Era Magii, rozdział II - Elminster
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Era Magii, rozdział II
A A A
Od autora: Drugi rozdział moich wypocin, mam nadzieję, że przypadnie do gustu :)

2

Libacja na ostatnim piętrze

Pięcioro studentów siedziało w kółku i patrzyło intensywnie na kulę znajdującą się pośrodku nich. Kula ta, stworzona ze szkła, pusta w środ­ku, robiła przed chwilą za oświetlenie na korytarzu, a obecnie służyła do nie mniej szlachetnego czynu.

- Nie uda ci się! - rzuciła drwiąco jedna z osób, patrząc roześmianymi, piwnymi oczami na osobę naprzeciwko. – Pamiętam, że jako jedyny na drugim roku chyba nie dałeś rady tego zrobić bez tysięcy wskazówek Mi­strza, a co dopiero teraz, w takim stanie.

- Zamknij się – odparł ponuro jego rozmówca, starając się skupić na tej cholernej kuli, co łatwe nie było, biorąc pod uwagę że imprezę zaczę­li o zmierzchu, a niedługo miało świtać – To było kilka lat temu, teraz to dla mnie nic.

- Możliwe, ale nie zmienisz faktu, że ta kula powinna być fioletowa nie czerwona – włączył się do rozmowy chłopak po jego prawej, czarno­włosy i jako jedyny z gromadki z widocznym drobnym zarostem. – Pa­miętaj słowa starego Urteriusa, wystarczy się skupić i użyć Mocy z głębi siebie, nie pomagaj sobie żywiołem ognia. – dodał, parodiując profesora pod­staw magii. – To naprawdę nie jest trudne.

Istotnie, nie byłoby to trudne w normalnych warunkach, będąc w peł­ni wypoczętym i w trzeźwości umysłu. W obecnej sytuacji o jednym jak i drugim nie było co wspominać, gromadka przyszłych wielkich głów kraju siedziała i radośnie oddawała się alkoholizmowi, dodatkowo bez nadzoru przeprowadzając jedno z podstawowych zadań na pierwszych latach na­uki, polegające na wydobyciu z siebie istoty magii, nie posiłkując się po­średnio żadnym z żywiołów, w tym przypadku żywiołem ognia. Ćwicze­nie zostawało pomyślne zaliczone w przypadku gdy kula jaśniała na fio­letowo i oblane kiedy mieniła się na paletę kolorów od żółtego do czer­wonego lub zwyczajnie z powodu wysokiej temperatury wybuchała od środka.

Za zabawy magią i picie alkoholu groziło wydalenie z Akademii, lecz uczniowie szóstego roku i wyżej potrafili się kryć i wykorzystywać nada­rzające się okazje. Jako że najniższe piętra okupowała głównie młodzież z pierwszego czy drugiego roku nauki, kontrola była tam najdokładniej­sza i najczęściej trafiały się niezapowiedziane wizyty ze strony patrolują­cego akurat korytarze profesora. Im wyżej, tym starsi studenci rezydo­wali i wizytacje Mistrzów były rzadsze, a na ostatnie piętro się praktycz­nie nie zapuszczali, z racji że były to dormitoria przeznaczone głównie dla uczniów klasy dziesiątej czy dziewiątej. No, ale w przypadku gdy na kilkaset osób do do ostatniej klasy dostawało się zaledwie kilku, więk­szość pokoi stała pusta, z czego gorliwie skorzystała grupka szóstoklasi­stów, widząc w tym dużo możli­wości. Tak więc, po zgłoszeniu chęci zmiany lo­kum, zostali przeniesieni na najwyższe piętro, jak najdalej od czujnego wzroku profesorów.

- Ciekawe, gdzie mnie rzucą na praktyki – mruknął właściciel piwnych oczu. – Mam nadzieję że trafi mi się gdzieś blisko stolicy, nie uśmiecha mi się jechać na jakieś zadupie na końcu świata.

- Jutro się dowiemy – odpowiedział ten z bródką, po czym zerknął na niebo przez małe okienko. – W zasadzie już dzisiaj... Ale podzielam two­je obawy, całe życie spędziłem w tym mieście i trochę się obawiam przy­działu w jakiejś wsi – dodał i posmutniał.

