Mówiono wszędzie... - mlodepioro
Proza » Miniatura » Mówiono wszędzie...
A A A

Mówiono wszędzie…

 Mówiono wszędzie, że wojna nadchodzi szybkimi i zdecydowanymi krokami. Mówiono, że nikogo nie oszczędzi,  zajrzy w oczy każdemu nawet najbardziej bezbronnym istotom na świecie, jakim są biedne, przerażone dzieci. Mówiono, że ona nie liczy się z człowiekiem, nie wie co to sprawiedliwość; nie wie co to strach i lęk przed jutrem. Przychodzi nagle i gwałtownie. Burzy cały dotychczasowy ład i porządek. Niszczy nadzieje i wiarę, że te krążące po miastach i wsiach informacje o zbliżającym się froncie wroga są jedynie pustymi mrzonkami, niesprawdzonymi domysłami, plotkami wyssanymi z palca.

 I żyjesz tak z dnia na dzień, wierząc, że to wszystko nie dotyczy ciebie, że to świat się zbroi i walczy, bo przecież ty jesteś kobietą, a kobiety nie walczą! Kobiety jedynie czują i płaczą. Płaczą skrycie, płaczą cicho w ciemnych kątach swoich zrujnowanych od bomb   mieszkaniach i domach, że to zło idące niczym zaraza zabrało ci męża, ojca, syna, brata. Zabrało i posłało, gdzieś w świat daleki, w świat obcy, niebezpieczny, pełen krwi i ginących ludzi.

Głęboko wierzyłam, że ta straszna i nieprzewidywalna wojna nie będzie mnie dotyczyć. Oczywiście wiedziałam doskonale, że żyjąc w tym chorym świecie, świecie żądzy władzy i niewolnictwa, chcąc nie chcąc, będę uczestnikiem tych wydarzeń, ale na Boga nigdy nie sądziłam, że będę w nich czynną ofiarą, ofiarą wojny. Nie mieściło mi się to w głowie, by kobieta taka jak ja… wykształcona, inteligentna, pracowita i z dobrego domu zostanie postawiona przed faktem dokonanym, przed brutalnym i destrukcyjnym zarówno psychicznie, jak i fizycznie faktem. Czas, kiedy praktycznie zewsząd lała się krew, słychać było strzały, bombardowania i krzyki ludzi był najgorszym okresem w moim życiu. Był to moment głębokich refleksji i przemyśleń, że jaką wielką i ważną wartością jest to nasze życie. Często przez nas niedoceniane i nieszanowane.

Był to jeden z październikowych dni roku 1940.

Siedziałam wraz z moim mężem w jednym z pokoi naszego mieszkania w kamienicy przy ulicy Głównej. Tego dnia mieliśmy zasłonięte praktycznie wszystkie okna, które na nasze nieszczęście wychodziły na ulicę, a na dodatek przez cały ten dzień niebo zakryte było ciemnymi, gęstymi chmurami, z których padał mocny, gruby deszcz i niestety trzeba było świecić blade światło lamp; światło, które w tym czasie było wyrokiem na życie. Krople spadały bezwiednie i uderzały rytmicznie o metalowy rdzewiejący parapet. Wygrywały one subtelną, delikatną jesienną muzykę, która choć na chwilę była ukojeniem dla moich i męża wyczulonych uszu. Siedzieliśmy przy okrągłym stoliku nakrytym kremowym obrusem. Postawiłam na nim imbryk z wcześniej zaparzoną herbatą i dwie porcelanowe filiżanki. Wyciągnęłam z kuchennej spiżarni jeden z ostatnich słoików pieczonych jabłek, aby chociaż troszkę osłodzić nasz szary i beznadziejny żywot.

