Cały ty - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Cały ty
A A A
Od autora: Właśnie ukończyłem ten tekst. Sam nie jestem do niego przekonany, bo tego typu tekstów było tysiące, ale może Wy lepiej go odbierzecie. Szczególnie zależy mi na opinii na temat końcówki, czy nie jest zbyt szybka. I czy całość jest w jakikolwiek sposób nowatorska.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Poznałam cię na przyjęciu z okazji wydania mojej pierwszej książki. Stałam niemal nieruchomo, ludzie podchodzili, gratulowali. Czułam się jak manekin. Przed oczyma miałam mgłę, w zasadzie nie widziałam twarzy, tylko puste postacie przelewały się jak bohaterowie kreskówek. Pamiętam, że dwa dni szykowałam się do tego wydarzenia. Najpierw kosmetyczka, solarium, potem fryzjer, kupno nowych ciuchów, aż wreszcie wizyta u terapeuty. Mówił, żebym się nie przejmowała, bo moja książka to nie ja, to tylko wytwór wyobraźni i intelektu. Ale jak tu się nie przejmować, skoro prawie rok nad nią pracowałam? Poza tym zawarłam tam samą siebie.

I nagle przede mną stanąłeś, wyciągnąłeś dłoń i niepewnym głosem gratulowałeś sukcesu. To jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z tego wieczoru – ta niepewność ponad miarę. A przecież głównym bohaterem mojej książki jest zagubiony, nieśmiały i nieco chaotyczny mężczyzna. Pamiętam, że odruchowo spojrzałam ci w twarz i widziałam faceta, którym należy się zaopiekować. Już chciałam dać ci egzemplarz książki z autografem i numerem telefonu, gdy wyciągnąłeś wizytówkę i cichutko stwierdziłeś:

– Jakby pani wydała coś jeszcze, to proszę dać mi znać. Albo po prostu proszę zadzwonić.

Zatkało mnie. Na przekór wszystkim tak zwanym standardom osiadłeś w mojej wyobraźni na dobre. Standardom, bo chyba nie tak powinien wyglądać mężczyzna sukcesu pasujący do kobiety, która taki sukces właśnie odnosi.

Potem godzinami siedziałam w domu, zastanawiając się, czy to już pora, aby zadzwonić. Wielokrotnie wybierałam twój numer, by od razu zrezygnować. Już pierwszego dnia znałam go na pamięć. Aż wreszcie drugiego dnia, gdy wróciłam od koleżanki podpita, zadzwoniłam. W zasadzie nie wiem, co mówiłam, pewnie same dyrdymały, ale czy to ma jakieś znaczenie? Najważniejsze, że umówiliśmy się w najbliższy weekend do kawiarni. Teraz mi się wydaje, że ja to zaproponowałam, chociaż pewna nie jestem.

I spotkaliśmy się. Pamiętam, że szłam na to spotkanie na miękkich nogach, w głowie układałam, jak poprowadzę rozmowę, ale także wyobrażałam sobie naszą przyszłość. Całe życie śmiałam się z podobnych zachowań, a wtedy sama to robiłam – fantazjowałam o wielkiej miłości. Wszystkie te durne harlequiny, które przeczytałam tylko po to, aby wiedzieć, jak mam nie pisać, przejęły władzę nad moją własną wolą. I prawdę powiedziawszy, podobało mi się to, i to bardzo. Gdy zbliżałam się do knajpy, o mało nie wpadłam pod samochód – tak bardzo odpłynęłam. Na koniec jeszcze przejrzałam się w oknie wystawy sklepu z sukniami ślubnymi, porównując się do stojącego tam manekina i weszłam. Co było dalej, nie wiem. Pamiętam jedynie poszczególne słowa, reszta to jeden wielki szum w głowie.

