Opowiadania konsumenckie. - EwaJarzembowska
Proza » Inne » Opowiadania konsumenckie.
A A A
Od autora: To opowiadanie stanowi część napisanej przeze mnie ksiażki. Z uwagi na jego dłogość - widze możliwość podzielenia go (według Państwa uznania) na dwie części.

Pozdrawiam serdecznie,

Ewa Jarzembowska
Klasyfikacja wiekowa: +18

Ta część zawiera w sobie historię produkcji. Informacje o technologii wzbogacone metaforą. Informacje o ludziach, którzy produkują. Informacje o produkcie. O przetwarzaniu żywności za pomocą maszyn, plastiku oraz osób.

Będzie w niej także mowa o tym, jak produkt i produkcja wpływają na ludzi, a także o tym jak ludzie wpływają na nie oraz w tym kontekście - jeszcze trochę o przejściach od bliskości do obcości i odwrotnie. O postproletariacie. O jobsurfingu. A także co nieco o bezzębnych Węgrach.

 

Tytuł może okazać się mylący.

Tytuł może okazać się mylący ponieważ fabryka jest tylko jednym z elementów występujących w tej historii. Jedną ze scenografii. Ale dobrze oddaje to, co jest istotą całej opowieści.

To jest miejsce, w którym produkuje się różne rzeczy.

Mirta lubi egzotykę. Egzotyka to ja. Ale sezon ochronny na tygrysy bengalskie skończył się w dniu dzisiejszym bezpowrotnie i można zacząć odstrzał.

- Spi****j tępa pizdo nie chce cię znać!

Mówi Mirta i schodzi po schodach, energicznie kołysząc swoim apetycznym tyłeczkiem, podczas gdy ja zastanawiam się jakim idiotą muszę być, żeby powiedzieć „żegnaj” takiej dupie i takim cyckom. Mirta jest wściekła – szepczą mi o tym jej pośladki – wściekła jak wszyscy diabli, bo nigdy jeszcze nikt nie powiedział jej, że ma odejść: odwraca się wciąż idąc przed siebie swoim wyciągniętym krokiem, odwraca się, żeby coś mi powiedzieć i z całego rozpędu wali głową w szklane drzwi. Drzwi są na fotokomórkę i otwierają się z sykiem przed Mirtą siedzącą na ziemi jak rozkraczony pajac. Chłopaki za moimi plecami wybuchają śmiechem, Kamir klepie mnie swoją olbrzymią łapą w plecy - „s*****j czarodzieju” - mam ochotę powiedzieć, ale nie mówię, bo wiem, że nie ma nic złego na myśli.

Kamir ma problem z agresją. Mówi mu to każda praca i każda kobieta, którą porzuca, albo która porzuca jego. Bliższe spotkanie z pięścią Kamira. Wgniecenia na boku metalowej maszyny naklejającej etykiety na czerwone pomidory. Siniaki na twarzach jego niedawnych kochanek. Pęknięte lusterko w jego samochodzie. Kamir podnosi cztery skrzynki pomidorów, jedną ręką wrzuca je sobie na ramię i idzie zanieść je na paletę tak, jakby były to rolki papieru toaletowego, paczki podpasek albo waty. Pochyla się i prześlizguje pod rynną do zrzutu warzyw (czego nie wolno robić) i mija koło, przy którym Stefan wyśpiewuje na całe gardło polskie przeboje lat pięćdziesiątych albo tłumaczy komuś jak ma na imię:

 

Stefan (pochylony do przodu w stronę swojego partnera na kole, z idiotycznym uśmiechem przyklejonym do twarzy) – Stefan, to się wymawia Ste - fan. Nie Stefen, Ste - fan. Jak Steven Spielberg i Fanta! No, powtórz!

Stefan (z głowa odrzuconą do tyłu) – ta ostatnia niedzieela, jutrosięrozstanieeemy!

 

Człowiek, który stoi ze Stefanem na kole i zbiera pomidory albo ogórki wrzucone do maszyny przez charona pomidorów zazwyczaj staje się po jakimś czasie dziwnie małomówny ale Stefan tego nie widzi. Stefan jest bardzo szczęśliwym człowiekiem bo nie ma mózgu. Wyżarł mu go Mieczysław Fog. Skurczybyk z lat pięćdziesiątych. Winylowy Hannibal. Kanibal - morderca!

Tak więc Mirta odchodzi kołysząc swoim tyłeczkiem a ja zostaję w pełni świadom katastrofy jaką właśnie sprowadziłem na swoje (niezbyt udane) życie. Pustki jaka będzie świeciła w jego kątach kiedy ta (pusta!) laska przestanie kręcić tyłkiem wyłącznie dla mnie i zacznie dla innych. Świadom faktu, że mój świat właśnie złożył się w pół w ukłonie w stronę nicości. W imię dwóch słów, które wypowiedziała

- Wzięłaś mleko? – mówi do mnie Mirta na poniedziałkowych zakupach.

 

*** Charon Pomidorów ***

 

Praca ogranicza. Poważnie. Pierwszym ograniczeniem jest to, że nie możesz iść się wysrać kiedy masz ochotę, wysikać kiedy masz ochotę i zapalić kiedy masz ochotę. Drugim ograniczeniem jest wszystko inne.

Stoję przy maszynie i strasznie chce mi się srać. Ale nic z tym nie robię i dalej wrzucam pomidory: okrągłe czerwone kulki.

Jestem charonem pomidorów.

Pomagam pomidorom przedostać się na drugą stronę maszyny. Na drugą stronę przewodu pokarmowego. Kładę je na taśmie ostrożnie jak nowo narodzone niemowlęta i mówię im, że wszystko będzie dobrze i żeby się nie bały. Kiedy mam dobry humor. Kiedy mam zły i kiedy chce mi się srać nie mówię im nic. Poważnie. Pozwalam im spłynąć taśmą w niebyt, w miejsce gdzie anonimowe ręce złapią je, przerażone i przekażą dalej, do gdzieś tam, nie wiem gdzie. Po prostu dalej.

Z paprykami robię to samo.

I z oberżyną.

Maszyn jest wiele ale każda jest podobna do poprzedniej. Tu produkuje się pożywienie. Wytwarza żywność sklepową. Nie jedzenie: nie mówię tu absolutnie o jedzeniu: w tym miejscu formuje się ją tylko tak, żeby nadawała się do konsumpcji. Nadaje kształt. Pakuje. Metkuje. Okleja. Przerabia jak plastelinę w dopracowane estetycznie formy podbijając jej wartość z kilku eurocentów do kilku euro za opakowanie. Podbijając jej cenę do granic aprobowalności. Przez konsumentów.

Pomidory pochodzą przeważnie z Izraela. Papryka przyjeżdża do nas z Hiszpanii jak żydzi sefardyjscy. Na podstawie tego faktu można wysnuć wniosek, że wszelakie dobra zachodu mają semickie korzenie. Można także wysnuć wniosek, że to co pochodzi  spoza Unii Europejskiej jest po prostu tańsze. Na niektórych można zobaczyć jeszcze piasek z zapylonego, gorącego powietrza kraju, w którym żadne z nas nigdy nie było.

Mohhamad sięga jedną ręką na taśmę i ściąga dwa koszyki. Szybko bo ja jestem szybka. Szybko - bo to dzięki mnie maszyna wypluwa z siebie pomidory tak szybko. Tak błyskawicznie. Powyżej normy. Jestem mistrzem wrzucania pomidorów na taśmę.

- Slow down! - mówi Mohhamad - slow down! - albo - look at the wheel sometimes, please!

- Sorry - mówię wtedy i uśmiecham się bezradnie - I just hang on it, you know how it is.

Mohhamad uśmiecha się swoim pięćdziesięcioletnim, zmęczonym uśmiechem i wraca znowu na koło. Stefan nawet tego nie zauważa - z głową odrzuconą do tyłu w ekstazie wyśpiewuje swoje pieśni druha Borucha, machając rękami nad kołem jak odurzony haszem wiatrak. Zwalniam - ale tylko na moment. Potem znowu moje myśli uciekają gdzieś, a moje ręce przyspieszają. Moje myśli – myślę - biegają w koło jak głodne psy, Jak napalone, podjarane wiosną psy.

Przerwa przychodzi powoli, zupełnie jakby się ociągała. Gdy wskazówki dobijają do dwunastej rzucam ostatnie pomidory na taśmę i wybiegam, żeby wyprzedzić tłum. Wyprzedzić wszystkich i zdobyć to, za czym biegnę

Murzyn i szklana szopa

Z grubym murzynem z astmą łączy mnie codzienny, niewerbalny konflikt. Wyścig o to, kto będzie pierwszy. Starcie o szklaną szopę na palących. Szklaną pustelnię. Wyspę w morzu potrzeb. W tym morzu pierdzących, kłócących się i zarabiających ludzi. Chwile czasu. Momenty. Ułamki sekund, w których jesteśmy po prostu sami.

Ścigamy się o piętnaście minut samotności.

Po przerwie wracam do mojego poprzedniego zajęcia. Do kolejnych trzech godzin myślenia. Obserwowania. Patrzenia na ludzi i przez nich. I po tych trzech godzinach, gdy przychodzi czas na kolejny wyścig z finałem w szklanej szopie (murzyn łapie zadyszkę, więc jestem pierwsza) dochodzę do następujących wniosków:

Gdyby głowa Stefana była akwarium nie byłoby w nim rybek. Tylko bąbelki powietrza i glony. I może jeszcze samotny ślimaczek uporczywie przemierzający piasek na dnie w drodze z jednego końca akwarium na drugie. Stefan śpiewa. Stefan śpiewa i zraża do siebie kolejnych ludzi.

- Ste-fan. No, powtórz

Mohhamad nie powtarza za Stefanem. Mohamad już go zna. Od pierwszego wejrzenia zna Stefana i nie lubi go za jego ludowe przyśpiewki w szeleszczącym jak celofan języku. Mohhamad ma pięćdziesiąt lat i jest za stary na takie numery. Ma dwa koty i żonę w Pakistanie. Ma chandrę związaną z samotnością i pieniędzmi.

- No, powtórz!

Patrzę i widzę jak głowa Mohhamada robi się przezroczysta i prześwituję przez jego pobladłą z braku słońca, brązową twarz. Głowę Mohhamada wypełniają marzenia. O wyjęciu Stefana zza koła i pobiciu go. O wyjęciu z Holandii wszystkich Polaków i wystawieniu ich do Polski. O wyjęciu samego siebie z tej ostoi dobrobytu, wsadzeniu się w samolot i powrocie do górzystego Pakistanu. Do żony. Ale to tylko marzenia. Potem głowę Mohhamada wypełnia myśl o konieczności kupienia kociej karmy i o kolejnej przerwie. Która nadchodzi. Wielkimi krokami. Która będzie już za pół godziny.

***

Czwartek jest dniem zakupów. Czwartek jest dniem, w którym wszyscy my wydajemy nasze zarobione w Holandii pieniądze w holenderskich sklepach. Zazwyczaj na rzeczy, które sami wyprodukowaliśmy - bo nie oszukujmy się - widział ktoś Holendra, który chciałby osiem godzin dziennie sortować pomidory, składać jogurty na palecie albo obklejać cynamonowe bułeczki? Widział ktoś - pyta Mariuszek przerywając tylko po to, żeby zaciągnąć się grolszem (trzecim) – takiego? Publiczność Mariuszka wydaje z siebie aprobujący i nieszkodliwy jak wiosenna burza choć groźny pomruk: Mariuszek usatysfakcjonowany po raz kolejny podnosi do twarzy wytatuowaną i wielką jak bochen chleba łapę, w której trzyma flaszkę. „Mariuszek” - pyta Mirta z przekąsem zmieniając nieco tematykę rozmowy z nacjonalistycznej na estetyczną: „kupiłeś mi ten krem o który prosiłam?” Mariuszek uwagę zbywa kolejnym łykiem piwa upitym w milczeniu i Mirta dąsa się lekko, po kilku kilometrach ktoś rzuca uwagę o wiatrakach (tak mówią Polacy na Holendrów) i atmosfera znowu się rozluźnia. Aż dojeżdżamy do parku, w którym mieszkamy.

Park jest wypełniony kiczem. Gipsowymi żabami. Gipsowymi żabami, które robią za stojaki do parasoli. Za śmietniki. Za ozdoby i za znak rozpoznawczy parku. W naszym domku żaba robi też za stojak do (nielegalnie zamontowanej) anteny satelitarnej. W domku obok żaba ( z rozwaloną głową) robi za śmietniczkę. Ale ogólnie park jest ok. Nikt z normalnych ludzi przynajmniej nie skarży się na całokształt. Mamy tu darmowy akquapark. I darmowe wesołe miasteczko. Mamy sklepy blisko. Mamy (wprawdzie za trzy euro) saunę, solarium, morze cztery kilometry dalej i rezerwat. Mamy chronione gatunki ptaków na wyciągnięcie ręki. To wszystko dostępne dwadzieścia cztery godziny na dobę: kiedy tylko wrócimy z pracy. Nic więc dziwnego, że większość z nas nie robi nic innego tylko zjeżdża, huśta się albo pije.

Mariuszek wciąga w siebie kolejną zieloną buteleczkę, Mirta korzystając z tego, że na terenie parku panuje ograniczenie prędkości do piętnastu na godzinę poprawia makijaż. Wjeżdżając mijamy przyczajonego jak pantera ciecia, co do którego spieramy się regularnie czy jest mężczyzną czy kobietą: spór jednak zostaje wiecznie nierozwiązany, cieć bowiem z cieciówki nie wychodzi nigdy. Szakaron parkuje na zielonym parkingu, na miejscu dla gości (którymi właściwie jesteśmy) i wysiadamy. Pod domkiem, tam gdzie powinno stać służbowe auto, Szakaron trzyma swoje własne i nikt nie ma mu tego za złe - bo w zeszły weekend na parkingu niedaleko ośrodka spaliły się dwa samochody na polskich rejestracjach. Pewnie przypadkiem. Ale Szakaron lubi dmuchać na zimne.

- To do piątku - mówimy sobie i rozchodzimy się do domków. I znowu robimy sobie z siebie prawie - obce - osoby.

Takie na "cześć - cześć". Nie takie na "co u ciebie".

W domku jest jeszcze pusto, bo Szakaron ciśnie jak oszalały wykorzystując każdą możliwą lukę na autostradzie. Możliwe, że był jedynakiem i rodzice bardzo mobilizowali go aby zawsze i wszędzie był pierwszy. I najlepszy. Możliwe też, że bardziej niż innych wkurzają go korki na autostradach. Wyglądam przez okno i widzę jak trzy metry dalej Rudy z gołym torsem wiesza pranie. Starając się nie myśleć o tym, jak bardzo jestem wyposzczona rzucam się w stronę lodówki i – korzystając z tego, że przez chwilę nie ma nas przy kuchence pięciu - naprędce klecę obiad.

Na obiad codziennie mam warzywa z paczki, paluszki z paczki i puree z proszku. Sztuczne ryby, sztuczne ziemniaki i substytut warzyw. Nie dlatego, żebym nie mogła ugotować czegoś innego. Inni gotują. Ja nie. Nie gotuję, bo nie czuję się na tyle domowo żeby gotować. Albo jestem po prostu leniwa: można wybierać, która z tych opcji jest bardziej prawdopodobna. Z rozbiegu wrzucam na gaz patelnię z rybą i warzywami i wpadam do łazienki, żeby ją zająć: słyszę bowiem na ganku narzekanie moich współlokatorów. Na wszystko co możliwe. Na to, że to nie Śląsk tylko Holandia. Na to, że płace są za małe, a produkty za drogie. Na to, że wszyscy, którzy nie są ze Śląska (ewentualnie z Polski) są idiotami. Odgraniczam się od nich strugami ciepłej wody i modlę się o to, żeby żadnemu nie chciało się siku: kibel znajduje się bowiem w tym samym pomieszczeniu co nasza krasnoludzka łazienka.

 

*** Ninu ***

Skur**l - myślę, że myśli Mirta stojąc na pasach i czekając na busa, który ma do niej podjechać - skur***l

Potem podjeżdża bus i wszyscy mężczyźni w środku uśmiechają się na jej widok. Mirta odpowiada uśmiechem i zły humor przechodzi jej niemal całkiem. Zupełnie natomiast przechodzi jej w Kruidwacie, gdzie kupuje sobie złoty lakier do paznokci i cień do powiek w kolorze dupy pawiana. Myślę – myślę, że myśli Mirta - że będzie pasował do sukienki.

Potem wsiada do busa. Znowu. Wszystkie oczy skierowane są na nią, wszystkie źrenice (męskie) rozszerzają się. Wszyscy na nią patrzą. A ja siedzę w kącie i zastanawiam się, tak po prostu zastanawiam się, czy ona o tym wie. Że patrzą. Że oni wszyscy myślą tylko o tym, jak się do niej dobrać Jak otworzyć to pudełko (w środku najmilsi nie ma nic, sam się o tym przekonałem!) A potem Mirta patrzy na mnie, bez uśmiechu, chociaż jej piersi cieszą się do mnie jak dzieci na pierwszy śnieg. I mówi, ale jej głos nie jest skierowany do mnie, bo ja jestem już tylko powietrzem, mówi do Mariuszka coś o kremie. Czy kupił. Jaki krem - kołacze mi się po głowie - jaki krem, jaki Mariuszek, czemu Mariuszek i krem i czemu dla niej? Ale wszystkie te myśli przebiegają dzikim gonem przez moją głowę szybko przepchnięte przez jedna wielką myśl, jednego myślego rekina, który przegania wszystkie te płotki, a ta myśl mówi do mnie:

- To ty ją wtedy zostawiłeś i to ty kazałeś jej odejść, pamiętaj o tym!

