Gra część ósma - Kazjuno
Proza » Historie z dreszczykiem » Gra część ósma
A A A
Od autora: W poprzednich 2 odcinkach, było o klimatach w kombinacie rozrywkowo artystycznym jakim była warszawska Stodoła.
Główny bohater - narrator, nie wiedząc, że aktor występujący w jego filmie jest oficerem bezpieki, naiwnie się odsłania i wyraża antykomunistyczne poglądy. Spadną na niego za to nieprzyjemne konsekwencje, o czym dowie się czytelnik w opublikowanych poniżej rozdziałach.
Pozdrawiam Koleżanki i Kolegów po piórze oraz Czytelników, wasz koleś Kaz

PS Oczywiście życząc wam zajmującego czytadełka!
Klasyfikacja wiekowa: +18

Rozdział 15 Pętla zaczyna się zaciskać

 

Po napisaniu komentarza powodowany sam nie wiem czym: może wygodnictwem albo lenistwem, czy głupotą, a może nadmiernym poczuciem uniwersalnych uzdolnień – zrobiłem z siebie idiotę przed Krzysztofem Zanussim. Znany reżyser zgodził się, by dokonać wstępnej kolaudacji fragmentów mojego filmu. Przez prawie dwa lata, wprawdzie z przerwami na jego zagraniczne wojaże, widywałem się z nim dość często. Jako jego tenisowy trener i – asystent dekoratora wnętrz – w jego ekipie oraz adept sztuki filmowej, bywałem w jego domu na śniadaniach. Wiele rozmawialiśmy, więc mogę powiedzieć, że był kimś w rodzaju mojego mentora. Kiedyś powiedział:

– Jedyną dla pana drogą, żeby zostać filmowym reżyserem, jest skończenie łódzkiej szkoły filmowej.

Zaznaczył, że Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna i Filmowa w Łodzi jest po to, żeby obrzydzić mi film, ale muszę przez to przebrnąć. Zrobił mi kilka testów z wyobraźni przestrzennej obowiązujących na egzaminie wstępnym do filmówki. Pochwalił moją znajomość francuskiego i angielskiego. Sprawdzał też ogólną wiedzę i próby te wyszły raczej pomyślnie. Nie zdawałem jednak sobie sprawy, jak nędzne są moje kwalifikacje aktorskie.

 

Kiedy w montażowni, w wytwórni na Chełmskiej puściłem mu kawałki opatrzone nagranym przez siebie komentarzem, złapał się za głowę.

– Skompromitował się pan do reszty – powiedział, wsłuchując się w wygłaszane przeze mnie zdania. – Co za beznadziejne udawanie. Nie mogę tego słuchać.

Miał oburzoną minę, jakbym zwymiotował na stół montażowy.

Tak dowiedziałem się o braku kwalifikacji na lektora mogącego komentować tworzony paradokument. Więc czekało mnie zatrudnienie zawodowego aktora. Do Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Studenckich, na którym Stodoła miała zaprezentować dziewięć filmów, pozostały dwa miesiące. Wkrótce ochłonąłem z zaznanego upokorzenia, wróciło przekonanie, że profesjonalny aktor wcielony w rolę rozzłoszczonego sklerotyka nada Idolom rangę świetnego filmu.

 

* * *

 

Niedługo potem na prawie dwa tygodnie przykleiła się do mnie Monika. Wpadła do Stodoły jak meteor, dopadła mnie w kawowym barze i zaprosiła na wino.

– No chyba mi nie odmówisz towarzystwa? – powiedziała, biorąc mnie pod rękę i pociągając w stronę bufetu.

Wyciągnęła z torebki tak gruby plik banknotów, jakiego dotąd nie widziałem. – Mam siedemdziesiąt tysięcy. Możemy się zabawić.

Jakiś czas przedtem, Adam ponoć zaproszony przez wujka, wyjechał na dłuższy pobyt do Wiednia. Na nagranie komentarza miałem jeszcze czas, a towarzystwo pięknej „aktorki” było sympatyczne i dodawało prestiżu. Piłem z nią dzień w dzień, a w soboty i niedziele, kiedy w Stodole odbywały się dyskoteki, gdy było tłoczno, kołysaliśmy się w tańcu na parkiecie. Raz nieomal doszło do bójki. Wcisnęliśmy się z Moniką do bufetu, zamówili wino i wtedy wepchał się między nas masywny facet. Od razu, zmusił moje nadnercza do wytrysku adrenaliny. Grubas miał do swetra przypiętą spraną plakietkę Sekcja Porządkowa – może i był kiedyś bramkarzem.

– Won, stąd chamie. – Zareagowałem.

Sądząc po jego papuśnej twarzy, od razu wyczułem, że mógłbym go zdemolować piąchami. Głupawo się uśmiechnął i pokazując na plakietkę, powiedział.

– Jestem bramkarzem.

– Może kiedyś byłeś i chyba nie za długo. A teraz stąd spadaj.

Chyba wyczuł, że mógłbym okazać się niebezpieczny, wycofał się i za chwilę zaczął się rozpychać parę metrów dalej. Moja postawa musiała zaimponować Monice. Potem tańczyliśmy, objęła mnie za szyję i przylgnęła całym ciałem.

Nie przespałem się z moją aktorką, zresztą za parę dni miała do mnie przyjechać dziewczyna z Wałbrzycha. Napisała, że jestem sprawcą jej ciąży, zapytała, czy się z nią ożenię. Jednak w tych dniach hulanek nie zawracałem sobie głowy brzemiennym stanem dziewczyny z prowincji. „Najwyżej ją poślubię. Jak chce, to wyjdzie za mąż za społecznego pasożyta i zakałę rodziny” – uśmiechnąłem się po przeczytaniu listu.

W czasie wspólnego balangowania największą sensację sprawiała Monika, pojawiając się koło „strzelnicy”. Był to nowy amerykański automat z karabinkiem oddalonym od monitora, na którym niezbyt szybko przelatywały kaczki, Zazwyczaj urządzenie oblegał zagęszczony tłumek bywalców Stodoły, sprawdzających swoje snajperskie predyspozycje. „Strzelnica” zawierała kilkumetrowy niklowany stół oddzielający strzelców od monitora. Na dolnym pasku ekranu były sygnalizacyjne światełka i dwa liczniki do przyjmowania zakładów. Razem z aktorką, do stojącego na statywie karabinu, przepychaliśmy się przeważnie na podwójnym gazie.

