Gra trzecia część - Kazjuno
Proza » Historie z dreszczykiem » Gra trzecia część
A A A
Od autora: Może to wina mojego komputera. Nie wiem dlaczego pogrubia się początek
następnego fragmentu.
Bardzo proszę redakcję o odchudzenie tego kawałka. Jak się nie da to trudno.

Tu dalsza część, w której pokazuję działania służb PRL w akcji Żetony.
Wprawdzie nie zadebiutowała w niej jeszcze Monika, lecz najął mnie do niej
mój aktor - oficer bezpieki.
W następnych rozdziałach, będzie się trochę działo, a mam nadzieję, że poniższe Was też nie zanudzą.
Zastanawiam, czy malowanie tak obszernego tła wydarzeń tamtych lat
jest potrzebne, bo osią wydarzeń ma być Monika, ja i Romek Waszkiewicz.
Tymczasem rozwijam wątki poboczne i sam nie wiem, czy potrzebnie(?).
Może krytycznie odniosą się do tego koleżanki i koledzy z PP, o co uprzejmie proszę.

Cóż, zajmującego czytadełka, życzę jako autor, wasz przyjaciel, Kaz
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

 

Rozdział 5 Dziewczyna z miasta

Nastało lato 1971 roku, a piętnastoletnia Monika nie bała się już matki. Jeszcze przed dwoma miesiącami należała do wyróżniających się juniorek klubu strzeleckiego Legia. Miała za sobą uczestniczenie w niejednych zawodach i rok przedtem,przyczyniła się do zdobycia przez swoją drużynę mistrzostwa oraz lauru w postaci pucharu generała Krzemienia – dowódcy Warszawskiego Okręgu Wojskowego.

– Gdzie podziała się twoja błękitnooka ślicznotka Jabłońska? – Ta sokoliczka wystrzelała nam tyle pucharów – zwrócił się do instruktora Mutyni generał w czasie uroczystego wręczania nagród.

– Nie mogłem jej włączyć w skład drużyny towarzyszu generale. Mam z nią pewne kłopoty wychowawcze – odpowiedział zakłopotany trener strzelectwa, biorąc do ręki pomalowaną złotą farbą paterę za zdobycie trzeciego miejsca dla juniorek Legii.

– Szkoda by było zmarnować taki talent kolego. Myślałem nawet o włączeniu jej do kadry nadziei olimpijskich na igrzyska w Monachium – wyraził rozczarowanie honorowy patron zawodów i zarazem prezes Polskiego Związku Strzeleckiego.

– Na razie jest dyscyplinarnie zawieszona, towarzyszu generale – odpowiedział trener Mutynia, nie potrafiąc ukryć grymasu niezadowolenia.

Nie miał ochoty nikomu z sekcji strzeleckiej klubu Legia zwierzać się z osobistych problemów, a tym bardziej tak ważnej osobistości, jak stojący przed nim generał w galowym mundurze.

 

Już od dwóch miesięcy, od chwili wyprowadzenia się od matki Moniki, nie widział jej córek. Piętnastoletnia Monika miała do niego żal.

– Sam namówiłeś ją do picia – pamiętał jej słowa. – Nie wiesz, że alkoholiczka jak tylko posmakuje wódę, to musi pić dalej? – mówiła, gdy pakował swoje rzeczy, a matka spała zamroczona alkoholem.

Dziewczyna miała rację. Po bankiecie w oficerskiej kantynie, odbywającym się rokrocznie dziewiątego maja z okazji dnia zwycięstwa nad faszyzmem, przyszedł do domu na chwiejnych nogach. Zaproponował konkubinie wspólne wypicie przyniesionej ćwiartki wódki. Następnego dnia, po powrocie z przedpołudniowych zajęć na strzelnicy, zastał Leokadię pijaną. Na nic zdawały się jego prośby i perswazje, by pohamowała się z piciem. Przez dwa tygodnie znosił coraz gorszy bałagan, panujący w mieszkaniu. Co go najbardziej bolało to obelgi pod własnym adresem, wykrzykiwane przez pijaną Leokadię.

– Wiem chamie, że chcesz pierdolić moją córkę! – krzyknęła na klatkę schodową, gdy wychodził z Moniką na strzelecki trening.

Po tej obeldze powiedział Monice, że przelała się miarka. Nazajutrz, wynosząc do czekającej na ulicy taksówki dwie walizki ze swoim dobytkiem, zobaczył wracającą ze szkoły córkę kochanki. Spotkali się na chodniku przed bramą. W tym czasie Leokadia piła wódkę u sąsiada palacza kotłowego, mieszkającego dwa piętra pod mieszkaniem Jabłońskich. Tego samego, którego parokrotnie nie wpuścił do mieszkania, bo sąsiad próbował wnieść alkohol.

– Zostawiasz nas? – zwróciła się dziewczyna do Mutyni.

Patrzyła na niego z pretensją.

