbawione mitu nadnaturalności, co przywodzi ideę panteizmu, gdzie między takimi pojęciami jak Bóg i natura stawia się znak równości. A sama panspermia… cóż, w nauce hipoteza, jedna z możliwości do wzięcia pod uwagę, a dla gatunku Sci-Fi – nieograniczony potencjał, czego wyraz dałeś w tekście.
A zaciekawia on, skłania do zatrzymania, jednocześnie prosi się o obróbkę i cyzelowanie.

pozdrawiam

Grześ
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
maga26
20/06/2019 22:54
Kazjuno - dzięki za odwiedziny i komentarz :) Pozdrawiam :) »
StalowyKruk
20/06/2019 20:41
Zgodnie z moją wiedzą, Maja spełnia warunki bycia… »
MarcinD
20/06/2019 19:31
Aż trochę mi głupio, że dopiero teraz odpisuję na komentarz,… »
MarcinD
20/06/2019 19:23
Cóż, może faktycznie część poprzednia była nieco… »
StalowyKruk
20/06/2019 16:51
Chyba trochę za bardzo nakręciłem się na tę zemstę :/ Jasne,… »
Kazjuno
20/06/2019 11:58
Dzięki Antosiu za wyjaśnienia i propozycję pogłębiania… »
Kazjuno
20/06/2019 11:46
Nie twierdzę, że wszystko było czarno-białe. Kalejdoskop… »
Zdzislaw
20/06/2019 11:20
Kazjuno, PRL nie był tylko czarno-biały. Miał odcienie… »
AntoniGrycuk
20/06/2019 10:50
Z drugim przykładem masz rację. A co do interpunkcji to Ci… »
Kazjuno
20/06/2019 10:37
Dzięki Antosiu za przeczytanie. To jest bardzo długie… »
AntoniGrycuk
20/06/2019 10:29
Klimacik jest, czuć, że to się działo w czasie komuny.… »
AntoniGrycuk
20/06/2019 10:02
Jeśli to ma być część książki, to się obroni ta ilość… »
Kazjuno
20/06/2019 09:38
No i mamy kawałek peerelowskiej historii. Kamyczek do… »
Kazjuno
20/06/2019 08:44
Maga 26 W przeciwieństwie do "Latającego" Yanko… »
Kazjuno
20/06/2019 08:27
Też czytałem dwa razy, wysilając szare komórki, o co chodzi?… »
ShoutBox
  • mike17
  • 20/06/2019 18:17
  • Elvis podobno żyje - niedawno widziano go w barze mlecznym w alejach Jerozolimskich, Ciekawe co zamawiał :) : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 20/06/2019 17:12
  • StalowyKruku, wyczuwam w Twoich słowach swego rodzaju szantaż emocjonalny. Jak możesz? ;)
  • StalowyKruk
  • 20/06/2019 16:55
  • Skoro w regulaminie w dalszym ciągu jest napisane "tydzień", czuję się upoważniony do narzekania.
  • Kushi
  • 19/06/2019 19:41
  • Również pozdrawiam serdecznie Berele :), a to ode mnie dla Was :):) [link]
  • mike17
  • 19/06/2019 15:48
  • Pozdrawiam serdecznie, Berele :)
  • Berele
  • 19/06/2019 08:02
  • Cześć Michał i Kasia :) Dla Was słoneczne rytmy na dziś [link] Antoni, Ty też cześć :)
  • mike17
  • 18/06/2019 19:41
  • Miłego, Kasiu :)
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:sermoVento
Wspierają nas