Era Magii Rozdział III - Elminster
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Era Magii Rozdział III
A A A
Od autora: Trzecia część, mam nadzieję, że się spodoba ^^

3

Pułapka rewersem obrócona

    Był dość chłodny, jesienny wieczór. Niebo nad jedną z wiosek leżącej nieopodal fortu Conaight było bezchmurne, mieniące się milionami gwiazd. Od rzeki stanowiącej naturalną granicę między No­reg a Republi­ką Wschodnią ciągnął się szum, drzewa okrążające osa­dę zdawały się wyciągać ku niej gałęzie, w panującym półmro­ku przypominając potwo­ry ze starych czasów, spragnione ciepła ludzkie­go. W samej wsi panowa­ła radosna atmosfera - pomimo pogody jedyna znaj­dująca się tu karcz­ma była wypchana po brzegi zamieszkują­cymi w oko­licy chłopami, po­dróżującymi kupcami i żołdakami z przy­czółku granicz­nego, znajdujące­go się przed rzeką od strony zachodniej. Skończyw­szy służbę, pracowicie zacieśniali więzi między wojskiem a cy­wilami. Na ma­lutkim ryneczku ze­brała się gawiedź w postaci kobiet z pociecha­mi, za młodymi jeszcze, żeby towarzyszyć ojcom w pijatyce, ale wystar­czająco dorosłymi do wy­słuchiwania opowieści starego, wędrow­nego bajarza. Zasłuchane dzieci wpatrywały się w niego jak zaczarowa­ne, kie­dy ten opowiadał im o świecie sprzed Ery Magii, kiedy to Bo­gom odda­wano cześć, składano ofiary w zamian za ochronę przed pluga­stwem z innych wymiarów. Były to demony, które najeżdżały ten świat, spragnio­ne krwi. Litania modłów tworzyła ochronę, przez którą potwory nie mo­gły się przebić. W końcu przestały próbować, a ludzie odwrócili się od swoich obrońców, nie po­trzebując już Ich. Mimo iż stary człowiek mówił w uniesieniu, przekazu­jąc prawdę o zamierzchłych czasach, ota­czająca go gromadka nie brała go na poważnie, nie potrafili sobie już wyobrazić świata bez obecności magów i ich ma­gii. Opowieści te były traktowane jako pięknie przedsta­wiona bajka, z rzeczywistością nic wspólnego nie mająca. Ludzie zapo­mnieli.

    Niedaleko wsi, jakieś pół kilometra w głąb lasu, znajdowała się chatka leśniczego, doglądającego porządku z ramienia lorda odpowiedzial­nego za ten teren. Mało osób wiedziało, iż ten sam człowiek robił za szpicla dla dowódcy Pacyfikatorów, których oddział stacjonował w forcie. Oprócz zwykłych obowiązków leśniczego, sprawdzał teren pod kątem działań magicznych czy możliwej kryjówki apostatów, którzy upodobali sobie ten teren ze względu na pobliską granicę. W Republice Wschod­niej, malutkim kraju rządzonym przez Proroka wyznaczonego przez Świętą Radę, była dużo mniejsza restrykcja jeśli chodzi o sprawy magii – jeśli nie łamałeś prawa, państwo nie ingerowało w twoje działania. Dla­tego też kraj ten stał się swego rodzaju bezpiecznym gniazdem dla ma­gów uciekających przez prawem.

    Kilka dni temu, dzięki wysiłkom tegoż opiekuna lasu i niechętnej po­mocy lokalnej społeczności, udało się złapać jednego z apostatów, kiedy próbował przelecieć nad rzeką. Wcześniej uprzedzeni Pacyfikatorzy ukryli się w zaroślach po stronie Republiki i ubili uciekiniera. Był to 14 let­ni chłopiec. Leśniczy dostał premię, a panowie magowie mogli się pochwa­lić kolejnym sukcesem. Nie przewidzieli jednak jednego.

