Wyprawa w nieznane - AntoniGrycuk
Proza » Przygodowe » Wyprawa w nieznane
A A A
Od autora: Tekst przeznaczony dla osób pełnoletnich.

 

Długo marzyłem o tym wyjeździe. Już w listopadzie nie mogłem się doczekać, a mamy przecież koniec marca. Kiedyś, jak zaczynałem tę swoją przygodę, jeździłem i zimą, ale teraz mi się już nie chce. Poza tym cały czas mam na względzie Olę, ona zawsze się martwi. Owszem, dopinguje mnie, kupuje potrzebne rzeczy, ale się martwi. Nigdy tego nie powie, lecz widzę to po niej. Nawet za każdym razem dopytuje, gdzie będę, czy czegoś więcej mi nie trzeba. Kochana z niej dziewczyna. Co ja bym bez niej zrobił? Pewnie nadal popijałbym piwko wieczorami, gapiąc się w telewizję. To ona dała mi kopa, pozwoliła w siebie uwierzyć. To dzięki niej tam jeżdżę. Mawia, że w życiu trzeba mieć pasję, choćby to były puzzle. Sama skleja różne makiety, bawi się w origami i wycina wymyślne wzory z papieru. Nawet dostała nagrodę w jakimś konkursie za najlepsze wykonanie Santa Marii, statku Kolumba. Niektórzy się z niej podśmiewają, że ma hobby jak facet. Ja ją za to tylko podziwiam. Zresztą dla mnie jest ogólnie dość męska, co wcale nie umniejsza jej kobiecości. W ten sposób uzupełniamy się, bo zawsze miałem tendencję, aby zachowywać się jak dziewczyna. To też jej nie przeszkadza. Mało tego, wyznała kiedyś w sekrecie, że właśnie dlatego mnie wybrała.

Wstałem o piątej, zjadłem śniadanie, wypiłem kawę, spakowałem do samochodu potrzebne rzeczy i teraz będę jechał po Karola. Taki sam wariat jak ja. Świat mógłby nie istnieć, a ta pasja musi. Ile razy naszukaliśmy się otworów wejściowych, łaziliśmy godzinami, aż w końcu dopięliśmy swego. A i zdarzyło się pobłądzić, i to nie raz. Takie rzeczy zbliżają ludzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie przyjemności, a właśnie trudności zbliżają. I coś w tym jest. Bo nieraz mnie wkurzył, że miałem ochotę palnąć go w łeb. Ja też święty nie jestem. A bo to mało razy dałem mu się we znaki? Oj, niełatwy mam charakter. Ale jeśli się kogoś polubi, to i charakter staje się mniej drażniący. A z Karolem lubimy się naprawdę. Czasem zastanawiam się, czy nie jest mi bliższy niż rodzina. Bo z rodziną to przy stole, oficjalnie, aby się tylko nie urazić, a z nim jest prawdziwe życie. Ola się śmieje, że powinienem za niego wyjść, pasowalibyśmy do siebie. Tak samo nierówno pod sufitem, tak samo zwariowane osobowości, on męski, a ja niemal kobiecy. Ale co ja zrobię, jak faceci mnie nie pociągają? Zresztą teraz, trzy lata po ślubie, nadal nie interesują mnie inne kobiety. Tylko Ola. Jest wyjątkowa. Owszem, bywa, że pogapię się na jakąś, podziwiam urodę, czasem nawet pomyślę seksualnie, ale w gruncie rzeczy nie mógłbym. I nie brakuje mi wolności. Wolność mam i to w nadmiarze, bo Ola daje mi jej aż nadto. Choćby te męskie wyjazdy jak teraz.

Jeszcze przed wyjściem podchodzę do łóżka i mam ochotę ucałować ją na do widzenia, ale śpi tak smacznie, że nie chcę jej budzić. Poduszka zamglona kasztanowymi, splątanymi, długimi włosami, cichy szmer oddechu i ten jedyny w swoim rodzaju wyraz twarzy – anielski spokój i dobroć. Czasem zastanawiam się, po co w ogóle tam jeżdżę? Mam przecież tę kobietę, świata poza nią nie widzę. I wracając, za każdym razem nie mogę się doczekać.

Ruszam z parkingu za piętnaście szósta. Zawsze tak rano wyjeżdżamy, aby jak najwięcej dnia mieć dla siebie. Wybieram numer Karola. Jeden sygnał, drugi, trzeci, potem czwarty i zgłasza się poczta głosowa. Pewnie jest w kiblu. Mijam na Odyńca Citroena na awaryjnych i przypomina mi się, jak wracaliśmy z Karolem któregoś razu i nam się auto rozkraczyło. A całą drogę gadałem o jego bezawaryjności. Mówił w żartach, że to przez autostopowiczów, których zabrałem, bo się z nimi pokłóciłem i życzyli mi awarii. Ja sam nie traktowałem tego jako żart. Wierzę, że ludzie mogą powodować takie rzeczy. Może głupie mam przekonania, ale zawsze tak myślałem. I nie wstydzę się tego.

W końcu dzwonię drugi raz. Właśnie dochodzi szósta. Karol odbiera:

Halo...

Hej, będę za dwadzieścia minut – mówię szybko, pełen energii.

Mam dla ciebie złą informację – przyjaciel ledwo otwiera usta, najwyraźniej wyrwany ze snu.

Co się stało?

Chory jestem, ledwo żyję i nie dam rady jechać.

Nie wierzę w to, co słyszę, zapada cisza i tylko zwalniam jazdę. Świat mi się wali na głowę. Tak doskonale wszystko zaplanowałem, a teraz Karol mówi w ostatnim momencie, że nie może jechać. Wzbiera we mnie złość i krzyczę do słuchawki:

Czemu nie zadzwoniłeś?!