- Cokolwiek by się nie działo, musimy zdać – rzucił jeszcze inny chło­pak, wstając i rozciągając się po kilku godzinach siedzenia. Wydawał się dużo lepiej zbudowany od reszty, bardziej przypominał chłopa robiącego na roli aniżeli użytkownika magii. - Po praktykach zostaną już tylko 4 lata, głupio było­by teraz odpaść... Zresztą sami wiecie to najlepiej, w końcu wszyscy je­steście synami wielkich rodów szlacheckich – zakoń­czył, pa­trząc drwiąco na siedzącą gromadkę.

Gromadka nie podjęła dyskursu, nie było co dodawać ani się z nim sprzeczać, gdyż była to prawda. On, jako syn jednego z nielicznych kup­ców mieszkających w Głównej Dzielnicy nie czuł na karku gorącego od­dechu ojca pragnącego wspinać się w wyimaginowanej przez siebie hie­rarchii na królewskim dworze, w którego mniemaniu bardzo pomagał syn z certyfikatem ukończenia Akademii, co było idiotyczne, gdyż obec­nie miłościwie panujący średnio za Władającymi przepadał – podejrze­wał, że planują przejąć jego tron i rozpocząć panowanie magicznej dy­nastii, jak to określał. Nie było to prawdą, oczywiście. Władze uczelni pil­nowały zarazem uczniów, jak i pełnoprawnych magów i hamowały wszelkie przejawy nabrzmiałych ambicji i niezdrowego zain­teresowania koroną. Król sobie, my sobie – mówili – nie wchodzimy so­bie w drogę, a raczej pomagamy jeśli sytuacja tego wymaga.

- A zresztą – rzekł po niezręcznej ciszy pechowy operator kuli, dając za wygraną i ją przygaszając. - Nie ma co się zastanawiać, po prostu musi­my dołożyć wszelkich starań, żeby zaliczyć praktykę. W końcu – do­dał, szczerząc zęby. - Z kim będę chlał jak oblejecie?

Atmosfera się rozluźniła, chłopaki już w lepszych nastrojach zaczęli wspominać poprzednie lata nauki. Radość z przyjęcia do Akademii, któ­rej towarzyszyła nutka niepokoju przed nowym, nieznanym życiem, przeróżne żarty, którymi ofiarami padali najczęściej dzieciaki z młod­szych roczników, podglądanie dziewczyn w termach podczas przerw... Dreszcz ekscytacji, kiedy poznawali nowe zastosowania swoich mocy, stawali się coraz bardziej świadomi i pewni w użytkowaniu magią. Było jednak jedno uczucie, którego poruszać żaden z nich nie chciał. Tęskno­ta, ta cholerna tęsknota za domem, rodzicami, rodzeń­stwem, znajomymi z dzieciństwa. W końcu byli zabierani od całego zna­nego świata jako dziesięciolatki, rzucone w wir nauki, zamknięte na lata całe. Nikt nad dziećmi nie skakał z troską, profesorowie, którzy koniec końców musieli przejść przez tą samą katorgę co ich uczniowie nie roz­czulali się nad nimi. Twierdzili, że zostawienie ich z wirem emocji sprawi, że staną się bardziej samodzielni, rozsądniejsi, bardziej będą garnąć do zaprzyjaźnie­nia się ze swoimi rówieśnikami, którzy – siłą rzeczy – mieli być jedynymi osobami z którymi będą mogli porozmawiać. A to ważne. Dzięki takiemu zabiegowi większość Władających w królestwie znała siebie nawzajem, a wspólne lata nauki pozwoliły wyrobić opinię na te­mat innych osób z tej zacnej konfraterii.

- no cóż, będziemy się zbierać, trzeba się trochę ogarnąć na odprawę - westchnął piwnooki, wstając i podnosząc najbliższe puste bukłaki po wi­nie. - Dawaj, Vas, bierz kulę, odłożymy ją na miejsce po drodze – rzu­cił do milczącego dotąd chłopaka o ciemnej karnacji, siedzącego trochę z boku i zdającego nie zwracać uwagi na otoczenie.

