"Z pamiętnika Misia Porzuconego" cz. V - Jonasz
Proza » Bajka » "Z pamiętnika Misia Porzuconego" cz. V
A A A

"O tym, jak pojechałem do wioski czarodziejów"

Są takie dni, kiedy nie sposób usiedzieć w domu. Nóżki niespokojnie drepczą w miejscu, a misiowa wyobraźnia łaskocze nie do wytrzymania - raz w brzuszek, i wtedy ma się wrażenie, że to ul pełen pszczółek, a raz w oczka, które są tak spragnione nowych widoków, że gdyby tylko mogły, wyskoczyłyby z gniazdek i pofrunęły przed siebie jak wróbelki. 


Moje nóżki dreptały w miejscu już od samego rana, a oczka spoglądały tęsknie w okno w nadziei, że w furtce ukaże się pani Ania. Mieliśmy jechać do wioski czarodziejów. Tak, tak, do wioski, gdzie mieszkają najprawdziwsi czarodzieje!


Spakowałem już do plecaka wszystko, co może być potrzebne podczas wielkiej misiowej wyprawy. Znalazła się tam apaszka w niebiesko - czarną kratę, którą podarowała mi na urodziny pani Ania, szczotka do pielęgnacji futerka, czterolistna koniczynka znaleziona w ogrodzie - na szczęście. W przegródkę wsunąłem paczuszkę pierników z cynamonem do chrupania w czasie podróży. Między podusię Miękusię a kołderkę udało mi się wcisnąć (nie bez trudu) beczułkę miodu - najpierw jedną niewielką, ale potem uznałem, że jedna to zdecydowanie za mało na tak pękaty brzuszek, dołożyłem więc drugą, troszeczkę większą. Plecak był spakowany, a ja z każdą minutą oczekiwania coraz bardziej zniecierpliwiony. 


- Przyjdź już... Przyjdź już... - szeptałem jak zaklęcie.- Przyjdź już... Przyjdź już... 


Przyszła. Była smutna i chyba trochę zmęczona, lecz gdy tylko na mnie spojrzała, od razu się uśmiechnęła i zawołała:


- Porzucku, jedziemy na Czempisz!


Hura, jedziemy na Czempisz! Przypuszczam, że to tajemniczo brzmiące słowo w języku czarodziejów oznacza "szczęście", bo ilekroć pani Ania je wymawia, uśmiecha się, a jej oczy stają się jak dwa cynamonowe ciasteczka - kuszące i słodkie. 


- Jedziemy na Czempisz! Jedziemy na Czempisz! - wesoło nuciłem w myślach.


Tymczasem pani Ania posadziła mnie w foteliku, zapięła pasy bezpieczeństwa i ruszyliśmy. Miałem wrażenie, że siedzę nie w samochodzie, lecz na zaczarowanym krześle. Byłem jednak tak bardzo podekscytowany wyprawą do wioski czarodziejów, tak ciekawy tego, co miało się tam wkrótce zdarzyć, że bałem się nawet na chwilę zamknąć oczy, aby przypadkiem nie przegapić czegoś ważnego. Czerwony guziczek tego dnia był niepotrzebny! Mógłbym frunąć i bez niego!


Cel misiowej podróży może być daleki, a zarazem bliski. Wszystko zależy od nastroju. Wiadomo nie od dziś, że jeśli miś jest znudzony, głodny, chory albo niewyspany, najchętniej nie ruszałby się z domu ani na krok. Owinięty w ciepłą kołderkę pragnie wtedy leżeć w łóżeczku i śnić o krainie miodu albo o chrupaniu pierniczków. Każda podróż dłuży się wówczas, a cel zdaje się być odległy, prawie nieosiągalny. Inaczej rzecz się przedstawia, gdy miś jest szczęśliwy, a tak się właśnie czułem tego dnia, wesolutki i lekki jak skowronek, podróż mija wtedy szybko. Nie marudziłem, tylko dzielnie znosiłem wszystko, nawet pasy ściskające brzuszek, aby jak najszybciej dotrzeć do wioski czarodziejów. 


Siedziałem na pierwszym siedzeniu i nie dość, że wszystko doskonale widziałem - i wstążeczkę szosy wijącą się wśród zieleni pól, i drzewa stojące w szeregu jak żołnierze na zbiórce, i znaki pilnujące drogi, aby przypadkiem się nie zgubiła, i bielutkie podusie obłoków wiszące nad ziemią, to mogłem jeszcze śledzić, jak pani Ania kieruje autem, jak naciska sprzęgło, gaz, hamulec, jak przestawia biegi, jak kręci kierownicą w prawo, w lewo i zerka w lusterko. Z takim kapitanem nasza rakieta nie przepadnie na pewno! Sunęliśmy drogą wśród zieleni, a słoneczne promyki łaskotały nas po noskach, odciskając na nich piegi. Wszystko wokół zdawało się śpiewać:


- Jedziemy na Czempisz! Jedziemy na Czempisz!