 

 

    Z chatki leśniczego nie zostało za wiele. Ostały się bodaj tylko funda­menty i poczerniałe fragmenty drewnianego szkieletu. Dookoła, na wy­palonej ziemi leżały rzeczy codziennego użytku, nienadające się już do niczego. Całość wyglądała na zaplanowane działanie, ucierpiał tylko te­ren znajdujący się w precyzyjnie wyznaczonym okręgu - poza jego gra­nicą rosła nienaruszona trawa. O celowości tego aktu wandalizmu świad­czyło tez ciało szpicla, kołyszące się na najbliższej gałęzi. Na pień­ku obok wisielca siedział człowiek, zdający się czekać na coś lub na ko­goś. Śmierdziało spalenizną. I mokrym psem.

    Był to potężnie zbudowany mężczyzna w średnim wieku, z widocz­nym, kilkudniowym zarostem, twarzą ponurą, z włosami opadającymi na oczy szmaragdowego koloru. Odziany być w jakąś wariację stroju dawnego kapłana i zbroję noszoną przez kondotierów z północnych kra­in. Na nogach miał porządne, wojskowe buty chroniące kostki, na dło­niach, których by się nie powstydził kowal z 10 letnim stażem, znajdo­wały się rękawice nabijane ćwiekami. Obok na trawie leżała bogato zdo­biona szabla, charakterystyczna dla tutejszej szlachty. Siedział strugając coś w kawałku drewna myśliwskim nożem. I czekał.

 

 

    Wiatr przybrał na sile, wzmagając tlący się jeszcze ogień. Na małą po­lankę, stanowiącą zagrodę leśniczego, weszło trzech mężczyzn w czar­nych strojach, każdy z naszywką na piersi przedstawiającą palącą się, zaciśniętą pięść. Insygnia Pacyfikatorów. Wszyscy byli pod bro­nią, u pasa każdego kołysał się miecz, podobny do tych używanych przez do­borowych rycerzy z Noreg. Na głowach mieli kaptury. Wolnymi krokami zbliżali się w stronę siedzącego człowieka, bacznie oglądając się na boki. Po nieznośnie długim czasie stanęli wreszcie przed nim w prowizorycznym półkręgu, ograniczając ewentualną ucieczkę. Mężczyzna nie wyglądał, jakby się gdzieś wybierał. Spokojnie kończąc dłubanie w drewnie, położył na trawie przed sobą małą, zgrabną figurkę przedstawiającą psa.

    -Witajcie, Packi. - Przemówił w końcu, przełamując ciszę. Głos miał zachrypnięty, przywodzący na myśl skrobanie łyżką o dno garnka. I tak samo nie wróżący nic dobrego na przyszłość.

    - Witaj, Muszko – Odpowiedział mu ten stojący bezpośrednio przed nim, zdejmując kaptur i prezentując szlachecką twarz, wyjętą żywcem z marmurowego popiersia. - Muszę ci przyznać, że jestem ci wdzięczny za oszczędzenie nam ganiania się po chaszczach. Jak wolisz umrzeć? Spalo­ny żywcem? Powieszony? Czy może pokroimy cię na kawałeczki i nakar­mimy psy, które tak miłujesz, co, Hycel? Masz wybór, doceń.

    - Doceniam. Chłopak którego tak bohatersko ubiliście nad Fuze nie miał takiego wyboru. - Na twarzy zagościł mu uśmiech, spojrzał prosto w oczy maga. - Odwróćmy sytuację. Macie wybór, albo po kolei ściągnie­cie bariery, a ja was w miarę bezboleśnie pozbawię głów, albo, wy krwa­we skurwysyny, poznacie się bliżej z moimi pupilami. Twój pomysł nie był taki zły, All.

    -Daruj sobie.

    Na jakiś znak, albo może uzgodnili to wcześniej, jego podwładni unie­śli dłonie odziane w fioletowe rękawice i skierowali je w stronę Hyc­la, posyłając fale mocy. Powietrze między nimi błysnęło, pokazując półprze­zroczystą, wypukłą ścianę, która zablokowała atak. Apostata ze­rwał się na nogi, po czym przeraźliwie zagwizdał, cały czas trzymając barierę. Z zarośli za nim wybiegła cała sfora wilków, wyjąc prze­raźliwie, rozdzieliły się na dwie grupy, flankując magów. Ślepia świeciły się im na fioletowo.

