Marcin i ALicja - Kocanka
Proza » Dla dzieci i młodzieży » Marcin i ALicja
A A A

Obudził się z przenikliwym bólem głowy - rozsadzał mu czaszkę od wewnątrz tak, że ledwo widział na oczy. Desperacko rzucił się do okna i otworzył je na całą szerokość, wpuszczając do środka masę świeżego, wiosennego powietrza. Zachłysnął się nim łapczywie, co pozwoliło mu oprzytomnieć po kolejnej zarwanej nocy. Zagmatwana rzeczywistość wdzierała się do jego snów, czyniąc je zbyt intensywnymi, aby mógł liczyć na chwilę wytchnienia. Z głębi szarego podwórza kamienicy dobiegł go znajomy stukot wysokich obcasów. Młoda sąsiadka z parteru każdego ranka opuszczała mieszkanie niemal o identycznej porze, a więc wtedy kiedy on sam prawie deptał jej po piętach w drodze do szkoły. Tym razem tkwił przy odrapanej framudze okna pokoju na drugim piętrze, podczas gdy stukot obcasów oddalał się, rozbrzmiewając echem, w cuchnącej moczem, bramie kamienicy. Odwrócił głowę i z obawą zawiesił spojrzenie na tarczy starego zegara zamkniętego w drewnianej, bogato rzeźbionej obudowie, powieszonego na jednej ze ścian pokrytych chłodnym odcieniem beżu. Był to jedyny, zachowany w całości przedmiot, w skąpo i niedbale urządzonym pokoju, którego wystrój zaprzeczał wszelkim zasadom estetyki i dobrego smaku. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo jedynym świadkiem dramatu rozgrywającego się w obskurnym mieszkaniu w zaniedbanej kamienicy przy ulicy Kaszubskiej był australijski wokalista i kompozytor Nick Cave. Charyzmatyczna osobowość, utrwalona na dwubarwnym plakacie, niedbale przymocowanym do ściany tuż nad wersalką, dawała Marcinowi złudne poczucie, że nie jest sam w stawianiu czoła parszywej codzienności. Nick w młodości nieprzeciętnie ćpał i pił, stał się jednym z nielicznych, którym udało się wyjść z obu nałogów obronną ręką. Dla walczącego z wiatrakami piętnastolatka był więc żywym przykładem na to, że wszystko jest możliwe...

Szlag by to...! Za pół godziny muszę być w szkole! – otrzeźwiał na dobre i ruszył do łazienki, naciągnąwszy wcześniej na siebie szarą, dresową bluzę i luźne w kroku jeansy – te, w przeciwieństwie do bluzy, były w dość dobrym stanie. Wyszperał je w pobliskiej ciuchbudzie i nabył po okazyjnej cenie, stoczywszy o nie walkę z krępej budowy kobietą w trudnym do określenia wieku, która usiłowała wyrwać mu je z rąk. Szczęście mu dopisało, okazał się sprytniejszy i mógł cieszyć się teraz parą dobrej jakości spodni, nie odbiegających stylem od tych, które nosili jego rówieśnicy. Nie, żeby jakoś specjalnie przejmował się swoim wyglądem. Nie chciał raczej mnożyć okazji do skupiania na sobie uwagi. Miał zwyczajnie dość nieprzychylnych komentarzy pod swoim adresem. Ujarzmił palcami burzę ciemnych, kręconych włosów, ochlapał twarz zimną wodą, przepłukał zęby i wpadł na chwilę do kuchni, bez cienia nadziei na to, że znajdzie coś porządnego do zjedzenia. Nie mylił się. Lodówka, jak zwykle, świeciła pustkami, za to na zniszczonym kuchennym blacie walały się niedopałki papierosów, brudne szklanki z niedopitą herbatą, słoik po ogórkach i kilka musztardówek pełniących rolę kieliszków. - Syzyfowa praca! - westchnął boleśnie. Nie miał już siły na użeranie się z przerastającą go rzeczywistością. Ilekroć doprowadzał kuchnię do jako takiego porządku, co było nie lada wyczynem przy nieustannym braku podstawowych środków czystości, tylekroć zastawał ją w stanie wołającym o pomstę do nieba. W pośpiechu zabrał się za przetrząsanie rzędu szuflad, do których zwykle chował pieczywo. - Został kawałek bułki! – odetchnął z ulgą i pochłonął ją w sekundę, popijając zimną wodą prosto z kranu. Rozmarzył się. Ile by dał za to, żeby wejść w posiadanie magicznego stoliczka, który, na życzenie, zapełniał się niezliczoną ilością potraw. Niestety cuda tego rodzaju zdarzały się wyłącznie w bajkach i w związku z tym musiał zadowolić się marną resztką pszennego wypieku, którą przed chwilą wpakował do ust. W przypływie fatalnego nastroju ściągnął brwi. Przed wyjściem z mieszkania zajrzał jeszcze do matki, która w paskudnym stanie spała na rozklekotanym tapczanie, okryta nie pierwszej czystości szlafrokiem. Pochylił się nad nią, ale zaraz gwałtownie oderwał głowę. Przenikliwy odór alkoholu i wymiocin, połączony z kwaśnym potem bezwładnie leżącego ciała dotkliwie podrażnił mu nozdrza. Mimo to zgiął się ponownie, pogłaskał ją po zbitych w strąki włosach i w pośpiechu wyszedł, schylając się w przelocie po znoszoną szkolną torbę. Za plecami dobiegł go jeszcze donośny bełkot ojca: - Gów... niarzu! Nie waż się wrócić bez pie... niędzy!



- Maleńka, wstawaj! Już czas! – Alicja została wybudzona ze snu czułym pocałunkiem matki – drobnej, niewysokiej blondynki, ze starannie wypracowaną fryzurą. Uśmiechnęła się pod nosem, bo maleńka już dawno nie była, ale matka tego nie zauważała – krzątała się chwilę później w przestronnej, nowocześnie urządzonej kuchni, przygotowując obfite śniadanie dla swojej córki, żeby ta, zdążywszy je zjeść przed wyjściem do szkoły, kipiała energią przynajmniej do południa.

Ociągała się zanim wygrzebała się z wygodnego i ciepłego łóżka, ustawionego w rogu pokoju, pod skośnym, dachowym oknem. Dobrą godzinę później, odświeżona po letnim prysznicu i z lekkim makijażem na twarzy, stanęła przed lakierowaną na wysoki połysk komodą, której solidne, wydawałoby się, półki niemalże uginały się od nadmiaru modnych ciuchów i pasujących do nich dodatków. Zmarszczyła czoło jakby podejmowała najważniejszą decyzję w życiu. Nie podarowałaby sobie gdyby jakikolwiek element jej garderoby nie współgrał z całością. Złośliwe komentarze koleżanek nie miałyby końca. Sięgnęła wreszcie po grafitowe rurki oraz jasny, mocno dopasowany sweterek. Jeszcze tylko chusta w kontrastowym kolorze na szyję i gotowe! Z zadowoleniem przejrzała się w stojącym obok komody owalnym lustrze, wprawnym ruchem związała gęste, ciemne włosy w kucyk i zeszła do kuchni, zajmując miejsce przy obszernym stole ze szklanym blatem. Matka podsunęła jej pod nos kubek gorącego kakao i talerz naleśników z owocami. - To na dobry początek dnia! - uśmiechnęła się do niej i delikatnie musnęła jej głowę palcami.

Zaraz po śniadaniu opuściła dwupoziomowy segment szeregowca przy ulicy Klonowej i skierowała kroki w stronę majaczącego w oddali budynku szkoły. Matka Alicji, przyklejona do szyby, odprowadziła dziewczynę wzrokiem, a zaraz po tym wzięła się za porządki. Ogarnęła łóżko w pokoju córki, która, jak zwykle, nie zadała sobie trudu, aby doprowadzić zmiętą pościel do ładu i sprzątnęła po śniadaniu.