Jego Koledzy wiedzie­li, że on tak po prostu ma, lubi się wyłączyć i myśleć o tylko mu znanych sprawach, przyzwyczaili się. Wspomniany młodzieniec wstał, wziął co miał i wyszedł za swoim współlokatorem.

- Dobra, też musimy się powoli zbierać – westchnął uczeń o aparycji chłopa, lekko się zataczając i szukając rękoma oparcia. - Myfir, jako że ci nie wyszło z tą kulą, to skocz wypłukać bukłaki, my w międzyczasie na­szykujemy ci graty – dodał, pokazując na porozrzucane po podłodze pu­ste naczynia.

Myfir, krzywiąc się niemiłosiernie, wziął bukłaki i wyszedł na ko­rytarz.

 

 

Piętra w dormitoriach były dość ciekawie zaprojektowane, ukierunko­wane na pomieszczenie jak największej ilości uczniów przy jednoczesnej delikatnej wytworności, żeby budynek nie przypominał żołnierskich bara­ków. Bądź co bądź przyszli magowie mieli stanowić elitę kraju, powinni być choć trochę przyzwyczajeni do elegancji, żeby na salonach nie za­chowywali się się jak pospólstwo. Tak więc, mimo iż same kwatery uczniów były urządzone bardzo skromnie, tak cały gmach na zewnątrz jak i od wewnątrz prezento­wał się dumnie, a przebieg budowy obu do­rmitoriów był osobiście nadzoro­wany przez samego Pierwszego Archi­tekta. Osoba wchodząca na jakie­kolwiek z siedmiu pięter po kręconych, hebanowych schodach tra­fiała do niewielkiego, kwadratowego holu, w którym znajdowały się gu­stowne ławy ze sosnowego drewna, umiesz­czone w rogach tego po­mieszczenia, bogato ozdobione na oparciach motywami z życia codzien­nego Władają­cych, oraz małe stoliczki z wygię­tymi nogami tak sprytnie, że nie sposób się było doliczyć ile właściwie tych nóg jest. Zamiast ścian były wnę­ki z biblioteczkami, w których to znajdowały się księgi mniej naukowe, skła­niające czytelnika raczej do uśmiechu niż do głębo­kich refleksji. Z holu rozpościerały się w każdą stronę świata szerokie ko­rytarze, tak jak hol oświetlone na fioletowo przez magiczne kule. Każdy skrzydło liczy 10 po­koi mieszkalnych, co daje 40 kwater na piętro... Czyli przy założeniu, że w każdym pokoju urzędowałoby 3 uczniów, wychodzi 840 uczniów na każde dormitorium... Czyli łącznie Akademia jest w sta­nie utrzymywać nawet do 1680 adep­tów!

Myfir miał w dupie wszystkie te obliczenia, architekturę, jak i Pierw­szego Architekta, któremu w głowie urodziła się koncepcja kręconych schodów. Starając się wyglądać godnie, co nie było łatwe z potarganym płaszczem z plamami po winie, cuchnąc na kilka metrów w każdą stro­nę, ruszył w głąb korytarz ku holowi. Tyle jego, że piętro było praktycz­nie puste, tylko kilku szóstoklasistów siedziało na ławie i szeptało o czymś wzniosłym, sądząc po pełnych ekscytacji minach. W momencie, kiedy się wyłonił w oparach alkoholu, przerwali dysputę i spojrzeli na Myfira, na początku z nutką konsternacji, a po chwili z pogardą i obrzy­dzeniem.

- No proszę, władca kielichów wyszedł się ze swojej nory! – krzyknął jeden z chłopaków, siedzący w samym środku grupki. - Witaj, o potęż­ny, czym sobie zasłużyliśmy na tę audiencję?

Reszta otaczających go chłopców zaczęła chichotać, rzucając na wy­mienionego monarchę prowokujące spojrzenia. Świeżo okrzyknięty król, starając się nie zwymiotować, obrócił się w stronę (miał nadzieję) pod­danych, wykonał ceremonialny ukłon i odparł:

- Niczym sobie nie zasłużyliście, drogi Gaelu, i bardzo cię proszę, nie odzywaj się do mnie więcej, nie chciałbym ośmielić swoją osobą syna prowincjonalnego szlachcica, który za miejsce przy korycie gotowy jest wylizać do czysta sandały mojego ojca.