Natomiast doskonale pamiętam ten pierwszy wspólny raz, gdy tydzień później dałeś się zaprosić na kawę po tym, jak odwiozłeś mnie do domu. Nie przypuszczałam, że trzydziestoletni facet może tak długo ciągnąć grę wstępną. Chyba z godzinę. W pewnym momencie już bałam się, że dojdziesz, nie doprowadziwszy do pełnego zbliżenia. Bo ja była bliska, pierwszy raz w życiu w trakcie samych pieszczot. A potem wszedłeś we mnie. Niezbyt głęboko, bo nie imponowałeś rozmiarem, ale i tak cała płonęłam. Dużo później zrozumiałam, że nie liczy się rozmiar, ale ogień temperamentu. A kiedy skończyłeś, to i skończona byłam ja. Skończona na wszystko poza odpoczynkiem. I leżeliśmy chyba ze dwie godziny bez słowa, przytuleni do siebie i nawet twój ostry zapach potu nie przeszkadzał. Pierwszy raz w życiu czułam całą sobą, że ten zapach to dowód na to, że się nie oszczędzałeś, że harowałeś, aby mi było dobrze. Sama nie wiem, w którym momencie usnęliśmy. Pamiętam tylko, że ostatnią myślą było, że Bóg jednak istnieje.

 

Niespełna pół roku później przestałeś się u mnie pojawiać. Pierwszego dnia nie panikowałam, ale ogarnęła mnie gonitwa myśli. Drugiego, gdy nadal nie odbierałeś, pojechałam, lecz odbiłam się od drzwi. Trzeciego obdzwoniłam wszystkich twoich znajomych, do których miałam numery, to również nie przyniosło rezultatu. Czwartego odwiedziłam twoich rodziców i dowiedziałam się, że matka ci zmarła bardzo nagle. Wróciłam pod twoje drzwi i dobijałam się, dopóki nie otworzyłeś. Wyglądałeś strasznie – zarzygany sweter i spodnie, w jednej skarpecie i z papierosem w kąciku ust, a przecież tak rzadko widziałam cię palącego. Nie chciałeś mnie wpuścić, ale okazałam się silniejsza. Zresztą po czterech dniach chlania, bez jedzenia i wypaliwszy kilka paczek, byłeś słabszy od każdego. A przynajmniej mniej zdecydowany w działaniach. Zaprowadziłam cię do łazienki, wykąpałam, a potem zataszczyłam do łóżka, bo tak cię rozebrała ta ciepła woda. I chyba ze dwie godziny siedziałam obok, głaszcząc cię po włosach, a ty pochrapywałeś. Tylko od czasu do czasu zrywałeś się i wymiotowałeś do miski, którą trzymałam przy łóżku. Sama tej nocy spałam niewiele. Dopiero nad ranem zasnęłam na podłodze na kocu.

 

Na naszej podróży poślubnej byliśmy na Krecie. Do dziś mnie śmieszy, że można tak wypoczywać na tym małym ssaku. Żartowałam też, że dobrze, iż nie polecieliśmy na Majorkę, bo byłabym zazdrosna o tę wojskową. Drugiego dnia siedzieliśmy przy kolacji, już szykowałam się psychicznie do wieczornych figli, gdy jadalnię wypełnił twój głos o tonie, którego nie znałam:

– Miałaś mi przypomnieć, żeby zadzwonić do ojca! – krzyknąłeś, aż przeszedł mnie dreszcz.

Wstałeś gwałtownie od stołu, z dłońmi zaciśniętymi na sztućcach i spojrzałeś na mnie w taki sposób, że zobaczyłem kogoś innego.

– Przepraszam, zapomniałam, nie wiem, co powiedzieć – zareagowałam odruchowo, rozglądając się po innych osobach siedzących z nami.

Rzuciłeś sztućce z hukiem na talerz, odepchnąłeś stojące za plecami krzesło, które przesunęło się po posadzce ze zgrzytem, i odszedłeś w stronę plaży. W pierwszym momencie chciałam za tobą iść, ale nasza sąsiadka złapała mnie za rękę. Dokończyłam więc kolację, a każdy kęs smakował, jakbym przełykała wywar z piołunu. Potem poszłam do pokoju i zapłakałam. Swoim zaniedbaniem zniszczyłam wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć.