Przekraczając próg szkoły, natknęła się na Marcina, który zdyszany wpadł tuż za nią do środka przez dwuskrzydłowe, przeszklone drzwi. Z obu stron padło zdawkowe: - Cześć i oboje udali się w milczeniu do klasy. Marcin nie był zbyt popularnym kolegą, nie miał komórki ani też nie był aktywny na żadnym z portali społecznościowych. A ten jego ubiór… Nic ciekawego. Po prostu nie mógł domagać się czyjegokolwiek zainteresowania. Przed klasą czekały grupki kolegów i koleżanek, z ożywieniem rozprawiających o dzisiejszym wyjściu po szkole, do galerii handlowej na lody, z okazji urodzin Kaśki, a potem do parku, żeby powłóczyć się trochę, ciesząc się urokami ciepłej, słonecznej wiosny. Kaśka z ulgą przyjęła odmowę klasowego odludka, nie bardzo wyobrażała sobie sytuację, w której chłopak ciągnąłby się za resztą towarzystwa, nie uczestnicząc w żartach ani w wygłupach. Jakiś dziwny ten Marcin. W ogóle do nich nie pasuje. Całe szczęście, że nie zgodził się iść z nimi, wymawiając się innym zajęciem w tym czasie. Rozmyślania dziewczyny przerwała niezbyt lubiana przez młodzież nauczycielka informatyki, która znienacka pojawiła się na horyzoncie, energicznym krokiem zmierzając w kierunku klasy, wzbudzając powszechne niezadowolenie i inicjując pomruki.

Lekcje dłużyły się, wszyscy niecierpliwili się. Dałoby się jakoś wytrzymać gdyby nie przynudzająca historyczka i zbyt ambitny matematyk, który za cel postawił sobie zrobienie z przeciętniaków geniuszy. Nawet Maciek obdarowany wyjątkowo ścisłym umysłem miał dzisiaj dość i z niecierpliwością czekał na dzwonek obwieszczający koniec lekcji. Zajęcia wreszcie dobiegły końca i nastolatki wysypały się grupkami ze szkolnego budynku, kierując się w stronę galerii handlowej. Dziewczęta plotkowały, podjadając kruche ciasteczka, które dzień wcześniej upiekła Kaśka, chłopcy podążali za nimi, częstując się czipsami z paczki, przemyconej przez Krzyśka w szkolnej torbie. Krzysiek miał sporą nadwagę i w związku z tym zakaz napychania się tego rodzaju przekąskami, ale jak zwykle zlekceważył zalecenia rodziców. W użyciu były też telefony komórkowe, z dostępem do internetu, a jakże by inaczej, nie można było nie pochwalić się pomysłowym „selfie” i nie wzbudzić tym samym podziwu w oczach kolegów i koleżanek. Właśnie dotarli na deptak, tuż obok galerii, z fontanną ustawioną w centralnym jego punkcie, kiedy Magda, znana z dużego poczucia humoru, przypomniała sobie świetny kawał i postanowiła podzielić się nim z resztą towarzystwa. Efekt był taki, że za chwilę wszyscy ryczeli ze śmiechu, a ci, co kawał już znali śmiali się podwójnie. Nieoczekiwanie Alicja wybałuszyła oczy i otworzyła usta usiłując złapać powietrze. Chwyciła stojącą tuż obok Magdę, która od razu zorientowała się, że koleżanka potrzebuje pomocy, jednak zamiast zachować zimną krew zaczęła przeraźliwie piszczeć, czym zwróciła uwagę pozostałych.

- Kto wie jak udzielić pierwszej pomocy w przypadku zakrztuszenia?! - wrzasnął Jarek i podbiegłszy do Alicji klepnął ją mocno w plecy. Raz i jeszcze raz, bezskutecznie. Dziewczyna robiła się coraz bledsza, w jej oczach można było wyczytać błagalne wołanie o pomoc. Jarek nie zaprzestawał oklepywania pleców koleżance, obserwując kątem oka jak pozostali nerwowo przeczesują komórki w poszukiwaniu informacji. Niespodziewanie jakiś ciężar zwalił się na niego, odsuwając go w bok. Wprawne ręce objęły i zgięły Alicję wpół i naciskając przeponę uwolniły dziewczynę od kawałka kruchego ciasteczka, które wpadło jej do krtani podczas ataku śmiechu, skutecznie tamując oddech. Alicja osunęła się na chodnikowe płyty i uniosła głowę do góry, aby przyjrzeć się swemu wybawcy. Przed nią stał... Marcin. Ten niepozorny, zwykle nierzucający się w oczy chłopak, którego zresztą miało tu nie być.

- Ja, może nie jestem właścicielem telefonu komórkowego, ale staram się używać szarych komórek, w przeciwieństwie do niektórych tu obecnych – powiedział z przekąsem i odszedł, schylając się po drodze po ulotki, które wypadły mu z torby. Miał jeszcze ich sporo do rozdania, żeby za zarobione pieniądze dało się kupić coś przyzwoitego do jedzenia.

Kolejnego dnia, gdy jak zwykle wpadł do szkoły dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed lekcją biologii, wszystkie oczy zwróciły się ku niemu.

- Ot i twój rycerz... – wyszeptała Magda Alicji wprost do ucha.

- Chyba..., chyba nie zdążyłam ci wczoraj podziękować – wystękała Alicja, której nie bardzo było na rękę, że to właśnie on stał się jej wybawcą. Co innego Paweł czy Piotrek, za którymi oglądała się przynajmniej połowa gimnazjalistek. Ale ten... byle jaki chłoptaś? Dziewczyna przełknęła ślinę i z nosem na kwintę zajęła miejsce w ławce. Będzie teraz przedmiotem żartów koleżanek przynajmniej przez miesiąc. Potrafią być złośliwe.

Godzinę później wyjęła ze śniadaniówki przygotowaną przez mamę kanapkę z sałatą i szynką. Nie wyszła na przerwę, nie opłacało się, bo w tej samej klasie miała odbyć się zaraz kolejna lekcja biologii w zastępstwie za historię - nauczyciel tego przedmiotu akurat rozchorował się. Dziewczyna skrzywiła się.

- Znowu to samo? Ileż razy można jeść kanapkę z szynką?- zwróciła się do siedzącej obok przyjaciółki. Magda nie zareagowała, za to ni stąd ni zowąd przy ławce pojawił się bohater wczorajszego dnia.

- Jak nie masz co z nią zrobić to chętnie skorzystam, ale niestety nie mam nic na wymianę. Alicja bez żalu podała koledze kanapkę, a ten pochłonął ją w trzy sekundy.

- Dziękuję, bardzo smaczna – odezwał się półgębkiem, przełykając ostatni kęs. - Przy okazji – mam do ciebie interes. Magda, mogłabyś zostawić nas na chwilę? - zwrócił się do rudowłosej przyjaciółki Alicji, a ta zmyła się jak niepyszna, bo niezmiernie paliła ją ciekawość co też taki Marcin wykombinował.

