2. Duch: Moje miasto, mój teren. Jestem Duchem - MarcinD
Proza » Fantastyka / Science Fiction » 2. Duch: Moje miasto, mój teren. Jestem Duchem
A A A

 Duch:

2. Moje miasto, mój teren. Jestem Duchem

Dziki pies, jakiego musiałem zlikwidować kilka dni temu, nie dawał mi spokoju. Dlatego zdecydowałem, że zrobię mały rekonesans okolic. Skąd najlepiej? Oczywiście z dużej wysokości. Opuściłem moją kryjówkę, mając na sobie niewielki plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami, ochronnym strojem FOO-1 na sobie i bronią: nieodłącznym karabinkiem FN P90 oraz zapasowym pistoletem Glock 17 przy pasie. Jak zawsze miałem też noże, jeden na lewym przedramieniu, schowany w rękawie, drugi na udzie. No i tym razem zabrałem też pokrowiec z wyborowym karabinem. Powinno wystarczyć. Ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi do dobrze zamaskowanego, starego Rosomaka, po czym ruszyłem szybko wąskim korytarzem mojego labiryntu ze złomu, wsłuchując się w ciszę. Kierowałem się w stronę jedynego czynnego wyjścia, którym mogłem opuścić halę. Oczywiście, nie obyło się bez stałej procedury - około pół godziny zajęło mi obejście wszystkich zaspawanych drzwi i okien zasłoniętych płatami blachy. Nie mogłem sobie odpuścić ani dnia, bo zawsze mogło się okazać, że akurat właśnie tego dnia coś mogłoby wejść na mój teren. Szybko wydostałem się na zewnątrz hali elektrowni i rozejrzałem się wokół. Dzisiaj na niebie były szaro-bure chmury, zdawałem sobie sprawę, że jeżeli spadnie deszcz, ochronny strój będzie do wyrzucenia. Ale mam ich dużo. Ruszyłem przed siebie.
 
Sobie tylko znanymi ścieżkami wokół budynku dotarłem kilka minut później w pobliże starej chłodni kominowej. Nawet nie spojrzałem na oryginalne drabinki prowadzące na szczyt. Były stare i im nie ufałem, a poza tym jeszcze umyślnie je nadwątliłem, na wypadek, gdyby ktoś chciał popatrzeć na miasto z mojego gniazda. Miałem naprawdę dużo czasu, by wszystko sobie tu zorganizować. Poszedłem na bok, wzdłuż ściany chłodni i wszedłem do jej środka. Popatrzyłem w górę, na okrągły pierścień szaro-burego nieba, po czym szybko odnalazłem wzrokiem linę, zwisającą z samej góry. Podszedłem do niej i sprawdziłem, czy wszystko było w porządku. Cóż, tak wyglądało, pytanie, czy było tak na pewno? Przekonamy się. W sumie przecież każdy dzień jest dobry na śmierć. Ostrożnie i powoli zdjąłem linę z haka i chwyciłem ją mocno, czując, jak ciągnie mnie ku górze. Wsunąłem w pętlę na jej końcu czubek gumowego buta, chwyciłem mocno jedną dłonią linę i drugą nogą lekko wybiłem się w powietrze. Żołądek podszedł mi pod samo gardło, gdy lina pociągnęła mnie w górę z prędkością niejednej windy. Gdzieś w połowie drogi wyminąłem się z dużym workiem pełnym piasku, który był moją przeciwwagą, po czym znalazłem się na samym szczycie. Winda, którą sobie sam przygotowałem była całkiem niezła.
 