Mój mąż, Edmund, siedział na wprost mnie i trzymał w dłoniach niewielką książkę, niestety nie pamiętam tytułu, w czerwonej okładce, prezent od jego matki, która już dawno wyjechała do Francji.  Czytał mocno skoncentrowany i skupiony. Jego przystojna twarz była wygładzona i nadmiernie wyciągnięta ku dołowi. Patrzyłam na niego, jakby zahipnotyzowana, jakby oczarowana mistyką, która unosiła się nad nami. Wystarczyła mi chwila, dwie, by zrozumieć, jak mocno kocham tego człowieka i wtedy… gdy utwierdzałam się w swojej miłości do niego… stało się to, czego bałam się najbardziej. Pukanie do drzwi. Usłyszałam, usłyszeliśmy na klatce schodowej kamienicy jakiś rumor, ogromny hałas i niepowtarzalny krzyk kobiety. Od razu domyśliłam się, że to krzyki i wrzaski przerażenia sąsiadki spod piątki. Zamarłam. Straciłam oddech. Pobladłam, a dłonie miałam zimne jak lód.

- Raus! Polnische Hündin, raus! – usłyszałam gruby męski głos rozkazujący po

niemiecku. W ułamku sekundy moje życie stało się zagrożone, a Edmund nic sobie z tego nie robił, siedział i czytał książkę.

- Lass deinen Mann frei! Bring ihn aus der Wohnung, Schlampe! – Krzyczał ten wulgarny niemiecki żołnierz. Zerwałam się na równe nogi i cicho, najciszej jak się dało, wycedziłam przez zęby do męża.

- Edmund! Edmund! Kochanie, schowaj się! Ukryj! Słyszysz! Oni szukają polskich

mężczyzn! Kochanie! – padłam mu do kolan. Wyrwałam z jego dłoni książkę, ciskając ją gdzieś obok i zaczęłam je całować. Całowałam dłonie męża, jakby w amoku, szale, trosce o jego i mój los. Edmund spojrzał na mnie swymi niebieskimi oczami pełen spokoju i powagi sytuacji. Kolejny raz zamarłam. Poczułam, że kręci mi się w głowie, że zaraz zwymiotuję od narastającego napięcia… a może to nie napięcie, tylko… tylko ciąża? To nie mogła być prawda! Nie w tym momencie, chociaż już dwa miesiące nie miesiączkuję… umieram! Chyba umrę, gdy te niemieckie świnie wejdą do mojego domu, do mojej twierdzy i zabiorą mi miłość, szczęście!

- Edmund! Skarbie, schowaj się do szafy w ostatnim pokoju! Błagam cię! Proszę! Proszę! – Szeptałam, a on dalej nie reagował na moje prośby.

Był zimny. Był lodowato obcy. Przypominał egoistycznego potwora, który nie ma uczuć. Zawiodłam się na nim! Pierwszy raz zadał mi cios w samo serce! Byłam zdruzgotana i pełna obaw, co będzie dalej. Nagle jego ciepła dłoń spoczęła na mojej twarzy. Podniósł ją wyżej tak, że nasze spojrzenia złączyły się w intymnej nici porozumienia. Zbliżył usta do moich, mówiąc: “Wszystko będzie dobrze! Zaufaj mi!” – i pocałował mnie namiętnie, gorąco. Pocałował mnie tak, jak już dawno po ślubie tego nie czynił.

Po krótkiej chwili powtórzyło się pukanie. Wróciłam szybko do brutalnej rzeczywistości. Lekko oszołomiona wyostrzyłam słuch w nadziei, że pukają do drugiej sąsiadki, w nadziei, że nas zostawią w spokoju. Pukanie. Niestety myliłam się. Pukali właśnie do nas!

- Öffne die Tür! – usłyszałam po drugiej stronie drewnianych dwuskrzydłowych drzwi.

Zerwałam się z kolan. Spojrzałam na Edmunda. W jego oczach płonęła odwaga, zaś w moich strach, że to jego imponowanie skończy się dla nas bardzo źle, wręcz tragicznie. W panice wyszłam na korytarz i chodząc na palcach zaczęłam zamykać wszystkie drzwi w mieszkaniu. Zamknęłam również salon, zamknęłam Edmunda. W sumie po co to zrobiłam? Nie wiem. Może łudziłam się nadzieją, że zmylę te cwane lisy? Tak, łudziłam się. Przystanęłam na wprost wejściowych. Było mi słabo. Oparłam się o ścianę, przechylając lustro. Wstrzymałam oddech.