- Wczoraj ja zrobiłem ci przysługę – powiedział, zajmując miejsce w ławce - teraz twoja kolej i będziemy kwita. Czy wpadniesz do mnie na chwilę po szkole? Nie zajmę ci dużo czasu. Chciałbym coś ci pokazać. Nic wielkiego, ale wymaga tego, żebyś poszła ze mną. Dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty na przebywanie w towarzystwie zupełnie niepopularnego kolegi, ale jeżeli to miało ją od niego uwolnić... Poza tym jednak zżerała ją ciekawość. Może będzie miała co opowiadać przyjaciółce, która wyraźnie lubiła tego rodzaju sensacje. Zgodziła się więc i tuż po skończonych lekcjach skierowali się w stronę domu Marcina, niewiele odzywając się do siebie bo i wspólnych tematów było zbyt mało. Tak naprawdę nie znali się zupełnie. Mieszkał kilka przecznic dalej, w trzypiętrowej kamienicy, której elewacja pozostawiała wiele do życzenia. Weszli schodami na drugie piętro i zatrzymali się przed drzwiami, które wcale nie zapraszały do środka. Odrapane i brudne, odstraszały potencjalnego gościa swym wyglądem, czego więc można było spodziewać się po wejściu do mieszkania? Marcin nacisnął klamkę i lekko popchnął dziewczynę, która nie była zdecydowana, żeby wejść. Serce mu waliło, bo właśnie odkrywał przed kimś swoją największą tajemnicę, o której niewielu wiedziało, bądź zwyczajnie – nie chciało wiedzieć. Alicję ogarnęły mdłości zaraz po przekroczeniu progu – smród był tak nieznośny, że zasłoniła nos i usta ręką, aby nie zwymiotować. Z pokoju wyjrzała matka Marcina, oparła się jedną ręką o ścianę i wykrzywiła usta w dziwacznym uśmiechu.

- Jeszcze nie zdążyła wytrzeźwieć – szepnął chłopak do siebie. - Co to, przyprowadziłeś koleżankę? - odezwała się matka, próbując przygładzić paskudnie tłuste włosy i okrywając się szczelniej czymś w rodzaju szlafroka, co było tylko jego brudną i zniszczoną namiastką. Jednak prawie nigdy się z nim nie rozstawała.

- O! Gówniarz wrócił! - Gdzie kasa? - wrzasnął ojciec, nie wychylając się z pokoju w głębi mieszkania.

- Ciii – kobieta za wszelką cenę usiłowała uspokoić męża, ale ten nie słuchał i coraz bardziej podnosił głos na syna, który skulił się w obronnym geście, choć ojca nie było w pobliżu. Alicja spanikowała, szarpnęła drzwi i znalazła się z powrotem na klatce schodowej. - Byle dalej stąd! - pomyślała i puściła się pędem w dół po schodach.

- Alicja, Ala! Zaczekaj! - Marcin ciężko dysząc dogonił dziewczynę na półpiętrze i chwycił ją mocno za ramiona. - Ja... ja nie jestem taki zły, słyszysz? Spójrz na mnie. Nie chciałem cię przerazić! Chciałem tylko, żebyś zobaczyła jak wygląda moje życie i wreszcie doceniła te swoje kanapki z sałatą i szynką. Nie gniewaj się na mnie, proszę - patrzył jej prosto w oczy, daremnie szukając w nich zrozumienia i wybaczenia. Zszokowana dziewczyna nie chciała dalej słuchać, ostrym szarpnięciem wyrwała się z silnego uchwytu kolegi, zbiegła w dół i tyle ją widział. Spuścił głowę i wrócił do mieszkania, które przerażało go brakiem radości, miłości i ciepła. Był samotny.

W ciągu kolejnych dni w szkole nie działo się nic ciekawego. Wiało nudą, z przerwami na niezapowiedziane kartkówki. Te to ciągle były ciekawe, bo kiedy wydawało ci się, że nic nie wiesz, doznawałeś olśnienia, a kiedy myślałeś, że pozjadałeś wszystkie rozumy, zostałeś ściągnięty na ziemię złą oceną. Marcin, który i tak do tej pory był odludkiem, teraz na dobre zamknął się w sobie, ciężko było złapać z nim jakikolwiek kontakt. Nawet nauczyciel chemii patrzył na niego podejrzliwie, kiedy, zwykle bystry i inteligentny chłopak, teraz ledwo coś dukał przy tablicy Mendelejewa, która dla większości, pomimo starań nauczyciela, pozostawała czarną magią. Alicja również nie była jakoś specjalnie wygadana, a przyjaciółka nawet obraziła się na nią, że ta do tej pory nie zdała jej relacji z wyprawy do domu Marcina.

- Phi, też mi tajemnica! - Magda wzruszyła ramionami, udając brak zainteresowania tematem, choć akurat było zupełnie na odwrót.

*

W sobotni poranek mamę Alicji wybudziły ze snu dziwne odgłosy dochodzące z kuchni. Przeraziła się i zaczęła szarpać męża, który właśnie przewracał się na drugi bok. - Janek... Janek, obudź się, ktoś jest w naszej kuchni! - Że co? - pan Sokołowski podniósł głowę i zaczął nasłuchiwać.

- Nie przyszło ci do głowy, że to może być Alicja? - zapytał.

- Alicja? Coś ty, nigdy nie widziałam jej w kuchni w sobotę rano. Do południa nie wstaje z łóżka.

- To żeś mi zabiła ćwieka, idę w takim razie sprawdzić.

- Uważaj tylko! - pani Sokołowska z niepokojem wypchnęła męża z sypialni i czekała na przebieg wydarzeń, ale żeby nie czekać biernie chwyciła w rękę mosiężny świecznik ze stolika tuż obok i zaczaiła się przy drzwiach.

- Basiu, chodź no tu – usłyszała, wcale nie rozpaczliwe, wołanie męża, odstawiła więc świecznik na miejsce, narzuciła na siebie podomkę i weszła do kuchni. Doleciał ją zapach świeżutkich bułek i jajecznicy z boczkiem, której solidną porcję mąż właśnie nakładał sobie na talerz. Alicja stała obok i nalewała z dzbanka do kubka dopiero co zaparzoną, aromatyczną kawę - nie sposób było się oprzeć. Pani Sokołowska przetarła oczy ze zdumienia, usiadła obok męża dopiero wtedy, gdy ten wskazał jej miejsce. Nie odezwała się ani słowem, oczy miała mokre od łez. Była tak wzruszona, że ledwo co przełknęła śniadanie, każdy kęs rósł jej w gardle, za to pan Sokołowski nie stronił od dokładki, najadając się aż za bardzo. Gdy skończyli śniadanie matka Alicji podniosła się, aby posprzątać, lecz dziewczyna wyrwała jej z rąk brudne talerze zapewniając, że sama ogarnie bałagan na stole. Rodzice ucałowali Alicję i wycofali się do swoich zajęć, a nastolatka uśmiechnęła się pod nosem i wyszeptała: - Dziękuję ci, chyba zrozumiałam co chciałeś mi powiedzieć.

*

Zaszył się w kącie szkolnego korytarza, pomiędzy pracownią chemiczną, a gabinetem biologii i zagłębił się w lekturę książki, którą wypożyczył dzień wcześniej w osiedlowej bibliotece. Biblioteki, na szczęście, ciągle istniały, w przeciwnym razie miałby utrudniony dostęp do alternatywnego świata, będącego projekcją pisarskiej fantazji, a stanowiącego ucieczkę od marnej i nieciekawej rzeczywistości. Owszem, czasem zaglądał do antykwariatu przy ulicy Mariackiej, wpasowanego w zabytkową część miasta, ale nawet jeżeli ceny książek były tu przystępne to i tak wydanie każdej złotówki wymagało głębokiego zastanowienia. Zdarzało się bowiem, że kładł się spać ze ściśniętym z głodu żołądkiem – wtedy natarczywe ssanie budziło go w środku nocy, nie pozwalając należycie odpocząć. Cóż... Książkami się nie naje... Tak więc najczęściej odkładał ciekawie zapowiadającą się pozycję na półkę, po czym z żalem opuszczał antykwariat „Pod arkadami”, obiecując sobie, że następnym razem z pewnością ją kupi, o ile jeszcze będzie dostępna. Tyle, że … następny raz rzadko nadchodził.

