Biała Dziura. Część 1. - PrzemeK155J
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Biała Dziura. Część 1.
A A A
Od autora: Witajcie. To mój pierwszy, umieszczony na tym portalu tekst. Chciałem podzielić się z publiką moim opowiadaniem, w którego włożyłem całkiem dużo pracy i zdaje sobie sprawę, że w ów tekst do genialnych nie należy. Jeśli znajdziecie jakiś błąd, po prostu napiszcie o nim.
Jest to pierwsza część opowiadania pt. ,,Biała Dziura''. Krótko mówiąc o fabule: Pewnego ranka w osobliwym miejscu, we wiosce, gdzie szczęście panuje zawsze, odmieniec o imieniu Yard odkrywa coś mrocznego, podczas gdy jego życie zmienia się w piekło. Odkrywa Białą Dziurę. Karty owej historii macie przed sobą, więc jeśli jesteście zaciekawieni, czytajcie.
  • Yard.

Dźwięk zagrzmiał, niczym piorun przecinający niebo.

Barwy i światło dotarły do moich oczu. Kalejdoskop ułożył się w obraz:

Stary buk rosnący obok naszego domu. O jego pień opiera się postać, pozbawiona jednej nogi, z czaszką skierowaną ku dołu. Wiatr zawodzi. Dłonie postaci, smagane jego porywami, wydawają odgłosy muszelek, zderzających się o siebie.

  • Yard, musisz mi pomóc. Znalazłem tam coś. To coś im pomaga. - zęby człowieka zastukały, głowa uniosła się, podtrzymywana sztywnym, strzelającym co  chwilę kręgosłupem.

Zapadła cisza, jakby całe to miejsce przykryła trumna. Oczy, które wyglądały niczym dwie wydrążone w czaszce jaskinie, spoczęły na drodze mojego wzroku i wwierciły się we mnie.

Dominująca w nich ciemność zlała się jasnością i pochłonęła ją. Światło i barwy zniknęły. Ja zniknąłem. A wraz ze mną ów człowiek. Chociaż… słyszałem jeszcze echo owego głosu.

Jakby dobywało się spod trumny.

 

  • Pora wstawać. - zbudził mnie cichy szept. Zawsze mnie ogrzewał, zawsze koił, po złej  nocy. Uśmiechnąłem się. - Już poranek, kochanie.

Otworzyłem oczy.

Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, na widok, jaki ujrzałem.

  • Yardzie… musimy już wstawać. - powtórzyła, mimo to, miałem jeszcze ochotę trochę poleżeć w łóżku. - Czeka nas dziś praca…, wczoraj słyszałam, że plony są wyjątkowo liczne.
  • Już. Zaraz wstanę.
  • Wyspałeś się? 
  • Niestety nie. Wiesz...ciągle myślę o Tirecku. I o tym, co mogło mu się stać. Miewam koszmary.

Milczała. Spoglądała w moje oczy, gładząc mnie dłonią po klatce piersiowej. Wsłuchiwałem się w jej oddech. I huczące za oknem gradobicie.  

Ta chwila trwała długo. Lecz dla mnie trwała wiecznie. Po tej wieczności oboje wstaliśmy.

  • Weź gitarę ze sobą. Ja wezmę skrzypce. Zagramy trochę, jak co dzień, później pójdziemy do pracy. - zaproponowała, nakładając trzewiki. Chwyciła dłońmi leżący na parapecie instrument. Jej twarz skurczyła się, ostało się na niej uczucie podobne do melancholii, kiedy spojrzała na ten przedmiot. - Ale on jest stary. Dziwne, że jeszcze się nie popsuł. - stwierdziła, ostrożnie

obejmując go w obu dłoniach.

  • Pamiętasz, jak przygrywałem te melodię, kiedy jeszcze mieszkaliśmy na zachodzie? Zanim łucznicy…  

Przytaknęła.

Zawiesiłem na ramieniu pas, przypięty do gitary.

Wyszliśmy na zewnątrz i zasiedliśmy na krzesłach.

Z tarasu rozciągały się nierówne przycięte połacie trawy, które pokrywały swoim dywanem strzechy, zbudowane z pogniłego od deszczu drewna. Pomiędzy nimi trakt   wyznaczały błotniste dróżki, wzdłuż których ciągnęły się bezlistne, przechylone ku dołu drzewa, sprawiające wrażenie wystających spod ziemi, wyschniętych,

pozaginanych pazurów.

Niebo tonęło w morzu chmur, cały czas płacząc mżawką. Zaczęliśmy grać wesołą melodię. Melodia ta płynęła, docierając do wnętrz i budząc mieszkańców wioski Sarein.

Szarpałem struny, przesuwałem palcami po gryfie i obserowałem tych, co wychodzili na zewnątrz, uśmiechnięci, niczym dzieci.