Postanowiłam więc od tego momentu starać się jeszcze bardziej. Bo tak być przecież nie może, że coś jest przeze mnie. Nie dość, że komuś przykro, że nie zadzwoniłeś, to jeszcze ty tracisz panowanie, a wiadomo, że po śmierci matki masz ciężej niż ja, niż ktokolwiek. I tak po powrocie zaczęłam ci wieczorem szykować śniadanie na następny dzień, bo zwykle wstawałeś wcześniej. Przez pewien czas było w porządku, aż któregoś dnia, wychodząc do pracy, rzekłeś:

– Mogłabyś zrobić mi czasami coś ciepłego na śniadanie.

Wstałam natychmiast, aby to naprawić, ale ty właśnie wychodziłeś. Trzaśnięcie drzwiami przeszyło mnie na wskroś, było jak wielki policzek. Dlaczego, do jasnej cholery, sama o tym nie pomyślałam? Przedpokój zaczął rozmazywać się w jedną wielką mgłę. Przywarłam plecami do ściany, w głowie zawirowało i osunęłam się bezsilnie na podłogę. Przybrałam pozycję embrionalną i płacz mnie pochłonął. Widziałam tylko w myślach pogrzeb mojego ojca.

 

Jakiś czas później, gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, zaczęłam z samego rana wymiotować. W tym samy czasie gotowałam ci mleczną zupę. I niestety wykipiała.

– Jak sobie nie radzisz, to poproś mnie o pomoc, zamiast udawać, jaka jesteś niezastąpiona – stwierdziłeś, zaglądając do łazienki.

– Już wychodzę, poczekaj, zrobię ci nową.

– Nie, będzie za późno, zjem coś na zimno.

– Ale naprawdę…

– Lepiej doprowadź się do porządku, bo nie chcę, abyś zarzygana robiła mi coś do jedzenia.

Zatkało mnie. Faktycznie chciałam tylko przemyć twarz, przepłukać usta i jak gdyby nigdy nic zająć się twoim śniadaniem. Jaka ze mnie bezmyślna baba! I jaka roztargniona!

 

Byłeś w pracy, gdy wezwałam taksówkę i pojechałam na porodówkę. Mówiłeś, że chcesz być wtedy blisko, nie przy samym porodzie, ale blisko. Nie zadzwoniłam jednak, bo wiedziałam, jak praca jest dla ciebie ważna. W życiu nic mnie tak nie bolało. Aż miałam trudności ze złapaniem ostrości wzroku. W drodze tak jęczałam, że taksówkarz miał poważne wątpliwości, czy nie urodzę u niego w aucie. Co chwilę się oglądał, nerwowo zerkał mi w twarz, a następnie na siedzenie. Boże, jak ja się modliłam, aby przypadkiem mi wody nie odeszły. Znów byłabym wszystkiemu winna. Pamiętam, jak miałam kilka latek, wracaliśmy z tatą samochodem, byłam bardzo chora i zsikałam się na fotel. Już wtedy mało nie zapadłam się ze wstydu, a co dopiero teraz, gdy jestem dorosłą kobietą? Gdy dojechaliśmy, rzuciłam taksówkarzowi pięć dych i nie czekając na resztę, ruszyłam, ni to biegiem, ni to zataczając się, na izbę przyjęć. Pod drzwiami straciłam przytomność. Następne, co pamiętam, to jak leżałam na łóżku z maską tlenową na twarzy, a obok mnie próbowała wstać, jak się szybko domyśliłam, kobieta po porodzie. Odruchowo dotknęłam swojego brzucha. Poczułam, że jest mniejszy. Boże, czy poroniłam? Czy mała żyje? Ale pod palcami ujawnił się opatrunek na podbrzuszu. Czyli cesarka. Tylko ciekawe, czy po to, aby ratować mnie, czy małą? Leżałam na plecach, w lewej ręce tkwił wenflon, do prawej miałam przyczepiony jakiś czujnik, a obok stało urządzenie monitorujące stan zdrowia. Próbowałam wstać, ale kobieta z łóżka obok nacisnęła przycisk i przyszła pielęgniarka, która szybko mi wybiła z głowy takie pomysły. Potem chciałam zdjąć maskę i spytać, co z dzieckiem, ale piguła przytrzymała maskę i z miną kompletnie obojętną stwierdziła:

– Mała jest na intensywnej terapii. Niepotrzebnie sama tu jechałaś, trzeba było wezwać pogotowie.

Odebrało mi wszystkie siły. Swoją głupotą naraziłam dziecko! To, że mnie mogło coś się stać, było o tyle ważne, że dziecko musi mieć matkę, poza tym mój los był mi obojętny. Kolejna sprawa, że ty byś mi tego nie wybaczył. Odrzuciłam jej rękę i ściągnęłam maskę.

– Ale przeżyje? – spytałam, ledwo otwierając usta.

– Trzeba było się o to martwić wcześniej. Teraz wszystko w rękach lekarzy. – Odrzuciła kołdrę i zerknęła, czy krwawię. Spojrzała tylko i z wyraźnym grymasem pozwoliła, abym pozostała bez maski.

– Niech pani coś więcej powie – wybełkotałam przez łzy.

– Kobieto, śpij i nie zawracaj mi głowy! – Rzuciła kołdrę na mnie z taką siłą, że poczułam ból, jakby przeszedł mnie prąd elektryczny. Należało mi się!

Pielęgniarka wyciągnęła nie wiadomo skąd skórzane pasy i przypięła mi ręce do łóżka. Nie miałam siły protestować. Gdy wyszła, młoda dziewczyna z łóżka obok, która nacisnęła przycisk, cicho powiedziała:

– Nie martw się, lekarz mówił, że będzie dobrze. A ona to dobra kobieta, tylko jest wściekła, że nikt ci nie pomógł. Sama miała męża, którego gówno interesowało dziecko.

– A mała płakała chociaż? – spytałam.

– Nie wiem, bo przywieźli cię tu samą.

– Czyli pani jej nie widziała?

– Nie.

– A kiedy będzie jakiś lekarz, żebym mogła zapytać?

– Obchody są dwa razy dziennie, rano o ósmej i wieczorem o siódmej.

– A która teraz?

– Piąta po południu.

– Czyli nieprzytomna byłam ponad cztery godziny… – Wyobraziłam sobie, jak bardzo musisz się martwić, bo zwykle dzwoniłam w ciągu dnia.

– Zaraz po cesarce wybudzili cię z narkozy, ale szybko zasnęłaś.

– Jezu, nic nie pamiętam… – Próbowałam złapać się za głowę, ale pasy zrobiły swoje.

– Śpij, moja droga, musisz odpoczywać – powiedziała takim głosem, że nie miałam siły się oprzeć.

Obudziłam się następnego dnia rano. Ręce nadal miałam w pasach. Czułam takie ciśnienie moczu, że mnie skręcało. Aż dziw, że wytrzymałam całą noc.

– Muszę do łazienki – powiedziałam ni to do siebie, ni to do sąsiadki.

– Nie możesz wstawać. Masz pieluchę, więc śmiało… - wyraźnie urwała.

Jak to? Ja, kobieta sukcesu, ledwo po trzydziestce mam sikać pod siebie? Nie, tak być nie może!

– Do toalety muszę! – Krzyknęłam i poczułam ostre kłucie z miejsca, gdzie mnie zszyli.

Do sali weszła ta sama pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem i stwierdziła:

– Co najwyżej dostaniesz basen, ale nigdzie się nie ruszysz.

I za chwilę słyszałam metaliczny odgłos moczu uderzającego w metalowe naczynie. Ile bym dała, aby nikt tego nie słyszał!