- Öffne die Tür! – powtórzył ten Niemiec, ten podły Niemiec. Zrobiłam znak krzyża.

Pocałowałam medalik Matki Boskiej, który dyndał na srebrnym łańcuszku między moimi piersiami. Jestem gotowa? Nie wiem. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłabym gotowa oddać męża śmierci. Nie miałam innego wyjścia. Żołnierze mocno się denerwowali. Krzyczeli, wrzeszczeli jakimiś niezrozumiałymi niemieckimi słowami.  Dobrze! Dobrze Edmundzie, jak mamy zatonąć to tylko razem! I otworzyłam drzwi, udając zdziwioną kobietę. Na klatce stało dwóch postawnych mężczyzn w niemieckich mundurach. Moje zdziwienie stało się tym bardziej naturalne, kiedy ujrzałam znajomego ze studiów, który stał się z nie wiadomo z jakich pobudek oprawcą i katem własnych rodaków.

- Proszę nas wpuścić do środka! – Powiedział stanowczym głosem Jakub, tak właśnie

nazywał się dawny kolega ze studiów – Jakub.

- Ale o co się rozchodzi? Nie rozumiem tego najścia?! – broniłam się.

- Tu nie ma co rozumieć! Odsuń się kobieto! – Krzyknął Jakub.

- Gdzie macie, panowie, jakiś nakaz?! – przedłużałam tę komedię, by znudzić ich

dociekliwością. Chociaż wiedziałam, że nie muszą mieć żadnego nakazu. Są panami losu bezbronnych. Wchodzą i żądają.

- Raus! – Wrzasnął mocno zdenerwowany i zirytowany moim zachowaniem Niemiec.

Podszedł do mnie tak bardzo blisko, że czułam jego kwaśny pot. Chwycił gwałtownie moją twarz i wbił w policzki swoje tłuste palce. Bardzo mnie to zabolało. Syknęłam z bólu, a on jeszcze mocniej je miażdżył, robił to tak mocno, że miałam wrażenie, że złamie mi kość żuchwy.

- Gdzie on jest?! – Warknął zniemczony Polak.

