Zasadna śmierć Robin Hill - Cofftee
Proza » Inne » Zasadna śmierć Robin Hill
A A A

Gdyby Robin wiedziała, że tamten spektakl będzie ostatnim w jej życiu, na pewno włożyłaby na tę okazję najlepszy sceniczny strój. Tamtego dnia dostała okres – spóźniony, nietypowo obfity dziadyga wyskoczył popołudniu jak Filip z konopi – przez co odłożyła białą suknię i włożyła zapasową, z opadającymi ku kostkom falbanami. Śmierć kompletnie wyleciała jej z głowy. Owszem, koledzy i koleżanki, aktorzy, piosenkarze i producenci, umierali od czasu do czasu wstrząsając publiką, ale to działo się daleko i nie dotyczyło Robin bezpośrednio. Wskakiwała wtedy w żałobne ubrania, przychodziła na pogrzeb, składała kondolencje, a potem jadła kolację i wracała do domu by spędzić spokojny wieczór w rodzinnym gronie. Tymczasem jej dni były dawno policzone, co do sekundy. Zegar, choć nie miała w swym wyjątkowo zajętym życiu czasu by to usłyszeć, tykał coraz szybciej.

Zanim jednak Robin zatriumfowała na estradzie, przyszła na świat w niewielkiej amerykańskiej miejscowości w stanie Wisconsin jako czwarte dziecko Joanny i Thomasa Hill. Po niej Joanna wydała na świat jeszcze dwójkę dzieci, przez co Robin stosunkowo łatwo straciła uwagę rodziców, co z kolei nauczyło ją samodzielności, a także zaowocowało głęboką więzią z rodzeństwem. Hillom żyło się ciężko; pieniędzy, tak jak pracy, brakowało.

Gdy Robin skończyła sześć lat posłano ją do publicznej szkoły. Tam, w wyniku omyłkowego zapisu którejś z nauczycielek, dziewczynkę zaangażowano do przygotowań w szkolnym musicalu. Nie buntowała się, nosiła więc paczki i szykowała dekoracje ze szczerej chęci pomocy. W dniu występu natomiast, odtwórczyni głównej roli nagle zachorowała – przeżuwana przez niestrawność została całkowicie uziemiona w domowej łazience. Los zdecydował, że w obliczu takiego zamieszania, Robin okazała się jedyną dziewczynką znającą pełną wersję głównej roli. Tamtego wieczoru wyszła na scenę pierwszy raz w życiu i zadziwiła zebranych rodziców niewiarygodną siłą i skalą swego głosu.

Szkolne przedstawienie odsłoniło przed Robin jej własną pasję i stopniowo kształtowało dopasowane do niej marzenia na przyszłość. Dorastająca dziewczynka śniła o scenie, urządzała domowe koncerty, a także układała wesołe piosenki, których prosty tekst znacznie odstawał od dojrzałości jej wspaniałego głosu. Miała poza śpiewem mnóstwo innych zainteresowań, lecz to wprawianie w ruch strun głosowych czyniło życie piękniejszym.

Co roku Robin czynnie występowała, szykowała, a także reżyserowała kolejne szkolne musicale. Gdziekolwiek by jej nie posłało, tam pędził za nią jej donośny głos. Rówieśnicy zazdrościli talentu, inni rodzice – zdolnej córki.

Dostrzegając w dziecku ogromny potencjał państwo Hill wypychali Robin na konkursy i castingi. Niestety, nie przynosiło to efektów, na jakie Robin najbardziej liczyła. Czasem dostała dyplom to tu, to tam, niekiedy wybrano ją do pierwszoplanowej roli w lokalnych musicalach, ale to wszystko. Zawsze albo znalazł się ktoś bardziej wyćwiczony, albo ktoś z lepszymi znajomościami. Nieco zniechęcona i zmęczona niepełnością jej scenicznych doświadczeń Robin, odpuściła udział w konkursach i w wieku nastoletnim zaczęła schodzić na ziemię. Planowała rozpocząć naukę na studiach.

Znalazła przytulny kierunek, który skłonna była ukończyć. W międzyczasie dużo pracowała nie tylko fizycznie, ale też umysłowo, by otrzymane stypendium wraz z posadą w miejscowym sklepie pokryło wszystkie studenckie koszta. Jeszcze nie była tego świadoma, ale każdy trudny dzień powoli przybliżał ją do tego mającego raz na zawsze odmienić jej życie.

Przytrafiło się jej absolutnie niemożliwe. Oglądała czasem tandetne hollywoodzkie filmy w których takie historie miały jedyne prawo bytu, lecz kompletnie ich nie kupowała – aż do tamtego dnia. Był piekielnie wczesny ranek. Robin, zmordowana po nocnej sesji kucia, zaspała na autobus. Musiała wsiąść właśnie do niego jeżeli planowała zdążyć do pracy, a tak się złożyło, że, chociaż drań-kierowca na pewno widział jej desperackie próby, drzwi zatrzasnęły się przed samym jej nosem. Oczyma wyobraźni Robin widziała już, jak za kolejne dwudziestominutowe spóźnienie właściciel wykopuje ją bez ceregieli na zbity pysk, taki to skandalista i stary pijak. Teoretycznie nie miała nawet po co czekać na następny pojazd. A jednak zaczekała.

