Sen o J. - mlodepioro
Proza » Miniatura » Sen o J.
A A A
Od autora: Samotność, walka o sprawiedliwość i miłość, walka o wolność, o wyjście z konserwatywnego porządku świata, sen.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Sen o J.

 

Och, widzę Cię najdroższa! Próbuję dotknąć twego pięknego ciała, ale jestem jakbym związany. Nie potrafię się ruszyć, wstać i podbiec do ciebie, tak zwyczajnie, normalnie. W tej jednej chwili, kiedy ujrzałem twoją twarz, zadrżała pode mną ziemia. Odczułem ogromne drgania, wibracje i dziwne stanowcze szarpnięcia. Moje ciało zaczęło się poruszać swobodnie i bezwiednie w każdą stronę. Czuję wielki przyrost potężnego ciepła, które brutalnie wkrada się, zalewa mnie całego bez żadnej zapowiedzi. Na czole zbierają się ogromne krople potu, tłustego, słonego potu. Chcę je zgarnąć, aby nie zsunęły się po pomarszczonych policzkach, jednak nie mogę tego uczynić. Mam mocno ograniczone ruchy. Jestem obolały i otępiały. Całe ciało jest sztywne, jakby zamrożone, a przecież to środek lata! Cóż to się ze mną dzieje?! Nagle znowu widzę znajomą mi postać! To moja żona! To ona! Taka śliczna, uśmiechnięta! Próbuję podnieść się z odrętwienia i uściskać ją! Tak bardzo się stęskniłem! Po tylu latach potrzebowałem jej ciepła, zapachu, dotyku, bliskości zarezerwowanej wyłącznie dla kochanków, męża i żony. I już miałem iść. Chwycić kruche ramiona żony i wtulić się niczym dziecko zagubione w tłumie obcych mu ludzi… ale znowu czuję dziwny, wewnętrzny, niedający się opisać hamulec, jakby jakaś olbrzymia, niewidzialna ręka przytrzymywała mnie w łóżku. To było straszne uczucie! Serce biło jak oszalałe! Strach przysłonił oczy. Tracę ostrość widzenia oraz żonę z oczu! Coraz bardziej wszystkie kształty z otoczenia stawały się rozmytymi i bladymi. Ślepnę? Boże… dlaczego mi to robisz?! Dlaczego muszę tak cierpieć?! Kochanie, zostań ze mną! Nie odchodź! Proszę! I nagle słyszę radosny śmiech dziecka. Uśmiechała się jego bezzębna buźka, a oczy były jedną wielką iskrą szczęścia. Te piękne oczęta wołały do mnie: „Chodź, przytul! Przytul mnie, tato!” Tata, jak słodko brzmi to słowo. Ono jest takie swojskie, a tak bardzo mi obce.

Od tego pamiętnego dnia, kiedy w głowie pojawił się dziwny sen, minęło kilka długich tygodni. Nie wracałem do niego w codziennych obowiązkach, ponieważ był tak plastyczny i prawdziwy, że spowodował w psychice nieodwracalne ubytki. Po prostu niósł za sobą olbrzymi, przykry ładunek emocji, który zgniótł mnie niczym małego robaczka w trawie. Nie mogłem się pozbierać. Nie potrafiłem posklejać rozbitych cząstek serca i duszy. Klej już dawno wysechł, a podobnego nie sprzedawali. Nie umiałem podnieść się z upadku wspomnień, z których już dawno się wyleczyłem. Bynajmniej tak sądziłem, jednak życie okazało się przekorne i uznało, że będzie mi przypominać, co jakiś czas, co straciłem i czego już nigdy w życiu nie odzyskam. Było mi ciężko. Straciłem sens życia, kiedy te koszmary nawiedzały mnie coraz częściej i częściej. Były bezczelne i niezmiernie prawdziwe, że po każdym przebudzeniu najpierw leżałem na wznak, wpatrując się w biały sufit, aby już po chwili rzewnie, nie po męsku płakać. Przeżywałem męki i wielkie katusze. Byłem bliski stracenia wszystkich zmysłów i trzeźwego myślenia. Zamknąłem się w czterech ścianach domu. Jedynie Anna, moja gosposia i służąca, była mi otuchą w te szare i nijakie dni.

Aż do pewnego razu, kiedy to w końcu odbiłem się z dna ciemnej otchłani smutku. Nie spodziewałem się wtedy, że dotychczasowe zamknięte w dworze życie zmieni się w jednej chwili nie do poznania. Wystarczyła jedna sekunda, minuta, jeden trzepot skrzydeł motyla, aby to wszystko, co mnie otaczało przyjęło kolorowych, optymistycznych barw. Barw chęci do życia i patrzenia z uśmiechem w przyszłość.

            Wydaje się wam pewnie, że przesadzam, że zbyt mocno egzaltuje uczucia. To bujdy i kłamstwa! Nic podobnego! Nigdy nie miałem w zamiarze obwieszczać wam o moich uczuciach, emocjach, o tym, co myślę, co widzę, z kim rozmawiałem! Nigdy – rozumiecie? To wyście się do tego przyczynili, że siedzę teraz przy kartce papieru. Zamaczam niezgrabnie gęsie pióro w niebieskim atramencie, który skrapla się na dnie kałamarzu i czekam… Czekam na spowiedź duszy. Na wyrzucenie z siebie tych drzazg, stumilowych kamieni, które ułożyły się bezczelnie na dnie serca.

            Siedziałem i patrzyłem się w chropowatą kartkę. Patrzyłem i siedziałem. Cóż – zrobiłem pierwszy krok, gdy ujrzałem, na końcu pióra, tłoczącą się ogromną kroplę gotową zrobić brzydkiego kleksa i zepsuć mistykę wyjścia spod zasłony tajemnicy. Nie mogłem pozwolić kropli, żeby zniszczyła plany! Po prostu nie! Nie w tym momencie!

           Chcę opowiedzieć wam moją skromną historię. To wasza sprawka złe duchy! Tylko nie kłamcie po kątach, że znowu się użalam nad sobą! Powtarzam jeszcze raz! To wyłącznie wasza wina, czarne moce, dziwne sny! Po cholerę przychodzicie do mnie każdej nocy! Po cholerę?! Po co mnie budzicie czułymi szeptami, gorącymi westchnieniami?! Dlaczego wiecznie pokazujecie przed oczami jej twarz? Bezbronną, piękną twarz żony! Zaklinam was! Proszę! Dajcie mi spokój! Nie…– wy wracacie! Tak mocno mnie lubicie? Czy może ten czort wam dał takie zadanie – uprzykrzać mi życie? Nieznośne diablice! Głosy piekła!