Dwie godziny później dostałam swój telefon i zobaczyłam kilkanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od ciebie. Już chciałam zadzwonić, ale przeraziłam się w myślach, jaka będzie twoja reakcja. Drżącą ręką i z przyspieszonym oddechem zadzwoniłam.

– Gdzie ty się, kurwa, podziewasz?! – usłyszałam w słuchawce.

– Jestem w szpitalu, miałam cesarkę. – Pomyślałam, że będziesz wściekły, że sama nie urodziłam.

– W którym, do cholery?! – Nie spuszczałeś z tonu.

– Na Karowej.

– Kiedy cię oporządzili?

Zatkało mnie. Chyba lepszego słowa nie mogłeś użyć. Do czego ja się w ogóle nadaję, że sama nie byłam w stanie urodzić?

– Wczoraj przed południem… – chciałam mówić dalej, ale przerwałeś:

– I, do kurwy nędzy, dopiero teraz dzwonisz?

Boże, co ja zrobiłam…

– Przepraszam. – Rozpłakałam się, starając się, abyś tego nie słyszał.

– Zwalniam się z pracy i zaraz przyjeżdżam.

Poczułam ulgę. Chwilę później rozłączyliśmy się i znów zasnęłam. Zasypiając, chciałam zapytać, co z dzieckiem, ale już nie miałam sił.

Byłeś u mnie trzy godziny później. Wyczułam alkohol. To nic, najważniejsze, aby mała była zdrowa i abyś mi wybaczył. Dyżurowała inna pielęgniarka i nawet z uśmiechem powiedziała nam, że z dzieckiem dobrze i żeby się nie martwić. Posiedziałeś bardzo krótko, może z pół godziny. W sumie nie dziwię się, bo stękające, obolałe kobiety i płacz dzieci to nic miłego. Poprosiłam tylko, abyś mi przywiózł ze dwie czy trzy książki. I wyszedłeś.

 

Nie pojawiłeś się więcej u mnie w szpitalu. Trochę było mi smutno, ale sama nie wiem, czy chciałabym, abyś znosił takie warunki. Wyszłam prawie dwa tygodnie później. Z małą było już wszystko w porządku. A trzymali ją na intensywnej terapii bardziej na wszelki wypadek i dlatego, że mogła być niedotleniona po tym, jak zemdlałam. Przywiózł mnie do domu mój agent, przy okazji próbując zorganizować kolejne spotkanie autorskie. Odmówiłam, wiedząc, że teraz najważniejsze jest dziecko i ty. Wszedł na górę, pomógł się zadomowić w nowych realiach i pijąc kawę, spytał, co z tobą. Wymyśliłam jakąś bajeczkę o delegacji.

Pojawiłeś się dwa dni później. Ledwo stałeś na nogach, a z daleka czuć było alkoholem. Spojrzałeś na śpiącą małą i miałam wrażenie, że ironicznie się zaśmiałeś. Choć dla mnie to był śmiech ze szczęścia. Usiadłeś na fotelu, włączyłeś telewizor i zapaliłeś papierosa.

– Kochanie, mógłbyś nie palić przy dziecku.

– I co jeszcze?! – podniosłeś głos. – Przez bachora mam zmienić wszystkie nawyki? Niedoczekanie!

Wzięłam ją na ręce i wyszłam do drugiego pokoju. Nakarmiłam piersią, ułożyłam do snu i wróciłam do ciebie. Siedziałeś, popijając wódkę z butelki.

– Szykuj się, bo mam ochotę zadupcyć – wybełkotałeś z uśmiechem, który widziałam u ciebie pierwszy raz. Sama nie wiedziałam, czego jest wyrazem.

– Kochanie, nie mogę, bo jeszcze się nie zagoiłam.

– A tam nie możesz! Nie chcesz, kurwa, i tyle!

– Chciałabym, ale nie dam rady… Może jakoś w inny sposób cię zadowolę? – zaproponowałam.