Emocje sięgnęły w niej zenitu i musiała, po prostu musiała jakoś je uwolnić, odetkać zablokowane ze złości gardło.

– Nie lubię cię – zaśpiewała cicho pod nosem. Po jej głosie pomykał warkot. – Cię nie lubię.

Stojąc na przystanku zaczęła przytupywać do sobie tylko znanego taktu. Wokół kręciło się raptem kilku przechodni, dwoje starszych ludzi siedziało na ławeczce pod wiatą, jakiś pan z dużym pakunkiem przewieszonym przez ramię stał nieco dalej z rękami w kieszeniach, młoda matka z dzieckiem na rękach usiłowała znaleźć w torbie szminkę.

– Cię. Nie. Lubię – kontynuowała głośniej Robin. – Luuuuubię. Bo jesteś… Starym pierdzielem – wypaliła i zachichotała. Jej pogodna mina odeszła jednak równie szybko, co się pojawiła. Strapiona dziewczyna zmarszczyła brwi. – I co ja mam teraz zrobić? – mruknęła do siebie.

Westchnęła ciężko. Uspokoiła podrygujące ze złości nogi i zamknęła oczy.

– Idę stąd, idę gdzieś – zaśpiewała nieproporcjonalnym do ogarniającej ją fali wściekłości spokojnym tonem – nie wiem, gdzie. Dawno już, nie po drodze mi tu, o nie...

Improwizacja z każdym wersem nabierała rumieńców. Nim się obejrzała Robin śpiewała już głośno, odważnie, bez zahamowań. Kiedy wreszcie otworzyła oczy (w trakcie śpiewu tak oddała się pasji, że utrzymywała powieki zamknięte) oślepił ją jasny błysk.

Jak się potem okazało, nieznajomy mężczyzna stojący na przystanku był łowcą talentów. Wcale nie mieszkał w Wisconsin, ba!, nie mieszkał nawet w Ameryce tylko w Australii, i był tego dnia o tej porze na tamtym przystanku tylko i wyłącznie dlatego, że zmusiła go do tego skomplikowana sytuacja rodzinna. Zawierała ona mnóstwo zwrotów akcji i poród czyjegoś dziecka. Mężczyzna zrobił Robin zdjęcie gdy śpiewała bo dziełem kolejnego z licznych przypadków akurat wiózł ze sobą aparat fotograficzny (w związku ze skomplikowaną sytuacją rodzinną, ma się rozumieć), choć zwykle nie zabierał go na odwiedziny w szpitalu. Okazało się, że Robin nie tylko ma głos, ale także bardzo, bardzo sceniczny wygląd.

Po tym jej życie potoczyło się wartką rzeką. Było dosłownie jak wodospad dobrobytu, wykorzystanych szans i uznania. Jej aparycję i talent podchwyciła najpierw jedna, a potem druga wytwórnia. Płyty szybko zyskiwały powszechne uznanie, a promujące je utwory wskakiwały na szczyty światowych list przebojów. Ze sławą przybyły pieniądze, a z pieniędzmi niewyobrażalne luksusy. Rozchwytywano ją. Występowała na koncertach, w telewizji, na festiwalach, aż wreszcie, gdy po kilku latach zapragnęła czegoś nowego, na deskach teatru. Sprawdziła się także jako aktorka, choć zawsze odmawiała proponowanych jej ról w filmach. Wolała śpiewać. Wolała za każdym razem po występie słyszeć gromki szum braw wznoszony na jej cześć.

W międzyczasie Robin wyszła dwukrotnie za mąż, raz przeżywając żałosnych osiem miesięcy w toksycznym małżeństwie, a raz wybierając szczęśliwie. Zachowała panieńskie nazwisko, które pomogło zdobyć jej sławę. Para doczekała dwójki dzieci: złotowłosej (po mamie) córeczki, wybitnie utalentowanej w grze na pianinie, i synka, w którym ojciec zaszczepił uwielbienie do szybkich samochodów.

Życie płynęło jej wygodnie, elegancko i wesoło, wzbogacane najlepszą z możliwych dla Robin pracą i kochającą rodziną. A zegar wciąż tykał.

Miała czterdzieści osiem lat. Kiedy tamte pamiętne show dobiegło końca, to przed którym dostała niespodziewanie okresu, od razu poleciła zawieźć się do domu. Trochę bolała ją głowa, więc zawierzyła prowadzenie swemu wynajętemu kierowcy, choć najczęściej siadała za kółkiem sama (mąż zaraził ją bowiem miłością do samochodów). Krajobraz płynął wolno za szybą, Robin dumała spoglądając na niego spod opadających ze zmęczenia powiek. Powoli zaczęła odpływać kołysana do snu sennym szumem pędu z zewnątrz, aż wreszcie zasnęła.

