Gra - Kazjuno
A A A
Od autora: To początek powieści, a może długiego opowiadania...

Jak często u mnie - piszę w pierwszej osobie.
No i jeszcze jeden detal. Kanwą tej opowieści są zaistniałe
w przeszłości wydarzenia.

Kazimierz Junosza

 

GRA

(Jak po tryumfie Moniki, sam zostałem celebrytą)

 

Rozdział 1 Bokserska przyjaźń

 

Nie raz się zastanawiałem, czy za oszustwo, jakiego się dopuściłem, wylądowałbym w więzieniu? Jak duży dostałbym wyrok? A może sprawa zostałaby zamieciona pod dywan?

W efekcie popełnionego przestępstwa stałem się rozpoznawalną osobą, darzoną szacunkiem przez ogromną większość obywateli Wałbrzycha i Szczawna-Zdroju. Pokazywano mnie palcem na ulicach, obcy ludzie zaczęli mi się grzecznie kłaniać. Nawet dostałem ozdobny list gratulacyjny ze stolicy. W tym czasie poczułem, co oznacza być celebrytą. Zaznałem samopoczucia, mogącego towarzyszyć złotemu medaliście olimpijskiemu, znanemu aktorowi, może nawet laureatowi nagrody Nobla. Tu jednak chyba przesadzam…

Prawdę mówiąc, nie wszyscy patrzyli na mnie z aprobatą. Parę razy natknąłem się na spojrzenia kose, pełne nienawiści. Raz jadąc autobusem, usłyszałem rzuconą pod moim adresem uwagę.

– Zobacz, to ta komunistyczna k**wa, co chce robić partyjną karierę – zwrócił się facet o wyglądzie robotnika do swojego kompana.

Udałem, że nie słyszę.

 

* * *

 

Przygoda, o której opowiem, miała prapoczątek w podstawówce, po czym przeniosła się do piwnicy willi rodziców. Poza mną, głównym jej bohaterem był o rok starszy Romek Waszkiewicz, jeden z najsilniejszych chłopaków w klasie, którego pasją był boks. Wprawdzie mnie i brata nie bił, ale spoglądał na nas z pobłażliwym, a zarazem ironicznym uśmieszkiem, jakby chciał powiedzieć: gdybym któremuś z was przywalił, to połamałbym mu gnaty. Po skończeniu podstawówki my także dostaliśmy fioła na tle pięściarstwa. Zaczęliśmy jeździć na treningi do bokserskiego klubu Handlowiec i w suterynie domu urządziliśmy salkę treningową. Pierwszym sukcesem, którego się nie spodziewałem, było zwycięstwo nad Jarkiem Menowskim, starszym koledze, który później dopuszczał się bandyckich napadów, a także zabił pięścią człowieka. Wreszcie wylądował w kryminale z wieloletnim wyrokiem. Ów kolega, na oczach całej klasy, stoczył z Romkiem Waszkiewiczem pojedynek na gołe pięści. To była masakra. Na widok pryskającej po uderzeniach krwi i pomazanych nią twarzy przeciwników zemdlała jedna z klasowych koleżanek. Od czasu dramatycznego pojedynku dało się zauważyć, że Waszkiewicza połączyła z Menowskim więź wzajemnego szacunku i chyba sympatii.

Tak, bez wątpienia wielką satysfakcją stała się dla mnie pierwsza konfrontacja w rękawicach z przyszłym kryminalistą. Po kilkunastu sekundach trafiłem Menowskiego w nos, zmuszając go do poddania się. On był chłopakiem bardzo utalentowanym sportowo i po porażce ze mną także wziął się za trenowanie boksu. Wystarczyło mu kilkanaście miesięcy, żeby wyrobić sobie nokautującą siłę ciosu. Za rozbicie mu nosa dokonał srogiego odwetu. W rewanżowym pojedynku zasypał mnie gradem ciężkich uderzeń, po których zaszumiało mi w głowie i na oczach kolegów przegrałem przed czasem, przez techniczny nokaut.

Niedługo potem Jarek przyprowadził do naszej piwnicy Romka Waszkiewicza.

– Romek chciałby zmierzyć się z tobą w rękawicach, chyba mu nie odmówisz – złożył zaskakującą propozycję.

Po błąkającym się na twarzy Jarka uśmieszku, od razu wyczułem, że przygotowali jakąś chytrą taktykę. Mimo ogarniającego mnie lęku nie wypadało odmówić, Waszkiewicz nie trenował wprawdzie boksu, był jednak ode mnie o jakieś dwadzieścia kilogramów cięższy i trochę wyższy. Nie miałem wątpliwości, że będzie trudnym przeciwnikiem. Nie pomyliłem się. Chwilę po założeniu rękawic rzucił się na mnie z impetem, waląc serią ciosów. Zasłoniłem się podwójną gardą, lecz jego ciosy rozbijały moją zasłonę. Gdy tylko próbowałem kontrować, otrzymywałem kolejne bomby. Błyskało mi w głowie, mdlały kolana. Nie pamiętam, jak długo trwał huragan spadających na mnie uderzeń. Walczyłem, by utrzymać się na nogach. Starałem się przykleić do przeciwnika, z całych sił próbowałem skrócić dystans, złapać jego grzmocące mnie ramiona doprowadzając do klinczu. Nieoczekiwanie Waszkiewicz przestał bić. Cofnął się parę kroków i ciężko sapiąc, wciągał powietrze. Zbierał siły do ataku mającego ostatecznie mnie zdemolować. Nie wiem, skąd wydobyłem resztkę energii. Zadałem parę ciosów prostych. Wszystkie mierzyłem w brodę, trafiałem jak w treningową gruszkę. Teraz ja odrzuciłem go pod ścianę.

– Nie mam już siły – dotarły do mnie słowa spoconego Romka.

Zaczął zdejmować rękawice.

Byłem pewien: taktykę walki ze mną podpowiedział mu Menowski. Myślał logicznie, byłem od Waszkiewicza lżejszy. Namówił Romka, żeby parł do przodu, walił jak młocarnia, rozciągnął mnie na piwnicznej podłodze, rozgniatając niczym walec. Plan się nie powiódł, przeciwnik nie miał za sobą treningu i zabrakło mu kondycji.

 

* * *

 

Parę lat później boks skomplikował mi życie. Rozczarowany mną był ojciec. Chciał, żebym został inżynierem, lecz mnie i brata bardziej interesowało uprawianie pięściarstwa. Miałem parę wzlotów formy, ale kariery pięściarskiej nie zrobiłem. Zmieniałem kierunki studiów, przerywałem naukę na urlopy dziekańskie, a przerwy w nauce próbowałem wykorzystać, żeby osiągnąć coś w boksie.