– Na razie wyprowadzam się do siostry na Żoliborz. Ale poczekaj – zwrócił się do odchodzącej dziewczyny. – Dam ci stówę – dodał, kładąc na chodniku walizki i wyjmując z kieszeni wymięty banknot. – W lodówce są parówki i żółty ser. Przyjdź dzisiaj na trening. Pomyślimy, co dalej...

 

Tego popołudnia Monika nie pojechała na strzelnicę, następnego dnia zrezygnowała z pójścia do szkoły. Przez kolejne parę dni, kiedy jej matka zaczynała wreszcie trzeźwieć, uczęszczała na wagary. Po wydaniu ostatnich złotówek, które pozostały jej z banknotu od Mutyni, poczuła się głodna. Postanowiła odwiedzić starszą koleżankę z sąsiedniej bramy. Monice imponowała piękna, o gęstych opadających na ramiona włosach, blondynka Mariola. Zachwycała się jej seksowną figurą i gustownie noszonymi, drogimi ciuchami. Osiemnastoletnia sąsiadka mieszkała sama. Sądząc po jej garderobie, sprawiała wrażenie osoby dobrze radzącej sobie w życiu. Jej młodszy brat, kiedyś inicjator zabaw w Warszawskich Powstańców, ten zwracający na siebie uwagę posiadaniem hitlerowskiego hełmu z biało czerwoną opaską, siedział od roku w poprawczaku. Także ich matka rzadko odwiedzała pozostawione mieszkanie. Żyła podobno z bogatym rencistą, posiadającym kiosk warzywny na Pradze. Przed dwoma laty Monika zaimponowała Marioli. Do piwnicy ich bloku przyniosła wiatrówkę i blaszane pudełko ze śrutami. Zorganizowała strzelecki konkurs dla zgromadzonych kilkunastu chłopaków z sąsiedztwa. Razem z bratem pojawiła się, wyróżniająca się urodą Mariola. Jej obecność ożywiła młodocianych uczestników rywalizacji w strzelaniu do celu. Licząca trzynaście lat Monika zdeklasowała starszych wyrostków, ledwo trafiających z dziesięciu kroków w tarczę. Na pięć oddanych strzałów z wolnej ręki trzy razy umieściła wystrzelone śruty w środku tarczy, tylko dwa były w pobliżu centrum zaczernionego na papierowej tarczy – jeden w „dziewiątce” a drugi w „ósemce”.

Długonoga piękność z sąsiedztwa wygłosiła wtedy zjadliwy komentarz pod adresem umizgujących się do niej chłopaków i ich mizernych umiejętności strzeleckich.

– Strugacie chojraków, a jakby była wojna to taka panienka wystrzelałaby was jak kaczki.

Zapytała też Monikę, czy nie nauczyłaby ją strzelać. Spotykały się w piwnicy parę razy, lecz Mariola nie okazała się cierpliwą uczennicą. Ciągle się spieszyła i nie wsłuchując się w porady Moniki, takie same, jakich udzielał jej w czasie treningów Mutynia, wydawała się myślami nieobecna. Czasem odkładała karabin pneumatyczny i podchodziła do piwnicznego okienka, sprawdzała, czy pod jej bramę nie podjechał na skuterze przystojny elegant, z którym miała romans. Później się okazało, że ten dobrze zbudowany właściciel lśniącej Lambretty, którego z roztargnieniem wypatrywała starsza koleżanka, był żonaty i miał dwójkę małych dzieci. Niezapomnianym wydarzeniem sprzed ponad roku stał się pożar na chodniku przed bramą Marioli:

Monika właśnie sprawdzała widelcem miękkość gotowanych ziemniaków, kiedy usłyszała od strony okna dwa trzaski tłukącego się szkła. Moment potem zatrzęsły się szyby od dwóch głuchych detonacji i nagle rozjaśniła się kuchnia. Podbiegająca do okna piętnastolatka, zobaczyła przerażający płomień sięgający drugiego piętra. Za chwilę z bramy naprzeciwko wyskoczył rozpaczliwie wzywający pomocy kochanek Marioli. Paliła się jego Lambretta, a on usiłował zgasić ogień. W efekcie sam doznał oparzeń. Jednoślad ugaszono dopiero po akcji straży pożarnej. Właściciel zgliszcz jednośladu prezentował się żałośnie. Wył głosem rannego psa, a z nadpalonego garnituru, ociekającego od gaśniczej piany, unosiła się mgiełka pary. Do karetki pogotowia wsadzili go przemocą dwaj strażacy. Parę dni później, przy chodniku, zaczernionym jeszcze od spalenizny, zatrzymał się milicyjny radiowóz. Po chwili z bramy naprzeciwko wyprowadzono brata Marioli. Sprawca detonacji koktajli Mołotowa miał zaciśnięte bransoletkami kajdanków ręce, spięte z tyłu, na wysokości pośladków.