Pani Ania też nuciła piosenkę - piękną, wesołą i skoczną. Niestety, nie rozumiałem z niej ani słowa. Przypuszczam, że była napisana w tajemnym języku czarodziejów. A brzmiała mniej więcej tak:


- Czem, czem, czem! Pisz, pisz, pisz! O, o, o! 


Po każdym "o, o, o!" następowała krótka przerwa w śpiewaniu wypełniona rytmicznym poruszaniem głowy - raz na lewo, raz na prawo i trzy razy do przodu. A może nie trzy, tylko cztery albo pięć? Dokładnie nie pamiętam... W każdym razie to była świetna zabawa! Zamierzałem się nawet do niej przyłączyć, lecz mucha Bzyczka, która od jakiegoś czasu z braku innego lokum mieszka w samochodzie, zaczęła mi latać koło ucha i bzyczeć, dokuczać. 


Oj, mucho Bzyczko, czy nikt ci nie powiedział, że niegrzecznie jest przeszkadzać artystom?

 
Mucha Bzyczka nic sobie jednak nie robiła z moich uwag. Bzyczała nadal, mimo że na różne sposoby próbowałem ją od tego odwieść. Szybko mrugałem oczami, szczerzyłem zęby równie groźnie, jak szczerzy kły Zosia, piesek pani Ani, poruszałem językiem we wszystkie strony, dmuchałem lewym kącikiem ust i prawym, a nawet raz machnąłem łapką, ale zamiast w Bzyczkę trafiłem we własny pyszczek. Zezłościłem się wtedy nie na żarty i już miałem uchylić szybę z zamiarem pozbycia się natrętnej mieszkanki auta, gdy pani Ania zahamowała.


- Jesteśmy na miejscu, Porzucku - powiedziała. 


A mnie serce zaczęło bić tak głośno, jakbym miał nie jedno, lecz przynajmniej dwa serca! Musicie wiedzieć, że misie są trochę podobne do dzieci - ich serduszka, na pozór malutkie niczym płatki koniczyny, potrafią pomieścić mnóstwo szczęścia. Moje serduszko było bardzo pojemne, a szczęście, które tak nagle się w nim pojawiło, słodkie jak plasterek miodu. Miałem ochotę wyskoczyć z samochodu niczym z katapulty i nie zważając na nic, pobiec przed siebie, w cudowną krainę magii.
Taki szczęśliwy miś staje się nadzwyczaj lekki, prawie jak piórko albo wiosenny obłoczek. Gdyby nie pani Ania, która najpierw pomogła mi wygramolić się z samochodu, a potem wzięła mnie na ręce jak matka kangurzyca bierze w kieszeń swoje młode, pewnie ze szczęścia uniósłbym się nad ziemię i zaczął bzyczeć niczym mucha. Dopiero by Bzyczka miała uciechę, pomyślałem, uważnie rozglądając się wokół.


W wiosce czarodziejów wszystko na pozór wyglądało zwyczajnie i prawdę mówiąc, przez chwilę czułem się rozczarowany. Nie widziałem domów stojących na kurzej łapce, latających dywanów ani mioteł i co najważniejsze... nie było w niej czarodziejów. 
Były za to małe, futrzaste istoty o spiczastych uszach i długich, cienkich wąsach. Te tajemnicze stworzenia przypominały mi Zosię. Tak jak ona poruszały się na czterech łapach. Co prawda nie ganiały wśród zieleni z wywalonym ozorkiem, nie zaczepiały każdego, gryząc i szarpiąc, z wyrazem zadowolenia w błyszczących ślepkach, rozigrane, psotne, lecz kroczyły powoli, dostojnie z uniesioną głową niczym królowe, śmiało jednak rzec mogę, że miały w sobie coś takiego, że bez problemu polubiłbym je równie mocno jak Zosię. Może ogonek, niestety nie tak puszysty i kręcący się we wszystkie strony jak ten Zosiny, ale równie mięciutki i co najśmieszniejsze, sterczący niczym antenka w samochodzie? Może nosek, wilgotny i chłodny? Mięciutkie futerko we wzorki, czarne, białe, rude, szare łatki, prążki? Ostre pazurki? A może ślepia, tajemnicze, niezgłębione?