Nie będę tu obszernie wspominał o życiowych zawirowaniach, które nie raz mogły się skończyć wyrokiem skazującym na więzienie. Niestety, przeważnie były związane z pięściarskimi występami poza ringiem. W efekcie zostałem czarną owcą w rodzinie, powszechnie uważanej za uczciwą i przyzwoitą.

 

Od czasu piwnicznej walki z Waszkiewiczem upłynęło kilka lat. Zniknął ze Szczawna-Zdroju i Wałbrzycha. Dowiedziałem się, że studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Nie było w tym nic dziwnego, mimo bokserskich zainteresowań był bardzo dobrym uczniem.

Po paru latach ujrzałem go w telewizji. Chyba musiałem wytrzeszczać z niedowierzaniem gały. Potrząsnąłem głową, chcąc się upewnić, że mi się to nie śni. Siedział na Sali Kongresowej Pałacu Kultury na najwyżej umieszczonym rzeźbionym fotelu podobnym do królewskiego tronu. Poniżej Romka siedzieli dwaj najczęściej oglądani i najważniejsi partyjni przywódcy w PRL-u: Gierek i Jaroszewicz. Dopiero w niższym rzędzie, podwyższonej na scenie trybuny, przystrojonej czerwonymi i biało-czerwonymi flagami siedzieli przedstawiciele Biura Politycznego PZPR. (Ma się rozumieć, koloru flag mogłem się jedynie domyślać – mieliśmy wtedy czarno-biały telewizor). Cała sala nabita była tłumem partyjniaków, wszyscy byli w garniturach, białych koszulach i krawatach. Odbywał się, któryś z walnych zjazdów partii.

– Mamo! Tato! Zobaczcie! – krzyknąłem na rodziców dojadających w jadalni obiad. – Coś niewiarygodnego! Chodźcie zobaczyć! Waszkiewicz siedzi na honorowym miejscu! Wygląda, na ważniejszego od Gierka i Jaroszewicza.

Okazało się, że powierzono mu rolę moderatora zjazdu. To on pierwszy zabrał głos jako przewodniczący międzyuczelnianej organizacji Związku Młodzieży Socjalistycznej. Co muszę przyznać, w dobrze skrojonym garniturze, opinającym jego pokaźną sylwetkę, prezentowała się imponująco. Słuchając jego wstępnego przemówienia, które czytał tubalnym głosem z karteczki, poczułem niesmak. Wypowiadał typowe partyjniackie slogany o zaangażowaniu ideowym studenckiej młodzieży i jej gotowości realizowania socjalistycznych prerogatyw dla budowania podwalin komunistycznej przyszłości.

– No, to wasz kolega dochrapie się najwyższych zaszczytów – bąknął na odczepkę ojciec.

Udał się do sypialni, skąd po chwili rozległo się bulgotanie stacji zagłuszających audycję Radia Wolna Europa1.

Ogarnęły mnie mieszane uczucia. Z jednej strony na swój sposób podziwiałem Romka. Co tu nie gadać, dochrapał się znaczącego stanowiska. Nawet byłem w pewien sposób z niego dumny. Wspomnienie zaciekłego pojedynku zbliżyło nas do siebie. Po walce zachował się elegancko, podał mi rękę i pochwalił za poczynione postępy w boksie. Z drugiej jednak strony wstąpił do środowiska nielubianych przeze mnie ludzi. Komuniści mnie mierzili. Nie potrafiłem, nie dostrzegać ich zakłamania, udawanej miłości do Związku Radzieckiego. Szkalowali systemy polityczne krajów kapitalistycznych. W szkole, w zakładach pracy i mediach kłamano o wyższości systemu socjalistycznego nad kapitalistycznym.

Tymczasem jako cinkciarz zazdrościłem zaczepianym turystom zza żelaznej kurtyny. Od razu ich rozpoznawałem na ulicach, różnili się od poszarzałego tłumu rodaków. Byli lepiej ubrani, tryskali pogodą ducha, mogli podróżować po całym świecie. Ich twarze nie wydawały się zmęczone jak oblicza rodaków, były zdecydowanie radośniejsze.
Próbowałem znaleźć dla Romka Waszkiewicza usprawiedliwienie. Nie potrafiłem czuć do niego niechęci. Gdzieś w głębi duszy wybaczałem mu wybór komunistycznej kariery. Sam mieszkałem w luksusowej poniemieckiej willi, pochodziłem z prominentnej rodziny. Matka, lekarka, była dyrektorką sanatorium dziecięcego, ojciec inżynier (będąc bezpartyjny) kierował wałbrzyską koksownią, zatrudniającą sześciuset ludzi. A Romek? Cóż, mieszkał niedaleko w skromnym domku z matką, na dodatek był półsierotą. Pozostało mu solidnie się uczyć, tego komuna nie zabraniała, nie mógł sobie pozwolić na trenowanie boksu, czy jak ja zmieniać kierunków studiów. Ujrzawszy go na ekranie, doznałem rozterki. „Czyżby został komunistą”?! Coś mi tu zgrzytało. Wprawdzie poszedł z pachołkami Kremla na zgniły kompromis, ale przecież go znałem. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazał amerykańskim szpiegiem, umieszczonym wśród władz komunistycznych przez Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA). Jednak dotarło do mnie, że takie przypuszczenie to zenit absurdu.

Przypomniała mi się chyba ostatnia wizyta mieszkającego od kilku lat w Warszawie innego kolegi z dzieciństwa. Michał przed wyprowadzką do stolicy mieszkał w Szczawnie-Zdroju. Był synem doktora Kujawskiego, który w Powstaniu Warszawskim miał pseudonim Doktor Brom i sprawował funkcję szefa sanitarnego baonu Zośka. Z Bromem chodziliśmy na grzybobrania i podczas pieszych wędrówek do lasu fascynował nas opowieściami o powstańczych walkach. Właśnie on sprawił, że temat Powstania stał się moim pierwszym historycznym konikiem. Prawie wszystko wyczytałem o dramacie walczących w Powstaniu akowców. Wiedza o niechlubnej roli, jaką odegrała stojąca na drugim brzegu Wisły armia sowiecka, wzmogła moją antypatię do potężnego sąsiada ze wschodu. Czułem odrazę do komunistycznego systemu, który zagościł w Polsce po wymordowaniu i skazaniu na katorgę patriotów z Armii Krajowej. Doktor Brom opowiadał jak artylerzyści radzieccy, niby wspomagając walczącą Warszawę ostrzeliwaniem Niemców, „przypadkowo” przerzucali ogień na placówki powstańcze.
Syn doktora Broma był towarzyszem moich dziecięcych zabaw, po wyprowadzce ze Szczawna-Zdroju, kilkakrotnie do nas przyjeżdżał. Bawiliśmy się w antysowiecką partyzantkę, przywoził materiały wybuchowe wydobyte z niewypałów i chemikalia służące do produkcji ręcznych granatów. Michał zaraził mnie i brata na dobrych kilka lat piromanią.