 

Od tego czasu w życiu atrakcyjnej sąsiadki zapewne zaszło wiele zmian. Wielokrotnie przyjeżdżała pod dom taksówką.

To zwykła kurewka. Ona się puszcza za pieniądze – domyślała się na głos sąsiadka z dolnego piętra, stojąca w kolejce u rzeźnika.

Monika poczuła się dotknięta. Oczekując na zakup kawałka kaszanki, schowana za plecami kobiety pasjonującej się plotkowaniem, zauważyła niecodzienną w ich dzielnicy scenę. Mariolę widać było przez szybę wystawową, opartą biodrami o błyszczący kabriolet ze szwedzkimi blachami rejestracyjnymi. Rozmawiała z siedzącym obok kierowcy mężczyzną. Na tle ścian budynku po drugiej stronie ulicy odróżniała się od bezbarwnych, mijających ją przechodniów. Prezentowała się jak filmowa gwiazda, która przez przypadek znalazła się w niewłaściwym miejscu o nieodpowiedniej porze. Ten widok wywołał w Monice skojarzenie z kolorowymi zdjęciami z zagranicznych magazynów mody albo ilustrowanych brukowców, których nakład powiększały skandalizujące artykuły o życiu celebrytów. Zafascynowała się niewiele od niej starszą koleżanką.

Miała rację, pozbywając się wymuskanego cwaniaka ze spalonym skuterem” – pomyślała z uznaniem o koleżance z sąsiedztwa.

Zamiana właściciela spalonego skutera na towarzystwo odwiedzających ją elegantów ze Śródmieścia, wcale nie dowodziła, że była dziwką.

 

* * *

 

– Odbiło ci? Czemu mnie tak wcześnie budzisz? Przyszłaś mnie namówić, żebym poszła z tobą postrzelać? – zdziwiła się nazajutrz zaspana piękność z sąsiedztwa na widok Moniki.

Stojąca boso w drzwiach swojego mieszkania Mariola miała na sobie drogi szlafrok, który owinięty wokół kształtnego ciała przytrzymywała dłonią na przewężeniu kibici.

– Nie chodzi o strzelanie. Tym razem ja chcę cię o coś poprosić. Nie masz czegoś do jedzenia? – zapytała piętnastolatka.

– Wejdź. Nie będziemy rozmawiały na korytarzu.

Wprowadziła młodszą sąsiadkę do pokoju, mogącego uchodzić za elegancki salonik. W kącie pomieszczenia stał, nieosiągalny w owym czasie dla przeciętnych obywateli, telewizor Panasonic, obok dwie kolumny głośników i adapter firmy Grundig. Na ścianie wisiało duże olejne płótno, prezentujące akt dziewczyny namalowanej w manierze impresjonistów hołdujących technice puentylizmu.

– Ty jesteś na tym obrazie? – zapytała Jabłońska, dopatrując się w rysach postaci, stworzonej kropeczkami olejnych farb, podobieństwa do Marioli.

– Można mnie rozpoznać? – zdziwiła się gospodyni mieszkania, głosem zawierającym domieszkę kokieterii. – Usiądź, a ja przyrządzę ci parę kanapek.

Mimo panującego nieładu; rajstop zwisających z oparcia fotelu, pokrytego obiciem przypominającym prawdziwą skórę, leżącego na dywanie, nowego, śnieżno białego biustonosza o dużym rozmiarze, wnętrze pokoju wydało się Monice bardzo luksusowe. Blat stolika, stojącego przy kanapie z podobną do fotela skóropodobną tapicerką, był z grubej szyby ołowiowej. Podobne stoliki widziała raz w życiu, kiedy w towarzystwie Mutyni, szukającego jakiegoś ważnego pułkownika, weszła do kawiarni przy Hotelu Europejskim. Także panujący w pomieszczeniu aromat, podobny do zapachu w sklepie Peweksu, potęgował wrażenie znalezienia się w enklawie dobrobytu.

– Nie wiedziałam, że ci się tak dobrze powodzi – nieśmiało odezwała się przybyła dziewczyna do wchodzącej koleżanki z talerzem zawierającym kanapki z wędliną, ubarwioną drogimi o tej porze roku plasterkami pomidora.

– Trochę pomaga mi mama, ale na życie zarabiam sama – z dumą zaznaczyła Mariola. – Teraz coś zjedz. Zrobiłam ci przekąskę z salami. Zaraz napijemy się prawdziwej kawy – dodała przyjemnym tonem głosu. – Usiądź przy stoliku – zachęciła sąsiadkę, kładąc na szklanym blacie przyniesiony talerz.

Wygłodniała Monika zaczęła pośpiesznie jeść kromkę z cienko pokrojoną, nieznaną sobie wędliną, a właścicielka mieszkania wyjęła z kieszeni szlafroka paczkę niedostępnych w tytoniowych kioskach papierosów Marlboro.

– Przepraszam cię za bałagan – odezwała się Mariola.