Myślałem, żeby ci to wczoraj powiedzieć, ale miałem nadzieję, że poczuję się lepiej.

A nie mogłeś dziś wcześniej?! – kontynuuję w tym samym tonie.

Pół nocy nie mogłem spać, więc nie byłem w stanie się obudzić – wyjaśnia skruszony.

I co ja teraz mam zrobić?!

Przełóżmy to na inny termin – Karol cały czas ledwo mówi.

Później to ja nie wiem, jak będzie u mnie w pracy i czy będę w stanie się wyrwać! – Jestem naprawdę wściekły.

Nic na to nie poradzę, mam gorączkę ponad trzydzieści osiem.

Milkniemy obaj. Zatrzymuję samochód przy skrzyżowaniu z Banacha i tylko czekam, jakbym chciał wymusić na nim zmianę decyzji. W końcu wybucham wewnętrznie i mówię z wielkim gniewem:

To jadę sam. Tylko nie dzwoń do Oli, że zostałeś.

Sam? Co ty wygadujesz? – Karol się ożywia, a jego głos wzmacnia.

No sam! Tak, jak słyszysz. I poproś Monikę, żeby też się nie wygadała przez przypadek, gdyby się słyszały.

Chce ci się samemu? – Zna mnie, jednak pyta, mimo że na dobrą sprawę odpowiedź jest jasna.

Przecież wiesz, że na początku jeździłem sam, więc i teraz mogę – mówię już spokojnie, ale pewnie i ostro.

Ale wtedy to dopiero zaznajamiałeś się z Jurą i nigdzie głęboko nie schodziłeś.

To, co z tego?

Przecież to sport zespołowy i dobrze wiesz, że nie powinno się robić tego w pojedynkę – w jego głosie pojawiają się pretensje.

Nic mi się nie stanie.

Kurde, potrzebna była mi ta choroba... Teraz będę miał wyrzuty sumienia.

Nie musisz. Dobrze mi zrobi taki wyjazd. Wyciszę się, zaznam spokoju.

A kiedy chcesz wrócić?

Jutro wieczorem, zgodnie z planem.

Jak tam sobie chcesz – szepcze zrezygnowany Karol. – Tylko żeby nic ci się nie stało.

Wiesz, że dbam o siebie.

To zadzwoń wieczorem i daj znać, co tam.

Ok, a wy się nie wygadajcie. Obiecujesz?

Dobra, obiecuję.

To do wieczora.

Na razie.

Rozłączam się. Biorę kilka głębszych oddechów, wypuszczając powietrze z sykiem, napinam mięśnie i sam nie jestem pewien, czy wyjazd w pojedynkę to dobry pomysł. Niby wielokrotnie tak robiłem, ale teraz wydaje się to nieuczciwe w stosunku do Oli. Bo nie zdradzę, że pojechałem sam; nie chcę jej martwić, że coś takiego może się zdarzyć również w przyszłości.

Prawie trzy godziny później parkuję na leśnym parkingu, od którego mam około dwóch kilometrów na piechotę. Z całym majdanem na plecach. Podchodzę od tyłu samochodu, otwieram bagażnik, ale kątem oka widzę kogoś idącego w moją stronę, asfaltówką biegnącą obok. Mam wrażenie, że to ktoś znajomy. A może mi się zdaje? Zaczynam się przebierać w specjalny strój. Czuję chłód, bo jest około dziesięciu stopni. Wyciągam ekwipunek, chowam cenne rzeczy do specjalnego, nieprzemakalnego woreczka, potem do bocznej kieszeni plecaka. Spoglądam jeszcze raz w stronę nieznajomego i, o dziwo, jest to facet, który wjechał w mój samochód kilka miesięcy wcześniej. Gdy wysiadłem, spojrzał na mnie, spuścił głowę i głosem niemal grobowym rzekł: niech pan uważa na siebie. Nie powiedział nic na temat wypadku, a właśnie te słowa. Dopiero po dłuższej chwili rozmawialiśmy o tym, co się zdarzyło. Do dziś mnie zastanawia, co to za człowiek.

Facet podchodzi do mnie, zerka, jakby nie wierzył własnym oczom.

Dzień dobry – zaczynam z zapałem.

Dzień dobry, to pan... – mówi z jakimś dziwnym smutkiem ten drugi.

Gdzie jak gdzie, ale tu bym się pana nie spodziewał.

Ja pana też. Co pan tu robi?

Właśnie idę do jaskini. A pan?

Jestem geodetą, mam zleconą robotę i muszę skończyć do wieczora. A pan do tej jaskini sam? To niebezpieczne.

Życie jest niebezpieczne. – Uśmiecham się.

Wie pan, że czasem taka jaskinia może zmienić człowieka?... – Geodeta wypowiada to w jakiś tajemniczy sposób. – Szczególnie jeśli jest się tam samemu.

Jak to zmienić?

Po prostu, człowiek wychodzi inny.

Niech mnie pan nie straszy – odpieram ze śmiechem.

Raczej staram się uczulić.

Na co? – Jeszcze bardziej rośnie we mnie ironia.

Na te zmiany... – Rozmówca patrzy mi w oczy, delikatnie kiwa głową. – Dobra, muszę dalej pracować. Niech pan na siebie uważa. Miło było spotkać.

Pana także.

Do widzenia.

Do widzenia.

Facet odchodzi, ja zajmuję się dalszymi przygotowaniami.