Wstałeś i kołysząc się, wyciągnąłeś członka. Był na wpół gotowy.

– To bierz się do roboty – odparłeś ze śmiechem.

Wzięłam go do ust. Był słony i śmierdział moczem. Owszem, już wielokrotnie robiłam ci dobrze ustami, lecz zawsze byłeś świeżo po kąpieli. Mimo to się nie wycofałam. Musiałam to zrobić, abyś ode mnie nie odszedł. Następnego dnia oświadczyłeś, że zmieniasz pracę i wyszedłeś. Ponownie nie było cię kilka dni. Gdy wróciłeś, wydawało mi się, że oprócz alkoholu wyczułam jakieś perfumy. Ale to nic, najważniejsze, abyś został ze mną. I znów ci dogodziłam ustami, mimo iż byłeś bez kąpieli.

Przez najbliższy miesiąc widywałam cię co kilka dni. Przychodziłeś, zrzucałeś brudne ciuchy i gdy poziom alkoholu w twojej krwi spadał do zera, znów znikałeś. Powoli czułam się coraz lepiej, Małgosia rosła jak na drożdżach. Któregoś dnia wyszłam z małą na spacer i spotkałam kolegę z ogólniaka. Zainteresował się Małgosią, wziął ją na ręce, a i pomógł zrobić zakupy. Zaprosiłam go na kawę. Gęba mi się nie zamykała, w końcu miesiąc siedziałam prawie tylko z dzieckiem. Opowiedział, że żona od niego odeszła, zaraz po tym, jak poroniła. Nie powiedział tego wprost, ale czułam, że wini się za to. Wręcz emanowało od niego poczucie winy. Że też ludzie nie widzą u siebie takich rzeczy. Przecież to zupełnie nie jego wina. Opowiedziałam mu o tym, jak mocno wpłynęło na ciebie dziecko, że ledwo dajesz radę.

W pewnym momencie wszedłeś ty. Znów byłeś kompletnie pijany. Jak tylko zobaczyłeś Adama, podbiegłeś do szafy, wyciągnąłeś siekierę i krzyczałeś:

– Wypierdalaj stąd, gnoju, bo cię, kurwa, zabiję!

Adam wstał, już chciał grzecznie wychodzić, gdy uniosłeś siekierę i rzuciłeś się na niego. Zasłonił się ręką, odepchnął ostrze w stronę ściany, ale trzonek wylądował na mojej głowie. Ostatnie, co pamiętam, to furia w twoich oczach.

 

Obudziłam się w szpitalu, a Adam siedział obok. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to jego zafrasowana mina.

– Co z małą? – spytałam nerwowo.

– Spokojnie, jest w sali obok. Nic jej nie zrobił.

– A co z nim?

– Obezwładniłem go, zadzwoniłem po policję i zabrali go do izby wytrzeźwień.

– Kiedy mogę wrócić do domu?

– Lekarz mówił, że poleżysz tu kilka dni.

– Ale ja muszę się zaopiekować Leszkiem.

– Ty to musisz się zaopiekować małą i sobą, a on jak tak chla, to sam musi sobie pomóc. Nikt za niego tego nie zrobi.

– Ale on jest taki wrażliwy… – Rozpłakałam się.

– Wrażliwy może i jest, bo często ludzie wrażliwi kończą źle, ale i jest chory! – Adam po raz pierwszy podniósł głos.

– Muszę mu pomóc! – zaprotestowałam.

– Nie zabronię ci. Może mu przejdzie.

Wyszłam ze szpitala trzy dni później. Niosłam Małgosię na rękach, gdy zobaczyłam cię idącego pod rękę z jakąś kobietą. Zabolało mnie. Jak cholera. Poczułam, że mam ochotę wydrapać jej oczy. Wróciłam do domu i tylko zapłakałam. Sama nie wiem, o czym myślałem. Przed oczyma tylko pojawił mi się pogrzeb mojego ojca. Co ja wtedy czułam? Nie pamiętam, miałam przecież ledwie sześć lat.