Zgrabnie przeskoczyłem na balkonik idący wokół całej chłodni na jej szczycie, zdjąłem plecak i szybko zlustrowałem niebo. Było na szczęście już jasno-szare, ciemne chmury gdzieś odpłynęły. Na jego tle o wiele lepiej widać było gargulce. Tutaj, na tej wysokości one były jedynym zagrożeniem dla mnie. Tak, gargulce chyba są najgorsze. Ptaki o szarych, prostych pióro-łuskach, mające zwykle przynajmniej cztery, pięć metrów rozpiętości skrzydeł. Drapieżne ptaki. A dlaczego akurat "gargulce"? Nie wiem, czy w ogóle ktoś je nazwał. Ale kiedyś obserwowałem jednego z nich przez ponad godzinę. Siedział na gzymsie jakiegoś budynku, całkowicie nieruchomy, a jego pióro-łuski przybrały szary kolor ścian. Wyglądał jak rzeźba, właśnie taka, jak postać gargulca na starych budynkach. Naprawdę paskudne, złe stworzenia, w dodatku potwornie inteligentne. Nie wiem, skąd się wzięły. Zabawne jednak jest to, że kształt ich głowy kojarzy mi się ze zwykłymi gołębiami. Czy to właśnie z nich się rozwinęły? Możliwe… W końcu jeśli dzikie psy pod wpływem mieszaniny genów, radiacji i skażenia wyglądały tak, jak wyglądały, to i zwykłe gołębie mogły wyewoluować w prawdziwe latające potwory.
 
Ułożyłem plecak przy barierce i odpiąłem z niego wąski, długi pokrowiec. To była moja druga, ulubiona broń jaką miałem. Karabin SR-25, z magazynkiem na 20 nabojów 7,62 x 51 mm NATO. Nie miał może nie wiadomo jak ogromnego zasięgu - maksymalny ograniczony był ledwie do kilometra, zaś skuteczny do sześciuset metrów, ale w mieście zupełnie wystarczał. Szybko oparłem gotowy do strzału karabin o plecak i do wizjera maski przyłożyłem lornetki. Nigdzie jednak nie było widać żywej duży. Byłem sam. Przez dłuższą chwilę krążyłem po szczycie chłodni, obserwując moje miasto ze szczytu nieba w różnych kierunkach, jego ulice, po których kiedyś jeździłem z ojcem, po których kiedyś kursowały autobusy, w którym kiedyś żyli ludzie. Teraz nie było nikogo. Widziałem za to dziesiątki, jeśli nie setki wraków aut, porozrzucanych byle jak bez ładu i składu przez wojskowe spychacze, zardzewiałych, spalonych, zniszczonych. Jedynie niemal półtora kilometra ode mnie w linii prostej, dostrzegłem wąską strużkę dymu, powoli pnącą się w górę. Tak, pamiętam, tam był stały obóz, w którym kiedyś mieszkałem. Dość regularnie ze sobą handlowaliśmy. Ale nie lubiłem się do nich zbliżać. Odwróciłem wzrok i przez dłuższą chwilę oglądałem perspektywę całego miasta.
 
Katedra Świętego Mikołaja, na którą popatrzyłem, jakoś ocalała mimo wstrząsów. Bez trudu wypatrzyłem na samym jej szczycie gniazdo gargulca. To była matka, opiekowała się dwoma młodymi. Przez chwilę obserwowałem ją, jak je tuli, otacza skrzydłami, karmi prosto ze swojego ostrego dzioba czymś, co upolowała. Nie chciałem się nawet zastanawiać co padło jej łupem. Zdawałem sobie sprawę, że ofiara mogła chodzić również na dwóch nogach. W pewnym momencie zwróciła głowę w moją stronę i nasz wzrok się spotkał. Byłem pewny, że mnie dostrzegła, że wyczuła na sobie moje spojrzenie. Z tego co mogłem zaobserwować, te ptaki miały doskonały wzrok. Patrzyliśmy na siebie, ja przez lornetki, ona swoimi wielkimi, czarnymi oczami. Ale to była moja… towarzyszka? Pół roku temu, gdy dokonywałem takiej samej inspekcji okolic, jak dzisiaj, też patrzyłem na jej gniazdo. Wtedy jeszcze były w nim jaja. Inny gargulec zaczął ją atakować. Niewiele myśląc, przyłożyłem do ramienia snajperkę i wystrzeliłem. Pocisk ledwo doleciał, niemal nie zranił agresora. Ale zwrócił jego uwagę. Ranna matka wróciła do swoich jaj, a atakujący ją gargulec rzucił się w moją stronę. Był piekielnie szybki, odległość pokonał w mniej kilka sekund. Miałem wtedy czas tylko na dwa strzały. Strąciłem go, a potem przez lunetę karabinu spojrzałem na gniazdo. I wtedy po raz pierwszy spojrzałem w oczy tamtemu gargulcowi. Miałem wrażenie, że ona doskonale mnie zapamiętała. I że zawarła ze mną ciche porozumienie, taki pakt o wzajemnej nieagresji.
 