- Jak śmiesz! - warknął wspomniany chłopak, gwałtownie wstając i kie­rując prawą rękę w stronę Myfira.

Otaczający go studenci, widząc co się święci, błyskawicznie złapali go za ręce i osadzili go z powrotem na miejscu, przekonując go, że Myfir nie jest wart odesłania do domu i utraty mocy.

- Lepiej już idź – rzucił jeden z grupki, patrząc na niego wymownie. - I lepiej go nie drażnij więcej.

Można by tu zapewne polemizować, kto kogo drażnił, ale ani sytuacja nie była tego warta, ani nie było czasu zbytnio na zbędne dyskusje. Ukłonił się jeszcze raz, rzucając im radosne spojrzenie i skierował się w stronę schodów.

Niedobrze się stało, pomyślał, łapiąc ręką za poręcz. Cholera, dałem się sprowokować jak ostatni idiota. No, trudno, stało się. Sam się prosił.

Myfir często padał ofiarą różnych docinek czy oceniających spojrzeń, jako że był synem jednego z najbardziej wpływowych notabli w króle­stwie, co samo w sobie jakoś nieszczególnie powinno być źródłem napa­ści słownych. Kłopot polegał na tym, że jego ojciec, szanowny Riatha z Oath, lata temu był najbliższym doradcą poprzedniego króla Noreg, Ne­tiara Baluna, przeciw któremu został zawiązany spisek w wyniku którego władca wraz z małżonką i pierworodnym synem zostali zamordowani, a dynastia Balunów przestała istnieć. Nowym monarchą został przywódca spisku, wtedy jeszcze szlachcic z biednego, podupadającego, ale jednak z jednego z najstarszych rodów, Diosca z Ilsei. Ojciec Myfira był odpo­wiedzialny za wpuszczenie spiskowców do zamku, odgrywał ważną rolę w przewrocie jako jeden z dowódców. Po udanym spisku panowie szlachta zostali zmuszeni do zaakceptowania nowej dynastii na tronie, a ludzie najbliżej nowego władcy zaczęli grać pierwsze skrzypce w króle­stwie. Mimo iż przewrót miał miejsce ponad dekadę temu, Riatha ciągle był uważany za zdrajcę przez zwolenników poprzedniego króla, którzy mimo że zmienili stronę, ciągle nie mogli się pogodzić z takim jawnym zamachem na majestat. Nauczył się z tym żyć.

Myfir nie potrafił. Jeszcze przed wstąpieniem do Akademii miał pro­blemy z nawiązywaniem kontaktu z innymi szlacheckimi dziećmi, czę­sto słyszał, jak za plecami jest nazywany pomiotem zdrajcy. Wtedy jeszcze dzieciak, poszedł do ojca prosząc o wyjaśnienia. Mimo iż poznał powód takiego traktowania, nie udało mu się wyciągnąć motywów, które nim kierowały, za co do teraz czuł lekki uraz do niego, przez decyzje ojca był szykanowany na uczelni, a bliższe relacje udało mu się nawią­zać tylko z uczniami, których rodzice też popierali spisek, albo po prostu nie intere­sowali się polityką. Sami nauczyciele traktowali Myfira z lekką, źle skry­waną niechęcią i raczej było wątpliwe, żeby miałoby się to zmie­nić do zakończenia jego nauki, albo i nawet dłużej. Wynikało to z proste­go fak­tu, że po przewrocie magowie utracili na znaczeniu na dworze, z racji poparcia starego króla oraz zostali ostro wzięci za pyski i utemperowani, co się im siłą rzeczy niezbyt podobało. Mimo to trzeba było przyznać, że niechęć profesorów nie wpływała na zachowa­nie wobec niego, reguły Akademii były święte, nie było miejsca na szy­kanowanie studentów bez względu co się działo poza terenem szkoły, a chłopak był naprawdę utalentowany i miał szansę stać się potężnym Wła­dającym w przyszłości.