Nigdy nie ocknęła się z tego snu. Następnego ranka rzesze tabloidów atakowały czytelników już z pierwszych stron informacją o nieszczęśliwym wypadku drogowym, w którym zginęła na miejscu ich idolka – Robin Hill.

 

Najpierw był huk. Głośny, ogłuszający. Nie zdążyła nabrać do płuc wystarczającej ilości powietrza, choć czuła, że rozpaczliwie go potrzebuje. Potem zalał ją ból – pojawił się znikąd, a siłą przewyższał to, co odczuła przez całe swoje życie. Był intensywny, monstrualny. Promieniał z prawej strony ciała, lecz opanował je prędko w całości. Coś zgniatało ją, miażdżyło, a wszystko to działo się w ułamkach sekund. Ogromna nieznana siła wydusiła z płuc resztkę tlenu, Robin wydała z głębi swego gardła ostatnie „uch!” i straciła przytomność. Ciemność natychmiast rozszarpała ją na kawałki i zagrzebała głęboko, głęboko w niedostępnym dla śmiertelników podziemiu.

Robin umarła.

Na ziemi czas płynął swoim właściwym tempem – mijały dni i tygodnie. Tymczasem gorzka nicość oplatająca szczelnie Robin zaczęła ustępować. Kobieta nie umiała tego wytłumaczyć. Po prostu nagle w jednej chwili jej nie było, została kompletnie zmieciona z powierzchni ziemi w bólu i prawdziwej katordze jaką przynosił, a zaraz potem… Jakby zaraz…

Otworzyła oczy. Wiedziała, że jej ciało znajduje się w pozycji pionowej, choć w miejscu do którego trafiła nie istniał ani czas, ani przestrzeń. Czuła się lekka, przeźroczysta. Była tam, ale jednocześnie jej tam nie było. Jakimś cudem pozostawała zdolna do myślenia i nabierała nieśmiało pewności, że w ogóle istnieje. Nie pamiętała kim jest, ani co się wydarzyło. Nie znała słowa „człowiek”, bliższe było jej określenie „istota”, bądź „byt”. Nie wpływała na nią nieistniejąca temperatura, nie wzruszały wzloty i upadki samopoczucia. Jeżeli jakakolwiek ze znanych ludziom emocji tliła się jeszcze w ramach jej wątpliwego jestestwa, była to neutralność.

Bezczynność rozwijała się, zakorzeniała. Robin tkwiła w bezkresnej bieli jaśniejącej tym mocniej, im mocniej dominowała w jej istnieniu bierność. Trwała tak zawieszona w pustej, sterylnej przestrzeni.

Aż nagle, w pewnym nieodgadnionym momencie, biała przestrzeń drgnęła tuż przed Robin, szarpnęła niczym ruszający ze stacji pociąg, po czym powoli zaczęła się przesuwać. Kobieta była jej podporządkowaną pasażerką, nie musiała wykonywać jakichkolwiek ruchów – to wyblakła otchłań parła do przodu za nią.

Wreszcie dostrzegła, że z bieli wykwita stopniowo czarny punkcik. Ot, nieco prostokątna skaza na idealnie czystej kartce papieru. Im wytrwalej jednakowoż przestrzeń brnęła w wędrówkę, tym większy widniał na niej transparentny punkt.

W którejś z rozciągniętych chwil przestrzeń jakby nie wytrzymała presji i gwałtownie przyspieszyła sprawiając, że Robin chcąc nie chcąc wpadła z rozpędu prosto w wyścielany ciemnością kształt. Po raz pierwszy od wieków znów usłyszała swój własny głos, a dokładniej krzyk.

Ponownie utraciła świadomość. Odebrano jej każdy zdeformowany zmysł i wrażenie. Kurtyna opadła.

 

Znów otaczało ją światło. Inne. Łagodniejsze. A nawet coś jakby… szare.

Tyle ustaliła Robin, nim wyrwana z mroku rozchyliła powieki.

Odruchowo spróbowała zaczerpnąć tchu, lecz wszystko dookoła pozostawało nieme, zupełnie jak w starym, czarno-białym filmie. Niby nabrała do płuc jakiejś przedziwnej, rzadkiej materii, a jednak ani nie wydała przy tym żadnego dźwięku, ani nie odczuła spodziewanej ulgi. Cokolwiek wcześniej zaszło, tlen najwyraźniej dla niej zobojętniał.

Rzeczywistość – a może ona sama? – wirowała leniwie. Stan w jakim zagnieździła ją tajemnicza, wszechobecna siła, przypominał pod pewnym względem stan bytowania płodu w łonie matki – pasywny, flegmatyczny i… bezpieczny.

Robin dryfowała. Dookoła otaczał ją tunel po brzegi wypełniony szarymi obłokami, przypominającymi zastygłą w próżni parę.