No i stadion. Tam dopiero były prawdziwe "potwory". Popatrzyłem przez lornetki na stadion, pogrążony w ruinie, teraz wypełniony z małymi, kolorowymi namiocikami. Na początku to właśnie tam zgromadzili się uchodźcy z miasta i okolic. Wojsko jako tako zorganizowało tam tymczasowy obóz, ze szpitalem dla lżej rannych i chorych. W końcu mogło się tam zmieścić nieco ponad piętnaście tysięcy ludzi - nie licząc powierzchni murawy. Szybko jednak to miejsce okazało się śmiertelną pułapką - każdy z kwaśnych, trujących deszczy wypełniał go płynną trucizną. Mimo ostrzeżeń żołnierzy oraz lekarzy ludzie nie wynieśli się stamtąd i… cóż, było coraz gorzej. W pewnym momencie to żołnierze wynieśli się, zostawiając całe to miejsce swojemu losowi. Ludzie, którzy teraz tam mieszkali - Stadionowcy - cofnęli się przynajmniej do epoki brązu i to chyba pod każdym względem. Zrobili się po prostu dzicy i bezwzględni, polując niczym prymitywne ludy na co popadnie - nie wyłączając innych ludzi. Oglądając teren wokół stadionu zauważyłem kilku z nich. Opuścili właśnie stadion i ruszyli gdzieś w miasto. Pewnie na polowanie. Obserwowałem ich przygarbione sylwetki, pokraczne kroki, prymitywną broń zrobioną z czegokolwiek. Mutanci. Ilu ich tam było? Kilkunastu, może kilkudziesięciu, a może i setka? Najważniejsze, że chyba nikt nie miał tam broni palnej. A jednak ci - chyba jeszcze - ludzie byli bardzo niebezpieczni, ze swoimi maczugami i włóczniami ze złomu. Chorzy, wyniszczeni przez radiację i skażenia, za nic w świecie nie chcieli umierać, za to bardzo chętnie pomagali w tym innym. Kilka razy zdarzyło mi się przypadkiem na nich natrafić i zawsze musiałem ratować się błyskawiczną ucieczką. Ostatnio coraz częściej zdarzało się nawet to, że nie rozumieli gestu wymierzonej w nich broni. A ja nie chciałem przecież zabijać ludzi. Nawet takich, jak oni. Raz jeszcze popatrzyłem na stadion, ale grupka Dzikich zniknęła. Omijałem tamto miejsce, zwłaszcza, że było bardzo blisko. Stadionowcy zdawali sobie sprawę z mojej obecności w okolicy, mieli jednak tyle resztek rozsądku, by mnie ignorować, wiedząc, że polowanie na mnie byłoby dla nich bardzo kosztowne pod każdym względem. A ja odwdzięczałem się im tym samym - ignorowaniem i schodzeniem im z drogi. W końcu oderwałem wzrok od stadionu i raz jeszcze popatrzyłem na najbliższy teren. Cóż, wszędzie wokół była kompletna cisza.
 
Gdy już miałem wstać i się zebrać z powrotem, usłyszałem głośne wycie dzikiego psa. Oczywiście tutaj, na górze, nie mógł być żadnym zagrożeniem. Tym niemniej był w pobliżu. Raz jeszcze się rozejrzałem i zauważyłem go daleko poniżej, na długim, prostym odcinku drogi. Pędził z całych sił, najwyraźniej kogoś ścigając. Przesunąłem lornetki i zaraz po tym usłyszałem krótką serię strzałów. Bezbłędnie rozpoznałem Kałasznikowa. Zauważyłem dwóch ludzi, którzy rozpaczliwie uciekali przed polującym na nich drapieżnikiem i pokręciłem głową. Byli we dwójkę, zamiast zatrzymać się i podjąć walkę, woleli uciekać, strzelając na ślepo przez ramię. Zmrużyłem gniewnie oczy i postanowiłem dać im nauczkę. W końcu wdarli się na mój teren. Sięgnąłem po snajperkę i popatrzyłem na dachy okolicznych budynków. Na kilku cienkich masztach kolorowe strzępki materiału wisiały niemal pionowo. Doskonale, wiatru nie było w ogóle. Wymierzyłem karabinem w uciekającą dwójkę. Przesuwałem spokojnie lufę, ucząc się ich tempa, potem znów wziąłem poprawkę na cel. Uczyłem się szybkości, zrobiłem kolejną niewielką korektę i nacisnąłem spust.