Trzasnęła zapalona przez nią zapałka. Schyliła się po leżący na dywanie stanik i zdjęła rajstopy z oparcia fotela. Trzymając marlboro w ustach, odłożyła bieliznę na półkę kredensu. Następnie rozsiadła się wygodnie w fotelu i pociągając amerykańskiego papierosa, patrzyła na sąsiadkę, przełykającą z apetytem poczęstunek.

– Czy wiesz, że jesteś bardzo ładną dziewczyną?

Piętnastolatka, przeżuwając właśnie spory kęs, rzuciła w stronę Marioli uśmiechnięte spojrzenie. Gdy przełknęła, zaskoczyła sąsiadkę pytaniem:

– Nie poradziłabyś jak zarabiać pieniądze? Mogę robić wszystko. Byleby nie klepać biedy. Chciałabym pracować – dodała, widząc w oczach właścicielki mieszkania cień podejrzliwości.

– Sąsiedzi mówią, że zarabiam dupą, jak zwykła prostytutka. Ty też tak myślisz?

– Nie wiem, co ty robisz, ale zawsze mi imponowałaś.

Mariola zaciągnęła się ponownie papierosem, spojrzała wnikliwie na przybyłą sąsiadkę, po czym zaokrągliła usta i wypuściła chmurkę dymu w kształcie oddalającego się od ust wirującego kółka.

– Jak chcesz, to zabiorę cię dzisiaj do miasta. Poznam cię z moim nowym chłopakiem i jego kolegami. Jednak uważaj, paru z nich to bezwzględne skurwysyny. Mogą chcieć cię wykorzystać – dodała ostrzegawczym tonem. – Przyjdź po południu, gdzieś koło trzeciej. Pomogę ci coś zrobić z włosami. Przydałoby się też trochę makijażu, bo wyglądasz jak pensjonarka z przyklasztornej szkółki.

– Ja nie mam nic ładnego do ubrania – wyrzuciła z siebie zawiedzionym głosem podekscytowana Monika.

– Coś dla ciebie znajdę. Jestem tylko niewiele od ciebie wyższa. Ty masz bardzo ładną figurę. We wszystkim będzie ci do twarzy – pocieszyła sąsiadkę starsza koleżanka.

 

 

 

Rozdział 6 Kozioł ofiarny

 

Lolo stał się typowym i odstraszającym przykładem esbeckiego agenta, który sprzeniewierzył się zasadom instrumentalnego traktowania cichodajek. Jego oficerem prowadzącym był Adam Łukomski. Lola wytypowano i zwerbowano jako tajnego współpracownika po jego brawurowej ucieczce z więzienia w Rawiczu, której dokonał, wykazując się niezwykłym sprytem i odwagą. Latem minionego 1971 roku, mającemu za sobą pięcioletni pobyt w zakładach karnych agentowi, przydzielono zadanie wprowadzenie przeniesionego z Wrocławia Adama do kręgów warszawskiego światka przestępczego. Po pewnym czasie i kilku wspólnych akcjach, między młodym zdolnym oficerem bezpieki, a odważnym kryminalistą nawiązała się nić przyjaźni. Ku niezadowoleniu bezpieczniackich mocodawców, Lolo, wydający się twardzielem, rozczarował Adama oraz nadzorującego resortowe przedsięwzięcia majora MSW Piwnika. Pracujący dla bezpieki kryminalista zakochał się w Marioli współpracującej z peerelowskimi służbami – sąsiadce nieletniej Moniki. Nastąpiło to w czasie, kiedy starszą koleżankę piętnastolatki włączono do akcji o kryptonimie ŻETONY. Seksowna blondynka odwzajemniła miłość Lola. Jednak ich wzajemne uczucie zaczęło paraliżować operacyjne zadanie. Akcja Żetony, obok innych esbeckich działań, miała otworzyć śluzę, przez którą wpłynęłaby dla wywiadu PRL pokaźna ilość twardej waluty.

 

Wiosną 1971 roku, po grudniowej masakrze dokonanej przez milicję i wojsko na protestujących robotnikach z wybrzeża, w polityce wewnętrznej Polski zaszły duże zmiany. Nowa ekipa komunistycznych przywódców pod wodzą Edwarda Gierka przystąpiła do realizacji, obiecanego narodowi postulatu o bardziej ludzkim obliczu socjalizmu. Zmieniono politykę gospodarczą, zawierając, najczęściej niefortunne umowy handlowe z krajami zachodniej Europy. Przedsięwzięciem, na które zwróciła uwagę Służba Bezpieczeństwa, stały się dziesiątki salonów gier hazardowych, otwartych w polskich miastach. Do wielkiej sieci lokali rozrywkowych w całej Polsce sprowadzono parę tysięcy amerykańskich automatów, zwanych jednorękimi bandytami. Amatorzy hazardowych profitów wrzucali do nich setki tysięcy oryginalnych żetonów. Takie same żetony wrzucano w podobnych salonach w krajach, położonych za żelazną kurtyną. W Polsce żeton kosztował trzy złote, a w krajach zachodnich około dolara. Przelicznik więc był prosty: cena dolara wynosiła w Polsce około stu złotych, więc zysk po sprzedaniu żetonu wymienionego na przykład w Szwecji, był ponad trzydziestokrotny. O takim przeliczniku cinkciarze mogli tylko pomarzyć. Uknuty plan był prosty, należało żetony wykupić i przemycić na zachód, po czym wymienić w kasach salonów szwedzkich, zachodnioniemieckich, holenderskich, czy innych krajów zachodnioeuropejskich.