             Ręka drgając cała zaczęła się przesuwać po żółtej kartce, która była albo zwycięstwem woli, albo klęską przegranej. Dadzą mi spokój albo sam ze sobą skończę! Ile można znosić ten ich jazgot! Te szepty przypominające żonę! To cierpienie! Cierpienie na Ziemi!

            Kreśliłem dalej koślawe litery, które miały tworzyć całą, piękną opowieść. Opowieść o tym, jak to było i jak się skończyło to, co dało mi wiarę w ludzi! Wiarę w świat i w lepsze jutro!

Chciałem, nieskromnie, postawić sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu! Miałem uratować zmysły! Czy to mi się uda? Nie wiem… może po prostu nie chcę tego wiedzieć.

Był to jeden z tych pięknych, ciepłych wiosennych dni. Ogromne słońce stało wysoko na błękicie nieba, a jego promienie bezczelnie wkradały się wszędzie tam, gdzie nie powinny przyświecać. Powiewał ciepły wiatr, który kołysał już rozwinięte zielone liście drzew i krzewów. W ogródku kwitły kwiaty, które witały mnie codziennie rano ogromnymi kielichami.

Wstałem koło ósmej. Zszedłem z mojego wygodnego i przyjemnego łóżka. Podszedłem do sztywnych zasłon. Rozchyliłem każdą z osobna, zgodnie z tradycją uwolniłem pokój na świat i nagle przytłoczyła mnie nadmierna jasność. Biel świeżego dnia wlała się niczym armia. Bez pytania, ostrzeżenia wparowały promienie słońca, błyskając mi prosto w oko. Cholery jedne! Aż podniosło mi się ciśnienie! Już się zdenerwowałem i zaczerwieniłem, kiedy usłyszałem pukanie do zamkniętych szczelnie drzwi! Brrr! Któż się tam znowu dobija! Na pewno Anna z zapytaniem, co bym dobrego zjadł na śniadanie! A co ją to obchodzi!? Tak, jest moją gospodynią, ale bez przesady, bez sadyzmu! Kota też można zagłaskać na śmierć!

– Proszę! – wrzasnąłem na cały głos, bowiem Anna nie była już pierwszej młodości i mogła nie dosłyszeć polecenia. Zaskrzypiał zamek. Zakwiliły drzwi i w progu ukazała się znajoma mi twarz.

– Panie Filipie, ja z pytaniem… – urwała, widząc, że nie jestem w najlepszym humorze. – To może nie będę przeszkadzała… – posmutniała wyraźnie, chcąc się wycofać ze strefy burzy. Mądra kobieta!

– Przecież tak już pani przeszkodziła! Słucham?!

– Twarożek, czy jajecznica na boczku? – rzekła tak cicho, że miałem wrażenie, jakby wcale nie otworzyła ust. Popatrzyłem na nią z ukosa i odrzekłem najgrzeczniej jak się dało.

– Pani Aniu! Pani zawsze robi mi najsmaczniejsze śniadania. Proszę podać to, co uważa pani za słuszne!

– Dziękuję. Dobrze, to usmażę jajecznicę! – Nie wiem, czy wyczytała to z moich myśli, ale bardzo mi to odpowiadało. Miałem jednym słowem ochotę na jajecznicę. Zamknęły się drzwi. Anna zniknęła. Teraz mogłem pójść do łazienki i umyć się przed zejściem do jadalni. Szybko poczłapałem do pomieszczenia, gdzie woda poprawiała mi humor. Do ogromnej czerwonej umywalki nalałem zimnej wody. Zdjąłem swoją koszulkę nocną, wieszając ją na haczyku. Złożyłem dłonie i zanurzyłem w wodzie. Aż podskoczyłem! Czysta, lodowato zimna woda ze studni wykręcała palce, a na ciele pozostawiała ciarki i dreszcze.

Gdy policzki pokryły się dumnymi rumieńcami, wypuściłem wodę i wróciłem do sypialni. Tam szybko założyłem bawełnianą koszulę i dopasowane materiałowe spodnie. Na stopy wciągnąłem skórzane, brązowe półbuty. Przygładziłem jeszcze włosy i wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zatrzasnęły się, a ja poczułem narastający niepokój. Jakby ktoś położył mi na barki ogromne kamienie. Spojrzałem przed siebie. Przez malutkie okno ozdobione witrażem błyskała jasność dnia, odbijając radosne promienie słońca. Dzień był ciepły, podniecający i pobudzający zmysły. Zapowiadał się pięknie. Jednak ciągle czułem tajemnicę, która niebezpiecznie unosiła się w powietrzu. Bałem się tego zjawiska. Dziwnie się czułem z tą niepewnością.

           Zszedłem po drewnianych schodach na parter. Wszędzie pustki. Wszędzie unosiły się drobinki kurzu. Cisza wędrowała po wąskich korytarzach. Jedynie z kuchni dochodziły do mnie przyśpiewki starej kucharki i odgłosy krzątaniny Anny. Ta monotonia, szarość rzeczywistości, rutyna – zalały mnie. Przytłoczyły. Zmiażdżyły. Czułem się sam niczym rozbitek na ogromnej i nieznanej wyspie. Teraz już nie miałem nikogo, kto bezwarunkowo mógłby mnie przytulić, rzec jakieś ciepłe słowa. Szedłem sam przez bezkres ogromnej otchłani, która niszczyła mnie powoli i doszczętnie. Umierałem? Podobno samotność zabija. Może to prawda…           

Nikt z was nie wie, jaki ból niosę w swoim sercu przez tyle długich lat. Niosę ciężar rozpaczy po stracie najbliższych mi osób… Pamiętam ten słoneczny jesienny dzień. Pamiętam go doskonale, jakby wydarzył się nie dziesięć lat temu, a wczoraj. Sięgam do głęboko skrytych myśli w głowie. Czuję, że wstrzymuję oddech, aby nie popłynęły cierpkie łzy wspomnień. To był normalny dzień i nic, żaden znak na niebie nie wskazywał, że skończy się dla mnie wielką tragedią.

Moja żona, Julia, nosiła pod sercem dziecko. Jak mówił lekarz miał to być chłopiec. Nasz malutki Arturek, nasz skarb… Jeszcze zdążyliśmy zjeść wspólnie obiad, aby zaraz wpaść w karuzelę nieszczęść.