A potem droga mija już szybko.

Wysiadam z auta i idę pobiegać. Jak co dzień. Już nawet znudziło się tym wszystkim ludziom ze mnie śmiać: przynajmniej tak myślę, bo jak naprawdę jest - tego nie wiem i się nie dowiem. Bo nie pytam. Bo żadna życzliwa dusza nie ośmieli się do mnie podejść, żeby poinformować mnie o tym jak naprawdę z tym jest. Biegam codziennie - czasem kilka kilometrów a czasem tylko kilkaset metrów. Biegam po to, żeby odpocząć. Żeby pomyśleć. Bo najlepiej myśli mi się kiedy jestem sam. Będąc tutaj mam całe mnóstwo czasu na samotność i na myślenie. Całe mnóstwo czasu na bieganie i sam nie wiem już czy to dobrze czy nie. A od kiedy nie jestem z Mirtą mam go nawet jeszcze więcej na myśli. Na zastanawianie się. Na wyobrażanie sobie:

 

A teraz wyobraźmy sobie taką sytuację: Mirta i Nyataneri leżą w ciemnościach. Mirta sięga przez jego ciało - nagie ciało - po papierosy i zahacza o jego pierś. Swoją upierścienioną złotem z H&Mu i wypielęgnowaną dłonią wyciąga z paczki jednego. Zapala. Nyataneri  sięga po jej rękę, leniwym ruchem przyciąga ją do ust i całuje, po czym wyjmuje jej z palców papierosa i wkłada sobie do ust. Wszystko - wyobraźcie sobie – absolutnie wszystko, dzieje się w całkowitej ciszy. Potem Nyataneri wypuszcza dym z ust: dym układa się nie w kółka, ale w kwadraty. Nyataneri mówi nieswoim głosem stłamszonym przez przytrzymywane w płucach resztki dymu:

- Moja nocna Lal samotnica.

 

A teraz stoję w ciemnościach jak zgaszona latarnia i patrzę jak wchodzi z nim do domku, jak zapala się światło w jego pokoju, a potem gaśnie, gaśnie bardzo szybko. Dopalam papierosa i idę. Podchodzę do ganku i w chodzę na niego - deski skrzypią gdy dotykam ręką ściany, za którą jest Mirta i on.

A potem piszę markerem na murze jego domku:

Mirta jest tak pusta, że jak ją pukasz to echo idzie po murach.

I idę w pizdu.

*** Futrzany człowiek - część 1 ***

Golę się cały. Niezmiennie. Zaczynam od porośniętych już nadmiernie długimi włosami nóg, potem wyrzucam maszynkę, którą się zacinam, biorę następną i przerzucam się na brzuch. Na maszynki wydaję tygodniowo więcej niż na papierosy. Więcej niż na jedzenie i mieszkanie. Więcej niż na wszystko.

Hirsutyzmu idiopatycznego nie odkryto u mnie w jakimś określonym momencie życia. Odkryto go u mnie zaraz po porodzie. Zaraz jak tylko przyszedłem na świat. W tamtej chwili wszystkie pielęgniarki - tak sobie wyobrażam - krzyknęły jednym głosem, cienkim i kruchym, piskliwym jak szkło. A lekarz powiedział z dobrotliwym uśmiechem:

- O, misiu

Tak przynajmniej myślałem, że musiało to wyglądać. Jak wyglądało naprawdę, nie wiem. Nie wiem bo moja mama - być może przerażona moim wyglądem, a może tym z kim - jak się okazało - poszła do łóżka dziewięć miesięcy wcześniej, zwinęła żagle z mojego życia niecałe pół roku po moim pojawieniu się na świecie, więc nie było komu mi o tym opowiedzieć. Jak się urodziłem, jak przyszedłem na świat. I jakie były pierwsze słowa jakie wypowiedziałem i czy były one związane z owłosieniem. Z włosami. Z futrem.

Czy wiecie jak chujowo jest mieć futro na twarzy kiedy mieszka się w sierocińcu? Czy wiecie jaka to jest lipa kiedy włosy wyrastają ci z uszu gdy żyjesz w rodzinie zastępczej?

Mam ksywę – niespodzianka - włochaty.

Kiedyś - jeszcze zanim postanowiłem być tak normalny jak to tylko możliwe w mojej sytuacji - starałem się pogodzić z samym sobą. Z własnym ja. Nie goliłem włosów, nie zastanawiałem się nad laserową depilacją, szedłem odważnie jak katamaran ulicami wszystkich miast, na które zawitałem. Pracowałem w cyrku. Jako australopitek. Albo coś w tym rodzaju - w każdym razie byłem atrakcją wieczoru. Nikt nie wierzył, że moje włosy są prawdziwe i to napawało mnie dumą - w każdym razie najbliżej dumy było to uczucie, które pojawiało się w moim żołądku po każdym występie. Nauczyłem się chodzić na linie (małpa na linie) potem jeździć na linie (małpa na rowerze na linie) żonglować (żonglująca małpa na rowerze na linie), a potem któregoś dnia okazało się, że lina jest źle naciągnięta i spadłem z dwudziestu metrów na pysk. Nikt nie wie dlaczego przeżyłem.

Pamiętam z tego upadku twardą jak kamienie ziemię. Pamiętam bukiet błękitnych kwiatów, róż granatowych jak niebo nad ostrołęką, które to kwiaty ktoś rzucił na arenę (żadnych róż pewnie nie było) a potem zobaczyłem śmierć z pozytywką. Poważnie. Stała kawałek ode mnie, pozytywka była na korbkę i grała bardzo głośno jakąś melodię, której nie byłem w stanie określić a śmierć uśmiechała się półgębkiem. A potem, obok tej śmierci - sam nie wiem skąd - stanęła bawarska kelnerka z kuflem piwa w ręce i uśmiechając się przepraszająco wskazała ręką na śmierć i powiedziała:

- Proszę mu wybaczyć. To jest Amerykanin.

A potem moje powieki zamknęły się nade mną.

Z tamtego wypadku cało wyniosłem tylko siedem kości - wliczając w to kowadełko i młoteczek w prawym uchu. Siedem kości i kilka dodatkowych umiejętności jakie podczas podniebnego lotu bez zabezpieczeń nabył mój mózg. Ale o tym za chwilę.

Kiedy obudziłem się w szpitalu pierwszą moją całą, nie pokiereszowaną myślą było: „żyję” drugą było: „czy nie jestem sparaliżowany?”, a trzecią: „nie mam ubezpieczenia” i w taki oto sposób racjonalne myślenie powróciło do mojego życia. Zanim jednak udało mi się znowu zasnąć poczułem, że coś jest inaczej niż wcześniej, że coś jest nie tak i pomyślałem - tak naprawdę pomyślałem - że to chyba tylko sen, że się budzę. Że czuję się bardzo nierzeczywiście, zbyt nierzeczywiście na to, żeby to nie był sen. Bardzo szybko okazało się jednak, że to nie był sen, że tak miało od teraz wyglądać całe moje życie. Lekarze wyjaśnili mi, że podczas upadku mój mózg doznał pewnych bliżej nieokreślonych uszkodzeń i teraz - tak właściwie to od teraz - już do końca moich dni będę się czuł tak jak w tamtej chwili. Nierealnie. Nierzeczywiście. Jakby wszystko co się działo było złudzeniem. Problem z synapsami, zwolniony przekaz neuronów, czy coś tam takiego. Co tak naprawdę stało się z moim mózgiem przekonałem się dopiero po pewnym czasie.

Prorocze - albo właściwie prawie prorocze - sny zacząłem mieć dopiero na tydzień po przebudzeniu z farmakologicznej śpiączki, w której lekarze utrzymywali mnie przez dobre trzy tygodnie dla mojego własnego bezpieczeństwa. Że sny te są prorocze przekonałem się już pierwszego dnia, w którym przyśniło mi się ze szczegółami, że odwiedza mnie Ofra, tancerka i moja ówczesna partnerka z bukietem czerwonych goździków i mówi mi, że między nami wszystko jest skończone na swój subtelny jak jej taniec sposób, a zegar na ścianie wskazuje wtedy godzinę piątą. I faktycznie - Ofra przyszła, powiedziała to, co miała do powiedzenia i wyszła, a ja - ja wtedy tylko leżałem i zastanawiałem się dlaczego - zamiast czerwonych goździków - miała w rękach bombonierkę. To co mówiła obeszło mnie mniej niż powinno - może dlatego, że czułem się bardziej nierzeczywiście i mój mózg - nie ja, ale mój mózg – mówił mi, że to co się dzieje nie jest do końca prawdziwe.

Następny prawie proroczy sen zdarzył mi się dwa dni później i spełnił się w rzeczywistości niemal co do joty, kiedy dotarły do mnie pierwsze wiadomości o mojej zastępczej matce – jedynej osobie, z którą nawiązałem trwającą dłużej niż dwa lata więź emocjonalną. Jedyny błąd w moim śnie polegał na tym, że Marlena nie umarła na zawał serca tylko na udar.

Wspaniale - myślałem wtedy z goryczą - więc teraz, poza tym, że mam futro jestem jeszcze nierzeczywistym prawie - jasnowidzem. Owłosionym profetą. Futrzanym złudzeniem.

W tamtym też czasie mniej więcej - oczywiście dopiero wtedy kiedy mogłem utrzymać w ręce maszynkę - zacząłem się dokładnie golić. Całe moje ciało. Jednorazowymi maszynkami do golenia, które były doprawdy mniej kosztowne niż kupowanie co tydzień nowej maszynki elektrycznej i które kaleczyły moją wrażliwą skórę do żywego mięsa. Miałem to opatentowane do perfekcji. Nie wiem dlaczego zacząłem się golić - być może stwierdziłem, że nie udźwignę już ani jednego dziwactwa więcej, że z czegoś trzeba zrezygnować na rzecz czegoś innego, że coś - może tak właśnie myślałem – że coś trzeba poświęcić. Z karierą cyrkowca mogłem pożegnać się na dobre, bo nawet ogolona małpa nie utrzyma się na linie z połamanymi kończynami - i po ponad półrocznej rehabilitacji ścigany przez dług zaciągnięty względem polskiej służby zdrowia zdecydowałem się wyjechać za granicę, aby zarobić na moje maszynki do golenia - i na spłatę kredytu.

I może na laserową depilację.

 

*** Charon pomidorów ***

Włochaty pracuje na kole jak przecinak idąc przez łodygi pomidorów, jak burza wymija te zepsute zostawiając je mnie: ale do mnie dopływa całego tego sprzętu tak mało, że nie mam prawie nic do roboty: więc stoję i ziewam. Ziewam i patrzę jak Włochaty z determinacją ściga swoje własne przeznaczenie za pomocą warzyw. Pomidorów. Jak napierdziela jak mały samochodzik wyłapując wszystkie zepsute i z wściekłością wyrzucając je do skrzynki, która stoi obok jego butów, wielkich jak kajaki.

- Ej Włochaty – mówię, a on nie przestając machać rękami jak wiatrak kiwa mi pytająco brodą – co robisz dziś popołudniu?

Włochaty kręci głową i mówi, że nie słyszy, więc powtarzam pytanie. Wtedy Włochaty podnosi na mnie po raz pierwszy od początku dnia spojrzenie, odrywa się od orania przez bruzdy pomidorów i mówi:

- Mecz oglądam. A co?

Historia Włochatego jest jeszcze bardziej skomplikowana niż historia byłego księdza, który porzucił seminarium dla dziewczyny, wyjechał z nią do Holandii a ona zostawiła go potem dla byłego strażaka. Ale Włochaty rzadko się swoją historią dzieli. Woli raczej żartować, mówić o rzeczach nieistotnych, błahych, chociaż wszyscy wszystko o nim i tak tu wiedzą: i o cyrku i o włosach i o kredycie też. Włochaty wie, że inni wszystko o nim wiedzą, ale nie przeszkadza mu to puszczać w obieg ciągle nowych plotek o sobie samym i o innych: Włochaty, tak jak kiedyś kręglami na arenie bawi się plotkami: żongluje nimi, wypuszcza je niczym sokoły w niebo, a potem czeka aż do niego wrócą, podkolorowuje je nieco - i wypuszcza znowu. 

Piątek jest w naszej firmie dniem zwolnień. Dies irae. Co piątek wszyscy ustawiają się na stanowiskach, na których pracują najlepiej i dają z siebie wszystko – chyba, że akurat mają wy***ne. Albo chcą, żeby ich zwolniono. Żeby nie musieli płacić kary za nie wypełnienie zobowiązań kontraktu. Albo się nie boją. Albo cośtam.

W piątki czas dłuży się wszystkim niewiarygodnie. Bo agencji, przez którą pracujemy my, wszyscy europejscy kitesurferzy, jobsurferzy, odpadki kapitalizmu dużo bardziej opłaca się zatrudnić nowych ludzi niż przedłużać kontrakt ze starymi: bo za każdego nowego człowieka firma, która korzysta z usług agencji płaci jej pieniądze. I dlatego właśnie piątek jest dniem rzeźni. A poniedziałek - dniem nowego.

Piątki oznaczają także wstawanie o piątej. Idziemy do pracy na siódmą i pracujemy do siedemnastej. Jeżeli dobrze pójdzie. Jeżeli jest na tyle zamówień i tyle pracy. I dobrze. Więcej godzin to więcej pieniędzy: myślimy wszyscy: Mirta, Szakaron, Mariuszek: wszyscy ci my, którzy narzekamy na długie piątki tak właśnie myślimy. Ten dzień jest jednak konfliktowy jak jasna cholera i czuję to w kościach idąc do samochodu. Baron wraz ze swoją kobietą jak zwykle wyjeżdżają pięć minut wcześniej niż wszyscy pozostali: gdy wsiadam słyszę niemal jak moje powieki wciąż lepkie od snu rozklejają się od dudniących w samochodzie basów. Wiem, że będzie krzywo już w chwili, w której na zegarku pojawia się godzina piąta pięćdziesiąt, a Lola wciąż jeszcze nie ma. Jak co dzień. Od kiedy z nami jeździ. Od tygodnia Lolo rujnuje marzenia Barona o byciu pierwszym na parkingu przed pracą. Takie głupie marzenia, drobna satysfakcja powitania kpiącym uśmiechem Vikiego – boga, Vikiego szefa - a tu pojawia się taki Lolo i wszystko psuje. Tego dnia - wiem to już – Baron pęka. I kiedy Lolo pojawia się w końcu przecierając zapuchnięte powieki Baron mówi spokojnym i miłym głosem:

- Lolo następnym razem tak dwie minutki wcześniej.

- Na moim zegarku - odpowiada na to Lolo spokojnie - jest za dwie

Potem Lolo ładuje się do samochodu, sadowi wygodnie i próbuje spać, a Baron podgłaśnia muzykę na całą pydę. I tak zaczyna się wojna.

Wojna jest cicha. Nie otwarta: jest doskonale ukryta i dla normalnego człowieka, który nie zna żadnego z nich: niemożliwa do zauważenia. Lolo jeździ wózkiem sprzątającym – a Baron (przypadkiem) ustawia skrzynki na jego trasie. Baron podjeżdża po paletę - a Lolo (przypadkiem) potrąca ją, sprawiając tym samym, że wszystkie puste kisty z głuchym łoskotem walą się na ziemię. Jak ścięte dęby. I Lolo i Baron przepraszają się za te wszystkie wypadki: przepraszają się serdecznie i szczerze i pomagają, naprawdę pomagają sobie nawzajem naprawić zaistniałe szkody. Lolo zbiera kisty, które sam roz***ał. Baron przesuwa czekającemu Lolowi skrzynki sprzed wózka. Z twarzy obojga nie znika uśmiech. A z ich oczu nie znika zimna złość.

Oglądam początek tego spektaklu co rano - co rano bowiem jeżdżę z nimi do pracy. Co rano chce mi się śmiać z tego co się dzieje i co rano mam nadzieję, że oglądam ostatni akt, że któryś w końcu pęknie, wybuchnie i przyładuje drugiemu bombę. Ale obaj zawodnicy – twardzi i zaprawieni w długoterminowych bojach jak widać – nie dają ponieść się emocjom. Ani w ten ani w następny piątek. Wojna nie kończy się otwartym konfliktem. Zbrojną manifestacją. Eskalacją agresji. Wojna nie kończy się nigdy.

 

*** Ninu ***

Jestem idiotą. Jestem głupim cepem, tępym jak but i kruchym emocjonalnie jak kryształowy wróbel przywiązany do krzaka najtańszą, bawełnianą nitką. Jestem idiotą. Bo się zakochałem.

Mirta idzie dziś do pracy z moimi oczami na plecach. Podnosi skrzynki swoimi mocarnymi ramionami z moimi oczami na plecach. Spojrzeniem owijam ją całą jak bandażem. Kocham ją. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Jeśli tak, jest to najdłuższa agonia na świecie. Moja nadzieja na to, że ona przyjdzie do mnie i powie przepraszam za tamten poniedziałek, to było przejęzyczenie przepraszam, wróćmy do siebie majta nogami w powietrzu wisząc na sznurze już od tygodnia.