 

Jako jednego z wielu kozłów ofiarnych, mających być użytym do transportu żetonów z Warszawy do Sztokholmu i innych miast europejskich major Piwnik wyznaczył, planującego przyjazd do Polski, młodego Warszawiaka zamieszkałego na stałe w Szwecji, Wacka Jóźwiaka. Major MSW, dane personalne figuranta otrzymał szyfrem z polskiego konsulatu w Sztokholmie. Uzyskane zostały podczas formalności, jakie dopełniał, załatwiając wizę wjazdową. Ten nieświadomy rozgrywającej się wokół niego intrygi, były pensjonariusz zakładu poprawczego rówieśnik Adama Łukomskiego, miał być przejęty w Warszawie. Wacek Jóźwik znalazł się w Szwecji przed dwoma laty, dzięki ożenkowi z Żydówką, która opuściła Polskę po masowym wydaleniu Żydów w1968 roku. Już od dawna pragnął odwiedzić swoją rodzinę i spotkać się z kolesiami z ulicy Targowej na Pradze. Do Świnoujścia płynął promem Skipper Clement, zaopatrzony w szwedzki paszport z pieczęcią peerelowskiej wizy. Ekscytowała go perspektywa zaprezentowania dwóm młodszym siostrom, kuzynom oraz szemranym kolesiom nowego nabytku, trzynastoletniej limuzyny mercedes – sedan. Możliwość pokazania się znajomym z dzielnicy w skórzanej kurtce i ciemnych okularach marki Gucci, w dodatku za kierownicą, niemożliwego do osiągnięcia przez kolegów mercedesa, rozpierała go dumą. Przy okazji chciał udowodnić ojcu alkoholikowi – szmalcownikowi z czasów okupacji – że był w błędzie, potępiając wybraną przez niego żonę.

 

– Żydówa w mojej rodzinie? Po moim trupie! – brzmiały mu w głowie zapamiętane słowa rodzica, gdy syn wyznał mu plan emigracji na zachód, razem z potajemnie poślubioną sympatią.

Młoda żona, Żydówka, za własne pieniądze kupiła pomarańcze i ananasy dla jego sióstr, dwadzieścia tabliczek bakaliowych czekolad Ritter oraz trzy swetry z szetlandzkiej wełny. Te drogocenne dary dla biednych Jóźwiaków z trudem wiążących koniec z końcem, oczywiście z winy ojca alkoholika, spoczywały w bagażniku lśniącej limuzyny. Auto błyszczało wypolerowane pastą, kupioną specjalnie na tę okazję. Granatowy mercedes stał unieruchomiony podłożonymi pod koła klockami, tak by nie przesunął się w trakcie kołysania promu. Ulokowany był w ładowni, na pokładzie transportowym wraz z innymi samochodami, których większość stanowiły ciężarówki. Wacek, wysoki blondyn, wyelegantowany w zgodzie z panującymi w stolicy Szwecji kanonami mody, parokrotnie wsiadał do nowego nabytku. Przeglądał się w lusterku umieszczonym nad przednią szybą, sprawdzając doskonałość rysów twarzy.

 

– Napijesz się koleś kielicha? – zagadnął go, siedzący przy barze w restauracji promu, podobnie do Wacka, modnie ubrany młody mężczyzna. – Jurek jestem – przedstawił się współpracujący ze służbą bezpieczeństwa cinkciarz ze Szczecina. – Chodź, jebniemy po jednym głębszym – zwrócił się śmielej, do wahającego się Wacka.

– Jestem kierowcą – odpowiedział Warszawiak. – Muszę dojechać do rodzinki na Pragie, aż do stolicy.

– Kładź chuja na jebaną milicję. Jak po secie dmuchniesz w balonik, to nawet nie zobaczą.

 

Po trzeciej szklaneczce Finlandii, zabarwionej pomarańczowym sokiem z kostką lodu, Wacka ogarnęła euforia:

– Targam, kurwa, do Polski mercedesa! Kumasz koleś? Będę panem na swojej dzielnicy. Zanim wyjechałem na zachód, byłem zwykłą łajzą. A teraz? Jak mnie zobaczą dziwki, to się poszczają na widok mojej fury.