– Jak się czujesz, kochanie? – zapytałem, przybliżając do ust kraj kryształowego kieliszka wypełnionego po brzegi winem. Patrzyłem się na piękną, pulchną i wciąż uśmiechniętą twarz Julii. Wlepiłem w nią szczęśliwe oczy i zjadałem całą. Delektowałem się naszą miłością tak, jak wtedy, kiedy poznaliśmy się pierwszy raz. Była moją królową, boginią w ludzkim, zwyczajnym i tak bliskim mi ciele. Julia miała delikatne blond włosy, które opadały schludnie na pełne, nabrzmiałe od mleka piersi. Piersi, które nie raz, nie dwa całowałem i pieściłem w blasku nocnej lampy. Zawsze, wtedy chichotała pełna niewinnego, dziewczęcego wdzięku. Rozgrzewała namiętności i skryte myśli pożądania zawsze i wszędzie, niezmiennie kochałem ją całą, szanowałem i ubóstwiałem niczym niepoprawny młodzieniec, zakochawszy się po raz pierwszy. Była dla mnie narkotykiem, który oddawał mi się nocą w małżeńskim łóżku. Przyklejeni ciałami próbowaliśmy siebie nawzajem. Byliśmy głodni i spragnieni dotyku niczym podróżnicy na pustyni wody. Wtedy zagłębiałem się w nią całym swoim jestestwem. Penetrowałem jej wnętrze, a ona spijała z moich ust dawkę podniecenia i głuchych, szalonych jęków gorących kochanków. Właśnie w jedną taką noc spłodziliśmy nasze, moje jedyne dziecko…

– Czuję się bardzo dobrze i nasz maluch również. Jest bardzo energiczny od samego rana! – mówiła to spokojnym, ciepłym głosem, popijając sok z wiśni.

            I dzień pomału zbliżał się ku wieczorowi. Julia poszła się zdrzemnąć w sypialni i po niedługim czasie usłyszałem w salonie przeraźliwy wrzask. Krzyk bólu, który przeszywał ciało ukochanej. Cisnąłem czasopismo, które czytałem w kąt i natychmiast pobiegłem na górę. Wparowałem do pokoju… Zmarłem. Julia z podkurczonymi nogami trzymała się przeraźliwie za brzuch. Blada, skąpana kroplami potu. Jasne prześcieradło było pełne krwi i wody… Żona zaczęła rodzić! Obróciłem się na pięcie, aby zbiec do ordynansa. Musiałem natychmiast wydać mu polecenie.

– Krzysztofie, jedź po lekarza i akuszerkę, ale natychmiast! Moja żona rodzi! – wrzeszczałem na cały dom. Postawiłem służbę na równe nogi. Anna skuliła się w kącie pokoju dziennego i zaczęła odmawiać różaniec. Modliła się za dobry poród i zdrowie dziecka. Ten swojski, wręcz sielankowy obraz wypełnił mnie wzruszeniem.

            Kiedy Krzysztof zniknął z dorożką za wzgórzami, pobiegłem z powrotem do Julii. Słabła. Rażona była potwornymi bólami, a ja nie mogłem… zwyczajnie nie mogłem jej pomóc. Rzuciłem się do twarzy ukochanej i zacząłem ją wycierać, dotykać najczulej jak się da. Zwilżyłem rozgrzane policzka pocałunkiem, ale oddech żony był niczym wzburzone morze – niespokojny i rwący. Myślałem, że poczuje ulgę. Myliłem się. Byłem bezsilny. Nie mogłem patrzeć, kiedy się męczy i brakuje jej tchu. Wiła się niebezpiecznie bezbronna i niewinna. Nagle chwyciła moją dłoń, tak mocno, jakbym miał do czynienia z mężczyzną i to kowalem. Przeraziłem się tego uścisku.

– Filipie-e-e, j-a-a umiera-a-am! – rzuciła, a ja zmarłem. Nie potrafiłem niczego sensownego powiedzieć. Myśli plątały się w głowie. Nie może tak mówić! To nie może być prawdą! Ona musi żyć! Tylko ja ją kocham nad życie! Słyszysz?!

– Kochanie! Będziesz żyć! Nasza miłość to zwycięży! Będziemy szczęśliwymi rodzicami, zobaczysz! Tylko wytrwaj, najdroższa, proszę! – zaklinałem siebie i cały świat. Wstałem zdenerwowany, bo wciąż nie było lekarza i akuszerki. Czas wlókł się bezlitośnie długo, a tu każda minuta była na wagę złota! Wybiegłem na korytarz, gdyż Julia słabła z każdą minutą!

– Anno! Anno! Gdzie jest Krzysztof! Ratunku! Pomocy! – wrzeszczałem, dostając przy tym szoku. Nagle usłyszałem brzdęk otwieranego zamka i skrzypnięcie drzwi. Jest ratunek! Moja rodzina będzie uratowana! Wbiegli po schodach lekarz ze skórzaną torbą i kobieta średniego wieku. Lekarz spojrzał na mnie ostro.

– Proszę zaczekać na zewnątrz! Proszę nam nie przeszkadzać! – I zatrzasnęli przede mną drzwi do mojej miłości świata! Zsunąłem się po ścianie, upadając śmierdzący od potu i łez na posadzkę. Przyszła do mnie Anna i jakby nigdy nic przytuliła mnie do piersi. Wtuliłem się w jej grube i ciepłe ciało. Była tak kochaną i wspaniałą kobietą. Rozpłakałem się. Płakałem jak dziecko. Zapadła cisza. Złowroga cisza. Minęło kilka długich godzin. Za oknami budził się nowy dzień, a moja nadzieja pomału umierała. Traciłem wiarę na radosny finał. Wkrótce otworzyły się drzwi…Powiało ogromnym chłodem. W progu stanął zmęczony i zmizerniały lekarz. Spojrzał na mnie pełen troski.

– I co z moją żoną?! Z moim dzieckiem?! – dopytywałem się jak szalony. Mężczyzna podszedł do mnie. Przystanął na chwilę. Położył brudną od krwi dłoń na ramieniu i rzekł:

– Nie żyją…

I w tej chwili przed oczami zobaczyłem ciemność. Wieczną i bezgraniczną ciemność. Zemdlałem. Upadłem, a co było dalej ze mną – nie wiem. Dochodziłem do siebie przez kilka długich miesięcy. Straciłem Julię, straciłem syna, który jak powiedział lekarz urodził się blady, wręcz siny… nie oddychał. Mój świat się zawalił. Straciłem sens życia. Dom, który budowaliśmy wspólnie stał się ruiną miłości i szczęścia. Tak po prostu… po prostu los zaśmiał mi się kiepsko w twarz.