    - Przejmuję go, zajmijcie się tymi zakichanymi burkami! - wykrzyczał człowiek nazwany Allem, starając się przekrzyczeć wycie wilków. Pozo­stali magowie porzucili swój główny cel, skupiając się na pędzącym w ich stronę stadzie. Powierzając przywódcy obronę, zaczęli miotać ogniste kule w wilki. Hycel natych­miast przeszedł do ofensywy, wysyłając potęż­ne, wściekle fioletowe po­ciski w stronę Pacyfikatora. Bariera błyskała w miejscach, w które celo­wał. All, zagryzając zęby, wzmocnił ją, ale z racji potrzeby utrzy­mywania jej na większej powierzchni obejmującej całą trójkę, szybko się męczył. Przeciwnik wykorzystał to, atakując całą po­wierzchnię magicznej tarczy, zmuszając go do większego skupienia. Jego towarzysze, też nieco wydrenowani z mocy, po zlikwi­dowaniu stada za­częli przesyłać magię do otaczającej ich bariery, stara­jąc się nie dopuścić do jej przerwania. Nie mieli szans w bezpośrednim starciu z taką górą mięcha, nawet trzech na jednego, dodatkowo widać było, że cwaniak całkiem dobrze znosi ten pojedynek. Zepchnął ich do defensywy. Teren dookoła zaczynał przypominać pole po wykopkach, tam, gdzie pocisk poszedł rykoszetem po trawie albo po prostu ktoś chy­bił, znajdowały się małe dziury. W kilku miejscach leżały płoną­ce truchła wilków.

    Walka trwała w ciszy. Hycel starał się rozedrzeć tarczę, uderzając w co słab­sze punkty, a wysłannicy Akademii robili co mogli, żeby do tego nie do­puścić. Ciszę przerwał gwizd. Jego źródłem były usta apostaty, wygię­te w pełnym triumfu uśmiechu. Zza pleców magów na polanę wpadł wielki niedźwiedź, szarżując na nich. All zaklął, wyciągnął miecz i ruszył w stro­nę Pana Kurwa Wielkiego Zaklinacza Zwierząt.

    - Pozbądźcie się tego misia, zajmę go! - Wykrzyczał rozkaz. Miał wra­żenie, że ostatni w życiu. Ściągnął barierę i wysłał resztki mocy do swo­ich rąk. Hycel na ten widok roześmiał się radośnie, także ściągnął swoją ochronę i podniósł szablę, wywijając nią w powietrzu. Starli się, aż iskry poleciały na boki. All ugiął się pod siłą uderzenia, odskoczył i spojrzał w stronę podwładnych. Biegając po polanie miotali w stronę niedźwie­dzia ogniste pociski, ale ten zdawał sobie nic z tego nie robić. Wiedział, że nie potańczą już za długo, on sam ledwo stał. Patrząc znowu na Hycla zauważył drobinki potu spływające mu po twarzy. Zaczynał się męczyć, co mogło im dać jeszcze szanse. Mimo wszystko mag czuł podziw dla in­teligencji i siły człowieka, na którym miał wykonać wyrok. Gdy dowie­dział się, że jest ścigany najspokojniej w świecie zaplanował wszystko tak, żeby sytuacja się odwróciła. Pozostał na miejscu zbrodni i podjął nierówną walkę z, bądź co bądź, wytrenowanymi, doświadczonymi Wła­dającymi, prezentując niezwykłą zdolność robienia kilku rzeczy naraz. Potrafił jed­nocześnie ujarzmić całe stado wilków, żeby nie uwolniło się spod jego kontroli i w tym samym czasie atakować samodzielnie. All rzu­cił okiem na jego szablę, po czym wzruszył ramionami. I wysyłając resztki mocy do swoich stóp, wybił się i skoczył z nieludzką prędkością w stronę Hyc­la, który zaskoczony nie zdążył zareagować. Zamalował go w gębę, nie ma­jąc miejsca na użycie miecza. Po ostatnim wysiłku legł na brzuchu, ma­jąc przed oczami nieliczne źdźbła trawy. Obraz mu się roz­mazywał, ale dostrzegł jeszcze jak niedźwiedź skacze na jednego z jego ludzi, nie po­trafił stwierdzić którego. Rozległ się dziki krzyk bólu. Ktoś obrócił go na plecy, pozwalając mu podziwiać nocne niebo, niestety nie na długo. Gwiazdy zamieniły się na twarz Hycla, który patrząc na maga, splunął na ziemię krwawą plwociną. Policzek zaczynał mu już puchnąć.