– Ja mam Wacek inny problem – przerwał przechwałki rozmówcy cinkciarz ze Szczecina. – Dupy, to jak masz jaja, możesz zmieniać jak rękawiczki, a matkę ma się tylko jedną. Moja jest chora i potrzebuję waluty na jej zagraniczne leki – dodał, przybierając dramatyczny wyraz twarzy. – Mógłbyś mi pomóc i sprzedać parę setek koron. Zapłacę jak na czarnym rynku.

 

Z faktu, że został oszukany jak dęty frajer, Wacek zdał sobie sprawę, gdy płacił za ropę do mercedesa na stacji benzynowej w Międzyzdrojach. W złożonym na pół pliku banknotów wyciągniętym z kieszeni, które Jurek odliczał, kładąc na swój portfel nominały pięćsetzłotowe z wizerunkiem górnika, były tylko dwie pięćsetki. Reszta, trzymanej w dłoni sterty pieniędzy zamieniła się, jakimś niepojętnym sposobem w pięćdziesiątki, a nawet nominały dwudziestozłotowe.

– Jak ten chuj to zrobił?! – krzyknął Wacek przy kasie stacji paliwowej. – Jak go dopadnę, to skurwysna zabiję! – wrzasnął, przeklinając szczecińskiego cinkciarza.

Wystraszył patrzącą na niego z niepokojem kasjerkę w fartuchu opatrzonym parcianą naszywką ze spranym oleodrukiem CPN.

Proszę się tak nie wyrażać – zaatakowała kasjerka zrozpaczonego młodego mężczyznę. – Czuć od pana alkohol. W takim stanie prowadzić samochód? Mogę zaraz wezwać milicję.

 

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 19.06.2019 02:43 · Czytań: 189 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 12
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 20.06.2019 10:02
Jeśli to ma być część książki, to się obroni ta ilość drobiazgów, ale jeśli krótszy tekst, to moim zdaniem nie. Za dużo szczegółów. Ot, choćby ten przykład:
Cytat:
Ulokowany był w ładowni, na pokładzie transportowym wraz z innymi samochodami, których większość stanowiły ciężarówki.

Po co komu taka informacja? Do treści, akcji czy klimatu nic nie wnosi. I takich drobiazgów jest mnóstwo.

Znalazłem jeden błąd inny niż interpunkcja: (pewnie było ich więcej)
Cytat:
Przedsięwzięciem, na które zwróciła uwagę Służba Bezpieczeństwa, stały się dziesiątki salonów gier hazardowych,

w pierwszej części masz liczbę pojedynczą, a w drugiej mnogą.


Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 20.06.2019 10:37
Dzięki Antosiu za przeczytanie.
To jest bardzo długie opowiadanie - już mam 11 rozdziałów - ale czy to będzie książka? Chyba nie, a może książeczka, bo przewiduję około 100 stron i dopisać muszę jeszcze 4, a może 5 rozdziałów.

Jednak chcę bronić (choć nie jestem pewien, czy w pełni zasadnie) poniższego cytatu:
Cytat:
Ulokowany był w ładowni, na pokładzie transportowym wraz z innymi samochodami, których większość stanowiły ciężarówki.

Opisuję tu wprowadzoną do epizodu "Żetony" postać Wacka, chcąc przedstawić jego stan ducha. Maluję scenę, gdy natchniony życiowym sukcesem (wszak targa do Warszawy mercedesa) popada w narcystyczne samouwielbienie. W tejże okrętowej ładowni, siedząc za kierownicą wiezionego "skarbu", we wstecznym lusterku zachwyca się doskonałością własnego odbicia. Nie wyrzucałbym tego opisu, dużo mówi o "bohaterze".

Także broniłbym drugiego cytatu:
Cytat:
Przedsięwzięciem, na które zwróciła uwagę Służba Bezpieczeństwa, stały się dziesiątki salonów gier hazardowych,

Jednym przedsięwzięciem władz Gierka (a może to i jego osobisty pomysł) było stworzenie sieci salonów gier. Więc jedno przedsięwzięcie w efekcie powstaje wiele salonów. (Liczba pojedyncza i w tym samym zdaniu mnoga).
Czy to jest błąd?
Co do interpunkcji, za co Ci jestem bardzo wdzięczny, to przepuściłem ją przez podarowany mi przez Ciebie elektroniczny korektor. Powinna być OK.

Serdecznie pozdrawiam, życząc świątecznego relaksu.
AntoniGrycuk dnia 20.06.2019 10:50
Z drugim przykładem masz rację.
A co do interpunkcji to Ci mówiłem, że LT nie jest idealny. To, co u Ciebie występowało najczęściej, to brak przecinków przy oddzielaniu wołaczy, np: To jest, Staszku, cukier.
I poza tym:
Cytat:
Przez dwa ty­go­dnie zno­sił coraz gor­szy ba­ła­gan, pa­nu­ją­cy w miesz­ka­niu.

niepotrzebny przecinek. Nie zawsze go dajemy przy imiesłowach przymiotnikowych - poczytaj o tym.

Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 20.06.2019 11:58
Dzięki Antosiu za wyjaśnienia i propozycję pogłębiania wiedzy o języku literackim.

Miłego dnia
d.urbanska dnia 21.06.2019 16:58
Witaj miły autorze :) Tekst ciekawy i bogaty. Ale... Na początek cytat : "Po tej obeldze powiedział Monice, że przelała się miarka."" Miarka się przebrała, zaś przelać może się czara goryczy - takie są kanony. Poza tym masz nieustającą tendencję do ogromnej ilości zbędnych szczegółów, które niepotrzebnie zaciemniają tekst. Cytat: "Po chwili z bramy naprzeciwko wyprowadzono brata Marioli. Sprawca detonacji koktajli Mołotowa miał zaciśnięte bransoletkami kajdanków ręce, spięte z tyłu, na wysokości pośladków." Spokojnie wystarczyłoby "Po chwili z bramy naprzeciwko wyprowadzono skutego kajdankami brata Marioli" Albo cytat: "– Nie wiedziałam, że ci się tak dobrze powodzi – nieśmiało odezwała się przybyła dziewczyna do wchodzącej koleżanki z talerzem zawierającym kanapki z wędliną, ubarwioną drogimi o tej porze roku plasterkami pomidora." = – Nie wiedziałam, że ci się tak dobrze powodzi – nieśmiało odezwała się przybyła do koleżanki z talerzem kanapek z wędliną, ubarwioną drogimi o tej porze roku plasterkami pomidora. Przybyła dziewczyna to za dużo, podobnie jak gospodyni mieszkania (spokojnie wystarczy gospodyni). To tylko niektóre uwagi stylistyczne, ale sztuka opowiadania ok. Sorry, że nie mogę się powstrzymać przed poprawianiem, ale tak już mam. Jakaś purystka we mnie siedzi :) Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 22.06.2019 06:51
D.Urbanska,
Twoje wizyty mnie nobilitują, a spostrzeżenia są tak celne, że byłbym głupcem, gdybym nie wziął ich pod uwagę.
Poprzednie Twoje i Antoniego krytyki skłoniły mnie do przeróbek i naniosłem je do zgromadzonego poza PP tekstu Gry. Tu w Portalu Pisarskim jakoś nanosić mi się nie chce, choć technicznie jest to możliwe.
Także przerobię tekst powyższy i jestem przekonany, że po wprowadzeniu korekt w duchu Twoich uwag, te dwa rozdziały zyskają na jakości.
Więc mimo rumieńca wstydu, że z taką łatwością obnażyłaś kalectwo mojego warsztatu, jestem Ci wdzięczny i kłaniam się z pokorą.
Kończąc, całuję Twoją dłoń Madame i serdecznie pozdrawiam, życząc miłej niedzieli.
Kj
PS Odpisałem z opóźnieniem, bo wczoraj przemieszczałem się z Wałbrzycha do stolicy.
Marek Adam Grabowski dnia 22.06.2019 11:43
No i mamy trzecią część. Cenię w twej twórczości umiejętność oddania PRL-wskiego klimatu. Jednak sama fabuła tym razem mnie zawiodła. Nie widzę tutaj związku logicznego z poprzednimi częściami. A to co napisałeś też nie zachwyca. Najpierw mamy (może miły, ale na pewno nie porywający) opis życia jakiś małolaty, a potem ni z gruszki ni z pietruszki przechodzimy do historycznego felietonu.

Pozdrawiam
Ps. 100 stron to książka. Mała, ale książka.
al-szamanka dnia 22.06.2019 18:15 Ocena: Świetne!
A ja Ci daję świetne, bo ani nie rażą mnie detale, wręcz przeciwnie, a na interpunkcję przestałam zwracać uwagę.
Masz bardzo soczysty i barwny styl, potrafisz wciągnąć czytelnika.
Akcja toczy się wartko i łatwo wyczuć, że to nie jakieś zmyślone powiastki, ale że rzeczywiście wszystko to się działo.
W związku z tym mam pytanie.
Czy nazwiska osób są prawdziwe?
Bo jeżeli tak, to wiesz... prawo, ochrona wizerunku itp.
Czekam na cdn.

pozdrawiam :)
Kazjuno dnia 22.06.2019 18:55
Urocza, Al Szamanko
Przede wszystkim bardzo dziękuję za przeczytanie, miły wpis i wspaniałą ocenę.

Przyznam się, że wdepnąłem na grząski grunt. Najpierw pisałem ad muzom, czyli tak dla siebie, nie myśląc, że będę to publikował. No i coś mnie podkusiło. Nie zmieniłem części nazwisk. Oczywiście przewiduję kłopoty, ale istnieje techniczna możliwość usuwania tekstów. I chyba skorzystam z tej opcji, a puki co "hulaj dusza piekła nie ma"... W wersji papierowej, którą mam w planie zamierzam pozmieniać wszystkie nazwiska i imiona.