Wreszcie dostrzegła przed sobą niewyraźny błysk. Drgnęła, lecz z przyzwyczajenia – nie czuła, by cokolwiek jej zagrażało. Niewidzialne dłonie popchnęły ją łagodnie w tamtą stronę.

Tunel wieńczyło, w ziemskim rozumieniu, pomieszczenie. Bujne kłęby burych chmur zastępowały ściany, sufit i podłogę. Jeżeli jakkolwiek można było przyrównać do czegoś tworzący je kształt, byłaby to litera „T”.

Robin poczuła, jak te same nieistniejące dłonie co wcześniej obracają ją delikatnie w powietrzu i stawiają do pionu. Szary dym nie ugiął się pod kobiecym ciałem, gdy wdzięcznie postawiła na nim stopę, blade palce jedynie wsiąknęły w mgłę.

Podpłynęła do przodu. Jej oczom ukazał się przebiegający przez środek tego osobliwego miejsca blat stołu, całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek podpory. Lewitujący blat wraz ze swym metalicznym połyskiem stanowił najwyraźniejsze, i zarazem najsolidniejsze, zjawisko jakie dotychczas ujrzała.

Zaintrygowana przysunęła się do blatu i spojrzała najpierw w prawo, a potem w lewo. Tym sposobem odkryła, że blat bardziej przypominał przeraźliwie długą taśmę produkcyjną, niż stół – ani z jednej, ani drugiej strony jego końca zwyczajnie nie było bowiem widać. Istniał tam, ale przelotem, jakby obudowane parą ściany do których przypisano Robin były dlań zwykłym przystankiem w drodze do prawdziwego celu.

Nagle ogromnie zapragnęła otworzyć usta. Zrobiła to, lecz spomiędzy warg wyfrunął spłaszczony, rzadki dym. Poszybował w górę, pod sufit, i dołączył do tworzących go chmur.

– To zawsze trochę trwa – usłyszała. Nie był to ani męski, ani kobiecy głos, a ich jałowa mieszanka. Nie wiedziała skąd dochodzi, ale widocznie się zbliżał. – Bądź cierpliwa.

Spróbowała znowu. Bezskutecznie.

W skupieniu przymknęła powieki a gdy je uniosła, za oddzielającym ich szerokim, srebrnym blatem widniała niezwykła postać. Na pierwszy rzut oka narzucała swą posturą oczywiste podobieństwo do człowieczych kształtów – u góry wyraźnie rysowała się głowa wraz z opadającymi na ramiona idealnie prostym włosami, dalej tors i dwie ręce, całą sylwetkę wspierały dwie nogi. Długie, całkowicie bezbarwne, choć nieprześwitujące szaty opadały wdzięcznie w dół, aż do jej kostek. Niemniej, na tym kończył się ciąg ludzkich skojarzeń. Oblicza owej figury, podobnie jak głosu, pozbawiono wyraźnych cech przynależności do którejś z płci. Rysy twarzy i postury odpowiadały tak kobiecie, jak i mężczyźnie.

Postać uśmiechnęła się pogodnie. Ktokolwiek to był, wydawał się bardziej materialny niż ona sama i wszystko wokół razem wzięte.

Kiedy kobieta głęboko w sobie rozstrzygnęła nagle, że wolałaby, aby zjawił się przy niej mężczyzna, rysy postaci, niemal niewidocznie, uwydatniły cechy przynależące do tej konkretnej płci.

– Ludzie zawsze oczekują, że po śmierci ktoś będzie z nimi rozmawiał – przemówił jej towarzysz. Głos miał wyjątkowo łagodny i harmonijny, rozbrzmiewał w przestrzeni niczym słodkie dźwięki muzyki. – Może są tak samotni za życia… Musimy porozmawiać, Robin. Och, nie patrz tak na mnie. Oczywiście, że możesz. Nie zostało już tak wiele.

– Uuug… – spomiędzy lekko rozwartych warg Robin wymknął się pas siwego dymu. Choć w ziemskiej ocenie przypominało to wymiotowanie, w tej rzeczywistości nie miało z nim nic wspólnego i nie było przykrym doświadczeniem.

Gdy para opuściła usta Robin poczuła, że tym razem próba się powiedzie. Zaniechała jej jednak. Wpatrywała się usilnie w towarzysza. Śledziła jego wyścielaną opanowaniem twarz.

– Świetnie ci idzie – pochwalił posyłając w jej stronę kolejny dobrotliwy uśmiech. – Mamy tyle czasu, ile potrzebujesz. Właściwie on już się tu nie liczy. Nie dla ciebie.

– Nie… dla mnie?

Zamiast odpowiedzieć, towarzysz ponownie uniósł kąciki warg w górę.

– To dla kogo? – dopytała Robin.

– Dla nich – odparła postać, wskazując brodą przestrzeń pod swymi stopami.