– Kto tu jest najlepszy? – zapytała raz Monika. – Wykładam na stół dziesięć tysięcy.

– Wolałbym zakład o twoje majtki – zaśmiał się jeden z „wyborowych strzelców” z fryzurą a la Elvis Presley.

– Ona mówi poważnie – wtrąciłem, podtrzymując dziewczynę pod rękę i prawdę mówiąc, bałem się o wynik strzelania.

Monika ledwo stała na nogach – wyglądała jak pijana luksusowa dziwka.

– No dobra panienko, nie popisuj się pieniędzmi i załóżmy się o flaszkę Cinzzano – „snajper” z wypomadowanymi brylantyną włosami wymienił najdroższe wino.

(W Stodole nikt Cinzano nie pił, bo jego cena była zawrotna).

– To strzelaj pierwszy. Popatrzę – wybełkotała Monika i zatoczyła się. Podtrzymałem ją, bojąc się, że runie na podłogę.

Presley był agresywnym młodzieńcem, bo gdy parę razy nie trafił, popchnął jednego z gapiów.

– Nie rozpychaj się frajerze, bo oberwiesz w dziób. Nie widzisz? Przez ciebie nie mogę celować.

Mimo groźby, powodującej odsunięcie stłoczonych kibiców, najwyżej co drugi strzał wywoływał żałosny skrzek trafionych i spadających na ekranie kaczek.

– No, teraz ty blondyneczko. Widzisz wynik? Jedenaście trafień na dwadzieścia strzałów.

Wokół automatu zaległa cisza.

– Uuuuu – zawyło audytorium, szydząc z trzech chybień Moniki.

Zobaczyłem, że blednie. Spojrzała w moją stronę, tężały jej rysy.

– Patrz teraz – powiedziała i splotła się z karabinem jakby w jedność.

Jeszcze zdążył ktoś powiedzieć.

– Tere fere kuku, baba strzela z łuku.

Zaczęły się skrzekliwe jęki spadających kaczek. Jęczała jedna za drugą.

– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… liczyłem na głos.

Razem ze mną liczył tłumek gapiów, kibice skandowali coraz głośniej. Doliczyliśmy do jedenastu, kiedy Monika podniosła głowę.

– Na tyle cię było stać? – Podniosła ostre spojrzenie na osłupiałego Presley’a. – To jedziemy dalej.

Znowu docisnęła policzek do kolby karabinka. Wraz z głosem strzałów, zniekształconych jak na filmach, zajęczały trzy spadające kaczki.

Potem były jeszcze dwa pudła, lecz popis zakończyła jękiem ostatniej spadającej kaczki. Rozległy się spontaniczne oklaski.

– Taka laska, a z kałacha, nawaliłaby kupę trupów – usłyszałem czyjś komentarz.

Przy podobnych zawodach strzeleckich towarzyszyłem Monice parokrotnie.

 

Wkrótce w Stodole pojawiła się moja wałbrzyszanka. Urodą nie ustępowała Monice. Moja aktorka kupiła jej na powitanie drogi bukiet storczyków.

Narzeczona – tak, tak, moja przyszła żona, bo wziąłem z wałbrzyszanką za parę miesięcy ślub – po paru spędzonych ze mną nocach w hotelu Harenda wróciła w strony zasnute dymami kopalnianych i koksowniczych wyziewów.

Wtedy też zaczął się romans Moniki z moim dobrym kolegą dżudoką i tenisistą Andrzejem. Kiedy przedstawiłem jej świetnie umięśnionego szefa bramkarzy, od razu zobaczyłem, że między nimi zaiskrzyło. Może i ukłuła mnie zazdrość, ale też odczułem ulgę. Traktowałem ją jako dziewczynę mojego aktora Adama. Nie chciałem, żeby uznał mnie za cwaniaka wykorzystującego jego nieobecność. Przynajmniej niewierność Moniki nie była moją winą.

 

Parę dni po wyjeździe Wałbrzyszanki nastąpiło wydarzenie, dla mnie szokujące. Wytłumaczyłem je sobie dosyć powierzchownie. Nie mogłem wiedzieć, że sprawcą mojego poniżenia musiał być zakamuflowany oficer SB Adam. Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że właśnie wtedy zaczęła zaciskać się wokół mnie pętla.

Podbiegła do mnie Monika. Była dziwnie napięta i poważna. Poczułem w jej oddechu alkohol.

– Mógłbyś pójść ze mną na górę? – Spojrzała na schody prowadzące na piętro, gdzie mieścił się drugi bufet i sala, w której stały amerykańskie hazardowe automaty oraz „strzelnica”.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Mamy wizytę. To szycha z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. On chce, żebyś przyszedł.

– Co ktoś taki może ode mnie chcieć?

Udzieliło mi się zdenerwowanie, zauważone na twarzy starletki. Po schodach wchodziłem zdenerwowany, Podprowadziła mnie do ciemnego korytarza odchodzącego od sali z automatami. Nigdy tam nie byłem. Weszliśmy do rozświetlonego pokoju. Pomieszczenie było zadymione papierosami, czuć było pot i opary alkoholu. Na centralnie ustawionym stole stały dwie duże butelki wyborowej, z których jedna była pusta, a druga w połowie opróżniona. Naprzeciw wejścia siedział głupawo uśmiechający się szef SCF Jurek Karpiński, Miał zaczerwienioną twarz. Przy nim zajmował miejsce moderator prowadzący zebranie Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Ten, który udzielił mi głosu, kiedy mówiłem o masakrze w czasie Grudnia 1970 roku. Był jeszcze dyrektor Stodoły i dwóch nieznanych mi facetów w nowych garniturach. Jeden siedział odwrócony do mnie plecami. Środek pobrudzonego gdzieniegdzie białego obrusu zajmowała przepełniona niedopałkami popielniczka. Przed biesiadnikami leżały talerze z resztkami jedzenia. Przełknąłem ślinę na widok półmiska z niedojedzonymi plastrami, prawie nieosiągalnej dla zwykłych obywateli, przerośniętej tłuszczykiem szynki, stała salaterka sałatki z pomidorów i częściowo opróżniony półmisek ze śledziami. Na chwilę wszyscy zamilkli. Poczułem głód. „Może zaproszą do stołu”– przemknęło przez głowę.