Doprawdy, Myfira denerwowały te spojrzenia czy przeróżne zaczepki ze strony rówieśników. Dziecko nie powinno płacić za uczynki swojego ojca, zwłaszcza że on nie miał planów pchać się w stronę polityki, bar­dziej mu zależało na dołączenie do oddziałów Pacyfikatorów, gdzie nikt się nie inte­resował przeszłością innych. Nikt nie miał ani ochoty, ani cza­su na to. Li­czyły się twoje umiejętności, a sama grupa bardziej przypo­minała elitarną jednostkę wojskową aniżeli typowych magów, pełnych ładnej gadki i wyszukanych gestów. Packi (jak pogardliwie mówili o nich apostaci, dla których stanowili istny wrzód na dupie) nie przejmowali się zbytnio obyczajnością, dla nich głównie liczyło się wyko­nanie zadania. Nie było ich wielu, mało który z ab­solwentów Akademii decy­dował się na trudną i pełną znoju karierę chłopca od brudnej roboty, kiedy miał do wyboru wygodne życie na dworze czy spokojną posadkę w Akademii. Tak czy owak, myślał Myfir pokonując kolejne piętro, starając się ignoro­wać zdziwione spojrzenia uczniów z młodszych roczników, śpieszących się na zajęcia, zanim się wybierze swoją drogę kariery, wypa­dałoby zdać szkołę najpierw. Opi­nia maga, u którego było się na prakty­kach, była jednym z głównych czynników wpływających na promocję do na­stępnej klasy, tuż obok wy­niku z egzaminu zamykającego semestr.

Dalsze przemyślenia zakończyły się razem z końcem schodów. Znalazł się na parterze dormitoriów, gdzie to znajdowała się jadalnia, otwarta kuchnia i dyżurka przy wrotach wejściowych. Miejsce to stanowiło także ulubione miejsce spotkań studentów, często dało się to usłyszeć szum szeptów wydobywający się ze zbitych kupek uczniów skupionych w róż­nych częściach pomieszczenia, śmiech czy głośniejszy tembr głosu nie był tu mile widziany, co tylko prowokowało Myfira i jego znajomych do jak najgłośniejszej rozmowy, których bawiła ta wymuszana powaga na każ­dym kroku. Obecnie znajdowało się tu dość sporo dzieciaków z pierwszych roczników, które miały zajęcia wcześniej niż ich koledzy ze starszych klas. Skierował swoje kroki w stronę wyjścia, ale akurat z dy­żurki wyszedł młody mag. Gwen, opiekun trzeciej klasy. Myfir pamiętał go jeszcze, zakończył swoją edukację 2 lata temu.

- O, hej Myfir, co ty tak wcześnie na nogach? - zagadał, krusząc wszę­dzie jedzoną akurat słodką bułką. - Rzadko widuję któregoś z was o tej porze.

Gwen, Władający odpowiedzialny za wszelkie formalności i trzymanie względnego porządku w dormitoriach chłopców był zaskakująco ciekawą osobą, podczas lat nauki dał się poznać jako osoba leniwa i niezbyt am­bitna, a mimo to jakoś był w stanie przechodzić z klasy na klasę. Miał tendencję do spóźniania się na zajęcia czy przysypiania na nich, a jed­nak był w stanie zdawać wszelkie egzaminy bez większych problemów. Chłopięca twarz, wiecznie rozlazły uśmiech na niej i brak jakiejkolwiek troski o swój wygląd definiowały go jako osobnika zdolnego, acz owe zdolności trwo­niącego. Jakież zdziwienie zapanowało, kiedy ten sam człowiek zdecydo­wał się podjąć pieczę nad jednym z dormitoriów. Mało tego, wziął na siebie stanowisko opiekuna jednej z klas! Jakkolwiek sur­realistycznie by to nie brzmiało, radził sobie na tych dwóch stanowiskach zaskakująco dobrze, pokazując się z zupełnie innej strony osoby sumien­nej i zorganizowanej.