 
Pani Ania posadziła mnie na trawie, tuż obok dziwnego, czarnoksięskiego wehikułu o dwóch olbrzymich kołach, niewielkim, czarnym siodełku i śmiesznie zawijanym sterze podobnym do rogów byka. Pojazd ten w niczym nie przypominał latającego dywanu, miotły czy mojego zaczarowanego krzesła. Nie miał też skrzydeł ani silniczka odrzutowego. Mimo to zapragnąłem nim polatać. Niestety, futrzaste istoty obstąpiły mnie i zaczęły obwąchiwać swymi wilgotnymi noskami, mruczały i oblizywały się przy tym z zadowoleniem, niwecząc moje plany. Czyżbyście uwielbiały zapach miodku i cynamonowych pierniczków, zastanawiałem się, patrząc na nie z rosnącym zaciekawieniem. Tymczasem mruczące stworzenia zaczęły mnie (o dziwo!) lizać, jakbym nie był misiem, lecz jakimś smakowitym kąskiem. Poczułem się trochę nieswojo. A co jeśli te futrzaki mnie zjedzą? Zmartwiłem się nie na żarty. Zosia uwielbia gryźć kostki. Nie zdziwiłbym się, gdyby te dziwne istoty lubiły chrupać misie. Nie, nie, to niemożliwe! Na wszelki jednak wypadek zerknąłem na panią Anię, która chyba odgadła moje obawy, bo uśmiechnęła się do mnie serdecznie. Ona zawsze potrafi mnie pocieszyć! Musicie wiedzieć, że uśmiech pani Ani jest jak plasterek miodu, od razu przegania wszystkie zmartwienia i czyni misiowe życie lepszym. Na jego widok błykawicznie przestałem się martwić.


Futrzaki miały małe, różowiutkie języki o szorstkiej powierzchni. Przyznać muszę, że to ich lizanie było dosyć przyjemnie. Lubię, gdy ktoś mnie łaskocze, a one robiły to pierwszorzędnie! Zacząłem nawet cichutko chichotać:


- Chi chi, chi chi, chi chi!


Pani Ania do każdej z tych futrzastych istot zwracała się tak samo, czyli Kici Kici. Tak, tak, nie mylicie się, wszystkie te stworzenia miały na imię Kici Kici! Na początku sam nie mogłem w to uwierzyć, jednak tak długo przecierałem oczka i przetykałem uszy, aż w końcu uwierzyłem! Wśród mruczącej gromadki było więc Kici Kici o białym futerku w szare łatki, Kici Kici całe szare, Kici Kici czarne i Kici Kici brązowe w czarne prążki. Każde z nich przymilnie łasiło się do nóg pani Ani, jakby wspólne imię było dla nich czymś normalnym. Kici Kici, Kici Kici, zacząłem mimowolnie powtarzać w myślach. Kici Kici, Kici Kici! Istne dziwy! Kici Kici, Kici Kici...


I nagle wyobraziłem sobie, jak wyglądałby świat misiów, gdyby wszystkie miały jedno i to samo imię, na przykład Pucuś, Burczuś albo Kuleczka. Czy pani Ania odnalazłaby mnie wtedy i adoptowała? 


Lubię swoje imię. Myślę, że pasuje do mnie jak żadne inne.


Tymczasem Kici Kici dostały jedzonko, kilka Zosinych chrupek, które pani Ania zawsze nosi w torebce, aby w razie potrzeby zaspokojać wilczy apetyt ulubienicy. Psi przysmak najwyraźniej przypadł futrzakom do gustu, bo rozprawiły się z nim w okamgnieniu i zadarłszy wąsate pyszczki, zaczęły domagać się drugiej porcji. O dziwo, potrafiły mówić.


- Miauuuu! Miauuuu! - powtarzały, oblizując się łapczywie.


Co pewnie w kiciusiowym języku oznacza: 


- Proszę, proszę...


Myślę, że mógłbym zaprzyjaźnić się z Kiciami. Są milutkie i co najważniejsze, nie chrupią misiów, tylko Zosine chrupki. 
Zajęte wyszukiwaniem smakołyków, nawet nie spostrzegły, jak zwinnie wdrapałem się na czarnoksięski wehikuł. Wdrapać się to jedna sprawa, a uruchomić silnik i oderwać od ziemi inna, znacznie trudniejsza. Czerwonego guziczka oczywiście nie było tam, gdzie w moim mniemaniu być powinien, czyli przy siodełku! Był za to pasażer na gapę - Kiciuś w szare prążki, z ogonem naprężonym jak antenka samochodowa.