– Ktoś tu chciał mnie poznać. – Przerwałem ciszę, siląc się na przyjazny ton.

Wstał masywny facet siedzący tyłem do mnie. Bez pośpiechu obracał się w moją stronę. Wyciągnąłem na powitanie rękę. Nagle, poczułem wstrząs i błysnęło mi w głowie – otrzymałem z półobrotu bombę z łokcia w twarz. Nie wywróciłem się, na pewno odrzuciło mnie parę kroków w stronę wejścia. Zaskoczenie było dla mnie tak duże, że nie od razu w pełni przytomny, zapewne patrzyłem na napastnika z miną półgłówka. Zobaczyłem zakłopotaną i wystraszoną twarz Moniki.

– Musiał pan w ten sposób? On robi film, w którym gram główną rolę – pisnęła aktoreczka.

Podniósł się z krzesła drugi mężczyzna. Wytrzeszczyłem oczy, na jego pokancerowaną bliznami facjatę. Zgłupiałem na moment. Pomyślałem, że to rozsławiający Polskę na międzynarodowych ringach mistrz Europy i wicemistrz olimpijski. „Tu Walasek?! – Nie możliwe”! Wydawał się podobny. Przyszło mi to do głowy, bo słyszałem o słynnym bokserze, ponoć wykorzystywanym przez milicję, by w czasie przesłuchań częstować pięściami krnąbrnych kryminalistów.

– To weź, polej mu kielicha – odezwał się do Moniki facet, który zadał mi cios łokciem.

Tak zawarłem znajomość z ważniakiem, z MSW – niedawnym majorem Piwnikiem, awansowanym już do stopnia pułkownika. Nie wiem, ile potem wypiłem wódki. Z częścią towarzystwa: pułkownikiem i Karpińskim przenieśliśmy się do mieszkania Moniki. Na Ochotę dojechaliśmy dwoma samochodami: czarną wołgą i białym polskim fiatem. Następnego ranka przypomniałem sobie, że tańczyłem z Leokadią Jabłońską – matką mojej aktorki. Obudziła mnie nad ranem. Chciała wejść do mojego łóżka, byłem zaspany, udało się ją jakoś zniechęcić.

Po przebudzeniu coś przekąsiliśmy. Zostałem ja i pułkownik, reszta musiała rozjechać się w nocy do domów. Byłem pewien, że Piwnik spał z Moniką. Pomyślałem o oberwanym ciosie z łokcia. Pewnie, podejrzewając mnie o romans z córką gospodyni, uderzył z zazdrości. Wypytywałem go o faceta, którego pomyliłem z Walaskiem. Powiedziałem, że też jestem bokserem. Podniosłem się i zademonstrowałem walkę z cieniem. Piwnik obserwował mnie z lękiem, patrzyła też Monika. Prawdopodobnie sobie uświadomił, że mógłbym go porządnie poturbować.

– Dokądś cię zawieźć? Trochę się spieszę. – Zaproponował zakłopotany.

Jego białym fiatem pędziliśmy pełnym gazem. Na Alejach Jerozolimskich wyskoczył na asfalt machający lizakiem milicjant z drogówki. Piwnik zahamował, piszcząc i szurając oponami, aż zarzuciło samochodem. Wysiadł i pokazał jakiś dokument. „Lodziarz” grzecznie zasalutował.

Nie czułem już do pułkownika żalu. Usatysfakcjonowany „rewanżem” u Jabłońskich, podałem mu rękę i wysiadłem przed hotelem robotniczym na Służewcu...

 

 

 

 

Rozdział 16 Festiwal 

 

Dwa tygodnie przed wyjazdem do Krakowa na święto studenckiej kinematografii Jurek Karpiński zwołał wszystkich filmowców SCF–u. Zarządził przegląd dziewięciu filmów, mających reprezentować produkty warszawskich niezawodowych twórców. Zebraliśmy się w dużej kameralnej sali. Wygaszono tam większość oświetlenia, stały dwa projektory ustawione niedaleko od niewielkiego srebrzystego ekranu. (Tam przed dwoma miesiącami na zebraniu klubu dyskusyjnego mówiłem o filmie Wajdy i masakrze w Trójmieście). W czasie wyświetlania tworów wyobraźni kolegów, poprzedzających pokaz Idoli, Karpiński się nie odzywał. Miał marsową minę. Wreszcie po prezentacji, po której miał być wyświetlony mój film, Karpiński nie wytrzymał.

– Co to ma być? – krzyknął na autora filmu Drama.

Podniósł się student w podwójnych szkłach okularów z długą brodą i pozlepianymi strąkami włosów, sięgającymi do ramion.

Wystraszony brodacz skurczył się.

– Co za durny tytuł?! – nasz szef zaczął miotać gromy na wystraszonego autora. – Uważasz widzów za głupków? Kto będzie słuchał myślowych rzygowin, wygłaszanych przez ohydnego żebraka. Kino to ruchomy obraz! Myślisz, że zaciekawisz widzów patrzących przez piętnaście minut na wszawego brudasa? A te poprzednie filmy? Ech… machnął ręką, jakby odpędził natrętną muchę.

Zdenerwowany Joński założył na projektor szpulę z naszym filmem. Rozpoczęła się moja prezentacja. Tym razem czytałem z przejęciem komentarz z listy dialogowej. Nie siliłem się na aktorstwo. Po blamażu przed Zanussim bałem się akcentować dramaturgię intonacją barwy głosu. Mimo to, na kameralnej sali projekcyjnej usłyszałem poruszenie i wybuchy śmiechu. Zadziałały kontrapunktowe gagi.

Po zakończeniu filmu spojrzałem nieśmiało na Jurka Karpińskiego.

– No. – Wciągnął powietrze, jakby się dusząc. Z miną człowieka zmuszonego do przegryzienia cytryny, powiedział. – Mamy wreszcie Idoli Kazka Junoszy. To jest przynajmniej film na festiwal. Cała reszta to miałkie knoty – usłyszałem pochwałę, która wlała we mnie tyle szczęścia, że miałem ochotę zerwać się z krzesła i skakać z radości.