- Kto? Nie wiem o kogo się pytacie?! Nie wiem o kogo chodzi! – kłamałam coraz

bardziej narażając się na gniew i nieobliczalność ze strony żołnierzy. Niemiec nie wytrzymał mojej krnąbrności i pchnął mnie do tyłu. Niestety upadek był nieszczęśliwy, bowiem szturchnęłam lustro, które spadło i roztrzaskało moją głowę. Pełno krwi i szkła walało się po drewnianej podłodze. Uderzenie lekko mnie zamroczyło, ale do reszty nie straciłam  świadomości. Jakub zaczął teatr węszenia. Otwierał wszystkie pomieszczenia. W kuchni wytrzaskał mi praktycznie całą zastawę, w małym pokoju zerwał zasłony, podziurawił nożem obrazy i nasikał na dywan! Tego już nie mogłam wytrzymać. Rzuciłam się mu do nogi. Chwyciłam ją mocno, aby następnie ugryźć resztą sił. Wściekł się nie na żarty i w tym momencie Niemiec kopnął mnie w brzuch. Straszliwy ból przeszył moje ciało. Zrobiło mi się zimno. Siódme poty pojawiły się na ciele i poczułam coś mokrego między nogami… na początku miałam nadzieję, że może zmoczyłam się przez ból i stres, jednak później zorientowałam się, że to była krew… w tej chwili zawalił się mój świat… Zwinęłam się w kłębek. Leżałam obolała we szkle i własnych wydzielinach. Żołnierze weszli do salonu i w tym momencie usłyszałam strzał pistoletu… zamarłam, a w tym szokującym momencie moje serce stanęło… myślałam, że umrę, że odejdę ze świata żywych. Nagle usłyszałam głośne, żałosne: „Scheiße!” i wtedy szybko oprzytomniałam. Zaczęłam czołgać się do salonu… sprawiało mi to ogromny ból i problem… czułam się sparaliżowaną, zagubioną i do szpiku kości wystraszoną. Wspierałam się na zranionych i zakrwawionych łokciach. Moja spódniczka tonęła we krwi, wtedy już wiedziałam, że straconej ciąży. Zbierało mi się na płacz. Oczy były przeładowane gorzkimi łzami, ale nie mogłam się rozpłakać przy katach męża. Przywlekłam się do pokoju. Zniemczony Polak i niemiecka świnia stali przerażeni i dogłębnie poruszeni. Poruszeni? Czym? Przecież oni mają pancerz obronny na krzywdy i ludzkie tragedie! I w tym momencie niczym rażona piorunem zobaczyłam martwego Edmunda! Moje kasztanowe włosy w ułamku sekundy zrobiły się siwe, białe jak śnieg, a twarz przygniotły ciężkie zmarszczki rozpaczy. Moje szczęście, miłość… leżała na dywanie w kałuży krwi, z dziurą po prawej stronie głowy i z małym pistoletem w dłoni. Leżał spokojnie, grzecznie, tak niewinnie. Blady, mętny patrzył na mnie, a ja nie dowierzałam własnym oczom. Ten przerażający widok zabił mnie za życia. Nie potrafiłam niczego powiedzieć, nie potrafiłam nawet zapłakać… ból wydartego serca był tak ogromny, że opadłam już do reszty z sił… drżałam, trzęsłam się niczym osika na wietrze… mój świat się zawalił. Moje życie stanęło nad przepaścią, przed którą nie miała ucieczki. Musiałam do niej wskoczyć, wpaść, bowiem inaczej nie wyobrażałam sobie życia bez  Edmunda. Przysunęłam się półprzytomna do ciała mężczyzny, którego kochałam na zabój, który jawił mi się zawsze jako odpowiedzialny, dojrzały człowiek… myliłam się! Zawiódł mnie kolejny raz! Kolejny raz, ale za to bardzo skutecznie! Zabił się! Stchórzył! Popełnił samobójstwo, zostawiając mnie na pastwę losu! Zgubił naszą miłość! Boże, dlaczego!? Dlaczego się zabił?! Dlaczego mnie nie posłuchał?! Przybliżyłam się do twarzy męża… spojrzałam na tych katów, na morderców! Popatrzyli na mnie jak na psa, na dodatek zbitego psa… i wyszli bez słowa: „przepraszam”, „do widzenia”... zrobili to, co zamierzali… teraz nie ma sensu dobijać kobiety, która umarła będąc jeszcze żywą. Wejrzałam w jego niebieskie oczy, które codziennie rano, tuż po przebudzeniu, patrzyły na mnie pragnąc i pożądając mnie jak głodny jedzenia i picia. Byłam jego pokarmem, tlenem, wodą. Patrzyły na mnie tak namiętnie, nawet już martwe… doskonale znałam to spojrzenie, które bez słów i zbędnych gestów mówiło mi czule: „kocham Cię!”. Przymknęłam te niebieskie oczy, gdy całkowicie zadowoliłam się ich mistycznym przekazem. Pocałowałam go ostatni raz w sine usta. Odszedł. Pojechał w delegację… do Nieba.

            A ja dzisiaj mam przeszło dziewięćdziesiąt lat i ciągle pamiętam ten nasz pierwszy raz, pierwszy taniec, pierwsze „tak” i  nasze wieczne: „kocham Cię!”. Przeżyłam tyle długich lat, już z drugim mężem, ale zawsze skrycie chowałam na dnie serca naszą wielką szczerą miłość.

Edmundzie, pamiętaj proszę, że na pewno za niedługo Cię odwiedzę!