- Miauuu! Miauuu! - Spojrzał na mnie swymi lekko zmrużonymi ślepkami i natychmiast schował się w pojemniku na bagaż zamontowanym z przodu pojazdu.

 
- Miauuu! Miauuu! - zacząłem go przedrzeźniać, dokładnie oglądając wąski pulpit sterowniczy. Niestety, i tu nie znalazłem czerwonego guziczka! 


Tymczasem Kiciuś nieśmiało wychylił ze skrytki pyszczek i powtórzył to swoje:


- Miauuu! Miauuu! 


Tym razem zabrzmiało ono tak żałośnie, że o mało serce mi nie pękło. Wiadomo nie od dziś, że misie mają delikatne i bardzo wrażliwe serduszko, gotowe pomóc każdemu, kto tej pomocy potrzebuje.


- No dooobrze, zostań, Kiciusiu... - szepnąłem czule. - Na pokładzie przyda mi się pierwszy oficer. 


Misiowa wyobraźnia potrafi wszystko, nawet rzeczy z pozoru niemożliwe. Umie na przykład zapełnić puste beczułki miodem, najtwardsze pierniczki dzięki niej stają się chrupiące, a czarnoksięski wehikuł sam unosi się nad ziemią niczym kosmiczny spodek. Jeszcze tylko pierwszy oficer sprawdzi stan techniczny pojazdu i możemy startować!


- Miauuu! Miauuu! - zameldował po chwili i obwąchawszy wszystkie zakamarki, kable, śrubki, rurki i druty, wskoczył do wehikułu.


- Ruszamy! - zawołałem. - Zanim pani Ania nakarmi Kicie, my będziemy już na orbicie!


Zamknąłem oczy, obiecując sobie, że otworzę je dopiero wtedy, gdy znajdziemy się na orbicie okołoziemskiej. W silniku najpierw coś zafurczało, zarzęziło, a potem kilka razy porządnie nami zahybotało. Musiałem mocno się trzymać, żeby nie spaść z siodełka. Czułem, że się wznosimy. 


- Huraaa! Zostałem astronautą! - pomyślałem uradowany.


I wtedy nagle usłyszałem ciche wołanie:


- Misiuuuu, misiuuu, obudź się! Jesteśmy na miejscu! Przed nami Czempisz, wioska czarodziejów.


Otworzyłem oczy. Nie do wiary! To chyba jakieś czary! Czarnoksięski pojazd zniknął. Po Kiciusiach ani śladu, a ja wciąż zapięty w foteliku, śpię z pyszczkiem na podusi Miękusi.


- Ojej, a więc to wszystko mi się śniło?


- Tak, misiu... - szepnęła z uśmiechem pani Ania. - Jesteśmy przecież w wiosce czarodziejów, a tutaj wszystko jest możliwe.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Jonasz · dnia 12.06.2019 15:39 · Czytań: 129 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
alos
20/08/2019 16:40
Dzięki Kushi, cieszę się. Pozdrawiam :) Dzięki Wiktorio… »
Dany
20/08/2019 00:16
Zgrabny limeryk, poprawnie napisany, rozbawił mnie.… »
d.urbanska
19/08/2019 23:15
Dobre, do przemyślenia i sprawne. Z jedną uwagą: "Nie… »
liathia
19/08/2019 20:44
Bardzo mi się czyta i, odczuwa Twój wiersz. Wracam do niego,… »
wodniczka
19/08/2019 20:13
Bardzo ciekawa metaforyka. Podoba mi się ten obraz. Jest w… »
wodniczka
19/08/2019 20:10
Bardzo krótkie i bardzo konkretne. Przemawia. Podoba się.… »
amaranta
19/08/2019 19:53
Bardzo lubię takie wiersze. Nieprzegadane, sama istota… »
wodniczka
19/08/2019 19:41
Witaj i ten cytat: i ten cytat: i końcówka.… »
wodniczka
19/08/2019 19:34
Witaj Dla mnie jeden z Twoich najlepszych. A jak bym mogła… »
wodniczka
19/08/2019 19:32
Cześć Pulsar Czasami lepiej jest przespać niektóre… »
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
Decand
17/08/2019 23:53
Nuira - błądzić jest rzeczą ludzką. Przy czym chętnie… »
domofon
17/08/2019 20:13
Jola S. , chyba się dzisiaj upiję. Wielkie dzięki Pulsar,… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:3harperc911yN7
Wspierają nas