Pół godziny później dochodzę do jaskini. To pionowa studnia, a na dnie kilka dużych komnat. Zakładam na siebie potrzebny sprzęt, zawiązuje linę, zarzucam plecak na ramiona, przypinam się i do boju. A zawsze zmagałem się z lękiem wysokości. Oddech mi przyspiesza, nogi zaczynają się trząść, ale opanowuję panikę. Już podchodzę do otworu, gdy słyszę, że w kieszeni plecaka dzwoni telefon. Po chwili spoglądam na wyświetlacz. To Ola. Nie wiem, czy odebrać, bo nie chcę zdradzać, że jestem sam. Co robić? Ale jeśli nie odbiorę, będzie jeszcze gorzej.

Słucham cię – zaczynam.

Gdzie jesteście? – pyta szybkim i, wydaje się, nerwowym głosem.

Właśnie zaczynamy schodzić do jaskini, a co? – Śmieję się sztucznie do słuchawki.

Nie schodźcie! – mówi tylko te dwa słowa i urywa.

Dlaczego?

Proszę cię, nie schodźcie tam. – Wyraźnie słyszę, że z trudem opanowuje płacz.

Co się dzieje? Wszystko w porządku?

Nic konkretnego, ale nie schodźcie.

Powiesz mi, czemu? Przecież nieraz byliśmy w jaskini i wiesz, że nic się nie stanie.

Ale nie schodźcie. – Powtarza te dwa słowa, jakby była pewna, że coś będzie nie tak.

Oluniu, uwierz, wszystko będzie w porządku.

Tak, ale nie schodźcie.

Zacięłaś się, czy co? – Już nie wytrzymuję i zaczynam się śmiać na cały głos.

Nieee… – słyszę już tylko pochlipywanie.

Ola! – Podnoszę głos. – Uspokój się, nic nam się nie stanie! Czy to do ciebie dociera?

Nieee… będzie źle… – rozumiem tylko pojedyncze słowa, reszta to zawodzenie.

Zróbmy tak. Zejdziemy i jak tylko będziemy z powrotem, to natychmiast się odezwiemy. Obiecuję.

Ola się rozłącza. Trzymam przez dłuższą chwilę telefon przy uchu i nie wiem, co zrobić. Jeśli oddzwonię, to nie da mi spokoju, a jeśli tego nie zrobię, zjedzą ją nerwy. Pierwszy raz słyszałem od niej coś takiego. Owszem, zawsze miała obawy, ale nigdy o to nie prosiła. Co takiego musiało się stać? Jakieś złe przeczucie? A może po prostu ktoś jej naopowiadał, jakie to wypadki się zdarzają. Przecież nie zrezygnuję. Nie po to jechałem sam ponad dwieście kilometrów, aby się teraz wycofać. Biorę kilka głębszych oddechów i mnie olśniewa. Oddzwaniam.

Ok, skoro o to prosisz, to nie zejdziemy – zaczynam.

Dzięki Bogu – słyszę przez łzy.

Zwijamy sprzęt, powłóczymy się po Jurze, bez jaskiń. Tak może być?

Naprawdę?

Tak. Przyjedziemy innym razem. Tutaj jest co zwiedzać.

Ale nie kłamiesz?

Nie! – wypowiadam ostro i czuję ściskanie w żołądku, bo oszukiwanie jej jest ponad moje siły. – Uspokój się, zadzwonię za godzinę.

Wcześniej.

Ola! Pół godziny to będziemy wracali do samochodu, a kiedy zwinąć sprzęt, przebrać się?

A gdzie pojedziecie?

Jeszcze nie wiem, może do Ogrodzieńca?

Ale nie zejdziecie tam?

Nie. – Przymykam oczy z emocji.

To czekam na telefon. Kocham cię.

Ja ciebie też, pa.

Pa.

Wkładam aparat do plecaka, przygotuję się i zaczynam. Gdzieś z tyłu głowy mam obietnicę złożoną Oli. Cóż, nie zadzwonię za godzinę. Najwyżej za dwie, trzy. Powiem, że nie było zasięgu. Nic jej się nie stanie, a ja muszę tam zejść i pobyć.

Zjeżdżam. Najpierw powoli, centymetr po centymetrze. Patrzę w dół i przeszywa mnie silny lęk. W końcu to ponad dwadzieścia metrów, więc sześć pięter z haczykiem. Dziura wygląda jak niekończąca się otchłań. Widać tylko kilka pierwszych metrów, a dalej nieodgadniona ciemność. Rozstawiam nogi jeszcze szerzej, aby utrzymać równowagę, popuszczam linę i zagłębiam się w czeluści. Jeszcze raz rzucam okiem na węzły, czy wszystko w porządku i już śmielej kontynuuję. Czuję, jakby coś mnie ściskało w mostku, przed oczyma zawężony obraz, dźwięki nie docierają. Ilekroć zaczynam zjeżdżać, mam wrażenie, że czas przestaje istnieć. Po co to w ogóle robię, skoro mam taki lęk? Nie lepiej na kanapie, obok żony? Ale coś mnie ciągnie, aby próbować odkrywać to, co dla oczu normalnie niedostępne, to, co tajemnicze. Gdy już w pełni wiszę, uczucie lęku słabnie, oddech się uspokaja, nogi przestają trząść. Za jakiś czas dojeżdżam do półki będącej w połowie głębokości studni wlotowej. Na chwilę staję, rozglądam się, przyzwyczajam oczy do światła czołówki, biorę kilka głębszych oddechów i naprzód.