*

Alicja niemal zadławiła się kęsem bułki, którą mama przygotowała jej do szkoły, kiedy towarzysząca jej Karolina, obdarzona niewątpliwym talentem aktorskim, wcieliła się w postać flegmatycznego nauczyciela fizyki. Spowolnione ruchy, odpowiednia gestykulacja i wyraz twarzy dały tak komiczny efekt, że Alicja nie potrafiła powstrzymać się od śmiechu, chociaż nauczyciela tego przedmiotu darzyła dużą sympatią. Karolina za to była zbyt wyniosła i pewna siebie, aby ją lubić, jednak trzeba było przyznać, że parodiować potrafiła jak mało kto. Uśmiech zniknął z twarzy Alicji natychmiast kiedy dostrzegła Marcina pochylonego nad jakąś książką, zapewne arcyciekawą, bo chłopak z wypiekami na twarzy śledził tekst na poszarzałych kartkach dość opasłego tomiska. Zawahała się chwilę, po czym spławiła towarzyszącą jej koleżankę, wymawiając się nagłą koniecznością skorzystania z toalety. Kiedy Karolina zniknęła za zakrętem, zarzucając wcześniej sporych rozmiarów, lakierowaną torbę na ramię, odważyła się podejść do kolegi, zagłębionego w lekturze książki.

- Co czytasz? - rzuciła w kierunku Marcina, a ten podniósł głowę i zawiesił wzrok na jej twarzy.

- Po pierwsze: od kiedy to cię interesuje? Po drugie: nie wstydzisz się, że ktoś może nas zobaczyć? - burknął niegrzecznie.

- Nie, nie wstydzę się – skłamała, bo tak naprawdę wciąż miała problem ze zbliżeniem się do kogoś takiego jak Marcin – wyglądał jak wyglądał, był nikim na tle klasy, a może i nawet całej szkoły.

- Co czytasz? - ponowiła pytanie, choć wcale nie była ciekawa odpowiedzi – poświęcała książkom niewiele czasu i były to przeważnie lektury, z którymi zapoznawała się wyłącznie z konieczności podyktowanej chęcią zdobywania jak najlepszych ocen. Jej rodzice byli dobrze sytuowani, starali się spełniać wszystkie zachcianki długo wyczekiwanej jedynaczki, nie mogła zawieść ich kiepskimi wynikami w nauce. Tak więc, pytanie skierowane do Marcina nie miało głębszego sensu – żaden tytuł książki nie będzie jej się wydawał znajomy, ani też nie będzie budził żadnych skojarzeń. Zrobiła po prostu pierwszy krok do przezwyciężenia niechęci do tego dziwnego chłopaka – zbyt dziwnego jak dla niej i pozostałych dwudziestu sześciu osób w klasie.

*

Niespiesznie otworzył drzwi mieszkania, które i tym razem nie były zamknięte na klucz – nie miało to żadnego znaczenia, bo w środku nie znajdowało się nic wartościowego, no może z wyjątkiem starego zegara w drewnianej obudowie, który tkwił na ścianie jego pokoju i był jedyną zachowaną pamiątką po zmarłej babci. Babcia odeszła pięć miesięcy temu, wszystko co posiadała zostało spieniężone, kasy było na tyle mało, że nie starczyło na polepszenie bytu, ale na tyle dużo, żeby rodzice nie trzeźwieli. Ostro zaprotestował kiedy w domu zabrakło gotówki i ojciec zaczął dobierać się do zegara, żeby wymienić go na butelkę wódki. Chłopak oberwał przy tym solidnego kuksańca w głowę tak, że dojrzał mroczki przed oczami i osunął się na podłogę. Nie pierwszy raz... Matka, która akurat miała przebłysk trzeźwości, stanęła murem za synem i uparła się, żeby zegar pozostał na swoim miejscu. Udało się... tym razem...

Dobiegły go bełkotliwe, agresywne męskie głosy z pokoju obok – ojciec i jego kumple rżnęli w karty, nie żałując przekleństw i obrażając się wzajemnie. Zajrzał do kuchni – krzątała się w niej matka, która drżącymi z przepicia rękoma przygotowywała kanapki ze smalcem. Znieruchomiała na chwilę i spojrzała na syna, ale zaraz ze wstydem opuściła wzrok na kuchenny blat i zaczęła układać mało apetyczne kanapki na talerzyku o wyszczerbionym brzegu. Chłopak przekroczył próg swojego pokoju, zrzucił torbę na wyblakły i mocno przybrudzony dywan, po czym walnął się na wersalkę – nadgryzione zębem czasu sprężyny złowrogo zajęczały pod jego ciężarem. - Znowu to samo – cholerne deja vu albo dzień świstaka, jak kto woli – powiedział sam do siebie. - Kiedy to wreszcie się skończy? Kiedy obudzę się z tego koszmaru? Założył ręce pod głowę, zamknął oczy i zaczął marzyć... o normalnej rodzinie i normalnym życiu, o tym, czego inni nie doceniają, bo mają to na co dzień. - Gdzie tu sprawiedliwość?

Musiał zasnąć jak kamień - seria nieprzespanych nocy zrobiła swoje - gdy otworzył oczy, w mieszkaniu panowała cisza, przerywana jedynie jednostajnym charkotem, wydobywającym się z ust ojca, śpiącego w pokoju obok. Kumple ulotnili się, widocznie zabrakło alkoholu i nie było sensu kontynuować libacji. Cisza... Zerwał się gwałtownie i spojrzał na ścianę, na której powinien wisieć zegar. Teraz wiedział, dlaczego cisza drażniła mu uszy – brakowało miarowego tykania, które trzymało go przy życiu za każdym razem, gdy myślał, że już dłużej nie wytrzyma, że zwyczajnie nie da rady. Siadał wtedy na podłodze i kołysał się w rytm zegara – Tik, tak, tik tak... Wahadło wędrowało niezawodnie w te i we w te, nie zważając na toczące się obok awantury, wszczynane przez upojonego alkoholem mężczyznę, który obrzucał syna stekiem niewybrednych wyzwisk. Teraz to, co przynosiło ukojenie, zostało mu odebrane. Wściekł się. Zacisnął dłonie w pięści i już za chwilę pochylał się nad krępą sylwetką ojca, leżącego wprost na wypłowiałej barwy linoleum – nie miał nawet siły dowlec się do kanapy. - Gdzie jest zegar?! - zagotował się, uderzając ojca pięścią w bok. - Co z nim zrobiłeś?! - szarpnął go mocno za ramię. Mężczyzna ocknął się na moment – Mietek... Mie... - wybełkotał i odpłynął, pozostawiając syna w stanie skrajnej rozpaczy.

Od kilku dni nie pojawiał się w szkole. Włóczył się bez celu po mieście lub równie bezcelowo zaglądał do galerii handlowej, przypatrując się sklepowym wystawom. Nie wchodził do środka, bo na nic nie było go stać. Kasa za rozdawanie ulotek ledwo starczała na jedzenie, a i tak często burczało mu w pustym, bo pozbawionym konkretnego posiłku, żołądku. Zatrzymał się przed kolejną wystawą – manekiny, zastygłe tym razem w dziwacznych pozach – wizja niezrównoważonego dekoratora - nie mogły go skrzywdzić, dlatego wyżalił się bezdusznym kukłom tkwiącym nieruchomo za pokaźnych rozmiarów taflą szyby - musiał wyrzucić z siebie rozpacz i ból i bezsilność. Był tylko człowiekiem.

- Chłopcze! - dobiegł go życzliwy głos za plecami, a szczupłej budowy dłoń ze starannie wypielęgnowanymi paznokciami wylądowała na jego ramieniu. - Chłopcze, marnie wyglądasz, czy mogę postawić ci coś do jedzenia? Marcin odwrócił się. Zawahał się, ale ostatecznie przyjął zaproszenie od mężczyzny w średnim wieku, ubranego w nienagannie skrojony garnitur. - Chętnie, jestem bardzo głodny.