Robin spojrzała w dół i automatycznie chwyciła się za miejsce, w którym jej serce zwykło pracowicie pompować krew. Na dole, tam gdzie teoretycznie powinna znajdować się podłoga, powstała duża wyrwa. Szare obłoki rozstąpiły się ukazując niezwykle żywy, nieznośnie kolorowy i prędki obraz. Pod stopami Robin migało tysiące barw i świateł, całość wirowała prędko, bezlitośnie, jakby usiłowała zrzucić ze swej powierzchni wszystko, co na niej utrzymywała. Dobiegał stamtąd przeraźliwy jazgot i poruszenie. Kobieta myślała, że dłużej nie zniesie tej pogoni, gdy wtem luka w podłodze sklepiła się i znikła.

Miała zawroty głowy i mnóstwo pytań, lecz to jedno stwierdzenie ostatecznie zdominowało jej jestestwo.

Stopniowo zaczęło do niej docierać.

– Ja nie żyję.

– Zgadza się.

– Ja naprawdę nie żyję – wypaliła Robin. Panika była jej obca, czuła się tak, jakby to uczucie nigdy nie mogło nawiedzić jej wnętrza, chociaż zdeformowany niepokój kołatał w jej głowie niczym uporczywy, zepsuty dzwon. – To jakaś pomyłka.

– Robin.

– Nie powinno mnie tu być – dodała cicho. Słowa te lekko napompowały jej astralne płuca.

– Robin, naprawdę powinniśmy porozmawiać.

– Kim właściwie jesteś? – zapytała. Z jakiegoś powodu pytanie to nie układało się w ustach naturalnie, zupełnie jakby było bezzasadne i właśnie wtedy gdy je zwerbalizowała uzmysłowiła sobie, że nie czuje już potrzeby uzyskania na nie odpowiedzi. Z tego samego powodu nie chciała także dopytywać ani o to gdzie są, ani o to, czym się stała.

Skrzyżowała ręce na piersi.

– Po co tutaj jestem?

Przerwała im pauza na ciszę.

– Cieszy mnie, że wreszcie zgadzasz się na rozmowę – odpowiedział w końcu towarzysz. Cały ten czas stał spokojnie po drugiej stronie blatu, spoglądając na Robin łaskawym okiem. – Możesz nazywać mnie Iaash.

– To nie jest twoje prawdziwe imię.

– Nie – potwierdził Iaash. – Gdybym ci je podał, z pewnością nie potrafiłabyś go wymówić. Jeszcze nie teraz. Pytałaś, po co tutaj jesteś.

Skinęła głową.

– Pytasz – Iaash splótł dłonie z tyłu i zaczął przechadzać się dostojnie to w jedną, to w drugą stronę – a przecież umarłaś. Umarłaś, a więc żyłaś. Ach, życie. Jest tak ulotne, że wielu z was natychmiast o nim zapomina – otworzył dłoń i wskazał na nieskończenie długi tunel wypełniony szarymi obłokami. Uśmiechnął się smętnie. – A jednak kolejka wciąż długa.

– Kolejka? Do czego?

Iaash milczał.

– Zresztą – zbyła go Robin. – Pytam po co tutaj jestem, bo coś poszło ewidentnie nie tak. Uważam, że zaszło olbrzymie nieporozumienie.

– Doprawdy?

Skomplikowane sygnały jakie raz za razem przebiegały we wnętrzu Robin pomykały w swe strony coraz szybciej. Były niczym iskry, z których gotowy był wzniecić się prawdziwy ogień. Dążyła do czegoś – do czegoś bardzo realnego, namacalnego. To coś schowano głęboko i zamaskowano przed nią, lecz miała szansę by odzyskać zgubę, jeśli włoży w koncentrację odpowiedni wysiłek.

Mina Iaasha, śledzącego pogrążone w skupieniu oblicze kobiety, traciła blask.

– Przecież to jasne, że… Mam... Czterdzieści osiem… Lat. I… Dwójkę… Mam dwójkę dzieci. I męża! I ja, och! Ja śpiewam! Mój koncert, tak! Moi fani, moje… Moje życie!

– Wciąż bardzo jej w tobie dużo, naprawdę wiele – powiedział Iaash, lecz Robin nie słuchała.

– To jakaś kpina! – zawołała. – I co, i tak… Tak po prostu? Tak po prostu teraz to zostawię? Dzieci? Naprawdę? Nie, nie, to jakiś durny żart.

– Zginęłaś w wypadku.

– W wypadku! – powtórzyła z oburzeniem. Emocje narastały, Iaash widział je w środku dokładniej niż kiedykolwiek, fruwające i skłębione. Powłoka Robin traciła intensywny odcień. – Pamiętam! Już wszystko sobie przypominam. Ale zaraz, cóż ja opowiadam? Przecież nic nie widziałam! Nikt nie dał mi nawet sekundy żeby się przygotować. To wy, tak? To wy jesteście za to odpowiedzialni? Wy sterujecie tym… Tym czymś, tym miejscem. Kto tutaj rządzi?

– Obawiam się, że nie będziesz mogła rozmawiać z nikim bardziej decyzyjnym, niż ze mną. Przynajmniej do czasu.