Kamir prześlizguje się pod maszyną (czego absolutnie nie wolno robić) i podchodzi do mnie. Jeżę się cały, ale nie reaguję, bo Kamir poza tym swoim problemem z agresją to w gruncie rzeczy porządny gość, chociaż faszystowski seksista i nietolerancyjna świnia.

- Marselja - mówi i wali mnie łapą w plecy tak, że aż ciarki idą - you dont think about it woman, you dont think about it. You did a realy good thing, girl, truly! Good for you. You’ll find a man, believe me.

Jestem najgłupszym człowiekiem na całym świecie i aż mi samego siebie żal taki jestem głupi. I nie jestem girl - chcę mu powiedzieć, powtórzyć tak, jak robiłem setki razy, miliony razy, lata świetlne razy! Ale nie mówię nic, bo znam jego reakcję. Bo wiem co powie. Znam jego śmiech – szyderczy i pobłażliwy, specjalny śmiech, który Kamir zarezerwowany ma tylko dla kobiet, tych słabych (używających tamponów) istotek, maszyn do seksu i gotowania wypełnionych fanaberiami.

- OK. man - mówię tylko. I dalej modlę się do pleców Mirty. I tak upływa mi dzień. Na staniu przy kole z Mariuszkiem (krem? Jaki krem?) I na patrzeniu na jej plecy. Ignorując Mariuszka. Jego przytyki. Jego pełne politowania spojrzenie. Bo on ma kutasa, a ja nie.

Za dziesięć wpół do pierwszej moje serce wbija mi się do przełyku i tam zostaje już na stałe, trzymając się go małymi rączkami. W moją stronę płynie galion. Syrena. Znienawidzona miłość mojego życia. Płynie ze skrzynką pod pachą patrząc wprost na mnie. I płynie. Do mojego koła. Moje serce walczy o życie z chomikiem w mojej głowie - myśl racjonalnie, myśl racjonalnie - terkocze karuzela, w której biega oszalały gryzoń - ona nie idzie do ciebie, ona nie idzie do ciebie (krem! zgaszone światło!) A potem nagle w ułamku sekundy Mirta jest już tuż obok, obok mnie i wtedy w tym samym ułamku sekundy ona patrzy mi prosto w oczy, a Mariuszek odzywa się grubym, zachrypniętym z przepicia głosem:

- No cześć kotku! Idziemy na przerwie na papieroska?

- Idę usiąść z koleżankiami i porozmawiać o ważnych sprawach - mówi Mirta wprost do niego i tylko do niego (widzę to po jej oczach, które utkwione są w jego oczy jak w martwy punkt) chociaż dobrze wiem, że tak naprawdę te słowa skierowane są do mnie, do mnie są adresowane a ich prawdziwe przesłanie brzmi: to przez ciebie muszę to robić. I mam wizję. Widzę Mirtę jak siedzi ubrana w strój wędrownego barda przy ogniu, w otoczeniu samych kobiet: wszystkie one wpijają w nią oczy, z ich wpółotwartych ust ściekają kropelki śliny, które dyskretnie ścierają koronkowymi chusteczkami. Potem chowają je w wycięcie mocno wydekoltowanych sukni. I czekają. A Mirta nie spieszy się. Z zadumą trąca leciutko struny swojej lutni, dostraja je do odpowiedniego tonu, rzucając tęskne spojrzenia otaczającemu tłumowi. Spojrzenia, które mówią wszystko za pomocą jej (sztucznych) rzęs. A potem uderza struny mocniej, cała wydekoltowana sfora wypręża się w pozycji „tu upadła zestrzelona kaczka”, lutnia robi brdiąąg,  a Mirta swoim skrzekliwym, żabim głosem zaczyna zawodzić do wtóru lutni:

- Faceci to chuuuje.

Albo:

- Kobiety to chuuuje!

- No to na razie, baw się dobrze - mówi Mariuszek

Ja jestem seryjnym mordercą. Ona – seryjną ofiarą – myślę. Prawdopodobnie Mariuszek rzuca mi coś w rodzaju triumfującego spojrzenia (mam kutasa, a ty nie!) ale tego już nie widzę: wbijam oczy w koło. I zbieram to, co się na nim wala z taką zaciętością, że sam się sobie dziwię. I wtedy dobiega mnie głos anonimowego, ciemniejszego od reszty nowego kolegi z maszyny obok.

- They are fuckin lesbian man - mówi anonimowy nowy do Kamira - they dont like man. They prefer bananas.

A ja chcę mu strzelić prosto w ten jego ciemny ryj. Prosto w jego krzywe, przednie zęby, wypierdzielić mu pół szczęki i zabić. Ale wtedy Kamir wy***ie mnie z pracy na pniu - a ja - myślę sobie, przypominam sobie bardzo intensywnie, tak intensywnie, że aż bolą mnie szczęki od zaciskania - muszę zbierać kasę. Na dom i ładny samochód (na operacje) i na to, żeby w końcu śladami bluszczu zapuścić gdzieś jakieś korzenie w jednym miejscu w jednej lokalizacji, w Polsce. 49,9 stopni N i 22,7 stopni E. Własnie tam. Zakładam więc uprzejmie obojętną twarz i tylko mówię.

- I am not a lesbian man. I am transgender.

Po czym zaczynam - jakgdyby nigdy nic - pakować pomidory na kole. Jakby mnie to w ogóle nie dotyczyło. Jakbym to nie był ja. Tylko ktoś inny obok mnie, kto właśnie został obrażony, znieważony i poniżony. Społecznie pobity. Widzę tyłem mojej głowy jak stoją jeszcze chwilę i śmieją się kręcąc głowami i próbując po kształcie mojego tyłka zgadnąć ile pompek dziennie robię (czterdzieści) i ile kilometrów biegam (pięć), a potem kości mojej potylicy mówią mi, że poszli już sobie, że ich nie ma, więc zwalniam tempo i patrzę na zegarek. Jest wpół do pierwszej. Za pięć.

 

*** Charon pomidorów ***

Za pięć wpół do pierwszej kończę zasuwać jak terminator i zaczynam pracować normalnie. Nie strzelam już paczkami za 1 euro jak karabin maszynowy: strzelam jak katiusza, dając czas Mohhamedowi i – czasami - Stefanowi na pozbieranie wszystkiego z koła tak, żeby nie musieli zostawać ani minuty dłużej i zbierać pomidorów i żeby mogli zejść na pauzę równo ze wszystkimi. Czasami, gdy zabrzmi sygnał na przerwę zostaję  i pomagam im pozbierać warzywa jeżeli koło jest bardzo zawalone. Jeżeli mam dobry humor. Jeżeli mi się chce.

Tego dnia chce mi się. Zawsze albo przepuszczam główny tłum, który wali na kantynę tak, jakby co najmniej rozdawali tam darmowe pączki albo wybiegam przed niego, ale dziś idę grupowo, z nimi wszystkimi, idę i rozglądam się na boki. Dyskretnie oczywiście. Łapię jego spojrzenia jak ukradkowo puszczane zajączki. Bawię się nimi przez chwilę, a potem dociera do mnie jacy popieprzeni jesteśmy, że zamiast smsów wymieniamy tylko spojrzenia. Jak bardzo - nie na czasie.

Wbiegam do mojej szopy równo z tłustym murzynem z astmą. Siadamy w dwóch różnych kątach nastroszeni jak dwa koty w schronisku. Czekam na dzień, w którym zaczniemy obsikiwać ławki, na których siadamy:

To miejsce jest moje, spie***aj!

Ale wiem też, że gdy tylko zrobi się cieplej, do palarni zaczną wychodzić też inni ludzie i wiem, że z samotności zrobi się lipa, więc odpuszczam sikanie. I poprzestaję tylko na nie mówieniu do grubego. On ma słuchawki, a ja mój zeszyt.

Zapisuję w nim wszystko, co tylko przyjdzie mi do głowy. Kolory, zapachy, dźwięki jakie wydaje plastik ocierający się o ścianki linii, różnice pomiędzy szelestem jakie wydaje czterystugramowe i pięćset gramowe pudełko pomidorów wpływające na koło jak Krzysztof Kolumb na Pacyfik. Odgłosy kilogramów papryk wysypujących się z plastikowych wiader do metalowych koryt. Krzyki dopasowywanego do plastiku jedzenia. Wrzaski natury pakowanej w celofan. Milczenie wbitych w godziny ludzi. Wszystko, co się tylko da.

I wtedy do szklanej szopy przychodzi jeszcze trzecia osoba.

*** Włochaty ***

Mój mózg zrobiony jest teraz z substancji chemicznych zupełnie innego rodzaju niż u innych ludzi. Mój mózg ma teraz zdolności paranormalne. Pararealne. Miałby. Gdyby nie był tak nierzeczywisty jak wszystko to, co go otacza. Zanim zostałem nierzeczywistym futrzanym prorokiem byłem przekonany, że najlepiej na tym świecie dzieje się tym, którzy potrafią przyjmować świat na wprost. Nie dookoła, nie przez sieć znaczeń ale na wprost. Jak Kamir. Jak Radek. Jak Anioł. Gdyby to tylko było możliwe w moim przypadku. Byłbym wtedy – jak myślę - najszczęśliwszym realnym futroniem na całym świecie.

Od kiedy przyjechałem do Holandii programowo przestałem sypiać. Żeby móc żyć bez tego irytującego uczucia nierealności obecnego ciągle gdzieś z tyłu mojej głowy. Fakt, że to uczucie może nawet nie tyle znikało ile zmniejszało się gdy byłem niewyspany odkryłem przypadkiem, kilka miesięcy po moim wypadku, kiedy zmuszony byłem usiąść za kierownicą samochodu dostawczego (dorywcza - praca - aby - przeżyć - numer - pięć) i przewieźć transport gipsowych krasnali z jednej części Europy do drugiej i spowrotem. Poranek dnia następnego zastał mnie w niemal rzeczywistym świecie i prawie normalnym stanie umysłu i tak zaczęła się moja odysea bezsenności. Włóczyłem się po nocach. Oglądałem stare horrory. Czytałem. Starałem się w miarę możliwości nie stosować żadnych wspomagaczy, nie zawsze mi się to jednak udawało, chociaż zazwyczaj wystarczała sama kawa. Wszystko po to, żeby chociaż przez chwilę być rzeczywistym. Czuć się prawdziwie.

Nie wiem, czy moje poczucie odrealnienia miało jakikolwiek związek z proroczymi snami, wiem natomiast, że od kiedy zacząłem sypiać krócej moje wizje przyszłości ledwie się w tych snach mieściły. Śniłem sny o tym, co będzie działo się następnego dnia, czasem o rzeczach nieistotnych, czasem o wydarzeniach, które przyprawiały mnie o dreszcze. I czasem, śniąc te sny, czułem się niemal rozczarowany faktem, że znam przyszłość, że mogę o niej powiedzieć niemal wszystko, a zafałszowane w niej są tylko te nieistotne - w mojej opinii – szczegóły. Czasem – budząc się z takiego snu i wstając po trzygodzinnym odpoczynku z łóżka – czułem się jak znudzony bóg.

Moje sny nie zawsze są przyjemne: szczególnie wtedy kiedy dotyczą ludzi, których znam. Szczególnie wtedy kiedy wiem, że spotka ich coś złego albo nieprzyjemnego. W dzień następujący zaraz po takim śnie idę przed siebie zastanawiając się i licząc – tak, licząc – na to, że ten sen był tylko zwykłym snem, złudzeniem małpoluda, kiedy spotykam ludzi, których dotyczył staram się nie patrzeć im w oczy, bo jednak, bo mimo wszystko wiem, że to nie był zwykły sen. Robiłem tak, kiedy mijałem Ninu mając przed oczami jego oczy, które już za kilka godzin miały rozszerzyć się miłością do jego byłej dziewczyny, robiłem tak przechodząc obok Anioła (jego kolega nie oddał mu czterystu euro i Anioł przez tydzień żył na rzodkiewkach i musztardzie), tego dnia robię to przechodząc obok Pani Reginy. Bo wiem już co ją spotka. I wiem co w związku z tym co ją spotka stanie się dalej.

Włochaty wizjoner część pierwsza. Zwolnienia.

"Karolina mówi do pięćdziesięcioletniej pani Reginy:

- Wy***j mi stąd tępa k***o.

Te słowa opadają na ziemię cicho i nieodwracalnie jak okręt Kursk na piaszczyste morskie dno. Wszyscy – wszyscy, którzy to słyszeli - nagle milkną i przestają poruszać rękami w szybszym lub wolniejszym tempie wysyłając czerwone ( w rzeczywistości były one zielone) papryki na spotkanie ich przeznaczenia, wszyscy wpijają milczące i złaknione spojrzenia w całą tą sytuację, w całą historię, w nową plotkę, która się rodzi, powstaje i obrasta w piórka. A Karolina zdaje sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziała: zdaje sobie z tego sprawę i widać, że żałuje, że chce to cofnąć już nawet nie ze względu na formę czy treść ale na niepoprawność polityczną, na świadomość konsekwencji jakie z nich dla niej wypłyną. Ale słów cofnąć się nie da i ona o tym wie - widać to na jej spiętej, przedwcześnie podstarzałej twarzy, więc odwraca się tylko od Pani Reginy i korzystając z okazji wyładowuje resztki złości, tą szczątkową nienawiść, która jeszcze z niej nie wypłynęła jak żółć na zasłuchanych i zapatrzonych w embrion plotki ludzi:

- No i czego tak się gapicie? Pracować k***wa!

Po czym odwraca się znowu w stronę pani Reginy: może po to, żeby załagodzić sytuację, a może po to, żeby zaostrzyć ja do końca, pogrążyć ją bez reszty i dobić, ale nie ma już do kogo mówić, bo Pani Regina w międzyczasie odwraca się i odchodzi

Dwa dni później rozpoczyna się wielka akcja zbierania podpisów. Występ Karoliny rykoszetem odbija się na wszystkich obecnych, pani Regina bowiem nie oszczędzając nikogo występuje do koordynatora do spraw HR zatrudnionego przez biuro pośrednictwa pracy - i grozi sądem. Efekt jest taki, że w ciągu całego następnego tygodnia z pracy wylatuje więcej osób niż w ciągu całego poprzedniego miesiąca, wszyscy chodzą skwaszeni i przeżywają potencjalną możliwość utraty swojej posady. Swojego źródła chleba i marihuany. Swojego lukrowanego kur***a. I rodzą się konflikty. Frustracje. Niechęci i wrogowie. Atmosfera panuje jak przed pogromem żydów - takie przynajmniej można odnieść wrażenie. Nie wiem - nigdy nie byłem gromionym żydem. Pierwszymi ofiarami wojny między proletariatem a burżuazją stają się jak zwykle najsłabsi i nie mogący znaleźć obrońców w mocniejszych od siebie: niepełnosprawni, zbyt wolni albo zbyt ekscentryczni pracownicy. Niedosłyszący. Lesbijki. Rastamani i emeryci. Jedną z ofiar wojny jest Kasia i jest to jedyna zwolniona osoba, którą znam bezpośrednio – i której jest mi żal. Kasia polega śmiercią walecznych ponieważ ma słaby wzrok i nie zauważa drobnych plamek pleśni na papryce.

- You’re not working here anymore - mówi Victor, archanioł mściciel z mieczem w jednej dłoni i wyciągniętym palcem wskazującym u drugiej - you can go home.

Kasia waha się chwilę - widać to po niej. Potem z niedowierzaniem i niepewna czy dobrze zrozumiała pyta:

- You mean I can go home for now, or I can go home forever?

- Forever - mówi on, zupełnie jak wyznanie miłości. Foreverr uneployed. Forever searching. Jobsurfing forever. Tak myślę ja. Kasia natomiast wybucha płaczem a potem idzie i rzyga złością prosto w twarz niczego nieświadomego HRowca. HRowiec robi się czerwony jak burak i rzyga złością  na wszystko inne.

I tak to mniej więcej wygląda.

 

*** Ninu – piątek ***

Piątek to nie tylko dzień masowych zwolnień, proszę państwa do gazu. Piątek to też dzień chlańska. Dzień domówek. Dzień imprez u znajomych i obcych, którzy mogą zostać znajomymi, dzień pubów, klubów i dyskotek. Dzień dziecka. Wewnętrznego dziecka. Rozwydrzonego bachora, który pomimo płynących lat wciąż wywrzaskuje słowa „ ja chcę”, „ja muszę! Dziś wbijamy się do jakiegoś anonimowego lokalu z półokrągłą, szklaną kopułą na górze – klub - nawet jak na standardy europejskie - jest bardzo ale to bardzo zaj****sty. Wyczołgując się z baru (w podłodze, za twardą jak diamenty szybą pływają prawdziwe, żywe rybki) orientuję się, że jestem pijany. I że nie mam papierosów. I wykorzystuję ten fakt, wykorzystuje go mocno, żeby zapuścić kolejnego tripa wgłąb kolejnego miasta (Rotterdam), żeby wytrzeźwieć, zobaczyć coś innego niż dno butelki i przejść się, mówię znajomym, że wrócę za pół godziny. I wychodzę.

Więc wychodzę  z tej z****nej imprezy i idę dalej przed siebie w poszukiwaniu fajek. Ulice robią się coraz mniej ciekawe i to jest to, co mnie martwi. Mogę myśleć o sobie, że jestem twardy, mogę być przekonany, że dam sobie radę (szybko biegam!) ale parking, na który wpadam szybkim krokiem pozbawia mnie tego uczucia. Tej pewności. Że wszystko będzie dobrze - to już jest pewne, że nie będzie w chwili, w której widzę kto na parkingu stoi i czuję - jeszcze tego nie wiem, ale czuję - że za moimi plecami wyrasta spod ziemi człowiek.