Jednak w czasie ostatniej wizyty wprawił nas w osłupienie i niesmak. Byliśmy po maturze i zastanawialiśmy się, jaka będzie nasza przyszłość.

– Zrozumcie – powiedział. – Powinniśmy zapisać się do partii...

– Upadłeś na głowę? – zapytał brat z miną, jakby ugryzł zgniłe jabłko.

– Posłuchajcie – rozpoczął swoje wywody syn słynnego akowca.

Tłumaczył, że aby zmienić Polskę musimy wstąpić do partii i ją niszczyć od środka. Mówił slogany, które powtarzał wiele lat później esbek, który nakłaniał mnie do współpracy. Ględził o geopolitycznych uwarunkowaniach i jedynej możliwości wpływania na rzeczywistość, jaką miałaby być współpraca z komuchami.

 

Więc może pasjonat boksu Romek Waszkiewicz wstąpił do partii, żeby ją osłabiać od środka? Może jest członkiem „piątej kolumny”, której zawoalowanym celem będzie niwelowanie moskiewskich wpływów.

Oceniając z perspektywy lat postawę Romka, doszedłem do przekonania, że wprawdzie błędne były moje mrzonki o jego wywrotowej działalności, ale nie do końca...

 

* * *

 

Po raz pierwszy, po szoku doznanym ujrzeniem Waszkiewicza w telewizji, spotkałem go trzy lata później. Przeżywałem burzliwy okres. Leczyłem rany po wielkim zawodzie uczuciowym. Jeszcze nie w pełni doszedłem do siebie, bo dostałem kosza od pierwszej miłości do najpiękniejszej Wałbrzyszanki. Przez bójkę z jej powodu wyleciałem z hukiem, z wydziału architektury Politechniki Wrocławskiej. Ewusia – tak nazywała się wałbrzyska piękność – miała w sobie tyle seksapilu, że niejeden przystojniak, uwodziciel, cinkciarz, a nawet sopocki sutener, na jej widok doznał zawrotu głowy. Żeby ją uwieść, zjeżdżali do Wałbrzycha najbardziej znani donżuani z całej Polski. Uganiał się za nią jakiś ważniak z agencji modelek. Odbił mi ją także kolega z dzieciństwa i wczesnej młodości. Już o nim wspominałem, to był Jarek Menowski, który po skróceniu mu wyroku z siedemnastu lat do pięciu opuścił zakład karny. W eksperymentalnym więzieniu wyprzystojniał i wyglądał jak filmowy amant.

W dniach przed spotkaniem z Romkiem Waszkiewiczem wylizywałem się ze stanu, który psychiatra określiłby symptomami psychicznej depresji. Powoli odzyskiwałem dobre samopoczucie, nawet udało mi się nawiązać romans z piękną blond Warszawianką. Pokrzepiły mnie pierwsze napisane eseje, uwierzyłem, że zostanę poczytnym pisarzem. Rękawice bokserskie zamieniłem na tenisową rakietę. Intensywnie trenowałem, nabierając coraz lepszej kondycji.

 

Spotkaliśmy się z Romkiem przypadkowo przy wejściu do hotelu Harenda, koło pomnika Kopernika na Krakowskim Przedmieściu.

Widziałem cię w telewizji – powiedziałem po serdecznym przywitaniu.

Usiedliśmy w przyhotelowej kawiarni i opowiadałem mu o dawnych znajomych. Uruchomiłem darowaną mi chyba od Boga smykałkę do gawędziarstwa, która w tym czasie przekonała mnie, że mam predyspozycje, by pisać poczytne powieści. Waszkiewicz słuchał, przyglądając mi się uważnie i obdarzył komplementem dodającym skrzydeł.

– Wiesz – zawiesił na moment głos i oświadczył tonem pełnym szacunku – ciekawie opowiadasz, bardzo rozwinąłeś osobowość.

Miałem ochotę go uściskać. Jego słowa odczytałem jako pozytywną ocenę posiadanego talentu, który pragnąłem ziścić w pisarstwie. Komplement z ust Romka zabrzmiał prawie tak, jakby legendarny trener bokserski Feliks Stamm zapewnił mnie, że dzięki pięściarskiej smykałce jestem faworytem do olimpijskiego złota. Urosłem we własnych oczach. Te słowa Waszkiewicza były mi potrzebne.

Parę tygodni wcześniej odbyłem rozmowę z ojcem, który zachwiał moją wiarą w pisarską przyszłość.

Radzę ci, wrócić na politechnikę. W pisarstwie nie masz żadnych szanszagrzmiał.Chyba że? – Proszę bardzo, możesz zacząć pisać o Leninie – dodał z nutą sarkazmu.

Wypowiedź ojca, który jednak był dla mnie autorytetem, wlała we mnie jad niepewności.

Teraz jednak, siedząc przed patrzącym na mnie z sympatią Romkiem, zapragnąłem mu się zwierzyć z literackich planów. Byłem prawie pewien, że uznałby je za słuszne. Jednak on się spieszył na uniwersytet, pisał jakąś naukową rozprawę, ja na spotkanie ze wspomnianą blondynką. Rozstaliśmy się po kilkunastu minutach.

 

 

Rozdział 2. Pierwszy etap filmowej kariery

 

 

Od spotkania w hotelu Harenda – jak obliczyłem – upłynęło piętnaście lat. W minionym czasie, przetykanym życiowymi perturbacjami – ba (!) – nawet mogącymi mnie zawieść do kryminału – nie udało mi się zdobyć uznania na niwie literackiej.

Chociaż? Niedługo przed kolejnym spotkaniem z Romkiem jedno z moich opowiadań, wydane w miesięczniku Nowy Wyraz zostało uznane za bardzo dobre.

Skoro wspominam o pisarstwie, wypada się przyznać, że znawcy literatury i redaktorzy surowo oceniali moje pierwsze wypociny. Najbardziej przygnębiła mnie opinia laureata nagrody Nobla Czesława Miłosza.

Daj pan sobie spokój z pisarstwem, to co pan pisze, to nieporadne knoty – odpisał na przesyłkę do USA zawierającą mój list z kilkoma opowiadaniami.

Słowa te zachwiały mną mocniej, od spadających na głowę sierpowych, haków i prostych, jakimi przed laty zasypał mnie Jarek Menowski. Tym bardziej że liczyłem na pozytywną ocenę uznanego autorytetu.