Ponadto wysoko oceniam Twoją spostrzegawczość. Ta opowieść jest rzeczywiście do bólu oparta na faktach. Coś tam musiałem sobie wyobrazić. Na przykład podróż Wacka promem ze Szwecji i jego stany emocjonalne. Jednak osobiście go poznałem w czasie akcji Żetony, o czym będzie wkrótce.

Pozdrawiam, Kj
Madawydar dnia 24.06.2019 11:42 Ocena: Świetne!
Witaj Kaz

Powiem krótko. Temat mnie wciągnął i teraz czytam jak powieść w odcinkach. To zresztą dla mnie nic nowego, bo w PRL-u takie fragmenty powieści, czy dłuższych opowiadań często pojawiały się w różnych gazetach i czasopismach, ba nawet na niektóre z nich czekało się z niecierpliwą ciekawością do następnego wydania numeru niczym na kolejny odcinek ulubionego serialu. Rzeczywiście sporo tu wątków i wciąż pojawiają się nowe. Boję się, że z czasem się tu pogubię kto jest kto i kto kiedy i gdzie....Może dobrze by było co jakąś szpaltę wstawić czytelnikowi jakieś przypomnienie?
Czekam następnego numeru zatem.

Pozdrawiam .

Madawydar
Kazjuno dnia 24.06.2019 12:48
Cześć Szacowny Madawydarze
Wiesz, jestem Ci podwójnie wdzięczny. Poza komplementami - nie oszukujmy się, każdy autor jest na nie łasy - dołożyłeś mi bardzo cenną podpowiedź!
Tak, Ty nie pierwszy zwróciłeś mi uwagę, że kreowana w Grze dramaturgia, jest coraz to bardziej nie przejrzysta.
I tak zrobię.
W tej chwili nie mam czasu, bo powinienem taką wstawkę już tu instalować. Chwilowo jestem w Warszawie, ale jak wrócę do swojego ciemnogrodu naszpikuję poprzednie kawałki i najnowsze wstawkami.
Brawo, Madawydarze! Poza literackim talentem, jesteś bardzo bystrym facetem.

Pozdrawiam, Kj
Madawydar dnia 25.06.2019 11:18 Ocena: Świetne!
Dzięki Kaz. :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
andro
15/09/2019 23:00
i nikt nie przystaje - w sensie, że za mało w nich… »
bruliben
15/09/2019 22:51
Sugestywnie napisane o muzyce i wspomnieniach. Te pocztówki… »
bruliben
15/09/2019 22:44
Rzeczywiście widać w tekście częste obcowanie za śmiercią.… »
Kapelusznik
15/09/2019 21:59
Oj... A myślałem że to ja piszę długie opisy... hooo...… »
Bartek Otremba
15/09/2019 21:29
Fakt, zdecydowanie do poprawy — też naszła mnie taka… »
voytek72
15/09/2019 19:08
Madawydar - podziękowania za wizytę i opinię :) »
AntoniGrycuk
15/09/2019 18:46
Tak, zaduma spowodowana śmiercią... Ja wiem jedno, co… »
mike17
15/09/2019 18:32
Bardzo mi się podoba, Edyto, naprawdę jest tu lekkość i… »
mike17
15/09/2019 18:14
Bardzo trafne spostrzeżenie, Yaro, zgadzam się w zupełności.… »
mike17
15/09/2019 18:05
Rafi, ciekawy ten Twój wiersz :) Zgrabnie dobierasz słowa i… »
Dobra Cobra
15/09/2019 16:35
A Ty, Ty... Kasia z bliska, Jakie interesujące tematy… »
Dobra Cobra
15/09/2019 16:29
Nooo, jakie doświadczenie przez piszącą przemawia.… »
Kamila N
15/09/2019 14:56
O ile dwa pierwsze postulaty dotyczą samej osoby mówiącej, o… »
Marek Adam Grabowski
15/09/2019 14:48
Dzięki za przeczytanie. Ująłeś sedno; moja twórczość to… »
Kapelusznik
15/09/2019 14:34
"Nie miałam" - chyba ... HA HA HA HA HA HA… »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/09/2019 14:25
  • Siemanko, Krzyśku :)
  • bruliben
  • 15/09/2019 00:24
  • Chciałem tam napisać, że filmy są godne polecenia :)
  • bruliben
  • 15/09/2019 00:21
  • A propos kina dzieci w Muranowie dobiega końca przegląd kina izraelskiego. Jutro ostatni dzień. Po tym co zobaczyłem do tej pory mogę z czystym sumieniem produkcje festiwalu.
  • leskos
  • 11/09/2019 12:09
  • Dzień dobry :)
  • mike17
  • 08/09/2019 20:36
  • Coca_monko, wiersz robi wielkie wrażenie. Jest głęboki i pełen treści. Nie pozostawia czytacza obojętnym. Jest bardzo treściwy i intymny. Uśmiecham się pod nosem, że ktoś umie pisać taką lirykę :)
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:otikedin
Wspierają nas