Tylko życie - Szysza
Proza » Długie Opowiadania » Tylko życie
A A A

Tylko życie

 

            Pytali ją, a ona milczała. Wszystko pamięta, ale im nie powie. Złapała się oparcia starego wysłużonego krzesła. Pochyliła lekko głowę a drżącą dłonią zaciskała kawałek drewna, który zaczął niemiłosiernie skrzypiec. Zbladła, a oczy nienaturalnie szerokie, próbowały znaleźć jakiś stały punkt wędrując i ślizgając się po ścianach i przedmiotach kuchennych. Oddech płytki i nienaturalny rozsadzał pierś. W ustach czuła gorycz i dziwną słodycz na czubku języka. Zamknęła oczy, ale tylko na chwilkę, jakby w ten sposób chciała odgonić cień, lub cokolwiek to było, zbliżające się i zaciskające jej drobną postać w parnym uścisku. Krople potu wystąpiły na czoło, ale nie miała odwagi puścić krzesła albo, co gorsze, podnieść drugiej ręki. Zupełnie, jakby to była odległość nie do pokonania. Stała więc, lekko się chwiejąc i czekając aż to minie. Zawsze mijało.

Dawniej, gdy zdarzyło się przy kimś bliskim lub przy obcym świadku w sklepie, poczcie, parku czy kościele, odpowiadała krótko, ze spokojem nieznoszącym żadnego sprzeciwu:

—  Co wlazło to i wylezie.

To powiedzenie, stało się z czasem naszym rodzinnym hymnem i bardzo sprytnym wykrętem moich braci od przyjmowania ohydnych syropów i innych zawiesin, pastylek, kropelek, słowem wszystkiego, co ma z chorego obywatela w krótkim czasie zrobić człowieka zdrowego. Jeżeli babcia mówi, że wylezie, to jak w ogóle można to kwestionować? Rodzice, nie dali się zwodzić, chociaż mama przyznawała rację, że odkąd pamięta, babcia nigdy nie łykała niczego pochodzącego z aptek, a wizyty lekarskie miały miejsce dwa razy w życiu. Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem dotyczyły dziadka. Urodziła dwoje dzieci we własnym domu, właściwie troje, ale pierwszy chłopiec zmarł po kilku godzinach i gdy wszystko już minęło a zwłoki zabrano, wstała powoli z łóżka, wzięła dziadka za rękę, wyprowadziła z pokoju, zamknęła drzwi na klucz i zabroniła wchodzić przez dobę. Dziadek miotał się jak szalone zwierzę, prosił, krzyczał, ale nie pobiegł po pomoc, nie wyważył drzwi, choć w tamtej chwili miał siłę, jaką daje rozpacz i bezsilność, gdy czasem się spotkają. Po 24 godzinach wyszła z sypialni jeszcze blada, osłabiona, ale z absolutnym zamiarem kontynuacji dalszej egzystencji. Nigdy nie wspomniała o synku, dziadek sam od czasu do czasu jeździł na cmentarz zapalić znicz. Tak zostało. Znam tą historię z opowieści rodziców, babcia nigdy nie przyznała, że miała więcej dzieci niż dwoje.

Jako młoda dziewczyna z braku pomysłu dotyczącego ścieżki zawodowej, ukończyła technikum odzieżowe i pracowała w okienku starego dworca kolejowego w niewielkim miasteczku na południu kraju. Rodzice byli pracownikami fabrycznymi, ale ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, to taśma produkcyjna wyznaczająca upływ czasu. Mały pokoik z jednym okienkiem wychodzącym na brudną halę dworcową, niewielki ruch pasażerski od wczesnego ranka do zmroku, dzięki kilku pociągom zatrzymującym się z łoskotem na szynach ku wielkim miastom, to było lepsze. Twarze ludzi, z których w ramach rozrywki lubiła odczytywać charaktery; wielu histeryków, malkontenci, dranie, dziwki, a może tylko aktoreczki, oszustki, poważni ojcowie rodzin, styrane kobiety, bite kobiety, zdradzane kobiety, smutne dzieci, beztroskie dzieci, żywi, martwi za życia. Gdy pomiędzy pociągami była dwugodzinna przerwa, czytywała książki, zależnie od nastroju, tanie romansidła albo dla odmiany ambitną literaturę rosyjską. Niewiele wiem o niej z okresu wczesnego dzieciństwa, mama rzadko wspominała o latach wojny, której babcia była świadkiem, a może po prostu oszczędzono jej tego smutnego rozdziału babcinego życia.