Pomocną dłoń wyciągnęła cioteczna siostra, ex żona słynnego aktora Tadeusza Łomnickiego. Była dziennikarką, piszącą do tygodników Film i Ekran. Chyba nie oceniała tak krytycznie moich prób pisarskich. Chcąc jakoś pomóc, załatwiła mi pracę w ekipie swojego kolegi, reżysera Krzysztofa Zanussiego. Po pewnym czasie zostałem jego osobistym tenisowym trenerem. Zacząłem próbować pisać filmowe scenariusze. Zarabiałem, pracując z innymi znanymi polskimi reżyserami jako ich asystent. Dorabiałem też jako „bramkarz”, czyli ochroniarz w młodzieżowych dyskotekach, także udzielałem tenisowych lekcji znanym aktorom i świetnej pisarce Basi Wachowicz.

 

* * *

 

Wypadało spróbować sił w filmie, zresztą kinematografia zawsze mnie pociągała. Żeby odsłonić trudy minionego piętnastolecia, zanim ponownie spotkałem Romka, opowiem o realizacji pierwszego filmu i o mojej głównej aktorce. Nie ja, a dziewczyna – grająca w moim filmie – zrobiła karierę super modelki. Jestem przekonany, że właśnie nie aktorką, a właśnie modelką pragnęła zostać Monika Jabłońska2, o której będzie później.

Mieszkałem na „waleta” w akademiku na ulicy Kopińskiej, kiedy zobaczyłem na tablicy ogłoszeniowej plakacik przykuwający moją uwagę. Studencki klub filmowy Limes ogłaszał zapisy na kurs reżysersko operatorski. Zapisałem się bez wahania. Wiedzę o filmowym rzemiośle przekazywali nam studenci z łódzkiej filmówki. Zanim dostali się do szkoły filmowej, realizowali pierwsze filmy właśnie w Limesie. Musieli czuć sentyment do macierzystego klubu, skoro bez wynagrodzenia zgodzili się edukować nowy narybek filmowców. To byli bardzo sympatyczni faceci, w klarowny sposób wykładali nam zagadnienia, zarówno związane z tajnikami tworzenia scenariuszy, jak i technikami używania kamer oraz ich budową. Miałem już za sobą staż na planach filmowych, więc jak gąbka chłonąłem wykładaną na kursie wiedzę. Dowiadywałem się o rodzajach i czułościach filmowych taśm, o sprzęcie oświetleniowym, o montażu, ciekawiło mnie wszystko. Wyświetlano nam nagrodzone amatorskie filmy i studenckie etiudy ze szkoły filmowej. Ćwiczyliśmy ustawienia kamer i pozorowaliśmy filmowanie ujęć. Nauka była nieporównywalnie bardziej wciągająca niż matematyka wyższa, metaloznawstwo czy mechanika budowli, przedmioty, z powodu których wypruwałem flaki na polibudzie. Byłem coraz to bardziej przekonany, że wreszcie znalazłem się we właściwym miejscu.

Po czterech miesiącach, na zakończenie kursu, nasi wykładowcy zorganizowali konkurs na scenariusz. Na moją prośbę przewodniczący studenckiego klubu Mospan (tam na dyskotekach przeciwdziałałem chuligańskiej przemocy), odstąpił mi gabinet z potężną, rozklekotaną maszyną do pisania Mercedes. Przyszło mi do głowy, że w czasie okupacji niemieckiej spisywano na niej zeznania złamanych gestapowskimi torturami Polaków. Po wojnie mógł w klawisze tej maszyny walić jednym palcem półanalfabeta z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, starając się spisywać bełkot pokrwawionego i z powybijanymi zębami akowca, nad którym z drewnianą pałką stał rusek z NKWD. 

Zrobiłem sobie duży kubek kawy po turecku i przez pół nocy rozmyślałem, o czym mam pisać. Wreszcie przypomniałem sobie, jak kiedyś snułem przed kolesiami opowieść o pogrzebie babci, doprowadziłem ich do wybuchów szyderczego śmiechu. Zacząłem przelewać tę tragifarsę na papier. Kiedy podniosłem się znad Mercedesa, wstawał świt, zza okna dobiegało poranne świergotanie ptaków. „Scenariusz” zawarłem na dwóch kartkach A4.

W czasie jego odczytywania, przed blisko pięćdziesięcioosobowym audytorium, zacząłem się zacinać. Zrobiło mi się gorąco, byłem spięty, tekst był pokreślony, zawierał podorabiane długopisem, trudne do rozczytania dopiski. Czułem, że zaczynam się pocić. Zawstydzony odłożyłem kartki.

– To ja wam to opowiem – wyrzuciłem z siebie, rozglądając się po twarzach uczestników konkursu.

Niektórzy odetchnęli z ulgą, pomyśleli zapewne, że nic sensownego nie wykrztuszę i odpadnę jako ich konkurent. Na szczęście, nie od parady posiadałem, chyba darowane od Wszechmocnego, umiejętności gawędziarskie. Za chwilę nadrabiając nie najlepsze zapiski mimiką twarzy i gestami, doprowadziłem salę nabitą kursantami oraz jurorami do wybuchów śmiechu, kiedy kończyłem opowieść, rechotali wszyscy.

Rozdeptałem na papkę konkurentów zdolnych jedynie do wyartykułowania miałkich wypocin. Czytali je wprawdzie potoczyście, ale doprowadzali słuchaczy do ziewania i zdaje się, gdzieś z tyłu dobiegało chrapanie. Wygrałem konkurs i jako jedynemu spośród prawie pół setki kursantów przydzielono siedemset metrów taśmy filmowej ORWO (made in DDR). Nasi wykładowcy z łódzkiej PWSTiF złożyli mi gratulacje, gratulowali też koledzy z kursu. Ciesząc się ze zwycięstwa, nie zatruwałem sobie głowy praktycznymi możliwościami zrobienia filmu. Kiedy zaczęliśmy opuszczać salę wykładową, podszedł do mnie wysoki chłopak i nieśmiało zapytał, czy mam kogoś, kto zostałby kamerzystą. Oczywiście nie miałem, byłem zaskoczony, od razu się zgodziłem, żeby został moim operatorem.

Umówiłem się z nim na następny dzień w centrum, w kawiarni Gong. Myśląc o realizacji filmu, o pogrzebie zaczęła mi puchnąć głowa. Skąd wziąć plejadę podstarzałych aktorów? Czy zagra u mnie Irena Kwiatkowska, jakie mam szanse zatrudnić Tadeusza Fijewskiego? Kto nadawałby się jeszcze? Najlepiej jakby mojego ojca zagrał Dziewoński... Jednak to zawodowi aktorzy. Kto im wypłaci gażę? Czy z wytwórni na Chełmskiej pożyczą mi szyny i wózek do prowadzenia kamery? A profesjonalne oświetlenie?

Realizacja zdjęć w amatorskich warunkach zakrawała na eskapadę z motyką na księżyc! – zrozumiałem. Scenariusz konkursowy nadaje się do kosza! Zacząłem wpadać w panikę. Amatorskie filmiki, które nam pokazywano, także etiudy ze szkoły filmowej, bazowały na prostych scenkach, ich długość przeważnie nie przekraczała paru minut, mój pomysł zapowiadał tworzenie przynajmniej pół godzinnego filmu. W oglądanych na kursie filmach grali studenci, czasem studentki z wydziału aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej.