W końcu jestem na dnie. Z góry dobiega jasne, słoneczne światło, ograniczone jednak przez liczne występy skalne. Odpinam się od liny, plecak zrzucam pod ścianę, aby przypadkiem kogoś nie kusił i idę w głąb. Widzę tylko zarysy co większych głazów i dna jaskini. Oczy jeszcze nie przywykły w pełni do półmroku. Podążam do pochyłego przejścia łączącego tę salę z następną. I dopiero teraz zaczynam się cieszyć. Bo cały lęk wysokości minął, a zostało obcowanie z tym, co nieznane. Sam nie bardzo rozumiem, ale coś mnie pcha naprzód, nawet nie rozejrzałem się zanadto. Pokonuję przewężenie i wchodzę do sali o wysokości kilkunastu metrów. Patrzę w górę i zauważam kilka nietoperzy pod sufitem. Z ust wydobywają mi się kłęby pary. W końcu tutaj jest tylko kilka stopni. Słyszę mocny pogłos własnego oddechu. Po prawej stronie pionowa ściana ciągnąca się na wysokość kilkunastu metrów, a pod nią kolejna studnia w dół. Uważam, aby się nie poślizgnąć i nie wpaść. Ale wiem, że nie ma po co do niej wchodzić, bo kończy się po kilku metrach. Dochodzę do pochylni idącej pod kątem w górę, mam ją do pokonania. Ostrożnie wdrapuję się, używając częściowo zapieraczki, częściowo technik wspinaczkowych i docieram do kolejnej sali, na środku której leży olbrzymi głaz. Siadam na nim. Gaszę czołówkę. Kiedy ostatni raz byłem w jaskini sam? Pewnie ponad dwa lata temu. A i tak nie były to jaskinie tych rozmiarów, najwyżej kilka metrów głębokości.

Z jednej strony żałuję, że nie ma ze mną Karola, a z drugiej cieszę się, bo samemu mogę posiedzieć w zupełnej ciemności i ciszy. On raczej nie podziela takich zamiłowań. Nie widzę absolutnie nic. Tylko do moich uszu dobiega nierówny pogłos własnego oddechu, wzmocniony tajemniczością. Chcę tu posiedzieć godzinę, może dwie, zobaczymy, kiedy zmarznę. Zastanawiam się, jak to jest, że w takiej jaskini panuje taka sama temperatura przez cały rok, latem dając chłodne orzeźwienie, a zimą przyjemne ciepło. Ktoś mi powiedział, że wszystko jest względne i jaskinia jest tego doskonałym przykładem. W życiu jest podobnie. Raz postrzegamy jedną sytuację jako nieprzyjemną, a drugi raz odwrotnie, to zależy od naszego stanu początkowego. Bo ile bym dał, aby znów wrócić do liceum i nie martwić się wszystkim tym, co dotyczy człowieka dorosłego. A przecież tak bardzo nie lubiłem szkoły.

Ściągam rękawiczkę i sprawdzam, czy głaz, na którym siedzę, jest suchy. Pomyślnie. Kładę się na nim. Mam ochotę tu pobyć, może nawet się zdrzemnąć? Przed oczyma staje mi Ola. Może powinienem wyjść od razu i zadzwonić? Ale czuję się tak dobrze, że nie chce tego psuć. Pewnie mi tego nie wybaczy, ale w gruncie rzeczy mam to gdzieś. Liczy się tylko jaskinia. Lecz przypominam sobie, jak poznaliśmy się z Olą. Podeszła, przedstawiła się, spojrzała mi głęboko w oczy i podobno już wtedy wiedziała, że będę jej mężem. Ja byłem bardziej powściągliwy w dalekosiężnych zapatrywaniach. Widziałem jedynie przed sobą piękną dziewczynę, ale takich w świecie niemało. Usiedliśmy na kanapie u Rafała, popijaliśmy drinki i prawdę powiedziawszy, alkohol bardziej mnie interesował niż ona. Głupio mi teraz, że tak było. Ale cóż, nie powaliła mnie na kolana. Może to i dobrze? Może przez to nie zachłysnąłem się nią, a tym samym nie wyparowała mi tak szybko z głowy? Bo ktoś mi kiedyś powiedział, że zwykle to tak jest, że jeśli początek jest gorący, to szybko się wypala. Lecz Ola nie wypaliła się do dziś, kocha mnie jeszcze bardziej. Zdarzają się wyjątki. W końcu zaczynają mi się zamykać oczy, spałem przecież tylko pięć godzin, a zwykle siedem, osiem.

Ale widzę, że podchodzi do mnie Karol, ubrany również w jaskiniowy kombinezon. Zmienił zdanie? Przyjechał, mimo iż jest chory?

A jednak nie wytrzymałeś – mówię z ironią, ale i z podziwem.

Nie chciałem cię puszczać samego. Potrzebujesz opieki, jesteś jak mała dziewczynka.

Te słowa mnie irytują. Bo mimo iż pogodziłem się z własną, nieco kobiecą naturą, to chcę być samowystarczalny, niezależny i silny.

Daruj sobie – próbuje go sprowadzić na ziemię. – Miło, że jesteś, ale jak mam słuchać, jaki to jestem nieporadny, to lepiej, aby cię tu w ogóle nie było.

Mógłbyś docenić, że przyjechałem chory – zauważa.

Może faktycznie przesadziłem z tym komentarzem? W końcu wiem, że on to tak z dobrego serca.

Doceniam, jak najbardziej, ale wiesz, że nie lubię, gdy mnie ktoś traktuje jak nie w pełni sprawnego.

Dziś muszę cię przypilnować, tak czuję.

Siadaj, tylko wyłącz czołówkę i bądź cicho, bo mam ochotę posiedzieć i poczuć ten klimat.

Wiesz co, ja to nie mogę, bo zaraz zmarznę, a przy chorobie to niedobre. Powłóczę się w środku i będę czekał na zewnątrz.

Daj mi pół godziny, potrzebuję ciszy i ciemności – mówię już łagodnie.

Karol odchodzi, a ja znów zostaję z tym, co nieznane, magiczne.