    - Wiesz, co teraz z tobą zrobię? - Spytał uprzejmie, krew spływała mu w kąciku ust. Wbił szablę obok i kucnął.

    - Dasz mi całusa i dasz się grzecznie związać? - Zgadł, próbując skon­centrować wzrok na jego twarzy. Ten pokiwał przecząco głową i zaczął go bić. Pięściami wielkimi jak cholera.

 

 

    Hycel tłukł maga po twarzy, nie zważając, że ten z wgniecioną czasz­ką raczej już nie żyje. Ciągle miał przed sobą obraz młodego, wesołego chłopaka, którego przestrzegał przed przekroczeniem granicy, jeśli aku­rat jest obława, namawiał do przeczekania w bezpiecznym miejscu. Ten jednak, z głową pełną idei i młodzieńczego buntu, uciekł mu, na swoją zgubę. Zaaferowany kątem oka zauważył błysk stali. To ostatni z żyją­cych Packów na niego skoczył. Zmęczony, nie zdążył zrobić uniku. Miecz rozorał mu ramię. Drugą rękę przykłada­jąc do rany, wycofał się poza jego zasięg. Mag szybko doskoczył, nie da­jąc mu dostępu do szabli wbi­tej koło martwego kolegi. Nie tracąc czasu, wystrzelił w stronę apostaty kolejny pocisk, przed którym ten już nie miał jak się obronić. Dostał w środek piersi, siła uderzenia rzuciła nim kilka metrów do tyłu, zatrzymu­jąc go na drzewie. Poczuł nagły ból który poszedł mu dreszczami po ca­łym kręgosłupie. Nie jest dobrze. Tyle jego, że prowizoryczna zbroja za­trzymała bezpośredni cios. Nie mogąc wstać, patrzył tępo na zbliżające­go się maga. Ten, wściekły, sięgając po ostatki swoich mocy, wystrzelił kolejną dawkę magii, mającą zakończyć sprawę.

    Powietrze przed twarzą Hycla błysnęło, a pocisk rozprysnął się na ba­rierze. Obaj zwrócili twarze na nowo przybyłego człowieka, który pojawił się na polanie, przechodząc nad truchłem jednego z wilków. Był odziany w zwyczajny, niewyróżniający się strój mieszczanina, dostosowany do panującej mody, a na twarzy miał maskę, pomalowaną na zielono z otworami na usta i oczy.

    - Widzę, że zdążyłem – Zagaił, patrząc na pobojowisko. Mężczyzna. Podszedł bliżej i stanął przed Pacyfikatorem. - Jesteś wykończony, nie nadajesz się już do niczego. Zawiedliście, spadaj pókim dobry.

    Ten rzucił jeszcze jedno nienawistne spojrzenie na niedoszłą ofiarę, po czym odwrócił się i odszedł, powłócząc nogą. Nie spoj­rzał na pole­głych kolegów.

    - Co ci jest? - Spytał Hycla, który syknął z bólu kiedy ten dotknął po­ciętego ramienia. - Nie jest dobrze, musimy stąd iść bo jeszcze cały gar­nizon nam spadnie na głowę. Dasz radę iść?

    - Nie, cholernik uszkodził mi kręgosłup, wątpliwe żebym był w stanie robić cokolwiek przez dłuższy czas. Skąd wiedziałeś gdzie jestem?

    - Po twojej minie, kiedy dowiedziałeś się o Samie. Każdy ze Schroni­ska wiedział, gdzie idziesz.