Kebab smakował jak nigdy dotąd, zajadał aż mu się uszy trzęsły, oblizując co rusz usta z nadmiaru wyciekającego z tureckiej bułki gęstego, czosnkowego sosu. Towarzyszący mu mężczyzna nie odzywał się ani słowem, bacznie przyglądał się intrygującemu nastolatkowi z burzą kręconych włosów, który z apetytem pochłaniał każdy kolejny kęs kebaba.

- Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić? - przerwał wreszcie milczenie, wskazując znacząco na wyświechtaną dresową bluzę, którą Marcin miał na sobie. Chłopak wlepił wzrok w nieznajomego. Nagle zwątpił w bezinteresowność faceta, którego miał przed sobą. - Ot, tak sobie, chce wydać kasę na przypadkowo napotkanego nastolatka? – zmarszczył brwi, ale zaraz zganił się w myślach za zbytnią podejrzliwość i włożył do ust ostatni kawałek bułki.

- Nie, dziękujęNiczego nie potrzebuję – odparł grzecznie, wycierając brzegi ust serwetką.

- A nie da się ukryć, że wyglądasz jakbyś potrzebował – uśmiechnął się mężczyzna, sięgając ręką do poły marynarki, wydobywając z wewnętrznej kieszeni niewielkich rozmiarów ulotkę, którą od razu podsunął pod nos Marcinowi. - Wyobraź sobie, że kiedyś byłem w podobnym położeniu co ty. Domyślam się, że... jednak masz problemy, choć wolisz się do tego nie przyznawać. Na szczęście znalazłem wtedy kogoś, kto podał mi pomocną dłoń. Teraz ja mogę zrobić to samo dla ciebie.

- Pomocna dłoń? Chłopak rzucił okiem na grafitowy druk kontrastujący z nieskazitelną bielą kredowego papieru. Jakoś trudno było mu uwierzyć, że ktokolwiek zamierza ingerować w jego beznadziejnej jakości życie, ale z zaciekawieniem przeczytał kilka pierwszych linijek tekstu.

Jesteśmy grupą wsparcia dla osób takich jak ty – samotnych, zagubionych, nierozumianych przez innych. Przy nas nabierzesz wiatru w żagle i odnajdziesz sens życia. Dajemy ci szansę wzmocnienia się i nabrania pewności siebie. Niczego nie tracisz, zyskujesz za to paczkę oddanych przyjaciół, którzy nigdy nie zostawią cię w potrzebie. Czekamy na ciebie.”

- Niczego nie tracisz... - zastanowił się. Bo niby co lub kogo miał do stracenia? Powroty do zatęchłej i zapuszczonej nory, gdzie nikt na niego nie czekał? Rodziców, którzy byli nimi tylko na papierku, bo mieli gdzieś własnego syna, za to nie mogli żyć bez wódki?

Nie dał po sobie poznać jak bardzo przydałoby mu się czyjeś wsparcie i dobre słowo. Jeszcze nie ufał nieznajomemu na tyle, aby się przed nim otworzyć, pomimo że ten potraktował go bardzo życzliwie. - Zastanowię się – powiedział, chowając ulotkę do tylnej kieszeni spodni.

Mężczyzna wprawnym ruchem podwinął rękaw eleganckiej marynarki i zerknął na cyferblat luksusowego zegarka. - Przykro mi, muszę już się zbierać. Na samym dole ulotki znajdziesz informację o terminach i adresie naszych spotkań. To tak... na wszelki wypadek... jakbyś jednak był zainteresowany. Podniósł się, odsunąwszy na bok metalowe krzesło. - I jeszcze – dodał – jestem Krzysztof. Krzysztof Zawada. Pytaj o mnie, jakby co. Z kim miałem przyjemność rozmawiać? - spojrzał wyczekująco na chłopaka, ale ten niechętnie udzielił odpowiedzi. - Marcin. Po prostu Marcin.

*

Krzysztof oddalił się w pośpiechu, skupiając na sobie wzrok przypadkowo mijających go osób – wyróżniał się na tyle, że nie sposób było przejść obok niego obojętnie. Wysoki, szczupły, ze starannie przyciętymi blond włosami, na dodatek świetnie ubrany, wydawał się zaprzeczać powiedzeniu, że nie szata zdobi człowieka. Jak tylko zniknął z pola widzenia, Marcin sięgnął po ulotkę do tylnej kieszeni spodni. Zainteresowała go już wcześniej, ale nie chciał przyznać się do tego przed Krzysztofem. Przyjrzał się terminom spotkań, odbywały się we wtorki i piątki, a więc najbliższe przypadało za dwa dni. Postanowił, że nie będzie tracić czasu, i tak marnował go codziennie na bezcelowe wałęsanie się. Było jasne, że sam nie da rady stawić czoła parszywej rzeczywistości, którą zafundowali mu rodzice, a może właśnie nadarzała się szansa, aby wyrwać się z pułapki beznadziejności i zacząć żyć od nowa. Żyć od nowa... Zapomnieć o suto zakrapianych alkoholem libacjach i karczemnych awanturach, wszczynanych przez najbliższe mu osoby, o wyzwiskach, poniżaniu i o pustym żołądku albo o nieprzespanych nocach, w środku których zrywał się zlany potem - śniła mu się rzeka wódki - wzbierała i występowała z brzegów, po czym przelewała się przez życie jego rodziny czyniąc spustoszenie. Byłby głupcem gdyby nie spróbował... Przycisnął brzeg wąskiej, długiej szklanki do ust, wypijając ostatnie krople wody i wstał od stolika. Ulotka z powrotem wylądowała w tylnej kieszeni jeansów.

*

Alicja byłą jedyną osobą w klasie, która zaniepokoiła się nieobecnością kolegi. - Co musiało się stać, że nie pojawił się w szkole? - zachodziła w głowę, a lista podejrzeń rosła wraz ze wspomnieniem pamiętnej wizyty w jego domu – do dziś robiło jej się słabo na samą myśl, że kiedykolwiek mogłaby tam wrócić. Dla całej reszty chłopak mógł nie istnieć, nawet gdyby pozjadał wszystkie rozumy, bo liczyła się nie wiedza, ale popularność, a tej akurat chłopak nie miał za grosz. Co z tego, że całkiem niedawno został laureatem wojewódzkiego konkursu chemicznego „Alchemik” - nikogo to nie obchodziło, skoro nie zabłysnął nietuzinkowym selfie ani też wywołującym rozbawienie, filmikiem własnego autorstwa. Można by pokusić się o stwierdzenie, że na własne życzenie trzymał się z dala od grupy, która wyraźnie nie akceptowała tego, że ktoś mógłby mieć odmienne zainteresowania niż wszyscy pozostali.

*

W odróżnieniu od innych, skłamałaby, gdyby przyznała, że Marcin jest jej zupełnie obojętny. Każdego dnia wypatrywała w szkole właściciela burzy kręconych włosów, który zaintrygował ją podczas ostatniej rozmowy na szkolnym korytarzu.

- Pytasz o tytuł książki, którą właśnie czytam? Nie odpowiem, za to krótko streszczę historię do momentu, w którym mi przerwałaś... Otóż mały chłopiec napotyka zbiegłego więźnia i pomaga mu w ucieczce, dostarczając żywność wyniesioną ukradkiem z domu. Nie spodziewa się roli jaką odegra ów człowiek w jego życiu. Chłopiec jest wychowywany przez siostrę i jej męża – kowala. Na co dzień zmaga się z niedostatkiem, ale wydaje się, że los się do niego uśmiecha – zostaje zatrudniony do dotrzymywania towarzystwa bogatej, ekscentrycznej starej pannie, którą wieki temu porzucił narzeczony w dniu ślubu, oraz jej podopiecznej  - ślicznej, filigranowej dziewczynce, w zbliżonym do niego wieku, rozkapryszonej i zarozumiałej... To by było na tyle... Znam tę książkę na wylot i właśnie czytam ją po raz drugi. Jeśli wykażesz się wyobraźnią i zaproponujesz ciekawy ciąg dalszy, to uznam, że możesz doznać zaszczytu przebywania w moim towarzystwie. Musiała zrobić wielkie oczy, bo Marcin roześmiał się szeroko.