Właściwie to dlatego zacząłem chodzić po jaskiniach. Dla ciemności, tajemniczości. I dla tej nieodgadnionej zagadki, co będzie za kolejnym przewężeniem. Ile razy zadawałem sobie pytanie, co mnie do tego ciągnie, ale za każdym razem nie wiem nic. Wiem tylko, że muszę to robić. Nie dla ciekawych nacieków, pokonywania własnych barier, czy aby być sprawniejszym, ale właśnie po to, by poczuć tę tajemniczość. Co jest w tej tajemniczości, że mnie tak ciągnie? Przecież większość ludzi ma to gdzieś.

Mówię coś do siebie półgłosem, jakbym chciał się upewnić, że ciemność i pustka nie odebrały mi głosu. Bo na co dzień ciągle mnie zalewa prawdziwa powódź bodźców zarówno wzrokowych, jak i słuchowych. A tu każdy szmer to rarytas, to skarb. Zaczynam doceniać fakt, że ludzie są obdarzeni głosem, że potrafią mówić. Nigdy tak o tym nie myślałem. I że mogą widzieć. Nie wyobrażam sobie, jak można funkcjonować bez wzroku. I zaczynam rozumieć, że potrafię docenić rzeczy, dopiero gdy ich zabraknie. To tak jak z wodą. Gdy mamy jej pod dostatkiem, marnujemy, traktujemy jak coś niemal zbędnego. Dopiero będąc naprawdę spragnionymi, myślimy inaczej. Znów mówię coś na głos – w zasadzie jakieś słowa bez znaczenia. Pewnie zacząłbym nucić, gdybym miał odrobinę słuchu muzycznego. Pogłos dobiegający ze wszystkich stron przypomina taki z wielkiego kościoła, czy zamku, wdziera się bezczelnie do świadomości, bez ostrzeżenia, bez pozwolenia. Jakby wydobywał się z wnętrza głowy, jest wszędzie, jest wszystkim. Mam wrażenie, że zaczyna mi szumieć w głowie. To takie niesprecyzowane uczucie będące odpowiedzią na te warunki. Chwilami zastanawiam się, co pochodzi z zewnątrz, a co z wewnątrz mnie.

Ściągam obie rękawiczki. Dotykam jedną dłonią drugiej i ten dotyk jest wszystkim. Palce jednej ręki muskają te drugie, niemal mogę wyczuć linie papilarne. Także każdym kawałkiem ciała czuję ubranie: naciska na skórę, trze, drażni. Czuję, jakby drobne igiełki nakłuwały skórę. I wyraźnie wyczuwam wagę gumowców na stopach. Nigdy na takie rzeczy nie zwracałem uwagi. I sam nie wiem, czy to coś dobrego, czy wręcz odwrotnie, bo przecież zbytnie skupienie na szczegółach zgubiło już niejednego. Jednak cieszę się, gdyż lubię nowe doznania. Mam wrażenie, że moje ciało to ktoś inny. A może na co dzień tak bardzo uciekłem od samego siebie, a teraz właśnie wracam? Bo przecież to absurd, aby człowiek chciał oglądać ruchome obrazy na szklanym ekranie, zamiast żyć tym, co zostało mu dane naturalnie. Może w takich miejscach jak to ożywają prawdziwe instynkty? Kto wie, czego mógłbym doświadczyć, gdybym posiedział tu dłuższy czas? W końcu bardzo wielu doznawało oświecenia, będąc w pustelni czy na pustyni. Może mistycyzm polega właśnie na tym, aby poczuć naturalne instynkty? Zasypiam.

Budzę się zmarznięty i oszołomiony. Nie wiem, ile spałem. Pewnie zaraz się dowiem, bo Karol czeka na zewnątrz. Wstaję z kamienia, zapalam czołówkę i kieruje się szybkim krokiem w stronę wyjścia. Zjeżdżam na tyłku po pochylni, którą wcześniej pokonywałem, idę w stronę ostatniej sali i widzę jakieś światło. Na pewno tak długo spałem, że Karol się zaniepokoił i zszedł z powrotem, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Zwalniam kroku, uśmiecham się, wymyślając, jak mu się wytłumaczyć. Ale widzę dwie latarki. Z przewężenia między komnatą wejściową a tą, w której jestem, wyłania się dwoje ludzi. Pierwsza jest dziewczyna około dwudziestki, a za nią ciut starszy chłopak. Przez chwilę nie zwracają na mnie uwagi, stają na równe nogi i dziewczyna idzie wprost na mnie. Jest już o trzy metry, może bliżej. Chyba nadal mnie nie widzi. Kieruję światło czołówki prosto w jej twarz. Nagle przymyka oczy, osłania się ręką i pyta:

Jak dobrze, że cię widzimy. Gdzie jest wyjście?

Nie wiem, co powiedzieć. To pytanie zbija mnie całkowicie z tropu.

Przecież stamtąd idziecie… – wykrztuszam.

Tam nic nie ma! – dziewczyna podnosi głos.

Jak to nic nie ma? – Ogarnia mnie konsternacja.

Nie ma wyjścia, nie ma studni, nie ma nic, rozumiesz?! – dziewczyna krzyczy wniebogłosy, zakrywa twarz dłońmi i zaczyna szlochać.

Chłopak stojący dotychczas cicho i niemal niezauważalnie obejmuje ją ramieniem, przytula i szepcze:

Nie martw się, na pewno jest stąd jakieś inne wyjście.

Dopiero w tym momencie dociera do mnie, co się dzieje. Nogi mi się uginają z przerażenia. Rozglądam się w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłbym usiąść.

Zostaniemy tu na zawsze, tu umrzemy, rozumiesz?! – krzyczy dziewczyna.

W jednej chwili czuję nieogarnioną falę gorąca przeszywającą całe ciało. Widzę obok mały kamień, siadam na nim, a w zasadzie osuwam się bezsilnie.