- Dzisiaj nas wyrzucają na praktyki – Odpowiedział mu Myfir, darując sobie formalności. - Stwierdziłem, że pójdę się przejść jeszcze przed zbiórką.

- Hmm, no tak, nie ma to jak się przechadzka przed perspektywą wę­drówki Bogowie wiedzą gdzie. - Przyznał mu rację Gwen, dojadając buł­kę wytarł ręce o swój płaszcz i kiwnął głową w stronę dyżurki. - Ze­chcesz do mnie wpaść na chwilę?

- No niezbyt, nie mam zbyt wiele czasu...

- To nie była prośba, drogi uczniu. - Rzucił, przyjmując surowy wyraz twarzy, co raczej nie przyniosło zamierzonego efektu. - Jazda do środka.

I co tu robić? Mimo, że dyżurny był niewiele starszy od Myfira, a się nawet przyjaźnili zanim Gwen zakończył naukę,to jednak stanowisko ro­biło swoje. Bardziej żeby mu nie sprawiać przykrości niż ze względu na powagę urzędu, chłopak wszedł do dyżurki. Mag poszedł w jego ślady, starannie zamykając za sobą drzwi.

Chłopak, zaciekawiony, zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Pokój dyżurnego był niewiele większy od pokojów uczniów, ale wszędzie wala­ły się przeróżne meble czy sprzęty, takie jak środki do utrzymywania czystości, grabie, łopaty i inne. Jedynym, w miarę posprzątanym miej­scem, było wielkie biurko Gwena, jego osobiste centrum dowodzenia. Było na nim widać starannie uporządkowane dokumenty, kilka opasłych tomisk oraz mnóstwo rysików w ozdobionym, mosiężnym kubku. Obok stał statyw z umieszczoną na nim magiczną kulą oświetlającą miejsce pracy.

Nadzorca wszedł za starą, zdezelowaną szafę i zaczął czegoś szukać w największej stercie rzeczy. Po krótkiej chwili, podczas której Myfir za­czął myśleć, że mag przepadł już z kretesem, ten wyłonił się dumnie w całunie z kurzu, trzymając w ręku... Wiaderko. Chłopak patrzył na niego, pełen złych przeczuć.

- No, Myfirku – zaczął, a na jego ustach ponownie zagościł pogodny uśmiech. – Bądź tak miły, usiądź i weź to na kolana.

Ten, rzucając magowi nie wróżące nic dobrego spojrzenie rzucił bu­kłaki na podłogę, wyrwał mu z ręki wiadro i skierował się na miejsce eg­zekucji. Gwen stanął nad nim, kazał nachylić głowę w stronę naczynia i położył mu dłonie na skro­niach, przezornie odsuwając się jak najdalej tylko mógł.

-Nie ukrywam, nie będzie to przyjemne, no ale sam jesteś sobie wi­nien, nie puszczę cię w takim stanie.

Chłopak, zagryzając zęby, przygotował się na nieuniknione. Pomimo naburmuszonej miny, wiedział, że mag nie robi mu na złość, tylko chce mu oszczędzić problemów.

Gwen posłał niewielką ilość magii w głowę Myfira, badając teren. Wi­dząc, że nie odniósł zamierzonego efektu, użył trochę więcej mocy. Tro­chę. Uczeń, po odebraniu tej dawki, poczuł jak z lekkiego bólu głowy robi się pole bitwy, a w jego głowę ktoś wali młotem. Gwałtownie się przechylił i zwrócił efekty pracowitej nocy prosto do wiadra. Świeżo upieczony sadysta nie znał litości, zaaplikował jeszcze jedną falę mocy.

Myfir powtórzył swój wyczyn, po czym wydrenowany legł na opar­ciu krzesła. Dyżurny patrzył z satysfakcją na efekty swoich działań.

- Zawsze chciałem to zrobić – stwierdził, uśmiechając się do biednego ucznia. - Dobrze wiedzieć, że to działa. Jak się czujesz?

- Jakby mnie kot wysrał. Słuchaj, mógłbyś napełnić te bukłaki wodą? Ja tu sobie grzecznie poczekam.