Przystanąłem na ostatnim stopniu i zacząłem patrzeć przed siebie. Skończyłem wspominać. Nagle wyczułem na swoich policzkach ciepłotę promieni słońca. Poczułem jakąś ogromną siłę, która burzyła moją wewnętrzną harmonię. Burzyła równowagę, która nastała po przebudzeniu się z letargu odrętwienia. Rzuciłem kątem oka na kuchnię i salon. Krzątanie i jeszcze raz krzątanie kobiet, które choć trochę dodawały do tych czterech ścian radości i szczęścia, bowiem od dawna wiszą nade mną ciemne chmury samotności. Wnet zauważyłem bezczelne promyki, które kierowały się ku oczom. Wtedy naszła mnie niepowtarzalna i autonomiczna myśl –muszę wyjść z domu! Teraz i już! I jakby raził mnie piorun. Zacząłem biec do wyjścia, które prowadziło do ogrodu. Biegłem nie zwracając uwagi na Annę i resztę służących. Potrzebowałem powietrza, zapachu kwiatów i wolności duszy. Otworzyłem pełnym impetem drzwi i już po chwili zatopiłem się w świeżości poranka. Widziałem z tyłu głowy rozkładającą ręce Annę. Widziałem jej grymas i zawód, ale musiałem…się uwolnić. Czułem właśnie, że nadszedł ten moment, aby zerwać z siebie łańcuchy historii.

            Po chwili kroczyłem już dumnie po alejkach ogrodu i podziwiałem całym sobą otaczający mnie świat. Jego barwy i dźwięki czarowały mnie, jakbym obudził się po raz pierwszy, narodził się dopiero dzisiaj.

            Rozejrzałem się po okolicy. Panował idealny i harmonijny spokój. Zrobiłem krok dalej wbrew sobie. Wyszedłem za ogrodzenie majątku. Wyszedłem, pokonałem granice między moim sacrum, a codziennym profanum. Przeszedłem z zamkniętego świata do świata życia. Odszedłem od fikcji, aby poznać rzeczywistość. Pstrą, barwną, brudną i prawdziwą.

            Przed czystymi skórzanymi butami ukazała się błotnista, lepka droga. Pełna bruzd i kolein. Dziwnie kręta i subtelnie prosta. Wszędzie błyszczały kałuże od niedawno padających wiosennych deszczy. Zielone źdźbła trawy kołysały się równomiernie z ciepłym wiatrem, który muskał koszulę. Próbował się ze mną bawić, ale był za powściągliwy. Zalałem się rumieńcem wstydu. Czułem się nowicjuszem w świecie, w którym żyłem już przeszło trzydzieści parę lat, a w którym w jednej chwili straciłem przeszło dziesięć, wyrwanych z mojej świadomości.

            Postanowiłem pójść przed siebie. Pójść nie wiadomo, dokąd, byle oderwać się z własnej niewoli. Szedłem, omijając szerokimi krokami kałuże. Szedłem wzdłuż drogi w nadziei, że zaprowadzi mnie w nieznane i obce lądy skrytych uczuć.

            Na początku biegła spokojnie, prosto, aby nagle, nieoczekiwanie iść w dół. Ostro schodziłem do niecki zarośniętej wysokimi trzcinami i tatarakami. Nie sądziłem, że wejdę do puszczy niedaleko domu. A jednak! Dreszcze przeszyły ciało, a ja zacząłem się przedzierać przez dziką roślinność niczym podróżnik na afrykańskiej sawannie. Miażdżyłem ostre trawy i badyle niczym najśmielszy tubylec dzikich krajów na krańcu świata. Byłem ogromnie podniecony i zafrasowanym tym pierwotnym życiem, walką o przeżycie, chociaż moja „dżungla” umywała się pod względem wielkości do tych w tropikalnych częściach naszej Ziemi.

            Po kilku minutach wkroczyłem w nieznany mi wcześniej świat. Obcy. Inny. Przede mną ukazało się ogromne jezioro, a wzdłuż jego linii brzegowej ujrzałem piękne, piaszczyste plaże. Aż wstrzymałem oddech! Oaza! Cudne, niewiarygodne miejsce. I postanowiłem pójść dalej. Czułem się niczym Krzysztof Kolumb dopływający do nowego lądu! Szedłem, badając wszystko, co było pod stopami, nad głową i dookoła mnie. Przecież drapieżnicy nie śpią! Czyhają tylko na taką owieczkę jak ja! Niedoświadczoną wojażami.

Idę. Wszędzie piasek, kamyczki i jeszcze raz piasek niczym na ogromnej pustyni! Gdzież ja dotarłem? Ale nagle kogoś lub coś ujrzałem. Zobaczyłem wdali drobną, szczupłą i zgrabną postać. Wyostrzyłem podupadający wzrok i ujrzałem dziewczynę, znaczy dziewczynkę i aż znieruchomiałem. Przykucnąłem za powalonym pniem drzewa i patrzyłem niczym podglądacz. Była naga. To dziecko o kobiecych kształtach było nagie. Aż ciarki przeszyły mnie na wylot! Zaczęło mi się kręcić w głowie, a oczy, tak się rozszerzyły, że bałem się je stracić. Ach niech to szlak! Przecież to cud natury! Diament ludzkiej pracy! Te piersi; zgrabne, delikatne nóżki; stópki malutkie, zatapiające się w chłodnym piasku; pośladki, które kusiły nagością. Nie mogłem się im oprzeć. Odwróciła się w moim kierunku, oczywiście nie wiedziała, że tam siedzę i nieustannie się na nią patrzę. Nie mogła tego wiedzieć. Odwróciła się i schyliła…Wszystko, no wszystko było widać jak na tacy! Wargi łona niesplamione męskim członkiem, różowe, oprószone delikatnymi, blond włoskami. Skręcało mnie! Umierałem, tłumiąc w sobie podniecenie i żądzę! Przecież to dziecko! Uspokój się! Ale to takie niezwykłe dziecko, ponętne dziecko! Boże, zlituj się nade mną!