Jak to nie ma wyjścia? Co się stało? – pytam, choć przed oczyma już mam jedno wielkie zawalisko.

Nie wiem – mówi chłopak. – Wszędzie tylko lita skała. Tak samo nie wiem, jak się tu znaleźliśmy.

Nie rozumiem... – Zaczyna się we mnie budzić coś dziwnego, czego nawet nie umiem nazwać. Bo dwoje ludzi jest w jaskini i nie wiedzą, jak do tego doszło? – A widzieliście chłopaka przy wejściu na górze?

My nie byliśmy na górze! – dziewczyna krzyczy jak opętana.

Jak to nie byliście? – Wszystko miesza mi się w głowie.

Normalnie. Nic nie pamiętamy, a potem znaleźliśmy się tutaj!

Jeszcze raz im się przyglądam i są w strojach grotołazów, na głowach mają czołówki, kaski, na nogach gumowce, więc musieli się odpowiednio przygotować i wiedzieć, co ich czeka. A przede wszystkim na pewno już byli w niejednej jaskini. To nie jest para osób, którym by się pomieszało w głowach z powodu klaustrofobii czy ciemności. Spinam się w sobie, nabuzowuję energią i przychodzi mi do głowy, że niezłe robią sobie jaja.

Róbcie, co chcecie, ale ja idę do wyjścia. Tam, skąd przyszliście. Nie interesują mnie wasze gierki. Przyznam, że się spietrałem, ale dość! – podnoszę głos. – Żegnam! – Wstaję dynamicznie z kamienia i szybkim krokiem się oddalam. Do wyjścia.

Jak znajdziesz wyjście, to krzyknij, usłyszymy cię – mówi chłopak. – Nigdzie się stąd nie ruszymy. Przynajmniej przez jakiś czas.

Zostawiam ich za plecami, pokonuję przewężenie i niemal biegnę w stronę studni wlotowej, nie zważając na nierówności pod stopami. Ale nadal tli się we mnie to samo przerażenie. A co, jeśli mieli rację? Jeśli nie ma wyjścia?

Pamiętam, jak pierwszy raz wszedłem do dużej jaskini. Co prawda nie była głęboka, ale za to długa, ciasna tak, że na czworaka ją pokonywałem, równie ciemna, a wtedy także przerażająca. I pobłądziłem. Korytarzy było sporo i trzykrotnie znalazłem się w tym samym miejscu. Miałem wrażenie, że nigdy stamtąd nie wyjdę. A co, jeśli oni doświadczyli tego samego? Może tak ich to przeraziło, że całkowicie odebrało rozum? Ale obojgu naraz? To raczej niemożliwe. Poza tym tutaj nie sposób zabłądzić, bo zawiłości nie ma w ogóle. Owszem, może zabraknąć siły, aby wyjść, bo w końcu to ponad dwadzieścia metrów po linie w górę, ale nie można zabłądzić…

Potykam się o kamień, ląduję całym ciężarem na lewym kolanie i tylko podpieram się rękoma. Wręcz słyszałem, jak coś chrupnęło. Dłonie całe, bo są w rękawiczkach, ale czuję wyraźne pieczenie i ból. Powoli się podnoszę, próbuję rozprostować kolano. Niestety ono nie słucha moich rozkazów. Pozostaje tak samo zgięte, a dojmujący, kłujący ból mówi mi, że się dorobiłem. Staję na zdrowej, prawej nodze i tylko podpieram się tą drugą. I dalej do wyjścia. Nie ważne nic innego, aby się tylko dowiedzieć, czy wyjście jest. Pokonuję kolejne metry, skręcam się z bólu i dostrzegam delikatne światło biegnące gdzieś z góry.

Jebani amatorzy! – syczę z ulgą, ale również z niewyobrażalnym gniewem. W końcu to przez nich tak się urządziłem. Jak teraz wyjdę o własnych siłach? Używając jednej nogi, będzie ciężko. W sumie dobrze, że to lewa, bo tę silniejszą mam nadal sprawną.

Doczłapuję na dno studni wlotowej i teraz, z tym kolanem, przeraża mnie wysokość. Ale przypominam sobie, że kiedyś wspinałem się po linie, używając tylko prawej nogi. Co prawda lewa zawsze służyła do zachowania równowagi, do odpychania się od ściany, ale jedną też powinienem dać radę. Jeszcze spoglądam na plecak, czy nadal leży. Niestety tak. Czyli z jedną sprawną nogą, z dodatkowym ciężarem na plecach. Jestem trochę zły na Karola, że go nie wyniósł, ale w końcu jest chory i nie mógł przypuszczać, co się stanie. Zarzucam plecak na ramiona, przypinam się do liny i zaczynam wychodzić. Jak zwykle lina rozciąga się o dobre pół metra, może więcej, i odzywa się lęk wysokości. Tego jeszcze brakowało. Chyba tylko gorzej by było, gdybym sobie połamał oba kulasy. Cykliczne bujania rozciągającej się liny wzbudzają zawroty głowy. Odpycham się nogą, tym samym posuwając się kilkadziesiąt centymetrów w górę i za chwilę trochę w dół. I tak w kółko.

Gdy jestem na wysokości kilku metrów, czuję gorąco i silne zmęczenie. Ale wiem, że nie mogę się poddać, bo Karol na pewno siedzi kilka metrów od otworu i mnie nie usłyszy. Jeszcze do tego ręce zaczynają mnie boleć z wysiłku, a to dopiero jedna trzecia wysokości. Próbuję odciąć się od bodźców z zewnątrz i skupić na wspinaczce. Liczę kolejne ruchy. Docieram do półki, na której zrobiłem sobie przerwę, zjeżdżając. Łapię kilka głębszych oddechów, spuszczam ręce w dół, aby dać im odpocząć, ale wiem, że jeśli zbyt długo będę zwlekał, lęki się nasilą. Ruszam ponownie. I znów strach przeszywa całe ciało. Ostatnie metry pokonuję na przysłowiowych oparach. W przedramionach aż mnie piecze z bólu, prawe udo pulsuje z wysiłku, w głowie się kręci, a oddech niemal oszalał.