Karabin kopnął mocno z hukiem, a ja w pierwszej chwili pomyślałem, że nie trafiłem. Cóż, pech, to był trudny strzał. Pod ostrym kątem w dół, w szybko poruszający się cel. Jednak po chwili zmieniłem zdanie, udało się. Po prostu pocisk uderzył metr, może dwa przed celem w stary asfalt, zrykoszetował i trafił prosto w brzuch. Poznałem to po tym, że obiekt znacząco zwolnił, a na starym asfalcie pojawiła się wciąż powiększająca się smuga brunatnej krwi. W końcu mój cel niemal zupełnie się zatrzymał, chwiał się chwilę i powoli przewrócił na bok. Cztery kończyny dzikiego psa drgały spazmatycznie i teraz dopiero zobaczyłem dużą, podłużną ranę po pocisku. Dwaj uciekający mężczyźni zatrzymali się, po czym rozejrzeli i jeden z nich pistoletem dobił konającego psa, a drugi pomachał ręką w geście pozdrowienia w bliżej nieokreślonym kierunku, zapewne chcąc mi podziękować. Oczywiście, nie oddałem gestu. Przecież jestem Duchem, jestem tu i tam, na moim terenie wszędzie wokół. Przynajmniej oni powinni tak myśleć.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
MarcinD · dnia 31.01.2019 10:07 · Czytań: 172 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 7
Komentarze
StalowyKruk dnia 31.01.2019 14:23
O nie, przyjaźń z gołębiem.
Tak, to jest mój główny problem z tym tekstem.
Nie mam problemu z samą przyjaźnią, ale Duch w tej historii wychodzi na bohaterskiego obrońcę uciśnionych gołębi. To Twój tekst, ale moim zdaniem powinieneś to zmienić.
Primo, brzmi sztampowo.
Secundo, narusza zasady, które sam ustaliłeś. Nie napisałeś, żeby karabin był w jakikolwiek sposób wytłumiony, a Duch chce przecież pozostać w ukryciu. Każdy strzał to możliwe ujawnienie pozycji.
Tertio, obiecałeś, że nie będzie (za dużo) moralizowania.
Gołębia możesz sobie zatrzymać, ale uwiarygodnij historię. Proszę.
W takiej sytuacji najlepszym rozwiązaniem wydaje mi się zmiana opowieści w np. likwidowanie zagrożenia ze strony gargulców i przypadkowy ratunek jaj. Nie przepadam za przypadkami, ale dobrze umieszczone w historii mogą stanowić nawet siłę napędową.

Trzymaj się.
MarcinD dnia 31.01.2019 21:23
Hmm, też nie lubię gołębi ;-). Ale w tym konkretnym przypadku... Cóż, Duch zrobił tak, jak uważał za słuszne, zaatakował jednego z dwóch Gargulców, które były blisko. Nie zmienię tego, bo motyw zaprzyjaźnionego Gargulca tu i ówdzie będzie się powtarzał aż do samego końca.

Co do ukrywania się i odkrywania strzałem, cóż, być może w otwartym terenie pojedynczy strzał daje możliwość odgadnięcia kierunku, jednak w mieście - zrujnowanym, ale jednak mieście - strzał, zwłaszcza pojedynczego, po którym nie następują żadne inne, nie daje żadnych gwarancji odkrycia kierunku, echo odbite od budynków w okolicy miksuje dźwięk i kierunki. Zresztą ma to podkreślić końcówka, gdy jeden z mężczyzn macha ręką dziękując i chcąc sprowokować Ducha do ujawnienia się, ale ten właśnie ignoruje gest.