Jednak nie tylko mój film wywołał poruszenie. Od mojej projekcji zaczęła się prezentacja najlepszych dokonań twórców z SCF–u. Spodobał mi się krótki filmik Antka Krawczyka Sięgać do gwiazd. Krawczyk w formie pastiszu pokazał młodych piłkarzy walczących na boisku w trakcie śnieżnej zawiei. Wdali się w bójkę, utytłani błotem uprawiali kopaninę, co miało być ich sposobem, by sięgnąć po sławę.

Na koniec pokazu zachwyciło mnie dzieło Marka Drążewskiego1 Indolencja. Kolega realizował film poza Stodołą. Zdolny operator nakręcił mu świetne ujęcia. Przekonująco grali młodzi aktorzy. Bezbłędnie, techniką postsynchronów2, miał nagrane dialogi. W Marka filmie imponowało odważne antykomunistyczne przesłanie. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem.

 

Byłem w stresie: „jak znaleźć aktora, który byłby odpowiednim lektorem”? Stanąłem przed dodatkowym trudem wmontowania jego głosu pod odpowiednie ujęcia. Czasu było nie wiele. Wybawił mnie pomysł operatora Jońskiego. Zaproponował, żeby kawałek komentarza przeczytał Leszek Kowalewski3. Był aktorem „naturszczykiem”, występującym w wielu filmach polskiej kinematografii zawodowej, wystąpił na pierwszym długim ujęciu naszego filmu. Znakomicie stworzył postać fotografa, do którego pracowni wchodzi Monika i krygując się przed obiektywem, utrwala swoją urodę. Leszek miał inwencję. Nawet w niedługiej scenie błysnął zabawnym pomysłem. Celowo opuszczając wkładany do kieszeni portfel, schylił się, by zaglądnąć pod mini spódniczkę aktorki. Tak nadał kreowanemu fotografowi wizerunek przebiegłego erotomana. Już na wstępie zasygnalizował, że dalsza część filmu zapowiada seksistowską burleskę.

Kowalewski po przejściu w dzieciństwie zapalenia opon mózgowych miał zniekształconą wymowę. Jednak dzięki aktorskiej intuicji bezbłędnie wczuł się w komentarz. Charkotliwym kwękaniem nadał filmowi pożądany komiczny efekt.

 

* * *

Na krakowski Festiwal Filmów Studenckich jechaliśmy z Jońskim przekonani o rychło mającym nastąpić sukcesie. Nie spodobało mi się, kiedy organizatorzy postanowili wyświetlić Idoli na początku prezentacji. Joński usiadł na widowni, a ja wszedłem do kabiny projekcyjnej. Komentarz nagrywaliśmy w pośpiechu. Na wykonanie kopii z dźwiękową ścieżką optyczną zabrakło czasu. Musiałem pilnować, żeby obraz się nie rozjechał z dźwiękiem. Nagranie z odgłosami ulicznymi, muzyką i komentarzem mieliśmy na osobnej szpuli odtwarzanej z magnetofonu. Czuwałem nad synchronizacją, bo w jednym miejscu, gdzie miała nastąpić cisza, musiałem zatrzymać na kilka sekund odtwarzanie dźwięku. Gdybym w porę nie zastopował, w następnych scenach głos Leszka Kowalewskiego wyprzedzałby pokazywane ujęcia. Kończyła się już projekcja filmu, kiedy w kabinie projekcyjnej usłyszałem szarpnięcie klamki..

Zobaczyłem przerażoną twarz Andrzeja Jońskiego.

– Na sali słychać świergot i gulgotanie! Dosłownie charkot. Ledwo słychać Kowalewskiego – mówił rozdygotany operator. – Zatrzymaj projekcję – dodał rozpaczliwie.

O co chodzi? – powiedziałem wystraszony. – Tu na podsłuchu wszystko okej. – Nie chciałem uwierzyć, że ktoś nam zrobił takie świństwo.

Spojrzałem podejrzliwie na obsługującego projektor chłopaka z Krakowa.

– Nie rozumiesz? – Błagalnie spojrzał na mnie Joński. – Natychmiast zatrzymaj projekcję.

– Już za późno. Jeszcze minuta i koniec filmu. Musztarda po obiedzie. – biadoliłem, nie mogąc pojąć, co się stało.

 

Jurka Karpińskiego dopadłem w korytarzu i prosiłem, aby interweniował w kierownictwie festiwalu.

Zażądaj, żeby powtórzono pokaz naszego filmu. – Błagał o to samo Andrzej Joński.

– Już o tym rozmawiałem. Organizatorzy festiwalu nie zgadzają się na powtórną projekcję – odpowiedział wykrętnie.

 

Z Krakowa wracaliśmy z Jońskim w podłych nastrojach. Nie poprawiła samopoczucia wypita w pociągu półlitrówka, pogrążyła nas w jeszcze gorszym samopoczuciu.

Parę dni później szef SCF–u wyjaśniał, że winowajcami zakłócenia dźwięku byli z pewnością krakowscy konkurenci.

– Nie jest to dla was logiczne? Przecież ich realizator Dębosz zgarnął sześć głównych nagród. Nam przydzielili jedynie pierwszą nagrodę za scenariusz, i to dla przeciętnego filmu. To był perfidny numer ze strony Krakusów – powiedział z dramatyzmem, jakby zgwałcono mu córkę. – Oni sobie, kurwa, z nas zakpili. Nasze filmowe centrum wystawili na pośmiewisko. Zrobili jeszcze wielką łaskę – zrobił minę, jakby ktoś nakłaniał go do zjedzenia pokrytej pleśnią, zielonkawej makreli – dali Drążewskiemu pozaprogramową nagrodę – tysiaka, żeby się obżarł jak świnia w restauracji Wierzynka.

Wtedy z pretensją odezwał się do Karpińskiego stojący obok mnie Joński.

Przecież mogłeś zagrozić bojkotem festiwalu. Wycofaniem naszych dziewięciu filmów. Wtedy musieliby się zgodzić na powtórny pokaz Idoli.

– Wybaczcie – na odczepkę odpowiedział Karpiński. – Nie miałem takiej sprawczej mocy. Teraz się spieszę. – zakończył rozmowę.

Oddalał się nerwowym krokiem, nagle stanął. Odwrócił się do nas i zmrużył oczy. Chyba chciał coś powiedzieć, otworzył usta. Jednak machnął ręką, jakby chciał zabić pełznącego po stole karalucha, ponownie wykonał w zwrot do tyłu i ruszył do swego gabinetu.