Dziadka poznała na potańcówce, ubrana w grochową sukienkę i spięty wysoko kucyk. Zataczała w pojedynkę swobodne koła po parkiecie i konsekwentnie odmawiała chłopcom wspólnego tańca. Dziadek nie był wytrwały, spodobała mu się, ale uznał ją za głupiutką trzpiotkę i obserwował z daleka. Nudził się i pocił z powodu dusznego powietrza panującego na sali. Popijał piwo i nucił cichutko piosenki ryczące z głośnika. Kończył studia matematyczne w mieście i miał rozpocząć staż w jednej ze szkół. Chciał zostać nauczycielem i pracować z trudną młodzieżą, chociaż już wtedy był marzycielem, a z cech niestrudzonego pedagoga od spraw beznadziejnych, odznaczał się jedynie ogromną cierpliwością. Walka, była mu obca. To babcia podeszła do niego popijając wódkę i udając mocno podchmieloną. Wzięła go pod rękę i poszli na spacer. Gadała bez ładu i składu o pociągach, o miastach i krajach, jakie zobaczy, choć w rzeczywistości wystarczyły jej wszystkie bliskie i dalekie podróże innych ludzi. Słuchał, ale mało uważnie, bo w wieczornym księżycu wydawała mu się coraz piękniejsza i myślał tylko o pocałunku. Spotykali się od tamtej pory dosyć regularnie, aż dziadek oświadczył się i przypieczętował własną przyszłość. Mieszkali w mieście w wynajętej sutenerze a babcia zaczęła pracę w sklepie odzieżowym. Tęskniła czasem do malutkiego okienka stacji kolejowej, ale zapach futer i syntetyków z rzadka bawełny, wprawiał w miły nastrój a wrodzony zmysł obserwacji nadal piętnował przewijających się klientów; nieszczęśliwi żonaci, hipochondryczki, alkoholicy z inżynierem przez nazwiskiem, samotne matki, geje, szowiniści, kury domowe.

Po śmierci synka miała ponoć od czasu do czasu ten swój dziwny atak, który zbywała słynnym zwrotem; — jak wlazło to i wylezie. Dziadek zbyt był zapracowany w dwóch szkołach, żeby robić coś więcej poza przyniesieniem wody i zaparzeniem ziół. Do domu przynosił stosy sprawdzianów, w których zakopywał się na wiele godzin. Marzenia o wyrywaniu młodzieży z paszczy patologicznych rodzin, nałogów, pułapek własnych błędów, tonął pod lawiną średnich ocen, grzecznych zwrotów i umiarkowanego zainteresowania życiem przestępczym młodych ludzi. To w gruncie rzeczy było lepsze, wygodniejsze, o czym doskonale wiedział i w duchu dziękował. Dziadek nie miał w zwyczaju się załamywać. Był jak kartka papieru, na którą czasem kapnie niewielka plama atramentu, wytrzesz i jest jeszcze sporo miejsca do zapełnienia, sporo miejsca na inne plamy.

Babcia nie przeniosła swojej nigdy specjalnie nieuzasadnionej niechęci do lekarzy i placówek medycznych na własne dzieci. Wręcz przeciwnie, moja mama była chorowita i często musiała zostawać w szpitalu, a kilkakrotnie w sanatorium. Brak świeżego powietrza wpływał na jej oskrzela miażdżąco, jak głoszono, stąd tak często dziadkowie zabierali córeczkę nad morze. Babcia wlewała w nią syropy, podawała tabletki, których sama nie zażyłaby za nic w świecie, ale wiedziała, że tak trzeba. Tylko względem samej siebie była uparta, stanowcza i głucha na głosy rozsądku. Brat mamy urodził się w odstępie siedmiu lat i był znacznie odporniejszych dzieckiem. Do dziś wujek ma żelazne zdrowie i poczciwość, za którą wszyscy go kochają. Dziadek przepracował w dwóch, potem ze względu na skracanie etatów, w jednej szkole, całe swoje zawodowe życie. Babcia za to, zmieniała stanowiska jak rękawiczki. Po sklepie odzieżowym nastał czas okienka pocztowego, posada kadrowej w niewielkiej kancelarii prawniczej, sekretarki w szkole gdzie uczył dziadek i wreszcie najpiękniejszy okres zawodowy i jedyny, o którym chętnie wspominała, praca w teatrze. Przez 15 lat, aż do emerytury była bileterką w kasie teatralnej. Od początku została przyjęta w artystycznym gronie z wielką sympatią. Chwaliła się, że ma wielki wpływ na scenariusze, na dobór ról, a nawet kostiumów do spektakli. Nie wiem, w jakim stopniu fantazjowała, bo za każdej mojej bytności w tym miejscu, była po prostu drobną siwiejąca główką wystającą z niewielkiego okienka ciasnej klitki niknącej w ogromnym gmachu. Kolekcjonowała wycinki ze wszystkich sztuk, o których rozpisywały się gazety i wklejała do grubego zeszytu. Miała ich kilkadziesiąt ułożonych chronologicznie w idealnym porządku. Nie znosiłem tego momentu, gdy przywoływała mnie do siebie w nadziei, że chętnie obejrzę i wysłucham barwnych opowieści z życia artystów. Siedziałem jednak potulnie kiwając głową rytmicznie na znak zainteresowania i ciesząc się gdzieś tam w środku, pomimo ogromnej nudy ziejącej z zeszytów, radością babci. Tak to pamiętam. Na emeryturze była taka sama jak zawsze, zdrowa, zadowolona, pogodzona z nowym rozdziałem życia. Czasem, gdy mama naciskała na badania lub sanatorium, mrużyła oczy i policzki lekko się rumieniły. To był objaw zirytowania. Potem następowało słynne machnięcie ręką i słowa:

—  Co wlazło…

A teraz ona nic nie mówi, albo nie chce. Patrzy przed siebie na biały sufit i milczy. Dziadek zadzwonił po karetkę i kilka minut później była w szpitalu. Pierwszy raz. Jadąc na wózku, pchana przez grubą pielęgniarkę naciskającą z wielką wprawą gumowe kółka przy zakrętach, mijała korytarze o żółtych ścianach, gdzieniegdzie farba matowiała lub odrywała się zostawiając szare wgłębienia. Mijała sale ułożone jedna obok drugiej w odległości kilku metrów, próbowała skupić wzrok i mierzyć ten dystans, ale szybkość, z jaką pokonywała odcinki była zbyt wielka. Dziadek został gdzieś w tyle, ale to nie było takie istotne. Zawsze był i to wystarczy. Krew płynąca z żyły do probówki, zdziwił ją kolor, ciemna czerwień, gęsta. Rozbierali ją i ubierali, zakładali aparaty na delikatne i dość jędrne jeszcze ciało, na piersi, które dawały pokarm, ale tylko tyle ile trzeba, bez przesady. Straciła już rachubę czy jest dzień czy noc i ile minęło czasu w tym środowisku, gdzie nie masz wpływu na nic, a ratunek oznacza pożegnanie kontroli nas sobą. To moment, w którym tracisz prawo do decyzji i dziękujesz innym, czekając na wyrok.

Babcia nie miała w sobie tej wdzięczności. Zawsze chciała jej uniknąć. Widzę na końcu korytarza jak lekarz rozmawia z mamą, jak gestykuluje i lekko się uśmiecha ku pokrzepieniu serca, lub z wyuczoną procedurą obsługi pacjent, rodzina pacjenta. Babcia ma jeszcze trzech wnuków, ale to ja jestem teraz przy niej i czuję się najważniejszy, trzymając jej kruchą dłoń. Strasznie jest słaba, mam wrażenie, że oddech przychodzi z trudem a milczenie to nie bunt, tylko niemoc. Nie zastanawiam się czy z tego wyjdzie. Widzę ją na powrót w domu przy dziadku i jednocześnie nie widzę. Moja miłość nie jest powierzchowna, raczej trwam racjonalnie czekając, co dalej. Tymczasem ona zaczyna poruszać ustami i odwraca głowę w moją stronę. Tak, patrzy mi prosto w oczy. Nachylam się lekko, żeby zrozumieć, co usiłuje mi powiedzieć. Słyszę chropowaty głos, bardziej szept gdzieś z głębi gardła.

—  Co wlazło to i wylezie, zobaczysz.

Odchylam głowę i patrzę na jej twarz, mruży oczy a powieki lekko opadają do snu. Jest wyczerpana tym jednym, upartym zdaniem. Boi się wiedzieć, czy też wie i śmieje się z naszej bezsilności? Obraża nas świadomie, czy jest tak naiwna myśląc, że jutro zobaczy zieleń drzew i ławkę w parku? Jest wygraną, bo do dzisiejszego dnia przeszła przez życie bez białych fartuchów nad sobą, czy też przegrała, bo przez to skróciła swoje życie o dobrych 10 lat, może więcej? Cóż mi pozostaje, głaskam ją po głowie i sam czuję dziwną senność. Przejdę się, czas żeby dziadek i mama też mieli dostęp do jej ciała, jeszcze ciepłego, jeszcze walczącego z tym, co w środku. Jest już późny wieczór a babcia to budzi się, to na powrót zasypia. Przyjdziemy jutro, dziadek zostanie.