Gwen, nie chcąc już kopać leżącego, zlitował się, wziął bukłaki, po czym wyszedł. Chłopak odstawił wiadro na bok, nie miał siły na nie na­wet patrzeć, oparł się wygodniej i próbował opanować nieład w głowie. Po kilku minutach stwierdził, że gwenowa terapia faktycznie pomogła i już z większą pewnością siebie wstał w celu odbycia przechadzki po po­koju. Wcześniej jego wzrok przykuła pewna maszyna leżąca w rogu. Był to efekt połączenia pomysłowości inżynierów i mocy magów (którzy no­tabene prowadzili nieustanne dyskusje i często wspólnie konstruowali ja­kieś ciekawe urządzenia), idea polegała na szybszym i łatwiejszym sprzątaniu pomieszczeń. Urządzenie owo składało się z drewnianej rury, która z jednej strony była połączona czymś, co wyglądało jak lejek, tylko mniejszy i bardziej płaski, a z drugiej strony samą istotą tej maszyny, czyli znajdującym się na podwyższeniu workiem ze świńskiego pęcherza, w któ­rym gromadziły się śmieci a za nim mniejszą wersją tej kuli, która oświetlała po­mieszczenie. Była w niej zaklę­ta moc, która aktywowała się, kiedy się tą kulę włoży w odpowiednie miejsce. Sprawiała, że kurz był wciągany przez rurę wprost do pęcherza, na za­sadzie pompy. Jeśli ten, na­zwijmy to, worek był pełen, wy­starczyło go odłączyć od specjal­nych moco­wań, wypróżnić i umieścić z powro­tem, jeśli kula traciła na mocy – wy­starczyło poprosić o pomoc najbliż­szego Władającego o po­nowne na­ładowanie. Proste jak drut, nie­stety na razie po­wstało tylko kil­ka tych urządzeń, pra­wie wszystkie znaj­dywały się na terenie Akademii, jeden w pałacu kró­lewskim i jeden w cechu inżynie­rów. Wynalazek na­zwano od­kurzaczem.

Myfir bardzo szanował tego typu działania uczelni, które mogły po­móc zwykłym ludziom. Był zdania, że magia właśnie po to powstała, a lu­dzie posiadający moc powinni się skupiać na działaniach tego rodzaju. Niestety, owe wynalazki rzadko wychodziły poza teren Akade­mii, a na­wet jeśli, to szybko osiągały zawrotne sumy na rynku i w prakty­ce tylko szlachta pozwalała sobie na takie fanaberie.

Drzwi od dyżurki się otworzyły, wrócił zziajany Gwen, podając chłopa­kowi bukłaki.

- Już lepiej? - spytał, oglądając go bacznie, marszcząc nos. - Wygląda na to, że tak. Zbiórka się już zaczyna, biegnij zmienić te ubrania, wali od ciebie jak z trzydniowego trupa.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Elminster · dnia 01.04.2019 10:46 · Czytań: 245 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 5
Komentarze
StalowyKruk dnia 12.04.2019 17:33
Dość lekkie i łatwe do czytania. Mam, jednak pewne poważne zastrzeżenie.

Widzisz, wysoko stawiam logikę w książkach i mam w zwyczaju czepiać się różnych pierdół. Oczywiście logika wewnętrzna stoi ponad logiką świata rzeczywistego, jednak nie przypominam sobie, żebyś zaznaczył, że w stworzonym przez Ciebie świecie świńskie pęcherze przepuszczają powietrze :p
Przedstawiony przez Ciebie odkurzacz nie ma prawa działać. Zaakceptowałbym istnienie takiego urządzenia, gdybyś nie wdawał się w szczegóły techniczne, lub gdyby te szczegóły były wystarczająco wiarygodne. Sorry, ale świński pęcherz działa jak balon, więc nawet pochłaniając powietrze do środka bardzo szybko by się wypełnił.

Mam nadzieję, że pomogłem.
Elminster dnia 12.04.2019 21:49
@StalowyKruk No cóż, wyszło że jestem idiotą. Oczywiście masz rację, wychodzi moja niechęć do głębszego researchu :). Zmienię po prostu ten świński pęcherz na coś mądrzejszego. Dzięki za uwagi!
Marek Adam Grabowski dnia 23.04.2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet czcionki nie zmieniłeś.