    - I jakoś nikt nie uznał za celowe iść za mną. Tacy z nas towarzysze, psia jego mać.

    Zamaskowany mężczyzna milczał. Posiłkując się mocą, obrócił syczą­cego z bólu na plecy i wziął się za robotę.

 

 

    Nazajutrz cała okolica wiedziała o wydarzeniach na polanie leśnicze­go. Na miejsce rzezi przybył sam lord z obstawą, dowódca Pacyfikato­rów w stopniu porucznika i zaciekawieni wieśniacy, szczęśliwi że coś się dzie­je. Chodzili po całym terenie, odtwarzając przebieg wydarzeń, posił­kując się wiedzą od jedynego maga, który przeżył. Położyli obok siebie ciała Władających i leśniczego, truchła zwierząt zebrali w jedno miejsce i pod­palili, dopóki nie zostały tylko popioły.

   - Możesz jeszcze raz mi wyjaśnić, jak do tego doszło, że trójka dobo­rowych Pacyfikatorów nie poradziła sobie z jednym, nigdzie nie szkolo­nym człowiekiem? - Zagaił dowódca, podchodząc do niedobitka patrzą­cego ponuro na ciała towarzyszy.

    - Spodziewał się nas. Był o wiele potężniejszy, niż wynikało to z wy­wiadu, dodatkowo ktoś mu pomógł. Już go miałem, ale...

    - Ale nie masz – przerwał mu porucznik, łapiąc go za ramię i odwra­cając w swoją stronę. - Straciliśmy dwóch ludzi, jednego z naszych lep­szych szpicli, a ty wracasz sam pod bramy z podkulonym ogonem. Zda­jesz sobie sprawę, że jak go szybko nie złapiemy to będę musiał wysłać raport do Akademii?

    Pechowy mag nie odpowiedział. Dobrze wiedział, że ów raport skreśli jego dalszą karierę w oddziale i zostanie oddelegowany na jakieś zadu­pie, skończy lecząc bydło i pijąc bimber do usranej śmierci. Złapanie Hycla było dla niego być albo nie być.

    Dowódca patrzył jeszcze chwilę na podwładnego, po czym westchnął i zostawił go z jego rozterkami. Doskonale go rozumiał, drogi po których kursowały jego myśli nie były mu obce. On sam uważał złapanie aposta­ty za swój główny cel, nie może się rozejść, że zabójstwo państwowych Władających uszło bezkarnie, jeszcze ktoś gotów zacząć naśladować Hycla, a do tego nie można żadną miarą dopuścić. Pokręcił głową, stara­jąc się oczyścić umysł i podszedł do wioskowego maga, do którego ju­rysdykcji należał otaczający ich teren. Z racji bliskości fortu dobrze go znał i wierzył w jego osąd sytuacji.

 

 

    Nick siedział na hyclowym pieńku, w zadumie obracając w palcach małą, drewnianą figurkę przedstawiającą psa. Co chwila błądził wzro­kiem po leżących niedaleko trupach. Znał jednego z nich, w Małej Woli mieszkał i pełni funkcję maga rezydenta już od przeszło 20 lat. Pamiętał czasy kiedy Nahall był jeszcze świeżo upieczonym Władającym, często wpadał z wizytą do jego chatki na pogawędki. A teraz jego ciało znajdo­wało się kilkanaście stóp od niego, gdyby nie jego pierścień, z którym się nigdy nie rozstawał, ciężko byłoby go rozpoznać, z twarzy dużo nie zostało.

    - Nick, jak myślisz, gdzie oni się ukrywają? - Zagadał ktoś, podcho­dząc gdzieś z boku. Nick odwrócił głowę w stronę głosu.

    - Nie wiem, dowódco. Aczkolwiek jestem pewien, że nie stacjonują w pobliżu. Mogą mieć bazę nawet za granicą.

    - Skąd ta pewność? - Dopytywał zaciekawiony porucznik.