Pozostało mi napisać nowy scenariusz...

 

* * *

 

Zwycięstwo w konkursie musiało mnie podbudować skoro kolejna nocna nasiadówka przy maszynie mercedes i fajansowym kubku z kawą po turecku, zaowocowała nowym szkicem scenariusza. Wydumałem kilkunastominutowy film, jakiego jeszcze nie widziałem i chyba podobnego nikt nie oglądał. Przynajmniej takie miałem przekonanie. Kluczowym założeniem dramaturgii było zaskakiwanie obiektywem przypadkowo spotykanych na ulicach, głównie ładnych młodych kobiet. Jednak nie koniecznie, też zwracających czymś uwagę mężczyzn i osób starszych. Należało podejść do nich z terkoczącą kamerą. Istotne miałyby być reakcje na filmującą ich kamerę. Ujęcia napastowanych przez operatora ludzi postanowiłem przetykać banalną, choć burzliwą historyjką romansu, atrakcyjnej dziewczyny z chłopakiem o walorach amanta, mogącego być magnesem dla płci pięknej. Opowiastkę o parze wyróżniającej się urodą napisałem tak, żeby zadania aktorskie były banalne, aby mógł je wykonać prawie każdy, nie koniecznie mający pojęcie o fachu aktorskim.

 

Mój operator Andrzej Joński z uwagą wsłuchiwał się w czytany przeze mnie szkic scenariusza, drapał się w głowę, robił, wyrażające podejrzliwość, głupawe miny. Kiedy dokończyłem czytanie, oświadczył, że to jakiś poroniony pomysł. Znowu, jak w czasie odczytywania konkursowego odłożyłem maszynopis… Ponownie zacząłem stroić miny, imitując potencjalne reakcje zaskoczonych widokiem kamery kobiet i dziewcząt. Opowiedziałem o banalnych zadaniach aktorskich pary głównych bohaterów, o chuliganach uczestniczących w dyskotece klubu Mospan. Jak wyraziste i wdzięczne do filmowania są ich twarze i o pomyśle, by poczęstować ich na podwórku przed dyskoteką kilkoma butelkami taniego wina, pod warunkiem, że przed kamerą wypiją alkohol z gwinta razem z wytypowanym głównym aktorem. Zabierając się do picia, mieli zademonstrować rytuał grypsery, polegający na chluśnięciu winem, na ziemię „za tych, co garują”. Zasugerowałem operatorowi Jońskiemu pomysł nakręcenia sceny, przedstawiającej pijanego głównego bohatera, bijącego swoją piękną sympatię na parkiecie dyskoteki.

Po raz drugi po jednodniowej przerwie zadziałała magia moich gawędziarskich uzdolnień.

– Przespałeś się z muzą? – zapytał, po wysłuchaniu mojego monologu. – Zaczynam rozumieć twój pomysł, podoba mi się coraz bardziej.

 

Do obsadzenia głównej roli potrzebowaliśmy wystrzałowej dziewczyny. Przyszło mi do głowy, że najlepsza byłaby taka w typie Ewusi, tej, która zostawiła mnie dla pięknego kryminalisty Menowskiego.

Przez zdjęcia próbne, robione turystyczną kamerą, przewinęły się cztery ładne dziewczyny zachęcone do odegrania głównych ról. Ich wykonania banalnych zadań aktorskich oceniliśmy jako beznadziejne. Po dwóch tygodniach zaczęliśmy wątpić w możliwość znalezienia odpowiedniej aktorki.

 

1Rozgłośnia antykomunistyczna sponsorowana prze CIA. (Wyjaśnienie dla młodych czytelników nie znających realiów PRL).

2Nie podałem prawdziwego nazwiska.

 

 

 

 
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 24.05.2019 00:35 · Czytań: 420 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 18
Komentarze
d.urbanska dnia 24.05.2019 22:36
Niezłe, momentami przegadane i jeden błąd rzeczowy cytat "Musieli czuć resentyment (oczywiście sentyment) do macierzystego klubu, skoro bez wynagrodzenia zgodzili się edukować nowy narybek filmowców". Pozdrawiam
Kazjuno dnia 25.05.2019 08:43
Dzięki serdeczne za trafny komentarz. Ciekawiłoby mnie "przegadanie", choć wiem, że wymagałoby to nakłanianie Cię do gmerania w trzewiach tekstu. (Możesz nie mieć na to czasu - co rozumiem, bo sam jestem ostatnio bardzo zajęty. - Błąd poprawiłem!).
Oczywiście zgadzam się z uwagą o błędzie rzeczowym.
Kiedyś była możliwość oznaczenia Twego komentarza jako POMOCNY. Chętnie zaznaczyłbym na zielono. Ale chyba szanowna redakcja uniemożliwiła taką możliwość.

Pozdrawiam serdecznie, autor.
Darcon dnia 25.05.2019 11:57
Pomocny komentarz zaczyna się od określonej minimalnej liczby znaków. To w przybliżeniu pięć linijek tekstu.
Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 25.05.2019 12:09
Dzięki Darkon za wyjaśnienie.
d.urbanska dnia 25.05.2019 17:05
Podam Ci dla przykładu cytat: "Komuniści mnie mierzili. Nie potrafiłem, nie dostrzegać ich zakłamania, udawanej miłości do Związku Radzieckiego. Szkalowali systemy polityczne krajów kapitalistycznych. W szkole, w zakładach pracy i mediach kłamano o wyższości systemu socjalistycznego nad kapitalistycznym." Ja jestem z tych, którzy wierzą w czytelnika i zostawiają spory margines dla jego domysłu. Dlatego zostawiłabym pierwsze zdanie i darowała sobie "wykład" o komunistach. Niepotrzebnie stopuje narrację i jest "oczywistą oczywistością" Pozdro.
al-szamanka dnia 25.05.2019 17:08 Ocena: Świetne!
Gdybym wyczuła moim siódmym zmysłem, że napisałeś TAKI tekst, przeczytałabym go już minutę po publikacji.
I to, pomimo że nienawidzę boksu, gdyż jest to dla mnie żaden sport, a tylko i wyłącznie barbarzyństwo.
Po prostu - zafascynowała mnie Twoja opowieść.
Piszesz tak płynnie, lekko i ciekawie, że nie mogłam się oderwać.
Jeżeli będziesz tu zamieszczał następne odcinki - przeczytam każdy!
Zauważyłam parę małych potknięć interpunkcyjnych, ze dwa przecinki za dużo, ze trzy za mało, ale machnęłam na nie ręką.
Aha, nie koniecznie (niekoniecznie) piszemy razem.

pozdrawiam ciepło :)
AntoniGrycuk dnia 25.05.2019 18:30
No tak. jak zwykle nazpisane świetnie. I tym razem prawie z idealną intertpunkcją.
Czytałem z zapartym tchem. Masz ten telent do gawędziarstwa.
Ale...
Ale będąc szczerym, zauważam, że pachnie mi to propagandą sukcesu... Niestety. Tak jakbyś nie zauważał ciemnych stron życia. Niby one są tu podane, ale mam wrażenie, że tylko jako "tło"...