– Kpina – fuknęła Robin. – Nie przyjmuję tego do wiadomości. To za szybko, stanowczo za wcześnie. Wszystko robiłam tak jak trzeba, a ten przeklęty wypadek nie był nawet z mojej winy. Żądam odesłania mnie tam, skąd żeście mnie uprowadzili, a jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, przyprowadź tutaj kogoś, kto może. To moje ostatnie słowo.

– Robin, swoje ostatnie słowo wypowiedziałaś siedem lat temu.

– Siedem…

Iaash skinął smętnie głową.

Wątpliwy smutek, zamiast wesprzeć Robin, rozzłościł ją.

– Chcesz przez to powiedzieć, że moje dzieci są o siedem lat starsze?

– Już prawie osiem.

– Osiem! Moja córka pełnoletnia! – załkała.

– Rozstanie się z życiem dla nikogo nie jest łatwe.

– Mój syn! Nie mogę go zostawić!

– Robin, zobacz, co robisz.

Spojrzała w dół. Odkryła, że jej stopy kompletnie zniknęły, urwane przy kostkach jak po amputacji. Rozmyte kikuty wieńczył szary dym połączony cienkim strumieniem z podłogą. Chmury powoli wędrowały w górę ku reszcie iluzji kobiecego ciała, niczym skapująca ze stojaka kroplówka.

Krzyk uwiązł w przestrzeni, trwożny i rozpaczliwy.

– Tutaj nie ma życia Robin – towarzysz podchwycił spojrzenie kobiety i zatrzymał je przy sobie przekonującą perswazją. – Jeżeli nie przestaniesz, ulecisz stąd na zawsze. Na wszystko się zgodziłaś.

Swym wzrokiem Iaash naprowadził Robin na nieskończony blat. Nie był już pusty. Wypełniły go dwa równiutkie rzędy zapisanych pieczołowicie kartek, ciągnące się w niedostrzegalną dal wraz z pulpitem. Wygrawerowana na każdej kaligrafia wyłącznie porządkiem zapisu przypominała ziemskie pismo.

– Oto twoja umowa – powiedział. – Jest w niej dosłownie wszystko.

Zdezorientowanie wzięło górę, kobieta podeszła bliżej. Spróbowała odczytać poszczególne znaki. Bez powodzenia.

– Nic nie rozumiem – szepnęła. – Co to znaczy?

– Przed zesłaniem na ziemię, wszystko co stworzone, w co potencjalnie można tchnąć iskrę życia, istnieje. Czasem w takich istnieniach kiełkuje pragnienie, a z pragnieniem przychodzi bunt. Chcą opuścić to miejsce. Nie zdarzyło się jeszcze, by któremukolwiek z istnień odmówiono tego przywileju. Jedne zostają ludźmi, inne florą i fauną a jeszcze inne, leżącym na plaży ziarnkiem piasku. Każdy pragnie czegoś innego. Zanim jednak zostaną zesłane, muszą wybrać cel i zawrzeć umowę.

– I… – Robin zerknęła w dół na stopy. Dym przestał transportować swe wiązki w górę i zamarł. – O czym ona mówi?

– O wszystkim – powtórzył Iaash. Pochylił się nad blatem i porwał w dłonie jedną z rozłożonych na nim kartek. Zaczął czytać. Z jego ust wytoczył się ciąg starożytnych, melodyjnych dźwięków. Niemal śpiewał.

– Przystanek – wymamrotała przejęta kobieta. Była niczym człowiek uczący się nowego obcego języka; choć nie umiała odczytać skomplikowanej kaligrafii ani powtórzyć śpiewnej treści, rozumiała poszczególne wersy. – Nasze losy. Połączone? To nie przypadek?

– Nic na ziemi nie jest dziełem przypadku! – ożywiony niespodziewanie Iaash wyrzucił kartkę w próżnię. Zniknęła gdzieś, lecz zaraz po tym znów pojawiła się na blacie jak gdyby nigdy nic. – Wszystko co znasz, co się w twoim życiu wydarzyło, co przeżyłaś – wszystko to było z góry zaplanowane. Tam nie ma miejsca na przeznaczenie, ziemia jest wystarczająco skomplikowana i bez niego.

– Ten fragment który czytałeś – Robin kurczowo chwyciła brzegów blatu po swojej stronie barykady. – Więc ten fotograf był na przystanku tylko po to, żeby zrobić mi zdjęcie? Żebym potem mogła odnieść sukces?

Iaash roześmiał się. Nie był to ani pogodny, ani posępny śmiech.

– Ludzie bywają naprawdę zaskakujący. Lubią wierzyć, że stanowią centrum wszechświata i zostali do czegoś specjalnie powołani. Poniekąd tak jest, ale Robin, twój los splótł się z losem tamtego mężczyzny bo oboje wyraziliście na to zgodę w swoich umowach. To spotkanie wpłynęło zarówno na jego, jak i twoje losy. Nic nie dzieje się tylko dla ciebie. Jesteście połączeni, każdy z każdym, wszyscy, i choć to tak oczywiste, spędzacie długie lata nawet tego nie dostrzegając.