Cieszyli się, mijając kości zmarłych na zarazę, mijając groby swoich bliskich, radowali się, zmierzając w kierunku pastwisk, by tam pracować do omdlenia, orając polę i sprzątając zwierzęce odchody. Radowali się, nie zdając sobie sprawy, że za niedługo sami zmienią się w to czym teraz są ich bliscy.

  • Aaaa…!  Ała!!! Jak boli!! - ochrypły wrzask sprawił, że

automatycznie przerwałem grę, niemal odrzuciłem gitarę na bok i...

Melisa, przechylona na bok i tak czerwona, jakby ktoś wylał na nią wiadro krwi, wyła z bólu. Łzy ciekły jej z oczu. Skrzypce ze zgrzytem stoczyły się na podest.

Zbliżyłem się do niej. Ściskała się za skronie i wbijała w

skórę pazury. Pomiędzy jej palcami widniała czarno czerwona, przecinająca wzdłuż jej skroni, od okolic karku, blizna, która teraz nabrzmiała, jakby wypełnia się jakimś żrącym płynem.

  • Już...ci… spokojnie…- wypowiadałem słowa delikatnie, tak jak ona, kiedy budziła mnie ze snu. - To minie. Zawsze mija. Zobaczysz…- gładziłem ją po włosach.

Wciąż wyła.

Jedyne, co mogłem teraz uczynić, to patrzeć. I czekać. Jak na zachodzie, kiedy ją postrzelili.

Minęło pół minuty. Minuta. Półtorej.  

Ból dźgał ją, ściskał i gryzł. Jej włosy wydawały się jakoś dziwnie gorące, przesiąknięte tym bólem.  

  • Dzień Dobry panie Yard! Jak się pan miewa?

Zignorowałem głos jakiegoś dziecka, albo niezwykle szczęśliwego, bezrozumnego dorosłego i dalej wpatrywałem

się w Melisę. Nadzieja na to, że atak przeminie, gasła.

  • Yard…. - wydusiła z siebie. Przypominało to raczej charkot, niż wypowiadane słowa.  - Odelź...odejdź.. od-e m-nie. Ni-c już nie por-adzisz...Pójdź po… po…

Jej oczy zamknęły się. Padła na ziemię, wydając przy tym pusty dźwięk, zawierający tyle życia, co belka drewna, zrzcuona ze schodów.

Uniosłem jej dłoń. Przez chwile wydawało mi się, że trzymam kostkę lodu. Jednak uczucie to minęło, wraz z tym, jak zacząłem myśleć racjonalnie. Zaczerpnąłem głęboki oddech. Jeszcze nigdy wcześniej to się nie wydarzyło.  Nigdy wcześniej.

Zmierzyłem jej puls. Sto osiemdziesiąt. Ile czasu brakowało jej do zera?

Rzuciłem się w bieg, do domu.

Wewnątrz naszej chaty, szczególnie w kuchni, znajdowało się wiele lekarstw, których obróbką zajmowała się głównie Melisa. Ja wiedziałem tylko tyle, że niektóre specyfiki leczyły, inne zaś mogły uśmiercić człowieka po minucie od chwili zażycia.

,,Na Paraliż Mięśni Kręgosłupa’’, ,,Na Częściowy Zanik Pamięci’’, ,,Na bezsenność’’. Szperanie po szafkach tylko pogorszyło sprawę.

Przybiegłem do Melisy. Było z nią...cóż, źle. Czoło miała zimne. Zimne, jak  powierzchnia zamarzniętego jeziora.

Uklęknąłem i powoli uniosłem ją do góry, czując jak ona dygocze, razem ze mną. Zabrałem ją do chaty. Ważyła równie dużo, ile waży gałąź krzewu. Mimo tego, ledwo zdołałem ją przenieść, bo ręce przestały działać, jak należy.

Położyłem w łóżku, przykryłem wszystkimi kocami i kołdrami, jakie chowaliśmy w szafie i usiadłem obok niej.

W kuchni tykał zegar. Minęło pięć minut odkąd jej kojący głos przerwał mój sen. Odkąd gładziła mnie swoją dłonią, zdrowa i wesoła.   

A teraz jej oddech jednoczy się z sapaniem maszyny parowej, jej skóra wyschła, upodabniając się do kartki pergaminu.

A ja myślę, co mógłbym w tej chwili uczynić. Czy mam jakiś wybór? Ludzie z wioski i tak nic nie poradzą. Oni jedynie potrafią się uśmiechać. I mówić dzień dobry.

Nagle w mojej głowie odzywa się głos.

  • Yardzie. Tam, w ciemnościach, znalazłem coś. To co

sprawia, że oni są tacy szczęśliwi. To coś leczy ludzi.

Podnoszę się na równe nogi. I zaczynam zmierzać w kierunku miejsca. Tam, gdzie Tireck znalazł to coś.

 

Pędziłem na przód, choć w tym wieku moje stawy cierpiały katusze, nawet po krótkim maszru.