I jeszcze moralizowanie... Hmm, wydaje mi się, że nie było go za dużo. Raczej starałem się opisać świat i opisać wszystkie możliwe grupy/frakcje, jakie może spotkać Duch na swojej drodze. Nie chciałem moralizatorsko przekazać zepsucia (chyba chodzi Ci o motyw z mieszkańcami Stadionu?) a jedynie przedstawić fakty.

Dzięki za konstruktywny jak zawsze komentarz :-).
StalowyKruk dnia 31.01.2019 22:12
Od razu konstruktywny, po prostu piszę to co myślę ;)
Nigdy nie strzelałem w mieście, ale wydaję mi się, że przynajmniej orientacyjnie można określic kierunek, z którego pada strzał. Nie konkretną pozycję strzelca, ale okolicę, z której pochodził strzał. To ściąganie sobie pterodaktylo-gołębi do ogródka.

MarcinD napisał:
zaatakował jednego z dwóch Gargulców, które były blisko

W tekście to wygląda raczej, jakby ratował tego zagrożonego. Z mojego punktu widzenia czekanie byłoby mu na rękę. Jeden gołąb likwiduje drugiego, a potem można ustrzelić zwycięzcę.

A tak poza tym, źle się zrozumieliśmy. Nie jestem przeciwnikiem gołębi. Nie zwracam na nie uwagi, dopóki nie zaczynają kołować mi nad głową.
MarcinD dnia 31.01.2019 23:07
StalowyKruk napisał:
W tekście to wygląda raczej, jakby ratował tego zagrożonego.

Hmm, tak, poza tym Duch sam mówi, że strzelił "niewiele myśląc". Taki odruch strzelania w tego, kogo atakuje. W kolejnych częściach będę kładł większy nacisk na to, by pokazać, że Duch raczej unika konfrontacji i gdy tylko może, schodzi z pola widzenia, niż raczej dba o regularny odstrzał drapieżników ;-). Z pewnością zdroworozsądkowe, przemyślane podejście do akcji skończyłoby się czekaniem na wynik walki i ewentualną likwidacją zwycięzcy, tak, jak napisałeś. Ale wygrał odruch atakowania atakującego.

A jeśli chodzi o sam huk wystrzału, patrząc jeszcze, że był z dużej wysokości, echo rozeszło się daleko, odbijając wielokrotnie od budynków - będę o tym pamiętał następnym razem. Za to faktycznie nie pomyślałem o tym, że ewentualny strzał na dużej wysokości wzbudza ciekawość - co najmniej - fruwających drapieżników. Również zapamiętuję ku przyszłości.
Marek Adam Grabowski dnia 03.02.2019 09:14
Rozumiem, że muszę przeczytać pierwszą część, żeby zrozumieć całość, jednak zapowiada się ciekawie. Co do twojego pióra; niby nie ma błędów, ale jakoś ciężko się czyta.

Pozdrawiam!
MarcinD dnia 04.02.2019 08:10
Marek, zapraszam więc do pierwszej części. Mam nadzieję, że zarówno pierwsza, jak i następne będą dla Ciebie lżejsze :-).
Marek Adam Grabowski dnia 04.02.2019 09:08
Przeczytam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
AntoniGrycuk
21/07/2019 11:01
Zdzichu, cały sens, jaki chciałem zawrzeć w tym wierszu,… »
Zdzislaw
21/07/2019 10:21
Konstrukcyjnie wszystko utrzymane, rytmicznie i ze… »
Indyphar
21/07/2019 01:39
@Skuul, dzięki za opinię. Co do "wyjaśniania",… »
Skuul
21/07/2019 00:11
zamiast wyjaśnić działanie dajesz czytelnikowi opinie,… »
Skuul
20/07/2019 23:42
czy wieko trumny? mocno poetyckie opisy, w całym tekście… »
Marek Adam Grabowski
20/07/2019 19:45
Patrząc na kategorię spodziewałem się jakieś baśni. Napisane… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:bertygoforo
Wspierają nas