Wtedy widziałem ją po raz ostatni, zmarła w nocy, bardzo spokojnie, we śnie. Dziadek był przy niej a po pogrzebie wydawał się dziwnie milczący. Trwało to wiele tygodni. Któregoś wieczoru poprosił mnie o pomoc w naprawie kilku sprzętów domowych chylących się ku upadkowi. Zacząłem mocować drzwiczki szafki nocnej, a on tymczasem usiadł na krzesełku w kącie i bacznie mi się przyglądał. Nie umiałem z nim rozmawiać, kochaliśmy się w ten bezpieczny sposób dziadka i wnuka, którym wystarcza cotygodniowe potrząsanie dłonią na powitanie i pożegnanie oraz kilka frazesów w stylu:

— No jak tam u Ciebie?

— Dobrze dziadku, a u ciebie?

— Ano widzisz, że żyjemy jeszcze z babcią.

Teraz siedzi i milczy zupełnie, a ja przesuwam śrubokrętem w prawo i w lewo, a szafka skrzypi i skrzypi, aż robi się nieprzyjemnie. Zegar wybija czas, a my nic nie mówimy. Ja naprawiam, on siedzi i patrzy. Nagle wstaje i przybliża się do mnie, siada z trudem na twardej ziemi i patrzy na moje sprawne dłonie, potem podnosi swoje lekko drżące i kładzie na ziemi jakby zawstydzony.

— Siedziałem przy niej i patrzyłem jak gaśnie w oczach tamtej nocy. Czułem, że dla niej poranka już nie będzie. Może gdyby leczyła się wcześniej, może wtedy serce miałoby więcej sił do walki. Obudziła się nagle, ścisnęła moją dłoń, otwarła oczy szeroko patrząc gdzieś przed siebie i usłyszałem słaby śmiech. Po chwili zrobił się coraz bardziej dźwięczny i wreszcie miałem wrażenie, że ten jej śmiech unosi się w całym budynku, że słychać go w każdym kącie. Przestraszyłem się i próbowałem ją uspokoić, a ona się śmiała. Niemal jak zdrowa kobieta w pełni sił. Odwróciła głowę w moją stronę wciąż zanosząc się od śmiechu i usłyszałem te słowa, o których teraz ciągle myślę dzień i noc, dzień i noc:

— Co wlazło to i wylezie mój kochany. Teraz rozumiesz, że to zawsze było życie? Ja nie rozumiałam a teraz to widzę. Wchodziło i uciekało powolutku, krok po kroku, tak, żeby nie bolało ani mnie, ani nikogo, kto patrzy. Teraz wyłazi to moje dobre życie. Nie boję się, bo to tylko życie.

            Naprawiłem szafki, dziadka nie musiałem naprawiać. Nikt nie musiał. Zawsze działał tak jak należy. Wszystko kiedyś minie, ale to nic. To nic.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Szysza · dnia 06.02.2019 12:29 · Czytań: 129 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 4
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
Skuul dnia 06.02.2019 14:43
Fajne ciekawe, lekko ckliwe, sentymentalne, i można sobie trochę podumać przy tym tekście, i łezka na koniec się kręci w oku,
Takie moje dwa słowa odnośnie tekstu, co z nimi zrobisz Twoja sprawa :)
Cytat:
wzię­ła dziad­ka za rękę, wy­pro­wa­dzi­ła z po­ko­ju, za­mknę­ła drzwi na klucz i za­bro­ni­ła wcho­dzić przez dobę. Dzia­dek mio­tał się jak sza­lo­ne zwie­rzę, pro­sił, krzy­czał, ale nie po­biegł po pomoc, nie wy­wa­żył drzwi, choć w tam­tej chwi­li miał siłę, jaką daje roz­pacz i bez­sil­ność, gdy cza­sem się spo­tka­ją. Po 24 go­dzi­nach wy­szła z sy­pial­ni jesz­cze blada,

Ja bym "przez dobę" usunął i zamienił to 24 na słowa i tak zostawił,
Cytat:
Przez 15 lat, aż do eme­ry­tu­ry była bi­le­ter­ką w kasie te­atral­nej.
ponieważ niby powinno się zapisywać liczby słownie w opowiadaniach i temu podobnych, ale to chyba tylko względy estetyczne, i wola autora ;)
Dzięki za podzielenie się o/,
Marek Adam Grabowski dnia 06.02.2019 15:05
Nawet ciekawe; i dobrze napisane.