– Co on w takim razie by z tego miał?

– Tego nie mogę ujawnić – odparł Iaash. Na usta wstąpił mu drobny zarys profesjonalnego uśmiechu.

– Czemu?

– Bo nigdy się na to nie zgodził.

Robin otworzyła usta, uwalniając z nich smętną nić siwej pary. Jak zaklęta wbijała wzrok w towarzysza. Składała informacje, przepuszczała przez inaczej odczuwające rzeczywistość zmysły.

– Co jeszcze tam jest? – wskazała brodą na niekończący się ciąg kartek. – Oprócz wszystkich wydarzeń?

– Cała reszta. Dokładne ustalenia co do twojego wyglądu, tego jak będzie się on rozwijał. To gdzie i kiedy się urodzisz, w jakiej rodzinie, a także to, jak umrzesz.

– Twierdzisz, że dobrowolnie wybrałam sobie taką śmierć? Zgniecenie przez pieprzoną ciężarówkę na miazgę? To na pewno nie ja, ktoś musiał zdecydować za mnie!

– Ależ nie, Robin. Spójrz – Iaash wyciągnął otwartą rękę w bok, by po chwili zmaterializowała się w niej zapisana kartka. Wskazał palcem na zapis u dołu. – Widzisz? To twój podpis.

Rzeczywiście. W prawym dolnym rogu widniały zamaszyste litery układające się w znane kobiecie inicjały: R.Hill.

Robin poderwała dłonie do ust.

– Niemożliwe.

– A jednak…

– Kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na coś takiego?

Iaash poruszył palcami, na co kartka obróciła się w popiół. Nim mikroskopijne paproszki sięgnęły blatu, wyparowały bez śladu.

– Równowaga, Robin. Poświęcasz jedno na rzecz drugiego. Umowa musi być bezapelacyjnie sprawiedliwa.

– Więc sprawiedliwością nazywasz zgniecenie na placek przez rozpędzony samochód?!

– By mieć takie życie, jakie miałaś, musiałaś coś w nie zainwestować. Wybrałaś właśnie to – nieoczekiwaną, tragiczną śmierć.

– A czy ktoś nie mógł mi wtedy uświadomić, że to wysoce idiotyczne? – ostrze spojrzenie Robin celowało w oczy Iaasha niczym brzeszczot rycerskiego miecza. – Dlaczego mi na to pozwoliliście?

– Nadal nie rozumiesz – podjął cierpliwie towarzysz – że sama skomponowałaś całe swoje życie. Tylko ty, wyłącznie ty masz takie prawo i moc. Nikt w tę kreację nie ingerował. Cegiełka po cegiełce, tworzyłaś swe dzieło. Wybory są rozmaite, czasem niezrozumiałe, ale samodzielne.

– Niemożliwe – płaczliwy głos kobiety tracił rezon. Opadała. – To co mówisz, że poświęciłam? Sukces zawodowy? Talent?

– Dobre rzeczy, za złe i odwrotnie. Jedne z drugimi muszą się przeplatać, byś mogła dostąpić szansy uczłowieczenia. To jedyny wymóg.

– Czyli ludzie bez nóg, niewidomi, chorzy… Oni także…?

– Tak. Jedno, za drugie – na twarz Iaasha powrócił łagodny uśmiech. – Pamiętasz Jaspera Godwina?

Robin uniosła wzrok i potwierdziła słabym gestem.

– Urodził się bez obu rąk.

– Właśnie. A czyż nie odnalazł dzięki temu w życiu czegoś wyjątkowo pięknego? Kto wie, kim byłby Jasper, gdyby pozostał taki sam, jak wszyscy?

Robin pamiętała urywki materiałów na jakie wpadała od czasu do czasu w gazetach i internecie. Jasper swą siłą, pozytywną energią oraz olbrzymim apetytem na życie porywał i pocieszał miliony. Nie chciała jednak tego wiedzieć akurat wtedy.

Odpłynęła od blatu. Nie chciała tam dłużej trwać.

– Niewiarygodne. Natychmiast odeślij mnie do domu. Każdy kontrakt da się zerwać, a ja właśnie zrywam swój.

– To niemożliwe – Iaash odwrócił się do niej plecami i splótł z tyłu ręce. – Ale wiesz, Robin... W twojej umowie zawarto dodatkowy, nadprogramowy punkt.

– Och, naprawdę? Dodatkowe, pośmiertne tortury?

– Twoja córka…

Kobieta zamarła w bezruchu. Czym prędzej wróciła do miejsca jak najbliżej blatu.

– Jane? – słowa same namiętnie wypadały jej z ust. – Jane, co z nią? Co z moją małą dziewczynką? Jest zdrowa?

– Jane zechciała podzielić się z tobą czymś ważnym. Chce opowiedzieć ci o śmierci.