Pozdrawiam
Elminster dnia 23.04.2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ według mnie jest wystarczająco czytelnie. Nie wiem dokładnie jakie błędy ci chodzi, mógłbyś wymienić? Pierwsze trzy części wrzuciłem hurtem, dlatego nie ma tu korekt od tamtego czasu. Pozdrawiam
Marek Adam Grabowski dnia 24.04.2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat jest nie dla mnie. Przeczytaj mój poprzedni komentarz, jest nadal aktualny.

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
24/08/2019 10:26
Dziękuję wam wszystkim moi drodzy. :-) Postaram się pisać… »
wodniczka
23/08/2019 22:26
Pierwsza część podoba się najbardziej. Ogólnie ciekawa… »
Marek Adam Grabowski
23/08/2019 19:16
Masz dobry warsztat pisarski; czyta się ciebie bardzo… »
wodniczka
23/08/2019 18:40
Pięknie. Szczególnie w połowie zatrzymał mnie na dłużej.… »
PrzemeK155J
23/08/2019 17:59
Historia jest naprawdę ciekawa. Jedna z najciekawszych, jaką… »
wodniczka
23/08/2019 16:26
Al-szamanko Tak. Masz rację. Trochę tam się nawarstwiło.… »
RafalSulikovski
23/08/2019 14:09
:-) :) :) »
RafalSulikovski
23/08/2019 14:08
:-) dziękuję Karen. Widzę, że mam jeszcze dla kogo pisać... »
Karen Lety
23/08/2019 14:04
Wiersze są trochę jak piosenki, każdy znajduje w nich coś… »
Karen Lety
23/08/2019 13:58
Świetny wiersz. Napisany przy użyciu takich słów i w taki… »
JOLA S.
23/08/2019 13:57
Dobrze się zaczyna :) Nikt, dotąd, nie skomentował tekstu.… »
Karen Lety
23/08/2019 13:52
Zgadzam się z Darcon, że drugi psychiatra mógłby zagościć na… »
RafalSulikovski
23/08/2019 11:34
:-) Dzięki! Ja dopiero jestem stale "zapowiadającym… »
MP642
23/08/2019 11:22
Jeżeli by rok '68 rozumieć wąsko, to faktycznie za… »
JOLA S.
23/08/2019 10:21
Darconie, mów dalej, proszę :) Czytanie książek to… »
ShoutBox
  • Kazjuno
  • 23/08/2019 16:36
  • Święte słowa!
  • JOLA S.
  • 23/08/2019 12:22
  • Powodem waśni był smok. Na początku nikt z jadących portalem nie wierzył. „Bo mało to bajek po świecie pędzi” Poczytajcie, Panowie, naszego Skuula i basta, bo życie ucieka na bzdurkach.:)
  • Kazjuno
  • 23/08/2019 07:11
  • Coś cię najwyraźniej uwiera, geniuszu, łaszący się do portalowym władz. Tak trudno ci zakończyć insektowo robaczaną połajankę?
  • Decand
  • 22/08/2019 23:25
  • "Ponoć" słowem klucz. Wszyscy czekamy więc i Ty bądź grzeczym i zaczekaj. Świat naprawdę poczeka na Twoje arcydzieła chrabąszczyku
  • Kazjuno
  • 22/08/2019 21:08
  • Ponoć czas oczekiwania to tydzień, kolego robaku. Czekam już dwa.
  • Decand
  • 22/08/2019 20:41
  • Niektórym robaczkom widać spieszy się za bardzo. A chyba powinno spieszyć się powoli, chyba tak to szło. Na pewno wszyscy wytrzymamy jeszcze na tekst jakiegokolwiek żuczka, ba!, nawet i misia
  • Kazjuno
  • 22/08/2019 18:51
  • Oj, chyba urocza red. Vanilivi z przepracowania - wszak jako jedyna jest przytłoczona nawałą prozy - przeoczyła mnie, skromnego żuczka. Ale przepraszam, może namolnie ponaglam? Pozdrawiam...
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:6miac453rh1
Wspierają nas