Teraz – myślę - mogę sobie szybko pobiegać. W kółko.

Kiedy łapią mnie za fraki zbieram się do kopniaka, ale dwóch przytrzymuje mi nogi więc mogę tylko wyć. Po babsku. Po kobiecemu. Nie jak mężczyzna, jak tchórz (jak baba!) wrzeszczeć i wzywać pomocy. Kiedy rozdzierają mi na piersiach bluzkę i rechoczą widząc, że mam zabandażowane piersi (używam tamponów! Do wszystkich radiowozów - używam tamponów!). A potem, kiedy jestem już pewny, że nie pozostaje mi nic innego jak samobójstwo - jeżeli przeżyję w ogóle to, co się stanie - widzę nadlatującą w powietrzu jak supermen, jak Niesamowity Nietoperz gaz rurkę. I ta gaz rurka atakiem mega karaczana spada na głowę tego, który właśnie próbuje zerwać mi z tyłka ostatni bastion mojej odzieży. Moje gacie. Moje męskie bokserki. I kiedy podnoszę głowę widzę Kamira. Saracena w ataku. Kamira, który ma jak zawsze problem z agresją. I widzę jak pozostali tracą zęby (gaz rurka), jak uciekają. Jak Kamir z berzerkerem w oczach przegania ich, a potem - odwraca się w moją stronę. Przez moment widząc wściekłość na jego twarzy myślę, że mi przywali, ale on tego nie robi i tylko pizga z całej epy w stojący obok kosz na śmieci budząc wszystko, co w nim żyje. Naciągam koszulę (teraz mam dwie) na rozdarty bandaż na cyckach i patrzę na niego, patrzę bez mrugnięcia okiem. Kamir pochyla się nad koszem i zwraca głowę w moją stronę

- Marselja everything ok.? - pyta.

I wtedy już kompletnie nie jak mężczyzna ale jak baba, jak mała dziewczynka zaczynam płakać, łkać i opluwać się histerycznie słowami (tampony! Używam tamponów!) Kamir robi taki ruch jakby chciał do mnie podejść, ale chyba powstrzymuje go wyraz moich zawilgoconych oczu, bo gdyby teraz podszedł do mnie i zaczął mnie pocieszać to potem pozostałoby mi się chyba tylko pochlastać. Stoi tylko nade mną, wielki jak góra ze swoimi małymi świńskimi oczkami w zażenowaniu skierowanymi w stronę chodnika, klepie mnie po ramieniu swoim bochnem chleba, który służy mu za łapę i mówi:

- Everything is ok man. Everything is just ok.

W poniedziałek Suarezi, która stoi tego dnia ze mną na kole słyszy od niego.

- Watch out for him girl. His a real boss.

I cieszy ryja. I jedzie dalej rozwalając po drodze przygotowaną dla Lola przez Barona pułapkę ze skrzynek.

 

*** Charon pomidorów – weekend ***

Weekend zaczyna się w piątek wieczorem. Zazwyczaj. Bo czasami – kiedy jest szczególnie dużo pracy – zaczyna się w sobotę wieczorem. W weekend jest czas na to, żeby robić wszystkie te niepotrzebne rzeczy niezbędne człowiekowi do życia. Prać. Pić. Plotkować. Udawać, że się zwiedza. Jeździć służbowymi samochodami (GPS wyłącza się za pomocą prostego wyciągnięcia kabelka) po autostradzie przekraczając wszystkie dozwolone prędkości.

Zagranica to miejsce byłych. Wszystkich byłych iluby ich tam nie było. Byli mężowie. Byłe dziewczyny. Były ksiądz, były strażak i były żołnierz, byli więźniowe. Byli studenci. Byli bezrobotni. Byli ludzie. Wszystko jest tutaj kwestą wspomnień. Wspomnień o tym, że kiedyś strzelało się do ludzi, uczyło na pamięć brewiarza albo ratowało koty, które weszły zbyt wysoko na drzewa. Wspomnień o tym, że kiedyś było inaczej niż teraz. Wspomnień z młodości. Wspomnienia potem przerabiane są na plotki i po plotki i po słowa chodzę właśnie do innych ludzi. Po informację, po wiedzę. Po to, żeby w najmniej spodziewanym momencie, kiedy zapadnie bezwładna jak kamień i niezręczna cisza wyskoczyć nagle z tekstem i powiedzieć:

- a wiecie że…

I dzięki temu właśnie, dzięki plotkom i informacjom o innych oddać się znowu pasji rozmowy. Spotkań. Oddać się mojemu ulubionemu hobby. Mojemu ulubionemu zajęciu, pasji i nałogowi: robieniu sobie znajomych.

Były żołnierz:

Siedzimy. Oglądamy film. Na parku nie wolno mieć polskiej telewizji; polskiej anteny satelitarnej, ale nikogo tu nie obchodzi co wolno, a czego nie i dlatego przed naszym domkiem niczym flaga narodowa dumnie powiewa na kiju od szczotki przymocowanym do stojaka na parasole logo cyfrowego Polsatu - na metalowym talerzu. Sygnał ginie co chwila ale i tak wiemy co oglądamy - to film o wojnie.

- Byłem kiedyś w wojsku - mówi Roman swoim przepitym głosem - na misji pokojowej

- Gdzie byłeś – pytam, bo mnie to ciekawi. Roman odpowiada niemal od razu:

- Na misji pokojowej w Jugosławii. W 2001 roku.

Kolejna rzecz, która mnie interesuje, która mnie ciekawi, przesuwa mi się pod czaszką jak klip

- Strzelałeś kiedyś do ludzi? - pytam Romana. Roman milczy przez chwilę i zastanawia się

- Strzelałem - mówi w końcu. Ja nie odpuszczam. Chcę wiedzieć. Do kogo i kiedy.

- Strzelałeś do Bośniaków czy do Serbów?

Roman przez moment oskrobuje nakrętkę po czym odpowiada.

- Nie wiem. To byli po prostu jugole - na chwilę, krótką, na trzy sekundy zawiesza się po czym dodaje - po prostu jugole.

 

***Włochaty cz. 3 – weekend***

Weekendy zazwyczaj spędzam w domu. Nie dlatego, żebym nie miał co robić albo dokąd pójść: wręcz przeciwnie. Ale weekendy spędzam w domu bo chcę ciszy i spokoju. I tak wygląda prawda. Czytam książki. Słucham muzyki. Słucham ludzi, którzy mówią do siebie i do mnie. Wyglądam przez okno. I jestem z tym wszystkim w miarę szczęśliwy. Nie jest to może miejsce, w którym planowałem wylądować w swoim życiu, tak jak nie jest to miejsce, w którym chciałbym zostać na stałe. Ale kiedy myślę o tym, że mogłoby mnie nie być robi mi się lepiej z tym, że tu jestem. Oglądam skacowanych po sobocie ludzi. Oglądam mecze w telewizji. Oglądam swoje paznokcie.

W weekendy pozwalam sobie czasem pospać dłużej. Taki darmowy haj, całodzienny kopniak nierealności po wstaniu z łóżka dobrze mi robi: inni palą trawkę, a ja po prostu wstaję z łóżka. Czasem wstaję sam, czasem z kimś i czasem pijemy razem kawę, a czasem dziewczyna wymyka się balkonowymi drzwiami, zanim wszyscy pozostali domownicy wstaną. Tutaj to nie jest nic nienormalnego ani wartego uwagi – tak długo przynajmniej, jak długo nie przebywa się razem w sferze publicznej. Nie rozmawia ze sobą. Nie spędza zbyt dużo czasu razem. Wtedy rodzą się plotki.

Plotki to moja specjalność, przynajmniej od kiedy tu przyjechałem. Często – sam dla siebie - rozpuszczam je między ludzi, patrzę jak kołują i wracają do mnie jak bumerang, odbijam je dalej, modyfikując i znowu czekam aż do mnie wrócą. Staram się w tych plotkach nikomu nie szkodzić, kiedy je wypuszczam zaczynają jednak żyć własnym życiem i wtedy nie biorę już za nie odpowiedzialności: zupełnie jak za dorosłe już dzieci. W ten weekend w moim domku zbiera się całe towarzystwo, plotki narastają i kumulują się: o niektórych śniłem dzisiaj w nocy, a niektóre są zupełnie świeże, nowe i nigdy przez nikogo nie powtarzane. Słucham plotek. Oglądam plotkujących. Charon siedzi na rogu kanapy i jak zwykle obgryza paznokcie zanim coś powie, zbiera się w sobie, jak gdyby ośmiogodzinne przemyślenia zza maszyny były tak obfite, że przytłoczyły ją swoim ciężarem. Słucha innych: Ninu opowiada z przejęciem podkreślając w swoich wypowiedziach formy męskoosobowe: Anioł, zjarany jak zawsze, trzęsie lwią grzywą swoich długich do pasa dredów w takt tego jak Ninu sprawozdaje relacje z ostatniej imprezy. Z wydarzeń w pracy. Ze swojego życia.

- No i poszliśmy tam razem - opowiada Ninu swoim niskim, nie pasującym do jej/ jego drobnej figury głosem – trzy godziny łaziliśmy po mieście, a potem dupa w troki i spowrotem do samochodu na Goudę. Jedziemy, pusto wszędzie, po prawej śnieg, po lewej kanał, nikogo w zasięgu wzroku i nagle patrzymy: człowiek na brzegu. I czarna kropka na kanale. Podjechaliśmy bliżej i okazuje się, że to jest koleś z psem: pod psem załamał się lód na środku kanału i nie mógł się wydostać i tylko drapał się na krę a ona wciąż się pod nim zapadała. Próbowaliśmy zagadać z kolesiem, żeby coś pomóc, ale on nie rozumiał angielskiego i tylko w kółko pokazywał na telefon, że już gdzieś tam zadzwonił. A po psie widać było jak jasny chuj, że długo nie pociągnie, bo wyglądał na strasznie zmęczonego. No i tak patrzymy jeden na drugiego i w końcu Piotruś – wiecie który Piotruś (wszyscy kiwają głowami) no to ten nowy Piotruś mówi – a chuj, dobra, ściąga buty, spodnie, bluzę, został w samych bokserkach i wjeżdża do kanału. Na szczęście nie było głęboko: podszedł do tego psa tak na metr zanim się zatrzymał, bo lód nie chciał dalej się łamać, chłopaki jakąś linę wyciągnęli z samochodu i on tego psa za futro na lód zaczął wyciągać, lód się pod nim załamywał, a on go dalej wciągał i tak z piętnaście minut, aż dociągnął tego psa do miejsca gdzie sam stał i gdzie lód był skruszony. Potem go wywlókł na brzeg, bo pies sam już ledwo mógł chodzić. Chłopaki go od niego odebrali, ten Holender wyciągnął jakiś koc z samochodu i tego psa owinął, władował na pakę no i pojechał. A wiecie co jest najlepsze?

Maszkaron i Anioł kręcą głowami, Charon przestaje obgryzać paznokcie wpatrując się swoimi urocznymi oczami w Ninu, a sam/ sama Ninu mówi oburzonym głosem:

- Najlepsze jest to, że ten chuj nawet nam nie podziękował!

- Ale…Pies? – pyta Charon i wszyscy wybuchają śmiechem.

- Nie, no właściciel – odpowiada jej Ninu – właściciel nam nie podziękował. Ale pies przeżył - ten koleś tam mieszka i widziałem go potem z tym psem.

- To jest nic - odzywa się Anioł i wybałusza oczy w swojej najkomiczniejszej ze spalonych min – ja ostatnio rozkminiałem z Witią na kole dlaczego w Holandii trawa jest legalna, a w innych krajach nie.

- No i do czego doszliście? – pytam Anioła, bo jego i Witii rozkminy znane są szeroko w całej firmie.

- Zaczekaj - mówi Anioł - właśnie do tego zmierzam. No więc stoimy, Witia i ja na tym kole, pomidory sypią się jak oszalałe, koło całe zawalone, a my myślimy. No i w którymś momencie Witia mówi - dawaj Witia:

- Moim zdaniem – odpowiada Witia - Holendrzy są takimi skur***ami, że nie są w stanie znieść sami siebie na trzeźwo i dlatego jarają.

Charon wybucha śmiechem plując ogryzkami paznokci na dywan i wszyscy śmieją się dalej z Witii, Anioła i Charona razem wziętych. A potem zaczyna się już nie opowiadanie historii ale zwykłe rozmowy i plotki mniej subtelne: o pracy, o sypianiu ze sobą, o pogodzie, o dobrych gatunkach palenia. A potem wypijamy kolejne piwo i zaczynamy opowiadać sobie o sobie. Nie za dużo rzecz jasna i nie zawsze prawdę, ale jak na trzymiesięczną znajomość opartą na gadce szmatce to i tak spore osiągnięcie. Ja mówię Ninu o śmierci z pozytywką (Ninu słyszał/ a już o tym na pewno od kilku innych osób, ale udaje, że słyszy tą historię po raz pierwszy i kiwa głową z namaszczeniem, rewanżując mi się opowieścią o Mircie, która to opowieść znam od podszewki i którą słyszałem od niezależnie od Charona i Anioła), Witia mówi coś o swojej mamie, ale to temat za głęboki na weekendowe rozkminy i na chwilę zapada niezręczna cisza. A potem Stefan dotąd milczący zaczyna opowiadać historię swoich blizn i wszyscy zaczynają się z tego cieszyć, bo siedzimy ze Stefanem, który pije już chyba szóste piwo, a z każdym kolejnym wpada - tu trzeba nadmienić - w coraz rzewniejszy nastrój. Kiedy Stefan ma rzewny nastrój można być pewnym, że za chwilę usłyszy się historię jego blizny - za każdym razem inną. I rzeczywiście: Stefan pociąga jeszcze jeden łyk opróżniając butelkę do sucha, po czym zaczyna (wyciągając przed siebie przedramię).

- Wiesz skąd się wzięła ta blizna?

Kiwam głową, ale to nie przeszkadza Stefanowi wcale. Słyszałam już, że walczył w Afganistanie (wersja opowiedziana Romanowi), bił się z pijanym Turkiem (wersja dla Kamira) wystąpił w obronie swojej dziewczyny (Mirta) i próbował popełnić samobójstwo (Ninu). Stefan jeszcze raz prezentuje z dumą - tym razem mi - swoją szramę, wielką jak jasna cholera i kontynuuje:

- Wiesz skąd się wzięła ta blizna? Wzięła się stąd (Stefan pociąga potężny łyk z kufla postawionego przed nim przez wyraźnie zdegustowaną szeleszczącymi dwuznakami koleżankę - holenderkę, którą przyprowadził Anioł, po czym kontynuuje niezmieszany) wzięła się stąd, że spadłem z wysokości pierwszego piętra na drut kolczasty.

Nie słucham już Stefana, który bredzi i brnie coraz bardziej w kolejną plotkę o sobie samym, wypuszczoną tak nieudolnie, że aż nieprawdopodobnie. Kiwam głową i odpływam w świat swoich rozmyślań. W świat swoich – seem - to – be nierzeczywistych marzeń.

Marzenie człowieka obrośniętego futrem - część pierwsza.

Czasem, kiedy idę ulicą widzę zwykłych ludzi: różowych z widocznymi na twarzach zmarszczkami z uśmiechami nie zakrytymi kępami gęstych, długich włosów i czasem, tak czasem im zazdroszczę. Tej oczywistości mimiki. Tej wyrazistości rysów. Tej - jeśli można tak powiedzieć - autentyczności braku owłosienia. Nawet ogolony czuję, że moja twarz nie jest w tym wszystkim szczera, kiedy się uśmiecham albo krzywię, że czegoś w tym wszystkim jej brakuje. Że czegoś na niej nie ma. I czasami - tak czasami - marzę o tym, żebym te trzydzieści i cztery lata temu urodził się bez włosów na twarzy. Bez włosów pokrywających całe moje ciało.

Albo bez serca.

 

*** Ninu – poniedziałek ***

Zagłaskuję kota na śmierć. Zagłaskuję kota na śmierć i dobrze o tym wiem: nikt nie musi mi tego mówić. Godziny przepływają mi przez palce w postaci czerwonych, okrągłych kulek, w postaci pomidorowych niemowląt gotowych przepłynąć przez styks kręcących się jak oszalałe rolek, a ja ich nie zauważam - bo myślę o niej. Mohamad krztusi się na kole, coś wykrzykuje, potem poddaje się i podchodzi do mnie: zauważam go w ostatnim momencie gdy wyrasta przede mną cierpliwy i znużony i powtarza, powtarza swoje nieśmiertelne:

- A little slower please. Look at the wheel sometimes.

- Sorry - I anserw. I jadę dalej starając się nie rozhuśtywać myśli za bardzo na boki.

Moje serce jest jak puszka kociego żarcia. Szczelnie zamknięte. Z datą ważności na pięćdziesiąt lat do przodu: pod warunkiem, że będzie przechowywane w odpowiednich warunkach. W ciemności. W suchości. Szczelnie zamknięte. Po otwarciu traci ważność w ciągu dwóch dni.