Robin wrzasnęła. Swą wyraźnością i realnością krzyk ten przewyższał nawet trudną do podważenia materialność Iaasha. Kobieta odskoczyła od niego raptownie.

– Nie zniosę tego! – wołała. Wysoki dźwięk rozmywał się w próżni niczym jęki zawodzącej zjawy. – Przestań!

Nagle Iaash zmaterializował się tuż obok Robin, chwycił ją za ramiona i patrzył, patrzył jej intensywnie prosto w oczy. Miotała się jednak, nie dawała ustabilizować, wznosząc lamenty jeszcze dłuższe i potężniejsze niż dotychczas. Nie miała serca lecz każdą częścią swego jestestwa czuła, jak bije w niej głucho, galopując naprzód niczym rozpędzone stado dzikich koni, nie wiedząc dokąd i po co.

Iaash pozostawał głuchy na jęki. Skoncentrowany na puchnącej od dymu twarzy Robin mówił dalej, usiłując przedrzeć się przez barierę głośnych lamentów.

– W swojej umowie Jane zgodziła się na śmierć przez morderstwo. Gdy dorośnie, w wieku trzydziestu dziewięciu lat, pod osłoną nocy do jej domu włamie się człowiek, którego uznawała za fana i przyjaciela. Zastanie ją w łóżku śpiącą, bezbronną, i nożem skradzionym z jej własnej kuchni poderżnie jej gardło, a Jane wykrwawi się nie doczekawszy kolejnego oddechu. Podpisała ten scenariusz dlatego, że tak bardzo pragnęła zostać twoją córką.

Ostatnie słowa Iaasha dotarły do Robin jakby z oceanicznej otchłani. Popatrzyła na niego tępo. Miała wrażenie, że jej obraz rozmywają nagromadzone w oczach łzy. Gdzieś we wnętrzu uwięzło jej pytanie.

– Tak – odpowiedział na nie Iaash. Puścił ramiona kobiety, odstąpił krok w tył. Uśmiechnął się. – Kiedy cię poznała, zobaczyła, że ma taką możliwość, nie była w stanie odpuścić. Pamiętam jakby to było wczoraj.

Z blado-różowego policzka Robin spłynęła błękitna kropla, po czym zmieniła się w gęstą parę i uleciała w górę. Towarzysz wyciągnął ku niej zachęcająco otwartą dłoń.

– To co, Robin? Zgodzisz się zaśpiewać?

Chwyciła rękę. Zaraz po tym oślepiło ją ostre światło reflektorów. Stała na scenie, ubrana w przepiękną, białą suknię.

Unosząc wysoko ręce uśmiechnęła się promiennie wyćwiczonym, scenicznym uśmiechem. Tłum oszalał, wiwatował i gwizdał z podniecenia. Błyszcząca kreacja Robin błyszczała efektownie przy każdym jej ruchu. Otworzyła usta i pozwoliła, by z głębi jej gardła popłynęła fala czystych, mocnych dźwięków.

Śpiewała dla nieskończonej, bezimiennej widowni.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Cofftee · dnia 17.04.2019 10:17 · Czytań: 205 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 2
Komentarze
al-szamanka dnia 21.04.2019 07:50 Ocena: Świetne!
Zabierałam się już do tego tekstu kilkakrotnie i zawsze mi coś przeszkodziło, aby wyjść poza kilkanaście pierwszych zdań, dlatego przeskakiwałam szybciutko na zakończenie...
I nie rozumiałam.
Chyba przez to siedziało mi tak głęboko pod skórą, że nareszcie musiałam wczytać się w każde słowo.
Fascynujące.
Nie spodziewałam się, że tekst jest o życiu po życiu, a może nawet o czasie pomiędzy wieloma życiami.
Oczywiście tematykę znam, sama przeszłam przez pewne elementy tego niezwykłego czegoś i pamiętam do dzisiaj.
Mnie zaciekawiły Twoje wyobrażenia i to, w jaki sposób jej przekazałaś.
Wartko, interesująco, wciągająco.
No i tak jakoś wielkanocnie na czasie.

Pozdrawiam :)
Cofftee dnia 21.04.2019 19:34
Dziękuję za wizytę i opinię, niezmiernie mi miło :-)
Wesołych świąt!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Skuul
22/07/2019 20:10
Dobre, ;), czekam na więcej o/ »
Dobra Cobra
22/07/2019 18:28
Wspomnienia już spisujesz... ;) Zdzislaw, Sama… »
AntoniGrycuk
22/07/2019 17:36
Jolu, Nie jestem z niego w pełni zadowolony, bo generalnie… »
Wiktor Mazurkiewicz
22/07/2019 15:17
22227 Bardzo dziękuję, również za sugestię, ale wolę… »
JOLA S.
22/07/2019 13:55
Antoni, widzę, że dzięki łatwości tworzenia mógłbyś… »
Marek Adam Grabowski
22/07/2019 13:31
Całkiem ciekawe. Sorry, że taki krótki komentarz, ale mam… »
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:21
Najnowszy:ihuhinek
Wspierają nas