Pozdrawiam!
AntoniGrycuk dnia 06.02.2019 18:32
Temat fajny, pomysł fajny, nawet można sie zatopić w tę atmosferę. Podoba mi się, ale...
Ale, jak dla mnie, to nie jest dobrze napisane. Pomijając interpunkcję, to sporo, wydaje się, chaotycznych zdań.
Przytoczę jedno:
Cytat:
Jako młoda dziew­czy­na z braku po­my­słu do­ty­czą­ce­go ścież­ki za­wo­do­wej, ukoń­czy­ła tech­ni­kum odzie­żo­we i pra­co­wa­ła w okien­ku sta­re­go dwor­ca ko­le­jo­we­go w nie­wiel­kim mia­stecz­ku na po­łu­dniu kraju.

Brzmi to tak, jakby mieszkała gdzie indziej, a pracowała w jakimś miasteczku na południu kraju. I takich kwiatków jest sporo. Często się zdarzało, że zatrzymywałem się, aby zrozumieć sens. Co innego, gdybyś tym "zakręceniem" chciał wywołać jakiś efekt, ale tu często są to po prostu nieprzemyślane zdania.

Także na plus za klimat i postaci, a spory minus za wykonanie.

Pozdrawiam.
Ritha dnia 10.02.2019 18:08
Cytat:
Py­ta­li ją, a ona mil­cza­ła. Wszyst­ko pa­mię­ta, ale im nie powie. Zła­pa­ła się opar­cia sta­re­go wy­słu­żo­ne­go krze­sła.
- nie rozumiem dlaczego środkowe zdanie jest w czasie teraźniejszym, skoro całość piszesz w przeszłym

Cytat:
— No jak tam u Cie­bie?
- ciebie*

Co do tekstu - świetny. Spokojna, sielankowa narracja, emocjonalnie i bardzo naturalnie, a zarazem jest w tym jakaś upiorność nieuniknionego. Klimatyczny tekst, złapał mnie za serducho. Technicznie też wysoko.
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Nalka31
19/02/2019 21:25
Witam miłośnika morskich opowieści. Podoba mi się klimat,… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2019 19:33
Klimat jest fajny; a kolokwializmy tylko dodają smaku.… »
mike17
19/02/2019 14:54
Witaj, Mirku, w moich skromnych progach :) Bohater nie… »
BlueRiver
19/02/2019 14:45
:) »
BlueRiver
19/02/2019 14:44
Nalka31 dziękuję Ci za wizytę, rady i opinię :)»
Marek Adam Grabowski
19/02/2019 13:35
Bardzo mi przykro, ale nie mogę pochwalić tego opowiadanie.… »
Niczydar
19/02/2019 12:03
Dziękuję Wam za komentarze. Iri_rudakitka; bardzo słuszna… »
Yaro
19/02/2019 11:00
Pisze nie tylko o sobie to obserwacja ludzi ich życia to… »
Yaro
19/02/2019 10:59
Dzięki. »
Wiktor Mazurkiewicz
19/02/2019 10:03
Bardzo Państwu dziękuję. »
Nalka31
19/02/2019 09:18
Rymy mają to do siebie, że często dzięki nim można… »
Nalka31
19/02/2019 08:58
Blue Zajrzałam do wiersza i powiem tak. Plusem wiersza są… »
Miroslaw Sliwa
19/02/2019 08:07
Witaj Michale. Oniryczna i romantyczna opowieść o idealnej… »
StalowyKruk
18/02/2019 23:20
Do wtrącenia o niedźwiedziu sam nie byłem przekonany, ale… »
BlueRiver
18/02/2019 21:45
Witam Cię Mike - to nie jest wiersz pisany do mamy.… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 19/02/2019 08:29
  • Nie, nie napisałem.:( Ale... Udało mi się popełnić wzorcowe opowiadanie dla młodzieży, gdzie jest przygoda, dramat, miłość, zagrożenie jak i elementy dla dorosłego, bardziej wyrobionego czytelnika.
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:43
  • Dzięki
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:37
  • Esy - do redaktora czyli do kogo?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 11:36
  • Napisz prośbę do redaktora.
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:24
  • Niech mi ktoś powie, jak usunąć teksty i konto?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 00:27
  • Pozostawmy to miejsce, miejscem literatury, proszę.
  • mike17
  • 16/02/2019 22:50
  • Odszedł Jan Olszewski, postać wielka, patriota, obrońca biednych z czasów komuny, gdy jako adwokat bronił ich za darmo, człowiek niesłusznie odsunięty od władzy. Wielki Polak i nic tego nie zmieni.
  • Vanillivi
  • 16/02/2019 18:11
  • Witaj, Arku :) Miło Cię czytać znów
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:ikibixej
Wspierają nas