Błędy:
Cytat:
Pierw­szym suk­ce­sem, któ­re­go się nie spo­dzie­wa­łem, było zwy­cię­stwo nad Jar­kiem Me­now­skim, star­szym ko­le­dze, który póź­niej do­pusz­czał się ban­dyc­kich na­pa­dów, a także zabił pię­ścią czło­wie­ka.

Starszym kolegą - powinno być, jeśli się nie mylę.

Cytat:
Okazało się, że powierzono mu rolę moderatora zjazdu. To on pierwszy zabrał głos jako przewodniczący międzyuczelnianej organizacji Związku Młodzieży Socjalistycznej. Co muszę przyznać, w dobrze skrojonym garniturze, opinającym jego pokaźną sylwetkę, prezentowała się imponująco

Chyba: prezentował . I dałbym przecinek zamiast drugiej kropki.

Cytat:
– Radzę ci, wrócić na politechnikę. W pisarstwie nie masz żadnych szans – zagrzmiał. – Chyba że? – Proszę bardzo, możesz zacząć pisać o Leninie – dodał z nutą sarkazmu.

Bez pierwszego przecinka. I bez jednego myślnika.

Cytat:
Jestem przekonany, że właśnie nie aktorką, a właśnie modelką pragnęła zostać Monika Jabłońska2, o której będzie później.

2 x "właśnie"

Cytat:
Wiedzę o filmowym rzemiośle przekazywali nam studenci z łódzkiej filmówki. Zanim dostali się do szkoły filmowej, realizowali pierwsze filmy właśnie w Limesie.

filmowym/filmówki/filmowej/filmy - uffff...

Cytat:
zapowiadał tworzenie przynajmniej pół godzinnego filmu.

Półgodzinnego - razem.

To tyle. Świetne, ale dające do myślenia, o czym wspominałem.

Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 25.05.2019 19:48
Zacznę od końca.
Dokonałem tak mało dżentelmeńskiego wyboru (wszak PANIOM wypada ustępować miejsca, przepuszczać je pierwsze do drzwi, kłaniać się uprzejmie - a w tym konkretnym przypadku wypadałoby najpierw odpisywać na komentarze.
Jednak Antoniemu Grycukowi zawdzięczam tyle cennych porad i uwag, że dopuszczę się uchybienia wobec zasad dobrego wychowania. Mam nadzieję, że portalowe koleżanki po piórze, machną dłońmi, wybaczając mój gwałt zadany etykiecie.
Drogi Antosiu Grycuku
Wdzięczny jestem nie tylko za przemiłe słowa. Przeczytałem Twoje celne, jak mierzone okiem wyborowego strzelca uwagi i zaraz po odpisaniu na komentarze, będę je nanosił do tekstu.
Serdeczne dzięki oraz serdeczne pozdrówka

Urocza Al Szamanko Serdecznie Ci dziękuję. Zaskoczyłaś mnie totalnie. Nawet mi się nie śniło, że ten tekst może być tak korzystnie odebrany. Dzisiaj, od razu po ujrzeniu go w PP, wysłałem kolejne 2 rozdziały. Mam nadzieję, że także nie będziesz zawiedziona.
Serdecznie pozdrawiam, wdzięczny, Kaz

Szanowna specjalistko od wywoływania eksplozji rechotów,
do tego przemiła d.urbanska
Dziękuję za unaocznienie mi, zaiste przeładowanego oczywistymi oczywistościami fragmentu.
Co mogę powiedzieć na usprawiedliwienie? Nie za wiele, poza faktem, że jestem napompowany jak balon rusofobicznymi emocjami, za samolot TU 154 m, za złowieszczość Putina, za dziadka zastrzelonego o w Katyniu, za wieloletnią okupację Polski i za, za, za.......... Taka mściwa ze mnie bestia. To przez wyłapane w pałę bokserskie ciosy w trakcie miałkiej kariery, od których jestem trochę nienormalny.
Pozdrawiam Cię serdecznie.
Marek Adam Grabowski dnia 28.05.2019 10:08 Ocena: Świetne!
Bardzo podoba mi się twój utwór. Czyta się go bardzo płynie. Fabuła jest ciekawa, a klimat PRL-wskiej biedy nawet mnie pociąga. Ciekawi mnie co będzie dalej. Narobiłeś mi apatyku, więc nie zmarnuj szansy na rozwinięcie fabuły. Zaskoczył mnie natomiast komentarz Urbańskiej, a jeszcze bardziej twoja odpowiedz. To nie jest polityczne opowiadanie i nie dodawajmy tutaj Smoleńska.

Pozdrawiam
Ps. Na ile to jest autobiografia?Kojarzę, iż kiedyś w podobny sposób opisywałeś swoich rodziców.
Kazjuno dnia 28.05.2019 22:31
Drogi Marku
Wielkie dzięki za miłe słowa. Myślę, że dalsze kawałki będą nie mniej ciekawe. W końcu muszą kiedyś dotrzeć do zasygnalizowanego na wstępie zapętlenia. Zapowiedziałem wyjaśnienie, jak zostałem "celebrytą"! .
I tu pewnie się zdziwisz dlaczego "celebrytę" ująłem w cudzysłów. To czego dokonałem i co przydało mi "sławy" było faktem. Natomiast wyjaśnię po dłuższej opowieści jak i dlaczego wysforowałem się na rozpoznawalną personę, a nastąpiło to z naruszeniem prawa, dopuściłem się bezczelnego oszustwa. Więc mam nadzieję, że czytelników zainteresuję jak do tego doszło?

Tak Marku to jest opowieść związana mocnym łańcuchem (takim na jakich prowadzi się na wsi krowy), prawie w stu procentach zgodna z moim C.V.

Wybacz zdanie o Smoleńsku, ale ta zagadka jest moim historycznym hobby. Nie od jednego dostało mi się za wygłaszanie sądów o tej tragedii, a ja dalej swoje... Można rzec, jestem uparty jak osioł.

Pozdrawiam Cię serdecznie
maak dnia 09.06.2019 00:42 Ocena: Świetne!
Dzień dobry. Przeczytałem z uwagą. Jest płynnie, ciekawie i zachęcająco do dalszego czytania. PRL jest podany ciekawie, nie wiadomo czy dobry, czy zły :), ale wydaje mi się być ociupinę błyskotliwszy niż dzisiejsze realia. Podoba mi się formuła gawędy, jest naprawdę fajna. Będę czytał dalej :).