- Żartowałem, oczywiście. Naprawdę pomyślałaś, że kontakty z ludźmi uzależniam od stopnia zaawansowania ich wyobraźni? Alicja speszyła się, ale zaraz przyznała, że spodobał jej się pomysł dokończenia opowieści według własnego widzimisię.

- Wiesz, to naprawdę ciekawe zadanie, do jutra coś wymyślę, a ty powiesz mi czy daleko odbiegłam od prawdziwej historii - powiedziała z entuzjazmem do kolegi, który z powrotem zanurzył nos w książce.

Zarwała część nocy, zastanawiając się nad dalszymi losami bohaterów, żeby potoczyły się tak, aby wzbudzić ciekawość w Marcinie, a ten po prostu nie pojawił się w szkole.

*

Długo walczyła ze sobą zanim zdecydowała się sprawdzić co się z nim dzieje. Jej obawy były uzasadnione, bo nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tak dalece posuniętą patologią. Matka izolowała ją od wszystkiego co odbiegało od normy, oplatając ją siecią zbyt wylewnej miłości, dobrobytu i nadopiekuńczości. Rozpieszczonej nastolatce nie mieściło się w głowie, że życie może toczyć się w tak paskudnym i ponurym miejscu jak ta trzypiętrowa kamienica, położona zaledwie kilka przecznic dalej od jej rodzinnego domu. Nic nie zmieniło się od ostatniego razu - klatka schodowa nadal śmierdziała moczem i stęchlizną, a solidna warstwa kurzu i brudu, pokrywająca szyby wysokich okien osadzonych w wąskich ramach, zdecydowanie ograniczała ilość wpadającego do budynku światła. Podobnie jak poprzednio poczuła się nieswojo. Zatknęła niesforny kosmyk włosów za ucho i przyłożyła głowę do zniszczonego i odrapanego skrzydła drzwi. Wydawało się, że nie dzieje się za nimi nic niepokojącego. Odważyła się zapukać - najpierw ostrożnie, potem bardziej zdecydowanie, jednak nikt nie otwierał. Zdziwiła się, gdy drzwi ustąpiły pod naciskiem klamki. Z kuchni wychyliła się matka Marcina, w dużo lepszym stanie niż ostatnio - nie zataczała się, a jej włosy nie przypominały paskudnych, tłustych strąków – smętnie przylegały do twarzy, ale sprawiały wrażenie umytych i czystych. Alicja odetchnęła z ulgą. Dopiero teraz przyjrzała się kobiecie dokładniej i dostrzegła jak bardzo była chuda – obcisła bluzeczka uwydatniała żebra, które podnosiły się z każdym jej oddechem, a długa, rozkloszowana spódnica ledwo trzymała się na kościstych biodrach.

- Dzień dobry, czy Marcin jest w domu? - spytała dziewczyna, poprawiając pasek torby, który uwierał ją w ramię.

- Właściwie nie wiem co się z nim dzieje – kobieta za wszelką cenę starała się ukryć zakłopotanie wywołane brakiem informacji o miejscu pobytu syna.

- Czy... - Alicja zawiesiła głos, - czy mogę wejść do jego pokoju?

Matka Marcina skinęła głową i drżącą ręką wskazała pierwsze pomieszczenie po prawej stronie korytarza, po czym z ulgą zniknęła w głębi ślepej, pozbawionej okna kuchni, niemalże zamiatając brudną podłogę połą kwiecistej spódnicy. Dziewczyna ruszyła wzdłuż ściany wyłożonej poszarzałą ze starości boazerią i pchnąwszy przeszklone skrzydło drzwi – aż dziw, że było całe - przekroczyła próg pokoju. Rozejrzała się ostrożnie. Nie znalazła tu niczego godnego uwagi, dosłownie niczego, na czym warto by zawiesić oko na dłużej. Wysłużone meble i koszmarny kolor ścian – zbyt nudny i przytłaczający, aby odciągnąć wzrok od panującej tej miernoty - nie mogły spodobać się Alicji, której dom urządzony był ze smakiem, według pomysłów zaczerpniętych z kolorowych magazynów. Zawahała się, po czym otworzyła szufladę biurka, podpartego z jednej strony stosem książek. Wypełniały ją przybory szkolne i kilka drobiazgów, bliżej nieokreślonego przeznaczenia. Zajrzała do kolejnej. Sięgnęła po znajomo wyglądające tomisko – na tle granatowej, sztywnej okładki wyróżniał się tytuł, napisany dużymi, szarymi literami: „Charles Dickens, Wielkie nadzieje.” Przerzuciła palcami kilka pożółkłych ze starości kartek, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie musiała już męczyć Marcina o dalszy ciąg historii, której część opowiedział jej podczas spotkania na szkolnym korytarzu. Chętnie sama przekona się jak bardzo jej wersja losów głównego bohatera odbiega od tej właściwej, wymyślonej przez autora. – Chyba Marcin nie będzie miał nic przeciwko temu, że pożyczę tę książkę? - zastanowiła się chwilę, po czym zdecydowanym ruchem upchnęła ją w obszernej torbie, gdzieś między wypełnioną po brzegi kosmetyczką, a rzędem różnej wielkości podręczników. Właściwie miała już wychodzić, ale skupiła wzrok na ciemnych, luźnych jeansach, przewieszonych niedbale przez oparcie krzesła. Zaciekawił ją rąbek papieru wystający z tylnej kieszeni spodni. Sięgnęła po karteczkę i rzuciła okiem na widniejący na niej tekst: - „Jesteśmy grupą wsparcia dla osób takich jak ty – samotnych, zagubionych, nierozumianych przez innych. Przy nas nabierzesz wiatru w żagle i odnajdziesz sens życia.” Usiadła na wersalce, która zaskrzypiała pod jej ciężarem i uważnie przeczytała całą ulotkę. Wiedziała już gdzie szukać Marcina.

*

Zdezorientowany zatrzymał się nagle na środku szerokiego chodnika tak, że dziewczyna idąca tuż za nim niemalże wpakowała mu się na plecy. - Co robisz, matole! - wrzasnęła i z wyrazem wściekłości na twarzy minęła go szerokim łukiem, po czym zniknęła tuż za zakrętem prowadzącym do pobliskiego parku. Niefortunne zdarzenie nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, bo myśli miał zajęte próbą odtworzenia adresu, który znajdował się na kredowobiałej ulotce. Mógłby przysiąc, że „Niebo na wyciągnięcie ręki” mieściło się przy ulicy Miodowej 12. Tymczasem nic nie wskazywało na to, że trafił pod właściwy adres. Ulotka, niestety, została w domu, w kieszeni jeansów, które zmienił na luźniejsze i wygodniejsze spodnie dresowe. Zrezygnowany, zbierał się do odejścia, gdy dobiegł go donośny męski głos. Wydał mu się znajomy. - Marcin! Miło cię widzieć! Chłopak podniósł wzrok i w szeroko otwartym oknie prostego w formie budynku dojrzał młodego mężczyznę o jasnych włosach. Był to Krzysztof, ten sam, który dwa dni temu, w galerii handlowej, ofiarował mu swą pomoc. - Tam jest wejście! - mężczyzna, wychylając się z okna, wskazał ręką osadzoną w metalowym ogrodzeniu furtkę, znajdującą się zaledwie parę kroków od Marcina. Zupełnie nie rzucała się w oczy, bo maskowały ją rozrośnięte z obu jej stron rzędy strzelistych jałowców. Nic więc dziwnego, że nie dostrzegł jej wcześniej. Stanął przed furtką i doznał olśnienia. Dokładnie na wysokości jego oczu mienił się, w promieniach wiosennego słońca, niepozorny witrażyk przedstawiający sięgającą chmur rękę, co utwierdziło go w przekonaniu, że znalazł się we właściwym miejscu. Uśmiechnął się pod nosem. Jednak pamięć go nie zawiodła. Chwycił za klamkę, która łatwo ustąpiła pod naciskiem, ale nie zdążył zrobić kroku, bo drogę zagrodziła mu... Alicja. Rozchylił w zdziwieniu usta. Alicja była ostatnią osobą, której spodziewałby się akurat tutaj i w tym czasie. Dziewczyna zdecydowanym ruchem złapała go pod ramię tak, że nawet nie zdążył zaprotestować i warknęła – Ani się waż!, po czym pociągnęła go z dala od prowadzącego na posesję wejścia, w kierunku tętniącej życiem ulicy Lipowej.