 

Po festiwalu krakowskim, oprócz katastrofy mojej i Jońskiego, także szef filmowego centrum czuł się fatalnie. Mizerny efekt krakowskiej prezentacji podopiecznych filmowców musiał także odczuwać jako klęskę. Przecież ktoś rozliczał go za wyniki pracy, a tu tylko nagroda za scenariusz mdłego filmu Paskuda. Te nudne wypociny, nie tylko on musiał odebrać jako filmowego knota, który jak na ironię określał sam tytuł. Pamiętam, jak na jednym z pierwszych zebrań Karpiński zapowiedział, że chce stworzyć kino niezależne. Może majaczyła się mu idea sięgnięcia po sławę. Nie wykluczam, że zżerała go nadmierna ambicja. Wyobraził sobie zainicjowanie w Warszawie, czegoś podobnego do głośnego na cały świat nowojorskiego filmowego underground’u? Teraz musiał go trawić ból oraz gorycz. Skurczył się i zgarbił.

 

* * *

 

Nastały cieplejsze dni wiosny 1974 roku. Jeszcze mieszkałem w hotelu robotniczym, lecz już od kilku dni nie chodziłem do pracy. Analizowałem przyczynę krakowskiej klęski i nadal nie mogłem pojąć, jak mogło do tego dojść. Trudno mi było uwierzyć słowom Karpińskiego, że krakowscy konkurenci w sposób tak nikczemny mieliby wyeliminować mnie i Jońskiego z festiwalu. Budziłem się w nocy, rozmyślając o doznanej krzywdzie. Zarzucałem sobie naiwność. Przedtem nie mieściło mi się w głowie, że w podobnie perfidny i chamski sposób, można kogokolwiek niszczyć.

Krąży nade mną jakieś fatum? Jestem urodzonym pechowcem”? – pogrążałem się, nie mogąc zasnąć. Mając podły nastrój, nie miałem ochoty pokazywać się w kombinacie rozrywkowym, jakim był Stodoła. Przed wyjazdem na krakowski festiwal, obok Jońskiego najbliższą mi osobą była Monika. Lecz zniknęła w zaskakujących dla mnie okolicznościach. Nagle wyjechała do Wiednia i co szokujące: z zamiarem poślubienia siedemdziesięcioletniego Austriaka.

Nie miałem pojęcia, jak do tego doszło.

„Chciała uciec z peerelu za cenę współżycia ze starym dziadem? Czyżby narzeczonego załatwił jej przebywający tam Adam”? Nic z tego nie rozumiałem.

 

Był początek maja, kiedy zdecydowałem się odwiedzić „stare śmieci”. Wsadziłem do torby zeszyt z długopisem, tenisową rakietę, wrzuciłem parę piłek i ruszyłem na autobusowy przystanek. Z Placu Konstytucji, nie spiesząc się, poszedłem piechotą ulicą Piękną w stronę kortów Agrykoli i tenisowego stadionu Legii. Tam wcześniej byłem kimś. Z respektem spoglądali na mnie tenisowi trenerzy, gdy wychodziłem na kort ze znanym z telewizji reżyserem Zanussim, uczyłem uderzeń także znaną z mediów pisarkę Basię Wachowicz, nie raz też w klubowej kawiarni widywali mnie z występującym w filmach aktorem Stefanem Friedmanem.

Przechodziłem koło futurystycznego budynku, przypominającego monstrualny okręt. Takie skojarzenia wywoływał we mnie dwa lata wcześniej otwarty budynek ambasady francuskiej. Zamierzałem iść w dół Myśliwieckiej, wejść do parku Agrykoli i potrenować tenisowe uderzenia na ścianie. Nieoczekiwanie odezwał się do mnie wysoki facet.

Siemanko koleżko.

Mijałem właśnie kawiarnię Sejmową i nie poznając go, pomyślałem, że to szukający paru złotych na flaszkę kryminalista.

Nie poznajesz? – zdziwił się.

– O rany! – chyba złapałem się za głowę. – Edek Załomski, mistrz Polski w półciężkiej.

Spotkanie wałbrzyskiego boksera w Warszawie, od niedawna coraz bardziej mi wrogiej i obcej, wydało się tak niewiarygodne, jakbym ujrzał ducha. A przecież wiedziałem, że ten chyba najlepszy z bokserów w historii Wałbrzyskiego sportu tu mieszka i jest pięściarzem Legii.

– Co, rzuciłeś boks dla tenisa? – zapytał z ironią.

– Nie byłem nigdy tenisistą, ale uczę forsiastych aktorów pykać przez siatkę i mi za to płacą – skłamałem, bo już od lata minionego roku nie miałem tenisowej klienteli.

Spojrzał na mnie jakoś smutno.

Wiesz, chyba też skończę z boksem.

– Jesteś chory? – zapytałem, bo nie prezentował się jak okaz zdrowia.

– Tak, to chyba choroba. Piję.

Zza poły nie pierwszej świeżości sportowej kurtki wysunął i schował ćwiartkę, zawierającą na dnie może łyk niedopitego alkoholu. Podając mu na powitanie rękę, zrozumiałem, dlaczego z trudem go rozpoznałem. Jego dawniej prosty nos był skrzywiony, oprócz nowych blizn na łukach brwiowych, miał twarz zabarwioną sino buraczkowymi odcieniem. Właśnie jego zmieniona cera, sprawiła, że w pierwszej chwili wziąłem go za wypuszczonego na wolność pensjonariusza zakładu karnego. Kiedyś wszyscy chcieli się z nim kolegować. Jeździł na zgrupowania do Cetniewa, by trenować z liczącą się na świecie reprezentacją Polski. Pamiętałem, jak głośno zrobiło się o nim w Wałbrzychu, kiedy wystąpił w telewizji. Reprezentował Polskę, przeciwko pierwszej bokserskiej potędze świata. Po ciężkim boju pokonał członka kadry narodowej ZSRR.

 

Byliśmy już po drugiej butelce piwa w kawiarni Crystal na Marszałkowskiej, kiedy obok nas rozsiadło się dwóch rosłych chłopaków w towarzystwie dziewcząt. Byli ubrani w drogie ciuchy, towarzyszące im nastolatki też wyglądały na córki bogatych rodziców.

– Nie poznajesz, to ten Załomski. – Młody byczek z sąsiedniego stolika zwracając się do kolegi, patrzył z pogardą na dawną chlubę wałbrzyskiego boksu z pogardą.To już łajza, ostatnio wszyscy kopią go po dupie.