Poniedziałki są w naszej firmie dniem nowego. Dniem kota. Dniem dziecka. Dniem, w którym stała obsada może poprawiać sobie humor do woli naśmiewając się pod nosem z najnowszych nabytków zaokrętowanych przez firmę. Jeżeli są to Holendrzy - zazwyczaj są oni niepełnosprawni fizycznie, starzy albo lekko upośledzeni psychicznie, jako że – jak sądzimy my wszyscy, nie - Holendrzy - płaca jest zbyt marna, żeby jakikolwiek pełnowartościowy człowiek posiadający obywatelstwo tego kraju się na nią połaszczył. Jeżeli nowi nie są Holendrami zazwyczaj pochodzą oni z Tajlandii, Afryki, krajów arabskich albo wschodniej Europy.

Mamy tutaj specjalne określenie na nowego, który nie ogarnia. Na nowego, który wystaje, dziwnie się zachowuje albo wygląda. Na nieśmiałego nowego. Na nowego, który nie mówi dobrze po angielsku ani po holendersku i który nie wie gdzie jest ubikacja.

Niepełnosprytny.

I tak dzisiaj dostarczają nam wszystkim ku rozrywce nową paczuszkę świeżych jabłuszek do schrupania. Świeżego mięska. Świeżych towarków do pogapienia się na, świeżych dziewczyn do ustawienia w zakładowym rankingu na najlepszy tyłek, świeżych chłopaków do wyrwania przez znudzone dziewczyny. Oglądamy więc ich wszystkich, oglądamy od góry do dołu – ten tydzień pokaże nam ilu wśród nich jest niepełnosprytnych, ilu spadnie a ilu zostanie tu na – mniej lub bardziej – stałe. Ten tydzień będzie obfitował w wydarzenia. W plotki – myślę – i w uśmiechy. Te szydercze, te zachęcające i te wyrozumiałe. I w historie do opowiadania: liczne i ubarwione. Historie, które Baron sprzedaje potem na kantynie zaśmiewając się do łez bo jest z czego – historie o człowieku, który opowiadał mu o swojej kołdrze z wzorem w ósmego pasażera Nostromo, historie o chodzeniu po piasku, historie o nabijaniu papierosa patyczkiem. Historie te sprzedajemy sobie później sami, podajemy z ust do ust okraszając odpowiednim komentarzem i wybuchając śmiechem w odpowiednich momentach. Coś się dzieje. Coś się zmienia w naszym monotonnym światku.

Niskopienny góral – wtorek.

Niskopienny góral wspina się po schodach jak na giewont posapując i przystając co chwila. Spoko stary - mówi mijając go Rzodkiewa - jeszcze tylko jedna kondygnacja. Niskopienny nie odpowiada tylko sapie dalej i można by się zastanowić jak facet, który nabija tytoń do gotowych tubek na papierosy patyczkami do kawy może mieć tak słabą kondycję: bo tego, że nie nabije fajki na jednej przerwie można być pewnym. Mija go jakaś nowa dziewczyna, której imienia nie znam, Tim i Kevin, a niskopienny wciąż idzie, czołga się po schodach jak wielki, niskopienny ślimak.

Tu Baron przerywa na chwilę historię, żeby sprawdzić czy wszyscy słuchają i oczekują w napięciu na pointę, miesza przez chwilę patyczkiem w kawie (napięcie rośnie), po czym okraszając swoje opowiadanie didaskaliami, że ten sam człowiek ma kołdrę w ósmego pasażera Nostromo opowiada dalej:

Baron (gadka szmatka):

- Skąd jesteś?

Niskopienny:

- Z Beskidu

Książe:

- To ty góral jesteś

Niskopienny:

- No, niskopienny.

Afrykańska szamanka - czwartek.

Poza niskopiennym góralem dostajemy jeszcze inne atrakcje. Kolejnego nowego oryginała. Kolejną niepowtarzalność, kolejny unikat. Dostajemy do rozmów o czarną, grubą kobietę ubraną jak ze zdjęcia w National Geographic. Z chustą na głowie, cała okręcona w coś w rodzaju sarongu płynie przez halę już czwarty dzień z rzędu.

- Ona wygląda dokładnie tak, jakby szła po pustyni

[śmiech. Jarek śmieje się też, ale mówi]

- No serio: ja ją tak widzę. Jak ona idzie przez tą halę, to ja ją widzę, jakby pod tymi sandałami miała jeszcze piasek.

Ja wtedy mówię:

- Jak dla mnie to ona wygląda jak szamanka. Albo ta babka zielarka. Widzieliście kiedyś ranczo?

[śmiech. Widzieli. A ja mówię:]

No serio: jak dla mnie, jak ona stoi tyłem z tą swoją chustą na głowie, to wygląda jak ta babka zielarka z serialu. Autentycznie.

Babka zielarka, czarna szamanka z piaskiem pod butami ma jeden zwyczaj, którego nie wykorzeniła z niej europa. Europejskie standardy. Normy bezpieczeństwa. Prawa pracy. Zwyczajem kanadyjskich Indian i nastolatków lat osiemdziesiątych żuje gumę przez cały czas. Z otwartymi ustami. Wpatrzony w nią z przeciwległej strony koła Mohhamad tylko czeka na to - widzę to w jego oczach - tylko czeka na to, aż z jej ust pocieknie srebrna strużka śliny, która zatrzyma się na świętych pomidorach. Nietykalnych żadnymi organicznymi wydzielinami pomidorach, pomidorach, przy których nie może znajdować się żadna inna żywność - oprócz innych pomidorów właśnie. Za tą gumę czarnoskóra babka szamanka wylatuje z pracy dwa dni później.

 

*** Charon pomidorów ***

Ten dzień trwa tyle co cztery zwykłe dni. Ten dzień ciągnie się jak gdyby nigdy nie miał przestać. Nie miał się skończyć. Ten dzień tyle trwa bo jest niskie ciśnienie. Przynajmniej według pani Żanety. Pani Żaneta jest przekonana, że tak właśnie jest; że to wina pogody, złego ciśnienia, albo nieprawidłowego układu Saturna względem Marsa.

Z panią Żanetą rozmawiam już czwartą godzinę o niczym. Układając paczki pomidorów. Pakowane po cztery. Na taśmie. Bo jest na tyle cicho, że wytężywszy słuch można usłyszeć co ma do powiedzenia druga osoba. W myślach wdzięczna jestem bogu, że pani Żanety nie będę znać i pamiętać już na drugi dzień. Głośno dziękuję liniowej kiedy wyciąga mnie z tej gehenny i ustawia znowu na moim ulubionym stanowisku pracy. Na brzegu warzywnego styksu. Stoję i wytężam słuch wyłapując co zabawniejsze hasła Witii i Anioła stojących przy linii obok: Anioł jak zwykle upalony opowiada kawały, z których obaj zaśmiewają się do rozpuku. Stoję na tyle daleko, że zazwyczaj nie słyszę pointy, nie przeszkadza mi to jednak śmiać się razem z nimi. Spoglądam na zegarek i widzę jak wskazówki pomału odklejają się od siebie zbliżając się do magicznej godziny dwunastej trzydzieści. W myślach jestem już w drodze na zewnątrz do mojej szopy na palących: szybkim tempem mijam bumpery, mixy, przebiegam koło enkeli i dopadam wyjścia, tuż koło szklanej przezroczystej tylko w jedną stronę szyby.

Za tą szybą, za szybą biura tymczasowego zatrudnienia siedzi śmierć. W szarym ondurageu. Po sześćdziesiątce. Śmierć jest uzależniona od alkoholu i papierosów i trochę przy kości. Za każdym razem kiedy tamtędy przechodzę wyobrażam sobie grafitti na murze mojej pracy:

Grafitti zatytułowane koniokrad.

 

Ja uciekam na koniu. Koń jest szkieletem z płonącymi złością oczami: spieprzam pochylona nad jego widmową grzywą. Za mną stoi śmierć o kształtach zbliżonych do gruszki i wygraża mi ręką: tego konia właśnie jej ukradłam. W drugiej ręce śmierć trzyma albo kosę albo torebkę.

A ja jadąc śmieję się do rozpuku.

Szyby w biurze śmierci zamontowane są zaciemnieniem do wewnątrz. Taki montaż to pomyłka ze strony robotników budowlanych zasponsorowana przez szefa. Przez władcę całego tego warzywnego zamczyska. Żeby śmierć nie czuła się za pewna i zbyt anonimowa. Żeby każdy mógł przechodząc zawsze zajrzeć do środka i zobaczyć co śmierć robi z ludźmi, którzy wchodzą do jej jaskini. Jak ich przerabia, jak ich ubiera i co z nimi omawia. Jak układa pasjansa i dłubie w papierach. Jak nie wykorzystuje właściwie całego czasu, który przeznaczony jest też na inne rzeczy.

Mijam biuro śmierci. Wychodzę na przerwę i w momencie, w którym przechodzę przez drzwi mroźne powietrze wali mnie w pierś z siłą taranu wbijając mi oddech spowrotem w płuca. Dzisiejszy dzień jest tak zimny, że nawet astmatyczny murzyn dał za wygraną i sprzedał swoją samotność za cenę wygody i ciepła w palarni na górze – albo podobnie jak inni złapał grypę i nie przyszedł do pracy. Przymarzam do ławki w narożniku szklanej szopy, czując jak ręce, które opieram na jej kratce – siedzonku przywierają mi z mrozu do metalowej powierzchni. Wyciągam papierosa i zeszyt. I palę i próbuję pisać.

Osikiwanie terenu – część pierwsza.

 

Siedzę na ławce. W powietrzu unosi się zapach palonych orzeszków ziemnych i zapach perfum Jaki. Albo wody kolońskiej - nie wiem czego, ale pachnie niewiarygodnie dobrze. I o wiele lepiej od orzeszków ziemnych. Ale ja na niego nie patrzę. Ani on na mnie. Siedzimy nastroszeni jak dwa koty w schronisku, w przeciwległych kątach szklanej szopy. Ja patrzę w podłogę a Jaka przez szybę. Oboje wiemy o tym, chociaż na siebie nie patrzymy. A ponieważ nie siedzę w jego głowie nie wiem - czy on tylko udaje, czy naprawdę czuje się obcy.

W ten sposób siedzimy sobie już trzeci miesiąc. Oswajając się nawzajem codziennie na nowo. Albo co drugi dzień. Zaczynając od rozmowy o niczym. Kończąc na milczeniu. Nie przyznając się sami przed sobą, że jesteśmy na siebie napaleni jak króliki na wiosnę.

A potem Jaka zaczyna gwizdać piosenkę, o której właśnie myślę. Trzecia w tym tygodniu muzyczna telepatia.

Z przerwy wracam biegiem jak mały samochodzik formuły jeden, mijając po drodze nigdy nie spieszącego się Marcinka. Marcinek miał mamę, która była zawiadowcą stacji i od poniedziałku do piątku wstrzymywała dla niego pociąg codziennie o trzy minuty, żeby zdążył się przesiąść, tak więc jest przyzwyczajony do dobrobytu. I nienawykły do tego, że czasem trzeba być na czas. Dopadam mojej maszyny rozpoczynając znowu niekończący się cykl życia, ale po chwili okazuje się, że pracy na maszynie (mojej maszynie) już nie ma i że trzeba szukać innego gniazdka: ruszam więc aby przykleić się do ludzi stojących na pomidorach. Anioł widząc mnie podnosi jedno opakowanie pomidorów, wybiera na nim numer i dzwoni. Witia podnosi do ucha paprykę i odbiera: - halo wieża, halo wieża - mówi Anioł - tutaj tupolew, bez odbioru - po czym zaczyna udawać odgłos łamiących się choinek.

Witia i Anioł to kolejni moi znajomi, o których nie wiem prawie nic, a z którymi gadka szmatka klei mi się tak dobrze, że nie możemy przestać rozmawiać. Mam mnóstwo takich znajomych. Właściwie wszyscy moi znajomi są tacy. Głębsze zwierzenia funduje mi tylko Maszka. Są one jednostronne. Są nudne

Wyznania Maszki

Maszka po raz czternasty wypłakuje mi się w rękaw, a ja zastanawiam się znowu: kto zapyta się mnie kiedyś o moje problemy? O moje serce? O moje schowane głęboko pod warstwami rozrywki i dobrego humoru serce? Czy ludzie patrząc na mnie w ogóle myślą o tym, że ja MAM serce? Czy ja je w ogóle MAM? (czy to ono ma mnie?) i czy ten fakt: niezależnie od tego czy je posiadam czy też nie - w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie, jest istotny? Maszka kończy wysmarkiwać się w chusteczkę i przytula się do mnie dziękując mi za wyrozumiałość (produkcja znajomych trwa, tak tak!) po czym odprowadzam ją pod dom. Żeby nie szła sama po nocy. Po czym sama po nocy wracam pod swój bungalow.

Nie to, żebym była ofiarna. Czy jakakolwiek inna. Ja po prostu jestem uzależniona od robienia sobie znajomych. Za wszelką cenę. Są tacy, którzy piją. Są tacy którzy się onanizują. Ja robię sobie znajomych.

I tylko czasem zastanawiam się, czy są wśród nich tacy, których autentycznie lubię. I ilu ich jest.

*** Włochaty – cz. 3. Starzejący się prorok ***

Wiek średni jest pomiędzy kategoriami binarnymi. Pomiędzy dobrem i złem. Pomiędzy słusznością i pomyłką. Jest letni. Wiek średni - w mojej opinii - jest najlepszym co może przydarzyć się w życiu człowiekowi, który stracił wszystko czym żył. Wiek średni to stabilizacja i dystans, nawet jeżeli aby tą stabilizację osiągnąć należy sypiać po trzy godziny na dobę. Wiek średni to dobrowolnie wybierana samotność. To on właśnie sprawia, że z pobłażaniem patrzę na tych wszystkich dwudziesto i dwudziesto dwu letnich ludzi pracujących ze mną, którzy niby skowronki na wiosnę łączą się w pary, po to, aby rozejść się za kilka miesięcy i w następnym tygodniu być już z kimś innym, albo zejść się – i zostać ze sobą na stałe, chłopcy i dziewczęta bawiący się w mężczyzn i kobiety, w dom, w gospodarstwo, zakupy i gotowanie obiadów. W niby – dorosłe życie. To wszystko jest czymś, czego czasem żałuję, że mam już za sobą, a czasem – tak, czasem – cieszę się, że wszystkie te trywialności dwudziestoletnich par już mnie nie dotyczą. Wszystkie te drobne zazdrości o pierdoły, wspólne chodzenie na romantyczne spacery, nie wychodzenie bez drugiej połówki na imprezę, wszystko to – z uwagi na wiek – jest już poza mną.

Pary cz.1

Siedzę na kantynie w moim stałym zestawie znajomych i słucham kolejnych plotek. Tym razem Charona nie zmuliło jeszcze stanie na maszynie i wykładanie na taśmę pomidorów, opowiada więc niezwykle żywo i gestykulując zamaszyście kolejną porcję plotek i informacji o innych ludziach. Czasem patrząc na Charona, na jej szybkość i żywość reakcji zastanawiam się, czy nie chodzi naspeedowana, a jej zamuły nie są związane ze zjazdem, te myśli uciekają mi jednak szybko – bo w gruncie rzeczy co to ma za znaczenie czy pomaga swojemu ciału utrzymać się na pełnych obrotach za pomocą kofeiny czy amfetaminy? Charon przerzuca się z jednej historii któregoś ze swoich nader licznych znajomych w inną; włączam się na odbiór i słucham co ma do powiedzenia. Charon pakuje do dzioba kolejny palec i obgryzając go dookoła jak wiewiórka orzeszek mówi:

- No i rozumiecie to, że on nie może pójść sam na basen bez niej?

- Dlaczego? – pytam ja, bo nie znam kontekstu całej wypowiedzi. Charon zawiesza głos, po czym odpowiada mi poważnym i szczerym tonem:

- Bo tam są kobiety w strojach kąpielowych.

Przez chwilę nie rozumiem o co jej chodzi, potem dopiero mój mózg zaskakuje:

- A jak on na to reaguje – pytam się ostrożnie – jak zareagował, kiedy powiedziała mu, że nie może tam iść bez niej, bo tam są kobiety w strojach kąpielowych?

Charon zagryza wargi z tłumionego śmiechu, po czym opanowuje się i odpowiada mi na postawione pytanie z pozorną powagą:

- Zobacz to Włochaty. Kiedy skończyli się kłócić, Marlena pobiegła do nich do pokoju, a Joto został przy stole. Ja siedzę sobie dalej niby nigdy nic, oglądam się na niego i łapię jego spojrzenie. I chyba coś zobaczył w mojej twarzy z tego co myślałam, bo siedzi, siedzi, wzdycha i mówi:

- K***a czuję się tak, jakbym szedł co najmniej na dziwki.

I oto Joto rozmawia z Marleną. A ich rozmowy wyglądają mniej więcej tak:

Joto:

- Jak możesz tak mówić?! Jak możesz w ogóle tak myśleć, że ja mógłbym coś takiego (zrobić, powiedzieć, pomyśleć, etc.) jak możesz w ogóle wyobrażać sobie takie coś? Jesteśmy ze sobą taki kawał czasu, taki k***a kawał czasu, że myślę, że takie nieporozumienia nie mają w ogóle prawa mieć miejsca. Nie mają w ogóle racji bytu (tu Joto zaczyna posługiwać się językiem Ludzi Wykształconych) nie mają prawa istnieć, bo ja żyję dla ciebie a ty (tu zaczyna się zastanawiać, po czym kontynuuje) a ty… no właśnie co ty? Ty żyjesz dla siebie, dla siebie k***a i tylko dla siebie a moje uczucia w ogóle cię nie obchodzą. TY myślisz tylko o tym jakby to zrobić, żeby wyjść na swoje, żeby twoje było na wierzchu, żebyś to ty miała rację i żeby to tobie było dobrze. I nie bierzesz pod uwagę cudzych uczuć, ani tego, co ta druga osoba chciałaby zrobić ze sobą ze swoim życiem etc. Ty nie masz uczuć, ani emocji, ty nie masz niczego, powiedz mi czy ty w ogóle masz k***a serce?