            Zaczęła się ubierać! O chwała Panu! Przynajmniej nie będzie mnie kusić do złych czynów! Cwaniara jedna! Pewnie mnie zauważyła i chce się droczyć! Bawić! Świntucha! Kusicielka! Diablica w ciele dziewczynki! Wstałem. Nie mogłem dłużej udawać, że między nami do niczego nie doszło. Doszło! I to o wiele za dużo! Teraz jesteśmy jedną całością. Ona jest mną, ja nią. Poprawiłem spodnie, głównie penisa, który podnosił się i opadał jak szalony. Przecież nie mogłem wystraszyć dziewczynki.  Musiałem zachowywać się jak najbardziej normalnie, tak jakbym całkiem przypadkowo pojawił się na plaży. Ugniotłem członek w nogawce spodni i zacząłem zmierzać do tego bezbronnego dziecka.

            Siedziała biedna z mokrymi, poklejonymi włosami, które niezgrabnie opadały na kruche ramionka. Miała piękną twarz, trójkątna z migdałowymi, niebieskimi oczami, z pełnymi, czerwonymi ustami, wprost stworzonymi do całowania. Regularne kształty. Lniana koszula przykleiła się do ciała wyraźnie uwydatniając jej kobiecość.

– Sama tu siedzisz, dziewczynko? – zapytałem ni stąd, ni zowąd. Ta siedziała dalej w pozycji przykulonej. Na jej twarzy nie pokazał się żaden strach. Nie wyczułem dystansu. Ona już o mnie wie! Niedobrze! Kiepsko!

– A co to pana obchodzi?!

– Niebezpiecznie, tak samej tu przebywać! – I stanąłem bardzo blisko niej. Poczułem w ułamku sekundy cudowny, niewinny zapach dziecka. Uspokój się! Bądź poważny!

– Nie pana interes!

Postanowiłem usiąść przy niej, będzie to bardziej naturalne z mojej strony.

– Długo już tak tu siedzisz? Gdzie mieszkasz?

– Niedługo. Kilka minut. Mieszkam tam… – nic nie wskazała, nawet jednego dachu nie pokazała.

– Tam, czyli gdzie konkretnie?

– Cóż to pana tak interesuje? Pan jest jakimś zboczeńcem czy kim? – broniła się, a moja ręka wodziła po piasku. Jednak mnie nie rozszyfrowała! Świetnie!

– Pytam się tylko… nie musisz mnie atakować. Chcę pomóc. – uśmiechnąłem się sztucznie. Miałem nadzieję, że mi zaufa.

– Tak? – patrzyła się na mnie dłuższą chwilę w idealnym milczeniu. Nawet brew jej nie drgnęła. Badała mnie tą swoją dziecięcą inteligencją i mądrością życia. Muszę grać!

– No dobrze… powiem ci! – uwielbiam naiwne dziewczynki!

– Słucham cię! – I puściłem do niej oczko porozumienia.

– Mieszkam na wsi za tym jeziorem. Moja rodzina jest strasznie biedna. Matka ma suchoty, a ojciec pije całymi dniami. Czasami tu przychodzę, aby nie patrzeć na tę beznadziejność sielankowego, wiejskiego życia… rozumiesz? – wpatrzyła się we mnie, a moje gardło się zwęziło, tak mocno, że nie mogłem niczego powiedzieć. Poczułem, jak do oczu napływają łzy, bo sposób, w jaki mi o tym powiedziała, był tak żałosny i bolesny, że zamarłem. – Widzę, tylko bladą twarz matki i łzy cierpienia spływające po policzkach… widzę ten ból i rozpacz… ta jej grobowa mina, wieczny smutek i zmartwienie czy przeżyjemy, czy uda się jej znaleźć cokolwiek do jedzenia przed śmiercią… przed zamknięciem powiek na wieki … ojciec jej tylko ubliża, wrzeszczy, krzyczy, awanturuje się. Przeżywam, wtedy piekło… obwiniam się, obwiniałam i będę obwiniać, że jestem taka beznadziejna, niedołężna… że nie potrafię pomóc mojej mamie, rodzinie, bliskim. A na dodatek jesteśmy własnością takiego księcia! Gbura jednego! Siedzi w pałacu! Płaszczy się całymi dniami i podobno boi się wyjść do ludzi. Obawia się biedy i prawdy o sobie, świata ubóstwa i ciemnoty, boi się rzeczywistości, która nie jest usłana różami … – brnęła dziewczynka dalej, a ja wyczuwałem, że pod stopami pali się ląd. – Mówią także, że jest niespełna rozumu. Nienormalny jakiś, czy coś takiego. Znasz go może? – Jej szczerość położyła mnie na łopatki.  Byłem zmiażdżony prostolinijnością i bezwzględnością dziewczynki. Czy wszystkie dzieci tak mają, że nie zastanawiają się nad tym, co mówią? To straszne! Straszne uczucie, kiedy dorosły człowiek dostaje w twarz od niewinnej osóbki. Przepięknej, cudownej, podniecającej osóbki. Chciałem zbliżyć się do niej na oddech, na ciasną bliskość ciał, ale oprzytomniałem, że tak nie można na pierwszym spotkaniu. Nie wypada. To niegrzecznie naprzykrzać się, od razu przyssać do ust i całować je bez pamięci. To niegodne gbura, znaczy księcia! Spojrzałem z góry na dziewczynkę. Kosmyki jeszcze wilgotne opadały zgrabnie na ciało, a ja czułem, jakbym dostawał gorączki, nagłej febry. Trząsłem się niczym osika na wietrze, na syberyjskim wietrze, chociaż był ciepły, wiosenny dzień. Musiałem szybko uciekać. Wracać do siebie, bo czułem, że wstąpi we mnie bestia i może być źle – dla mnie i dla niej. Wstałem. Zebrałem siły. Popatrzyłem się na to cudowne, nieziemskie dziecko i tylko szybko coś parsknąłem na odczepne:

– To do widzenia! Może się jeszcze kiedyś zobaczymy, dziewczynko. – I szybko, biegiem ruszyłem do domu. Doskonale wiedziałem, że moje położenie jest fatalne, wręcz beznadziejne. Stopy, aż mnie piekły, gdy kroczyłem do domu. Wbiegłem ponownie na podwórze, potem na parter. Rozejrzałem się tylko, czy Anna gdzieś się nie czai i natychmiast do siebie! Natychmiast! Trzasnąłem drzwiami. Zamek zaturkotał. Jestem bezpieczny. Szybko się rozebrałem. Do naga. Rzucałem, ciskałem wszędzie ubrania. Fruwały one po sypialni niczym wrony na niebie. Rzucały tylko cień. Brzydki cień. Stanąłem przy łóżku. Popatrzyłem to raz na nie, to raz na siebie. W lustrze zobaczyłem ciało. Mięsiste i męskie i od razu pojawiła mi się myśl: „Czy mogę się jej spodobać? Tak po prostu jak mężczyzna kobiecie?”. Spojrzałem niżej i za lekko wystającym brzuchem ujrzałem narzędzie zbrodni. Ujrzałem penisa, który dyndał i domagał się pieszczot. Nie mogę! Nie mogę! Przecież to będzie samogwałt! Grzech! Zgorszenie! A może jednak? Muszę upuścić sobie tych złych emocji.