Wszedłeś do domu pijany kilka godzin później i pierwsze, co zrobiłeś, to wystawiłeś członka, abym ci obciągnęła. Nie sprzeciwiałam się. Tym razem oprócz moczu czułam nieumytą, kilkudniową spermę. Ale dałam radę. Może ode mnie nie odejdziesz. Gdy skończyłam, zacisnąłeś pięść i sieknąłeś mnie pod oko. Tym razem nie straciłam przytomności, ale w głowie zawirowało. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, aby od ciebie odejść.

Od tego dnia nie pozwalałeś mi prawie nigdzie wychodzić, czasem spoliczkowałeś, gdy czegoś nie zrobiłam, a i bywało, że uderzyłeś pięścią w brzuch. W twarz już tego nie robiłeś, bo powiedziałam, że jak ktoś zauważy, to będziesz miał kłopoty. Adam do mnie wysyłał sms-y, które jak najszybciej kasowałam, abyś nie zauważył. Pisał, że gdybym chciała, to ma wolny pokój i mogę u niego zamieszkać. Niejednokrotnie o tym myślałam, ale zawsze tłumaczyłam sobie, że przywykniesz do nowej sytuacji i ojcostwo przestanie cię przytłaczać. Kilka miesięcy później znów zniknąłeś. Tym razem na dużo dłużej, bo prawie na trzy tygodnie. Ktoś do mnie dzwonił, że widział cię na mieście z jakąś kobietą, kto inny, że pomógł ci wsiąść do taksówki, bo tak byłeś pijany. W domu jednak się nie zjawiałeś. Zadzwoniłam więc po Adama, bo jakoś stał mi się wyjątkowo bliski. Siedzieliśmy w kuchni przy stole, piliśmy kawę, aż wyszedł do łazienki. Wtedy wszedłeś ty. Ponownie pijany. Jak tylko zobaczyłeś męskie buty, rzuciłeś się na mnie. Ostatnie, co pamiętam, to jak leżałam na podłodze, a ty mnie okładałeś.

 

Po raz kolejny obudziłam się w szpitalu. Obok łóżka, oprócz Adama, stała policjantka i spisywała jego zaznania. Gdy tylko zobaczyli, że się ocknęłam, zaczęli zdawać pytania. Byłam tak obolała i tak ledwo przytomna, że powiedziałam wszystko, łącznie z tym, że zmuszałeś mnie do obciągania i lałeś w brzuch, aby nie było widać. Nigdy w życiu tak nie płakałam. Ryczałam, że ledwo można było mnie zrozumieć. Pamiętam, że przed oczyma kolejny raz stanął mi pogrzeb ojca.

Policjantka zapewniła, że już nic mi nie grozi, że siedzisz w izbie wytrzeźwień, a stamtąd pójdziesz do aresztu i długo nie wyjdziesz. Jednocześnie zaproponowała wsparcie psychologiczne, z którego już kilkakrotnie chciałam skorzystać, ale nigdy się nie przemogłam. Adam powiedział, że nie puści mnie do domu i zamieszkam u niego. Wyszłam ze szpitala pięć dni później. Prosto do Adama. Nie miałam obiekcji. I nawet przez myśl mi nie przeszło, aby cię odwiedzić w areszcie, a później w więzieniu. Adam dogadzał mi, jak mógł i przez pierwsze kilka miesięcy nawet nie starał się do mnie zbliżyć, choć widziałam, że chuć go rozpiera. Dopiero ja sama doprowadziłam do zbliżenia, gdy już pogodziłam się, że męża nie mam. Adam tylko spytał, czy na pewno tego chcę i czy jestem już gotowa. Byłam! Jak cholera! I od razu chciałam mu dogodzić ustami, ale podniósł głos i stwierdził, że on na to nie jest jeszcze gotowy.