Pozdrawiam

Maak
Kazjuno dnia 11.06.2019 09:40
Serdeczne dzięki Maku za przeczytanie i sympatyczny komentarz.
Dalsza część już się pojawiła (Gra druga część) i kolejna czeka w poczekalni.
Niektórzy czytelnicy twierdzą, że ten pierwszy kawałek jest lepszy od części drugiej,
ciekawiłaby mnie Twoja opinia.
Natomiast trudno mi się zgodzić z Twoim przypuszczeniem, że peerel był "błyskotliwszy" od
obecnych czasów.
Byliśmy pod sowiecką okupacją, prawie wszystko dookoła było poszarzałe, włącznie z twarzami zmęczonych obywateli.

Serdecznie pozdrawiam, Kaz
maak dnia 11.06.2019 13:15 Ocena: Świetne!
Zgadzam się, że było szaro i do d...y, ale, pamiętam jak jadłem chleb bez masła i zagryzałem kiszonego ogórka i dyskutowałem o przeczytanych książkach, o wysłuchanej muzyce, o obrazach, o ostatniej sztuce w teatrze. Było z kim pogadać i o czym. Do jednego piwa i paczki sportów gadało się jak dać sobie radę z pierwszą harmoniczną, a w przerwach, na pożyczonej gitarze naśladowało się Kaczmarskiego. O polityce też się gadało, dużo i znacznie inteligentniej niż teraz. Wtedy wszystkiego było mniej, tylko w głowie więcej :)... dlatego myslę, że było ociupinę błyskotliwiej.

Do drugiej części podejdę wieczorem, ze szklaneczką czegoś bardzo, bardzo zimnego :)

Pozdrawiam

Maak
Kazjuno dnia 12.06.2019 09:30
Szanowny Maaku
Nie miałem czasu odpisać Ci wczoraj, robię to teraz.
Więc zgadzam się, w czasach PRL byliśmy młodsi i żyliśmy "błyskotliwiej". Jak ujął to Wolfgang Goethe w aforyzmie "Drang nach Sturm perioden", byliśmy pobudzeni młodzieńczą wolą przebudowy otaczającej rzeczywistości. Szczelna cenzura zamulała nam dostęp do wiedzy o dziejącym się wokół nas świecie, więc byliśmy nie zdolni do oceny otaczających nas zjawisk, otumaniani fałszowaną historią, często zagubieni. Teraz w dobie internetu, przy łatwym dostępie do interesujących nas źródeł, znacznie łatwiej sięgamy po ważną dla nas wiedzę. Łatwiej ogarniamy, co dzieje się dookoła. Dokonujemy łatwiejszych wyborów.
Moją pasją jest pisanie kryminałów historycznych. Powyższa opowieść, którą teraz snuję, to rodzaj osobistego wynurzenia, jak najbardziej odnoszącego się do historii. Łudzę się, że pisząc tę zaczerpniętą z życiowych doświadczeń opowiastkę, pomogę młodym, do których dociera bełkot relatywizujący peerelowską przeszłość, poczuć czym naprawdę był totalitaryzm, w którym żyli ich rodzice i w którym się obracałem.
Pozdrawiam serdecznie, Kaz
Kapelusznik dnia 15.09.2019 21:59
Oj...
A myślałem że to ja piszę długie opisy...
hooo...
Bardzo trudno mi ocenić twój tekst - po pierwsze - aż dwa rozdziały - całkiem sporo. Mało kto ma tyle cierpliwości by się przez wszystko przerżnąć, ale byłeś pod moim, więc i ja pod twoim.
Rozumiem proces myślowy, jako opowieść pierwszoosobowa potrzebna jest jakaś sceneria, takie opisy są jednak jednym z najgorszych wyborów - nie zrozum mnie źle - to NAJLEPIEJ wykonane opisy tego typu, ale nie zmienia to faktu, że forma przedstawienia świata jest męcząca.
Sam mam z tym znaczne problemy i dopiero od niedawna nauczyłem się podawać najistotniejsze informacje o świecie w dialogach.
To co przedstawiłeś było właściwie jednym - ciągłym - opisem.
Nie ma w tych dwóch rozdziałach akcji, konfliktu, dyskusji i rozmów - są jedynie OPISY tychże elementów - a to nie to samo
Opowieść wydaje się ciekawa, ale traci dobre 10 punktów poprzez wykonanie.
Przedstawiasz też idiotyczną ilość informacji w dość krótkim fragmencie - wiem - ten to dwa rozdziały, ale nadal - umieściłeś w 2 rozdziałach połowę życiorysu typowego człowieka - trochę za dużo.
Doceniam kunszt twojej pracy - bo widać że masz doświadczenie i masz potencjał, styl jest fajny - ale FORMA - formy właściwie nie ma.
Mam wrażenie jakbyś dał mi kawałek sprasowanego chleba - dobry i zdrowy - fakt, ale nie ma nic na sobie. Żadnego bukietu ekscytacji.

Wiem że ocena jest brutalna - ale staram się być szczery i uczciwy - piszę to co myślę.

Pozdrawiam
Kapelusznik
Kazjuno dnia 16.09.2019 09:48
Kapeluszniku.
Na początku miałem dysonans poznawczy. Myślałem, że odnosisz się do ostatnich rozdziałów opublikowanego opowiadanie w PP, a tu przeskok do początku opowieści.

Zarzucasz mi niedbałość o formę, sugerując jakoby dialog był najbardziej skuteczną formą budowania dramaturgii. Nie sposób przyznać ci częściowo racji. Jednak biorąc pod uwagę zamiar pisania długiej opowieści, skupiłem się na krótkich scenkach, którymi maluję nie tylko tło minionej epoki a także na skrótowych fragmentach życiorysu narratora, by przeprowadzić czytelnika do istotnych - trwających w dłuższym czasie jego doświadczeń. Właśnie używam takiego budulca chcąc w miarę skrótowo wciągać odbiorcę do swego czytadła.

Tobie najwyraźniej ta forma nie leży. "Jeszcze się taki narodził, który by wszystkim dogodził - zacytuję oklepane powiedzonko.
Jeśli byś się zanurzył w dalsze części mojej opowieści (na co nie namawiam, bo już wiem, że nie jesteś jej fanem) przekonałbyś się, że znalazłem wielu miłośników swojej narracji. Nawet entuzjastów! Czego dowodzą komentarze.