Gwałtownie szarpnąłem kołdrą i zanurzyłem się pod nią. Nagi. Podniecony. Położyłem się na wznak. Dłonie splotłem na wysokości brzucha i próbowałem usnąć. Przymknąć oczy! Zamknęła się jedna powieka, potem druga, a ja drżę dalej! Widzę jej ciało! Jej uśmiechniętą prostotą małej osóbki twarz! Los! Los chciał, żebym spotkał to dziewczę! To przeznaczenie i nagle dłoń mimowolnie zsunęła się na członka. Poczułem szorstkie włosie. Pochwyciłem go mocno w garść i zacząłem się bawić. Bawić i pieścić, ile się da! Poty zalały mnie całego. Mdlałem, budziłem się, to znowu mdlałem, a penis twardniał. Twardniał i rósł. Czułem, że męka podniecenia powoli mija, że na dłonie spadną ciepłe krople spermy! Dochodzę? Już! Już! Dziewczynko dotknij mnie! Proszę, dotknij mnie, choć raz! Nie bój się! Ja nie gryzę! Pocałuj usta, oblej pocałunkami mój tors! Bądź przy mnie! Niech spłonie świat dla naszej miłości! Chcę zerwać ten zakazany owoc! Zerwę go już niebawem! Niebawem! Och kochanie ty moje!

            Usnąłem? Usnąłem i śpię? Zasnąłem.

            Cholera jasna! Któż, tak znowu wali do tych drzwi! Stuka i puka! Puka i stuka! Cholera jasna, pewnie Anna! Cóż za niewyżyta kobieta! Cóż za nachalna istota! Zaraz mnie coś trafi! Chcę spać, a nie patrzeć na jej okrągłą twarzyczkę!  Chcę widzieć tylko dziewczynkę! Tylko to bóstwo! No cholera – muszę wstać!

            I wstałem całkowicie zapominając, że jestem goły! Cóż to był za wrzask, kiedy stanąłem w progu, świecąc nagim przyrodzeniem przed gospodynią. Z jednej strony poczułem zażenowanie, zaś z drugiej po prostu chciało mi się śmiać. Śmiać do łez, bowiem mina Anny była bezcenna! W momencie pobladła.

– Czego chcesz, Anno?! – otworzyłem szeroko drzwi, wylała się woń potu, niemytego ciała i spermy. Anna zamarła.

– Chryste Panie! Ratunku! Ratunku! O jasny piorunie! Matko! – wrzeszczała prawie mdlejąc kobieta.

– Proszę mi nie przeszkadzać! Dzisiaj jestem niedostępny! – broniłem się. – No widzieli to, jaka Anna zgorszona?! Nie widziała męskiego przyrodzenia, hę? – uderzyłem, by w końcu przestała gapić się na mnie jak w obrazek.

– Wi… wi… działam, ale nie panicza! – wyrwało się Annie.

– Oj Anno, bo się pogniewamy! Uciekaj mi stąd, bo zakuję w kajdany i biczem dupę spiorę! – buchnąłem wymuszoną złością. Anna w ułamku sekundy znalazła się na dole. Zamknąłem za nią drzwi i w duchu rechotałem z tej komicznej sytuacji. A raz się żyje! Usiadłem na rogu łóżka i zacząłem się sobie przyglądać. Do jasnej Anielki, jak to się stało, że byłem nagi? Nic nie pamiętam. Przecież, zawsze przyodziewam pidżamę. A teraz? O co z tym wszystkim chodzi? Zacząłem muskać ciało i wyczułem pod palcami jakieś paprochy. Białe drobinki wczepione we włosy na klatce i niżej. O nie! Stało się! Zgrzeszyłem! I nagle rzuciłem się do łóżka. Wyrzuciłem na środek pokoju kołdrę i zacząłem badać prześcieradło! Tak! To prawda! Zgorszyłem siebie! Co za hańba! Co za zgroza! Jestem paskudny! Jestem głupi i płytki!

            Zacząłem przecierać twarz ze zdumienia i swojej głupoty. Nagle przypomniałem sobie, że wczoraj widziałem dziewczynkę! To dziecko, które spodobało mi się, tak nietaktownie, nie po ludzku, jak kochankowi kobieta! Zapłonęło we mnie dawno zamarznięte uczucie. Uczucie, które we mnie umarło i dopiero teraz zostało wskrzeszone – miłość… Ona! Ona ją we mnie obudziła! Obudziła ją na nowo!

            Nie mogłem być obojętny! Nie mogłem stać i czekać, kiedy moja miłość pasie gęsi, gdzieś na łąkach, gdzie skacze przez kałuże, bawi się w berka! Zacząłem się ubierać. Wyjąłem jakieś beznadziejne ubrania i zakładałem je wszystkie na siebie bez żadnego przemyślenia i porządku. Po prostu nie mogłem wyskoczyć na zewnątrz całkiem nagi! Ale z drugiej strony miałem w sobie nieodpartą chęć wyjścia i ponownego ujrzenia tej młodej, cudownej, anielsko pięknej osóbki. Siła bijąca od wewnątrz, miażdżyła mnie całego, a myśli wrzały i kotłowały się jedna po drugiej. W ułamku sekundy w głowie utworzył się ogromny chaos. Mieszała się namiętność dojrzałego mężczyzny z ojcowską czułością. Biła się żądza fizycznej miłości z etyką i sumieniem winnego aktu na dziecku. Przecież ona była dzieckiem! Dzieckiem! Dudniło mi w głowie echo tych słów. To nie mogło być prawdą, że ona jest dzieckiem. Nie mogło! Kocham ją niczym mężczyzna kobietę ze wszystkimi kolorytami tejże miłości. Wyszedłem z pokoju, z domu.