Do poradni psychologicznej trafiłam kilkanaście dni później. Na początku cholernie się bałam mówić całą prawdę, ale gdy przypomniałam sobie, że przecież mógłbyś skrzywdzić i Małgosię, otworzyłam się. I znów płakałam jak bóbr. Niewiele pamiętam z tego, o czym rozmawialiśmy z panią psycholog. Jedynie w pamięci mam pogrzeb mojego ojca i to, że czułam się winna jego śmierci...

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 07.05.2019 10:57 · Czytań: 199 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
Marek Adam Grabowski dnia 12.05.2019 15:31 Ocena: Bardzo dobre
Na początku przepraszam, że dopiero teraz komentuję; ale to długie (jak na net) opowiadanie i chciałem znaleźć więcej wolnego czasu by je przeczytać.Nie potrzebnie się martwisz; miałeś w prawdzie lepsze; ale miałeś też gorsze.

Co do meritum; opowiadanie jest dobrze napisane, a fabuła wstrząsająca. Mieści się to jednak w (szeroko rozumianej) literaturze tendencyjnej. Końcówka jest O.K. , aczkolwiek zbrakło mi jakiegoś "BUM!". Jak wiesz samemu lubię takimi "BUM!" kończyć.

Pozdrawiam
AntoniGrycuk dnia 12.05.2019 16:52
Marku,

trochę się właśnie obawiałem końcówki. Niby dałem coś nietypowego, odróżniające go ten tekst od setek podobnych, ale miałem zastrzeżenia. Szczególnie właśnie dotyczyły tendencyjności tekstu. Bo teraz tak modnie pisać...
Dzięki za czytanie i opinię.

Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 08.06.2019 13:56
Brawo AntoniGrycuk.
Cały Ty - to świetne i dynamicznie napisane opowiadanie. Choć lubiłem większość Twoich innych utworów, tu jednak dramatyzm nieudanego związku introwertyczki z agresywnym chamem, pokazałeś bardzo sugestywnie i obrazowo.
Jak każdy autor (o czym jestem przekonany - bo po co w wydawnictwach zatrudniano by korektorów?) nie ustrzegłeś się drobnych potknięć.
Zdanie:
Cytat:
Do dziś mnie śmie­szy, że można tak wy­po­czy­wać na tym małym ssaku.

jest mało komunikatywne. Chwilę się zastanawiając, pomyślałem że "zwierzakiem" pewnie jest kształt Krety na mapie. (Zaraz to sprawdzę)
W poniższym zdaniu zmieniłbym szyk:
Cytat:
Przy­bra­łam po­zy­cję em­brio­nal­ną i płacz mnie po­chło­nął.

"Przybrałam pozycję embrionalną i pochłonął mnie płacz". Ale tu może się czepiam.

Serdecznie pozdrawiam, Kaz
AntoniGrycuk dnia 08.06.2019 16:44
Kazjuno,
dzięki za wizytę i kilka słów.
Nad poprawkami zastanowię się.
Sam nie jestem w pełni przekonany do tego tekstu. Jest taki zgodny z obowiązującą modą. Roi się od takich tekstów.


Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Skuul
22/07/2019 20:10
Dobre, ;), czekam na więcej o/ »
Dobra Cobra
22/07/2019 18:28
Wspomnienia już spisujesz... ;) Zdzislaw, Sama… »
AntoniGrycuk
22/07/2019 17:36
Jolu, Nie jestem z niego w pełni zadowolony, bo generalnie… »
Wiktor Mazurkiewicz
22/07/2019 15:17
22227 Bardzo dziękuję, również za sugestię, ale wolę… »
JOLA S.
22/07/2019 13:55
Antoni, widzę, że dzięki łatwości tworzenia mógłbyś… »
Marek Adam Grabowski
22/07/2019 13:31
Całkiem ciekawe. Sorry, że taki krótki komentarz, ale mam… »
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:26
Najnowszy:ihuhinek
Wspierają nas