- Ja nie mam serca, ja mam drożdżowy rogalik - mówi ze śmiechem Marlena.

Oczywiście dobrze jest mieć kogoś bliskiego. Kogoś – myślę przypominając sobie tą rozmowę, słuchając kolejnych i patrząc, patrząc na ludzi będących albo już nie będących ze sobą, kto chociaż trochę rozwiewałby wątpliwości dotyczące stabilizacji, o miłości nie wspominając. Ale kiedy tak myślę dociera do mnie, że kogokolwiek bym nie miał, ten ktoś i tak, właśnie dzięki odmiennej od cudzych chemii mojego mózgu, skrzywionej upadkiem z kilkudziesięciu metrów siateczce neuronów, ten ktoś tak czy inaczej byłby co najmniej tak nierzeczywisty jak wszystko inne co mnie otacza. Albo ja chodziłbym wiecznie niewyspany.

I tak kończy się przerwa.

 

*** Ninu ***

Poza bieganiem i gapieniem się na tyłek kobiety, którą sam zostawiłem mam jeszcze coś. Coś o czym nie mówię nikomu, coś, co wywołałoby śmiech u każdego. Coś co jest nerdowstwem do potęgi n-tej. Kwintesencją wstydu wśród nastolatków. Dziwactwem u dorosłego.

Piszę opowiadania fantazy.

Może tworząc własne światy odcinam się od swojego własnego. Od tego w którym żyję. Od tego, który mnie otacza. Ale fragmenty rzeczywistości alternatywnej pozwalają mi wypełniać te puste godziny wypełnione tylko pracą, umożliwiają mi normalne funkcjonowanie kiedy nie rozmawiam i sprawiają, że jestem bardziej sobą niż tu, niż w tym miejscu. O tym, że piszę nie mówię nikomu. O tym, że piszę wiedzą tylko ci, których intryguje to, że tak często zapisuję w swoim zeszycie listę zakupów. Pomysły na to, co można zrobić w weekend. Rzeczy do zrobienia. O tym, że jestem dziwniejszy niż się to może wydawać staram się nie wspominać nikomu.

Wielka ucieczka Ninu

„Nagły błysk światła oślepił pozostającego nieco z tyłu Salomena, błysk następny, niby błyskawica, rozdarł szarobure przestrzenie stepów, oświetlając rozgrywającą się przed nim scenę i Salomen zaczął krzyczeć, krzyczeć jak opętany widząc, że nie zdąży, że nie da rady ocalić jej przed tym płomieniem, przed tym rozbłyskiem światła, który rozjarzył całą jej postać jak płomyk świecy. Cała scena rozgrywała się przed jego oczami błyskawicznie: rzucił się przed siebie w jej stronę wiedząc jednak, że biegnie na darmo, że to wygięte w nienaturalny łuk ciało, gdy tylko owa moc przestanie w nie - czy też z niego - płynąć opadnie na ziemię niczym stary łachman rzucony wiatrem, i że być może z Carpen Citrich nie pozostanie na tym świecie już nic, co mógłby kochać. Uderzenie emocenowej obroży odrzuciło go do tyłu: zdumiał się, nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać: usiłował podnieść się z klęczek, coś w obroży nie pozwalało mu jednak na to: zobaczył, że jedna z postaci, z której rąk płynął ów świetlisty płomień skierowała część owej jasności w jego stronę i teraz to właśnie ta jasność oplatała emocenową obręcz na jego szyi jak wąż, nie pozwalając mu wstać. Owa wstęga właśnie stanowiła ostatnia rzecz jaką zobaczył Salomen Dapirai zanim świadomość opuściła go na dobre.”

Ten dzień otwiera mi trup. Gęś jak martwa baletnica przy drodze. Z powyginaną szyją i powyłamywanymi poznaczonymi brudnymi oponami samochodów skrzydłami wygląda jak postrzelony Indianin. Wściekły szatan znowu drze ryja w radiu - to już codzienny rytuał, można się do niego przyzwyczaić i nawet polubić. Mirta przeciąga się, ziewa i zastyga wpatrzona w horyzont: widzę profil jej twarzy na tle jaśniejącego od śniegowych chmur nieba. Nie patrzeć. W ten sposób docieramy do firmy w blady, zimowy poranek.

Gdyby przeprowadzić plebiscyt na najbardziej popierdzielonego pracownika naszej firmy pierwsze miejsce egzekwo bezsprzecznie dostałoby się muminom. Parze społecznych potworków. Mistrzom w robieniu sobie wrogów z każdego, kogo tylko napotkają na swojej drodze. Pomyłkom ewolucji. Pomyłkom HRu. Ten dzień zapowiada się wesoło, bo muminy są ewidentnie nie w nastroju do niczego poza kłótnią. Do niczego – poza konfliktem. I nakręcają każdego, kto tylko wejdzie im pod rękę, żeby robił to samo. We wszystkich narasta zimna, tępa złość. Konflikt i niechęć. I w końcu pracujemy już tylko w milczeniu, nie myśląc o sobie nawzajem tylko o tym, jak bardzo źli jesteśmy. Wentylem tej złości, przez którą wszystkie emocje ulatują gwałtownie jak spuszczone z opony powietrze okazuje się być Piotruś. Tym, który spuszcza z tej opony powietrze okazuje się mumin no 1.

- I czego k***a się gapisz – mówi mumin no 1. do zapatrzonego na koło Piotrusia – podawaj mi te skrzynki!

Piotruś odrywa swoje przekrwione oczy od koła i koncentruje wzrok na muminie No1. Koncentruje słuch na ostatnim z serii przytyków, który został mu tego dnia przez nią zafundowany. Koncentruje swoją świadomość wyobrażając sobie – jak sobie wyobrażam – wagę. Na jednej szali leży ciężarek z napisem praca, pieniądze, stabilizacja i znajomi a na drugiej – ciężarek z napisem autentyczność. Potem Piotruś kmini coś długo w swojej przepitej łepetynie i w końcu otwiera szerzej oczy, podjąwszy widać jakąś wiążącą decyzję, źrenice wpija w mumina no1 i otwiera wygięte z niechęci usta.

- Do mnie mówiłaś tępa szmato? – mówi powoli.

A potem ten sam człowiek, który wyciągnął z kanału bernardyna, ten sam koleś, który wlazł do zamarzającej wody po kolana, żeby sięgnąć psa, który należał do obcego człowieka i uratować temu psu życie pochyla się i rzuca z całej siły szalką z pomidorami w twarz mumina no1, tak że pomidory rozbryzgują się i tworzą Wspaniały, postmodernistyczny obraz na jej bluzce i na jej włosach. Wszyscy stoimy zapatrzeni jakbyśmy nigdy wcześniej nie widzieli sceny przemocy i dopiero kiedy dziewczyna zaczyna płakać, liniowa odrywa się od zastygłej w bezruchu sceny i mówi:

- Piotruś!

Tak jakby z naganą ale nie do końca. Bo mumina no1 nikt (nie wyłączając mnie) nie lubi i mumin no 1 dostał to na co zasłużył. Bo w twarz pomidorami dostał ze swojej winy. Bo jest jaki jest. Muminy zasługują na obraz Paula Gaugina na t shircie. Na czerwone i mokre witaminy we włosach. Na zaczerwieniony ryj. Tak to już jest na tym świecie. Mumin no2 stoi obok i nie robi absolutnie nic: zastygły stara się wyglądać tak, jakby go nie było. A liniowa mówi:

- Piotruś i po co to zrobiłeś? Ona teraz pójdzie do Vica i wylecisz z pracy.

I reszty nie słyszę, bo idę sobie. Bo pociąg stacji nikotyna - palarnia jest dla mnie ważniejszy od jakiegośtam międzyludzkiego użerania. Bo wiem, że do dnia następnego wersji wydarzeń będzie już dziesięć, a każda będzie dużo ciekawsza od tego, co miało miejsce naprawdę.

Wersji wydarzeń jest tylko cztery kiedy przychodzę do pracy zimnym i kaszlącym porankiem. A po drugiej przerwie gdy stoję, widzę jak mija mnie para muminów, krzywe dzieci Tove Jansson, pomyłki społeczne i bardziej ze współczucia niż z ciekawości pytam się:

- Gdzie idziecie?

I dowiaduję się, że ich zwolniono. Za problematyczność.

 

*** Nowy współlokator Charona ***

Ten dzień obfituje w wydarzenia. Ten dzień obfituje w wydarzenia z kilku względów: bo jest krzywy, konfliktowy i bo w końcu się do siebie uśmiechamy. Na rozmowę oboje jesteśmy jeszcze zbyt zamknięci w sobie z nerwów, ze stresu i wątpliwości. Na rozmowę – jak mi się wydaje – wciąż jeszcze za bardzo się jąkamy. Ale uśmiech – to już jest coś dla mojego popieprzonego serca. Mojej puszki kociego żarcia (krótki termin ważności po otwarciu!). Praca pomimo tego, że dziś zwolniono kolejne osoby i tego, że ktoś oberwał pomidorami w twarz płynie mi dziś szybko i wartko jak rzeka – pomidory strumieniem spływają po taśmie w otwarte do objęć ręce Mohhameda i Stefana. Ja – może dzięki moim myślom – nie widzę ich wcale:

 

Uśmiechamy się do siebie od tygodnia. Uśmiechamy się wiążąco długo i łapczywie. Porozumiewamy się teraz za pomocą uśmiechów. Tylko za pomocą uśmiechów. Uśmiechy są jak ścieżka audio w obcojęzycznym filmie. Węgierskim filmie. Nasze oczy robią za napisy.

Gdyby się ktoś pytał, odpowiedziałabym: „Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie zaawansowania, żeby móc odczytywać uśmiechy bez napisów.

Ten uśmiech mówi: „podobasz mi się”

A pod tym uśmiechem jest podpis: „Ty mi też”

 

A potem włączam świadomość. Jest godzina piętnasta i zostało mi półtorej godziny do końca pracy: wtedy też czas raptownie przypomina sobie o wymogach związanych z dostosowaniem tempa swojego upływu do długości doby i raptownie zwalnia do prędkości pięciu kilometrów na godzinę. Obok mnie dziewczyny plotkują o tipsach: zwracam się w drugą stronę i słyszę jak Ila, mówi ostatnie zdanie:

- I bez kitu wszyscy, ale to absolutnie wszyscy czarni walą do mnie jak w dym po numer telefonu. Ja nie wiem, czy ja mam w sobie coś co przyciąga murzynów, kolorowych i wszystkich innych bambusów, no po prostu k***a nie wiem!

Cóż mogę powiedzieć Ila – mogłabym jej na to odpowiedzieć – do mnie startują bezzębni Węgrzy. I nie mogę powiedzieć, żeby mi się to nie podobało. Ale oczywiście kulka w żołądku (nie mów o  tym!) nie pozwala mi tego wyartykułować i w końcu – tak w końcu – nie mówię na ten temat absolutnie nic.

Po czym kończymy pracę.

Do domu lecę jak na skrzydłach bo wiem, że dnia następnego będzie mi się chciało iść do pracy. Przy domu zwalniam, bo przypomina mi się, że mój współlokator od tygodnia pije i że dziś, lub jutro czeka nas poważna rozmowa o konieczności wyrzucenia go z domku. Mój zakochany we mnie od pierwszego wejrzenia nowy współlokator. Kolejny pijak na ośrodku. Kolejny amator mojego kształtnego tyłka i fazy na cięższy klimat. Kolejny znajomy.

Kiedy docieram do chaty jest już dziewiętnasta i Marcin wyjątkowo jest względnie trzeźwy. Pocieszona perspektywą tego, że może nasze wcześniejsze z nim rozmowy odniosły niejaki skutek pożyczam mu netbooka – i to okazuje się być moim błędem. Moją pomyłką. Marcin bowiem, jak każdy stary rockmen rozkleja się nad płytą gunsów i kiedy pojawiam się w salonie piętnaście minut później chwieje się już na kanapie jak obruszone wiatrem drzewo. Jak Rysiek Rydel na koncercie. W imię starej muzyki i wspomnień. W imię swojego serca. Ja w obawie o swoją elektronikę, korzystam z chwili, w której idzie na fajkę i zawijam sprzęt do swojego pokoju, chwilę później u moich drzwi rozlega się pukanie. Na proszę drzwi się otwierają i staje w nich kończący się pomału rockmen z wykruszonym lewym zębem - zaczynam się zastanawiać czy fakt, że lecą na mnie faceci, którzy mają problem z uzębieniem nie jest symptomatyczny. Znaczący. Jakiśtam.

- Charon pożycz na chwilę laptopa – mówi Marcin chwiejąc się w progu.

- Stary, nie mogę – odpowiadam – jesteś tak na***any, że się z nim przewrócisz i kto mi wtedy sprzęt odda?

Technikę bycia kumplem i walenia na stary do wszystkich facetów, którzy mogliby do mnie coś mieć mam opanowaną do perfekcji. Charon pomidorów? A taak, znam. Kolega z wojska. Razem miksowaliśmy muzę na dzielni. Taka kumpela!

Marcin chwieje się jeszcze chwilę w drzwiach patrząc na mnie zamglonymi oczami, na dnie których czai się zapowiedź pawia.

- Przepraszam - mówi w końcu i wychodzi. Nie mijają trzy minuty gdy ponownie słyszę pukanie.

- Tak? – mówię. Drzwi otwierają się szeroko i staje w nich Marcin jeszcze bardziej nawalony niż przed chwilą. Stary rockmen. Ze złamanym sercem.

- Charon, pożycz laptopa – mówi on niewyraźnie.

Ta akcja ma miejsce jeszcze z piętnaście razy i jestem coraz bliższa przemocy. Załamania nerwowego i ucieczki. W efekcie ostatniego tego typu wejścia Marcin niemal wystawia mi drzwi z futryny (-przepraszam - mówi wtedy zataczając się na boki) I zanim do domu wracają pozostali moi współlokatorzy jestem już kłębkiem nerwów. Marcin hula do godziny trzeciej w nocy tłukąc się po domu, rozwalając meble i przepraszając za to wszystkich i wszystko co napotyka na swojej drodze: w efekcie ja śpię u kumpla w pokoju, a drugi współlokator wystawia czkającego Marcina za próg na dwie godziny. W efekcie parkkoodrynator wyrzuca go dnia następnego z pracy. W efekcie tej nocy udaje mi się zdrzemnąć na pół godziny. Następnego dnia nie pomagają mi nawet uśmiechy Jaki.

Opowieść o w kółko przepraszającym alkoholiku.

- Przepraszam - mówi Marcin bełkocząc – przepraszam, przepraszam, przepraszam, Charon, przepraszam!

Ale nie ma przebaczenia dla Marcina. Nie ma przebaczenia dla niepoprawnych alkoholików. Dla nie reformowalnych nałogowców z więzienną przeszłością i samoupokarzających się po każdym akcie oralnej rozpusty z promilami w tle. Nawet jeżeli jest nam ich żal.

- Jeszcze tu k***a jesteś? - wrzeszczy Marti. Ja milczę. Nie odzywam się. Nie istnieję.

- Przepraszam - mówi Marcin, po czym wychodzi. Wiem, że za ileśtam lat skończy na gałęzi. Albo z podciętymi żyłami. Wiem o tym, wiem o tym, wiem o tym, mówią mi to jego oczy, jego przygarbione plecy, fakt że nie zabrał butów, fakt, że jest mu już wszystko jedno i że sam siebie nienawidzi i tym gardzi – wiem, wiem, wiem o tym do k***y nędzy! Ale nie robię nic, nic absolutnie nic, nie idę za nim, nie mówię, że jest mi przykro z tego powodu, że jest jaki jest, ale że to nic nie szkodzi, że może sobie dalej taki być i mi to nie przeszkadza, nie mówię nic takiego, nie mówię nic, nic, nic, absolutnie nic tylko stoję i milczę i mnie nie ma, chowam się za wspomnienia nieprzespanej nocy, rozbitej popielniczki, zniszczonego tostera i osikanych krzaków róż, na których nic już nie wyrośnie - przynajmniej nie w tym sezonie. NIE MA NIKOGO W DOMU. NIE MA MNIE w środku NIE MAM SUMIENIA ANI MYŚLI O INNYCH. NIE MAM PRZEBACZENIA dla niepoprawnych alkoholików. Nawet jeżeli ich oczy mówią mi że skończą na gałęzi. Tutaj nie ma mnie teraz dla nikogo poza mną samą. Moje serce nie istnieje.

- W końcu spokój – mówi Marti zamykając za Marcinem drzwi – w końcu k***a spokój!

 

*** Włochaty – wigilia ***

Mróz przeradza się niepostrzeżenie w święta bożego narodzenia. My wszyscy – albo raczej oni wszyscy i ja – spędzamy je za granicą, zostajemy TUTAJ gdzie jesteśmy – niektórzy dlatego, że tak chcą a inni dlatego, że nie dostali wolnego. Święta za granicą mają w sobie coś bardzo smutnego i bardzo wesołego zarazem. Zabawowego. Coś przyrzuconego zabawą jak kocem. Tak mówi Charon podczas jednego ze swoich metaforycznych odjazdów, obgryzając swoje nieistniejące już paznokcie jak ciasteczka. Charon – jak sama mówi – jest mistrzem konsumpcji. Każdego rodzaju dobra.