            Jak to się stało, nie wiem. Czułem się, jakbym postradał całkowicie zmysły. Byłem w jakimś amoku, dziwnym szale. Do podświadomości nie dochodziły żadne zewnętrzne głosy, odzywało się tylko moje „kapryśne ja”, które domagało się czynu. Podłego, brutalnego czynu.

           Po chwili biegu znalazłem się na tej plaży. Jakim cudem tam dotarłem, nie wiem! Nic nie wiem! Ratunku – moja głowa! Pęka i boli. Prawdopodobnie to migrena. Tak! Na pewno to migrena. Szedłem przed siebie w miejsce, gdzie wczoraj zobaczyłem to nagie dziecko. Wyostrzam wzrok i słuch. Nic. Nie ma dziewczynki? Nie – to żart! Musi tu być! Przecieram oczy w nadziei, że się pokaże. Stanie przede mną… Zamieram. Tracę oddech! Jest! Jest mój jedyny skarb! Aniołek drogi! Moje szczęście! Znowu stoi naga, jedynie jej twarz… była chora. Blada, zapadnięta, pomarszczona. Długimi rękoma zasłaniała swoje najintymniejsze części ciała. Widziałem tylko padający cień na jej łono, że aż mnie skręcało, aby poczuć smak skóry, zapach ciała dziewczynki. Dotknąć, przytulić, pocałować. Stała ode mnie może pięć, może siedem metrów. Patrzyła. Badała każdy mój krok. Była niespokojna, ale z jej oczu tryskała niebywała odwaga i siła walki. Tak wielka, potężna, że mnie zmiażdżyła. Dusiła, podduszała, pragnęła mnie zabić! Nagle upadłem. Mimowolnie się potknąłem i ukląkłem przed boginią.       Milczała. Ujrzałem w kącikach oczu dziewczyny łzy. Bezbronne, płynące wolno łzy. Mieniły się w słabych promieniach słońca, zaś wiatr miotał jej gęste włosy. Przypominała grecką nimfę, słowiańską rusałkę – hipnotyzowała mnie! Bez zastanowienia doskoczyłem do kolan dziewczynki. Chwyciłem je mocno, aby już zaraz się w nie wtulić Dziewczynka zadrżała i nagle położyła na mojej głowie ciepłą dłoń. Zaczęła mnie głaskać i gładzić po siwiejących już włosach. Zapytałem pierwszy:

– Jak masz na imię, najdroższa?

– A czy to ważne? – odpowiedziała nonszalancko.

– Powiedz! Powiedz mi! Nie chcę się zwracać do ukochanej bezimiennie!

– Kochany, mam na imię Julia… – dodała.

– Wspaniale! Jak cudownie, Juleczko moja! – i nagle rzekła dziwną dla mnie frazę:

– Nie martw się! Wszystko się ułoży! – zamarłem. Co ona mówi? Co ona do mnie mówi?! Co ma się ułożyć?! – Wszystko będzie dobrze, słyszysz? – dodała spokojnie, a mnie zbierało na płacz. Chciało mi się bezczelnie płakać. Nie mogłem się powstrzymać. Łzy płynęły same, wartkimi potokami.

– Wiem, że będzie dobrze, kochanie moje! – wtuliłem się mocniej, zaś głowę opuściłem nisko, aby nie słyszała łez, przecież one są takie niemęskie.

– Ja muszę uciekać, muszę odejść! Zostawić cię!

– Dobrze. Idź, jeżeli musisz! – burknąłem obrażony.

– Ale tak wiesz… na zawsze.

– Jak to na zawsze? – zapytałem zbulwersowany jej niemądrym stwierdzeniem.

– No … tak, po prostu. Ale obiecaj mi, że nie będziesz mnie szukał! Rozumiesz?

– Ale najdroższa! Kochanie! Jak to tak?

– Zwyczajnie… nie martw się! Wszystko będzie dobrze! – dodała i kazała mi wstać. Otrzepałem kolana z mokrego piasku i czekałem, co będzie dalej. Wpatrywała się, analizowała mnie mocno i chyba moje wnętrze również. Nagle zdjęła ręce z łona i stanęła przede mną całkiem nagą, bezbronną i mi oddaną. Przypominała teraz dojrzałą, pełnoletnią kobietę. Przypominała mi żonę! Nic nie miała z dziecka, z tej niewinnej dziewczynki! Kształtne piersi Julii nabrzmiały z zimna, a na ciele pokazała się delikatna gęsia skórka. Zbliżyła się! Zbliżyła się do mnie ustami. Byłem w szoku. Usta dziewczyny niemrawo, pełne strachu musnęły moich wysuszonych, żądnych gorącego pocałunku. Po chwili powtórzyła jeszcze raz – pewniej i kobieco. Nasze wargi splotły się w intymnym uścisku kochanków. Płonąłem cały. Nagle dotknąłem pośladków Julii. Pozwoliła. Dotknąłem piersi, a ona całowała mnie dalej, ale chciałem więcej… ciała! Ale, gdy potrzebowałem intymności gwałtownie się odsunęła. Przerażona spojrzała na mnie. Nie wiedziałem, że to ostatnie nasze spojrzenie, spotkanie… po prostu tego jeszcze nie wiedziałem.

– Nie martw się! Wszystko będzie dobrze! – i nagle zwróciła się ku jeziorku. Zaczęła biec i biec, aby po chwili zniknąć bez słowa. Zniknęła mi z oczu. Rozpłynęła się. Ocknąłem się. Zacząłem panicznie biegać wzdłuż brzegu. Wrzeszczałem i krzyczałem wniebogłosy. Cisza. Jedynie wścibska mewa mi odpowiadała skrzeczeniem. Co się z nią stało? Umarła? Czyżby znowu moja miłość umarła? To niemożliwe…

            Wróciłem do domu. Jak i kiedy nie byłem w stanie sobie przypomnieć… Miałem wrażenie, jakby ciało i głowa były osobnymi, autonomicznymi organami, które żyją według własnego planu. Ciało było słabe, wątłe, chore, natomiast głowa wariowała pełna sprzecznych emocji, uczuć i refleksji. Leżałem w łóżku w sypialni niczym trup. Leżałem w bezruchu kilka długich miesięcy, a może i lat? Blady, chudy i z podkrążonymi oczami. Nie jadłem. Nie piłem. Patrzyłem tylko na ten przeklęty sufit! Czasami, gdy zasypiałem pojawiały się znowu te przeklęte sny, które doprowadzały mnie do wielkiej frustracji. Były one tak plastyczne i realistyczne, że budząc się rano mokry od potu z przekrwionymi oczami nie wiedziałem, gdzie się znajduję i co ze mną się dzieje. Byłem w ogromnym szoku. Byłem wewnętrznie rozbity, że modliłem się w duchu o szybką i bezbolesną śmierć. Nie chciałem już dłużej być ciężarem dla Anny. Tyle lat była u mnie na służbie, że teraz powinna odpocząć i skupić się na sobie.