- Gdzie się pan tak spieszy, panie Yard? - zawował jakiś mężczyzna, chyba Gard, kierujący się boczną stroną dróżki. - Niech mi pan powie, czy widział pan gdzieś moją córkę? Cały dzień jej szukam! - rzekł wesoło, na dodatek cicho rechocząc.

Pastwiska, zapracowani chłopi, wozy konne, budowle, gdzie kowale wytwarzali stal i pałace należące do szlachty niknęły za polem mojego widzenia, jakby do świat gonił mnie, a nie ja jego. Melisie zostały jakieś dwie minuty, licząc na oko.

Skręciłem przysłoniętą cieniem alejkę.

Hałas i gwar ucichły. Wytężyłem wzrok. Byłem pewien, że cel czeka na mnie właśnie tutaj.

Pomiędzy zwężającymi się budynkami ujrzałem snop światła, przebijający się przez cienką szczelinę, wydrążoną w  ścianie jednej z ceglanych budowli. Nosił białą barwę i iskrzył się, przywodząc na myśl promyk ognia.

Przyspieszyłem. Tireck tydzień temu powierzył mi mapę, z drogą prowadzącą do tego miejsca, które nazwał, Białą Dziurą. Oznajmił wtedy, że znalazł tam coś bardzo groźnego, ale niesamowitego. Coś, co może pomóc. To było ostatnim, co mi w życiu powiedział. Minęła noc i już zniknął.

Mapa w chwili obecnej okazała się dla mnie zbędnym

bagażem. Zapamiętałem dosłowne każdy wyraz, jaki mi przekazał. Poza tym, nawet gdybym zabrał ją ze sobą, to by przemokła i zmieniłaby się w szmatkę.  

Więc, kierując się własnym umysłem, trafiłem dokładnie tam, gdzie on.

Potem, według jego nakazów, podszedłem do szpary i dotknąłem jej. Nawet przez moment się nie wahałem.

Moja żona wciąż leżała w łóżku i dławiła się własną śliną. Lecz w tamtym momencie wiedziałem tylko jedno. Otóż, byłem pewien, że właśnie zniknąłem.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
PrzemeK155J · dnia 02.07.2019 16:07 · Czytań: 117 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
Skuul dnia 20.07.2019 23:42
Cytat:
Za­pa­dła cisza, jakby całe to miej­sce przy­kry­ła trum­na.
czy wieko trumny?
Cytat:
Do­mi­nu­ją­ca w nich ciem­ność zlała się ja­sno­ścią i po­chło­nę­ła ją.

mocno poetyckie opisy, w całym tekście trochę to mi nie brzmi w prozie,

Cytat:
Pę­dzi­łem na przód, choć w tym wieku moje stawy cier­pia­ły ka­tu­sze, nawet po krót­kim ma­szru.
naprzód razem, maszru literówka, proponuje jakiś darmowy program do sprawdzania pisowni, np openoffice,

Cytat:
Już...​ci… spo­koj­nie…- wy­po­wia­da­łem słowa de­li­kat­nie, tak jak ona, kiedy bu­dzi­ła mnie ze snu. - To minie. Za­wsze mija. Zo­ba­czysz…- gła­dzi­łem ją po wło­sach.


brak poprawnych zapisów dialogowych co mocno bije po oczach przy czytaniu,

Ale zobaczymy co będzie dalej, dzięki za podzielenie się o/
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Florian Konrad
21/08/2019 00:01
wiem chyba, o który leśmianowski tekst, tu wspomniany,… »
Florian Konrad
20/08/2019 23:56
dziękuję serdecznie! »
alos
20/08/2019 16:40
Dzięki Kushi, cieszę się. Pozdrawiam :) Dzięki Wiktorio… »
Dany
20/08/2019 00:16
Zgrabny limeryk, poprawnie napisany, rozbawił mnie.… »
d.urbanska
19/08/2019 23:15
Dobre, do przemyślenia i sprawne. Z jedną uwagą: "Nie… »
liathia
19/08/2019 20:44
Bardzo mi się czyta i, odczuwa Twój wiersz. Wracam do niego,… »
wodniczka
19/08/2019 20:13
Bardzo ciekawa metaforyka. Podoba mi się ten obraz. Jest w… »
wodniczka
19/08/2019 20:10
Bardzo krótkie i bardzo konkretne. Przemawia. Podoba się.… »
amaranta
19/08/2019 19:53
Bardzo lubię takie wiersze. Nieprzegadane, sama istota… »
wodniczka
19/08/2019 19:41
Witaj i ten cytat: i ten cytat: i końcówka.… »
wodniczka
19/08/2019 19:34
Witaj Dla mnie jeden z Twoich najlepszych. A jak bym mogła… »
wodniczka
19/08/2019 19:32
Cześć Pulsar Czasami lepiej jest przespać niektóre… »
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:unamyqu
Wspierają nas