Wystawiam głowę na poziom podłoża, rozglądam się w poszukiwaniu Karola, ale go nie ma. Pewnie poszedł do samochodu, bo było mu zimno. Staję tuż przy otworze, upewniam się, czy nie polecę i przechodzę kilka kroków dalej. Dopiero teraz odpinam sprzęt. Jestem wyczerpany. Wyczerpany, oszołomiony i poważnie kontuzjowany. Dociera do mnie, że najcięższe przede mną, bo dwa kilometry po lesie na jednej nodze to nie przelewki. Ale przychodzi mi do głowy, aby zadzwonić do Karola. Może czuje się na tyle dobrze, żeby po mnie przyjść? Jeśli nie pomoże iść, to przynajmniej weźmie plecak. Jeszcze zerkam na linę i zastanawiam się, jak tamtych dwoje zeszło na dół. Pewnie po mojej linie. Nie mogę więc jej zabrać, bo by nie wyszli. Ale zanim Karol przyjdzie, pewnie już wyjdą. Wyciągam telefon i dzwonię:

Jest problem – mówię trochę niepewnie. – Uszkodziłem sobie kolano, nie mogę rozprostować nogi i nie dam rady sam dojść. Możesz po mnie przyjść?

Chyba przyjechać – odpowiada Karol.

A co, aż tak się źle czujesz?

No, leżę w łóżku i ledwo zipię.

Nie wierzę w to, co słyszę.

Jak to w łóżku? – pytam.

Właśnie mnie obudziłeś. Żałuję, że nie pojechałem, bo przed chwilą śniło mi się, że jestem z tobą w jaskini.

Ja… chyba… nie dojdę do samochodu… – wykrztuszam, a w głowie mam prawdziwy mętlik.

Może zadzwoń po GOPR, czy jak to się tam nazywa. Zdarzył ci się wypadek i masz prawo oczekiwać pomocy.

Po raz drugi tego dnia uginają mi się nogi...

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 04.02.2019 13:05 · Czytań: 123 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 10
Komentarze
Marek Adam Grabowski dnia 04.02.2019 14:00
Ale małe litery. Sorry Antoni, ale ja tego nie mogę przeczytać.

Pozdrawiam!
AntoniGrycuk dnia 04.02.2019 14:06
Na górze tekstu, po prawej masz 3 x a - jedno większe od drugiego. Klikając te literki, zwiększasz bądź zmniejszasz czcionkę.

Pozdrawiam.
Dobra Cobra dnia 04.02.2019 20:46 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo ładna opowieść o tym, że trzeba słuchać ukochanej. Lub o tym, że koleś słyszy głosy i się kończy, bo interpretacji może być kilka.


AntoniGrycuk,

Ładnie napisane, współczesne opowiadanie o zdobywaniu gór, ale w drugą stronę, czyli w dół. Fajnie poprowadzona akcja ze zmylaczami w postaci telefonu dziewczyny, pojawienia się kolegi i tych dwojga zbłąkanych turystów. Bo na poczatku człek se myślii, ze wbrew przestrodze kobiety facet pojdzie i zginie. A potem radosc, ze kolega przyjechal i ozdrowial, wiec kumpelska sprawa. I na koniec groza, że jednak nie wyjdzie.

Halucynacje piękne sprawa, te ze szczęścia jeszcze lepsze :)

Opowieść się kończy dobrze i bardzo Ci dziękuję, że nie pojawiły się wampiry i inne tego rodzaju gówno. Ale Ty to wiesz....

Więc ten no, jest pięknie. Choć ta czcionka strasznie się zlewa, jak są dłuższe czesci narracyjne bloki. Może używać takiej np nieśmiertelnej Times New Roman, bo już w poprzednich twoich tekstach też coś takiego zauważyłem.

Ogólnie bardzo pięknie, czyta się na raz, oddanie samotności pośród skał jest.

Dziękuję za te opowieść, która zbudowała mi wieczór .


Pozdrawiam i do następnego,

DoCo
AntoniGrycuk dnia 04.02.2019 21:22
DoCo,

bardzo dzięki za komentarz i opinię. Czcionki zawsze używam TNR 12, ale tym razem zarzucono mi, że jest za mała, więc zwiększyłem do TNR 14 i wyszło, jak wyszło. Poprawiłem z powrotem na pierwotne TNR 12, zawsze można powiększyć na górze tekstu.

A co do wampirów, to kiedyś chyba się pokuszę o napisanie czegoś z wampirami, ale sądzę, że jeśli się zdecyduje to pokazać, to i Tobie się spodoba ;) Hihihi.

A co do treści i możliwych rozwiązań. Tekst może mówić jeszcze co innego. Zależy, gdzie się przyłoży ucho ;)

Pozdrawiam.
Dobra Cobra dnia 04.02.2019 23:06 Ocena: Bardzo dobre
A więc pociągają Cię wampiry...

Treść - masz rację (stawiasz kolację): zależy, gdzie się ucho przyłoży.

Ukłony okołowieczorowe,

DoCo
AntoniGrycuk dnia 05.02.2019 06:19
DoCo,

do tej pory ogromna większość moich tekstów była o różnego rodzaju zawirowaniach psychicznych, a w tu chciałem napisać nieco o czymś innym i aby możliwych interpretacji było więcej - zależnie co do kogo przemówi. Jakoś tak mi zostało po tekście "Za ścianą", który pisałem z konkretnym przesłaniem, a okazało się, że ludzie rozumieją go na bardzo różne sposoby.