Nie mi wprawdzie wypowiadać się na ten temat, jako że prawdziwych świąt z rodziną nie miałem w życiu wielu (za każdym razem, należy nadmienić, była to inna rodzina), ale myślę, że wiem, co Charon miała na myśli mówiąc w ten sposób o świętach, mówiąc o przyrzuceniu tego czegoś świątecznego zabawą, imprezą, ogólnym dobrostanem. Myślę, że wiem co ma na myśli Anioł, który robi zapasy blantów na całe święta dorównujące niemal objętościom zapasom amunicji zgromadzonym przez Kmicica na potrzeby obrony Jasnej Góry. Myślę, że wiem w końcu co myślą inni ludzie kupując wódkę, prezerwatywy i czekoladę – wszystko w dużych ilościach. Ci wszyscy ludzie konkretyzują to w jeden sposób, ubierają w słowa i owijają w bawełnę, mówiąc do siebie od dwunastego grudnia, kiedy wiadomo już było, że do domu nie pojedzie na urlop żadne z nich. Ci ludzie patrzą na siebie i powtarzają:

- Idą święta.

I oto w końcu nadchodzi ten wystraszony przez wszystkich dzień. W pracy jesteśmy do godziny czternastej i na pożegnanie dostajemy po batonie – taka nagroda pocieszenia i obietnica na przyszłość, gdyby ktoś miał wątpliwości czy wrócić. Rozdzielając się między samochody życzymy sobie nawzajem wesołych i spokojnych i ruszamy przez zaśnieżone do granic możliwości autostrady trzydziestką albo czasem i czterdziestką w stronę naszych tymczasowych domów. W stronę zbawienia.

A potem przychodzi wieczór. Ale zanim to ma miejsce przystrajamy domek: dziewczyny i ci, którzy mają jakieś zapasy słoików z polskiego sklepu wyjmują je i wystawiają na stół – przygotowani i naostrzeni czekamy wszyscy niecierpliwie na wielka bibę. Na imprezę roku. A ja korzystając z okazji przysypiam, tylko po to żeby zobaczyć co mnie czeka. Taka wigilijna wróżba.

 

Wigilia

 

Irfi płynie przez czasoprzestrzeń. Zderza się z Harfim, który traci równowagę i zahacza ręką o choinkę ustawioną z butelek po wyborowej (w rzeczywistości są to flaszki po absolwencie) . Butelki chwieją się przez chwilę uderzając o siebie nawzajem: dźwięczące brdiąg, brdiąg, brdiąg rozlega się w powietrzu i wszyscy na ułamek sekundy zastygają w panicznym bezruchu, patrząc bezsilnie jak roztańczony balet butelek, ich synchroniczny taniec zmierza do nieuchronnego - i przewidywalnego - końca. Rozsypane szkło grzechocze jeszcze na podłodze, gdy wszyscy nagle odzyskują mowę i w salonie znowu robi się głośno: część ludzi krzyczy na Harfiego wymachując rękami i starając się zagłuszyć jego niewyraźne tłumaczenia, część ludzi śmieje się i dokłada sobie bigosu. Z miski na stole; parującej i szklanej, przezroczystej, prezentującej swoją zawartość każdemu, kto tylko zechce poświęcić jej jedno spojrzenie.

Nasza wigilia.

Wigilia nie ma nic wspólnego z wigilią w domu. Nikt tak naprawdę nie wierzy w to, czego życzy drugiej osobie, z którą łamie się opłatkiem; osobie, którą ledwie zna: nikt tak naprawdę nie wierzy w zdrowie, szczęście, pomyślność i spokój w te święta i nadchodzący nowy rok. Huragan dymu z trawy i morza wódki: oto co nas czeka - myślimy. Nadgodziny w pracy i niewystarczająca ilość pieniędzy: oto co nas czeka - wiemy o tym nie od dziś i czekamy na to z utęsknieniem. Jesteśmy uzależnieni od zajęć. O różnym charakterze. Od aktywności fizycznej i psychicznej. Społecznej aktywności. Rozmów o niczym. Rozmów o wszystkim co nas gryzie, choćby nie wiadomo jak płaskie były te rozmowy. Rozmów o pogodzie. Rozmów o ptakach naszych mężczyzn i cipkach naszych kobiet. Rozmów o bliźnich. O dupie maryni. O rozmowach z innymi.

Milczymy tylko o tym, co naprawdę nas boli.

Harmider wzmaga się wraz z tym jak kolejne osoby rezygnują ze spożywania posiłku na rzecz sprzątania: nie idzie nam to gładko, jako że większość z nas jest już w stanie podobnym do tego w którym znajduje się Harfi: wesołego świątecznego odlotu. Harfi sam w sobie przeprasza nas raz jeszcze za zrujnowanie naszego świątecznego drzewka, my odpowiadamy (tym razem już zgodnym chórem), że nic się nie stało, po czym znowu siadamy wszyscy do stołu. Jedzenie i picie: oto co nas czeka w ciągu najbliższych kilku godzin. A potem wychodzimy na dwór z ambitnym planem i lepimy Jezusa ze śniegu.

Jezus ma dwa metry wysokości . Świąteczne bluźnierstwo. Biały rozwód z naszą -ichnią wiarą. Leży ulepiony niczym piaskowa baba na plaży, a wszyscy zaśmiewają się do rozpuku patrząc na nasze nieudolne dzieło. Na wizerunek naszego boga. Na światło naszej wiary. Zachłystujemy się nie wierząc w to, co sami zrobiliśmy, nie wierząc w to, że nikt nie zaprotestował i że (kiedy skończyliśmy) nie trafił nas wszystkich jasny szlag. Na horyzoncie zaczyna się robić już jasno: zimowy świt wstaje pomału zbierając nas wszystkich do kupy i zaganiając do łóżek: w ten sposób witamy wszyscy pierwszy dzień tegorocznych świąt. W ten sposób zaczynamy kolejny obrzędowy rok naszego życia.

 

*** Ninu ***

Po świętach idziemy wszyscy jak jeden mąż do pracy skacowani, źli i niewyspani. Niedopasowani do kalendarza. Przed nami sylwester – wiemy o tym wszyscy – i kolejna wielka biba, ale póki co wszyscy bib mamy na razie dosyć. W pracy, częściowo z wdzięcznością a częściowo z niechęcią przyjmuję informację, że zostałem przerzucony na magazyn – Kamir, który mi to komunikuje wali mnie w ramię z taką siłą, że niemal przyginam się do ziemi.

- Come on, men – mówi Kamir – it’s not such a bad place. You will see.

I rzeczywiście nie jest. Nie ma tam nikogo, kto mógłby kontrolować czyjakolwiek pracę, w związku z czym wszyscy pracujący tam ludzie opieprzają się na potęgę i nie wyrabiają nawet siedemdziesięciu procent normy. Co ja mówię – nawet pięćdziesięciu. Po drugim blancie komuś przypomina się, że trzeba by jednak coś zrobić – przydzielają mnie więc do starszego Greka, którego głównym zadaniem jest czyszczenie skrzynek wielorazowego użytku z wszelkiego rodzaju zabrudzeń i składaniu ich na palety, które zabierane są na halę produkcyjną. Czyszczenie odbywa się w następujący sposób: Jorg podchodzi do skrzynek, ogląda je uważnie, po czym jeżeli nie ma na nich zbyt dużych zabrudzeń przekłada je po prostu na drugą paletę.

- You know what I do, since I work here? – pyta się mnie Jorg po pięciu minut pracy nawiązując całodzienną gadkę szmatkę. Kiwam głową, że nie, a na to Jorg spluwa siarczyście na podłogę i mówi:

- Every time I buy vegetable, I pour it with heet water for five minutes at least.

Moim zadaniem jest wyciągać ze skrzynek ewentualne papiery.

Na przerwie wychodzę na papierosa odświeżony nie widzeniem Mirty i oczywiście wpadam prosto na nią. Na jej długie nogi, piękne cycki i niesamowitą twarz. Które znajdują się w towarzystwie. Męskim towarzystwie, w towarzystwie kolejnego fiuta. Humor psuje mi się ale na krótko (pamiętaj, że to ty ją zostawiłeś!) Dopiero na drugiej, czy trzeciej przerwie, gdy Mirta ni z tego ni z owego podchodzi do mnie czuję to, co czułem przez cały ubiegły miesiąc, czuję jak serce po raz kolejny wędruje mi do gardła, ale nic: przełykam je spokojnie jak gorzką tabletkę i czekam, czekam co się stanie. A Mirta podchodzi, staje tak blisko mnie jak to tylko możliwe, tak blisko mnie jak nie stawała już od bardzo, bardzo dawna, dookoła robi się cicho jak makiem zasiał, albo mi się tak tylko wydaje, a ona patrzy. I kiedy ja tak patrzę na nią w kompletnej ciszy, ona otwiera swoje cudowne, przeklęte usta i wypowiada trzy słowa:

- Podałabyś mi kawę? – mówi Mirta

A jej oczy robią się niebieskie jak szkło. I zimne. A ja czuję się jednocześnie tak jej obcy i tak bliski, że wszystko co mogę zrobić to wyjść na korytarz.

Po ostatniej przerwie wracam na magazyn, znowu nie myśląc nic. Zakładam żółty odblaskowy kubraczek i wjeżdżam na halę. I znowu zabieram się za wyciąganie papierów ze skrzynek na tym magazynie. I znowu próbuję zachować kamienną twarz i nie myśleć. Ale coś we mnie pękło. W środku. Nie wiem co to jest, ale nie czuję już ani smutku ani bólu po stracie Mirty, ani zazdrości o nią, o jej nogi, o jej długie, cudowne nogi, niczego już nie czuję takiego. Po prostu wyjmuję papiery ze skrzynek i kiwam głową Jorgowi, który opowiada mi o kryzysie ekonomicznym. Jorg jest specjalistą od kryzysu. Wielu jego znajomych, którzy bardziej niż Jorg kochali swoje rodziny ubezpieczyło siebie i swoje samochody na bardzo wysokie kwoty, a potem zginęło w tragicznych i nieszczęśliwych wypadkach drogowych. Przypadkowych zderzeniach z murami. Przypadkowych upadkach ze skały. Tak zginął najlepszy przyjaciel Jorga. Tak zginął jego kumpel z poprzedniej pracy. Tak zginął Jorga brat. Poza byciem specjalistą od drobnych potknięć systemu kapitalistycznego Jorg jest też specjalistą od polskich powiedzonek i przysłów:

- Dostałeś talon na k***ę i balon – mówi Jorg w przerwie między jedną skrzynką i drugą – gdzie kucharek sześć tam cycków dwanaście.

Po około godzinie mówię Jorgowi, że muszę się iść odlać i pytam się go, gdzie na magazynie jest jakiś kibel. Jorg podnosi rękę, haltuje mnie, pokazuje żebym zaczekał i odwraca się plecami do swoich brudnoczystych skrzynek a przodem, twarzą do palet wypełnionych kistami pomidorów A potem rozpina rozporek i olewa palety, na których w równych rządkach leżą pomidory. Zapakowane w plastikowe mundurki jak zwłoki przy autostradzie: i wszystkie te martwe, czerwone ciała Jorg olewa ciepłym strumieniem moczu. Ociekające i parujące pomidory zdają się krzyczeć:

Patrzcie! Teraz każdy angol, którego stać na zapłacenie dwóch funciaków za gałązkę pomidorów będzie w sobie miał cząstkę jego. Imigranta! Geistarbeitera!

 

*** Charon Pomidorów – jak nie oszaleć ***

Po moim współlokatorze została nam w korytarzu w domu siatka butów. Po wigilii zostało nam na podłodze w salonie kilka balonów. Po sylwestrze zostaje nam wybita szyba i trzysta euro kary. Do podziału na czterech rzecz jasna.

Anioł siedzi na kanapie, tuż pod oknem zasłoniętym dyktą i próbuje jednocześnie skręcić blanta i przeczytać jeszcze kawałek książki, którą trzyma na kolanach. Tych dwóch rzeczy nie da się jednak robić na raz, a Anioł nie chce zrezygnować z żadnej z nich i dlatego idzie mu dość opornie: po piętnastu minutach Witia nie wytrzymuje, wstaje i odbiera mu blanta, po czym skręca go sam i zapala. Anioł uspokojony wgryza się znowu w lekturę, a Witia wychodzi przed domek.

- Będzie padać - mówi

A ja myślę sobie wtedy o kimś innym. O takiej historii.

 

Kiedy dwoje ludzi pisze ta samą opowieść w dwóch różnych językach. Co by było gdyby napisać taką historię. O dwóch ludziach, którzy piszą dziwne historie, opowieści, książkę i którzy po spotkaniu się ze sobą stwierdziliby, że piszą dokładnie tą samą opowieść. Nie znając się ze sobą nawzajem. Nie konsultując się ze sobą nawzajem. Idźmy dalej: Ja Charon będę pisać tą samą opowieść po polsku, A ktoś inny będzie pisał ją po węgiersku. Jak duży problem byłby wtedy z prawami autorskimi? Czy ktokolwiek zorientowałby się w ogóle, że w gruncie rzeczy piszemy to samo, czy bylibyśmy na to zbyt mało znani? A może zaczęlibyśmy się o to procesować? O procenty, o profity o zyski. Armia prawników rozstrzygałaby ten spór długo i intensywnie. I do czego mogliby dojść? Tylko do tego, że któreś z nas popełniło plagiat. Zdublowało drugie. Konflikt prawny. Konflikt społeczny. Paradoks.

- Charon jarasz z nami? – pyta Witia

Nie jaram w tygodniu. Jasne że zajaram – mówię. Na horyzoncie zaczyna grzmieć, albo tak mi się wydaje, na pierwszą wiosenną burzę jest bowiem stanowczo za wcześnie. Za szybko. Zaciągam się gandzią i czuję jak wypełnia ona wszystkie pęcherzyki moich płuc i lubię ten stan i ten smak, już nawet nie chodzi o bombę. Zamykam oczy i widzę pod powiekami ktosia. Cosia.

 

Jaka uśmiecha się. Uśmiech pokazuję japę po jego przednich zębach oszałamiającą jak rów mariański. Ostentacyjną i za***ście wielką. Ta przerwa mówi jak dzięki niej Jaka potrafi (po spaleniu całego jointa) puszczać kwadratowe kółka z dymu. Ta przerwa mówi:

- To dzięki mnie on robi najza***tszą minetę w całej Holandii

Tyle na ten temat.

Za moimi plecami trwa rozmowa. Dialog dwóch upalonych ludzi przerywany wybuchami śmiechu. łapię jej strzępki, fragmenty; dotyczy rzeczy lekkich, śmiesznych, łatwych i przyjemnych. Chłopaki opowiadają sobie kolejne plotki, nadstawiam uszu, bo plotki to moja specjalność, moje drugie ulubione hobby, ulubione hobby nas wszystkich. Rozmowa dotyczy muzeum, do którego poszli, interaktywnego skansenu, w którym można było przymierzać holenderskie stroje ludowe, pić holenderski alkohol, wystrugać holenderski chodak i zakręcić śmigłem holenderskiego wiatraka. Witia zanosi się śmiechem i cieszy tak, że niemal zgina wpół, po czym mówi do ululanego niebal do niebytu Anioła:

- A potem na****any przymierzał suknie ślubną.

- I co wyglądał jak holenderska panna młoda? – pyta Anioł kiedy udaje mu się opanować wybuch śmiechu.

- Nie, wyglądał jak n***ny Maszkaron w sukience - odpowiada Witia i cieszą się, cieszą się oboje jak młode koty na pierwszy śnieg.

*** Włochaty – architektura ***

Pamiętam dobrze to, co zapamiętałem z czasu kiedy pierwszy raz przyjechałem w to miejsce – i w ogóle do Holandii. Pamiętam, że jechałem wtedy z jednym z tych kierowców, którzy wychodzili z założenia, że skoro oni nie mogą spać, bo prowadzą, to nikt inny spać też nie będzie. Po piątej godzinie rozmowy – monologu na przednim siedzeniu busa zapadłem w półsen, z którego obudziłem się w Holandii. To była późna jesień i ciemności zapadały bardzo szybko – kiedy otworzyłem oczy widziałem tylko morze światełek ledowych na narożnikach bloków mieszkalnych i pamiętam, że pierwsze skojarzenie jakie miałem z Holandią to były serwery. To było to, że bloki, w których mieszkali ludzie - różni ludzie – wyglądały z tymi ledowymi światełkami we wszystkich narożnikach każdego balkonu jak olbrzymie serwery, jak ledowo oświetlone, elektroniczne nagrobki wszelkich informacji – i to był pierwszy szok związany z holenderską architekturą. Drugim szokiem były olbrzymie okna.

- Wiesz dlaczego – pyta się mnie kierowca, rozmowny, żeby nie być na wpół śniętym – Holendrzy mają takie olbrzymie okna?

Ja odpowiadam że nie wiem, może ma to jakiś związek z kompleksami. Kierowca wybucha śmiechem, niewspółmiernie wesołym w stosunku do jakości kawału, po czym uspakaja się i mówi:

- Coś w tym może być – (mówi kierowca) – ale nie do końca. Tutaj do połowy ubiegłego wieku albo coś koło tego kazirodztwo było legalne i żeby tego całkowicie zakazać musieli wprowadzić policję obyczajową, która chodziła pod oknami i sprawdzała czy ludzie nie bzykają się nawzajem…no wiesz w rodzinie, brat siostry, ojciec córki takie tam – dodaje, po czym widząc moją minę mówi jeszcze – no poważnie, na Wikipedii czytałem.