A przez ciebie nie lubiana forma? Cóż "Degustibus non disputandum est" mówi prastare przysłowie. W twoim przypadku trafiłem na osobę, której opowieść "nie leży". Mogę jedynie domniemać i to być może w pewien sposób dla ciebie krzywdzące, Jedynie mogę przypuszczać, dlaczego zniesmaczyłem cię opowieścią.
Jakie to przypuszczenie? A choćby takie, iż część obecnego, podzielonego w poglądach na temat przeszłości społeczeństwa ma różne oceny minionych czasów. Na przykład w kwestii Powstania Warszawskiego. Wielu nakręconych przez część mediów z przewagą kapitału niemieckiego odnosi się z niechęcią do kultu "żołnierzy niezłomnych". Ci sami negatywnie patrzący na bohaterów Powstania, są przeciwni ich gloryfikowaniu.

Może właśnie do takich się zaliczasz? Więc nic dziwnego,, że kogoś oceniającego Powstańców pozytywnie, nie szczególnie masz ochotę akceptować. Te odrzucane przez ciebie zapatrywania, wywołują w tobie niechęć i trudno ci pochwalać kogoś mającego inny punkt widzenia.

Oczywiście nie muszę mieć racji. Mogę tkwić w błędnej ocenie twojej osoby. Jednak już z podobnym zjawiskiem nie raz się zetknąłem. Popełniłem miniaturę "Kuracyjny prowokator" , odniosłem się w niej do katastrofy smoleńskiej i odsłoniłem się jako człowiek wątpiący w partactwo polskich pilotów. Sugerujący zamach. Część komentujących zaatakowała mnie, jako osobnika pozbawionego piątej klepki. Niektórzy potępili jak ty. Uznała mój przekaz jako nędzny literacko.
Może u ciebie zafunkcjonował podobny mechanizm?
Pozdrawiam. Kj
Kapelusznik dnia 16.09.2019 12:26
...
Cóż - piszę z moich odczuć - więc tak - widocznie forma przedstawienia opowieści mi nie lezy. Nie zaprzeczam - zaznaczyłem jednak, że mimo pisania w formie która mi nie leży, albo że nie uznaję ją za poprawną - wychodzisz na szczyt dzięki warsztatowi.

Moją krytykę uważam za uczciwą, wskazałem co mi się w twoim pisaniu podoba i niepodoba.

Sam piszę długą powieść. Aktualnie na PP jest zaledwie kilka części, a na innym portalu jestem na 14 odcinku II Tomu i mam plan na kilka kolejnych. Więc nie uznaję twoich długich opisów, jako wystarczającego argumentu. Przedstawianie dawnych realiów w małych fragmentach, jako smaczki, scenki, z zasady jest ciekawszy niż długie opisy - choć i te mają swoich fanów, nie zaprzeczam.

Nie wiem czemu rzucasz tekstem z tym powstaniem - to nie temat opowiesci. Napisałem też że opowieść jest ciekawa - a przynajmniejna taką się wydaje. Moje podejście do twojego odbierania przyszlosci nie ma tu nic do rzeczy - mogę być anty-monarchistą i pisać opowieść która jest pro-monarchistyczna - jako twórca nie masz właściwie ograniczeń. Czytałem opowieść o komunistach, napisaną przez antykomunistę, a mimo to dzięki stylowi i formie, polubiłem bohaterów i historię - więc tak mam nieodparte wrażenie że trochę zbyt mocno reagujesz.

Nie wiem też czemu nie chcesz bym dalej czytał? Czyżbyś nie lubił krytyki? Bo nie jestem w stanue odgadnąć o co ci chodzi. W swoim komentarzu pod moim tekstem, zapraszasz, a jak komentuję - to naraz przeciwna reakcja...?
O co chodzi?
Kazjuno dnia 16.09.2019 13:09
Ależ Kapeluszniku!
Byłbym zaszczycony, gdybyś kontynuował czytanie!
Jedynie "brutalna ocena" skłoniła mnie do przypuszczenia, że tekst cię zniechęcił i nie chcąc być namolny, wyraziłem wątpliwość, czy dalej będziesz miał ochotę czytać{?}.
Ale powtarzam: będę uradowany, jeśli sięgniesz po następne rozdziały!

Nie powiedziałem wprost, że zraziłem cię taką a nie inną postawą wobec opcji politycznej.
Na głos snułem przypuszczenia, co mogło cię skłonić do krytyki formy.
Wyjaśniasz to po raz kolejny i przypuszczam że piszesz to szczerze.
Więc jednak "brutalna ocena" to kwestia pisarskiego smaku.

Jestem bardzo zajęty, lecz spróbuję zajrzeć do twojej powieści. Może nie dzisiaj.

Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
bruliben
21/09/2019 00:42
Racja, nawet mama, która jest jedna :) »
Bartek Otremba
21/09/2019 00:41
Akurat tego nikomu nie poświęciłem... co najwyżej swojej… »
Bartek Otremba
21/09/2019 00:31
każdy ma swój czas każdy w godzinie ma 60 minut ;0 i tak… »
bruliben
21/09/2019 00:30
A jednak dopiął swego, nie byłby Benedyktem. Ale tylu ich… »
bruliben
21/09/2019 00:07
Wiem, że nie mam kontroli i ją mam - takie złudzenie.… »
wiosna
20/09/2019 22:55
Kazjuno dziękuję za podzielenie się przyjemnością ze… »
Dobra Cobra
20/09/2019 22:17
Olbrzymie masy nadludzi w naszym kraju potwierdzają fakt, ze… »
Kazjuno
20/09/2019 21:52
Nie znam się na współczesnej poezji. - Wiosno. Najczęściej… »
bruliben
20/09/2019 21:36
Co jest po drugiej stronie? Odwieczne pytanie. Romeo liczył… »
Kazjuno
20/09/2019 20:34
Mr Stawitzky Nawała szpanerstwa, "Jakim to nie jestem… »
wiosna
20/09/2019 20:11
Al dziękuję za Twoje grzybowe rozbawienie:) Ten wierszyk,… »
Lilah
20/09/2019 20:07
Piękny trzynastozgłoskowiec, świetnie się czyta. :) »
Lilah
20/09/2019 20:02
No toś mnie zaskoczył, Clakier! Dzięki :) Bardzo… »
mike17
20/09/2019 19:33
Dość wesołe dziełko :) Niektóre rymy nieco zgrzytają, są… »
MarcinD
20/09/2019 19:22
Dziękuję bardzo :-). Miło przeczytać taki komentarz.… »
ShoutBox
  • bruliben
  • 20/09/2019 22:13
  • Czy ktoś ma iphona i już aktualizował/a do ios13? Lepiej działa?
  • bruliben
  • 20/09/2019 22:12
  • Miłego z Krakowa :) Słucham jak szumią tutejsze tramwaje :)
  • Kushi
  • 20/09/2019 18:16
  • Miłego wieczoru kochani :):)
  • Kushi
  • 20/09/2019 18:15
  • Znacie? ... nie znacie ?????, to poznacie ;):):):) [link] .... :):)
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
Ostatnio widziani
Gości online:7
Najnowszy:Fujitaes20
Wspierają nas