            I nagle! Niespodziewanie usłyszałem na parterze jakiś rumor, szuranie, głośne rozmowy i otwieranie drzwi. Skupiłem się. Podciągnąłem na łokciach, aby słyszeć, co tam się na dole dzieje? Dochodził do mnie ciepły, radosny głos Anny i drugi, obcy, jakby kobiecy. Bardzo delikatny, subtelny, wyważony ton gościa. Zdziwiłem się tym faktem, ale czekałem, kiedy gosposia przyjdzie z nowiną. W końcu doszło do mnie skrzypienie drewnianych schodów i podłogi. Idzie Anna! Uff! Może uspokoję bicie serca. Otworzyła ostrożnie drzwi. Błyskawicznie mnie zlustrowała, czy może nie śpię. Gdy zauważyła, że mam szeroko otwarte oczy podeszła bliżej. Była cała pobudzona, dziwnie podniecona. Nie podobało mi się to.

– Panie Filipie…– zaczęła spokojnie. – Ktoś przyszedł do pana.

– Któż to taki? Nikogo nie zapraszałem!

– To bardzo miły i sympatyczny gość.

– Gość? – W to nie wątpię, że to gość.

– Konkrety, Anno! – oburzyłem się tą jej zagadkowością.

– Pyta o pana zdrowie, panna Julia, czy mam ją zaprosić na górę? Chce z panem porozmawiać, jednakże nie podała z jaką sprawą do pana przychodzi. – I w głowie przebiegł mi jedna myśl, która pobudziła ciało w stanie agonalnym. Wszystkie włosy na ciele stanęły dęba, a mnie zaschło w gardle. Skóra zaczęła dziwnie piec i swędzieć. Spojrzałem na kobietę i bez większego zastanowienia odpowiedziałem:

– Tak! Tak Anno, wpuść ją! – klasnąłem w duchu w dłonie. Radość wylała się na mnie niczym orzeźwiająca woda ze studni. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko jest prawdą! Nie potrafiłem racjonalnie wytłumaczyć euforii uczuć. To ona! To Julia! Przyszła do mnie! Przyszła mnie uratować! Kochana moja! Moja bogini!

            I ktoś stanął w progu sypialni. Przekręciła się klamka. Zawias zaskrzypiał i weszła do mnie…ona! Matko jedyna! Ona? Ale nagle czuję jak sztywnieją mi członki ciała. Obraz staje się rozmyty i bardzo niewyraźny. Tracę ją z oczu! Głowa boli niemiłosiernie! Pocę się na zmianę okropnie kaszląc. Mam chrypę! Jestem siwy na głowie! Na ciele czuję wyraźne kości owleczone lekko suchą i bladą skórą. Jestem paskudną poczwarą, kreaturą mężczyzny! Krzyczę na cały głos: „Kochanie, podjedź tu! Przytul mnie! Pocałuj!”

            Koniec. Śpię, czy może już w końcu umarłem?!

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mlodepioro · dnia 22.01.2019 09:51 · Czytań: 198 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
Dobra Cobra dnia 23.01.2019 10:33
Młode pióro,

Ty musisz ufać czytelnikowi, wierzyć w jego inteligencję. Więc wstępu w uwadze bym absolutnie nie dawał. Osłabiają tym wymowę dzieła, które wszak mówi o najważniejszych rzeczach pod słońcem.

Fajnie kombinujesz, pisz więcej, A twoje młode pióro nabierze cech właściwych wytrawnym pisarzom amatorom.


Pozdrawiam,

DoCo
puszczyk dnia 23.01.2019 10:51
Tylko przytaknąć DoCo.
I zwróć uwagę na ilość zaimków osobowych (z czego połowa jest niepotrzebna, a świadczy o usilnym dookreślaniu, jakby czytelnik zdechł ze swoim IQ).
Spójrz chociażby ile razy powtarza się "mnie" na początku. O innych zaimkach nie wspomnę.
Niemniej masz potencjał, tylko nie sil się na przesadną plastykę, metafizykę i sennolotność, bo to się czuje w tekście.
mlodepioro dnia 25.01.2019 10:35
Serdecznie dziękuję za komentarze i uwagi. Na pewno się im przyjrze w najbliższej przyszłości.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
21/08/2019 15:51
Sen odpręża, daje energię do życia i do działania. Nie… »
Yaro
21/08/2019 15:05
Dziękuję »
kamyczek
21/08/2019 13:48
Są i takie, których za nic nie można sobie przypomnieć po… »
kamyczek
21/08/2019 13:36
Piękny wiersz, wzruszający. Podoba mi się, bardzo.… »
Florian Konrad
21/08/2019 00:01
wiem chyba, o który leśmianowski tekst, tu wspomniany,… »
Florian Konrad
20/08/2019 23:56
dziękuję serdecznie! »
alos
20/08/2019 16:40
Dzięki Kushi, cieszę się. Pozdrawiam :) Dzięki Wiktorio… »
Dany
20/08/2019 00:16
Zgrabny limeryk, poprawnie napisany, rozbawił mnie.… »
d.urbanska
19/08/2019 23:15
Dobre, do przemyślenia i sprawne. Z jedną uwagą: "Nie… »
liathia
19/08/2019 20:44
Bardzo mi się czyta i, odczuwa Twój wiersz. Wracam do niego,… »
wodniczka
19/08/2019 20:13
Bardzo ciekawa metaforyka. Podoba mi się ten obraz. Jest w… »
wodniczka
19/08/2019 20:10
Bardzo krótkie i bardzo konkretne. Przemawia. Podoba się.… »
amaranta
19/08/2019 19:53
Bardzo lubię takie wiersze. Nieprzegadane, sama istota… »
wodniczka
19/08/2019 19:41
Witaj i ten cytat: i ten cytat: i końcówka.… »
wodniczka
19/08/2019 19:34
Witaj Dla mnie jeden z Twoich najlepszych. A jak bym mogła… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:5emmac7485gN2
Wspierają nas