    - No cóż, przede wszystkim Hycel był tu sam, a jest ich za mało, żeby wysyłać ludzi samopas. Poza tym znam te tereny i wszystkie potencjalne kryjówki. Zresztą Dobromir, zanim go dopadli, zdawał ci sprawozdania, wiesz że żadnych odznak magii nie stwierdzono w ostatnim czasie. Albo Republika, albo się kryją wiele dni drogi stąd.

    Przywódca magów przyznał wioskowemu rację, tylko potwierdził jego przy­puszczenia. Na mocy traktatu z krajem na wschodzie, nie mogli bez­pośrednio przekroczyć Fuze. W grę wchodzą tylko krótkie wypady, jak ten podczas zabili apostatę, a i to przy zachowaniu największej dozy ostroż­ności, naginając prawo. Z kolei jak się ukrywają w głębi kraju to musiał­by prosić Akademie o pozwolenie na opuszczenie posterunku. Spojrzał na lorda drącego się na kapitana strażników, każącego mu na­tychmiast za­cząć obławę. To będzie długi dzień, pomyślał i poszedł uspokoić możnego.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Elminster · dnia 05.04.2019 11:37 · Czytań: 148 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
25/06/2019 14:40
Wiosna, coś mi się widzi, że będziemy się częściej spotykać… »
AntoniGrycuk
25/06/2019 13:11
Wiosna, i powiem Ci, że w takim razie idealnie udało mi się… »
wiosna
25/06/2019 12:29
Piękna proza poetycka:) Przeczytałam z zainteresowaniem,… »
wiosna
25/06/2019 12:09
Dużo się dowiedziałam:) Lubię legendy, więc przeczytałam z… »
Madawydar
25/06/2019 11:55
Przelotnie sparowana para w dobie parowozów uprawiając… »
Madawydar
25/06/2019 11:33
Urocze uniesienie na falach ciemności. Światło mogłoby być… »
Madawydar
25/06/2019 11:18
Dzięki Kaz. :) »
Madawydar
25/06/2019 11:11
Tak, to prawda. kocham morze i wszystko, co jest z nim… »
wiosna
25/06/2019 10:39
Podobno poezji nie trzeba rozumieć całkowicie, ale na pewno… »
wiosna
25/06/2019 10:25
al-szamanko wielką radość sprawiłaś mi swoimi słowami.… »
wiosna
25/06/2019 10:05
To ja dziękuję, że mogłam przeczytać ten tekst:)»
al-szamanka
25/06/2019 09:32
Hmm, Wiosno, po latach zastanawiam się, co mnie naszło, aby… »
al-szamanka
25/06/2019 09:25
Warto wchodzić na portal dla Twoich wierszy :) Poczynając od… »
Ania_Basnik
25/06/2019 08:49
wodniczko bardzo Ci dziękuję za te piękne słowa. Pozdrawiam… »
AntoniGrycuk
25/06/2019 08:24
Yanku, wiersz, jak prawie wszystkie, napisałem dla siebie.… »
ShoutBox
  • AntoniGrycuk
  • 24/06/2019 22:00
  • Dziś drugi, ale musiałem. Dla fanatyków rocka progresywnego: [link]
  • mike17
  • 24/06/2019 19:01
  • Dla wszystkich zakochanych : [link]
  • Kushi
  • 23/06/2019 21:36
  • To miłego wieczorku moi kochani, a ja od siebie zostawiam coś, co bardzo za mną "chodzi" ostatnio:):)... [link]
  • mike17
  • 20/06/2019 18:17
  • Elvis podobno żyje - niedawno widziano go w barze mlecznym w alejach Jerozolimskich, Ciekawe co zamawiał :) : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 20/06/2019 17:12
  • StalowyKruku, wyczuwam w Twoich słowach swego rodzaju szantaż emocjonalny. Jak możesz? ;)
  • StalowyKruk
  • 20/06/2019 16:55
  • Skoro w regulaminie w dalszym ciągu jest napisane "tydzień", czuję się upoważniony do narzekania.
  • Kushi
  • 19/06/2019 19:41
  • Również pozdrawiam serdecznie Berele :), a to ode mnie dla Was :):) [link]
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:Vathse70
Wspierają nas