Pozdrawiam.
Dobra Cobra dnia 05.02.2019 08:33 Ocena: Bardzo dobre
Tak to już jest - człowiek ma wizję, pisze o konkretnym temacie, a i tak na końcu pani od polskiego pyta: - co autor miał na myśli, pisząc te słowa. Z wieszczami jest prostsza sprawa, bo są opracowania, bryki no i lepsza lub gorsza lekcja języka polskiego. A tutaj tego nie ma :(

Wew związku z czem interpretacja boskich dzieł na PP jest różna i czasem okrutnie dziwi Autora. Sam nie raz pisałem o czymś zupełnie innym, niż to później rozumiał czytelnik. Czyli ergo: i tak w końcu to on ma rację.

Chyba, że się wynajmie noblistę, który skataloguje dzieło, usystematyzuje zarys, dokona niezawodnej charakterystyki postaci występujących i wreszcie nakresli tło obyczajowo- historyczne.

I taki to był typ komentarza - systematyzujący.


Spokojnego dnia,

DoCo
Kemilk dnia 08.02.2019 21:32
To jest naprawdę fajne opowiadanie. Stopniowo budujesz napięcie, podajesz znaki, które mają za cel zaniechanie wyprawy. To jest fajne. Fajne są też jego omamy w jaskini. W tym wszystkim spodziewałbym się, że zginie, a tak nie było. Wyszedł właściwie z niewielkimi urazami. Może to i dobrze, a może trzeba to było pociągnąć dalej, pozostawić go w jaskini i dopiero byłby uratowany przez przyjaciela. Tak czy siak bardzo fajne opowiadanko, które płynnie się czyta.
pozdrawiam.
AntoniGrycuk dnia 08.02.2019 22:17
Kemilk,

bardzo Ci dziękuję za nalot na tekst. I jeszcze bardziej za tak dobrą opinię.
Szczególnie zależało mi w tym opowiadaniu na tym, aby czytelnik choć przez chwilę poczuł klimat jaskini, szczególnie ciemnej i głuchej.
Pierwotnie wizyta w tej jaskini była zawarta w zarysie książki, który napisałem, ale w końcu porzuciłem tę książkę, a pomysł zaadoptowałem na potrzeby opowiadania, co nie znaczy, że kiedyś znów sięgnę po ten temat, pisząc coś większego.
I jeśli mógłbym, to każdemu polecam wizytę w takiej jaskini i posiedzenie dłuższej chwili w warunkach, jak w opowiadaniu. Tego się nie da porównać z niczym.

Jeszcze raz dzięki.

Pozdrawiam.
Kemilk dnia 08.02.2019 22:30
Może do takich jaskiń nie wchodzę, ale byłem w Jaskini Mylnej i jest całkiem fajna.
Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Nalka31
19/02/2019 21:25
Witam miłośnika morskich opowieści. Podoba mi się klimat,… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2019 19:33
Klimat jest fajny; a kolokwializmy tylko dodają smaku.… »
mike17
19/02/2019 14:54
Witaj, Mirku, w moich skromnych progach :) Bohater nie… »
BlueRiver
19/02/2019 14:45
:) »
BlueRiver
19/02/2019 14:44
Nalka31 dziękuję Ci za wizytę, rady i opinię :)»
Marek Adam Grabowski
19/02/2019 13:35
Bardzo mi przykro, ale nie mogę pochwalić tego opowiadanie.… »
Niczydar
19/02/2019 12:03
Dziękuję Wam za komentarze. Iri_rudakitka; bardzo słuszna… »
Yaro
19/02/2019 11:00
Pisze nie tylko o sobie to obserwacja ludzi ich życia to… »
Yaro
19/02/2019 10:59
Dzięki. »
Wiktor Mazurkiewicz
19/02/2019 10:03
Bardzo Państwu dziękuję. »
Nalka31
19/02/2019 09:18
Rymy mają to do siebie, że często dzięki nim można… »
Nalka31
19/02/2019 08:58
Blue Zajrzałam do wiersza i powiem tak. Plusem wiersza są… »
Miroslaw Sliwa
19/02/2019 08:07
Witaj Michale. Oniryczna i romantyczna opowieść o idealnej… »
StalowyKruk
18/02/2019 23:20
Do wtrącenia o niedźwiedziu sam nie byłem przekonany, ale… »
BlueRiver
18/02/2019 21:45
Witam Cię Mike - to nie jest wiersz pisany do mamy.… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 19/02/2019 08:29
  • Nie, nie napisałem.:( Ale... Udało mi się popełnić wzorcowe opowiadanie dla młodzieży, gdzie jest przygoda, dramat, miłość, zagrożenie jak i elementy dla dorosłego, bardziej wyrobionego czytelnika.
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:43
  • Dzięki
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:37
  • Esy - do redaktora czyli do kogo?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 11:36
  • Napisz prośbę do redaktora.
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:24
  • Niech mi ktoś powie, jak usunąć teksty i konto?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 00:27
  • Pozostawmy to miejsce, miejscem literatury, proszę.
  • mike17
  • 16/02/2019 22:50
  • Odszedł Jan Olszewski, postać wielka, patriota, obrońca biednych z czasów komuny, gdy jako adwokat bronił ich za darmo, człowiek niesłusznie odsunięty od władzy. Wielki Polak i nic tego nie zmieni.
  • Vanillivi
  • 16/02/2019 18:11
  • Witaj, Arku :) Miło Cię czytać znów
Ostatnio widziani
Gości online:10
Najnowszy:ikibixej
Wspierają nas