Anna

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mlodepioro · dnia 20.06.2019 23:41 · Czytań: 151 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 5
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 21.06.2019 11:19
Temat fajny, ładnie ujęty, co nie oznacza, że dobrze napisany. Niestety, styl jest zbyt pretensjonalny. Te wszystkie powtórzenia słów typu: blade światło lamp; światło, które... są po prostu zbyt natarczywe. Jak dla mnie.

Zdarzają się bardzo dobre rzeczy:
Cytat:
Mój mąż, Edmund, siedział na wprost mnie i trzymał w dłoniach niewielką książkę, niestety nie pamiętam tytułu, w czerwonej okładce, prezent od jego matki, która już dawno wyjechała do Francji.

stwierdzenie, że bohaterka czegoś nie pamięta, dodaje tekstowi wiarygodności.

Cytat:
Był to moment głębokich refleksji i przemyśleń, że jaką wielką i ważną wartością jest to nasze życie. Często przez nas niedoceniane i nieszanowane. Był to jeden z październikowych dni roku 1940.

Niepotrzebne "że". Poza tym zbyt blisko siebie 2x "Był to".

Cytat:
niestety trzeba było świecić blade światło lamp; światło, które w tym czasie było wyrokiem na życie

Świecić światło - masło maślane. Poza tym powinno być "zaświecić". Lepiej byłoby "włączyć światło". 2 x było.

Cytat:
Usłyszałam, usłyszeliśmy na klatce schodowej kamienicy jakiś rumor, ogromny hałas i niepowtarzalny krzyk kobiety.

Niepowtarzalny? To słowo bardziej pasuje do czegoś niezwykłego z sensie pozytywnym, a nie do takiej sytuacji. Druga sprawa, że ja zdecydowałbym się, kto usłyszał.

Cytat:
Niestety upadek był nieszczęśliwy, bowiem szturchnęłam lustro, które spadło i roztrzaskało moją głowę.

Słowo "roztrzaskać" ja rozumiem jako całkowicie zniszczyć, a nie zranić, uszkodzić.

Cytat:
Moja spódniczka tonęła we krwi, wtedy już wiedziałam, że straconej ciąży.

Chyba: o straconej ciąży, ale to tez mi nie pasuje. Dałbym, że straciłam ciążę.

Cytat:
Moje życie stanęło nad przepaścią, przed którą nie miała ucieczki.

literówka.

Błędów interpunkcyjnych, których było wiele, nie cytowałem.

Reasumując: tekst dobry, ale mogłeś się lepiej postarać.

Pozdrawiam.
Marek Adam Grabowski dnia 21.06.2019 19:19
Opowiadanie ciekawe i dobrze napisane (nie zgadzam się, że protekcjonalne). Wciągające. Sama finał mógłby być bardziej zaskakujący, ale i tak jest O.K. . Jest jednak jeden błąd techniczny, niekiedy w połowie zdania zaczynasz od nowej lilijki. :| To może błąd komputera przy wklejaniu?

Pozdrawiam
mlodepioro dnia 22.06.2019 12:03
Bardzo dziękuję za ciepłe słowa komentarza i uwagi. Na pewno z wszystkich tych porad skorzystam. Co do kwestii rozczłonkowanych zdań, to może być faktycznie problem z edycją tekstu.
mike17 dnia 22.06.2019 15:29 Ocena: Świetne!
Młodepióro, tekst ciekawy, podobał mi się :)
Lubię klimaty wojenne, a Tobie bezbłędnie udało się oddać atmosferę wojennej psychozy.
To się widzi i czuje.
Całość brzmi tak wiarygodnie, jak opowieść starszej pani o własnym życiu.
Tu też odniosłeś sukces.

Jako autor głównie miniatur miłosnych byłem mile zaskoczony, bo?
Bo bardzo sugestywnie ukazałeś miłość, fascynację drugim człowiekiem i w końcu utratę.
Tekst mnie ewidentnie wzruszył, a bardzo lubię ten stan duszy.

Bardzo to wszystko przemyślane od a do z.
Nie ma żadnych wątków pobocznych ani dłużyzn.
Jest czysty przekaz z pewnego wydarzenia z czasów wojny.