Coś się we mnie zagotowało. Miałem ochotę poderwać się z krzesła i zdzielić gnoja w łeb. Edek złapał mnie za rękę.

Zostaw. Szczyl wychlał i ma posrane w głowie – mruknął półgłosem.

Stuknął swoją szklanką o moją i pociągnął sporego łyka.

– A ty, to kto? – Byczek spojrzał na mnie prowokująco. – Ciota pocieszycielka?

Nie wytrzymałem tej prowokacji. Zerwałem się na równe nogi.

– Jak ci się coś nie podoba, to chodź, wyjdziemy na zewnątrz – powiedziałem ostro.

Rozpostarty na foteliku w nonszalanckiej pozie byczek podniósł buta prawie przed moją twarz.

Jak chcesz pedale, to możesz mnie pocałować w glana.

Ze złości pojaśniało mi w oczach. Prawie bezwiednie, wskakując do przodu, odbiłem na bok jego nogę i mój prawy sierpowy z klaśnięciem zderzył się z jego twarzą.

– Uważaj! – usłyszałem.

Odruchowo się schylając, poczułem ból, jakby coś twardego przeorało mi włosy. Nie w pełni udany unik uchronił mnie przed mocą pięści kolegi byczka. Przez może sekundę albo dłużej, poczułem ciężar wiszącego na sobie napastnika. Rozległo się kolejne plaśnięcie typowe dla ciosu pięścią. W tym ułamku sekundy poczułem ulgę. Poderwałam głowę i zobaczyłem jak przy akompaniamencie pisku kobiet, brzęku tłuczonych szklanek i wywracających się krzeseł koleś byczka prawie przefrunął ponad paroma stolikami. Byczek siedział, trzymając się za twarz.

– Oj, będą kłopoty – mruknął Edek Załomski, kiedy ktoś przekręcił i schował klucz drzwi wejściowych do kawiarni.

 

Słowa podupadłego bokserskiego czempiona ziściły się co do joty. Milicyjny radiowóz zawiózł nas na komisariat przy ulicy Wilczej, a tam podszedł do nas oficer dochodzeniowy. Próbując się bronić, powiedziałem, że nie jesteśmy kryminalistami i nie mieliśmy problemów z prawem.

– To teraz będziecie siedzieć – warknął do nas śledczy,

Z Wilczej zawieziono nas do aresztu na ulicę Żytnią. Tam spędziłem pierwszą w życiu noc za kratami. Nazajutrz więzienna furgonetka dowiozła nas do sądu na ulicę Świerczewskiego (teraz Aleja Solidarności). Na szczęście, bardziej rzetelny od śledczego z Wilczej okazał się sędzia sądu doraźnego. Po naszych relacjach, złożonych przed sądem, korzystne dla nas okazało się zeznanie jednej z towarzyszących byczkowi dziewczyn. Nie zaprzeczyła, naszym słowom, a wynikało z nich, że pobici kolesie nam ubliżali.

– Czy oskarżeni mogli się poczuć poniżeni? – zapytał sędzia.

– No, tak jakby – powiedziała nastolatka, wyraźnie obawiająca się składania fałszywych zeznań.

Wtedy poderwał się z ławy byczek.

Zapomniałaś, co masz mówić? – prawie krzyknął. – Mają dostać ciężki wyrok i tyle!

Aroganckie zachowanie byczka z sinym opuchniętym okiem na pewno okazało się pomocne. Zaczął krzyczeć na sędziego, że ma nam wymierzyć ciężką karę.

– To jak. – Zdenerwował się sędzia. – Jeden jest reprezentantem kraju, a drugi działaczem w socjalistycznym studenckim centrum filmowym i mam ich sądzić jak bandytów? Może dać im po dożywociu? Bo tobie się wydaje, że masz prawo, komu chcesz ubliżać i dostałeś za to w mordę?

 

Dostaliśmy po dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Chwilę po ogłoszeniu wyroku wpadł na salę jakiś ważniak i kłócił się z sędzią. Jednak sędzia nie zmienił postanowienia. Domyśliliśmy się, że ważniak był ojcem byczka.

Na pożegnanie dowiedziałem się od Załomskiego, że postanowił skończyć z piciem i wrócić do Wałbrzycha.

– W Legii są układy, tu jestem zgnojony. Zaboksuję w trzecioligowej Viktorii, może pomogę im wejść do drugiej ligi – wymienił ostatni klub, w którym chciałem coś osiągnąć w boksie.

 

 

1. Marek Drążewski ukończył rezyserię filmową w łódzkiej PWSTiF. Jest znanym dokumentalistą.

2. Profesjonalnie nagrane dialogi. (Aktorzy, oglądając projekcję filmu w wyciszonym pomieszczeniu, wygłaszają do mikrofonów kwestie dialogowe. Następnie montażystka/a precyzyjnie synchronizuje obraz z dźwiękiem).

3. Leszek Kowalewski był rencistą, w związku przebytą w dzieciństwie chorobę opon mózgowych. Jako aktor debiutował na planie Rejsu w 1970 r. i występ w tym filmie był jego największym sukcesem aktorskim, w późniejszym okresie grał jeszcze epizodyczne role w filmach i serialach telewizyjnych w tym między innymi Sanatorium pod Klepsydrą z 1973 r., w reż. Wojciecha Jerzego Hasa. Amatorsko zajmował się rzeźbiarstwem, w przydomowej pracowni. Kowalewski to znany z wielu filmów aktor. W filmie Piwowskiego Rejs grał poetę, księgowego w Polskich drogach (Wikipedia).