*

- Co to było? - rzucił wzburzony w kierunku Alicji, pochylającej się nad filiżanką cappuccino. - Powiesz mi wreszcie? Dlaczego mnie śledziłaś? Nie myślisz chyba, że uwierzę, że znalazłaś się na ulicy Miodowej przypadkiem?

- Stanowczo za dużo pytań – skwitowała dziewczyna i zanurzyła rękę w torbie wyjmując z niej egzemplarz pracy dyplomowej autorstwa swojej matki. - Tu znajdziesz odpowiedzi – dodała, stukając szczupłym palcem w twardą, granatową okładkę.

- „Sekta – zagrożenie dla młodych” - wyrecytował Marcin jednym tchem, podążając wzrokiem za wygrawerowanym skośnymi literami tytułem. Spojrzał na towarzyszącą mu koleżankę jakby pomieszały jej się zmysły. - Ty tak na serio??? - zapytał, sięgając po szklankę soku pomarańczowego, stojącą tuż przed nim, na okrągłym kawiarnianym stoliku. - Nie, no śmiech na sali! - podniósł głos, nie doczekawszy się żadnej reakcji z jej strony. Upił łyk soku i odstawił szklankę. - Krzysztof i sekta??? Toż to niedorzeczne!

- Czyżby? - Alicja uśmiechnęła się ironicznie. - Oczywiście nie można zakładać, że każdy kto chce pomagać jest członkiem sekty, ale w tym wypadku raczej nie mam wątpliwości. Czy sądzisz, że to jest normalne, że zadbany i odstawiony facet - wiem o czym mówię, bo widziałam go przez chwilę w oknie, a mam świetny wzrok - zwraca uwagę na tak przeciętnego gościa jak ty? Jesteś wprost idealnym kandydatem dla sekty – zagubiony, zaniedbany i zrezygnowany, a więc jak najbardziej podatny na manipulację. Na początek wystarczy odrobina zainteresowania i dobre słowo i rybka łapie haczyk. Prawie mu się udało, czyż nie? - wbiła wzrok w skonsternowaną twarz Marcina.

Marcin spochmurniał. Owszem, posiadał jakąś tam wiedzę o sektach, ale nigdy nie przypuszczał, że sam mógłby wplątać się w coś takiego. Czy aż tak potrzebował pomocy, że zagłuszył zdrowy rozsądek?

To naprawdę świetna lektura dla ciebie – Alicja wskazała na pracę dyplomową matki. - Dzięki niej otworzysz oczy – kontynuowała, niewzruszona zachowawczą postawą kolegi. Musiała za wszelką cenę wybić mu z głowy szukanie pomocy w wątpliwych miejscach.

*

Leżał na wersalce gapiąc się w sufit, z rękoma założonymi pod głowę. Był wściekły – efekt kolejnej libacji był taki, że mieszkanie znowu przypominało chlew, a z zalanymi w trupa rodzicami nie można było nawiązać żadnego kontaktu. Skronie pulsowały mu z natłoku myśli, które torpedowały jego głowę jedna po drugiej.

- Alicja chyba ma rację. Być może zbyt łatwo zaufałem obcemu człowiekowi. Ale czy można się temu dziwić w mojej sytuacji? Zamknął oczy. W poniedziałek pójdzie do polonistki. Jej na pewno może ufać. Sama zresztą niejednokrotnie robiła podchody wypytując go o sytuację rodzinną, bo nie podobało jej się to, że przychodził do szkoły zmęczony i zaniedbany. Kiedy żyła babcia jakoś wiązał koniec z końcem, dlatego udawało mu się skutecznie maskować katastrofę, z którą miał do czynienia w domu. Tak. Spróbuje. W poniedziałek pójdzie do polonistki... Z pewnością nie udźwignie tego w pojedynkę.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kocanka · dnia 19.07.2019 16:51 · Czytań: 264 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 4
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze
wiosna dnia 19.07.2019 22:35
Smutna, życiowa, pouczająca historia z nutką nadziei na poprawę losu Marcina.

Cytat:
sto­czyw­szy o nie walkę z krę­pej bu­do­wy ko­bie­tą

może z kobietą o krępej budowie*
Cytat:
Szczę­ście mu do­pi­sa­ło, oka­zał się spryt­niej­szy i mógł cie­szyć się teraz parą


Cytat:
- Zo­stał ka­wa­łek bułki! – ode­tchnął z ulgą i po­chło­nął ją w se­kun­dę

z kontekstu wynika, że ulgę pochłonął w sekundę. Może warto coś zmienić.
Cytat:
Ocią­ga­ła się zanim wy­grze­ba­ła się z wy­god­ne­go


Cytat:
Matka pod­su­nę­ła jej pod nos kubek go­rą­ce­go kakao i ta­lerz na­le­śni­ków z owo­ca­mi. - To na dobry po­czą­tek dnia! - uśmiech­nę­ła się do niej i de­li­kat­nie mu­snę­ła jej głowę pal­ca­mi.


Cytat:
Całe szczę­ście, że nie zgo­dził się iść z nimi, wy­ma­wia­jąc się innym za­ję­ciem w tym cza­sie.


Cytat:
Roz­my­śla­nia dziew­czy­ny prze­rwa­ła nie­zbyt lu­bia­na przez mło­dzież na­uczy­ciel­ka in­for­ma­ty­ki, która znie­nac­ka po­ja­wi­ła się na ho­ry­zon­cie, ener­gicz­nym kro­kiem zmie­rza­jąc w kie­run­ku klasy, wzbu­dza­jąc po­wszech­ne nie­za­do­wo­le­nie i ini­cju­jąc po­mru­ki.

inicjując* nie pasuje mi tu. Poza tym zmierzając, wzbudzając, inicjując*. Przebudowałabym to zdanie albo rozdzieliła na dwa. Lubię zdania wielokrotnie złożone, ale czasem nie warto z nimi przesadzać.
Cytat:
Lek­cje dłu­ży­ły się, wszy­scy nie­cier­pli­wi­li się.


Cytat:
Nie wy­szła na prze­rwę, nie opła­ca­ło się, bo w tej samej kla­sie miała odbyć się zaraz ko­lej­na lek­cja bio­lo­gii w za­stęp­stwie za hi­sto­rię - na­uczy­ciel tego przed­mio­tu aku­rat roz­cho­ro­wał się. Dziew­czy­na skrzy­wi­ła się.

Cytat:
Zgo­dzi­ła się więc i tuż po skoń­czo­nych lek­cjach skie­ro­wa­li się w stro­nę domu Mar­ci­na, nie­wie­le od­zy­wa­jąc się do sie­bie bo i wspól­nych te­ma­tów było zbyt mało. Tak na­praw­dę nie znali się zu­peł­nie

Nadużywasz się* Jeszcze jest tak w kilku miejscach, ale nie będę już tego kopiować.
Cytat:
w te i we w te

w tę i we w tę*
Cytat:
Kasa za roz­da­wa­nie ulo­tek ledwo star­cza­ła na je­dze­nie, a i tak czę­sto bur­cza­ło mu w pu­stym, bo po­zba­wio­nym kon­kret­ne­go po­sił­ku, żo­łąd­ku.