I pewne słowo pcha mi się na usta - intensywność.
Tak, Twój tekst jest bardzo intensywny emocjonalnie.
Nim się żyje, i czuć także wszystkie przeżycia bohaterki.

Nie skupiałem się na drobiazgach, bo nie o to przecież chodzi przy takich tekstach, by wyłapywać przecinki, czy łowić drobne niezgrabności stylistyczne.

Ja skupiłem się na treści i myślę, że dobrze zrobiłem.

Końcówka miażdży seryjnie - tak to ująłeś, że coś chwyta za gardło.

Brawo!

Ode mnie najwyższa nota :)
mlodepioro dnia 22.06.2019 18:02
Mike 17, Ty zawsze wiesz, jak poprawić humor! ;) Bardzo dziękuję za komentarz i opinię. Dokładnie, tak jak piszesz, dla mnie ważny w tym tekście stał się przekaz emocji w tym tragicznym dla wielu milionów Polaków (i innych nacji) czasie. Chciałem pokazać uczucia kobiety, człowieka, który kochał i kocha wciąż, chociaż minęło tyle lat. Co do języka, wciąż się uczę rzemiosła pisarza. Staram się wyciągać wnioski z Waszych uwag. Idę do przodu :) a tak motywujące wpisy dodają skrzydeł!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
andro
15/09/2019 23:00
i nikt nie przystaje - w sensie, że za mało w nich… »
bruliben
15/09/2019 22:51
Sugestywnie napisane o muzyce i wspomnieniach. Te pocztówki… »
bruliben
15/09/2019 22:44
Rzeczywiście widać w tekście częste obcowanie za śmiercią.… »
Kapelusznik
15/09/2019 21:59
Oj... A myślałem że to ja piszę długie opisy... hooo...… »
Bartek Otremba
15/09/2019 21:29
Fakt, zdecydowanie do poprawy — też naszła mnie taka… »
voytek72
15/09/2019 19:08
Madawydar - podziękowania za wizytę i opinię :) »
AntoniGrycuk
15/09/2019 18:46
Tak, zaduma spowodowana śmiercią... Ja wiem jedno, co… »
mike17
15/09/2019 18:32
Bardzo mi się podoba, Edyto, naprawdę jest tu lekkość i… »
mike17
15/09/2019 18:14
Bardzo trafne spostrzeżenie, Yaro, zgadzam się w zupełności.… »
mike17
15/09/2019 18:05
Rafi, ciekawy ten Twój wiersz :) Zgrabnie dobierasz słowa i… »
Dobra Cobra
15/09/2019 16:35
A Ty, Ty... Kasia z bliska, Jakie interesujące tematy… »
Dobra Cobra
15/09/2019 16:29
Nooo, jakie doświadczenie przez piszącą przemawia.… »
Kamila N
15/09/2019 14:56
O ile dwa pierwsze postulaty dotyczą samej osoby mówiącej, o… »
Marek Adam Grabowski
15/09/2019 14:48
Dzięki za przeczytanie. Ująłeś sedno; moja twórczość to… »
Kapelusznik
15/09/2019 14:34
"Nie miałam" - chyba ... HA HA HA HA HA HA… »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/09/2019 14:25
  • Siemanko, Krzyśku :)
  • bruliben
  • 15/09/2019 00:24
  • Chciałem tam napisać, że filmy są godne polecenia :)
  • bruliben
  • 15/09/2019 00:21
  • A propos kina dzieci w Muranowie dobiega końca przegląd kina izraelskiego. Jutro ostatni dzień. Po tym co zobaczyłem do tej pory mogę z czystym sumieniem produkcje festiwalu.
  • leskos
  • 11/09/2019 12:09
  • Dzień dobry :)
  • mike17
  • 08/09/2019 20:36
  • Coca_monko, wiersz robi wielkie wrażenie. Jest głęboki i pełen treści. Nie pozostawia czytacza obojętnym. Jest bardzo treściwy i intymny. Uśmiecham się pod nosem, że ktoś umie pisać taką lirykę :)
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:otikedin
Wspierają nas