10 sierpnia 1990 r. ciało Leszka Kowalewskiego zostało odnalezione na terenie warszawskiego Lasu Kabackiego. Sekcja zwłok ujawniła czterdzieści ran kłutych na ciele. Sprawców morderstwa nigdy nie ujęto. Niewyjaśnione zabójstwo Leszka Kowalewskiego jest tematem jednego z odcinków serialu dokumentalnego Listy gończe (prod. Multimedia Bank dla TVP, 2011-2012) (Wikipedia)

Mocno wstrząsnęła mnie wiadomość o śmierci Leszka. Bywałem u niego w domu. Dostałem od NIEGO piękną rzeźbioną ramę i wykonany w oleju akt kąpiącej się dziewczyny. Te oryginalne dzieła wiszą w moim gabinecie. Ilekroć spoglądam na eksponaty Kowalewskiego, wspominam tego niewysokiego Człowieka o wielkim sercu.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 25.08.2019 12:02 · Czytań: 209 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
Marek Adam Grabowski dnia 26.08.2019 11:42
Szaczun za to, że znasz Zanussiego. To informacja o niewyjaśnionym zabójstwie Kowalewskiego, też bardzo ciekawa. Niestety, jednak twoja seria bardzo się obniża. Ta część mnie osobiście zanudziła.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 26.08.2019 13:19
Marku Adamie Grabowski
Przykro mi, że nie sprostałem Twoim gustom, a fakt, że tak Cię zanudziłem, jest dla mnie dramatem. Jeszcze tli mi się w mózgu iskierka nadziei, że jednak, a nuż kogoś tekst zaciekawi. Być może jeszcze ktoś nie oceni mnie tak surowo, choć na entuzjazm nie liczę.
Dzięki, że jednak przebrnąłeś przez te "flaki z olejem" i pierwszy napisałeś komentarz.
Pozdrawiam
Madawydar dnia 26.08.2019 13:31 Ocena: Świetne!
No, rzeczywiście powoli się wszystko kończy i zamyka. Monika wyjechała , wyszła za dziadka, film skończył falstartem i dyskwalifikacją. Pocieszające jest to, że piąchy dalej mocne, nadal wśród dobrych znajomych i dalej kawiarniane życie. Ciekawość po części zaspokojona. Czekam na dalsze losy Kazka Junoszy.

Pozdrawiam

Madawydar
Marek Adam Grabowski dnia 26.08.2019 14:13
Kazjunio, spoko na pewno dalej będzie, znów lepiej.
Kazjuno dnia 26.08.2019 14:41
Madawywarze.

Hola, Hola... Do końca jeszcze trochę zostało. A Monika? Nie była tak w ciemię bita, by pozostać ze starcem o podejrzanej proweniencji. Jeszcze trochę nawywija, ale nie rozwinę tego obszernie, bo wprawdzie się z nią jeszcze spotykałem, ale o jej austriackiej karierze za wiele nie wiem.

Natomiast niezmiernie Ci jestem wdzięczny za ciągłe wsparcie. To dodaje sił do pracy.
Dzięki serdeczne, następne dwa rozdziały na ukończeniu.
Pozdrawiam serdecznie, Kaz

Marku Adamie Grabowski.
Więc jednak przyszło symopatyczne wsparcie, widocznie najzwyczajniej, mam problem trafić w Twoje literackie upodobania.
Pozdrawiam.
JOLA S. dnia 27.08.2019 09:52 Ocena: Świetne!
Kaz pisze nadal, nie rezygnuje.
Super!

Atmosfera opowieści gęstnieje.
Baczność!

Spokojnie przepływam między następnymi linijkami tekstu.
To odkrycie mnie uspakaja, bo czegoś się bałam.
Z treści już nie plują płomienie, emanuje tajemniczość...

Kazjuno,

nie chciałeś zdradzić więcej szczegółów, ale i tak jestem nader usatysfakcjonowana.

Nie traćmy czasu, pióro w ruch.

Serdecznie pozdrawiam i czekam:)
Kazjuno dnia 27.08.2019 20:10
JULU S.
Jak to miło zobaczyć wpis od Ciebie. Za każdym razem, kiedy komentujesz, jeszcze w dodatku pozytywnie, czuję się nobilitowany.
Przyznam Ci się do pewnego kompleksu. Z architektury, jak chyba gdzieś wspomniałem, wyleciałem na zbity pysk. Potraktowano mnie jak zwykłego chuligana, bo puknąłem za mocno jegomościa, który mnie poniżył. Miałem na roku serdecznego koleżkę - syna wykładowcy akademickiego - i po relegowaniu mnie z polibudy, krępowałem się odświeżać z nim towarzyskie kontakty. Teraz zawiązuję nić przyjaźni z Tobą i wiedząc, że jesteś pisarką - a zarazem Panią Architekt - nabieram poczucia jakbym zmazywał/odpokutowywał winę za młodzieńczą porywczość, otrząsał się z grzechu wobec środowiska Architektów, które przyszło mi niechlubnie opuścić.
To tak na marginesie.
Bardzo Ci dziękuję za krzepiące słowa i doping do pisania.
Ściskam i pozdrawiam, Kaz
al-szamanka dnia 29.08.2019 15:50 Ocena: Świetne!
Błędy - przykłady:
Cytat:
Wpa­dła do Sto­do­ły jak me­te­or, do­pa­dła mnie w ka­wo­wym barze i za­pro­si­ła na wino.

może dorwała
Cytat:
– Won, stąd cha­mie.

Won stąd, cha­mie.
Cytat:
„Tu(,) Wa­la­sek?! – Nie moż­li­we(niemożliwe)”

Cytat:
Czasu było nie wiele(niewiele).

Cytat:
Młody by­czek z są­sied­nie­go sto­li­ka zwra­ca­jąc się do ko­le­gi, patrzył z po­gar­dą na dawną chlu­bę wał­brzy­skie­go boksu z po­gar­dą.


No to upchałeś w tekście aż po ostatnią kropkę.
Do tej pory nie wyobrażałam sobie, że życie jednego człowieka może obfitować w aż tyle wydarzeń.
Dochodzę do wniosku, że moje było albo bardzo nudne, albo, co prawdziwsze, odbywało się na innym poziomie, praktycznie tylko emocjonalnym.
Myślę jednak, że nie wszyscy mężczyźni mieli tak brutalną codzienność jak Ty.
Wszystko przecież zależy od środowiska w jakim człowiek się obraca.
Wszystko bardzo nieznane, bardzo interesujące, pomimo że w ogóle nie imponują mi Twoje liczne znajomości w artystycznym światku. Niemniej ciekawie o tym poczytać... jak coś egzotycznego - przynajmniej dla mnie.

pozdrawiam :)
Kazjuno dnia 29.08.2019 19:17
Droga Al-Szamanko.
Bardzo się ucieszyłem, że pojawiłaś się z komentarzem. Chyba w Tobie, Joli S, Wiośnie i chyba w którejś jeszcze z pisarek się potajemnie podkochuję. Oczywiście platonicznie. Chciałoby się zaśpiewać za Jankiem Kiepurą: Brunetki, Blondynki, ja wszystkie Was Dziewczynki... Całować chcę...
Ale hola, hola! To już nie byłoby takie platoniczne. Więc na ten temat zamykam dziób...