Jak w pustym to już wiadomo.
To opowiadanie dla młodzieży, więc archaiczne swe* zamieniłabym na swoje* i jeszcze raz przyjrzałabym się budowie zdań i opisom.

Pozdrawiam :)
al-szamanka dnia 20.07.2019 18:24
Na czym się dodatkowo potknęłam, a nie jest to wszystko:

Cytat:
Po­chy­lił się nad nią, ale zaraz gwał­tow­nie ode­rwał (cofnął, odsunął) głowę.

Cytat:
chło­pak cią­gnął­by się za resz­tą to­wa­rzy­stwa, nie uczest­ni­cząc w żar­tach ani w wy­głu­pach.

drugie w zbędne
Cytat:
Jakiś dziw­ny ten Mar­cin. W ogóle do nich nie pa­su­je (pasował).

Cały tekst trzymasz w czasie przeszłym, a tu wkradł się teraźniejszy.

Czasami komplikujesz zdania poprzez nieco niezręczną ich budowę:
Cytat:
Ow­szem, cza­sem za­glą­dał do an­ty­kwa­ria­tu przy ulicy Ma­riac­kiej, wpa­so­wa­ne­go w za­byt­ko­wą część mia­sta, ale...

Owszem, czasem zaglądał do wpasowanego w zabytkową część miasta antykwariatu przy ulicy Mariackiej, ale...

Rozbijaj dialogi. Nie potrzebujesz ich też pisać kursywą.
Cytat:
- Jesz­cze nie zdą­ży­ła wy­trzeź­wieć – szep­nął chło­pak do sie­bie. - Co to, przy­pro­wa­dzi­łeś ko­le­żan­kę? - ode­zwa­ła się matka, pró­bu­jąc przy­gła­dzić pa­skud­nie tłu­ste włosy...


- Jesz­cze nie zdą­ży­ła wy­trzeź­wieć – szep­nął chło­pak do sie­bie.
- Co to, przy­pro­wa­dzi­łeś ko­le­żan­kę? - ode­zwa­ła się matka, pró­bu­jąc przy­gła­dzić pa­skud­nie tłu­ste włosy...

Niekiedy niepotrzebne przecinki, poniżej oba zbędne.
Cytat:
Do­kład­nie na wy­so­ko­ści jego oczu mie­nił się, w pro­mie­niach wio­sen­ne­go słoń­ca, nie­po­zor­ny wi­tra­żyk


Rzeczywiście nadużywasz się, czasami po trzy razy w jednym zdaniu.

Co do tekstu.
Czytało się ciekawie (dlatego dobrnęłam do końca), choć temat nienowy.
Zawsze się zastanawiam, gdzie w takich przypadkach podziewa się Opieka, dlaczego sąsiedzi nie reagują.
Szkoda mi Marcina, tym bardziej, że to inteligentny, nietuzinkowy chłopak.
Trochę mi za mało zdecydowania w końcówce, ale najważniejsze, że będzie to już ten pierwszy krok.

pozdrawiam :)
Marek Adam Grabowski dnia 20.07.2019 19:45
Patrząc na kategorię spodziewałem się jakieś baśni. Napisane nawet zgrabnie, ale niekiedy trudno mi było stopić na teście. Co do fabuły, to zapowiadało się ciekawie; gdyż lubię klimat dwóch światów (chyba wszyscy rozumieją co mam na myśli). Jednak potem fabuła poszła w inna stronę. Finał to banalny morał.

Pozdrawiam
Ps. Myślałem, że tan gość to efebofil.
JOLA S. dnia 21.07.2019 19:44
Kocanko,

ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie zaspakaja mojej ciekawości i apetytu.
Może jestem zbyt wybredna, trudno orzec.
Nie ma w nim rewelacji, odkryć nieoczekiwanych, ale narzuca się rzetelna praca Autorki.
Nie mówię tu o warsztacie. Zapewne będziesz go doskonalić przy życzliwej uwadze czytelników portalu. I to jest dla mnie pociechą.

Pisz, bo dobrze rokujesz. :)

Pozdrawiam serdecznie i do następnego. :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
marzenna
21/10/2019 18:09
Gregcem wyjaśniam, kiedyś nie było 500+, teraz matki już… »
ander
21/10/2019 18:08
Dziękuję bardzo. Ogromnie mi miło, że Ci się spodobał ten… »
mike17
21/10/2019 16:53
Yaro, czerpiesz z mojej prozy wszystko, co najwartościowsze… »
marzenna
21/10/2019 15:56
Od miesiąca szukam wiersza z odpowiedzią , nawet sama piszę,… »
marzenna
21/10/2019 14:24
Gramofon tak wygląda prawdziwa miłość, jest cierpliwa, bez… »
mike17
21/10/2019 13:36
Aniu, dziękuję za wizytę i koment :) W zupełności rozumiem… »
bruliben
21/10/2019 13:16
Hej, Skromna uwaga: nawet Bóg gdzie się schował (gdzieś).… »
marzenna
21/10/2019 12:38
Zatrzymany czas ugotowany w czajniku, płatki mięty w… »
bruliben
21/10/2019 12:28
Witaj Intro, Za przedmówcami - praca uporządkowana,… »
Nuria
21/10/2019 12:22
Podoba się, lekki fajnie, spójnie wybrzmiewa melodią...tylko… »
bruliben
21/10/2019 10:51
Przypomniałem sobie od razu Foo Fighters- I am A River.… »
Ania_Basnik
21/10/2019 09:45
Przepiękny wiersz Adaś! Łapie za serce. Każdy człowiek… »
Ania_Basnik
21/10/2019 09:41
O kurcze, nieźle namieszałeś! Moje odczucia są takie jak… »
wiosna
21/10/2019 07:15
Do Co dziękuje za piękny wiersz, który być może komuś z… »
Darcon
21/10/2019 06:31
Bardzo dobra literatura, aż szkoda, że ukaże się… »
ShoutBox
  • mike17
  • 21/10/2019 13:49
  • Czy 5000 słów to dużo? Nie. Dlatego zapraszam Was do MUZO WEN 8, KONKURSU w prozie - wystarczy napisać miniaturę :) [link]
  • mike17
  • 21/10/2019 13:38
  • Koberko, dziękuję za dodanie do ulubionych :)
  • bruliben
  • 20/10/2019 11:11
  • A gdzie to ześrodkowanie? Gubię się w portalu. Może ktoś, coś podpowiedzieć?
  • Zola111
  • 19/10/2019 00:18
  • Jak Wam się pisze wiersze do Zaśrodkowania?
  • mike17
  • 18/10/2019 14:04
  • MUZO WENY 8 zapraszają do udziału śmiałków pióra. Podejmijcie wyzwanie i dajcie z siebie wszystko :) [link]
  • bruliben
  • 18/10/2019 09:02
  • Już wiem, ktory utwór najlepiej rozgrzewa do pisania :)
  • bruliben
  • 18/10/2019 04:56
  • Dlaczego tu jestem, czego szukam, skoro większość dreamin’ offline.
  • bruliben
  • 18/10/2019 04:48
  • Aż sześć muzo wen - wypadałoby zajrzeć, zobaczyć, poczuć jak zainspirują.
  • allaska
  • 17/10/2019 16:27
  • Prośba do redakcji przy wysyłaniu tekstu nie wiem co zrobiłam ale wkleiłam dwa na raz proszę o usunięcie jednego one są takie same. Pozdrawiam. Czarodziejka z planety: " nie dorastam wam do pięt ;)"
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:andrewrr86
Wspierają nas