Dojeżdżamy już pomału do lokalizacji, z której mam jutro jechać do pracy – tak przynajmniej twierdzi GPS, bo kierowca uważa inaczej – w efekcie brniemy jeszcze trzy godziny przez holenderskie prowincje rozwożąc wszystkich pozostałych pasażerów busa, zanim w końcu przychodzi kolej na mnie. Przedostatnia wysiada klientka, która – jak się okazuje – ma mieszkać w kościele przerobionym na blok i podzielonym na mieszkania. Pierwszy raz widzę jak z naw bocznych wystają tarasy, na których stoją suszarki z praniem i przez moment zastanawiam się tylko jak architekci odpowiedzialni za tą przeróbkę poradzili sobie z grobami znajdującymi się pod samym kościołem, szybko jednak przestaję o tym myśleć, tak jestem zmęczony. Na zakończenie, wysadzając mnie pod bramą ośrodka, w którym mam mieszkać kierowca podaje mi rękę, ściska ją, po czym mówi do mnie:

- Równy z ciebie gość. Jakbyś chciał kiedyś zabrać się pozaterminowo to daj znać, pogadamy.

Po czym wręcza mi swoją wizytówkę.

Park wtedy, kiedy przyjechałem nie był jeszcze zaśnieżony i przez to może wyglądał buro, zgrzebnie i źle. I ponuro. I smętnie. Od razu po przyjeździe rzuciłem swoje rzeczy na ziemię i poszedłem spać; obudziłem się dopiero po tym jak o piątej godzinie rano zadzwonił mój kosztowny budzik z telefonem (albo telefon z budzikiem) i od razu trafiłem na halę produkcyjną.

Tym co zaintrygowało mnie najbardziej w całej tej wykonywanej przeze mnie robocie była jej pozorna bezsensowność. Kiedy stoisz przy taśmie i wrzucasz na nią pomidory albo ogórki albo chuj jeszcze wie co, nie widzisz efektu końcowego swojej pracy – zupełnie tak, jak gdybyś układał taśmowo tylko jednego puzla z tysiąckawałkowej układanki. Wiem, że prawdopodobnie gość pracujący przy produkcji dajmy na to układów scalonych miałby znacznie więcej do powiedzenia na temat fragmentaryczności i wybiórczości jego działań, nie zmienia to jednak faktu, że robiąc w kółko jedno i to samo zatracasz w końcu sens w swojej własnej czynności. A potem z nudów starasz się wykonywać ją coraz szybciej i szybciej. Coraz dokładniej. Doskonalej. Doprowadzasz ją do skraju perfekcji, tak jak Charon – po czym zaczynasz mieć na to wy***ne tak jak ja. Z tym, że Charon jest dużo bardziej uparta i przekonana do własnych umiejętności i wyjątkowości niż ja.

Tym co rzuciło mi się w Holandii w oczy na samym początku była też niesamowita ilość Tajów gotujących niesamowite ilości jedzenia i zajmujących mikrofalę (jedną na cały zakład) na całą przerwę. Nie wiem czy Holandia miała swego czasu ustawioną jakąś migracyjną umowę z Tajlandią, ale ilości mieszkańców tego kraju chwilami dorównywały nawet ilości zatrudnionych w fabryce Polaków. Wiem za to na pewno, że to, po czym można było odróżnić Tajów od reszty zatrudnionych w firmie pracowników, to było niesamowicie śmierdzące żarcie i niesamowicie pozytywne nastawienie do życia i innych ludzi. Przez długi okres czasu Tajowie byli jedynymi osobami, które uśmiechały się do mnie i pytały: how are you. Przez pierwszy miesiąc były to wogóle jedyne osoby, które odzywały się do mnie i pomimo wszelkich zastrzeżeń dotyczących kwestii olaktoforycznej związanej z jedzeniem – byłem im za to niewypowiedzianie wdzięczny. Z natury jestem dość zamkniętym w sobie człowiekiem i rzadko wychodzę sam do ludzi – a ludzie, którzy mają już innych wkoło siebie nie interesują się tymi, którzy do nich nie mówią. W tamtym okresie właśnie doszedłem do wniosku, że samotność jest najgorszym wynalazkiem człowieka - ludzie w stadzie nie myślą. Ani o sobie, ani kreatywnie ani w ogóle – ludzie w stadzie po prostu działają instynktownie, bezrefleksyjnie i tak, żeby to im było dobrze. Stąd – myślałem dalej – wzięły się pogromy, blietzkrieg i jedzenie na wynos, stąd – jak sądziłem wtedy – ja wziąłem się tutaj, całkiem sam i nierzeczywisty. Nie mogę zresztą powiedzieć aby było mi z tym źle – sam przechodziłem swego rodzaju kryzys i czułem, zdecydowanie czułem, że w ten sposób może być dla nas wszystkich – to jest dla  mnie i dla reszty ludzi – lepiej. Jeśli nasza osobowość jest relacyjna – myślałem - w stosunku do osobowości osoby, z którą wchodzimy w relację (która też jest relacyjna) to nie ma nic stałego. A co, jeśli nie wchodzimy z nikim w żadną?

Pierwszym człowiekiem, z którym, zacząłem rozmawiać była Ośka. Ośka zaintrygowała mnie z tego względu, że była jedyną osobą, która umiała mówić po śląsku, godać – jak sama mówiła – ani w ząb natomiast nie potrafiła rozmawiać po polsku. Ja – w przeciwieństwie do reszty ludzi pochodzących z Polski – rozumiałem ją świetnie, przegadywaliśmy więc całe przerwy i nawet dość dobrze zacząłem się czuć w jej towarzystwie – przynajmniej o tyle, o ile nadawała się do rozmowy. Nie chcę przez to przedstawić się w takim świetle jak gdybym miał traktować ludzi jak interaktywne zabawki, albo coś w tym stylu – nic z tych rzeczy, czasem zdarzało mi się przywiązać do kogoś na dłużej. Bardziej jednak od samych ludzi zależało mi na rozmawianiu z nimi, zabiciu tej głuchej ciszy, która sprawiała, że nierzeczywiste stawało się jeszcze bardziej nierzeczywiste. Która sprawiała, że myślałem o tym jak się czuje człowiek, który całe życie odstaje. Od wszystkiego co zwykłe. Od szarości.

To tak jakby całe swoje życie być tęczą.

Kolejnymi ludźmi, z którymi zbliżyłem się nieco bardziej był Charon, Anioł i Stefan, aczkolwiek ten ostatni znajomy nie okazał się być koniecznie najlepszym nabytkiem. Charona poznałem na fazie górki, pełną energii i spontaniczności – wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pasją Charona jest robienie sobie nowych znajomych, a takie zachowanie stanowi jedną z przyjętych przez nią strategii zapoznawczych – do tej pory tak naprawdę nie wiem czy mnie lubi, czy jest to tylko rodzaj gry. Staliśmy wtedy przy kole – Charon wyjątkowo nie na swoim ulubionym miejscu przy maszynie – i ni z tego ni z owego zaczęliśmy rozkminiać temat życia po śmierci. Powiedziałem Charonowi, że moim zdaniem jest coś po śmierci (chociaż o kościstym Amerykaninie z pozytywką nie wspomniałem) a Charon na to (wykładaliśmy pomidory) - nie ma czegoś takiego jak życie po śmierci - wyobraź sobie taka misję: wszystko co robimy te foliowe woreczki, w które zawijamy pomidory wszystko to przetrwa 500 lat zanim się rozłoży, A nasze ciała, one przetrwają najwyżej pięćdziesiąt. Może ktoś kiedyś wykopie te woreczki i z naszych zachowanych pod naklejkami odcisków palców, z naszego DNA, z naszej śliny i włosów odtworzy nas na nowo, jakiś archeolog z przyszłości, ale prawda jest taka, że plastik przetrwa dłużej niż nasze tkanki miękkie. To co wytwarzamy i produkujemy przeżyje więcej niż my.

Do tej pory nie odkryłem dlaczego Charon ma takie parcie na to, że dusza nie istnieje i że wszystko opiera się tylko i wyłącznie na procesach chemicznych, a po śmierci pójdziemy wszyscy w całości do piachu i w nim się rozłożymy – w gruncie rzeczy nie jest to jednak aż tak istotne. Znajomi są tutaj po to, żeby z nimi zabijać czas, a nie ich poznawać – i to z Charonem i Aniołem da się robić bardzo dobrze.

- Patrz zmywarka – mówi Anioł i wrzuca kieliszki po wódce do schowka samochodowego. Nie wiem czemu ale bawimy się tym do rozpuku.

 

 

*** Charon pomidorów ***

Wiosna albo raczej przedwiośnie przynosi ze sobą śmierć astmatycznego murzyna. Mojej konkurencji do samotnego palenia papierosów, kota – współlokatora klatki w schronisku, sapiącego rapera. Współuczestnika wyścigu, w którym główną nagrodą jest chwila samotności w szklanej szopie – zanim ulokuje się w niej ta druga strona.

Wiosna przynosi też ze sobą ochłodzenie. I pierwsze grille na świeżym powietrzu. Kiedy ostatni tabun gości przetacza się przez drzwi obiecuję sobie zerwać z nałogiem. Dość robienia znajomych, koniec ze społecznym dawaniem w żyłę – od tej pory jestem sobą. Wytrzymuję dokładnie dwadzieścia dwie minuty do momentu, w którym przychodzi do mnie wyżalić się po raz kolejny Maszka. A potem – po kolejnej obietnicy złożonej sobie solennie i szczerze – wytrzymuję aż do następnego poranka. Kiedy okazuje się, że w pracy mamy nową koleżankę. Która bardzo podoba się bezzębnemu. Za***ście pachnącemu Madziare. I ja oczywiście – w niecały tydzień - z niej również robię swoją nową i zafascynowaną moją osobą znajomą.  Patrzę jak po raz kolejny świat wraca do normy. Robi się bezpieczny. Pewny. Pod kontrolą i na smyczy. Już niemal zupełnym mimochodem zbieram jego spojrzenia. Ale jest ich coraz mniej.

 A potem nie patrzy na mnie już wcale.

 

*** Ninu ***

Zbieranie ma sens tylko w tym momencie, w którym jest jakiś cel na który się zbiera. Dlatego nikt nie zbiera muchomorów albo borowików szatanów tylko maślaki. Dlatego dzieci nie zbierają psich kup tylko znaczki. Dlatego ja mam już gdzieś tą pracę. I zbieranie pieniędzy też.

Dlatego ja stąd odejdę. Dlatego zrobię to, o czym marzyłem zanim zacząłem marzyć marzeniami Mirty o domu i ładnym samochodzie. Dlatego polecę przez świat już nie jobsurfingiem ale space surfingiem. Jak Luk Skywalker. Jak Martyna Wojciechowska. I dlatego właśnie ja mam już gdzieś tą pracę.

Włochaty spłaca ostatnia ratę kredytu

Włochaty spłaca ostatnią transzę zadłużenia wobec NFZ-tu. To wielki dzień dla włochatego. Dla nas też. Po pracy włochaty tłumaczy każdemu bełkotliwie, że nie jest już nic winien nikomu, a wszyscy równie bełkotliwie odpowiadają, że wiedzą. Że rozumieją. I że oni też tak kiedyś mieli. Że tak jest naprawdę. Że każdy tutaj komuś coś kiedyś wisiał albo wisi i że tylko dlatego wszyscy tu jesteśmy – z powodu długów. Takich czy innych. Zaciągniętych wobec państwa. Wobec byłej żony (alimenty) wobec rodziców, krewnych, banków. Względem więzi społecznych. W imię pokrewieństwa. W imię miłości wobec bliskich albo zobowiązań wobec znajomych. Względem siebie samych i swoich własnych nadziei i marzeń. Włochaty bełkotliwie odpowiada nam, że on nas też rozumie, ale teraz ma w dupie nasze problemy, bo jest pijany. A jest pijany - jak twierdzi - z powodu swojego własnego szczęścia i niczyjego innego. A potem dodaje:

- To są ostatnie moje dni w tej pracy.

Następnego dnia rano idziemy wszyscy jak jeden mąż wciąż jeszcze nietrzeźwi do pracy. I dostajemy piętnastoma paletami w twarz. Nadprogramowymi paletami. Ogórków. Charon śmiejąc się z nas idzie bezpieczna i zadowolona na maszynę od pomidorów, ale to jest Charon, a my wszyscy musimy robić coś innego. Więc zgrzytając zębami śrubujemy normy i jedziemy. I staramy się wyrobić w czasie i nie możemy i pracujemy aż do głupawki aż do momentu, w którym nasze zmęczone i znudzone oczy odmawiają nam posłuszeństwa i wtedy dzieje się to:

 

*** Włochaty - Ogórek marki Hello Kitty ***

 

Maszkaron ciesząc ryja z bezrozumnego szczęścia wypisuje na ogórku hello kitty. I puszcza go na taśmę. Śmiejąc się jak opętani patrzymy jak ogórek defilując statecznie znika w paszczy maszyny by po chwili - już ofoliowany - pojawić się z drugiej strony na kole. Cieszymy się jeszcze bardziej widząc jak ludzie na kole dostają śmiechawy na jego widok: rudy zgina się niemal w pół ze śmiechu wydając z siebie chichot psa ze starej kreskówki, i to rozwala nas jeszcze bardziej. Stefan z rozdziawioną ze śmiechu paszczęką stara się ogarnąć jeszcze koło ale Mohhamad poddał się już i roześmiany jak jeszcze nigdy od czasów Pakistanu patrzy tylko jak ogóry sypią się z koła, i jak konfetti na nowy rok opadają na ziemię z głuchymi pacnięciami. Gdy koło zostaje oczyszczone, ogórki lądują w koszyku na rolkach i jadą do kontroli, po czym okazuje się, że ogórek z napisem Hello Kitty pojechał razem z innymi poza stary kontynent, do Anglii, do Morisona: i to pozbawia nas tchu po raz kolejny:  śmiejemy się wszyscy, oczyszczeni z tych wszystkich wątpliwości, które mieliśmy co do siebie samych i siebie nawzajem, śmiejemy się do rozpuku, do niemożliwości, śmiejemy się - i czujemy się z tym śmiechem naprawdę szczęśliwi.

A potem wyrzucają nas wszystkich z pracy.

 

Koniec części pierwszej

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
EwaJarzembowska · dnia 09.02.2019 14:40 · Czytań: 80 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Nalka31
19/02/2019 21:25
Witam miłośnika morskich opowieści. Podoba mi się klimat,… »
Marek Adam Grabowski
19/02/2019 19:33
Klimat jest fajny; a kolokwializmy tylko dodają smaku.… »
mike17
19/02/2019 14:54
Witaj, Mirku, w moich skromnych progach :) Bohater nie… »
BlueRiver
19/02/2019 14:45
:) »
BlueRiver
19/02/2019 14:44
Nalka31 dziękuję Ci za wizytę, rady i opinię :)»
Marek Adam Grabowski
19/02/2019 13:35
Bardzo mi przykro, ale nie mogę pochwalić tego opowiadanie.… »
Niczydar
19/02/2019 12:03
Dziękuję Wam za komentarze. Iri_rudakitka; bardzo słuszna… »
Yaro
19/02/2019 11:00
Pisze nie tylko o sobie to obserwacja ludzi ich życia to… »
Yaro
19/02/2019 10:59
Dzięki. »
Wiktor Mazurkiewicz
19/02/2019 10:03
Bardzo Państwu dziękuję. »
Nalka31
19/02/2019 09:18
Rymy mają to do siebie, że często dzięki nim można… »
Nalka31
19/02/2019 08:58
Blue Zajrzałam do wiersza i powiem tak. Plusem wiersza są… »
Miroslaw Sliwa
19/02/2019 08:07
Witaj Michale. Oniryczna i romantyczna opowieść o idealnej… »
StalowyKruk
18/02/2019 23:20
Do wtrącenia o niedźwiedziu sam nie byłem przekonany, ale… »
BlueRiver
18/02/2019 21:45
Witam Cię Mike - to nie jest wiersz pisany do mamy.… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 19/02/2019 08:29
  • Nie, nie napisałem.:( Ale... Udało mi się popełnić wzorcowe opowiadanie dla młodzieży, gdzie jest przygoda, dramat, miłość, zagrożenie jak i elementy dla dorosłego, bardziej wyrobionego czytelnika.
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:43
  • Dzięki
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:37
  • Esy - do redaktora czyli do kogo?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 11:36
  • Napisz prośbę do redaktora.
  • Usunięty
  • 17/02/2019 11:24
  • Niech mi ktoś powie, jak usunąć teksty i konto?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 00:27
  • Pozostawmy to miejsce, miejscem literatury, proszę.
  • mike17
  • 16/02/2019 22:50
  • Odszedł Jan Olszewski, postać wielka, patriota, obrońca biednych z czasów komuny, gdy jako adwokat bronił ich za darmo, człowiek niesłusznie odsunięty od władzy. Wielki Polak i nic tego nie zmieni.
  • Vanillivi
  • 16/02/2019 18:11
  • Witaj, Arku :) Miło Cię czytać znów
Ostatnio widziani
Gości online:7
Najnowszy:ikibixej
Wspierają nas