Bardzo dzięki za wypatrzone snajperskim okiem usterki. Ta tu opisana scena z Moniką, może nie precyzyjnie kropa w kropę ale wyglądała podobnie. Nie jedną szklaneczkę wina wlałem w gardło dzięki jej strzeleckim umiejętnościom.
Oczywiście celnie wypatrzone przez Ciebie ułomności naniosę.

Powiadasz, że moje życie obfitowało w wydarzenia. Ostatnio skończyłem trzecią powieść wojennych wspomnień William'a Wharton'a. Co ten chłopak w wieku 19 - 20 lat przeszedł na froncie zachodnim... Mógłby zapisami z tego okresu obdzielić ze trzy życiorysy Kazajuno.

Ale wiesz? Nie raz się zastanawiałem, czemu mnie ciągnęło do szemranych środowisk? Odnoszę wrażenie, że w ludziach łamiących prawo, jest większy głód wolności, większa determinacja, aby wyrwać się łańcuchom krępujących konwenansów i przez to stają się atrakcyjniejsi. Niczym potężne magnesy ściągają nieraz potulne baranki na drogę występku.
Sam doprawdy nie wiem i przepraszam, że tworzę jakąś raczej idiotyczną, domorosłą filozofię.

Ponadto dzięki Ci serdeczne za najwspanialszą z ocen.

Ściskam i Pozdrawiam, Kaz
wiosna dnia 29.08.2019 19:58
Dla mnie ciekawe, nieznane i nie przeszkadza mi, ze narracja jest spokojniejsza. To ma być książka, a w książce przeplatają się przecież różne sceny, nie tylko te trzymające w napięciu.
Pozdrawiam Kaz:)
Kazjuno dnia 30.08.2019 06:18
Witaj Urocza Wiosno.
Dzięki Ci za przeczytanie, za wpis i słuszną konkluzję.
Gdybyś uprzejmie zaglądnęła na poprzednią moją odpowiedź Al Szamance, to dostrzeżesz
coś na swój temat. Pisząc to, jestem cały w pąsach. Ale zobacz...
Serdecznie pozdrawiam, Kaz ;)
wiosna dnia 30.08.2019 10:50
Kazjuno napisał:
Gdybyś uprzejmie zaglądnęła na poprzednią moją odpowiedź Al Szamance, to dostrzeżesz coś na swój temat. Pisząc to, jestem cały w pąsach. Ale zobacz...


Zerknęłam:) No to teraz już nie jest to potajemne ;)
Jesteś bardzo miły i sympatyczny. Uśmiecham się do Ciebie:)
Kazjuno dnia 30.08.2019 15:06
Ojej! Cenię Wiosno Twój uśmiech :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Lilah
12/11/2019 15:24
Mike, bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz.… »
Dobra Cobra
12/11/2019 15:20
Słodka miniaturka z czasów historycznych. Choć kto wie,… »
Dobra Cobra
12/11/2019 15:14
Najlepiej pisać, gdy się ma temat, który ludzie będą chcieli… »
marzenna
12/11/2019 14:55
Marco zgaszona latarka pod kocem cicho… »
Kobra
12/11/2019 14:30
Nurio, Hubercie Z, Marzenno, Kamilo N - dziękuję za… »
ClakierCat
12/11/2019 14:13
Marzenno, nie poprawiaj ... więc wybacz, ale sie z TOBĄ… »
marzenna
12/11/2019 13:54
Prosperina Zakazany owoc, dziewica, dzień niepodległości.… »
marzenna
12/11/2019 13:38
Dzień dobry Pani. "Postanowiłam poeksperymentować z… »
marzenna
12/11/2019 13:18
CC Tekst jest do poprawki, ale ty pogubiłeś się całkiem. :)»
ClakierCat
12/11/2019 12:21
Oto moje słowo: mamy do przyjęcia wiersz, który impresją… »
Yaro
12/11/2019 09:16
Dziękuje i zapraszam częściej do siebie :) .Pozdrawiam… »
BlueRiver
12/11/2019 09:04
marzenna chętnie przeczytam te wiersze :) Dziękuję za… »
marzenna
12/11/2019 08:52
Blanche, adam poeta, Arkady Widzę, raczej nie widzę… »
marzenna
12/11/2019 08:23
valeria Wszystkie twoje teksty są piękne, jak małe… »
marzenna
12/11/2019 08:14
Yaro Przemawia do mnie cały tekst, obiecujący, obrazowy,… »
ShoutBox
  • mike17
  • 10/11/2019 17:42
  • Jeszcze 5 dni pozostało, by nadesłać swoją pracę na MUZO WENY 8, konkurs dla prozaików. Sprężcie się i ślijcie swoje utwory : [link]
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 13:56
  • Przepraszam, Dobra Kobro za długie teksty... Kto wie? Może się kiedyś uda napisać krótki?
  • Dobra Cobra
  • 09/11/2019 13:19
  • Kazjunio, to Internet - każdy czyta co chce i komentuje, jak mu się chce. Nie wymuszaj komentów. Długie formy słabo się sprzedają w tym medium. Pisz dla wlasnej satysfakcji, a nie poklasku. Bez urazy.
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 10:06
  • Dzięki Antosiu. Już od dawna wiem, że jesteś poczciwcem o gołębim serduszku.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2019 09:33
  • Dobra, Kazjuno, jestem czuły na płacz, więc wieczorem postaram się przeczytac ;)
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 08:38
  • Chlip, chlip... jest mi przykro. Poza odważną Al-Szamanką, reszta Koleżanek i Kolegów, olała komentowanie Gry cz. 12. Czyżbym na PORTALU wywołał zgorszenie?...
  • Dobra Cobra
  • 08/11/2019 18:02
  • Star Wars kontra Marvel kontra DC na przestrzeni lat: [link]
  • mike17
  • 08/11/2019 12:22
  • Jeszcze mamy tydzień na nadsyłanie prac do MUZO WEN 8, konkursu dla prozaików. Serdecznie zapraszam do udziału : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:21
Najnowszy:azojavol
Wspierają nas